Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-06-2008, 23:38   #1
 
Pandemonicum's Avatar
 
[WFRP 2 ed.]Boska Gra (Imperium)

Trochę o pisaniu postów:
Ja piszę co cztery dni – czyli okres jednej tury. W tym czasie każdy z was powinien napisać minimum jednego posta. Jeśli mu się to nie uda – jego los zostaje w moich rękach. Postarajcie się więc lepiej nadążyć w terminie… Piszcie posty długie i ładne, takie przynajmniej na pół strony. Refleksje postaci i działania. Wyprzedajcie trochę, w rozmowach z NPCami dawajcie długie wypowiedzi, żeby dowiedzieć się wszystkiego na raz. Możecie też przeprowadzać dialogi na gadugadu, tak będzie najlepiej, bo najszybciej. Dobrze by było, gdybyście dialogi między sobą ustalali również na gg. Wypowiedzi piszemy po – i kursywą, myśli tak: „Jakaś myśl.” Zdaję sobie sprawę, że pierwsza tura kończy się w dość mało atrakcyjnym i oryginalnym momencie, ale ja uznaję, że postaci graczy powinny się zawsze najpierw trochę poznać… W pierwszym poście obowiązkowy jest opis wyglądu! Pogadajcie trochę ze sobą. To na razie wszystko, zaczynamy:


(muzyka do prologu)
[MEDIA]http://www.youtube.com/v/3EoCGwHz3T0&hl[/MEDIA]




Prolog

Łza powoli spłynęła po jej policzku, spadała nie spiesząc się. Kropla wody wrzasnęła, gdy dotarła do ziemi, spotkała się bowiem z krwią, wymieszała z nią, aż krew i łza stały się jednością. Oczy kobiety widziały zbyt wiele. Zimne, suche ręce, powoli osuwająca się z ciała skóra, oczy, patrzące, lecz ślepe i obojętne na wszystko, na cały świat, jednym słowem – śmierć. Była wszędzie wokół, gdy ciemność nadeszła z północy. Ludzie zabijali innych, ślepi na swoją zwierzęcość. Mówili o dziele, ale zamiast budować – niszczyli. Niszczyli ludzi, przebijali ich mieczem, odcinali ręce, łamali kości i mordowali duszę. A to wszystko zaledwie przez swoje zachcianki, jakby sami nigdy nie odczuli bólu i nie wiedzieli, co robią innym. Pieniądze, władza, potęga. Dla jakże głupich rzeczy ludzi poświęcają innych, choć nikt nie dał im takiego prawa.

Krew była wszechobecna, docierała do każdego ze zmysłów, doprowadzając umysł do rozpaczy. Wszechobecna czerwień tak brutalnie atakowała oczy swoją natarczywością, przynosząc jedynie smutek i wspomnienia. Zapach krwi, ostry i drażniący, przepełnił powietrze, wzmagając odczucie rozpaczy. Kiedy chciało się dotknąć po raz ostatni twarzy człowieka, który niegdyś był bliski, czuło się zimną wilgoć na palcach, jaką przynosiła krew. Była wszędzie.


Ludzie chodzili pomiędzy martwymi, chcąc pomóc, choć było już za późno. Chcieli chociaż dać im spokój po życiu, uświęcić ciała, jakby nigdy nie zetknęły się ze skazą z północy. Może jeszcze ich dusze nie są zgubione? Chodzili w morzu krwi, omijając tych, którzy oddali się koszmarowi. Oni wywoływali obrzydzenie i pogardę, a ich śmierć cieszyłaby, gdyby nie umierali razem z tymi, którzy w sercu nieśli dobro, a miecz dzierżyli w celu niszczenia zła. Jakże smutne było to, że musieli oni podzielić los niewolników własnej rządzy, tak niezasłużenie…

Kobieta, odważniejsza niż inne, podeszła do martwego wojownika, którego ciało przykryte było innym. Ciałem wroga. Kucnęła, przez chwilę wpatrywała się w dwójkę, których po śmierci los złączył w swej ironii. Miała smutne oczy, na jej policzkach widać było wilgotne ścieżki, które pozostawiły po sobie niedawno spływające łzy. Wyciągnęła ręce, by zdjąć plugawego wojownika z rycerza. Próbowała go podnieść, lecz nie dała rady. Zrobiła to więc obracając go. Oczy, które powinny być martwe, obróciły się w jej kierunku, okrwawiona ręka złapała za skraj spódnicy. Kobieta wrzasnęła, starała się wyrwać lecz nie dała rady. Blade usta poruszyły się, a do uszu kobiety doleciały ciche ostatnie słowa wojownika.
- Ty… Wy wszyscy… Jesteście już zgubieni… Starajcie się żyć jak dawniej, jeśli chcecie… To niczego nie zmieni… Jesteście zgubieni…
Szept urwał się, puste oczy przysłoniła mgła. Ten wojownik nigdy już nikogo w życiu nie zabił. To były jego ostatnie słowa. Nie wystarczały, by zniszczyć Imperium, ale wystarczały, by zgubić duszę jednej kobiety.

Tak działał Chaos. Powoli, lecz przerażająco skutecznie. I z tym Wy staracie się walczyć.

Rozdział pierwszy

Joachim Blitzschafer

Ostatnio nazbyt wiele razy odczułeś to, jak bardzo nasze życie zależy od przypadku. Działało to zazwyczaj na twoje szczęście, tym razem jednak nie byłeś o tym tak przekonany. Rozwój twojej nowej wiary z pewnością będzie miała tu, na północy, większe pole do rozwoju. A jednak Nuln było bardzo przyjemnym miejscem w porównaniu z tym przeklętym, opustoszałym miasteczkiem, do którego zagnał cię los. Ale co mogłeś zrobić? Musiałeś znaleźć kogoś z kim będziesz podróżował. Parę miesięcy po wojnie wciąż niebezpieczeństwo na szlakach było ogromne. O wiele lepiej jest podróżować z grupą kupców, którzy najwyraźniej pieniędzy na ochronę nie szczędzili. Poza tym byli to z pozoru uczciwi ludzie, którzy chętnie pozwolili ci wybrać się z nimi w podróż, w zamian za zapewnienie dodatkowej ochrony. Wyglądali na uczciwych…


Nie mogłeś wiedzieć, że to przemytnicy, nic na to nie wskazywało. Ale to byli przemytnicy…Wydało się to, zupełnie niespodziewanie, w Altdorfie, gdzie załatwiali oni różne interesy. Wiadomo, to kupcy, ale okazało się też, że niektóre z ich interesów nie były całkiem legalne. Kiedy to się wydało, musieliście uciekać. Nikogo nie obchodziło, że ty o niczym nie miałeś pojęcia i byłeś ofiarą tych wydarzeń… Po prawdzie nikomu nie starałeś się tego tłumaczyć. Nie byłoby okazji, prawdopodobnie trafiłbyś do aresztu, zanim zdążyłbyś wyrzec trzy słowa. A sądy w takich czasach również wiele czasu na słuchanie wyjaśnień nie mają, trudno by było więc je przekonać do swojej racji. Nie było to warte zachodzu, trzeba było uciekać z niefortunnymi towarzyszami – to znaczy tymi, którzy wciąż jeszcze nie byli w rękach władz… A uciekać najlepiej tam, gdzie nikt się problemami w Altdorfie nie przejmuje… Do Middenlandu. Nie jest to daleko, ale przeszła tamtędy Burza i przynajmniej połowa prowincji leży teraz w gruzach. Nikt nie przejmuje się takimi drobnymi sprawami jak przemytnicy. Oczywiście nie mogłeś z nimi pozostać, to było mimo wszystko zbyt niebezpieczne. Rozstanie przebiegło szybko i bez zbyt wielu zbędnych pożegnań. Natrafiłeś jednak na pewien problem. Mianowicie – musiałeś znaleźć jakąś pracę. Coś, co odpowiadałoby twoim nowym poglądom, wierze i twojej roli giermka. Najemnik na służbie dla Imperium – to było to!

Thai Thi’nedil

Trudno było przywyknąć do przebywania jedynie wśród ludzi. Zwłaszcza, że ludzi nigdy nie byli zbyt życzliwi dla elfów, a w szczególności w ciężkich czasach. To ewidentnie były ciężkie czasy. W swojej podróży zagrożenie ze strony chłopów było wielokrotnie większe niż ze strony zwierzoludzi czy mutantów, których to w okolicznych lasach było mnóstwo. W lasach Middenlandu. W końcu tutaj posmakowałeś trochę prawdziwego życia – życia na szlaku, brutalnego i nieprzewidywalnego. Poznałeś też dogłębniej ludzi, w końcu przekonałeś się, jakie to parszywe istoty. Parę razy trzeba było uciekać z jakiejś wioski, bo ludzie uznali, że skoro jesteś elfem, musisz też być złem wcielonym.
- Elf! Toż to nieszczęść sto na nas spodnie, jok do wichy wejdzie! A kysz, chałosie jeden!
Taki wypowiedzi nie należały do rzadkich. Drobnym szczegółem dla ludzi było to, że elfy są na Chaos niemalże całkowicie odporne i że od czasów powstania mrocznych elfów przypadku zdeprawowania elfa szukać można nadaremno… Byli strasznie ograniczeni, ale wcale nie gorsi od elfów i ich kultury, od której na przestrzeni czasu tak bardzo się oddaliłeś. Chciałeś znaleźć nowy cel w swoim życiu… Los zaprowadził cię małego miasteczka o nazwie Schawerwalz nad rzeką Delb, na południe od Delberz. Była w trakcie odbudowy, bowiem grupy zwolenników Chaosu, które odłączyły się od głównej armii, by siać chaos w okolicznych terenach natknęły się na nią, zniszczyły niemal doszczętnie. Większość ludzi zdążyło opuścić miasteczko wcześniej, nie widząc szans na przetrwanie, ci, którzy zostali, byli wybici bez litości. To nie było nic niezwykłego, tak działał Chaos. Niszczył wszystko na swojej drodze. Tworzył nowy świat n zgliszczach, tenże świat miał jednak służyć jedynie kolejnym działaniom destrukcji. Miasteczko aktualnie była w trakcie odbudowy, przybyło tutaj wielu uchodźców, którzy do tej pory oblegali Delberz, upatrując szans na nowe życie. Ty również pragnąłeś nowego życia. Cóż, chciałeś znaleźć pracę, w procesie odbudowy przydają się intelektualiści...


Matthieu d'Angers

Życie wiele już cię nauczyło. Walczyłeś z hordami ciemności, widziałeś wiele cierpienia, życie sprawiło, że stałeś się twardy niczym skała. Lecz z każdą kolejną walką twoje ideały rosły w twoim sercu, a twa wiara rosła w siłę. Jednak to nie wystarczyło jeszcze, by zostać Rycerzem Królestwa, otrzymać wymarzoną pozycję. Czułeś, że musisz zrobić dla świata więcej dobrego. Dobro najlepiej czynić tam, gdzie jest ono najbardziej potrzebne, a w tej chwili Imperium było takim właśnie miejscem. Długo musiałeś leżeć bezczynnie w Middenheim, twoje rany po bitwie były naprawdę poważne, lecz za sprawą Pani znowy mogłeś poczuć świeże powietrze na szlaku. Pracy było tu wciąż mnóstwo, Chaos spowodował niewyobrażalne zniszczenia na tych terenach. Wędrując po tych terenach i pomagając ludziom dotarłeś leśnymi szlakami do małego miasteczka o nazwie Schawerwalz…

Martin Hoewel

Tak wiele śmierci, bezsensownej śmierci. Hordy zabrały ze sobą życia tysięcy ludzi, tysiące dusz powinno więc trafić do mroźnych krain Pana. A jednak nie stanie się tak bez odpowiedniego pochówku dla każdego, takie jest bowiem boskie prawo.A jednak martwych były stosy. Po bitwie pod Middenheim parę miesięcy spędziłeś na wypełnianiu obowiązków wobec zmarłych, wraz z kilkudziesięcioma innymi akolitami, a także paroma kapłanami. Była to niewdzięczna praca, ciał było mnóstwo, a wraz z upływem czasu ich stan był coraz gorszy. Stan ciała był jednak przynajmniej pewny. Nie było natomiast pewne, co dzieje się z duszami ludzi, którzy zetknęli się z Chaosem, najbardziej wypaczającą siłą świata. Być może dusze wojowników nigdy nie dotrą do mroźnych krain Morra, może część z nich zostanie w tym świecie, by nawiedzać umysły żyjących… Cokolwiek by to było – twoją powinnością było dokonać obrzędów nad wszystkimi zmarłymi ludźmi. Po paru miesiącach udało się tego dokonać. Przez parę dni odpoczywałeś w Middenheim, ale potem wyruszyłeś na szlak, wszak tak wiele było jeszcze do zrobienia. Dotarłeś do miasteczka o nazwie Schwerwalz…

Wszyscy


- Chcecie tu pracować? Jesteście pewni? – żołnierz, najwyraźniej dowódca i zarządca całego procesu odbudowy nie wyglądał na przekonanego, co niektórym z was się niezbyt spodobało. Zaraz się jednak poprawił – Oczywiście nie śmiem wątpić w pana umiejętności, panie rycerzu – tu złożył lekki ukłon przed Matthieuem. Historie o bretońskich rycerzach były w Imperium powszechne. Niewielu zdawało sobie sprawę z haniebnego prawa, wykorzystywania chłopów i ogromnych różnic pomiędzy klasami społecznymi w Bretonii. Wszyscy natomiast kiedyś w życiu słyszało o honorowych rycerzach, będących w stanie bez zastanowienia oddać w bitwie własne życie, by tylko świat stał się trochę lepszy. Dlatego też znajdowali oni szacunek, gdziekolwiek tylko wyruszyli. A bretońskiego rycerza poznać trudno nie jest.
- Nie mam też oczywiście wątpliwości, że akolita Morra w tych ciężkich czasach będzie potrzebny. – Wiadomo. Wszędzie, gdzie jest śmierć, akolita Morra będzie potrzebny…
- Ale wasza dwójka? – spojrzał wymownie na Tchaia i Joachima. – Widzice, tutaj potrzeba trochę siły, by coś zdziałać… A wy, bez urazy, nie wyglądacie mi na chłopów czy wojów… Ale mniejsza z tym teraz, z pewnością jesteście wszyscy zmęczeni drogą, a że słońce już zachodzi praca znajdzie się dla was jutro. Tymczasem możecie dzisiaj przespać się w tutejszej gospodzie. Ona przetrwała najazd bez uszkodzeń jako jedyna budowla, funkcjonuje normalnie już od dawna. Nie będziecie musieli płacić ani za nocleg, ani za jedzenie, przynajmniej na razie. Właściciel gospody wiele dla nas robi, często nie żądając zapłaty, to dobry człowiek… - nutkę ironii można było dosłyszeć w głosie oficera, jednak jego twarz niczego nie zdradzała. Zostaliście zaprowadzeni do gospody. Było tam parno i aromatycznie, zapach z otwartej kuchni rozlewał się po całym pomieszczeniu. Był to co prawda raczej zapach spalenizny i ostrych, drażniących przypraw, ale zawsze… Ludzi mnóstwo, czego można było oczekiwać po końcu dnia pracy w miasteczku. Patrzyli na was ciekawie, choć zwykle nieufnie. Długie uszy wpadały w oko, tak samo jak bretońskie maniery i akcent. Zaprowadzono was do pomieszczenia. Wspólnego, rzecz jasna, ale przynajmniej nie będziecie musieli spać z chłopami po całym dniu pracy. Za łóżka służyć miało parę koców na ziemi, w których to robaki znalazły najwyraźniej swój raj, ciepły i przyjemny, postanowiły więc się w nim masowo zagnieździć. Pomieszczenie było poza tym – jak z resztą cała gospoda – raczej skromne, drewniane, bez zbędnego umeblowania. Zaraz też pani gospodyni przyniosła wam dwa bochenki zaschniętego chleba, po misce rozwodnionej zupy, której składniki można było odgadnąć dość łatwo – woda, trochę warzyw i mnóstwo ostrej przyprawy, która najwyraźniej była miejscowym specjałem, bowiem odrobina mięsiwa, którą przyniosła po kolejnej chwili, również była przyprawiona zielonym proszkiem. Nikt z was nie wiedział, co to jest, ale najwyraźniej tutaj wszyscy to jedli… Zostaliście sami. Zdaliście sobie sprawę, że przynajmniej przez pewien czas przyjdzie wam ze sobą współpracować…
 
Pandemonicum jest offline  
Stary 26-06-2008, 10:23   #2
 
Van der Vill's Avatar
 
Thai Th'inedil

Elf zdjął kaptur, ujawniając grzywę gęstych, ciemnobrązowych włosów. Zaskakujące były jego malutkie zmarszczki pod oczami i wory, świadczące o bezsenności. Ręce też delikatnie drżały, gdy kruszyły chleb. Wirtuozja przyrody, co do elfiej piękności, została skalana trudami podróży. Widac też było, że przeżyte ostatnio dni nie są dla niego łatwe. Gdyby ktoś chciał się przyczepic, dopiekłby mu za brak dostojności w wygłodniałym spojrzeniu.

Pierwszy raz od długich tygodni poczuł ulgę. Nieprzyjemny odbiór przez ludzkich osadników utrudniał mu zatrzymanie się gdziekolwiek na dłużej - to miejsce wyglądało jednak na wiele bardziej przyjazne. Z niesmakiem przyjrzał się c h l e b o w i , temu kawałkowi spieczonego ciasta, po czym zamoczył go w zupie. Taka była cena życia i przygody, cena poznania prawdziwej moralności, a nie papierkowych edyktów i smutnych wierszy.

Przyjrzał się towarzyszom. Byc może będą to ludzie, z którymi spędzi teraz więcej czasu. O ile nie mają uprzedzeń... Bretończyk, duchowny i jeszcze jeden, inny chłop. Westchnął, ale postanowił skruszyć ciszę lekkim (w jego mniemaniu) tematem.

- Czytaliście kiedyś Tealotha? Opisuje tak prosty lud, jak tu, zaskakująco realnie. Nie sądzicie?
 

Ostatnio edytowane przez Van der Vill : 26-06-2008 o 18:21.
Van der Vill jest offline  
Stary 26-06-2008, 12:41   #3
 
Wojnar's Avatar
 
Młody chłopak w prostym habicie akolity Morra zrzucił plecak zawierający jego skromny dobytek koło jednego z koców. Nie za blisko, żeby karaluchy za szybko się nie przeprowadziły. Na chwilę zatrzymał się i przyjrzał się pozostałym obecnym.
"Bretoński rycerz. Rycerz, czy może giermek. W sumie, co za różnica, wioska ma już swojego obrońcę z prawdziwego zdarzenia. Ciekawe co go zagnało w tę okolicę? Hmm, a ten tutaj- elf. Coś takiego, pierwszy raz będę miał okazję poznać bliżej jakiegoś... żywego. Bo chyba nie ominie nas poznanie się bliżej. No, ale teraz trzeba odpocząć, bo czuję, że zaraz skończy się sielanka i będę miał dużo do roboty. Ku chwale Morra!".
Sam był niezbyt wysokim, raczej szczupłym młodzieńcem. Na szyi zwisał mu łańcuszek z symbolem kamiennej bramy- znakiem jego boga. Po posturze sądząc, mógł mieć z 18 lat, ale twarz była twarzą kogoś doświadczonego życiem. Spojrzeniem niebieskich oczu przebijał na wylot, wzbudzając niepokój w co bardziej strachliwych ludziach. Przygładził ręką krótko przycięte, czarne włosy i ruszył w stronę podanego jedzenia.
- Nie słyszałem o takim dziele. To jakiś elficki autor?- odpowiedział jako pierwszy na pytanie elfa. Nie przypominał sobie takiej książki w bibliotece kultu w Middenheim, nie brzmiało to jak nazwisko uczonego z Imperium- Ale o prostym ludzie wiem dość sporo. Ciekawość, co takiego piszą o nas wasi badacze?- choć elf dość dziwnie zaczął rozmowę, głupio by było go do siebie zrazić. Nie, póki nie dał do tego powodu.
-A tak w ogóle, panowie, nazywam się Martin Hoewel- skłonił się sztywno obecnym, po czym usiadł nieopodal elfa.
Podniósł do twarzy swoją miskę zupy i powąchał. Sięgnął po łyżkę i upił pierwszy łyk. "Uch, ostre to zielone coś. Ciekawe co to?"
 

Ostatnio edytowane przez Wojnar : 26-06-2008 o 15:47.
Wojnar jest offline  
Stary 26-06-2008, 18:46   #4
 
Van der Vill's Avatar
 
- Tak... wielki poeta... - mruknął elf, oszołomiony faktem, że się go tu nie zna. - Ale, byłbym zapomniał o dobrych manierach. - Wstał, kłaniając się dworsko obecnym, nie bacząc na dziwne spojrzenia. - Witajcie, towarzysze! Moje imię: Thain Th'inedil. Były przydworny elfich wielmoży, znakomity pisarz, krytyk moralności i sędzia obyczajów...!
Zginając się w ukłonie, szarpnął płaszczem, rozlewając przy tym zupę. Smutno powiódł wzrokiem po ubraniu, przyciągając je do siebie i usiadł, zakańczając wielkie przemówienie.
- ...teraz za to skromny sługa, szukający okazji do zarobienia paru groszy. Życie uczy nas w zaskakujące sposoby, panowie. Zaś co do pytania, Tealoth opisywał prosty lud jako kwitnący baśniami, powiązany z przyrodą i - niczym prawdziwe zwierzę, częśc przyrody - taplający się we własnych odchodach. I, rzec muszę, jego opis wydaje mi się nadzwyczajnie realny. Dodając, że ja powoli wchodzą w skład tego ludu.
Rozejrzał się wzrokiem po zebranych.
- Czego zaś szuka Bretończyk w dominium Imperium? Zakładam, że rasizm szuka wroga w inteligencji, a ta tutaj - hadko mówić - nie ma zbyt wiele wsparcia. Dlaczego więc obcokrajowiec się naraża?
 
Van der Vill jest offline  
Stary 27-06-2008, 00:13   #5
 
John5's Avatar
 
Joachim w milczeniu spoglądał na oficera, lekko skrzywiwszy się, kiedy ten wyraził swoja dość niepochlebną opinię o nim oraz o jakimś elfie. Jednak nie odezwał się ani słowem, nie byłoby mądrą rzeczą robić sobie wrogów zanim zostało się włączonym do oddziałów. Z tego, co usłyszał z ust żołdaka wcale nie było to tak pewne, jak z początku sądził.
„Najwyraźniej pomimo braków armia Middenlandczycy nie maja zamiaru przyjmować byle kogo. Cóż trzeba będzie sobie zasłużyć, ale to nawet dobrze, nie będzie trzeba martwić się, że ktoś będzie osłabiał oddział. ”
Wzruszył lekko ramionami i przeczesał palcami krótkie smoliście czarne włosy wyraźnie odcinające się od jego bladej skóry. Mężczyzna był wysoki, a przy tym szczupły, jednak to nie sprawiało iż wyglądał tyczkowato. Wręcz przeciwnie, zbudowany był nad wyraz proporcjonalnie, z kolei ubranie wskazywało iż nie jest pierwszym lepszym obdartusem. Przechodząc przez główne pomieszczenie karczmy z obojętnością spojrzał po zgromadzonych tam ludziach, jednak najwyraźniej nic nie przykuło jego uwagi, gdyż nie ociągając się ruszył za resztą nowych towarzyszy. Jak można było się spodziewać pomieszczenie, gdzie mieli spać nie olśniewało ani wystrojem ani wyposażeniem. Joachim lekko uniósł brwi, kiedy zobaczył, jak jakiś karaluch spokojnie spaceruje sobie po kocu zmierzając w kierunku dziury w ścianie. To, co powiedzieli właśnie elf oraz akolita wysłuchał mimochodem, znacznie bardziej zaintrygowany tym, co przyniesiono mu do jedzenia.
- Niech mnie licho jeśli wiem, co to jest. – wyszeptał jakby sam do siebie – Z różnych pieców się chleb jadało, ale żeby jedzenie miało zielony kolor? Dziwne, mam tylko nadzieję, że ta przyprawa nada temu jakiś smak, bo patrząc na miskę nie mam najweselszych myśli.
Joachim wstał i spojrzał na innych.
- Za chwile wrócę. – Tyle tylko zdążyli usłyszeć nim opuścił salkę. Szybkim krokiem zmierzał do miejsca, gdzie pozostawił swego wierzchowca. Po chwili wracał już z kocem oraz bukłakiem, w którym wesoło chlupotała czerwona ciecz. Wszedł z powrotem do pomieszczenia równie bezpardonowo, jak z niego wybył i nie zważając na lekko zdziwione spojrzenia innych odkopał zarobaczone posłanie w odległy kąt pokoju. Przez moment wypatrywał co czystszego miejsca, po czym rozłożył na nim swój koc, po czym z zadowoleniem wypisanym na twarzy rozsiadł się na nim, zaś bukłak położył zaraz obok.
W świetle kaganka zabłysnął lekko sygnet z symbolem Myrmydii. Mężczyzna uśmiechnął się.
- Wybaczcie tą dość niespodziewaną wycieczkę, ale wolę spać na własnym kocu, niż, na tym od gospodarza. Zwę się Joachim… Joachim Blitzschafer i… no cóż miło was poznać panowie. Tu zaś mam cos odrobinę lepszego niż to, czym nas poczęstowano. – uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy – Może i to wino nie jest najlepsze, ale z pewnością to zacniejszy trunek od wody. No i może pomoże to przełknąć strawę, którą nam przyrządzono. A tak właściwie, to jak to smakuje? – Mężczyzna przyciągnął do siebie swoją porcję, po czym ostrożnie upił łyk rozwodnionego specjału. – Nie takie złe, jak można by sądzić, choć swój temperament ma, nie da się zaprzeczyć. – zadziwiająco szybko pochłonął resztę polewki, po czym popił wodą ze swojego kubka, który zresztą zaraz napełnił na powrót, tym razem winem.
- Ktoś jeszcze się skusi? – uniósł w górę bukłak i spojrzał badawczo na innych.
 
__________________
Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie.
Armia Republiki Rzymskiej
John5 jest offline  
Stary 29-06-2008, 17:30   #6
 
Dhagar's Avatar
 
- Nie troskajcie się tak gospodarzu. Jestem tu po to by wam pomóc. - odparł spokojnym głosem rycerz. Spojrzał po okolicy - A wiem, że takiej potrzebujecie. Dlatego też przybyłem tu, ku chwale Pani Jeziora i w nadziei na rozwiązanie wszelkich problemów.

Bretończyk był wysokim, dobrze zbudowanym młodzieńcem o niedługich jasnobrązowych włosach i niebieskich oczach. Odziany w zbroję, z widocznym przy boku pięknym mieczem, na szyi zaś nosił medalion ozdobiony wizerunkiem złotego pucharu o szerokiej podstawie, wąskiej nóżce i czarze zwężającej się ku górze. Całość zdawała się niezbyt pasować do otoczenia. Jakby wyjęty z jakiejś baśni czy opowieści.
Matthieu wiedział, że zbyt dużo spędził czasu w Middenheim po tym jak odparto przeklętych wyznawców plugawych bogów. Szybko też znów wyruszył w drogę, gdy w końcu wyleczył się z otrzymanych w walce ran. Nie można wszak było pozwolić aby chaos wciąż szerzył się po ziemiach i niszczył wszystko. Wierzył, że z pomocą Pani Jeziora uda mu się wypełnić stawiane sobie cele.
Teraz spojrzał na resztę swoich towarzyszy. Kapłan, elf i zdawać się mogło jakiś pachołek. Chyba tylko elf zdawał się być szlachetnie urodzonym, ale mimo to zdawali się mieć w sobie dość odwagi by walczyć za słuszną sprawę, w przeciwieństwie do wielu których napotkał na swej drodze.

- Pytałeś czego szuka bretończyk w Imperium Thainie. Odpowiem ci wnet - zwrócił się do elfa - Staram się być tam, gdzie mogę pomóc potrzebującym. Gdzie mogę zniszczyć tych, którzy plugawią nasze ziemie i wyznają przeklętych bogów.
Jestem sir Matthieu d'Angers, rycerz wędrujący ku chwale Pani Jeziora.
 
__________________
"Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć."

Ostatnio edytowane przez Dhagar : 29-06-2008 o 17:33.
Dhagar jest offline  
Stary 30-06-2008, 07:55   #7
 
Van der Vill's Avatar
 
Nadstawił kielich, z proszącym uśmiechem częstując się winem bladego mężczyzny.
- Martin Hoewel, Joachim Blitzschafer i Matthieu d'Angers. Witam więc was, przyjaciele, na tej kruchej drodze do naszego wspólnego dobra. - wzniósł kielich w górę. - Rycerz z Bretonii jest, jak widzę, idealistą. Pogratulować odwagi i męstwa! Ja sam rezygnuję z wygodnego życia z czysto utopijnych przesłanek: moje myśli zawędrowały kiedyś poza spokój lasu Reikwald. I chociaż wielokrotnie wmawia się mi, że wybór takiej drogi, wkroczenia w życie w ciężkich butach, nie był słuszny, to wciąż wierzę, że znajdę w ten sposób coś dla siebie. Rozumiem więc angaż szlachetnego wojaka.
Ale nie mam zamiaru mu zaufać - mruknął w myślach.
Wzniósł kielich do ust i upił łyk, po czym opryskał stół czerwoną szramą.
- Ekhm... to wino.. ono... ekhmmm... przepraszam. - mruknął grzecznie, po czym odszedł na chwilę od stołu, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
W diabły - myślał, zaciskając dłonie na poręczy ganku - nie mam pojęcia, czy dworskość to to, na co zasługuje ta ludzka zgraja. Ale mimo wszystko, jeśli będą mnie karmić takim pogorzelnym zmywem, to rezygnuję z uprzejmości!
Obiecawszy sobie parę rzeczy, skupił się na obserwacji okolicznych pozostałości po naturze.
 
Van der Vill jest offline  
Stary 30-06-2008, 18:46   #8
 
John5's Avatar
 
"Oj coś czuję, że rozrywki nam nie zabraknie w tym towarzystwie. Wygląda na to, że niezbyt wiele nas łączy. Chociaż? w zasadzie walczymy o to samo, w końcu gdyby było inaczej nie bylibyśmy tutaj. Różne powody, lecz sprawa ta sama."
Joachim uśmiechnął się pod nosem kiedy elf dość gwałtownie zareagował na smak wina.
- Wybacz, zapomniał wspomnieć, że wino nie jest najszlachetniejsze i może nie przypaść wam do gustu. Podróżując samotnie zapomina się odrobinę o manierach, co wychodzi na jaw gdy się kogoś spotka. Lecz tak czy inaczej, wygląda na to, że przynajmniej chwilowo los na ze sobą powiązał. Ciekawi mnie tylko jakie przydzielą nam obowiązki. -
Blitzschafer zamilkł patrząc się na sprzączkę własnego buta.
"Jeszcze bardziej ciekawi mnie gdzie w tej chwili jest i co porabia Marco. cholera, możliwe jest nawet, że już jest martwy. Nie! nie mogę tak myśleć, złożyliśmy obietnicę i ją dotrzymamy, jestem tego pewien, choć nic nie jest pewne w tym wyniszczonym kraju. Ta trójka zdaje się być w miarę normalna i chyba nie będę miał z nimi większych kłopotów. Ech... też się dobraliśmy jak w korcu maku. Bretoński rycerz, elfi uczony, akolita Morra no i ja. Niczego sobie gromadka."
 
__________________
Jeśli masz zamiar wznieść miecz, upewnij się, że czynisz to w słusznej sprawie.
Armia Republiki Rzymskiej

Ostatnio edytowane przez John5 : 30-06-2008 o 20:46.
John5 jest offline  
Stary 30-06-2008, 21:25   #9
 
Pandemonicum's Avatar
 
Wszyscy

Z wolna rozmowy między wami cichły. Z oknem słońce z wolna znikało za horyzontem, wysyłając na świat ostatnie, czerwone promienie światła. Ułożyliście się do snu na tych robaczywych kocach. Jedynie Joachim, którego niezbyt trafnie uznaliście za chłopa, miał ze sobą własny koc. Nie wahał się go użyć, choć tym ryzykownym czynem wystawił go na pastwę wszelakiego robactwa gnieżdżącego się w tej gospodzie. Na zewnątrz wszystko już ucichło, z dołu dobiegały jedynie pojedyncze okrzyki tych, którzy jeszcze twardo stali na nogach i najwyraźniej nie mieli zamiaru wyjść z gospody, dopóki nie trzeba będzie ich wynosić. Na zewnątrz całkowicie ściemniało…

Thain Thi’nedil

Kroczyłeś spokojnie pośród szumiących traw. Był poranek, cały świat budził się ze snu, tak, jak otaczające cię drobne istnienia, z których każde miało swoje własne życie i swoją historię. Przyklęknąłeś, zobaczyłeś na ziemi gromadę mrówek, starających się potoczyć wspólnymi siłami jakiś kamyk. Wyciągnąłeś rękę, pomogłeś im. Mrówki wydały się być ci wdzięczne, zdawało ci się, że ich twarze rozjaśnił uśmiech. Jakże wspaniale one pracowały! Robiły wszystko razem, zgodnie, jak nie potrafią działać ludzie czy elfy. Jeszcze przez pewien czas się im przyglądałeś, zastanawiając się nad różnymi rzeczami, gdy nagle usłyszałeś pieśń, cudną, magiczną wręcz. Uniosłeś głowę. Melodię tą niósł do ciebie wiatr, a wypływała ona z ust zakapturzonego, grającego na flecie człowieka, który siedział na skraju nadmorskiej skarpy. Fala, uderzając o kamień, obmywała go, on jednak grał dalej dla świata. Podszedłeś do niego, wiedziony boskimi nutami. Nagle muzyka ustała.
- Pobudka – dotarł do ciebie gardłowy głos człowieka. Zaskoczony, chciałeś ujrzeć jego twarz, pochyliłeś się więc…
- Pobudka!!


- Łaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Wbiłeś się w koc, gdy ujrzałeś nad sobą twarz gospodarza. Co za sen…

Wszyscy

Nadszedł ranek, gospodarz przyszedł więc do was, by was obudzić. Robił to mało finezyjne, pochylając się nad każdym z osobna i swoim gardłowym głosem wywołując go. Cóż, trzeba przyznać, że było to bardzo skuteczne. Ostatni był elf, który to musiał chyba coś w nocy przeżywać, a może nie był przyzwyczajony do ludzkiej brzydoty, bo aż wrzasnął. Po nocy okazało się, że rozłożenie własnego koca nie było chyba jednak dobrym pomysłem, bo robale, mając nadzieję na lepsze jutro, przeprowadziły na niego zorganizowany szturm, skutecznie, bo go podbiły. Pomimo prób wytrzepania, część insektów musiała wciąż być w środku, w dziurach, które pracowicie zrobiły przez noc. Gdy się obudziliście czekało już na was śniadanie, czyli sporo chleba, woda i po jednej kiełbasie na głowę, oczywiście okraszone wiadomą przyprawą. Gdy już wszyscy wystarczająco się rozbudzili, gospodarz przywitał was z uśmiechem. Trzeba przyznać, że się starał.
- Bardzo proszę, pyszne kiełbaski! Panowie, potrzebujecie no wy czegoś? Może balii z wodą jakowejś? – usługiwał wam, jak tylko mógł. Jego intencje były zresztą dość oczywiste, na sam widok monety robił maślane oczy. Kiedy więc już zjedliście i wykorzystaliście go, jak tylko mogliście, zmienił trochę temat.
- Eeee, no, ja wiem, wszystko tutaj dobre bardzo, no nie? A możeście datek jaki, malutki, na moją skromną gospodę dali?...

Naraz usłyszeliście odgłos ciężkich kroków z korytarza. Po chwili do pomieszcza bezpardonowo wkroczył oficer. Obrzucił podejrzliwym wzrokiem gospodarza, który uśmiechnął się do niego niepewnie, po czym natychmiast zniknął za drzwiami.
- Dzień dobry, panowie. Mam nadzieję, że pan Hoffnel nie sprawiał problemów? – spojrzał się za siebie, jakby sprawdzając czy gospodarz nie podsłuchuje. – Wczoraj, wybaczcie mi ten brak manier, zapomniałem się przedstawić. Jestem Hans Donnerhof i kieruję tutaj odbudową, razem z razem z garstką moich ludzi. Cóż, w takim razie, skoro już znacie me imię, możemy przejść do konkretów.

- Wyraziliście chęć pracy tutaj. To dobrze. Wczoraj zastanawiałem się, jakiej pracy moglibyście się podjąć. Zdaję sobie sprawę, że nie interesuje was zwykła praca fizyczna, budowanie domów… Dlatego mam bardziej nietypowe zadania. Nie udało mi się znaleźć pracy, którą moglibyście robić wszyscy wspólnie, ale sądzę, że ta praca, którą dla was znalazłem, będzie odpowiednia…- Panie… hm, nie poznałem jeszcze waszych imion… - sugestia była dość oczywista, więc wszyscy grzecznie się przedstawiliście. – Panie Hoewel i panie Joachimie, w naszym miasteczku pojawił się ostatnio problem natury czysto społecznej. Jeden z mieszkańców, który wcześniej wspólnie z nami starał się odbudować miasto, jakiś czas temu jakby zwątpił… A co tam, i tak wyjdzie to na jaw, on po prostu chyba oszalał. Zaczął gadać jakieś bluźnierstwa o zbliżającym się końcu świata i nadchodzącej zagładzie, o tym, że to wszystko już nie ma sensu. A zaraz potem powiedział o tym, że jednak jest nadzieja, ale wypatruje ją u nowych bogów! Rozumiecie? Ten człek tworzy jakąś nową, absurdalną religię, odrzucając wiarę naszych przodków. Jeden wariat nie byłby w sumie niebezpieczny, gdyby nie to, że część ludzi zaczęła go słuchać, co przekłada się na obniżenie morale i ilości rąk do pracy, nie mówiąc o tym, że to samo w sobie jest herezją. Kiedy już się zorientowaliśmy, było za późno, nie mogliśmy go aresztować, bo to wywołałoby sprzeciw ludności… Więc, jeśli jesteście w stanie, przekonajcie go, by przestał gadać te bzdury, albo się stąd wyniósł… Tylko bez rozlewu krwi! Oczywiście otrzymacie odpowiednie wynagrodzenie, jeśli wam się uda.

Skończył swoją pierwszą wypowiedź i obrócił się do Matthieua i Thaina:
- Waszej dwójce przydzielę zadanie zgoła inne zadanie. Otóż w pobliskim jeziorze coś się ostatnio stało, tak, że jest skażone i okropnie śmierdzi. Nie da się z tego pić, a było to nasze podstawowe źródło wody pitnej. Na razie jakoś sobie radzimy, ale wkrótce może nam zabraknąć zapasów wody. Nie wiadomo, jaka jest przyczyna tego skażenia, ani jak to odczynić. Dlatego właśnie zwracam się do was. Zdaję sobie sprawę, że może to wydawać się zadaniem niegodnym rycerza, ale okoliczne lasy po wojnie stały się wyjątkowo niebezpieczne, więc pański miecz może okazać się bardzo przydatny. Tak samo oczywiście będzie to wynagrodzone, choć może raczej w dobytku niż w pieniądzach. Mam nadzieję, że nie będzie to problemem… To wszystko, ja muszę wracać do swoich zajęć… Powodzenia.
Obrócił się na pięcie i wyszedł, zostawiając was samych…
 
Pandemonicum jest offline  
Stary 01-07-2008, 11:18   #10
 
Van der Vill's Avatar
 
Thain zasępił się, gdy usłyszał serdeczne trzaśnięcie drzwi. Jego wykształcenie nie przewidywało zbyt wiele nauk biologicznych w swoim ciągu, ale elfie doświadczenie i niezawodny instynkt zapewne pomogą mu rozszyfrować tę zagadkę.
Poza tym, wciąż był rozdygotany po przerażającym poranku i brutalnym odcięciu go od ekstazy tajemniczego snu. I mordzie karczmarza.
Śniadanie zjadł ze smakiem (obiecując sobie już nie wrócić do Reikwaldu, zerwał z elfimi tradycjami i zaczął jeść również mięso), więc był gotów do podróży. Niecierpliwie spojrzał na Bretończyka.
-Drogi d'Angers, czy nie ma pan nic przeciwko ruszeniu z miejsca nad jezioro? Chciałbym przyjrzeć się zakażonemu miejscu bez zwłoki. Oczywiście, jeśli nasi przyjaciele zezwolą nam się tak łatwo rozdzielić...?
Był z siebie zadowolony. Z powrotem nabierał dawnej ogłady. Byc może zyska sobie przychylność tych ludzi na dłużej, oczywiście dzięki nienagannym manierom.
 
Van der Vill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172