Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-03-2012, 20:37   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 14213 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[18+ Zew Cthulhu] WYSPA ZAPOMNIANYCH DEMONÓW

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=xAlAu6fGLfQ&feature=related[/MEDIA]

PROLOG

Pośród szalejącego sztormu, w morzu ciemności i kaskadach lejącego się z nieba deszczu, łatwo było przeoczyć to małe światełko. Ognik światła pośród czarnej dżungli.

Światło zwabiło małe, kudłate stworzenie, podobne do małpy. Stworek przycupnął pod dającym schronienie przed ulewą okiennym okapem i ciekawie zerknął w stronę światła. Zajrzał przez małe okienko do wnętrza niewielkiego bungalowu na drzewie.

Mógł ujrzeć niemłodego już Japończyka, w okrągłych okularach i siwych włosach. Gdyby futrzak znał się na takich rzeczach, rozpoznałby, że człowiek ten nosi mundur oficera cesarskiej armii.

Mężczyzna pisał coś powolnymi, starannymi ruchami, na płótnie leżącym przed nim na bambusowej macie. Twarz Japończyka pozostała bez wyrazu, niczym kamienna maska. Tylko ciemne oczy wyrażały niepokój i wewnętrzną walkę.

Starszy Azjata skończył pisać. Zwinął brulion w gruby rulonik, zawiązał wokół niego czerwoną wstążkę, a potem odłożył na bok splecionego z pędów bambusa, niskiego stolika. Następnie Japoński oficer wyjął nóż tanto, przetarł lśniące ostrze jedwabną szmatką, a potem bez wahania, gwałtownym ruchem wbił sobie miecz w brzuch. Stęknął, plując krwią, ale kontynuował ruchy ostrzem, rozplatając sobie ciało i zalewając kolana krwią.

Niestety, nie było nikogo, kto skróciłby męki seppuku poprzez ścięcie oficerowi głowy. Ale samobójca zdawał się być obojętny na cierpienie oraz na krew wylewającą się szerokim potokiem z rany. W końcu ubabrane krwią dłonie nie utrzymały rękojeści broni w palcach i japońskim oficer zakończył życie w pozycji klęczącej na podłodze.

Spłoszony zapachem świeżej krwi futrzany podglądacz uciekł, przez co nie mógł już zobaczyć tego, co wydarzyło się w małym domku na drzewie nieco później. Ale gdyby został, ujrzałby rzeczy straszne i nieprawdopodobne, o ile tylko potrafiłby je ogarnąć swoim małym, zwierzęcym rozumkiem.



GRUPA „JEŃCY”



Co czuje człowiek uwięziony we własnych koszmarach, głodny, traktowany przez oprawców jak bydło wiezione na rzeź? Co czuje człowiek męczony morską chorobą, gdy stalowe więzienie, na którym zamknęli go wrogowie, unosi się na sztormowych falach? Co czuje, gdy słyszy metaliczny jęk kadłuba wystawianego na szaleńcze siły żywiołów?
Czy jest mu obojętne, co się z nim stanie? Czy utonięcie w oceanicznych odmętach nie wydaje mu się lepszym rozwiązaniem, niż nieznany los gdzieś u celu.

Wszyscy spośród osiemdziesięciu dziewięciu przebywających w dwóch ładowniach ludzi słyszeli plotki. Płynęli na śmierć. Poprzedzoną bolesnymi, straszliwymi eksperymentami. Japońscy naukowcy i lekarze, gdzieś na zapomnianej przez Boga wyspie na Pacyfiku, prowadzili bolesne i mordercze badania na jeńcach wojennych. Wyspa śmierci. Nikt z niej nie wracał. Każdy, kogo wepchnięto pod groźbą bagnetów na pokład tego statku, przepadał bez wieści.

Może więc śmierć przez utonięcie nie wydawała się aż tak zła? Może dzięki niej człowiek oszczędzał sobie cierpień i tortur? Może ....

Czy jednak wola życia nie jest większa? Dla stłoczonych w ładowniach mężczyzn i kobiet było to bez różnicy. Gdyby spojrzeli na siebie z odpowiedniej perspektywy szybko zauważyliby niepokojącą prawidłowość. Wszyscy więźniowie byli w sile wieku i w dość znośnej kondycji fizycznej, chociaż choroba morska i tropikalne przypadłości zbierały już swoje żniwo.

Uderzenie poczuli wszyscy pod pokładem. Potężne, wypełniające statek dźwiękiem rozrywanego kadłuba, a potem odgłosami wlewającej się pod pokład wody.

Strach przed nieznanym utonął w wybuchu paniki. Więźniowie wrzeszczeli i z przerażeniem walili gołymi pięściami w zamknięte na głucho drzwi, w stalowe ściany ładowni. Teraz, w chwili, gdy okręt po zderzeniu z ukrytą pod powierzchnią skałą, zaczął tonąć, wszyscy nagle zapragnęli żyć.




GRUPA „KOMANDOSI”


Kolejna gwałtowna turbulencja i nawet twardzi, amerykańscy żołnierze pobledli.
Samolot, którym lecieli, był niczym fruwająca trumna ze stali. Trumna ze skrzydłami i potężnymi śmigłami pozwalającymi jej przemieszczać się w przestrzeni. Zalewana deszczem trumna.

Żołnierze modlili się, lub bladzi obserwowali twarze swoich towarzyszy broni. Niektórzy nerwowo żuli gumę, inni po raz nie wiadomo, który sprawdzali wyposażenie.

W wejściu do pomieszczenia pilotów stanął nadzorujący akcję oficer lotnictwa.
Przekrzykując łoskot burzy i silniki pokazał im palcem zegarek, a potem trzy palce.

Trzy minuty i skaczą! Skaczą!? W takich warunkach!? Wydanie takiego rozkazu równało się zbiorowemu morderstwu na żołnierzach! Nie mieli jednak wyjścia. Rozpoczęło się gorączkowe przygotowanie do skoku.

Uderzenie w samolot zaskoczyło ich kompletnie. Wyglądało na to, że namierzyła ich obrona wroga, bo w jednej chwili tył samolotu dosłownie zniknął. Odpadł oderwany od reszty pojazdu w jazgocie rozdzieranego na strzępy metalu.

Do środka maszyny wlała się woda i pęd powietrza. Jeden z żołnierzy z wrzaskiem, razem z ogonem maszyny, zniknął w ciemnościach.

Samolot stracił sterowność i w mgnieniu oka zaczął spadać w dół. Wyglądało na to, że zadanie grupy komandosów zakończy się szybciej, niż się zaczęło.




GRUPA „JEŃCY”


Tak naprawdę niewielu pamiętało, co wydarzyło się na okręcie.

Mogli pamiętać krzyki ....

Tak....

Było wiele krzyków.....

Mogli pamiętać jakiegoś japońskiego strażnika, który z niewiadomych przyczyn, otworzył grodzie do ich ładowni i zaczął strzelać do najbliższych ludzi wrzeszcząc przeraźliwie, cały we krwi....

Tak, to mogli pamiętać .... o ile chcieli.....

Mogli pamiętać jakiegoś japońskiego więźnia, który rzucił się na oszalałego żołnierza i innych więźniów, którzy ruszyli za nim i mogli pamiętać, jak japoński żołnierz padł pod naporem ciał, a spod pięści i zębów ludzi spłynęła świeża krew mieszając się z wlewającą pod pokład wodą....

Mogli zapamiętać panikę, gdy przerażeni więźniowie nagle odkryli w sobie wolę życia i ruszyli pędem, nie patrząc na nikogo i nic, aby tylko wydostać się ze znienawidzonego więzienia.

Niektórym się udało, ale kiedy wyszli na pokład mogli szybko pożałować swojej decyzji.

Statek tonął w szybkim tempie.... rozdarty kadłub wpuszczał do stalowego wnętrza tony oceanicznej wody. Słone fale przelewały się po pokładzie niosąc z sobą stalowe beczki i inne niebezpieczne rzeczy....

Mogli pamiętać, że część z nich fale zmyły za burtę, że część próbowała uciec przed żarłocznym żywiołem skacząc za burtę. nieliczni myśleli racjonalnie – by wziąć coś ze sobą, pomóc komuś, połączyć swoje siły. Atawistyczny pęd życia wziął gorę.

Potem jedyne, co pamiętali to niekończący się sztorm i fale, które ciągnęły ich na dno, w odmęty.

O życiu i śmierci w takiej chwili decydował przypadek.

Oni mieli szczęście.

Lub nie, patrząc na to z perspektywy przyszłych wydarzeń.

Teraz jednak niewielką grupkę żywych falę wyrzuciły na brzeg, gdzie plując wodą, drżąc z wycieńczenia mogli tylko domyślać się, co spotkało innych ludzi....

Gdyby mieli zegarki, wiedzieliby, że zbliża się czwarta nad ranem....

Teraz jednak nie myśleli o niczym innym, jak o swoim szczęściu. Żyli. Ale byli wycieńczeni, zziębnięci, na brzegu jakiejś nieznanej wyspy. Mogli jedynie modlić się, aby okazała się ona być dla nich szczęśliwym trafem.




GRUPA „KOMANDOSI”


To było szaleństwo, to co w tą krotką chwilę działo się w zniszczonym samolocie.

Ludzie wrzeszczeli. Ktoś, jakiś dzielny żołnierz, poleciał w ciemność nocy, prosto w objęcia śmierci.

Skok w takiej sytuacji nie wchodził w rachubę. Pozostanie w maszynie również nie. Obie alternatywy musiały skończyć się jednakowo.

Samolot uderzył ciężkim brzuchem w wierzchołki palm. Miotani w nim ludzie poczuli to uderzenie. Pilot robił, co mógł, ale mógł zrobić naprawdę niewiele. Maszyna waliła więc brzuchem po drzewach, a na ich oczach ludzie wypadali na zewnątrz, odbijali się od stalowych ścian, uderzali głowami o elementy transportowca. Pękały czaszki, łamały się kości, śmierć zbierała swoje żniwo.

W końcu samolot spotkał swój koniec, ale czy to dzięki umiejętności pilota, czy też dzięki szczęściu wyhamował na czymś, możliwe, że zahaczył drugim skrzydłem o jakieś drzewo.

Chwiał się. Amerykańscy paramarines szybko doszli do siebie.

- Ruszać się! Jazda! - wrzeszczał kapitan Sanders, a ludzie reagowali instynktownie.

Łapali, co było pod ręką i przez dziurę w miejscu gdzie był kiedyś ogon samolotu, wyskakiwali w zalewaną deszczem ciemność.

W ostatniej dosłownie chwili, bo w sekundę po tym, jak ostatni komandos opuścił wrak, samolot, wraz z pilotami, poleciał dziobem w dół, z przeraźliwym zgrzytem rozdzieranego metalu, zjechał po jakiś spadzistym terenie, w jakąś przepaść. Powietrze wypełnił charakterystyczny zapach paliwa. Tylko kwestią chwili było, kiedy jakiś kawałek metalu wskrzesi iskrę trąc o drugi kawałek i wrak maszyny, wraz z pechowymi pilotami i resztą zapasów wybuchnie.

Na razie jednak ocaleni żołnierze mieli inne zmartwienia na głowie. To, że żyli, nie oznaczało, że są bezpieczni. W końcu tył samolotu nie odpadł sam. Japońce musiały być blisko.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 27-03-2012 o 21:57. Powód: DODANIE SPOREJ ILOŚCI POSTA
Armiel jest offline  
Stary 27-03-2012, 22:32   #2
 
S.W.A.T's Avatar
 
Reputacja: 2993 S.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputacjęS.W.A.T ma wspaniałą reputację
- Kurwa, kurwa, kurwa… – żołnierz klął szpetnie. Śmierć zaglądała mu w oczy.

Rzucało nim po całej kabinie, w ostatniej chwili złapał się wiszącej na ścianie siatki. O mało nie wyleciał z samolotu, lądując na kamieniach, które z zawrotną szybkością migały pod samolotem, który kosił palmy ze skutecznością kosiarki. Wspiął się na niej, mimo przeciążenia i porywającego większość przedmiotów z samolotu wiatru, w głąb maszyny.
Zastanawiał się, co za gówno podkusiło go, aby odpiął pasy.

"Nosz kurwa. I to jeszcze w taką pogodę?" - stwierdził to któryś raz w swoim życiu.

Był idiotą po całej linii. Ale nie miał zamiaru się tym przejmować, nie teraz. Potem sobie umrze. Po swojemu.

Inni komandosi, wylatywali z samolotu, zasysani ciągiem wiatru. Robert tulił się do swojej ostatniej deski ratunku, czując jak wiatr buszował mu pod mundurem. Był zimny, przeszywający, wilgotny. Większość sprzętu jaki mieli ze sobą, też leciała przez dziurę, która utworzyła się po oderwaniu ogona. A on klął jak pojebany, na czym świat stał.

I nagle, pędzący wrak, bo samolotem już wtedy go nazwać nie było można, zatrzymał się jakby natrafił na wielką ścianę, w którą uderzył z impetem. Siatka do której się tulił, puściła z wystrzałem, posyłając Roberta na drzwi do kokpitu pilotów, o ile jeszcze go tak było można nazwać. I o ile tam byli jacykolwiek piloci. W oczach mu pociemniało, poczuł krew, która zalała mu plecy. Pewnie coś rozwalił, o wystające, ostre elementy pogiętego samolotu. Sprawdził, czy nic go nie przebiło i czy się aby nie połamał. Oprócz rwącej nogi i pleców zalewających mu mundur krwią, oraz zawrotów głową, chyba nic mu nie było.

Kiedy w oczach mu się uspokoiło, a potem dotarły do niego słowa Sandersa, podniósł się ciężko, na początku na cztery. Zaczął się na czworakach kierować w kierunku swojego sprzętu, który w przeciwieństwie do niego, odznaczył się choć cieniem inteligencji. Nie odpiął pasów. Ale nie mógł pokazać że jest słaby, dlatego też dźwignął się z sykiem i wysiłkiem do pionu, chwycił radio i plecak ze swoim osprzętem, po czym zaczął trzymając się ściany wraku, kierować do dziury w ogonie, przez którą wyskakiwali pieprzeni inteligenci, którzy nie odpięli pasów.

"Chamstwo" – warknął w myślach, widząc że są tacy którym się nie oberwało.

Przez dziurę, po prostu wypadł, lądując na plecaku. Mimo to nie było wysoko i zaraz ruszył do linii drzew, przy której zbierali się inni i Sanders, który wrzeszczał w eter, zagłuszając burzę i wszystko inne. Noltan był pod wrażeniem jego głosu.

Podszedł do Sandersa tak, jakby był na życiowym kacu. Możliwe że przez adrenalinę, nie czuł jeszcze wszystkich swoich obrażeń. Ale żył i to się liczyło póki co, nie spieszyło mu się lecieć na spotkanie ojcem. Czy też raczej spaść, ponieważ lot, wyobrażał sobie tylko do nieba. A spadanie do piekła, więcej i tak nie oczekiwał.

- Aye, aye sir! – wychrypiał, upadając niedaleko Sandersa na kolana, pod pretekstem sprawdzenia co z radiem.

W rzeczywistości nie czuł lewej nogi.
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.

Ostatnio edytowane przez S.W.A.T : 28-03-2012 o 17:45.
S.W.A.T jest offline  
Stary 28-03-2012, 13:25   #3
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 12743 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Jeśli jest coś gorszego niż siedzenie w stalowej puszcze będąc ściśniętym jak sardynka, to fakt, że ta stalowa puszka lata, a ktoś inny próbuje pozbawić ją tej właściwości.
Tak jak w tej chwili.
Yamestu Harikawa nienawidził latać, bo zwykle to latanie ograniczało się do małych pomieszczeń wypełnionych po brzegi ludźmi. I świadomości, że znajduje się wysoko w powietrzu.
Brakowało mu wtedy powietrza, bladł jak ściana. I całą siłą woli dusił w sobie potrzebę wydostania się z tej niewygodnej sytuacji.
Tym razem ktoś mu w tym pomógł.

Ostrzał i turbulencje im towarzyszące wzmagały tylko nerwowość Amerykanina japońskiego pochodzenia.
A już urwanie ogona i powstała w jego miejscu dziura doprowadziły go niemalże na skraj paniki.
Yametsu patrzył w dół przez tą dziurę i strach paraliżował go.
Byli za nisko. Byli cholernie za nisko. Zanim zdążyłby wyskoczyć z samolotu spadłby na ziemię roztrzaskując się o nią. Byli za nisko na skok ze spadochronem.
Byli martwi.
Świst powietrza, krzyki towarzyszy, migające na czerwono światełko, wstrząsy, trzask łamanych kości, krew, twarze.
Gdyby nie pasy, które przytrzymywały go do siedzenia, rzucałoby nim jak listkiem na huraganowym wietrze.
Uderzenie o ziemię. Chwilowa utrata przytomności. Ból głowy. Nabił sobie guza?
Ciało drżało, łapał łapczywie oddech.

Yametsu rozejrzał się dookoła. Gdzie był?
Chyba nadal w samolocie. Ciało obolałe, ale chyba wszystko w porządku. Zmierzył sobie puls. Był nieco przyspieszony, ale to raczej z emocji.
Powoli rozpiął pasy którymi był przyczepiony do kadłuba samolotu i wstał. W samym przedziale załogowym panował chaos, którego na wpół oszołomiony upadek Yametsu nie ogarniał.
- Ruszać się! Jazda! – krzyk Sandersa wywołał wyuczone na szkoleniu odruchu. Yametsu chwycił jedną dłonią plecak, drugą karabin, zaczepił jego czubkiem o jakąś linę i szybko wybiegł z samolotu.
Tuż przed jego upadkiem w dół.
Dopiero słysząc za sobą huk wywołany upadkiem samolotu w przepaść zorientował się jak mało brakowało.
Dopiero wtedy zrozumiał, że cudem uniknął gwałtownej śmierci. Nogi się pod nim ugięły, ale zdołał z siebie wydusić. –Kaprat Yametsu Hamikawa melduje swą obecność, sir!
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 09-05-2012 o 12:51. Powód: poprawki
abishai jest offline  
Stary 28-03-2012, 15:42   #4
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 237 Cold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie coś
Siedemdziesiąt jeden, siedemdziesiąt dwa, siedem... Znów gubię się w liczeniu. Wycieńczenie organizmu przybiera na sile.
I znów od nowa zaczynam liczyć. Jeden, dwa... Nie, ten chyba już jest martwy. Liczenie ludzi pozwala mi zapomnieć o bólu, o nadchodzącej śmierci.
Nie. Nie boję się. Myślami odbiegam gdzie indziej. Eryk. Wkrótce znów będziemy razem. Nie. Co tu robi ogień? Eryk? Próbuję do niego podejść, ale ściana ognia przysłoniła go. Nie mogę przejść. Parzy. Mama?


Ocknęła się z stłumionym jękiem w na wpół rozchylonych ustach. Szeroko otwarte oczy w kolorze ciemnego piwa gorączkowo omiotły wzrokiem przestrzeń przed sobą.
Przetarła dłonią zmęczone powieki. Przysnęła. Organizm domagał się odpoczynku, nawet w tak ciężkich warunkach, w jakich się znajadowała.
Straciła poczucie czasu. Kiedy ostatnio jadła? Kiedy spała? Wiedziała tylko, że było to dawno.

Natasha Wickham, młoda kobieta, siedziała skulona przy belce podtrzymującej strop. Zdawała się nie zwracać uwagi na krzyki kobiet i mężczyzn, które rozległy się w tych ostatnich chwilach przed zatonięciem statku.

Czy umrę? Waham się. Zaczynam czuć lęk przed śmiercią. Co mnie czeka po drugiej stronie? Co jeśli śmierć to ostateczny koniec istnienia?
Słyszę krzyki tych ludzi. Niektórych znam. Czy oni też boją się śmierci? Czy dlatego krzyczą?
Widzę sceny ze swojego życia. Czy to właśnie ten moment, gdzie całe życie przemyka mi przed oczami, by po chwili całkowicie się zakończyć?


Natasha nagle poczuła ścisk. Nie dlatego, że było ciasno i jakaś kobieta na nią wpadła. Poczuła jak zaczyna ją ściskać w środku. Brakowało jej powietrza. Gorączkowo próbowała nabrać go w płuca.
Wdech i wydech. Te proste czynności, których wykonywania często nie jesteśmy nawet świadomi podczas zwykłego dnia, czy nocy, przychodziły jej z każdą chwilą coraz ciężej.
Astma. Kolejny atak. Nie miała siły z tym walczyć. Już nie. Wycieńczenie dało jej się we znaki.
Gdy tak rozpaczliwie próbowała złapać choć trochę powietrza w płuca, jej oczy rejestrowały różne obrazy. Widziała innych więźniów, prących w stronę pokładu, tratując po drodze japońskiego strażnika. Widziała rozbryźniętą krew na ścianach. Widziała wodę, której poziom coraz szybciej się powiększał. Statek szedł na dno.

Nie miała siły walczyć. Siedziała, dusząc się i patrząc na ludzi w panice próbujących ratować swoje życie.
Ktoś wpadł na nią. Uderzyła głową o belkę. Krew z rozciętego czoła powoli, ciurkiem, spływała po jej twarzy.
Nadal nie mogła złapać powietrza, kiedy obraz przed jej oczami zaczął się ściemniać.
Eryku, wkrótce będziemy znów razem...

Leżała na mokrym piasku, a morskie fale dotykały jej stóp. Gdy się ocknęła, zakrztusiła się, wypluwając sporą ilość słonej wody.
Czuła w ustach piach, który zazgrzytał jej między zębami, kiedy zagryzła mocniej szczęki z bólu.
Jęknęła cicho, czując każdy mięsień swojego ciała. Otworzyła oczy. Chwilę potrwało, zanim na powrót przyzwyczaiły się do widzenia.
Gdzie ja jestem? Jakim cudem przeżyłam? Przeżyłam...?
Kolejne jęki wyrażające cierpienie towarzyszyły każdemu jej ruchowi, kiedy z trudem podniosła się na czworaka.
Oparła ręce na kolanach i klęcząc w mokrym piasku, z przerażeniem rozejrzała się dookoła siebie.
- Co to za miejsce...? - wypowiedziała.
Jej głos był strasznie zachrypnięty. Najwidoczniej struny głosowe również potrzebowały czasu, by dojść do siebie.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 28-03-2012 o 15:44.
Cold jest offline  
Stary 28-03-2012, 15:44   #5
 
Betterman's Avatar
 
Reputacja: 529 Betterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnie
Jeśli przeżywał w czasie lotu jakieś rozterki, to je zachowywał dla siebie. Jeżeli cokolwiek psuło mu nastrój, to tylko świadomość absolutnej bezsilności; rozumiał jednak, że taki już los ładunku. Dlatego konsekwentnie przyprawiał co wrażliwszych kolegów o mdłości przekornym zadowoleniem z wariackiej przejażdżki i – jakże by inaczej – popalanym nonszalancko papierosem.
Kiedy przy kolejnym wstrząsie omal go nie połknął, wychylił się nawet demonstracyjnie ze swojego miejsca i popatrzył z wyrzutem w kierunku kokpitu, ale nie zdążył wygłosić komentarza, bo na widok lotnika zajął się ukrywaniem dowodu na bezczelne lekceważenie procedur. A potem było już na to zdecydowanie za późno.

Na pewno uderzył w coś łokciem, bo ścierpła mu ręka, na pewno przygryzł też wargę, a wreszcie grzmotnął hełmem w burtę, aż pociemniało mu w oczach. Mimo to zachował dość przytomności, żeby po walce z szelkami spadochronu cieszyć się kompletem palców. A zadanie nie było wcale łatwe. W ramach zabezpieczenie strefy zrzutu miał skakać w awangardzie, więc straszliwe dupnięcie zastało go w końcowej fazie przygotowań. Już w drugiej próbie zdołał wepchnąć nóż z powrotem do pochwy, a potem poszło prawie zupełnie gładko.
Rozglądając się w oszołomieniu, ocenił z akceptowalną w tym stanie pewnością, że wszyscy żywi powinni mniej więcej świadomie i samodzielnie poradzić sobie z ewakuacją. W tym czasie zorientował się też, że coś wrzeszczy, ale że nie było to nic mądrego, czym prędzej przestał i zatroszczył się wreszcie o siebie.
Nie żeby w razie potrzeby poskąpił komuś pomocnej dłoni, ale zasadniczo sam potrzebował co najmniej obu. W jedną złapał B.A.R-a, w drugą swój plecak, zataczając się jak pijany, bo przy pakowaniu tradycyjnie pofolgował starej prawdzie, że łatwiej z pełnym magazynkiem i paczką fajek znieść kilkudniową dietę niż zatłuc kamikaze kanapką. No, może z kilkoma paczkami.
Koleżka wytypowany do roli samobieżnego składu amunicji zwykle chętnie odstępował część zapasów, bo mało kto lubi targać zabawki, którymi sam się nie może pobawić. Chociaż tym razem zawartość plecaka i tak nie miała dla niego większego znaczenia. Nie po tym, jak uderzenie wyrwało go z pasów i cisnęło w noc za resztkami ogona.
Dla Luka Summersa była z kolei o tyle istotna, że został z bezwzględnym minimum wszystkiego, co akurat nie było nabojem, papierosem albo kondomem. Przy czym w tej akurat chwili niedoborem przedmiotów drugiej i trzeciej potrzeby i tak niespecjalnie się przejmował. Przede wszystkim musiał zebrać się na tyle do kupy, żeby nogi zaczęły przyzwoicie współpracować i dogoniły całą resztę, z wolą opuszczenia wraku na czele.
Profilaktycznie zwolnił trochę przed postrzępioną krawędzią poszycia, a potem skoczył.

Zgrzebał się sprawnie z ziemi, odrętwienie w biodrze optymistycznie składając na karb złośliwego ułożenia kabury z czterdziestką piątką przy gwałtownym przyziemieniu. Przebiegł parę chwiejnych kroków i znów opadł na kolano, strategiczne zapasy upuszczając przed siebie. Po omacku sprawdził karabin, szarpnął rygiel, uniósł broń do ramienia. Popatrzył wzdłuż lufy w mrok, szukając rozbłysku, głębszego cienia albo czegokolwiek, co zdradziłoby pozycję powitalnego komitetu. Potem skierował ją w dół, opierając łokieć na udzie.
Przykładnie zabezpieczył swój kierunek. A że losowo wybrany... Nikt nie powinien wybrzydzać. W końcu zrzut nie był przygotowany zbyt dobrze... Rozpoznanie nie pierwszy już raz dało dupy.
Szczerząc się do siebie w nieco obłąkańczym stylu, cierpliwie wypatrywał w deszczu potencjalnych celów, dopóki ktoś nie trzepnął go w ramię na znak, że wszyscy już się wydostali.
Wtedy zarzucił majdan na plecy i też pognał do drzew.

Jego tajemnicą pozostało, jak po tym wszystkim mógł wciąż trzymać w ustach żarzącego się łobuzersko peta.
 

Ostatnio edytowane przez Betterman : 28-03-2012 o 15:56.
Betterman jest offline  
Stary 28-03-2012, 16:48   #6
 
Reinhard's Avatar
 
Reputacja: 1500 Reinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumnyReinhard ma z czego być dumny
Sztorm stał się piekłem, gdy do zimnego prysznica morskiej wody dołączyła żelazista krew. Kilka uderzeń serca wystarczyło, by Zeb poczuł się jak worek treningowy, a jego ciało wzbogaciło się o bogatą kolekcję odbarwień, które niedługo zaczną mienić się kolorami tęczy. Gorzej byłoby, gdyby nie był objuczony spadochronem, ekwipunkiem i bronią, które przyjęły część impetu. Pogratulował sobie nie skorzystania z pomysłu kilku z kolegów, by zakładać czapkę, a nie hełm.

Jego czaszka nie roztrzaskała się na grodzi, a kręgosłup nie został zgruchotany gwałtownym łupnięciem niewidzialnego baseballisty w piłkę, jaką był ich samolot. Ciało nie zostało rozszarpane na rozprutych blachach, a twarz nie zmieniła się w krwawą maskę pod wpływem niezliczonych drobnych przedmiotów z wizgiem tłuczących się po wnętrzu. Mógł mówić o szczęściu.

A szczęściem trzeba się dzielić, zanim zniknie.

Zeb chwycił jednego z kolegów spośród tych, którzy sami nie mogli opuścić samolotu – niektórzy z powodu złamań, inni z powodu szoku. Jego nowy podopieczny na pewno był oszołomiony i nie wiedział, co się dzieje, dlatego Zeb, ciągnąc go, krzyczał w jego ucho „ Rozkaz! Naprzód!” mając nadzieję, że zadziałają bezlitośnie trenowane odruchy. Trudno było określić jego stan zdrowia w chaosie i mroku. Podobnie, Zeb miałby trudności w powiedzeniu, co się stało z jego ciałem.

Wydostali się z wraku jako jedni z ostatnich. Na uginających się nogach przebyli kilka kroków chwiejnym biegiem i padli, nie mogąc utrzymać równowagi. Zeb zerwał się – krew tłukła w jego skroniach, huczała w uszach. Przystąpił do oględzin towarzysza broni, wyciągając zestaw pierwszej pomocy i mając gorącą nadzieję, że to faktycznie będzie pierwsza pomoc, a nie ostatnia posługa.

Sprawdzenie stanu swego ekwipunku i rozejrzenie się po okolicy zostawił na później, świadomie podejmując ryzyko. Dla leżącego przed nim marine sekundy były bardzo cenne.
 
Reinhard jest offline  
Stary 28-03-2012, 16:50   #7
 
Harard's Avatar
 
Reputacja: 247 Harard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie cośHarard ma w sobie coś
Boone wstał z ławki, kiedy tylko flyboy dał znak, że skok za trzy minuty. Dociągnął ostatni raz popręgi, zaciskając je na udach niemal do punktu odcinającego krążenie i poprawił skórzane zapięcie na brodzie hełmu z maskującą siatką Wysłuchana od jednego chłopaka z 3 plutonu historia o tym jak jajka dostały mu się pod uprzęż spadochronu tuż przed jego otwarciem nauczyła go ostrożności w tym względzie. Zapiął linkę wyzwalacza szarpiąc za zatrzask i sprawdzając dobrze siedzi na stalowej linie rozciągniętej wzdłuż kadłuba pod sufitem.

A potem był ból, krew i krzyki. Tulenie karabinu do piersi jak jego małej córeczki Meggy, tak by nie uszkodzić lunety. Dźwięk dartego metalu, kiedy odpadał ogon samolotu i makabryczne wrzaski stojącego przed nim marine, wessanego w czarną otchłań. Kurczowo chwycił się rurki, chroniącej wiązkę przewodów, podmuch wiatru zbił go z nóg i walnął nim o stalową burtę. Plecak ze spadochronem zaczepił się o rozdarty i pogięty metal, a Boone szarpał się starając uwolnić z pułapki. Ktoś wpadł na niego waląc głową prosto w pierś, tak że pociemniało mu przed oczami. Wypuszczony przez innego żołnierza karabin uderzył go w bark. Dobył noża i zaczął rozcinać uprzęż unieruchamiającego go plecaka ze spadochronem, ignorując ciepłą falę bólu rozlewającą się po ramieniu. Kolejne szarpnięcie, i osłabiony brezent puścił wreszcie, Patrick poleciał bezwładnie metr w kierunku dziobu samolotu obijając się po drodze o ławki i pogubiony ekwipunek. Wpadł na leżącego na ziemi marine. Zmasakrowana twarz i tchawica, przerażone i rozbiegane oczy, nie mogące się skupić na jednym punkcie. Krwawe bańki pojawiające się raz po raz w kąciku ust i słyszalne rzężenie pomimo ryku silników i huraganowego wiatru. Może dlatego że twarz Boona jest o kilka centymetrów od przerażonego i umierającego człowieka. Nie wiedział ile wpatrywał się w jego oczy. Strach i ból, ból i strach... Zorientował się, że marine kurczowo zaciskał ręce na jego mundurze, kiedy ktoś szarpnął go za bety do góry i wrzasnął coś wskazując na rozpruty tył samolotu. Karabin i pas z ładownicami przy sobie, dalej tulony w ojcowskim uścisku. Po nożowej rozprawie ze spadochronem zgubił gdzieś plecak z cięższym sprzętem. Dwie kostki trotylu, zapalniki, nożyce do cięcia drutu, apteczka poszła w cholerę. O biodra obijał mu się jedynie chlebak z racjami żywności, manierką i paczką nabojów do pistoletu.

Jako jeden z ostatnich wypadł z rozbitego wraku. Dostali z pelotki? Pewnie dość spory kaliber, w każdym razie gooks zaraz tu będą. Odwinął z białego spadochronowego płótna karabin, który w ten sposób starał się zabezpieczyć przed uszkodzeniem, po czym sprawdził lunetę, zamek i spust. Przeładował broń, trzaskając ryglem, nie zwracając większej uwagi na ryczącego kapitana. Jego uspokajać i ponaglać nie było trzeba, pozbierał się dość szybko. Rozglądnął się uważnie szukając wyżej położonego stanowiska, rozmasowując bolący bark. Samolot przewalił się z hukiem w przepaść, tak więc z uratowania reszty sprzętu nici. Jak rąbną baki z paliwem, to żółtki będą miały oświetloną drogę do nich jak na Broadwayu. Ślad ścinanych skrzydłami palm też ciężko nie zauważyć. Najwyższa pora stąd spierdalać, gdziekolwiek to „tutaj” jest.
 
Harard jest offline  
Stary 28-03-2012, 17:16   #8
Cas
 
Cas's Avatar
 
Reputacja: 17 Cas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodze
Pierwsze turbulencje wywołały u niego nagłą potrzebę sprawdzenia ekwipunku. Plecak pełen medykamentów, racji żywnościowych i kilku mniej przydatnych akcesoriów. Przy pasku kabura z Coltem M-1911A1 i dwa dodatkowe magazynki. Na koniec poruszył nieco lewą stopą, by wyczuć umieszczony w okolicach kostki nóż bojowy. Wiedział jak zatroszczyć się o swój ekwipunek. Jak ułożyć w plecaku rzeczy tak, by nie tylko szczelnie zagospodarować każdą wolną przestrzeń, ale również by możliwie łatwo dostać się do którejkolwiek z nich. Rozmyślania pozwoliły mu na moment zapomnieć o narastającym niepokoju wśród żołnierzy.

Niestety tej chwili nie przeznaczone było trwać zbyt długo ...

W przeciągu sekund po wstrząsie uderzyła w niego fala powietrza, która z przeraźliwym wrzaskiem wdarła się do wnętrza samolotu. Była silna, przerażająco silna. Jacob instynktownie zamknął oczy, a kiedy jego powieki ponownie się uniosły. Mógłby przyrzec, że widzi samego siebie. Zupełnie jakby siła wiatru wyrwała jego duszę z wnętrza ciała.

Wtedy poczuł przerażający ból i niewielką linię kojącego ciepła wędrującą od głowy, przez szyję, ku plecom. Nawet hełm nie był w stanie zapewnić wystarczającej ochrony w tych okolicznościach. Oślepiło go jaskrawe światło i wszystko zdawało się poruszać jakby w zwolnionym tempie. Efekty mocnego uderzenia w potylicę - tyle wiedział jako medyk, ale cała ta wiedza zabłądziła w labiryncie ogarniętej przerażeniem świadomości. W tej chwili nie był lekarzem, jedynie pyłem pośród bezkresu chaosu. Boleśnie bezsilnym, zdany na łaskę potęg ślepych na życie, które w swej furii postanowiły rozerwać na strzępy.

Kolejny wstrząs i dopiero wtedy zaczął pojmować co tak naprawdę dzieje się wokół niego. Nie miał pojęcia jak długo spadali, czy w ogóle przestali spadać. Wiedział tylko, że musi wreszcie się ocknąć. Zacząć robić to co należało do jego obowiązków - ratować życia.

Poderwał się ze swojego miejsca niemal w tym samym momencie, kiedy kapitan Sanders wywrzeszczał swoją kwestię. Chwilę potem szybko założył swój plecak i już miał pędem ruszyć do „wyjścia”, kiedy usłyszał przeciągły jęk. Obrócił głowę i dostrzegł Roddy’ego Barnesa, który zajmował miejsce tuż obok niego. Instynktownie złapał go za rękę i zaczął ciągnąć za sobą.

Pokonanie kilku kolejnych metrów zdawało się trwać wieczność. Każdy jeden krok, który pozwalał mu znaleźć się bliżej wyrwy w ogonie samolotu, wiązał się z tak wielkim wysiłkiem, że w połowie drogi Jacob zwyczajnie zwątpił. W akcie desperacji obrócił jeszcze głowę i poczuł jak jego serce zaczyna bić coraz szybciej.

Właśnie wtedy uświadomił sobie bowiem, że ciągnie za sobą nie kolegę z oddziału, a jego zwłoki. Nie potrzebował zbyt długo się rozglądać, by dostrzec kolejne. Nie rozpoznał twarzy, po prawdzie nawet nie próbował. W jego głowie zakotłowało. Pozostali ratowali swoje życie opuszczając wrak pełen trupów. Ten sam wrak, po którego pokładzie on nadal stąpał. Przez chwilę zaczął się zastanawiać, czy to on próbował wyciągnąć za sobą kolegę. Czy też to jego martwe zwłoki, postanowiły wciągnąć go ze sobą w odmęty piekła.

Jego plecy przeszły ciarki i odskoczył od Barnesa jak poparzony. Nie obrócił się kolejny raz. Zamiast tego parł przed siebie, tak szybko jak tylko mógł i wykorzystując wszystkie siły, które mu pozostały. Nawet kiedy wreszcie wyrwał się ze stalowej trumny i poczuł pod swoimi stopami stabilny grunt, chciał po prostu biec ...

... i pewnie tak też by zrobił, gdyby nie potknął się i runął na ziemię. Potrzebował chwili, by pozbierać się do kupy. Dopiero kiedy mu się udało, stanął na równe nogi.
 

Ostatnio edytowane przez Cas : 28-03-2012 o 17:30.
Cas jest offline  
Stary 28-03-2012, 20:01   #9
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Siedziała skulona w zaciemnionym kącie, z czołem opartym o zimną ścianę kadłuba i podważała paznokciem łuszczące się płaty rdzy. Mamrotała pod nosem ochrypłym wysuszonym głosem.

Przez tropiki, przez pustynię, toczył zając wielką dynię...


I wtedy rozległ się pierwszy krzyk. A po nim następny i jeszcze jeden aż urosły w upiorną śmiertelną kakofonię. Skuliła się jeszcze gorliwiej. Jej kręgosłup wygiął się groteskowo a głowa niemal całkiem schowała się w kościstych ramionach co sprawiło, że pośród tańczących półcieni jej sylwetka przypominała przyczajonego na starym zamczysku gargulca.


Toczył, toczył dynie w dół, pękła dynia mu na pół.


Oczy błyszczały gorączkowo, strach telepał ciałem jak przepływający pod skórą bolesną pieszczotą prąd.


Pestki z niej się wysypały, więc je zbierał przez dzień cały...


Sally zignorowała harmider i przylgnęła ciaśniej do ściany. Palce zanurzyła w strąkach włosów i przycisnęła z całych sił do uszu aby wytłumić hałas. Zdrowa powieka zacisnęła się a ta druga, spuchnięta i okolona brunatną pręgą, dla kontrastu nawet nie drgnęła.


Raz, dwa, trzy, ile pestek zbierzesz Ty.


Tłum zakołysał się drapieżnie jak zrośnięta z sobą organiczna materia. Przez chwilę chmara to rozrastała się to kurczyła i zmieniała objętość jakby nie mogła się zdecydować w jaki oblec się kształt. Aż wreszcie naparła na strażników niczym wygłodzona bestia gotowa kąsać, drapać i szarpać pazurami.


Przez tropiki, przez pustynię, toczył zając wielką dynię...


Sally odwróciła wzrok od ociekającej krwią podłogi. Palec wrócił do przerwanego zajęcia i z namaszczeniem zeskubywał kolejne warstwy rdzy.


Toczył, toczył dynie w dół, pękła dynia mu na pół...


* * *

Drgnęła dopiero wtedy kiedy czyjeś palce zacisnęły się na jej ramieniu.

- No rusz się! - ktoś podniósł ją do pionu za strzępy ubrań tak jakby była bezradnym nowo narodzonym kocięciem. - Uciekaj!
Odtrąciła dłoń a jej nic nie pojmujące oczy ześlizgnęły się z ładnej twarzy kobiety aż po jej stopy obute w podniszczone ale nadal eleganckie pantofle. Oczy Sally zwęziły się zazdrośnie. W tej jednej chwili nie mogła myśleć o niczym innym jak tylko o tych cholernych butach. Przeniosła wzrok na swoje bose pokryte strupami i brudem stopy.
Kobieta objęła ją w pół przyjmując na siebie większą część ciężaru jej ciała i zmusiła by spolegliwie powłóczyła nogami. Sally była słaba jak niemowlę i nie mogła choćby zaprotestować. Słaniała się z nóg a co gorsza nie była wcale pewna czy chce się stąd wydostać.
Woda sączyła się z roztrzaskanego kadłuba i stopniowo zalewała ładownię. Wstęgi wijące się na powierzchni wody wydawały się hipnotyzujące i wabiły swoim spokojem. Rozważała nawet czy nie oddać się w ich kojące objęcia ale kobieta uparcie ciągnęła ją z sobą.

Czy ty w ogóle chcesz żyć Sally Dean? Życie oznacza strach. Strach oznacza ból. Ból oznacza szaleństwo. A szaleństwo jest gorsze niż śmierć. Nie masz dość?


* * *

A później była już ciemność i przeraźliwy, sięgający szpiku kości ziąb. Ocean, zdradliwy mistrz marionetek szarpał za wszystkie sznurki jednocześnie a ona podrygiwała jak kukła w rytm jego podwodnej melodii. Ciężkie warstwy wody naciskały zajadle jakby za punkt honoru wzięły sobie zmiażdżenie jej na krwawą miazgę. Kiedy głowa na moment wynurzała się z kipieli aby zaczerpnąć błogosławionego tchu to fale raz za razem nakrywały ją wściekle i miarowo, wciągały głęboko w ciemny odmęt. W myślach zaczęła się modlić. I kiedy już czuła jak opuszcza ją życie, jak ostatnie bąbelki suną ku górze wdzięcznym korowodem a ciało tężeje i przestaje się szarpać... wtedy ktoś złapał jej dłoń i pociągnął zdecydowanie. Dałaby głowę sobie uciąć, że jej wybawiciela otaczała świetlista aura. Jakby sam anioł pofatygował się w ten kawałek piekła by wyrwać ją ze szponów śmierci. Wtedy, tam pod wodą, gorące łzy zapiekły ją pod powiekami.

* * *

Oddech świszczał, zęby dzwoniły z zimna.
Widziała blaknące gwiazdy i zarys palmowych koron falujących na wietrze. Wietrze pachnącym ułudną wolnością.
Ciało Sally skręciło się w nieoczekiwanym spazmie a z ust chlusnęła słona woda. Nie miała siły się podnieść.
- Pour les tropiques, le désert, se sont battus une citrouille lièvre grande...
 
liliel jest offline  
Stary 28-03-2012, 20:53   #10
 
Viviaen's Avatar
 
Reputacja: 248 Viviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie coś
Nie pamiętała, jak długo to trwało.

Wyłączyła się, gdy eskorta żołnierzy wyprowadzała je z budynku. Zdrajczynie. Wszystkie miały świadomość ostateczności własnego losu, choć spodziewały się raczej natychmiastowej egzekucji. I zapewne gdyby miały wybór, wybrałyby kulkę w tył głowy.

Zamiast tego zgotowano im piekło.

Traktując gorzej, niż bydło, zawlekli do ciężarówki, skuli ze sobą i zawieźli do portu. Podróż trwała zaledwie kilka godzin, choć dla znajdujących się na pace kobiet czas stanął w miejscu. Sakamae rozejrzała się tylko raz. Nie chciała więcej oglądać tego strachu w oczach. Zwierzęcej paniki, przechodzącej ludzkie wyobrażenie.

Pamiętała jeszcze bagnety, w których odbijały się promienie słońca. Tak samo, jak odbijały się też na powierzchni wody w zatoce, w której cumował statek, mający je zabrać do miejsca przeznaczenia. Te błyski będą ją prześladowały do końca życia...

***

Ocknęła się z kolejnej drzemki. A może to tylko sen na jawie? Nie wiedziała - ale nie obchodziło ją to, ile dni już tak płynęli. W ścisku, smrodzie, strachu... Od ilu dni nie miała nic w ustach, bo nie chciało jej się pchać po jedzenie. Czasem któraś z dawnych koleżanek dzieliła się z nią, nawet nie wiedziała czym. Ważne, że na chwilę oszukiwało żołądek. Próbowała się zagłodzić, ale nie potrafiła się zmusić do odebrania sobie życia.

Oczywiście, słyszała plotki. Wyspa śmierci. Eksperymenty na ludziach.
Tak, mogłaby w to uwierzyć. Gdyby nie było jej wszystko jedno. Kiedy wpadli w sztorm, znalazła sobie bezpieczną wnękę z tyłu ładowni. Czekała, aż przestanie rzucać okrętem i będzie mogła w końcu rozluźnić palce, kurczowo zaciśnięte na jakimś wystającym elemencie. Kiedy w coś uderzyli, poczuła to całym ciałem. Czuła, jak razem z poszyciem statku rozdziera się zasłona otulająca jej umysł. Emocje zalały nagle obudzoną świadomość z siłą wody, wdzierającej się przez wyrwę do wnętrza okrętu. Tego okrętu, w którym właśnie się znajdowała.

Japonka rozejrzała się i dostrzegła nieopodal młodą kobietę, która najwyraźniej dostała jakiegoś ataku. Nie mogła do niej dotrzeć, choć się starała. Słyszała krzyki, gdzieś z przodu ładowni, po chwili do jej stóp spłynął po podłodze strumyczek krwi. Próbowała krzyknąć, ale zaschnięte gardło nie pozwoliło na wydanie najmniejszego dźwięku. Dopiero teraz poczuła, że ledwo stoi na nogach. Mimo to, rzuciła się do wyjścia. Poczuła, że chwytają ją jakieś ręce, ale je odepchnęła. Bała się, że ją zatrzymają, zawrócą... Przewróciła się i boleśnie stłukła kolano, zdarła skórę z dłoni. Podniosła się chwiejnie i ruszyła naprzód. Czyjeś ręce znów ją chwyciły, pociągnęły za sobą. Tym razem kurczowo się ich chwyciła, choć zdrętwiałe palce niemal nie miały czucia. Wokół ludzie w panice się tratowali, usiłując jak najszybciej dostać się na pokład. Jak zwierzęta...

Smak słonej wody w ustach był ostatnią rzeczą, jaką zapamiętała. I zimno. Było jej tak potwornie zimno...

Podtrzymujące ją ręce nagle znikły. Ich właściciela zmiotła z pokładu ogromna fala. Kolejnej nawet nie zauważyła. Poczuła tylko, jak ciśnienie wyciska jej powietrze z płuc. Desperacko próbowała wydostać się na powierzchnię, złapać oddech, pociemniało jej w oczach. Sztorm miotał nią jak kukiełką, podobnie, jak innymi rozbitkami. Zanim straciła przytomność, zdążyła jeszcze pomyśleć o bezsensie takiej śmierci.

***

A jednak nie umarła.

Sakamae ocknęła się, czując, że coś ją przygniata. Fale wyrzuciły ją na brzeg jakiejś wyspy razem z kilkoma innymi jeńcami - któryś z nich leżał właśnie na niej... Minęło sporo czasu, nim zdołała się wygrzebać spod bezwładnego ciała i opaść obok, ciężko łapiąc powietrze. Wystarczył jeden rzut oka by się przekonać, że ten mężczyzna miał mniej (albo więcej) szczęścia, niż ona. Był martwy.

Gdzieś z boku ktoś jęknął, próbował się podnieść. Z wysiłkiem spojrzała w tamtą stronę.

- Co to za miejsce...?

Na to pytanie nie znała odpowiedzi..
 
__________________
Jeśli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?
Albert Einstein

Ostatnio edytowane przez Viviaen : 28-03-2012 o 20:55.
Viviaen jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166