Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-04-2011, 09:32   #101
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 7046 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
post to praca zbiorowa

- czy o tym ryzyku poinformowałaś Jessicę? - pytanie wampira zawisło w powietrzu.

- Nie wiedziałam, ze istnieje - zasyczała Matrona, chyba rozbawiana. - Teraz już wiem.

- Moja esencja, moja Lumina i moja wyprawa to osobna kwestia, o której chętnie porozmawiam z tobą później. - rzekł spokojnie Cohen, po czym otarł rękawem krew pozostawioną na twarzy przez ochłap mięsa - Sposób wywiązałaś się ze swojej umowy z naszą przyjaciółką, wybacz, nie buduje we mnie szczególnego zaufania do twoich metod. Chcę wiedzieć, że można ci zaufać, a naprawić to można w prosty sposób: Esencja Kingston musi wrócić do jej "skorupki". Wiesz wiele więcej ode mnie i myślę, że znasz sposób, by to zrobić.

- Możliweee - syknęła w odpowiedzi przyglądając się Cohenowi w sposób, który mógł niepokoić. - Ale co w zamian? Mam wam oddać coś cennego? Coś co zdobyłam uczciwie, na drodze paktu. W zamian za co? Jaka jessst wasssza cena?

- Teraz rozmawiamy - Cohen uśmiechnął się spoglądając szczurzycy w oczy - Luminę otrzymałaś drogą paktu, Matrono. Esencję Kingston zabrałaś, chcę wierzyć że mówisz prawdę, przypadkowo nie zdając sobie sprawy z ryzyka procesu... - przez chwile szukał słowa w pamięci - ekstrakcji? Jedyne o co proszę, to wygładzenie tego nieporozumienia, które niepotrzebnie kładzie się cieniem na twojej wiarygodności i nie pozwala mi na dalsze mediacje w sprawach, które nas oboje interesują.

- Pihipihihipi - dziwaczne dźwięki były chyba śmiechem, ale nie mieliście pewności. - Unkath mówi prawdę. Zawsze! A ta cła Kingstoon mocno związała się z essencją Zdrajcy. Sama zdradziła po drodze do mnie. Kiedy wynegocjowała wyjście nawet słowem nie wspomniała o towarzyszącym jej zbuntowanym legioniście, sprzed którego nosa, zwinęły ją moje dzieci. Ni słowem. Zdradziła go. Myślę, że jest podobna do tego, który ją naznaczył. Nawet praca w policji, w waszym wydziale w Iluzji, była dla niej sposobem na poradzenie sobie z samą sobą. Nie służyła, nie broniła. Szukała zemsty i zadośćuczynienia. To mocno związało ją ze Zdrajcą. Nie miałam na to wpływu, że ich lumina tak pięknie się wymieszała. Takich ludzi jak ona wy nazywacie egoistami. My nazywamy ich .. ludźmi. Obserwowałam was już od dawna. Od momentu, gdy odkryto ciało w magazynach na Red Hook. Moje dzieci widziały was przy barce. Śledziły was, kiedy tylko się dało. Czułam, ze śledztwo, które prowadzicie, nie jest zwyczajnym śledztwem.
O tak, wampirze. Nie tylko on potrafi widzieć w Iluzji nawet nie patrząc. Nie tylko on. Wiem wiele o twoich ostatnich … postępkach i nieudolnych spiskach. Wiem bardzo wiele. To ja namówiłam kogoś, by skontaktował się z tobą. Dziwna zbieżność, nieprawdaż. Na podarowanej ci karteczce jest szczur. Rozejrzyj się wokół. Chciałam, byś tutaj trafił. Zostawiałam ci znaki. Liczyłam, że nieświadomie wciągniesz ich w pułapkę. I udało się. Ale teraz … rozmawiamy, ja zauważył ten sprytny człowiek.

- Zachowaj swoje gówno warte słowa dla siebie. - warknął Silent - Zależy ci jak każdym pierdolonym aniołom, razydom i innym tutejszym koszmarom na tym co ma ta dwójka... - emocje w nim buzowały i dał się nim ponieść. Już dawno nie spuścił ze smyczy tej części natury którą pogardzał. Wszystko jednak się zmieniło. On sam również. - Powiem tobie jeszcze jedno o Matko wszystkich szczurów... pojawiłbym się na tym spotkaniu po to by posłuchać co macie mi do powiedzenia, jak chcecie bym wpłynął na ta dwójkę. Posłuchałbym jak się pocicie w waszych dążeniach bym wpłynął na tą trójkę. Starałbym się jak najlepiej wyciągnąć te kawałki prawdy które tam chcąc nie chcąc przemycacie.... Wcale się nie dziwię, że Bóg nas ludzi zamknął w iluzji a was zostawił samych sobie. Chyba się zmęczył wami. Popatrzcie wokół siebie co żeście sobie stworzyli. Macie swój wyśniony raj i widzę - spojrzał na kawałek szczura - że dobrze wam w nim.

- Phiphiphiphi - śmiech Matrony znów poruszył fałdy jej włochatego cielska. - Ty nawet nie jesteś człowiekiem, dziecię nocy. Byłeś kiedyś księdzem, więc wybaczam ci kazania. Miały tyle samo sensu, co zazwyczaj wygłaszane przez ciebie. Nie znasz prawdziwej przyczyny więzienia, to znak, że działa tak jak powinno. Nie nam oceniać Demiurga. Zresztą. Jego już nie ma. Pozostawił nam władzę nad wami. A my z niej robimy właściwy użytek. Wy jesteście naszym rajem, wampirze. Czy raczej to ludzie nim są. A istoty takie jak ty po prostu stołują się na śmieciach prawdziwej egzystencji. I masz rację. Dobrze nam w nim.

Zachichotała ponownie.

- Ale wymądrzanie się i rzucanie obelg nie przybliża nas do celu rozmów. Na przyszłość jednak - utkwiła paciorkowate oczy w Alvaro - radzę ci dobrze słuchać swoich słów i ważyć je, nim opuszczą twoje usta. Masz rację. Zależy nam tylko na tej dwójce - spojrzała na Cohena i Baldricka. - Reszta nas nie obchodzi. A ty nawet nie zaakceptowałeś proponowanego wam statutu gościa odrzucając mój poczęstunek. Zatem jeśli nie gość, to zważ byś nie stał się intruzem.

Kolejny raz pokazano mu jego miejsce w szeregu. Przez głowę Alvaro przetoczyły się myśli. Czy warto jeszcze egzystować w czymś takim? Nie miał już własnej duszy... esencji danej mu przez Demiurga wiec może jak go strzepną niczym kurz z ramienia uzyska wieczny spokój? Po co warto istnieć? By dać się omamiać iluzją? By kiedy pozna się istnienie dozwolonej prawdy stracić poczucie wszystkiego? Zerknął przez ułamek sekundy na Claire. Miłość też jest ułudą? Co zostało nam... co zostało ludziom których okowy iluzji ściskają tak mocno. Zagryzł wargę powstrzymując słowa jakie chciały wypłynąć by nie narażać innych. Dla mnie i Granda już było za późno. Oni mieli jeszcze szansę i mieli coś przed czym nawet anioły śmierci truchlały. Esencję stworzoną na podobieństwo samego Demiurga. Musieli tylko uwierzyć, że ich ciała to tylko ubranie dla niej i nie bać się śmierci.
Śmiać mu się chciało z tej zabawy we władców i podwładnych. W zasadę pozycji siły jaka panowała w Mieście Miast i często przebijała się do iluzji. Nie umiał się dostosować. Może fałszywa była nauka mówiąca o Bogu i Jego synu, a może na tyle prawdziwa, ze Alvaro czuł się wolny, czuł się Panem samego siebie. Decydował o swoim życiu i śmierci bo wszak Astaroth swoją wolą pozbawiłby go tylko naczynia. To kim się stał to była tylko i wyłącznie jego decyzja, nie musiał się zgadzać.... Może podjąłby inna decyzję mając obecną wiedze a może nie... Powstrzymał się by nie pozwolić sobie zerknąć na Claire

- Zatem wybacz mi moje nieokrzesanie Matrono - był tutaj dla Jess i pozostałej trójki ludzi i musiał się podporządkować - Niedawno przebudzono mnie ze snu zwanego Iluzja i nie poznałem pełni praw i obyczajów jakie panują w niektórych częściach Miasta Miast

- Wróćmy do mojego pytania. Powiedzmy, że zgodzę się na oddanie esencji tej, którą nazywacie Jess. Co otrzymam w zamian?

- Chcę, byś zrobiła to, nie prosząc o nic w zamian. - powiedział Cohen z naciskiem spoglądając jej w oczy. - "Unkath mówi prawdę. Zawsze." To bardzo brzemienna deklaracja, zwłaszcza, że słuchają jej wszystkie twoje dzieci. Brzemienna i godna szacunku. Unkath mówi też, że pakt obejmował Luminę, a nie esencję Kingston, która została pobrana przypadkiem. Nieważne z czyjej winy - ważne, że Jess nie wyrażała na to zgody. Pytając mnie o cenę Unkath mówi też, że posiada wiedzę umożliwiającą oddzielenie jednego od drugiego. Jedyne o co proszę, to doprowadzenie poprzedniego paktu do końca.
Nie zarzucam ci kłamstwa Matrono, twoje wyjaśnienie jest logiczne i wierzę, że twoje intencje w chwili ekstrakcji były czyste. Fakty jednak są takie, że w twoich rękach znalazło się coś, co nie należy do ciebie na mocy paktu, tylko niedopowiedzenia, a Jessika Kingston ma prawo się czuć oszukana. I jeśli chcesz ze mną rozmawiać o kolejnym pakcie, chcę widzieć, że nie padnę ofiarą gry półsłówek.
Cenię prawdę i dlatego zdecydowanie bardziej wolę widzieć nadmiar Mocy w twoich rękach, niż u Togariniego i Astarota razem wziętych. Zachowaj Luminę, która ci się należy i w imię prawdy oddaj to co dostało się w twoje ręce przez przypadek, a będziemy mogli rozmawiać dalej. Oto moja propozycja.

Matrona zamilkła. Widać było że gorzko przełyka słowa Cohena.

- Splotły się - powiedziała w końcu. - Jedno z drugą. Oddając luminę tej całej małpy, mogę stracić fragment esencji Zdrajcy. Albo … zdarzą się rzeczy nieprzewidywalne. Muszę dostać coś w zamian. Coś cennego i wartościowego. Dużo ryzykuję. Dużo mogę stracić. A cóż takiego chciał zaoferować mi twój pan, legionisto? Może przebijesz ofertę sług Zdrajcy.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 06-04-2011 o 23:08. Powód: wymiana na wersję zredagowaną, zdecydowanie nie powinienem wklejać postów tak wcześnie rano, sorry :P
Gryf jest offline  
Stary 06-04-2011, 14:49   #102
 
Dominik "DOM" Jarrett's Avatar
 
Reputacja: 15 Dominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znany
Nie przerywałem póki co tej farsy. Właściwie bawiło mnie to co miało tutaj miejsce. Nikt nie wiedział co i kto a właściwie to nawet nie wiedzieli kiedy. Nic nie miało sensu.

-Moja Pani- podszedłem dwa kroki w przód- od dawien dawna tkwisz w podziemiach a twoje dzieci głodują szukając nie tak łatwych do znalezienia ochłapów. Jestem tutaj by spełnić twoje prośby , jestem tutaj by wspólnie opracować linię porozumienia. - zdjąłem maskę z twarzy i wziąłem oddech wraz z całym smrodem który unosił się w powietrzu. Na chwilę odwróciłem się mierząc wzrokiem żywych. Zatrzymałem spojrzenie na Bladricku.
-Od dawien dawna pani wraz z braćmi swoimi toczysz krew swych dzieci o przetrwanie. One- wskazałem szczuroludzi - Nie pojawiają się tam gdzie czują obecnośc Legionistów. My! Nie zaglądamy w wasze rejony. Pan mój chce dać ci więcej niż którykolwiek z twoich braci. Pan mój ofiaruje ci sojusz. Wzmocniona naszymi siłami a my twoimi możecie wiele zmienić. Ale to tylko propozycja. Pan mój otwarty jest również na twoje sugestie i nie zamyka się w pozycji “albo będzie jak mówię albo wcale”.

westchnąłem i zbliżyłem się do Matrony na odległość może trzech metrów i usiadłem przed nią po “turecku”
-Twoje dzieci Królowo zabrały dziewczynę i Luminę z pod mojej opieki. Prosimy o kompletny zestaw moja Pani. Dziewczyna również ,żywa, tu albo w iluzji.

- Ładnie mowi, ty legionista - zaszczebiotała matrona. - Ładnie mówi. Może nawet dam ci się ze sobą parzyć. Togarini chce ze mną sojuszu. Niech da więc nam terytorium łowieckie nad Pasem Zasieków. A wtedy dorzucę nawet tych dwóch - wskazała łbem Baldricka i Cohena. - Chyba, ze mają lepszą ofertę. Bo twoja, legionisto, bardziej do mnie przemawia. Przynajmniej dam tego mniejszego, ten chudszy jadł z nami posiłek. Krew z mego łona.

- Przepraszam, że się wtrącę, ale droga Matrono chciałbym wiedzieć, kiedy stałem się towarem wymiennym? – baldrick zaprotestował w znany dla niego sposób

- Kiedy odrzuciłeś statut gościa, rzecz jasna. A teraz milcz i pozwól nam kontynuować pertraktacje. Chyba że masz coś lepszego do zaoferowania. - zasyczała.

Zdjąłem z pleców kuszę. Chwyciłem ją oburącz. Widziałem jak szczuroludzie nie wiedzieli przez chwilę czy będę strzelał czy też...
... ścisnąłem ją wcale nie mocno ale wystarczająca by ta pękła w drobny mak sypiąc drzazgi tworzywa na boki.
- Pani, rozpoczeło się nie uniknione. W jedności jest siła. Ten gest jest wyznacznikiem zawieszenia broni. Gdy wrócę Pani do wieży chcę przekazać swemu Panu dobrą nowinę, jak i dar od ciebie. Jessicka Kingston oraz jej zespół a jeszcze dziś twoje dzieci będą mogły wkroczyć nad Pas Zasieków. Później opracujemy szczegóły traktatu pokojowego. Królowo twoja mądrość wyprowadzi dzieci twoje z podziemi.

- Hmmm - Matrona spojrzała na Granda nagle poważnym wzrokiem. - Gówno możesz, prawda? Wysłali cię tutaj … byś zdechł? Pieknie gadasz, aż miło się ciebie słucha. Tylko od rzeczy. Pas Zasieków zawsze należał do nas. Nigdy do twojej wieży. Nigdy. Wiem już, ile warte są twoje słowa. Wiem już, ile warty w oczach swego pana jesteś ty. Pewnie to Lilith maczała w tym paluszki, prawda. Czy ktoś chce ofiarować mi coś, co do mnie należy za coś, co do mnie należy? Nie krępujcie się.


-Nie zostałem dobrze zrozumiany Pani,. - pokiwałem głową nie zdradzając zaskoczenia- Nie powiedziałem że w darze Pas Zasieków ale to co ponad nim- zablefowałem - Północna rubież.

-Masz rację, nie jestem nic wart dla swojego Pana i pewnie racja jest w tym że niewiele mogę. Jednakże Pan przysłał mnie tutaj jako posła. To on może. Ja jestem tylko narzędziem które zawsze można zmienić na inne. Jestem X-635 i jak sama nazwa wskazuje mój Pan mógł przysłać śrubokręt X-604, albo kombinerki X-103. Na szczęście przysłał klucz francuski X-635 a ja jestem tylko jego głosem.

- Phiphiphiphi - zachichotała po swojemu. - Nie brak ci zdolności mydlenia oczu. Szkoda, że należysz do Togarniego. Wiedziałabym jaki z ciebie zrobić użytek. Oj wiedziałabym. Na razie jednak chętnie posłucham propozycji drugiej strony. Co mi możecie zaoferować?

Silent milczał kalkulując. Razyda stawiała siebie na równi z aniołami śmierci. Głupia. Nie miał nic do zaoferowania wiec słuchał. Słuchał slów Cohena. Słuchał moich słów i wsłuchiwał się w odpowiedzi Matrony, która na starcie już wszystko założyła. Głupia. Za dużo sznurków chce złapać w te swoje tłuste paluchy, a tak się nie da. Moga wysliznac jej sie wszystkie i zostanie bez niczego. Glupia... jak Silent

Niespodziewanie, milcząca jak głaz Goodman, wystąpiła przed szereg.
- Czcigodna, wciąż pytasz co mamy ci do zaoferowania. Ustaliśmy już, że lumina z dwóch obecnych tu panów nie jest na sprzedaż. A jednak dalej rozmawiamy, choć, mówiąc szczerze, to dość jałowe pierdolenie. Skoro do tej pory jednak nie kończysz spotkania znaczy to jednoznacznie, że jednak jest sposób na uzyskanie porozumienia. Mamy coś do zaoferowania na co ty będziesz mogła łaskawie się zgodzić. Powiedz wreszcie co to jest i nie traćmy czasu.

Kiedy Alvaro uslyszal głos Goodman prawie syknal by ja uciszyc. by sie nie narazala. Wystarczyło ze pozostali juz naciągali strunę negocjacji do maksimum. Po kolejnych jednak słowach Claire delikatny uśmiech wypelzł na zniszczona wampirza twarz Alvaro

- Phiphiphi - Matrona przeniosła paciorkowaty wzrok na Claire. - Myszka potrafi mówić. Mówiłam. Najniebezpieczniejsza. Doskonała. Podoba mi się. Śmiała. Prowadzi do celu. Szuka. Proponuje. Ja też zaproponuję. Chcę, byście mnie z nim spotkali. Ze Zdrajcą. Tam. Po drugiej stronie krat.

- Przyłożę wszelkich starań aby ci to umożliwić. Czy teraz możemy zobaczyć Kingston?- Goodman nie dała za wygraną

- Nie tak szybko. Oddam im luminę. Ale żądam gwarancji. Ciebie. Zostaniesz tutaj z nami. Do czasu, aż dojdzie do spotkania ze Zdrajcą.

Silent scisnal dlon w piesc.

- Całkiem sprytne. Reszta dostanie mocną motywację. Najpierw sprowadź tu Kingston. Chcę się przekonać, że jest... kompletna. Jeśli przedmiot wymiany jest wybrakowany to nie mamy o czym teoretyzować.

- Wybrakowany? - Matrona Unkath zarechotała, prawie jak człowiek. - Skorupa jest w Iluzji. Esencja tutaj. To oczywiste, że jest wybrakowana. Mozecie ją poskładać do kupy. Ale nie będzie pewności, ile Zdradzonego w niej będzie. Ma na sobie odciśnięte jego znaki. Jego pieczęcie. Dzieliła z nim łoże. Dzieliła z nim ból. Dzieliła z nim … różne rzeczy. Krwawe rzeczy. Podobnie jak ci dwaj. To oczywiste, ze bedzie … nieco inna.

- Ciało i dusza mają być kompletne. Zdajemy sobie sprawę, że ma w sobie cząstkę Astarotha. Wcześniej też ją miała i nie przeszkadzało jej to być człowiekiem. Ma być taka jaka była zanim spotkała... Ciebie.

- Zrobię, co się da. Ale … nie ma gwarancji, Ona zwarła pakt. Paktu nie da się cofnąć. Podjęła taką decyzję. Czy to wam wystarczy? Więcej nic ode mnie nie otrzymacie.

Claire zacisnęła usta i przez chwilę rozważała słowa szczurzycy. W końcu skinęła głową.
- Pamiętaj, że obiecujesz zrobić co się da. Wszystko, co jest kurwa w twojej nadludzkiej mocy.
Wolno podeszła do ogromnej sylwetki Matrony i stanęła u jej boku.
- To co chłopcy? - obdarzyła ich krzywym, nie do końca szczerym, uśmiechem. - Ustawicie to spotkanie i niedługo znów będziemy cieszyć się razem urokami iluzji?

Unkath wydała jakieś polecenia szczurołakom. Chwilę później usłyszeliście nad głowami klekot i w dół zjechała dziwna klatka, przypominająca nieco średniwiowieczne narzędzie tortur. Skrzynia opadła na ziemię z mlaśnięciem zanurzając się w nieczystości i błoto.

- Wejdziesz na jej miejsce, kochaniutka - zasyczała złośliwie Matrona, a dwa jej przydupasy otworzyły skrzynię. Wypadło z niej coś, co wyglądało jak obdarty ze skóry, poszarpany kawał mięcha. Mięcha, w którym z trudem rozpoznać można było ludzki kształt. Ciało wypadło ze środka i plusnęło w brud i nieczystości. Dygotało, zwijało się z bólu, z amoku, z ust wydobywało się upiorne, jednostajne mamrotliwe jęczenie.

- Czy to nie przesada? - wtrącił Baldrick - Matrono na prawdę nie masz mniej wyszukanych środków?

- Ekstrakcja musi boleć - mlasnęła z pożądliwością wpatrując się w szczątki. - Ale to nie ona. Tylko jej … fragment. Reszta jest tutaj - pajęcza łapa wydobyła coś spomiędzy fałdy tłuszczu który był chyba jedną z kilku par wielkich, włochatych piersi.
W szponach zabłysło coś, co wyglądało jak kula lśniącej energii. Mieniła się srebrzysto - błękitnym blaskiem, z domieszką krwistej czerwieni.

- Klatka służy do ekstrakcji? Ja nie mam w sobie ani ziarnka Astarotha. A od mojej duszy proponuję się wielkodusznie odpierdolić. Na cyrografy się nie godziłam. Poproszę o standardową wilgotną celę z widokiem na Metropolis.

- Zawsze ktoś może zająć twoje miejsce - zasugerowała Unkath tonem łaskawej mateczki.

- Jacyś chętni? - Rozejrzał się po pozostałych. - O mnie nawet nie myślcie.- Bladrick jak zawsze odważny.

- Żadnych chętnych dopóki nie wyjaśnisz co robi ta maszyna. Ma wpływ na duszę czy tylko na ciało?

Matrona, nadal trzymając to dziwne światło w szponiastej łapie zachichotała złośliwie.
- To maszyna, która robi dobrze. Robi tak dobrze, że jej pocałunków nie da się zapomnieć. Zostawiają ślady na waszej duszy. Zadają niewypowiedziany ból i prowadzą do nieporównywalnej z niczym rozkoszy. Jeśli chcecie zastąpić tą, jak jej tam, Kingston, musicie dostarczyć mi rozrywki, jakiej ona dostarczyła mi przed wami.

Okrwawiony strzępek ludzkiego mięsa na podłodze bełkotał coś niezrozumiale i niejasno. Widać było, że szczątki nie mają oczu, a z dziur oczodołowych wylewa się gęsta krew, przypominająca bardziej śluz niż ciecz. Przez zdartą na boku skórę i mięśnie widać było oblepione mięsem żebra pod którymi coś pulsowało wydając świszczące dźwięki. To chyba było płuco. Paliczki palców zaciskały się i rozwierały bezwiednie ściskając błoto, które szybko napełniało się krwią i płynami organicznymi tego czegoś, jeśli to faktycznie była Kingston. Chociaż włosy mimo, ze pozlepiane krwią świadczyły o tym, że to zaginiona detektyw. Ich długość i barwa mogły potwierdzać tożsamość.

- A może mnie weźmiesz o Najczcigodniejsza? - powiedział głośno Alvaro - dostarczę tobie mnóstwo rozrywki. Poza tym jestem ostatnia osoba z ktora rozmawial Zdradzony..... Zreszta czys nie chciala ze mna rozmawiac Wielka Matrono?

- Jeśli mogę coś wtrącić.- rzucił Cohen - Wiem, że cieżko się mnie słucha, ale zanim ktokolwiek do czegokolwiek wejdzie, chciałbym zaznaczyć, że to co mówiłem, mówiłem w pełni poważnie i jeśli Jess Kingston nie odzyska swojej esencji bezwarunkowo nie widzę jakichkolwiek szans na dalsze negocjacje w naszych sprawach Matrono. Skoro ryzyko utraty cząstki mocy jest dla ciebie ważniejsze, niż ryzyko utraty wiarygodności - nie będę umiał zaufać żadnym informacjom jakie od ciebie otrzymam.

Matrona spojrzała najpierw na Alvaro, potem na Cohena. Przemknęła wzrokiem od jednego, do drugiego mężczyzny, jakby zastanawiała się co ma z nimi zrobić.

- Muszę mieć jakąś rękojmę. Gest waszej dobrej woli. Ty wampirku, skoro z nim rozmawiałeś, to znaczy, że ci ufa. Jak ci ufa, tobie najłatwiej będzie do niego dotrzeć. Nie możesz tutaj zostać. Otrzymam rękojmę, a oddam wam mój łup. Nie otrzymam rękojmy, uznam nasze rozmowy, podobnie jak ty - zerknęła na Cohena - za … zakończone. Znam już wasz zapach - przeniosła wzrok na Cohena i Baldricka.

- Jako gest Twojej dobrej woli prosiłbym Czcigodna o pozostawienie naczynia i esencji tej kobiety nienaruszone. Lubie ją taką jaka jest a jak chcesz rozrywki to z nią porozmawiaj a przekonasz się ze nie tylko takie machiny moga ci ja przyniesc.- dodał Alvaro

- Z mojego punktu widzenia załatwienie ci spotkania ze Zdracją to nie rękojmia, a zapłata. Zapłata za dopełnienie starego paktu, za który już otrzymałaś godziwą cenę. Zapłata za to, że wywiążesz się ze słowa, które i tak na tobie ciąży. Do tego rządasz rękojmi otrzymania tej zapłaty. Jeśli rzeczywiście podjęłaś już decyzję, to owszem: rozmowy o mojej cząstce Astarota są zakończone. Tym bardziej, że jeśli macie zamiar zawrzeć sojusz, moja oferta traci sens - równie dobrze, mogę ją zwrócić jemu. Chciałem ją oddać komuś, kto posłuży się nią jako fundamentem pod nową cytadelę, której władczyni można ufać. Być może się pomyliłem. Wybacz.
Dostaniesz swoją zapłatę i dopilnujemy, żebyś nie poniosła ryzyka. Jeśli jednak rozważysz możliwość zastanowienia się nad tym - moja Lumina Zdrajcy nadal leży na stole.

- Pozostaje jeszcze jedna kwestia do rozstrzygnięcia. Bez rękojmy nie mam gwarancji. Właśnie wybrałam możliwość kontaktów ze Zdrajcą. Jednak nie tylko sługi Astarotha uczestniczą w tym spotkaniu. Są też sługi innego Anioła Śmierci. Obawiam się, że wasze dalsze życie zagrozi moim planom. Że kiedy legionista wróci do swoich bez tego, po co go wysłali, zdradzi szczegóły naszego porozumienia. W tej sytuacji, kiedy wybieram jakąś stronę, muszę zadbać o moje bezpieczeństwo. Nic osobistego.... Rozumiecie. Chyba, że przekonacie mnie jakoś, o waszej lojalności względem mnie a nie waszych panów. Jeśli nie, obawiam się, że będę zmuszona was unicestwić.

Powiedziała to spokojnym głosem. Bez szczebiotania. Bez śmiechu. To dawało do myślenia. Byliście pewni, że wprowadzi swój zamiar w życie. Bez względu na to, czy jedliście szczura, czy nie. Bez względu na wszystko. Matrona podjęła decyzję. Odrwzuciła sojusz Togariniego. Rozpoczęła taniec z Astharotem. I nie chciała, by ktokolwiek postronny dowiedział się o tym, że właśnie zmienia drużyny i zaczyna grać do przeciwnej bramki. Szczurołaki, do tej pory nieporuszone, zaczęły zmieniać nieco pozycję. Silniejsze i większe sztuki przesuwały się przed mniejsze. Jakby tylko czekały na sygnał do działania. Uknath zamknęła negocjacje. To było widoczne.

- Może są dziećmi Togariniego, ale ich lojalność wobec niego jest dyskusyjna. Silent spotykał się ze Zdrajcą ale swojego pana o tym fakcie nie powiadomił. Jak i o planowanym spotkaniu z tobą. Grant z kolei wypiął się na swojego pana i przyszedł tu po tą, którą kochał za życia. Nie możesz odmówić im wolnej woli. Nadal sami decydują o swoich czynach. Teraz ty się zastanów czy chcesz aby wystawić ci zdrajcę. Jeśli tak, to przestań tak kurewsko utrudniać. Potrzebny nam jest pełen skład naszej ekipy. Przetrzebisz nas i gówno wskóramy. Nie zdradzą cię skoro i tak będziesz miała mnie. Zostanę tu jako twoja gwarancja ale nie wejdę do tej cholernej maszyny. Moja dusza ma wyjść stąd nietknięta. Pewnie moje ciało i umysł trochę okaleczysz ale nie dobierzesz się do tego co dostałam od... sama wiesz kogo. To moje. I nawet ty tego nie tkniesz. Ja zostaje, składasz Kingston do kupy, reszta odchodzi. Chcesz same gwarancję i zero ryzyka. Tak to nie działa. W obie strony. Godzisz się albo nie.To ostateczne słowo.- Goodman nie przebierała w śłowach

Silent spojrzał z podziwem na Claire a potem nieznacznie przysunął się do Cohena. Pochylił się do ucha Cohena
- Zależy wam na tych ciałach? Matrona jest tak stabilna w swoich słowach jak niejeden polityk

- Na ciałach - nie, na Kingston - tak. Daj Claire szansę. Nie możemy dać się sprowokować.

Matrona milczała. Przeniosła wzrok na Claire Goodman. Jakby ją szacowała, mierzyła lub planowała coś, co raczej może się nie spodobać policjantce.

Grand podniósł się i gdy skłaniał się Matronie, rękę jedną wsunął pod płaszcz jak Napoleon . Koniuszkami palców namacał głownię miecza.

-Nie zdradzę cię dla dobra tej o którą gra się toczy Królowo.
Na zewnątrz u góry lekko na prawo w ruinach jest nadzorca i jednostka X-604. Weź i ich dla rozrywki. Mam jednak pytanie. Jak przetrwać mogę bez pokarmu? Czy gdybym wrócił do iluzji nadal będę go potrzebował?

- A czy wiele znasz przypadków wskrzeszeń ? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Jesteś martwy. Wrócisz do Iluzji i będziesz tam martwy. Napędza cię jedynie posoka twego władcy. Jego śmiertelny pocałunek. Tam, na zewnątrz byłbyś jedynie stertą posiekanego, gnijącego mięsa.

- Dwie sprawy. - odezwał się Cohen na głos - Raz: Legionista, Zębaty, Brzydal i Myszka są ze mną. Cała czwórka. Nawet jeśli nie uważasz ich za gości, stanowią świtę twego gościa w sercu twego gniazda. Waż słowa i czyny Matrono, bo twoje dzieci patrzą. Dwa: Każdy członek tej grupy jest równie cenny, co esencja tej, po którą tu przyszliśmy. Rozumiem twoją motywację i propozycja anihilacji tej dwójki może się wydawać logiczna, jednak tylko pozornie, bo przekreśli naszą główną umowę. Nie sprzedamy dwóch członków stada dla ratowania esencji trzeciego. Efekt będzie taki, że zabijesz dwoje sług Togariniego i nie spotkasz się z Astarotem. Strata obu potencjalnych sojuszników, luminy, wielu dzieci i - po raz kolejny - wiarygodności. Nie widzę w tym rozwiązaniu żadnych korzyści dla ciebie Matrono.

Silent pokusił się na jeden gest, który może Cohenowi się nie spodobał. Przyjacielsko ścisnął go przez chwilę za ramię. Był z nim całym swoim martwym ciałem i dusza której już nie miał. Był z nimi wszystkimi gotów na wszystko.

Matrona syknęła. Przeciągle i groźnie. Syk przeszedł w gardłowy warkot. Warkot w coś, co można było uznać za pomruk wściekłości. Niebezpieczne, żółte iskry pojawiły się w jej ślepiach, które wbiła w Cohena.

- To, że masz w sobie część Zdrajcy, nie czyni cię równym mi, małpo. Już kolejny raz, na oczach mego lęgu zarzucasz mi brak wiarygodności. Ostrzegam cię lojalnie, że trzeci raz tego nie odpuszczę. Zabijałam za mniejsze przewiny. Także gości.

Cielsko zafalowało. Głuchy pomruk przeszedł w spokojniejsze tony.

- Ale twoje słowa są rozsądne. I warto ich posłuchać. Dam odejść wam wszystkim. Zabierzecie ze sobą luminę Kinngston. Daję wam dzień na uzgodnienie spotkania. Jeśli do tego czasu nie zaaranżujecie mi spotkania ze Zdrajcą, znajdę was jednego po drugim i nauczę wasze skorupy, co znaczy słowo ból i cierpienie. Macie na to moje słowo. Jednego, po drugim. Czy to jest dla was zrozumiałe?

- Zrozumiałe, sprawiedliwe i uczciwe. Wybacz, że ośmieliłem się zakwestionować twą wiarygodność - powiedziałem o słowo za dużo. Tą decyzją, Matrono, udowodniłaś, że się myliłem. Pertraktacje z tobą to zaszczyt i przyjemność.- Cohen chyba oszalał.


Wezwała gestem ręki jednego szczurołaka, który przyniósł dziwaczne urządzenie. Wyglądające jak opleciony drutem kolczastym metalowy pojemnik. Unkath umieściła w nim świecącą kulę i zamknęła wieko wyszeptując nad nim kilka słów.

- Otwórzcie je przy jej skorupie. W Iluzji. Ale radzę tym, którzy mają odrobinę esencji Zdrajcy w sobie by byli wtedy daleko. Naprawdę daleko.

Zagulgotała, a z jej łona wynurzył się kolejny mały szczurołak. Na znak Matrony, jak poprzednie młode, ten również został zabrany gdzieś na tyły.

- Ty - spojrzenie żółtych ślepiów zatrzymało się na Grandzie. - Możesz wracać do Togariniego. Powiedz mu, że nie jestem zainteresowana wymianą. Powinien lepiej pilnować tego, co miał w rękach, lecz wypuścił. Mój dawny pan, Chagidiel, już kiedyś go tego nauczył, ale widać lekcja została zapomniana.

Zarechotała.

- A teraz, wynoście się wszyscy. Nim zmienię zdanie. Xyxux odprowadzi was do bramy.

Z szeregu wynurzył się chudy i parchaty szczuroczłek. Czekał. W łapkach trzymał kolczasty pojemnik rozświetlony od środka. Jakby zastanawiał się, komu ma go oddać.

Cohen ruchem głowy wskazał szczurowi kierunek gdzieś między Claire a Alvaro.
- Weźcie to i trzymajcie to z dala ode mnie i Baldricka. Nie potrzebujemy kolejnych komplikacji technicznych.

Goodman skinęła głową i szczuropodobne monstrum podało jej luminę Jess
 
__________________
Who wants to live forever?
Dominik "DOM" Jarrett jest offline  
Stary 06-04-2011, 21:26   #103
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 878 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=rnLtg6jC_a0&feature=related[/MEDIA]

Znajdował się w osobliwym towarzystwie, nie odzywał się zbyt wiele, właściwie śmiało można było powiedzieć, iż w domenie szczurzycy milczał jak grób. Nie chodziło wcale o jakiś majestat tej postaci, o jej ohydną armię i sposób witania gości, nawet sama aura miejsca nie budziła w nim takich emocji jak jego właśni kompani. Może nie poświęcił zbyt wiele czasu na to by ich poznać, by zrozumieć ich postępowanie, ogarnąć życiowe motywacje, może rzeczywiście bardziej skupiał się na gnijących w Nowym Jorky trupach, które odnajdywali, niż na nich. Postrzegał ich jednak inaczej. Teraz, gdy stanęli naprzeciwko Matrony Baldrick nie widział już różnicy, granica zacierała się, a kolejne ich słowa tylko go w tym wszystkim upewniały. Z jakiejś przyczyny czuł, iż on jedynie stoi obok, nie bierze w tym udziału, ale jest jedynie obserwatorem. Tak jednak nie było, tkwił w tym tak samo jak pozostali.

Grand, nie spodziewał się spotkać go w tym miejscu, nie był również z tego faktu zadowolony. Nigdy za nim nie przepadał, a w dodatku Metropolis w żaden sposób go nie odmieniło. Wciąż zdawał się być tym samym typkiem, który zamiast ruszać głową, wolał napiąć mięśnie i z bojową pieśnią na ustach rzucić się w wir walki w imię obrony swojej ukochanej niczym dawni bohaterowie legend arturiańskich. Swoje cele również określał w sposób, który Baldricka mocno irytował, jego pełne patosu i wyznań miłości przemówienia, zgrywanie bohatera i człowieka zdolnego do poświęceń. Tak mówił ten, który jeszcze za życia wyznawał chyba jedynie zasadę twardej pięści. Dobrze, że przynajmniej na tę jego siłę mięśni mogli liczyć.

Cohen, co mu musiał Terrence przyznać, dobrze odnajdował się w sytuacji, a jego siła perswazji czule łechtała dumę Matrony. Bez niego pertraktacje wyglądać by mogły o wiele gorzej. Mimo wszystko patrząc na to co i jak robi nie popierał do końca jego działań. Był niezaprzeczalnie liderem, który potrafił obrócić sytuację na swoją korzyść i pomóc drużynie. Jednak… czy nie tracił przy tym swojego człowieczeństwa? Czy to, iż tak łatwo dostosował się do warunków panujących w Metropolis rzeczywiście świadczyło o nim dobrze?

Alvaro, obecnie znany jako Silent, przeszedł długą i ciężką drogę, choć Baldrick nigdy specjalnie tego nie okazywał, darzył go zawsze szacunkiem. Trudno było nie dostrzec jego reakcji na ruchy i wypowiedzi Claire, beznadziejne uczucie, które przytrafiło się w jednym z najgorszych momentów życia. Jego odmiany też nie mógł przeoczyć, nie chodziło nawet o wygląd, lecz raczej o sam sposób bycia. Coraz ciężej było mu pohamować emocje. Zawieszony między jednym światem a drugim. Baldrick wiedział, że prędzej czy później będzie on musiał przystać do jednego z nich, pytanie brzmiało, czy decyzja będzie należała do niego?

Goodman, ostra kobitka, która nigdy nie ustępowała. Jak na osobę, która dopiero co dowiedziała się o Metropolis i panujących w nim warunkach, radziła sobie naprawdę dobrze. Jej pyskate wypowiedzi sprawiały, że leże Matrony nie było tak zatrważające jakby się mogło wydawać. Twardo się trzymała, choć i ona zapewne nie łatwo znosiła prawdę. Jaki będzie ona miała wpływ na nią?

Wreszcie myśli Baldricka zaczęły krążyć wokół niego samego, nigdy wcześniej nie miał wątpliwości co do tego jak powinien postąpić, działał zgodnie ze swoim rozumem i nie pytał nikogo o zdanie. Teraz wydawało mu się, iż jest żałosny, pozostali starali się radzić z sytuacją, on też próbował, lecz z różnym skutkiem. Dał się wplątać w machinacje o których nie miał pojęcia, wykiwał go Książę Perwersji i teraz był ściągany przez oprawców, z którymi nie miał szans wygrać. Może to pozostali mieli rację? Twardo stojący przy swoich przekonaniach Grand, który gotowy był na wszystko by uratować Jess, niesiony tą dziwnie potężną siłą miłości? A może Cohen, który dwoił się i troił by wykaraskać ich z tych kłopotów? A Alvaro? Zgodził się na wieczne przekleństwo by walczyć dla innych. Czy może Goodman, która choć niewtajemniczona, nie wahała się nawet przez chwilę? Może to oni byli prawdziwymi bohaterami zdolnymi do czynów wielkich, a on skazany był na tkwienie w sidłach Iluzji. Bo doskonale zdawał sobie sprawę, iż to tam jest jego miejsce. Dotąd łatwo było mu wydawać osądy o pozostałych, teraz już sam nie wiedział co myśleć. Może rzeczywiście zbyt wielkim był egocentrykiem.

***

Niejaki Xyxux był odpowiedzialny za wyprowadzenie ich z leża, w ciszy przerywanej niekiedy krótkim szczurzym piskiem odeskortował ich ze swoim oddziałem aż do bramy. Baldrick z pewną ulgą przyjął zapach jaki unosił się w tym miejscu, leże Matrony cuchnęło o wiele gorzej i nawet odór rozkładających się resztek nie mógł zmienić tego wrażenia. Xyxux obrócił się i wraz ze swoimi podopiecznymi zawrócił.

Cohen
spojrzał na swoich towarzyszy, w jego oczach było widać powagę, którą świadczyła o tym, iż chce im właśnie coś ważnego zakomunikować. Wrażenie nie było mylne.

- Dalej traficie sami – rzekł po czym wyciągnął swój notes i podał go Claire - tu są wszystkie moje ustalenia odnośnie śledztwa od czasu zebrania na Soho. Ten okultysta... Jerremie Seal może być przydatny przy aranżowaniu spotkania, jeśli Nash sam się do was nie zgłosi.

- Rozumiem, że ty i Grand poszukacie wieży? – odparła Goodman odbierając przedmiot, nie wyglądała jakby decyzja Patricka ją zdziwiła.

- Wieży, Natashy Kalinsky i patentu na zerwanie Clausa ze smyczy – potwierdził uprzednio kiwając głową.

- Ktoś jeszcze chce zostać? Czy nasza trójka głowi się jak wrócić na naszą stronę boiska? – Claire spojrzała na nich nich oczekując odpowiedzi.

- Nie mam po co tutaj zostawać - stwierdził Terrence - Spróbuję zdziałać coś po drugiej stronie.

- Alvaro?
– Tym razem jej wzrok przeniósł się na Silenta, ten zaś przed dłuższy moment jedynie wpatrywał się w nią zwlekając z odpowiedzią.

- Patricku – przemówił wreszcie patrząc na detektywa - możemy więcej się nie spotkać. Gdyby tak miało zostać to chciałem Tobie podziękować. Praca z Tobą to była czysta przyjemność. Nie wiem dokładnie co zamierzasz zrobić, mogę się jedynie domyślać, ale uważaj na siebie... na tą swoją esencję – uśmiechnął się delikatnie.

- Wyjdę z wami Claire
– odpowiedział na pytanie Goodman - choć podejrzewam, że po tamtej stronie będzie na mnie czekał mój własny dozorca i nie będzie zadowolony z tego co tutaj miało miejsce. No, ale tym się będę martwił później. Zatem w drogę, nie każmy dłużej czekać Jess.

- Dzięki. Zanim się rozejdziemy, muszę ci coś powiedzieć. Ktoś w końcu powinien to zrobić. Cohen znów zrobił poważną minę i prześwietlił Silenta spojrzeniem - Mówi się "CI Podziękować" nie "TOBIE Podziękować", do jasnej cholery. Ta twoja klerycka maniera doprowadza mnie do szału. – Twardo uścisnął jego dłoń i dodał - Trzymaj się przyjacielu.

- Hahahaha, będę pamiętał. Wszystkiego dobrego przyjacielu. Dzięki Clause
rzekł następnie Silent do Granda - nie przestawaj wierzyć. W tych wszystkich bzdurach jakimi nas karmili w Iluzji na pewno znajdowało się ziarenko prawdy. Powodzenia i... uważaj na Patricka. Ja będę strzegł Jess na tyle na ile jestem w stanie a ty uważaj na ta kostuchę - spojrzał nadal się uśmiechając na patologa.

- Powodzenia – powiedziała krótko Claire również ściskając dłoń Patricka, zdawało się jednak, że za tym drobnym gestem kryło się o wiele więcej.

- Wam również. – Determinacja w głosie Cohena świadczyła o tym, iż raz podjętej decyzji nie miał zamiaru już zmieniać.

- Grand... przekazać coś od ciebie Jess, kiedy już się obudzi? – spytała z przejęciem Claire.

-Powiedz jej że...- zaczął spuszczając na moment wzrok - ...powiedz jej że czekam. Cokolwiek się nie stanie czekam.

- Melodramatyczne pożegnania mamy już za sobą czy ktoś jeszcze chce się czymś podzielić? Nie chcę was jakoś poganiać, wiem, jak wiele dla was znaczy ta chwila, ale chyba mamy zadanie do wykonania –
wypalił Baldrick kończąc pożegnanie, być może właśnie ostatni raz widział Cohena i właściwie miał nadzieję, iż cokolwiek zrobi, nie ucierpi na tym.

Odbyli drogę powrotną do sali dość szybko, pozostało im jeszcze przenieść się ponownie do Iluzji.
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 07-04-2011, 00:08   #104
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 25242 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
dr Patrick Cohen, Clause Grand

Cuchnący rezerwuar był miejscem waszego pożegnania. Alvaro, Goodman i Baldrick ruszyli po schodach, w stronę pokoju z bramą, mając nadzieję, że uda się im wrócić do rzeczywistości.
Wy zdecydowaliście się zostać tutaj. Cohen – dlatego, że miał sprawę do załatwienia, Grand – dlatego, że tak naprawdę nie miał innej alternatywy.

Kroki waszych przyjaciół oddalały się, aż wreszcie ucichły w tunelu.

Zostaliście sami.

Cohen nie mógł wyjść ze zdumienia jak długą drogę przeszedł Clause od ich ostatniego spotkania. Odziany w strój legionisty, przy swojej masywnej sylwetce przywodził na myśl jakiegoś mitologicznego herosa lub przynajmniej postać z komiksu. Mrocznego, niskonakładowego komiksu dla dorosłych. Ale to było coś więcej. Coś w twarzy.. oczach. Cierpienie, doświadczenie. Jakaś bolesna mądrość.

W końcu mieli chwilę, by spokojnie porozmawiać. Ściślej rzecz ujmując: przeprowadzić odprawę. Nawet pomijając niedawną śmierć jednego z nich i doświadczenia Metropolis, rozmowa starych przyjaciół, którzy nie widzieli się od roku powinna wyglądać... inaczej. Obaj to czuli, jednak teraz nie było na to czasu. Po prostu zdali sobie raporty z wydarzeń ostatnich dni. Gdy skończyli, Patrick skinął tylko głową i bez słowa ruszył w stronę leża Matrony.

- Gdzie ty leziesz, Cohen? - zainteresował się Legionista poprawiając mocowanie miecza.

- A jak to wygląda? Ucieczka nic nam nie da. Nawet jeśli miniemy straż, umrzesz z głodu. Wracam do Matrony.

- To widzę. Pytam po co?

- Postawię swoją Luminę w zamian za informacje o Kalinsky, odwiązanie cię od Togariniego i bezpieczne wyjście do Metropolis z ominięciem twoich pryncypałów. Jeśli któryś z punktów będzie nierealny oferujemy jej połowę mocy za zrealizowanie pozostałych i kombinujemy co dalej.

- Hmm, niegłupi pomysł, ale czemu nie oddasz luminy po prostu właścicielowi? - słowa Granda spowodowały, że Cohen zatrzymał się i spojrzał na rozmówcę z uniesioną brwią. Ten nie dał się zbyć ironicznym spojrzeniem i spokojnie mówił dalej. - Jest potężniejszy niż Matrona, więc może uda się ugrać lepszy bet?

Uśmieszek zniknął z twarzy Patricka. Przez chwilę rozważał słowa Clausa.

- Nie. - powiedział w końcu - z Astarotem nie będzie żadnej gry o bet. Gdy wypiszemy się z jego planu, on po prostu weźmie co uważa swoje, nie pytając nas o zdanie. Tak samo, jak przydupasy Togariniego nie musiały pytać o zdanie Jess, gdy zleciły ci ekstrakcję. Anioły to nie nasza liga.

- Jasne, tylko - Grand spojrzał poważnie na patologa - Unkath nie jest Aniołem Śmierci. Może nie mieć... technicznych możliwości, by mnie karmić.

Cohen chyba miał już gotową odpowiedź i już otwierał usta, by ją wygłosić, ale zamilkł. Bo Clause miał rację jak jasna cholera. Chwilę stali wbijając wzrok w surrealistyczny krajobraz ni to masarni ni to oczyszczalni ścieków, jakby chcieli w nim znaleźć rozwiązanie.

- Słuchaj Grand - odezwał się w końcu Cohen - nie możemy wrócić do twojej wieży. Jeśli pójdziesz tam sam, zginiesz. Jeśli pójdziemy tam razem, nie unikniemy przekazania luminy Togariniemu - zdradzimy w ten sposób zarówno Szczurzycę, jak Nasha i pogrążymy szanse drugiej grupy. - przez chwilę przyglądał się swojemu odbiciu w jeziorku mazistej substancji, coś rozważając. - Nie możemy też czekać tu na Astarota. Motywacja Unkath jest prosta: potrzebuje Luminy i tyle. A Nash... to Nash. Wciąż nami manipuluje: tu postraszyć Goodman i przekazać pozdrowienia, tam błysnąć mi i zniknąć, później pomydlić oczy Alvaro, zabraniając mu jednak o tym mówić... umówmy się: nie mamy pojęcia co kombinuje Astarot. Myślę, że trzyma nas przy życiu tylko jak długo realizujemy jego plan. Po oddaniu mu tej mocy możemy stracić wszystko, nie zyskując nic z zamian. - przysiadł na jakiejś instalacji i ciężko oparł się o ścianę. Przez chwilę rozmasowywał skronie. - Musi być jakaś metoda na twój... stan. Porozmawiajmy z Unkath. Nie o karmieniu, ale o jakimś trwałym rozwiązaniu. Nowe ciało, czy coś w tym rodzaju. Nawet, jeśli sama nie będzie umiała, powinna wiedzieć gdzie, z kim i jak to załatwić.

Grand zastanawiał się przez chwilę, po czym poważnie skinął głową. Decyzja zapadła. Nie idealna, ale, jak im się wydawało, najlepsza z dostępnych. Powolnym, ale pewnym krokiem ruszyliście w stronę wejścia do szczurzego gniazda.

Drzwi pozostały zamknięte. Czaszki zatknięte na szpikulcach obserwowały was beznamiętnie. Dosłownie. Wcześniej nie zwróciliście na to uwagi, ale oczy w przegniłych czerepach były żywe. Nieszczęśnicy, których głowy „przyozdabiały” bramę prowadzącą do leża Unkath, byli w jakiś sposób świadomi losu, jaki ich spotkał.

W bramie otworzyło się wąskie okienko. Pojawiła się w nim paskudna morda szczurołaka.

- Czego chcecie? Matrona skończyła audiencję.



Rafael Jose Alvaro, Claire Goodman, Terrence Baldrick


Pokój z ciałami nie uległ zmianie. Nadal śmierdziało w nim agonią, bólem i śmiercią. Jednak wasze spostrzegawcze, policyjne oczy, szybko odkryły pewne zmiany w otoczeniu.
Za brudnym oknem widać było inną ulicę. Stały na niej dziwaczne, asymetryczne domy prowadzące na szeroki plac. W centrum tego skweru wyrósł gigantycznych rozmiarów cokół, którego wcześniej na pewno tam nie było. Monumentalna kolumna, na której stał olbrzymi posąg skrzydlatej istoty. Półnagiego kolosa o imponującej muskulaturze, długich włosach i olbrzymich, złożonych na plecach skrzydłach. Coś w postawie posągu, w sposobie ułożenia wyrzeźbionego ciała wzbudzało w was lęk. Takie emocje musiał odczuwać królik, kiedy padł na niego cień polującego jastrzębia.

Wasze pojawienie się w pokoju powodowało dziwne odkształcenia w strukturze tego miejsca. I pewnie przerażałoby to was, gdyby nie posag za oknem i gdyby nie wcześniejsze spotkanie z Unkath. Matrona wyczerpała w was na jakiś czas pokłady gwałtownych emocji – obrzydzenia i strachu.
Wchodząc do środka zastanawialiście się, jak przebić się przez tą mroczną bramę do znanego wam świata. Układaliście mniej lub bardziej paskudne plany, licząc na to, że wpadniecie na rozwiązanie. Jednak powrót okazał się dużo łatwiejszy niż sądziliście.

I dużo bardziej bolesny.


To stało się nagle i tak szybko, że nikt z was – nawet Alvaro – nie zdążył zareagować. Setki zakończonych haczykami łańcuchów wystrzeliło ze wszystkich stron – ścian, sufitu, podłogi - i wbiło się w wasze ciała. Czuliście, jak kolczaste ostrza przebijają wam mięśnie na rękach, nogach i twarzy. Widzieliście, jak jeden z nich dziurawi czaszkę wampira – wchodząc oczodołem i wychodząc potylicą. Kolejny wbił się w rozwarte do krzyku usta Goodman, tnąc miękkie podniebienie gardła. Baldrickowi zapłonęły trzewia, kiedy aż trzy łańcuchy przebiły mu jamę brzuszną zamieniając wnętrzności w poszarpaną papkę.
Kolejny ułamek sekundy i łańcuchy pociągnęły was w stronę ścian rozciągając wasze umęczone ciała wzdłuż nich. Kolejna sekunda i łańcuchy szarpnęły się we wszystkie strony rozrywając was w fontannach krwi na strzępy mięsa.


* * *

Krzyk nie zdążył wyrwać się z waszych ust, kiedy umysł odbierał tą wizję waszej kaźni, masakry i śmierci. Bowiem tak samo szybko, jak się zaczęło, tak samo szybko wszystko się skończyło.

Oszołomionym, przerażonym wzrokiem rejestrowaliście szczegóły miejsca, w którym się zjawiliście szybko orientując się, że znajdujecie się w szpitalnym pokoju numer 66, gdzie podłączone do maszyn spały trzy chore na serce kobiety. Nie było na nich najmniejszych śladów waszej działalności – nacięć, ran, opatrunków.
Za oknem, które było zamknięte, widzieliście brudne podwórze szpitala – zaśnieżone szarym od smogu śniegiem. Tylko jeden szczegół uległ zmianie. Na dachu przeciwległego skrzydła widzieliście przez chwile jakąś postać. Ktoś w długim, czarnym płaszczu. Siedział dokładnie w tym miejscu, co atletyczny anioł z cokołu w Metropolis. Jednak mrugnięcie okiem póxniej dach był już posty – poza śniegiem i lodem, rzecz jasna.,

Kiedy dochodziliście do siebie z uwagą oglądając zarówno swoje ubrania, jak i ciało, – na którym nie było najmniejszych śladów po waszej kaźni – drzwi do pokoju otworzyły się bez ostrzeżenia i stanął w nich jakiś mężczyzna w lekarskim fartuchu oraz jakaś pielęgniarka.

Mężczyzna stanął jak wryty.

- Myślałem, że załatwiliście wszystko wczoraj – mruknął niechętnie. – Wyszliście bez słowa, pozostawiając za sobą wyrwaną kratę wentylacyjną i otwarte okno oraz jedną z pacjentek z gwałtownym atakiem serca.

Z każdym wypowiadanym przez lekarza słowem ton jego głosu stawał się coraz bardziej zimny. Jego wzrok przyglądał się waszej trójce.

- To, że nie napisałem skargi do waszego przełożonego, zawdzięczacie jedynie mojej sympatii do policji i pracy, którą wykonujecie. Jednak teraz .....

Urwał w pół zdania. Spojrzeliście na niego i stojącą obok niego pielęgniarkę. Lekarz wyglądał zwyczajnie, ale siostrzyczka miała włochate ręce, szczurze oczka a przestrzeń wokół niej otaczały smugi brudnego, tłustego dymu, który znikał na korytarzu.

Wróciliście, lecz najwyraźniej wasze zmysły nadal w jakiś dziwny sposób rejestrowały to, co działo się poza Iluzją.

- Kto raz pozna prawdę, oszaleje lub w niej zostanie – usłyszeliście szyderczy głos przy swoich uszach.

Należał do Unkath.
 
Armiel jest offline  
Stary 13-04-2011, 15:27   #105
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 10755 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Z Alvaro rozstałam się pod samym wejściem do szpitala oddając mu, według prośby, notatki Cohena. Pomacałam się jeszcze po wewnętrznej kieszeni kurtki gdzie spoczywało pudełko uzyskane od Matrony i ruszyłam przed siebie.
Odznaka robiła swoje, pieprzony artefakt pod hasłem „sezamie otwórz się”. Wpisałam się do księgi odwiedzających i dwóch gliniarzy wpuściło mnie do środka bełkocząc pod nosem grzeczne powitanie.
Przysunęłam sobie krzesełko i siedziałam moment wpatrując się w bladą zmaltretowaną twarz Kingston.
- Mam nadzieję, że to zadziała...
Własny głos zabrzmiał głucho, obco.
Otworzyłam wieko pudełka czekając na cud i fajerwerki. Ku mojemu rozczarowaniu nic się jednak nie wydarzyło. Może jedynie, gdzieś na granicy podświadomości, usłyszałam szczurzy pisk i doznałam nieprzyjemnego odczucia jakby coś przebiegło mi po ręce. Kingston niestety nie otworzyła oczu, nie rzuciła żadnego pokrzepiającego tekstu rodem z hollywoodzkich filmów. Wciąż wyglądała jakby jedną nogą stała już we własnym grobie a ja miałam w głowie pustkę, bo co więcej mogłam zrobić? Odsiedziałam chwilę przygryzając paznokcie. Gówno.

Miałam wychodzić kiedy aparatura zaczęła niespodziewanie wariować. Wskaźniki podrygiwały w szalonym kolorowym tańcu i sala rozbłysła jak pieprzone Las Vegas.

Wycofałam się na korytarz kiedy do Kingston wpadł personel medyczny i wywieźli ją w głąb korytarza.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=5GiHIqCyNhs[/media] Zostałam sama. Z błąkającymi się po głowie myślami.
Siedziałam w pustym korytarzu na skrzypiącym plastikowym krześle i gapiłam się bezmyślnie w sufit.

Tik, tak. Tik, tak. Tik, tak...

Ścienny zegar charczał irytująco. Wskazówki mknęły do przodu zupełnie niewzruszone moim gównianym nastrojem. Gapiłam się na nie tak długo aż przestałam zauważać, że się w ogóle poruszają. Korytarz wypełniła upiorna cisza przerywana jedynie...
...miarowym szuraniem pantofli.

Podniosłam wzrok.

Mijała mnie pielęgniarka w schludnym białym fartuchu.
Ruszała się sztywno, nienaturalnie.
Odgarnęła z czoła tłuste splątane włosy i nasze spojrzenia spotkały się na chwilę. Widziałam iskry rozbawienia na dnie jej oczu i kącik ust wygięty prowokująco ku górze.
Zatrzymała się. Kiedy szuranie ustało cisza stałą się dudniąca, nie do wytrzymania. Aż coś się przez nią przebiło. Delikatny cykliczny dźwięk.

Kap.

Kap.
Kap, kap, kap.
Kap, kap, kap, kap, kap, kap.
Plama czerwieni wokół stóp pielęgniarki rosła w pokaźną kałużę. Z jej rozciętych nadgarstków sączyły się czerwone stróżki, ciężkie opasłe krople odrywały się od ciała i w zwolnionym tempie opadały na posadzkę niby samobójcy rzucający się z wysokości.
Boże, boże... Co się dzieje? Czy my zdołaliśmy w ogóle wrócić? A może nadal tam tkwię, po drugiej stronie lustra?
Pielęgniarka zaśmiała się skrzekliwie i sprężystym kłusem ruszyła do sali gdzie zawieźli Kingston. Poderwałam się ze ściśniętym sercem i ruszyłam za nią.

Drzwi były uchylone a z środka dobiegał dziki jazgot. Mieszanina krzyków i basowych pomruków.

Czy chce widzieć? Czy chce tam wejść?
Pchnęłam nieśmiało drzwi.
Bam.
Kilka przedłużających się uderzeń serca.
Bam. Bam, bam.

Sylwetki, strzeliste i upiorne, z rachitycznie wykręconymi kończynami i paszczami uzbrojonymi w długie jak szpikulce zęby.

Bam.
Bam, bam.
Kingston leżąca na stalowym stole. Z otwartą jamą brzuszną i oślizgłymi jelitami wywalającymi się na podłogę.
Bam.
Potwór z zakrwawionym pyskiem zżerający jej wątrobę i zlizujący krew.
Bam, bam.
Przytomne, otwarte oczy Kingston i jej przeraźliwy agonalny skowyt.
Bam.
Jeden z upiorów ruszył w moją stronę. Płaskie zniekształcone stopy odbiły się od ziemi gotowe do skoku.
Bam.
Nie, Goodman. Nie ufaj swoim oczom. One nie otworzyły się naprawdę. Wcale nie... To lekarze. To kurwa, tylko lekarze a to wcale się nie dzieje! Nie dzieje!!!

Bam. Bam. Bam.


Tym razem to nie były uderzenia mojego serca. Huk był za głośny. Za głośny...

Nie pochodził z mojego wnętrza ale z zewnątrz, miażdżył uszy i powodował, że spięłam wszystkie mięśnie.
W dłoni tkwił pistolet z którego oddałam w amoku trzy strzały.
Heh. Heh. Heh.
Zamknęłam oczy. Czas znów zwolnił.
Mój przyspieszony oddech rozrywał klatkę piersiową. Nie mogłam zaczerpnąć tchu.
Hej, heh, heh.
Kiedy ponownie otwarłam powieki makabryczne obrazy rozpłynęły się jak zły sen po przebudzeniu. Ale na podłodze, obok moich stóp leżała zlana krwią pielęgniarka.
Heh, heh, heh.
Płuca pracowały ze świstem jak kocioł maszyny parowej. Pot zlepiał dłonie.

Ktoś pchnął mnie na podłogę, wyrwał broń i boleśnie wykręcił ręce. Poczułam jak wokół nadgarstków zacieśnia się chłód kajdanek.

Nawet się nie broniłam. Z policzkiem wbitym w zimną szpitalną posadzkę patrzyłam jedynie na plamy krwi na białym fartuchu pielęgniarki.

Bam, bam, bam, bam, bam, bam, bam, bam.
Serce nie nadążało. Umysł odsuwał od siebie prawdę.
Bam, bam, bam, bam, bam.
Boże, Goodman, coś ty zrobiła.
Bam, bam.
Zabiłaś człowieka.
Bam.
........

* * *

Tylne siedzenie radiowozu.
Policzek przyklejony do zimnej samochodowej szyby.
Płatki śniegu uderzały w szkło i zamieniały się w długie wilgotne smugi.

Niby łzy.
Dobrze chociaż, że niebo płakało za mnie. Ja nie potrafiłam, a ktoś przecież powinien.

* * *

Komisariat.

Znajome progi wyglądały dziś inaczej.
Już nic nie będzie takie samo.

Czas to zwalniał to przyspieszał. Jakby ktoś kradł mi kawałki życia.

Stałam na progu glinowa a za moment siedziałam już w fotelu naprzeciw Strepsilsa. Zupełnie nie pamiętałam jak się tam znalazłam.

Szef krzyczał ale z potoku słów wyławiałam tylko co niektóre. Większość przelatywała przeze mnie jak przez sito.

co ty odpierdalasz?...
jeśli ona nie przeżyje...
przyjadą wewnętrzni...
...czekać w domu...

Wpatrywałam się z uporem w swoje buty.
Nie ma drugiej strony lustra.
Nigdy nie było.
Jest tylko jedna czarna rzeczywistość i od której nie da się uciec.
Klatka bez prętów i kłódek.
Żyjemy w świecie bez złudzeń, bez nadziei. Pośród potworów.
A teraz i ja stałam się jednym z nich.

- Heh? - bąknęłam nieprzytomnie w odpowiedzi na przedłużającą się ciszę. Strepsil czegoś ode mnie chciał a ja nie miałam pojęcia czego.

- Kurwa, Goodman, czy ty mnie w ogóle słuchasz? Twoja odznaka i broń! Jesteś bezterminowo zawieszona! Zapierdalasz do domu i czekasz na mój telefon aż pojawią się wewnętrzni i zgłosisz się na przesłuchanie. Czy kurwa rozumiesz co się do ciebie mówi?!
Skinęłam.

Kiedy wychodziłam z gabinetu Piguły czułam na sobie lepkie ciekawskie spojrzenia kolegów po fachu. Zabawne... Kolegów. Obcy ludzie. Ślepi, pochłonięci przez swoją rutynę. Nie mający pojęcia co się odpierdala tuż przed ich oczami.

Jednak byli ode mnie lepsi w jednej decydującej sprawie. Oni nie mieli niewinnej krwi na rękach. Ja tak...

Bez odznaki i bez broni czułam się jakby ktoś amputował mi kończynę.
Nic już nie będzie tak jak należy.

* * *

Wsiadłam na motocykl i sięgnęłam po komórkę.
Czułam się jakbym tkwiła w przedłużającym się sennym koszmarze i za nic nie mogła się obudzić.
Ale to był tylko sen.

- To tylko sen, Claire... - wróciły wspomnienia kiedy budziłam się zlana potem, jako mała dziewczynka i Robert siadał wówczas przy mnie i gładził po włosach. - Wiesz, co jest najlepsze w snach? Że kiedy się obudzisz koszmar znika. No już Claire, przestań się bać. Już po wszystkim.

Wybrałam numer Baldricka. Nie wiem po co. Nie oczekiwałam przecież ani zrozumienia ani współczucia. Może po prostu chciałam usłyszeć kogoś kto powie, że nie zwariowałam.

Po drugiej stronie słuchawki odezwał się głos z typową, kpiącą i lekceważącą nutą.

- Cześć Terry. Mam złą i dobrą wiadomość - nawet nie starałam się ukrywać w swoim głosie apatii i rezygnacji. Czułam się jak gówno i tak musiałam brzmieć. - Którą chcesz najpierw?
- Złą, to będzie miła odskocznia - powiedział dobrze znanym tonem.
- Zostajesz w tym śledztwie sam. Zawiesili mnie.
- A zła?
- Do widzenia Terry.

Bip, bip, bip.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 13-04-2011 o 17:24.
liliel jest offline  
Stary 15-04-2011, 01:34   #106
 
Sam_u_raju's Avatar
 
Reputacja: 2438 Sam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputacjęSam_u_raju ma wspaniałą reputację
przy udziale Liliel, Armiela i Bebopa

Ból od dłuższego czasu był mu bratem. Jeżeli nie fizyczny to na pewno ten rozgrywajacy się w wewnątrz jego jestestwa, jego nowego mrocznego ja. Był też i ten drugi, najbardziej bolesny, ten który przyćmiewał wszystkie pozostałe, ból niespełnionej miłości. Od zaraznia wieków w jakich trwała Iluzja miłosć była jej cześcią, wypełniała ją.
Można było mieć jedynie nadzieję, że pieśń miłości pobrzmiewa w ludzkich ciałach echem prawdziwej ich natury, że nie jest wytworem Demiurga by nam mamić prawdę, że nie jest to kolejny łańcuch iluzji. Prawdziwej natury… tego co Claire Goodman niosła przy sobie, prawdziwa postać Jessici Kingston. Jej lumina. To czym naprawdę byliśmy zanim Demiurg wepchnał nas w okowy Iluzji, zanim kazano nam się oblec w ciała. To tak jakby obecnie nam kazano się wysmarować gównem. Trzeba było to zrozumieć by naprawdę, choć trochę móc zacząć postrzegać to wszystko co teraz zaczeliśmy nazywać prawdą.

Tak więc, ból był ich bramą powrotną, kluczem do tego co znali. Do iluzji…

*

- To, że nie napisałem skargi do waszego przełożonego, zawdzięczacie jedynie mojej sympatii do policji i pracy, którą wykonujecie. Jednak teraz ..... – głos lekarza ocucił na nowo zmysły Alvaro. Patrzył się przez chwilę na niego tępym wzrokiem, jak człowiek który dopiero co obudził się z długiego koszmarnego snu. Tylko, że tym razem to on zasnął broniąc się przed prawdą.
Na nowo pojawili się w sali z trzema podłączonymi do aparatur medycznych kobietami.

- Nie mamy złych zamiarów - Goodman podniosła wysoko ręce jak więzień, który chce uniknąć rozstrzelania. - Zostawiłam tylko portfel - poklepała się po wewnętrznej kieszeni kurtki. - Już go mam i wychodzimy. Nie ma potrzeby robić z tego checy panie doktorze – zareagowała najszybciej z naszej trójki. Najszybciej i najsprytniej.

Lekarz obdarzył policjantkę ponurym wzrokiem. Twarz, stojącej obok niego pielęgniarki zafalowała, wydłużyła i przez ułamek sekundy wyglądąła jak pysk jednego ze szczurzych paskudztw Unkath. Dodatkowo jej mlaskający głos, słyszalny dla trójki przybyłych z Metropolis, potwierdził że szczurza królowa dobrze bawiła się całą sytuacją.

W końcu twarz lekarza ściągnęła się w wąską kreskę. Oczy zwęziły się. Mimo niewysokiego wzrostu zdawał się teraz naprawdę groźny. Ale nie tak jak stwory z Metropolis, lecz jak człowiek, który broniąc swoich racji, nie cofnie sie przed niczym.

- Niech państwo opuszczą już teren szpitala - powiedział w końcu.zniechęcony - Jednak, jeśli raz jeszcze złapię którekolwiek z was na nękaniu moich pacjentów, nie będę się wahał. Żegnam.

- Do widzenia Panie Doktorze – Silent po raz chyba setny potwierdził, że pseudonim był mu dany na wyrost - Jeszcze raz proszę nam wybaczyć... Kawał dobrej roboty Pan tutaj wykonuje - dodał już wychodząc. Szanował tego człowieka, który był silnie związany z Iluzją i trwał w jej prawach ale zgodnie z tym co uczono Alvaro, choć fałszywie, blisko mu było do boskich nakazów. Do czegoś co kiedyś było Rafaelowi tak bliskie. Coś co kierowało całym jego życiem…. Życiem w Iluzji, w kłamstwie.

- Jak dla mnie to raczej wy tutaj nękacie pacjentów - Baldrick zmierzył mężczyznę spojrzeniem - W takim momentach właściwie jestem za eutanazją, sanepid nigdy was nie odwiedził? - Zrobił krok w kierunku lekarza, zatrzymał się na kilka sekund po czym minął go i ruszył do drzwi. - Żegnam.

Baldrick, kryjący się za maską swego cynizmu, egoizmu, jakiejś formy wulgarbności, odstraszający wszystko i wszystkich dookoła od siebie… Samotnik.

Nie tym razem Terrence

Czy teraz nikt już w Metropolis nie dba o ludzi? Nikt ich sobie nie ukochał? Są tylko pokarmem? Zabawką? czy to już piekło czy tylko jego przedsionek?” - myśli kołatały w głowie Rafaela kiedy wychodził ze szpitala za pozostałymi. Mysli, czarne, mroczne i pozbawione ważnego czynnika nadziei.

Kiedy patrzył na plecy zbiegajacej po schodach szpitala Claire przypomniał sobie słowa jakie kiedys wyczytał, fragment książki który wyrył mu się w pamięci, którym nie raz karmił swoich podopiecznych:

Nawet jeśli nie jest od razu wzajemna, miłość zdoła przetrwać jedynie wtedy, jeśli istnieje iskierka nadziei - bodaj najmniejsza - że zdobędziemy z czasem ukochaną osobę”.

Teraz te słowa wydawały mu się nic nie warte. Ciężko mu było się przekonać do nich widząc jak Claire na niego patrzy od momentu kiedy wspólnie wkrozyli do Miasta Miast. Czy jest jeszcze nadzieja….
Tylko na co….

Lepsze życie….

Na unicestwienie….

Na miłość….

Zapomnienie….

Tu gdzie teraz jesteśmy nie kłamstwo, lecz prawda zabija nadzieję.

Goodman zatrzymała się dopiero przed szpitalem i automatem z papierosami. Wrzuciła monety, wahała się moment nim odfoliowała paczkę i wepchnęła jednego papierosa do ust. Zapaliła go i zaciągnęła się dymem z nieukrywaną nerwowością.

- Jaki plan? - zaczęła między sztachnięciami. - Ja muszę iść do Kingston. Alvaro nie ma odznaki a ty, Terry, masz się trzymać z daleka żeby nie było drugiej Hiroshimy. Straciliśmy dobę co mnie nie cieszy. Miałam mieć randkę z graficiarzem. Alvaro, nie przejdziesz się tam w pojedynkę? - przez cały czas gapiła się to na twarz Baldricka, to na buty Alvaro i znów na twarz Baldricka.

Silent podszedł do Claire i szybkim ruchem dłoni wyciągnął jej papierosa z ust.
- Nie warto... - dodał jedynie

Spoglądał długo na Claire, obserwując jej dotychczasowe reakcje. Dziwnie sie zachowywala od momentu kiedy odslonili zaslone iluzji. To dziwne zachowanie podtrzymywala nawet tutaj. W iluzji, która ją uksztaltowala. Czy on sie zmienił? Alvaro ponownie spojrzał po sobie.
Cały wyglądał odpowiednio do swego wieku. Jednak zachowanie Claire, próby odgadniecia marki jego butow, temu przeczylo. Przynajmniej tak to odczytywal

- Popatrz na mnie Claire.... I przyzwyczaj się do tego widoku - zablefowal sucho, nawiązując do wyglądu Jacooba podczas jego przemiany - bo będzie już tylko gorzej.

Goodman podniosła głowę i spojrzała prosto w oczy Silenta a najmniejszy choćby ślad emocji nie przebiegł przez jej twarz.

Najmniejszy ślad emocji….

…bodaj iskierka nadziei…

Nic…

- Już się przyzwyczaiłam - sięgnęła po papierosa ciągle dymiącego między palcami wampira i na powrót wepchnęła sobie do ust. - Wybacz, że wcześniej unikaliśmy tematu. Myślałam, że po powrocie wszystko wróci do normy. Nie wróciło. Żeby więc nie było niedomówień ktoś powinien powiedzieć ci to wprost. Wyglądasz jak trup Alvaro - zaciągnęła się nerwowo chociaż ani na moment nie odwróciła wzroku. - Przykro mi.

- Nie powinno Claire... - Rafael odezwal sie glucho. Coś ściskało jego gardło. Coś czego nie powinno być

A jednak…. nie mylił sie

Łudził... Oszukiwał... Nadaremno... Stracił wszystko.. Poświęcił się... Dla czego? Dla innych? Dla wymyślonych praw i reguł? Cholernie głupia kupa mięsa.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=MeFezGJF7mA[/MEDIA]

Gnijącego w dodatku

Okazalo sie, ze trzeba było to przerwać juz wczesniej. I tak nie miał szans....

… bodaj iskierki nadziei…

Jak jednak walczyć z rodzącym się uczuciem? Mozna je jedynie stłumic. Drugiej osoby nie musiał już odtracac... sama to robiła...

- Płacę za swoją decyzję Claire – odezwał się w końcu kiedy na nowo poczuł, że jest w stanie mówić - Jestem trupem. Zmarłem kilka miesięcy temu. Łudziłem się... Jak widać błędnie.... Szkoda, że nie poznałem cię wcześniej - jakaś dziwna nuta zabrzmiała w ostatnim zdaniu - Obyście wy nigdy nie musieli być postawieni przed wyborem przed jakim ja zostałem postawiony – popatrzył na dwójkę ludzi - Iluzja ostatecznie jest lepsza. Co do twojego pytania Claire to odznakę postaram się zdobyć ale najpierw muszę nauczyć się maskować swój zapach bo pewnie cały cuchnę miejscem w którym byliśmy i mój stwórca nie byłby tym faktem zadowolony.
Co dalej Claire? Najpierw powiedzcie mi gdzie jest dokładnie ciało Jess? - rzucił do towarzyszy – wtedy ustalimy co robimy dalej.

- Zaraz się tego dowiemy – Goodman wyciągnęła z kieszeni komórkę i wybrała numer - Ale i tak sądze, że nie powinieneś iść, nawet jeśli załatwisz lewą odznakę. Przypuszczam, że jest pod policyjnym dozorem a każdy glina który ma szansę ci się przyjrzeć może cię przecież rozpoznać.
Odwróciła się plecami do chłopaków i mruknęła do słuchawki.

- Kozlovsky? – telefonem skierowanym do swego byłego partnera, Claire podkreśliła, iż mu ufała a ten na pewno miał dla niej informacje z pierwszej ręki. - Dowiedz się dokąd przewieziono Kingston po wczorajszej akcji w K-Markt. I nawijaj czy złapali tych ochroniarzy podejrzanych za masakrę.

- Ochroniarzy nie złapali – Rafael słyszał głos rozmówcy Claire tak wyraźnie jakby sam z nim romzawiał. Chociaż to miał z tej swego trupiej wampirzej „przemiany” - Ale są wystawione na nich listy gończe. Widać, ze faceci byli umoczeni w sprawę po uszy. W ich mieszkaniach znaleziono jakieś dewocjonalia sado - macho i różne gówna. Uwierzysz, że oddawali cześć jakiemuś jebanemu szczurowi. Na ludzkich łapkach. Ogólnie mieszkali jak w chlewie. Robactwo. Nie myte gary. Jedna wielka chujnia.
Ale z innej beczki. Gdzieś ty była? Piguła się wkurwia na maksa, bo nie mógł złapać wczoraj nikogo od was. Myśleliśmy, że go krew zaleje. Nie wiedział, co ma mówić hienom z prasy. Co do Jess, leży na wewnętrznym. Pod ścisłym nadzorem mundurowego i sztabu lekarzy. Może być głównym świadkiem w sprawie.

Rafael pamiętał, że “wewnętrzny” to było potoczne określenie wśród policjantów szpitala służb mundurowych w Nowym Yorku.

- Dzięki Kozlovsky – Claire rzuciła do słuchawki - Do Strepsilsa sama się zgłoszę ale najpierw wpadnę do Kingston. Podaj mi jeszcze adresy tych flejtuchów masochistów.
Przez chwilę notowała słowa Kozlovkiego po czym przerwała połączenie i odwróciła się do chłopaków.

- Musimy ustalić jakąś wersję Terry. Nie było nas ponad dobę, Strepsils odchodzi od zmysłów jak przystało na troskliwą mamusię, ale jak już się pojawimy i nie podamy mu dobrych wyjaśnień to przepuści nas przez niszczarkę do papieru. No i jak wyjaśnimy nieobecność Cohena?

Zanim Terrence odpowiedział wtrącił się Alvaro.
- Zatem będziecie musieli ułożyć jakąs bajkę dla niego. Mój plan do tego co robimy dalej jest następujący. Podprowadzę Claire najbliżej jak się da do Jess. Tylko po to by chronić luminę gdyby komuś zechciało się ja zawłaszczyć po drodze. Terrence – spojrzał na Baldricka - ufając słowom Unkath, że masz być daleko od miejsca w którym scalimy Kingston chciałbym byś ty w tym czasie kiedy Claire będzie leczyła Jess, znalazł Ewę. Liczę na to, że ona nam pomoże dostać się na audiencję do Nasha. Jak ją zlokalizujesz to dasz mi znać i się spotkamy. Ja też chcę z nia porozmawiać. Mam jeszcze jedną prośbę do ciebie... Postaraj sobie przypomnieć co się działo zanim na nowo odzyskałeś swoje zmysły po Red Hook. W jakiś sposób to jest ważne. Co potem? Potem chcę z wami porozmawiać. wszystkimi. Wszystkimi jacy pozostali w miare sprawni po tej części lustra.

- Ewę? - Goodman nie miała pojęcia o kim mowa, albo po porstu nie wiedziała o co chodzi Rafaelowi

- Pamiętasz spotkanie u Cohena? - spojrzał na Claire - na tablicy wypisał imię i nazwisko których pierwsze litery ułożyły się w imię Ewa

- Pamiętam o niej - rzekł stanowczo Baldrick - Doskonale wiem co mam zrobić Alvie, już wcześniej postanowiłem, że ją znajdę. - Obrócił się tak by widzieć oboje towarzyszy, wygląd Silenta nie powodował u niego jakichś specjalnych odczuć, które odwierciedlałyby mięśnie twarzy. Po prostu jego widok już nie robił na nim takiego wrażenia, nawet jeśli przydałby mu się porządny face lifting z dodatkiem photoshopa - Chlałem przez cały dzień, a prostytutki nie wychodziły nawet z mieszkania. Ostro się zabawiłem i Strepsils tyle powinien wiedzieć.

- Zatem na razie chyba wiemy co mamy robić? Nie zwlekajmy. Terrence pamiętaj, że teraz pracujesz w drużynie, czy To.. ci się to podoba czy nie - poprawił się i uśmiechnął się w duchu na wspomnienie Cohena

- Z całym szacunkiem, to co najwyżej pobożne życzenie bym współpracował, mam jeszcze własną wolę - odparł nieco ostrzej drugi mężczyna - Po prostu róbmy swoje. Nie potrzebujemy rozkazów tylko działania. - Zdawał się być mocno poddenerwowany, a emocje szukały gdzieś ujścia.

- I sobie ją zatrzymaj. Po prostu chce byscie chociaz wy wyszli z tego cało – Rafael szczerze martwił się o współtowarzyszy - Bez całych dodatkowych, obcych lumin, esencji czy jakkolwiek to nazwiesz, podpiętych do waszej duszy. Nie każę cie sie zmieniac, jedynie nagiąć twoje zachowanie wzgledem nas i ostatecznie i siebie. Co do rozkazów to daleko mi do ich wydawania. Poza tym i tak byś zrobił po swojemu.

- Wszystko jedno - powiedział - Coś jeszcze? Muszę złapać taksówkę.

- Jedynie to, że liczę na ciebie... Czekam na telefon – Silent uśmiechnął się blado

- Dobra - rzekł zwięźle Terrence i ruszył w kierunku postoju taksówek - Do zobaczenia.

Alvaro uniósł w gore dłoń uzbrojona w długie szponiaste pazury w geście pożegnania

- A ty? - zapytała Goodman Silenta. - Co zamierzasz?

- Najpierw odprowadzę ciebie by mieć pewność, że jesteście bezpieczne a potem postaram sie skontaktować z kimś kto blefem chciał pociągnąć mnie ku Matronie. Jednak po cichu liczę, że w międzyczasie pojawi się telefon od Baldricka - zerknął w kierunku w którym poszedł detektyw - Poza tym niezależnie od tego jak wyglądam wziąłbym prysznic.

- Alvaro - Claire położyła mu dłoń na ramieniu. - Możesz przez chwilę nie myśleć o tym jak wyglądasz? Wesz co mówią “nie ocenia się książki po okłądce”. Chwilowo nie masz wpływu na to jak postrzegają cię nasze oczy. Po co to roztrząsać? Poza tym to gówno warty detal. Musimy się skupić a tym co ważne.

Moze byłoby mi łatwiej gdyby mi tak na Tobie nie zalezało” – ten pomyślał i jedynie skinął dziewczynie potakująco głową.

Wsiadła na swój motocykl zaparkowany niedaleko szpitala i podała Alvaro drugi kask. - Czas goni. Wskakuj.

Alvaro przyjął kask i przez chwilkę się w niego wpatrywał wspominając niedawno sprzedanego Harleya. Stare czasy... Usiadł za Claire jako pasażer.

Mknęli ulicami miasta a mroźny wiatr rozbijał się o ich kaski. Rafaelowi szybko skostniały dłonie pomimo rękawiczek jakie na nie założył. Po kilkunastu minutach dojechali do kolejnego szpitala. Tym razem tego do którego zwożeni byli głównie funkcjonariusze policji. Na szczeście dojechali bez jakichkolwiek większych przygód i dziwnych spotkan z mieszkańcami Metropolis.

- Będę pod telefonem - rzuciła Claire na odchodnym. Motor zaparkowała niedaleko szpitala - I oczywiście dam wam znać jak poszło z Kingston.

- Będę wdzięczny – Rafael uśmiechnął się choć dla Goodman pewnie ten uśmiech nie wyglądał najlepiej - acha ,Claire byłbym zapomniał. Ty teraz z Baldrickiem będziecie zajęci więc ja zerknąłbym w notatki, które dał tobie Patrick - wysunął dłoń w kierunku kobiety

Po chwili w jego rękach znalazł się notes jednego z najlepszych detektywów Nowojorskiej Policji z jakim przyszło mu pracować, notatnik Cohena. Do notatnika drugiego cenionego przez Rafaela policjanta nie miał dostepu bo Baldrick wszystko notował w głowie.
Alvaro patrzył za Claire tak długo aż nie zniknęła w drzwiach szpitala. Patrzył nawet wtedy kiedy zamknęły się za nia automatyczne drzwi. Miał dziwne przecucie, że stanie się coś niedobrego, tak jak wtedy kiedy zgasło światło podczas jego wizyty u Cohena co skończyło się zniknięciem Jess.
Boże Claire nie daj się

Rafael skierował swoje kroki w kierunku metra.



Wysiadł na jednym z głównych węzłów komunikacyjnych i od razu swoje kroki skierował w kierunku baru w którym wczoraj jadł śniadanie z Astarothem. Liczył na to, że ten zechce mu towarzyszyć.
Mylił się. Anioł Śmierci za nic sobie miał to, że odzyskali lumine Jess i część esencji jego samego.
Trudno. Jak go przyszpili to się pojawi.
Dla spokojności wykonał jeszcze telefon na numer z którego ostatnio dzwnoił Nash Tharoth. Tak jak się spodziewał. Zero odzewu.
Alvaro nie tracił czasu. Zamówił coś do jedzenia i gorąca kawę i zanurzył się w lekturze notatek Patricka Cohena. Dość szybko natrafił na ciekawy dla niego fragment. Staranne pismo Cohena odkryło przed wampirem adres niejakiego Jerremyego Seala, przy danych osobowych którego patolog zapisał również pseudonim „Głos Diabła”. Krótka notatka zdradziła, że jest on przywódcą sekty wyznającej Astarotha.

Kolejna możliwość dostania się do Anioła Śmierci” – Alvaro schował notatki i dokończył jedzenie. Przed wyjściem z lokalu i udaniem się pod adres zamieszkania Seala dopił kawę i wysłał wiadomośc pod numer z jakiego dzwonił do niego niejaki Zdradzony. Wiadomość brzmiała krótko.

Jak zerwać się ze smyczy Jacooba i co najważniejsze Togariniego…?

Liczył na to, że Zdradzony ponownie się z nim skontaktuje.
Ale jak to już wspomniał nadzieja matką głupich

...a że on do nich należał

Wyszedł z baru…
 

Ostatnio edytowane przez Sam_u_raju : 07-05-2011 o 00:27. Powód: wrzuciłem tytuł + drobne dodatki nie zmieniające zamiarów Alviego
Sam_u_raju jest offline  
Stary 16-04-2011, 17:29   #107
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 7046 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
post we współpracy z Dominikiem i MG

W bramie otworzyło się wąskie okienko. Pojawiła się w nim paskudna morda szczurołaka.

- Czego chcecie? Matrona skończyła audiencję.

- Przekażcie czcigodnej Unkath, że Patrick Cohen również szanuje składane przez siebie obietnice i skoro wymianę grzeczności mamy już za sobą, jestem gotów porozmawiać o właściwej transakcji i stawce, którą obiecałem postawić.

- Zaczekaj.

Nie trwało to zbyt długo. Na pewno szybciej, niż wtedy. Wrota otworzyły się przed nimi ponownie. Znajomy szczurołak poprowadził ich szerokim tunelem w stronę leża Matrony. Unkath czekała. Jak wcześniej otaczał ją wianuszek dzieci - szczurów. Zarośnięta bryła nieforemnego tłuszczu zafalowała, co było chyba oznaką zadowolenia.

- Wiedziałam, że wrócisz - powiedziała Matrona. - Nie sądziłam jednak ze tak szybko i że przywleczesz tutaj jego.

Spojrzała w stronę Granda.

- Nie widziałem żadnego powodu by czekać. Wywiązałaś się ze swojego przyrzeczenia, teraz moja kolej. - powiedział Cohen nie dając Grandowi dojść do głosu. - Legionista jest częścią tego równania. Obiecałem złożyć ofertę, oto ona: oddam ci Luminę Zdrajcy w zamian za wiedzę o porywaczach, miejscu przetrzymywania i każdej innej posiadanej przez ciebie informacji na temat Tashy Kalinsky, a także trwałe uniezależnienie mojego przyjaciela od Togariniego i bezpieczne wyjście do Metropolis z ominięciem jego czekających na zewnątrz przełożonych. Jako dodatkowy miły gest z twojej strony potraktuję, jeśli pozwolisz nam skorzystać ze swojej bramy do iluzji, jeśli kiedykolwiek tu wrócimy.

- Dużo żądasz. Mogę zgodzić się na poszukanie tej osoby, o którą pytasz. Jeśli masz coś, co do niej należy moje dzieci wytropią ją dość szybko. Mało co umyka naszym zmysłom. Druga sprawa - legionista. To raczej jest awykonalne. Możemy jednak dla ciebie go zabić. Przerwiemy jego męki i w ten sposób powróci do więzienia życia oczywiście bez pamięci o tych wydarzeniach i swoim wcześniejszym istnieniu. Jak zawsze. Wyjście z Metroplis. Cóż. Tak naprawdę to nigdy do niego nie wchodziliście. Więc to nie będzie trudne. Ale chyba lepiej dla was byłoby pozostać tutaj. Na zawsze.

- Żądam dużo i oferuję dużo. Dzięki temu oboje powinniśmy zakończyć tą rozmowę bogatsi i bliżsi realizacji swoich celów. - odpowiedział spokojnie - Zacznijmy od legionisty. Zabić może się sam, chodzi mi o jakieś rozwiązanie, które pozwoli nam zachować jego esencję i wspomnienia, a także zapewni jakieś ciało w którym będzie mi mógł towarzyszyć. Jest członkiem naszego stada i jest mi potrzebny tu i teraz. Nie oczekujemy, że przerwiesz jego głód jednym słowem, zdajemy sobie sprawę, że nie jest to łatwe i może wiązać się z dodatkowymi komplikacjami. Wiesz wiele i możesz wiele, potrafisz wyciągać dusze z ciał, potrafisz sprawić by do nich wróciły, wiesz o rzeczach, których my nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Jeśli sama nie umiesz tego przeprowadzić, być może znasz sposób, lub osobę, która to potrafi. Jakie są możliwości?

- Źle mnie zrozumiałeś, człowieku - zaszczebiotała Matrona. - Mówię, że żądasz bardzo wiele za jedną trzecią czegoś, co w takiej ilości nie ma aż takiej ceny, jak sądzisz. Już raz poszłam na ustępstwo względem ciebie. Okazałam dobrą wolę. Twoja część esencji Zdrajcy w zamian za wiedzę o tej dziewczynie i … pewne informacje na temat kogoś, kto specjalizuje się w opętaniach. Bo to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. Transfer jednej duszy w ciało innej istoty zwany przez mieszkańców za kratami opętaniem. To powinno wam wystarczyć, aby twój towarzysz znalazł się na powrót w okowach Iluzji.

Cohen przez chwilę milczał, rozważając słowa szczurzycy.

- Doceniam twą dobrą wolę, szacowna Unkath, dlatego właśnie do naszej rozmowy doszło tak szybko. Dlatego też nie zawaham się przed przeprowadzeniem na sobie ekstrakcji. Sądzę, że oferuję coś wartościowego dla Zdrajcy, co w połączeniu z Luminą, którą już zdobyłaś od Jess pozwoli ci z nim rozmawiać z silnej pozycji i osiągnąć efekt korzystniejszy dla siebie i twego potomstwa. Nie więcej, ale i nie mniej. Nie uważam, by moje żądania były wygórowane - to niezbędne minimum, które pozwoli mi działać bez cząstki Astarota i uczestnictwa w jego planach, a także uniezależni naszą grupę od Togariniego, co w obecnej sytuacji. leży w najlepszym interesie nas obojga. - zamilkł na chwilę. - Czy rozwiązanie o którym mówisz pozwoli Grandowi żyć bez pokarmu legionistów? Czy zerwie więź z jego wieżą?

- Tak. To rozwiązanie zerwie tą wieź. Ale Nadzorca znów może narzucić mu swoją smycz. I jeśli zechce i zada sobie trudu, znajdzie go prędzej czy później. Co do luminy. Może nie wyraziłam się jasno. Oddałam tej waszej małej suce całość tego, co jej zabrałam. Całość, człowieku. Łącznie z częścią Zdrajcy. W niej było to za bardzo zakorzenione, bym była w stanie dokonać podzielonej ekstrakcji. Nawet nie wiem, czy jest to możliwe. Zatem pozostałam z niczym, poza obietnicą spotkania ze Zdrajcą. Z niczym, co do niego należy. To wróci tam, gdzie się … zasymilowało. Do Jessici Kingston.

Najpierw Cohena zwyczajnie zatkało. Bardziej niż implikacje wynikające ze słów szczurzycy zaskoczył go fakt, że mógł to przeoczyć. A jednak. Gdy odtworzył sobie w głowie przebieg rozmowy fakty zdawały się oczywiste. Jak mogło mu to umknąć? Już zaczynał swoim zwyczajem kląć na siebie w duchu, ale szybko się opanował. Przyklęknął i opuścił głowę.

- Dopiero teraz zrozumiałem istotę naszego układu. Nieuwaga umniejszyła twoją wielkoduszność w moich oczach, przez co wypowiedziałem słowa, które mogły być dla ciebie obraźliwe. Wybacz. - nie wstając uniósł głowę - Twoje zrozumienie sytuacji, Matrono było jednak pełne. Z własnej woli oddałaś luminę w zamian za spotkanie. Teraz, z pełnym i ogromnym szacunkiem dla twej uczciwości, prowadzimy następną rozmowę o innej stawce. - poświęcił moment na ułożenie sobie w głowie kolejnego zdania - Chcę ci przekazać tą luminę. Nie umiem ocenić ile jest warta, ale wiem że Astarotowi na niej zależy i zabijają się o nią dwa inne Anioły Śmierci. Chętnie oddam ją tobie, bo mimo że jak inni lekką ręką zabijasz, twoje słowo jest dla ciebie święte i coś znaczy. To o czym teraz rozmawiamy, to szczegóły techniczne, które pozwolą mojej grupie uniezależnić się od Aniołów Śmierci i zrealizować swoje cele bez ich łaski. I Luminy.

Teraz dopiero pozwolił sobie by wstać.

- Ale znów krążę w kółko. Człowiek, o którym mówisz: ważne jest dla mnie, by spotkanie z nim mogło dojść do skutku zanim Clausa dopadnie głód.

- Nie powiedziałam, że to człowiek. Ale to nie zmienia faktu, że wiem, gdzie go można znaleźć. Co więcej, moje dzieci mogą was tam zaprowadzić. Jednak targi, jakie z nim ustalicie, nie są moimi targami i nie wliczamy ich do naszego paktu. To czy go przekonacie, czy nie do pomocy legioniście, zależy tylko od was. Moją częścią transakcji jest jedynie wskazanie wam tej istoty. I wskazanie jej zamknie drugą część zapłaty, jakiej żądasz, człowieku, za naszą wymianę. Powiem ci coś jednak w tajemnicy, śmiertelniku, Bo wzbudzasz we mnie niechcianą sympatię. Tym, którzy szukają luminy Zdrajcy nie zależy na niej samej. Zależy na poznaniu tajemnicy, jaką skrywa ta esencja. tajemnicy, która temu, kto ją pozna, da potężne szanse w toczącej się wojnie. Szczerze mówiąc, myślę że wybór strony Zdrajcy jest dość opłacalnym. Dlatego zdecydowałam się go poszukać przy pomocy jego marionetek. Dlatego w Iluzji zwracałam waszą uwagę na pewne fakty. Dużo mi ułatwiłeś śmiertelniku. Naprawdę dużo. A oddając się w moją władzę - poprzez oddanie mi tej luminy, mimo że wiesz, jak może się to dla ciebie zakończyć - daje mi podstawy sądzisz, że albo jesteś honorowym nie mającym nic do stracenia człowiekiem, albo masz zamiar mnie oszukać. Chętnie się przekonam, na co się zdecydowałeś. Phphiphiphi - ostatnie zdanie było śmiechem.

Z pomiędzy jej nóg wypłynął kolejny szczurzy pomiot i pochwycony przez “akuszerów” powędrował gdzieś na tyły komory.

- Dziękuję, za to drobne pochlebstwo o honorze. - Odparł patolog - Mam jednak do stracenia niemal wszystko, a ryzykuję nie tylko ze względu na dane ci słowo, ale także dlatego, że uważam, że może mi to przynieść korzyści. Mi lub ludziom na których mi zależy. Skoro już tak sobie sympatycznie rozmawiamy: Nie stanę po żadnej stronie, z którą nie będę się mógł identyfikować. Zostałem marionetką Astarota nie z własnej woli i przekazując ci tą cząstkę mam nadzieję ostatecznie zerwać jego sznurki. Zdrajcę nie bez przyczyny nazywasz Zdrajcą. Gdyby raczył choćby poinformować mnie, że zrobił ze mnie swoją pacynkę, zawarł jakąkolwiek umowę, być może ta rozmowa potoczyłaby się inaczej. Uważaj na niego Matrono.

- Grand - zwrócił się do Legionisty - Nie chcę, żebyś z taką decyzją zdawał się na mnie. Co myślisz o tym opętaniu?

- Dużo ryzykujesz, a brak wspomnień może być raczej wadą niż zaletą . Gdy stanę się jakimś dzieckiem albo grubą baba bez wspomnień przeszłości na niewiele sie wam przydam. . hmmm zdaję się że za dużo o tym myślę . Nie wiem czy i jak nam się to uda ale...- Grand się zamyślił.

- Wspomnienia zachowasz, chyba że znowu coś mi umknęło. Wydaje mi się, że lepiej być żywą i wolną grubą babą, niż martwym Brucem Willisem uwiązanym na smyczy w Metropolis. Ale to będą osobne negocjacje w czasie których może wydarzyć się wszystko. Na tym polega ryzyko. Co do mojego ryzyka - pogodziłem się z nim, nie myśl o tym na razie. Pytam czy taki układ pasuje tobie?

- Jeśli będę mógł dzięki temu dokończyć co zaczęliśmy to tak. Cokolwiek nie dzieliło mnie i ludzi z wydziału zawsze byłem z wami. Wiesz o tym - Clause położył rękę na ramieniu patologa. - Ufam ci Cohen.

- Tego właśnie się obawiam - mruknął Cohen z dziwnym uśmiechem - Doceniam twoje zaufanie, ale nie mogę wziąć na siebie takiej odpowiedzialności. Mogę ci zagwarantować tylko tyle, że pójdziemy tam razem i będę wychodził siebie, by doprowadzić to do końca. A i to tylko pod warunkiem, że nie nastąpi jakiś wypadek przy ekstrakcji. Więc zanim się zgodzę, chcę, żebyś sam ocenił zagrożenie i szanse dotyczące ciebie i powiedział czy zgadzasz się na te warunki. Wystarczy mi krótkie "tak" lub "nie".

-Zróbmy to Cohen- powiedziałem pełen powagi zakładając na twarz ponownie maskę którą wcześniej zdjąłem.

Patolog skinął głową, po czym zwrócił się do Szczurzycy.

- Więc ten punkt umowy mamy ustalony. Druga sprawa - gdy tu przyszedłem powiedziałaś, Matrono, że wiesz, gdzie mogę znaleźć tą którą szukam. Że wiesz gdzie ją trzymają. Rozumiem, że niezależnie od tego, czego miałyby szukać twoje dzieci, masz już jakieś informacje. Moje pytanie brzmi - co konkretnie możesz mi przekazać już teraz, a czego dopiero dowiedzą się twoi zwiadowcy. Chciałbym też wiedzieć, jak oceniasz czas, jaki im to zajmie.

- Będą wiedzieli wszystko, nim załatwicie sprawę legionisty. Miejsce w którym się skrywa lub jet przetrzymywana, rozkład sil i mocy jakie ją strzegą. Wszystko.

- To mnie satysfakcjonuje. - powiedział po krótkim namyśle - Ostatnia kwestia: podział ryzyka. Jak sama zauważyłaś, przeprowadzenie ekstrakcji wiąże się ze sporym niebezpieczeństwem... wypadku. Istnieje możliwość, że niezależnie od naszych intencji i woli, również moja lumina zaplącze się w luminę Astarota. Nie znam się na tym. Chcę, byś zrobiła wszystko co możliwe, by tak się nie stało i wierzę, że to zrobisz. To ryzyko biorę w całości na siebie: Jeśli mimo to zdarzy się wypadek, lumina - zarówno Astarota jak moja własna - należy do ciebie. W zamian proszę, by proces mógł odbyć się po tym, jak załatwimy sprawę Legionisty, a przed przekazaniem mi informacji o Kalinsky. Chciałbym wesprzeć Granda w rozmowie z istotą, do której idziemy i od tego wsparcia może wiele zależeć. Jeśli ekstrakcja się nie uda będzie to niemożliwe. Co ty na to?

- Zgadzam się na twoje warunki, człowieku. On nazywa się Marou. Upadł jeszcze przez zniknięciem Demiurga. To wyjątkowo wredny skurwiel, ale lubi śmiałych debili, więc pewnie polubi i was. Na waszym miejscu zgodziłabym się na jego propozycje ile zachce z wami rozmawiać. Jeśli będziecie gotowi, by udać się do jego Domu Luster, moje dzieci zaprowadzą was tunelami. Warunkiem będzie przesłonięcie wam oczu. By wasze ludzkie umysły nie popadły w skrajne szaleństwo.

- Zatem, szacowna Unkath, mamy umowę. - skłonił się lekko samą głową - Bardziej gotowi, niż w tej chwili już nie będziemy. Ruszajmy.

Podróż była długa i szli pod ziemią. Tyle wiedzieli. Bo przez cały czas mieli zawiązane oczy. Ale nie uszy. Wizgi, mlaskania, wycia i piekielne dźwięki. Ale nie nos. Odór gnijących zwłok, gówna, krwi, śluzu i Bóg wie czego. Ale nie skórę. Coś po niej spływało, coś do niej się przyklejało, coś wżerało. Ale nie smak. Na ustach pozostawał posmak tego wszystkiego, co czuli w nozdrzach i na swojej skórze.

W końcu najwyraźniej dotarli. Szczurołaki zdjęły im opaski z oczu i wskazały cel. Był nim lunapark. Wielkie, przerdzewiałe koło młyńskie górowało nad nim. Teren otoczony siatką na której szczycie wiły się pędy drutu kolczastego. Dosłownie - wiły. Z lunaparku dolatywały ich urwane, zniekształcone dźwięki karuzeli, mechanicznych zabawek raz za razem przerywane upiornym krzykiem.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=v2Yb5jzRTBI[/MEDIA]

- Uroczo. - Mruknął Cohen lustrując wzrokiem panoramę - jest coś co powinniśmy wiedzieć o tym miejscu, zanim tam wejdziemy? - zagadnął szczurołaki - Chciałbym, żeby obiecana lumina wróciła do Matrony możliwie w jednym kawałku.

- On jessssst w sssali lussster - syknął jeden z nich. - Nie rozmawiajcie z nikim. Nie okazujcie sssstrachu. Nie wchodźcie nigdzie innndziej. Zaczekamy tuuutaj. Na wassss.

- Dzięki. Podbudowaliście mnie - westchnął patolog i ruszył w stronę ogrodzenia, mamrocząc pod nosem coś, co do złudzenia przypominało “nienawidzę klaunów”

Wejście do lunaparku jest toporne i ponure. Kuta na zimo w żelazie brama rozmiarami dorównująca sporemu budynkowi. Kiedy ją przekraczacie słychać dziwne chichoty i wrzaski. Cohen miał wrażenie, że mija kilka osób. Jedna z nich zdawała się mieć przyrośniętego do barków dzieciaka. Druga trzymała w rękach jakiś unoszący się w gorę przedmiot. Były niczym duchy lub wyblakłe cienie. Szybko jednak znikły, niczym mgła na wietrze.
Weszliście na teren lunaparku. Po prawej stronie pierwsza atrakcja - karuzela. Zbudowana z mechanicznych i organicznych substancji. Koniki obciągnięte skórą i drutem kolczastym. Małe postacie dzieci, wyglądające jakby ktoś obdarł je ze skóry lub spalił napalmem. Z kawałków zwęglonego lub krwawiącego mięsa tu i ówdzie wydobywają się metalowe ostrza lub jakieś stalowe ustrojstwa. Dzieci wyją, cienkimi przenikliwymi piskami. Koło karuzeli stoi jakaś postać. Wysoka i chuda, Przypomina skrzyżowanie owada z człowiekiem. Niczym antropomorficzna modliszka z twarzą szaleńca.

Gdyby ktoś zlepił kolaż ze wszystkich demonów dzieciństwa Cohena - nie... nie wyglądałoby w połowie upiornie jak to tutaj. Ale z pewnością utrzymane by było w podobnej tematyce. Patolog był blady, a bramę przekroczył niczym skazaniec.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 16-04-2011 o 17:32.
Gryf jest offline  
Stary 17-04-2011, 08:50   #108
 
Dominik "DOM" Jarrett's Avatar
 
Reputacja: 15 Dominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znanyDominik "DOM" Jarrett nie jest za bardzo znany
- Mów, jeśli zobaczysz jakiś gabinet luster. - Rzucił stronę Granda, starając się rozglądać dokładnie tyle ile to absolutnie konieczne, by znaleźć poszukiwany obiekt.

Szedłem tuż obok Cohena. Wyglądaliśmy jak dwaj Sheryfowie w jakimś kiepskim filmie z lat 70-tych. Nie rozglądałem się zbytnio. Spod maski w końcu wydobył się głos
-Urocze miejsce na pierwszą randkę nie sądzisz- żart raczej nie na miejscu.
Na prośbę patologa skinąłem tylko głową która od razu zamarła spowrotem w poprzedniej pozycji, jedynie ruch oczu wskazywał na to że czegoś wypatruję...

Na miejscu czy nie, żart spowodował, że Cohen wybuchnął śmiechem, a jego kroki stały się pewniejsze. Lęki związane z dziecięcymi fobiami ustąpiły, zostawiając miejsce normalnemu, zdrowemu strachowi. Nad tym już umiał panować. Ponownie przypominał faceta, który niedawno pertraktował ze Szczurzycą.

W końcu go znajdujecie. Gabinet luster. Nawet niezbyt daleko od wejścia do lunaparku. Niesymetryuczne, pokrzywione krawędzie ościeżnicy przywodzą na myśl szalony, niegeometryczny sen. Coś jest nie tak w tym całym wejściu i pulsującym czerwienią krwi lampionie nad nim. Coś wręcz doprowadza wasze zmysły do irracjonalnych myśli o rychłej smierci. Mówi - uciekajcie stąd jak najdalej się da!. Nie wchodźcie tam! I cisza, jaka bije ze srodka w zestawianiu z odgłosami “lunaparku” przeraża jeszcze bardziej.

Było za późno, żeby zawrócić. Czekanie i zastanawianie się mogło jedynie pogłębić ich przerażenie, aż do punktu, w którym stracą jakąkolwiek możliwość działania. Cohen nie zwolnił i pewnym krokiem wszedł w zasięg pulsującego światła, a dalej wprost w objęcia groteskowej ościeżnicy.
- Nowojorska Policja, detektywi Grand i Cohen - jakkolwiek bezsensownie brzmiały te słowa w tym miejscu, dodały mu dość odwagi, by mówić dalej - Przyprowadziły nas tu dzieci Matrony Unkath. Szukamy tego, którego wołają Marou.

Chichot, który dobiegł do was ze środka zmroził krew w żyłach. Tak nie śmiał się nikt normalny, nikt przy zdrowych zmysłach.
- To chyba nie jest wasza jurysdykcja - śmiejąc się odpowiedział jakiś głos. - Wejdźcie jednak, jeśli nie boicie się mojego gabinetu luster.

- Wolę się nawet zastanawiać o co chodzi z lustrami, ale na wszelki wypadek się nie rozdzielajmy. - powiedział do mnie po czym ruszył przodem.

-Dobra myśl. Pamętaj wrazie czego tłucz lustra, w nich pewnie jego siła. - pozwoliłem sobie na wniosek który nie koniecznie był słuszny ale lepiej robić cokolwiek niż nie robić nic. Wszedłem w blask czerwieni za Cohenem

- Jakiekolwiek stłuczenie lustra, legionisto, zakończy wszelkie próby rozmowy. Zresztą. Co mi tam. Wypierdalaj stąd natychmiast. Nie chce mi z tobą gadać. - Głos był stnowczy i kipiał gniewem. W lustrach pojawiły sie twarze. Setki twarzy. Różnych. Starcyh, młodych, kobiet, dzieci. A Grandowi przypomniało się zdanie z biblii - Mam wiele imion. Legion. Skurwiel miał słuch jak mysz.

- Nikt niczego nie będzie tłukł. - Cohen wzniósł ręce w uspokajającym geście - Przyjaciel jedynie udzielił mi niezbyt rozsądnej rady. Jego językowi zdarza się wyprzedzać myśli, ale w tym obłędzie jest zwykle jakaś metoda. Jako, że rozmowa ma dotyczyć jego osoby, wolałbym, żeby był obecny, nawet jeśli nie zechcesz z nim rozmawiać.

- Nie zechcę rozmawiać z nikim z was. Gość, który po przekroczeniu progu od razu chce rozwalać dom gosodarza i jego koleżka nie są tutaj mile widziani. Compedre? Moze w chlewie Matrony takie zachowanie ujdzie, ale nie w moim asylum. Wyraziłem się dość jasno. Koleżka zamiast dzień dobry powiedział pocałuj mnie w dupę. To tyle. Nie zwykłem się powtarzać. Żegnam.

Cohen wbił wymowne, wyczekujące spojrzenie we mnie a ja nie wiedziałem co powiedzieć... prawie jak nigdy.

-Wybacz nie takt- skłoniłem się sam nie wiem do czego, do którego lustra, do której twarzy- Twoja reputacja cię mocno wyprzedza i ziarno strachu spowodowało moje bezczelne zachowanie. Pozwól że zaczniemy raz jeszcze. - stuknąłem dwa razy w futrynę lustra przy którym stałem. - PUK PUK, Panie! Wstąpiliśmy w progi twojego królestwa z prośbą i błaganiem.... jak i z informacjami.- liczyłem na to że ktoś zamieszkujący gabinet luster ma poczucie humoru ale nie chciałem okazać igorancji więc dowcip o tym jak Angielskie starsze małżeństwo kupuje dzieci od ubogiej Ukrainki pozostawiłem sobie na deser.

- Mów ten dowcip.

„Co on kurwa czyta w myślach?”- pomyślałem

Cohen kiwnął zachęcająco głową. Zrobił to chyba bezwiednie, nie tracąc z twarzy wyrazu śmiertelnej powagi, ale było w tym geście coś zabawnego. Coś z mamy-kaczuszki popychającej młode kaczątko do pierwszego wejścia do wody.


-Angielskie małżeństwo na wycieczce w Ukraińskie wiejskie tereny poznaje młodą dziewczynę w ciąży. Ta chcąc wyjść z biedy proponuje im sprzedaż za $15000
swoje nowo narodzone dziecko. Małżeństwo wiedząc że nie mogą mieć własnych dzieci zgadza się. Po roku odwiedzają Ukraińskie wsie i sytuacja się powtarza. Godzą się. Kolejny rok Ukrainka znów świeżo po porodzie odwiedza odpoczywających w hotelu Anglików proponując to samo co przez ostatnie dwa lata. Angielski lord patrzy na nią pociągając fajkę i w końcu mówi
-Nie , nie tym razem. Wie pani mamy już pełną zamrażarkę a już zdążyliśmy kupić świniaka na najbliższ świeta- roześmiałem się rozluźniając atmosferę właściwie sam do siebie.

- Kiepskie. Przepłacili, z tego co się orientuję. Niemowlę waży kilka kilo. Świniak kilkadziesiąt. I kosztuje o wiele mniej. Ale przyznaję, niemowlęce mięsko nie ma sobie równych. Kawał nawet zabawny. Ta Ukraińka najwyraźniej nieźle przerobiła tego lorda a on się dał, jak to mówią ludzie, wyruchać bez wazeliny. Powiedzie czego chcecie, nim podejmę ostateczną decyzję, czy was wpuścić. Legionista mojego starszego brata i człowiek, który niedługo spłonie jak snopek słomy w pożarze gospodarstwa. Mówcie. Czekam.

-Chcemy błagać cię Panie byś uwolnił mnie od woli twojego brata, głodu pokarmu i wysłał do Iluzji w inne żywe ciało. Matrona powiedziałą że w swojej wielkości jesteś jedynym który może to zrobić... Wiem że prosimy o wiele ale gra jest warta świeczki. Dużo możesz Panie zyskać.- powiedziałem nie dając mu czekać .

- Co ? Co możecie mi zaoferować? Bo nie wiem czy jest sens tracić czas na rozmowę z wami.

-Profitów jest kilka. - zagrałem vabank- Po pierwsze z jakiegoś powodu twojemu bratu zależy na mnie . Inaczej nie wysyłał by za mną nadzorców którzy próbują mnie przekonać do powrotu. Poprostu powinien poczekać aż zdechną. - nabrałem powietrza w płuca i przejżawszy sie w jednym z wierciadeł i przecierając łysinę kontynuowałem - Po drugie nasza grupa chodź jesteśmy jedynie “małpkami” w jakiś dziwny sposób zwróciła na siebię waszą uwagę... Po trzecie... Miałbyś satysfakcję z wyciętego bratu kawału a na dodatek miałbyś naszą wdzięczność. Niestety Luminę tego który zdradził już przehandlowalismy więc będziesz wiedział z kim pertraktować jeśli i ty jesteś zainteresowany tą “kolekcją.

- Mówisz kompletnie bez sensu. Nie interesuję mnie psikusy wycinane mojemu bratu. Nie interesuje mnie wasza wdzięczność i szczerze mówiąc wolałbym wdzięczność kulawego łosia niż twoją. Więcej satysfakcji, bo kulawe łosie nie bywają tak często wdzięczne jak ty. . I jakim jest dla mnie profitem, to, że mojemu bratu na tobie zależy i chce twojego powrotu. Co to ma ze mną wspólnego. Jaką ja mam mieć z tego twojego “po pierwsze” korzyść? Bo kompletnie jej tam nie widzę. A co do luminy, na jaką cholerę mi ona. Niech żrą się o nią ci, których to kręci. Moja pozycja jest stabilna i niezagrożona. Nie masz dla mnie nic interesującego, jak widzę. Postaraj się lepiej, albo możesz wracać do tej tłustej dziwki. Może nawet pozwoli ci się pokryć. Jesteście siebie warci. Jak dla mnie.


Twarze w lustrach wykrzywiły się złośliwie i zaczęły szyderczo śmiać. Szybko jednak ucichły.

Po paru sekundach niezręcznej ciszy, odezwał się Cohen:
- Sprawa wygląda tak: z różnych względów potrzebujemy dla tego tutaj dowcipnisia nowego ciała. Jesteśmy tu, bo Matrona poleciła ciebie, jako specjalistę od opętań. W zamian, cóż, wymień cenę. Może wyglądamy niepozornie, ale w podobnym składzie udało nam się już nie dopuścić, by Astarot, zrobił z siebie Demiurga. Znamy się na szukaniu różnych rzeczy, osób, dochodzeniu do prawdy. Myślę, że znajdziesz sposób, w jaki moglibyśmy odpracować przysługę, o którą prosimy.

- Chcecie przerzucić tego Legionistę do Iluzji. Ma kogoś opętać? Dobrze rozumiem?

- Chcemy przerzucić Legionistę i odczepić go ze smyczy właściciela. Opętanie to jedyny środek, o którym na razie słyszeliśmy.

- Cena. Wstępnie żądam ofiary z dziecka co nów w moim imieniu w określonym rytuale, który przekażę do jego głowy. Przerwanie kręgu ofiarnego cofnie opętanie. Próba negocjacji ceny podniesie żądanie. Akceptujecie?

- To dobre wstępne rządanie. Wiemy już na czym stoimy - Cohen myślał tylko przez chwilę, ale w ciągu jej trwania ani razu nie spojrzał w stronę Granda, albo uznał jego zdanie na temat oferty za oczywiste, albo nieistotne - Pertraktacje to dodatkowe koszty? W porządku, rozumiem i akceptuję, twój czas jest cenny. A teraz do rzeczy: gdy przekroczyłem próg twojego domu przedstawiłem się. Nas. Siłę którą reprezentujemy. Jakkolwiek mała by ona nie była, podlega pewnym prawom. Są takie które pozwalamy sobie czasem łamać, ale też takie, które są dla nas święte i nieprzekraczalne. Prawa, których złamanie odbiorą jakikolwiek sens naszym dalszym działaniom z opętaniem włącznie. Dlatego twoja cena jest dla nas niemożliwa do zaakceptowania. Nie ma zgody na morderstwa. Ani dzieci, ani kogokolwiek.

W ciągu całego monologu pewnie patrzył w lustro znajdujące się bezpośrednio przed nim, po krótkiej pauzie ruszył dalej.

- Cena musi być jednak zapłacona i zgodnie z umową musi być wyższa. Moja kontrpropozycja: Grad co nów złoży w ofierze symboliczną ofiarę krwi, opowie ci przyzwoity dowcip lub zrobi cokolwiek, co zapewni cię o tym, że pamięta od kogo otrzymał swój dar i go szanuje. Sami sobie dogracie szczegóły. A gdy zakończymy nasze zadanie, ja złożę ci ofiarę. Ofiarę, która będzie godną zapłatą, pozwalającą nam jednocześnie zachować, to co dla nas najważniejsze. Ofiarę z siebie.

- Ciekawa propozycja, nie powiem. Ale musisz wiedzieć, ze nie gustuję w ofiarach z ludzi z bagażem doświadczeń życiowych. Nie dają mi, nazwijmy to, siły. To muszą być dzieci, jeśli mają być ofiary. Absolutnie. Nawet nie wiesz ilu ludzi chętnie oddaje swoje pierworodne dzieci, by uzyskać moce mistyczne. Nawet Demiurg lubił ofiary z pierowrodnych, jak pewnie wiecie. Zatem dziecko, za każdy księżycowy miesiąc w Iluzji, lub nici z interesów. Chyba, że macie jakąś inną, rozsądną kontpropozycję.

Pokiwałem głową zgadzając się
-Ale pozwolisz mi wybrać ciało- miałem nadzieję na porozumienie.

Cohen oderwał wzrok od luster i spojrzał na Clausa. Na jego twarzy niedowierzanie walczyło z przerażeniem.

- Określisz predyspozycje i coś znajdziemy. Jasne.

-Mam być przystojny i wpływowy...hmmm dzięki temu pomogę zespołowi. Nie wiem aktor, wysoko postawiony młody ambitny oficer służb specjalnych, sportsman gwiazda ekscytujacych sztuk walk. Człowiek z kontaktami by przydał się w tym co wszyscy robimy. Jedynie oczy chce by pozostały moje. Wybierz identyczne proszę.

Odwróciłem się do Cohena
-Dziekuje przyjacielu. Jeśli spotkamy się po tamtej stronie chce prosić cię byś przedstawił mnie w zespole jako kogoś innego niż Grand. Nie chcę ciągnąć niechęci Bladricka do mnie i błędów swoich za sobą. To będzie nasza tajemnica. Clause umrze w chwili gdy to się zacznie. Zacznijmy od początku.

- Rozumiem zatem ze akceptujesz moją cenę. Co miesiąc księżycowy ofiara z dziecka. Przerwanie cyklu kończy opętanie.

- Chciałbym, żeby to było jasne Clause - głos Cohena zrobił się nagle bardzo cichy i jakiś... obcy - jeśli przyjmiesz ten układ w obecnej formie, nie widzę twojego miejsca w zespole. Ani teraz, ani nigdy. Gdy dowiem się, że zabiłeś to dziecko, znajdę cię i dopilnuję, żebyś wylądował na krześle. Obiecałem ci jednak, że zrobię wszystko, by doprowadzić te negocjacje do końca, więc jeśli taki koniec cię satysfakcjonuje, nie mogę ci tego zabronić.

-Nie mamy wyboru. Nie akceptuje takiego rozwiązania - spojrzałem smutnymi oczyma pytającą na Cohena- Zabrakło mi pomysłów. Nie mam nic co mógłbym mu zaproponować. - zakryłem twarz dłońmi przecierając ją. - Masz rację - dodałem po krótkiej chwili. I Odwróciłem się w kierunku twarzy z luster.
- Cena jest zbyt wygórowana. Spod jednego jarzma w drugie.... to nie jest wyjście. Nie za taką cenę.

- Życie z wiedzą, w ciele, które będzie takie jak sobie zechcesz - prychnęły twarze w lustrach - Niektórzy ludzie zrobiliby genocide by to otrzymać. Jako nowy klient otrzymujesz taryfę zniżkową - twarz w lustrze zaśmiała się. - Kiedyś składano mi ofiary całopalne z dzieci. Co prawda przyprawiono mi wtedy rogi, ale także byczą pytę, więc chyba nie miałem powodów do narzekań. A Herod. ten to dopiero miał gest. Teraz w Iluzji żyje was tyle co robactwa w dole odpadków. Za zerwanie więzi i nowe życie tylko jedno małe dziecko miesięcznie. Dowolnie wybrane. Może to być jakiś niedorozwój. Jakiś totalny debil czy nawet ministrant. Jedno. Co pewien czas. Nazwij to liftingiem duchowym. To moja minimalna cena. Bez ofiar w moim imieniu nie ma rozmowy. Nie ma dealu, jak mawiacie, wy małpki. Gdybyś miał jeszcze duszę, to co innego. Wtedy podpisalibyśmy cyrograf i siup. Ale ty niestety jesteś martwy. I już jesteś w piekle, gdybyś nie zauwazył. Nie kupuje twojego nawrócenia w jeden dzień. Czytania pisma świętego kiedy twój fiut jeszcze nie przestał pachnieć dziwkami z wielu nocy. Twojej miłości do Jess, kiedy jeszcze dobrze nie zmyłeś szminki dziwek ze swojego wacka. To było zupełnie nie w twoim stylu, małpko. Ludzie się nie zmieniają. Nie w jednej chwili. Zatem cena, jak dla ciebie to dwójka dzieci. Tak jak mówiłem - każda próba podbicia jej będzie działała w drugą stronę. Mogę sobie na to pozwolić. Ja mam to, czego potrzebujesz ty, a ty nie masz nic , co mogłoby mnie zadowolić. Zostają więc ofiary. A że lubię dzieci, cóż. Tak to działa - ja robię coś, co sprawi tobie przyjemność. Znów będziesz mógł moczyć małego gdzie popadanie, chlać i robić co tylko sobie tam zechcesz. Więc daj mi również przyjemność, w jakiej z kolei ja gustuję. Compendre?

-Compendre- odpowiedziałem i odwróciłem . pomału i nie spiesznie ruszyłek do wyjścia- Nie będzie interesu. Miłej wieczności i dziękuje za chęci.- wyszedłem.

- Wrócisz - usłyszałeś jeszcze za swoimi plecami szyderczy głos wielu twarzy. - Może i znajdziesz kogoś, kto pomoże ci w opętaniu. Ale nikogo, kto zrobi to narażajac się na gniew Togariniego. Skoro jesteś tak dla niego ważny, jak mówisz, każdy, kto ci pomoże, bardzo wiele ryzykuje. A ja postaram się, aby ci, co specjalizują się w opętanaich dowiedzieli się, co im grozi za pomoc tobą. A kiedy wrócisz zaczniemy rozmowę od trójki dzieci. Jeśli będę w dobrym humorze.

Śmiech wybrzmiewał za twoimi plecami. Wredny i szyderczy. Jak jego przeklęty właściciel.
Wyszliśmy właściwie nie wiedząc gdzie się udać.... czas mijał a my nie mieliśmy go zbyt dużo.
Przyszło mi do głowy że skoro Nash skontaktował się z Alvaro to może jednak powinniśmy udać się do niego.... Tak czy siak powinniśmy szybko podjąć jakieś decyzje. Lepsze czy gorsze ale decyzje.




-Zatem ruszajmy z powrotem do leża Matrony.... Po drodze zastanowimy się co dalej.
 
__________________
Who wants to live forever?
Dominik "DOM" Jarrett jest offline  
Stary 17-04-2011, 23:36   #109
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 878 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
Specjalna dedykacja dla liliel :)

Źle się dzieje w państwie duńskim.






Jeszcze w taksówce wyciągnął swój telefon, otrzymał kilka wiadomości, jedną od syna, który chyba nieco zaniepokojony dopytywał się o to, gdzie tym razem zabalował. Kolejne dwie były od Stablera, pierwszy sms był pusty, najwyraźniej wysłany za szybko, zaś w kolejnym była propozycja wypadu na kilka piw. Wreszcie kilka nieodebranych połączeń od Strepsilsa, do którego Terrence właśnie oddzwaniał.

- Gdzieś był? - spytał bez ogródek przełożony, jak zwykle starał się zachować spokojny ton, ale nawet nie widząc jego twarzy Baldrick doskonale wiedział, że teraz wży i lada moment może wybuchnąć.

- Na dziwkach, trochę zabalowałem, Cohen miał ci przekazać
- odparł od razu Terrence.

- Cohen też wyparował jak pierdolona kamfora - wypalił Strepsils, szybko przestawał się hamować.

- Może też był na dziwkach... - Baldrick zdawał się być niewzruszony wiadomością. - Co ze śledztwem?

- Ty się mnie pytasz co ze śledztwem? A kto miał się nim zajmować? - Jeszcze chwila i zapewne zaczął by warczeć do słuchawki. - Matka Teresa? Czy wy?

- Cała Kalkuta - odparował Baldrick - Przez "co ze śledztwem" mam na myśli wyniki prac, które zleciłem ludziom, których TY sam mi podesłałeś.

- Jakbyś pofatygował dupsko do pracy, a nie się łajdaczył, to mógłbyś sobie przejrzeć raporty.


- Umiesz motywować. Sprawdzam teraz inny ślad, dziwki dziwkami, ale nie zapomniałem o robocie.

- No nie wiem. Efekty czy gadanina? –
rzekł prowokująco.

- Zachowaj sobie to dla kadetów. Zajrzę później. – W odpowiedzi usłyszał jedynie jak Strepsils odkłada słuchawkę, nawet zresztą było mu to na rękę.

Następne piętnaście minut poświęcił na wizytę w sklepie elektronicznym, szybko udało mu się zakupić palmtopa, z którym wiązał spore plany w przyszłości. Trochę się oczywiście wykosztował, szczególnie, iż zażyczył sobie lepszego modelu, lecz w gruncie rzeczy i tak nie często zdarzało mu się na cokolwiek wydawać pieniądze. Potem, znów zajmując miejsce w taksówce, wybrał telefon Van Der Askyr.

- Halo. – Usłyszał w słuchawce jej głos.

- Baldrick z tej strony. Musimy się spotkać – rzekł bez zbędnego przeciągania po czym dodał jeszcze – Jak najszybciej.

- Gdzie jesteś?
– spytała najwyraźniej wcale nie zdziwiona takim obrotem sprawy.

- Jadę w kierunku twojego szpitala
– odpowiedział detektyw.

- Trzymaj się od niego z daleka. Spotkajmy się przy pomniku na ground 0.

- W porządku – zgodził się Terrence, właściwie nie było przecież sensu się o to kłócić – Do zobaczenia Emily.

Chwilę później taksówkarz gwałtownie skręcił słysząc za sobą słowa Baldricka odnośnie zmienionego kursu wzbogacone o kilka nieuprzejmych uwag dotyczących umiejętności prowadzenia pojazdu czy też raczej kompletnego jej braku.

***

Dlaczego nie opuszczało go wrażenie, iż odkąd zagłębił się w świat Metropolis, nagle tzw. Iluzja przestała już wyglądać tak dobrze jak wcześniej? Owszem urodą wciąż biła swój demoniczny odpowiednik błyskawicznym knock outem, lecz mimo to nie obyło się bez ran. Teraz dopiero zauważał jak ciężkie rysy zostawiło na niej Metropolis swymi szponami, jak rozdzierało je i przenikało z każdą chwilą szpecąc i okaleczając ją jeszcze bardziej. Nawet krótka wizyta Tam, pod drugiej stronie, zmieniała obraz i ujawniała straszliwe realia.

Emily wybrała miejsce przy pomniku na ground 0, kilka lat wstecz to tutaj można było jeszcze podziwiać majestatyczne World Trade Center, powoli robiło się coraz ciemniej, elektryczne znicze oświetlały nie tylko tablice pamiątkowe, lecz również akcentowały swoją obecność na tle mroku. Przez kilka sekund zdawało mu się, iż jego otoczenie, tam dalej w ciemnościach, zaczyna falować, zwijać się i rozmywać, bardziej w głąb majaczyły kłęby dymu, zaś dopełnieniem całości było słabo słyszalne echa jakby ludzkich wrzasków. Baldrick przyjmował to wszystko z dziwnym spokojem, jakby nic nie było go już w stanie wyprowadzić z równowagi, jakby był już poza tą sferą, w której przerażenie paraliżowało. Śnieg nie przestawał padać, gnieździł się na jego płaszczu, lecz on widział go już inaczej, spoglądał jedynie jak nie śnieg, lecz popiół ląduje na jego wysuniętej dłoni. Również i krzątający się w pobliżu ludzie wyglądali inaczej, poruszali się ospale i lgnęli do światła niczym ćmy. Oczy tych nielicznych specerowiczów pozaszywane były żyłką i krwią, inni mieli okaleczone usta, potraktowane w podobny sposób. Brudna sadza zaczęła ciążyć mu na ramionach akurat w momencie, w którym zobaczył Emily, stojąca na tle jednego z reflektorów wyglądała jakby biła intensywnym światłem. Baldrick przyspieszył kroku.

- Witaj Emily zaczął.

- Byłeś tam – stwierdziła od razu jak żona, która jeszcze nim mąż przekroczy próg domu już wie gdzie i ile wypił.

- Aż tak to widać? - spytał detektyw z nieco zadziornym uśmieszkiem.

- Szukają cię. Nie powinieneś pokazywać się w miejscach, które często odwiedzasz
– powiedziała puszczając mimo uszu jego pytanie.

- Dlatego nie chciałaś się spotkać w szpitalu?

- Bo mnie też szukają –
odparła - Po tym jak uratowałem cię przed tą dziwką od De Sade.

- Dzięki za tamto –
rzucił detektyw - Kto dokładnie cię szuka? A może raczej nas?

- Sługi De Sade.


- Pocieszające, obawiałem się, że może ktoś jeszcze. Emily posłuchaj, muszę wiedzieć czego dokonał Astarot. - Podszedł bliżej. - Kim dla niego jesteś?


- Jego dzieckiem
– odpowiedziała nie siląc się na kontynuowanie tematu.

- Mogłabyś to nieco doprecyzować? – naciskał jak Baldrick.

- Tak jak i ty teraz. Jego część jest w tobie. Po Red Hook. – Spojrzała mu prosto w oczy. - Domyślałeś się tego, prawda?

- Powinienem chyba zrobić testy DNA dla pewności
– rzekł dla zgrywu, lecz szybko wrócił do wcześniejszego, poważnego tonu - Ja nie zostałem przez niego wybrany, nie wiem dlaczego mnie to dosięgło.

- Przypadek. Dużo namieszał. Zmusił do zmiany wszystkich planów. Wszystkich.

- Kontaktował się z tobą? –
W końcu musiało paść to pytanie, teraz gdy już rozmawiali szczerze, była to jedna z najważniejszych spraw do poruszenia.

- Nie. Kazał mi cię chronić, ale nawet ja nie wiem gdzie on teraz jest – odparła odpowiadając przy okazji na drugie pytanie jakie chciał zadać - Musicie to mu oddać. Kiedy tylko znajdzie sposób by przekazać swoją esencję Wybranemu. Niedługo. Musicie, Baldrick – kontynuowała z naciskiem po czym spytała - Przejdziemy się?

Baldrick kiwnął głową, włożył ręce głęboko do kieszeni i razem ruszyli przed siebie. Przez kilkanaście sekund nic do siebie nie mówili, kroczyli w ciszy oświetlonym lampami chodnikiem. Wreszcie jako pierwszy przemówił Terrence.

- Dlaczego to tak istotne? Dlaczego chcesz mu pomóc?

- Bo jesteśmy częścią tego samego planu
– odparła.

- Jakiego planu? Co takiego oferuje Astarot?

- Stabilizację.
– Spojrzała w jego strudzone, niebieskie oczy jakby szukając w nich choćby odrobiny zrozumienia.

- Stanie się wtedy dość silny by utrzymać spokój? – zapytał nie będąc pewnym.

- Mniej więcej.

- Dlaczego mamy mu ufać? Sporo osób posłał do piachu by osiągnąć swój cel –
rzucił i odwrócił spojrzenie.

- Patrzysz jak człowiek. Przestań. Spojrzysz na wszystko z szerszej perspektywy – odrzuciła jego argument, który nieco ją poirytował - Widziałeś prawdę, ale jej nie pojąłeś. Myślałam, że jesteś bystrzejszy.

- Posłuchaj
– zaczął szykując kolejną serię uwag w swoim stylu, ale ugryzł się w język w ostatnim momencie, nie było na to czasu - Więc pomóż mi ją pojąć.

- Ciało nie ma znaczenia
– zaczęła mu tłumaczyć, a z każdym kolejnym słowem przypominał mu się Alvaro i jego słowa o skorupie - Śmierć nie jest śmiercią. Nie jest końcem. Więc zabójstwo w takiej sytuacji nie ma znaczenia. Najmniejszego. Ani śmierć dziecka chorego na białaczkę. To tylko etap przejściowy.

- Musimy więc pomóc Astarotowi - stwierdził nieco zrezygnowany.

- Cieszę się, że to zrozumiałeś. Zabijanie zawsze będzie częścią więzienia. Prawda jest zbyt trudna do pojęcia przez ludzi – powiedziała z pewną ulgą - Słyszałeś o czcicielach śmierci?

- Nie.


- Chcesz pójść na ich spotkanie. Zobaczysz coś, co nawet ciebie może wprowadzić w osłupienie. – Słysząc ton w jakim się wypowiadała rzeczywiście chciał, nawet jeśli miałoby się to źle dla niego zakończyć lub po raz kolejny namieszać w jego życiu.

- Jak rozumiem ty to widziałaś – ni to stwierdził ni zapytał.

- Jestem częścią całości.

- Gdzie i kiedy odbywają się te spotkania?
– spytał po chwili.

- Znasz Bronx. Wiesz gdzie jest lokal "Brzytwa"? – Spojrzała pytająco na detektywa, a gdy ten rozwiał jej wątpliwości kiwnięciem głową ciągnęła dalej - Zatem dzisiaj o trzeciej w nocy. Przed zamknięciem knajpy. Podejdziesz do barmana i powiesz mu, że przysyła cię "potrzeba nieznanego". Nie bierz odznaki.

Rozmowa trwała dalej, Terrence zaczął wypytywać ją o inne postacie pokroju Astarota, jak się okazało miała z nimi do czynienia. Dokładniej z niejakim Chagidielem, który jednak według niej nie powinien być zagrożeniem, inaczej sprawa wyglądała z Togarinim, to właśnie jego sługi spotkał detektyw podczas pamiętnej ucieczki z Brookiem na tylnym siedzeniu radiowozu. Emily twierdziła, iż on również chce się wynieść na piedestał, a następnie dokonać zagłady na ludziach, dlatego należało poprzeć właśnie Astarota.

- I De Sade też jest zagrożeniem – kontynuowała.

- Zależy mu na pozbyciu się Astarota, dowiedziałem się tego jeszcze na Red Hook, ale on skupi się na nas – dokończył za nią Terrence.

- Dlatego musimy dopaść go pierwsi. – Spojrzał na nią nie do końca wiedząc czy mówi poważnie, Emily jednak wcale nie żartowała.

- Jesteśmy w stanie dać mu radę? – spytał - Jak w ogóle możemy go dopaść?

- Mistrz ma wymyślony plan. Tylko czekam na sygnał.

Detektywowi nie udało się jednak dowiedzieć czy on i reszta są wpisani w jakiś szaleńczy plan Astarota, ani też jakie są jego szczegóły. Nie chodziło o to, iż Van Der Askyr starała się coś przed nim zataić czy też Mistrz zabronił jej o czymś mówić, po prostu ona sama nie była jeszcze wtajemniczona.

- Co teraz zrobisz Emily? Będziesz się ukrywać? – zapytał, gdy wreszcie się zatrzymali.

- Nie do końca – odparła, po czym dodała jeszcze widząc sugestywne spojrzenie Terrenca - Pracuję, działam, robię to co zawsze.

- Jest ktoś kto chce się z tobą spotkać i porozmawiać, to sługa Togariniego, ale można mu zaufać. To z nim skontaktował się Astarot.

- Jeśli Astarot go wybrał, znaczy, że mu ufa – powiedziała Emily, zaślepiona lub w pełni ufająca swemu Mistrzowi, ciężko było to Baldrickowi określić.

- Przekaże mu, wkrótce skontaktuję was ze sobą.

- Dobrze. Idź do hotelu. Nie wracaj do domu.


- Spokojnie, taki właśnie mam plan.
– Zaczął powoli ruszać w kierunku taksówki, lecz odwrócił się jeszcze na moment. - To ty byłaś na tym zdjęciu z San Francisco, prawda?

- Tak – odrzekła krótko, w swoim stylu, który niekiedy tak mocno go irytował.

- W porządku, dzięki. Spotkamy się jeszcze w trójkę, razem z wampirkiem. Uważaj na siebie Emily.

- Ty masz więcej powodów do obaw. Ja, jak widziałeś, radzę sobie od dłuższego już czasu.

- Jasne. Do zobaczenia.
– Wsiadł do taksówki i po chwili odjechał.

***

Kolejne dwadzieścia minut spędził trzymając w swych dłoniach telefon, najpierw zadzwoniła Claire przekazując mu wieści o jej zawieszeniu, dość szybko dał jej znać, iż niewiele go to obchodzi i kobieta odłożyła słuchawkę nieco go tym rozdrażniając. Następnie wysłał wiadomość do swojego syna i Stablera informując ich, iż przez jakiś czas może być nieosiągalny, gdyż wreszcie chce zacząć żyć i zrobić karierę alfonsa, o której zawsze marzył. Podał też wszystkie dane palmtopa podwładnym Strepsilsa by od teraz wszystkie informacje i raporty wysyłali mu na ten mały gadżet. Wreszcie wybrał numer Alvaro.

- Słucham? – Usłyszał w słuchawce głos Rafaela, od razu przed oczyma stanęła mu jego postać, o dziwo nie nowa wersja, a raczej stara, ludzka.

- Baldrick – oznajmił szybko - Znalazłem Emily, rewelacji nie ma, ale spotkanie masz załatwione. Osobiście cię z nią umówię.

- Więcej nam nie trzeba. Świetna robota Terrence... Miałeś jakieś informacje od Claire? – spytał Alvaro.

- Zawiesili ją, nie wiem za co.

- Zawiesili??? –
Mężczyzna zareagował z żywym przejęciem. - Boże, mam nadzieje ze wszystko poszło po naszej myśli, a ta kara to efekt braku raportu do Strepsilsa.

- Nie wiem, pogadam jutro ze Strepsilsem, dowiem się co i jak. Nash się odezwał?

- Nie. Pewnie teraz czuje się pewny. Ale jak będzie trzeba to go zaszantażujemy to się może pojawi – powiedział Rafael - Terrence...? – Przez chwile w słuchawce słychać było jedynie szmery. - Sprawdź co z Jess. Proszę.

- Postaram się. Dobra. Posłuchaj Alvie, gdybym się długo nie odzywał... Wyśle ci numer Emily, powołasz się na mnie jeśli ja... będę zbyt długo nieosiągalny.

- Co zamierzasz?
– spytał nagle zaintrygowany - Nie mam zamiaru stać Ci nad głową, ale wolę wiedzieć.

- Zobaczyć więcej
– odparł jedynie - Muszę kończyć.

- Odezwij się wkrótce. Powodzenia.


***

Na koniec dnia, mniej więcej około godziny 23:00 wylądował w hotelu, całkiem eleganckim trzeba przyznać i choć za trzy dni zapłacił niemałą kwotę to mógł być zadowolony. Prysznic pozwolił mu się nieco odprężyć choć na pewno daleko było mu do stanu wyluzowania.

O dziwo wcale nie rozmyślał o tym co powiedziała mu Emily, właściwie do czasu kolejnego z nią spotkania nie miał zamiaru się tym zbytnio przejmować. Po głowie chodziła mu raczej Claire, dawno już nie odczuwał czegoś takiego, zdawało mu się, iż chyba gnębią go właśnie… wyrzuty sumienia? Zawiesili ją, na pewno chciała o tym zwyczajnie porozmawiać, potrzebowała kogoś kto podtrzyma ją na duchu, a on zwyczajnie to olał. Dlaczego do niego zadzwoniła? Przecież wszyscy wiedzą jaki jest, nie jest odpowiednią osobą, nie pomógł by jej, zresztą co go to obchodziło? Tak, właśnie. To nie jego sprawa, nie jego życie, jeśli ma problemu to niech radzi sobie z nimi sama. Tak właśnie. Z tym, że tak nie było, obchodziło go to. Zawsze był niepokorny, zrażał do siebie ludzi już od dziecka, dwukrotna zmiana szkoły, złamanie szczęki nauczycielowi, a przecież później nie było lepiej, stosy donosów, zażaleń, jakieś wytyczone procesy sądowe, zdecydowanie był aspołecznym typkiem. Na własne życzenie. Obcowanie z ludźmi, pomaganie im, nawet zwyczajna uprzejmość i poranne Dzień dobry, wszystko to sprawia, że ludzie się przyzwyczajają, przywiązują do innych, a wtedy ich strata staje się nie do przeżycia. Dlatego on miał swoją własną taktykę, zrażeni jego towarzystwem ludzie nie walczyli o jego uwagę, nie chcieli się z nim spotykać, oprócz nielicznych, twardych wyjątków. W ten sposób obie strony wychodziły na tym najlepiej, tak przynajmniej sądził. Po wizycie w Metropolis, a może nawet już wcześniej, wiele się zmieniło. Musiał polegać na innych. Chciał polegać na innych, na Claire, Rafaelu, Patricku. Zacisnął pięść, była to słabość, której nie powinien tolerować. Nie potrafił jej również zwalczyć, wiedział, iż musi z nią porozmawiać, nawet jeśli nie będzie mógł jej pomóc. Łyknął nieco Jacka Danielsa, dopiero co rozpoczęta butelka stała tuż obok oferowanych przez hotel orzeszków o horrendalnej cenie, złapał telefon i wybrał numer, nie zadzwonił jednak do Claire, a znów na komendę.

- Baldrick? Nie masz życia? – odezwał się mężczyzna o grubym głosie, w tle słychać było jakiś talk show.

- Dick – ens powiedz mi jak tam trzyma się Kingston – powiedział detektyw.

- Bez takich przerw, ok? Dickens po prostu. Mieliśmy informacje niedawno, Jessica miała chyba jakąś zapaść, ale chyba już w porządku. To znaczy, jak na warzywko oczywiście.
- Wyglądało na to, iż jej stan nie uległ zmianie.

- Dzięki, jeszcze jedno, co to za afera z Goodman? – spytał Terrence.

- Nic nie wiesz? – Mężczyzna nagle się ożywił i niemal krzyczał do słuchawki – Goodman strzeliła do cywila, ludzie mówią, że kompletnie jej odbiło.

- Cholera…


- Kurwa! Baldrick włącz wiadomości!


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=5L8-FTvSVxs[/MEDIA]

Detektyw skrzywił się nieco, lecz w końcu kliknął jednym palcem na pilot, a następnie wziął kolejny łyk alkoholu. Kolorowy ekran rozświetlił jego twarz podkreślając malujące się na niej zdziwienie, rozgrzewający płyn stanął mu w gardle, szklanka wyleciała z rąk roztrzaskując się przy uderzeniu o podłogę. Czujne oczy i uszy rejestrowały, przetwarzały i analizowały każdy obraz, każde słowo spikera, nie potrafił się oderwać. Opuścił dłoń i rozłączył się.

-… Nowy Jork również jest zagrożony…
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 17-04-2011, 23:46   #110
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 25242 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Claire Goodman

Nie pamiętasz jak wróciłaś do domu po tym, jak podano ci środki uspokajające.

Możliwe, że dlatego, że po drodze odwiedziłaś kilka barów za dużo.

Zawieszona!

To było nieuniknione. Tego się spodziewałaś. Prędzej czy później. Stres związany z pracą. Ciągłe balansowanie na krawędzi. Nawet szybki, pozbawiony wszystkiego poza fizyczną przyjemnością seks, nawet alkohol nie potrafiły zmyć zimnej kuli strachu, którą odczuwałaś, gdy przypinałaś odznakę do paska wychodząc na ulicę. Teraz, kiedy odebrano ci odznakę, strach nadal nie chciał cię opuścić.

W głowie huczało ci, jak w tunelu metra przed przyjazdem pociągu. W ustach miałaś paskudny smak wymiocin. Wymiocin i wyrzutów sumienia.
Spojrzałaś za okno, gdzie panowała już szarówka dnia. Płatki śniegu wirowały za oknem w rytm podmuchów wiatru. Teraz jednak, kiedy poznałaś prawdę o życiu, o Metropolis i całym tym gównie, nie potrafiłaś patrzeć na nie w jakiś szczególny sposób. Zresztą nie pamiętasz czasu, kiedy patrzyłaś na nie z zachwytem małej dziewczynki. Te czasy przeminęły już tak dawno temu, że nawet nie miałaś pewności, czy kiedykolwiek istniały.

Odruchowo zerknęłaś na komórkę. Miałaś jakaś wiadomość. Od Strepsilsa. Wzywał cię do Komendy na 9.00. Na przesłuchanie przez wewnętrznych. Spojrzałaś na zegarek.

Kurwa!

Zostało ci nieco ponad pół godziny. Po kaszanie, jaką zrobiłaś w szpitalu lepiej było się nie spóźniać. Toaleta, kilka proszków na ból głowy i chwilę później jechałaś juz na swoim motorze przebijając się przez poranne korki w stronę komendy.

* * *

Zdążyłaś dosłownie w ostatniej chwili. W pokoju szefa, do którego wparowałaś jak szalona ścigana spojrzeniami rozchodzących się w teren detektywów, był już Piguła i jakiś dwóch sztywniaków w garniturach. Kobieta i mężczyzna. Scully i Moulder. Patrzyli na ciebie z wystudiowanym, profesjonalnym wyrazem twarzy.
Wiedziałaś, że jedno nieopatrzne słowo i polecisz nie tylko z policji, ale też tam, gdzie wcześniej udało ci się posłać kilkunastu szaleńców.

Piguła wskazał ci krzesło, zaproponował kawę (chyba nie umknął mu stan, w jakim się znajdowałaś), a kiedy już dopełnił formalności siadł z boku, przyglądając się rozmowie.

- Detektyw Goodman – zaczęła kobieta. – Jestem Lucy Teebag z Wydziału Wewnętrznego, a to mój partner Kent Walensky. Wie pani, w jakiej sprawie jest pani przesłuchiwana.

- Tak – odpowiedziałaś spokojnie, chociaż lisie oczy kobiety strasznie działały ci na nerwy.

- Chodzi o wczorajszy incydent w szpitalu – potwierdziła policjantka. – Przypominam pani, że rozmowa jest nagrywana, a zatajenie czegoś lub świadczenie nieprawdy jest karane zgodnie z obowiązującym prawem. Czy jest to dla pani jasne, pani Goodman?

- Tak.

Nie cierpiałaś takich służbistek. Wymuskanych pseudo twardzielek, które w życiu nie pracowały w terenie, nie wiedziały, czym jest praca w Wydziale Specjalnym. Potrafiły się jedynie wymądrzać. Powietrze wokół Lucy Teebag drżało lekko, jak widnokrąg podczas upału. Zacisnęłaś dłonie na krawędzi biurka. Nie miałaś ochoty zobaczyć prawdy o niej i o tym miejscu. Nie potrafiłaś jednak tego kontrolować.

- Proszę mi opowiedzieć o tym, co się stało.

Więc opowiedziałaś. O pracy nad sprawą Tarociarza. O tym, jakie postępy robiliście z Cohenem i Baldrickiem. O tym, jak poszłaś odwiedzić Kingston w szpitalu i jak wydawało ci się, że pielęgniarka ma pistolet. Zgrabne kłamstwo, w którym pokazałaś, że waszym przeciwnikiem jest kult, a Kingston mogła mieć ważne informacje, które mogą pomóc w jego rozpoznaniu i ujęciu sprawców mordu w magazynach. Nie mówiłaś o żadnych nadprzyrodzonych sprawach. O Grandzie, czy Alvaro. Nie byłaś szalona.

Pozwalali ci mówić, a ich twarze pozostały niewzruszone, chociaż Piguła wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć.

Gdy skończyłaś, Teebag spojrzała na Strepsilsa.

- Poruczniku, chyba zgodzi się pan z nami, że można zrobić tylko jedno.

Piguła pokiwał głową unikając twojego wzroku.

- Musimy cię zamknąć, Claire. Na jakiś czas. Ale nie w więzieniu. Musisz odpocząć ... w pewnym miejscu.

Drzwi otwierały się i weszło przez nie dwóch monstrualnie grubych mężczyzn w mundurach policjantów.

- Co jest? – poderwałaś się z miejsca. – Co się kurwa, dzieje!?

- Claire, kochanie – powiedział spokojnie Strepsils używając tonu, jakim mówi się do dzieci. – Wiesz dobrze, że Jessica Kingston i Patrck Cohen zginęli we wrześniu podczas akcji na Red Hook. Nie żyją. Byłaś na ich pogrzebie, jak każdy z Wydziału. A Baldrick zastrzelił się miesiąc temu. Składałaś się nawet na wieniec, narzekając, że kutafon nie zasłużył, bo był wrednym bucem. Pamiętasz?

Obrazy przepłynęły ci przez głowę. Salwy z karabinów w deszczowy dzień. Dwie trumny opadające do grobów. Cohen i Kingston. Bohaterowie spod Red Hook, którzy ocalili wielu funkcjonariuszy podejmując się negocjacji z Tarociarzem i jego wspólnikami. Innym się udało, oni zginęli. I inne obrazy, poważna mina Cohena, w jego mieszkaniu tuż przed tym nim zniknęła Jessica. Twarz znika. Widzisz siebie, jak siedzisz w pustym, zimnym pomieszczeniu – salon, w którym odbywała się wasza narada. Jesteś tylko ty. Nikogo więcej. Puste, zimne mieszkanie, do którego poszłaś zamykając sprawę Tarociarza, by pożegnać się z dawnym kolegą.

Znów salwa honorowa. Tym razem nad grobem Baldricka. Pamiętasz. Stał dalej od epicentrum wybuchu. Przeżył, lecz oberwał tak, że niewiele z niego zostało. Strzelił sobie w głowę we własnym mieszkaniu.

Znów widzisz ulicę, na której stoi Baldrick, kiedy wróciłaś z infiltracji baru De Sade. Coś się stało, a nikt z technicznych nie zareagował. Miałaś im powiedzieć parę słów, ale dałaś spokój. Scena zmienia się. Widzisz zdziwioną twarz technicznego, który patrzy na ciebie dziwnie, jak rozmawiasz z pustą ulicą.

Metroplis, martwy Alvaro – wampir, Grand – legionista. Boze! Boze! To brzmi, jak szaleństwo! To jest szaleństwo!

Oszołomiona bolesną świadomością, że straciłaś rozum dałaś się grzecznie złapać dwóm spaślakom. Jeden z nich zrobił ci zastrzyk i odpłynęłaś w ciemność.


Jessica Kingston

Ciało rozrywane na strzępy! Pękające kości. Kawałek blachy przebijający się przez tkankę miękką brzucha i masakrujący trzewia. Ból! Odczuwany na tyle sposobów, że nawet nie miałaś pojęcia, że istnieje aż tyle odmian bólu.

To jest jak sen.

Idziesz długim, niekończącym się korytarzem, którego ściany ktoś wyłożył brudnymi, niegdyś pewnie białymi kafelkami. Bose stopy ślizgają się po zniszczonym, zagrzybionym linoleum. Wszędzie unosi się zapach pleśni i grzyba oraz odór fekaliów i stęchłej krwi.
Co jakiś czas mijasz jakieś drzwi. Wszystkie wyglądają podobnie. Są brudne, spaczone i łuszczą farbę. Niektóre z nich są półotwarte i widzisz w nich jakiś ludzi.

Kobietę bez oczu, która siedzi sobie na sfatygowanym krześle i własnoręcznie zaszywa powieki.

- Ślepa – jęczy – Nie chcę już widzieć!

Jej wrzask prześladuje cię przez kilka kolejnych drzwi. Znów uchylone. I jakiś mężczyzna parzący się z opasłą, czarną kobietą. Czy raczej demonem w kobiecej skórze. Widzisz szpony kreatury które zmieniają plecy kochanka w plamę pokrwawionego mięsa. Ten jednak wrzeszczy nie z bólu, lecz z rozkoszy.

- Nie ma granic! Nie ma granic!

Odeszłaś z obrzydzeniem.

Kolejny pokój i kolejna jatka. Tym razem mężczyzna cały we krwi. W jego rekach widzisz młotek, obok stoi pudełko gwoździ. Całe nogi ma poprzebijane nimi. Krew ścieka po udach i tworzy wielką plamę u stóp masochisty.

- Ból. Tylko on jest prawdziwy! Reszta jest wielkim kłamstwem! Ból cię wyzwoli z okowów Iluzji .Pamiętaj!

Kolejne drzwi.

Za nimi stoi Grand. Jest całkowicie nagi i najwyraźniej podniecony twoim widokiem. Uśmiecha się do ciebie obłąkańczo.

- Znalazłaś mnie – szepce, a potem wyciąga skądciś broń i strzela ci prosto w twarz.


* * *

Rozbłysk strzału oślepił cię na moment, a kiedy otworzyłaś ponownie oczy poczułaś na twarzy chłodny wiatr.
Stałaś na szczycie jakiejś wysokiej, zrobionej z metalu konstrukcji. Niczym gigantyczna wieża transformatorowa górująca nad wielkim miastem ruin. Nad Metropolis.

Nie byłaś sama. Mężczyzna miał brzydką, zdeformowaną twarz i potężne ciało atlety. Ciemne, kręcone włosy szarpał mu wiatr. Podobnej barwy oczy wpatrywały się w ciebie z intensywnością, od której poczułaś się naprawdę nieswojo.

- Wiesz, kim jestem? – zapytał donośnym, chrapliwym głosem.

Znałaś ten głos. Znałaś bardzo dobrze. Tylko nie wiedziałaś skąd.

- Astaroth.

Uśmiechnął się słysząc swoje imię. Przez chwilę widziałaś nierówne, czarne i szpiczaste jak ostrza sztyletów kły.

- Zaraz wrócisz. Obudzisz się. Musicie mnie znaleźć. Wasza trójka. Od tego zależy wasze dalsze istnienie. Rozumiesz mnie?

Milcząco pokiwałaś głową. Czułaś niewypowiedzianą grozę.

- A teraz, obudź się – dotknął palcem twojego czoła.

Zabolało jeszcze bardziej, niż kula wystrzelona przez Granda.


* * *

Obudziło cię światło jarzeniówki. Znajdowałaś się w łóżku, które wyglądało jak szpitalne. W twojej ręce tkwił wenflon Zostałaś także zacewnikowana i podpięta do kroplówki.
Gdzieś przez okna do twoich uszu doleciał znajomy szum ulicy.

Wróciłaś. I choć nie miałaś pojęcia, jak to się stało, wzruszenie ścisnęło ci gardło.



Rafael Jose Alvaro


Seal mieszkał na obrzeżach Manhattanu. W jednej z lepszych dzielnic miasta. Przez czas, kiedy żyłeś jako Silent nauczyłeś się połączeń metra na pamięć. Wybrałeś właściwe połączenie i zszedłeś w dół, na podziemny peron.

Przechodząc pasażem wypełnionym sklepikami, mijając ulicznych muzykantów, dołączyłeś do tłumu anonimowych mieszkańców Nowego Yorku.

Kiedy znalazłeś się już przy ruchomych schodach usłyszałeś nagle zbiorowy, głośny jęk przerażenia wydobywający się z ust tłumu. Ktoś krzyczał, jakaś kobieta wpadła w histerię. Ale większość ludzi zwyczajnie stała i oszołomiona wpatrywała się w wielkoformatowy telewizor zawieszony w przejściu.

To, co pokazywała TV zmroziło również ciebie.
Głos był ściszony, ale i sam obraz wystarczył za wszystko.

Widziałeś San Francisco. Film kręcony amatorską kamerą przez jakiegoś turystę. Widziałeś znany na całym świecie most Golden Gate. I potem ujrzałeś to. Pojawiający się w centrum miasta grzyb nuklearnej eksplozji. Falę uderzeniową zmiatającą budynki w centrum z powierzchni ziemi.



Ekran TV płonął czerwonymi napisami: NAJNOWSZE WIADOMOŚCI. USA W STANIE WOJNY! ATAK TERRORYSTYCZNY PRZY UŻYCIU BRONI ATOMOWEJ W SAN FRANCISCO. SETKI TYSIĄCE ZABITYCH! DO ZAMACHU PRZYZNAJE SIĘ AL KAIDA.

Nad tłumem ludzi pojawiło się coś. Jakieś migotania, falowanie powietrza.



Peron zaczął znikać, zastąpiony czymś w rodzaju wielkiej jamy. Z sufitu zwieszały się jakieś kable, liny i łańcuchy, a na nich dyndały ludzkie zwłoki. Setki ludzkich, pozbawionych głów, zwłok.

Przyszedł SMS.

- Za godzinę przy północnej bramie do Central Parku.

To był Zdradzony. Spojrzałeś na zegarek. Czasu akurat, by zdążyć.

Wraz z tłumem zszokowanych ludzi wsiadłeś do metra. W środku huczało od plotek. Jedna z nich mówiła, że terroryści ukryli brudne bomby również w innych miastach USA. W tym także w Nowym Yorku. Plotka rozprzestrzeniała się lotem błyskawicy, do rana Nowy York opanowała panika.

* * *

Północne wejście do Central Parku zbudowane było z piaskowca. Oświetlały go wspaniałe, wykute z żelaza i stylizowane na zabytkowe latarnie. Śnieg odgarnięto na boki, gdzie tworzył zaspy. Niedaleko słychać było wesołą muzykę z lodowiska. Tam chyba jeszcze nie wiedzieli o grozie z San Francisco.

Pojawił się znikąd, wynurzając z plamy cienia. Drobna sylwetka w długim, szarym, wełnianym płaszczu, za szalem maskującym całkowicie twarz. Poruszał się płynnymi, kocimi ruchami drapieżnika, a kiedy podszedł bliżej zauważyłeś jego intensywne, płonące zimnym błękitem oczy.

- Zaczęło się – powiedział cicho, a ty wiedziałeś, że ma na myśli San Francisco.


Terrence Baldrick

Wiadomości pokazywane w TV były szokiem. Szokiem, który oddalił na moment myśli o Metropolis, aniołach, demonach i wojnie pomiędzy nimi. Tam, tak niedaleko, w jednym rozbłysku niszczycielskiej energii zginęły setki tysięcy ludzi.




Wycia syren za oknem hotelu, w którym się zatrzymałeś i informacje podawane w mediach wprost sugerowały, że bomb może być więcej i że wielkie metropolie Stanów Zjednoczonych również mogą zostać zaatakowane.

Eksperci, starając się zachować spokój, informowali o tym, że bomba która eksplodowała w SF była tak zwaną brudną bombą walizkową, przewiezioną nielegalnie z byłego ZSRR, na statku i przetransportowaną w furgonetce do centrum miasta. Ładunek odpalił zamachowiec samobójca, a Al Kaida na swoich stronach internetowych informowała, że to ich dzieło i zapowiadała, że „potęga wrogów zostanie zmieciona ognistymi szablami” a butna Ameryka, największy wróg islamu, „zapłacze tak, jak płaczą kobiety nad ciałami swoich dzieci zabitych amerykańskimi bombami w Iraku, Iranie, Syrii i innych krajach Wielkiego Islamu.

Kiedy wychodziłeś media podawały informację o znalezieniu podejrzanego ładunku w Filadelfii. Nie zdążyłeś jednak usłyszeć, czy jest to kolejna „brudna atomówka”, czy też tylko fałszywy alarm.

Wziąłeś kurtkę i taksówkę i pojechałeś do „Brzytwy”. Na ulicach panował amok. Tysiące samochodów próbowało wydostać się z miasta. Na głównych węzłach komunikacyjnych pojawiła się Gwardia Narodowa. Nad miastem krążyły dziesiątki helikopterów. Pojawili się też pierwsi szabrownicy i policja miała pełne ręce roboty.

Taksówkarz nie odważył się podjechać pod wskazany adres i musiałeś ostatnie kilkaset metrów przejść pieszo. Z pistoletem pod ręką, pomiędzy brudnymi ruderami i garfitti na ścianach. Wiele z nich nosiło „okultystyczne” znaczenie. Widziałeś też takie, które wydawały się poruszać.
Kilka razy minąłeś jakiś ludzi. Najczęściej pijaną lub naćpaną młodzież lub bezdomnych włóczęgów, ale odbyło się bez incydentów.

* * *

„Brzytwa” była zwykłą mordownią. Taką, w której smród piwska, petów, spermy i wymiocin tworzy niezapomniane wrażenia zapachowe, a podłoga lepi się do podeszwy butów. W środku nadal byli goście. Kilka osób wyglądało jak przećpani lunatycy. Wychudzeni, bladzi, z oczami patrzącymi gdzieś w dal. Być może poza kraty Iluzji.

Barman wyglądnął jak jeden z miejscowych ćpunów. Ubrany na czarno, z pircingiem na twarzy, wydziarany i wychudzony, jak kokainista w stadium finalnym. Kiedy podałeś mu hasło bez słowa wskazał ci drzwi na zaplecze. Minąłeś go i ruszyłeś tam, gdzie pokazywał.

Pomieszczenie za nimi było prawie puste i zwyczajne. Jednak ujrzałeś tam kolejne drzwi, przed którymi na krześle drzemała blada dziewczyna o utlenionych włosach na jednej połowie głowy i wygolonej skórze na drugiej. Była ubrana jedynie w skąpą, znoszoną bieliznę i długie pończochy. Na chudym przedramieniu widziałeś jeszcze założony wężyk, a na podłodze obok punkówny leżała opróżniona strzykawka.

Minąłeś ją upewniając się, że żyje i przeszedłeś kolejne drzwi. Za nimi zaczynały się metalowe schody prowadzące do piwnicy. Na ich końcu zobaczyłeś niewyraźną postać. Młody mężczyzna o bladej skórze, ubrany na czerwono i z czarnymi włosami.

- Czekaliśmy na ciebie – powiedział uroczystym tonem. – Ona powiedziała, że przyjdziesz.

Zachęcił cię gestem, byś ruszył za nim i po chwili weszliście do niedużej piwnicy wyglądającej jak typowy squat. Oczekiwało w niej kilka osób. W wieku – na oko – między osiemnaście a dwadzieścia parę lat. Wszyscy byli bladzi, jakby schorowani i ubrani w jednolite barwy – czerń, czerwień lub biel.

- Ona chciała, byś patrzył – powiedział twój przewodnik.

Wskazał ci miejsce pośród bladych dziewczyn i chłopaków.

Jedna z nich ubrana w biel wyszła na środek. Płakała. Po jej twarzy spływały łzy rozmazując makijaż.

- Śmierć jest kłamstwem – powtarzała niewyraźne słowa i ze szlochem targającym jej drobną, wyniszczoną przez kokainę sylwetką położyła się na solidnym, drewnianym stole. Z niepokojem zauważyłeś brudne zacieki na jego powierzchni wyglądające jak krew.

- Śmierć jest kłamstwem – powtórzyła dziewczyna.

Twój przewodnik podszedł do niej i wręczył dziewczynie ciężkiego colta pythona. Dziewczyna w bieli wzięła broń do ręki i z wahaniem, płacząc i smarkając przyłożyła sobie do skroni.

- Śmierć jest kłamstwem – skandował mały tłumek zgromadzony w sali.

Nim zdołałeś coś powiedzieć dziewczyna w bieli nacisnęła spust. Huk wystrzału w piwnicy zabrzmiał niczym eksplozja granatu. Widziałeś, jak kula rozbryzgała skroń samobójczyni w drobny mak. Krew chlapnęła na bok, z ust ofiary wylała się krew, a ona sama legła nieruchomo. Rewolwer wypadł z jej martwej ręki.

Oszołomiony i zszokowany słyszałeś głosy ludzi mówiące, że śmierć jest kłamstwem. Krew zastrzelonej dziewczyny, zmieszana z mózgiem skapywała ze stołu na podłogę piwnicy.


Patrick Cohen, Clause Grand


Negocjacje zakończyły się fiaskiem. Bolesna świadomość tego, co to oznacza gnębiła Cohena podczas drogi powrotnej przez piekielny lunapark. Zrobili wszystko, co mogli, by osiągnąć sukces. Może po pierwszym pochopnie wypowiedzianym przez Granda zdaniu o niszczeniu zwierciadeł. Musieli przełknąć gorzki smak porażki, która – analizując sytuację – była konsekwencję ich słabej pozycji w negocjacjach. Nie wiedzieli nic o motywacjach, celach czy upodobaniach drugiej strony, nim zabrali się za rozmowę. To był błąd, jakiego nigdy nie popełniłby policyjny negocjator. Ale oni mogli mieć czyste sumienia. Żaden z nich nie był negocjatorem. Obaj, mieli zupełnie inne specjalizacje i zupełnie inne szkolenia w wykonywanych obowiązkach.

Pokraczne sługi Matrony czekały w cieniach koło bramy wejściowej. Nie pytały o nic. Nie musiały. Ich zadaniem było przeprowadzenie was przez pokręcone ścieżki Miasta Miast do leża Matrony Unkath. Procedura zawiązywania oczy została powtórzona i ruszyliście w drogę.

* * *

Atak nastąpił dosłownie w chwilę po tym, jak ruszyliście w drogę.
Dla was pierwszym sygnałem, że coś idzie nie tak, był upiorny, przeciągły i pełen bólu kwik szczura, a za nim kolejny, kolejny i kolejny.
Wasze ręce odruchowo sięgnęły przepasek na oczach, zaczęły zrywać lepkie i brudne, ale za to szczelne, płótno.

Jednak szybkość napastnika lub napastników była niewyobrażalna.

Cohen – poczuł, jak ktoś silnie chwyta go za ramię, a potem za drugie i gwałtowne szarpnięcie poderwało go do góry.

- Na twoim miejscu bym się nie szarpał – usłyszał nad sobą jakiś głos. – Możesz zrobić sobie krzywdę.

Patolog czuł wokół siebie silne powiewy powietrza. Szarpnięcia i zimny, wręcz lodowaty wiatr. Opaska spadła mu z oczu i ujrzał w dole, pod swoimi nogami, oddalające się budynki. Leciał unoszony przez skrzydlatą istotę, która trzymała go w specjalistycznym chwycie Nelsona i machając wściekle skrzydłami unosiła w przestworza,
Grand – zerwałeś opaskę i zobaczyłeś skrzydlatego, chudego stwora o zdecydowanie zbyt ptasiej fizjonomii, który właśnie wyszarpywał miecz z ciała szczurołaka Unkath. I drugiego, znacznie większego, który wzbijał się w powietrze unosząc ze sobą Cohena. Skoczyłeś w ich stronę, by pomóc Patrickowi, ale ten z ptasią fizjonomią zaatakował ciebie i tylko błyskawicznym reakcją zawdzięczałeś życie.

Miecz sam znalazł się w twoich rękach i zwarłeś się ze skrzydlatym.
Był naprawdę wymagającym przeciwnikiem, ale i ty nie należałeś do byle, jakich wrogów. Zawsze starałeś się rozwijać swoje umiejętności walki i swoją sprawność fizyczną, a ciało Legionisty wydawało się być nie gorsze, niż ptako-człeka. W pewnym momencie naznaczyłeś mu żebra żelazem, a ten odwinął się uderzając cię w twarz skrzydłem. Kiedy przyjąłeś instynktownie defensywę napastnik poderwał się do lotu. Udało ci się jeszcze smagnąć mieczem jego stopę, odcinając kilka palców, ale skrzydlaty drań odleciał.

Poczułeś zmęczenie. Cohen został porwany nie widomo gdzie. Walka z wrogiem, który zabił dzieci Unkath zginęły i nie miałeś pojęcia, jak znaleźć Matronę. Zostałeś sam. Ponownie sam. Spojrzałeś w tył, gdzie nadal widoczne było charakterystyczne diabelskie koło szalonego lunaparku. Marou mógł być teraz twoją jedyną nadzieją. Nie zdziwiłbyś się, gdyby okazało się, że te ptako-stwory były jego sługami.


Patrick Cohen


Skrzydlaty mężczyzna leciał nad Metorpolis z prędkością, która wyciskała ci łzy z oczu. Pęd zapierał ci dech w piersiach, dławił i przerażał, nawet osobę taką jak ty.

- On chce cię widzieć TAM.

To były słowa Skrzydlatego, które usłyszałeś, nim zacząłeś spadać. Próbowałeś schwycić się jeszcze nogi skrzydlatego drania, który właśnie cię wypuścił, ale nadaremnie.

Poleciałeś w dół, wprost na spotkanie ciemności i twardych, betonowych płyt, na które gruchnąłeś jak worek kartofli. Zgasła ci świadomość, a kiedy ją odzyskałeś poczułeś, że leżysz w pryzmie śniegu. Powoli wstałeś na nogi rozglądając się wokół. Szybko poznałeś miejsce, w którym się znalazłeś.

Brudny śmietnik, ‘oko diabła” – dzieło Natashy spoglądające na ciebie z pewną kpiną, szum ulicy w dali, parująca wentylacja na ścianie i klapa od kanałów na ulicy. Ciche, stłumione dźwięki miasta. Byłeś znów w Nowym Yorku. Na tyłach pubu „Pojutrze”, gdzie znaleziono pierwszą ofiarę Tarociarza. Tą, którą Mac Nammara omyłkowo wziął za Annie Waterman.
Tu wszystko się zaczęło.

Wyszedłeś na główna ulicę. Czułeś się przemarznięty i głodny. Wezwałeś taksówkę, zastanawiając się, co powiesz taksówkarzowi, jako miejsce docelowe. W twojej głowie panował zamęt.

Taksówkarz, czarnoskóry mężczyzna mówiący nadal z afrykańskim akcentem spojrzał na ciebie z mieszaniną niepokoju i żalu. Musiałeś prezentować się nienajlepiej.

- Dokąd? – zapytał.

Chwilę trwało nim podałeś mu adres.

- Ale ominiemy główne drogi. Są zajebane na amen – miałeś wrażenie, ze wulgaryzmu użył kompletnie nieświadomie - Ludzie uciekają z Nju York.

- Czemu?

- Nie słyszał pan – zdziwił się kierowca. – Terroryści wybuchli bombą atomową w San Francisco. Mnóstwa ludzi zginęło. Mnóstwa. W radio gadają, co jest ich wiencej. Tych bomb. W Nju York też. Ja nie wierzę.

- Może pan włączyć radio.

- Robi się szef.

Po chwili taksówkarz znalazł pasmo z wiadomościami, gdzie spiker pobudzonym głosem relacjonował działania ratunkowe po wybuchu nuklearnym w San Francisco.

Słuchałeś tego potoku słów z niedowierzaniem. Nawet Metroplois zdawało się teraz mniej straszne.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 19-04-2011 o 23:17.
Armiel jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:30.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170