Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-03-2019, 19:07   #21
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Była zmęczona, ale zanim poszła spać zrobiła jeszcze rundkę w internecie. Chcąc nie chcąc musiała zacząć normalnie funkcjonować. Znalazła odpowiednia stronę i wrzuciła do korzyka odpowiednie rzeczy. Lodówka, pralka, nowy ekspres do kawy, latarkę i inne rzeczy uzupełniające jej mały domek odbiór starej lodówki. Z innej strony zrobiła zamówienie na dywaniki, nową pościel, kotary do sypialni i żaluzje do innych okien. A w trzecim parę przyborów do renowacji mebli.
Złożyła zamówienie, podała telefon, adres, płatność na miejscu gotówką, czas realizacji do trzech dni.
- No to nie ma odwrotu… jeszcze tylko znaleźć sposób żeby utrzymać wiedźmy z dala ode mnie … i będzie super. - Mała doza optymizmu przed snem. Susan ułożyła się na kozetce i szybko usnęła.

Znowu ten sen...
Znowu labirynt, znowu łańcuch z obrożą na szyi. Znowu? Tym razem wiedziała dokąd prowadzi. Tym razem “droga z okruszków” była jej znana. Czy się odważy? Czy zechce?
Wiedziała, że to sen. Że ściany zimne i chłodne są tylko w jej głowie. Wiedziała dokąd prowadzi jedyna droga i co na jej końcu znajdzie.
I ruszyła, ale tym razem jej dłonie na łańcuchu. Co jakiś czas szarpały go do siebie, jakby chciała by to on przyszedł do niej. A przynajmniej wyszedł jej naprzeciw, ale czy to na pewno dobry pomysł. Może za bardzo próbuje swojego szczęścia?
Nic te szarpania nie dawały, a ona zbliżała się coraz bardziej. Po drodze napotykając na kobiety i mężczyzn, w białych mnisich szatach z kapturami. Stali nieruchomo niczym posągi. Ich twarze.. ukryte były w cieniu. I czuła instynktowny strach przed tym co kryło się pod kapturami. Jej… rogaty kochanek siedział tam gdzie widziała go ostatnio. Pod ścianami, stały te sylwetki w białych szatach. Niczym strażnicy, a może świadkowie?
Czyżby jakaś próba? Jeśli myślą że okaże strach który szumiał w jej wnętrzu to się mylili. Yoona ruszyła w kierunku ‘Boga Jelenia’ dumnie krocząc. Już raz się u oddała nie było celu w udawaniu, że go nie pragnie, może poza pokazaniem kaprysu.
Nie czekała na jego ruch tylko od razu wdrapała się do niego na tron. Bóg Jeleń sięgnął ku jej piersi, nie schodząc ze swojego siedziska. Chwycił za nią i delikatnie ścisnął.
Białe szaty poruszyły się wyjmując z rękawów bębenki. I zaczęły wybijać rytm, gorączkowy i zmysłowy.
Zepsuta księżniczka zaczęła ten “erotyczny taniec”. Nie ingerowała w co robiła, ale sama postanowiła być kapryśna. Dotykała go jej smukłymi palcami, muskała swoim ciepłym oddechem jego skórę, a jej biodra poruszały się nad jego męskością nęcąco. Niby blisko ale cały czas odmawiając mu głównej nagrody. Ściskając jej pierś jeleni bóg, sięgnął palcami między uda. Zanurzył duże grube palce w jej kwiatuszku. Ta napaść wprawiła jej ciało w drżenie… dłonie miał trochę większe niż normalny człowiek. Palce więc odczuwała wyraźnie, leniwie ruchy… badające jej intymny zakątek, przy ciągle wybijanym przez bębenki tempie.
Kto wybijał ten rytm przestało być ważne już dawno temu. Zaś ministracja jaką przechodziła Yoona była nieprawdopodobna. Postanowiła być egoistyczna, pewnie przyjdzie jej za to później zapłacić ale nie nie przejmowała się co będzie później. Liczyło się tu i teraz. Leniwe ruchy zostały nagrodzone pojękiwaniem i próbami zachęcenia do szybszych ruchów.
I tak uczynił, powolne ruchy palców stały się silniejsze, kciuk masował jej wrażliwy punkcik. Robił jej to samo, co ona sobie w wannie... tylko doznania były mocniejsze… przeszywały jej ciało rozkoszą pulsującą w rytm bębnów. Czuła się jak kapłanka w starożytnym rytuale, gdy nagość i bezwstydność nie były czymś złym.
Radość jej uniesienie przebiło się przez rytm bębnów, mogłaby tak zostać do końca świata, ale wiedziała że chyba przyszedł czas się odwdzięczyć i zrobić coś dla swej bestii. Uniosła biodra nad jego dumę i musnęła ją nawilżając dowodem swojej rozkoszy.
Pochwycił ją wtedy dłońmi za biodra i szarpnął w dół. Jęk zaskoczenia i rozkoszy przeszył jej ciało. Odruchowo wygięła się w łuk. Jej rogaty kochanek, znów przypomniała sobie jak imponujący rozmiar mieściła w sobie. Prawdziwie godny tej bestii.
Ledwo opanowała chęć bycia zdominowaną choć wiedziała że i na to przyjdzie pora. Kolejny taniec. Tym razem dzikszy, próbujący dorównać rytmowi jaki niósł się po sali. Księżniczka starała się najlepiej jak umiała, dać mu taką przyjemność jaką on dawał jej. Nie przerywając szalonych prób dorównania, ich tempem do tego co ich otaczało. Yoona chwyciła go za koścista koronę i pocałowała go zachłannie. Parę chwil później wygięła się w kolejnym szczycie przyjemności zagłuszając bębny. Jej kobiecość pulsowała nabita na jego członek na pewno nie pozostawiła go niewzruszonym. I otrzymała jego trybut, zadrżała… poczuła jak jej kochanek doszedł intensywnie i ta intensywność spływała kropelkami po udach.
To było mocne, to było intensywne...
 
Obca jest offline  
Stary 09-03-2019, 23:10   #22
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 21431 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Dzień 5


To był sen… który ponownie obudził jej apetyt, gdy się obudziła wczesnym rankiem.
- Aaaaaaa! - Wydała z siebie sfrustrowany przeciągły odgłos. - Dlaczego ja! Dlaczego on…
Spojrzała na zegarek 5:30, przynajmniej się wyspała, no i nie był to koszmar. “Nawiedza moje sny niczym sukkub.”
Nie ma co gnić w łóżku, przebrała się w dress, nie sprzątała zrobi to jak wróci. Wyszła tylnymi drzwiami, choć z pewną rezerwą w końcu sąsiedzi mogli też być w takich godzinach funkcjonować. Ruszyła przed siebie mimochodem biegnąc jak za pierwszym razem. Koło tylnego wejścia do sklepu Clarence’a. Będąc blisko zaczęła się mocno rozglądać za jakąkolwiek aktywnością mieszkańców. Od razu schowała się cieniu budynku, gdy dostrzegła Alice biegnącą w dresach z naprzeciwka.
“Kurwaaaaaa!” Pomyślała przerażona wewnętrznie, nie tylko to. Jeśli będzie chciała powęszyć na miejscu zbrodni będzie musiała zrobić to o innej porze dnia...może wieczorem? No nic nie mogła pokazać, że się boi…po prostu biegła swoim tempem.
Bibliotekarka zbliżała się do niej, z każdym jej krokiem serce waliło mocniej w piersi Susan, ich ścieżki się przecięły. Blondynka uśmiechnęła się i skinęła głową na powitanie. I zaczęła się oddalać nie zamierzając powstrzymywać Susan przed dalszym biegiem w przeciwnym kierunku.
Woods odwzajemniła uśmiech, choć musiała się nieźle zmusić, a jej serce wchodziło w stan przedzawałowy. “Hę?! “ Była szczerze zaskoczona z tego obrotu spraw. Zadowolona, ale zdziwiona. Poświeciła jednak chwile na zatrzymanie się koło Clarenca, drzwi zamknięte i zapieczętowane. Sprawdziła okna i poświęciła chwile by sprawdzić czy Clarence zgodnie z małomiasteczkowym trendem, trzymał zapasowy klucz pod jakąś doniczką, kamieniem czy na framudze drzwi.
Znalazła klucz do drzwi w szczelinie framugi i mogła czuć z siebie dumna. Pozostało druga sprawa, wejść? Czy zostać zostawić to na drugi raz? Rozejrzała się nerwowo po okolicy, jest mało czasu po morderstwie. Nikogo tam nie powinno być prawda, włożyła klucz do zamka i przekręciła. W końcu klucz mógł być podpuchą i tak naprawdę nie pasować. Pasował, Susan ostrożnie przekręciła klamkę i zaczęła otwierać drzwi.
I wtedy usłyszała kroki. Kilka kroków. Ktoś był w środku.
“Cholera!” Pomyślała zamykając na nowo drzwi, nie na klucz. Odeszła od drzwi i zajrzała do pomieszczenia przez okno.
I schowała się odruchowo. Jessika tam była. Ona i jej zastępcy pakowali książki do kartonowych pudeł. Komputer został postrzelony ze śrutówki i był w tej chwili kupą złomu.
“Nie ma co teraz nic nie zrobię i o ile Clarence nie zostawił gdzieś wskazówek to już nie znajdę, “ Pomyślała rozczarowana. Klucz od mieszkania nadal w jej kieszeni. Ostrożnie zaczęła się oddalać od mieszkania by znowu zacząć biec. “Cholera gdybym tylko była szybciej, gdyby nie Rose wczoraj…”
Dobiegła do domu głodna jak wilk. Z rozczarowaniem stwierdziła, że nie ma nic na śniadanie. Przynajmniej nic śniadaniowego, wypiła dwie szklanki wody i sprawdziła zegar. “Zdążę przed nim” pomyślała i poszła spłukać z siebie pot i przebrać się w świeże ubranie.

Drugie wyjście z domu było łatwiejsze. Nadal uważała by omijać piekarnię dalekim łukiem. Skierowała się do sklepu Phila.
- Hej Phil. - Przywitała się wchodząc i przechodząc się po alejkach zbierając kolejne produkty spożywcze. W tym chleb tostowy i mrożone bułeczki.
- Hej… coś ostatnio cię nie widziałem.- odparł z uśmiechem Phil wędrując spojrzeniem po zgrabnych nogach Woods.
- A wiesz remont trochę mnie zablokował w domu. Zresztą teraz będzie podobnie bo czekam na dostawę lodówki. - Powiedziała jak zwykle z uśmiechem stawiając swoje zakupy na ladzie. I wtedy stwierdziła, że właściwie może wyciągać z niego informację a przynajmniej spróbować powędkować o nie.- No i ta sprawa z Clarencem jakoś też zniechęciła mnie do wychodzenia. Choć pewnie wam jest ciężej w końcu znaliście go dłużej.
- Ano… szkoda chłopa.- odparł smętnie mężczyzna wzruszając ramionami.- Nikt nie żyje wiecznie niestety.
“I znowu ta obojętność, oddalanie problemu. To musi się dziać już jakiś czas.“
- Wiedzą już co się stało? - Zastanawiało ją jakie kłamstwo wmawiają sobie by lepiej spać.
- Wilki.- wyjaśnił lakonicznie i enigmatycznie Phil.- Podejrzewają że wilki wdarły się przez otwarte drzwi i cóż… mamy w okolicy bardzo niebezpieczne wilki. Na twoim miejscu, bym uważał.
- No tak z dzikimi zwierzętami nie ma żartów. - “Wilki? Chyba zmutowane wilki z odmętów piekieł!” Nadal w uśmiechniętej masce zapłaciła za swoje zakupy. - Muszę lecieć. Do zobaczenia Phil. - Pożegnała się i ruszyła do domu tylnymi uliczkami. Nie mogąc przestać się dziwić jak oni zgrabnie sobie wszystko tłumaczą. “W dupę sobie wsadźcie te tłumaczenia.”
W mieszkaniu przeczytała dwa razy instrukcje na mrożonych bułeczkach i odpaliła wielki piekarnik. Piekarnia obok odpada, będzie musiała sama sobie dostarczać świeże pieczywo.
Ten eksperyment ...no cóż bułeczki nie wyszły na węgiel, ale nie były super złociste i wielce chrupiące. Niemniej dało się na nich zrobić kanapki, zrobiła też herbatę, a zwłoki biednego ekspresu nadal leżały rozbite pod ścianą. Susan wydawało się, że ją obserwują oskarżająco. Będzie musiała je po śniadaniu sprzątnąć.

Drzwi otworzyły się od strony kuchni. Henry wszedł i zerknął na Susan przyglądając się jej.
- Wyglądasz lepiej.- skomentował.
- Miałam dobrą noc. - odpowiedziała uśmiechając się lekko - Chcesz herbaty? Na kawę nie ma co liczyć póki nie dojdzie nowy ekspres...chyba, że pijesz też z fusami. - Zaproponowała alternatywę.
- Herbata musi być.- stwierdził krótko Henry przysiadając się.
“No tak ty sobie usiądź, a ja to ogarnę...ech faceci.” Woods wstała i przyszykowała mu kubek z napojem. Tym razem nie spytała, ale od razu postawiła na stole cukiernice z łyżką jakby się okazało, że herbaty też słodzi. I usiadła na swoim miejscu. - Hej … Jane mówiła, że mieszkasz poza miastem.
- Tak.- jakże wygadany był z niego mężczyzna. No i... jak twierdziła Jane, był mężczyzną. I zerkał na jej nogi, tak jak Phil. Tyle że ona bardziej zwracała uwagę na jego wzrok.
- Nie masz problemu z wilkami? - Zapytała z jednej strony prosto z mostu z drugiej podtrzymując iluzję “oficjalnej wersji”. Patrzyła na jego twarz, z tych pierwszych interakcji nie oszukiwała się że coś jej zdradzi jego mimika twarzy, ale kto nie próbuje ten zawsze ponosi porażkę.
- Nie. Ale i nie szukam. Trzymam się zasad. Nie wychodzę po zmroku do pobliskich lasów.- odparł enigmatycznie Henry popijając herbatę.
- Dlaczego? - Drążyła dalej, zaskoczył ją słowami o zasadach. Zasady są wtedy kiedy ktoś ma wpływ na to co się dzieje. Kiedy indziej były to wskazówki czy rekomendacje.
- Bo można zginąć, gdy się je łamie.- wyjaśnił Henry, nic nie wyjaśniając.
- Tak, jak Clarence? - Woods zreflektowała się, że być może powiedziała za dużo, ale no cóż pytanie już padło. Najwyżej jej nie odpowie.
- Nie wiem jak zginął i czemu Clarence. - wzruszył ramionami Henry.
- …- Susan nie miała pomysłu jak dalej rozmawiać. Chciała wypalić ze swoją dziką teorią spiskową. Przygryzła wargę na dłuższy czas i postanowiłą podejść go inaczej.
- Niemniej znasz zasady i wiesz, że nie wolno ich łamać bo jak sam powiedziałeś “można zginąć” - Patrzyła mu prosto w oczy. Ach dlaczego nie potrafiła odpuścić. - Więc tak naprawdę możesz wiedzieć co się stało, tylko jak reszta miasta woleć tego nie przyjmować do wiadomości.
- Nie byłem. Nie widziałem. Nie rzucam oskarżeń. Nie mieszkam w mieście. -odparł spokojnie Henry wytrzymując spojrzenie Susan. - Spytaj Jane. Jest miejscowa.-
I tymi słowami uciął temat, skupiając się na kontemplacji długich nóg pani Woods.
- No tak...racja - no właściwie co innego mogła powiedzieć? Miał rację i gdyby nadal ufała Jane to by ją zapytała, ale nie wiedziała na ile może jej nadal ufać.
Wstała i ogarnęła stół. Miał jej być potrzebny. Kiedy Henry zajął się ostatnią częścią tapety Susan nakleiła na rozbite lustro szarą taśmę.
Miało to uchronić szkło przed wysunięciem się z ramy kiedy będzie je znosić na dół.
“Moje wskazówki do rozwikłania zagadki… gdzie jesteście do chuja pana” Susan rozczarowała się trochę nie znajdując nic za lustrem. “Może szukam za złym lustrem …”
Zniosła je ostrożnie do kuchni i położyła je odbiciem do dołu biorąc nóż z szuflady zaczęła odchylać delikatnie mocowania ramy. Rama była ładna i pasowała do łazienki wystarczyło wymienić pęknięte ze środka. Myśli nadal kręciły się wokół mieszkania Clarence’a. “Może powinnam tam pójść w nocy? Mam jeszcze jeden pistolet… a może powinnam odebrać rewolwer Jane..”
Rozmyślaniom tym nic nie przeszkadzało, bowiem Henry zajęty swoimi sprawami nie schodził na dół.

Niemniej zadzwonił dzwonek… ktoś wszedł do jej przybytku.
- Hę? Ale jak? - Powiedziała na głos, Henry wszedł tyłem a ona też używała drzwi od kuchni. - Halo? - Odezwała się trzymając nadal nóż do masła którym podważała ramę.
- Hej…- odezwał się przyjaźnie głos znany Susan. Głos Eleonore Lerfreve, głos przyjazny… ale i tak dreszcz przeszedł po plecach Susan.
- Witam, Eleonore. - Odpowiedziała równie przyjaźnie, ale z rezerwą. Jej serce zaczęło bić szybciej ze zdenerwowania. Mimo, że wiedziała, że Henry jest na górze nie poczuła się wcale bezpieczniej, przynajmniej wiedząc teraz na co je stać.
Zapach piwonii znów się pojawił, powoli osaczając Susan. I to ją nieco rozluźniało. Choć wiedziała, że to podstęp… to pomagał w byciu przyjaznym.
- Witaj…- mruknęła Eleonore wodząc spojrzeniem po Woods.- Jestem zawiedziona nieco. Obiecałaś dostarczyć mi papiery z podpisami do ratusza. Czekam i czekam i czekam… i nic.
- To było przedwczoraj. Myślałam, że czas do noszenia takich dokumentów jest zwykły urzędowy. - “I wczoraj znalazłam zwłoki a twoja koleżanka zmusiła mnie do zrobienia sobie minety, więc chyba mam prawo mieć w dupie noszenie ci dokumentów” Mówić jedno myśleć drugie. - Jeśli jest to takie pilne to mogę je znieść z góry. Jest tam bałagan i właśnie trwa remont więc przykro mi, ale cię nie zaproszę dalej.
- Normalnie to by tak było, ale wiesz… to są umowy związane z mediami. Akurat jeśli chodzi o dostarczanie wody, gazu i elektryczności, to chyba nie chcemy by cię odcięto, prawda? Reszta może poczekać.- odparła przyjaźnie Eleonore, gdy zapach piwonii gęstniał. - Mogę poczekać.
- Zaraz je przyniosę. - Powiedziała Woods bardziej niż szczęśliwa, że będzie mogła opuścić to pomieszczenie. I ruszyła pośpiesznie po schodach, wyglądało to trochę jakby uciekała. Minęła wejście do sypialni i skierowałaą się do biura. Dokumenty leżały na biurku. Oczywiście że ich nie przeczytał i nie podpisała. Szybko Przejrzała umowy i zaczęła stawiać parafki. Teraz chciała podpisać wszystkie, by Eleonore nie musiała tutaj więcej przychodzić, ani Susan ruszać do ratusza.
Kiedy skończyła zaczęła mozolnie schodzić w dół. - Proszę. Tutaj masz wszystko, w ten sposób nie będziesz musiała specjalnie się fatygować jakby mnie zaczęły terminy gonić. - Powiedziała podając wiceburmistrz komplet dokumentów i właściwie zorientowała się, że mogłaby spróbować czegoś się dowiedzieć. Bo Henry jest na górze zawsze może go zawołać ...albo… Susan stanęła koło drzwi do piwnicy.
- Hej wiesz może czy Alice odnalazła już te skradzione z biblioteki książki? Wydawała się bardzo zmartwiona, że ktoś je wyniósł. - Zaczęła Susan.
Zapach piwonii, który robił się coraz intensywniejszy nagle osłabł. Eleonore wyraźnie została wybita z dobrego humoru i spoglądała zakłopotana na Woods. Potem jednak przybrała profesjonalny uśmieszek. - Książki? Jakie książki? Alice nic mi o tym nie wspominała. Zresztą ja mało czytam, więc nie zachodzę do biblioteki zbyt często.
- Och nie wiedziałam, Alice wspomniała że współpracujecie często z uwagi na służbę publiczną. - “Co to była za reakcja?”
- Oczywiście. Współpracujemy. Naturalnie.- odparła Eleonore. Zapach piwonii powrócił, a z nim przyjemne pokusy. Nie było to tak intensywne uczucie jak z Rose, czy dominujące jak z Alice. Było przyjemnie ciepło i podniecająco. Prowokująco, ale nie intensywnie. Bardziej sugestia niż przymus. By ją pocałować. - Ale… przecież nie będzie do mnie ganiać z powodu jednej zaginionej książki, prawda? To raczej sprawy wewnętrzne biblioteki.
- No tak, pewnie po tym co się stało z Clarence’m i tak macie pełne ręce roboty...- “No dobrze spróbujmy tego”
- Tak. To rzeczywiście problem.- zapach piwonii osłabł, acz Eleonore wydawała się spokojna i opanowana. - To straszna sprawa. Umrzeć tak młodo. Mam nadzieję jednak, że nie wstrząsnęło to tobą? Nasze miasteczko, raczej nie jest częstym miejscem takich zbrodni.
- Tak? Wszyscy są tacy spokojni jakby to była rutyna, no ale to jak ktoś sobie z tym radzi to już chyba kwestia indywidualna. - “Zdenerwowała się na książki, ale jest spokojna w sprawie morderstwa...nope, nie rozumiem jak działają mózgi tych kobiet...i chyba nie chcę.” Susan skończyły się tematy do poruszenia. Co jeszcze wilki? Metody spoufalenia się Rose? No i kiedy będzie odpowiedni moment, żeby ściągnąć na ratunek Henry’ego i czy w ogóle będzie musiała.
Eleonore przejrzała pobieżnie dokumenty i uśmiechając się dodała.- No to muszę lecieć. Może jeszcze spotkamy się później, ale teraz… nie przeszkadzam.
- Na razie. - Odpowiedziała już spokojniej Susan. Spojrzała na zegarek, do obiadu Henrego miała jeszcze trochę czasu więc postanowiła skonfrontować się z Jane. Lustro zostało na stole zapomniane na jakiś czas. Wychodząc przez frontowe drzwi spojrzała na zamek. Skoro ona nie używała tych drzwi, a Henry tego dnia wszedł tyłem to jak to możliwe, że były otwarte? Czyżby któryś z nich zapomniało je zamknąć?
Albo… Eleonore miała własny zestaw kluczy, co było najbardziej upiorną możliwością.

Susan przekroczyła próg sklepu z narzędziami i rozejrzała się za Jane...albo za Yue.
Jane czytała jakiś katalog, a na widok Susan uśmiechnęła się promiennie i rzekła radośnie.
- Już ci lepiej?
- Potrzebuje tego co mi zabrałaś. - Susan myślała ze uda jej się zachować przyjacielsko, ale widok Jane kazał jej myśleć, że kobieta jest jak nóż czekający żeby wbić się w jej plecy. A szkoda, bo naprawdę wydawało jej się że znalazła koleżankę w nowym miejscu. Jej wypowiedź była szorstka i do rzeczy.
- A po co? - zapytała zaniepokojona Jane przyglądając się bacznie Woods.
- Bo nie zamierzam czuć się bezbronna - Powiedziała, coś w środku zaczęło się w niej gotować. Wywrzeszczeć jej jak bezbronna się poczuła kiedy Jane ją rozbroiła. I że wie kim jest. I że podejrzewa, że kobieta bawi się nią jak reszta wiedź w mieście. Powstrzymała się jednak. Przyszła po broń. Ruger był jej pistoletem ale rewolwer miał większą siłę i robił większy huk, głodne czy nie wilki powinny się z nim liczyć bardziej niż ręcznym pistolecikiem.
- No dobrze. Poczekaj tu chwilę.- rzekła Jane odkładając gazetę i wychodząc na zaplecze. Wróciła po kilku minutach z bronią. Położyła ją na ladę.
- Tylko nie rób nic głupiego i nie pokładaj w niej zaufania. Szczerze powiedziawszy…-
Susan nie słuchała jak tylko rewolwer wrócił w jej zasięg wsunęła go z tyłu spodni zasłaniając narzutka i wyszła. Bez pożegnania bez wyjaśnień. Nawet się cieszyła, że Jane nie drążyła tematu bo, by pewnie powiedziała jej co ma zamiar zrobić. Dla sprowokowania jej, zobaczenia co zrobi. Wróciła do domu i poszła do gabinetu zamykając za sobą drzwi.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 10-03-2019, 10:19   #23
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Wojny w kuchni

Po cichu wkroczyła do jej bazy operacyjnej. Dopisała parę dodatkowych kartek na swojej ścianie spiskowej. Dziwne reakcje wiceburmistrz. Hasło wilki, potwory, zasady. Potem wyciągnęła torbę z pieniędzmi i odłożyła odliczone kwoty do kopert.
“AGD - dostawa”, “Remont i materiały” i “Reszta”. Sprawdziła na pustym magazynku i komorze czy Jane nie uszkodziła broni. Miała czas i sposobność. Nic mu nie było, załadowała go nabojami i zostawiła w pokoju za biblioteczką.
Koperty wyniosła i położyła na biurku w gabinecie.
- Uuuuffff… - Odetchnęła głęboko, czuła się rozchwiana przez wizytę u Jane. Nawet zaczęła kwestionować czy nie powinna spróbować kolejnego dnia rano. - Nie… jak wszyscy tu to konformiści… lepiej będzie w nocy. - powiedziała cicho do siebie nawet nie zwracając uwagi, że słowa nie były w jej głowie.
Usłyszała skrzypienie schodów, kroki w dół. Zapewne Henry schodził do kuchni, by potem udać się do Jane na obiad.
Właściwie sama też była głodna, zeszłą do swojej wielkiej kuchni i sięgnęła do szafy bo … pudełko makaronu z serem. Przeczytała instrukcję dwa razy. Wybrała garnek. Napełniła go woda, Wsypała makaron. Postawiła na gazie, dodała sól. Poczekała odpowiedni czas. Odlała nadmiar wody...co skończyło się że wylała cały makaron do zlewu u poparzyła się przekładając go z powrotem do garnka. Po schłodzeniu ręki spróbowała dokończyć posiłek wsypując do garnka z makaronem ser i mieszając. Tyle że część makaronu przylgnęła do rozgrzanego spodu naczynia kiedy ona schładza przy zlewie poparzone palce.
Z poczwórnej porcji makaronu ostała się jedna albo dwie małe.




Garnek trawił do zlewu zalany woda by spalone części posiłku były łatwiejsze do zeskrobania. Susan musiała znowu otworzyć drzwi i okna by wywiać swąd spalenizny. “A wydawało się proste.” Myślała powoli jedząc posiłek. Jadła powoli. Nie z powodu podrażnionej ręki ani przez utratę apetytu...przesoliła makaron i smak o ile na pewno oryginalny był...ciężki. Nadal zjadliwy ale ciężki. Na szczęście herbaty nie da się spalić.
Henry wkroczył do jej mieszkania, gdy jeszcze wcinała swój posiłek. Popatrzył na te porcje z politowaniem. Ale nie rzekł nic. Zamiast tego zaczął robić sobie herbatę.

Woods była wdzięczna za brak komentarza. Jej duma ucierpiała wystarczająco i nie musiała być dobijana przez komentarze. Kiedy skończyła strasznie chciało jej się pić i zanim postawiła swój kubek koło Henry’ego wypiła dwie duże szklanki wody z kranu. Czekając, aż woda się zagotuje zaczęła powoli zmywać. Nie garnek, ten wstyd zostawi sobie na ranek kolejnego dnia.
- Hej, zamknąłeś wczoraj drzwi frontowe wychodząc? - spytała powracając do nurtującej ją zagadki. Ciągle tajemniczo otwartych drzwi.
- Zamknąłem.- odparł mężczyzna przyglądając Susan. Po czym podszedł do niej, stanął tuż za nią. Jego ręce przejęły naczynia które zmywała. A ciało naparło na nią.
- Jesteś w tym beznadziejna.- mruknął otulając ją swoją postacią i zapachem. Typowo męską wonią maskowaną kiepską wodą kolońską.
Woods w pierwszej chwili zamarła, serce załomotało jej w piersi ze strachu, albo podniecenia. Albo ze strachu i podniecenia, nie była wstanie powiedzieć. Choć potem jednak przebiła się jedna myśl. “Skomentował!”
- Tak. Jestem. - Powiedziała z nieukrywaną złością. - Dlatego, jakbyś się nie domyślił, ćwicze. Żeby nie być!
Nie mogła za bardzo się ruszyć tak przyciśnięta, dlatego zamiast się odwrócić i kontynuować “tyradę” uniosła głowę do góry. - I zechciej zauważyć, że to co robisz jest mało profesjonalne a myślałam, że na tym ci zależy. -
- To żadne ćwiczenie… powtarzać te same błędy sądząc, że osiągnie się lepszy skutek. Patrz.- naparł na nią swoim ciałem zmuszając ją by się pochyliła i przyglądała jak metodycznie myje talerze. Skutkiem ubocznym tego, było lekkie wygięcie się jej ciała i ocieraniem wypiętą pupą o… wyraźną wypukłość mężczyzny.
- Ty zdajesz sobie sprawę, że akurat sprzątać umiem? - Powiedziała, ale skupiła się na wykonywanej przez niego czynności. Odwracało to uwagę od innych myśli.
- Zmywanie twoje jednak woła o pomstę do nieba.- odparł Henry starając się też skupić na zmywaniu, by odciągnąć uwagę od styku ich ciał.
- Ile razy przy tobie zmywałam żebyś doszedł do takich śmiałych wniosków? - Nuta złości nadal nie opuszczała jej głosu, choć nieco zelżała.
- Wystarczyło się raz przyjrzeć.- jemu odrobinę dłonie drżały, choć starał się nadrabiać obojętnym tonem głosu. I napierać mocno biodrami na jej ciało, choć i bez tego czuła napięcie materiału.
Przed jego twarzą rozpostarła się zaczerwieniona dłoń. - Jeśli wysuwasz wnioski po aktualnym zmywaniu. To cię uświadamiam, że się wcześniej poparzyłam. Co mogło wpłynąć na moje maestria w tej kwestii. - Woods starała się powstrzymać to co się działo. W jej ciele dwie siły zaczęły walczyć o absolutną dominację. Zdrowy rozsądek który mówił, że to kiepski pomysł i potrzeba zbliżenia której po ostatnich wydarzeniach i snach niewiele było potrzeba by się upomnieć o swoje.
- Wymówki…- szepnął chrapliwym tonem głosu mężczyzna ignorując jej wytłumaczenie.
“Dwa talerze i parę sztućców. Przecież nie będzie tego robił nie wiadomo ile.“ Pomyślała więcej nie walcząc. Tak naprawdę to było miłe. Zapach nie był kwiatowy i też nie intensyfikował się. Co znaczyło, a przynajmniej chciała w to wierzyć, że jej uczucia w danej chwili były prawdziwe a nie podyktowane jakąś sztuczką.
Wydawało się, że mężczyzna przedłużał to mycie talerzy… instynktownie napierając biodrami na jej biodra i cofając się. Jego oddech się pogłębił.
- Ładnie… pachniesz… wiesz?- wymruczał jej do ucha.
- Ech…- Zabrzmiała rozczarowana, smutna. - Jak zaczynałeś mówiłeś o czysto zawodowym podejściu…- Przypomniała mu, te rozczarowujące z jakiegoś powodu słowa.
-Mhmm…- odpowiedział, a potem poczuła jego usta na swojej szyi, całujące czule i delikatnie jej skórę. Leniwie i bez pośpiechu. Szlag trafił całe to “zawodowstwo”.
- Nie. - Powiedziała jękliwie .Chciała stanowczo, ale totalnie jej nie wyszło, zdradzieckie ciało zabrało jej głos.
- Co… nie?- zapytał mężczyzna, ale i też nie ułatwiał jej odpowiedzi ustami wodząc po płatku usznym bez pośpiechu i z delikatnością o jaką trudno było podejrzewać takiego szorstkiego w obejściu mężczyznę.
- Nie interesuje... mnie bycie małą ...przygodą podczas ...pracy. Więc nie…jest..eś ...współpracujesz z Yue… powiedziała też to ...robi...- Słowa coraz trudniej przychodziły. Owszem Susan nie chciała być jednorazową przygodą. Uważała, że przespanie się z człowiek który jej remontuje dom, był kiepskim pomysłem, który skomplikuje wszystko.
Do tego była jeszcze Jane…”Jane czy ona nasłała go na mnie? Jak wtedy w jej kuchni?”
- Yue? Kto to jest Yue?- zapytał mężczyzna całując powoli jej szyję, wodzą językiem po skórze. Dłonią sięgnął ku jej piersi i delikatnie objął jej krągłość przez bluzkę. Powoli ścisnął delikatnie masując.- Mam wrażenie… że jednak trochę… chcesz.
Tego było za wiele. “Dlaczego ludzie w tym mieście nie rozumieją słowa ‘nie’” Susan złapała za rączki odmaczającego się garnka i z całej siły zamachnęła się nim w tył. Woda chlusnęła na nich oboje.
Henry odskoczył od niej zaskoczony i uniósł ręce w geście poddania się. Przyglądał przez chwilę rozjuszonej Susan. Nawet lekko się uśmiechnął spoglądając w jej oczy.
- Masz w sobie ikrę.- westchnął i dodał.- Dobra. Będę grzeczny. Bardzo grzeczny. Idę na górę… skończyć twój pokój.
Garnek upadł na ziemię z łoskotem a Susan poczekała, trzęsąc się, aż Henry sobie pójdzie. Kiedy usłyszała go w sypialni popędziła do biura zamykając się na klucz. Jak przy Rose skryła się w schowku skulona. Choć tym razem nie z powodu odrazy czy złości. No może złości tak. Na siebie, że nie potrafi pozwolić sobie na jednorazowe zapomnienie. Bo w końcu o to mu pewnie chodziło, o jednorazową przygodę z nową mieszkanka miasta. Doprowadzało ją to do cichej złości na swoją niemoc, w podążaniem za pragnieniami. A ta chwilowo doprowadziła do tego, że Woods siedziała teraz w schowku. Mokra od wody z brudnego garnka kryjąc się, zamiast stawić temu czoła. Najwyraźniej było to bardziej przerażające niż nocna wyprawa do domu Clarence’a.
“I tak by nie został na noc…” - Myśl, jedyne pocieszenie.
Na razie też jedyne co jej pozostawało to rozważać. No może nie jedyne, były też myśli o utraconej szansie i wspominki jej snów. Nawet jeśli mężczyzna chciałby jej coś powiedzieć, to przecież tylko jedna osoba wiedziała o tej kryjówce. Jane. I chyba nikomu nie powiedziała. Na pewno nie Henry’emu.
 
Obca jest offline  
Stary 10-03-2019, 10:25   #24
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Nocne włamania i potwory

Susan próbowała się czymś rozproszyć. Obliczała ile czasu jej zajmie dotarcie do mieszkania i z powrotem. Na czym powinna się skupić co wziąć ze sobą. Klucz, rewolwer, telefon, może nóż do podważenia desek. Odgłosy z sypialni nie przestawały dochodzić więc Susan usiadła przy komputerze i zaczęła przeglądać inne strony z opisem Rakshy a dokładniej jak się przed nimi bronić. “Nie to że wierze w te ich teorie ...po prostu i tak nie mam co robić”.
Łatwo znalazła odniesienie do Bakasur, rakszas w Mahabharatpie i Ramayanie.. ważnych tekstach hinduskiej kultury i religii. Nie zawierały one jednak żadnych ich słabości. Nie były to wampiry, które można było przegonić szerokim wachlarzem środków. Susan czuła, że traci czas, który mogłaby spełnić przyjemniej.
Przepędziła Henry’ego… jakikolwiek był powód jego zachowania, to z pewnością się on nie powtórzy. Była coraz bardziej sama w tym mieście. Nikomu nie mogła ufać, bądź nie chciała. Cokolwiek znajdzie to… Clarence’a ta wiedza nie uratowała przed jego krwawym losem.
Henry chyba skończył, bo słyszała jak schodzi.
“Rany kolejne dni to będzie koszmar…” Woods pomyślała wychodząc ze schowka. Przyłożyła czoło do drewnianej płyty drzwim - Dlaczego musiałeś to zrobić akurat teraz ? - zapytała Henry'ego. Oczywiście nie mógł jej usłyszeć siedząc w kuchni było to pytanie bez odpowiedzi. Partner Jane mocno namieszał tego popołudnia, a Sue nie wiedziała jak powinna się teraz wobec niego teraz zachować.
“Masz inne zmartwienia teraz. Skup się!”

Woods zdjęła mokre ubranie i przebrała się w ciemny dres założyła swoje adidasy. Klucze do siebie. Klucze do sklepu. Telefon. Rewolwer. ...Nóż no tak musi zejść do kuchni.
Otworzyła biuro, udała się na dół.
Henry na szczęście/niestety jeszcze tam był.
- Przepraszam. Poniosło mnie. To się więcej nie powtórzy. - rzekł na jej widok i zaczął zbierać do wyjścia.
- Henry...ja ...przepraszam, że oblałam cię wodą…- chciała go zatrzymać. Wyjaśnić, że to nie dlatego, że nie chce tylko, że się boi bo to wszystko idzie za szybko...ale się zlękła. Głównie dlatego że stała w dresie z pistoletem schowanym w kieszeni bluzy, ewidentnie przygotowana do wyjścia. A jeśli on zacznie ją teraz wypytywać to co mu powie? Prawdę? Czy lepiej skłamać?
- Nie ma za co. - odparł mężczyzna i ruszył do wyjścia. - Nie łaź nigdzie w nocy. -
Nie wypytywał co planuje.
- Do jutra. - pożegnała go w poczuciu kompletnej rozterki. “Powiedzieć coś jeszcze? Zostawić to na jutro? A jak jutro mnie nie będzie…”
- Henry!…- Powiedziała głośniej...nie czekając aż się odwróci, wypaliła - Nielubięjednorazówekkomplikującychwszystko…- “Brawo Susan na pewno cię zrozumiał!” skarciła się w myślach. - Wolę komplikować sobie życie długodystansowo... - “No i gratulacje kretynko bardziej pogmatwanie nie mogłaś tego ująć. Jak przeżyję to dopiero jutro będzie dziwnie to widzieć...o ile się pojawi...Kurwa!” Woods nadal beretowała się w myślach, już totalnie rozpraszając się od tego co miała zrobić.
Henry przyglądał się jej w milczeniu. Skinął głową i dodał. - Rozumiem. A ja nie jestem facetem nadającym się do związków.
Woods aż przewróciła oczyma, no jednak nie do końca ją zrozumiał, ale niech będzie. “Nie chodziło o związek… chodziło o wyłączność… a nie, no tak dla facetów to już związek…” - Tak no to już wiemy na czym stoimy…
- Połóż się spać. - poradził Henry wychodząc. - Może jutro wszystko ci się ułoży.
“Sam się połóż, jak na kogoś kto nie nadaje się do związku zdecydowanie umie pouczać kogoś jakby w nim był!” Pomyślała kwaśno. Nie położyła się. Teraz wystarczy poczekać, aż zacznie się ściemniać i rozejrzeć się po mieszkaniu. Potrzebowała czegoś co ja naprowadzi, by zadawać odpowiednie pytania.
Na dworze zaczęła biec, maskując swoje zamiary pod przykrywka wieczornego biegu. Na miejscu rozejrzała się znowu za jakąś aktywnością mieszkańców. Ta była niewielka, acz dostrzegła policjantkę kręcącą przy domu Clarence'a. Nie była to Jessica na szczęście. I sądząc po nerwowym zachowaniu NAPRAWDĘ nie chciała tu być w tej chwili.
Woods schowała się przy wielkich kontenerach na śmieci i z ukrycia obserwowała zachowania policjantki. “No nic trzeba czekać, albo sobie pójdzie albo … no to może być długa noc.”
Niestety zapowiadało się to drugie. Im większy mrok zapadał, tym policjantka była coraz bardziej zdenerwowana. I częściej rozglądała się dookoła. Z dłonią na broni.
“Noż przecież jej nie zastrzelę by tam wejść…” z kolei Susan z każdą minuta była coraz bardziej zirytowana tym czekaniem. “Dobra jeszcze trochę i zaczniemy kombinować...może ją przestraszyć...cholera, ale jak spanikuje to będzie strzelać na oślep.” Woods rozejrzała się po okolicy śmietnika szukając jakiś butelek czy puszek którymi można było rzucić. Może dałoby się ją zmusić do przejścia się gdzieś.
Ustawiła puszki i puste butelki na kontenerze. Ukrywając się w uliczce rzuciła w nie kamieniem robiąc dużo hałasu i nie czekając na policjantkę obiegła dom do okoła. Udało jej się. Policjantka oddaliła się od drzwi sprawdzając co się stało a wtedy Woods ostrożnie i po cichu weszła przez drzwi do środka. “Biedna dziewczyna ale z opowieściami o tych wszystkich potworach to chyba przesadzili jeśli zostawili swoją na czatach.”
Po cichu zamknęła za sobą drzwi wkładając w zamek klucz i przekręcając by utrudnić Policjantce ewentualne wejście do środka.
Rozejrzała się po ciemnym pomieszczeniu.
Było ciasne. Mały korytarzyk prowadzący na zaplecze i zapewne do schodów w części mieszkalnej. W powietrzu czuć było zatęchły zapach wilgoci.
“Wilgoć?” Zdziwiła się Susan i pierwsze co poszła na zaplecze. Zaczęła przyświecać sobie latarką telefonu by nie wpaść na coś i nie narobić hałasu.
Otworzyła drzwi i dostrzegła jedynie puste regały, meble i plamy zaschniętej krwi. Nic poza tym. Pomieszczenie było puste. Zarówno książki jak i komputer zostały wyniesione. Spóźniła się.
“Wow, wysprzątali dokładnie.” Susan mimo wszystko weszła do środka i przeszła się po podłodze. Może to było naiwne myślenie ale chłopak był nerdem. Na sto procent jakby miał okazję coś schować zrobiłby to w stylu starej klasyki prawda? Susan sama chciała schować swoje rzeczy w poluzowanych deskach podłogowych. Po krótkim przeszukiwaniu pomieszczenia, znalazła kilka takich desek i kryjówkę właściciela. Też złupioną.
“Serio?!” Po sprawdzeniu zaplecza poszła do części mieszkalnej.
Kuchnia, była mała i nieużywana. Przeszukanie jej pozwoliło zdobyć parę butelek piwa i potwierdzić, że Clarence musiał stołować się na mieście. Z piwnicy zionęło wilgocią… i panował tam mrok którego to latarka telefonu nie była w stanie rozproszyć.
“Eeee. Nope!” Pomyślała, mając nadzieję, że wspomnienia o tym co się działo w jej piwnicy nie udaremniły jej właśnie znalezienia jakiejś wskazówki. Ruszyła na piętro.
“Na razie jakoś idzie szkoda że bez rezultatów” Pomyślała nadal uważając co robi. Rozkład mieszkania był taki jak u niej. Zaczęła od mniejszego pokoju… który był większy, bo nie miał jej kryjówki. Pełen plakatów związanych z zespołami heavy metalowymi. Megadeth, Black Sabbath, Judas Priest, Rammstein i wiele innych. Generalnie te plakaty oklejały całe pomieszczenie, zapewne dodatkowo wyciszone. Bo oprócz komputera( po którym został jedynie ślad na biurku), były głośniki i podpięta do nich gitara elektryczna. Okna zostały zamknięte na stałe… a część plakatów poczerniała i zaczęło się skręcać… jakby gniły. Co zdjęciom na nich dodawało upiornej aury… zwłaszcza KISS.
“ Tak nie koniecznie te plakaty…” Susan spojrzała na czerniejące i poskręcane plakaty. Podeszła do nich i sprawdziła jak są przymocowane.
Gdy podeszła,twarze na plakacie, ożyły i spojrzały na nią mówiąc jednym głosem.
- Znajdź mnie w psycho circus.
Susan odskoczyła w tył upuszczając telefon i zakryła usta dłońmi. - …! - Telefon mocno się uszkodził, ale Susan której zmysły wchodziły w stan paniki jeszcze tego nie zauważyła.
“O cholera. cholera!” Krzyczała w myślach. Spojrzała na plakat jeszcze raz.
W pogrążonym w prawie całkowitym mroku pomieszczeniu, Susan nie mogła dostrzec czegokolwiek. Ale przynajmniej już się nie odzywał.
- No dobrze to idziesz ze mną…- Powiedziała cicho i delikatnie zdjęła plakat zwijając go w rulonik. Po czym znalazła swój telefon i oceniła uszkodzenia. - Kurwa. - Skomentowała pęknięty ekran kiedy wkładała baterie i zamykała tylną klapkę. “No dobrze nie jest źle pęknięte ekrany zdarzają się cały czas.” Próbowała sobie wytłumaczyć uruchamiając go. no dobrze latarka nie chce zadziałać ale da się jeszcze przyświecać światłem ekranu...migoczącym, ale jednak.
“No dobra sypialnia …. moment… psycho circus to nazwa płyty… Clarence miał je w sklepie.” na sypialnię tylko zerknęła… i dostrzegła macki. Od groma macek. Całe ściany macek. Tak jak u niej. Tylko że tu to nie była tapeta, tylko przebarwienia na ścianach.
“Nope...boże żeby Henry mi takiej fuszerki nie zrobił.” Pomyślała upewniając się, że też tu wszystko zostało wyniesione. I zeszła na dół. Do sklepu musiała działać szybko, bo czas biegł była już zestresowana i słuchała wyimaginowanych głosów z plakatów.
Tu musiała uważać ze światłem. Część sklepowa, była bowiem przeszklona jak i u niej. W dodatku pilnujący miejsca zbrodni policjant… budził nieprzyjemne uczucie w żołądku Susan… zwłaszcza jego twarz. Bo ta… Woods nie mogła dostrzec jej właśnie. Niby widziała jakieś zarysy w ciemności, ale nie składały się one w całość… jak rozsypane puzzle. Niby miał ludzką twarz, ale Susan nie potrafiłaby jej opisać. Ani zapamiętać.
“Zmiana warty? Będzie trudniej chyba będzie musiała zrobić dywersje z wnętrza domu...chyba ze ta na tyłach sobie poszła.” Susan zniżyła się i na czworakach przeszła do miejsca sklepu gdzie były płyty.

Miała szczęście, miała jego nadmiar. Znalazła bowiem dwie płyty. W dwóch przeciwległych miejscach. Jedną była płyta CD zamknięta w gablotce.



Leżąca wygodnie na poduszeczce. Duma kolekcji. Tak samo wyróżniona była druga płytka. Kiss: Psicho Circus, gra wideo na dreamcasta. WTF?!
Nie miała też dużo czasu na rozmyślania, bowiem usłyszała za sobą… niemal zwierzęcy warkot. I spojrzała widząc jak… “wilki” wychodzą ze ścian. Duże stworzenia o wilczych paszcza i rozdętych brzuchach trzymanych przez żebra niczym w klatce. Jeden drugi, trzeci, czwarty… po jednym z każdego kąta.
“...” Susan zerwała się na równe nogi i pobiegła do gabloty z płytą muzyczną. Z całej siły zamachnęła się łokciem rozbijając szkło. Czas na ciche podchody właśnie się skończył. To roztrzaskało się z typowym dla szkła brzęknięciem, przy okazji rozdzierając dres i raniąc Susan. Chwyciła płytę. I ruszyła biegiem przez korytarz na tył domu. Nie oglądała się za siebie tylko wyciągała rękę do klamki. “Na chuja zamykałam je na klucz.” Pomyślała.
Słyszała za sobą je… pędzące cicho i pospiesznie masywne ciała, pulsująca i świecąca zawartość ich brzucha rzucała upiorny zielonkawy blask. Usłyszała mlaśnięcia i z szeroko otwartych paszczy wysunęły się długie pulsujące macki próbujące ją pochwycić. Zupełnie jak w śnie!
Dopadła drzwi słysząc je za sobą. Zbliżały się przerażająco szybko.
Przekręciła klucz i wypadła na zewnątrz nie rozglądała się tylko ruszyła pędem. Ile miała siły w nogach, strach pomagał...przynajmniej tak się jej wydawało...pistolet w kieszeni był zapomniany. Jane miała rację.
Potwory wypadły tuż za nią, jedna z macek boleśnie walnęła ją po plecach próbując pochwycić za szyję i przewrócić. Z paszcz wyrywał się im bulgoczący warkot, który pewnie łatwy był do usłyszenia, ale… możliwe że słyszany był nieraz. Możliwe, że miejscowi wiedzieli, co on oznacza… możliwe, że bali się sami stanąć oko w oko z tym… czymś.
Ledwo złapała równowagę, nie przestała biec, serce jej chyba stanęło ale krew szumiała w uszach. Jak się zatrzyma, to zginie jak Clarence. Widok rozerwanych zwłok był dostateczna motywacją, by lepiej spróbować ucieczki. Skręciła w uliczkę wybiegającą na główną ulicę. Może instynktownie spodziewała się, że “Wilki” będą miały problem z zakrętami.
Nie miały… na szczęście było ich cztery, a boczne uliczki były wąskie. Niełatwo im było naraz się przecisnąć.. zyskała trochę odległości między nimi.
“Biegnij! Biegnij! Biegnij!” Yoona dopingowała ją z tyłu głowy. z głownej alei wbiegła w kolejna boczną uliczkę. Ta prowadziła na tylną w jej szeregu. Wystarczy być szybszą. Płuca ją piekły a mięśnie zaczęły boleć. Sprint to nie jej ulubiony rodzaj biegu.
Lawirowanie ciasnymi uliczkami pozwalało utrzymać potwory z dala od siebie. A jej dom majaczył w polu widzenia. Czy zdoła, czy zdąży, a jeśli zdąży to… czy ten dom powstrzyma te bestie? Dlaczego miałby?
Nadzieja jednak dusiła wątpliwości. Wyciskając wszystkie siły, ze swojego ciała Susan dopadła do drzwi swojej małej twierdzy.
Tracąc cenne sekundy na wetknięcie klucza i przekręcenie zamka. odgłosy zza niej nie pomagały wydawało się że potwory są tuż za nią i ich szczęki zacisną się na jej ciele.
Szarpnęła za klamkę. Zamek ustąpił. Wpadła do środka zatrzaskując za sobą drzwi. Kolejne cenne sekundy i Susan zamknęła je na klucz, potem pędem na górę. Przeklęte schody odmówiły współpracy i ją potknęły. Panika nadal ją trzymała kiedy niezdarnie się podniosła ignorując ból w kolanie które zaryło o kant stopnia.
Do biura! Zamknąć drzwi! Do Skrytki Zamknąć Drzwi!
Serce waliło nadal, mięśnie napięte, strach w głowie. “Cicho, cicho, cicho, niech cię nie słyszą.” Powtarzała w głowie próbując uspokoić oddech. “Co do do cholery było?!”. “Jak to może istnieć?!”. “To wylazło ze ścian!”. “Boże, w co ja się wpakowałam…” I tak podobnie. Zamarła w swoim schowku. Nie ruszała się nie wydawała odgłosów. Nasłuchiwała każde najcichsze skrzypnięcie powodowało skoki adrenaliny. Z czasem strach przechodził, a wracał pół łokcia i kolana...i mięśni.
 
Obca jest offline  
Stary 10-03-2019, 10:29   #25
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Lizanie ran...

Dzień 6
Ranek przyszedł zdecydowanie zbyt późno. Obolała i poraniona Susan czuła się wykończona i miała trudności z koncentracją. Potrzebowała snu, relaksu… rzeczywistości.
Całą noc przyglądała się cieniom w kątach pokoju, czekając aż któryś z nich zmieni się w wyposażonego w macki psiego drapieżnika. Na szczęście żaden się nie zmienił. Czy ścigające ją bestie wdarły się do jej domu? Nie wiedziała.
Wiedziała natomiast, że była piąta rano… a ona była w fatalnym stanie.
- Kurwa to było za dużo. - wypowiedział pierwsze słowa od czasu wpadnięcia do domu. Świtało, była tego pewna. Mimo piekących mięśni wyjęła po kolei rzeczy z kieszeni. Rewolwer. Nóż. Plakat...i płytę. Obróciła ją w dłoniach “Jak się okaże, że byłaś złym wyborem to się popłaczę” Otworzyła pudełko. W środku była jedynie płyta i jakiś proszek, biały proszek. Kokaina? Może… na pewno czymś zanieczyszczona. I chyba należało ją wciągać nosem. Niewiele tego było. Z cztery, pięć działek. “O ja pierdole?! Serio Clarence narażałam życie dla narkotyków?!” Rozczarowanie. Wielkie rozczarowanie.

Zbierając się w sobie wyszła ze schowka, miała jeszcze chwile czasu. Mozolnie w bólach ale do przodu. A dokładniej do łazienki. zdjęła z siebie ubranie. Wielki fioletowy obrzęk na kolanie świadczył że w najbliższym czasie sobie nie pobiega. Wydawało jej się, że drugi ma na plecach. Ale najgorszy był łokieć w nocy materiał dresu przesiąkł krwią i przykleił się do rany.
Zdarcie go na nowo otworzył rozcięcie i wywołał jęk agonii. Wcześniej adrenalina tłumiła ból, ale już nie. Susan odkręciła wodę w prysznicu i weszła do środka. W środku przypomniała sobie co znalazła i że prawie nie zginęła za zwykła działkę narkotyku.
Jękneła żałośnie, a potem spazmy szlochu wypełniły lazienkę.

Jak to bywa u kobiet, takich co nie boją się płakać. Po wszystkim poczuła się lepiej. Wykończona, głodna, obolała, ale poczuła się trochę lepiej. Sięgnęła pod zlew do apteczki. Ostrożnie założyła opatrunek na rozciętą rękę. Na szczęście rozcięcie było na tyle płytkie że opatrunek wystarczył. Po prostu obficie krwawiło kiedy było otwarte i świeże. Łyknęła dwa środki przeciwbólowe z mieszanką antyzapalną. Była zbyt zmęczona, by przejąć się sprzątaniem zakrwawionego rozciętego dresu i apteczki.
- Później…- mruknęła do siebie, zakładając ostrożnie miękki, szary, bawełniany szlafroczek i piżamkę. Pokuśtykała na parter. Kuchnia wyglądała normalnie. Garnek leżał grzecznie na podłodze, podobnie jak zamordowany ekspres…
“Zwłoki sprzętów kuchennych uczęszczają się…” Pomyślała rozbawiona czarnym humorem. Poruszanie się sprawiało jej trudność, ale wiedziała, że musi coś zjeść, później może sobie pójść na górę i spać do woli. Żałowała, że nie ma czynnej sypialni.
Wyjęła z szafki jedzenie. Właściwie wiedziała czego potrzebuje. Po wstawieniu tostów do opiekacza wyjęła mały rondel i zaczęła podgrzewać wodę. Kiedy to się robiło podniosła z podłogi garnek i wstawiła go znowu do zlewu. Zalała ciepła wodą i płynem. “Jutro do ciebie wrócę.”
Do podgrzanej wody wsypała jasno brązowy proszek i porządnie zamieszała. Chciała nawet zjeść na stojąco przy blacie ale noga zaczynałą jej dokuczać. Śniadania jej wychodziły a dzisiaj zafundowała sobie “Śniadanie dla Straumatyzowanych” . Czyli tosty z bananem i czekoladą… i gorącą czekoladą do popicia...w praktyce było to wpakowanie w sobie mnóstwo czekolady. I tak, pomogło. Choć przy okazji też mocno ją uśpiło, nie chciało jej się sprzątać, była już pół przytomna i potrzebowała się położyć. Ruszyła na górę jej oczy same się zamykały, ale ból kolana jeszcze ją trzymał. Weszła do biura i skierowała się do łóżka nie przejęła się niedomkniętymi drzwiami. Ani tymi do biura ani tymi do sekretnego pomieszczenia. Jedyny jej problem to tak się ułożyć by kolano, plecy i ranna ręka miały wygodnie.



 
Obca jest offline  
Stary 10-03-2019, 10:32   #26
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Sny i jawa

Czuła muśnięcie języka po jej skórze. Na udzie… wędrujące w górę. Rozkosznie pieszczące jej ciało. Czuła… właściwie to nie czuła. Ani bólu kolana, ani rozciętej ręki. Żadnego bólu. Za to pieszczotę języka na skórze nogi. Było miło, ale im dłużej to czuła tym bardziej świadoma była ze ktoś jest w jej domu, znowu. Wierzgneła nogą kopiąc mocno. w panice zerwała się rozglądając z przestrachem po pokoju. Najwyraźniej czas zacząć spać z nożem i zastawiać pułapki po domu. To co zobaczyła… albo kogo… właściwie to był Henry. Pokryty na całym ciele malunkami wijącymi się niczym jakieś tatuaże. Jakieś macki… jego spojrzenie nie było ludzkie, zwierzęce lekko. Nozdrza unosiły się oddychając powoli. Wdychając jej zapach, jakby była… przywódczynią stada… waderą. Jakby uwodziła go swoim zapachem.
- Henry? - Spytałą zdziwiona, patrząc na jego malunki na skórze, były piękne i niepokojące zarazem. - Co tu robisz? - Była dziwnie rozbudzona jak na jej wcześniejszy stan. To że widziała jego… gotowość również nieco dokładało oliwy do ognia.
Henry zaś przykucając przed nią, odpowiedział kocim pomrukiem. Spoglądał na nią pożądliwie. Oddychał ciężko.
Wczoraj odmówiłą mu, wiedziała że nie chce być jednorazową przygodą. Potrzebowała dłuższej przygody, wyłączności, czuć że ktoś pilnuje jej pleców. Tej nocy prawie zginęła, to miasto było niebezpieczne. nie wiesz kiedy potwory przyjdą po ciebie. Jak nie teraz, to może nigdy się na to nie zdecyduje.
Zsunęła się na czworaka do jego poziomu. Przysunęła swoja twarz do jego tak ze dotknęli ise nosami. Woods musnęła jego usta swoimi. Zaprosiła go, jasno i wyraźnie. Parę mocniejszych pocałunków, język na jego wargach zapraszający do współudziału.
Mężczyzna odpowiedział pocałunkami na jej pocałunki. Objął dłonią kark przyciągając ku sobie. Drapieżne pocałunki, pieszczota dłoni na karku.. siła… delikatnie popchnął ją do tyłu, że wylądowała na pośladkach. A potem zaczął gorączkowo zdzierać z niej dół piżamki.
Ubranie nagle stało się przeszkodą która Susan postanowiła pomóc usunąć. Kiedy Henry zdejmował dół ona ściągnęła górę. Jej nogi rozchyliły się zapraszająco.
- Zrób mi dobrze…- Woods właśnie błagałą go o bliskość i nie było jej ani trochę wstyd.
Henry jednak zaskoczył ją swoim zachowaniem. Nachylił się, jego chyba bardzo czuły nos węszył po jej udach i kierował się wprost do jej kobiecości. Mężczyzna upajał się jej zapachem, tak jak ona upajana była zapachami “wiedźm”. Było to przyjemnie… podniecające… mieć nad kimś taką całkowitą władzę. Jego usta dotknęły jej intymnego zakątka… liźnięcia podobne kocim muskały jej ciało. Zaczepiał językiem o wrażliwy punkcik.
- Mhmm - kobieta odchyliła głowę do tyłu przymrużając oczy, to było takie miłe. Odpłynęła w przyjemność jaką dawał jej Henry. W końcu należała się jej chwila oddechu. Ta chwila. Kochanek powoli budował w niej to przyjemne napięcie. Czyżby zamierzał dać jej całą przyjemność w ten sposób? Jej oddech stał się cięższy, a apetyt narastał.
Badawczo jego język sięgał głębiej. Smakował kielich jej rozkoszy, jakby był motylem. Były to jednak delikatniejsze pieszczoty niż te, które przeżywała w swoich snach z Bogiem-Jeleniem. Czyżby Henry był właśnie taki? Delikatny? W kuchni był, a może to jakaś jego druga strona? Jak ying i yang? Nie ważne. Dzisiaj nie zamierzała mu odmawiać, przyjmie to co jej zaoferuje.
- Aaach..- Westchnęła głośniej kiedy Henry trafił na bardzo czułe miejsce w jej wnętrzu. - Henry….
Ruchy języka robiły się szybsze, pewniejsze. Objął jej biodra dłońmi smakując rozkosz jej ciała niczym lody z pucharka. Oddech jaki słyszała świadczył jednak, że w końcu delikatne pieszczoty przejdą we wtargnięcie kochanka. Był mężczyzną w końcu. Zanim jednak to nastąpiło Susan osiągnęła swoje ciche spełnienie. Niczym fala morska zdobywająca brzeg plaży, rozkosz wdarła się nią rozlewając po całym ciele. Utrzymała się chwilę i powoli odpłynęła. Henry klęknął przed nią, a potem posiadł ją, podciągając jej biodra do góry i całując krągły biust kochanki. Spełnienie od razu przeszło w kolejne doznania, przepływające przez ciało przyjemnymi falami promieniującymi z podbrzusza. Więcej, więcej, więcej…Pochwyciła kochanka i przyciągnęła do swych ust. Rytm pocałunków dopełnia rytm jego lędźwi. Zgrabne nogi objęły Henry’ego, kobieta nie chciała by ją opuścił.
A ten… stawał się coraz bardziej bestią jaką znała ze swych snów. Mocniej zaciskał palce na pośladkach. Żarliwie całował jej usta, obojczyki, piersi, biust… z każdym ruchem czuła go głębiej, mocniej, intensywniej… blisko…
***
- Nie wyglądasz za dobrze.- pobudka była tak bolesna i fizycznie i psychicznie. Obrażenia wróciły na swoje miejsce. Nie zaleczyły się cudownie, a i Susan spoglądała w twarz ubranego i ale zmartwionego Henry’ego.
- Powinnaś pójść do Jane.- zawyrokował widząc jej obolałe kolano.- Właściwie to powinnaś pójść do lekarki, ale… mam wrażenie, że nie możesz.
- Nnnhhnnnn - Wydała z siebie strasznie niezadowolony dźwięk. - Dzień dobry Henry ,czy możesz mi powiedzieć która godzina? - Jej głos zaspany, zmęczony i zbolały. Przetarła oczy, wydawało jej się, że spała bardzo krótko.
- Jedenasta.- odparł mężczyzna przyglądają się jej badawczo.- Ciężka noc, co? Hong wspomniała, że możesz zrobić coś głupiego.
- Kurwa mać,...- wymamrotała pod nosem, następnie wzięła głębszy oddech i powiedziała to co najwyraźniej on i Jane chcieli usłyszeć - … Tak miałeś rację! Powinnam siedzieć w domu a nie włamywać się do domu Clarenca w środku nocy. Tak widziałam te wasze pierdolone “Wilki”. Tak ledwo mi się udało uciec. Tak nie znalazłam żadnych wskazówek dotyczących kto chciał się go pozbyć. Tak mam nauczkę. Zadowolony? - Bardziej przemawiało przez nią ból i wyczerpanie, tak naprawdę nie chciała być złośliwa czy nie miła, nie w stosunku do Henry’ego.
- Żyjesz… jesteś cała. Więc tak… jestem. - odparł Henry uśmiechając się lekko i głaszcząc ją po włosach, jakby była małą dziewczynką.- Dam znać Jane, co by zajrzała do kuchni i coś ci ugotowała. Nie wydobrzejesz na tym co sama ugotujesz.
-... - Spojrzała na niego gniewnie. - Uświadamiam cię, że posiadam pistolet i jeszcze jeden durny komentarz o moich zdolnościach kulinarnych a cię postrzelę. - Bycie niewyspanym było okropne, jej usta wypowiadały zdania całkowicie bez akceptacji mózgu. Przekręciła się na plecy a jej twarz wykrzywiła się w bólu. - Przepraszam. Spałam z … cztery godziny...nie kłopocz Jane. Mam jeszcze zupy w puszkach które wystarczy odgrzać. - Spojrzała na jego twarz. Od razu pożałowała, że poprzedniego dnia nie skorzystała z okazji. - Zaczynasz dziś malowanie czy jeszcze zdzierasz coś ze ścian?
- Zacząłem malowanie. A ty powinnaś zacząć słuchać dobrych rad. Zamiast zamykać się coraz bardziej i bardziej.- odparł trochę flegmatycznie i trochę czule… nie przestając ją głaskać po włosach.
- Wasze dobre rady nie dają odpowiedzi na pytania, które chce znać odpowiedź. - pochwyciła jego spojrzenie i trzymała się go. - Ufasz Jane?
- Tak. To moja partnerka… biznesowa.- wyjaśnił mężczyzna wstając.- I martwi się o ciebie.
Wzruszył ramionami.- Może nasze rady… nie dają odpowiedzi. Ale… całkowicie je ignorując. Cóż… -
Spojrzał na nią.- Przynieść ci coś?
- Mhm, nie przejmuj się mną zjadłam coś rano i jestem po prostu śpiąca. Jak...jak będziesz wychodził na obiad...obudzisz mnie jakbym nie wstała do tego czasu? - nie chciała kontynuować tematu ich ‘dobrych rad’ bo ją drażnił. Ich ‘rady’ skupiały się by ją zniechęcić do szukania odpowiedzi. A Susan była już za daleko, by zawrócić z tej ścieżki.
- Dobra.- rzekł w odpowiedzi mężczyzna i ruszył do swojej roboty pozostawiając ją samą.
- Susan, kiepsko ci to idzie…- odezwała się Yoona oceniająco. Na tym się skończyło. Poszła spać, była nadal zmęczona. Czuła się lepiej wiedząc, że Henry jest w domu dosłownie pokój obok. Spokojniej, bezpieczniej uśmiechnęła się zasypiając na nowo.
Ten był krótki i niespokojny, obolałe ciało i świadomość, że Henry jest tuż na wyciągnięcie ręki po tak… intensywnej fantazji we własnej świadomości, utrudniały jej spanie. Nie tylko ciało potrzebowało odpoczynku. Umysł Susan też… wszak widziała tak wiele rzeczy podważających logikę znanego jej świata.
- Idę już.- odezwał się Henry wchodząc do pokoju i widząc, że nie śpi.
- Mhm. - Odpowiedziała i ślamazarnie zaczęła się podnosić. Mimo robienia z siebie ‘twardej babki’ nie była nieczuła na ból. Zaczęła kuśtykać na zewnątrz pokoju i powolutku po schodach. w stronę kuchni.
Henry wziął ją pod ramię, objął ostrożnie w pasie i uniósł pomagając jej zejść po schodach. Pachniał tak jak to sobie wyobrażała w swoich sennych fantazjach. Żadnych kwiatów, żadnych drogich dezodorantów… męski pot. Wrócił wspomnienia z wczoraj, nawet te które wybiły ją za nastroju… zaborcza dłoń na jej miękkiej piersi.
- Dziękuję - powiedziała cicho opierając się na mężczyźnie, lawirując na granicy oparcia a przytulenia. - Jutro też przyjeżdżasz czy bierzesz wolne, na czas schnięcia farby?
- Przyjadę.- odparł lakonicznie mężczyzna pomagając cierpliwie przy każdym stopniu, aż końcu znalazła się na dole.
- Ale, masz coś do zrobienia czy będziesz pilnował żeby farba równo schła? - Słaby żart ale chwilowo to najlepsze co mogła wymyślić. W kuchni wyjęła puszkę pomidorowej.
- Muszę wprowadzać poprawki na bieżąco. Poza tym, przyjrzę się gabinetowi.- wyjaśnił Henry przyglądając się jej działaniom. Westchnął głośno. - Poradzisz sobie sama?
- Henry,...- Jego imię rozlało się po jej języku jak whisky. - … to miasto jeszcze nie zrobiło ze mnie inwalidy. Zrobię sobie obiad, zjem, poczekam na ciebie żeby sobie nie złamać kręgosłupa wracając na górę. - Jakoś czarny humor zaczynał się udzielać. - Brzmi ok?
Henry przyglądał się dziewczynie przez dłuższą chwilę.
- Brzmi ok.- po tych słowach ruszył do wyjścia.
***
Zgodnie z założeniem podgrzanie sobie zupy z puszki nie było trudne dało jej też czas do pozbierania w końcu ‘zwłok’ starego ekspresu i schowanie go, w jako tako, trzymającego się razem, pudełka. Posiłek sprawił, że poczuła się lepiej, choć znowu ogarnęła ją senność.
Zmusiła się do pozmywania naczyń po obiedzie i śniadaniu.
- Chyba powinnam rozważyć kupienie zmywarki… - zasugerowała sobie na głos. Henry jeszcze nie wrócił więc poświęciła ten czas na zrobieniu sobie opatrunku z sody kuchennej na kolano. A czekając dalej jej ciało stwierdziło, że się zapadnie w regeneracyjna drzemkę.
Więc ktokolwiek wszedł do domu przez kuchnię, zastał Susan w piżamce i szlafroczku drzemiaca na krześle z ranną nogą wyciągniętą na drugie krzesło. Na kolanie położona mokra biała gaza, w powietrzu unosił się zapach pomidorówki i sody oczyszczonej. Właścicielka była całkowicie nieświadoma swojego otoczenia.
Obudził ją pomruk. “Wilk”… spoglądał na nią stojąc przy drzwiach, jego opasły przeźroczysty brzuch pulsował świecącymi wnętrznościami. Paszcza otwierała się przy warkocie ujawniając ostre sztylety zębów ociekające śliną. Był sam, ale ona też… do tego ranna i bezbronna.
- Aaaa! - Wrzasnęła i poderwała się z krzesła. Łapiąc je niczym treser lwów. Zamknięty w klatce na arenie. Jedyna broń jaką miała, ruger w sypialni był chyba najbardziej dostępny, ale po drodze miała schody. “One nie powinny pojawiać się w dzień!” Pomyślała przerażona zaczynając się cofać z krzesłem jako tarczą. Potwór zbliżył się do Susan szeroko otwierając paszczę. Krzesło mogło być jakąś obroną przed lwami, ale “wilk” miał przewagę… lwy nie mają macek w paszczy. On miał, dwie silne macki wysunęły się z gardzieli. Jedna pochwyciła krzesło, druga próbowała pochwycić trzymającą ją dłoń.
Zamiast od razu puścić mebel jak skażoną radiacją materie Susan zaczeła się siłowac z potworem. dopiero w ostatniej chwili pojęła, że to nie ma sensu, ciągnąc mocno do siebie nagle je puściła. Zrobiła w tył zwrot i rzuciła się schodami na górę do sypialni. Kolano ciążyło, ale liczyła że manewr z krzesłem kupi jej sekundę lub dwie.
Dwie sekundy. Krzesło ciśnięte zostało gdzieś na bok. Rozjuszona bestia z bulgoczącym warkotem pognała za Susan. Trzy sekundy. Tyle zyskała… niewiele. Warkot za nią przypominał jej o pędzącej za nią groźbie śmierci… przez rozczłonkowanie.
Leciała już na łeb na szyje wpadając do sypialni. Rzuciła się na łóżko rozdzierając folie i sięgając po pistolet, ukryty między ramą a materacem. Wilk wpadł tuż za nią. Powoli podszedł do Susan odcinając jej potencjalne drogi ucieczki. W tym do prowadzące do szybszego zgonu… skoku przez okno.
Woods wyciągnęła pistolet i zaczęła strzelać...Cyk. Cyk. Cyk. W panice zapomniała odbezpieczyć. Ręce jej się trzęsły, ale powtórzyła akcje z już odbezpieczonym. Bum. Bum. Bum.
Kule wbijały się w ciało bestii jak w ciasto. I robiły tyle samo szkody. Wilk nie zwracał uwagi na te rany… macki pochwyciły ją za nogi powaliły na ziemę. Bum w końcu zmieniło się cyk cyk cyk… skończyły się naboje. I zaraz miało skończyć się jej życie w brutalny i bolesny sposób.
Szarpnięcie za ramię wyrwało Susan z tego koszmaru. Jej spojrzenie napotkało oczy za okularami. Oczy bibliotekarki Alice.
- Aaaa! - Krzyknęła na ten widok, z jednej strony nadal goniona przez wilka. Z drugiej jedna z wiedźm to nie był widok, który chciala widziec po przebudzeniu. Rozejrzała się sprawdzając gdzie jest i z kim jest. - Alice, rany... przestraszyłaś mnie.
- Powinnaś się bać. Włamanie, kradzież… jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką Yoono. - szeptała bibliotekarka wpatrując się w twarz Azjatki. - A wiesz, że niegrzeczne dziewczynki, winny być ukarane?
Głowa Susan automatycznie i niemal bezwiednie przytaknęła.
“ Ma rację, byłam niegrzeczna i powinnam zostać ukarana.” Pomyślała brunetka. Gdzieś tam wypływała z jej wnętrza Yoona, ale ona też była dziwnie uległa.
W dłoni Alice pojawiła się trzcinka.
- Przyjmij postawę? - rzekła. Z początku Susan nie wiedziała jaką, ale zauważyła zapłakaną Jane ubraną w szkolny mundurek z japońskiej szkoły. Z podwiniętą własną spódniczkę Hong stała oparta o ławę szkolną wypinając swoje pośladki… ze śladami uderzeń. Teraz była kolej Woods.
Ociągała się, ale ustawiła się posłusznie koło Jane. Podciągnęła w górę spódniczkę swojego mundurku. W końcu jeśli będzie się opierać, kara będzie jeszcze gorsza. Chwyciła dłońmi ławkę i ścisnęła je na niej mocno. Przygotowała się na mocny piekący cios mogący opaść na jej pośladki w każdej chwili.
- Jane… pomóż koleżance. - padło polecenie i drżące palce Hong przesunęły się po jej pupie zsuwając z niej bieliznę. No tak, zapomniała o majtkach.
Potem spadł pierwszy raz, kolejny… piekący ból przeszył całe ciało. Alice uderzała z wprawą i satysfakcją. Czerpała fizyczną przyjemność z tej sytuacji… a ciało Susan po kilku pierwszych razach przywykło do bólu… który nie był tak mocny, jak się spodziewała. Gdzieś tam przed oczami zaczęła migotać kolorowa plama… nagroda?
Ciche pokrzykiwania zgrały się z uderzeniami, choć nie mocne to kobieta wiedziała, że takiej reakcji wymagała Alice.
Skupiła swój wzrok na migoczącym światełku. Było ślicznie, kolorowe, jasne zapraszające do podążania. Czuła nadal uderzenia na pośladki, bolesne ale przechodzące przyjemnym drżeniem przez jej ciało. Wirujący obiekt, stawał się większy wyraźniejszy… spirala? Nie. Namiot.
Susan puściła ławkę by pochwycić ‘coś’. Nadal nie wiedziała co to jest, nie miała słowa.
Obraz stawał się coraz wyraźniejszy, podczas gdy ciało Woods wypinało się w oczekiwaniu na kolejne razy. Zapomniała już krzyczeć, zamiast tego pojękiwała obserwując… coraz większy namiot cyrkowy kręcący się coraz wolniej, aż… obudziła się.
 
Obca jest offline  
Stary 10-03-2019, 10:36   #27
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Sny i wskazowki

Na łóżku w gabinecie.
- Hę? - rozejrzała się zaskoczona i przestraszona. Nagła zmiana miejsca nie napawa optymizmem. - Kto? - powiedziała i spróbowała wstać, by sprawdzić czy to jej dom czy nie. Nogi się jej zaplątały i z głośnym ‘tumpt’ wywaliła się podłogę. Dobrze że na tyłek i że z leżanki miała blisko na podłogę.
Spróbowała jeszcze raz tym razem ostrożniej. No noga plecy i cała reszta bolała ją jak wcześniej więc wydawało się być prawdziwie.
Zaczęła kuśtykać do sypialni. Właściwie to do łazienki, ale musiała przejść przez sypialnię.
Tam Henry zajęty był pracą przy malowaniu.
- Musisz uważać, gdzie “kładziesz” się spać. Mogłaś zlecieć na podłogę. - ocenił Henry.
- Musisz uważać, gdzie kładziesz śpiące królewny bo i tak spadłam. - odpowiedziała ironicznie opierając się o framugę wejścia. Ulżyło jej, że to nie sen i tylko Henry zaniósł ją na górę. Pokuśtykała do łazienki wziąć środki przeciw bólowe. Brudne Rzeczy leżały grzecznie tam gdzie je porzuciła. Yoona nie była taką bałaganiarą, ale też nie musiała sobie radzić z taką sytuacją sama.
- Ciesz się, że nie dałem ci klapsa w ramach pobudki. - usłyszała słowa mężczyzny i poczuła dreszczyk przechodzący po jej ciele.
- No jakbyś by mnie obudził i nie musiałbym dośnić koszmaru do końca to byłabym ci medal dała. - Odezwała się z łazienki łykając tabletki i popijając wodą z kranu.
- Koszmary… to przez jedzenie masz. Jane robi ci kolację w kuchni, więc na wieczór zjesz coś lepszego niż żarcie z puszki. - odparł zajęty robotą Henry.
- … - wyszła i spojrzała na niego zdziwiona. Wpuścił Jane? - Sprawdzałam daty i nie były przeterminowane. - Nie mogła odpuścić tak bardzo chciała mieć ostatnie słowo. - i wydaje mi się że mówiłam byś jej nie kłopotał?
- Wolała kłopotać się sama i zaproponowała zrobienie ci kolacji. - odparł flegmatycznym tonem Henry.
- Mhm i twoje wspomnienie jak “świetnie” sobie radzę nie miało z tym nic wspólnego? - zapytała podejrzliwie, nie była to jednak gniewna podejrzliwość. Była bardziej rozbawiona i prowokująca do dyskusji.
- Pytała. Odpowiadałem. - odparł Henry nie wdając się w szczegóły.
- …- Trudny był z niego człowiek. Susan nie kontynuowała swojej dyskusji mężczyzna wywinął się z każdej próby wygrania wojny na ‘słówka’. Obserwowała go dłuższą chwilę w milczeniu. “Ładny kolor wybrałam.” Stwierdziła patrząc jak pracuje. Wytrzymała tak dziesięć minut potem kolano zaczęło pokazywać kategoryczny sprzeciw takiemu traktowaniu. Z ciężkim kolanem i nienasyconą () coś tam zainteresowania Woods przeszła przez pokój mijając Henry’ego. Na korytarzu myślała o pójściu do gabinetu ale przystanęła i spojrzała na schody. “Nie mogę jej wiecznie omijać.”
Powoli ruszyła schodami w dół bose stopy tuptały po drewnie dając w raczej cichym domu znać gdzie jest. Zapachy z kuchni rzeczywiście były smaczne. “Dlaczego ja tak nie umiem?” Pomyślała przekraczając próg.
Hong była zajęta akurat przygotowywaniem posiłku, więc nie zwróciła uwagi na wkraczającą Woods. Ta podeszła bardzo blisko i odezwała się mącąc panująca w kuchni ciszę.
- Nie przesadzaj z ilością, nadal nie mam gdzie tego przechowywać.
- Hej już lepiej się… czuj...esz? Bo wyglądasz gorzej. - stwierdziła Jane przyglądając się opatrunkom Susan.
- To wszystko przez brak lustra w łazience. Nie mam jak kontrolować mojego piękna. - Zdobyła się na lekki żart. Szybko jednak spoważniała. - Przepraszam za moje zachowanie ostatnio, byłam...wredną suką. - Dodała, nadal miała mieszane uczucia wobec Jane, ale jednak ona i Henry, byli chyba najlepszym co to miasto miało do zaoferowania...choć nie zna jeszcze miasta.
- Byłam w twoim miejscu… rozumiem. Nie ty jedna przeszłaś przez to. - odparła z bladym uśmiechem. Spojrzała na opatrunki. - W przychodni wyleczyli by to od razu, ale pewnie masz powody, by się tam nie zjawiać.
- Mówiąc od razu masz na myśli..- Susan wiedziała, że jej obrażeń nie da się wyleczyć od razu...nie, normalną medycyną. Można złagodzić ból i ograniczyć obrzęk mocniejszymi środkami, ale wyleczyć? Nie.
- Od razu. Cudownie i bez śladu. - potwierdziła Jane. - Za pomocą “aromaterapii”.
- Aż taka umierająca nie jestem, więc dam sobie czas na tradycyjne dojście do siebie. - Powiedziała gorzko. Aż ścisnęło ją w żołądku myśląc jak przyszłoby jej za tą ‘usługę’ zapłacić. I nie miało to nic wspólnego z włamaniem do Clarenca.
- Wystarczą mi okłady i nie forsowanie się póki obrzęk nie zejdzie. W ostateczności mam kokainę po Clarenc’ie.
- Domyślam się. Dlatego sama zdobyłam trochę maści i kadzidła na własne potrzeby. Trochę mnie to poświęcenie kosztowało. Ale było warto. - odparła z uśmiechem Hong.
- Nawet nie chce wiedzieć. Nie dzisiaj. - Zdziwiło ją dlaczego słowo ‘kokaina’ nie otrzymało żadnego komentarza. “Może myślała ,że żartuje. “ - Ok. Więc dzięki za kolację, na pewno będzie smaczna. Jakbym się nie obudziła zanim pójdziecie, to miłej nocy. - Woods pożegnała się i ruszyła z powrotem na górę. Miała nadzieje że Hong nie wspomniała o olejkach i maści, bo chciała zacząć nimi leczyć Susan. Bo to tworzyło najgorszą rzecz na świecie “długi przysługowe”. Dzisiaj ona wyświadcza jej przysługę i jeszcze zaznacza, że dużo ją to kosztowało. Jutro Susan będzie musiała dla Hong zrobić coś równie wartościowego. Tyle że to nigdy tak nie działa. To co oddajesz zawsze jest większa wymuszoną przysługą niż ta pierwotna.
Jakby Susan przyjęła tą pomoc byłaby w praktyce na łańcuchu Hong do końca życia.
A przecież była samodzielna i niezależna i… kolano bolało ją mocno. Jakoś dokuśtykała na górę uznając, że powinna albo wymyślić sobie jakąś windę, albo załatwić kule. Albo… zostać na górze. Bolały ją też plecy od uderzenia macką, choć nie tak mocno.
Mogłaby też poprosić Henry’ego by ją nosił. Już raz to zrobił bez proszenia, może gdyby go naprawdę ładnie poprosiła… Nie no, nie może go tak wykorzystywać i tak mają z nią dużo roboty. “Choć byłoby miło…szkoda że Jane jest na dole.”
Jej potencjalny tragarz, był zbyt skupiony na robocie, by zauważyć jak weszła. Sumienności mu odmówić nie można było.
“Już dosyć mu naprzeszkadzałam…” zracjonalizował sobie i poszła do biura. Poprawiła pościel.
***
Korzystając z chwili wzięła komputer. Przejrzała maile potwierdzające dostawę na jutro. - Nareszcie. - była zadowolona z tego obrotu spraw. Będzie miała lodówkę zacznie normalnie żyć. Zamówione rzeczy będą dawać fajną atmosferę jak tylko sypialna będzie skończona.
Zaczęła przeglądać inne strony sklepowe, bo jej standardowy telefon dzielnie służył, ale był bezużyteczny.
Nagle… monitor zaczął śnieżyć. Laptop się psuł? Jakim cudem? Nie wyglądało to ani na awarię programu, bo nie wywalało jakiś dziwnych komunikatów. Nie była to awaria samego hardware’ru, bo pewnie by prostu zgasł. Nie… śnieżył jak stare stare telewizory kineskopowe. Tyle że to był ekran LCD.
No i jeszcze ten... dźwięk. Z pozoru cichy, a potem narastający.Muzyka.
Susan trzymała laptop w dłoniach, znowu ten zespół, znowu Psycho Circus. Komunikat bombardował ją w snach i na jawie. - Co to znaczy? … Czy to kod? Czy odpowiedź jest aż tak prosta? Wzięła płytę ze schowka i sprawdziła tytuły. Włożyła cd do napędu komputera mając nadzieje ten wróci do normalności.
Laptop rzeczywiście się uspokoił, wczytując płytę i włączając z automatu playlistę.
- Zobaczmy wszystko wygląda normalnie...no dobra Psycho circus ...play. - Powiedziała do siebie wybierając odpowiednią pozycję.
Kawałki lecące z głośników, były… normalną muzyką. Nic dziwnego się nie działo. Nic niezwykłego.
- Ggggyyy…- wydała z siebie zawiedziony zirytowany dźwięk - No dobra niech leci cała płyta najwyżej zacznę wpisywać nicki i hasła na chybił trafił. Zobaczymy co się stanie wtedy.

Zostawiła grającą muzykę i odstawiła laptop.
Wiedziała… tak instynktownie, że była na dobrej drodze. Że trafiła na trop… niestety nie bardzo miała pojęcie jak nim podążyć. Tymczasem Henry kończył malowanie pokoju… przynajmniej na dziś.
- Zawsze jest jutro, prawda? - powiedziała słysząc jak mężczyzna zbiera swoje rzeczy.
“ciekawe dlaczego nie zostaje w mieście..poza oczywistym…mieszka w lesie czy totalnie za obrzeżami miasta...też miewa koszmary...Susan skup się! Masz inne rzeczy do badania niż Henry!”
- Wrócę jutro. Dobranoc Susan. I tym razem… zostań w domu.- rzekł na pożegnanie Henry schodząc po schodach.
- Nic nie obiecuję! - Krzyknęła do niego butnie niczym nastolatka w pełnym rozkwicie buntu. Na pewno słyszał radość w jej głosie, żartowała, w końcu gdzie niby miała iść z rozwalonym kolanem. Usłyszała w odpowiedzi słowa mężczyzny, ale ich znaczenie trochę się rozmyło. Był za daleko już od niej. Niemniej pewnie się żegnał.
- Powinnam nie mówić ‘nie’ wtedy w kuchni. - powiedziała już do siebie w akompaniamencie muzyki. “Dobra zostanę dla ciebie w tym domu, jutro cię zarzucę robotą... w końcu pralka i lodówka mają przyjechać.”
Na razie powoli się ściemniało i Susan mogła mieć nadzieję, że Jane mówiła prawdę. Że w domu była bezpieczna. Nie rozumiała czemu. Te wilki mogły przecież wyważyć drzwi, lub przeniknąć przez ściany… przecież wyszły ze ścian domu Clarence’a. Jakaś niepisana zasada? Jeśli tak, to mogła mieć tylko nadzieję, że nadal obowiązuje.
***
Kropla wody, kolejna kropla, rozbijały się o podłogę. Zimną i gładką podłogę jaskini. Susan leżała na niej w swoim stroju, piżamce i szlafroku narzuconym na nią. Czuła zimno i wszechogarniającą wilgoć.
- Co znowu? - powiedziała podnosząc się i rozglądając wokół. - Hello jest tu kto?! - pytanie odbiło się od ścian jaskini.
- Echo!- krzyknęła jeszcze raz. Nie otrzymała odpowiedzi poza własnym rezonującym od ścian głosem. Pozostało więc ruszyć do wyjścia z tej jaskini i poszukać… wyjścia? Chyba?
Ta tylko gdzie było to wyjście. Nie mając za dużo wyboru ruszyła przed siebie. Jej ciche kroki po mokrym podłożu było chwilowo jedynym co słyszała.
Jaskinia przeszła w duży korytarz przechodzący do sali pełnej poduszek i nagich… kobiet-węży. Ich ciała były ludzkie do pasa, potem przechodziły w wężowe ogony. Ich twarze, choć ludzkie… miały wężowe rysy i gadzie oczy. Kobiety te splatały się ze są, ocierając się o siebie zmysłowo, zmieniając się w jeden wielki pulsujący pożądaniem organizm.
Susan rozejrzała się po sali w poszukiwaniu drugiego wyjścia. W każdej chwili gotowa do zawrócenia, by nie zbliżać się do wynaturzeń.
Przyglądając się pomieszczeniu Susan dostrzegła, że spokojnie może wyminąć splecione stworzenia...i to szerokim łukiem. Wystarczało trzymać się ściany. potwory wiły się bowiem w centralnej części owego pomieszczenia. Co więcej, na drzwiach wyryto sylwetkę boga-jelenia… czyżby prowadziły do niego?
Zdecydowanie lepsza opcja niż stanie się częścią … tego.
Ale nie jedyna niestety… pośrodku wijących się wężowych ciał był postument. A na nim płyta Kiss.
“ mhm…” zastanowiła się mocno. Parę razy przenosiła wzrok z płyty na wyjście do boga jelenia. Pragnęła obu ale coś jej mówiło że może mieć tylko jedno. “Obyś była tego warta” popatrzyła gniewnie na płytę.
Ostrożnie i powoli zaczęła wkraczać w plątaninę ciał. Każde otarcie się o jej stopy wężowej skóry wywoływały u niej ciarki.
Z początku wszystko szło dobrze, ale potem...one ją dostrzegły. Zaczęły się wić wokół niej, muskać skórę jej nóg wężowymi językami.Ocierać się o nią… pochwyciły za jej szlafrok szarpiąc go… najwyraźniej fakt, że była ubrana, drażnił je.
- No dobrze, dobrze weźcie go sobie. - powiedziała z rezygnacją dając z siebie zsunąć część ubrania. Wiedziała że to nie jedyne co przyjdzie jej zdjąć. Ale była już tak blisko.
I miała rację… szlafrok dał jej kilka kroków do przejścia, pomiędzy owijającymi się wokół niej wężowymi kobietami. Ocierając się o nią, muskając palcami jej skórę dopominały się o resztę jej garderoby, tworząc żywy mur oddzielający ją od zdobyczy.
- Zachłanne gadziny…- wymruczała ofiarowując im resztę. Postanowiła poruszać się dalej tak jak one. Ocierając się o nie delikatnie by nie być uznaną za intruza. Po zdjęciu bielizny, zaczęła być bardziej oblegana przez te istoty… ale mogła już przeć do przodu. Do ocierających się łusek łatwo było się przyzwyczaić. Były nawet przyjemne w dotyku. Wężowe języki… cóż.. ich dotyk pobudzająco elektryzował ciało Susan. Istoty zaś wiły się wokół niej. Wodziły palcami po skórze, ocierały się podnieconym biustem o jej plecy i pośladki. Mimo, że nie czyniły nic więcej, atmosfera była erotycznie gorąca. Bądź bądź co bądź, mimo swej egzotyki one były za bardzo… kobiece… by ten fakt można było zignorować.
“Jak jakiś tajski masaż…” nie mogła powiedzieć, że nie było nieprzyjemnie, dziwnie - owszem, trochę strasznie - zdecydowanie, przyjemnie - zaczynało się robić. Jej oddech stał się głębszy i właściwie zaczęła doświadczać przyjemność, było ciepło i miękko. Parę razy poczuła jak ‘ogon’ lub ‘język’ ociera się o nią w bardzo stymulującym geście. Z jej gardła wydobywały się błogie sapnięcia. Póki co jednak nie przestała przesuwać się w stronę piedestału.
Im dalej tym było… gorzej…nie to słowo wychodziło z ust Susan. Przyjemniej. Wężowe stwory ocierały się o jej skórę. Długie zwinne języki badawczo ją muskały, miękkie piersi ocierały się o nią. Krąg wężowych kobiet zaciskał się wokół niej, ale bynajmniej nie dusił. Krok po kroku zbliżała się do swojego celu, coraz bardziej będąc częścią tej pulsującej pożądaniem żywej masy.
Była już naprawdę blisko, ale działania ‘roju’ były już zbyt intensywne. Woods zanurzyła się w masę poddając się jej wpływowi, szukając spełnienia. “Tylko na chwilę…”
Opleciona przez wężowe kobiety czuła ich pocałunki, na piersiach,szyi, brzuchu. Lizane były stopy, łydki i uda… ale to między udami poczuła tego ciepło zwinnego intruza. Nieludzki język zaczął masować kobiecość Susan poddając ją niemożliwie realnym doznaniom… i sięgając głębiej. Piersi wężowych istot, miękkie jak poduszki, stały się oparciem dla jej głowy. Dłonie zaś masowały biust Woods… stała się częścią wężowego roju… i było to cudowne uczucie.
Kobieta była jedyną istotą wydającą rozkoszne dźwięki podniecenia. Z każdą minutą coraz głośniejsze, odbijające się od ścian komnaty i roznoszące się dalej w jaskinie niesione echem. Usta smakowały inne ciał w roju, moralność i przyzwoitość zostały zapomniane.
Ciało Woods niemal samo się prężyło czując język między udami, długi i zwinny. Wijący się tak jak istoty dookoła niej zbliżając Susan do spełnienia. Kobieta nie wiedziała nawet kiedy jej własny język po raz pierwszy sięgnął do kobiecości ukrytej u podstawy ogona, groty rozkoszy jednej z wężowych kusicielek niemal powtarzając ruchy, którymi sama była rozpalana. Spełnienie nadeszło mocno i było wyjątkowo intensywne. Szarpnęło jej ciałem w łuk, pozwalając Woods zrozumieć, że ulega perfidnej pułapce. I że musi wykonać jeszcze kilka kroków, albo pozwolić pochłonąć się szalonej i wyuzdanej rozkoszy.
Mała śmierć przywróciła jej na trochę zmysły by zmusić się do wysiłku dopełźnięcia do piedestału. “A co potem?” zapytała siebie z przestrachem uświadamiając sobie, że nie ma planu na ucieczkę. Pochwyciła z trudem płytę i… znów opleciona zanurzyła się splotach rozkoszy. Ocierająca się o nią wężowa istota pocałowała ją namiętnie, kolejna oplotła mocniej. Wszystkie one spragnione dotyku i dotykające. Palce wodziły po piersiach Susan przynosząc przyjemne dreszcze. Miała płytkę w rękach i niewiele czasu do wykorzystania tego faktu. Już wiedziała, że stąd nie wyjdzie… ale wężowe istoty nie były zainteresowane jej zdobyczą. Nie próbowały jej odebrać Woods. W środku zamiast płyty, była karteczka ze słowami. “Użyj obu… użyj naraz.”
Nic więcej, a sama Susan znów czuła wilgotny zwinny języczek zanurzający się w jej kobiecości i przeszywając ekscytującym dreszczem. Nie miała szans się stąd wydostać. Co za rozkoszna… agonia.
Kątem oka zauważyła wyjście i przypomniała sobie o bogu jeleniu. “Gra warta świeczki?”
- Hej! Tu jestem!- Krzyknęła w stronę tamtego przejścia. Jej głos drżał od podniecenia. - Przyjdź do mnie!
Odpowiedź jednak nie przyszła. A może jednak… tak? Może.
Sama Susan już tego się nie dowiedziała, tonąc wśród wężowych ciał. Wijąc się jak jedna z nich i poddając żądzy. A jedyne co wyrywało się z jej ust, to głośne jęki spełnienia…
 
Obca jest offline  
Stary 15-03-2019, 19:44   #28
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 21431 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Dzień 7

Obudziła się mokra, czerwona na policzkach i podniecona. Wspomnienia tego co robiła i co jej robiono rozbrzmiewały echem w jej głowie. Podobnie jak fraza którą zapamiętała. Jedyna zdobycz… jedyna zapłata za jej poświęcenie. Była szósta rano. Plecy bolały i noga też. Ręka już mniej.
- To miasto mnie wykończy…- Mruknęła do siebie i poleżała jeszcze chwile na leżance. Henry miał rację, mebel nie wyglądał i nie był wygodny. Nie mogła się doczekać aż odzyska sypialnie. W końcu zmusiła się do wstania i mimo powolnych ruchów udało się jej ogarnąć.
Zimny prysznic, zmienienie opatrunków, posmarowanie się kremem i ubranie się. Została w piżamie i szlafroczku. Henry i tak już ją w niej widział i jakoś nie dawał znać że mu to przeszkadza. A ona bądź co bądź była w fazie rekonwalescencji i powinna czuć się komfortowo.
Zabrała laptopa i telefon i zniosła na dół robiąc sobie w kuchni małe centrum operacyjne na ten dzień. Wstawiła wodę i zaczęła robić sobie śniadanie. Na kuchni leżała wczorajsza kolacja przygotowana przez Jane.
Instynktownie unikała długiego chodzenia, jak i spoglądanie w kierunku pozostawionego posiłku. Nawet teraz rano, pokusa była duża i Susan niemal ssało w żołądku.
A do przyjścia Henry’ego było jeszcze trochę czasu.
- Dobra zjem to na śniadanie. - Powiedziała do swojej kuchni i włączyła palnik pod posiłkiem. Kiedy to się ogrzewało ona przygotowała talerz i podmyła trochę przypalony dwie noce wcześniej garnek. Do którego później dołączyła też patelnia na której ogrzewała ‘kolacje’. Susan była beznadziejną kucharką. Posiłek był fantastyczny i zastanowiła się dlaczego tak się wzbrania przed korzystania z ‘przyjaźni’ Jane.
Po śniadaniu wyszła na zewnątrz by wyrzucić śmieci, ‘zwłoki’ ekspresu i resztki wyskrobanej spalenizny z patelni i garnka.
Dostrzegła młodzieńca pakującego pieczywo do vana. Nie miał czasu na rozmowę, bo chyba był spóźniony, więc tylko zawadiacko się do niej uśmiechnął. Pomachała mu i wróciła do środka. Usiadła na dłuższą chwilę bo kolano dało o sobie znać. Planowała zająć się paroma rzeczami dzisiaj niezwiązanymi z tajemnicami miasta. Jeśli jej teoria była prawidłowo to wolała zająć się tym wieczorem po wyjściu Henry’ego. No i kiedyś musiała domyć ten garnek...a teraz i spaloną patelnie. Drzwi do kuchni zostawiła otwarte by kuchni trochę wywietrzała.
“A jeszcze spytać go czy na szybko przerobi mi szafkę koło zlewu,...”
Henry pojawił się od strony kuchni. Wszedł ze swoimi rzeczami i przyjrzał się Woods. Jego wzrok ślizgał się po jej ciele.
- Wyglądasz lepiej.- mruknął, gdy ona czuła się rozbierana przez jego spojrzenie.
- Taaa byłam na nocnej potańcówce, takie imprezy robią świetnie na samopoczucie…- był to żart nawiązujący do ich wymiany zdań poprzedniego dnia na pożegnanie. Trochę prowokacji z samego rana do wywołania komentarza. Choć w przypadku złotej rączki było to bezcelowe. - Właśnie, zanim znowu zapomnę. Przyjeżdża dziś mi pralka i lodówka..i pewnie reszta zamówionych rzeczy...ale tak pralka. Jak dużym problemem była by moja prośba o przerobienie szafki koło zlewu by ja w niej schować? - Prośba rzeczywiście na ostatnią chwilę ale no cóż trochę się w życiu Susan działo i po prostu wyleciało jej z głowy...wszystkie cztery razy jak chciała go o to poprosić.
Henry zamilkł, przyglądał się przez chwilę Susan. Po czym zawrócił i rzekł.- Będę musiał pożyczyć narzędzia od Jane. A być może i samą Jane.
- Jak to problem z czasem to można to przełożyć. Po prostu postawi się ją w kącie i będzie czekała na swoją kolej. - Zaznaczyła Woods, żeby było jasne że nie wymyśla dziwnych zasad z remontem. I nie chcę zaburzać jakiś jego ustalonego rytmu prac.
- To jest problem, bo nie wziąłem narzędzi i muszę pożyczyć. Poza tym żaden.- spojrzał na zgrabne nogi Susan.- I będziesz ich tak witała?
Susan spojrzała na swój strój nie wiedząc o co mu chodzi. - … Trzeba było powiedzieć, że ci przeszkadza to bym się ubrała albo wczoraj została w biurze na cały dzień… - Powiedziała przewracając oczami. Najwyraźniej doszła do wniosku, że jemu nie chodzi o dostawców ale o niego. Wstała i ruszyła kuśtykając na górę.
Henry podszedł i złapał ją za ramię. Przyciągnął do siebie i objął w pasie.
Zabolały nieco plecy, ale to tak i nic w porównaniu z bijącym szybko sercem. Bóg Jeleń… rogi… męskość… wspomnienia z poprzednich snów dodawały czerwieni policzkom Susan.
- Nie. Nie przeszkadza mi. Wprost przeciwnie. Nie idź… oszczędzaj nogę.- mruknął jej do ucha, wciągając nosem zapach świeżo umytych włosów.
Nie ma to jak dostanie drugiej szansy od wszechświata na zmienienie zdania. Woods nieśmiało objęła mężczyznę i jakoś nie mając pomysłu na żadną mądrą wypowiedź wypaliła” - To mnie zanieś. - Głos drżał trochę z podniecenia, trochę ze strachu.
- Dobrze.- mężczyzna pochwycił mocniej Susan i wziął ją w ramiona.Ruszył żwawo po schodach, jakby była piórkiem i nie odczuwał jej ciężaru.
Woods nie mogła opanować cichego pisku kiedy straciła grunt pod stopami. Odruchowo objęła szyje Henry’ego. Z każdym stopniem schodów w jej głowie narastała fala ilości słów zdań i stwierdzeń jakie powinna powiedzieć. Niektóre były naprawdę głupie, inne by pewnie sprawiły, że by ją specjalnie upuścił.
- Jeśli to druga szansa to, tak chcę…- Powiedziała sama nie do końca wiedząc co powiedziała.
- Jaka druga szansa? - mężczyzna nie zrozumiał znaczenia jej słów. Susan zaczerwieniła się jeszcze bardziej kopiąc się mentalnie za głupoty jakie gada.
- Przedwczoraj w kuchni...kiedy oblałam cię wodą…- kolejne słowa wychodziły z niej chaotycznie, zdecydowanie nie poukładała sobie tej wypowiedzi w głowie i miała poczucie, że wychodzi na kretynkę.
- Wiesz… nie jestem na tyle… dobry, by nie wykorzystał takiej szansy.- odparł Henry kierując się do gabinetu.- Ale musisz zrozumieć. Siedzę w lesie… tam śliczne dziewczyny nie spadają z drzew.
Posadził ją przodem do siebie na biurku i zsunął szlafrok z jej ramion, całując szyję i masując ciężkimi dłońmi piersi przez materiał piżamki.
- Zwłaszcza tak śliczne jak ty.
- To wykorzystaj…- Odpowiedziała zapraszająco, zaczynając rozpinać mu koszulę. - ...najlepiej zanim, znowu do mnie dotrze jak bardzo to wszystko skomplikuje.
- Będę delikatny.- obiecał podciągając jej piżamkę, gdy już zsunęła koszulę z jego ramion i rąk. I mogła dotknąć palcami jego torsu z czego w pełni korzystała wodząc, pieszcząc, poznając. Łaknąć każdy szczegół każdy drobiazg. Sny mogły zostać zapomniane. Woods nie zamierzała ich przyrównywać do rzeczywistości.
- Wiem że będziesz..- powiedziała i przyciągnęła jego twarz do swojej. W końcu, mogła skosztować go w rzeczywistości. “Pieprzyć komplikacje, dzisiaj nie będą istnieć.” przemknęła jej ostatnia przytomna myśl. Całował go czując twarde chropowate dłonie nawykłe do ciężkiej pracy, na swoim sprężystym miękkim biuście. Delektował się nim ściskając go i ocierając piersi o siebie… tam nie był delikatny… choć pocałunek był czuły.
Nie przerywając dłonie kobiety zsunęły się w dół. Powoli bez pośpiechu zaczęły rozpinać jego spodnie, choć nadal jej główna uwaga była skierowana na pocałunku. Dla niej minęło mnóstwo czasu kiedy ostatni raz ktoś ją tak całował. Uczucie, że ktoś ją na nowo pragnie też było cudowne. Henry zaś zszedł z pocałunkami na jej szyję i piersi, wielbiąc muśnięciami ust jej ciało. Palce dziewczyny, zaś miały okazję poczuć lniany materiał bokserek i… rzeczywiście do maluszków nie należał. Muskały całkiem spory okaz, który miał się w niej zmieścić.
Wielkiego problemu z tym nie miała, właściwie w tej konkretnej chwili żadnych problemów. No może wytrzymałość biurka była tematem do zastanowienia się, ale kto by miał teraz na to czas. Zresztą wyglądało solidnie. Susan zostawiła jedną dłoń w jego spodniach delikatnie masując jego męskość. Drugą i resztą ciała zaczęła subtelnie ocierać się o nagie ciało Henry’ego. Dłoń wodziła po jego plecach, usta zostawiały pocałunki na jego torsie. Wszystkie erotyczne sny krążyły w jej głowie choć nie umywały się do rzeczywistości.
Henry pozwolił jej przejąć inicjatywę, pozwolił dotykać swojego ciała mimo, że była w nim ta dzika namiętność, wymagająca rozładowania. Zamiast tego zabrał się za próbę zdjęcia spodenek z jej pośladków.
Woods chwyciła go mocniej niczym podpory by się trochę unieść. Dzięki temu mógł zsunąć jej spodenki z tyłka, ale zdjąć je całkowicie musieli się od siebie oderwać. Wystarczył krok w tył by po chwili Henry mógł podziwiać dziewczynę w kompletnym negliżu. Wyglądała uroczo, no poza fioletowym sińcem na kolanie. Pewnie mała blizna na brzuchu mogła rodzić pewne pytania, jeśli ktoś znał się na ranach postrzałowych to i może nawet więcej pytań. Kobieta, w jakimś przypływie obawy przed niezręcznymi pytaniami rozchyliła nieco nogi prezentując lepsze widoki.
Henry nie był w nastroju do pytań. Przez chwilę męczył się ze zdjęciem butów i spodni, a następnie podszedł do kochanki. Usta całowały jej usta, a potem szyję, obojczyki piersi… wodził palcami po jej brzuchu i udach… drocząc się z ich apetytem, ocierał się swoim organem miłości o jej wrażliwy zakątek. Przez frustrująco długie sekundy, nim wszedł do zapraszającego ją miejsca. Woods poczuła tą twardą obecność, niemal wszystkie zmysły skupiły się na tym spotkaniu ich ciał. Powolnym i leniwym w ruchach. Henry był delikatny i niespieszny w pieszczotach i szturmach na jej kobiecość. Ale czuła… że nie jest to jego prawdziwa natura. Powstrzymywał się.
Może była egoistką ale chwilowo nic z tym nie zrobiła, ta powolność ta czułość była zbyt niesamowita by z niej zrezygnować. Z każdym jego ruchem i pocałunkiem z każdym jej westchnieniem żar był coraz większy. Jej zdrowa noga objęła go, a palce dłoni coraz częściej wbijały się w jego plecy przy każdym głębszym wejściu. Pokój wypełnił się jej westchnieniami, nie chciała pędzić delektowała się każdą sekundą. Henry wielbiąc pocałunkami jej usta i piersi, pochwycił mocno pośladki kochanki… chciał ją zdobywać przynajmniej głęboko, skoro nie mógł rozkoszować się… sytuacją jak chciał. Niemniej słyszała to w jego oddechu. Odczuwał przyjemność z sytuacji, a i czuła że buduje żar obejmując jego męskość swoim spragnionym bliskości ciałem. Napięcie budowało się w nich powoli, ale nieustannie zbliżając do spełnienia.
Susan czuła że bardzo niewiele jej brakuje i właściwie to bez znaczenia czy dojdzie tym tempem czy innym. W końcu to co wcześniej powiedział kazało jej myśleć, że będzie to jednorazowa przygoda a nie coś na dłuższy czas.
- Możemy szybciej jak chcesz…- wyszeptała mu do ucha przygryzając je lekko zębami.
- Na to przyjdzie… czas później… chyba nie sądzisz, że to skończy się na jednym razie?- zapytał retorycznie mężczyzna mocniej napierając biodrami i zaciskając palce na pośladkach. Susan zadrżała czując mocniej obecność kochanka i czując, że i on jest blisko, bardzo blisko.
- Mhmm… wtedy w kuchni dokładnie... tak to zrozumiałam …- wyjawiła między kolejnymi wejściami, łasząc się do jego ciała w zadowoleniu. Do tej pory żaden mężczyzna w jej życiu nie przeniósł jej przyjemności nad swoją. Była to naprawdę fantastyczna odmiana, którą wiedziała że może wykorzystać w pełni. Kolejny ruch bioder.. drżenie i ciche westchnienie. Henry dotarł na szczyt, co poczuła w sobie. Dyszał przez chwilę wpatrując się w jej oczy i milcząc.
- Dobra… to do roboty.- mruknął i po opuszczeniu jej ciała, powoli opadł na kolana, by całować i pieścić pocałunkami jej uda. A potem językiem trącać wrażliwy punkcik jej kobiecości. Najwyraźniej tak rozumiał: “nie skończyć na jednym razie”.
Susan odchyliła się tył, trochę brakowało jej obecności jego ciała, ale postanowiła brać co dają. Zwłaszcza że jego pieszczoty nie trwały długo. Znaczy mogłyby, ale nie musiał po paru minutach nęcenia jej kwiatka ustami i językiem Woods odchyliła głowę do tyłu i z cichym jękiem ogłosiła falę miłego gorąca która rozlała się po jej ciele.



- Nie wywiniesz się tak łatwo.- stwierdził Henry delikatnie kąsając skórę uda Susan i masując kobiecość delikatnie swoimi palcami. Najwyraźniej to miał być dopiero początek dla niej.
- To są to te poprawki o których mówiłeś…?- Zapytała rozbawiona zatapiając palce w jego czuprynę ni to głaszcząc ni to trzymając w miejscu. Uśmiechała się zadowolona, to jedno spełnienie już dało jej bardzo dużo. - ...chyba masz jeszcze trochę czasu.
- Najwyżej popracuję dłużej. Parę dni więcej.- twarde palce Henry’ego wsunęły się do kobiecości Susan wyuzdanie wyeksponowanej przed nim. Zaczęły się poruszać, raz wolniej raz szybciej, raz naciskały mocniej, raz były delikatne. Eksperymentował z pieszczotami, ciekaw reakcji Woods na różne rodzaje dotyku.
- Ze mną czy z domem? - Spytała prowokująco, na nowo zatracając się w jego dotyku. Mimo wcześniejszego powolnego i delikatnego tempa, Henry szybko zauważył że teraz kobieta reagowała mocniej na stanowcze pieszczoty. Pewnie pierwszy raz był traktowany jako dokładna rozgrzewka przed głównym wyczynem.
- Z tobą i z domem. Więcej z tobą, jak dalej będziesz paradowała w tej piżamce.- przerwał pieszczoty i wstał po to by chwycić za jej biust i masując go dłońmi wpatrywał się w jej oczy.- Lub w podobnych strojach. Jesteś piękną kobietą pani Woods… i łażąc w takich strojach budzisz mój… apetyt.
Woods nie mogła przestać się uśmiechać, w końcu zapowiadało się, że nie będzie to krótkotrwała przygoda. Oplatając jego szyje przyciągnęła go je twarz do swojej.
- To mamy … problem… bo strój zakonnicy… zostawiłam w poprzednim życiu… - Powiedziała między pocałunkami które szybko zaczęły stawać się namiętne i powoli przechodziły w zaborcze. Czuła smak jego pocałunków i ciężar jego dłoni na swoich piersiach, ich siłę gdy je ściskał i czuła… ten przyjemny ciężar na swoim podbrzuszu. Męskość kochanka powoli robiła się coraz twardsza. Henry nabierał apetytu na nią.
- Chyba że … nadal wolisz...być profesjonalny... to może znajdę coś przyzwoitego...- Przerwała pocałunek, drażniła się z nim, prowokowała, pchała go… podświadomie w stronę zachowań Boga Jelenia ze swoich snów.
- Nie będę ci mówił w co masz się ubierać, czy kiedy… mówię co… - ścisnął mocniej jej biust.- … wywołujesz takimi strojami. A teraz obróć się na brzuch i wypnij tyłeczek.
Znała powód tego polecenia. Był już gotów.
- Czyli wolisz mnie widzieć tak jak dotychczas czy nie? - Odwlekała polecenie Henry’ego, jej dłoń spoczęła na powstałym żołnierzyku i ścisnęła go w stanowczej, ale nie bolesnej pieszczocie.
- Chcę widzieć.. - szepnął chrapliwie chwytając ją za włosy i odciągając głowę do tyłu. Jego usta zachłannie pieściły jej szyję coraz bardziej rozpalane, dotykiem jej dłoni na orężu przygotowanym do podboju jej ciała.
Woods dawno nie była z siebie tak zadowolona. Kiedy atakował jej szyję, ona kontynuowała swoje pieszczoty. W końcu przesunęła się do przodu dając niemy znak, że zamierza posłuchać jego wcześniejszego polecenia. Kiedy zrobił jej miejsce obróciła się do niego tyłem. Opierając się o blat wypięła się do niego w bardzo wyzywającej pozycji. Kolano dało o sobie znać, ale je zignorowała. Obróciła się do niego przez ramię.
- No dalej...pokaż mi co Ty lubisz..- zaprosiła go.
I otrzymała mocnego klapsa w pośladek, który przeszedł dreszczem przez jej ciało.
- Na biurko… połóż się na blacie. Po co masz przeciążać nogę, skoro możesz leżeć na brzuchu.- odparł Henry i dla równowagi uderzył dłonią o drugi pośladek.
- Aaa! - Jęknęła na kontakt, ale nie położyła się. - Wolę tak, nie lubię być bierna.
- Jak wolisz… nie mów tylko, że cię nie ostrzegałem.- chwycił ją delikatnie za włosy lewą ręką, a prawą oparł na biodrze. Pierwszy sztych był delikatny… i tylko on. Kolejne były gwałtownymi zderzeniami ich ciał, przeszywając jej intymny zakątek twardą i silną obecnością Henry’ego. Nie dał jej czasu się dostosować, trzymając ją za włosy niczym za cugle.
Jak jego wersja ze snów. Silna, zaborcza, szorstka, gwałtowna...boska. Susan nie cierpiała być bierna, kolano zostało zapomniane przynajmniej na razie. Wszystkie bodźce jakie dostarcza jej mężczyzna, całkowicie zagłuszały wszystko inne. Biuro wypełniło się jej głośnymi jękami. Pewnie było ich słychać i na parterze, ale żadne z nich nie było w stanie się tym przejmować. Woods nawet nie wiedziała ile czasu się kochają w ten sposób. Poczuła jak szczytowała, to na pewno się stało, więcej niż raz. Było wspaniałe, niby nie panowała kompletnie nad sytuacją, ale całe napięcie z ostatnich sześciu dni odchodziło w niepamięć. Trzeba było przyznać, że Henry bezlitośnie wykorzystywał sytuację. I po wszystkim Woods stygła leżąc na biurku z bezwstydnie wypiętym zadkiem. Ale nie żałowała... ani sekundy.

***

Susan w końcu ochłonęła po doświadczeniu i zaczęła się ogarniać. Trochę trzeźwych myśli powróciło, ale żadne nie związane chwilowo z miastem czy jego tajemnicami.
Pierwszy raz od czasu pojawienia się w mieście obie, Susan i Yoona, były w równowadze i miały czysty umysł. “Pomyśleć, że potrzebowałam jednego poranku z nim, by się wyprostować” pomyślała do siebie nie przestając się uśmiechać.
W paru rzeczach jednak miał rację. Po pierwsze powinna się ubrać, kolano czy nie jednak to obcy ludzie. Po drugie nie chciała już dzisiaj “rozpraszać” Henry'ego. Założyła biała bluzkę z długim rękawem i długie dżinsy. Nadal na bosaka w końcu to jej dom...i bez bielizny. Nawet w myślach się nie przyzna że to jakby majster chciał jej pomóc w ich zdjęciu później.
Zdawała sobie sprawę, że obecnie strój miała grzeczny i oczywiście skromny. Ale gdy przechodziła obok niego i “przypadkiem” pochylała się przyglądając jego pracy, czuła jego spojrzenie na swoich pośladkach. Spojrzenie obiecujące, że Henry jeszcze wykorzysta sytuację wieczorem.
Obecnie oboje pracowali w kuchni. Ona przy laptopie, on przy zleconej mu robocie przygotowując miejsce na zakupiony przez nią sprzęt AGD. Ona sprawdzała ich położenie za pomocą kodu jaki otrzymała w firmie wysyłkowej i przekonywała się że dotrą do niej w przeciągu pół godziny.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 15-03-2019, 20:06   #29
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Sprawdziła godzinę i napisała do Jane.

SMS Sue
Cytat:
*Mogę wpaść dzisiaj i zjeść z wami obiad?*
SMS Jane
Cytat:
* Jasne. Skąd ta zmiana? Znudziły ci się chińskie zupki ?*

SMS Sue
Cytat:
*Nawiązuje więzi z sąsiadami...tymi lepszymi.*
SMS Jane
Cytat:
*Miło to czytać. Więc wpadaj bez wahania. Zawsze to milej zjeść w towarzystwie.*
SMS Sue
Cytat:
*Dokuśtykam na czas *


Odłożyła swoją ledwo zipiącą komórkę i wróciła do internetu przeglądając nowe modele. Wczorajsze … nawet nie wiedziała jak to określić “Głosy z zaświatów”, przeszkodziły jej w kolejnym zamówieniu więc wykorzystywała czas teraz. Właściwie to chwilowo zatraciła się w szale internetowych zakupów. Tak zazwyczaj jest jak jesteś uwięzioną w domu kobietą która nie ma szans na zrobienie innych rzeczy. W końcu usłyszała odgłos nadjeżdżającego pojazdu zaczynają manewry na zapleczu. Podniosła się od miejsca przy stole i ruszyła w stronę drzwi.
Za nimi na szczęście nie stała żadna z wiedźm. Tylko facet z firmy kurierskiej która miała dostarczyć zakupione towary i wywieźć ‘skażoną lodówkę’.
- Pani… Woods?- spytał zerkając na swój tablet.
- To ja. Witam. - Podała mu rękę na przywitanie. - Możecie wstawiać wszystko do kuchni. Lodówka, stara lodówka stoi po prawej nowa będzie stała na lewo od drzwi więc możecie ją tam zostawić.
- Dobrze… tylko wpierw proszę tu pokwitować.- podał jej tablet.- Wystarczy wstukać numer tu, ten który przypisano pani na stronie z zakupami.
Ashley wystukała numer z pamięci. Od zawsze dobrze radziła sobie z numerami. - Proszę. Rozliczymy się jak już skończycie.
- Dobra panowie rozładowujemy.- mężczyzna zwrócił się do dwóch osiłków, którzy zabrali się za ściąganie towaru…
I po chwililodówka została zawieziona do kuchni Susan. Była duża ale mniejsza od starej. Umieścili nową, na wskazane miejsce a potem zabrali się za podłączanie, zerkając od czasu do czasu na pracodawczynię. Ich szef tymczasem raczył się dymkiem na polu.
- Hej...Pralkę na razie na bok i sami ją podłączymy jak skończysz nie? - Spytała się Henry’ego nadal pracującego przy szafce koło zlewu.
- Tak. Poradzimy sobie. - potwierdził Henry.
- Jak pan tak twierdzi panie Woods.- odparł jeden z osiłków.- To jednak nie takie łatwe.
Susan nie widziała miny mężczyzny, ale głos Henry’ego nie zmienił tonu.
- Poradzę sobie.
Pani Woods starała się głośno nie roześmiać na to nieporozumienie i wyszła po angielsku z kopertą do ich szefa. - Dobra tu macie odliczoną za usługi a tu ode mnie za sprawną obsługę. - Dała kopertę z odliczoną kwotą i później po bonusie dla niego i chłopaków. Zapewne zostawi sobie cały bonus, ale Woods lubiła wierzyć w istnienie ‘w porządku kierowników’.
- Dzięki proszę pani. Dobrze… zwijamy się już i nie przeszkadzamy.- rzekł mężczyzna po czym zwrócił do swoich pracowników.- Ładować złom na pakę!
- Szlag… ciężkie draństwo.- sapnął jeden z nich, gdy ładowali lodówkę na podnośnik.
- Bo to solidna… no… metalowa skrzynia za lat sześć… dziesiątych.- wydyszał drugi.
- Jeszcze raz dziękuje. - Pożegnała ich z uśmiechem i wróciła do domu nowa lodówka stała na swoim miejscu. Po starej zostało tylko brudne miejsce na podłodze, pralkę postawili w miarę blisko szafki ale co chwilowo skupiło uwagę Woods to trzeci pakunek.
Od razu zaczęła rozpieczętowywać najmniejsze pudełko. W środku znajdował się zastępca nieszczęśliwie zamordowanego ekspresu. Nowszy lepszy model z dołączonym młynkiem.


Był też cięższy więc trudniej będzie go rzucić i rozbić o ścianę. Dziewczyna z radością neofity zaczęła ustawiać go na blacie w najlepszej konfiguracji. Podłączać i czytać instrukcję.
- Właściwie to jestem ciekaw co się stało z poprzednim.- Henry stanął tuż za nią zerkając jej przez ramię i bezczelnie chwytając za pośladki. Wykorzystywał okazję, by błądzić dłońmi po jej pupie.
- Zrobił kiepską kawę…- Skłamała odwracając się przez ramię i patrząc mu w oczy. Widział, że stary dwa dni leżał rozbity pod przeciwległą ścianą. Trochę zapominając o ekspresie. - … próbujemy czy ta będzie akceptowalna?
- Jak chcesz… - nie wydawał się zainteresowany kawą, a tym co ściskał pod palcami.
- Coś myślę, że nie na kawę masz ochotę. - Powiedziała sięgając za siebie dłońmi by pochwycić jego kark i przyciągnąć do siebie.
- Nie mam.. w zasadzie to mało kawy piję.- mruknął całując ją po szyi. Puścił pośladki, by sięgnąć z przodu. Jedna dłoń zaczęła wodzić po brzuchu Susan, druga rozpinała jej rozporek.- Możesz mi jeszcze zabronić. I zajmiemy się kawą.
- Ekspres nigdzie się nie wybiera, mogę się pobawić nim wieczorem. - Powiedziała ocierając swoją pupę o jego kroczę. Palce czochrały pieszczotliwie włosy. - Bardziej bym się przejmowała drugim kurierem który ma być w ciągu pół godziny.
- Powinnaś…- ocenił mężczyzna, co nie przeszkodziło mu w rozpięciu jej spodni. Palce wślizgnęły się tam wodząc po kobiecości Susan i muskając jej wrażliwy obszar. Druga dłoń wsunęła pod koszulę podciągając ją nieco w drodze do piersi. Całował jej usta mówiąc.
- Zawsze możesz mi przeszkodzić oblewając wodą.
- Albo przypomnieć jak cierpię śpiąc na leżance, bo moja sypialnia nadal nie skończona. - odpowiedziała złośliwe, ale wesoło. Nie puściła go trzymając dalej jej tak by mogli kontynuować.
- Mhmm…- odparł mężczyzna nie przestając miarowo poruszać palcami. Były duże, twarde i nie tak delikatne jak jej palce podczas kąpieli, albo wężyc… to samo wspomnienie przyniosło rozkoszny dreszcz. Inne kobiece palce mogły pewnie to samo… na razie jednak Susan czuła zanurzające się palce mężczyzny… siła i stanowczość w miejsce finezji i delikatności.
- Mhm.- Przytaknęła a kiedy jego palce zabrnęły dalej w jej nadal wrażliwe, po porannym szaleństwie, miejsce wydała z siebie uroczy jęk. Nie była przyzwyczajona do takiego traktowania. Po pierwszym spotkaniu wyśmiała by każdego kto by powiedział, że mężczyzna był zdolny do takiego bezpośredniego podejścia. No i w ogóle zainteresowania Woods w ten sposób.
I jak na złość.. kolejny dzwonek. W takiej chwili. Dobrze, że nie wszedł, bo ciężko byłoby wyjaśnić męską dłoń tkwiącą w jej spodniach i poruszającą się w znaczący sposób.
- Trochę wcześnie…- Zdziwiła się i zaniechała pieszczot ze swojej strony. Dała mu znać, że zabawa skończona sięgając swoją dłonią i odsuwając jego, by mogła zapiąć spodnie.
Co zrobił z niechęcią, pozwalając jej udać się do drzwi. Za nimi, stał znany jej dostawca pieczywa. Uśmiechnął się na widok Susan.
- Nie mieliśmy chyba okazji się poznać.- rzekł z uśmiechem.- Jestem Jack.
No tego przyszło jako całkowite zaskoczenie dla Woods. Przez wyczyny z Henry’m była spąsowiała i pobudzona. Choć wizyta chłopaka podziałała trochę jak zimny prysznic. - No hej młody. Susan Woods. - Wyciągnęła dłoń żeby się przywitać.
- Miło poznać, jakby trzeba było coś… pomóc, albo… ogólnie pozałatwiać. To chętnie się wykażę…- rzekł pół żartem pół serio.- Na razie roznoszę zawiadomienia, o zebraniu rady miasta za trzy dni. Taka robota. Jako nowa obywatelka naszego miasteczka, jesteś oczywiście zaproszona.-
- To miło… - Susan odebrała od Jack’a pismo z detalami spotkania. - No dobra pewnie wypadałoby wpaść i zobaczyć jak to wygląda. Dzięki Jack.
- Nie ma za co.- młodzian uśmiechnął się i dodał.- To na razie. Niestety muszę rozdać ulotki wszystkim.
I spojrzał na piekarnię. Pewnie swój kolejny cel. I Rose która tam była, zapewne nie puści go szybko.
- Henry ty też chodzisz na te spotkania? - rzuciła wewnątrz kuchni, zastanawiając się jednocześnie czy to jest jej szansa na zdobycie świeżego chleba, nie narażając się na spotkanie z tą parszywą wiedźmą.
- Nie jestem miastowy.- przypomniał jej lakonicznie mężczyzna, gdy zamykała drzwi.
- Tereny podmiejskie nie podlegają instytucji miasta?...Trochę dziwne. - Patrzyła chwile przez okno upewniając się ze Jack wszedł do środka.
- Las należy do hrabiego. To co w nim, też.- wyjaśnił Henry.
- … - Susan odwróciła się do mężczyzny, komentarz był dziwny. Z jednej strony bezpośredni a z drugiej chyba Susan dostała drugą zagadkę. - Znasz go?
Henry zamilkł na dłużej. W końcu jednak rzekł.- Nigdy nie spotkałem twarzą w twarz.
- Ale mieszkasz w jego lesie. - doprecyzowała Woods.
- Tak. Ale od kontaktów z ludźmi, ma swoich ludzi.- wyjaśnił krótko Henry.
- Mhm, tylko wynajmujesz czy też pracujesz dla niego? W sensie, że To... - zrobiła zamach na szafkę tłumacząc tym że chodzi jej o bycie majsterkowiczem Jane. - ...jest bardziej jako dorywcze zabijanie czasu.
- Pracuję w lesie.- odparł wymijająco Henry nie chcąc się wdawać w szczegóły.
Podeszła do mężczyzny i dźgnęła go delikatnie w tors.
- Jesteś beznadziejny... - Zaśmiała się dodając -... w udzielaniu wymijających odpowiedzi.
Chwyciła przewieszoną na krześle torbę i zaczął kuśtykać do wyjścia. - Idę pokuśtykać po chleb, liczę że za raz wrócę.
 
Obca jest offline  
Stary 15-03-2019, 20:09   #30
 
Obca's Avatar
 
Reputacja: 35846 Obca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputacjęObca ma wspaniałą reputację
Skierowała się do części sklepowej by wyjść na główną ulicę. Kiedy była za drzwiami zorientowała się że wyszła na bosaka. - Aha. - Powiedziała do nikogo ale stwierdziła że jest już za daleko by zawrócić. Podchodząc do Piekarni najpierw zajrzała czy Rose na pewno nie ma przy ladzie, a jeśli jest to czy jest tam ktoś inny.
Nie było nikogo przy ladzie, znów… na szczęście.
Drzwi otworzyła cicho, choć dzwonek i tak dał znać o jej wejściu. Susan obrzuciła go skrzywdzonym spojrzeniem. “Zdrajca” nazwałą go w myślach. Podeszła do półki i wzięła dwie bagietki i jak zwykle zostawiła pieniądze na ladzie.
Zapach Róży otoczył ją zdradziecko. Rozejrzała się nerwowo, ale nie dostrzegła Rose. Zapach jednak poczuła… wabiący czule, kuszący… Usłyszała jęki. Kobiece i zmysłowe. No tak. Rose była zajęta zabawą. Powinna wyjść, ale czy chciała? Choć umysł nadal kontrolował ciało, to... kusiło podejrzeć.
“Nie. To tak jak z wężami. Ukryta pułapka i tyle.” Susan zmuszała się ze wszystkich stron, by wyjść. Problemem nie było uczucie podniecenia jakie zaczęło ją ogarniać, a świadomość, że czuła do Rose niepohamowane obrzydzenie i pogardę. Nie było to tak łatwe, każdy kolejny krok w kierunku drzwi, był coraz trudniejszy. Zapach róży wabił mimo obrzydzenia wobec kobiety, głośniejsze jęki świadczyły o niepohamowanej rozkoszy i zapomnieniu w niej.
“Szybciej do cholery!” Wydawało się że zamiast zbliżać się do drzwi się od nich oddala, jak w koszmarze czy horrorze. Jej poruszała się jak w melasie. “Głupie kolano dlaczego nie możesz iść szybciej!” Wtedy wpadła na pomysł, w tamtej chwili genialny, przynajmniej tak się wydawała. Całej siły kopnęła swoim chorym kolanem o najbliższą przeszkodę.
Ból powalił ją na ziemię... i przeszył ciało. Ale nie wypchnął wpływu Rose z jej umysłu, przyjemność jaka płynęła wraz z zapachem zmieszała się z owym impulsem w dziwną wyuzdaną mieszanką doznań. Przez chwilę zaćmiło to całkiem umysł Susan. I wtedy też pojawił się kolejny zapach. Fiołków.
- Co pani robi na podłodze?- zapytała zaciekawiona Alice, która właśnie weszła do piekarni.
- Kolano...- Odpowiedziała z wyraźnym płaczliwym głosem Susan. Z jednej strony Wściekła jak eskalowała się sytuacja z drugiej chyba nigdy nie była tak szczęśliwa widząc Alice. Ciężko jej było układać bardziej składne odpowiedzi w tej ciężkiej atmosferze przytłaczających zapachów.
- Mhmm…- Alice nachyliła się. Fiołki walczyły z różą wypierając jej zapach. A Susan mimowolnie zerkała na dekolt bluzki pochylonej wiedźmy.
- Powinna pani zgłosić się do lekarza.- blondynka ostrożnie przybliżała palce do jej nogi, przesunęła je po udzie do kolana. Dotyk ten był nie tylko przyjemnie ekscytujący, ale złagodził nieco ból.
- Proszę się stąd nie ruszać. Zaprowadzę panią do pani mieszkania, tylko kupię pieczywo.- rzekła uprzejmym tonem, a Susan czuła że nie może się ruszyć, dopóki jej “Pani” nie pozwoli jej odejść.
“Z deszczu pod rynnę” Pomyślała, choć trudno jej było powiedzieć czy z dwojga złego nie wolałaby właśnie Alice. Owszem wszystkie spotkane dotąd wiedźmy sprawiały, że czuła do nich jakąś odrazę. Niemniej Rose biła wszystkie na głowę, Woods złapała się niebezpiecznej myśli, że gdyby to dopiekło Rose, to trzymałby się z innymi. Tylko ze nie wiedziała jakie sa relację miedzy nimi. Wodziła zresztą wzrokiem po zgrabnych nogach w czarnych szpilkach i pończochach blondynki. Choć niewątpliwie był to wpływ otumaniającego zapachu fiołków, to mimowolnie oblizywała wargi na myśl, że mogłaby wędrować po nich ustami powoli.
Alice… świadoma lub nieświadoma myśli Susan zrobiła to samo co ona.
Po sarknięciu. - Szurnięta nimfomanka.
Wybrała pieczywo i włożyła do swojej torby z zakupami. Kucnęła koło Susan mówiąc krótko.
- Proszę się o mnie oprzeć przy wstawaniu.
- Dziękuje. Jesteś moją bohaterką dzisiaj. - Powiedziała Susan, przyjmując pomoc od nieoczekiwanego źródła. Razem wyszły z tej jaskini rozpusty i ruszyły do jej domu.
W trakcie tej drogi dłoń wodziła łakomie po pośladku, ocierała i dyskretnie ściskała kobiecą pupę przez materiał, gdy szły. Problemem dla Susan był fakt, że to była jej własna dłoń. Dłoń Alice spoczywała grzecznie na biodrze podtrzymywanej Azjatki. Oczywiście Woods zdawała sobie sprawę, że to zapach fiołków wywoływał jej działania. Niemniej ciężko go było zignorować, jak i obecność ciała Alice tak blisko. Przecież mogłaby ją pocałować w policzek…
A co gorsza, z uwagi na zranioną nogę nie mogły iść szybko, więc tak słodka tortura przedłużała się.
- Naprawdę spadłaś mi z nieba teraz. - Powiedziała cicho Woods opierając głowę bliżej szyi Alice, walczyła ile sił. Wiedziała że jest to bez znaczenia, łatwość z jaką Alice wypchnęła zapach Rose był przerażający. Niemniej Susan spodziewała się, że bibliotekarka chyba lubi się bawić, jak kot który czerpie sadystyczną przyjemność z dawania myszy trochę wolności zanim skręcił jej kark.
- Cieszy mnie że mogłam pomóc. W końcu ty dopiero się zapoznajesz z miastem. Nie chciałabym, byś posmakowała go tylko od… tej nieprzyjemnej strony.- mruczała otulona oszałamiającym zapachem fiołków. Jej szyja była tak blisko ust Susan, jej pośladek tak przyjemnie się ściskało. Oddech Woods przyspieszył, serce biło mocno, a ciało robiło się ciepłe. Pożądanie może i było fałszywe, ale było też mocne.
- Więc… jak się zraniłaś w tą nogę?- zapytała Alice.
- Przewróciłam się podczas biegania. - Powiedziedziała cicho zaczynając, trącać szyje kobiety czubkiem nosa. - Za szybko biegłam po trudnym terenie.
- mhmm…- mruknęła zmysłowym tonem Alice. Nieco kocio, a Susan cóż… trącanie nosem szyi jej Pani, kochanki… nie… wiedźmy, było przyjemne. Może nie tak przyjemne jak ściskanie jej pośladka.
- Trochę szkoda. Nie ma kto ze mną rano biegać. Liczyłam że się przyłączysz.- odparła w końcu Alice, a Susan…. “Pragnę tego”… Nie wypowiedział tych słów, choć niewiele brakowało.
- Myślałam że parę dni w domu będzie wystarczające,...- nosek Sue ocierał się o płatek uszny Alice - ...ale chyba zadzwonię do Camille. Słyszałam, że potrafi szybko postawić kogoś na nogi.
- To prawda. Jest w tym dobra, ja zaś mogę…- bibliotekarka obróciła twarz, ku obliczu Susan. Ich usta znalazły się blisko siebie… Woods, poczuła potrzebę… pragnęła tego, pocałowała. Delikatnie i pospiesznie, walcząc z tym by oderwać usta, lub przedłużyć pocałunek. Walcząc sama ze sobą.
Ledwo, nie wiedzieć czemu może przez świadomość że nie jest to prawdziwe, może wspomnienie porannej interakcji z Henrym, może przez wrzask Yoony wewnątrz głowy, Susan ukończyła ten lekki pocałunek i dokończyła za Alice, -... pokazać mi później najciekawsze trasy, na których się nie zabije?
Blondynka była zaskoczona śmiałością Susan… albo taką świetnie udawała. Odparła więc spokojnie. - To… też. Przede wszystkim mogę ci przynieść wieczorem parę książek, jeśli będę wiedziała co cię interesuje.
- Mam teraz tragiczny bałagan, właśnie przyjechały mi sprzęty i Henry dostosowuje mi kuchnie do nich. Może jutro? Chciałam trochę poświętować. - Powiedziała odzyskała trochę władzę nad ręką. Teraz zamiast ściskać pośladek, głaskała go...było to połowiczne odzyskanie władzy nad ręką.
- Oczywiście… nadal nie powiedziałaś co dziś chciałabyś tulić w łóżeczku.- odparła żartobliwie Alice, gdy wchodziły a Susan musiała ugryźć się w język, by nie powiedzieć “ciebie”.
- Niestety moja sypialna też jest nie skończona, żadnego łóżeczka dla mnie. - Powiedziała z prawdziwym smuteczkiem w głosie kiedy dotarły w końcu do drzwi.
- Nie wspomniałaś jakie książki lubisz.- przypomniała jej Alice delikatnie dając klapsa w pośladek, który przeszedł dreszczem rozkoszy przez całe ciało Susan. Woods mogła mieć świadomość, że to pragnienie jest fałszywym uczuciem, ale i tak było intensywne i silne. Tym mocniejsze im dłużej była w pobliżu blondynki.
- Ostatnio, ciągnie mnie do historycznych o regionie. Poznać okolicę i zwyczaje. - Dodała Woods otwierając drzwi. Przy okazji przyciskając Alice mocniej do siebie, w końcu przejście w drzwiach było wąskie.
- Mnhmm…- mruknęła pobudzonym głosem Alice, również będąc nieco… rozpalona sytuacją. Rozejrzała się dookoła.- A co tu będzie?
- Chcesz sobie zepsuć niespodziankę? - Zapytała Azjatka kierując ją w głąb przyszłej kwiaciarni. Trudno powiedzieć czy to Susan podświadomie chciała mieć Alice w domu czy Yoona kierowała się do Henry’ego by im pomógł.
- Masz rację…- odparła Alice prowadząc Woods do kontuaru.- To gdzie masz środki przeciwbólowe? Przyda ci się mocna dawka.-
- Kuchnia jest najbliżej. - Powiedziała Yoona jednocześnie myśląc “Henry bądź na miejscu!”
- Dobrze… zostań… usiądź. - zadecydowała Alice pomagając usiąść Azjatce. Ich twarze były blisko, ich usta… pokusa znów okazała się za duża. Susan przylgnęła do jej warg w namiętnym pocałunku i pieszczocie języków. Żar namiętności na moment całkowicie ją pochłonął… to było bardzo przyjemne uczucie. Bardzo… oderwały się od siebie z trudem.
- Tak. To ja pójdę po te tabletki, a potem… mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Ale przyniosę ci książki… jutro.- odparła Alice odsuwając się od Susan. Azjatka była rozczarowana, ale coś w środku buntowało się i kazało jej wytrzymać jeszcze trochę i będzie po wszystkim. Alice wyszła do kuchni i… Susan za nią tęskniła, za jej zgrabną pupą, za jej głosem, za jej ustami… za kolejnym pocałunkami. Chciała za nią pójść, ale nie mogła się ruszyć. Nie mogła złamać zakazu Pani.
Alice pojawiła się po kilku minutach tęsknego czekania.. przerażająco długich minutach.
Podała dziewczynie leki i dodała.- Zażyj od razu.
Susan połknęła, a potem popiła.
- Do widzenia pani Woods.- Alice nachyliła się by cmoknąć ją w policzek. A potem ruszyła do wyjścia.
Susan jak grzeczna dziewczynka połknęła tabletki. Nie zeszła jednak z blatu, w końcu tego jej Pani nie pozwoliła. Zapach fiołków nadal unosił się w pomieszczeniu, i kazał jej być grzeczną dziewczynką słuchającą poleceń. Minuty mijały myśli Susan stawały się coraz bardziej niezależne, coraz bardziej jej myślami. Myśli Susan i Yoony nie były przyjemne, była to mieszanina złości, szału, odrazy, samopotępienia swojej słabości. Wszystkie te negatywne myśli gotowały się w niej wzbierały pod gardło, dusiły. Aż woń fiołków zelżała na tyle że Woods nie musiała już jej słuchać. Żółć wylała się z niej na podłogę w niepohamowanych torsjach. Całe jej ciało się trzęsło, łzy ciekły po policzkach. Znowu to uczucie zbrukania przeważyło nad czymkolwiek innym. Zeskoczyła z blatu w próbie ucieczki, ostry ból przeszył ją że aż krzyknęła. Jej ciało odmówiło jej nawet tego, ucieczki, żółć podeszła do gardła po raz drugi. Nie próbowała jej powstrzymać odkasłała konwulsje, ale wszystko trwało kolejne piętnaście minut.
Jak już się uspokoiła ruszyła do wnętrza domu. Trzeba było tu posprzątać i czekała dalej na kolejnego kuriera. Nagle straciła ochotę do wszystkiego. Najchętniej zamknęłaby się w ‘schronie’ i schowała.
Weszła półprzytomna do kuchni. Złapała za miskę i zaczęła ją napełniać zimną woda.
Henry wszedł właśnie do kuchni od zaplecza i widząc co robi Woods spytał.- Coś się stało?
- Rose i Alice się stały. - Powiedziała ocierając oczy i zabierając miskę ze szmatą kierując się do części sklepowej.
Henry nie pytał o nic więcej, tylko zabrał się za pracę przy wnęce na pralkę.
Woods zmyła swoje wymiociny, czuła się jak mała dziewczynka która zrobiła coś okropnego i rodzice kazali samej zająć się bałaganem. Po wróceniu do kuchni była małomówna i zachowywała się nieswojo. Dobry humor jaki miała wcześniej wyparował jak kropla wody wrzucona na gorąca patelnie. Napisała do Jane czy da jej kontakt do Camille.
Cytat:
“ Jasne. A może chcesz bym z tobą poszła? We dwie będzie nam raźniej.”
odpisała Jane.

SMS Susan
Cytat:
“ Chciałam ją zapytać o wizytę domową. Zrobiłam dzisiaj coś głupiego i nie będę wstanie dojść do tej lecznicy.”

SMS Jane
Cytat:
“Ok. Podeślę. I może lepiej, jeśli będę jak przyjdzie? Wtedy może będziesz bezpieczniejsza.”

SMS Susan
Cytat:
“ Wątpię czy to coś pomoże. Alice tu była myślałam, że obecność Henry’ego coś zmieni, ale się pomyliłam.”

SMS Jane
Cytat:
“ Henry był u mnie. Przyszedł po narzędzia i przebierał w nich jak jakaś primadonna. Co on tam niby robi? Ołtarzyk ci buduje?”

SMS Sue
Cytat:
“ Mam nowy ekspres do kawy. Zapraszam cię na rozdziewiczenie go. Wtedy przy okazji zobaczysz co robi.”

SMS Jane.
Cytat:
“Ok. Zaraz będę. Z dodatkami do kawy. Lubisz ciasteczka?”

Oprócz tej wypowiedzi Jane przesłała numer do Camille.
SMS Sue
Cytat:
“Uwielbiam ciasteczka.”
 
Obca jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166