Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-05-2018, 20:27   #21
 
Santorine's Avatar
 
Reputacja: 11455 Santorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputację
Czołganie się w ciemności było męczące. Męczące, śmierdzące, niewygodne. I dające do myślenia. Było czymś w rodzaju medytacji, którą Sigrun odbyła po wyjściu z hibernatycznego snu.

No cóż, krótka to była iluzja, którą podtrzymywała przez chwilę po wyjściu ze stalowej trumny, jednak zawsze miło było podejrzewać, że to wszystko nieprawda i jej kumple wykręcili jej numer stulecia. Zeszłego stulecia, jak się w istocie okazało. Czy tam któregoś. Abe albo Sammy, dwóch ćpunów, z którymi puszczała się po godzinach pracy, oni mogli coś takiego wykręcić, byli zdolni do prawie wszystkiego. Ale nie do czegoś takiego. Tak więc ta… Postapokalipsa była światem, w którym przyjdzie jej żyć aż do jej naturalnej śmierci. Lub nienaturalnej, co, zważywszy na warunki, w których byli, nie było takie znowu odległe.

Przeprawa przez rurę nie była wygodna, ale sądząc po mimowolnych jęknięciach pozostałych, nie miała się wcale najgorzej. Winda, którą przebyli wcześniej, z jakiegoś powodu nie spadła im na łby. Zapewne i tak by im nie spadła - jeśli kable rzeczywiście zerwałyby się, zawsze pozostały hamulce awaryjne.

Czołgając się dalej w ciemnym zaułku, nie mówiła nic. Była pewna, że bez pomocy stalkerów nie zaszłaby daleko - jaka była ich rola w tym wszystkim, tego się wkrótce miała dowiedzieć.

Było jednak coś jeszcze: w labiryncie tunelów słyszała dźwięki, które nie do końca dawały się wytłumaczyć racjonalnie. Nie tymi kategoriami, do których była przyzwyczajona, to znaczy kategoriami dwudziestego pierwszego wieku. W rurze pod ziemią powinna panować niezakłócona niczym grobowa cisza, jednak gdzieś, jakby na skraju jej świadomości, słyszała nienaturalne zgrzyty i pojękiwania ludzi. Dziwne. Bardzo, bardzo dziwne. Nie omieszkała wziąć pod uwagę faktu, że ponoć wszystko powinno być martwe.

Po dłuższym czasie (godzinach? Nie mogła dociec!) wyszła z dziury za gościem, który przedstawił się jako Wilgraines i chyba był jakiegoś rodzaju naukowcem.

Poprosiła o kolejnego papierosa. Czy po tym wszystkim w wielkim świecie nie zostało niczego lepszego niż średniawe Pall Malle? Przyrzekła sobie palić papierochy garściami, paczkami, całymi kartonami. Świat bez opioidów wydawał się być zaiste okrutnym światem, do diabła z rzekomymi wieściami o upiorach i potworach czekających na zewnątrz.

- Odwyk to najbardziej przejebany upiór, który spuści mi wpierdol - Sigrun powiedziała do siebie, nagle rozumiejąc, jak się miały rzeczy z jej dotychczasowym uzależnieniem.

Wszedłszy do czegoś, co wyglądało jak zrujnowana sterówka, oczy Sigrun rozjarzyły się. Większość z tego to był złom, ale przecież być może można było coś znaleźć, co mogło powiedzieć więcej o naturze tego miejsca - i jak naprawdę stare byłe te instalacje. Przez pewien czas, na tyle, na ile pozwalało jej to migotliwe światło świecy. Konstrukcja ze stali była czymś, co naprawdę ją interesowało w życiu. To i przekręty w sieci, która zapewne już nie istniała.

Tymczasem, stalkerzy usadowili się i zamierzali odpocząć.

- ... ktoś chce strugać bohatera dla zbłąkanych owieczek proszę bardzo. Wiecie gdzie jest wejście do rury.

- Oj, nie pierdziel, mistrzu, za nic nie pakuję się znowu do tej gównianej dziury - Sigrun zgasiła jednego papierosa i odpaliła następnego. - Znając moje parszywe szczęście, pewnie doczołgałabym się do jakiegoś rowu i wpadła do niego. Śmierć głową w dół, w ciemności brzmi jak zajebista wycieczka, ale potrzebowałabym do tego znacznie większych ilości szkockiej. A jakoś nie widzę tutaj szkockiej, stary.

Pytanie Wilgrainesa uznała za stosowne. Nie omieszkała dodać paru swoich:

- Doktór dobrze gada - wypuściła z ust potężną chmurę nikotynowego dymu. - Ale przydałoby mi się, żeby ktoś mi powiedział, jaka wojna to wszystko zniszczyła. I o co chodzi z tymi burzami. I czym są te zjawy, o których nawijacie bez przerwy.

Oczywiście, Sigrun nie wierzyła, że dwóch stalkerów będzie w stanie wykrzesać z siebie cokolwiek więcej niż zdawkową odpowiedź lub też, co było całkiem prawdopodobne, ją zignorować. Niemniej, im więcej mogła się dowiedzieć na temat tego nowego świata, tym lepiej dla niej. Chciała też zapytać o teren, który niedługo mieli przebyć i czy być może zostało cokolwiek z funkcjonujących urządzeń albo sieci. Acz bez większej nadziei.

- I, chyba najważniejsze - Sigrun pomachała swoim Glockiem, który wyjęła zza skórzanej kurty. - Da się to zabić tym? Czy może lepiej sobie kule zachować, żeby sobie w łeb strzelić?

Wzorem Nicka, otworzyła konserwę nożem i poczęstowała się peklowaną wołowiną, która z jakiegoś powodu smakowała znośnie. Był to jej pierwszy posiłek od czasu wydostania się ze stalowej trumny.

Owinąwszy się w pelerynę antyskażeniową, ostatecznie zasnęła. Ostatnie przeżycia - wybudzenie, czołganie się i opuszczony szpital. Niewiele zrobiło to na niej wrażenia. Widziała zbyt wiele w życiu, by się bać. Ale jednak, wypalony do filtra papieros opadł jej skórzaną kurtę, a ona sama w końcu zapadła w nieświadomość. Chyba to był pierwszy raz od wieków, kiedy zasypiała na trzeźwo.
 
Santorine jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2018, 22:09   #22
 
psionik's Avatar
 
Reputacja: 18205 psionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputację
Przejście przez chwiejną windę było dość proste. Marian zostawił w windzie plecak, z którego nie chciał nic wypakować tak, aby ten dociążył windę poszerzając otwór, a następnie z samą siekierą w ręku przecisnął się przez powstałą dziurę. Winda zaskrzypiała złowrogo wymuszając odruchowe wstrzymanie powietrza i zatrzymanie tego, co aktualnie się robiło. Marian jednak zręczny był i w poprzednim życiu nawykły do takich zabaw, więc bez większych trudności znalazł się po drugiej stronie, w szybie windy. Trzymając się mocno mocowań odchylił windę i zablokował ją siekierą stabilizując i powiększając dziurę, przez którą zdecydowanie łatwiej szło się przecisnąć.

Odebrawszy plecak od kolejnej osoby pomógł jej wejść do szybu i skierował na dół. Ostatni szedł mięśniak Joe. Winda ponownie zatrzeszczała złowrogo, jednak pomimo tego i stękań osiłka, wszystko poszło zgodnie z planem. Marian wyciągnął siekierę i przytroczywszy ją do plecaka, ruszyli dalej.

Samo zejście było dość proste i schematyczne, toteż szybko znalazł się przy wejściu do czegoś, co mogło być rurą kanalizacyjną. Dość wąską w przekroju rurą jak na gabaryty przeciskających się wybudzonych. Jak każdy fachowiec z Polski, Marian miał miarkę w oczach, toteż szybko ocenił sytuację i zdecydował się wejść przed Xero. W przeciwieństwie do Dicka, jak nazwał ich przewodnika, nie planował pozostawiać nikogo za sobą, ale gdyby Xero się zaklinował, on sam nie miałby żadnych szans dostać się gdzieś dalej. To prosta kwestia oceny ryzyka i tu ich gburowaty Stalker miał słuszność. Zapała poprawił bandaże na głowie, zdjął plecak i przytroczył go sobie do buta, a potem wszedł do rury. Było ciemno, wilgotno, a na dodatek śmierdziało, ale jak się wydawało była to jedyna droga ku wolności, toteż wsłuchując się w dźwięki wydawane przez idących przed nim ocalałych, Marian podążał na czworakach, a gdzie się nie dało, czołgał się ciągnąc swój dobytek za sobą.

Na początku wszystło szło dość sprawnie, jednak z czasem odległości pomiędzy ludźmi zwiększyły się, a trasa nie stawała się wcale prostsza. Wręcz przeciwnie, co i rusz spotykał skręty, czy rozwidlenia wymagające sporej ekwilibrystkyki. Marian nie wiedział ile szli. W ciemności zupełnie stracił rachubę czasu. Podejrzewał optymistycznie, że szli co najmniej dwie godziny, ale w rzeczywistości mogli iść i cztery, jak i półtorej. To nie miało znaczenia. To co się liczyło, to coraz cichsze odgłosy sapania, przeklinania i przeciskania idących przed nim sugerujące, że jego własne tempo zwalnia. Aż wreszcie...
Marian doszedł do rozwidlenia i ku chwilowej panice zdał sobie sprawę, że nie słyszy nikogo przed sobą. To co brał za odgłosy towarzyszy okazały się być stękaniem przeciskającego się za nim Joe.

Poczekał aż towarzysz doczołga się, po czym wyszeptał
- Mam złe wiadomości. Jesteśmy na rozwidleniu, a ja nie słyszę nikogo przed nami. - W tunelu ponownie wybrzmiała cisza.
- Co robimy?
- Wydaje mi się, że poszli w prawo. -
odpowiedział Polak - Tunel jest tutaj bardziej wilgotny na ścianach, przy czym nie jest to regularny poziom jakby wyższej wody. Raczej obstawiałbym kogoś kto przeciskając się zostawił mokry ślad. -
Ponownie cisza. Jedynie ciężkie oddechy dwóch osamotnionych i zagubionych owieczek.
- Idziemy?
- Daj mi chwilę.
- Cisza. - Już, idziemy -

Marian poprowadził tunelem, którym jak mniemał poszli pozostali, jednak nie cieszył się zbyt długo. Przeczołgali się kawałek, trudno powiedzieć ile metrów - 3 zakręty, aż zatrzymali się przed kolejnym rozwidleniem.
- Rozwidlenie - wyszeptał Zapała. W tej chwili miał w dupie zakaz gadania. Hałas jaki robili czołgając się był zdecydowanie głośniejszy, nie wspominając o samym oddychaniu, które było kurewsko ciężkie w tej sytuacji.
Mężczyźni wykorzystali sytuację do uspokojenia oddechu i kołatania serca
- A co, jeśli się zgubimy?
- Marian Zapała się nie gubi. -
odpowiedział z pewnością w głosie. - I nie zostawia towarzyszy w potrzebie
- Dzięki
- Spoko
- Słuchaj -
Zapała odezwał się po chwili. - Zrobimy tak, ja pójdę w prawo, ty w lewo. Wejdź do rury i spróbuj wymacać wszystko dookoła. Szukaj wszelkich śladów jakie mogli zostawić pozostali. Mokre ściany, rysy, strzępy materiału, błoto rozsmarowane.... cokolwiek - każdy wyraz oddzielony był sapnięciem. W tych warunkach, w ciemności, czołgając się nie wiadomo ile i nie wiadomo gdzie, świeże powietrze było towarem deficytowym
- OK! - nadszedł głos z tyłu - zaznaczmy też "V"-ką tunel w który skręciliśmy, na wypadek jakbyśmy mieli zabłądzić - dodał Joe
- Dobra myśl! Dobra, idę w prawo, a ty w lewo
- Ok.
- Masz coś?
- Jeszcze nie. A ty?
- Też nie.
- Jeśli nic nie znajdziemy, zapalamy coś?
- No. Ale tylko w ostateczności.
- OK!
- Chwila, chyba coś mam. Wygląda na strzępek ubrania.
- Świeży?
- A skąd mam wiedzieć?
- Mokry? Suchy? Wysuszony?
- Mokry.
- Cały mokry? Częściowo?
- Częściowo
- Super, sprawdź jeszcze ściany
- Jest świeże błoto
- Super, to idziemy tamtędy.


Marian oznaczył tunel zgodnie z propozycją i ponownie ruszył na czele. Skręt w lewo, lewo, potem prawo. Nieco w dół, więcej wody, ale wyższy sufit. Można klęknąć, odpocząć. Wyprostować plecy? Łup. Nie, nie do końca, głowa pochylona. Kolejne rozwidlenie i kolejne rozterki, jednak tym razem wiedzieli co mają zrobić, więc mimo iż poświęcili sporo czasu, z każdym rozwidleniem poświęcali go mniej.
Wreszcie Marian zatrzymał się i dał sygnał by czołgający się za nim Joe przestał sapać.
- Słyszysz?
- Co?
- Sapanie
- Nie
- Słuchaj
- Teraz słyszę.

Marian zaryzykował
- Hej - powiedział głośnym szeptem - Jest tam kto?
- Jestem, jestem -
odezwał się głos z tunelu
- A kto?
- Michael
- Marian -
wysapał Polak
- I Joe - doszedł go zasapany głos towarzysza
- Wyszedłem po was chłopaki, ale chyba trochę się zgubiłem
- Dzięki -
w głosie Mariana słychać było ulgę. - Gdzie jesteś? - spytał
- A skąd mam wiedzieć? W rurze.
- Ok, chyba jesteś na lewo od nas. Cofnij się do rozgałęzienia, spróbujemy się znaleźć. -
powiedział Marian i cała trójka rozpoczęła żmudny proces czołgania się. Michael miał trudniej, bo czołgał się do tyłu, ale Marian ciągnął za sobą plecak, a Xero... Cóż, Xero ledwo się mieścił w kanale. Faktycznie w następnym rozwidleniu spotkali się. Po kilku zdawkowych słowach powitania i otuchy ustalili, że Marian będzie szedł przodem, jako że dobrze mu idzie znajdywanie drogi, a chłopaki będą podążać za nim. Zapała odczekał, aż nowy ustawi się twarzą w odpowiednią stronę i ruszyli do przodu.
- Michael, daleko jeszcze?
- Trochę. W tych tunelach trudno powiedzieć
- Ok, ok. Nie marnujmy sił.


Wreszcie Zapała usłyszał jakieś dźwięki przed sobą, wydawało mu się, że były to słowa, jednak nie wiedział, czy jego własny umysł płata mu figle rzucając projekcje jego myśli w eter, czy faktycznie ktoś rozmawiał. Chwilę później poczuł dziwny zapach, duszący jakby kadzideł, a potem światełko w tunelu. W przenośni i dosłownie. Mimowolnie przyśpieszył "kroku" czołgając się szybciej. Oddychał bardzo płytko, nie dbał o to. Chlapał wodą w twarz i oczy, ale nie dbał również o to, bowiem jeszcze parę metrów, dwa, może trzy pchnięcia nogami i podciągnięcia rękami i.... jest. Wolność.

Zapała wyczołgał się z dziury, a wraz za nim jego plecak z całym dobytkiem. Chciał odsunąć się na bok, jednak nie miał sił. Upadł tam gdzie się zaczołgał. Gdyby mógł ucałowałby ziemię, jak papież-polak. Przewrócił się na plecy oddychając ciężko. Miał w dupie tych, którzy dotarli tu wcześniej i odpoczywali. Łapał powietrze, gwałtownie, płytko. Zbyt płytko. Czuł w uszach tętno i bicie serca w klatce. Jeszcze chwila i się zhiperwentyluje, jako że ilość powietrza z każdym wdechem była większa niż to, co przez ostatni czas doświadczał w kanale. Kolejny towarzysz wyszedł cało, wyczołgał się z rury. Marian zaśmiał się. Najpierw cicho, urywając by złapać powietrze, jednak po chwili wpadł w niekontrolowany atak śmiechu, śmiechu który udzielił się pozostałym ocalonym.
Przetarł twarz podnosząc się. Najpierw na czworaka, później do klęczek, by na końcu usiąść.
- A nie mówiłem, że się uda? - powiedział do Joe i Michaela, chociaż wcale nie patrzył w ich kierunku.
- Trzymajcie się Zapały, a wszystko się uda - Uśmiechnął się szczerze, po czym opadł na swój plecak z maniakalnym uśmiechem zastygłym na ubrudzonej twarzy.


 

Ostatnio edytowane przez psionik : 29-05-2018 o 22:11.
psionik jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-05-2018, 22:59   #23
 
Marek Rewik's Avatar
 
Reputacja: 12790 Marek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputacjęMarek Rewik ma wspaniałą reputację
Anglik, który dał poznać się jako Michael był cały mokry na twarzy. Nie wiadomo czy to bardziej od potu, czy mokrej brei w kanałach. Przysiadł pod ścianą naprzeciw rury, z której co jakiś czas wynurzały się kolejne postacie. Obserwował dym unoszący się z świec i lekko nieobecny przysłuchiwał się przyciszonym rozmowom.

Michael oparł się rękoma, by unieść się i oprzeć wygodniej. Rozłożył zapasowy ubiór, by trochę przesechł, uwalniając zeń również ukryte w plastikowych reklamówkach zawiniątko, w którym były jego prywatne rzeczy. Ktoś kiedyś uznał, że chciałby zabrać je ze sobą. W zasadzie, chyba miał rację, kimkolwiek był.

Mężczyzna wyjął z reklamówki mocno przemoczoną księgę i otworzył. Zdjęcie wetknięte w biblię przedstawiało młodego owczarka niemieckiego. Uśmiechnął się, rozpoznając czyj to pies. Chwilę błądził wzrokiem po stronicy, na której wetknięto „zakładkę”, po czym przewertował stronice prawie na sam koniec i tam zatrzymał się na dłużej.



"I piąty anioł zatrąbił:
i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię,
i dano jej klucz od studni Czeluści.
I otworzyła studnię Czeluści,
a dym się uniósł ze studni jak dym z wielkiego pieca,
i od dymu studni zaćmiło się słońce i powietrze.
A z dymu wyszła szarańcza na ziemię,
i dano jej moc, jaką mają ziemskie skorpiony.
I powiedziano jej, by nie czyniła szkody trawie na ziemi ani żadnej zieleni, ani żadnemu drzewu,
lecz tylko ludziom, którzy nie mają pieczęci Boga na czołach.
I dano jej nakaz, by ich nie zabijała,
lecz aby pięć miesięcy cierpieli katusze.
A katusze przez nią zadane są jak zadane przez skorpiona, kiedy ugodzi człowieka.
I w owe dni ludzie szukać będą śmierci,
ale jej nie znajdą,
i będą chcieli umrzeć, ale śmierć od nich ucieknie.
A wygląd szarańczy - podobne do koni uszykowanych do boju,
na głowach ich jakby wieńce podobne do złota,
oblicza ich jakby oblicza ludzi,
i miały włosy jakby włosy kobiet,
a zęby ich były jakby zęby lwów,
i przody tułowi miały jakby pancerze żelazne,
a łoskot ich skrzydeł jak łoskot wielokonnych wozów, pędzących do boju.
I mają ogony podobne do skorpionowych oraz żądła;
a w ich ogonach jest ich moc szkodzenia ludziom przez pięć miesięcy.
Mają nad sobą króla - anioła Czeluści;
imię jego po hebrajsku: Abaddon,
a w greckim języku ma imię Apollyon."
fragment Apokalipsy św. Jana



Wyglądało na to, że faktycznie dwójka z nich gdzieś zabłądziła po drodze. Michael był zmęczony i nie od razu podjął decyzję, by wrócić się po nich. Mógł wyjść chociaż na tyle, na ile pamiętał drogę. Wziął trochę śmieci, żeby oznaczyć drogę na rozwidleniach.

Okazało się, że prócz kilku pierwszych zakrętów, mimo, że zazwyczaj łatwo zapamiętywał najróżniejsze rzeczy, nie widział gdzie powinien skręcić następnym razem. Zrzucił to na karb mijającego dopiero otępienia. Obadał dwie czy trzy odnogi, aż wreszcie doszedł do wniosku, że jak tak dalej pójdzie to sam się zgubi, o ile już się to nie stało. Nie panikował jednak, bo nie był daleko i wiedział, że zostawiał przeróżne ciekawe "puszki po konserwach" po drodze. Szkoda tylko, że nie odnalazł tej dwójki...

- Hej... Jest tam kto? – przytłumiony głos z oddali dotarł doń, niemal w tym samym momencie, gdy postanowił się wycofywać.

Michael przez chwilę nie odpowiadał, jakby zastanawiając się co przed chwila usłyszał.
- Jestem, jestem – odpowiedział po angielsku.

Ucieszył się, kiedy dotarli do końca tej podróży, chyba bardziej nawet niż za pierwszym razem. Większość albo już spała, albo próbowała. Uznał, że to dobry pomysł.
 
Marek Rewik jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-06-2018, 21:22   #24
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 43433 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
David po raz kolejny przyjrzał się współtowarzyszom niedoli. Nie, nie miał zamiaru ich oceniać. Po prostu po raz kolejny zastanawiał się, co kierowało Nickiem przy dzieleniu hibernatusów na grupy. Przecież najbardziej logicznym wyjściem byłoby umieszczenie osób najdrobniejszych w grupie pierwszej, by, jak to określił 'kierownik wycieczki', "się ktoś zakorkował to na końcu". A taki Mervin, co to należał do potężniejszych wśród całej dziewiątki, znalazł się z grupie pierwszej. Co nie znaczyło, żeby David miał większe pretensje... Wolał, po prostu, nie znaleźć się wśród tych, co zostali z tyłu, za pechowym osobnikiem, co utknął w zbyt wąskim przejściu.
Czego nie zamierzał nikomu mówić. Lepiej było nie być męskim odpowiednikiem Kassandry.

* * *

Winda wnet skojarzyła mu się z mieczem Damoklesa. Co prawda metalowe pudło było mniej ostre i wisiało na stalowych linach, ale ostateczny efekt byłby taki sam, bo co za różnica, czy coś ci obetnie łeb, czy też zostanie z ciebie mokra plama na dnie szybu.
Trup to trup.

Obserwacja tych, co ruszyli przodem, również nie nastrajała zbytnim optymizmem. Faktycznie wyglądało na to, że w Strefie, a przynajmniej w tym jej fragmencie, natura preferowała anorektyczki o wzroście maksymalnie pięciu stóp. Ewentualnie człowiek-guma przeszedłby tędy bez problemów. Normalni ludzie gimnastykowali się i wili niczym węże, przeciskając się przez zbyt ciasne (jak na gust Davida) przejścia.
Do tego wszystko się trzęsło i wisiało na włosku.
Ale, jakimś cudem, udało się.
Wszystkim.
Niestety, był to dopiero początek przyjemności.

* * *

Ciemno i mokro.
Bardzo ciemno i bardzo mokro.
Nie da się ukryć, bardziej by się przydał strój płetwonurka, niż szmaty, jakie zdobył po przebudzeniu. Szmaty przemokły po paru minutach... a w ogóle byłoby to coś dla szambonurka, a nie dla normalnego człowieka. Na szczęście nie cierpiał na klaustrofobię...

Chociaż nie tracił też czasu na podziwianie widoków (może i było co oglądać, ale nie bardzo jak - w końcu nie był nietoperzem), to i tak w jakimś momencie udało mu się stracić kontakt z poprzedzającą go Abi.
Na moment zamarło mu serce, a przez głowę przemknęła mu myśl, że będzie się błąkać po tych rurach do końca (krótkiego zresztą) życia, lecz gdy w uszach przestała mu dudnić krew, to usłyszał przed sobą jakieś szmery.
Na szczęście nie był to jakiś stwór rodem z koszmarów.

Zakręt, kolejny...
Próba przyspieszenia nic nie dała. Nie miał wprawy. Musiałby przez parę lat łazić po takich rurach, a nie wylegiwać się w hibernatycznym sarkofagu.
Kolejne skrzyżowanie.
David znów zamienił się w słuch.
"Dlaczego się nie powiązaliśmy jakimiś sznurkami", pomyślał, wiedzac, że pomysł z przywiązaniem przewodnikom dzwoneczków na szyję z pewnością nie spotkałby się z pozytywnym przyjęciem. Ze strony przewodników, oczywiście.
Ponownie kierując się słuchemy i z nadzieją, że nie podąża za jakimś błędnym odgłosem, wybrał prawą odnogę, .
I znów kilometrowej (takie przynajmniej miał wrażenie) długości rura, na któej końcu, ku swemu zdziwieniu, ujrzał słaby poblask. Światełko w tunelu.

Ku miłemu zaskoczeniu Davida nie była to zapowiedź Sądu Ostatecznego, ale zapowiedź końca wędrówki przez Wielką Ciemność.
Wylazł z rury w jakiejś ubikacji i stwierdził ze zdziwieniem, że nie dość, że jeszcze umie stanąć na nogach, to nawet potrafi zrobić kilka kroków, by znaleźć się wśród tych, co go poprzedzali w drodze do... Do czego? Do obozowiska? Do chwili odpoczynku? Do iluzji bezpiecznego schronienia? Bo z tego, co mówił Nick wynikało, że bezpieczeństwo jest rzeczą bardzo względną.

Gdy znalazł sie wśród 'swoich' przez moment siedział, nic nie robił i odpoczywał. A po chwili poszedł w ślady Nicka i otworzył jedną z posiadanych przez siebie konserw.
Podczas śniadania (obiadu? kolacji?) zaczął się przysłuchiwać temu, co mówiła Abi. Zadawał też pytania... i próbował wyciągać wnioski.
Jeden rzucał się w oczy - wystarczyło posłuchać tego, co mówiła Leira, by dojść do wniosku, że nieodebranie broni niektórym 'obudzonym' było poważnym błędem. Osoby, którym w głowie tylko zabijanie, powinny być trzymane z daleka od broni. I od normalnych ludzi również. Ciekawe było tylko, czy Leira ma wyjątkowo niską samoocenę, czy też cierpi na jakąś psychozę. A że osób chorych psychicznie nie należało wyprowadzać z równowagi, David darował sobie uwagę, że nim zdążyłaby rozwalić mu głowę, dostałaby gwałtownego ataku ołowicy. Należało też pamiętać o tym, że - według stalkerów - zabójstwa w Strefie mogły się źle skończyć nie tylko dla zabitego.
Zrozumiał też, dlaczego takie a nie inne osoby zostały przydzielone do drugiej grupy...

Gdy na moment dyskusja zamarła, David połozył się i spróbował zasnąć.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-06-2018, 21:52   #25
 
Czarna's Avatar
 
Reputacja: 24725 Czarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputacjęCzarna ma wspaniałą reputację
obóz w strefie cz.1

Przewodniczka widząc machanie Glockiem dziewczyny z irokezem zapatrzyła się w zamyśleniu na jej kanciastą broń. Lekko prychnęła dość niejednoznacznie siedząc z dłońmi zaplecionymi wokół swoich kolan. Odwróciła głowę w stronę partnera ale ten już zdążył rozłożyć swój śpiwór, skończył chyba etap moszczenia się i teraz skrzyżował ramiona na piersi i leżał nieruchomo z zamkniętymi oczami. Spał albo zasypiał. No albo chociaż próbował. Abi wróciła spojrzeniem do Szwedki i westchnęła cicho. Wyglądała jakby zastanawiała się co albo jak powiedzieć.

- Mamy taki stalkerowy żarcik.
- powiedziała w końcu nieco unosząc brwi i podnosząc wzrok na Sigrun. - Ze strefy żywy może i wyjdziesz ale sobą niekoniecznie. - powiedziała z lekkim uśmiechem nieco rozkładając swoje dotąd złożone na kolanach dłonie. Chwilę milczała i w końcu wychyliła się by sięgnąć po jakiś kawałek, plastikowej rurki. Wyglądała jak jakaś obudowa na pęk kabli czy coś podobnego, nie szersza niż pojedynczy palec. Tylko bez kabli. Dziewczyna wzięła tą rurkę i zaczęła ją oglądać.

- Jeśli coś tyczy strefy to ciężko jest odpowiedzieć tak po prostu na jakieś proste pytanie. - Abi wzruszyła ramionami spoglądając znad trzymanej rurki na Szwedkę. - Tak jak mówił Nick. Jak coś zastrzelisz. Albo siebie. To niekoniecznie jest to koniec. Nawet jak zobaczysz krew. Flaki. Jak odrąbiesz czemuś głowę. To nadal nie oznacza, że to koniec. Dlatego mówimy, że jak coś zostaje w strefie to zostaje w strefie. - Przewodniczka rozłożyła ramiona w geście pt. “no co ja mogę”. Potem nieco uniosła się na kolanach i sięgnęła po coś do kieszeni spodni. Z nich wyjęła mały scyzoryk i zaczęła go bez pośpiechu rozkładać kładąc sobie rurkę na swoich udach.

- Czym walczycie. Jak zabijacie. Skutecznie. - Nagle ni stąd ni zowąd odezwał się nowy głos: niski, nosowy i kobiecy. Pochodził od czarnowłosej, milczącej dotąd Ormianki, siedzącej w kącie przy ścianie. Patrzyła na parę stalkerów zimno, niechętnie mrużąc powieki. Zaciągała też po wschodniemu, kalecząc perfekcyjny, brytyjski akcent. - Musicie mieć sposób. Wasze voodoo. Jak? - powtórzyła.

- Nie walczymy. Uciekamy, omijamy i kryjemy się. Nadkładamy drogi. Czekamy w kryjówkach. Ale nie walczymy. Walka tutaj to bardzo złe rozwiązanie. Nie wiem jak, ale strefa jakoś to widzi. Wyczuwa. I gdy jest walka, trupy to przyciąga jej uwagę. Dzieją się złe rzeczy. I przyciągają jeszcze gorsze. Dlatego nie walczymy. - odpowiedziała brunetka. W międzyczasie rozłożyła małe ostrze w swoim scyzoryku i zaczęła dłubać przy trzymanej rurce. Bez pośpiechu zaczęła po chwili przymiarek odcinać kilkucentymetrowy kawałek.

- Strefa wie, co nie jest strefą. Jakoś to po prostu wie. Tak jak wy. Nie jesteście strefą więc przyciągacie uwagę. Jak drzazga pod paznokciem. Tak jest ze wszystkimi nowymi. Trzeba prześmierdnąć strefą, by strefa cię nie zauważała. A to można zrobić tylko przebywając w strefie. Z każdą kolejną wyprawą. Dlatego wy niezbyt możecie coś zrobić by jak to mówi Nick, nie robić za japońskich turystów. - Dziewczyna wskazała kciukiem za siebie w stronę leżącego nieruchomo mężczyznę w śpiworze. - Tego się nie da przejść. Nikt jeszcze nie wymyślił jak to ominąć. Dlatego zostaje nam maskowanie was. A wam coś co zwykle robią ludzie, gdy nie chcą być zauważeni. I liczyć, że się uda. - kobieta zaczynała wiercić ostrzem i wyciąć jakiś otwór w odciętym kawałku rurki. Na spodnie spadały jej drobne, okruchy plastiku. Chwilę milczała oddając się swojej pracy.

- Jesteście dużą grupą. Za dużą. Zwykle jest jedna, dwie czy trzy osoby a reszta to odpady. U was było na odwrót. Tego się nie spodziewaliśmy. Rzadko się zdarza tak duża grupa w tak dobrym stanie. - Abi westchnęła i przez chwilę wierciła kolejny otwór w rurce. Pokręciła głową. Po chwili znowu. - Ja bym was zostawiła. Chciałam wziąć ze dwie czy trzy osoby. Tyle co zwykle. Tyle byśmy mieli większe szanse. No ale Nick się uparł… - Westchnęła kręcąc znowu głową z rezygnacją. - No i teraz was mamy. Jakbyśmy mieli skradać się przez pół miasta, w świetle reflektorów i ciągnąć za sobą tuzin puszek po betonie. - Dziewczyna uniosła na chwilę ramiona nad głową i po chwili opuściła je z powrotem na swoje uda.Znowu pokręciła głową.

- A jeszcze zaczęła się burza. - powiedziała wracając do wiercenia kolejnej dziury w rurce. - Bariery się zużywają. - wskazała nożykiem na świeczki i dym. - Przy burzy zużywają się strasznie szybko. Aby zamaskować takie skupisko latareczek trzeba ich zużyć strasznie dużo. Dlatego wszelkie zagubione i kłopotliwe owieczki zwiększają nasze szanse. Jesteście dla nas zagrożeniem. Tak jak mówił Nick. - Abi podniosła na chwilę twarz znad obrabianej rurki i popatrzyła na okalające ją twarze i postacie.

- Czy to znaczy, że jeśli w krytycznej sytuacji nas zostawicie i schowacie się w jakiejś dziurze, to będziecie mieć szansę, by uciec, podczas gdy my przyciągniemy uwagę... strefy? - spytał David.

- Dla was krytyczny moment jest non stop. Cały czas przyciągacie uwagę strefy. Odkąd tylko wyszliście z hibernatorów. Teraz jak tu siedzimy i gadamy też. - Abi odpowiedziała Australijczykowi patrząc na niego. Potem znowu wróciła do obrabiania scyzorykiem kawałka plastikowej rurki.

- To znaczy - rzekła Sigrun - że do czasu, kiedy coś się spieprzy, musimy się nauczyć najlepszej znanej człowiekowi sztuki walki, znaczy się, sprintu na dwieście metrów.

- Chciałabym, żeby to było takie proste.
- Abi uśmiechnęła się mało wesołym uśmiechem, kiwając do tego w zamyśleniu głową.

- Czy tylko tym dymem możemy się zamaskować, czy są też inne sposoby? - David zadał kolejne pytanie. - I w jaki sposób można poznać, że za bardzo przyciągnęliśmy uwagę strefy i niebezpieczeństwo jest o krok? Możesz podać jakieś konkretne przykłady takich zjawisk?

- Heh… -
Abi cicho parsknęła i podkręciła głową słysząc pytanie Davida. Zaczęła odcinać nożykiem kolejny, kilkucentymetrowy kawałek plastikowej rurki. - To trochę jakbym była lekarzem i byś mnie się zapytał jak leczyć te wszystkie choroby. Jak jest tyle chorób, objawów, lekarstw i terapii, że każdy przypadek trzeba omawiać oddzielnie - powiedziała w końcu, trochę unosząc brwi. Niespiesznie przecięła się gdzieś przez połowę rurki nim wznowiła dalszy ciąg.

- Ze strefą jest tak, że zawsze jest jakieś “ale”. - Stalkerka rozłożyła na chwilę że scyzorykiem. - Czasem widać od razu, że coś ci zagraża ale nie zawsze. Czasem słychać albo widać, że nadciąga jakieś paskudztwo ale czasem robisz kolejny krok i wybuchasz. Czasem idziesz przez strefę jak przez zwykłe zrujnowane miasto ale czasem jest tak ciężko, że trzeba przeczekać, spróbować innej drogi albo zawrócić. Czasem idziesz po prostej drodze albo i tunelu, nigdzie, no nigdzie nie skręcasz i stwierdzasz, że jesteś tu gdzie byłeś. Czasem dasz radę z tego wyjść a czasem zostajesz w strefie. Czasem natrafiasz na coś co jak w waszym świecie da się rozwalić w zwykły sposób i choć strefa powinna zareagować to nic się nie dzieje. Przynajmniej nie od razu i nie bezpośrednio. Ale czasem wywalasz cały mag i nic. Czasem mury, ziemia czy kryjówki cię ochronią ale są istoty i zjawiska które traktują materię jak my klarowne powietrze. Ale czasem ratuje cię jak pędzisz co tchu i sił w nogach, ale czasem lepiej się przyczaić albo po prostu poczekać. Dlatego jak mówił wcześniej Nick nie nauczymy was przetrwania w strefie bo jest zbyt wiele, zbyt różnych sytuacji. - stalkerka w międzyczasie odkroiła kawałek rurki więc mogła dopełnić słowa gestem rozkładanych ramion i grymasem bezradności na twarzy.

- Tamten facet ma za sobą siedemnaście wypraw do strefy. - Dziewczyna wskazała kciukiem za siebie na śpiącego partnera. - Wszystkie do głębokiej strefy. Czyli tak jak teraz. Dla mnie to siódma wyprawa. W tym czwarta z nim tutaj. A nawet taki wyga od strefy jak on, w każdej wyprawie co z nim byłam, natrafiał na coś nowego. I trzeba było zgadywać i działać na czuja licząc, że się uda. No na razie nam się udawało. - Ani wróciła do obrabiania nożykiem kolejnej rurki. Znowu bez pośpiechu wycinała w niej kolejne otwory. - A wy dopiero daliście pierwszy krok. Nick to nie jest najsympatyczniejszy facet pod słońcem ale trudno znaleźć kogoś, kto siedemnaście razy wrócił ze strefy. Do mnie to przemawia, dlatego jak coś mówi to słucham uważnie co mówi. Na przykład jak mówi by nie brać plecaka do rury. I wam radzę to samo. - brunetka machnęła nożykiem w stronę dymu za którym powinna być ta ubikacja a w niej rura jaką wyszli.

- Byliśmy tu poprzednio. Odnaleźliśmy wasz bunkier. Ale już nie starczyło nam czasu i zasobów żeby go otworzyć. Dlatego nie wiedzieliśmy co jest w środku. Przygotowaliśmy tylko trasę i kryjówkę. Ale do głowy nam nie przyszło, że będzie was całe przedszkole. Myśleliśmy, że jak zwykle, jedna, dwie, trzy osoby a reszta to odpady. A tu… - stalkerka pociągnęła rozłożystym gestem dłoni i spojrzeniem po zebranych twarzach omawiając kolejny wątek. Fakt odkrycia tego “przedszkola” jakoś widocznie nie był dla niej powodem do radości.

- Świeczki działają jak dym. Zasłona dymna. A chyba wiecie jak działa zasłona dymna. Jak oddziela to co ma być zamaskowane od obserwatora. Ale nie jest w stanie go zatrzymać jeśli zechce wejść. Jeśli coś go zwabi w tym dymie. Coś usłyszy albo wyczuje. Krzyk, wystrzały, kłótnie, śmiech, strach, krew, śmierć. Dlatego najlepiej siedzieć cichutko jak myszki pod miotłą. Albo spać. - Partnerka Nortona wskazała na jego śpiąca sylwetkę.

- A świetlisty pył to coś jak u was te druty pod napięciem aby krowy nie wyłaziły. Albo śmierdząca bomba co odstrasza niektóre rzeczy jakie mogłyby się przypętać. Ale tak samo jak z krowami, może zniechęcić znudzoną krowę ale nie zatrzyma szarży byka. - dziewczyna wskazała na proszek rozsypany przez Nicka wzdłuż ścian i niektórych powierzchniach.

- To dość uniwersalny zestaw, chociaż nie zawsze działa. Czasem i tak potrafią nas znaleźć. Może przypadkiem a może jakieś są czulsze albo pył jest niedopasowany. I dlatego nadaje się do kryjówek obozowisk ale nie gdy już strefa cię namierzy i dyszy ci w kark. Dlatego lepiej by ci dwaj się nie znaleźli i zostali w strefie bo coś może ich namierzyć i przywlec się z nimi do nas. Długo ich nie ma. Zbyt długo. Z każdą chwilą rośnie szansa, że ich coś namierzy i dorwie. Zwłaszcza w taką burzę. Lepiej gdzieś tam niż tutaj. - Abi zaczęła omawiać kolejny element sytuacji w jakiej się znaleźli. Znowu coś miało znaczenie i mogło przynieść mało przyjemne konsekwencje.

- Poza tym na tyle osób mamy mało zasobów. - dziewczyna wskazała na palące się świeczki. - Dla mnie i dla Nicka starczyłaby jedna, w taką burzę może dwie. Starczyłoby z dużym zapasem. Dla każdego z was trzeba liczyć po sztuce na głowę a w burze ze dwie co najmniej. Więc każdy balast mniej zwiększa szanse reszty. Więc znowu ich powrót zmniejsza nasze szanse. - W dawnej sterowce paliło się całkiem sporo świec i zniczy. Rzeczywiście było ich mniej więcej tyle co ludzi w pomieszczeniu.

- W dodatku obydwaj są półotwarci. Tak samo jak wasza dwójka. - Stalkerka wskazała na ostatnią parę jaka zdołała samodzielnie dotrzeć do kryjówki czyli na Azjatę i wysoką, bladolicą czarnowłosą dziewczynę. - To przyciąga strefę. Dlatego Nick ustawił was na końcu. Dlatego musieliśmy tak szybko pryskać z bunkra i skryć się tutaj. I dlatego te dwie zagubione owieczki brzękające plecakami i innymi dzwonkami tak długo wzdłuż lasu pewnie coś z tego lasu wywołają. - Abi pokręciła głową w geście niezadowolenia. - A wam radzę się przespać i mieć nadzieję, że to tylko uboczny efekt długiego kriosnu. - Stalkerka zwróciła się do wspomnianej pary.

- Półotwarci? Świecą bardziej, niż inni z nas? - spytał David. - Czy to ma jakiś związek z umysłem?

- Uważaj gnojku żebym ci zaraz nie rozwaliła tego durnego łba żeby zobaczyć jak bardzo twój umysł świeci. Jeżeli go masz
- Ormianka syknęła do młodego mało przyjaźnie. Splunęła na ziemię i wróciła uwagą do stalkerki - Otwarci, półotwarci, głęboka strefa, płytka strefa. Wróg. Kurwa przykłady. Z czym tu walczyliście, detale. Mięso, informacje. Jak to wygląda. Prosto, konkretnie, na podstawie tego co widzieliście. Uważanie na wszystko to nie opis. Po ludzku, jak przed kontraktem: walczysz z żółtkami, meksami, ciapakami. Ten ma taki mundur, tamten inny. Saper zostawi minę która upierdoli ci nogę, a każdy gówniarz może mieć pod burką pas C4. Czego tu szukacie, w strefie. Po cholerę łazicie skoro tu tak chujowo? Kto wam płaci za łażenie po tym syfie?
 
__________________
A God Damn Rat Pack

Everyone will come to my funeral,
To make sure that I stay dead.
Czarna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-06-2018, 22:01   #26
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 61723 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
obóz w Strefie cz.2

- Co się tak przyczepiłaś tej walki? - Abi zmierzyła czarnowłosą dziewczynę wzrokiem. - Już ci raz mówiłam. Nie walczymy. Uciekamy albo chowamy się. Walka w strefie to zwykle kiepski pomysł. - Dziewczyna pokręciła głową rozkładając na chwilę ramiona, wciąż trzymając obrabiany kawałek rurki w jednej i scyzoryk w drugiej ręce. - Spójrz. - Nagle podniosła się na kolana przez co jej sylwetka stała się lepiej widoczna. - Widzisz tu jakąś broń poza tym kondomem? - Abi klepnęła się w kaburę przymocowaną do swojego boku. - Jakieś karabiny? Granaty? Strzelby? Granatniki? Zapasowe magi? - Stalkerka wciąż wskazywała dłońmi na siebie i swój widoczny ekwipunek. Ale poza bronią w kaburze i jakimś nożem było widać sporo sprzętu i ozdób ale akurat broni właściwie na sobie nie miała.

- Nie przyszło wam do głowy dlaczego nie zabraliśmy wam spluw? Magazynków? Co myślicie? Że za Murem nie ma broni? Albo, że ktoś zabrania ją tutaj wnosić? - dziewczyna wydawała się zirytowana albo i rozdrażniona tym tokiem myślenia. W końcu z powrotem usiadła na tyłku wracając do skrobania plastikowej rurki. - Walka w strefie to zwykle kiepski pomysł - powtórzyła, wznawiając swoją pracę.

- A płacą nam różni ludzie. Ci co chcą coś mieć albo wiedzieć o strefie
- powiedziała już spokojniej. Nożyk mocował się z kawałkiem zaokrąglonego plastiku i w końcu brunetka wskazała na najbliższą świeczkę. - My też tego potrzebujemy. To nie są zwykłe świeczki. By je zrobić trzeba mieć coś ze strefy. Ale się zużywają. Więc ciągle musisz łazić do strefy by móc łazić do strefy. - Znowu wzruszyła ramionami. - One nie działają albo prawie nie działają za Murem. Są bezużyteczne. Dopiero tutaj w strefie działają tak jak widać. Im większe stężenie anomalii, im głębiej w strefę tym szybciej się spalają. Jeden z niewielu sposobów na jakąś orientację w upływie czasu. Teraz jest burza więc spalają się szybko. - Stalkerka powiedziała na chwilę podnosząc głowę na płonący ogarek, a potem jeszcze wyżej na łukowato ukształtowany dym nad ich głowami.

- To z czego są zrobione te świeczki? I te proszki? - spytał David. - Sami je robicie, czy też są jacyś specjaliści?

- A lepimy je z wosku i strefowców. A strefowców nie ma poza strefą więc by zrobić takiego ulepa trzeba się przejść tutaj. A jak nie łazisz po strefie nie masz z czego ich ulepić ale wtedy właściwie ich nie potrzebujesz.
- Abi rozłożyła ramiona w geście oczywistej oczywistości. Ale w końcu wróciła do przerwanej czynności maltretowania kawałka rurki.

Pytania nie miały sensu, nie w ich sytuacji, gdy automatycznie generowało kolejne, napędzając niekończącą się spiralę niewiadomych, dodatkowo ciężkich do pojęcia.
Von Noslitz siedziała sztywno pod ścianą, przysłuchując się konwersacji jednym uchem i mieląc w głowie szereg scenariuszy dotyczących odpowiedniego schematu zachowania… tylko, do jasnej cholery, żaden z nich nie zakładał chaosu, w którym się znaleźli. Były przystosowane do realiów poprzedniego świata - teraz martwego, porośniętego radioaktywnym całunem. Strefą działania sił nadprzyrodzonych.
- Czym są strefowce? Rodzaj zwierząt? Anomalii? - Przełamała otępienie, zadając własne pytania. - Załóżmy, czysto hipotetycznie, że dojdziemy do celu, Muru. Co dalej? Na czym polega fenomen trzymający Strefę poza jego granicami? Jak teraz wygląda system społeczny? Prawa własności, ekonomia? Tam też zrezygnowaliście ze wszelkiej elektroniki?

- Czym są strefowce? Heh.
- brunetka lekko skrzywiła usta w uśmiechu który wcale nie był rozbawiony. Pokręciła głową, westchnęła i chwilę wwiercała się scyzorykiem w kawałek rurki jaką obrabiała. - To tak jakbyś mnie zapytała czym jest strefa. - stalkera podniosła głowę znad kawałka plastiku by spojrzeć na albinoskę. Chwilę się wpatrywała a potem bezradnie rozłożyła ramiona najzwyczajniej w świecie przyznając się do niewiedzy.

- Nie wiadomo. A raczej każdy ma jakąś swoją teorię. Każda ma jakieś uzasadnienie więc częściowo się sprawdza a częściowo nie. - pokręciła znowu głową i wróciła do obrabiania rurki. Kolejne ścinki białego plastiku opadały na jej spodnie, buty i posadzkę. - Jedni mówią, że to wejście do innego wymiaru więc strefowce mogą być wtedy tamtejszym zwierzyńcem. Może nawet jakaś cywilizacja albo robotami. Inni mówią, że to brama do piekła czy coś. Wtedy to robią się z nich duchy, diabły i demony. Inni, że to jakiś obcy system albo nawet organizm. Wtedy to są jakieś wirusy albo przeciwciała. No albo jakaś zaawansowana technologia wojskowa użyta w czasie wojny i uszkodzona podczas bombardownia i teraz działająca samopas. Nie wiadomo. Niewiele zostało z tamtych czasów bo lwia część była zapisywania na dyskach danych a te słabo zniosły próbę czasu. W papier nikt wtedy już nie inwestował. Te dyski jakie przetrwały zwykle były zbyt daleko by zawierać coś naprawdę pomocnego. Dlatego jak wyglądał świat tuż przed, w trakcie i tuż po tym jak spadły bomby to właściwie nie wiadomo. Właśnie tacy goście jak my przyłażą tutaj między innymi po to by spróbować się tego dowiedzieć. No i jak mówił Nick. Nadzieja, w takich świeżynach jak wy, że trafi się ktoś co coś wie. Jeśli dotrze za Mur. - Abi podniosła głowę by zerknąć na zebranych wokół twarzach. Otrzepała rurkę ze ścinków i przyglądała jej się chwilę. Zdmuchnęła drobiny które się ostały i wróciła do swojego zajęcia.

- Tu jest głęboka strefa. Gdzieś, gdzie był Londyn. Ale jak z otwartymi drzwiami do pieca. Z każdym krokiem trochę słabnie. Więc im dalej ten jej wpływ słabszy. I tam, przy Murze, w połowie Wysp, słabnie na tyle, że symbolicznie uznaje się, że jest zbyt niski by miał realny wpływ. Na południe od Muru jest płytka strefa. Tam chodzą na aklimatyzację nowi stalkerzy. By przesiąknąć strefą zanim wejdą w głęboką. O ile zdecydują się wejść bo niektórzy wcale się do tego nie śpieszą. Ja swoje pierwsze trzy wyprawy miałam w płytkiej strefie. - stalkerka postukała obrabianym kawałkiem rurki i zaczęła oglądać go na wszystkie strony. Po chwili wzięła ten podobny obecnie kawałek co obrobiła wcześniej i zaczęła je porównywać.

- Za Murem już da się żyć. Dojdziecie to sami zobaczycie. Może nie jest tak jak u was było ale nie tak jak tutaj. Jakoś się pewnie odnajdziecie. - brunetka zgarnęła obydwa kawałki i sięgnęła do przywieszki przy pasie. Z niej wyjęła jakiś woreczek a z niego jakąś grudkę. Resztę znowu schowała a małą bryłkę zaczęła rozcierać w palcach podobnie jak kit albo plastelinę.

Albinoska słuchała w ciszy, bawiąc się trzymanym w dłoniach kamykiem. Za dużo informacji, niesprawdzonych. Ciężkich do zweryfikowania bez bezpośredniego kontaktu. Czuła się trochę jakby weszła przypadkowo na wykłady z fizyki kwantowej... gdzieś pośrodku i za cholerę nie szło zrozumieć co właśnie jest omawiane. Dziecko we mgle - tym właśnie się stała.
Tytułami noszonymi przed kriosnem mogła się najwyżej podetrzeć.
- Coś podobnego konstruujesz teraz? - wskazała ruchem brody na maltretowane przez stalkerkę kawałki rurki - Zabezpieczenie? Kolejne... "amulety"? To byłoby rozsądne - westchnęła w końcu, przecierając brudna dłonią zapewne nie czystszą twarz. - Dzięki za rozmowę. Myślę... muszę to poukładać w głowie. Na razie... - urwała, kręcąc z rezygnacja głową i dodała z czymś na kształt podsumowania - Sen wydaje się optymalny.
To że najchętniej wróciłaby do komory hibernacyjnej i usnęła na następne pół wieku zachowała dla siebie.

 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 14-06-2018, 23:17   #27
 
Azrael1022's Avatar
 
Reputacja: 11729 Azrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputacjęAzrael1022 ma wspaniałą reputację
Pierwszy postój przewodnicy zdecydowali się zrobić przy nieczynnej windzie. Nick zaczął kolejną porcję kozaczenia i straszenia. Patrzył, czy robi wrażenie na swoim balaście. Twarz Koichi pozostała tak samo bez wyrazu przez całą jego tyradę. Na Japończyku gadanie nie robiło wrażenia. Jeżeli Nick chciał pokazać się z dobrej stron jako dowódca, musiał zrobić to czynami a nie pustosłowiem. Niestety, zamiast przyjąć rolę odpowiedzialnego, dbającego o szczegóły lidera, zaczął popełniać błędy. Kazał z dostępnych materiałów zrobić ochraniacze na dłonie, kolana, łokcie i głowę. Mógł zrobić to wcześniej, kiedy mieli pod nosem dobrze zaopatrzone szafy z ubraniami wszelkiej maści. A tak, musieli improwizować.

Koichi wyjął tanto i sprawnymi ruchami pociął plecak. Zrobił z niego prowizoryczną ochronę głowy a ekwipunek poupychał po kieszeniach. Zmajstrowane ze skarpet ściągacze zsunął z ramion na dłonie. Powinny dobrze chronić podczas czołgania. Zapasową pelerynę antyskażeniową pociął na pasy, którymi obwiązał łokcie i kolana. Z rękawa zrobił prowizoryczną osłonę na łom, który przekazał mu przeciążony towarzysz. Następnie przytroczył żelastwo do pasa, a dolną część przywiązał do nogi. W ten sposób łom nie powinien stukać, ani się obijać, a o to chyba w tym momencie chodziło. Na końcu nałożył drugą pelerynę antyskażeniową. Do znajdującej się w niej kieszeni włożył notatnik, aby uchronić go przed zamoczeniem. Był gotowy do drogi.

Został przydzielony do grupy Abi, co uchroniło go przed dalszą smętną paplaniną Nicka o tym, że nie wszyscy dotrą, że idzie burza, że na nikogo nie zaczeka, że są japońskimi turystami, chipsami,... i tak dalej. Najwyraźniej nie lubił japońskich turystów albo miał srakę po chipsach. Jego problem.

Weszli do kanałów, w których było ciemno, ciasno a dno pokrywała woda. Zaczęło się czołganie. Japończyk radził sobie bez problemów. Nie pierwszy raz musiał pokonywać w absolutnej ciszy ciasny tunel. Miał za sobą zarówno ciężkie przygotowania jak i misje, których częścią było bezszelestne czołganie się szybami wentylacyjnymi. Albo mniej bezszelestne przemieszczanie rurami kanalizacyjnymi.
Wszystko było w porządku, oprócz wciąż doskwierającego bólu głowy, który nie pozwalał na dłużej się skupić na jednej rzeczy, jakby umysł błądził samopas, nie chcąc w nic wkładać większego wysiłku. Koichi podejrzewał, że w końcu może się to źle skończyć. Przestanie zwracać uwagę na szczegóły i wypadek gotowy... Po pewnym czasie w kanałach, jego czarnowidztwo się spełniło – prowizoryczny turban zsunął mu się z głowy i uderzył skronią w końcówkę metalowego ceownika. Poczuł krew płynącą z głowy.

W ciemności głos niesie się dalej. A przynajmniej takie jest wrażenie. Kiedy wyłączyć wzrok, do głosu dochodzą inne zmysły, o których na co dzień zdarza się zapomnieć. Koichi nasłuchiwał. Słyszał przelewającą się wodę, ciężkie oddechy towarzyszy i głosy z powierzchni. Sapania, pomrukiwania i wrzaski. Nie był pewien, czy brzmiało to bardziej jak zarzynane zwierze, czy torturowany człowiek.

W pewnym momencie wyczuł, że czołgająca się przed nim kobieta zwolniła. Nie szło jej płynne przemieszczanie się na leżąco w ciasnym miejscu. Koichi znał kilka myków, ułatwiających czołganie się. Po pierwsze, nie podpierał się na łokciach, przechodząc przez ciasne miejsca – ręce trzymał z przodu, leżąc w wodzie i przesuwając się do przodu jak dżdżownica – za pomocą wyginania całego ciała. Było to bezpieczniejsze, gdyż przesuwając się na łokciach, po dojściu do za ciasnego miejsca, można było utknąć – korpus + ramiona zajmują więcej miejsca, niż tylko korpus, dodatkowo, gdy w ciasnocie łokcie naciskają na żebra, ciężej się oddycha i należy się wycofać z takiego miejsca i próbować przejść jeszcze raz, co dodatkowo spowalnia marszrutę.
Koichi podzielił się z czołgającą się przed nim kobietą swoimi metodami. Miał nadzieję, że pomoże to jej w pokonywaniu kanałów.

Zaczęli przemieszczać się szybciej, jednak ich grupa wyprzedziła ich o tle, że stracili ich z zasięgu słuchu. Przynajmniej Koichi, bo czarnowłosa kobieta odnalazła drogę posługując się jedynie słuchem i... chyba instynktem. Koichi był pod wrażeniem.

Wyszli do pomieszczenia, które było jakąś kryjówką. Pod ścianami stały świece , pod drzwiami rozsypany był jakiś proszek. Nick wytłumaczył o co chodzi – były to jakieś gusła ochronne. Może działały, może nie. Może nie były potrzebne – tego Japończyk jeszcze nie wiedział. Następnie Abi zaprezentowała jakąś sztuczkę z wisiorkiem – po zbliżeniu go do niej czy Nicka nawet nie drgnął. Przy innych dyndał spokojnie, a przy kontakcie z Lailą i Koichim wręcz wariował. Miało to znaczyć, że strefa szczególnie się nimi interesuje. Ciekawe wytłumaczenie działania dość jarmarcznej sztuczki.

Japończyk zamienił kilka słów z Leilą, dziękując jej za wydostanie ich z kanałów. Docenił jej ostre zmysły i instynkt. Potem poprosił Michaela, który jak zapamiętał znał się na medycynie, aby przyjrzał się ranie na jego głowie – aby w miarę możliwości ją oczyścił i założył jakiś prowizoryczny opatrunek, jeżeli jest taka potrzeba. W końcu miał jeszcze bandaże.

Następnie przyszła pora na usunięcie nadmiaru wody i błota z ubioru – Koichi prowizorycznie oczyścił miejsca, w których zalegał szlam. W końcu siadł przy stole i zabrał się za jedzenie i picie. Po posiłku poprosił Abi, aby przypomniała mu komendy używane podczas marszu – nie było ich wiele, ale umysł płatał mu jeszcze figle, więc wolał się upewnić. Dla spokoju ducha, zapisał wszystko w swoim notatniku. Pióro wyszło bez szwanku z podróży kanałami, a peleryna uchroniła papier przed zalaniem. Japończyk zaczął kreślić kolejne znaki na białej kartce. Kaligrafia jak i przyjemny szelest złotej stalówki, która gładko sunęła po papierze uspokajały Koichiego. Po starannym skreśleniu notatki zakręcił skuwkę, schował przybory piśmiennicze i udał się spać.
 
Azrael1022 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-06-2018, 00:57   #28
 
Ehran's Avatar
 
Reputacja: 14174 Ehran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputacjęEhran ma wspaniałą reputację

Przed wejściem do windy

Joe uśmiechnął się do albinoski, gdy ta do niego podeszła. Lub raczej, spróbował się uśmiechnąć. Ból i mdłości, a także nieposłuszna i jakby niedopasowana anatomia jego twarzy spowodowały, że wyszło raczej coś pomiędzy złowrogim szczerzeniem zębów a głupkowatym drygiem.
Joe nie mówił wiele, jednak chętnie pomógł i praca poszła im dość sprawnie.
Gdy dziewczyna nie patrzyła, Joe taksował ją wzrokiem. śledził wzrokiem linię jej szczęki, profil noska. Kształt ust. Gładkość szyji i niżej... Unikał jednak jej spojrzenia, jakby go peszyła.
Gdyby tylko dziewczyna wiedziała co chodzi mu po głowie... Głównie zastanawiał się, jakiego koloru są jej sutki. Może są alabastrowo białe jak reszta jej ciała, a może jasno różowe, delikatne i dumnie sterczące? A może miała ciemne, niemal fioletowe duże brodawki? Czy zachłysnęłaby się oddechem, gdyby je uszczypnął?

Kobiety zawsze go magicznie przyciągały, co chyba było normalne... lecz niestety również go potwornie onieśmielały. na dodatek większość pielęgniarek jakie znał, a do nich się z grubsza ograniczały jego doświadczenia z przeciwną płcią, były chłodne, oschłe i traktowały go przedmiotowo lub co gorsze... jakby już był tylko żyjącym trupem. Albo były najzwyczajniej potwornie brzydkie i grube.
jedynym wyjątkiem była... Rose...

Przed wewnętrznym okiem Joe pojawiła się młoda pielęgniarka. Jej bujne blond włosy spływały łagodnie na jej ramiona. Zawsze była uśmiechnięta,radosna i pachniała... liliami. Ona jedna była serdeczna i ciepła w stosunku do niego.
Joe nie mógł się też pozbyć wrażenia, że pochyla się nad nim specjalnie, tak by mógł spojrzeć jej w dekolt. Robiła to tak powoli, tak zmysłowo. Niby tylko chciała poprawić poduszkę, sprawdzić wenflon lub przemyć mu czoło chłodną chusteczką gdy znów gorączkował.
Uśmiechała się tak niewinnie, jej oczy lśniły tym wewnętrznym blaskiem... uwielbiał gdy jej włosy muskały jego twarz. Wiedział, że robi to z premedytacją. Czuł to, gdy jej palce delikatnie sunęły po jego skórze podczas medycznych zabiegów.
Wiedział, że specjalnie dla niego stawia lekarstwa na najniższej półce wózka, by musieć się głęboko pochylić sięgając po nie. Miała taką zgrabną, jędrną pupcię i ponętne długie nogi. Uwielbiał na nią patrzyć gdy miała na sobie krótki kitel, lub gdy go czasem nie miała a jej tyłeczek ciasno opinały dżinsy lub rozkosznie podkreślała spódniczka prawie ukazując mu dolną część nagich pośladków.
Dla niej chciał wyzdrowieć. Dla niej pracował z zdwojoną siłą podczas bolesnych rehabilitacji.
Dla niej wreszcie pewnej nocy wkradł się do podziemnego habitatu botanicznego. Pokonał 8 pięter po schodach o kulach. Ukradł kwiat... nie wiedział jaki, ale był ładny i biało różowy i pachniał słodko... wracając przewrócił się kilka razy... wyrwał wenflon powodując nie małe krwawienie... złamał kość w stopie... ale dotarł do niej.
Była jego pierwszą miłością. Musiał jej to powiedzieć. Był przekonany, że to zrozumie, że to wie, że tylko właśnie na to czeka, że go przytuli, pocałuje czule. Smakował już prawie jej usta. Miękkie słodkie i wilgotne. Był przekonany, że tak właśnie będzie.
Staną dygocząc z wysiłku przed pokojem pielęgniarek. Z trudem łapał powietrze, prawie dusząc się. Znał dobrze harmonogram. Rosa o tej porze przejęła już oddział od swojej poprzedniczki i szykowała się na obchód.
Zacisnął drżącą rękę na klamce. Z walącym niczym młot sercem obrócił ją i pchnął drzwi. Wyciągnął kwiatek przed siebie i ... zamarł...

Zobaczył szerokie plecy i tył lśniącej od potu głowy Franka. Joe znał otyłego pielęgniarza i nie lubił go nic a nic. Przed Frankiem leżała na biurku Rosa. Obejmowała udami mocno popychającego ją mężczyznę. Joe widział jak jej obnażone bujne piersi falują w rytm pchnięć, podobnie jak brzuch Franka.
Rosa jęczała głośno i rozkosznie. Równocześnie wyuzdanie i niewinnie. Dokładnie tak, jak Joe sobie wyobrażał, że będzie jęczała gdy ich miłość ucieleśni się w tym świętym akcie, gdy dwa ciała stają się jednym. Tylko jej grymas na twarzy nie pasował chłopakowi do tego co sobie wyobrażał. Nie potrafił odczytać tego wyrazu twarzy. Był jakiś obcy i zwierzęcy. Na wpół nieobecny.
Joe stał tam tak, z złamanym smętnym kwiatkiem w ręce i wpatrywał się w kopulującą parę. Jego serce zamarło. Do jego nozdrzy wdarł się ostry odór seksu, potu i spermy.
Joe wydawało się że ta groteskowa sytuacja trwała pół wieczności. Jednak wreszcie Rosa go zauważyła. Pisnęła a potem odtrąciła od siebie Franka. Na jej twarzy malował się wstyd i zaniepokojenie. Frank zaklął i spróbował się znów dobrać do dziewczyny, sięgnął ku jej piersi zaciskając swoją wielką łapę miażdżąc i tarmosząc ją. Dziewczyna zagryzła zęby i wskazała za Franka. Jej oczy zaszkliły się.
Jednak Frank dopiero po chwili obejrzał się za siebie. Jego czerwona z wysiłku twarz wyrażała bezgraniczną pogardę i złość.
Nie okrywszy swej nagości zrobił dwa kroki w stronę chłopaka. Joe był pewien, że Frank chce mu przywalić. Nie dbał o to. Wpatrywał się jedynie z wyrzutem i szokiem w jego Rosę. Jego ukochaną Rosę, niewinną, świeżą i pełną radości jego Rosę... przecież miała go kochać... przecież...
Dziewczyna zakryła swą nagość pielęgniarskim kitlem. Jej piąstka zbielała, tak mocno zacisnęła ją na skrawku białego materiału którym okryła swe ciało. Odgarnęła zlepione od potu włosy z twarzy, wysiliła się na uśmiech... nieszczery, zatroskany, pełen wstydu. Coś do niego powiedziała. Chyba pytała co on tu robi. Lecz Joe nie słyszał słów. W klatce go coś zakuło, jakby ktoś wepchnął mu rozżarzony pręt prosto w sam środek mostka. Poczuł jak jego pole widzenia się zawęża, jak mrok napiera na niego z każdej strony. Poczuł się nieważki i wtedy rąbnął twarzą o zimne kafelki, którymi wyłożono pokój pielęgniarek. Nie słyszał już pisku Rosy ani przekleństw Franka.

Nigdy więcej Joe nie dał żadnej dziewczynie kwiatka.

***

Joe zagryzł zęby. Musiał się wziąć w garść. Nie mógł pozwolić, by albinoska go tak onieśmielała. Wysilając wolę podniósł wzrok. Napotkał oczy albinoski i... nie spuścił wzroku, nie odwrócił się. Wytrzymał. Słyszał szumiącą w uszach krew, bijące głośno serce, ale nie pozwolił sobie na ucieczkę. Podtrzymał kontakt wzrokowy. Choć był pewien, że ona musi słyszeć jego walące serce, pewno się biedaczka zastanawiała, czy czasem chłopak nie dostał ataku serca. Joe był zdecydowany już nigdy nie być tym słabym chorym dzieciakiem, który zrobił z siebie durnia.
Joe zmusił się by się uśmiechnąć. Miał nadzieję, że wygląda naturalnie...
- Keira. To... ładne imię. Nietypowe. - rzekł wreszcie. zadowolony, że głos mu nie zadrżał. Nie lubił jednak barwy swego głosu. Był taki chropowaty, z rosyjskim akcentem. Jak u jakiegoś rzezimieszka i brutala. Równocześnie zbeształ się za tak głupi tekst. Głupi głupi Joe. W swych fantazjach rzucał teksty tak dobrane, tak elokwentne, tak wypełnione skrytym erotyzmem, że dziewczyną miękły kolana. A w realu? ładne masz imię? Serio? Durniejszego tekstu już chyba nie było. Czemu od razu nie walną czegoś w rodzaju, - często tu bywasz?

**

Joe z werwą pomógł Marianowi przy windzie. Zawsze lubił coś robić. Uważał się za człowieka czynu. Przez co boleśniej przeżywał czas gdy był przewiązany do łóżka...

W rurach...
Joe czołgał się. Był zdumiony jak łatwo jego mięśnie radziły sobie z przeciąganiem jego ciała przez te rury. Czuł jak napinają się jego bicepsy, czuł jak pod skórą pęcznieją niczym powrozy włókna mięśniowe. Był zachwycony. Żadnych kul. Żadnych niedowładów. Kiedyś trudnością było unoszenie ręki, teraz wydawało mu się, że dysponuje nieograniczoną siłą.
Nie miał też problemów z nadążaniem za Marianem. Nawet jak się czasem gdzieś na chwilę albo dwie zaklinował, wiedział którędy podążać, gdyż ciągnący się za Marianem plecak nie czynił jego poruszania się szczególnie cichym.

A przynajmniej tak było na początku. Rury wydawały się nie mieć końca. Liczne wąskie zakręty i zwężenia powodowały, że musiał przeciskać się używając całej swej siły. Chwilami zastanawiał się, co ulegnie pierwsze, betonowa skorupa rury czy jego kości. Raczej stawiał na to drugie, choć pewności nie miał, co mogło być podyktowane zachwytem nad siłą jego obecnego ciała.
Trudno było mu też oddychać. Rury były momentami tak wąskie, że nie mógł w pełni nabrać powietrza. Parł na przód na wdechu. A za każdym razem, gdy wciągał powietrze, miał uczucie, że betonowe ścianki miażdżą go stalowym uściskiem, niczym imadło naciskając na jego żebra i klatkę piersiową. Pojaśniało mu przed oczyma. Widział migotanie. Siatkówka dostawała za mało tlenu...
Potem było tylko gorzej. Wydawało mu się, że słyszy głosy. szepty, ciche jęki. Coś w rurze za nim się poruszało. Słyszał chrobotanie, jakby przeciągane po betonie pazury. A przecież szedł na końcu. Nikogo za nim nie mogło być. nawet się kilka razy zatrzymał by nasłuchiwać. By się upewnić, że to nie jego umysł gra mu figle, że to nie głos z przodu. Wtedy najczęściej odgłosy zamierały. Czekał tak w mroku, wytężając słuch, ale jedyne co słyszał to szum własnej krwi w uszach i własny urywany oddech. Nie mógł sobie pozwolić za długo pozostać bez ruchu. Było tu od cholery odnóży, wiedział, że jeśli straci kontakt z idącym przed nim, zginie tutaj, zagubi się na zawsze i pochłoną go stworzenia, które kryły się w mroku. Ruszał zatem dalej. Przeklinał, że nikt nie wpadł na pomysł, by się powiązać jakąś liną i parł z całej siły na przód., by dogonić idącego przed nim. I zawsze wtedy, zawsze dokładnie 7 sekund po tym gdy on ruszył do przodu, wtedy powracały szepty i chrobotanie.
Gdy Przeszedł przez wodę, jakąś błotnistą cuchnącą kałużę, począł odliczać. Czy usłyszy chlupot? Słyszał go gdy idący przed nim tędy przechodził. Czy coś usłyszy za sobą? czy idące jego tropem chrobotanie jest realne, czy tylko w jego umyśle?
Nagle zamarł. Zimny pot oblał go. Zza niego doszło go chlupotanie. Dobry boże. To coś było bliżej niż myślał. Nasłuchiwał, jednak nic więcej nie słyszał. Zaczął wątpić w siebie, w swoje zmysły. Rozpaczliwie próbował zapanować nad ogarniającą go paniką. Wreszcie ruszył do przodu, tak szybko jak potrafił. 5... 6... 7... znów usłyszał chlupot. To coś podjęło pościg, jak zawsze, dokładnie 7 sekund po tym jak Joe podjął marsz. po chlupotaniu znów usłyszał chrobot pazurów po betonie. To coś opuściło kałużę. Goniło go...
Joe zastanawiał się, czy nie sięgnąć po pistolety i nie zacząć strzelać na oślep za siebie. A może powinien zostawić za sobą lightsticka? Ale pamiętał słowa Nicka. Wiedział jednak, że jeśli to coś zbliży się bardziej, oleje gadanie stalkera i otworzy ogień. Nie ma bata, nie da się zeżreć jakiejś pokrace.
Wyczulony na chroboty i dziwne przypominające szepty i jęki odgłosy parł zatem na przód. Nie był pewien, bo trudno było określić odległość, lecz wydawało mu się, że to coś się stale zbliża. Było bliżej i bliżej. Joe nie chciał się już zatrzymywać, bał się, że zgubi kontakt z idącym przed nim. Ale to coś go doganiało. Było bliżej i bliżej. Nagle poczuł jak coś ostrego zahaczyło o jego buta. Błyskawicznie zatrzymał się i wyciągając pistolety obrócił na plecy celując w mrok za sobą. Odgłosy zamilkły. Wydawało się, że powietrze stężało i znieruchomiało. Pot spływał po twarzy Joe. Szczęki bolały od zaciskania ich. Nic się nie działo. Joe cofną się nieco, sprawdzając nogą, czy coś tam jest. Niczego nie było. Powoli, z początku na plecach zaczął znów pełznąć dalej. Nic. Nadal nic się nie działo.. Wreszcie odwrócił się z powrotem na brzuch i przyśpieszył. Nadal nic. 5... 6... 7... znów usłyszał chrobotanie. Jednak tym razem przed sobą... Wytężył wzrok, jakby samą jedynie wolą mógł przebić się przez mrok. Niczego jednak nie dostrzegł. przyśpieszył jeszcze chcąc dopaść to coś. Wpadł jednak jedynie na czołgającego się przed nim Mariana. Po stworze nie było ani śladu.
Wtedy dowiedział się, że się zgubili. Zaklął cicho, znów przeklinając głupotę, czemu nikt nie wpadł na prosty pomysł by ich powiązać razem? Nie wiedząc czemu pomyślał, że teraz już na pewno nigdy nie dowie się jakiego koloru sutki ma Keira. Kuriozalnie bolało go to bardziej niż perspektywa rychłego pożarcia przez grasujące tutaj stwory.

Joe był dziwnie spokojny. Zrzucił to na karb zmęczenia i dezorientacji. Powinno go to przerazić. Tymczasem... myślał tylko jak powinni działać. Cichym szeptem mężczyźni ułożyli plan. Musieli odnaleźć jakieś ślady. Jakieś dowody, którędy inni przeszli. Joe ucieszył się, że Marian również nie spanikował. No i gadał rozsądnie. Współpraca szła im nawet całkiem nieźle. Joe musiał przyznać, że polubił polaka.
Szybko Joe stracił orientację jak długo błądzą. Lecz dzięki pozostawionym przez nich znakom, mniej więcej orientował się które odnogi muszą jeszcze sprawdzić a którędy już przechodzili.

***

Wreszcie usłyszał głos. To Michael odpowiedział na ich ciche wezwania.
Tylko on się cofną. Sam jeden. Inni ich olali. Joe nie miał do nich pretensji,... było mu jednak... najzwyczajniej przykro i smutno z tego powodu.
- Dzięki Michael. Nie zapomnę ci tego, że się po nas wróciłeś. - zapewnił Joe. Być może naczytał się za wiele eposów rycerskich i temu podobnych rzeczy, ale dla niego honor i wdzięczność znaczyły wiele.

Wreszcie mógł opuścić klaustrofobiczną napierającą na niego ze wszystkich stron przestrzeń. Pozostawił wijące się rury za sobą. Wreszcie jego oczy ujrzały jakieś światełko.
Marian się śmiał. Joe nie mógł się powstrzymać i również dołączył do niego śmiejąc się głośno. Radośnie poklepał Mariana i Michaela po ramionach. [i]- Udało się![/i - wyrzucił z siebie.
Spojrzał po otoczeniu. Uśmiechnął się widząc pozostałych. w szczególności albinoskę. Większość już spała. Joe był też wykończony. Marian i on spędzili w rurach dłużej, dużo dłużej jak wyglądało, niż pozostali... Musiał teraz coś przegryźć i złapać choć chwilę snu. Coś czuł, że stalkerzy nie będą czekali, aż się porządnie wyśpi.
 
Ehran jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-06-2018, 03:12   #29
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 44509 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Tura 4 - Wilk zły

Podziemia metra, chłodnawo, światło świec



- Wróciły nasze zagubione owieczki. - stalker skomentował powrót trzech hibernatusów bez zbędnej radość. Ich przybycie było trudne do przegapienia. Odgłosy kojarzące się z upadkiem ciała o podłogę, tupot butów, stuki ekwipunku o ściany i posadzki, kasłanie, ciężki oddech jak po ukończeniu biegu długodystansowego i wreszcie ludzkie głosy. Wszystko to nie tylko stalkerów uprzedziło o trójce hibernatusów którzy zjawili się brudni i wymęczeni jak każdy kto się przeczołgał przez tą cholerną rurę. Tylko tej części grupki odrodzonych której udało się dotrzeć do stalkerowej kryjówki wcześniej już zdążyli odpocząć, nawet się przespać więc w porównaniu do trójki spóźnialskich wyglądali i czuli się całkiem nieźle.

Para stalkerów podniosła się do pionu jeszcze zanim pierwszy z trójki mężczyzn wydobył się z dymu. Nick patrzył w dym jaki zasłaniał sanitariat z cierpkim wzrokiem. Abi wydawała się być zaniepokojona albo zdenerwowana. Zerkała to w ścianę dymu z której dobiegały odgłosy trójki przeciskających się przez ostatni odcinek drogi ludzi to na partnera który z kolei swoim zwyczajem wpatrywał się w swoje wahadełko z kawałka pogiętego drutu. Wreszcie trójka mężczyzn wypadła z kłębiącego się dymu na co stalker pokręcił z niezadowoleniem głową.

- I przywiodły wilka złego do reszty stada. - Nick skrzywił wargi w ironicznym grymasie rozkładając do tego ręce. Znowu zaczął się bawić swoim medalikiem przewracając druciane serce między palcami. Tak, czuli to. Zwłaszcza Marian, Michael i Joe. Było tuż za nimi! Nie mieli pojęcia co ale jakiś instynkt wyczuwał to gdzieś w trzewiach serca i duszy. Tak jak zając rozpoznawał bezbłędnie węszenie wilka za plecami. Temperatura spadła a przez mokre od wysiłku plecy owiało coś chłodnego zupełnie jakby byli na goły grzbiet. Jakby przesunął się tam jakiś oddech albo nie do końca materialna dłoń. Tak, coś ruszyło ich tropem. Ostatnie kroki, w tym dymie trzeba było pokonać biegiem. Wypadli w jakimś oświetlonym świecami pomieszczeniu z nieruchomymi panelami kontrolnymi z ich czasów. Tylko teraz wyglądały na porzucone i nie działające od lat.

Reszta też wyczuwała zmianę. Płomień świeczek zaczął się szamotać jakby powiał jakiś wyczuwalny tylko dla nich wiatr. Dym również zaczął się kłębić mocniej wokół tej niewidzialnej kopuły jaka roztaczała się nad kryjówką zamiast wypełnić ją dymem jak to powinno się stać z każdym, porządnym dymem. I dźwięk. Chyba to był dźwięk. Coś było. Tam, po drugiej stronie bariery złożonej ze świeczek i dymu. Coś co wywołało gęsią skórkę i migotanie bariery która według stalkerów była maskująca a nie ochronna. To coś wywoływało nacisk na bębenki w uszach przez co wydawało się, że coś słychać na pograniczu słyszalności. Jakiś pomruk. Węszenie. Oddech. Sapanie. Coś czego nie powinno tutaj być i nie powinno się tak zachowywać. Coś czego nie było na tym świecie w jakim zasypiali.

Marian czuł wyraźnie jak nowe krople potu spływają mu po skroni i kręgosłupie. Tym razem nie z wysiłku. Tam, za tym dymem coś było. Było tutaj po to by go dorwać. Teraz, gdy był wymęczony po tej ciężkiej przeprawie którą prawie cudem przetrwał. Zdezorientowany dziurami w pamięci odkąd się wybudził w nowoczesnej kriotrumnie. Osłabiony zbyt długim snem. Teraz gdy był głodny, wykończony i zmęczony, gdy miał ochotę się położyć, zasnąć, odpocząć. To coś tu było. Coś obcego. Czego instynkt każdej żywej komórki krzyczał by tego unikać, zwiewać i skryć się jak najdalej. Jego tunelowy partner też czuł podobnego.

Wielgachny Joe też był oszołomiony ostatnimi wydarzeniami, zagubiony w tym nowym świecie. Też czuł, że coś tutaj jest. Coś czego nie powinno być. Ani tutaj ani w ogóle w tym świecie. Coś co ich wytropiło w tunelach i przyszło za nimi. Coś czego rozsądne było się obawiać.

David i Sigrun czuli wyraźny niepokój. W tym dymie coś było. Albo tuż za nim. Mogło uderzyć z każdej strony bo przecież wszędzie był ten cholerny dym! Trzeba było mieć się na baczności. Niepokój wysuszał podniebienia i języki, rosił niedawno zaschnięte czoło nowymi kroplami potu.

Michael był zmęczony podwójną przeprawą przez rurę tak samo jak Marian i Joe i cała reszta wcześniej. Tylko ci co przybyli tutaj wcześniej mieli okazję odpocząć po tym wysiłku a ich trójka wciąż brudna, spocona i ciężko robiła bokami po tej przeprawie. Ale mimo zmęczenia dostrzegł, że Australijczyk i Szwedka wodzą zaniepokojonymi spojrzeniami po wirującym coraz gwałtowniej dymie. A jego dwaj niedawni towarzysze mrocznej niedoli zdradzali objawy zdenerwowania, zwłaszcza ten Polak.

- Myślisz, że co to jest? Szakal? Hellhound? Wir? - Abi zapytała niedogolonego faceta w czarnej czapce. Wyglądała na spiętą. Starszy stalker zastanawiał się chyba na tą sytuacją.

- Może. Właściwie żadna różnica. Przywlekli to ze sobą i teraz węszy. Wie, że gdzieś tu są. - Nick wzruszył obojętnie ramionami wskazując kciukiem na trójkę spóźnialskich. W zastanowieniu pocierał paznokciem kciuka o górne zęby.

- Myślisz, że znajdzie? - Abi popatrzyła na trójkę mężczyzn zaniepokojonym wzrokiem.

- Na pewno. Zgasili światło na końcu korytarza ale już sam korytarz mu pokazali który. To kwestia czasu aż trafi na odpowiednie drzwi. A, że jest burza to raczej szybciej niż później. - mężczyzna w czarnej czapce dalej z uwagą wpatrywał się w poruszający się gwałtownie dym wokół kryjówki.

- Cholera… - Abi potarła dłonią brudne i na nowo spocone czoło. Wyglądało jakby walczyła by się opanować i nie denerwować się na całego.

- A w dodatku jest podjarany. - Nick pokiwał w zamyśleniu głową. Stalkerka przestała trzeć czoło i spojrzała na niego pytająco.

- Czyli ściągnie inne? - zapytała rozkładając ręce i domagając się odpowiedzi.

- Samotny hellhound? W trakcie burzy? Który zwęszył nową dostawę w mięsnym? I miałby być dyskretny? - Nick zrewanżował jej się ironicznym spojrzeniem z nutką rozbawienia na twarzy.

- No to super! Bo jeden duch to mało! - partnerka stalkera była wyraźnie zdenerwowana tymi wnioskami Nortona. Zrobiła kilka kroków w jedną stronę po czym wróciła z powrotem. - To co robimy? - zapytała składając ręce na biodrach.

- Spróbujemy wziąć go w dwa ognie. - powiedział w końcu stalker i wrócił do swojego legowiska w którym do niedawna spał.

- Chcesz wyjść? - stalkerka popatrzyła niepewnie na stalkera zwijającego swój śpiwór.

- Nie. Chcę pospać aż się burza skończy. - Norton odpowiedział całkiem poważnie i na poważnie mocował śpiwór do niewielkiego plecaka.

- Oj no Nick no… - Abi westchnęła widząc, że mężczyzną idzie się dogadać łatwo jak zwykle.

- No co? Chcesz tu sprawdzać czy najpierw wpadnie jeden a potem reszta czy od razu wpadnie cała paczka? Może jakiś zakład? - Nick spojrzał na nią trocząc śpiwór do plecaka. Abi przygryzła wargę zastanawiając się nad tym co proponuje. - Za późno. Zły wilk jest już przed domem trzech świnek. I w końcu go zdmuchnie. - stalker wstał kładąc plecak na biurku przy jakim spał i wskazał gestem na “ściany” z kłębiącego się dymu. - Jedyna szansa to dać mu inne zajęcie. Czyli wziąć go w dwa ognie. - starszy stalker przedstawił swój tok rozumowania i dziewczyna w końcu pokiwała głową na zgodę. - Lubisz się bawić w dobrego Samarytanina to z nimi gadaj. Bo jak zwykle należą im się wyjaśnienia co jest grane. I oczywiście mamy posprzątać w tym obskurnym lokalu skoro narobiliśmy syfu. Przecież wcześniej nikt nic nie mówił, że będzie ciasno, ciemno i ciężko. I że trzeba utrzymać tempo zanim hieny się do promocji w mięsnym zlecą. I by nie brać plecaków i innych gratów bo spowalniają i hałasują. Nie, wcale a wcale o tym nic nie było. - stalker wyjął z kieszeni kurtki pudełko wyglądające jak z pastą do butów. Otworzył je i zaczął widoczną tam masę energicznie wcierać sobie w twarz, szyję i dłonie. Nawet wyglądało podobnie jakby czernił skórę zwykłą pastą do butów. Czynność ta nie przeszkadzała mu w zrzędliwym monologu. Abi pokiwała głową i westchnęła cicho słysząc monolog partnera. Popatrzyła na zebrane dookoła twarze.

- Duch jest za blisko. Znajdzie nas. Podczas burzy są silniejsze. Spróbujemy z Nickiem go odciągnąć. Zanim nas znajdzie albo przyciągnie inne. Wy zostańcie tutaj. Jak opuścicie kryjówkę to ściągnięcie nie tylko tego jednego. Zwłaszcza wy dwaj świecie jak stroboskopy. U was się wyciszyło i teraz nie świecie bardziej niż oni. - stalkerka przedstawiła hibernatusom sytuację z poważnym głosem i miną. Przy uwagach o świeceniu wskazała na wymęczonych właśnie zakończoną przeprawa Mariana i Joe. Za to u Leili i Koichi sytuacja miała się unormować do hibernatusowego standardu. Wskazani mężczyźni nadal odczuwali dezorientację i zmęczenie, non stop od czasu wybudzenia w schronie. Na co jeszcze nałożyło się wyczerpujące psychicznie i fizycznie błądzenie w ciemnościach. Czarnowłosa Ormianka zaś po odpoczynku w kryjówce rzeczywiście czuła się lepiej niż przed.

- Nie dajcie zgasnąć świeczkom. Ani przerwać linii. Jak tu mimo to coś wpadnie to spieprzajcie. Może się komuś uda. Jesteśmy już w metrze. W pobliżu stacji “Elephant & Castle”. Na południe od rzeki. Znaczy tak to by pewnie wyglądało w waszych czasach i mapach. - Nick popatrzył na zebranych bez tym samym ponurym wzrokiem i głosem jaki zwykle widocznie raczył swoich rozmówców odkąd mogli go słyszeć i widzieć po dojściu do siebie z kriosnu.

- Tu są drzwi. - wskazał na poruszający się dym w kierunku przeciwnym niż wszyscy przyszli po przeczołganiu się przez rurę. Nic nie wskazywało by ten fragment dymu skrywał w sobie coś innego niż inne fragmenty dymu dookoła. - Dalej jest kawałek korytarza i w końcu dochodzi się do metra. W lewo powinna być “Elephant” w prawo “Kennington”. Jeśli to komuś coś mówi. I wedle mojego planu mieliśmy przekroczyć rzekę i udać się na zachód na Heathrow. Tam mamy samochód. Chociaż za cholerę nie wiem jak mielibyśmy w niego wcisnąć takie stado owieczek. - stalker pokręcił uczernioną twarzą która zdawała się trochę mienić jakby w tą czarną pastę był wgnieciony jakiś brokat albo coś podobnego. Abi szykowała się do wyjścia w podobny sposób czerniąc swoją twarz, szyję i dłonie tak samo jak jej partner przed chwilą.

- Nie polecam wyłazić na powierzchnię póki burza trwa. - stalker tłumaczył dalej swoje gdy pakująca się stalkera wtrąciła się niespodziewanie.

- Zrobiłam im dwa gwizdki jak spałeś. - rzuciła wyjmując z kieszeni dwa obronione kawałki plastikowej rurki w jakich generała wcześniej tak zawzięcie scyzorykiem.

- No to znów zawaliłaś. Teraz będą meczeć o kolejne gadżety. - westchnął starszy stalker. Chyba był gotowy do wyjścia, Abi też kończyła bo oboje kończyli się szykować stojąc już przed tym miejscem gdzie przed chwilą Nick mówił, że są drzwi.

Plastikowe kawałi rurki które Abi zmajstrowała podczas rozmowy miały teraz Keira i Sigrun. Wedle stalkerki były to gwizdki. Na upartego rzeczywiście trochę podobne. Chociaż jak się gwizdnęło to raczej świszczały niewyraźnie niż działały jak klasyczne gwizdki. A jednak właśnie te dwa małe przedmioty miały działać trochę podobnie jak wisiorek jej partnera. Przynajmniej na tyle by ostrzec czy poinformować o tym, że burza się skończy. Lub zbliżają się do jakiegoś “jądra” lub innego centrum zakłóceń. Gdyby teraz z tymi gwizdkami skierowały się ku powierzchni to im bliżej tym wyraźniej powinny one świszczeć. Zupełnie jakby ktoś w nie dmuchał właśnie. Zostawało stalkerce wierzyć albo nie na słowo bo te “gwizdki” w tej chwili nadal wyglądały jak kawałki pokrojonej i podziurawionej scyzorykiem rurki zapchane z jednej strony jakimś kitem czy inną gumą.

Szwedka z irokezem zaś całkiem dobrze orientowała się gdzie znajdują się stacje metra wspomniane przez Nortona. Lotnisko Heathrow też. Było mniej więcej jak mówił. Musieli się znajdować w samym centrum City. Względnie niedaleko Big Bena i tego typu klasycznych, turystycznych atrakcji. Na lotnisko Heathrow było przyzwoite połączenie z albo do centrum. No ale z buta to jednak był kawałek do przejścia. Pewnie z kilka godzin. Znaczy kiedyś w świecie i Londynie jaki ona pamiętała. Jeśli mieli nie wychodzić na powierzchnię póki burza trwała to jeszcze nie było źle o ile dałoby się podróżować metrem. A czy z “Kennington” czy z “Elephant” były tunele na drugą stronę rzeki.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-06-2018, 11:08   #30
 
Santorine's Avatar
 
Reputacja: 11455 Santorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputacjęSantorine ma wspaniałą reputację
Obudziła się mniej więcej wtedy, kiedy maruderzy wkroczyli do ich kryjówki w okolicach metra. Nie był to zbyt długi sen, ale z jakiegoś powodu czuła się znacznie lepiej. Rzeczywistość stała się bardziej rzeczywista, nawet, jeśli była koszmarem w stylu Lyncha, w którym tak naprawdę nie wiedzieli nic, było dużo gadania, a niepokój sam jakoś przychodził.

Niepokój. Kiedy obudziła się, przez pewien czas myślała, że jest to znajoma faza odstawieniowa, która czasem wkręcała się jej po odstawieniu białawego proszku. Ale po chwili zorientowała się, że to nie to: czy to przez kriosen, całe dekady spędzone w stanie zawieszenia, w jakiś sposób nie potrafiła odczuć typowego ciągu. Czy miał się pojawić wkrótce? Nie miała pojęcia.

Nie, to było coś innego. Zapewne coś gorszego. Okazało się, że dwóch ich kompanów zwabiło coś na grupę. Co to było? Oczywiście, gadanie stalkerów nie miało żadnego klarownego sensu. Jedyne, co zdążyła wyłapać z rozmowy ich przewodników, to tylko to, że coś kręciło się w pobliżu i chciało ich zabić.

- To by było na tyle z wesołej wycieczki - Sigrun przygryzła wargi, patrząc na wirujący dym świec. - Pora przypierdolić.

Było coś w jej emocjach nie tak, co irytowało ją. Tak jakby ona sama reagowała mimowolnie na coś, co znajdowało się w mroku. Zaniepokojenie, które odczuwała, nie było typowym wkrętem ulicznego szczura, który zawsze spoglądał przez ramię, czy ktoś za nim nie chodzi. To zaniepokojenie, jak czuła, było bardziej… Pierwotne, jeśli miałoby to jakikolwiek sens. Nie podobało jej się to. Cokolwiek to było, zamierzała zgrywać twardą, nawet, jeśli miała to być ostatnia rzecz w jej życiu.

- Dobra, więc poza pasmem dymu jest tutaj wielki skurczybyk, który nam urwie głowę, jeśli tylko się wychylimy. A wy wychodzicie, żeby go stąd odciągnąć. Doceniam, doceniam. Szacuneczek.

Odpaliła kolejnego papierosa, analizując sytuację.

- Zakładam, że na zewnątrz pełno jest takich jak on, czyli że duchów, którym giwera nie robi nic. Więc tego Glocka sobie zostawię, żeby strzelić sobie w łeb, kiedy już wyjdziemy poza ten mur i okaże się, że to wszystko, co tutaj robimy, jest gówno warte, tie he-he. Znaczy się, uciekać lepiej od tego, niż strzelać, nie? No, tak myślę!

Sigrun wyszczerzyła się do Nicka i Abi.

- No to wicie, rozumicie, towarzyszu - Sigrun splunęła poza dym - plan wydaje się prosty, jak, kurwa, drut. Nic, ino realizować, realizować i realizować plan, aż się zesramy z tego realizowania. Czekamy tutaj, aż burza się skończy, ewentualnie jak coś tutaj wpadnie i zacznie urywać nam głowy. Wtedy spieprzamy. Przechodzimy metrem pod rzeką, odbijamy na zachód. Chodzenia w ciul, ale może damy radę. Gdzie ten samochód macie niby? Jak sami tam nie dojdziecie, to odjedziemy. Poza tym reszta wydaje mi się prosta. Dojdziemy, jak prędzej nie umrzemy.

Szwedka zabębniła palcami na zakurzonej konsolecie, która być może kiedyś służyła do czegoś. Bezwiednie, szukała na tym kawałku zdezelowanej technologii jakiegoś znaku, który powiedziałby jej, z którego wieku to wszystko pochodzi - rupiecie nie wyglądały znowu bardzo zaawansowane technologicznie. Jeśli sieć i elektryczność nadal funkcjonowała - co było wątpliwe - być może byli w stanie po prostu dojechać metrem do punktu przeznaczenia. Jeśli tylko tunele nie były zawalone. Co także było wątpliwe.

- Nie powiem, szkoda - Sigrun rozłożyła ręce. - A już myślałam, że wystarczy przytulić się do pana kapitana, a on nas wszystkich wywiezie w jebanej rikszy do tego całego muru. A tu chodzić trzeba, starać się. No dobra, no, to co, czekamy, aż ta burza się skończy. Bo co mamy robić?

Sigrun zgasiła jednego papierosa i odpaliła następnego. Dym z ust mieszał się z tym ze świeczek.
 

Ostatnio edytowane przez Santorine : 21-06-2018 o 16:25.
Santorine jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166