Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-05-2011, 09:48   #1
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 23039 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[WAMPIR: DA + autorskie innowacje] MASKA FERROCII

31 GRUDNIA 2000 roku – godzina 21.00, NOC SYLWESTROWA, GDZIEŚ ....

Potężny wieżowiec górował nad miastem. Widok z płaskiego dachu był imponujący. Panorama świateł. Luminacja, która oszałamiała swoją intensywnością, barwami. Tryumf światła nad mrokiem. Nad miastem krążyły śmigłowce – zarówno policyjne, jak też służb miejskich i dziennikarzy. To był szalony czas. Kończyło się kolejne millenium

Spotkali się tam we czworo. Wiatr szarpał ich zimowymi szatami, rozwiewał włosy. Nie widzieli swoich twarzy, ale doskonale je znali. Mogli przywołać je z pamięci. Przetrwali ze sobą tyle czasu, że mogli powiedzieć, iż wiedzą o sobie wszystko.

Szli poważni i zamyśleni, wpatrując się w widoczne wokół nich światła, przejęci wagą tego spotkania. I bynajmniej nie chodziło im o odgłosy zabawy noworocznej, jaką zaczynali śmiertelnicy. Nie mieli pewności, czy uda im się wmieszać w tłum, nasycić zmysły wypalone przez tysiąclecie nowym doznaniem, nasycić Głód krwią zmieszaną z szampanem czy z inną używką, która podnosiła jej walory smakowe. Po upływie tego czasu, jaki przeżyli krew śmiertelnych nie smakowała już tak samo i z trudem podtrzymywała ich mroczną egzystencję. Teraz musieli pić już silniejszą vitae. Innych Spokrewnionych, których przez wieki namnożyło się na świecie. Księżycowych Bestii, które już nie były sługami wampirzych władców, lecz tropiącymi dawnych panów myśliwymi. Lub Nowej Krwi, zdradzieckiej linii buntowników stworzonej przez Demiurga z bliżej niejasnych wampirom powodów.

Spojrzeli na siebie z powagą.

Mieli niewiele czasu. Pierwszy raz od tysiąca lat, kiedy to wszystko się zaczęło .....

Ich myśli poszybowały w przeszłość .......

Jeszcze raz wspominali wydarzenia, które doprowadziły ich aż tutaj, na szczyt potężnego, górującego nad metropolią drapacza chmur.

Wspominali .....



Ponad 1000 lat wcześniej ......, rok 987, Alpy


Wysoko, na ośnieżonych górskich szczytach wznosił się niewielki, zagubiony pośród przełęczy zamek. Stary wampir stojący na szczycie skutej lodem wieży spoglądał w dół, na zasypaną śniegiem, śpiącą wieś przyklejoną do zbocza zamkowej góry. Nawet z tej odległości wyczuwał bijące serca jego śmiertelnej trzody – główne źródło krwi dla ukrywającej się w zamczysku jego koterii. Stary wampir spojrzał dalej, na ciemne wierchy lasów. Wsłuchał się w wilcze wycie, niesione wiatrem i zimny uśmiech wykwitł na jego twarzy.
Aureliusz, brat stojącego na wieży wampira, wszedł bezszelestnie po schodach. Skłonił się nisko starszemu, bo mimo, że łączyła ich więź pokolenia, to jednak oddzielała przepaść wieków.

- Już czas, Cabalusie – oznajmił nowoprzybyły.

- Piękne miejsce – stary wampir raz jeszcze spojrzał na otaczające go góry. – Będzie mi go brakowało.

- Ona chce, byś dołączył do niej.

Ona. Thiamat. Ich wspólna protoplastka. Jej krew dała początek linii, którą podążała koteria. Jej szaleństwo czaiło się w ich żyłach. Odnaleziona przez przypadek, przebudzona z torporu przez przypadek, wróciła na scenę polityczną nieumarłych dzieci Kaina z właściwym dla siebie wdziękiem i szaleństwem nieliczenia się z konsekwencjami zamieszała stolicą ich świata – Konstantynopolem. A teraz on, Cabalus, musiał ruszyć w drogę do tego miasta, by wspomóc ją w jej knowaniach. Była to ostatnia rzecz, jaką miał ochotę zrobić. Ale komuś takiemu jak Pramatka Thiamat, nie można było odmówić. Ruszył więc w dół spiralą schodów. Do powozu eskortowanego przez sługi. Jeszcze tej nocy odjechał pozostawiając w zamku swego brata Aureliusza oraz swoje potomstwo – alchemika Bruno i Dianę Lukrecję, a także swoją bratanicę krwi z dalekiej północy zwaną Hjordis, córkę potężnego wampira z Norski, noszącego imię Haggard. Cabalusa i Haggarda łączył krwią wspólny ojciec – Daimonion, który zaginął przed wiekami. I mimo, że obaj bracia krwi różnili się miedzy sobą, jak lód i piasek pustyni, to jednak łączyła ich nie tylko wspólna krew, ale przyjaźń. Mało kto jednak o tym wiedział.



Hjordis nudziła się. Od wyjazdu Cabalusa minął prawie miesiąc. Zima na dobre zagościła w górach. To akurat podobało się wampirzycy. To i brak Cabalusa, który zazwyczaj narzekał na jej upodobania do nocnych gonitw po lesie, do szaleńczych biegów po górach, do polowania za dzikimi zwierzętami, których krew smakowała dumnej kobiecie Wikingów lepiej, niż pełna dymu krew ludzkiej trzody zamieszkującej podnóże zamku.
Było coś w tych gonitwach, co przypominało Hjordis wędrówki u boku Harrarda w ojczystym landzie. Patrząc na rozgwieżdżone niebo tęskniła za swoim stwórcą. Ale wiedziała, że zobaczy go dopiero za siedemdziesiąt lat, kiedy skończy się jej służba dla koterii Cabalusa. Słowo dane przez jej ojca było wiążące i trzymało ją tutaj, w górach zwanych Alpami, z dala od utęsknionej północy i jej ukochanych fiordów. Wampirzyca szukała więc podniet, które trzymałyby od niej nudę z daleka. Jak na razie wszystko, co robiła miało na celu utrzymywanie nerwów w ryzach. Szczególnie teraz.





Bruno spędzał czas w swojej pracowni, zajęty eksperymentami. Szukał sposobu na poznanie tajemnic Vitae. Tej wspaniałej substancji, która dzięki Cabalusowi, płynęła teraz w jego żyłach. Sprawdzał ją na wszelkie możliwe sposoby, dokonywał pomiarów, analizował a wyniki zapisywał w księdze, którą nazwał „Alchemią Vitae”, dokładnie tak, jak swoją dyscyplinę krwi nazywał jego ojciec.

Zapach substancji, odczynników minerałów i destylatów przenikał pracownię alchemiczną, którą Bruno urządził w jednej z sal zamku, w bocznym skrzydle, by czasami nieprzyjemne zapachy nie przeszkadzały innym nieumarłym ukrywającym się w tym samym miejscu. Jego koterii. Wystawionej ostatnimi czasy na ciężką próbę. Powrót Thiamat sporo zmienił wśród wampirzej społeczności. Pramatka miała chyba obecnie więcej wrogów, niż sojuszników. Na szczęście oni nie musieli wracać do Konstantynopola wraz z Cabalusem. Właściwie nie mogli. Za przekroczenie granic miasta groziła im ostateczna śmierć.

Polityka, na którą nie mieli wpływu, zdecydowała za nich.






Diana Lukrecja zimową porą, podobnie jak Hjordis, nudziła się. Próbowała zabijać czas czytaniem ksiąg i pergaminów z dość imponujących rozmiarów zbioru zgromadzonego przez Aureliusza i Cabalusa przez wieki. Czasami spacerowała do wsi, by porozmawiać z ludźmi, którzy obawiali się jednak jej obecności. Najczęściej kończyła spacer pożywiając się odrobiną krwi któregoś ze śmiertelników i odurzona jej ciepłotą i prostym, ale krzepiącym smakiem, wracała do zimnego zamczyska.
Diana Lukrecja tęskniła do Wenecji. Do swojego bogatego domu. Do malowideł na ścianach. Do ludzi, których jedynym zajęciem było obgadywanie sąsiadów. Do jedzenia pachnącego słońcem i przyprawami. No i do samego słońca, którego dotyk był teraz śmiertelnie niebezpieczny dla jej martwego ciała.

Tak. Diana Lukrecja nudziła się. I jeśli tak miała wyglądać oferowana jej przez krew Cabalusa nieśmiertelność, to po kilkunastu latach istnienia, jako wampir mogła się jedynie zastanawiać, czy przeistoczenie było warte swej ceny. Czy nie lepiej by było dla niej, gdyby zginęła wtedy, od ciosów wrogów swego obecnego ojca. Jednak ocalała, jako jedyna członkini szabatu znudzonych bogobojnością mieszczan. I teraz trwała w ciemnościach karmiąc się krwią innych. I ... poza nudą ... podobał się jej ten stan. Nawet bardzo.






Wampir Mariusz pogrążony był w letargu, wywołanym wbitym w serce kołkiem. Nieświadomy niczego, co dzieje się wokół niego, wędrował w skrzyni ku swemu przeznaczeniu. Ku miejscu, gdzie czekało na niego przebudzenie i krew, gasząca pragnienie wywołane torporem.

Przebudzenie było niczym wyrwanie się z koszmarnego snu. Martwe płuca wciągnęły powietrze, którego przecież nie potrzebowały do przetrwania. Wampir usiadł i rozejrzał wokół. Miał na sobie te same szaty, które nosił na sobie podczas nieudanej audiencji w Konstantynopol okazał się być nowym rozdziałem w nie-życiu byłego rycerza. Krokiem w przód, którego nawet się nie spodziewał.
Kilka tygodni potem Mariusz był już w drodze do zamku, gdzie czas spędzała jego koteria. Jego rodzina. Jedyne istoty, którym mógł zaufać i podzielić się tym, czego się dowiedział. Nie jechał sam. Towarzyszył mu inny krwiopijca. Nazywał się Corbin de Nancyvielle.



Był, podobnie jak Mariusz kiedyś, rycerzem, i podobnie jak Mariusz teraz wampirem.

Jako towarzysz wędrówki spisywał się doskonale. Nie mówił za wiele, potrafił odszukać kryjówkę na dzień, zdobyć krew i mimo, że jego vitae była słabsza, to jednak przetrwał na świecie wystarczająco długo, by teraz, podczas tej dwuosobowej wędrówki, stać się jej przewodnikiem i organizatorem.

Powoli zbliżali się do zasypanych przełęczy Alp. Ich cel był już niedaleko.








Pierwsza wypatrzyła ich Hjordis. Jak zwykle polująca w okalającej zamczysko kniei. Zaraz po niej o wędrowcach dowiedziały się wilki, od nich służące zamkowi Księżycowe Bestie, a od nich sam Aureliusz. Na wieść o tym, że wraca jego syn ponoć zgładzony w Konstantynopolu przez Radę poczuł zarówno potężną radość, jak też i strach.
Wiedział, że powrót z martwych młodego wampira musiał przynieść zmiany.

Śnieg trzeszczał pod kopytami prowadzonych za uzdy koni. Oddechy zwierząt zamieniały się w mgiełkę otulającą ich pyski. Dwa wampiry nie oddychały. Był to jeden ze znaków rozpoznawczych ich gatunku. Szli lasem, wyczuwając już zainteresowanie ich osobami. Konie płoszyły się czując otaczające ich wilcze watahy, ale uspokajająca moc władania zwierzętami, jaką posiadł Corbin, trzymała je w ryzach.

Hjordis też obserwowała wędrowców przyczajona na jednym z głazów polodowcowych, jakimi licznie upstrzony był las. Widziała już, że jednym z jadących jest jej „krewniak krwi” Mariusz. Drugiego z wampirów jednak widziała po raz pierwszy. Odziany w ciepłe szaty przypominał jej rycerzy obcych królestw, którzy drżeli na samą myśl o tym, że wikingowie najadą ich wybrzeże.

Obaj wędrowcy byli coraz bliżej granic lasu, za którym rozpościerała się przecięta wstęgą rzeki kotlina, gdzie wznosił się ich zamek. Za godzinę dotrą na miejsce....
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 12-05-2011 o 19:13. Powód: dodanie twarzy NPCa
Armiel jest offline  
Stary 22-05-2011, 01:15   #2
 
Sam_u_raju's Avatar
 
Reputacja: 2437 Sam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputację
A.D 987 Gdzieś na morzu... ponad dwa miesiące temu

Cicho..
Ciemno....
Nie pamiętam nic z tamtego okresu. No prawie nic.... Fala uczuć, które wówczas przeszły przez moje ciało i zgasły natychmiast kiedy drewniany kołek przeszył moje nieumarłe serce.

Jestem Mariusz i ta historia opowie o mnie i o mojej rodzinie krwi, Koterii Thiamat

Z okresu, który krwiopijcy nazywają torporem pamiętam dźwięki, pokrzykiwania ludzi, skrzeki mew, jęk masztu pod naporem wiatru. Nie widziałem jednak nic. Byłem niczym leżący posąg, zimny, bez życia, dla niektórych piękny dla innych przerażający.
Czułem głód. Suchość mego ciała drążyła mnie od środka. Chciałem pić, dużo pić. Potrzebowałem nektaru który pozwoliłby choć na chwilę ugasić moje pragnienie. Potrzebowałem krwi.
Słyszałem bijące serca, krew krążącą po żyłach marynarzy kiedy przechodzili niedaleko mnie. Czułem pragnienie.
Nie czułem nic.
Słyszałem śpiew?
Do mych nieruchomych nozdrzy dochodził zapach drewna, soli morskiej.
Nie czułem nic.
Pić
Umieram ....na nowo
Szczęk oręża, zapach potu?
Cisza
Nie można skupić myśli, można tylko czuć i słuchać
Bądź nie...
Zgrzyt otwieranego wieka
Ciemność
Zagrożenie
Pić....!!
Krew popłynęła. MOJA KREW
Drewniany kołek opuścił moje ciało
Ogień
OGIEŃ!!!
Pali moje trzewia
Otworzyłem oczy
Czerwone i gorejące
Pić
Ktoś mnie trzymał
AAARGGGHHHHHHHHH! – wrzasnąłem
Krew
Słodka zimna krew zrosiła moje wargi i popłynęła do gardła
Dała życie
Przebudzenie
Kolejne
Dla nocy i jej ciemności

***

A.D 987 miesiąc później, gdzies w Alpach. Obecnie

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=jsyu34IxU_Y&feature=related[/MEDIA]

Śnieg chrzęścił pod moimi stopami. Nie byłem sam. Miałem towarzystwo, jednego z zakonu Czterech, moich wybawicieli. Szlachcic, rycerz, sir Corbin de Nancyvielle Był kompanem dobrym. Małomównym. Takim jakiego było mi teraz trzeba. Ścisnąłem mocniej lejce mego konia i pochylony brnąłem dalej przez śnieg. W kierunku domu, gdzie mogłem być niechciany.
Było zimno lecz ja tego nie czułem. Nie mogłem. Nie żyłem już od kilku lat. Od wydarzeń z Carscone. Miasta franków. Miejsca w którym przestałem żyć dla słońca. To było tak niedawno. Pogrążyłem się we wspomnieniach

***

Kim byłem? Byłem człowiekiem.... może wyda się to śmieszne ale to stwierdzenie jest prawdziwe. Byłem człowiekiem, frankiem, szlachcicem. Ojciec nie był majętny ale rozpłodowy - sir Karol zwany na dworze jako Karol Ogier. Niech ich wszystkich, niech jego.... Miałem trzynaścioro rodzeństwa. Jedynie pięcioro z tej samej matki
Byłem człowiekiem bogobojnym oddanym na służbę Boemunda rycerza papieskiego, zaufanego papieża Jana XII. Miałem piękną żonę, młodą, z rodziny kupieckiej. Miałem ją krótko... dokonałem....strasznej rzeczy. Bóg mnie przeklął za ten czyn
Uciekłem do Lotaryngii do domu mej matki. Zostałem jednak znaleziony przez Boemunda. Szukał długo ale znalazł. Złożył mi propozycję. Nie do odrzucenia. Szansę na zmazanie grzechu. Polowanie na czarownice, polowanie na potwory, władców nocy i księżycowych bestii.
Wówczas nie wiedziałem, że sam nim byłem... potworem.
Przyjąłem propozycje. Zresztą nie miałem innego wyjścia. Dwa lata w służbie, tropienie, polowanie, śmierć, nasza i ich. Niejednokrotnie ginęli bogu ducha winni ludzie.
Koniec nastąpił w zamku władyki Leopolda. Ludzie gadali, że w mieście przylegającym do jego zamku giną ludzie. Zakon musiał odpowiedzieć. I odpowiedział. Było nas czterech. Wrócił tylko jeden.
Było przyjęcie, były pytania, śledztwo i na koniec był on krwiopijca. Sir Bodrick zginął od razu nie wiedząc nawet co go zabiło. Drugi z braci zakonnych wykrwawiał się w kącie komnaty dławiąc się własną krwią. Ja, ja stawałem najdłużej i wierzcie mi bądź nie, krwiopijca choć był szybki jak wiatr został przeze mnie ugodzony. Wielka jest wola ludzka dana nam przez Boga. Pewnikiem jest, że moja głowa odleciałaby od tułowia po ciosie zła wcielonego gdyby nie niespodziewani goście... inni krwiopijcy.
Umarłem tamtego dnia ale przebudziłem się na nowo właśnie za sprawą nowoprzybyłych, którzy dotarli na zamek by zatuszować głośne w okolicy zniknięcia ludzi. Krwiopijcy zabijający innych krwiopijców. Za sprawą swego walecznego czynu dano mi nowe życie. Mym wampirzym ojcem i opiekunem został Marek Aureliusz, kilkuset letni wampir który w czasach panowania Imperium Rzymskiego był jednym z jego wodzów, ale o tym dowiedziałem się już później. Dużo później. Trafiłem do koterii Tiamat. Loży, rodziny wampirzej jednej krwi. Przez wiele lat szkolono mnie, mamiono że będę walczył w słusznej sprawie, że będę zabijał potwory, że stałem się czymś pięknym. Miłość do Boga jednak mi nie pozwoliła oddać się tej sprawie w pełni. Buntowałem się, nie byłem pokorny. Za to zostałem ukarany w Konstantynopolu ale o tym później.
Nie byłem sam młodej linii krwi. Była nas czwórka. Ja, pochodząca gdzieś z Włoch urodziwa Diana Lukrecja, alchemik Bruno i tak piękna jak dzika córa wikingów Hjordis. To my, to włąśnia ta czwórka stała się dla siebie najbliższą rodziną. Mieliśmy strzec się i miłować jak rodzeństwo.
Moje oddanie mieli. tylko czy ja mogłem liczyć na ich? Nie czułem by mnie szukali kiedy zabrano mnie z królewskiej sali w Konstantynopolu. Musze wierzyć, że nie mogli, chcieli ale nie mogli...
Musze w to wierzyć...

Pamiętam jedną z rozmów z mym wampirzym ojcem, jedną z wielu jakie prowadziliśmy. Dawno. Rozmowę, która miała mi przynieść spokój i ukojenie. Pogodzenie się z losem. Siedzieliśmy w jego komnacie. Palenisko było zimne od wielu nocy

- Kim my jesteśmy? – przerwałem ciszę – Jesteśmy aniołami czy demonami?

- Na to pytanie nie ma odpowiedzi – Aureliusz przestał obracac w dłoni monetę – Jesteście wybrańcami naznaczonymi przez Boga. To, czy będziesz potępieńcem czy będziesz wybawieneim dla śmiertelników jest jedynie twoją decyzją

- Jak mamy uzyskać przebaczenie? – wylewałem z siebei nurtujące mnie od miesięcy pytania

- Przebaczenie? A za co? Jaki grzech popełniłeś, byś musiał prosić o taką łaskę. Czyńtak w swoim nieśmiertelnym zyciu, byś nei musiał błagać nikogo o wybaczenie. To proste i trudne zaraze. Istnieje ponoć sposób stania się na powrót śmiertelnikiem zwany Golcondą, lecz jak to zrobić chyba nikt nie wie… - były cezar oparł się wygodnie na pięknie zdobionym fotelu lustrując mnie badawczym spojrzeniem

- Jaki zatem jest cel naszego istnienia?

- A jakiż jest cel istnienia człowieka? Jeśli znajdziesz odpowiedź w swym sercu na to pytanie, będziesz mędrcem ponad mędrcami. Sam musisz znaleźć swój cel. Tak, jak musiałeś to czynić bedąc śmiertelnikiem

Wówczas byłem za głupi by pojąc jego słowa. Konstantynopol wiele mnie nauczył

- Ojcze. Jak mamy znależć odkupienie żywiąc się krwią?

Odkupienie. To chyba wracamy do Twojego drugiego pytania, drugi synu. Odkupienie i przebaczenie. Dla mnie te słowa znaczą to samo.

Skinałem glową i po chwili wstałem podchodząc do okna. Gwiazdy świeciły jasno. Na dole słychać było dźwięk uderzających o siebie mieczy. Hjordis i Scypion…

- Kim jest Cabal? Dlaczego pomagamy demonowi w ludzkiej skórze? – wampirzy brat Aureliusza przerażał mnie. Nikomu innemu nie zadąłbym tego pytania. Wiedząc jednak jaka więź wiąże mnie mnie z Aureliuszem pozwoliłem sobie na nie.

- Cabalus jest starszym – odezwał się po chwili milczenia Aureliusz – Jest potęznym dzieckiem Kaina, któremu Rada powierzyła odpowiedzialne i trudne zadanie Justicara – sędziego i kata. Czemu uznajesz go za demona? A anioły zsyłające pogrom na Sodomę i Gomorę? A boski potop? Czyz nie znane są przypadki, iż masowe ludobójstwo dokonywane przez sługi boże nie czyniły dobra? Czemu osądzasz Sędziego nie znajac tych, którym wymierza karę ani ich zbrodni? Czemu nie chcesz założyc, że czyny jego maja sens wiekszy i głębszy niż puste okrucienstwo. Wiedz synu, że pomagamy mu, ponieważ jest wnukiem Tiamat, tak jak i my wywodzimy się z jej linii. Krew Cabalusa jest naszą wspólną krwią.

- Nie zmienia to jednak mego pojmowania jego osoby. On mnie przeraża ojcze. Widziałem demona na jego usługach. Pewne księgi powiadają że upadły anioł, ten który włada samym piekłem kiedyś był aniołem w zastępach Pana. Jego imię brzmiało ponoć Niosący Światło. Czy zwalczając zło złem nie stajemy się tacy sami? Jak ten anioł? Najpierw piękni a poterm upadli z łoskotem w samą czeluść piekła.

- Cabalus przeraża każdego Spokrewnionego synu. Taką pełni rolę i widać, że pełni ją dobrze, Jest moim bratem i to co powiem może wydawać ci się dziwne. Stoję u jego boku już trzysta lat, wypełniam powierzone mi zadania i rzec ci mogę, iż ufam mu w tym co czyni. Czy zwalczając zło, złem się stajemy? Kto wie? Dogmaty filozofii nieobce nikomu kto włada rozumem. Nie tak łatwe do pojęcia i zrozumienia.

Na dole zakończyły się ćwiczenia jakimi z lubością oddawała dla Hjordis i na dziedzińcu zrobiło się cicho.

- Popełniłem grzech ojcze – powiedziałem cicho – zabiłem z zimna krwią z zemsty. Walczyłem z potworami, demonami w ludzkiej skórze, z tymi co szargają ludzkim życiem bez żadnej potrzeby, jeno by zaspokoić swoje krwawe żądze.

- Grzechy… – komnatę na nowo wypełnił miły do słuchania głos Aureliusza – Nie nam oceniać co nim jest a co nie. Ja również byłem złym człowiekiem, jak powiedzieli by jedni. Rzucałem chrześcijan lwom na pożarcie, skazywałem ich na okrutne męki. Nie robiłem tego jednak z żądzy krwi, lecz z miłości do kraju. A nauki twego Boga synu są mądre. Miłuj kogoś, jak miłujesz siebie. To dobra droga. Lepszej chyba nie ma.

- Żądza krwi jest tak potężna... wieczne pragnienie... – powróciłem na swoje miejsce przy stole – Będę starał się zbierać krew tym, którzy na to zasługują... o ile uda mi się ujarzmić bestię drzemiącą w mych żyłach.

- Żądza krwi jest twoim sprawdzianem. Twoją Bestią. Każdy z nas zmaga się z nią oddzielnie. Każdy z nas znajduje własną drogę by nie ulec zatraceniu. Czyń tak, jak czyniłeś w życiu mój synu a nie obawiam się o twoją kontrolę. Musisz trzymać się z dala od Głodu, nie dopuszczać do momentu, kiedy będziesz łaknął krwi silniej niż zazwyczaj. To też pomaga

- Mówiłeś mi ojcze o więzach krwi. Czyż one nie staja sie z czasem więźniem naszej woli i czynów naszych? Czy nie możemy kochać sami z siebie? Z czystości ducha a nie jedynie poprzez krew. Umarłem wiem, ale przecież teraz czuję po stokroć mocniej. Radość, gniew... miłość. Widzę piękno w miejscach, których wcześniej bym takimi nie nazwał. Chce miłować ale nie z nakazu krwi czy rozkazu tylko sam z siebie. Czyż nie możemy być spętani bezgraniczną miłością i wykorzystywani do niecnych czynów? – poruszyłem się niespokojnie na krześle

- Więzy krwi to trucizna, której nie powinieneś się poddawać dla własnego dobra. Jeśli dzielisz się swoją krwią z innym nieumarłym, czyń to powodowany przyjaźnią, miłością. Podobnie rzecz się ma ze śmiertelnikami. Czujesz mocniej, bo to nasz dar i nasze przekleństwo zarazem Mariuszu.. Uważaj na krwawe więzi by nie stały się one krwawymi łańcuchami

- Ojcze czy my.... istoty nocy... czy możemy posiąść cieleśnie kobietę?

- Możesz ją mieć cieleśnie ale wierz mi synu nie da ci to żadnego spełnienia i żadnej satysfakcji. Będzie to akt pusty, pozbawiony przyjemności, niemalże.... nudny. Picie krwi zastąpiło ci wszystkie rozkoszne doznania a faktu sycenia głodu nie przebije żadna inna rozkosz. Żadna...
To było dawno, dawno temu...

Zapytacie co było potem....
Potem była Tiamat. Jakiś zrządzeniem złego i niechętnego nam losu natrafiliśmy na pramatkę założycielkę tej linii krwi na końcu której i ja się znalazłem. Pramatkę. Wiekową wampirzycę zamkniętą w ciele dziecka. Kapryśną, nieobliczalną, okrutną i znudzoną.... Nie zgładziła nas. Okazała nawet wdzięczność za uwolnienie.
Musicie wiedzieć, że nigdy ale to przenigdy nie bałem się tak wówczas. Kiedy szedłem pokornie niczym pies przy jej boku czując, wręcz fizycznie, moc wieków w których jej małe stopy stąpały po ziemi.
Dała mi dar. Uzdrowiła oko, które straciłem kilka dni wcześniej w walce z demonem z piekła rodem. Oddała mi wzrok i zarazem go przeklęła. Tym okiem widziałem rzeczy które nie były dane innym.
Strach... to czuje do pramatki. Strach pierwotny jak do najgorszego koszmaru.

***

A.D 987 gdzieś w Alpach. Obecnie

Uniosłem wzrok w górę. Po niebie przeleciała sowa chowając się wśród konarów drzew lasu, który rozpoczął się po naszej lewej stronie. Już od dłuższego czasu nie było możliwe podróżowanie konno z obawy, że zwierzęta mogą złamać sobie nogę. Brnęliśmy zatem z sir Corbinem w głębokim śniegu zbliżając się w ciszy do celu naszej podróży zamku Cabalusa....Nie.
Do zamku Tiamiat.

Tiamat...
To ona wysłała nas do Konstantynopola... by odzyskać wpływy. Popełnila błąd. Byliśmy za młodzi i niedoświadczeni na scenie politycznej.
Ja byłem za mlody i za butny.
Miasto tętniło życiem nawet w nocy. Różne kultury wrzucone do jednego kotła zwanego miastem. Wśród śmiertelników kroczyli Spokrewnieni. Potężni, Starzy.
Pamiętam, że robiliśmy wszystko by nie narazić się na gniew, by poznać obozy jakie ścierały się ze sobą pośród gorących nocy Bizancjum. By zdać relacje po przyjeździe pramatki.
Nie przestrzegaliśmy jednak reguł. Byliśmy głupcami, ja byłem głupi. Powinienem wtedy stanowczo powstrzymać Bruna i jego żądze poznania.
Nie uczyniłem tego
Powinienem zgiąć kark i niczym pies prosić o litość władcy spokrewnionych
Nie uczyniłem tego
Powinienem zapłacić najwyższą karę
Nie uczyniono mi tego
Zakołkowano i oddano handlarzom vitae…

Teraz…
Teraz na szczęście wracałem do domu. Podróżowałem z północy Piemontu z samego Turynu. Nie sam
Wciągnąłem głęboko powietrze. Nie po to by napełnić płuca do oddechu, bo te dawno już były martwe ale po to by poczuć to miłe zimne powietrze które zapamiętałem z tego miejsca. Powietrze które bardziej mi odpowiadało niż cieple, gęste powietrze znienawidzonego Konstantynopola, który nawiedzał tak często moje mysli w drodze powrotnej. W moich trzewiach zagrał ponownie głód. Pragnienie krwi, którego nie potrafiłem na tyle przytłumić by mi nie doskwierał tak otwarcie. Odkąd obudzono mnie z przymusowego snu łaknienie było jeszcze większe i trudniejsze do zaspokojenia.
Poklepałem wierzchowca po karku. Ten parsknął jakby ta pieszczota nie była mu miła. Patrzyłem w kierunku miejsca które powinienem nazywać domem. W kierunku zamku w którym żyla koteria Cabalusa. Powinienem był ich zostawić, odejść, zaszyć się gdzieś na wieki... ale nie mogłem. Ciągnął mnie tutaj zew krwi, mój ojciec krwi, bracia i siostry krwi a także zobowiązanie wobec zakonu czterech. Moich wybawców. Spojrzałem na współtowarzysza podróży wywodzącego się z ich koterii. Brodaty, długowłosy rycerz trzymał konia za wodze rozglądając się na boki z niemym zaciekawienie.

- Zbliżamy się sir Corbinie - rzekłem do towarzysza i na nowo spojrzałem przed siebie
“Czuje cię ojcze. Czy będziesz się gniewał? Czy ukarzesz swego niepokornego syna? Czy jednak go zrozumiesz?”

Nie uslyszałem jej a powinienem. Nie zachowałem uwagi a powinienem. Katem oka zauważyłem jak odbija się od wielkiego głazu i ląduje ciężko przede mną. Ręką powędrowała w kierunku miecza. Kobieta wyprostowała się i rozciągnęła zęby w uśmiechu.

- Myślałam Mariuszu, że gryziesz ziemię a ty nie dość, że nie rozsypałeś się w proch to jeszcze zmieniłeś pożywienie – popatrzyła na konia

„Panie w niebie” – wzniosłem modlitwę w myślach

- A ja myślałem piękna Hjordis, że szukasz mnie z trwogą mając nadzieję w swoim północnym sercu, że jednak żyję - nie dałem po sobie poznać, że jej powitanie mnie zaskoczyło. Czułem różne zapachy, powinienem wyczuć i Hjordis jednak myśl o bliskim spotkaniu z ojcem rozkojarzyła mnie.
Hjordis... spojrzałem na jej blade, piękne lico. Dziecię Hagarda. Wampira z gór. Wampirzyca, której bliżej było do życia w samotności niż w wampirzym stadzie. Jej uroda nie pozwalała się skupić, ogłupiała trochę, powodowała że myśli krążyły w innym niż powinny kierunku. Rad byłem ze spotkania z nią.
Siostra krwi
- Polujesz czy przybyłaś na me powitanie?

- Skąd na Hel miałam wiedzieć, że przybędziesz? Nikt mi nic nie mówił - zirytowała się - Kogo tam ciągniesz ze sobą? - przeniosła wzrok za moje plecy.

- Posłańca od moich wybawicieli do Cabalusa. Hjordis, poznaj sir Corbina de Nancyvielle. Podejdź sir Corbinie i ogrzej się w blasku urody Hjordis - rzuciłem do współtowarzysza ostatnich dni

- Ogrzej się - powtórzyła za mną po czym wybuchnęła głośnym śmiechem - Porządne bicie wydobywa twoją ciekawszą stronę Mariuszu. Muszę to zapamiętać - uśmiechnęła się tak na pół radośnie na pół złośliwie.

- Niezbadane są wyroki boskie - odpowiedziałem uśmiechem - Miałem czas przemyśleć pewne sprawy córko Hagarda... Czy Pramatka jest w zamku? - zmieniłem po chwili temat a w mym głosie dało się wyczuć nutkę strachu

- Witaj sir Corbinie de eeee - zmarszczyła nos - Jestem Hjordis Hroarrsdottir a z Cabalusem nie porozmawiasz bo wyjechał - przeniosła wzrok na mnie - Jej też nie ma - dodała ciszej zaciskając usta - A bogowie jak to bogowie, któż zrozumie ich intencje.

- Bądź pozdrowiona, o pani - Corbin ukłonił się dwornie.

“Bogu niech będą dzięki” - pomyślałem i na chwilę skierowałem wzrok ku niebiosom dziekujac że pramatki nie ma na zamku
- Nie martw się przyjacielu - swe słowa skierowałem do Corbina – Cabalusa może i nie ma ale na zamku jest mój ojciec który na pewno cię wysłucha.
- Czy z Dianą Lukrecją i Brunem wszystko dobrze? - na nowo zwróciłem się do Hjordis podziwiając jej błyskające w świetle księżyca oczy

- Oczywiście. Siedzą na zamku i obrastaliby tłuszczem gdyby mogli. Aureliusz też przebywa na miejscu. Czyj to był pomysł by zabrać ze sobą konie jak zapasy pożywienia? - zapytała. - Całkiem dobry. Opóźniają was ale zapewniają siły jeśli nie znajdzie się nikogo innego w drodze. Chociaż ja na ich miejscu uciekłabym wam w dzień - spojrzała w oczy bliższego zwierzęcia - A nie - zaśmiała się - to tak to wygląda.

- Jak zwykle przezorna i pragmatyczna - ująłem wodze swojego zwierzęcia i ruszyłem dalej brnąc w śniegu w kierunku zamku.
- Skoro mówisz już o pożywieniu to nie powiem coś byśmy wrzucili na język ale to już na miejscu
- Ciesze się, że cię widzę Hjordis - dodałem po chwili milczenia

- Dobrze, że - zamilkła jakby co dla niej niezwykłe starała się lepiej dobrać słowa - Widać tak miało być. No to jest. Podążajcie za mną - wykrzyknęła do sir Corbina i puściła się biegiem gnając w stronę zamku jakby ją stado księży z zamiarem ochrzczenia goniło.

Uśmiech nie znikał z mojej twarzy. Patrzyłem za oddalającą się szybko dziewczyną ciężko stąpając w śniegu. Jakże inaczej niż ona. Ociężale i bez wdzięku.
- Teraz doceniam jak to dobrze jest wrócić do domu - rzuciłem do milczącego dotychczas Corbina nie spodziewając się odpowiedzi z jego strony

Skinął jedynie głową akceptując moje słowa.

Jakiś czas później byliśy na miejscu.



Oddałem wodze konia słudze odpiąwszy wcześniej podróżną sakwę. Rozejrzałem się po dziedzińcu i zarzuciwszy tobołek ruszyłem w kierunku wejścia do jednej z wież gdzie później balkonem dojść do Sali w której przyjmowano gości.
- Nie każmy na siebie dłużej czekać - rzuciłem do sir Corbina.

Skinął głową zgadzając się ze mną.
Dziedziniec był pusty. Poza Hjordis, żaden inny nieumarły z koterii nie wyszedł nam na spotkanie. Nie spodziewałem się powitań, już widok Hjordis był dla mnie zaskoczeniem. Wszak nikt nie spodziewał się mojej osoby a nawet gdyby wiedzieli... może przywitaliby mnie tak samo.

- Hjordis czy będziesz tak łaskawa i powiadomisz mego ojca o naszym przybyciu? My z Corbinem poczekamy w sali głównej na jego decyzję – rzuciłem do idacej przede mną norsmenki.

- Już wie. Drugi raz nie będę do niego biec - rzuciła.

- Nie dość, że piękna to jeszcze szybka - uśmiechnąłem się pod nosem

Powitano nas w Sali. Zjawili się wszysyscy nieumarli jacy byli wówczas w zamku. Przybył również Aureliusz, mój Spokrewniony ojciec. Cieszyłem się jak małe dziecko mogąc go na nowo ujrzeć. W jego oczach również zauważyłem radość z mego przybycia. Podejrzewałem, iż wyczuwał już wcześniej, że nie zostałem unicestwiony jednak blask radości na mój widok przemknął w jego oczach.
Sir Corbin usłyszawszy ponownie, tym razem jednak z ust Aureliusza, iż na zamku nie ma obecnie Cabalusa był niepocieszony. Przedstawił jednak memu ojcu jako tymczasowemu panu na zamku ofertę jaką składał książę Turynu. Pan Zakonu Czterech. Moich wybawicieli.
Przybył z prośbą o wsparcie dla swej koterii. Wsparcie rodziny Cabalusa w walce z Giovannimi, wampirzej linii krwi która zyskiwała coraz większe wpływy w Italii. Koterii do której miałem zostać oddany celem poddania mej krwi okrutnym praktykom.. Sir Corbin wyrażając swoją prośbę nie powołał się na dług krwi jaki miał mój ojciec względem nich za uratowanie mnie. W zamian za wieści na temat Ferocii kimkolwiek bądź czymkolwiek ona była. Zreszta nie omieszkałem o nia zapytać Corbina, kiedy tylko wyraził wolę udania się do komnaty jaka została mu ofiarowana na czas jego pobytu.

- Wybacz sir Corbinie moją ciekawość ale nurtuje mnie owa Ferrocia. Zdradź mi jedynie czy to osoba czy miejsce? - zapytałem zapraszajac jednocześnie do miejsca gdzie będzie mógł spocząć na czas dnia.

- Nie wolno mi - odpowiedział niechętnie.

- Rozumiem. Wybacz mą nachalność. Oto Twoja komnata. Gdybyś czegoś potrzebował nie wahaj się ni chwili by wezwać służbę

- Wybacz Mariuszu. Zapamiętuję wszystko, co się do mnie mówi. Nie musisz powtarzać mi za każdym razem, że służba jest na moje usługi. Doceniam jednak gościnność i szanuję twoje zaangażowanie w rolę gospodarza. To zaszczyt było towarzyszyć ci w drodze – powiedział i przekroczył próg komnaty

Skłoniłem się delikatnie.
- Wiele wam zawdzięczam... żywot swój wam zawdzięczam i nie wiem czy kiedykolwiek spłacę ten dług. Miłego odpoczynku

Skłonił się w podzięce zamykając za sobą drzwi.

Ruszyłem w drogę powrotna. Tym razem wolniej, na nowo pogrążając się w myślach. Zastanawiałem się czy ojciec rzeczywiście rad jest z mojego powrotu czy aby nie stałem się na nowo dla nich ciężarem, wszak on sam winien był wdzięczność mym wybawcom a to mogło narazić na nowo koterie na niebezpieczeństwo. Czy zatem nie zostanę jednak zgładzony by nie szkodzić więcej, by nie być tą najsłabszą formacją?

Wchodząc do komnaty w której pozostawiłem inne wampiry nie dałem po sobie poznać że dręczą mnie czarne niczym chmury nad Alpami myśli.
- No a teraz powiedzcie mi co się tutaj działo podczas mojej nieobecności i co działo się w Konstantynopolu po moim jakże spektakularnym wyjściu – zagadnąłem kiedy wszedłem do komnaty któą niedawno co opuściłem. W której pozostawiłem mą rodzinę i kielich…
….pełen krwi

Z tymi braćmi w krwi miałem dużo do wspominania
 

Ostatnio edytowane przez Efcia : 01-06-2011 o 15:41. Powód: post pod psotem
Sam_u_raju jest offline  
Stary 29-05-2011, 15:12   #3
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2530 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
- Kiedyś dawno, dawno temu był taki czas, gdy nie było jeszcze niczego. Nie było piasku przesypywanego przez wiatr, bowiem wiatru także nie było, ani morza wypłukującego ziemię, gdyż i ziemi nie było, ani nieba z gwiazdami nocą, ni słońca i chmur w dzień. Jedyne, co było to Ginnungagap, milczące, ciche i puste, wielkie Nic. I wtedy stało się. Duch wszechojca stworzył Byt, na południu powstał Muspelheim, kraina gorącego żaru i niebezpiecznego ognia, na północy Niflheim, kraina wiecznej mgły, wszechobecnego zimna i najczarniejszej ciemności. W północnym Niflheimie powstało źródło, w którym początek znalazło dwanaście rzek. Jedna z nich wlała się w otchłań, która nadal rozdzielała zimną północ i gorące południe i rzeka ów zamarzła i przemieniła się w lód. A wtedy żar z Muspelheim stopił lód i wyłonił się z niej olbrzym zwany Ymirem, a za nim Audhumbla, olbrzymia krowa. Ona zlizywała sól z topniejącego lodu a Ymir karmił się jej mlekiem. I wtedy stało się. Ymir spał słodkim snem po równie słodkim mleku Audhumbli, a z wgłębienia pod jego pachami powstał pierwszy mężczyzna i pierwsza kobieta. Zapoczątkowali oni ród lodowych olbrzymów. Ale to nie był koniec, o nie. Audhumbla, której apetyt był przeogromny wylizała tyle lodu, iż jej język natrafił na uwięzionego w nim mężczyznę. Roztopiła zmarzlinę i uwolniła go.

- Zaraz czyż nie tak samo przedstawiało się pierwsze spotkanie Hagarda z Dajmonionem – wtrącił nagle Scypion od dłuższej już chwili stojący w progu komnaty.

Hjordis oderwała wzrok od zasłuchanego Pepina, któremu opowiadała ową historię o stworzeniu świata, w jaką wierzył jej lud.

- Hagard nie zlizywał lodu i na pewno nie można go nazwać wielką krową Audhumblą. Wszedł na kruchy lód i go zarwał. Dajmonion zaś nie wyglądał jak Buri. – Odpowiedziała Scypionowi marszcząc gniewnie brwi.

- Buri był piękny – zwróciła się z powrotem do małego wilkołaka – Piękny i silny – Hjordis kiedyś wyobrażała sobie Buriego jako Asgeirra Hródgeirrsona, najsilniejszego mężczyznę w jej osadzie w czasach, kiedy dorastała, ale teraz widziała już kogoś innego.

- No i Buri – wróciła do przerwanego wątku – własną mocą stworzył potomka, syna, którego nazwał Bors. I ów Bors pojął za żonę Bestlę Bolthornsdottir z rodu olbrzymów. Ich trzej synowie: Odyn, Wili i We zostali założycielami boskiego rodu Asów.

- To jak to było z Hagardem i Daimonionem? – Wyrwało się Pepinowi.

- No właśnie Hjordis jak to z nimi było naprawdę? – Scypion spoczął koło siedzącego w kucki Pepina.

- Co?! – Wampirzyca aż podniosła się z miejsca – Opowiadam historię o stworzeniu całego świata a ty, wy nie słuchacie!

- Słucham – Pepin skulił się cały – tylko przygody Hagarda są takie ciekawe.

Na te słowa Scypion zaśmiał się serdecznie. Hjordis gapiła się przez chwilę na wampira i wilkołaka rozważając cóż powinna uczynić lub starając się dobrać właściwe słowa. Zawsze, kiedy się gniewała jej braki w znajomości łaciny dochodziły do głosu.

- Odyn, Wili i We w przypływie straszliwego gniewu zarżnęli starego olbrzyma Ymira – wycedziła wolno – rozpłatali go tak, iż jego krew zatopiła cały świat. Szkarłatna struga utopiła wszystkie lodowe olbrzymy za wyjątkiem jednego. – Po tych słowach Scypion wyraźnie spoważniał – Ale to nie był koniec – kontynuowała dziewczyna – Ze zwłok Ymira rzuconych na Ginnugagap powstała ziemia, z jego krwi morza i rzeki, z zębów i kości góry i skały a z jego wielkiego czerepu powstało niebo. I tak powstał świat Pepinie – spojrzała groźnie na młodego wilczka – i nie daj sobie nikomu wmówić, że mogło być inaczej.
- A historii Hagarda wam nie opowiem, bo to nie moja historia tylko jego – teraz spoglądała w oczy starszego wampira – chcecie opowieści zapytajcie Hagarda.

Po tych słowach wstała i wyjęła ze skrzyni swój miecz.

- Jak Scypionie, udowodnisz teraz, że potrafisz coś więcej niż tylko kłapać jęzorem? – Płynnym ruchem wysunęła miecz z pochwy.

Scypion uśmiechnął się drapieżnie.

- Spotkamy się na dziedzińcu – ledwo ostatnie słowo przebrzmiało mężczyzny nie było już w komnacie.

- Pepin, spać! – Warknęła na dzieciaka.

- Nie mogę jeszcze z tobą zostać? Ty pójdziesz spać dopiero o świtaniu.

- Nie. Spędzasz ze mną pół nocy, później śpisz. Tylko tak możesz wstać jeszcze za dnia i odwiedzić ludzi w wiosce. Nie chcesz się z nimi zobaczyć? Z tą twoją grupą chłopaków?

Pepin pokiwał tylko głową.

- A kiedy go spotkam? – Zapytał. – Hagarda – wyjaśnił widząc zdziwione spojrzenie Hjordis – Żeby go zapytać. O tą historię.

Hjordis opuściła wzrok i napotkała swoje własne spojrzenie odbite w klindze trzymanego miecza. Potem przeniosła wzrok na obraz namalowany przez wampirzycę Ewę przedstawiający norsmenkę i rozradowanego Pepina, wilkołak wyglądał na nim jak zwyczajny dzieciak w jego wieku nie jak szczenię Księżycowej Bestii. Jasnowłosa wampirzyca usiadła na posadzce komnaty i pociągnęła Pepina za sobą.

- Siadaj i słuchaj. Dawno, dawno, setki dziesięcioleci temu Hagard był zwyczajnym pasterzem i miał własne stado, za które był odpowiedzialny. Jednej zimy wędrował brzegiem zamarzniętego jeziora i chcąc sobie skrócić drogę wszedł na lód skuwający wodę. Wiosny jeszcze nie dało się wyczuć w powietrzu, ale już nadciągała na te tereny i lód był bardziej kruchy niż się to zdawało Hagardowi. Poza tym jak już wielokrotnie ci opowiadałam Hagard jest i wtedy też był wielki i ciężki. Lód nie wytrzymał takiego obciążenia i Hagard wpadł do lodowatej wody. Umarłby od zimna albo udusił się pod lodem, ale stało się inaczej. – Hjordis zawiesiła głos i siedziała przez chwilę cicho wsłuchując się we własne wnętrze – Trzeba ci wiedzieć, iż to nie było zwykłe jezioro. Pod jego powierzchnią istniało miejsce, które nigdy nie rozmarzało, nawet latem. Tam właśnie od wieków spoczywał Daimonion, stary wampir zamknięty w lodowej pułapce przez swego wroga, nephilima, który nie potrafił pokonać Daimoniona w uczciwej walce i zamiast tego użył swych mocy by uwięzić znienawidzonego przeciwnika. Daimonion utracił całą krew z ciała i trwał w uśpieniu czekając na pomoc z zewnątrz, pomoc, która nie nadchodziła. Az do czasu jak Hagard niczym ostatni głupiec wlazł swoimi wielgaśnymi nogami tam gdzie nie powinien i nie plusnął w wodę tuż obok Daimoniona. Tamten wyczuł swoją szansę i wziął od Hagarda to, czego potrzebował, całą gorącą krew pastucha z gór. Oczywiście Hagard był zbyt uparty by zrozumieć, że nadszedł jego koniec i walczył do ostatniej kropli swej krwi z potworem z jeziora, bo w to właśnie zmieniło Daimoniona tkwienie tam tak długo. Hagardowi się udało, częściowo. Złamał trzymającemu go monstrum jedną z rąk. Ten czyn zaimponował Daimonionowi. Wprawdzie stary wampir był osłabiony, ale zgruchotanie mu łapy nie było wcale proste. Daimonion i tak zabrał Hagardowi całą jego krew, ale potem podzielił się z nim swoją.

- Hagard ci to wszystko opowiedział Hjordis? – Oczy Pepina przypominały teraz dwa wielkie spodki.

- Nie, nie mówił mi o tym. Zobaczyłam to na własne oczy, w krwi Hagarda.

- Czemu mi powiedziałaś a mistrzowi Scypionowi nie chciałaś?

- Scypion paple jęzorem gorzej niż baby na targu a ty nie będziesz nikomu o tym mówił. Mogę ci zaufać, prawda Pepinie?

Pepin szybko pokiwał głową. Hjordis błyskawicznie podniosła się z miejsca i schwyciła chłopaka w pasie, obaliła go na podłogę i złapała za nogę przybliżając stopę do jego twarzy.

- Masz tyle brudu pomiędzy palcami, że można by je obsadzić zbożem – powiedziała ciągnąc go za jeden z paluchów – masz się wyszorować porządnie przed snem.

Puściła chłopaka i ruszyła by podnieść upuszczony na podłogę miecz.

- Nie lubię wody – wyszeptał do siebie Pepin.

Na te słowa Hjordis zawróciła i zmierzyła go uważnym spojrzeniem.

- W takim razie, kiedy następnym razem po długim i męczącym biegu zapragniesz łyka wody to zamiast bukłaka dostaniesz kijem po głowie.

- Ale nikt tutaj tyle się nie myje i nie szoruje co ja – bronił się Pepin.

- Wszyscy tutaj to lenie i brudasy – córka Hagarda zmarszczyła brwi – nie chcesz Pepinie żebym uznała cię za leniwego i brudnego, prawda?

Pepin przełknął ślinę widząc minę Hjordis i szybko pokręcił głową.

- Sprawdzę – powiedziała jeszcze wychodząc z komnaty i chwile potem zbiegała już po schodach w dół.


***

Noc miała się już ku końcowi, kiedy Hjordis Hroarrsdottir wspinała się powoli po schodach. Czuła już zbliżające się słońce i jej instynkt nakazywał jej poszukać sobie bezpiecznej kryjówki na dzień. Wampirzyca cicho weszła do komnaty. Pepin dopełnił swoich obowiązków i wygasił ogień na kominku tak, że teraz tylko żar z paleniska rozpraszał mrok pomieszczenia. Błyszczące czerwienią oczy jasnowłosej bez trudu dostrzegały wszystko a światło było jej bardziej utrudnieniem niż pomocą, kiedy korzystała z mocy krwi.. Ułożyła miecz na widoku tak by Pepin wiedział, kiedy obudzi się rankiem, że jej życzeniem było wyczyszczenie ostrza. Z aprobatą spojrzała na zwiniętego w kłębek i śpiącego pomocnika. Potem podniosła derkę i tak jak obiecała sprawdziła stopy chłopaka. Pominął najmniejszy palec. Hjordis szarpnęła brudnym paluchem aż Pepin usiadł na łóżku i potoczył dookoła nieprzytomnym wzrokiem.

- Następnym razem umyj wszystkie – syknęła – A teraz śpij.

Pepin pokiwał głową i padł na posłanie. Jak tylko jego głowa dotknęła poduszki chłopak już spał. Hjordis okryła go derką i podrapała po karku jak niesfornego ale bliskiego sercu psiaka. Pepin zamruczał z ukontentowaniem i uśmiechnął się przez sen.

Dziewczyna schodziła schodami w dół kierując się ku piwnicom twierdzy. Lubiła moment, kiedy wszyscy udawali się na spoczynek. Mogli przez całą noc zajmować się różnymi sprawami i nawet nie zamienić ze sobą ani słowa, ale tuż przed świtem widziała ich wszystkich, zmierzających do swoich legowisk. Dzięki temu wiedziała, kto pozostał na miejscu a kto opuścił zamek. Przywódcy ich zgromadzenia: melancholijny Aureliusz i tkający sieć intryg Cabalus, Gregorius, za którym nie przepadała i miała nadzieję ujrzeć kiedyś jego kres, Diana Lukrecja, jej druh Scypion. Brakowało Oktawiana i Ewy, którzy ponieśli prawdziwą śmierć. A także Bruna który zjawiał się zwykle jako ostatni, jeżeli się zjawiał. Zwykle alchemik pracował do ostatnich chwil a potem padał na stół w swoim laboratorium. Nie stanowiło to dla niego zagrożenia gdyż jego pracownia znajdowała się w podziemiach i nie docierały tam promienie słońca a wyznaczony sługa sprawdzał tuż po wschodzie słońca czy Bruna nie wylał lub nie rozsypał niebezpiecznych substancji zapadając w sen. No i brakowało Mariusza. Jego brak stanowił prawdziwą zgryzotę dla Hjordis tym bardziej, że Cabalus początkowo miał zamiar wysłać ją na jego poszukiwania a później zmienił zdanie.

Hjordis skierowała się stronę miejsca, które już dawno temu wybrała na swoje leże. Miejsca gdzie zamek łączył się z macierzystą skałą. Miejsca gdzie wytwór ludzkich rąk napotykał dzieło natury. Kości i zęby Ymira. Przeciągnęła dłonią po chropowatej strukturze skały. W tym miejscu nawet jej wampirze oczy miały kłopot z dostrzeżeniem czegoś poza ogólnym zarysem kamieni. W końcu pomagając sobie zmysłem dotyku natrafiła na szczelinę w skale. Odsunęła na bok głaz blokujący do niej dostęp i wcisnęła się w wąską przestrzeń. Zasunęła za sobą kamienny blok i pełzła dalej aż trafiła na więcej wolnej przestrzeni gdzie ułożyła się wygodnie do snu. Lubiła to miejsce. Było w nim ciasno i prawie nic nie widziała, ale czuła się tutaj bezpieczna. Poza tym przypominało jej czasy, kiedy Hagard uczył ją wyszukiwać sobie kryjówki na dzień. Olbrzym dawał jej chwilę na znalezienie schronienia a potem sprawdzał czy żadna część jej ciała nie wystaje na zewnątrz. Jeśli tak było łapał ją za nią, ściskał swoimi wielkimi łapskami i huczał:

- Straciłaś właśnie nogę! Słońce spaliło ją na popiół!
- Nie masz już barku i ramienia!
- Spaliło ci włosy a teraz promienie przepalają ci czaszkę!

Hjordis zaśmiała się w duchu na to wspomnienie. To były dobre czasy.
Jej ruchy stały się jeszcze bardziej ospałe i wolne. Zamknęła oczy, przestała używać zdolności krwi, więc i tak nic już nie widziała. Słońce czaiło się tuż pod widnokręgiem. Hjordis wyobrażała sobie jak pierwsze promienie zaleją ziemię. Pamiętała swój ostatni wschód słońca. Wiedziała wtedy, że miał być jej ostatnim, więc miała okazję zapamiętać każdy szczegół oglądanego zjawiska. Zresztą Hagard nie miał szansy przewidzieć, że to jego ostatni dzień, kiedy ten nadszedł a i tak pamiętał swój ostatni wschód słońca. Zatarły mu się w pamięci wspomnienia z jego ludzkiego życia. Hjordis powiedziała Pepinowi, że Hagard posiadał własne stada ale prawda wyglądała tak, że ani ona ani sam Hagard nie wiedzieli jak to było naprawdę czy Hagard był ich właścicielem czy tylko pracował dla kogoś. Tak samo, jak Hagard nie wiedział czy miał żonę i jakieś potomstwo. Wielkolud nie pamiętał z okresu ludzkiego życia prawie nic a potrafił opisać ostatni widziany przez siebie wschód i zachód słońca. Norsmenka sięgnęła powoli ręką do skórzanego woreczka zawieszonego na szyi i wydobyła stamtąd swój skarb. Nie musiała nic widzieć, wiedziała, co zawierał woreczek. Pogłaskała palcami jasny kosmyk włosów przewiązany rzemieniem i wciągnęła nosem jego zapach. Kojarzył jej się z górami i północnymi lasami, z fiordami i morską bryzą, z lodowcem i czystym północnym niebem, kojarzył jej się z domem.
Promienie słońca zalały zamek w Alpach a Hjordis Hroarrsdottir przestała istnieć dla świata.

Kiedy ostatni poblask światła skrył się za horyzontem Hjordis otworzyła oczy i zaistniała na powrót przywrócona do swego życia- nieżycia. Schowała pukiel blond włosów wciąż wciśnięty w jej palce i wyczołgała się ze swojej jamy. Odkopnęła nogami blokujący wyjście głaz i mocno stanęła na nogi. Była gotowa na kolejną noc swego istnienia.


***

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=7-AE50otuVA&feature=related[/MEDIA]

Cabalus wyjechał. Wezwany przez Thiamat. Byłam rada, że ona nie wraca. Nienawidziłam się bać a jej się bałam. Było mi jej też żal. Tego też się bałam. Bałam się, że ona odkryje moją litość dla niej i się wścieknie. Ja bym się wściekła gdyby ktoś się nade mną litował. Ale musiałam jej żałować. Nigdy nie pozwolono jej dorosnąć. Zamknięto ją w ciele dziewięciolatki na wieki. Nigdy nie urośnie. Będzie tylko trwać. Przez wieki. Byleby tylko trwała daleko ode mnie.

Cabalus wyjechał i cieszyło mnie to. Cieszyło przez cały miesiąc księżycowy. Potem miałam dosyć. Poczęłam żałować, że go nie ma. Ten kłamliwy, wyzbyty honoru i zapatrzony we własne cele wąż nigdy nie był mi bliski, ale sprawiał, że działy się rzeczy. Teraz nie działo się prawie nic. Nie potrafiłam rozmawiać z Aureliuszem, więc z nim nie rozmawiałam. Miałam pilnować bezpieczeństwa Diany i Bruno, ale nie potrzebowali tego. Jedynym zagrożeniem dla Diany było to, że podczas jednej ze swoich rzadkich wycieczek do wioski położonej tuż pod zamkiem potknie się o kamień i wybije zęby. Jedynym zagrożeniem dla Bruna było to, że zrobi tajemniczy wywar w swoich zaśmierdłych komnatach i podpali siebie albo zamek. Po namyśle jednak mogło mu grozić niebezpieczeństwo. Może powinnam się pozbyć wszystkich jego wywarów i narzędzi dla jego dobra. Może powinnam.

Miałam swoje obowiązki i traktowałam je poważnie. Miałam dbać o bezpieczeństwo zamku, więc dbałam. Starałam się rozwijać własne umiejętności. Ze Scypionem ćwiczyłam szermierkę, z Ludwigiem, przywódcą naszych Księżycowych Bestii walkę wręcz. Lubiłam Ludwiga, chociaż bardziej lubiłam jego ojca Gerharda. Ludwig różnił się od swego ojca. Pewnie ta różnica wynikała z tego, że większy udział w jego wychowaniu miała jego matka. Synowie powinni być wychowywani tylko przez swych ojców i wujów. Matki zawsze psuły synów, nie wiadomo, dlaczego. Gerharda już nie było i nie mógł pracować nad swym synem. Trudno. Choć szkoda.

Polowałam w lesie z Pepinem albo sama. Czasami dołączałam do watahy Ludwiga i polowałam z nimi. Czasami chodziłam do wioski i przyglądałam się ludziom. Na zamku schodziłam do pomieszczeń kuchennych i przyglądałam służbie przy pracy. Słuchałam opowieści Scypiona i Bruna. Chodziłam do Diany a ona czytała mi ze swoich ksiąg. Oglądałam mapy u Scypiona. Robiłam to wszystko, co dotychczas. Patrzyłam i uczyłam się. Ale bez Cabalusa było jakoś inaczej.

Podczas jednego z samotnych polowań wypatrzyłam ich. Znalazłam miejsce w lesie, z którego umykała wszelka zwierzyna. Rozumiałam, co to oznaczało. Drapieżnik wkraczał na nasze terytorium. Zbłądził? Polował? Rzucał nam wyzwanie? Znałam większość zwierząt na naszym terytorium a one znały mnie, to nie mnie się obawiały. To był ktoś obcy. Czułam to. Coś się działo.

To nie był obcy. Mariusz wracał do domu. Wlókł ze sobą konie, które spowalniały jego wędrówkę i nieznajomego wampira. Wlekli się obaj i to koszmarnie. Mój dziadek potrafił poruszać się szybciej i to w czasach, gdy miał już chromą nogę. Obserwowałam ich i czekałam niecierpliwie aż dotrą do miejsca gdzie siedziałam. Trwało to długo. W końcu skoczyłam Mariuszowi na powitanie.

Aurelisz wiedział. Jego twarz nie wyrażała zdziwienia, kiedy powiedziałam mu o nadchodzącym Mariuszu. Cabalus też musiał wiedzieć. Dwa stare wampiry wiedziały i nic nikomu nie mówiły. Bawiły się naszą niewiedzą albo nie uznały nas za godnych dopuszczenia do tajemnicy. Hagard mi tego nie robił. Jeśli mi czegoś nie mówił to, dlatego że dbał o moje dobro albo zapomniał mi o tym powiedzieć. A te dwa zgniłe stare pająki snuły swoją pajęczynę tajemnic i sekretów. Czyniło ich to podobnych do Lokiego a ja wiedziałam że nie powinno się ufać Lokiemu. Inni bogowie mu nie ufali, więc ja nie ufałam Cabalusowi a teraz dowiedziałam się, że nie można również ufać Aureliuszowi. Niech i tak będzie.

Aurelisz oszczędnie powitał swego syna i jego gościa, Diana natomiast poczyniła dużo pustych gestów i wypowiedziała wiele pustych słów. Dziwne to było, mnie zawsze uczono by okazywać mniej niż czujesz, ale mieszkańcy południa robili dokładnie odwrotnie. W tak ciepłym klimacie powinni oszczędzać ruchy i emocje by nie nagrzewać dodatkowo swych ciał, ale mieszkańcy południa rzadko czynili tak jak podpowiadał rozum.

Gość Mariusza przemówił krótko i opuścił nas odprowadzony do swych komnat przez Mariusza właśnie. Nie wiem, od czego chciał odpocząć, bo martwe ciało nie potrzebowało odpoczynku a i tempo ich wędrówki nie powinno wyssać z nich sił. Może sprawowanie kontroli nad końmi tak go wymęczyło albo nasze towarzystwo. Ja także postanowiłam opuścić resztę, kiedy jak zwykle Diana i Bruno nie pojęli moich wątpliwości i pytań. Usunęłam się także spoza wzroku Mariusza.


***


Scypin przerwał walkę i spojrzał w oczy Hjordis.
- Na pewno chcesz tej walki? Czuję, że jesteś rozkojarzona. Przed chwilą o mało nie odrąbałem ci palców.

- Jeżeli uważasz, że zasłużyłam na to swoimi błędami to rąb – odparła – Za błędy trzeba płacić – dodała.

Uniosła ponownie miecz, ale po chwili go opuściła.

- To moja wina, wiesz. To, co przytrafiło się Mariuszowi. Miałam ich pilnować i nie upilnowałam. Mogłam nie dopuścić Bruna do tego domu. Połamać mu nogi i powstrzymać. Mogłam nie dopuścić by Mariusz rzucił wyzwanie władcy. Połamać mu... Zrobić tak by zamknął usta i zatrzymać go. Poprosić Dianę by mi pomogła jeśliby nie udało mi się powstrzymać ich obu. Zrobić więcej niż zrobiłam.

Scypion nie odpowiedział. Wiedział już, że w chwilach takich jak ta nie należało dyskutować z Hjordis gdyż wszystkie słowa wypowiadało się na próżno. Zamiast tego stal i słuchał. A potem zrobił to, co zawsze na nią działało. Odwrócił jej uwagę.

- Myślisz, że Cabalus wyśle kogoś z nas do starcia z Giovanni? – Zapytał po chwili.

Hjordis oderwała się od swoich myśli i zagryzła wargi.

- Pośle Gregoriusa – stwierdziła – zawsze go posyła, kiedy trzeba wybić komuś kły. Albo zrobi tak jak zwykł czynić ostatnio. Wyśle nas żebyśmy byli widoczni i skupili wzrok, kogo się tylko da na sobie a Gregorius zaatakuje znienacka, kiedy się będą tego najmniej spodziewali i zadziała tak jak to zwykł był działać. Szybko, brutalnie i krwawo.
 

Ostatnio edytowane przez Ravanesh : 29-05-2011 o 15:15.
Ravanesh jest offline  
Stary 30-05-2011, 19:02   #4
 
Suriel's Avatar
 
Reputacja: 292 Suriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skał
Powiadają że potwory nie istnieją, powiadają że wampiry nie istnieją, a duchy to tylko wyobraźnia wystraszonego dziecka bojącego się ciemności.

Jestem przykładem na istnienie wszystkich tych zaprzeczeń. Stałam się potworem w mniemaniu ludzi, stałam się wampirem i widzę duchy.

Wszystko zaczęło się wiele lat temu w przepięknym mieście Wenecja. Centrum świata dla mojej rodziny. Dumnych i zadufanych w sobie kupców.
Kiedy miałam 10 lat pierwszy raz zobaczyłam coś czego nie powinnam, coś co nie powinno istnieć, zobaczyłam ducha. Ducha małej dziewczynki która przyszła do mojego pokoju. Na początku chciałam się z nią zaprzyjaźnić, porozmawiać, ale ona tylko stała i patrzyła. Była jakby przezroczysta, a kiedy podeszłam do niej poczułam chłód a ona zniknęła. Przestraszyłam się. Pobiegłam do swojej niani i opowiedziałam co widziałam. Tym razem to ona się przestraszyła, kazała mi iść do swojego pokoju i nikomu o tym nie mówić. Przekonywała mnie że na pewno był to tylko zły sen i żebym tego nie opowiadała bo inni mogą to źle zrozumieć. Od tamtej pory dziwnie mi się przyglądała, a dwa miesiące później wymówiła służbę u moich rodziców. Nie wiedziałam co miała wtedy na myśli, ale posłuchałam jej, każde moje następne spotkanie z duchami przemilczałam. Nasz zmarły kamerdyner, który snuł się po korytarzach, jakaś kobieta która przechadzała się po parku w posiadłości wuja. Zawsze się zastanawiałam dlaczego oni wszyscy są smutni.

Ksiądz w jednym z kazań wspomniał kiedyś że dusze ludzi którzy zostawili jakieś niezałatwione sprawy na ziemi błąkają się po niej nie mogąc znaleźć spokoju. Sam chyba nie wiedział jaki był bliski prawdy. Z czasem moje dziwne zdolności rozwinęły się, zaczęłam miewać sny, często niezrozumiałe, dziwne. Z czasem zaczęły nabierać sensu. Śniły mi się czasami rzeczy które dopiero miały się wydarzy. Jak ostrzeżenia z przyszłości. Początkowo były to małe rzeczy, stłuczony przez zemnie wazon śnił mi się w skorupach kilka dni wcześniej. Wypadek mojego brata podczas nauki szermierki, śmierć naszej kucharki pod kołami powozu. Przerażało mnie to coraz bardziej. Moją największą głupotą było zwierzenie się z tego matce. Miałam wtedy 12 lat. Wysłuchała mnie, a i owszem. Potem wyszła z pokoju bez słowa, nie odzywała się do mnie przez kilka dni, nie uczestniczyła w posiłkach na których byłam. Przyszła do mnie kilka dni później i oznajmiła ze podjęli z ojcem decyzję wydania mnie za maż, że kiedy zostanę matką i żona głupoty same wywietrzeją mi z głowy, a do tego czasu powinnam się modlić do Boga o rozum.

Wydali mnie za mąż za wspólnika mojego ojca. Staruch miał prawie 35 lat, jego żona zmarła kilka lat wcześniej nie dając mu potomka. Cóż po tym kiedy go poznałam bliżej jako już małżonka wcale się temu nie dziwiłam. Odwiedzał mnie raz w miesiącu o ile nie był pijany, lub w podróży. Bardzo szybko nauczyłam się znajdować sobie inne towarzystwo. Nie stroniłam od zabaw i hazardu, miałam kilku kochanków, ale zawsze potrafiłam być bardzo dyskretna, zresztą mojemu mężowi było to raczej obojętne. Przynajmniej tak myślę teraz, wtedy byłam tylko rozkapryszona, urażona i żądna nowych wyzwań. Na jednym z przyjęć wydawanych w Wenecji, praktycznie każdej nocy, poznałam Mercedes podobnie jak ja znudzoną życiem małżeńskim dziewczynę, która opowiedziała mi o demonach, czarnych mszach, zaklęciach i duchach. Bardzo mi się to spodobało. W końcu ktoś komu mogłam opowiedzieć o swoich snach i zwidach. Kiedy jej to mówiłam uśmiechała się, teraz wiem, że myślała, że zmyślam podobnie jak ona, żeby ubarwić swoje życie. Wciągnęła mnie do sekty. Nie pamiętam nawet jak się nazywała, grunt że mogliśmy się spotykać w piwnicach, śpiewać pieśni, oddawać się grzesznym rozkoszom. Ci ludzie nie wiedzieli zbyt dużo, nie znali się na magii ani na snach, ale i tak lepiej się z nimi czułam niż z własna rodziną.

Teraz dopiero wiem jakie było to głupie, ale wtedy kiedy miałam 15 lat i byłam opuszczona przez wszystkich w swojej inności ci ludzie stanowili dla mnie coś bardzo ważnego. Wszystko skończyło się pewnej nocy na cmentarzu w pobliżu Wenecji. Nasz mistrz oznajmił nam którejś nocy, że spotka nas zaszczyt poznania kogoś bardzo potężnego, ściganego przez kościół za czary. Miał się z nami spotkać i przekazać nam swoja wiedzę z dala od wszystkich, żeby nie ściągać na siebie ciekawych oczu. Wybór padł na opuszczony cmentarz. Byłam podekscytowana jak dziecko wizją spotkania kogoś naprawdę ważnego i mającego wiedzę, miałam do niego tyle pytań. Przeczytałam chyba wszystkie książki do jakich miałam dostęp o okultyzmie, magii, siłach nadprzyrodzonych. Boże jaka to była głupota. Mój ukochany małżonek znowu gdzie wyjechał więc bez przeszkód pojechałam na spotkanie.

Wszystko odbywało się na początku jak zwykle, wszyscy w ceremonialnych szatach, w maskach na twarzy braliśmy udział w nieznanym nam rytuale. Przewodnikiem tym razem był mężczyzna w masce węża przedstawiony przez naszego mistrza jako człowiek na którego wszyscy czekaliśmy. Zaczął intonować jakąś dziwną hipnotyczną pieśń której wszyscy się poddaliśmy kołysząc się w takt jego głosu. Zaczęliśmy wtórować mu w jego pieśni. W pewnej chwili mężczyzna zrzucił szaty, a maska okazała się być jego twarzą, nikt chyba oprócz mnie tego nie zauważył. Pól mężczyzna, pół wąż kołysał się jak kobra w rytm śpiewanej przez nas pieśni. Wysunął kły i rzucił się do szyi naszego mistrza. Nikt się nie poruszył, nie wydał nawet żadnego dźwięku kiedy rozrywał mu gardło. Nie byliśmy już sami, spomiędzy nagrobków zaczęli wyłaniać się podobni do niego, rzuciłam się do ucieczki. Tamci napadli na pozostałych członków mojej sekty którzy stali nadal zahipnotyzowani dziwna pieśnią przywódcy. Jeden z nich rzucił się w pogoń za mną.
Udało mi się dobiec do powozu, tam mnie dopadł i powalił na ziemie. Widziałam jego kły i rozdwojony język kiedy lizał moja szyję, jakby smakował mój strach. Odchylił się do tyłu jak zwierze gotujące się do ataku i wtedy jego głowa potoczyła się w bok, a jego ciało przycisnęło mnie do ziemi. Nie krzyczałam, byłam chyba zbyt przerażona. Nade mną pojawiła się jakaś postać, podała mi rękę i wyciągnęła spod trupa. Przede mną stał mężczyzna. Koło mnie zmaterializował się drugi. Był cały zakrwawiony. Uśmiechał się, oznajmił mojemu wybawcy że sprawa załatwiona, później patrzył na mnie drapieżnym wzrokiem, jakby badając mój smak. Teraz wiem że moje przypuszczenie było bardzo trafne.

Mój wybawca przedstawił się jako Cabalus i zaczął mnie wypytywać co tu robię, jak udało mi się uciec. Kiedy opowiedziałam mu co wydarzyło się na cmentarzu tylko pokiwał głową i się uśmiechnął. Odwrócił się do drugiego mężczyzny ze stwierdzeniem.
- Nada się Gregoriusie, a potem błyskawicznie odwrócił się w moja stronę i wgryzł się w moja szyję. Nie zdążyłam nic zrobić, poczułam tylko ugryzienie i spokój jaki mnie ogarnął, świat zawirował i zgasł.

Nazywam się Diana Lukrecja i tamtej nocy narodziłam się jako wampir. Dziecię Cabalusa, potężnego sługi nocy.

Zabrał mnie do swojego zamku w Alpach, gdzie poznałam pozostałe jego dzieci i innych członków jego koterii. Od tamtej chwili nie widziałam słońca, jestem dzieckiem nocy i codziennie uczę się o sobie czegoś nowego. Na początku myślałam że jesteśmy potężni, cudowni i wspaniali, a moc członków naszej koterii jest nieograniczona, że kiedyś stanę się tak potężna jak oni. Że jesteśmy panami nocy. Tak myślałam do pierwszego spotkania z wampirem spoza naszej koterii, wtedy o mało wszyscy byśmy nie zginęli.
Bruno mój brat krwi, Hjordis podopieczna Cabalusa, córka jego brata Hagarda i Mariusz syn Aureliusza. Każde nasze późniejsze opuszczenie zamku wiązało się z coraz boleśniejszymi naukami o życiu istot nocy i o tym jak mało wiemy o świecie na jaki sprowadził nas Cabalus.

Kielich goryczy tych nauk przelał się w momencie przypadkowego odnalezienia przez nas naszej pramatki Thiamat. Był to przypadek brzemienny w skutkach. Jako młode wampiry wysłane przez pramatkę w świat polityki i walki o władzę w Konstantynopolu, stolicy wampirzego świata nie przygotowani na to co spotkamy i jak poruszać się w tym świecie dostaliśmy nauczkę jakiej nie zapomnimy do końca naszego życia. Nasze nieudolne próby lawirowania w polityce której nie znaliśmy doprowadziły do zamordowania Mariusza przez naszego króla Kapadocjusza. Pozostali zostali wydaleni ze stolicy z zakazem powrotu. Nie mogliśmy nic zrobić, nie mieliśmy nikogo po swojej stronie kto mógłby nam pomóc. Z wyrzutami sumienia wróciliśmy do domu.

Wampiry nie maja snów, przynajmniej tak powiadają, ja nadal śnię. Śnię o przyszłości jak w dzień śmierci Mariusza śniłam o złych rzeczach, ale to zignorowaliśmy, te sny są enigmatyczne, zamazane, przynoszą zazwyczaj tylko niepokój. Śnię o przeszłości o rzeczach jakie się wydarzyły, o tym jak zostałam przemieniona.

Kiedy mieszkałam jeszcze w Wenecji także prowadziłam życie praktycznie nocne. Przesypiałam całe dnie ukryta w łożu za grubymi kotarami, żeby blask słońca nie padał na mój sen, a w nocy oddawałam się dzikim tańcom, przyjęciom. Teraz też mogłabym tam żyć, z tą różnicą że na przyjęcia chodziłabym szukać pożywienia nie kochanków, a może jedno i drugie. Może kiedyś się przekonam jak to jest. Nie pamiętam prawie wcale już mojego życia jako człowieka, jedynie przebłyski. Moi bliscy prawdopodobnie już nie żyją.

Staram się zgłębić tajniki mojego nowego wcielenia, dlaczego widzę nadal duchy, jak mogę się z nimi porozumiewać, dlaczego śnię i jak mogę to wykorzystać. Ojciec sam był zdziwiony kiedy dowiedział się o moich zdolnościach. Nie ma go jednak teraz z nami, wyjechał wezwany przez pramatkę.

Siedzę nad księgami, czasami uczę się walki podpatrując Hjordis moją dziką siostrę. Chciałabym stąd wyjechać, wiem jednak że jest na to jeszcze za wcześnie. Moje życie jako wampira dopiero się zaczęło, a już dostałam niezłą nauczkę. Nie chcę zaprzepaścić przez własna głupotę daru jaki otrzymałam od Cabalusa.

Nudzę się.

Tęsknie za Mariuszem.
 
__________________
Nie musisz być szalony żeby tutaj pracować, ale to pomaga:)

Ostatnio edytowane przez Efcia : 01-06-2011 o 15:53.
Suriel jest offline  
Stary 01-06-2011, 19:47   #5
 
Suriel's Avatar
 
Reputacja: 292 Suriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skałSuriel jest jak klejnot wśród skał
Siedziałam w wieży zgłębiając tajniki naszego istnienia kiedy jak burza po zamku przebiegła Hjordis z wiadomością o powrocie Mariusza.

Miałam ochotę na nią nakrzyczeć, że jest okrutna i robi sobie żarty z czegoś co nadal jest zadrą w naszych sercach. Pożegnała się z nim w swoich myślach już tyle razy. Tyle razy wspominała tamtą noc, zastanawiając się czy można było coś zrobić. Pokierować rozmową i wydarzeniami inaczej. Za każdym razem widziała jego twarz. Nie mogła uwierzyć, Hjordis nie mogłaby wymyśilć czegoś tak okrutnego, więc może była to jednak prawda
Na dziedzińcu zaczęło się jakieś zamieszanie, szczekały psy, słyszałam stukot podków po podjeździe.
Pobiegłam do głównej Sali.

Był tam, stał w towarzystwie nieznajomego mi mężczyzny.
- Mariusz, to naprawdę ty - miałam ochotę rzucić mu się na szyję i uściskać.

Hjordis rozsiadła się wygodnie i widać było, że czekała z wielką ciekawością na spotkanie ojca i jego powracającego, zbłąkanego syna. Musiała się wyjątkowo nudzić bo zwykle nie bywała taka wścibska a w tej chwili sprawiała wrażenie jakby się miało zaraz rozegrać w tym miejscu wyjątkowo interesujące przedstawienie.

- Witaj Diano - uśmiech nie spełzał z twarzy Mariusza - ja też się cieszę, że cię widzę. Dopóki nie stało się to co się stało nie byłem świadom, że staliście się dla mnie tak bliscy i że moje myśli krążyły wokół was.... Wszelkie podziękowania za to, że mogę stać wśród was należą się temu o to stojącemu rycerzowi i jego koterii - usiadł na krześle - Szkoda, że tak szybko położono na mnie krzyż.... A gdzie nasza słynna gościnność? - zmieniłem temat - Jesteśmy strudzeni podróżą i spragnieni.

Aureliusz pojawił się w komnacie w chwilę po mnie. Ubrany w ciemnej barwy, prostą tunikę. Jego twarz pozostała niewzruszona, tylko oczy zapłonęły jakimś światłem na widok potomka i gościa.

Odsunęłam się dyskretnie by nie przeszkadzać w spotkaniu ojca z synem.

- Krew zaraz zostanie dostarczona - powiedział Aureliusz spokojnie. - W ciele i w kielichu. Jak wolicie.
Przez chwilę przyglądał się obu przybyłym.
- Witaj, synu, witaj szlachetny gościu.
Ukłonił się obu. Czy był wzruszony? Pewnie tak. Czy zaskoczony? Tego nie potrafiłam powiedzieć. Zapewne wieź jaką dzielił z potomstwem, wieź której młode wampiry nie potrafiły pojąć nie będąc Stwórcami, powiedziała mu już wcześniej, że Mariusz żyje. Ale widać było, że cieszy się na swój wypalony, stoicki sposób.

- Ojcze... – oczy Mariusza zapłonęły blaskiem odzwierciedlając emocje jakie nim targały – podszedł do Aureliusza i złożyłem pocałunek na jego policzkach - radość wypełnia moje serce na twój widok - Ojcze pozwól, że przedstawię tobie naszego gościa, Sir Corbin de Nancyvielle. Emisariusz koterii, która uratowała mój marny i niepokorny żywot.
- Witaj, sir Corbinie de Nancyvielle. Zaszczyt gościć cię w naszych progach.
- Witaj szlachetny Ojcze - powiedział wampir. - Czy mogę rozmawiać z Cabalusem.
- Obawiam się, że nie - powiedział spokojnie Aureliusz. – Wyjechał do Konstatntynopola. Teraz ja zarządzam koterią pod jego nieobecność. Możesz przekazać mi to, co chciałeś powiedzieć jemu.
Gość wahał się przez chwilę, zanim udzielił odpowiedzi:
- Przemyślę to.

Aureliusz skłonił się i przeniósł wzrok na Mariusza.
- Zajmiesz się naszym gościem, synu - polecił.
- Co do napoju to skorzystamy z kielicha - Napijemy się sir Corbinie i wskażę ci komnatę byś mógł wypocząć i schronić się przed promieniami słońca - delikatna nutka żalu, utęsknienia zagrała pod koniec wypowiedzianych słów.

Gość pokiwał głową akceptując propozycję. Chwile później pojawił się któryś z zamkowych sług niosąc wielka tacę z dwoma kielichami. Krew w nich była jeszcze ciepła, a jej ilość mogła ugasić mniejszy głód. Corbin wypił krew w milczeniu, dziękując Aureliuszowi samym skinieniem głowy.

Hjordis przyglądała się wszystkim lekko przymrużonymi oczyma.
Usiadła na wolnym krześle obok Hjordis.
- Wiedziałaś o tym? - wyszeptałam.
- Hmm, słodka Diano - szept koło mojego ucha zabrzmiał dość niepokojąco. dopiero teraz poczułam, że usiadłam na czyjeś kościste kolana. - Czy mogłabyś zająć inne krzesło, ewentualnie z radością ustąpię ci miejsca.
Scypion korzystający z mocy niewidzialności niespodziewanie pojawił się na miejscu, na którym usiadłam wprowadzając mnie w niemałą konsternację.
Prawie pisnęłam, ostatkiem siły woli się powstrzymałam. Zręcznie zsunęłam się z kolan Scypina.
- Wybacz, dobrze się bawisz - uśmiechnęłam się wrednie do niego i zajęłam miejsce po drugiej stronie.
- O czym? – Hjordis spojrzała na mnie.
- Że Mariusz wraca, że to w ogóle możliwe po tym co mu zrobili w Konstantynopolu - powiedziałam szeptem.
- Nie. Skąd miałabym wiedzieć? Myślałam tak jak wszyscy, że został z niego tylko proch. Dowiedziałam się jak zobaczyłam ich w lesie.

W ty momencie do sali pospiesznym krokiem z lekkim wyrazem zakłopotania na twarzy wkroczył Bruno.
Nie zdążył nawet zmienić ubrania więc prezentował się zupełnie nieodpowiednio jak na okoliczność przyjmowania gości. Czarna szata przypominająca habit upstrzona była plamami, gdzieniegdzie z przepalonymi dziurami. Fartuch który miał chronić ubranie i skórę przedstawiał się równie żałośnie. Twarz umorusana jakimś białym proszkiem, jego ślady na ubraniu we włosach i birecie świadczyły, że jeszcze przed chwilą musiał mieć do czynienia z niekontrolowanymi wydarzeniami w swoim laboratorium. Wytarł dłoń o fartuch i pospiesznie, właściwie gorączkowo chwycił dłoń Mariusza i potrząsnął nią energicznie.
- Witaj, witaj , tak się cieszę - na twarzy nie wykwitł mu jednak uśmiech, ale coś w rodzaju wspomnianego już zakłopotania, jakby myślami był gdzie indziej zdając sobie jednak sprawę z wagi i doniosłości sytuacji.
- Ja również się cieszę Bruno – Mariusz odwzajemnił uścisk dłoni.
- Wybacz mój drogi przyjacielu, przybyłem tak szybko na ile pozwoliły mi prawa natury. Pewne substancje poddawane obróbce termicznej nie powinny pozostawać bez opieki - uśmiechnął się spoglądając na towarzyszącego Mariuszowi człowieka. Przywitał się skinieniem głowy.
- Cały i zdrowy? - powiedział chwytając młodego wampira za ramiona jakby chciał się upewnić co do swoich słów - niebywałe. Po tym wszystkim? Tak się cieszę. – Bruno wypowiadał słowa, ale widać było ze myślami błądzi gdzie indziej, zresztą jak zwykle.
- Jako i widać.. Prawda, że niebywałe a zarazem nieodpowiedzialne, egoistyczne i głupie było moje zachowanie. Raczcie mi wybaczyć, że i was naraziłem na niebezpieczeństwo - delikatnie ukłoniłem się w kierunku gdzie siedziałam z Hjordis i gdzie stał Bruno.
Corbin przyglądął się nowo przybyłym wampirom ze stoicikim spokojem na zarośniętej, lśniącej od topniejącego śniegu twarzy. Ten spokój był w jakiś sposób nieludzki, ale oczywiście wampir nie był człowiekiem. Jak zawsze w takich sytuacjach pojawiało się pytanie: ile ma lat ów Corbin, jak silna jest jego krew, kim był jego Praojciec lub Pramatka? I rzecz jasna najważniejsze z nich: - Co sprowadziło go zimą na zamek naszej koterii. W końcu przemówił.
- Podjąłem decyzję, Aureliuszu - głos miał dźwięczny i przyjemny dla ucha. - Przedstawię wam propozycję księcia Turynu i pana koterii, której mam zaszczyt być członkiem. Zakonu Czterech.

Aureliusz przy ostatnim zdaniu zmrużył nieco bardziej oczy. Słyszałam już kiedyś tą nazwę, a może o niej czytałam. Nie mogłam sobie na razie przypomnieć gdzie. Byłam tylko pewna, że zetknęła się z tą nazwą jeszcze kiedy żyłam jako śmiertelniczka w Wenecji.

- Zakon Czterech od lat traci wpływy w Italii na rzecz tych zdradzieckich Giovannich. Walka, która do tej pory przybierała różne formy, stała się teraz prawdziwą wojną. Członkowie naszych koterii polują na siebie i przelewają swoją vitaę. Jesteśmy dumną koterią. Nie chcemy prosić stolicy o mediację. Sami rozwiązujemy swoje problemy. Sami, lub z pomocą swoich przyjaciół.

Spojrzał na Aureliusza, a potem na Mariusza.

- Odbiliśmy twego syna, Aureliuszu z rąk handlarzy vitae transportujących go w torporze do piwnic któregoś z laboratoriów Giovannich. Sam wiesz, co by go tam mogło spotkać. Myślę, że macie względem nas dług krwi, ale nie chcę się na niego powoływać. Chcemy wsparcia przeciwko Giovannim w Turynie i tylko tam. Wsparcia kilku silnych spokrewnionych, którzy pomogą nam rozwikłać jeden problem. My sami mamy związane ręce, ze względu na śluby złożone przed Radą. Ich złamanie uczyni nas winnymi sporu z Giovannimi, a tego nasz Książę, Valeriusz, sobie nie życzy. Wasza koteria leży dość blisko Turynu. Kilka sprytnych wampirów mogłoby utrzeć nosa Giovannim. I dać nam sukces w tym konflikcie. W zamian za te wsparcie, przekażemy Cabalusowi informację, cenną informację. O Ferrocii. Jak więc, namiestniku koterii? Czy me słowa warte są rozważenia?
- Są - odparł Aureliusz krótko i kłaniając się wszystkim dodał: - Zostawcie mnie przez chwilę. Muszą spróbować nawiązać łączność z Cabalusem. Proszę, dotrzymajcie towarzystwa szlachetnemu Corbinowi z Zakonu Czterech.

To mówiąc, wyszedł.

Mariusz wolno dopił krew z kielicha.
- Zaprowadzę Cie sir do twego pokoju gościnnego byś mógł się odświeżyć. Gdybyś tylko czegoś potrzebował służba jest na Twoje rozkazy.
Wyszli obaj.

Zostaliśmy sami.
Hjordis, Bruno, Scypion i ja.

Służba sprzątnęła kielichy, przyniosła nową porcję krwi i oddaliła się dyskretnie.
- To sir Corbin miał szczęście, że trafił na Aureliusza a nie Cabalusa gdyż Cabalus nie byłby aż tak uszczęśliwiony powrotem Mariusza. Jednakże gdyby był tutaj Cabalus to spotkanie byłoby bardziej – Hjordis zamyśliła się na chwilę - interesujące. Nie sądziłam, iż może mi zabraknąć obecności Cabalusa.
- Nie sądziłem, że zrobisz aż takie postępy moja droga Hjordis. Twoja łacina bardzo się poprawiła od naszej ostatniej lekcji. Kto Cię uczył, kiedy ja nieopacznie, ale widać bez negatywnych konsekwencji, porzuciłem Twoją edukację? – Bruno nie mógł sobie darować małej uszczypliwości.
- Scypion oczywiście. Prawdziwy z niego skald. Zna się na mieczu i na słowach - wzruszyła ramionami - nie martw się Bruno, jakbym potrzebowała twoich nauk to zawsze cię znajdę.
- Nie martwię się Hiordis. Cieszę się, że robisz wyraźne postępy
- Słyszeliście co powiedział ten sir Corbin? - Hjordis przeszła do rzeczy - Kapadocjusz sprzedał Mariusza na krew zamiast go zwyczajnie zabić.
-Masz rację, Hjordis, ta wypowiedź na to wskazywała. Oburza Cię to jak widzę? – Bruno był chyba tym zdziwiony.
- Oburza? Nie, to nie jest to słowo. Mariusz zasłużył na zgładzenie. Nowo narodzony warchlak może co najwyżej ciągnąć dytka maciory a nie wilka za ogon. Kapadocjusz powinien wziąć sprawę w swoje ręce i zabić go. Ja bym tak zrobiła. A on potraktował go jak dzbanek piwa lub wina. Nie rozumiem dlaczego. - jej zasępiona mina zdradzała, iż Norsmenka próbowała dopasować własne prawidła do tych, z którymi się teraz zetknęła i nic jej z tego nie wychodziło.
- Może w ten sposób chciał zagrać na nerwach Thiamat lub Cabalusowi. Sprzedał ich krew ich potomka. Stosunki między nimi zawsze były napięte, a taka sytuacja byłaby jak wymierzony policzek naszej koterii. Może Cabalus i Mariusz za sobą nie przepadają, ale należą do tej samej linii krwi. To ma w tym świecie duże znaczenie. Kapadocjusz w ten sposób mógł chcieć upokorzyć naszych stwórców – zaczęłam się głośno zastanawiać nad motywami.
- Zgładzenie Mariusza nie upokorzyło by ich wystarczająco? Poza tym gdyby nie ten Nancy i jego Bracia to byśmy nigdy się nie dowiedzieli, że Kapadocjusz kupczył ciałem Mariusza, więc jakby miał nas upokorzyć ten handel? - zmrużone oczy Hjordis spojrzały w moją stronę.
- My tu nie, ale tam w stolicy nigdy nic nie wiadomo. Thiamat nadal tam przebywa. Nie wiesz czy o tym nie wiedziała. My jesteśmy tylko małymi pionkami w ich rozgrywkach i to pionkami , które się licho spisały w całej rozgrywce.
- To, co wiem o Thiamat mówi mi, że byśmy wiedzieli gdyby ona wiedziała. – moje wyjaśnienia w żaden sposób nie przekonały Hjordis.

Dołączył do nas Mariusz. Jego spojrzenie przesuwało się po naszych twarzach. Co czuł, czy był na nas zły, czy cieszył się że nas widzi, nie mogłam odczytać tego z jego oczu.

- No a teraz powiedzcie mi co się tutaj działo pod moją nieobecność i co działo się w Konstantynopolu
- Może usiądziemy, chcesz się posilić po drodze. To co usłyszeliśmy nie mieści się nam w głowie, dlaczego Kapadocjusz tak postąpił. Brakowało mi - rozejrzałam się - nam ciebie - trochę się plątałam, targały mną silne emocje. Po pojawieniu się Mariusza odżyły wyrzuty sumienia, że niczego nie byłam w stanie zrobić i złość po tym co usłyszałam od gościa o kupczeniu ciałem Mariusza.
- Myślałam o tym, dlaczego król zrobił tak jak zrobił a nie tak jak powinien zrobić - Hjordis niezbyt jasno wyraziła swe myśli, próbowała coś jeszcze powiedzieć ale w końcu zrezygnowała i machnęła tylko ręką.
- Może król zaczął kierować swoje oczy w kierunku Europy a Giovanni stali się jego wolą w tym teatrze – Mariusz usiadł wygodnie przy stole - Vitae to dobra cena, niezależnie od kogo pochodzi. Czy mogę prosić jeszcze? - wzniosłem w gore pusty puchar - Mi też was brakowało Diano. Nawet nie wiesz jak bardzo....

Bruno wpatrywał się w szkarłatny płyn, oglądał kielich z każdej strony obracając go w rękach.
- Mamy wielkie szczęście, że możemy pić do woli tak zacną vitae - wtrącił się po chwili zadumy do rozmowy. Uniósł kielich - za twoja pomyślność Mariuszu, aby tryby wielkiej polityki i kaprysy władców nie wystawiały Cię więcej na podobną próbę.

Mariusz uniósł kielich oddając toast i wypił wolno jego zawartość

- Dość wysiadywania na zadku – Hjordis podniosła się energicznie - Scypionie, idziesz ze mną na dziedziniec?
- Oczywiście. Chętnie popatrzę na nocne niebo.
- Wtedy zbyt łatwo będzie mi wypruć ci bebechy - pokazała zęby w uśmiechu - ale jak tam sobie chcesz.
- Pepin! - wrzasnęła ruszając w stronę wyjścia - przynieś moje i Scypiona miecze! - przyspieszyła.
- Aaaa. Chcesz rozruszać martwe ciało. Dobrze.

- Jak widzisz niewiele się tu zmieniło podczas twojej nieobecności - uśmiechnęłam się odprowadzając wzrokiem wychodzących.
- Walczy jedynie orężem czy nadal w wolnych chwilach skacze z wieży? - Jestem ciekaw czy ktoś, kiedyś ujarzmi jej dzikość – Mariusz się w końcu uśmiechnął
- Wybaczcie, na mnie już pora. Skoro wróciłeś Mariuszu na pewno zdarzy się okazja do niejednej rozmowy. Teraz jednak wybaczcie. – Bruno ukłonił się i wyszedł w pośpiechu.

Zostaliśmy sami. Opowiedziałam Mariuszowi o wydarzeniach jakie miały miejsce po jego wyprowadzeniu z komnaty spotkań w Konstantynopolu, o naszym powrocie do domu i bólu jaki targał każdym z nas po jego utracie.
Jego twarz pozostała niewzruszona. Miałam tylko nadzieję że nasze relacje po tych wydarzeniach wrócą kiedyś do stanu sprzed Konstantynopola.
 
__________________
Nie musisz być szalony żeby tutaj pracować, ale to pomaga:)

Ostatnio edytowane przez Suriel : 01-06-2011 o 19:48. Powód: Część druga, post był za długi.
Suriel jest offline  
Stary 02-06-2011, 01:45   #6
 
Hesus's Avatar
 
Reputacja: 298 Hesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skał
Część Pierwsza

Już chyba tak zostanie na wieki, które mu podarowano. Zostanie tak, że nie będzie dnia w którym nie będzie czerpał ze studni swojego życia w swoim nieżyciu. Nie było w tym nic z umartwiania się, żalu za zapachem gorącego od słonecznego żaru powietrza, po prostu doceniał siebie w swojej egzystencji, kiedy serce jeszcze pompowało krew a płuca napełniały się tlenem. Będzie czerpał z tej studni nawet wtedy, kiedy już o niej zapomni bo jej głębia, hektolitry wody, które się w niej przelewały, kamień z którego została zbudowana stanowiły fundament tego kim jest teraz i kim stanie się w przyszłości. Oczywiście nie był aż tak naiwny, myśląc że trwanie zostało mu dane raz na zawsze, dobrze wiedział, że w każdej chwili ktoś taki jak Cabalus, Tiamat czy nawet zwykły człowiek może zasypać tę studnię, dlatego kiedy tylko mógł umacniał jej konstrukcję. Cóż innego mu pozostało, zdążył się już przekonać, że pomimo mocy jaką mu ofiarowano obdarowano go ułomnościami i takim zastępem antagonistów, że jego kruchy byt wymaga ciągłych starań w samodoskonaleniu się, aby po prostu przetrwać.
Dla zwykłego śmiertelnika mogło się wydawać, że przeszedł długa drogę. Jeszcze w Wenecji skąd pochodził cieszył się sporym szacunkiem. Jako syn garbarza ojciec nie tylko nauczył go fachu ale i zadbał o odpowiednią edukację. Zadbał tak dobrze, że kiedy przyszło mu odejść z tego świata biedaczek nie był świadomy, że jego pierworodny już znalazł kupca na ojcowiznę. Następnego dnia przeniósł się z tym co mu pozostało do miasta. Zawsze był samolubny, mocno skoncentrowany na sobie. Z początku pragnął bogactwa a przez to uznania w oczach innych. Kilka pierwszych lat budował swoją pozycję mimo, że nie przyjęto go do cechu aptekarzy z otwartymi rękoma. Ludzie krzywo patrzyli na kogoś kto odcinał się od tradycji własnej rodziny, porzuca przez pokolenia prowadzony warsztat i bez koneksji próbuje funkcjonować w otoczeniu, które traktuje go jak parweniusza. Znaleźli się także ludzie z natury życzliwi lub tacy, którzy przekonywali się do niego a właściwie do jego złota, nie szczędził go wiedząc, że odpowiednio zainwestowane przysłużą się jego sprawie. Nie wierzył w przeczucia, ale nie potrafił znaleźć racjonalnego wytłumaczenia dla trafności swoich wyborów w poszukiwaniu sprzymierzeńców. Skomplikowana siatka zależności, ludzie pozornie nie mający większego wpływu na bieg zdarzeń, bywały sytuacje w której zawierzał swojej intuicji i szukał wsparcia tam gdzie nikt inny nawet o tym nie pomyślał. To wszystko i kilka zbiegów okoliczności sprawiły, że dość szybko zdobył stopień mistrzowski i pozwolenie na własną działalność. Nie czekał zbyt długo, szybko porzucił swojego mistrza i rozpoczął pracę na własny rachunek. W przeciwieństwie do innych jednak nie zajął się wyrobem medykamentów, wkroczył w branżę która podobni jemu traktowali jako niegodną tego fachu, przynajmniej oficjalnie. Perfumy od Mistrza Bruno zaczęły cieszyć się rosnącą popularnością wśród weneckich dam i nierzadko mężczyzn.

Życie wiodło go po prostej, wprawdzie pochował już dwie żony i nie doczekał się potomstwa to jednak interes kwitł a on mógł sobie pozwalać na eksplorację obszarów które już całkowicie zawładnęły jego umysłem. Alchemia, niegłębione pokłady wiedzy o wszechrzeczy. Urojenia które czasami miewał prowadziły go po ścieżce chwały na same szczyty nieśmiertelnej pamięci o Mistrzu Bruno, najsłynniejszym Alchemiku jaki kiedykolwiek żył. Nieudane eksperymenty łączenia rtęci z siarką, ekstrahowanie oleum życia wszelkie próby osiągnięcia nieosiągalnego szybko sprowadzały go na ziemię, ale przynosiły też bardzo utylitarne efekty przydatne w codziennym życiu i kolejne brzęczące monety w sakiewce. Cieszyło go to mimo wszystko i uwierało jednocześnie. Był świadom zbliżającego się zachodu słońca i być może dlatego pogodzony wierzgał kończynami w ostatnich próbach postawienia stempla na epoce w której przyszło mu żyć.

Każdy kto miał coś ciekawego do zaoferowania mógł do niego przyjść i sprzedać Brunonowi swoją wiedzę, materiał, cokolwiek. Przychodziło niewielu bo mało kto wiedziało co tak naprawdę alchemika interesuje. Kiedy przyszła wiadomość od Ratto przystanął na propozycję spotkania. Szczur był oszustem i hochsztaplerem, był też podróżnikiem i człowiekiem interesu, więc jeśli zapowiedział się z czymś ciekawym to grzechem byłoby nie sprawdzić z czym przychodził. Kryształowy flakonik wypełniony był szkarłatnym płynem. Już sama finezja wyrobu bądź co bądź opakowania wprawiała w zachwyt. Vitae, właściwie jego esencja, bo to się tam znajdowało wywarła na Bruno piorunujące wrażenie efektami swojego działania. Sprawdził na kocie, który od zadanych ran powinien już nie żyć a mimo wszystko po zaaplikowaniu jedynie kropelki. Powróciły sny o chwale, panaceum, eliksir nieśmiertelności? Niewiele się pomylił a jednak był tak daleki od prawdy. Zresztą już następnej nocy miał się o tym przekonać. Nie mógł wtedy wiedzieć, że to krew przedpotopowego z drugiego lub trzeciego pokolenia, nie mógł też wiedzieć, że pojawi się po nią Nephilim przypominający Minotaura aby wydrzeć z niego wnętrzności. Nie mógł się też spodziewać, że tamten … do cholery w najśmielszych snach nie przewidziałby takiego obrotu rzeczy.

Kiedy Cabalus zabrał go poza miasto prawie się wykrwawił. Niedowierzanie, że będąc tak blisko tajemnicy, która ujawniła się tuż przed prawie zgonem wygrało z ze strachem przed śmiercią. Drżał z zimna mimo że był upalny lipcowy wieczór, utrata krwi i sił powodowała, że bełkotał modlitwy o których, wydawało mu się, już dawno zapomniał przerywając je od czasu do czasu skowytami bólu. Nie ma w śmierci nic z patosu jest tylko dominujący smród wnętrzności wylewających się z bebechów i upiorny ból, sam nie wiedział czy modlił się o życie czy o śmierć. Od czasu do czasu przez załzawione oczy dostrzegał niewzruszoną, kamienną twarz tego który go tu przyniósł. Jego nadludzka siła i prędkość z jaką się wcześniej poruszał nie dziwiła, nie mogła dziwić, w obliczu śmierci nie ma rzeczy zaskakujących. I nagle zbliżył się i poczuł Bruno na swych ustach metaliczny posmak krwi, obcej. Ogień rozgorzał w jego trzewiach, poruszenie każdej cząstki ciała i zespolenie jej z duchem, boleśnie i trwale, jakby ścieśnienie każdej komórki, ograniczenie swobody ruchów do konwulsyjnych drgawek, a krew płynęła i stawał się coraz słodsza. Chwycił przedramię dawcy i dossał się mocno, żadna moc nie była go w stanie odegnać od tego źródła. Łopotanie skrzydeł jakby nad nimi unosiło się tysięczne stado gołębi a może to był szum wiatru. Znowu ból, wiedział, że tak będzie, przecież wewnątrz paliło go bez ustanku a on tylko pragnął tej trucizny więcej. Otworzył oczy i nie ujrzał ramienia, spoglądał w gwieździste niebo i nagle wszystko zamarło, ucichł szum, zgasł blask, oczy zamknęły się bez udziału świadomości wypuścił ostatni oddech z płuc z ulgą żadnych więcej obrazów. Odruchowo wciągnął powietrze do płuc otwierając szeroko oczy. Dotknął mulistego dna, przynajmniej miał takie wrażenie i wypłynął na powierzchnie. Widział bardzo wyraźnie, każdy szczegół otoczenia już po jednym spojrzeniu był mu znany aż do absurdalnego poczucia, że był tu tak wiele razy a przecież pierwszy raz znalazł się w tych okolicach. To była tylko chwila, mrugnięcie okiem, zwymiotował wnętrzności i przypomniał sobie o ranie. Przypomniał sobie wszystko. Nie czuł się dobrze, był w tak mocnym napięciu, że byle pretekst a wybuchnie złością nieporównywalną z niczym, co do tej pory przeżył. Pragnął tylko jednego i nic w tej chwili nie obchodziło go bardziej, nawet własna śmierć. Krew, soczysta i ciepła. Wychłeptałby ją ze świńskiego koryta z wnętrzności zdechłego psa, byleby tylko zaspokoić głód. Dostał to czego chciał, Cabalus zadbał o pokarm, przyprowadził kobietę. Nie przyjrzał się jej urodzie, nie potrafił ocenić wieku słyszał tylko szum krążącej w jej żyłach Vitae i melodie życia, serce pompujące bez ustanku trochę jakby żywiej. Wgryzł się jak szczeniak nie zważając na protesty, poranił ją mocno nieudacznymi kąsaniami nie przynoszącymi efektu. Dopiero, kiedy ojciec chwycił ją za włosy i wskazał purpurową ścieżkę, nabrzmiałą od krwi tętnicę szyjną. Cóż to była za uczta, dławił się nie radząc sobie z ciśnieniem, ale chłeptał co sił czując narastające ciepło i przypływ sił. Głód powoli wycofywał się na granicę świadomości, ale było już a późno dla niej. Było mu trochę żal, że to już koniec uczty. A przecież to był dopiero początek.

Część druga

Nie miał nawet najmniejszego pojęcia z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Z początku był tylko krwiopijcą, nic nie sprawiało mu tyle satysfakcji i nigdy do tej pory nie zachłysnął się tak mocno czymkolwiek jak tym nie do opisania aktem nasycania. Stał się mordercą mimowolnym, nawet jeśli był w stanie się powstrzymać nie robił tego. Jakież to uczucie cudownego spełnienia, pogodzenia ze swoją rolą, czujesz w uścisku, pod opuszkami palców to gasnące życie które wtłacza w ciebie moc nieogarniętą a ty zbierasz to żniwo w przekonaniu, że tak trzeba, że nie wolno uronić ani krzty najwspanialszego daru. Przerażało go to czasami, ale to Cabalus wybierał ofiary w drodze do schronienia, które miało stać się jego domem na najbliższe dziesięciolecia. Wybierał je starannie, winnych w jego mniemaniu zbrodni godnych najsroższej kary, był pewien swojego osądu. Pierwsze oznaki zdolności okazywanych przez tego starca o twarzy młodzieńca nie umknęły uwadze Bruna. Mimo, że brnął dalej w opętańczym tańcu nie przestawał obserwować swojego nowego Mistrza. Obserwować i słuchać jak odpowiada na zadane pytania. Ileż w nim było opanowania i godnej pozazdroszczenia cierpliwości. Sam był przekonany, że odznacza się nieprzeciętnymi umiejętnościami, opanowaniem, koncentracją, intelektem. Teraz to wszystko rozpadło się jak domek z kart w konfrontacji z tym co reprezentował sobą jego ojciec. Rozpadło się, ale zawsze mógł je pozbierać i w mozole ustawiać na nowo, czasu nie powinno mu zabraknąć wszak przy nim był ktoś kto pamiętał czasy faraonów.

- Cabalusie, dlaczego ja?

Odpowiedź tylko częściowo zaspokoiła jego oczekiwania, pewnie przez to, że nie był w stanie zrozumieć istoty rzeczy, natomiast to co nastąpiło po tym zmęczyło już nawet samego mistrza. Eskalacja pytań, dociekliwych i pewnie naiwnych spowodowała poprawę humoru ojca i gorączkę oczekiwań syna. Tego ranka kładł się zapominając prawie o głodzie, który nie był przecież aż tak wielki. Następnej nocy pomny nauk zostawił swoją ofiarę prawie nietkniętą, wiedział, że zapomni a nawet jeśli nie to kto będzie chciał słuchać skarg ladacznicy.

Nie był samotny w tym ogromnym zamczysku, w którym przyszło mu spędzić te wszystkie lata. Ze wszystkimi żył w zgodzie, co nie było łatwe biorąc pod uwagę temperamnta spokrewnionych. Żył na tyle dobrze, że oddając swoją krew na pokarm starszym nie odczuwał żalu tylko może lekkie ukłucie podrażnionej ambicji a to naprawdę wiele jeśli chodzi o jego gotowość do poświęceń. Zresztą miał poczucie, że danina z krwi okaże się skuteczną przepustką do akceptacji. Nie pomylił zbytnio, wprawdzie każdy oddawał tyle samo to jednak Bruno miał dostęp do komnat ojca prawie nieograniczony i przebywał z nim wiele dopóki nie nauczył się tego co pozwoliło mu spędzać w samotności konstruktywne godziny, dni, tygodnie. Vitae dawała siłę, witalność, ale i o wiele więcej a to więcej to jego przyszłość, wola okiełznująca moc, jego być albo nie być w tym okrutnym świecie, wola ugięła się przed chęcią poznania każdego aspektu bycia nieumarłym chociaż czuł podskórnie, że absurdalne marzenie. Z czego jednak rodzą się rzeczy wielkie jak nie z nieosiągalnych marzeń, stary dobry Bruno zatoczył koło wracając do wytartych przez czas pragnień, tak rozpoczął się pierwszy rozdział księgi Alchemia Vitae.
 
__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!

Ostatnio edytowane przez Hesus : 08-06-2011 o 01:13. Powód: uzupełnienie
Hesus jest offline  
Stary 03-06-2011, 12:58   #7
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 23039 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację


Noc później zebrali się wszyscy na prośbę Aureliusza w sanktuarium, jak nazywano okrągłą salkę w centrum zamczyska. Wszyscy to znaczy: spokojny i nie okazujący zbyt wielu emocji dawny władca Rzymu – Aureliusz, szczupły i małomówny Scypion – niegdyś dowódca legionu Cesarstwa Rzymskiego – obecnie poeta i żołnierz pośród nieumarłych – dwaj najstarsi wiekiem Spokrewnieni z koterii. Byli też i jej młodsi członkowie, których nie – życie nie trwało więcej niż pół stulecia. Była zatem dzika i nieposkromiona Hjordis z dalekiej północy – córka Hagarda zwanego „Śmiercią z Gór”, był Mariusz – który ocalał cudem z politycznych utarczek w Konstantynopolu – dziecię Aureliusza, była Diana Lukrecja – Wenecka dziedziczka kupieckiej sieci, medium i wiedźma oraz był Bruno, oddany swej sztuce bez reszty alchemik – oboje ostatnich było dziećmi Cabalusa.
I był też ich gość. Milczek Corbin z koterii zwącej się Zakonem Czterech.

Czekali w milczeniu na rozwój wypadków.

Aureliusz zaczął ceremoniał.

Najpierw zapalił świece, potem zdjął ciemną kotarę z ustawionego na środku okrągłej sali lustra. I zaczął przyzwanie .....

Greckie, uroczyście wypowiadane słowa popłynęły z jego ust. Każde intonowane dokładnie, akcentowane dokładnie. Tylko odpowiednia modulacja, odpowiedni rytm i odpowiednia kontrola pozwoliła zakończyć rytuał krwi sukcesem.

Powierzchnia zwierciadła zafalowała i pojawił się w niej zarys krzesła w wysokim oparciem i siedzącej na nim postaci. Łysa głowa, szczupła twarz, tatuaże żyjące własnym życiem na każdym centymetrze skóry. Cabalus. Liczący ponad trzy tysiąclecia nieumarły. Jeden z Justicarów Rady Królewskiej. Jeden z bardziej liczących się na świecie wampirów.
Ciemne oczy Cabalusa zwróciły się w stronę uczestniczących w ceremonii wampirów.

- Witaj, Cabalusie – powiedział Aureliusz. – Wzywam cię poprzez zwierciadło, bowiem jest z nami ktoś, kto chce zaproponować naszej koterii pewien układ. To Corbin de Nancyvielle. Wysłannik znanej ci koterii Zakonu Czterech.




Łatwość, z jaką Cabalus przystał na propozycję małomównego wampira zadziwiła wszystkich. Obojętność, z jaką przyjął powrót Mariusza nie zdziwiła nikogo. Dobór wampirów, które miały udzielić Zakonowi wsparcia też nie zdziwił nikogo. Bruno, Diana Lukrecja, Mariusz i Hijordis.
Uzasadnienia były proste. Bruno i Diana znają tamtejsze obyczaje i są dziećmi Cabalusa. Dzięki temu, póki nie minie stulecie, może bez trudu za pomocą ich zmysłów dowiedzieć się, jakie postępy przyjmuje sprawa. Mariusz jest winny Zakonowi najwięcej, więc nie ma mowy by stał z boku, podczas gdy reszta uwikła się w konflikt z Giovanimi. A Hjirdis była ochroną mniej skutecznych w walce wampirów.

Nikt się nie sprzeczał. Nikt nie polemizował. Już się nauczyli, że decyzje podejmowanie przez Cabalusa nie podlegały polemice.
Trzy noce później przemierzali drogę do Turynu marznąc na ośnieżonych, alpejskich szlakach. Zabrali ze sobą tylko skromny dobytek. Podręczne rzeczy osobiste. Nic większego. Podróż zima była prostsza z jednego powodu – dłużej panowała noc. A martwe ciała nie czuły normalnego, fizycznego znużenia. Tylko inne – spowodowane Głodem Krwi lub zbliżającym się świtaniem.
Tym razem nie mieli ze sobą sług, a ich wędrówka bardziej przypominała marsz żebraków niż dumnych władców nocy.



Turyn.

Mała mieścina. W zasadzie zamek i chronione przez niego opactwo. Minie jeszcze wiele wieków, nim stanie się znaczącym ośrodkiem w Europie. Teraz, z daleka nocą, wygląda niczym większa wieś wzniesiona w cieniu zamku granicznego.
Nocą cichy i zdawać by się mogło pusty. Wyludniony.

Corbin poprowadził was w stronę twierdzy. Bez strachu. Nie ukrywając się.

- Zakon korzysta z gościny Karola Surowego – wyjaśnił oszczędny w słowach wampir. – Baron jest częścią naszej świty. Mój mistrz, Godefroid, już wie o waszym przybyciu.

Faktycznie. Kiedy tylko dotarliście pod bramy zamku, ciszę nocną zakłócił hałas podnoszonej kraty. Po chwili weszliście na dziedziniec, gdzie na ośnieżonym klepisku, czekało na was kilku mężczyzn. Waszą uwagę przykuł jednak jeden z nich, mocno już posunięty w latach. Jedynie Mariusz znał go z imienia, lecz za chwilę wszyscy poznali Godefroida de Nancynavielle. Śmiertelnego dziadka, nieśmiertelnego Ojca Corbina i jednego z trójki Mistrzów Zakonu Czterech.


Po oficjalnych powitaniach i wymianie uprzejmości w końcu, za Corbinem i Godefroidem, mogliście udać się do głównej sali w zamku, gdzie czekał już na was poczęstunek – krew zebrana do kielichów.

Sala rycerska, mimo ze niezbyt duża, robiła wrażenie. Na ścianach zawieszono tarcze i sztandary oraz różnoraki oręż. Godefroid wyjaśnił, że na prawej ścianie od wejścia wiszą trofea uzyskane od pokonanych wrogów, po lewej zaś – symbole sojuszników Zakonu Czterech.

Do świtu pozostało sporo czasu. Słudzy koterii zanieśli wasze bagaże do przeznaczonych dla was komnat, a wy sami mogliście zająć się zwyczajową konwersacją ze starym wampirem.
Godefroid był opanowany, a z jego surowej twarzy biło pewne dostojeństwo zapewne wzmocnione subtelnie przez mentalne moce Spokrewnionych. Ciemne oczy patrzyły na was bystro, taksująco kiedy wymienialiście uprzejmości nad kielichem krwi. Ten wampir był dumny i zapewne poproszenie o pomoc waszej koterii było dla niego dość trudną decyzją, a to z kolei mogło świadczyć o powadze sytuacji.

Kiedy juz puste, wymagane etykietą gesty zostały wykonane, uprzejmości wymienione mogliście przejść do meritum waszego spotkania. Do sprawy Giovannich.

Godefroid zaczął opowieść.....





[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=pl2Ga0DbdQE[/MEDIA]

Genua

Wielkie, konkurencyjne dla Wenecji miasto. Ludne, gwarne, tętniące życiem zarówno w dzień, jak i w nocy. Tutaj żywe są jeszcze tradycje Imperium Rzymskiego pieczołowicie podtrzymywane przez kontakty z Bizancjum. Tutaj nie szczędzi się złota na wznoszenie nowych budowli, na rozwój portu utrzymującego poprzez Morze Liguryjskie kontakt z resztą znanego świata.




Jakiś czas temu miasto rozwijało się pod czujnym okiem Zakonu Czterech, jednak niespostrzeżenie wąż wśliznął się do ogrodu podkopując starą koterię. Ten wąż nosił miano Giacomo Giovanni. Śmiertelny potomek patriarchy koterii Giovannich i jego nieśmiertelny prawnuk. Nekromanta. Czarownik. Bluźnierca.

Początkowo nic nie zapowiadało przegranej. Zakon Czterech, co Godefroid przyznał niechętnie, za bardzo czuł się silny w Genui, za bardzo pewny siebie. Nie spostrzegł w porę symptomów nadchodzącej klęski. Nie zauważył, jak jego śmiertelni sojusznicy stają się marionetkami w rękach ukrytego wroga. Nie przejął się i nie podjął kroków, kiedy lojalnych mu ludzi spotykały śmiertelne wypadki, które zawsze można było zrzucić na zły los.
Potem nastąpił bezpośredni atak przeprowadzony w dzień, przez sługi Giacomo. Ulice Genui spłynęły krwią, a miasto ogłosiło się Republiką, działającą na podobnych prawach jak Wenecja.

Jednak prawdziwa walka stoczona została zaraz po zmierzchu w podziemiach willi Mirrafiorri, gdzie znajdowało się przedstawicielstwo Zakonu Czterech. Bitwa pomiędzy Zakonem Czterech i jego sługami, a rodziną Giovanni i jej krwiopijcami. Na górze zwolennicy dawnych rządów mordowali zwolenników Republiki, a pod starą, rzymską willą nieśmiertelni brutalnie pozbawiali się życia. Z walki przetrwał tylko jeden sługa Zakonu Czterech, któremu udało się uciec przed pogromem. To było pięć lat temu. Od tej pory Zakon próbuje odzyskać utracone wpływy, ale ważniejsze dla niego jest coś innego.

Skarb.

Skarb ukryty w tajemnym miejscu, w antycznej statui Herkulesa.

I właśnie ten skarb – tubus – koteria Cabalusa ma odzyskać w zamian za cenną informację o Masce Ferrocii, która interesuje ich Mistrza.

Będą w Genui nowi. Będą nieznani. To może im pomóc w wypełnieniu zadania – argumentował Godefroid.

Nie będą sami. Pewien sprzedawca win, nie rozpoznany, jako sojusznik Zakonu Czterech, da im schronienie, a wolny strzelec i cichy sympatyk wampir Kristoff Vegantii wprowadzi na dwór Giacomo i wyjaśni zawiłości polityki Genui.

- Mam pewien plan – zakończył swoją niechlubną opowieść stary rycerz. – Ale o jego szczegółach opowiem wam, jak już poznacie Genuę i panujące w niej układy. Do świtu pozostało kilka godzin. To dobry czas na pytania.

Spojrzał na was spokojnym spojrzeniem.

Przez chwilę ciszę w sali przerywał jedynie wiatr świszczący na blankach oraz trzaskanie drwa w kominku. Stary wampir czekał ....
 
Armiel jest offline  
Stary 10-06-2011, 02:04   #8
 
Sam_u_raju's Avatar
 
Reputacja: 2437 Sam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputację
wielkie podziękowania dla współautorki posta Ravanesh

A.D 987 gdzieś w Alpach. Kilka dni przed wyprawą do Zakonu Czterech

Musze wam powiedzieć, że wydarzenia w stolicy Bizancjum zmieniły wiele w moim życiu. Musiałem tłumić hardość i butność swego ducha po to by zachować choć namiastkę tego co ludzie nazywali życiem.
Musiałem na nowo poznać najmłodszych członków koterii Thiamat. Najbliższych mi braci. Po to by im na nowo zaufać.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=EtTSw4MoyXQ&feature=BFa&list=PL9397FA9B8EA E211A&index=16[/MEDIA]

W momencie w którym Hjordis odsuwała wielki głaz swojego schronienia, kiedy słońce kończyło swój taniec po niebie znikając za horyzontem, siedziałem na kamieniu wpatrując się zamyślony w podłoże zamkowych katakumb.Czekałem aż bladolica kobieta wikingów opuści swoje kamienne łoże

- Witaj w ten zimny acz bezchmurny wieczór Piękna Hjordis. Przybyłem by dać ci okazję do obicia mojego tyłka za to co uczyniłem w Konstantynopolu - przeniosłem wzrok na ćwiczebne miecze - wiem, że wolałabyś mi pogruchotać kości ostrą stalą ale to musi ci na razie wystarczyć. Zresztą, żeby nie było za łatwo to ostrzegam. Będę się bronił

Hjordis warknęła wściekle zaskoczona tą wizytą tuż przy swoim schronieniu. Nikt nigdy chyba dotychczas nie podszedł miejsca jej odpoczynku w ten sposób i nie zagadywał do niej znienacka tuż po przebudzeniu. Kiedy zobaczyła, że to ja uspokoiła się nieco ale popatrywała na mnie z nieco nachmurzoną miną za to najście.

- Dlaczegóż uważasz, iż chciałabym obić ciebie za twoje czyny? - jak zwykle kiedy bardzo starała się mówić poprawnie w łacinie czyniła to z lekką przesadą.

- Prawdziwa wilczyca - szepnąłem do siebie widząc jej marsy gniewu na czole – Dlatego – powiedziałem już głośniej - że ja mam wielką ochotę skopać tyłek Mistrzowi Bruno za to, że polazł do domu tamtego Nephilima a jako, że naraziłem Was i siebie na unicestwienie to czuje, że masz do mnie żal. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny Hjordis z północy. Tylko, że mój stwórca zrobił mi za duże usta. Tak więc wolisz Scypionowe ględzenie i manewry które już pewnie znasz tak dobrze jak cały ten zamek i jego okolice czy moje towarzystwo? - podniosłem się z kamienia wpatrując się w lodowe oczy córki Hagarda zwanego Śmiercią z gór.

- Jeśli masz uraz do Bruna to wyjaśnij z nim takowyż. Ja do ciebie żadnej urazy nie chowam. Twoje usta wydają się normalne tylko otwierasz je czasem nie wtedy kiedy trzeba. A Scypion jest pomysłowy i zawsze czymś zaskakuje. Poza tym, tymi - wskazała ćwiczebne miecze - ćwiczę tylko walkę z Pepinem.

- Widzę, że jednak wstałaś lewą nogą – podniosłem się - Zawsze masz odpowiedź na wszystko? - sięgnąłem po oba miecze ćwiczebne - wybacz moje najście - ruszyłem w kierunku wyjścia lekko zrażony

- Szybko się zrażasz Mariuszu - Hjordis zaśmiała się gardłowo jakby była zadowolona z takiego obrotu rzeczy.

Ruszyła za mną do wyjścia. Kiedy się ze mną zrównała rzekła:
- Nie mam odpowiedzi na wszystkie pytania. Zadaj mi jakieś trudne a nic ci nie rzeknę.

Teraz ja się zaśmiałem
- Jesteś dla mnie wielką zagadką Hjordis. Wielką. Mam nadzieję, że będę miał okazję poznać cię bliżej - zbliżali się w kierunku wyjścia z katakumb - jeszcze nie poznałem takiej kobiety jak ty. Wszystkie niewiasty wikingów takie są? Bo jeżeli tak to w swym śmiertelnym życiu powinienem tam szukać żony - uśmiech nie zniknął z mojej twarzy

- Prawie wszystkie - odpowiedziała - To nie było trudne pytanie - dodała.

Kiedy wyszli na zewnątrz owiał ich wiatr. Gdyby byli śmiertelnikami zapewne opatulili by się bardziej by nie dopuścić ciała do wyziębienia a teraz nie poczuli nic poza podmuchem na swych lodowatych policzkach.

- Jesteś wdzięczna losowi za to kim się stałaś? - zapytałem znienacka kierując swoje kroki na dziedziniec. Miejsce w którym to Hjordis tak często stawała ze Scypionem

- Dlaczego miałabym być za to wdzięczna losowi? Dlaczego miałabym być komukolwiek za to wdzięczna? - Hjordis spojrzała w moim kierunku tak jakby dostrzegła możliwość, że nagle straciłem co najmniej połowę swojego rozumu.

- Bo widzisz są tacy jak Bruno czy Diana Lukrecja, którym odpowiada w pełni to kim są i są tacy którzy uważają że jest to kara za grzechy w ich śmiertelnym życiu. A zapewne są i tacy którzy nie wiedzą co w ogóle o tym sądzić - stanąłem na środku placu - Ciekawiło mnie do której grupy i ty należysz... Naprawdę chcesz stawać ostrą stalą? - zmieniłem temat

- To teraz mnie masz. W końcu zadałeś to trudne pytanie. Wiem kim jestem i nie zamierzam z tego powodu rozpaczać. Czy zostałam za coś ukarana? Tak, zapewne tak było. Czy widzę w tym sens i cel? Niezbyt jasno.
- Jeśli zwykle w walce – popatrzyła na oręż - odrąbujesz kończyny to możemy na ćwiczebne. Nie mamy teraz czasu na brak nóg i rąk, prawda?

Skinąłem potakująco głową. Po raz pierwszy odkąd poznałem Hjordis a wiedzcie, że było to już wiele wiosen temu usłyszałem z jej ust tak długą przemowę. Po raz pierwszy poznałem choć trochę jej spojrzenie na tą całą wampirzą kwestię.
- Nie odrąbuję rąk ani nóg ani żadnych innych części ciała swojej rodzinie. Nie jesteś mym wrogiem jasnowłosa. Będę walczył stalą tępą bądź ostrą, w zależności od tego czym Ty wolisz fechtować

- Może być tępa jeśli się tak o mnie boisz - uśmiechnęła się - lub o siebie. Ale niech to będzie stal na Thora a nie drewniany kij. Drewniany kijaszek jest dobry na niegrzeczne dzieci.

- Na wampiry również. Możesz mi wierzyć - spojrzałem jej w oczy - zatem proszę - podałem Hjordis tepy stalowy miecz ćwiczebny - Rozumiem, że nie korzystamy z darów krwi?

- Ha ha ha! Na wampiry to sobie obstrugam ten kijek. - wzięła miecz z mej ręki i zważyła go w dłoni - Bez krwi. Dobrze. - skinęła głową - Scypion też to zawsze obiecuje a potem zwykle oszukuje.

- Cieszę się że to powiedziałaś. Niezależnie jak bardzo lubisz Scypiona ja nim nie jestem. Jesteś gotowa? - stanąłem kilka kroków od Hjordis i ściągnąłem opaskę z oka która dotychczas zakrywała mi dar od prababki Thiamat i schowałem ją za pazuchę

- Dlaczego nosisz opaskę na oku skoro je masz? - zapytała w ostatniej chwili obserwując moje poczynania.

- Bo ma inny kolor niż me drugie oko. Ponieważ widzę przez nie rzeczy które normalnie nie jesteśmy w stanie zauważać... Nie martw się – rzekłem widząc jej podejrzliwe spojrzenie - nie widzę tego co chowasz pod ubraniem - zażartowałem uśmiechając się - Dzięki temu darowi pramatki widzę rzeczy które emanują mocą, innością. Dzięki temu oku z łatwością wiedziałem który dom zasiedlił ten nephilim w Konstantynopolu... Teraz jednak gdybym pozostawił ta opaskę na oku to osłabiłbym siebie i nie oddal ci należnych honorów.

Może moje wyjaśnienie a może żart nie przypadł Hjordis do gustu bo poprawiła ubranie mocno zaciągając materiał w okolicach klatki piersiowej. Skinęła głową i zajęła pozycję z mieczem w ręku.

Będąc pewien, że Hjordis jest gotowa zaatakowałem. Bez zbędnych krzyków, sapań czy zamaszystych cięć. Wiedziałem, że kobieta stojąca naprzeciw mnie jest wprawnym wojakiem, wiedzącym do czego służy miecz. Kilkakrotnie byłem świadkiem tego jak ona walczy ale po raz pierwszy poczułem to co czują wrogowie córy północy. I szczerze wam powiem współczułem im. Jeszcze nigdy nie potykałem się z kobietą i to taka kobietą. Lodowym demonem. Lepszą we władaniu mieczem od większości znanych mi mężczyzn. Bóg mi świadkiem że jeżeli każda z kobiet tych co zaprzysięgła się stali walczy tak jak Hjordis to obym nie musiał znajdować się po drugiej stronie ich miecza.
Ma spokrewniona siostra była szybka, piękna i niebezpieczna. Jak wilczyca broniąca swoich młodych.
Pewnie chcielibyście wiedzieć któż wygrał tę przyjacielską potyczkę? Na pewno nie będę was kłamał ni zwodził zbyt długo.
Zasługiwałem na tęgie lanie za brak pokory, za to co uczyniłem tam w stolicy Bizancjum. Ale wierzcie mi, że i ja byłem również wściekły na to że osoby za które oddałbym własne życie nie szukały mnie oddając się ułudzie mej ostatecznej śmierci. Zatem teraz w pełni korzystałem ze swego sprytu i drzemiącego we mnie gniewu poczas potyczki z córką Hagarda..
I cóż moi mili zapewne chcielibyście wiedzieć któż zszedł z placu pokonany?

A co mi tam. Potrzymam was jeszcze w niepewności.

- To była dobra lekcja Hjordis – opuściłem miecz - Mam nadzieję, że cie nie rozczarowałem - zaletą życia na łasce krwi było to, że nie czułem teraz zmęczenia, nie sapałem jak miech kowalski. Dzięki temu, że nie korzystaliśmy z darów krwi, mego czoła nie zrosił krwawy pot - Jako człek śmiertelny zaprosiłbym Cię teraz na karafkę ciepłego miodu ale w nieśmiertelnym życiu są nam dane inne przyjemności. Zatem skoro pierwsze lody przełamane skusisz się na moje towarzystwo?

- Wszystko dobrze. Wiedziałam już, że dobry z ciebie wojownik podczas walki ze smokiem. Diana i Bruno uciekli - zaśmiała się na to wspomnienie - a ty zostałeś i walczyłeś chociaż twój miecz nie był dobrym orężem na smoka. Ale widziałam jak walczysz… To jakie inne przyjemności sobie cenisz? Może teraz spróbujemy się bez mieczy. - spojrzała na nocne niebo a potem na Mariusza czekając na jego reakcję. Potem spojrzała gdzieś w bok i rzuciła:
- Pepin wyłaź! Wiem, że tam jesteś. Nie musisz się chować.

Ponownie uśmiech wypełzł na moje usta.
- Chcesz się ze mną mocować niczym dawni herosi Hjordis? Na nagie mięśnie oblane oliwą? Zaprawdę jeszcze bardziej żałuję, że nie jestem śmiertelny by czerpać z tego radość - śmiałem się sam do siebie - Żałuję, że nie dane mi było odwiedzić kraju twych przodków.... A wiec to jest ten twój słynny podopieczny - przeniosłem wzrok w miejsce gdzie stał ukryty chłopak. Oko, “podarunek” od Thiamat stało się cieplejsze.

Z mroków zalegających pod ścianą wyłonił się niepewnie młody chłopak z wyglądu niewiele starszy od Thiamat kiedy ta przeistaczana była w Dziecko Nocy. Podszedł do dwójki stojącej na dziedzińcu i spojrzał na mnie spod byka. Potem odwrócił się do Hjordis:
- Jestem na twe rozkazy Pani - rzucił dwornie. Niestety cały efekt został zepsuty przez fakt, że kiedy to mówił zaczął czochrać się po głowie jakby go oblazły krwiożercze insekty.

- Nie jesteś mi teraz potrzebny - odrzekła mu Hjordis - Możesz iść do stajni.

Na pierwsze jej słowa chłopak posmutniał ale po ostatnich wesołe iskierki zapłonęły w jego oczach i pognał gdzieś na łeb na szyję jakby się bał, że jasnowłosa wampirzyca może zmienić zdanie.
- Nie tarzam się w oliwie by się bić - zwróciła się z powrotem do mnie - Zresztą zwykle biję się na pazury a ty ich jeszcze nie wyhodowałeś. Co zwykle robisz tedy o tej porze?

Przypatrywałem się chłopakowi pędzącemu w kierunku stajen zamkowych. Naszła mnie głupia myśl, że ten chłopak może stać się słabości dumnej Hjordis. Przeniosłem wzrok najpier na swoje paznokcie a potem na smukłą sylwetkę kobiety z północy.
- Czasami oddaje się księgom, czasami wędruje po blankach czy okolicy zamku. Studiuje traktaty fechmistrzów. Badam swoje moce, szukam ich granic by tym razem nie zawieść. Dotrzymuje towarzystwa Aureliuszowi - wyciągnął rękę po miecz ćwiczebny jaki spoczywał jeszcze w rękach Hjordis - a czym zajmują się wojownicze kobiety wikingów?

- Co to znaczy, że oddajesz się księgom? Gdybyś mówił w ten sposób o kobiecie to zrozumiałabym, iż tarzacie się razem na sianie. Ale księgi? Mam nadzieję, że masz na myśli coś innego, bo jeśli nie to rozum ci z głowy wyciekł. - Teraz wyraźnie trzymała dystans od mej osoby a na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie połączone z obrzydzeniem.

- Hahaha - zaśmiałem się szczerze - rozum zapewne mi wyciekł i to już dawno. Oddawanie się księgom - zacząłem tłumaczyć nadal się uśmiechając - oznacza poświęcanie się im, skupianie na nich swojej całej uwagi. Nie możesz wszystkiiego brać dosłownie dziewczyno. Ja i tak prawie dość prosto ale wierz mi niektórzy z używania słów uczynili sztukę. Nie zmienia to jednak faktu, że Bruno i Scypion świetnie się spisali. Twoja łacina jest coraz lepsza.
- Co do tarzania się po sianie.... ach - machnąłem ręką ale zapewne me oczy błysnęły- nieważne... Hjordis bądź tak łaskawa i opowiedz mi o ziemi twoich ojców i o kobietach jakie po niej stąpają. Wszystkie wasze kobiety walczą tak jak ty?

- Dziwne jest to, co prawisz. Można poświęcać się rodzinie, swoim podopiecznym ale żeby księgom. To tylko przedmioty. Niektóre zawierają ciekawe opowieści w sobie ale to i tak tylko rzeczy. Nie wiem, co mam ci rzec o kobietach skąd pochodzę. To kobiety, tak jak i te, które mieszkają tutaj na tych ziemiach. Jedne takie, drugie inne. Jedne leniwe, inne pracowite. Jedne bojaźliwe, inne odważne. Jedne mądre, inne mniej mądre. Nie potrafię opowiedzieć ci o wszystkich na raz. Wybierz jedną a opowiem ci o niej.
- Większość kobiet – dodała po chwili milczenia - na mojej ziemi uczono posługiwać się bronią. Nie wszystkie zajmowały się tym tyle czasu co ja ale kiedy mężczyźni ruszali na wyprawy to kobiety stanowiły o swoich domach i osadach i w razie napaści musiały bronić swoich domostw. Tam skąd pochodzisz nie uczono kobiet jak się bronić? Kiedy zabraknie mężczyzn, którzy by je ochronili? - spojrzala na mnie zdziwiona.

- Tam skąd pochodzę Hjordis to uczono kobiety jak zaspokajać potrzeby mężczyzn. Miały dawać im potomków, miały je wychowywać choć i to zadanie należało głównie do piastunek. Uczono je jak pięknie się wysławiać, jak wykonywać robótki ręczne. Niektóre umiały grać na instrumentach, inne śpiewać. Zarządzały domem pod nieobecność mężów, ale nie, nie spotkałem się by walczyły jakimkolwiek orężem.

- Zaspokajać potrzeby mężczyzn? Co tu jest do nauczenia? U nas także kobiety rodzą dzieci ale wychowują je wspólnie z mężczyznami do tego zarządzają domem, ale nie tylko pod nieobecność mężczyzn a cały czas. To gospodyni domostwa nosi wszystkie klucze przy pasku jako symbol tego, że kieruje swoim domem i rozporządza służbą i niewolnikami. Mężczyzna dowodzi zbrojnymi ale w sprawach jadła, napojów, zapasów na zimę, czystości domostwa i tym podobnym nie można mu zawierzyć. Mężczyzna powinien zapewnić bezpieczeństwo swej rodzinie ale kiedy drakkary ruszają w morze to nieprędko można spodziewać się ich powrotu i wtedy wiele rzeczy może się wydarzyć, więc kobiety muszą być przygotowane radzić sobie.
- Jeśli wasze kobiety nie potrafią sobie poradzić w razie zbrojnej napaści a ich mężczyzn nie ma w osadzie to kto zapewni im wtedy bezpieczeństwo?

- Spokojnie, spokojnie córko Hagarda – zaprawdę powiadam wam udało mi się wzbudzić w tej kobiecie rwącą rzekę słów - Na wyprawę nie ruszają cale rzesze wojów. Inna sprawa jest że miasta ludzi południa są umacniane i wcale nie tak łatwo je zdobyć. Wojują ze sobą zwaśnione rody, szlachta walcząc o wpływy wiec ich wyprawy nie są dalekie. Jak już mówiłem ja nie spotkałem kobiety z mego ludu która wojowałaby tak jak ty. Przejdziesz się ze mną - wskazałem ręka w kierunku południowych blanek z których ciągnął się miły oczom krajobraz kiedy nocne niebo świecące blaskiem księżyca umożliwiło zobaczenie większej połaci ziemi.

Hjordis skinęła głową na propozycję i ruszyła we wskazanym kierunku, wyglądała na mocno czymś rozbawioną ale nic nie mówiła.

- Mam nadzieję, że uśmiech na twym licu wykwitł z miłego Ci mego towarzystwa a jeżeli to jakaś radosna myśl to proszę podziel się nią ze mną – nie wytrzymałem ciekaw co ją tak rozbawiło, choćby to nawet była lubieżna myśl.

- Rozbawiły mnie twoje słowa, ale dość już rozmów o moim czy twoim przeszłym życiu, które niewiele już znaczy.

Wchodząc po kamiennych schodach nie powstrzymałem jednak swojej ciekawości
- Wiem, że nie powinienem ale powiedz mi czy miałaś wybór, czy dano tobie możliwość decyzji w kwestii tego czy chcesz się stać tym kim jesteś teraz czy jednak zadecydowano za ciebie? - stanąłem na górze spoglądając za mury

Nie spodziewałem się takiej reakcji.
Z poczatku myślałem, że na blanki wdarł się dziki zwierz bo Hjordis zawarczała wściekle i gwałtownie poderwała głowę.

- Po co chcesz to wiedzieć? – ogień błyskał w jej oczach - Czy to ma teraz jakiekolwiek znaczenie? Chcesz żebym się z tobą zadawała to nigdy więcej mnie o to nie pytaj! - położyła nacisk na słowo nigdy, potem zeskoczyła z murów i pobiegła szybko w stronę majaczącego lasu.

Nie ma co. Chyba nigdy drogi czytelniku nie nauczę się trzymać język za zębami. Tamtej nocy jak i wiele innych moim zamiarem nie było rozzłoszczenie córy wikingów. Chciałem jedynie wiedzieć czy któreś z wnucząt Daimoniona miało możliwość wyboru swojej przyszłości czy zdecydowano za nich tak jak w moim przypadku.
Cóż, patrząc na reakcje Hjordis nie musiałem jej więcej o to pytać. Miałem jednak nadzieję, że wyrosła w jej sercu uraza stopnieje niczym śnieg na wiosnę u podnóża Alp. Korzystając z mocy krwi poszerzających moje zmysły wpatrywałem się w las, w którym dopiero co zniknęła Hjordis. Kobieta, która wzbudziła we mnie nie małe zainteresowanie.

Do mych uszu dochodziło coraz cichsze skrzypienie śniegu pod jej stopami kiedy biegła coraz bardziej oddalając się od zamku.

Zatem kto wygrał?

Nie będę taki….

Zdradze wam.

Pojedynek był długi i zawzięty. Obie strony, bez mocy krwi, były równie szybie i równie sprawnie posługiwały się orężem. Ja nadrabiałem nieco siłą, Hjordis za to znała więcej ciekawych manewrów szermierczych i jednocześnie stwarzała sytuacje w których mogła je wykorzystywać. Gdyby była to walka na śmierć i życie zwycięstwo nie byłoby łatwe do ustalenia i zapewne tylko szczęście lub jego brak zdeterminowałoby końcowy rezultat. Ale, że był to trening gdzie liczyły się trafienia, nieznacznie zwyciężyła kobieta wikingów.

Na pocieszenie mej męskiej dumy rzeknę wam, że jednak byłem w czymś lepszy od Hjordis Hroarrsdottir.

Zadawałem trudniejsze pytania

***

A.D 987 gdzieś w Alpach. Noc przed wyprawą do Zakonu Czterech


- Ojcze rzeknij mi słowo przed drogą

- Uważaj na siebie Mariuszu. Strzeż się rodu Giovannich

Nie ma to co stoicy i ich wyrażanie uczuć


A.D 987 Turyn

Ponownie przyszło mi pokonać tą samą droge w krotkim czasie jednakoż tym razem w drugą stronę. Niestety i tym razem droga była nader milcząca.
Wiedzcie, że Turyn kiedyś był niewielkich rozmiarow. Ot zamek i przyczepione do niego opactwo. Mało ludzi, mało krwi. Stanowił ubogą siedzibę Zakonu Czterech. Nie to co dzisiaj ale o tym jak wygląda on obecnie możecie przekonać się na własne oczy. Wtedy był jedynie mała warownią. To tam spotkaliśmy się z sir Godefroiem de Nancynavielle. Jednym z Mistrzów Zakonu Czterech. Rozmowa z nim nie należała do tych najbardziej udanych szczególnie, że stary wampir czuł jeszcze świeza zadrę w swym sercu jaką poczynili mu Giovanni.
Nie pozostawiliśmy dobrego wizerunku po sobie.
Musieli jednak przyjać to co Cabalus im ofiarował.
Niezależnie jak ofiara była młoda i nieopierzona w tym co zamierzała zrobić.

Powiadam wam, że nie było łatwo

A Hjordis fascynowała mnie coraz bardziej
 

Ostatnio edytowane przez Sam_u_raju : 10-06-2011 o 23:18. Powód: mam nadzieję, że ostatnie poprawki.
Sam_u_raju jest offline  
Stary 14-06-2011, 00:48   #9
 
Hesus's Avatar
 
Reputacja: 298 Hesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skałHesus jest jak klejnot wśród skał
Zdaje się, że powinien był zachować większy spokój. Skoncentrować się tak jak tylko on potrafił, całkowicie i bez reszty nad niedokończonym eksperymentem. Był bliski epokowego odkrycia, micopulvis tak nazwałby ów świecący pył, który zamierzał wyprodukować. Sproszkowany jantar, sól szklana jako podstawowe składniki .Gdyby udało się zmieszać to z zaprawą murarską efekt byłby olśniewający, nie mówiąc o innych zastosowaniach.
Od kiedy Cabalus opuścił zamek udając się do Konstantynopola ciężar zainteresowania przeniósł się na tematy nie związane bezpośrednio z badaniami nad Vitae. Oczywiście nie zarzucał ich całkowicie, ale pragnął czegoś dla siebie, dokończenia zarzuconych projektów jeszcze z czasów weneckich, poza tym odczuwał ciężar oczekiwań swojego mentora, aby czynić w tej materii jak najszybsze postępy. To chyba z wrodzonej przekory, organicznie wręcz nie znosił kiedy ktoś nim powodował, wydawał polecenia. Mimo wszystko musiał się z tym pogodzić, wampirza egzystencja oparta na hierarchii wymagała tej kosmetycznej zmiany jego charakteru. Nie był już takim nonkonformistą jak za życia, wtedy było łatwiej, teraz konieczność podporządkowania się oznaczała jego być albo nie być, ale i tak robił to tylko, kiedy zachodziła taka konieczność. Jak już wspomniano, Cabalus był wiele setek mil stąd a pracownia Bruna lśniła już czystością po nieudanym eksperymencie. Krwawy pomocnik zdążył uprzątnąć bałagan spowodowany niekontrolowanym wybuchem, później dojdzie co było jego przyczyną, teraz nie to było najistotniejsze. Wrócił Mariusz a następnej nocy miał się widzieć z Ojcem. Obie okoliczności były ekstraordynarne, obie mogły oznaczać tylko jedno, zmiany. W tych okolicznościach trudno się dziwić, że trudno mu było skoncentrować się i powrócić do pracy.

Aureliusz pozwolił mu uczestniczyć przygotowaniach do rytuału. Rzeczowo i spokojnie wyjaśnił mu jak ustawić potrzebne ku temu atrybuty. Odmówił jednak równie uprzejmie wyjaśnień i instrukcji jak przeprowadzić z sukcesem ceremoniał. Bruno był dwa razy świadkiem podobnego zdarzenia. Zrobił z nich notatki, ale nadal brakowało czegoś kluczowego. Miał nadzieję, że tym razem będzie w stanie poznać go i w razie potrzeby powtórzyć. Tymczasem podziękował formalnemu przywódcy koterii i zajął miejsce jak najbliżej zwierciadła. Ufał swojej pamięci, skoncentrował swoją uwagę na Aureliuiszu zapominając o pozostałych obecnych w sali kainitach. Śledził każdy jego krok, starał się zapamiętać modulację i rytm wypowiadanych w grece słów. Te już znał, wryły mu się już poprzednimi razy. Potem pojawił się Cabalus a on nadal rekonstruował w wyobraźni zaobserwowane chwile wcześniej gesty i słowa w brzmieniu jak najbliższym oryginalnemu. Ojciec zadecydował. Było jasne, że miało stać się tak jak sobie tego życzył, nikt nawet nie pomyślał o kwestionowaniu postanowień. Mieli udać się do Turynu razem z emisariuszem Zakonu Czterech. Pełna zgoda tylko skąd odczuwał ten posmak goryczy mimo wszystko. Nie przeszkodziło mu to w dopełnieniu postanowień. W zaciszu swojej pracowni zasiadł za dębowym pulpitem i zmiażdżył w palcach dziób Corvusa cornix, obficie występującej w okolicach wrony siwej. Zaczął werbalizować swoje obserwacje z rytuału. Słowa pojawiały się znikąd na rozwiniętym, czystym pergaminie.

- Sześć podobnych wymiarów świec ustawić na planie koła w odległości równej i nie większej niż wzrost dorosłego mężczyzny od znajdującego się w jego środku zwierciadła… .

***
Niewiele dano im czasu takoż i niewiele byli w stanie zabezpieczyć dla sprawnej podróży. Garniec zawierający cztery kwarty zapieczętowanej ludzkiej krwi nie stanowił być może oszałamiających zapasów, ale zawsze zapewniał jako taki komfort w razie nagłej potrzeby. Krwawa biżuteria, którą starał się mieć na podorędziu pełniła podobną rolę a do tego była niewielkich rozmiarów. Cóż bowiem znaczyło pięć szkarłatnych kamieni wplecionych w bransoletę u nadgarstka prawej dłoni alchemika. Okutany w obszerny, gęsto tkany tak aby chronić przed zabójczym blaskiem słońca, czarny płaszcz z sakwą przytroczoną do siodła ruszył wraz z innymi przez ośnieżone alpejskie trakty.

***
Mówi się, że to gdzie i jak mieszkasz stanowi Twoją wizytówkę, pierwszy twój obraz przed uściśnięciem dłoni. Zamek w Alpach u podnóża ośnieżonych szczytów, ukryty i niedostępny trzymał straż nad pobliskim traktem kupieckim. Tak wyglądało schronienie koterii Cabalusa. Wprawdzie mogłeś tam dotrzeć, ale jeśli się tego podjąłeś, każdy krok uświadamiał Ci, że wkraczasz na terytorium odzierające Cię z przewagi jaką wydawało Ci się posiadać. Teraz byłeś na łasce Pana i mieszkańców tej warowni.
Siedziba króla w ludnym i gwarnym mieście Konstantynopolu, pałac solidny i dobrze obwarowany, ale otoczony przepychem i różnorodnością z całego znanego świata. Pamiętał, że można było tam kupić chiński jedwab jak i przyprawy z dalekich Indii. Zapraszam Cię gościu w moje progi, olśnię Cię swoim bogactwem, ale jeśliś na tyle głupi aby złamać moje prawa nikt nawet nie zauważy, zaginiesz przygnieciony ogromem i mocą bo jesteś nic nieznaczącym pyłem pod stopami moich rozlicznych sług. Doświadczyli tego na własnej skórze. Paradoksalnie Mariusz mógł się czuć zaszczycony faktem, że sam władca spokrewnionych był łaskaw zacisnąć swoją szponiastą łapę na jego gardle.
Albo to leże pośród wzgórz otoczone lasami Szwarcwaldu. Koteria Manfreda dokąd u początków wysłał ich z misją jego Ojciec. Mieli porozmawiać o sojuszu. Miejsce pełne czystego okrucieństwa i okiełznanej brutalności. Już wkraczając na ich terytorium miało się poczucie, że znajdujesz się w niewłaściwym miejscu, jeden Twój błąd prawdziwy czy wyimaginowany mógł skończyć się ostatecznym unicestwieniem. Liczne szczątki, ludzkie, zwierzęce znaczyły ścieżkę do zamku i walały się w każdym zakamarku budowli. Brud i pozorny chaos, ludzkie naczynia naznaczone cierpieniem wisiały jak świńskie tusze racząc gości i gospodarzy krwią. To jak spotkanie z poganami, dzikusami ukrytymi pośród lasów dumnych w obliczu cywilizacji, która przecież przerastała wielokrotnie ich dokonania a mimo wszystko, te dzikusy wiedziały doskonale czym jest Bestia i jak ją okiełznać. Kto wie czy w ostatecznym rozrachunku to właśnie nie oni będą stali na zgliszczach ich cywilizacji. Droga powrotna była mniej zajmująca, nie mieli czasu na podziwianie widoczków, pilno im było schronić się we własnym zamczysku pośród własnych zwyczajów. Pilno o tyle, że ich propozycja została odrzucona. Mniejsza o szczegóły i o to, że Bruno miał zakaz wstępu na terytorium Manfreda. Mniejsza o to, że obecny przy rozmowach białowłosy Frekke, emisariusz koterii Szejtana syna Cabalusa z którym toczyli otwartą wojnę, ważył się posłać za nimi Demona. Gdyby nie szpony Hjiordis i miecz Mariusza pewnie jego i Diany ucieczka z pola bitwy miała by większy sens.
Wracając do Turynu. Niewiele znaczące i niewyróżniające się pośród wielu innych małych miast przywitał ich przyjaźnie i ufne. Czyżby niczego nie nauczył się Zakon Czterech po utracie Genewy? Po tym co usłyszeli z ust przywódcy zboru, wydawało się to jeszcze bardziej znaczące.
Szlachetny i dumny Mistrz Godefroid wzbudzał posłuch i szacunek, ale z przebiegu rozmowy wydawało się Bruno, że za tą fasadą kryje się słabość, która albo doprowadzi go do tego, że przygnieciony porażką wyjdzie na słońce albo zaślepiony nienawiścią do wrogów straci i tak już iluzoryczną kontrolę nad tym co mu pozostało. Oba warianty były mało zachęcające. Jeśli Cabalus widział w nich cennego sojusznika to Bruno musi się jeszcze wiele nauczyć aby dostrzegać takie rzeczy. Chyba, że to co w zamian mieli otrzymać było wartę ryzyka. Za to wieści o Giovannich wzbudziły w nim autentyczną ciekawość. Nazwisko rodowe było mu doskonale znane jeszcze z czasów weneckich. Za życia nie miał najmniejszego pojęcia o tym co kryło się za potęgo tej rodziny. Familia kupiecka jakich wiele, więc skąd te sukcesy praktycznie na każdym polu ich działalności. Teraz, kiedy wiedział wiele rzeczy stało się dla niego jasne jak chodźmy to dlaczego tak starannie unikał wchodzenia z nimi w jakiekolwiek interesy. Pamiętał dwie takie okazje i irracjonalną niechęć, właściwie strach mimo obiecanych profitów. Był dodatkowy aspekt zainteresowania Bruno. Giovanni parali się najwyraźniej magyją, kroczyli ścieżką Vitae podobną zapewne do tej u początków której sam się znajdował. Schodząc po rozmowie z Mistrzem Zakonu do krypt, które dla nich przygotowano, obiecał sobie mieć oczy szeroko otwarte na każdą możliwą okazję zdobyć wiedzy a także to, że będzie musiał zwrócić Mariuszowi aby stosowniej zachowywał się w relacjach z gospodarzami. Nie miał zamiaru podzielać jego uniżoności, jeszcze dojdzie do tego, że będą brali ich za sługi Zakonu a tego by nie zniósł.
 
__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!

Ostatnio edytowane przez Hesus : 14-06-2011 o 10:29. Powód: orty:)
Hesus jest offline  
Stary 18-06-2011, 18:37   #10
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2530 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
część pierwsza posta z gościnnym udziałem Armiela jako Scypiona, Aureliusza i Ludwiga

- Wyjeżdżam.

Hjordis rzekła te same słowa do czterech mężczyzn, z którymi przyszło jej się pożegnać po decyzji powziętej przez Cabalusa. Decyzji wedle, której jasnowłosa Norsmenka miała stać się częścią wsparcia zapewnionego Zakonowi. Oczywiście żadna z tych czterech osób tak naprawdę mężczyzną nie była, nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale z braku wspólnego dla nich określenia Hjordis poszła na skróty ułatwiając sobie nazewnictwo i przezywając ich jednakim mianem.

Dziwne było towarzystwo, z którym przyszło dziewczynie rozmawiać przed jej wyjazdem. Każdy jeden różnił się znacznie od drugiego i każdy jeden okazał inne emocje na jej widok.
Pepin, jej wychowanek i niedorosły wilkołak odniósł się do stwierdzenia z ogromnym entuzjazmem jak do wszystkiego, co robiła i co mówiła Hjordis.

- Ja też? Jadę? Jadę z tobą? - Gdyby Pepin miał ogonek to teraz by nim zamachał.

- Ty zostajesz. Masz słuchać Ludwiga i reszty jego sfory. Jak będziesz nieposłuszny to pewnie odgryzą ci ucho albo jeszcze gorzej. Więc bądź. Gdyby Scypion miał dla ciebie prace do wykonania to zrób najpierw to a potem dopiero to, co ci każe Ludwig. Zrozumiałeś?

- A mistrz Aureliusz nie będzie miał zadań dla mnie?

- Mistrz Aureliusz to nie wie o twoim istnieniu, więc trudno żeby ci kazał coś robić. Jeżeli nawet by się odezwał przy tobie to będzie mówił do kogoś innego w pomieszczeniu albo do samego siebie.

- A długo cię nie będzie?

- Nie wiem.

- A dokąd jedziesz?

- Do Turynu.

- A gdzie to jest?

- Nie wiem.

- Czy to niebezpieczne?

- Nie wiem.

- Może ci się coś stać?

Hjordis uśmiechnęła się drapieżnie.
- Chyba we mnie nie wątpisz Pepinie, co? - Nachyliła się wilkołaka.

- Nie, ale kto cię będzie strzegł w dzień?

- O to się nie kłopocz. Masz się kłopotać o twoje nauki. Jak wrócę chcę widzieć postępy w walce, w polowaniu. I masz chodzić czysty! Zrozumiano!

Pokiwał głową, choć twarz zdradzała jego uczucia. Szukał sposobu oszustwa. Za to dostał w ucho.
- Au! - Złapał się za pieczące ucho.

- Nie próbuj mnie oszukiwać. Ludwig nie dba o to, ale Scypion zauważy jak się obsmarujesz brudem i nie wyczyścisz. Powie mi o tym, jak wrócę.

Tym razem pokiwał głową z pełnym przekonaniem.

Scypion, jedno z Dzieci Cabalusa, który odwzajemniał uczucie sympatii, jakim obdarzyła go Hjordis tuż po swoim przybyciu do zamku w Alpach spojrzał na jasnowłosą dziewczynę i uniósł nieco brew.

- Wiem. Byłem obecny przy wezwaniu Cabalusa. Smucę się z tego powodu. To ja powinienem jechać. Nie wątpię w rozumność Cabalusa, ale .. jeszcze jesteście tacy młodzi.

- Wiem, że byłeś. Chciałam się pożegnać. Tak jak ci rzekłam Scypionie uważam, że Cabalus wysyła nas dla odwrócenia uwagi od działań Gregoriusa. Co nie jest istotne. Istotne jest dla mnie gdzie leży ten Turyn. Pokaż mi na mapach gdzie to.

- Na południe stąd. Za górami. Tam rzadko jest zimno. Pokażę ci. O tutaj. – Scypion wyszukał odpowiednią mapę i wskazał wampirzycy rzeczone miejsce przesuwając palcem od miejsca ich obecnego pobytu do celu ich wędrówki.

- Zostawiam Pepina na zamku. Ma się trzymać teraz tego ze sfory Ludwiga, którego ma być podopiecznym. Jeśli chcesz to może być też na twe polecenia. Od zmroku do północy. O północy ma iść spać.

- Zaopiekuję się nim, jeśli o to ci chodzi, przyjaciółko. Nie zadbam tak, jak ty byś to uczyniła, niemniej jednak postaram się. Obiecuję.

- Nie musisz mi niczego obiecywać.- Pokręciła głową - Pilnuj się, ja będę pilnować siebie i tą trójkę i będzie, co ma być.

- Bądźcie ostrożni. Zakon to dumne wampiry. Poproszenie ich o pomoc naszej koterii może świadczyć o tym, że sprawa jest poważniejsza, niźli się zdaje z pozoru.

- Jestem ostrożna tyle ile trzeba. Pozostali jednak bywają nieostrożni. Mariusz się nauczył. Może. Diana i Bruno źle myślą. Nie umiem ich nauczyć. Muszą się sami nauczyć. Na własnych błędach.. – Hjordis nerwowo zaczęła gestykulować dla podkreślenia swych słów, które uległy uproszczeniu jak tylko dziewczyna dała się ponieść emocjom.
- O ile je przeżyją – dodała po chwili.

- O ile - zgodził się z nią Scypion.

- No to bywaj. - Uścisnęła mu ramię w przyjacielskim geście pożegnania.

- Bywaj - Scypion odwzajemnił uścisk.

Dziewczyna szybko wyszła z komnaty przytłoczona nagłym smutkiem, zapewne rezultatem tego pożegnania.

Natomiast Aureliusz, obecny przywódca koterii, nie uniósł nawet brwi na jej słowa a jego wyraz twarzy nie zmienił się nawet odrobinę, tylko fakt, że zwracał głowę w jej stronę pozwolił Hjordis dojść do wniosku, że rzymianin w ogóle usłyszał jej wypowiedź.

- Wiem. – W końcu padły z jego ust słowa, mimo że Hjordis myślała, że się już ich nie doczeka w tym stuleciu - Zadbaj o nich. Masz w sobie najwięcej siły spośród wszystkich, których Cabalus wyznaczył do tego zadania. I strzeż się gładkich słów południowców. Kiedy twój lud dopiero uczył się napadać sąsiadów, przodkowie Giovannich stworzyli przeogromne Imperium. Pamiętaj o tym i nie lekceważ przeciwników.

- Już wiem, że południowcy nigdy nie mówią tego, co myślą i nigdy nie myślą tego, co mówią. Będę na nich uważać i postaram się tym razem ukrócić Mariusza gdyby zaszła taka potrzeba. Masz dla mnie jakieś dodatkowe polecenia? Cabalus zwykle miał.

- Nie jestem nim. Więc nie, nie mam.

Skinęła głową. Aurelisz nie miał dodatkowych poleceń, Cabalus też nie, bo był daleko, ale ona miała swoje własne plany jak zadbać o bezpieczeństwo powierzonych jej pieczy.
W skompletowanym przez nią ekwipunku znalazło się miejsce na z wielkim zacięciem zastrugane przez nią kołki.

Ostatnim z tej czwórki, z którymi wkrótce miała się rozstać na czas wyprawy do Turynu był Ludwig. Przywódca wszystkich Księżycowych Bestii przynależnych ich schronieniu, syn Gerharda poprzedniego przywódcy wilkołaków i podobnie jak Gerhard ghul jednego z Ojców ich koterii. A przede wszystkim ten, który nauczał Hjordis walki w bezpośrednim starciu i jej partner w ćwiczeniach tejże.

- Wyjeżdżam.

- Dobrej drogi i dobrych łowów. Naucz twych wrogów, czym jest strach. Niech ich krew stanie się twym pożywieniem.

- Bywaj. Pepin zostaje.

- Dobrze. Zmężnieje.

- Co powiesz na ostatni raz? Przed moim wyjazdem.

- Chętnie…. - Warknął. - Zawsze chętnie pokażę słabiutkiemu wampirkowi gdzie jego miejsce. Gotowa na kolejną lekcję pokorrrry...

Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Hjordis. Pod pewnymi względami na Ludwiga zawsze można było liczyć, choć nie dorastał do pięt swemu nieżyjącemu już ojcu.
- Uroczy z ciebie wilczek, kiedy się tak złościsz. Mam wtedy ochotę wytargać cię za uszy. – Czas spędzany razem sprawił, iż pozwalali sobie na wiele względem siebie i lubowali się w droczeniu drugiej osoby sprawdzając granicę, do jakiej mogli się posunąć.

- Może dołączymy nagrodę dla tego, kto wygra starcie?

Co podkusiło Hjordis do wysunięcia tej propozycji rzuconej tuż przed walką? Gdyby dziewczyna potrafiła lepiej pojmować własne uczucia może zrozumiałaby, iż próbowała odreagować niepewność i niezrozumienie związane z ostatnimi działaniami Mariusza względem niej, a ponieważ nie umiała analizować własnych emocji, więc uznała tylko, że to był doskonały pomysł.

- Jaką? - Ciało Ludwiga zaczęło zmieniać formę, mięśnie stały się większe, pojawiły się pazury na dłoniach, a sam wilkołak gotował się do walki nieświadom uczuć, jakie targały jego przeciwniczką tej potyczki.

- Mnie interesuje krew - Hjordis sięgnęła po swoje moce, których wedle umowy z Ludwigiem używała podczas ich walk. - Twoja. Najlepsza ze wszystkich wilkołackich. Przystajesz na to? Co będzie dla ciebie nagrodą?

- Krew. Twoja. - Warknął.

- Umowa stoi – odrzekła i podniosła do góry ręce zakończone ostrymi pazurami, jakimi nie powstydziłby się nawet wilkołak.


***

- Gdybyś nie żłopał krwi wygrałabym - Hjordis leżała na ziemi przyduszona cielskiem wilkołaka, wyglądała na wściekłą, ale tembr głosu mówił, co innego.

- Gdybyś więcej ćwiczyła pazury a mniej żelazo, wygrałabyś - odwarknął Ludwig uwalniając ją z chwytu.

- Twoja racja, ale wtedy nie dawałabym lekcji posługiwania się żelazem tym, co sobie jeszcze pazurów nie wyhodowali - odparła podrywając się na nogi.
- Twoja nagroda - odchyliła głowę na bok - choć może cię rozczarować. Nie jest tak silna jak ta od Cabalusa czy Aureliusza.

- Mam cię gryznąć? Jak jakieś zwierzę?

Złapała się za brzuch i wybuchnęła głośnym śmiechem.
- A jak to sobie inaczej wyobrażasz?

To ugryzł. Bolało jak cholera i było bardzo nieprzyjemne, w końcu to nie był wampir, a wilkołak, nie było w jego ugryzieniu nic finezyjnego, gryzł jakby odgryzał kęs mięcha.

- Na stwory Nilfheimu! To strasznie bolało! - Hjordis przyłożyła dłoń do rany na szyi, kiedy już ją puścił i patrzyła na wilkołaka z mieszaniną uczuć zaskoczenia i niezrozumienia.

- Noż, wybacz panienko, ale gryzienie zazwyczaj boli. Czeguś się spodziewała. Pytałem się przeca, czy mam gryźć jak zwierz, ty rzekłaś, że jak inaczej sobie to wyobrażam. To cię chapnąłem.
Podrapał się po głowie.

- Jak ja gryzę to nikogo nie boli.

- A jak ja gryzę to musi boleć. No przeca …. Jak sarnę w zadek gryzę tyż wierzga.

- Ze mnie żadna sarna a i w zadek bym się gryźć nie dała. Mówić mówiłeś, ale tego się nie spodziewałam. - Wyznała szczerze - Przynajmniej wziąłeś tyle krwi ile trzeba za zwycięstwo? Bo drugi raz się ugryźć nie dam.

- To naucz się bić. - Zaśmiał się przyjaźnie poklepując ją po plecach.

- Nie myślisz chyba, że teraz zawsze jak ze mną wygrasz to dostaniesz mojej krwi - spojrzała prosto w zarośniętą wilkołacką gębę - jeśli mnie to czegoś nauczyło to tego żeby nie dać się ugryźć.

- Zakład był zakład. Idziemy polować.

To ostatnie nie było pytaniem, lecz raczej stwierdzeniem faktu. Ludwig zmienił się w wilka i pomknął w stronę ośnieżonej puszczy. Hjordis zrzuciła część ubrań ponad te, które zdjęła już przed walką i pognała za Ludwigiem traktując jego ostatnie słowa jako zaproszenie. Oboje krwawili teraz od prawdziwych ran, których nie wygoiła moc ich krwi, ale nie przejmowali się takimi drobiazgami. Hjordis gnała przez las wiedząc, że w tych zawodach wygra z wilkołakiem. Ludwig w końcu się zmęczy, potrwa to trochę, ale jego ciało podda się zmęczeniu, a jej nie. Biegła, więc narzucając wilkołakowi szybkie tempo i śmiała się do nieba, do księżyca i do bogów Północy, którzy jak była pewna nawet tutaj nie opuścili swej córki.
 

Ostatnio edytowane przez Ravanesh : 18-06-2011 o 18:42.
Ravanesh jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168