Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-10-2008, 12:09   #1
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 5491 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Witajcie w Silent Hill[SH]

Carl Whistlecore

Obudziłeś się. Tylko tak trudno przychodziło ci wstanie z łóżka, tak przyjemnie było leżeć z zamkniętymi oczami i słuchać szumu drzew. Zaraz przecież zamykałeś na noc okna więc czemu słyszałeś drzewa? W końcu chcąc nie chcąc otworzyłeś oczy. Ze spokojem przyjąłeś fakt, że nigdy w życiu nie widziałeś tego miejsca.
Usiadłeś na ławce i przetarłeś oczy, to było co prawda dziwne, ale jeszcze bardziej zdziwiła cię twoja beztroska z jaką przyjąłeś do wiadomości, że nie jesteś w swoim mieszkaniu.
Dziwna lekkość płynęła z powietrza rozlewając się w twoim ciele niczym morze spokoju. Znalazłeś się w czymś co przypominało park, może ogród. Wokół ciebie wznosiło się kilka drzew za mało żeby był to las, jednak ich konary były grube i nie sposób było stwierdzić jak bardzo są stare. Wysokie ściany równo przystrzyżonego żywopłotu zamykały się wokół ciebie z dumą prężąc perfekcje jako musiał wykonać przy ich pracy ogrodnik. Dzień w tym dziwnym miejscu jakby przeplatał się z nocą, więc nie byłeś w stanie określić dokładnej pory dnia.
Czułeś narowisty wiatr w powietrzu jednak mimo lekkiego ubioru nie czułeś zimna. Może twój mózg był w stanie takiego upojenia, że nie miał czasu by rejestrować tak błahych bodźców jak postrzeganie przez swoje receptory zimna czy ciepła.
Jakoś za bardzo nie interesowało cię to.
To co cię urzekło to cisza. Wszechobecna cisza wypełniająca cały ten dziwny świat. Usłyszałeś wyraźnie tak jakby ktoś stał obok - spokojny, pozbawiony emocji głos.

-Czyż to nie piękny dzień na spacer Carl?

Mimo wszystko, mimo tego, że tak dobrze było siedzieć na tej ławce, wstałeś. Sęk w tym, że nigdzie nie było widać drogi która prowadziłaby przez żywopłot.



---

???

Nigdy nie lubiłeś jarmarków, wesołych miasteczek i podobnych im cyrków. Do miasta jednak przybyli Cyganie a tak się złożyło, że musiał czymś zająć swoje myśli. Rozkładali swoje namioty, tańcząc pijąc i przy okazji pokazując wątpliwe wg. niego talenty. Mimo wszystko zdecydował się przyjść. Trzeba było się wyrwać z domu, za dużo w nim problemów a jemu chwilowo kończyły się pomysły na ich rozwiązanie. Może uda mu się odetchnąć powietrzem, może tym razem znajdzie trochę spokoju właśnie w takim miejscu zanim zrobi coś czego będzie żałować.
Dzieciaki obok kręciły się w okół strzelnicy. Część rzucała lotkami i piłkami by wygrać jakieś misie. Pozostali wpatrywali się w rzucających co jakiś czas wyrażając swój zachwyt dla celnego rzutu. Dla nich był to cały świat, pozbawiony zmartwień. Zamykał się obecnie w okół tych kilku ułożonych puszek. Zazdrościł im teraz. Popatrzyłeś chwilkę jednak po wysłuchaniu płaczu jakiegoś dziecka, szybko zostawiłeś strzelnicę za sobą.
Cygańskie wesołe miasteczka były dla niego rzeczą ciekawą jednak tylko wtedy kiedy miało się mniej niż 16 lat. Pozostała grupa ludzi, to jak mu się wydawało frajerzy albo niedorozwinięci dorośli ewentualnie włóczędzy gustujący w mocnych trunkach. Tandetna karuzela, ze słonikami i kucykami w jaskrawych kolorach przyprawiła go dosłownie o mdłości. Tym bardziej współczuł rodzicom stojącym do niej w kolejce ze swoimi pociechami. On swoim dzieciom znajduje o wiele lepsze rozrywki niż coś.. tak bezsensownego. Dzieciom trzeba twardej ręki, inaczej się rozpuszczą i kto wie co z nich wyrośnie. Nie odwzajemnił przyjaznego starszego pana robiącego watę. Jednak najwyraźniej dzieci były zachwycone wszystkim co słodkie ponieważ, na terenie całego miasteczka widział dziesiątki pałeczek z tym przysmakiem. Nie rzucił monety kataryniarzowi grającemu jakąś smętną melodię.

[MEDIA]http://mackobi11.googlepages.com/Scary20songs20-20Candyman20Theme1.mp3[/MEDIA]

Zignorował go także, kiedy ten zdjął z głowy kapelusz i ukłonił się nisko. Nie będzie przecież wspierać tych nędzarzy. Nogi same zaprowadziły go do niewielkiego czerwono-żółtego namiotu. Wielki szyld na nim rzucał się w oczy już z daleka.




Wróżenie z fusów herbaty? Może humor poprawi mu zdemaskowanie jakiegoś szarlatana. Wszedł pewnym krokiem do wnętrza namiotu uśmiechając się swoich myśli.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 03-11-2008 o 10:46.
traveller jest offline  
Stary 03-11-2008, 20:57   #2
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 190 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
- Owszem, to piękny dzień na spacer - rzekł Carl w odpowiedzi gdzieś przed siebie.

Nie pamiętał, aby opuszczał dom tego dnia. Zasnął we własnym łóżku i tam też przewidywał obudzić się następnego poranka. A jednak jakimś cudem znalazł się w nieznanym mu ogrodzie, leżąc na ławce. Gdzieś w głowie pojawiła się myśl, że powinien się niepokoić nagłą zmianą, lecz porzucił je natychmiast na korzyść prostej ciekawości.
Ludzie zwykle nie pojawiają się, ni stąd ni zowąd, w zupełnie obcych miejscach. Chyba, że to zwykły sen. Tak, to całkiem prawdopodobne - niekiedy miewał równie realistyczne sny co w tym przypadku. Choć ten jest zbyt realistyczny...
Carl usiadł na ławce podziwiając żywopłot i drzewa. Ogrodnik opiekujący się tymi roślinami ewidentnie był artystą, człowiekiem głęboko poświęcony swej pracy. Wyciągnął do nich rękę, przesunął dłonią po korze i liściach. To chyba nie jest sen - w nich uczucie dotyku przemija szybko, jest niewyraźne. W sercu mężczyzny zakwitło ziarno jakiejś głębokiej, radosnej ciekawości. Nie znalazł się w tym miejscu zupełnie przypadkowo, a otoczenie nie wydaje się być specjalnie niebezpieczne. Gdyby ktoś chciał go skrzywdzić wybrałby ciemną piwnicę, czyż nie? Nawet zimno nie było.
I gdzieś przez tą nieskończoną ciszę, ciszę przerywaną przez szelest liści trącanych przez wiatr, odezwał się spokojny głos.

- Owszem, piękny dzień na spacer, ale... - dodał ponownie Whistlecore.
Wstał z ławki, przeszedł się po ogrodzie by rozprostować kości. Zauważył przy tym, że jest tutaj w pewnym sensie uwięziony. Otaczający go żywopłot zamykał się w czworokątnej formie. Nie było żadnego wejścia. Korony drzew skutecznie zasłaniały widok tak, iż nawet zorientowanie się w porze dnia sprawiało ogromną trudność.
Carl przeszedł wzdłuż żywopłotu, który był nieprzestępny i przypominał raczej roślinny mur. Wdrapanie na drzewo też raczej odpadało - były zbyt gładkie, a i aktualny skąpy strój raczej nie nadawał się do takich akcji. Zresztą co pomyśleliby sobie ludzie widząc mężczyznę w piżamie wspinającego się na drzewo? Pozostała jeszcze kwestia obcego człowieka, bo ktoś przecież musiał zadać tamto pytanie. Zapewne ukrywał się gdzieś za tym żywopłotem. Usiłował wsłuchać się, czy być może usłyszy jego oddech albo kroki. Jednak szybko stwierdził, że raczej nie przyniesie żadnego skutku w wydostaniu się z tego więzienia. Carl raz jeszcze przeszedł wokół ogrodu.

Kolejny głos. A może tylko powiew wiatru? Trudno było to jednomyślnie stwierdzić. Wzrok Carla przechodził po żywopłocie. Dopiero wtedy dojrzał coś ukrytego w żywopłocie. Tam pomiędzy drzewami. Zdziwił się, że przegapił ten szczegół - nigdy nie miał talentu do dokładnego szukania, ale wystarczyło lepiej spojrzeć. Inaczej musiałyby się pojawić znikąd. A może...
Były to maleńkie, drewniane drzwiczki. Carl musiał uklęknąć przed nimi, aby mieć klamkę mniej więcej na swojej wysokości. Bez wahania nacisnął ją i otworzył drzwiczki. Na czworakach przeszedł na drugą stronę żywopłotu. Następnie wstał, wytarł kolana i dłonie z ziemi. Rozejrzał się w nowym miejscu. Gdzieś tutaj musi być ten, który zaproponował mu spacer.
 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 03-11-2008 o 21:45.
Terrapodian jest offline  
Stary 06-11-2008, 23:42   #3
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 5491 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Carl Whistlecore

Przejście przez drzwiczki okazało się o wiele trudniejsze niż to się mogło z początku wydawać. Wydawało się jakby ktoś budował je z myślą o dziecku niż osobie dorosłej jednak mimo tego, udało ci się przejść na drugą stronę bez większych problemów pomijając niewygody oraz ubrudzenie sporej części odzienia, Wstając już po drugiej strony próbowałeś niezgrabnie zatrzeć negatywne wrażenie jakie musiałeś sprawiać w lekko obdartej czarnej od ziemi piżamie. Widząc jednak że to równie bezcelowe co walka z wiatrakami, postanowiłeś udawać przed samym sobą, że to jak w tej chwili się wygląda nie ma takiego znaczenia zwłaszcza jeśli człowiekowi i tak ten wygląd tylko się wydaje. Zachwiałeś się od nadmiaru logiki i potrząsnąłeś głową odganiając od siebie chwilowo wszystkie głosy rozsądku. Rozejrzałeś się wokół chcąc dowiedzieć się czegoś o miejscu w którym aktualnie się znajdowałeś. Gdzieś w drzewach słychać było ćwierkanie ptaków. Prawdę mówiąc wiele się tu nie różniło się od tego skąd przed chwilą przyszedłeś. Przed tobą wznosiła się kolejna ściana żywopłotu w nawach której tkwiły rzeźby przedstawiające dobrze znane ci i każdemu dziecku zwierzęta. Były tam słonie, lwy, zebry i antylopy, przystrzyżone w żywopłocie z precyzją chirurga. Nie mogłeś wyobrazić sobie żeby ludzka ręka uchwyciła je w bardziej majestatyczny sposób. Wpatrując się uważnie zdawało się, że słoń porusza lekko swą trąbą a lew zaraz rzuci się w pogoń za galopująca kawałek dalej antylopą. Może sprawiał to lekki wiat a może gra wyobraźni. Teraz znajdowałeś się pośrodku korytarza który odgałęział się w dwie strony. Trzeba było, więc podjąć pierwszą decyzję, iść w prawo czy w lewo? Pomyślałeś o tym ilu ludzi staje codziennie przed podobnymi wybory. Decyzja pozornie prosta jednak stanąłeś w miejscu niepewny w którą stronę się udać. Świadomy przy tym, że z każdym wyborem wiążą się niekiedy konsekwencje zbyt trudne do udźwignięcia. Kiedy skłaniałeś się już do tego żeby ruszyć w jedną ze stron wyraźnie usłyszałeś coś co przerwało ciszę i zagłuszyło śpiew ptaków. Parę metrów dalej tuż przy rzeźbie zebry, ściany żywopłotu rozstąpiły się i z radosnym piskiem przebiegło przez nie dwoje goniących się dzieci. Zdążyłeś tylko wyciągnąć rękę a one już zniknęły niczym rozwiana iluzja a wraz z nimi zarówno przejście którym się tu dostali jak i to w którym sekundę temu zniknęli. Zamrugałeś oczami niepewny czy wszystko to wydarzyło się naprawdę, ale w głębi duszy byłeś pewien, że wciąż słyszysz ten najbardziej niewinny śmiech jaki było dane ci słyszeć w życiu.

---

???

Wnętrze namiotu było tak ciemne, że musiał zmrużyć oczy żeby dostosować się do nowego światła. Zakaszlał od zapachu kadzidła, który momentalnie przypomniał mu czasy kiedy był jeszcze ministrantem w kościele w Salem. Można powiedzieć, że to był jedyny epizod podczas całego swojego życia, że wierzył w coś większego niż siła pieniędzy i brutalne prawa rządzące światem. Kiedy rozwiedli się jego rodzice a on został z matką przeprowadzając się do Utah nie wiedział, że los pokieruje jego drogami poza wymarzone seminarium. Dzisiaj ciężko było uwierzyć komukolwiek z jego otoczenia oraz jemu samemu, że kiedyś był zupełnie innym człowiekiem. Dużą zasługę w jego wczesnym wychowaniu miał tu Ojciec Callahan, którego wprost uwielbiał. Słyszał, że jeszcze przez wiele lat nauczał w Salem by potem udać się w nieznanym kierunku. To i tak było dla niego już nieważne bo on sam jakoś nie mógłby się zmusić żeby ponownie odwiedzić rodzinne strony i zobaczyć rozczarowanie w oczach starego księdza. Poza tym zostawił ten okres życia zakopany głębiej niż niejedno złe wspomnienie. Kochał swe życie, a kiedy tego nie robił a było to zdecydowanie częściej przeklinał je jak szewc użalający się na niskie zarobki. Westchnął prawie niesłyszalnie wracając myślami do rzeczywistości. Powoli skierował swe kroki do stolika w centrum namiotu oświetlanego pojedynczym knotem świecy. Nigdzie nie było widać żadnego magika, ale usiadł i odwrócił się bokiem równomiernie uderzając palcami o blat stołu. Tak jak przewidział, na stole spoczywała szklana kula klasyczny wręcz motyw jeśli chodzi o wyobrażeniach o magii. Od razu poprawił mu się humor, odgarnął nawet obrus spodziewając się, że ujrzy maszynę do tworzenia sztucznej mgły ale zawiódł się widząc, że nic tam nie ma. Podniósł głowę w momencie kiedy wyraźnie dało się słyszeć jakieś odgłosy na tyłach namiotu, najwyraźniej zwietrzono klienta. Przez myśl przemknęło mu, że ten ktoś spodziewający się kolejnego naiwniaka marzącego o wygranej w totka tym razem gorzko się rozczaruje trafiając na niego.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 06-11-2008 o 23:48.
traveller jest offline  
Stary 07-11-2008, 20:03   #4
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 190 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Po drugiej stronie świat wydawał się być już normalniejszy. Śpiew ptaków, odgłos wiatru szeleszczącego liśćmi... Wprawdzie żywopłot wciąż ograniczał przestrzeń, jednak przynajmniej było wyjście. Nawet dwa wyjścia. Carla zainteresowały rzeźby w żywopłocie, które wyglądały na bardzo żywe. Do głowy przyszedł mu nagle film Tima Burtona "Edward Scissorhands" i uśmiechnął się do tych myśli. Twórca był niezwykle utalentowany w tym, co robił. Praktycznie natchnął figury życiem. Niczym prawdziwe zwierzęta...

Oderwał wzrok od figur i spojrzał w przód. Dalszy korytarz rozgałęział się na dwie drogi. Zapewne Carl miał tutaj do czynienia z pewnym typem żywopłotu-labiryntu. Nienawidził labiryntów...


Wciąż miał przed oczyma ten w którym się zgubił, mając około pięciu lat. Wszedł do takiego, pewien, że odnajdzie drogę po chwili. Wprawdzie owo "zaginięcie" trwało może około dziesięciu minut. Dla takiego dziecka był to koszmar dość duży, by zniechęcić do dalszych podobnych eskapad. Nienawidził labiryntów... Wymagały podejmowania wyborów, z których trudno już się wycofać. Musisz wybrać jedną z dróg, bez jakichkolwiek wskazówek, racjonalnych wyjaśnień, ufając jedynie intuicji. A jeśli wybierzesz źle, to twoja niezawiniona kara.
Były dwa wyjścia. Oba są dobre? Jedno z nich prowadzi do zagubienia lub ślepej uliczki? Oba są złe? Carl postanowił wybrać lewy korytarz

Już kierował się w ten korytarz, gdy nagle ściana żywopłotu otworzyła się w jednym miejscu, "wypluwając" dwójkę rozbawionych dzieci. Czy zauważyły Carla? Czy w ogóle zdają sobie sprawę w jaki sposób tutaj trafiły? Aktor wyciągnął rękę w ich stronę, lecz zdał sobie sprawę, że nagle zniknęły. Upadł na kolana z zaskoczeniem na twarzy. Niesamowite. Przedziwna iluzja, a może jedynie gra zmysłów Carla. Ktoś mówił, że zmysły są nieomylne. Mylił się.

Powstał z ziemi, otarł, już i tak brudne, kolana. Uśmiech wciąż trzymał się na jego twarzy. Jak większość ludzi reagowałaby na to strachem i zdziwieniem, tak on traktował to jako cenne doświadczenie. Bo dopóki coś nie ściga cię z nożem, to dlaczego masz się tego bać. Zgodnie z wcześniejszymi zamierzeniami wybrał lewy korytarz, a następnie bez odwracania się w tył ruszył. Cokolwiek czekało na końcu...
 
Terrapodian jest offline  
Stary 16-11-2008, 14:37   #5
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 5491 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Carl Whistlecore

Prawo czy lewo, jeśli to tylko sen to i tak wszystko to było nieważne prawda? Pewnie i tak ktoś zsyłający takie dziwne sny przewidział, że on wybierze właśnie tą drogę. Kusiło cię co prawda żeby cofnąć się i sprawdzić co znajduję się za drugim zakrętem, ale opanowałeś tą pokusę. Obawy odnośnie labiryntu zaczynał się potwierdzać gdyż podobnie jak we wcześniejszych lokacjach tak tutaj wszędzie rozciągał się żywopłot. Droga była usłana małymi kamyczkami po których stąpało się dość niewygodnie ze względu na brak na twoich nogach jakiegokolwiek obuwia. Czy człowiek we śnie powinien odczuwać takie rzeczy? Być może tak, być może dopiero po przebudzeniu traci się pamięć o takich typowo ludzkich odczuciach. Na tym odcinku labiryntu nie było już rzeźb, były za to wnęki, dość płytkie ale na tyle głębokie że stojąc na środku drogi niemożliwością było zobaczyć co jest wewnątrz tej która znajduje się choćby kilka metrów dalej. I właśnie z jednej z takich wnęk dobiegło cię chrapanie. Strasznie irytujące, chrapanie które w pewnym sensie zacierało wrażenie idealnego snu. Swoją drogą dziwne, że ktoś mógłby spać w jego własnym śnie. Ciekawy co tak właściwie znajduje się w tej wnęce zerknąłeś ostrożnie podchodząc do ściany żywopłotu. Wysunąwszy głowę ujrzałeś poczciwego staruszka siedzącego na ławce. To określenie nasuwało się na myśl wręcz same. Ławka była kropka w kropkę identyczną z tą na której znajdowałeś się sam jeszcze minuty temu. Zaraz... minuty? Czas tu biegł jakoś inaczej, dłużył się jak rozciągane toffi i jego postrzeganie było równie zdradliwe co dokładne umiejscowienie ryby pod powierzchnią wody. W każdym razie dziadek ubrany był jak do pracy, obok niego leżała czarna torba a on sam spał sobie w najlepsze ubrany w elegancką marynarkę i czarne lakierki.

W pewnym momencie kiedy zbliżyłeś do niego mruknął coś bliżej niezrozumiałego pod nosem. Być może wyczuwał podświadomie twoją obecność bo raczej nie wyglądało na to żeby udawał, że śpi. Poskutkowało to tym, że okulary zsunęły mu się z twarzy chwilowo zatrzymując się na spodniach by po sekundzie zsunąć bezpiecznie na ziemię. Staruszek spał dalej. Mruknął nawet coś w stylu dziękuję postoję co raczej nie miało dla ciebie większego sensu. Zastanawiając się przez chwilę i tknięty kolejnym już impulsem, sięgnąłeś niezdarnie po błyszczące w niebieskim świetle tego dziwnego świata okulary. Oprawki były drewniane i pozornie nie mogłeś znaleźć w nich nic niezwykłego. Miałeś je już odłożyć kiedy dostrzegłeś małe wygrawerowane literki wypełniające się w rycinach drewna niby to błękitem - a przynajmniej tak ci się w tej chwili to wydawało bo światło i cień co jakiś czas zmieniały swoją barwę i odcienie - tego świata:

siviv aiuq des satorgea aiuq non sireierom ailuq satorgea

Co to mogło znaczyć? Nie bardzo wiedząc czemu, podniosłeś okulary do oczu nasuwając je sobie na nos zdecydowany spojrzeć przez lekko zabrudzone szkła. Spodziewałeś się czegoś nadzwyczajnego jednak wszystko w nich wyglądało podobnie do tego co widziałeś bez nich. Poza tym, że były zdecydowanie za mocne i w dodatku zabrudzone tak że już po chwili zaczęły łzawić ci oczy. Już sięgałeś ręką żeby je zdjąć kiedy poczułeś dość specyficzny zapach, który możnaby porównać do fetoru długo niemytych zębów, tylko to coś pachniało o wiele gorzej niż ktoś któremu zajeżdża z ust cebulą. W dodatku poczułeś wyraźnie czyjś oddech na własnym karku. Zdjąłeś okulary obracając się na pięcie, żeby w porę zareagować jeśli miałoby czekać cię jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Nikogo tam nie było, ale mogłeś przecież przysiąc że... No i w dodatku to cholerne uczucie dejavu, które mówiło ci że już kiedyś robiłeś wszystko dokładnie tak jak w tej chwili. Nie przestawało cię opuszczać, tak jakbyś podświadomie wiedział wszystko co należy robić. Podniosłeś drżącą ręką okulary ponownie spoglądając przez nie. Ponownie nic się nie zmieniło. Macając dłonią na oślep przestrzeń przed sobą nie czułeś nic poza powietrzem co bądź co bądź przyniosło ulgę, którą dało się słyszeć w cichym westchnieniu ust. Może coś zwiodło twoje zmysły, w końcu to tylko sen - kolejny raz przemknęła ci przez głowę ta oczywista myśl. Trzeba było jeszcze oddać okulary staruszkowi, pewnie przydadzą mu się kiedy...
Okrzyk przerażenia, który przeszył - prawie że jeśli nie licząc odległego śpiewu ptaków - ciszę tego świata musiał należeć do ciebie samego jednak był tak bezwiedny, że docierał do ciebie jakby echo dziesiątek innych głosów nałożonych na jedną tonację. Przez sekundę widziałeś twarz. Twarz tak okropną, że pokazywane po 23 w kablowej telewizji ofiary seryjnych morderców bladły niczym marna kopia ucznia. Włosy niechlujnie opadały mu na ramiona, usta miał zszyte ze sobą, oczy przewiercały cię na wskroś tak głęboko że jeszcze długo w twojej pamięci prześladowało cię to nienawistne spojrzenie i to najbardziej zapamiętałeś z tego krótkiego spotkania. Jednak najbardziej przerażający był fakt, że ów mężczyzna miał głowę zatrzaśniętą w czymś co przywodziła na myśl pułapkę na niedźwiedzie. Czerwone ślady na szyi i gdzieś na tyle głowy ledwo widoczne z twojej perspektywy to, że mechanizm jest złączony z jego ciałem. W dodatku jak później próbując sobie przypomnieć całą tą scenę nie pamiętałeś żeby to coś miało jakiekolwiek kończyny, jednak przecież głowa nie unosiła się w powietrzu. Rozmazane wspomnienie świadczyło tylko o tym, że twój umysł nie mógł przyswoić sobie w pełni rzeczy którą zobaczył. Okulary z trzaskiem pękającego szkła uderzyły o ziemię na którą upadłeś sam wciąż wpatrując się w pustą przestrzeń gdzie przed chwilą przecież było coś.. coś innego niż tylko staruszek na ławce. Co miałeś robić? Co zrobiłby każdy człowiek na twoim miejscu? Odwróciłeś się i zacząłeś biec nie oglądając się za siebie wciąż słysząc w głowie spokojne chrapanie staruszka. Tylko tym razem nie wiedzieć czemu brzmiało one jak nieprzyjemny gardłowy śmiech, którego nigdy więcej nie chciałbyś usłyszeć.


---

???

Kobieta była w średnim wieku. Wyglądała na cygankę i chyba dokładnie tego się spodziewał. Najpierw przeszłą przez zasłonę z maleńkich, szeleszczących koralików, następnie powoli udała się do stołu i usiadła na krześle naprzeciwko niego. Trwali tak patrząc na siebie, badając niczym dwa drapieżniki przez blisko minutę. W końcu mężczyzna nie wytrzymał przerywając gęstą atmosferę.

-Czy nie powinna pani czasem powiedzieć czegoś w stylu poproszę o pańskie pieniądze?

Jeśli ta uwaga ją zirytowała nie dała tego po sobie poznać. Lekko zmrużyła oczy uważnie przypatrując się rozmówcy. Uśmiechnęła się ciepło i odpowiedziała zupełnie przyjaźnie na ten z góry nieprzyjemny ton.

-To czy zechce mi pan powierzyć pańskie pieniądze to zależy tylko i wyłącznie od pana samego. Myślę, że zamiar podjął pan w momencie wejśćia do tego namiotu.

-Ok zaczynajmy.

Padła krótka zniecierpliwiona odpowiedź. Najwyraźniej mężczyzna nie lubił jak traktuje się go z przeświadczeniem że zwraca się do osoby mniej inteligentnej niż był lub chciał być postrzegany.

-Potrafię wróżyć z dłoni, układam horoskopy, spoglądam w kryształową kulę.. ale dla pana proponuje postawić karty.

Mężczyzna przytaknął, uznając że to może być nawet ciekawe doświadczenie. Już po chwili jak zahipnotyzowany śledząc zręczne kobiece palce szybko tasujące karty.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 16-11-2008 o 21:28.
traveller jest offline  
Stary 17-11-2008, 19:48   #6
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 190 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Ten sen był dziwny, szczególnie w momencie, w którym napotkał tego staruszka spokojnie drzemiącego (i przy tym okropnie chrapiącego, co przypominało warkot starego silnika) na ławce, całkiem podobnej do tej, w której się obudził. W przeciwieństwie do tych dzieci, starzec wydawał się być bardziej realny, a przynajmniej daleko mu było do nagłego rozpłynięcia się w powietrzu. Carl podszedł do niego obawiając się, by go nie obudzić. Uklęknął i przyjrzał się jego pomarszczonej twarzy, wykrzywionej sennym rozmyślaniom. Widział go już kiedyś? Nie, to raczej wątpliwe. Choć przecież sny w dużej mierze składają się z już widzianych obrazów. Dziadek coś tam wymamrotał pod nosem. Może widział tego ciekawskiego gościa. Carl wstał, aby nie zostać uznany za jakiegoś chama.



Okulary, stare w drewnianej oprawie, spadły mu z twarzy, a potem stoczyły się, by lekko upaść na ziemię. Whistlecore wahał się, czy znowu podejść do starca, jednak pewna grzeczność wymagała, aby podniósł okulary. Zrobił to ostrożnie. W tym niezwykłym świetle, wydawały się jeszcze bardziej dostojne oraz starsze. Oglądnął je, lecz jedyną ciekawą rzecz jaką zauważył, był napis wygrawerowany w drewnie.

"siviv aiuq des satorgea aiuq non sireierom ailuq satorgea"

Nie znał języka w którym został napisany. Przypominał trochę łacinę pomieszaną z językiem hiszpańskim lub podobnym. Tak go to zaintrygowało, że nie położył okularów na ławce, obok starca, lecz przyjrzał napisom starając się znaleźć w głowie jakieś wskazówki. Zrobił rzecz najprostszą - odczytał napis od tyłu;

"Aegrotas quia morieris non quia aegrotas sed quia vivis"

No to było już bardziej sensowne, a przynajmniej wyglądało jak łacińska sentencja. Problem w tym, że nie znał zbyt dobrze tego języka. Owszem, podczas studiów aktorskich, było to niekiedy wymagane. Szkoda, że nie ma przy sobie tych słowników... Wiedział na pewno, że "morieris" znaczy umrzeć, (tylko nie był pewien w jakim czasie i osobie, przyszłym drugiej osoby? a może trzeciej?), "non" nie, "sed" lecz albo ale, a "vivis" to chyba żyć. Jakby to wyglądało?

"Aegrotas quia umrzeć nie quia aegrotas lecz quia żyć"

Teraz żałował, że nie przykładał się do nauki łaciny, bo teraz miałby zagadkę rozwiązaną. Tymczasem nie potrafił rozszyfrować tej sentencji. Gdy obudzę się, muszę natychmiast się tym zająć - pomyślał. Spojrzał na okulary i nałożył je na oczy. To było irracjonalne. W sumie nie zobaczył nic, oprócz tych niechlujnych szkieł. Szybko zaczęły Carla piec oczy, co było spowodowane dość dużą mocą soczewek.

Do tego doszedł niemiły, specyficzny zapach przypominający stęchliznę. Czyżby starzec już się obudził? Nie, spał wciąż. Ale skądś ten fetor wydobywać się musiał i kto, u diabła, dmucha mu w kark! Carl ściągnął okulary i błyskawicznie obrócił się na pięcie o 180 stopni.

Nikogo za nim nie było, za to towarzyszyło aktorowi głupie wrażenie, jakby podobna sytuacja już miała kiedyś miejsce. Tylko gdzie? W snach to normalne. A jeśli to nie jest sen? Lepiej dmuchać na zimne... Choćby te kamienie wpijające się w stopę bardzo realnie. Znów założył okulary na nos, próbując przejść w przód kilka kroków machając przed sobą rękami. Jak ktoś może się w tym poruszać. Ściągnął je i podszedł do starca, by mu je oddać. Nie chciałby znaleźć się bez nich, a Whistlecore wolał trzymać z dala od siebie reputację złodzieja. Zresztą... przecież to sen.

Wówczas zobaczył... To była chwila. Krzyk zaskoczenia i strachu. Ta twarz, zła twarz. Co to było, co przed chwilą obserwowało go z tym swoim demonicznym uśmiechem? To coś... gniło. W dodatku miało na głowie dziwne żelastwo, cudem nie odrywając jej od reszty, tak zwanego, tułowia. Czy to był człowiek? Okulary spadły na ziemię, tłukąc szkła. Carl ruszył biegiem z powrotem do labiryntu, a następnie skręcił w dalszą drogę głównym korytarzem labiryntu. Ciągle towarzyszyło mu chrapanie starca. Niepokojąco przypominało to śmiech...

Nie chciał spotkać znowu tej gnijącej postaci. Uczuł nagle wyrzuty sumienia, że mimo wszystko zostawił starca w tamtym przeklętym miejscu. Może jednak nieprzypadkowo on tam był. Jak przynęta? Przystanął i odwrócił się, by zobaczyć czy aby nie goni go ta pozszywana istota. Teraz, gdy sobie ją przypomniał, zbierało go na mdłości. Następnie skręcił w pierwszą, lepszą wnękę. Ten sen podobał mu się coraz mniej.
 
Terrapodian jest offline  
Stary 24-11-2008, 11:29   #7
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 5491 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Carl Whistlecore

Z ledwością powstrzymałeś skurcze powodujące wymioty, przykucnąłeś oparty ręką o ściany żywopłotu zmagając się chwilę z własnym żołądkiem. Zajęło to jakiś czas, ale polepszyło ci się na tyle by móc iść dalej. Ciężko to wyjaśnić, ale coś mówiło podpowiadało ci, że lepiej nie zatrzymywać się w jednym miejscu na dłużej, oczywiście w głowie kłębiły ci się lawiny myśli. Byłeś bardziej świadomy tego co tu się dzieje wokół niż na początku, człowiek w takim momencie zwykle powinien się obudzić, ale ty jednak wciąż tkwiłeś w jednej z tych cholernych wnęk. Nastrój beztroskiego snu uleciał niepowrotnie, a to, co ci się śniło - o ile to był sen - zaczęło bardziej przypominać koszmar. Podniosłeś się z klęczek i walcząc ze strachem, myślami i mdłościami powlokłeś się do przodu. Po krótkiej chwili i jakieś kilkanaście metrów dalej zauważyłeś żelazną bramę w dość dobrym stanie. Nie spiesząc się podszedłeś do niej spokojnie licząc, że może jest to wyjście z tego labiryntu a może nawet bilet powrotny do realnego świata. Miałeś na jakiś czas serdecznie dość zieleni a właściwie jej dziwnego odcienia - na co znacząco wpływało światło tego świata. Nie miałbyś nic przeciwko temu gdyby okazało się, że masz rację i zaraz obudzisz się w bezpiecznym łóżku. Brama była utrzymana w idealnym stanie, podobnie jak żywopłot. Wydawało się że żaden liść i żadna gałązka nie rosły tam gdzie nie chciał tego twórca tego miejsca. Nagle zamek zaskrzypiał tak jakby przekręcano w nim klucz i po chwili drzwi stały przed tobą otworem zastygając w zapraszającej pozie. Zdążyłeś się już przyzwyczaić, że ciężko objąć ludzką logiką tego co dzieje się we śnie, ale mimo to miałeś pewne obawy po tym co wydarzyło się przed chwilą. I nagle usłyszałeś znów ten obojętny, ale kojący głos. Głos, który zdawał się należeć jakiejś części ciebie.

-Nie ma się czego bać Carl

I nie bałeś się, przeszedłeś przez bramę, już bez strachu.
Znalazłeś się jakby w magicznym ogrodzie. Jak inaczej nazwać dziesiątki odmiany kwiatów których nie widziałeś nigdzie wcześniej? Widziałeś przelatujące między nimi motyle, cicho bzyczące pszczoły a z kilku pojedynczych drzew rozlegał się cichutki śpiew słowika i innych ptaków. Trochę dalej widać było niewielką chatkę i to tam postanowiłeś skierować swoje kroki. Pomiędzy to poletko kwiatów wyraźnie przechodziła kamienista droga, podobna do tej która prowadziła cię przez cały czas trwania snu, tylko tutaj nie czułeś już żwiru pod nogami czy ostrych kamyczków. Ktoś wyraźnie dbał o to miejsce. Idąc dalej przyjrzałeś się bliżej drewnianej chacie. Nie było to nic specjalnego ale trzeba przyznać, że miała urok z którego chętnie byś korzystał, żeby w weekendy zapomnieć o pracy. Obszedłeś powoli chatę i twoim oczom ukazał się mężczyzna w białej znoszonej koszuli, roboczych spodniach umazanych od ziemi i słomianym kapeluszu. Najwyraźniej miałeś przed sobą ogrodnika. Podszedłeś bliżej nie pewny czego możesz się spodziewać. Wydawało się, że nieznajomy jest tak pogrążony w swojej pracy, że nie zdaje sobie sprawy z twojej obecności. Jednak kiedy zbliżyłeś się do niego na bliższą odległość odezwał się stojąc wciąż tyłem do ciebie przyjaznym i nieco zmęczonym tonem.

-Mógłbyś mi pomóc z tymi różami młodzieńcze?



---

???

Cyganka przestała tasować karty i całe szczęście bo od samego śledzenia szybkich ruchów kart można było dostać zawrotu głowy. Mężczyzna chciał się odprężyć, spodziewał się że to wszystko będzie dla niego śmieszne, dostarczy rozrywki na resztę dnia. Przedstawienie, które właśnie zaczynało swój konkretny przebieg, wydawało mu się bardziej ciekawsze niż śmieszne więc zdecydował się poczekać i dać szansę cygańskiej wróżbitce. Ta spojrzała mu się przelotnie w oczy on jednak bez trudy wytrzymał ten jak to uznał marketingowy trick. Wytrzymywał już o wiele gorsze spojrzenia. I nagle przypomniał sobie Wietnam, usłyszał wrogo brzmiące słowa, poczuł raz jeszcze niekończące się cierpienie tamtych dni, ale to trwało tylko chwilę odgonił to wszystko od siebie potrząsając stanowczo głową. Postanowił, że skupił swą uwagę na tym co miał przed sobą zanim na dobre zaginie w odmętach swej pamięci. Potem może wypiję kilka piw w barze, może nawet więcej niż kilka piw. Nagle cyganka zatrzymała palec na pojedynczej karcie, następnie przesunęła ją na środek stołu. Zamknęła na sekundę oczy i szybko odwróciła kartę na drugą stronę.

 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 20-09-2009 o 12:33.
traveller jest offline  
Stary 30-11-2008, 00:57   #8
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 190 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
Sen stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Gdyby nie ten idealny żywopłot, z pewnością czułby się jak w koszmarze tej najgorszej kategorii. Choć wiedział dobrze, że koszmary mogą być znacznie gorsze... Z drugiej strony, gdyby ta istota w końcu go dopadła, z pewnością by się obudził, jak to zwykle działo się w krytycznych sytuacjach. Tutaj miał do czynienia z czymś, co zupełnie zaprzeczało tej zasadzie. Było niezwykle realne, co ciało Carla wciąż odreagowywało. Nogi niczym z waty, ledwo utrzymywały go w pionie. Dodatkowo nie był pewien, czy za chwilę nie zwróci resztek trawionej kolacji. Ochłonął nieco i ruszył dalej labiryntem. Po jakimś czasie dojrzał żelazną bramę, która zdawała się być wyjściem, a przynajmniej miał nadzieję, że jest to wyjście z tego labiryntu.

Podszedł do niej nie bez obawy. Można było spodziewać się tu już wszystkiego, a fakt, że prawdopodobnie obudziłby się bez żadnej krzywdy, jakoś go nie uspokajał. Do tego rósł tutaj ten dziwny żywopłot, który zdawał się być stworzony przez kogoś posiadającego umiejętności znacznie przekraczające zdolności zwykłego człowieka. Miał go już powoli dosyć. Bramki nie musiał otwierać, gdyż zrobiła to sama. Tak jakby już od pewnego czasu na niego czekała. W sumie można się do tego przyzwyczaić - pomyślał przekraczając przejście. Znów rozległ się ten głos, który go przywitał już wcześniej. Tym razem Carl postanowił mu nie odpowiadać. W sumie nawet nie był pewien skąd dochodzi i czy w ogóle KTOŚ te słowa wymawiał. Mimo to głos brzmiał na tyle kojąco, że Whistlecore przekroczył bramkę z mniejszym strachem. Dlaczego?

Znalazł się w ogrodzie jakby żywcem wydartym z jakiejś bajkowej, fantastycznej wizji, czy obrazów europejskich malarzy impresjonistycznych. W prawdziwie sielankowym miejscu się znalazł. Przypomniało mu to legendarną, utopijną Arkadię, o której niekiedy marzył. W oddali widniała chatka, do której się skierował. Wypełniało to idealnie jego wizję idealnej utopii. Szczerze zazdrościł właścicielowi lub właścicielce. Nie martwić się o dzień następny, móc pielęgnować kwiaty, cieszyć się ich widokiem. Odpocząć z dala od męczącej cywilizacji. W pobliżu chatki ujrzał ogrodnika, na pewno właściciela. Był zajęty pracą. Carl zaskoczony nagłym spotkaniem, a jeszcze bardziej prośbą o pomoc, odpowiedział jedynie;

- Oczywiście.

Zbliżył się do róży i spojrzał na czynności ogrodnika. Naśladując go, wziął leżący obok sekator i ucinał obumarłe listki z róży. Potem pomagał właścicielowi rozsadzać je. Trochę zbyt irracjonalnie do tego podszedł. Widział jak robili to w filmach - najpierw usiłowali się czegoś dowiedzieć. Ale czy nie było to coś, o czym Carl marzył? Gdy wyrywał chwasty, poczuł się przez chwilę wolny. Kimś, kim zawsze chciał być. Uleciały nawet wspomnienia koszmaru sprzed... może kilku minut? Starzec, mimo zmęczenia, wydawał się miły. W pewnym momencie Whistlecore zapytał;

- Przepraszam, czy może mi pan opowiedzieć trochę o tym miejscu?

To wydawało się dziwne - rozmawiać z kimś, kto prawdopodobnie jest częścią twych słów, a więc jedynie zlepkiem pewnych obrazów. Z drugiej strony, Carl nie darowałby sobie braku próby. Szczególnie, że ten mężczyzna zdawał się być niezwykle poświęcony temu ogrodu, czyli duchowo Carlowi bardzo bliski. Nie widział wprawdzie jego twarzy, gdyż ciągle stał do niego tyłem. Zresztą było to nieistotne. Teraz czekał na odpowiedź ogrodnika.
 
Terrapodian jest offline  
Stary 08-12-2008, 14:46   #9
 
traveller's Avatar
 
Reputacja: 5491 traveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputacjętraveller ma wspaniałą reputację
Carl Whistlecore

Wydawało się, że mężczyzna puścił mimo uszu twoje słowa. Nie przerywał swojej czynności jeszcze przez kilka minut. Wtedy otarł pot z czoła najwidoczniej zadowolony z waszej pracy i uśmiechnął się przyjaźnie mimo, że jego twarz wydawała się znajoma, nie miałeś jednak pojęcia skąd. Może wynikało to z ciepła jakie od siebie emanował. Nie wiedzieć czemu czułeś się przy nim po prostu bezpieczny.

-Mógłbym rzeczywiście wiele opowiadać o tym - tu urwał na moment szukając odpowiedniego słowa - ogrodzie... jednak ty Carl masz na głowie o wiele ważniejsze sprawy niż natura tego miejsca.

Spojrzałeś na niego zaskoczony co też on może mieć na myśli. Nie wiedziałeś czemu wszyscy znają tu twoje imię i prawdopodobnie myśli. Pogrążony w swoich rozmyśleniach nie zauważyłeś kiedy poczułeś krótki ale intensywny ból w dłoni, która wciąż trzymała jedną z róż czekającą aż się ją zajmiesz. Podniosłeś ją do oczu w pierwszej chwili nie dostrzegając w pierwszej chwili niczego niezwykłego, najwidoczniej lekko zahaczyłeś o cierń. Ból przeszedł i już miałeś przypisać to jakiemuś urojeniu, kiedy na jednym z długich palców pojawiła się mała czerwona plamka. Patrzyłeś jak zahipnotyzowany kiedy stopniowo się powiększała i w końcu osiągając rozmiary sporej kropli uderzyła o ziemię. Ogrodnik mówił coś, a może śpiewał twoje słowa nie docierały do niego zagłuszone przez coś co brzmiało jak.. dzwony? Tak to musiały być dzwony i czemu ten facet nagle stał się taki duży? Z dużym wysiłkiem przyszło ci uświadomienie tego, że musiałeś się przewrócić. Nie pamiętałeś ani tego faktu ani utraty świadomości na te kilka sekund. Rozmazane niebo wirowało wokół tysiącem barw odbijających się jakby od jakiegoś pięknego kryształu. Czułeś jak zaprasza cię to tańca nabierając coraz mniej wyraźnych kształtów. Ktoś, najwyraźniej starzec pochylił się nad tobą i szeptał coś.. coś co brzmiało jak...


Sięgnąłeś ręką by ukrócić irytujący dźwięk elektronicznego budzika. Przetarłeś oczy zastanawiając się przez chwilę co to wszystko znaczyło do cholery. Nie było żadnych śladów tego, że działo się to naprawdę jednak wciąż czułeś zapach lasu i swędzenie skaleczonego palca który teraz niczym nie różnił się od pozostałych. Co za dziwny sen... W dodatku już byłeś spóźniony jeśli godzina w budziku była prawdziwa. Nie było czasu żeby szerzej zastanawiać się nad znaczeniem sennych marzeń. Trzeba było iść do pracy.

---

???



-Jestem błaznem tak?

Prawdziwa wróżbitka czy nie, nikt nie będzie go obrażał. Mężczyzna siedzący naprzeciwko cyganki właśnie uznał, że zaraz usłyszy jakieś wyjaśnienie robiącego z niego idiotę ku niemałej uciesze tej kobiety. Uległ pozorom, patrzył na wszystko oczami zapominając że one pokazują tylko zewnętrzną warstwę tego co tak naprawdę jest skryte w środku. Ciężki klient, pomyślała kobieta.

-Nie wiem czy jest pan błaznem, ja tylko mówię co widzę, poprzez symbolikę kart i pana aurę.

Najwyraźniej usatysfakcjonowana tym, że klient chwilowo zaniechał swoich dziecinnych prób podważania jej autorytetu kontynuowała.

-Ma pan sobie wiele gniewu.. ten gniew rzuci pana w wir wydarzeń które mogą pana przerosnąć. Wyczuwam też w panu siłę, być może zobaczy pan sznurki na swoich rękach i dostrzeże zagrożenia jednak twarz lalkarza wciąż będzie niewidoczna. Ludzie będą chcieli panem manipulować.

Mężczyzna pomyślał, że to przecież nic nowego. Odkąd pamiętał, każdy chciał wykorzystać każdego. Jednakże trzeba było przyznać, że babka umie ściemniać.
 
__________________
Even a stoped clock is right twice a day

Ostatnio edytowane przez traveller : 20-09-2009 o 12:36.
traveller jest offline  
Stary 13-12-2008, 22:12   #10
 
Terrapodian's Avatar
 
Reputacja: 190 Terrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie cośTerrapodian ma w sobie coś
To zaskakujące, że ogrodnik znał jego imię. A właściwie na tle całego "snu", nie było to znowu tak dziwne. Nie przeraziło to jednak Carla, który w starcu nie odnalazł źródła niebezpieczeństwa. Wprost przeciwnie - było w nim coś, co pozwalało zapomnieć o niedawnym zagrożeniu. Jeśli chodzi o pytanie, to nie odpowiedział bezpośrednio. Ciekawe, co za ważniejsze sprawy ma na myśli.

Carl w pewnym momencie poczuł ostry, intensywny ból w dłoni. Zapomniał o róży, którą trzymał. Przez oczekiwanie na odpowiedź ogrodnika nie przesadził jej i musiał ścisnąć zbyt mocno. Kwiat spadł na spulchnioną ziemię. Whistlecore zbliżył dłoń do twarzy, aby przyjrzeć się obrażeniom. Poza przemijającym bólem, prawdopodobnie nie było skaleczeń. Chociaż pojawiła się powoli rosnąca plamka krwi, która zyskała wielkość sporej kropli. Spadła na ziemię, a w głowie Carla zaczęło się kręcić. Ogrodnik coś mówił, lecz jego słowa mijały zagłuszone. Słyszał za to bardzo naturalne dzwonienie. Nie można było powiedzieć, czy dochodziły gdzieś z zewnątrz, czy może działo się to w głowie Carla. Starzec zbliżał się do aktora. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że leży na ziemi. Musiał zemdleć. Tylko dlaczego? Nigdy nie mdlał na widok... krwi... Niebo kręciło się i mieniło wieloma kolorami jak w kalejdoskopie. Powoli zbliżało, usiłując porwać w całości. Sylwetka, chyba tego ogrodnika, pochylała się nad nim. Otwierał usta, by przemówić...

Irytujący dźwięk budzika wyrwał go ze świata snów. Sięgnął ręką po budzik, po czym wcisnął wyłącznik. Leżał na plecach i jeszcze przez chwilę wpatrywał się w biały sufit. Były trzy minuty po godzinie siódmej. Powinien już wstać, by zdążyć na metro za półtora godziny. Umył się czym prędzej, a następnie ubrał w swe zwykłe ubranie. Wytarte na kolanach jeansy, jasną koszulę i niezastąpioną jeansową kamizelkę, która po praniu wisiała na wieszaku. Nie spiesząc się nadto, ruszył na dół, do domowej kuchni. Zgodnie z oczekiwaniami zastał gotowe śniadanie, oraz puste pomieszczenie. Z pokoju obok dochodził głos prezentera telewizyjnego, co oznaczało, że matka już nie śpi i ogląda poranne wiadomości. Carl zjadł, napił się kawy. Spojrzał na zegarek - miał jeszcze dwadzieścia minut do odjazdu. Spacer na stację zajmuje mu zwykle dziesięć minut.

Wszedł do salonu. Matka siedziała samotnie na sofie. W ręce trzymała zestaw krzyżówek, lecz nie rozwiązywała ich w tej chwili. Z miną głębokiego cierpienia oglądała wiadomości. Na twarzy Patricie łatwo było widać emocje. Mimika jej twarzy, wspomagana przez dość ostre rysy, nadawała iście aktorskiego charakteru. Spiker mówił o kolejnym zamachu.
- Ciągle to samo, wciąż te nieszczęścia - rzekła płaczliwie. - Oni nie mogą żyć w spokoju.
- Sabrina już wyszła, czy jeszcze śpi? - zmienił temat Carl. Wiedział zbyt dobrze, że nie warto ciągnąć podobnych tematów.
- Śpi, jest chora - odrzekła szybko.
- Chora? Nie widać było - siostra Carla była w ostatnich czasach symbolem zdrowia.
- Dzisiaj rano... A ty wybierasz się już do pracy?
Carl przytaknął. Zrozumiał dość szybko, że nie jest w nastroju do rozmowy. To przez te wszystkie tragiczne wiadomości. Źle na nią wpływają. Pożegnał się, zabrał ze sobą skórzaną kurtkę i wybiegł.

Na stacji metra nie było zbyt dużego tłoku. Kilkanaście osób oczekiwało na przyjazd kolei. Gdy wreszcie to nastąpiło, Carl odczekał, aż przejdzie pierwszy napór poszukujący wolnych miejsc. On sam stanął w pobliżu wyjścia, nałożył słuchawki na uszy i włączył odtwarzacz mp3.

"Make his fight on the hill in the early day
Constant chill deep inside"


W ciągu tych dwudziestu minut jazdy do centrum sąsiedniego, większego miasta Provo, miał czas zastanowić się nad swoim snem. Gdy myślał o nim, z zaskoczeniem stwierdził, że niewiele z niego pamięta. Jedynie ogóły, choć i te nie do końca. Te dzieci, starzec na ławce, upiór i ogrodnik. Do tego ten uspokajający głos.

"Take a look to the sky just before you die
It is the last time you will"


Z tego co wiedział sny stanowiły zlepek już widzianych obrazów, odczuć i dźwięków. Tylko Carl jakoś nie przypominał sobie, by widział cokolwiek podobnego do pewnych rzeczy ze snu. Może w dzieciństwie, lecz wówczas co robił tam np. ten... upiór. Bardziej zrozumiały byłby fakt, gdyby sny odzwierciedlały przeżycia. Nie... to raczej nie możliwe. Carl miał dość dobrą wyobraźnię, lecz nie potrafiłby stworzyć istoty podobnej do tamtej. Kierował się raczej w stronę symboli. Zresztą i w to jakoś nie wierzył. Równie dobrze mógłby uznać astrologię za dziedzinę godną zaufania. Jednak mimo całej swojej wiary w mistycyzm tego świata, nie mógł uznać wróżenia z gwiazd za coś sensownego. Zaraz... i była tam ta łacińska sentencja! Tylko jak ona brzmiała?

Dojechał do miasta zgodnie z oczekiwaniem i jego myśli znów zdominowała praca. Za ponad miesiąc mieli odgrywać przedstawienie - "Otello" Shakespeare'a w ramach tygodnia tego dramaturga. Dziś miał pierwszą próbę. Przez ostatni tydzień uczył się swojej roli z trzech pierwszych aktów - reszty nie zdołają jeszcze dzisiaj odegrać. Był Jago - szczerze nienawidził tej postaci, jako swego przeciwnego odbicia pod wieloma względami. Jednak dobry aktor potrafi zagrać wszystko.
Do teatru dotarł po około piętnastu minutach, wyrzeźbioną w pamięci ścieżką. Musi zainwestować w prawo jazdy. Wchodząc na scenę zauważył już, jak obsługa szykuje scenografię na potrzeby któregoś z przedstawień. A może robią to do "Otella"?


Większość z tych osób znał jedynie z widzenia. Niektórych poznał przy okazji pracy nad poprzednimi przedstawieniami. Jednakże Carl łowił spośród nich kogoś, kogo znał bliżej. Przed sceną, w pobliżu bocznego wyjścia kręcił się Nicholas Hass, jego przyjaciel. Jak zwykle z rękoma założonymi na piersi spacerował głęboko zamyślony. Długa, ruda grzywka zasłaniała mu oczy ukryte pod okularami w cienkich oprawkach. Cera śniada, co pozwalało mu zagrać Otella bez W swoim stonowanym ubraniu i chudej posturze przypominał bardzo przedstawiciela pewnej subkultury. Uśmiechnął się, gdy dojrzał zbliżającego się Carla Whistlecore'a.

- I co nowego u naszego Jago? - zapytał ściskając dłoń Carlowi. - Rozumie, że wyuczyłeś się tej niewdzięcznej roli?
- Oczywiście, Otello - uśmiechnął się Carl. - Kto gra Desdemonę?
- Nowicjuszka - rzekł krótko. - Podobno ma talent, ale jej jeszcze na oczy nie widziałem.
Gdy tak rozmawiali wpadł reżyser z choreografem. Obie te osoby Carl znał i szanował. Ten pierwszy - Potter, był stary i doświadczony. W młodości jeździł po Europie, gdzie szlifował swój kunszt i wyrabiał własną pozycję w owym środowisku. Z czarnoskórym choreografem nieraz dyskutowali na przeróżne tematy. Był w średnim wieku, wygadany, obeznany z tematem.
- Do roboty więc! - krzyknął wesoło reżyser. - Niech obsługa kontynuuje prace nad scenografią, nam wystarczy mały skrawek sceny.
- Ile nas dzisiaj będzie, panie szefie? - spytał Carl.
- Tymczasem Otello, Jago i Desdemona, czyli trójka - odpowiedział wspinając się po schodach na scenę.
Po chwili przybyła żona Otella. Była to dziewczyna młodsza od nich, o ascetycznej twarzy, z długim warkoczem czarnych włosów i z oczami koloru głębokiego błękitu. Przywitała się szybko, bez zbędnych słów. Reżyser przedstawił ją jako Caroline Heatheway. Natychmiast rozpoczęła się próba umilana odgłosami uderzeń młotka i piłowania drewna.

- Czegóż warta? - zapytała Desdemona.
- Karmić bębny i cienkie butelkować piwo - odrzekł Jago.
W tym momencie Caroline wybuchnęła śmiechem, a zdezorientowany Hass wyszedł zza kurtyny.
- Co było w tym śmiesznego? - spytał zaskoczony Carl.
- Nic... coś mi się przypomniało - odrzekł ocierając łzy.
- Przerwa! Przerwa! - krzyknął tubalnym głosem reżyser i wygonił ich ze sceny.
Zeszli w stronę widowni, gdzie na stole stał przygotowany obiad. Caroline gdzieś wzięła swoją porcję i poszła głęboko w salę. Carl i Nicholas zajęli pierwszy rząd.
- Nie powinniśmy pozwalać jej na alienację - stwierdził Carl.
- Wszystko w swoim czasie - odrzekł spokojnie Hass.

Po zjedzonym posiłku, mieli chwilę czasu na zamianę paru słów. Whistlecore'owi wpadło do głowy, że przecież Hass dobrze zna łacinę, więc może pomógłby mu rozszyfrować łacińską sentencję ze snu. Gdyby tylko Carl ją pamiętał... Może powtórzenie na głos tego snu pomoże.
- Miałem tej nocy przedziwny sen... - zaczął i opowiedział przyjacielowi sen, tak jak go zapamiętał. O sentencji zapomniał, ale przyrzekł, że zadzwoni gdy sobie ją przypomni.
Hass początkowo nic nie mówił. Dopiero po chwili odrzekł;
- To może znaczyć coś... i nic.
- No dobrze, ale gdzie jest źródło? - spytał Carl. - Dlaczego właśnie to? Z czym to się wiąże?
Nicholas jeszcze chwilę milczał.
- Słuchaj Carl, wiem ile przeżyłeś - odrzekł. - I w tym dopatrywałbym się źródła tego snu. Nie mógłbyś uwierzyć jakie rzeczy mogą się człowiekowi przyśnić. Inne powody należą raczej do sfery nadprzyrodzonej...
Mądra odpowiedź Hassa, nie zaspokajała w pełni żądzy wiedzy. Czegoś brakowało w tej układance. Tymczasem Potter wezwał ich do kontynuowania próby. Nie podjęli drugi raz tego tematu.

Około godziny siedemnastej wracał z teatru. Rozminął się z Nicholasem, który ruszył w przeciwną stronę. Słońce już powoli zachodziło, a na ulicach panował wzmożony, nieznośny ruch. Carl miał jeszcze pół godziny na przyjazd metra. Dlatego skorzystał z czasu i usiadł na ławeczce w parku nieopodal wejścia do stacji. Obserwował spacerujących - rodziców z dziećmi, na spacerze z psem, starszych. Znów przypomniał mu się ten sen. Będzie go wspominał przez najbliższe kilka dni. Carl już tak miał. Nie mógł szybko zapomnieć. Coś co bardzo go poruszyło, będzie nim wstrząsać przez dłuższy czas. Dlatego z niechęcią czyta o aktualnościach ze świata. Sceny z zamachów jakie widział w telewizji dzisiejszego ranka, mimo że mignęły mu jedynie przez kilka minut, właśnie przewijały się przed jego oczami. To się działo zawsze, a szczególnie po tym dramatycznym wydarzeniu z dzieciństwa. Whistlecore już pogodził się z tym.
Tuż obok na ławce przysiadł wróbel. Oswojony przez ludzi, liczył, że otrzyma od nowego gościa coś do jedzenia. Na twarzy Carla zagościł uśmiech.
- Mały drań... - szepnął w kierunku ptaka.
"Życie jest jednak piękne. Mimo wszystkich przeciwności." - stwierdził z głębokim optymizmem. Wstał i ruszył na stacje. Był sobą. I żaden sen tego nie przerwie.
 
Terrapodian jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166