Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-01-2016, 15:21   #1
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10562 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
SPŁYW [horror 18+]

PROLOG

Bart Calgary był doświadczonym przewodnikiem wycieczek i organizatorem spływów w górnej części rzeki Colorado. Ten były żołnierz sił specjalnych, doświadczony weteran i doskonały instruktor nie miał sobie równych w Górach Skalistych a jego sława sięgała dużo, dużo dalej. Przy tym Bart był niesamowicie przyjacielski, serdeczny – jednym słowem, bratania dusza.

Kiedy więc przyszły wieści, że kajak Barta znaleziono w okolicach Raccon Falls bez właściciela, a żadne poszukiwania Calgarye’go nie przyniosły żadnych rezultatów, środowisko kajakarzy, paralotniarzy, survivalowców, grotołazów i amatorów górskich wspinaczek zaangażowało się w poszukiwania zaginionego mężczyzny. Służby mundurowe, ekipy specjalistów i rzesze zorganizowanych w grupy amatorów przeczesały wszelkie prawdopodobne i nieprawdopodobne szlaki, które mógł wybrać Bart. Szukano tydzień, dwa, miesiąc ale potem stracono nadzieję i zaprzestano poszukiwań.

Nadeszła zima, potem wiosna i lato a wraz z nim kolejny sezon, tym razem bez Barta i tej jego dobrodusznej, serdecznej osobowości. Życie jednak toczyło się dalej, podobnie jak spienione wody rzek, którymi spławiali się poszukujący mocnych wrażeń kajakarze, pontoniarze, miłośnicy ekstremalnych wrażeń.

Zorganizowane grupy ruszały na górskie rzeki na mniej lub bardziej niebezpieczne odcinki. Przewodnicy i opiekunowie kasowali wysokie stawki za swoje usługi, a w Góry Skaliste przybywali zarówno amatorzy, jak i zawodowcy. Nikt jednak nie odważył się zapuścić w okolice Raccon Falls.

Zagadka zaginięcia Barta Calgaryego była bliżej wyjaśnienia, niż kiedykolwiek komuś się wydawało, kiedy grupa kajakarzy ekstremalnych pod przewodnictwem Johna Wellexa, doświadczonego specjalisty, wybierała się pokonać siedmiodniowy szlak rzeczny w Górach Skalistych zwany Szlakiem Potrzaskanych Łodzi lub bardziej dosadnie Szlakiem Pojebańców.

Spływ zaczynał się 20 lipca i trwał do 27 lipca, kiedy żądni mocnych wrażeń ludzie docierali do miasta docelowego Idaho Falls.

Wycieczka nie była tania, ale też ludzie którzy się na nią wybierali, wiedzieli że wysoki koszt to doskonałej jakości usługa. A w tym przypadku najlepszym, co mogli dostać, miała być adrenalina, zmęczenie i tydzień zmagań się z dziką przyrodą i swoim własnym charakterem… Potrzebowali silnych doznań, lecz nawet w najgorszych koszmarach nie mogli przypuszczać co szykuje im okrutny los i jak trudną i krwawą walkę o przeżycie przyjdzie im stoczyć…

* * *


Huk narastał, przecinał powietrze, rozdzierał ciszę nad górami i lasem. John Wellex zmrużył oczy osłaniając je ręką przed słońcem.

- Twoi klienci? – zapytała Maria Evengreen, opiekunka paralotniarzy. – Kto tym razem się trafił? Pewnie sami bogacze, co, cwaniaku?

- Biedni nie są, to fakt – odpowiedział John obserwując zbliżającą się sylwetkę śmigłowca wojskowego przerobionego na transporter dla turystów.

Tydzień spływu kosztował ich równo po dziewięć tysięcy dolarów od łebka. W zamian – tyle wrażeń, ile dusza zapragnie.

- Gdzie ich bierzesz, Mount?

- Płacili za Szlak Pojebańców – Wellex musiał już przekrzykiwać ryk rotorów odbity echem nad doliną. Śmigłowiec podchodził do lądowania – brawurowo i sprawnie, znak że za sterami siedział Bob „Crazy” Cracker – szalony geniusz zwolniony z armii USA za „niesubordynację i problemy z dyscypliną”.

- Czyli uważają się za twardzieli – zaśmiała się Maria.

- Pewnie większość to tylko aroganckie dupki ze szmalem – John spojrzał na paralotni arkę. – Dostaną w pizdę tak, że zapamiętają do końca życia.

- Słownictwo, Wellex – skrzywiła się Evengreen.

- W łóżku nie narzekasz, jak używam takich słów.

Odpowiedź kobiety zagłuszył śmigłowiec, który osiadł na lądowisku.

* * *

Turystów była dziewiątka. Siedmiu facetów i dwie laski. Wszyscy wyglądali na wysportowanych. No prawie wszyscy. I twardych. Prawie każdy.

John powitał ich zaraz po wylądowaniu, ledwie zdążyli opuścić pokład.

- Cześć – powiedział po prostu. – Jestem John Wellex, ale ludzie wołają na mnie Mount. Też możecie tak wołać. Jesteśmy w Echo Base. To początek naszego spływu. Dzisiaj zajmiemy się przygotowaniami sprzętu – musicie się z nim zaprzyjaźnić. Korzystamy z dwuosobowych kajaków górskich. To doskonały sprzęt w swojej klasie. Wytrzyma najgorsze rzeki. Lekkie, zwrotne, a przy tym zajebiście stabilne. Dadzą radę spłynąć Szlakiem Połamanych Wioseł. O ile nie popełnicie błędu. Bo Kolorado nie wybacza błędów.

Wskazał im ręką, by szli za nim. W stronę eleganckiego ośrodka tuż przy brzegach jeziora.

Idąc, Mount mówił dalej.

- Kiedy zaczniemy spływ nikt nie ściąga ani kamizelki, ani kasku ochronnego. Nigdy. Pod żadnym pozorem. To zasada numer jeden. Zasada numer dwa, żadnej rywalizacji, kiedy nie powiem, ze można. Chcę by dwójki w kajakach stanowiły zgrane pary. Zasada numer trzy, słuchacie się mnie i tylko mnie. Nim wyruszycie, podpiszecie oświadczenia o tym, ze znacie ryzyko, ze macie wykupione odpowiednie polisy i że akceptujecie regulamin i zobowiązujecie się go przestrzegać. Jasne?

Minęli linię drzew i zobaczyli piękne, górskie jezioro rozciągające się aż po linię postrzępionych skał.

- Dzisiaj po pracy zjemy solidną kolację przy ognisku, napijemy się czegoś mocniejszego, ale uważajcie z ilością wypitego alkoholu, poznamy bliżej, a jutro na szlak. W obozie są paralotniarze i wspinaczkowy, więc można się zintegrować także z nimi. Niektóre panienki naprawdę lubią szczyty – mrugnął porozumiewawczo w stronę mężczyzn.

W końcu zatrzymał się pod jednym z domostw.

- Dobra. Wybierzcie sobie pokoje, to dwójki, jak w łodziach. O trzeciej, czyli za godzinę, spotykamy się tam – wskazał dłonią przystań. – Czeka na nas praca i pakowanie kajaków. Tak do szóstej. Potem kolacja i impreza. Jeszcze tylko formalności.

Wręczył każdemu po teczce z dokumentami do wypełnienia – oświadczeniami, regulaminem i innymi proceduralnymi bzdurami, o których wspomniał na samym początku.

- Wstajemy o piątej rano – przypomniał. – Ruszamy na wodę o siódmej.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 17-01-2016 o 21:20.
Armiel jest offline  
Stary 17-01-2016, 23:49   #2
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 22492 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Frank Jackson - małomówny optymista.


Gdy usiadł w swoim siedzeniu a maszyna zwiększyła obroty i mocny, wojskowy silnik uniósł ja ku górze Fran wreszcie poczuł, że zmartwienia dni codziennych zostają gdzieś tam własnie na tym lądowisku. Wreszcie doczekał się tych wymarzonych wakacji i wypuści się z tego miejskiego molocha i swojej przegródki w biurze na świeże powietrze. Szkoda, że nie dało się zabrać roweru. Ale właściwie na rajdzie rowerowym był w zeszłym roku więc na ten, ten spływ wydawał się całkiem pociągającą perspektywą.

Ekscytacja ekscytacją ale przez ponad półgodziny lotu w dudniącej maszynie nieco wyhamowało jego entuzjazm. Naoglądał się współpasażerów tyle samo co widoków za oknem. Gadać się sensownie nie dało. Choć to nawet lepiej. Cyknął parę fotek za oknem ale zgadywał, że wyjdą pewnie zamazane. Ale miał oko i rekę. Jak wróci dobierze odpowiednio fotki, i takie zamazane, znikające w dole lądowisko będzie świetne na otwarcie fotorelacji z tego urlopu.

- Ja jestem Frank. - przedstawił się młodo wyglądający, szczupły mężczyzna w nijakiej czapce gdy ich przewodnik skończył wstepną odprawę. Wziął od niego teczkę z dokumentami do podpisania i rozejrzał się po reszcie swojej kajakarskiej grupki czekając na ich reakcję. Spojrzenie miał bystre choć nie rozbiegane w wodoodpornej kurtce i spodniach - szturmówach nie wyróżniał się od większości turystów których stać było na przybycie w to miejsce. Wiek miał "młody" czyli pewnie gdzieś koło trzydziestki z kilkuletnim marginesem błędu w obie strony.


---



Po pierwszym spotkaniu zaniósł otrzymaną teczkę wraz ze swoimi rzeczami do narożnego pokoju na końcu korytarza. Chawira wyglądała całkiem jak w prospektach i to mu się podobało. Malownicza i faktycznie ładna kreska tradycyjnej archietkury wtopiona płynnie w teren bez zbędnych, sztucznych udziwnień i krzykliwości. Akurat jak na pocztówkę albo kalendarz.

W pokoju póki był sam zajął łóżko rzucając na nie teczkę i plecak. Chwilę zastanawiał się co dalej robić. Ostatecznie nie było sensu się zbytnio rozpakowywać jeśli zaraz trzeba było dobrac "służbowy" sprzęt i przygotować łodzie. Postanowił zostawić swoje graty i zobaczyć naocznie i naręcznie jak ten służbowy sprzet wygląda i jak to połączyć potem ze swoim. Ruszył więc i podpytując się to tu to tam dotarł do magazynu i łodzi.

- Mogę zobaczyć jak się tutaj tym pływa? - spytał obsługanta wskazując na jedną z łodzi. Do tej trzeciej miał jeszcze całkiem sporo czasu. Pływał już czyms takim ale jednak co się karnąć nową zabawką to się karnąć. Zakładał, że Sajgon na rzece nie zaczyna się o metr czy dwa od mola więc miałby szansę poszuflować sobie na spokojnie dla relaksu. No i pocykac fotki. Te góry też wyglądało kozacko. A jakby wypłynął na jezioro mógłby porobić fotki ośrodka. Z godzina czy dwie powinna mu starczyć na taka wycieczkę. I tak miałby jeszcze cały dzień na przepakowanie się do kajaka.


---



Do południa sprawdził co się dzieje w pokoju, złaził ośrodek i okolice a potem polazł na lunch i trzeba było się wziąc za te pakowanie łodzi. Był ciekaw jak sobie poradzi z tym reszta i jak podejdzie do sprawy. Uznał, że sam powinien sobie poradzić z tym całym pakowaniem ale nie zależało mu by się jakos wybijać. Jak skończył spytał Mount'a czy może być. Właściwie mógł komuś pomóc jakby się wydał sympatyczny czy czna ale nie zamierzał robić z siebie naiwnego durnia. Była dobra okazja by zoriencić się kto jest kim. Sam nie ukrywał, że tego typu wyprawy lubi ale stać go najwyżej raz do roku by sobie fundnąć taką imprezę a właściwie to pierwszy raz wybulił tyle kasy na jednorazowy wypad. Bo na co dzień obrabia dźwięk i oobraz w bostońskiej telewizji.


---



Akurat robiło się ciemno gdy zgłodniał i wrócił na tą kolację. Zaczynała się też wspomniana impreza integracyjna. Z twarzy już rozpoznawał ludzi ze swojej grupy. Zastanawiał się jak to jutro wyjdzie i kto mu się trafi do pary. Nie znał ich więc nie miał pojęcia czego się spodziewać. Do machania wiosłami przydałby się ktoś silny choć już wiedział z doświadczenia, że jednak przy dłuższej bytności lepiej być z kimś niekonfliktowym nie nie narwanym a z tymi mięśniakami to różnie bywało. Niby fajnie by się sparować z jakąś laską no ale to też niczego nie gwarantowało. Się trafiłaby jakaś lambadziara, gwiazdeczka czy panikara miałby więcej kłopotu niżpozytku. ~ Trudno, co będzie to będzie... Rranyy... Piąta rano... Zgłupieli? Co szkodzi ruszyć o ósmej czy dziewiątej? ~ dumał trochę markotnie. Nastawił sobie budzik w telefonie ale nie lubił tak wcześnie wstawać. Wcześniej niż do roboty.

Ale przynajmniej niebo było ładne i bezchmurne. Machnął pare fotek tak samo jak ludziom i budynkom tu czy tam. Wątpił by mu ta integracja się udała więc nie napalał się zbytnio ani na alk ani na towarzystwo innych. Pogadał trochę z jakimś Alem czy Alanem z paralotniarzy. Nawet się wkręcił trochę w rozmowę bo kto wie. Może w nastepnym roku własnie spróbowałby czegoś w ten deseń.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline  
Stary 18-01-2016, 12:05   #3
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
Mega się cieszył na ten spływ - tydzień ekstremalnych wrażeń dostarczonych przez naturę to było to, na co czekał od dawna. Inni pewnie wykorzystaliby urlop na siedzenie z piwem przed telewizorem i byczenie się całymi dniami, ale nie on. Lubił aktywne życie oraz nowe wyzwania i zawsze czekał, aż będzie mógł się wyrwać na kolejny kemp, który stale uczył go czegoś nowego. Liczył, że tak będzie i tym razem. Nim do miejsca docelowego zabrał ich śmigłowiec, przedstawił się krótko towarzyszom siedmiodniowej (nie)doli, witając z nimi uściskiem dłoni. Ojciec w zamierzchłych czasach wielokrotnie powtarzał, że po tym, jak ktoś podaje ci grabę możesz poznać, jaki ma charakter. Zdecydowanie coś w tym było. Ekipa wyglądała zróżnicowanie, a Connor zastanawiał się, jak poradzą sobie z wyprawą dwie kobiety, które się z nimi zabrały.

Nietrudno było dostrzec, żę Mayfield posiadał powierzchowność typa z ciemnej alejki - ostrzyżony niemal przy skórze, wysoki, szczupły i z charakterystyczną, surową gębą. Sam nigdy jednak nie oceniał ludzi po wyglądzie i zawsze wychodził z założenia, że mężczyzna nie musi być ładny, po prostu ma mieć w sobie to "coś". I najwidoczniej Connor miał to w sobie, skoro Shelby się z nim związała i trwała przy nim, pomimo jego napiętego trybu życia. Miał przy sobie spory, nieprzemakalny plecak wojskowy, w który zapakował, co się dało, a reszta sprzętu dyndała na parakordzie przyczepionym tu i ówdzie do pasów i klamer Wisporta. W podróż do ośrodka założył krótkie spodenki-bojówki w kolorze khaki oraz charakterystyczny, obcisły t-shirt, który zdradzał, iż prowadzi zdrowy i aktywny tryb życia. Bicepsy i tricepsy były dobrze zarysowane nawet bez napinania, tak samo, jak i klatka piersiowa. Ubioru dopełniały solidne, wysokie buty, które niejedno już przeszły i mężczyzna mógł na nich polegać.

Gdy w końcu wylądowali, przywitał ich niejaki John Wellex, na którego mieli mówić Mount. Gość był pewny siebie i wyglądał na profesjonalistę, co cieszyło Connora, w końcu nie po to wydał tyle kasy, by zdobywać Szlak Pojebańców z amatorem w roli przewodnika. Facet przedstawił garść zasad, których trzeba było przestrzegać, a Mayfield oprócz słuchania podziwiał też krajobrazy - jezioro i drewniano-murowany ośrodek zrobiły na nim świetne wrażenie. W ogóle cała okolica prezentowała się fantastycznie. Ciepły, delikatny wiatr, świeże powietrze, szum drzew i krystalicznie czysta woda - już same widoki ładowały baterie, a to był dopiero początek. W końcu odebrał od Mounta teczkę z dokumentami do wypełnienia, po czym ruszył do domku i wybrał pierwszy pokój z brzegu; nie miało to dla niego większego znaczenia, choć musiał przyznać, że pomieszczenie prezentowało się całkiem przyjemnie.


- Jakby ktoś potrzebował, drugie łóżko jest do dyspozycji. - Uśmiechnął się lekko do nowych znajomych, po czym wszedł do pokoju. Drzwi zostawił otwarte, by towarzysze wiedzieli, że mogą się u niego zatrzymać. Ich wybór.
Nie zamierzał na siłę szukać kogoś do pary, gdyż wiedział, że i tak wszystko wyjdzie w praniu, a jeśli nie sparuje się z nikim na poziomie pokoju, to z pewnością jutro przed wyruszeniem na szlak.
Zrzucił plecak z grzbietu i oparł go o szafkę nocną, zajmując łóżko pod oknem. Usiadł na dość miękkim materacu, opierając się plecami o wezgłowie, a następnie wyciągnął smartfona i zadzwonił do Shelby, informując ukochaną, że dotarł na miejsce i wszystko jest okay. Zasięg był słaby, ale udało im się pogadać niecały kwadrans, a gdy tylko dziewczyna się rozłączyła, zabrał się za wypełnianie papierów otrzymanych od Mounta. Na szczęście ktoś mądry dorzucił do teczki długopis, bo inaczej musiałby latać po całym ośrodku i się dopytywać o coś do pisania.


Przed trzecią ktoś po nich przyszedł i zostali zaprowadzeni na przystań, gdzie przechowywano kajaki. Był tam i John Wellex, który najpierw wytłumaczył im, jakim sprzętem przyjdzie im pokonywać wyznaczony szlak, a następnie zabrali się za jego przegląd, testowanie i pakowanie. Całość wyglądała naprawdę solidnie i widać było, że kajaki są wysokiej jakości. Ta praca to była w zasadzie przyjemność dla Connora, w końcu jeśli robisz coś, co lubisz, to tak naprawdę nie pracujesz. No i po raz kolejny przekonywał się, że kasa została dobrze wydana - co prawda wcześniej bywał już na podobnych spływach (tyle, że dużo tańszych!), ale czuł w kościach, że ten będzie wyjątkowy. Kończył robotę z gościem o nazwisku Barker, z którym naprawdę spoko mu się współpracowało.
- Wyglądasz na kumatego w tych sprawach, a jak jeszcze nie masz pary do kajaka, to możemy pływać razem - powiedział, przyglądając mu się i czekając na reakcję. - Przynajmniej szukanie drugiego do spływu będziemy mieć z głowy.

I chociaż w ekipie były dwie dziewczyny, to wolał pływać z facetem, gdyż wiedział, że Shelby by się to nie spodobało. Zresztą, jemu też by się nie spodobało, gdyby ona na podobnym obozie była w parze z jakimś obcym facetem. Pewnych rzeczy się po prostu nie robiło, nawet jeśli miało to być jedynie na stopie koleżeńskiej. Niejeden związek padał od takich "nic nie znaczących" głupot i przypadkowych znajomości. O szóstej zaczęło się ognisko i podawano kolację, co Mayfield przyjął z zadowoleniem, gdyż od lekkiego lunchu o pierwszej nic nie jadł. Mógł sobie pozwolić na wyższą kaloryczność przed pójściem do łóżka, gdyż wiedział, że przez kolejne dni wszystko odpowiednio "spali", mimo to z dostępnego jedzenia postanowił poskładać w miarę naturalny posiłek i wyszło mu chyba całkiem nieźle.


Było smacznie, kalorycznie i zdrowo. Zajadając się dziczyzną, mógł nieco bardziej przyjrzeć się kompanom, choć daleki był od wyciągania jakichkolwiek wniosków. Nie znali się, ale wiedział, że ta wyprawa pokaże, kto jest kim, w końcu było takie powiedzenie "chcesz poznać człowieka, to zabierz go w góry". Natura i pewne sytuacje odsłaniały wszystkie karty, jeśli chodziło o ludzką psychikę, doskonale to wiedział jako strażak. Czas mijał szybko i nim się obejrzeli, nadszedł czas imprezy integracyjnej. Connor miał jednak inne plany na ten wieczór, zatem gdy tylko dochodziła dziewiąta, zaanonsował.

- Dla mnie dzień się właśnie skończył. Bawcie się dobrze i nie przesadźcie z alkoholem. Do jutra! - rzucił wesoło, unosząc butelkę z wodą mineralną, którą zgarnął ze stołu.
Może i miał wygląd chama, ale chamem nie był, zatem pożegnał się z towarzyszami i ruszył do swojej kwatery.
Wcześniej zlokalizował łazienkę na korytarzu, wziął szybki prysznic i położył się przed dziesiątą. Nigdy nie był typem imprezowicza, a zdrowy tryb życia, który prowadził, zobowiązywał do czegoś. Poza tym z rana trzeba wcześnie wstać, a on chciał być wypoczęty i w formie. Nastawił zegarek na czwartą trzydzieści, a na słuchawki wrzucił jakąś muzykę relaksacyjną ze smartfona i schował go pod poduszkę. To tak na wypadek, gdyby trafił mu się chrapiący współlokator. Zgasił lampkę i ułożył się wygodnie. To był intensywny dzień, jednak dopiero nazajutrz miała zacząć się prawdziwa przygoda.
 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 18-01-2016, 22:48   #4
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 11262 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Post z pomocą Nami napisany :)

A więc był tu. U progu przygody. Przed sobą miał wyzwanie jakim był słynny “Szlak Pojebańców”. Bobby stał więc w szeregu śmiałków którzy rzucili wyzwanie temu szlakowi, starając się jednak nie wyróżniać w tłumie, co nie było łatwe przy jego wzroście i posturze. Cóż… Bobby Barker był duży, stąd jego ksywka "Bear" którą zresztą lubił.
Dla Barkera ten spływ był okazją do poznania nowych szlaków i odkrycia tej strony dzikiej natury, która zwykle była ukryta przed ludzkimi spojrzeniami. Dotrzeć tam gdzie nie dotarł nikt inny, czyż to nie było marzenie każdego mężczyzny?

Możliwie że już nie. Kiedyś był to jedno z marzeń obok jeszcze bogactwa i wymarzonej kobiety. Teraz do nich doszła wypasiona fura zastępując ducha przygody. A dzikich miejsc do zdobycia i zobaczenia było coraz mniej. Z każdym rokiem prawdziwe dzikie ostępy się kurczyły.
Więc ten spław był jedną z ostatnich okazji. Potem Bobby’ego czekały sprawy w Minnesocie. Kilka jezior do obejrzenia, kilka sposób do podpatrzenia. I kolejna książka do napisania. Biznes łączony z przyjemnością jest co prawda dobrym układem, ale od czasu do czasu Bobby potrzebował właśnie czegoś takiego.
Wyprawy dla samej wyprawy, a nie po to by znaleźć odpowiednie miejsca do opisania i zwierzynę tam występującą. W końcu ileż można łazić po dzikich ostępach i zamiast je podziwiać… zajmować się przynętami, wabikami, wędkami i łowiskami. Czasem trzeba od tego odpocząć.



Wysoki i ciężko zbudowany, ciemnorudy brodacz nie wyglądał na typowego turystę.Raczej na jednego z tych fanów surwiwalu… którym nie był, mimo że spędził sporo czasu w lesie. Owszem umiał sobie radzić w głuszy, ale katować się brakiem udogodnień? Nie widział w tym sensu.
Przy przedstawieniu się wydukał Barker szybko. I nie rzekł nic więcej. Nie chciał za bardzo bowiem ujawniać ze swym problemem. Lot helikopterem na szczęście ograniczył konieczność mówienia.
A po wylądowaniu, była rozmowa z Mountem. Krótkie i klarowne przemówienie. Żadnego lania wody, same zasady. Tak jak być powinno. Oczywiście problemem okazały się kajaki. Dwuosobowe.. Oznaczało to kłopoty, dla Bobby’ego… Wolałby jednoosobowe. A tak, musiał się przemóc i wykonać pierwszy ruch.
Misiowaty osobnik uczestniczący w spływie podszedł do Angelique i z trudem spytał.
- Szukkaasz kog kogoś ddo ppary na kajakku... może?
Angela spojrzała na mężczyznę z lekkim, choć wymuszonym uśmiechem. Nie przepadała za ludźmi, ale skoro ten o coś ją spytał, to odpowiedziała mu zgodnie z prawdą.
- Prawdopodobnie mój brat - tutaj wskazała głową na Bruca'a - będzie płynął w parze ze swoją dziewczyną, więc jestem wolna. Jeśli nie ustawią nas sami w innym składzie, to możemy płynąć razem. - Odparła robiąc chwilową przerwę i przyglądając się chłopakowi z wyraźną ciekawością - Jąkasz się tylko w stresie, czy na co dzień? - Spytała szczerze jakby przeprowadzała jakąś analizę. Nie było słychać w jej głosie wredoty czy złośliwości, raczej zainteresowanie i chęć pomocy.
- Wwwaada wymmowy. Od urrodzedzenia, przywwykłem. Bear jesstem... dla przyjjaciół. -wyjaśnił mężczyzna z uśmiechem. -Na immię mam Bo Bo Bobbby... wolę Bear... łattwiejsze.
Kończył robotę z gościem o nazwisku Barker, z którym naprawdę spoko mu się współpracowało.
- Wyglądasz na kumatego w tych sprawach, a jak jeszcze nie masz pary do kajaka, to możemy pływać razem - powiedział, przyglądając mu się i czekając na reakcję. - Przynajmniej szukanie drugiego do spływu będziemy mieć z głowy.
I rozejrzał się.- Ttto suuperr... wwięc.. ww razie czczego to... mmmożemy rrrazem popp.. wwolisz z przodu?
Wolała z tyłu, a Bobby’emu było wszystko jedno.
- Tto... jesteeśmy... umówwwieni. Cichy partn.. patrn.. towarzysz ci nie przeszkaaadza? Nie lubięę gaddaać.. podczas spł spł... kajaków.- wydukał na koniec Bobby wyciągając dłoń do męskiego uścisku, żeby przypieczętować umowę.
Angela uśmiechnęła się szeroko
- Nie ma problemu, też nie lubię gadać - odparła odwzajemniając uścisk dłoni. W sumie to i lepiej, że trafił jej się dukacz, nie będzie musiała słuchać słowotoku jakiegoś tępaka.
Bobby oddalił się z ulgą. Przełamał swoje kompleksy i załatwił kwestię kajaka. Wspólnym pokojem się nie martwił. Dziewczyny są dwie, więc pewnie jemu trafi się Bruce, brat Angelique, więc… będzie miał okazję się przekonać w czyje ręce oddaje bezpieczeństwo swej siostry. Biedny Bobby nie wiedział jak bardzo się myli.


Podobnie jak niektórzy uczestnicy spływu, gdy nadarzyła się okazja Bobby obejrzał sobie kajaki, którymi mieli spływać. Wolał jednak się nie odzywać i jedynie przysłuchiwał się chyłkiem rozmowom prowadzonym przez innych uczestników spływu. Nie chciał… nie był w stanie się spytać Mounta na ich temat, ani też nikogo z obsługi. Kajaki wyglądały porządnie, więc Bobby najpierw wybrał pokój, gdzie zrzucił swoje klamoty na łóżko. Czyli w sumie tylko plecak. Mieli tu spędzić noc, więc nie było co się rozkładać.
Zabrał ze sobą lornetkę i ruszył się rozejrzeć po ośrodku, głównie na jego leśne pogranicze, ciekaw jaka to ptasia fauna okupowała okoliczne drzewa. Jakoś nie czuł chęci narzucania innym swojej obecności, a zwłaszcza Angelique. Przecież nie lubiła gadatliwych.

Potem zaś miała być imprezka integracyjna. Coś istotnego w sytuacji w jakiej byli. Płynęli wszak wszyscy razem, więc powinni się lepiej poznać. I pewnie porozmawiać, co dla Beara było kłopotliwie. Z racji problemów z wymową, raczej unikał rozmawiania. Zresztą, znał się tylko na przynętach, spławikach, sprzęcie myśliwskim i zwierzynie. Nie był światowcem. Uśmiechnął się kilka razy do Angelique, ale nie miał odwagi się ani do niej odezwać, ani zbliżyć. To by było kłopotliwe.
W ogóle wolał się trzymać z boku, pić tylko odrobinę piwa i nie zwracać na siebie uwagi. Nie udało się.
- Wyglądasz na kumatego w tych sprawach, a jak jeszcze nie masz pary do kajaka, to możemy pływać razem Przynajmniej szukanie drugiego do spływu będziemy mieć z głowy.
Bobby skojarzył twarz z imieniem: Connor.
- Aaale… ja mam jużż kkogoś.. ddo parry. Napprawdę mi przyyykro.- Bobby przeprosił mężczyznę i na pocieszenie dodał.- Nnnie jeestem teeeż, aż tak kkumma.. kummaty.
Miał nadzieję, że to poprawiło Connorowi humor, nawet jeśli nie było do końca zgodne z prawdą. Zabawa integracyjna przy ognisku przypominała mu nieco te w rodzinnych stronach, toteż zamierzał na niej zostać, choć niezbyt długo. Mimo wszystko lepiej czuł się wśród znanych mu osób, które wiedziały o jego problemie z wymową. Tu nie mógł się w pełni zrelaksować i być sobą. Za słabo ich znał, więc raczej się przysłuchiwał niż wtrącał do rozmowy i przed północą planował ulotnić się do pokoju, w którym jak sądził Bobby, już któryś z facetów się dokwaterował. Bruce… jak przypuszczał błędnie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 19-01-2016 o 11:00. Powód: od groma poprawek XD
abishai jest offline  
Stary 20-01-2016, 09:20   #5
Architekt Horroru
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 2621 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
- Tak, panie prezesie. - przytaknęła piękna asystentka Mikołaja, po czym odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi, ponętnie bujając biodrami. Gdy wychodziła z gabinetu, odwróciła się przez ramię i spojrzała w wymowny, uwodzicielski sposób na swojego szefa.

Młody mężczyzna wyjrzał przez okno swojego biura i rozparł się w skórzanym fotelu sprowadzanym prosto z Argentyny. Za oknem rozpościerał się piękny widok na słoneczne centrum Warszawy z Pałacem Kultury w centralnej części panoramy.

Jego asystentka, która właśnie opuściła biuro miała zarezerwować dla niego miejsce na spływie w Colorado, o którym słyszał od znajomego z siłowni. Podobno przeżycia były niezapomniane, a cena gwarantowała wysoką jakość przeprawy. Co prawda, Mikołaj niedawno wrócił z Australii, gdzie miał przyjemność zakosztować nurkowania na Wielkiej Rafie Koralowej, ale jego firma kręciła się i bez jego udziału. Miał szereg zastępców, a przede wszystkim ojca za właściciela, więc młody chłopak mógł oddawać się przyjemnościom życia, co skrzętnie wykorzystywał. Gdy tylko mógł, albo nadarzała się okazja do przeżycia jakichś ekstremalnych doznań jak skok na bungee, spadochronie czy nurkowanie Mikołaj brał w tym udział. O pieniądze nigdy się nie musiał martwić, od małego dzięki firmie ojca miał wszystko o czym zamarzył. A teraz chciał odbyć spływ w Colorado. Poniósł się z fotela, poprawił szyty na miarę garnitur i wyszedł z biura.

***

Gdy cała załoga znalazła się na pokładzie śmigłowca Mikołaj przeleciał wzrokiem po obecnych. Od razu wpadły mu w oko dwie śliczne dziewczyny.
- Cześć wszystkim, jestem Mikołaj, czyli po angielsku Nicholas - powiedział z nienagannym akcentem. Lekcje z nativespeaker'ami od małego przyniosły rezultaty. Przedstawiając się skupił się głównie na przedstawicielkach płci przeciwnej, do których puścił czarujący uśmiech i obie musiały przyznać, że chłopak miał w sobie to coś. Młody mężczyzna, z delikatnym zarostem i dobrze zarysowaną żuchwą, a w dodatku ubrany w elegancki garnitur, który leżał na nim jak ulał. Jedynym niepasującym elementem był wojskowy plecak, który leżał na ziemi obok niego. Generalnie Mikołaj wyglądał jakby wybierał się na spotkanie biznesowe a nie na ciężki spływ kajakami, jednak pozory myliły i w plecaku miał najwyższej jakości sprzęt, wraz z kompletem ubrań. Garnitur zostawi w schronisku, a gdy rejs się skończy przyjedzie go odebrać.

***

Gdy helikopter wylądował Dębski wysiadł jako ostatni, rozglądając się i podziwiając otoczenie. Musiał przyznać, że widział kawał świata, ale to miejsce było jednym z bardziej urokliwych w jakich miał okazję gościć. Gdy ekipa zebrała się przy ich przewodniku, Mikołaj niby słuchał tego co ma do powiedzenia, jednak bardziej skupiony był na uchwyceniu kontaktu wzrokowego z Angelique albo Arisą. W sumie, to już w helikopterze postanowił sobie, że którą z nich zdobędzie i bzyknie w ten tydzień. Nie było to dla niego wyzwaniem, w końcu nie takie rzeczy udawało mu się osiągnąć.

Co prawda ten dziwny jąkający się typ kręcił się w pobliżu Angelique, ale to Mikołajowi nie przeszkadzało. Nie takich kozaków ogrywał.

***

Jeśli chodziło o pokoje to było mu wszystko jedno, tak samo jak z kajakiem.

Bardziej skupił się na imprezie integracyjnej oraz na bliższym poznaniu piękniejszej części ekipy. Co więcej, nie stronił od alkoholu, co skończy się niemal na sto procent ciężkim kacem dnia następnego.

Pytał dziewczyn skąd są, dlaczego zdecydowały się na ten spływ, opowiadał coś o sobie, potem pytał znów o kilka szczegółów z ich życia, chwalił się ostatnią wyprawą na Wielką Rafę. Miał wrażenie, że rozmowa dobrze się kleiła, więc grunt został stworzony pod kolejny etap.*

______________________________________________

*Jak ktoś chce to można machnąć jakiś dialog, ale ja nie koniecznie czuję taką potrzebę
 
__________________
Zajęty prywatnym życiem, obecność na forum ograniczona do minimum.
Lomir jest offline  
Stary 20-01-2016, 13:35   #6
Femme Fatale
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 28509 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację

Angelique była osobą lekko skomplikowaną, a jej aparycja niekoniecznie odpowiadała osobowości. Z wyglądu była szczupła, w miarę wysportowana, o gładkiej, bladej cerze, niebieskich oczach, ciemnych włosach oraz ładnych uśmiechu. Ogólnie można by pomyśleć, że urocza i milutka z niej osoba, jednak nie do końca tak też było.
Owszem, kobieta była miła i uprzejma, jednakże nie oznaczało to, że jest też głupia. Nie należała do osób towarzyskich, jednak nie dlatego, że była nieśmiała, a po prostu nie przepadała za ludźmi. Za ich zadufaniem, brakiem inteligencji, logiki, puszeniem się, za dwulicowość i bycie zwyczajnie "ludzkim ścierwem". Żeby dobrze się bawić na imprezie, musiałaby znać tych ludzi i wiedzieć, że są godni jej zainteresowania, że zawsze będą mieli coś ciekawego i mądrego do powiedzenia, że rozmowa będzie naprawdę na poziomie. Nie potrafiła dyskutować z przytępymi laskami na temat tipsów, fryzjerów, mody i obuwia.
Jednakże, mimo swej niechęci do własnego gatunku, bez wątpienia była miła i pomocna. Tak, to na pewno. Nie kierowała się sympatią czy też jej brakiem, starała się traktować każdego tak samo, choć nie było to proste zadanie. Ceniła sobie jednak sprawiedliwość i uczciwość, szlachetne cechy. Nie dało się jednak ukryć, że od ludzi woli zwierzęta, niektórzy nazywali ją "nawiedzoną", ale to tylko w dyskusjach tyczących się tego, komu charytatywnie dać pieniążki - dziewczynce zbierającej na protezę, czy zmaltretowanemu psu? Oczywiście, dałaby psu.


Impreza trwała długo, jednakże Ange zamiast się integrować, siedziała gdzieś przy stoliku i grzebała wykałaczką w szklance z wodą. Falujący w naczyniu płyn zdawał się ją zahipnotyzować, choć najbardziej prawdopodobną wersją było to, że po prostu się zawiesiła i mocno zamyśliła. Z owych rozmyśleń wyrwało ją dukanie jakiegoś przerośniętego faceta, który swym wyglądem przypominał jej jakiegoś średniowiecznego drwala. Wymieniła z nim parę słów uśmiechając się przy tym, a w między czasie kątem oka zauważyła, że jakiś przystojny mężczyzna natarczywie jej się przygląda i śle uśmiechy. Po uściśnięciu dłoni z Bobbym i zgodzeniu się na dzielenie kajaka, posiedziała jeszcze chwilę, rzucając podirytowane spojrzenie w stronę Mikołaja, a widząc Arisę obok własnego brata, przerzuciła ostentacyjnie oczami. To nie tak, że jej nie lubiła, ponieważ nawet nie znała jej dobrze. Po prostu rzadko ją widziała i nie zdązyła jeszcze przywyknąć do tego, że ktoś zabrał jej brata, który był dla niej bardzo bliską osobą, a teraz nawet nie zamienił z nią słowa. Totalnie zignorował własną siostrę, by spędzać czas z jakimś chinolem, który wcale nie był lepszy o niej. To tylko dziewczyna, przecież może coś się nie udać, mogą zerwać, może ich już nie być. Siostra była zawsze, a mimo to, zepchnięta na boczny tor, poczuła się źle. Z pewną dozą wściekłości udała się do domku.

Tam wzięła z pokoju strój do biegania, w który szybko się przebrała, związała włosy i wyszła pobiegać. Obiegła niemal cały ośrodek dookoła, wsłuchując się w odgłosy natury, jaka ją otaczała. Przyglądała się ptakom, roślinom oraz całemu krajobrazowi, który niemal zaparł jej dech w piersiach. Było tutaj naprawdę wspaniale i mogłaby spędzać swój urlop każdego roku własnie tutaj. Jedyne, co ją przygnębiało, to samotność, na którą nie mogła nic zaradzić. W domu miała przynajmniej czekającego na jej powrót psa, a tutaj? Kto będzie na nią czekał w pokoju, gdy już wróci z biegów? Kto ją przywita miłymi i ciepłymi słowami, opowie coś interesującego, naukowego? Coś, o czym będzie można dyskutować żywo całą noc?

Kto?


Na odpowiedź nie było trzeba długo czekać. A ta nie wydawała się być satysfakcjonująca a wręcz... Dukająca.

Kiedy Angelika przyszła do pokoju była w stroju do biegania. Nie spodziewała się tam spotkać tego samego jąkały, co kilka godzin wcześniej, jednak widocznie los chciał, by i pokój razem dzielili. Kobieta stanęła w progu patrząc zdyszana na siedzącego na łóżku mężczyznę.
- Sorka, że zajęłam łózko obok, pewnie liczyłeś na męskie towarzystwo - zagaiła wpierw, a następnie przekroczyła próg zamykając za sobą drzwi i przecierając czoło przedramieniem.
- Nie musisz się przy mnie stresować, pracuję w szpitalu i Twoja wada wymowy zupełnie nie jest dla mnie dziwna czy odpychająca. Mów tak, jak Ci wygodnie i naprawdę nie stresuj się. Jutro ruszamy na szlak - mówiąc to zaczęła grzebać w swojej torbie, by wyjąć z niej ręcznik i przybory higieniczne, które naturalnie pozostawi w hotelu, no bo po co brać na szlak jakiś żel po prysznic? Mimo, iż stała tyłem do niego, to wciąż mówiła.
- Pewnie myślałeś, że skoro są dwie kobiety, to będą spać razem, no ale to dziewczyna mojego brata i wiem, że będą chcieli dzielić pokój, a i nie jest mi nikim bliskim, nie miałam ochoty z nią dzielić jednej przestrzeni, obawiam się, że mogłaby mnie irytować - gdy wyjęła już wszystkie niezbędne do wieczornej higieny rzeczy, odwróciła się w stronę chłopaka podając mu rękę, a na jej twarzy widniał piękny, promienny uśmiech
- Mów mi Angela, albo Ange, będzie krócej. A jeśli Ci łatwiej, to i samo An wystarczy. - Zakończyła tym samym swoją mową, patrząc przyjacielsko na chłopaka.
- Nniie… o ttto chodzi. Bo… wwidzisz ja.- zaskoczony i stojący jak słup soli Bobby jakoś miał problem z sytuacją i wyartykułowaniem swych argumentów. Ostrożnie uścisnął jej dłoń jakby była z porcelany.- Bo wiesz… nieee plaaanuję niic wobbec ciebbie, ale ale… mooogłoby się zdarzyć… zdarzyć, że zobaczę ccoś czego nnie pow powiii powinienem.
Pochylił głowę, drapiąc się po karku.- Nieee chciaałbyym cię staw staw… robić kłoppotu.
Kobieta niewiele rozumiała z tego, co nowy znajomy do niej mówi i nie chodziło nawet o wadę wymowy, a rozmowę skrótami i hasłami. Tyle wydedukowała, że pewnie mógłby zobaczyć jej cycek lub poślad, co w sumie dziewczynie i tak nie robiło większej różnicy, w szpitalu tyle się tego naoglądała, że i z własnym ciałem nie miała problemów.
- Nic się nie martw, będzie dobrze! - pocieszyła go neutralnymi słowami
- Widzisz, nie masz się czym przejmować na zapas, to tylko pokój, w którym śpimy. - Zapewniła go spokojnym tonem głosu.
- Jeśśli… zachchowam się.. no.. źle.. to wwwal w pysk, An. Nie kręppuj się.- uśmiechnął się znajdując sensowne wyjście w sytuacji.
Mimo, iż kobieta lekko się przestraszyła, nie dała tego po sobie poznać. W głowie krążyły jej straszne rzeczy, ale nie potrafiła nagle wyjść i zmienić pokoju, musiała jakoś to przeboleć. Zamaskowała wszystko uśmiechem, jak miała to w zwyczaju, i chwyciła za swój żółty ręcznik.
- Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. - Rzuciła krótko na odchodne i udała się do łazienki, w której nie omieszkała zamknąć się na zamek. Cholera wie, co to za gość!
- Jjja teeż.- odetchnął z ulgą Bobby. Usiadł na swoim łóżku i wyjął przybory do mycia. Zasady były ustalone, więc porządek świata był na swoim miejscu. Po czym czekał na swoją kolej.
Dosyć szybko zza drzwi dał się słyszeć szum wody spod prysznica. Mogłoby się wydawać, że skoro kobieta, to pewnie spędzi tam całą apokalipsę zombie i jeszcze wybuch wulkanu przetrwa w tej łazience, jednak niebieskooka szybko się uwinęła z całym myciem i przygotowaniem się do spania. Po około piętnastu minutach zamek w drzwiach zgrzytnął, otworzyły się a zza nich wyszła Angelique, ubrana w dosyć szczelną pidżamę, miała bowiem na sobie długie spodnie i koszulkę z długim rękawem. Należała do osób szczupłych, więc na próżno było się podniecać jakimiś odstającymi cycuszkami, bo ciężko było je dojrzeć.
- Już wolne, jeśli chcesz. – Oznajmiła poważnie podchodząc do swojego łóżka i składając na nim swoje ubrania. Powiesiła ręcznik na pobliskim krześle, przeczesała ręką włosy i usiadła na łóżku, żeby jeszcze przyjrzeć się swojej twarzy w podręcznym lustereczku.
- Dźdździęki..- Bobby wstał z uśmiechem i ze szczoteczką do zębów w kubku. - Nasstawiasz budzik? Bo ja tak.
Przez ramię przewiesił sobie bokserki i wyglądało na to, że to będzie jego “piżamka”.
- Spoko. - Odpowiedziała krótko. W końcu dała potwierdzenie, że nie lubi nader rozmawiać i zapewne nie chodziło tutaj o lenistwo, a brak inteligentnych tematów do rozmów. Po naszykowaniu się do snu, wzięła tylko swój tablet, który podłączyła do ładowania, odstawiła go na szafkę nocną i ustawiła budzik godzinę przed oczekiwanym przybyciem na miejsce spotkania, tak żeby mieć czas na poranne przygotowania. Potem już tylko wcisnęła się pod kołdrę i czekała z otwartymi oczami na to, aż jej współlokator wróci i położy się do swojego łóżka. Wolała być pewna, że nigdzie nie zawędruje.
Bobby mył się pod prysznicem. I pogwizdywał jakiś soulowy kawałek z południa. I fałszował, ale też wydawał się już spokojniejszy. Potem słyszała mycie zębów, a potem wrócił.. w gatkach niczym słoń stąpający na paluszkach, byle tylko nie zbudzić jej ze snu. Miał niedźwiedzią posturę, rude kłaki na torsie i paskudną bliznę na lewym ramieniu. I szybko skierował się do łóżka, po drodze uderzając piszczelem o jej łóżko w szybkiej i nieudanej próbie wyminięcia go. Po czym jąkając przekleństwa... krótko bo przecież nie chciał jej zbudzić, więc szybko schował się pod kołdrę swego łóżka.
 
Nami jest offline  
Stary 20-01-2016, 17:24   #7
 
Komiko's Avatar
 
Reputacja: 108 Komiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znanyKomiko wkrótce będzie znany
John był mężczyzną o posturze boksera wagi ciężkiej, którym zresztą był, chociaż nie w profesjonalnym, a hobbistycznym znaczeniu tego słowa. Przez całą drogę śmigłowcem, John praktycznie nie odrywał wzroku skrytego pod czarnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych, od znajdującego się za oknem krajobrazu. No może prawie całą... Przez pierwsze pięć minut przyglądał się towarzyszom swojej podróży i w tym krótkim czasie poczuł ochotę obicia mordy co najmniej dwójce z nich za sam wygląd. Nie chcąc jednać psuć miłej atmosfery postanowił ograniczyć się jedynie do wyżej wspomnianego patrzenia w okno. Zdarzało mu się już latać helikopterem, w pracy, to było co innego, teraz był na luzie, nie towarzyszył mu ciągły stres, mógł w końcu nacieszyć taką podróżą oczy, a widoki, które się pod nimi rozciągały mogłyby przyprawić niejednego miłośnika przyrody o niekontrolowany wytrysk.

Kiedy dotarli na miejsce, przedstawił się Wellexowi i powitał go silnym uściskiem dłoni. Dokumenty, które od niego otrzymał wypełnił od razu po wejściu do jednego z wolnych pokoi. Nie wczytywał się w nie zbyt dokładnie. Nie musiał się zbytnio przepakowywać, zadbał o to przed wyruszeniem z domu, wszystko co miał zabrać ze sobą na kajak, znajdowało się w oddzielnym plecaku.

Po zapoznaniu się ze sprzętem, który zapewniał im organizator wycieczki, oddaniu Wellexowi dokumentów i zapakowaniu bagaży, wraz z resztą udał się na kolację. Jedzenie bardzo mu smakowało, chociaż nie był osobą, która zwykła wybrzydzać przy stole i zjadłby praktycznie wszystko, sam zresztą gotował tak, że nawet szczury trzymały się z dala od jego kuchni.

Podczas imprezy integracyjnej skupił się na tym by się schlać, nie był co prawda alkoholikiem, ale poza ćwiczeniami i pracą, picie piwska stanowiło jego kolejne hobby. Upicie się nie przychodziło mu to łatwo, biorąc pod uwagę jego dużą masę i to jak bardzo wcześniej się najadł. Poza tym, obserwował towarzyszy, z którymi przyjdzie mu dzielić wycieczkę, jak i paralotniarzy i grotołazów, głównie chłopaków, którzy usiłowali wyrwać laski na jedną noc. Sam nie odczuwał takiej potrzeby, pochodził z Los Angeles, miasta w którym spragnione sławy kurwy wyskakują ci z lodówki. Nie omieszkał o tym wspomnieć, kiedy ktoś z imprezowiczów zapytał go o to skąd pochodzi. Ci, którzy zechcieli dowiedzieć się o nim czegoś więcej, usłyszeli również, że zapewnia ludziom bezpieczeństwo, nie chciał jednak powiedzieć dla jakiej firmy pracuje, ani kogo ochrania, chociaż czuł, że gdyby wypił trochę więcej, pewnie zapomniałby o zasadach swojej pracy.

Kiedy Mayfield zasugerował im, żeby nie wypili za dużo, John odprowadził go do drzwi pytającym spojrzeniem, z tego spojrzenia dało się dokładnie wyczytać pytanie brzmiące: "A chcesz w ryj?". John nie lubił kiedy ktoś zagląda komuś w talerz, a w kieliszek tym bardziej. Zanim nadarzyła się jednak okazja do burdy Connor był już za drzwiami. Smith westchnął pod nosem, wypił jeszcze dwa piwa i również opuścił pomieszczenie. Nie poszedł spać od razu, wcześniej postanowił trochę przetrzeźwieć i udał się na pół godzinny spacer, przy okazji zwiedzając najbliższą okolicę ośrodka. Kiedy już wrócił do pokoju, zauważył, że jest w nim jeszcze ktoś, ale nie widział teraz na tyle dokładnie, żeby dokładnie ocenić kto to był. Padł w pościel jak kłoda i nie poruszył się, dopóki o piątej rano nie obudził go dźwięk budzika zmieszany z lekkim bólem głowy...
 

Ostatnio edytowane przez Komiko : 20-01-2016 o 17:38.
Komiko jest offline  
Stary 20-01-2016, 23:25   #8
 
Proxy's Avatar
 
Reputacja: 4972 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację
Plecak spakowany zgodnie z listą. Firma musząca się pogodzić z tygodniową nieobecnością, załatwiona. Towarzysze gotowi. Nadszedł czas na rozstanie się z cywilizacją, i rozpoczęcie kolejnego urlopu. Urlopy natomiast były wyjazdowe. Tyłek mógł się wybiegać, wypływać, wyspinać a ostatnio nawet wyhuśtać na linie między wielkimi klifami. Bungee i skoki spadochronowe były jeszcze zbyt brawurowe, choć wielce kusiły by dopisać je do listy osiągnięć. Poczucie ostrożności wykluczało atrakcje z obecnością wszystkich trzech czynników: Połączenie dużej prędkości, dużej wysokości i awaryjne środki bezpieczeństwa, były barierą, przez którą trzeba było spokojnie się przeprawić - osiągnięcie tego było zbyt dużą pokusą. Nawet nie tyle, że "pokusą" a elementem samorealizacji. Bo, co to za życie, gdy na starość nie można było powiedzieć, że "spróbowało się wszystkiego"? Żyć, by zaznać jedynie skrawka tego, co można było zrobić. Bez sensu. Arisa właśnie taka była, a Bruce był w tym dla niej świetnym kompanem.

Wszystko się zaczęło z jakieś półtora roku temu. Górska urlopowa wyprawa, w której jakaś niemota zgubiła swoją grupę już pierwszego dnia i na doczepkę dołączyła do innej. Niemota okazała się całkiem sympatycznym gościem pełnym energii, a jego zagubienie "chwilową i bardzo niefortunną komplikacją". Po dniu przygód tak zostało i koniec końców osobnik nie wrócił tam, gdzie miał przydział. Umiał zaczepić a Arisa potrzebowała takiego "zaczepienia" i impulsu inicjatywy z zewnątrz. Zaowocowało to kolejnymi wyprawami, by po połowie roku wyszło z tego coś więcej. Jak Brucowi udało się to, przy czym jego poprzednicy wywieszali białą flagę? Rozumiał Arisę w całości. Od początku do końca wiedział, jak się z nią obchodzić, wiedział jaka jest, czego potrzebuje. Nie musiała mu nawet o niczym mówić, gość po prostu przeskoczył ten etap zapoznawszy i przeszedł do umiejętnego zastosowania. Od samego początku. W czym tkwił jego sekret? Na jego poznanie trzeba było poczekać kolejne pół roku. Gdy zamieszkali razem, Arisa przelotnie zapoznała siostrę Bruca - Angelique. Nie musiała się nawet wysilać, bo to samo aż krzyczało. Obie były bardzo podobnymi osobami a ich charaktery były identyczne. Nic dziwnego, że Brucowi nie trzeba było nic mówić, wiedział wszystko, był bardzo blisko ze swoją siostrą. Gość miał jedną instrukcje do obsługi dwóch osób. Było to, co prawda dziwne "oszukaństwo", ale czy rzecz z której płyną same korzyści może być problemem? Bynajmniej dla Arisy. Interesowały się konkretami i o konkretach rozmawiały. Obie miały zacięcie techniczno-logiczne, sporo oleju w głowie i początkowego dystansu do ludzi. Stały za tym nieco inne pobudki, jednak zasada działania pozostawała niezmienna. Bardziej od ludzi interesowały je inne istoty żywe, w przypadku Arisy były to te, które znacznie lepiej działały po podłączeniu do prądu. Wtedy właśnie ożywały, a człowiek razem z nimi.

* * *

W helikopterze pomysł wyjazdu na kajaki, zaproponowany przez Angelique na jednym z niewielu wspólnych trzyosobowych spotkań w kawiarni, podciągnięty do poziomu "wyzwania Szlaku Połamanych Łodzi" przez Arisę, w końcu mógł zostać oznaczony tagiem "in progress". Miejsce, które dziewczyna zajmowała wypadło najgłębiej i nieco niefortunnie, co do rozstawienia okien. Musiałaby prawie wejść na siedzącego obok Bruca, by obserwować widoki z góry. Nie był to dla niej problem, gdyż perspektywa prezentowała znaczną część kokpitu pilota i tam miała wbity wzrok, a było na co patrzeć. Pilot był kozakiem, a sposób w jaki to robił, sprawiał mu szaloną frajdę. Niemal taką samą, jaką Arisa miała z samej maszyny i jej pracujących instrumentów. Przelot był dla niej niemal 5 minutowy.

Mount był konkretnym gościem. Pewny i surowy jak natura górska. Gdy określił rodzaj kajaków, Arisa przeskoczyła na analizowanie. Obecnych było 9 osób, kajaki 2 osobowe. Ktoś będzie musiał płynąć z nim. Przewidywana ocena takiego doświadczenia nie wypadała dla niej zachęcająco... Za takim kozakiem trzeba byłoby nadążać. Wojskowe poganianie i musztra, jej zdaniem psuła cały efekt i satysfakcję z pokonywania wyzwań. Bo jak tu się cieszyć, gdy za plecami wwierca się "szybciej, szybciej żółtodziobie!"? Na szczęście był Bruce, dzięki któremu nie musiała się tym przejmować. Na chwilę na niego spojrzała. W jego przypadku ocena wspólnego spływu była jednym z powodów, dla których się na niego zdecydowała.

Miejsce, które do następnego tygodnia było ich ostatnią ostoją cywilizacji, wraz z umiejscowieniem i widokiem, prezentowało się fantastycznie. Natura przy Arisie miała to do siebie, ze zwracała uwagę dopiero, gdy na horyzoncie nie było widać żadnego postępu ludzkości. Kompleks wybudowany gdzież z 30 lat temu, wyremontowany nie dalej niż 10 lat temu, miał to "coś" i wpasowywał się w otoczenie. Wzajemny rozjazd pokazywanego czasu na zegarkach w pootwieranych pokojach wynosił jakieś 10 minut. Pościel musiała być porządnie wyprana co najwyżej dwa dni temu a zaścielona dzisiejszego ranka. Teczka z dokumentami zawierała parę kartek z niejednolitym użyciem znaków cudzysłowu a zamiast znaku pauzy w jednym miejscu widniał myślnik. Poza tym, wszystko się zgadzało a podpisywane dokumenty i zawierały żadnych "haczyków", o których wcześniej nie informowano.

- Gotowa na przygodę życia? - zapytał Bruce, nachylając się nad jej ramieniem, kiedy przeglądała dokumenty. Na jego twarzy jawił się szeroki uśmiech. Arisa dobrze znała tę kwestię i minę, która jej towarzyszyła. Bruce powtarzał te słowa za każdym razem, kiedy gdzież wyjeżdżali czy robili coś, co wybiegało poza standardy życia przeciętnego mieszkańca USA. Był to jego dziwny nawyk, jakby wydawało się mu, że nie może przeżyć nic ekscytującego bez powielenia go.

- Teraz już "oficjalnie" - odpowiedziała zadowolona sama z siebie, pozostawiając swój podpis na dokumentach. Następnie uniosła głowę i spojrzała na niego z podobnie szerokim uśmiechem - Tydzień na wygnajewie, aż się za tym stęskniłam.

- A ja nie? Wiesz przecież jak mnie nosi, kiedy przez dłuższy czas jedynym miejscem, które zwiedzam, jest kampus uniwersytecki. Mam nadzieje, że po tym wyjeździe zostaną tobie jeszcze jakieś siły, bo chcę wykorzystać w całości wolność jaką mi dano - odparł.

- Jak nie wymiękniesz, to damy radę. Najwyżej będziemy się reanimowali kawą - odpowiedziała mrużąc oczy i lekko opierając o niego głowę. - Podpisz to pójdziemy zrobić rundkę po okolicy - podsumowała zamykając teczkę.

Nie zagłębiając się w treść dokumentu, Bruce nabazgrał szybko podpis w wyznaczonym miejscu.
- Wziąć taśmę? Tu nie będzie ciężko o znalezienie miejsca by ją rozwiesić i sobie poskakać. - Arisa wiedziała oczywiście, że przez "taśmę" Bruce ma na myśli slackline, którego brał ze sobą na każdy wyjazd.

- Na teraz, raczej nie. Na wieczór. Mount mówił wieczornym ognisku. Wyobrażasz sobie wspinaczkowców i spadochroniarzy na niej? Oszaleją, jeśli swojej nie mają własnej - przyznała kiwając głową.

Plecaki wylądowały w jednym miejscu a para udała się na zwiedzanie okolicy.

* * *

Na dopasowywanie sprzętu Arisa zabrała ze sobą uchwyt do GoPro. Misja znalezienia odpowiedniego kasku, by dwa elementy dogadywały się, zakończyła się zaskakująco szybko. Uchwyt pasował na wszystkie modele. Było to miłym zaskoczeniem.
Sprzęt był doprawdy świetny. Stabilne polietylenowe dwuosobówki z chowanym skegiem. Konkretne podkładki z motylkami na kolana. Zaje*iste kamizelki ratunkowe, klamry, uchwyty, odblaski, funkcjonalne bajery. Materiał i precyzja wykonania wszystkich elementów. Koszt wyprawy nie szedł na byle gówna. Płacone były konkretne pieniądze, że konkretny sprzęt. Nie w kij dmuchał. Jak wcześniej można było przyuważyć jakieś tyci-tyci-szczególiki, to tym razem Arisa jedynie mogła rozłożyć ręce. Mount był bardziej doświadczony niż wyglądał i jakiego zgrywał...

* * *

Na imprezie szalejący po wszystkim Bruce bawił się jak mu dusza zagrała. Arisa wiedziała gdzie jest, to wystarczyło. Nie musiała kleić się do jego ramienia, nie musiała za nim biegać, ani go pilnować. Nie miała się czym przejmować. Jedyną instrukcję, którą chłopak dostał to poinformowanie jej, gdyby chciał się po ciemnicy gdzieś oddalić. Sama miała czas na rozmowę i spokojne sączenie piwa, gdzieś w przejściu między stolikami. Na stojąco, opierając się o blat, niby na luźno, niby na odwal się, niby nie, ot z przyzwyczajenia. Mimo utrzymywania dystansu z rozmówcami i spokojnego obycia, tak odmiennego od obycia Bruca, dało się z nią pogadać. Po co się wzbraniać, skoro taki był cel obecności w tym miejscu? Nie mniej, trzeba było troszkę od niej wyciągać i poprowadzić rozmowę, ale zainteresowanemu Mikołajowi udało się odkryć parę kart jej osoby. Była Japonką, skończyła MIT, pracowała w Quality Assurance, miała na koncie parę podróżniczych osiągnięć, sportów. Wychodziło na to, że Szlak Połamanych Łodzi był jej drugim trofeum w bardziej ekstremalnych sportach. Podzielenie się takimi informacjami nijak nie zmieniało utrzymywanego przez Arisę dystansu. Niestety nie pomógł nawet zadbany przystrzyżony zarost oraz, jakże rzadkie w tamtych czasach, wyszukane spinki do mankietów, które musiały kosztować fortunę.

Dziewczyna nie optowała zbytnio nad zarywaniem nocy, ale nie wzbraniała się przed tym by wrócili gdy Bruce się wyszaleje. Inicjatywa była jak zwykle po jego stronie.
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 22-01-2016 o 20:59.
Proxy jest teraz online  
Stary 21-01-2016, 17:25   #9
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5576 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
Z pokładu helikoptera wyskoczył młody mężczyzna o brązowych włosach i rozbrajającym uśmiechu. Podrapał się po krótkiej brodzie, przeczesując zielonymi oczami piękną okolicę. Wystarczył tylko jeden rzut oka w jego stronę, by stwierdzić, że niezwykle mu się tu podoba. Entuzjazm i ekscytacja nie opuszczały go już na kilka dni przed wyjazdem, kiedy przygoda życia zbliżała się już wielkimi krokami. Dusza poszukiwacza mocnych wrażeń, dotychczas uśpiona pod zwałami książek na temat zarządzania i marketingu, przeżywała teraz chwile dzikiej ekstazy. Studia, na które uczęszczał, wysysały z niego całą energię, doprowadzając do stanu znużenia i irytacji, jednak jego wrodzony upór nie pozwalał mu ich olać. Dlatego każda chwila wolności od obowiązków była przez niego wykorzystywana w całości. A perspektywa tygodnia na Szlaku Połamanych Łodzi pobudzała każdą komórkę jego ciała do stanu ekscytacji.

Kiedy skończył napawać się chwilą, Bruce odwrócił się w stronę helikoptera, z którego właśnie w tej chwili wyskakiwały dziewczyny, które dokładały się samą swoją obecnością do jego dobrego nastroju. Obie były do siebie bardzo podobne i mu bliskie. Pierwsza była Arisa, jego druga połówka, którą poznał w dosyć zagmatwanych okolicznościach półtora roku temu. Szybko przekonał się, że nie była to kolejna, pusta laska, której jedynym szczytnym pomysłem na spędzenie razem ekscytującego dnia był “Netflix and chill” - takich dziewczyn było pełno, jednak ta drobna Japonka bardzo szybko pokazała, że nie należy przypisywać jej takiego stereotypu. Łaknąca życia, niemalże w tym samym stopniu co on, Arisa była jego wymarzoną partnerką. Nawet po tym jak razem zamieszkali, monotonność i nuda nigdy nie zagościły u nich na długo. Spontaniczne podróże autostopem, wycieczki, ekscytujące sporty, spotkania z dobrymi przyjaciółmi czy huczne festiwale i imprezy ciągle przewijały się przez ich życie, wyrywając ich z życia rutynę. Nigdy nie odpoczywali zbyt długo, w końcu życie nie trwało wiecznie.

Zaraz za Arisą z pokładu wyłoniła się Angelique. Mimo wielu różnic jakie ich dzieliły, Bruce był blisko ze starszą siostrą. Ludzie, którzy znali ich obu, często nie mogli uwierzyć, że naprawdę są rodzeństwem. Z jednej strony introwertyczna Ange, która w nowym towarzystwie zawsze wolała wpierw ostrożnie “sprawdzić wodę”, nim naprawdę się do kogoś zbliżyła, a z drugiej ekstrawertyczny Bruce zawsze ciągnący do ludzi, bez skrupułów wskakiwał w samo centrum towarzystwa i szukający przyjaciół wszędzie gdzie się dało. Jednak dzięki temu dopełniali się nawzajem. Niektóre rodzeństwa były pełne sporów, kłótni i wymuszonych kompromisów, jednak oni prawie zawsze dobrze się dogadywali. Oboje cechował miły charakter, jak również chęć pomocy innym w potrzebie. Lata spędzone razem sprawiły, że znali się na wylot.

Gdy wychodziły Bruce wyciągnął ręce w górę, stając na tle malowniczego, górskiego ośrodka. Jego postawa jakby sama zadawała pytanie: “Podekscytowane?”. Nie miał wątpliwości, że były. Bruce liczył, że obie bliskie mu dziewczyny, nieco lepiej poznają się przez ten tydzień i zaprzyjaźnią. Z taką perspektywą w głowie, sięgnął szybko do torby po aparat i cyknął im wspólne zdjęcie, po czym wziął ich bagaże.

Wysłuchując przemówienia Mounta, Bruce zaczął oglądać się uważniej na resztę towarzystwa i od razu zaczęła zżerać go ciekawość. Zawsze tak reagował na nowych ludzi. Chciał poznać ich od podszewki. Kim są? Skąd pochodzą? Czym się zajmują? Jakie są ich pasje i hobby? Każde z pytań cisnęło mu się na usta, już od chwili gdy weszli na pokład helikoptera, a tam niestety nie dało się spokojnie pogadać. Jednak wraz z końcem krótkiego wprowadzenia, Bruce zaczął zagadywać do każdego z nich.

Martwił się trochę o siostrę. W końcu nie mógł się rozdwoić i płynąć z obiema dziewczynami na raz, a czuł się w pewnym stopniu odpowiedzialny również i za nią. Problem, na całe szczęście, rozwiązał się sam. Mężczyzna o posturze niedźwiedzia szybko dobrał się z nią w parę. Bruce nie znał go, jednak z daleka wyglądał na poczciwego człowieka, a w dodatku pewnie lepiej potrafił pływać kajakiem niż on sam.

Kiedy wybrali sobie z Arisą pokój, w pierwszej kolejności Bruce zsunął obydwa łóżka, posyłając jej przy tym figlarny uśmiech. Przypuszczał, że w ciągu następnych dni, mogą mieć problem ze znalezieniem czasu i jakiegoś zacisznego miejsca, dlatego Paquet nie zamierzał marnować nadarzającej się okazji tej nocy.

Wcześniej jednak czekała ich jeszcze robota z kajakami, a po niej kwintesencja całego dnia, czyli wielka impreza, której Bruce nie miał zamiaru opuścić. Na podsycenie jego zniecierpliwienia, Ari wpadła na pomysł wzięcia slacklinea (długiej na kilka kilkanaście metrów taśmy, napiętej między dwoma punktami, służącej do wykonywania akrobacji) i zaprezentowania jej imprezowiczom. Nie wątpił, że w miejscu takim jak to, znajdą się amatorzy tego sportu, lub zapaleńcy, którzy zechcą spróbować po raz pierwszy. On sam od wielu lat był entuzjastą dej dyscypliny, chociaż zdecydowanie bardziej przypadła do jego gustu jej ekstremalna odmiana - highlining. Samą taśmę zabierał ze sobą na każdą wyprawę, zwinięta nigdy nie zajmowała wiele miejsca, ani nie ważyła też specjalnie dużo.

Na imprezie Bruce czuł się jak dziecko w sklepie z cukierkami. Krążył od grupy do grupy jak oszalały, chcąc poznać tam dosłownie każdego.

Z początku miał zamiar wraz z Arisą zaprezentować turystom z obozów paralotniarzy i wspinaczy slackline. Liczył, że wśród nich znajdą się amatorzy tego sportu lub po prostu osoby spragnione nowych doświadczeń i przygód. A w chwili gdy poziom upojenia alkoholowego wzrośnie, zwinie sprzęt i wkroczy w samo serce towarzystwa.

O Arisę nie musiał się martwić. Przez ich związek zdążyło przewinąć się już wiele imprez, przez co teraz czuli się całkowicie swobodnie. Bruce dobrze wiedział, że nie każdy jest w stanie nadąży za nim w takich miejscach. Oboje wzajemnie się nie ograniczali, on nie zmuszał jej do tułania się za nim od jednych imprezowiczów do drugich, zaś ona nie trzymała go na smyczy. Przesiadywali i bawili się razem, jednak nie byli przyklejeni do siebie przez cały wieczór. Dzięki podobieństwu Arisy do siostry Bruce był w stanie szybko zrozumieć jej zwyczaje w takich miejscach.

Pochłonięty imprezowym szałem nie zauważył nawet, kiedy jego siostra się ulotniła. Uświadomił sobie również, że nie zamienił z nią nawet słowa od kolacji.

Zmartwił się nieco i podszedł do Ari, która właśnie w tej chwili gadała z obcokrajowcem, który również brał udział w spływie. Bruce ufał swojej dziewczynie i nie był zazdrosny, ale mimo to objął ją ramieniem, co w subtelny sposób mówiło Mikołajowi: “Nie licz na to”. Oczywiście Polak nie wywołał w nim żadnych negatywnych emocji. Zamienili razem kilka zdań, na temat jutrzejszej wyprawy, po czym wyciągnął od Ari telefon.

Połączył się z siecią i zalogował na Facebooku, gdzie wysłał do siostry wiadomość. Wiedział, że Ange zawsze miała przy sobie swój tablet, więc napisał do niej:

Cytat:
Gdzie się podziewasz? Ładnie to się tak zrywać się z imprezy ukradkiem?
Czekał na odpowiedź przez dłuższą, chwilę, po czym zrezygnowany oddał telefon Ari i ponownie wrócił do towarzystwa. Wiadomość zwrotna nadeszła po godzinie, a dopiero po upływie kolejnej, została przeczytana przez Bruce’a.

Cytat:
Nie chciałam wam przeszkadzać. Poszłam biegać, teraz jestem w pokoju. Pierdolę, z jakims jąkala, w dodatku dziwnie sie zachowuje. Ja to mam pecha jak zwykle. Jeśli mnie nie zgwałci i nie poćwiartuję to będzie spoko. W sumie, to trochę mi przykro, ale przeżyje (: Baw się dobrze, do zobaczenia rano, xoxoxo.
Treść wiadomości zmieszała go. W czasie imprezy miał okazję poznać nieco lepiej owego pana “Jąkałę” i wyrobił sobie o nim dosyć pozytywne zdanie. Nie przypuszczał, że mógłby zrobić coś Ange. Zganił się jednak w myślach, że zapomniał o siostrze. Zaraz z rana postanowił z nią o tym pogadać.

Wbrew swojemu zwyczajowi, Bruce nie wyszedł z imprezy jako ostatni. Nie wypił również zbyt wiele alkoholu. Z rana wolał być trzeźwy i przytomny. Podszedł do Ari, objął w talii i szepnął, że czas już na nich. Po drodze żegnał się z kolejnymi napotkanymi osobami, które, poznał, życząc udanego spędzenia czasu na wspinaczce czy paralotniach.
Kiedy dotarli do ośrodka, mocno kusiło go by zajrzeć do Angeli, jednak ostatecznie się nie zdecydował.

Szybko przemknęli przez korytarz i zniknęli za jednymi z drzwi do pokoi. Dźwięk zasuwy oznajmiał wszem i wobec, że nie chcą by ktokolwiek tej nocy im przeszkadzał. Spędzili ze sobą kilka chwil błogiej namiętności, po czym zasnęli w swoich objęciach, nie mogąc doczekać się co przyniesie jutro.
 
Hazard jest offline  
Stary 22-01-2016, 02:54   #10
 
Googolplex's Avatar
 
Reputacja: 6192 Googolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputacjęGoogolplex ma wspaniałą reputację
dr Aron Cage - jak nie teraz to kiedy?

Zaczęło się od przyjęcia niespodzianki. Prawdziwej niespodzianki, nie takiej o której wiesz i udajesz zaskoczonego. Nie, tym razem naprawdę się postarali, aż do ostatniej chwili Aron był przekonany, że to po prostu wypad na piwo. Oczywiście spodziewał się przyjęcia w ogóle lecz bliżej weekendu. Trzeba było przyznać Steve zorganizował wszystko jak profesjonalista, wynajął salę w ich ulubionym pubie, zebrał ludzi - przyjaciół i współpracowników, co w większości wychodziło na to samo - a nawet załatwił im dzień wolny nazajutrz. Po prostu organizacja perfekcyjna a do tego nie zdradził się choćby słowem.
Nie mniej nie był to koniec niespodzianek jakie miały spotkać Arona tego wieczoru.
“Chłopie stuknęła Ci czterdziestka, ostatnia szansa by zrobić coś szalonego…”

***

“Zrobić coś szalonego” powtarzał sobie lecąc śmigłowcem. Ledwie tydzień minął od przyjęcia i prawdę mówiąc Aron nie czuł się zbyt dobrze przygotowany. No ale o to przecież chodziło, przygoda życia. On kontra dzika natura, z dala od cywilizacji, walka z żywiołem. Żołądek miał ściśnięty z niepokoju i podniecenia na myśl o spływie. Zaś na twarzy malował mu się głupi uśmiech którego za nic nie potrafił ukryć. Nie wątpił, że jest najmniej doświadczonym członkiem ekipy i tym razem mu to nie przeszkadzało. No może troszkę, zważywszy na średnią wieku uczestników.

***

Z helikoptera wypadł, niemal dosłownie. No cóż nie był przyzwyczajony do takich środków transportu, lub mówiąc dosłownie unikał ich jak ognia. Uśmiech którego nie mógł wcześniej ukryć teraz zniknął całkowicie a zmagania z samym sobą zaczęły się dla niego odrobinę wcześniej niż dla pozostałych. Całą drogę trzymał się kurczowo aż mu kostki pobielały, zresztą nie tylko one. Pod koniec lotu dr Cage wyglądał niczym upiór, blady i z wyrazem grozy zastygłym na twarzy. Na dodatek wysiadając zaczepił o coś i prawie stracił równowagę. Gdyby miał chwilę by się nad tym zastanawiać zapewne poczerwieniałby ze wstydu, na szczęście nie miał. Szybko zabrał swoje rzeczy i ruszył za grupą.
Urzeczony widokami wdychał rześkie górskie powietrze. Po terrorze jakim był dla niego lot ośrodek do którego zmierzali był niczym oaza spokoju i wytchnienia.
Niemal machinalnie zaczął czytać dokumenty które dostał, jak to mówią przyzwyczajenie drugą naturą. Kiedy więc w końcu z nimi skończył była już prawie trzecia.

Po pracy oddalił się by wykonać jeden ale za to bardzo ważny telefon. Raczej wątpił by w górach jego komórka miała zasięg więc to był ten moment kiedy ostatni raz przed spływem porozmawia z żoną. Z tego wszystkiego całkowicie zapomniał zająć sobie miejsce w pokoju. Nim zaczęła się impreza chodził szukając miejsca.

Po pierwszym piwie całe napięcie zeszło. Wprawdzie nie rozgadał się ale za to przysłuchiwał rozmowom. Nie czuł się dziś na siłach by być duszą towarzystwa a i towarzystwo nie specjalnie wyglądało na takie do którego przywykł przez ostatnie lata. Owszem o to przecież chodziło lecz mimo to postanowił dać sobie trochę więcej czasu na aklimatyzację, zwłaszcza po dzisiejszych przygodach. Później będzie przecież wiele czasu.
Słowa Connora - jeśli dobrze zapamiętał imię - wyrwały go przyjemnego odrętwienia.
- Dobry pomysł, państwo wybaczą też udam się na spoczynek. - Pożegnał się choć nie byl pewien czy ktokolwiek to zauważy.
Przed snem nastawił sobie budzik na czwartą trzydzieści, nauczony doświadczeniami z czasów studiów wolał mieć odrobinę więcej czasu na korzystanie z łazienki zwłaszcza, że tai luksus szybko się nie powtórzy.
 
__________________
“Wszechświat jest po prostu jedną z tych rzeczy, które zdarzają się od czasu do czasu.”
- Edward Tryon
Googolplex jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166