Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-08-2011, 09:25   #1
 
Fearqin's Avatar
 
Reputacja: 1707 Fearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłość
[Horror +18] Pacjenci

PACJENCI



Iceman


Kobieta leżąca na ziemi jęczała i gapiła się na dziurę wielkości pięści w swoim brzuchu. David spiłował naboje w swoim rewolwerze, konwencja Genewska raczej nie bardzo go obchodziła. Wychodzący z ciała pocisk pozostawiał po sobie wielki ślad. Kałuża krwi w garażu powiększała się nieustannie i bardzo szybko. Dziewczyna wiedziała czemu Walker tu jest. Była żoną faceta który podpał nie tej magi. Nie obchodziło jej kim był morderca, interesowała się tylko ubytkiem w swoim pięknym, młodym ciele.

Z ust ciekła jej czerwona piania, wstrząsały nią konwulsje po których z japy wyciekały wymioty.
- Spójrz mi w oczy. - Powiedział cicho David. Kobieta nie reagowała, ponownie uwolniła z ust czerwoną od krwi, gęstą ślinę i zwymiotowała prosto na swoje piersi okryte przesiąknięta od krwi bluzą.

Widząc brak reakcji umierającej Walker lekko się zaczerwienił i wybuchnął gniewem.
- SPÓJRZ MI W OCZY! - Wrzasnął mierząc jej rewolwerem w twarz.
Spojrzała. Drgała jakby miała bardzo uciążliwą czkawkę. Oczy. Oczy miała piwne, wielkie i pełne strachu. Przed chwilą tylko strachu przed śmiercią, ale teraz również obawiała się, że Iceman będzie ją torturował. Tak się nie stało. Spojrzał jej w te piękne oczęta i uspokoił się raptownie. Lekko uśmiechnął się kącikami ust i strzelił. Niewiele zostało z głowy.

Zakręcił rewolwerem i nagle schował go do kabury. Jak kowboj. Rozejrzał się po garażu. Na brudnym, drewnianym blacie leżało sporo broni palnej. Wiadomo, garaż mafioza. Stał tu też piękny, niebieski Gran Torino. Walker rozejrzał się po półkach z narzędziami, wnętrzu samochodu którego siedzenia był okryte kosztowną, matową skórą. Odwrócił się w stronę trzech stopni prowadzących do drzwi kuchennych.

Nagle usłyszał trzask i zapadła ciemność. Zapewne pękła żarówka która zwisała posępnie z sufitu. Po pięciu sekundach światło się zapaliło. Były to jednak światła z samochodu. Przewody w samochodzie i żarówce dostały zwarcia w tej samej chwili? Dziwny przypadek, ale możliwy. Mimo to Walker w oka mgnieniu obrócił się na pięcie i wyciągnął kaliber 44. W samochodzie, na miejscu kierowcy siedział mężczyzna. Uśmiechał się. Był to uśmiech cwanego małego łobuza. Sześcioletniego chłopca który właśnie oglądał efekty swojej małej zbrodni przeciw wrednemu, staremu sąsiadowi. Iceman natychmiast wystrzelił pozostałe w bębnie cztery naboje. Nie polała się krew. W samochodzie nikogo nie było.

Złudzenie.

Wyobraźnia.

Sen.

Wyrwał się z tego snu i obudził się w sali. Obok leżeli inni. Pamiętał gdzie jest. Szpital psychiatryczny. Adwokat z mafii chociaż tyle zrobił. W więzieniu mogło być bardzo niemiło, a w tym szpitalu dostawał całkiem fajne proszki. No i nie ma gwałtów, a w końcu David był przystojnym facetem. Było ciemno, ale wzrok szybko przywykł. Dostrzegł swoje rzeczy. Ubrania. Portfel i telefon, który miał tylko ze względu na zlecenia który otrzymywał. Odłączył się od aparatury do której w ogóle nie powinien być podłączony i ubrał się. Niektórzy robili to samo.

King


Mecz. Rugby. Znowu miał dwadzieścia parę lat i całkowicie sprawny bark. Oczywiście uważał, że jest to rzeczywistość i nie przeczuwał nadchodzącego. Zaczęła się gra. Zaczął również padać deszcz. Poczuł ciężkie krople uderzające o kask ochronny, czuł jak jego czekające na podanie dłonie okrywają się ochładzającą cieczą. Piłka poleciała, była śliska ze względu na warunki pogodowe, ale on i tak chwycił ją bez problemu. Rzucił się biegiem do celu.

Czuł, że zaraz coś się stanie. Nie uda mu się kogoś wyminąć, mimo to biegł spokojnie. Wzrok skupiony na celu, nogi odrywające się od ziemi w oszołamiającym tempie pokonywały kolejne metry. Nikt mu nie przeszkodził. Udało mu się! Dobiegł! Rzucił piłkę o mokrą ziemię i podskoczył z radości krzycząc. Dopiero teraz dostrzegł czemu nikt mu nie przeszkodził. Nikt nie żył. Obie drużyny leżały martwe, a niebiosa krwawiły. Czerwone krople przefarbowały jego strój, oblepiły jego dłonie i twarz skrytą za siatką kasku. Przerażony zrobił krok w tył. But plusnął w kałuży krwi ukrytej pośród trawy.

Ktoś klaskał. Spojrzał daleko w głąb boiska. Deszcz krwi utrudniał widoczność, ale dostrzegł mężczyznę, który szedł powoli w jego stronę. Był niewiarygodnie radosny. Śmiał się i klaskał dłońmi ukrytymi w czarnych, skórzanych rękawiczkach.
- Gratulację! - Krzyknął radośnie do Kingstona jakby ten był jego synem. Eddy zrobił jeszcze parę chwiejnych kroków do tyłu, potknął się i wylądował w trawie która tonęła we krwi.

Obudził się całkiem spokojny. Pamiętał sen, przez chwilę nad nim myślał, ale przestał gdy spostrzegł gdzie jest. Ciemna sala, obok jego łóżka ubrania, portfel i telefon. Znał te rzeczy, w nich trafił do szpitala. W mroku dostrzegł inne postacie, jakaś męska sylwetka szybko się ubierała. Eddy zaczął robić to samo, nerwowo się rozglądając.

Wiki

Była w swoim domu. Bezpiecznym, czystym domu, nic jej nie groziło. Wstała z łóżka. Spostrzegła, że na dłoniach ma czarne rękawiczki. Dziwne. Nie przypominała sobie, żeby je zakładała. Pod nimi czuła dziwne wypukłości. Próbowała zdjąć okrycie dłoni. Bezskutecznie.

Łaziła po domu siłując się z rękawiczkami dobre parę minut. W końcu jej się udało. Zdjęła prawą i zatoczyła się do tyłu. Stanęła przed lustrem i zaczęła wrzeszczeć. Zdjęła drugą rękawiczkę. Cała była pokryta strupami. Czerwone, wypukłe z wyglądu przypominały kamienie. Trąd. Swędziało. Krzyczała i drapała. Czuła jak spod strupów leci krew. Z bólu upadła na ziemię, ale dalej bezskutecznie próbowała zedrzeć wysypkę.

Nagle swędzenie ustało. Uspokoiła się, na ciele nie czuła małych wypukłości. Odetchnęła ciężko. Leżała na ziemi, już chciała się podnieść, ale nagle pisnęła gdy stanął nad nią mężczyzna. Miał smutną minę.
- Po co się tak zadręczasz dziewczyno?

Obudziła się przerażona. Fakt, że znajdowała się w zupełnie nieznanym i ciemnym miejscu tylko pogłębił strach. Gdy mogła jako tako odróżniać kształty w mroku dostrzegła parę osób i łóżek. Wzięła swoje ubrania z krzesła i zaczęła się ubierać pod kołdrą uważnie obserwując otoczenie. Na szczęście nikt się nią na razie nie interesował.

Deirdre

Obudził ją Krzysiek. Maluch przyczłapał do sypialni rodziców i zaczął ciągnąć mamę za rąbek pidżamy. Szeptał cichutko
- Mamo, mamo, jestem głodny.
Przetarła oczy i spróbowała włączyć lampkę nocną. Kliknęła parę razy, ale nie odniosło to efektu. Cicho zwlekła się z łóżka by nie zbudzić męża. Pewnie była trzecia w nocy. Zazwyczaj wtedy jej syn się budził gdy miał zły sen. Wzięła go na ręce, był mokry, spocił się, pewnie miał bardzo zły sen. W mroku nie widziała jego twarzy, ale pewnie był przestraszony. Na pewno w ogóle nie zje, w kuchni go uspokoi i sama zje kanapkę i tak już nie zaśnie.

Doszli do kuchni. Posadziła synka na blacie stołu, podeszła do lodówki i włączyła światło. Zaczęła wyjmować produkty na sandwicha.
- Nie chcę kanapki. - Powiedział Krzyś swoim łamiącym się, niepewnym dziecięcym głosem.

Obróciła się do syna i miała coś powiedzieć, ale słowa przepadły jej w gardle gdy zobaczyła, że Krzysztof cały pokryty jest krwią. Pidżama we krwi, jej zresztą też, przynajmniej tam gdzie dotykał ją jej syn. Szybko dopadła do niego, zdjęła z niego ubrania i zaczęła nerwowo oglądać się za raną. Nic takiego nie było. Ręce jej się trzęsły gdy trzymała je na twarzy synka próbując coś powiedzieć, jednak nie mogła, sczękała zębami. Jej synek uśmiechał się wesoło, dziwne zachowanie mamy go bawiło. Nagle jednak wyraz jego twarzy się zmienił, a kły z ust zalśniły. Wściekle wbił zębiska z brzuch matki. Ciąża. Miała już duży brzuch, a jej syn właśnie go szarpał zębami. Krzyczała i próbowała rozewrzeć jego szczęki. W końcu jej się udało, odrzuciła syna i wrzeszcząc rzuciła się biegiem do drzwi, jedną ręką tamowała krew płynącą z brzucha. Otworzyła drzwi. W progu stał nie znany jej mężczyzna. Splótł ze sobą dłonie na wysokości ud. Uśmiechał się jak chciwy akwizytor.

Obudziła się. W życiu się tak nie bała. Nawet wtedy gdy okazało się, że ciąża jest zagrożona.
Pogrążony w mroku pokój. Rozejrzała się, jej wzrok już jakby po tym tragicznym śnie był przyzwyczajony do ciemności. Byli tu też inni pacjenci, ubierali się. Wstała i sama zaczęła robić to samo, szybko bo była naga, ale nikt się tym teraz nie interesował.

Jerry


Co właściwie było w jego życiu snem? Czy mógł go odróżnić od iluzji, wizji? Oczywiście. Bez problemu. A gdy w śnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest to rzeczywiste, budził się. Zawsze. Lecz nie teraz. Już był pewien, że nie jest to realne. Stał w mroku. A przed nim śmierć. Kostucha. Stał przed nią niewzruszony. Mrugał nerwowo patrząc na śmierć. Szkielet ciągle zmieniał postać, wciąż przybierał formy dziwnym stworów, zwierząt, jednak nigdy człowieka. Smith usłyszał głos. Właściwie głosy. Tysiące, miliony, miliardy mówiły naraz dokładnie te same słowa. Zaś śmierć wskazywała na niego palcem, znów była szkieletem i wytykała go kością. Słowa huczały na około.
- Nie powinieneś tu być! Nie powinieneś wiedzieć!

Obudził się. To był dziwny sen. Wcale nie przyjemny. Ubrał się, nagle zdał sobie sprawę z tego gdzie jest. Było to dziwne miejsce. Rozszerzył oczy ze zdziwienia. Coś tu było bardzo niepokojące.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^

Ostatnio edytowane przez Fearqin : 06-08-2011 o 22:11.
Fearqin jest offline  
Stary 07-08-2011, 19:42   #2
 
Anonim's Avatar
 
Reputacja: 2282 Anonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputację
W najgłębszych obszarach otchłani niepewności - sen.

- Nie powinieneś tu być! Nie powinieneś tu być! - krzyczała przestrzeń, która była jedynie psem szczekającym na czerwony hydrant. Urządzenie to za kilka lat przestanie działać, gdy najbardziej będzie potrzebne. Zanim straż pożarna podłączy się do dobrego źródła spłonie czteroosobowa rodzina. Ale czy to wina podłączenia? Szkielet spojrzał na Jerriego, który odpowiedział tym samym pustym spojrzeniem. Po chwili rozwarły się szczęki, a z nich wylała się lawina czaszek, a wszystkie z nich powtarzały w jednym rytmie:
- Nie powinieneś tu być! - aż w końcu nie wytrzymałem i podniosłem jedną z nich parodiując Hamleta chciałem zadać słynne pytanie, ale zamiast tego wyplułem buty, w których były stopy, a one były połączone z nogami i tak kolejne partie ciała wychodziły aż się okazało, że sam siebie przeżułem w tej nieskończonej pętli gigantycznej kolejki górskiej. Skup się! Skup się! zdawało się wszystko krzyczeć...

- Uspokój się. Poradzę sobie. - powiedziałem, a wszystko ucichło. Szkielet zgrzytnął zębami, a wszystko zamieniło się w kakafoniczny koszmar chorego umysłu. Widziałem sam siebie, a równocześnie nie byłem tam. Biegłem, ale siedziałem na kanapie i czytałem gazetę, której nagłówek głosił: Odnaleziono pięć ciał. Odczytałem to nagłos choć zakłócenia wciąż istniały i wbijały się świdrem w uszy.

Wszystko znikło.

Ja też.

Nie czuję, że istnieję.

Wciąż...

Teraz... nie... zdawało mi się tylko. Nie wiem czy wcześniej powinienem być gdzie byłem, ale teraz to już naprawdę jestem tam gdzie być nie powinienem bo nawet nie czuję, żebym był gdzie podejrzewam, że jestem.

************************************

Brzask - pomiędzy snem, a jawą.

Czuję, że budzę się. Normalnie sny kończą się nagle, a to trwa wieki. Wiem, że jestem i że to wszystko sen, ale to tutaj to kompletnie inna sprawa. Widzę pomieszczenie szpitalne. Widzę w nim kilka osób choć nie. Widzę siebie, kilka osób i dwójkę osobników, która albo ma filmowy makijaż albo to nie są osoby. Choć to wydaję się dziwne. Pomijając kwestię tych dziwnych ludzi to jednak bardziej dziwne są zaschnięte rany na twarzy. Nie bardzo pamiętam jak je zyskałem choć wyraźnie przywołuje wspomnienia, gdy przybyłem do szpitala. Ci ludzie... nie znam ich... są różni i ich cel wizyty prawdopodobnie był różny. Nie znają siebie nawzajem. Wszystko to przypomina mi odcinek Strefy Mroku pod tytułem "Five Characters in Search of an Exit" i mam tylko nadzieję, że nie jestem jedynie kukiełką w czyichś rękach w niepokojącej grze, w której ludzie odgrywają fikcyjne postaci. To prawdopodobnie tylko złudzenie. I kim są te dwa osobniki? Czy to ludzie? Brzask jednak powoli dobiega do końca. Czas otworzyć oczy i zobaczyć rzeczywistość.

************************************

Na szczytach ludzkiej percepcji - rzeczywistość.

Zwróciłem uwagę, że mój strój pacjenta jest odrobinę poplamiony krwią. Dotknąłem twarzy i tak jak podejrzewałem - znajdowała się tam zaschnięta krew, która prawdopodobnie wcześniej bez problemów wyciekła z przeciętego łuku brwiowego i wargi. Na policzku było dodatkowo niewielkie otarcie, które jednak nie było wystarczająco głęboką raną, żeby krwawiło. Krew, krew, krew - za dużo myśli krąży wokół krwi. Spojrzałem na pozostałych, zagubionych w tym niepokojąco głośnym pomieszczeniu, w którym niesposób było usłyszeć żadnego dźwięku. Do czasu! Do czasu aż podniosłem dłoni i przez kilka chwil klaskałem jakby gratulując czegoś komuś. Zwróciłem uwagę wszystkich na siebie. Gdy tylko jedna z dziewczyn spojrzała na mnie ja odwzajemniłem jej wzrok. Rozpoznałem, że coś ją trapi.
- Po co się tak zadręczasz dziewczyno? Wszystko będzie dobrze. - czas wziąść się w garść i nie robić scen. Och, chwila. Scena już powstała. Skoro już pierwsze koty poszły za płoty to czas kuć żelazo póki gorące:
- Nazywam się Jerry. Jak widać po mojej twarzy zostałem pobity. Zdaję się, że mam wstrząśnienie mózgu, bo ostatnie co pamiętam to to, że się zgłosiłem do szpitala trzy dni temu. Czy ktoś wie czemu jesteśmy tu zostawieni samopas? Najwyraźniej nikt wam buziek nie obił, więc może widzieliście jak mnie tu przywieziono? Nie widzę przycisku wzywającego pielęgniarkę, a całe to miejsce wygląda dość ponuro. Oszczędzają na prądzie? Dwudziestu trzeci stopień zasilania? Wybaczcie ten nawał pytań, ale pierwszy raz mam amnezję i oprócz świadomości, że wszystko będzie dobrze nie bardzo wiem co mam robić. - Już i tak wszyscy są tu poddenerwowani. Mam nadzieję, że moje pytania zupełnie ich nie wytrąco z równowagi - dodałem nawet niewielki akcent uspokajający. W rzeczywistości niczego takiego nie czyłem, ale patrząc po osobach tutaj chyba im się przydało trochę optymistycznego podejścia. Zobaczyłem też, że dwójka dziwnych osobników zachowuje pozory człowieczeństwa i przywdziała ubrania tak jak wszyscy. Wydaje się, że tylko ja widzę kim są naprawdę. Być może są to opętani, którzy stracili własne dusze w konszachtach z piekielnymi mocami. Czytałem kiedyś o tym. Był nawet taki film. Szukam przy okazji włącznika światła. Natomiast z irracjonalnego niepokoju nie wołam lekarza, pielęgniarki ani w ogóle nikogo. Obecność dwójki nibyludzi czy kim tam są sprawia wrażenie, że niczym Dorotka ani nie jestem w Kansas ani przekonanie, że to w "rzeczywistości" jest "rzeczywistość" musi być traktowane umownie. No chyba, że tak dostałem w cymbał, że mi się tam poprzewracało i mam halucynacje. Zdarza się.
 
Anonim jest offline  
Stary 08-08-2011, 11:44   #3
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1315 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
"Trąd! Trąd, to niemożliwe! Dlaczego? Dlaczego musiało się to przytrafić właśnie mnie? Kiedy się zaraziłam? Jakim sposobem? Dlaczego nie zauważyłam pierwszych objawów? Boże jak to okropnie swędzi. Ciekawe czy to suchy trąd czy też druga zaraźliwa odmiana? Idiotko! Co za różnica, jaki to rodzaj trądu. Najpierw odpadnie ci nos, potem palce, uszy, policzki będziesz zmieniać się na własnych oczach w kupę gnijącego mięsa apotem… umrzesz. Nieee! Ja nie chcę umierać.-co raz bardziej szarpała się w swojej rozpaczy. Zwaliła się na podłogę i szlochała spazmatycznie. Trochę trwało zanim dotarło do niej, że już nie swędzi, rozedrganymi palcami błądziła po ciele szukając wypukłości, ale nie było ich. Czy to możliwe? Czyżby to był tylko sen? A może to ostrzeżenie? Muszę zrobić badania na obecność Trądu. A może to halucynacje? Hmm, jakie choroby wywołują halucynacje? Zaburzenia równowagi chemicznej w mózgu, schizofrenia… Może to coś z otoczenia? Tak! Musiałam się czymś zatruć, wszystko może być skażone. Otworzyła oczy, leżała na podłodze. To nie jest mój dom. Co to za miejsce?... Szpital. Tak, trafiłam do szpitala. Spróbowała unieść się z podłogi i wtedy zauważyła ciemny kształt, który nad nią górował, przestraszyła się nim rozpoznała, że to jakiś mężczyzna, był cały poobijany i pomazany krwią.

- Po co się tak zadręczasz dziewczyno?

O Boże to kolejna halucynacja. Co się ze mną dzieje, ja już nie chcę, nie chcę. Halucynacja nie ustępowała, mężczyzna zaczął dziwną przemowę, która tylko potęgowała w niej uczucie strachu i nierealności. W pomieszczeniu były też inne osoby, było ciemno ledwie rozróżniała ich kształty. Dlaczego jest tak ciemno? Czyżby wysiadło zasilanie? Dlaczego są zostawieni sami sobie, gdzie jest lekarz? Nie wiedziała, ale zamierzała się dowiedzieć, nie chciała przebywać w tym pomieszczeniu dłużej niż to konieczne, wszędzie mogły się czaić oporne na antybiotyki szczepy bakterii. A kto wie, na co chorował poraniony mężczyzna tak beztrosko roznoszący zakażoną krew. Pozbierała się z podłogi (Pełnej bakterii!) i zebrała rzeczy z krzesła i wśliznęła się pod kołdrę. Zaczęła się ubierać rozglądając się w około i zastanawiając ze zgrozą czy to przypadkiem nie oddział zakaźny. Wreszcie wstała, rozejrzała się znowu i niepewnie zawołała:
- Siostro… Siostro! Siostro!- ostatnie słowo wypowiedziała tak głośno, że powinno ściągnąć każdą siostrę w skrzydle. Przystanęła w nogach łóżka i wzięła w ręce wiszącą tam tabliczkę ze swoimi danymi medycznymi, próbowała rozeznać coś w ciemności.
 
Agape jest offline  
Stary 08-08-2011, 14:31   #4
 
Ziutek's Avatar
 
Reputacja: 200 Ziutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie coś
Przykucnąłem podpierając się palcem wskazującym i środkowym lewej ręki. Uwielbiałem rugby, bark w wyśmienitym stanie, nic nie ciągnie, nie jest osłabiony. I wtem zaczęło lać, super, trzeba się przyłożyć do biegania. Usłyszałem gwizdek i odruchowo już zerwałem się i jak zwykle jako "King-Kong" dostałem piłkę pierwszy, jednak zawsze istniała szansa, że powali mnie jakiś większy ode mnie. O dziwo nawet nie musiałem lawirować między zawodnikami. W pobliżu nie było nikogo szybszego to przyśpieszyłem. Plaskałem nogami o mokre boisko. Jest bramka, jeszcze trochę, jest! Zasapany nawet nie miałem siły rzucić piłki w ziemię, po prostu ją puściłem, ale poskakać trzeba. Odbijając się nogami odwróciłem się, aby spojrzeć na kolegów, ale ich nie było. Co jest? Boisko jest jakieś takie... Czerwone? Krew?! Z nieba padają krople krwi?! Nie, nie, to jest jakieś dziwne.
- Gratulacje! - usłyszałem pośród pojedynczego klaskania. Jakiś mężczyzna oglądał jak sam biegam z piłką pośród padającej krwi? Zbliżał się do mnie, a ja dawałem coraz to większe kroki w tył, potknąłem się i wpadłem w kałużę krwi. Byłem w niej cały.

Co to było? Kim był ten facet? Skąd ta krew? Takie pytania zadałem po przebudzeniu lecz nikt mi nie raczył odpowiedzieć. Za to znalazłem się w innej sytuacji, ciemna sala, ja w łóżku tylko w tym szpitalnych fartuszku, a obok mnie ktoś się krząta. A jak coś się dzieje? Moje rzeczy leżą przy łóżku. Przetarłem dłonią twarz i powędrowałem nią na czubek głowy. Wyczułem jakieś zgrubienia na skórze, szwy? Mam skrócone włosy więc musieli mnie zszywać. Jedna rana rozciąga się od lewej brwi aż do czubka głowy, kolejna
prostopadła do pierwszej nad prawą brwią, a trzecia od prawego ucha do prawej brwi. W dodatku lekko bolało go prawe, żebro. No i ten cholerny bark, nie jest taki lekki jak we śnie, tylko ociężały, można by powiedzieć, że nieco sztywnawy. Jak zwykle z resztą. Cóż, nie ma co siedzieć, wstałem z łóżka, zrzuciłem szlafrok, a założyłem niebieskie jeansy, z nieco powycieranymi nogawkami, czarne Conversy, biały t-shirt i moją ulubioną czerwoną, hawajską koszulę. Znajomi się z niej wiecznie nabijali. spojrzałem na mężczyznę, który był już na nogach i zapytałem:
- Hej, wiesz co się dzieje?
 
__________________
"W moim pokoju nie ma bałaganu. Po prostu urządziłem go w wystroju post-nuklearnym."

Ostatnio edytowane przez Ziutek : 08-08-2011 o 17:10.
Ziutek jest offline  
Stary 19-08-2011, 18:50   #5
 
Fearqin's Avatar
 
Reputacja: 1707 Fearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłość
Deirdre podniosła się, zakrywając ciało kołdrą. Gdy w końcu otrząsnęła się z przerażenia z którym obudziła się po tym okropnym śnie rozejrzała się po sali. To nie był jej pokój... Czyżby została w nocy przeniesiona na jakieś badania? Ale czemu bez jej wiedzy?!
Na tyle szybko, na ile pozwalało jej własne ciało wstała, ubrała się i momentalnie osuszyła butelkę wody, która leżała razem z jej ubraniami.
Rozejrzała się za guzikiem, który powinien znajdować się przy łóżku i dzięki któremu mogła by wezwać pielęgniarkę. Gdy to, po kilku czy nawet kilkunastu próbach nie dało rezulatatu, zrezygnowana odpuściła. Powoli skierowała się w stronę drzwi od sali. Nacisnęła na próbę klamkę, i gdy ta ustąpiła uchyliła drzwi po czym wyjrzała na korytarz.

Jedna osoba nie mogła się obudzić. Jakoś nikomu się nie spieszyło budzić mężczyznę, wszyscy zastanawiali się jak tu pomóc samemu sobie.
Żadna pielęgniarka nie przyszła, włącznik światła nie działał.
- A ty dokąd? - spytał Jerry Deirdre, ta zatrzymała się przy drzwiach i obejrzała przez ramię.
- Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na ty - rzuciła oschle, po czym uważając rozmowę za zakończoną ponownie wyjrzała na korytarz.

Iceman nie miał zamiaru czekać, jeśli miał okazję zwiać z tego miejsca to musiał działać natychmiast. Wyjrzał na korytarz razem z Deirdre.
Po lewej stronie, całkiem niedaleko, widać było światło. Jednak nikogo nie dało się usłyszeć.
Po prawej niestety nie mogli dostrzec nic poza mrokiem i konturami krzeseł oraz drzwi.
- Hej, hej! Zaczekajcie! - rzuciła Wiki podbiegając do dwójki która wyszła z pokoju, ze sobą wzięła tabliczkę z której w mroku nic nie dała rady odczytać.

Wszyscy powoli wyszli z pokoju, dwie osoby, para staruszków szły razem i coś do siebie nerwowo szeptały, ostatnia osoba, piętnastoletni, niski i brzydki chłopak spojrzał ostatni raz na mężczyznę który się nie obudził i poszedł za resztą. Idąc korytarzem w lewo tylko Berenika krzyczała szukając pomocy. David w myślach już ją ukatrupiał za zbędne strzępienie języka, teraz jednak miał co innego na głowie. Gdy cała ósemka doszła do końca korytarza nie dostrzegli nikogo. Było tu sporo niebieskich krzeseł przymocowanych do ściany, lada z komputerem za którą były drzwi do pokoju pielęgniarek. Ponadto jeszcze dwa rozwidlenia. Jednak w głębi obydwu znowu brakowało światła.

Berenika była przerażona i wkurzona na personel szpitala. Na tabliczce napisano tylko jej dane. Wiek, personalia i datę w której trafiła do szpitala. Porzuciła tabelkę na ziemi. Większość nerwowo rozglądała się za planem szpitala, inni chwytali za telefony, ktoś coś do kogoś mówił.

W jednej chwili wszyscy zamarli. Usłyszeli krzyk pełen przerażenia i bólu. Wrzask przypominał odgłosy osoby obdzieranej ze skóry. Berenika i starsza pani odpowiedziały krótkim, piskliwym krzykiem.
- Co to kurwa miało być? - Szepnął King gdy wrzask ustał. Bez wątpienia krzyczał mężczyzna.
- Cóż, tam skąd pochodził ten odgłos musi ktoś być. Może to nic takiego. - Powiedział starszy pan z łysą głową i obwisłą, cienką jak papier skórą chwytając swoją żonę za rękę. Kobieta już się lekko uspokoiła.

- Czy wy też nie możecie się gdziekolwiek dodzwonić? - Spytała Deirdre nerwowo wciskając przyciski w telefonie, co chwilę spoglądając na resztę i w stronę z której zdawało jej się słyszeć krzyk. Każdy kto próbował dzwonić odpowiedział jej tak samo: nikt nie mógł wykonać telefonu.

- Trzeba iść tam skąd doszedł ten odgłos - Starszy pan wskazał na drogę powrotną, czyli skręt w prawo z sali w której się obudzili.
- Co pan? Krzyczano z tamtej strony - King wskazał drogę w lewo, zdawało mu się, że na końcu coś błysnęło.
- A...a, a nie tam? - Zapytał młody piegowaty chłopak, on uważał, że odgłos dochodził z prawego korytarza.

Deirdre zajrzała za ladę. Nic ciekawego. Jednak nagle odskoczyła gdy pod drzwiami do pokoju pielęgniarek mignął jej cień. Może w środku ktoś był?
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 24-08-2011, 13:14   #6
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1315 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Berenika była wściekła.
- Co to za szpital?! Ani prądu, powinni mieć przecież awaryjne zasilanie, ani personelu w zasięgu słuchu, a ta tabliczka to po prostu śmiechu warta!- podsumowała całą sytuację upuszczając wspomnianą tabliczkę na ziemię. Wtedy rozległ się krzyk, pisnęła przerażona.
Wbrew zapewnieniom była przekonana, że krzyk, który przed chwilą słyszała to na pewno nie było „nic takiego” jak sugerował starszy pan. Nie tak brzmi głos człowieka, który właśnie zobaczył pod prysznicem pająka, to musiało być coś znacznie, znacznie poważniejszego. Potrzebowali kogoś z personelu i to natychmiast. Bez wahania, nie zwracając uwagi na innych pacjentów, skierowała się do drzwi pokoju pielęgniarek, mimo to raczej zdziwiłaby się gdyby kogoś tam zastała.

Powoli otwierane drzwi nie wydały z siebie żadnego dźwięku. Sam środek pomieszczenia przedstawiał się normalnie. Spora, stara kanapa, blat z czajnikiem do kawy, wiszące szafki, zlew, telewizor no i okno. Właśnie okno było dosyć dziwne. Dokładniej niepokojące było to, że w pokoju w którym pielęgniarki spędzają przerwy, jedyne okno jest zabite deskami.
Stojąca na komodzie obok kanapy lampka nagle zgasła. Po sekundzie znów się zapaliła. Co chwilę gasłaby potem ponownie działać.

Tak jak się spodziewała, ani śladu pielęgniarek, coraz bardziej ją to wkurzało. Wtedy dostrzegła zabite deskami okno, na ten widok poczuła nagłe ukłucie strachu. Dotarło do niej, że najlepszym co może zrobić jest jak najszybciej wynieść się ze szpitala. Cofnęła się do reszty.
- Lepiej się stąd wynośmy i to szybko. To miejsce wygląda na opuszczone, zupełnie jakby zamknięto szpital i wszyscy zapomnieli, że tu jesteśmy. Nie żartuję, sami zobaczcie.- otworzyła na oścież drzwi- W jakim szpitalu są zabite deskami okna?- zapytała raczej retorycznie. Zaczęła się rozglądać za znaczkami, które rozwieszone na ścianach powinny jej wskazać najkrótszą drogę “ewakuacji”. “A może wybuchła jakaś epidemia? Jakiś wirus skaził to miejsce i dlatego szpital został zamknięty na głucho?”- naszła ją natarczywa myśl, a potem, potem przypomniała sobie jakiś artykuł mówiący o tym, że w średniowieczu w obawie przed rozprzestrzenianiem się zarazy zamurowywano chorych w domach. To tylko spotęgowało chęć natychmiastowego znalezienia wyjścia.

Nie zwracała szczególnej uwagi na innych pacjentów, zupełnie zignorowała słowa Eddiego zarzucającego jej panikę. W tej chwili była całkowicie pochłonięta sobą i snuciem najróżniejszych wyobrażeń na temat mogących się czaić dookoła chorobotwórczych drobnoustrojów.
-Dżuma… czarna ospa… gruźlica…- szeptała do siebie jednak na tyle cicho, że nikt nie zwrócił na to uwagi.

Słowa Jerrego o eksperymentach medycznych były niczym jej własne myśli wypowiedziane na głos, wyobraźnia pracowała pełną parą. „Mogą testować na nas jakieś nowe lekarstwa albo… broń biologiczną!” Zdecydowanie musiała się stąd wynieść, ale za cholerę nie mogła dostrzec żadnych znaków wskazujących drogę do wyjścia. Reszta doszła do porozumienia, iż należy szukać schodów. Ona też pójdzie z resztą szukać tych schodów. „Tylko... skąd niby wiemy, że jesteśmy na piętrze i potrzebne nam jakieś schody? Morze to parter i wystarczy drzwi otworzyć.” Ta myśl podobała jej się o wiele bardziej niż perspektywa schodzenia być może długą klatką schodową.
„A co jeśli drzwi też zabili deskami?”- pomyślała ze zgrozą i ruszyła za innymi.
 
Agape jest offline  
Stary 24-08-2011, 22:13   #7
 
Ziutek's Avatar
 
Reputacja: 200 Ziutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie cośZiutek ma w sobie coś
Wokół sami panikarze, nienawidziłem takich co z byle powodu nie potrafią sobie przypomnieć ja się nazywają bo zżera ich strach, ja też się boję bo rzadko taka sytuacja ma miejsce gdziekolwiek. Jakiś mądry człowiek powiedział kiedyś: "Ludzie boją się tego co nieznane". Tak było i w tym przypadku.
- Bez potrzeby panikujesz, wiesz? - wtrąciłem się - Zachowujesz się jak moja matka. W tej chwili musimy znaleźć schody na dół i wyjść stąd, tyle z mojej strony - powiedziałem tonem, w którym próżno było się doszukać strachu.
Deirdre patrzyła się nieufnie na pokój pielęgniarek. Jeszcze przed chwila była pewna, że widziała w szczelinie pod drzwiami jakiś ruch, zupełnie, gdyby ktoś tam był. Teraz jednak, gdy towarzysząca jej dziewczyna otworzyła drzwi... cóż, może to po prostu lampka zamigotała i stąd wrażenie, że ktoś chodzi po pokoju. Na słowa o znalezieniu schodów pokiwała głową. To był jakiś pomysł.
- Zgadzam się z panem całkowicie - odparła, jak zwykle chłodnym i nieprzyjemnym tonem. Chciała rzucić jeszcze coś, uspokajającego, bardziej dla siebie, niż dla innych ale szybko zaniechała tego pomysłu. Teraz priorytetem było znalezienie wyjścia lub kogoś z personelu szpitalnego.
- Aj, dajmy sobie spokój z paniowaniem, Eddy - podałem wielką dłoń dziewczynie.
Na twarzy Deirdre odmalowało się coś pomiędzy zdziwieniem, niechęcią a złością. Nie miała zamiaru poznawać imion tych ludzi, nie obchodziło ją to. W pierwszym momencie nawet nie pomyślała, żeby podać dłoń Eddy’emu, po chwili jednak do jej głowy wpadł całkiem oczywisty pomysł - jeśli coś się stało, warto było by mieć po swojej stronie inne osoby. Tak, niejednokrotnie już w swoim życiu widziała, że bycie milą i uprzejmą się przydaje. Przywołała więc na twarz trochę przepraszający uśmiech, po czym uścisnęła podaną sobie dłoń pewnym, całkiem silnym uściskiem.
- Deirdre Jaworska. - przedstawiła się, i choć jej głos nadal był stosunkowo chłodny, zdecydowanie nie brzmiał już nieprzyjemnie i nie miał w sobie rezerwy.
Pod koniec rozmowy powiedziałem:
- Proponuję iść w prawo, lubię tę stronę - wyszczerzyłem zęby. W sumie nie wiedzieliśmy gdzie są schody,a nie będziemy tracić czasu na zastanawianie się.
 
__________________
"W moim pokoju nie ma bałaganu. Po prostu urządziłem go w wystroju post-nuklearnym."

Ostatnio edytowane przez Ziutek : 25-08-2011 o 12:01.
Ziutek jest offline  
Stary 25-08-2011, 08:32   #8
 
Anonim's Avatar
 
Reputacja: 2282 Anonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputacjęAnonim ma wspaniałą reputację
Po tym jak kobieta sprawdziła swój telefon i ja postanowiłem zainteresować się czy łapię sieć. To był całkiem niezły pomysł, ale zaistniała również pewna drobna okoliczność. Nie miałem telefonu. W ogóle go nie przyniosłem zgłaszając się do szpitala. Uważałem, że wcale go nie potrzebuję i właściwie nadal tak uważam. Już chciałem powiedzieć wszystkim, że brak zasięgu telekomunikacji potwierdza moją wcześniejszą teorię o katastrofie czy ataku terrorystycznym. Telefonie komórkowe przy takich wydarzeniach są wyłączane. Być może sytuacja była aż tak zła, że wcale ich nie włączono. Po chwili zorientowałem się, że wszyscy są już i tak nerwowi, a dopóki niczego nie potwierdzę nie powinienem ich denerwować takimi teoriami. A może jednak powinni wiedzieć? Powoli odpływałem coraz głębiej w świat własnych przemyśleń. Postanowiłem to przerwać, gdyż nie chciałem odłączać się psychicznie od towarzystwa. W końcu przemówiłem:

- Co się dzieje? Wybaczcie, zagapiłem się na coś na ścianie... nieważne. - po chwili uświadomiłem sobie, że nie były to zbyt przemyślane słowa, ale z drugiej strony pasujące do sytuacji. Prawda była taka, że rzeczywiście niezbyt przysłuchiwałem się o czym rozprawiali. Wyglądałem w tym czasie tak jakbym dopiero co się obudził. To właściwie również była prawda, ale inni zostali pobudzeni przez okoliczności "przyrody", które tu zastaliśmy. Ja nie dostałem takiej nagłej dawki energii. Czuję się bardziej zaspany niż wcześniej. W pierwszym momencie nikt nie zwrócił uwagi na moje słowa, ale niezrażony kontynuowałem:

- To pewnie opuszczone skrzydło szpitala. Dziwne, bo to by oznaczało, że przeprowadzali na nas jakieś zakazane eksperymenty medyczne. Widziałem to kiedyś w kinie. Na przykład... - popatrzyłem na drugą kobietę, której imienia nie pamiętałem. Wszyscy ogółem wyglądali na zdenerwowanych. Bardziej niż wcześniej. Nie wiadomo czym. Prawdopodobnie nie ma tu nic strasznego. Po prostu była powódź, pożar, zamach terrorystyczny czy coś takiego i przeniesiono nas do bezpiecznego, choć dość upiornego miejsca. Z uwagi na nielegalne eksperymenty medyczne na pacjentach miasto nie wyłącza telefonii komórkowych. Na ich miejscu raczej bałbym się tego co jest poza tym budynkiem. Nie wiem, czy powinienem im mówić. To wszystko jest dziwne. Zwróciłem jednak uwagę, że jedna z kobiet wzięła sobie do serca moją aluzję dotyczącą nielegalnych eksperymentów.

- Wiecie, ja tylko żartowałem z tymi zakazanymi eksperymentami. Pewnie po prostu przeniesiono nas do bezpiecznego miejsca, gdy w głównej części szpitala coś złego się wydarzyło i tyle. Pożar może? Nie ma co panikować. Tak to już jest w ostatnich czasach, że brakuje pieniędzy, brakuje łóżek i brakuje ogółem wszystkiego w służbie zdrooo... - przerwałem, gdy dostrzegłem coś dziwnego pod sufitem. Oto piłka do rugby zwisała dokładnie nad głową człowieka, który przedstawił się jako Eddy. Podejrzewałem, że jest zaczepiona na sznurku, ale reakcja pozostałych wskazywała coś zgoła innego. Wydaję mi się, że to omam. Miałem wstrząs mózgu, takie rzeczy się zdarzają. To był mój zastrzyk energii, który pobudził mnie do poziomu wszystkich innych. Nie będę na razie rozpowiadał takich nowin. Eddy lekko ukłonił się witając z Deidre Jaworską przy okazji przesuwając się o metr. W tym momencie krew zaczęła kapać na posadzkę z piłki... i nadal nikt nie reagował. Tworzyła się tam niewielka kałuża. Powoli zaczęło do mnie docierać, że po prostu zachowuję się dziwnie gapiąc się, prawdopodobnie, w pustą przestrzeń, ale nie mogłem się opanować. Piłka zaczęła wirować, gdy Eddy powiedział:

- Nie ma co się straszyć, dopóki stąd nie wyjdziemy nie możemy sobie wymyślać Bóg wie jakich scenariuszy. - powiedział z pewnością w głosie na co jakby nieświadomie kładąc dłonie na brzuchu odparła Deidre:

- Masz rację. Chodźmy więc znaleźć jakieś schody, czy przejście do innych części budynku. Mam tylko nadzieję, że nie znajdujemy się zbyt wysoko. - poważnie? Przejmowała się wpływem chodzenia po schodach na ciążę, gdy pomiędzy nami z podwieszonej pod sufitem, wirującej piłki do rugby kapią krople krwi? Serio?! I nagle usłyszałem oklaski, które najwyraźniej znów tylko ja słyszałem. Tak. Jestem specjalny. Tylko ja miałem wstrząs mózgu i mam w tym momencie omamy. To z pewnością są tylko halucynacje. Praktycznie nieświadomie odezwałem się:

- Tak. Chodźmy stąd. - powoli wycofałem się z tego dziwnego pomieszczenia na korytarz. Z każdym krokiem dźwięk oklasków był coraz odleglejszy. Nie było to jednak proporcjonalne do przebytej odległości. Ostatecznie nie słyszałem już tego niepokojącego dźwięku, gdy przekroczyłem próg i znalazłem się na korytarzu. Piłkę nadal jednak widziałem podobnie jak niewielką kałużę krwi, która tam powstała. Wszyscy z pewnością zwrócili uwagę na moje dziwne zachowanie. Wytłumaczenie musi być jednak przemyślane. Potrzebowałem czasu zanim ktoś zada niedyskretne pytanie, postanowiłem zagrać na zwłokę:

- Chyba mi się zdawało, że coś słyszałem. - palcem wskazałem na pokój, w którym wszyscy obudziliśmy się. - Zostawiliśmy tam kogoś? - - nie mogłem sobie zupełnie przypomnieć liczby osób, które ze mną przebywały w czasie przebudzenia. Chyba nikogo nie brakuje, ale wolałem upewnić się ze względu na omamy, pod których wpływem mogę być. Mam nadzieję, że to lekkie halucynacje, bo te ciężkie sprawią, że ludzie ze mną obecni będą je potwierdzać. Powinienem cieszyć się, że nikt inny nie widział piłki do rugby - prawdziwi wariaci to ci, którzy nie wiedzą, że są wariatami. Ja zdaję sobie sprawę ze swojego chwilowego stanu psychicznego wywołanego powikłaniami od wstrząsu mózgu. Tak to się chyba fachowo nazywa? Nie, chyba jednak nie. W każdym razie moment na odpowiedź minął i nikt nie rwał się do przypomnienia. Pewnie nikt nie pamiętał. Zadałem inne pytanie. Pozornie retoryczne, ale dzięki odpowiedzi Deidre będę mógł bez problemu przypomnieć swoją dolegliwość i usprawiedliwić moje dziwne zachowanie. Starając się zapytać jak najbardziej spokojnym głosem:
- Ciąża? - po chwili zorientowałem się, że zabrzmiało to jakbyśmy się spotkali w poczekalni do recepcji, a nie w tych niezwykłych okolicznościach. Wystarczyło na nią spojrzeć, żeby zorientować się, że ciąża zbliża się do końca. Dobrze, że nie widzi tej piłki i krwi. Pewnie powstałaby niepotrzebna panika. I koniec mógłby być bliższy niż się spodziewa.
 
Anonim jest offline  
Stary 25-08-2011, 10:27   #9
 
Zekhinta's Avatar
 
Reputacja: 119 Zekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znanyZekhinta wkrótce będzie znany
Deirdre spojrzała na Jerry’ego krotko, po czym pokiwala glowa.

- Jak widać. - mruknęła, głaszcząc lekko brzuch.

- Pozwól jednak, że w tym upiornym miejscu nie będziemy robić “panie przodem”. Zresztą obawiam się, że sytuacja była nawet gorsza niż myślaaałee... - Jerry znów skierował wzrok na ściany korytarza i sufit pokoju pielęgniarskiego, nadal stał metr za progiem - Coś tu jest nie tak. - następnie rozglądał się jakby znów coś usłyszał. - Jak już mówiłem jestem Jerry. Jak widać po mojej twarzy trafiłem tutaj z podejrzeniami wstrząsu mózgu, więc nie jestem wariatem choć czasem mogę widzieć i słyszeć rzeczy, które prawdopodobnie nieistnieją. Z góry przepraszam. W końcu przyszedłem do szpitala po pomoc. A zamiast tego znalazłem się... właściwie nie bardzo wiem gdzie. Możemy już stąd iść? - pytanie zadał mocno akcentując każde słowo jak gdyby mu się śpieszyło. Chyba po prostu jest przestraszony. Niewiadomo czym.

- Skoro wszyscy podzielili się swoimi chorobami to i ja nie będę gorszy. Uszkodzony lewy bark po meczu rugby - Eddy złapał się za niego - jakiś czas później wypadek samochodowy - wskazał na pozszywaną twarz - No to idziemy, nie ma co tu stać.

Do Jerry’ego, Eddy’ego i Deidre dołączyła się para staruszków i młody chłopak. Ten drugi cicho się przedstawił jako Frank. Jaworska nie zwrocila na nich uwagi. Jak na razie tylko Eddy wydawal sie byc godny uwagi. Mowil sensownie i wydawal sie byc odpowiedzialny a przede wszystkim..- normalny. Tak. Co po niektorzy zachowywali sie tak, jakby uciekli z wariatkowa. Od tych Deirdre miala zamiar trzymac sie z daleka. Jesli sa tu z nimi pacjenci psychiatryka... dobry Boze, miala nadzieje, ze nie. Ona sama mogla ogladac najciezsze przypadki z chirurgii pogryzajac przy tym kanapke ze sledziami i majonezem, ktora nawet by sie jej nie odbila ale osobom chorym psychicznie po prostu nie ufala. Bala sie ich? Nie, to moze zle slowo. Ale nie miala zamiaru spedzac z takimi czasu. Od tego byli psychiatrzy, psycholodzy, czasem neurolodzy. Do tego uczyli sie wiele lat, praktykowali swoje zawody na stazach... ona nie musiala miec do czynienia z ich pacjentami.

Nie znaczy to, ze zamierzala byc szczegolnie uprzejma dla Eddy'ego. Tak dlugo, jak bedzie pomocny, jak bedzie jej pomagal warto byc mila i grzeczna. I tyle. Tak, niejednokrotnie zycie nauczylo ja, ze dla osiagniecia swoich zalozen warto troche poudawac.

Mimo wszystko, na razie trzymala sie grupy. Gdy Eddy zarzadzil, ze maja isc w prawo bez zbednego komentarza poszla za nim na tyle szybko, na ile pozwalal jej ciezki brzuch.
 
__________________
"To, jak traktujesz koty, decyduje o twoim miejscu w niebie." - Robert A. Heinlein
Zekhinta jest offline  
Stary 25-08-2011, 22:17   #10
 
Fearqin's Avatar
 
Reputacja: 1707 Fearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłość
Ostatecznie wszyscy poszli w prawo. Potwierdził się obawy Jerriego co do tego, że kogoś brakuje. Zresztą innym przez chwilę wydawało się, że brakuje samego Smitha, w mroku ciężko było ciągle kontrolować kto wciąż stawia te powolne kroki obok ciebie. Jednak gdy dotarli do najbliższego źródła światła okazało się, że Jerry jest na miejscu, jednak Icemana brakowało.

Idąc dalej doszli do ślepej uliczki. Na jej końcu stał stolik, na nim zaś znajdowała się lampka i dziwna figurka. Przedstawiał coś na kształt człowieka, był on strasznie zniekształcony i oszpecony, zaś na jego szyi wisiała pętla.
Nad stołkiem znajdowało się okno. Małe, kwadratowe, z kratą po drugiej stronie szkła. Wyglądając przez nie widzieli całkiem ładny widok. Stwierdzili, że znajdują się na tyle normalnego szpitala, teraz zaś widzieli budynek w którym leczono psychicznie chorych. Stary, ale jeszcze nie walący się budynek. Obecnie spowity w szarej, ponurej mgle, sprawiał dziwnie niepokojące wrażenie.

Pomiędzy dwoma budynkami było połączenie, zbudowane całkiem niedawno. Długi korytarz, z masą okien , znajdował się daleko na lewo od miejsca w którym się znajdowali, kończył się gdzieś w środku drugiego budynku.
Ciekawie architektonicznie przedstawiała się kwestia mury który niegdyś otaczał szpital dla psychicznie chorych. Kiedy zbudowano tu normalną klinikę leczniczą, mur został częściowo rozwalony. Na pozostałych betonowych płytach pięła się gęsta zieleń. Cała przestrzeń pomiędzy szpitalami była pięknym ogrodem, pełnym drzew, różnorodnych kwiatów, roślin, ze ścieżkami zrobionymi z drobnych, błyszczących kamyczków. Widać było nawet parę oczek wodnych. Idealne miejsce do rehabilitacji.

Pogoda przedstawiała wspaniały angielski stereotyp. Kiedy nie pada, jest okropna mgła. Ta która była teraz była dosyć specyficzna. Przy samej ziemi była lekka, zaś tam gdzie wieży szpitala dla obłąkanych rosły, była ona niewiarygodnie gęsta i prawie czarna. Samo niebo zdawało się być dziwnie pochmurne. Tak zawsze wyglądało gdy trwała burza tysiąclecia, teraz jednak wszyscy czuli, że na deszcze się nie zanosi.

Ktoś przyglądał się figurce, inni ciągle patrzyli na to co jest za oknem.

Jerry

Dziwne. Oni naprawdę nie widzieli tych drzwi na prawo? Dziwne. Spytał ich o to, ale zignorowali go, zafascynowani dziwną lalką na stoliku. Była bardzo zagadkowa. Przedstawiała małą, rudą dziewczynkę. Zaś kiedy Deidre się do niej zbliżyła, w szmacianej lalce otwierały się liczne rany, z których ciekła ropa i cienkie strużki krwi. Co dziwniejsze, gdy ktoś podnosił zabawkę, trzymał ją jakby była bardzo ciężka.

Skoro inni ignorowali drzwi, spróbował sam sprawdzić co za nimi jest. Gdy zaczął słyszeć szepty, zawahał się, jednak po chwili przekręcił klamkę i wszedł w mrok. Gdy postąpił dwa kroki na przód, obejrzał się za siebie. Tak, nagłe zniknięcie drzwi było dziwne. Nawet jak na niego. Skupił się więc na tym co go czekało dalej. Zasłona z tego falistego, plastikowego szkła, było to zawsze strasznie brzydkie, jednak często stosowane w szpitalach. Serce lekko mu przyspieszyło, gdy za ścianką dostrzegł małą sylwetkę o zbyt idealnych kształtach.

Po dwóch mrugnięciach okiem wszystko znikło.
Wszyscy

Jerry znowu stał za plecami towarzyszy, którzy właśnie zaczęli się zastanawiać co dalej, nawet nie zorientowali się, że go nie było, a może właśnie wcale nie zniknął? Szukanie drogi do szpitala psychiatrycznego miało pewien cel, wiedzieli, że są tam drzwi które prowadzą na zewnątrz, przejście pomiędzy szpitalami zaprowadziłoby ich na dwa piętra powyżej parteru. stamtąd droga krótka na parter, lecz czy łatwa?
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166