Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-01-2019, 22:26   #1
 
Asmodian's Avatar
 
[D&D 5, FR, 18+] Z Otchłani

ROZDZIAŁ I

W NIEWOLI


Podmrok...

Spętani i nieszczęśliwi, stłoczeni w kolumnę idącą gęsiego, jeden za drugim. Z trzaskiem bicza, ze szczękiem łańcuchów i skrzypieniu pęt, jęcząc cicho, ruszyli w ciemności, zagłębiając się w czeluście tajemniczej krainy.

Ciasne korytarze jaskiń, początkowo ciemne i suche, powoli stawały się wilgotne, pełne fosforyzujących grzybów i porostów. Niektóre dawały na tyle dużo światła, by można było zauważyć kontury skał, bezpieczne do chodzenia chodniki, naturalnie wyrzeźbione siąpiącą gdzieniegdzie wodą. Wielkie jaskinie, przecinane kamiennymi łukami, labiryntami mniejszych korytarzy, nisz i półek skalnych wyglądały zjawiskowo, oświetlone przez Nocne Światła, podłużne, podobne pałkom grzybów, świecących bladożółtym światłem niczym pochodnie, przyciągając świecące czerwonawo odwłokami ogniste żuki. Fosforyzujące mchy i porosty, zwieszające się gdzieniegdzie z wystających skał nadawały tej krainie wygląd niczym z baśni elfów i wróżek, niepodobny do opowieści powierzchniowców, kreujących tą krainę jako chłodną, zimną i niedostępną. Mrok towarzyszył im rzadko, a każde światło niosło nadzieję, która jednak szybko gasła, okazując się kolejnym grzybem lub porostem, świecącym w ciemności. Najbardziej zmienne było jednak powietrze. Czasem suche i chłodne. Czasem duszące, skąpe, powodujące zawroty głowy, pachnące dziwaczną mieszaniną zapachów nieznanych powierzchniowcom. Czasem lodowate, przenikające, wyjące niczym upiór. Najczęściej jednak stojące, lekko chłodne, wilgotne tak, że murszały płuca.

Schwytani przez drowy. Nikt kto trafił w ich czarnoskóre ręce nie życzyłby takiego losu nikomu, nawet własnym wrogom. Już pierwszego dnia po pojmaniu, kolumna jeńców prowadzona do podmroku zmniejszyła się o połowę. Część nie wytrzymała morderczego tempa marszu, narzuconego przez mroczne elfy, które bezlitośnie nadawały go za pomocą batów, kiełzna i brutalności strażników. Na pierwszym popasie spędzono razem wszystkie cieżarne kobiety i dzieci, oddzielono je od reszty jeńców i zaprowadzono do jaskini, do której weszło wraz z nimi trzech oprawców. Tylko oni z niej wyszli, po rozdzierającym uszy i serce spektaklu krzyków i zawodzeń, urywanych świstem mieczy. Wyszli, skąpani we krwi ofiar, a ich czerwone oczy błyszczały od satysfakcji i podniecenia. Przez pewien czas chodzili między pozostałymi jeńcami, specjalnie prowokując odwet, który nie nastąpił. Następnie, do jaskini z której wylewały się już kałuże krwi, wpuszczono towarzyszące drowom quaggothy i pająki. W podmroku nic nie mogło się zmarnować i słudzy drowów mieli tego dnia prawdziwą ucztę. Kolejne dni przynosiły kolejne ofiary. Starsi, chorzy, ranni. Wszyscy którzy nie potrafili wytrzymać podróży, kończyli wpierw jako rozrywka drowów, a potem karma dla ich sług.
Trucizna, krążąca w żyłach pozostałych otępiała i usypiała z jednej strony łagodząc nieco okrutne sceny kaźni, serwowane ocalałym przez drowy, z drugiej zaś strony uniemożliwiały wszelki opór. Nieszczęśnikom wszystkie to kaźnie i mordy wydawały się jedynie szalonym snem, majakiem opętującym umysł niczym jakiś urok czy zaklęcie.

Kilku próbowało szczęścia. Zawsze jednak kończyło się podobnie. Zakuty w kajdany nieszczęśnik przez kilka chwil uciekał, ścigany jedynie śmiechami drowów, traktujących jego ucieczkę niczym dziecinną igraszkę. Potem ruszali w krótką pogoń. Wpierw ogień faerie, który szybko znajdywał uciekiniera, oświetlając ją niczym pochodnię. Potem osaczały go pająki, często chwilowo odstraszane jego krzykami i szczękiem łańcuchów, którymi desperacko jeszcze się bronił. Potem nonszalancko, nie spiesząc się podchodzili wojownicy i ćwiczyli strzelanie do celu ze swoich kusz, pokrytych usypiającą trucizną. Trzech uciekinierów nie przeżyło, a ten, któremu się udało, młody i silny krasnolud z Gauntlgrym, skończył oskórowany i zamieniony na parę nowych butów, które nosiła dumnie Ilvara. Buty zdążyły się jednak zepsuć i zgnić, bo skóra nie została na czas odpowiednio wyprawiona. Quaggothy nie odmówiły jednak i tej delicji.

- Pogódźcie się ze swym losem, nauczcie się posłuszeństwa, a może przeżyjecie – grzmiał głos Ilvary, za każdym razem kiedy niewolnik próbował ucieczki, lub podnosił rękę na oprawców, którzy w ich oporze widzieli jedynie okazję do kolejnej okrutnej zabawy, czy też po prostu sprawdzianu ich wojennych umiejętności. Jeńców ubywało, i dopiero po kilku dniach Ilvara i jej porucznicy ukrócili tą wyglądającą na bezmyślną orgię okrucieństwa.

Część została sprzedawana innym handlarzom niewolników, kręcących się po podmroku i natykających się na idącą kolumnę drowów. Takie chwile były okazją dla jeńców do odpoczynku, kiedy obie strony wpierw nieufnie się do siebie zbliżały, potem zaczynały się targi. Najpierw ostrożne, potem nieco bardziej płomienne.
Najczęściej napotykano innych handlarzy niewolników. Duergary, opancerzone od stóp do głów, czarne krasnoludy swoimi chrapliwymi głosami negocjowały z drowami cenę za niewolników. Łupieżcy umysłów, humanoidalne stwory o głowach podobnych ośmiornicom nie odzywali się w ogóle. Ich los był nieznany, kiedy enigmatyczne istoty odprowadzały ich na bok. Potem byli jeszcze Kuo-Toa, ryboludzie żyjący w lodowatych, podziemnych wodach podmroku, skupujący niewolników do jakichś tajemnych, rytualnych praktyk, i troglodyci, których bandy sprzedawały niewolników niczym rzeźne mięso. Ilvara wyszła z tych targów bogatsza o pojemne sakwy skarbów, które zasilić miały kufry domu Mizzrym, lub podnieść jej własny prestiż. Przez kilka dni podróży, wszyscy dobrze ją poznali. Ją, i jej mackowaty, mroczny bat, zdzierający skórę z pleców i barków każdego niewolnika, który zwrócił na siebie jej uwagę. Biła okrutnie, nie przejmując się, czy ofiara jej gniewu przeżyje czy nie. Dbała jedynie o własną, sadystyczną przyjemność i zaspokojenie głodu swojej mrocznej broni.

Shoor Vandree i Jorlan Duskryn. Okrótni porucznicy Ilvary wykonywali każdy jej rozkaz bez cienia wahania. Shoor, młody dowódca prowadzący większość ataków, ambitny, przebiegły i okrutny najwyraźniej podobał się Ilvarze. Również jego sadystyczne skłonności, które zaspokajał na niewolnikach i podległych mu wojownikach nie uszły uwadze kapłanki. Niewolnicy znali pieszczoty Shoora. Bił długo, z lubością, rozciągając torturę w czasie, kiedy nieszczęsna ofiara mdlała i traciła przytomność. Jorlan zaś, wydawał się przeciwieństwem Shoora. Jego twarz była jakby stopiona przez kwas, a blizna ciągnęła się przez całą twarz zachodząc aż na kark, przez co chodził przygarbiony niczym goblin. Jego rękę władającą bronią również liznął kwas, a dłoni brakowało dwóch palców, przez co kara wykonywana przez Jorlana nie wyglądała tak nonszalancko jak pozostałych oprawców. Bił szybko, z morderczą precyzją aplikując ból i rany. Jednego z niewolników, młodego elfa z Wysokiego Lasu uderzył biczem tylko kilka razy i odszedł, wsłuchując się tylko w przedśmiertne rzężenie nieszczęśnika. Wydawało się, jakby biczowanie niewolników zaspokajało jakiś gniew lub furię, drzemiącą w jego sercu.

Velkynvelve. Kolejna feria barw i świateł po dłuższym okresie wędrówki w ciemnościach, przez niedostępne, ciasne korytarze, okazała się być posterunkiem granicznym dużo większego podziemnego miasta, legendarnego Menzoberranzan, ukrytego gdzieś głębiej w podmroku. Stojąc na szerokiej, kamiennej półce skalnej można było podziwiać cztery ogromne stalaktyty, skąpane w ognikach faerie, chodzących to i ówdzie płomienistych żukach, usianych kępkach Nocnego Światła i fosforyzującego mchu. Wodospad huczał za czterema stalaktytami, połączonymi ze sobą wiszącymi, sznurowymi mostami i przemyślnym systemem kładek, parapetów i windy. Woda, opadająca prawie sto stóp w dół z wodospadu na szczycie jaskini wpadała do ciemnego jeziora na samym jej dnie, a lekka mgiełka z unoszącej się wody opadała mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy na ogromną pajęczynę, rozpiętą na ścianach jaskini pod stalaktytami. Miejsce mogłoby być piękne w swojej egzotyce, gdyby jednak nie oznaczało kresu wędrówki każdego trafiającego tu niewolnika, a być może i życia. Stojąc na szerokiej, kamiennej półce można było poczuć strach. Strach, przed punktem zza którego nie będzie już powrotu, i nawet, jeśli przedłuży się swoją egzystencję o kolejne kilka dni, nigdy już nie dane będzie oglądać błękitu nieba, i czuć powiewu świeżego wiatru.


Skrzypienie kołowrotka windy, zapach desek, i zapach zatęchłych grzybów kończyły waszą podróż w niewielkiej jaskini, podobnej kształtem do powierzchniowego owocu zwanego gruszką, której wyjście w najwęższym miejscu zamknięto z trzaskiem kościanej kraty.
Trucizna drowów powoli ulatywała z żył nieszczęśników, przywracając świadomość i wybudzając z marazmu w którym byli do tej pory.

Bystre oczy większości niewolników wyłowiły niewielki kształt, truchtający na niewielkich nóżkach w ich stronę. Wyglądał niczym kamień na czterech nóżkach, co wydawało się tak dziwne i absurdalne, że momentalnie odskoczyliście na boki, ze szczękiem kajdan, zasłaniając dłonie przed atakiem. Istota wydała z siebie dziwny pomruk, po czym jedna z jej części eksplodowała, na chwilę zasłaniając widok. Kiedy kurz opadł, w wasze umysły wkradły się pierwsze słowa. Niektóre brzmiały chrapliwie, niektóre piskliwie lub szczekliwie. Wszystkie zaś, były dla was obce.

- Ohoho...nowe mięsko – rozradowany, basowy głos brzmiący niczym tarcie dwóch młyńskich kamieni. W mroku zapaliła się para czerwonych ślepi. Łańcuchy zaklekotały, kiedy masywna sylwetka wyłoniła się z mroku – Elfiaki. Chude piździelce...łykowate. Ront nie lubi! Wolałby krasnala! - Warczał wielki ork, wytatułowany i pokryty bliznami.
Leśne elfy bez trudu rozpoznały w tatuażach ceremonialne oznaki plemienia Lodowej tarczy, sugerujące pochodzenie osiłka gdzieś z okolic Wysokiego Lasu.
- Masz coś do krasnali? Znów chcesz w mordę?! No to dawaj, ty zielona pizdo! - równie warkliwy, krasnoludzki głos brzmiał wysoko. Czuły słuch Lyssy od razu rozpoznał, że należał do kobiety. Kobieta krasnolud, o płomiennych, rudych włosach zapiętych w dwa imponujące warkocze. Jej bicepsy były równie imponujące i napinały się teraz niebezpiecznie, kiedy kobieta prowokowała większego od niej prawie dwukrotnie orka.
- Stawiam dwadzieścia blingów na Eldetch! - zarechotał półnagi gnom, o szarej skórze zdradzającej jego głębinowe pochodzenie – Ront zaglebuje w pierwszej rundzie! Dwadzieścia blingów! – gnom grzechotał łańcuchami, śmiejąc się donośnie. Był niewysoki i łysy, nieco chudy co było oczywiste w tych warunkach.
- Proszę Cię, Jimjar, przestań podniecać się jak dziecko. Nie jesteśmy w kasynie. Jak podniecisz się za bardzo, znów wpadną tutaj drowy i znów pójdziesz spać, utulony ich biczami. Jestem pewien, że pojedynek Ront kontra przedstawicielka klanu Feldrun zostanie niebawem rozstrzygnięty. Szale losu są nieubłagane – spokojny, choć nieco chrapliwy głos dobiegł z innego kąta. Siwy, łysiejący krasnolud o ciemnej skórze siedział spokojnie, zacierając ręce na wspomnianą ewentualność – już wkrótce...zgodnie z planem... - mruczał coś do siebie, a oczy zalśniły mu jakby miał jakieś postanowienie, może pomysł lub plan. Patrzył chwilę na orka który o dziwo, nie podjął wyzwania, tylko mrucząc i warcząc wycofał się do swojego kąta. Derro zatarł ręce, chichocząc pod nosem.
- Dobrze powiedziane, Buppido. Ale nie przejmowałbym się tym za bardzo. Wszystkich nas zabiją, prędzej czy później. Bójka dwóch truposzy... – parsknął fatalistycznie drow, skulony w kącie, błyskając czerwienią swoich oczu.
- Daruj mi swój jad Sarith – warknęła krasnoludzica – wszystkie elfy są takie same. Tchórzliwe i służalcze – odparowała uspokajając się nieco.
- Nie zgodzę się z tą absolutnie krzywdzącą opinią...zwłaszcza z ust przedstawiciela starej rasy. Powinniśmy trzymać się nieco bardziej cywilizowanej formy dyskusji i zachować minimum powagi... - istota która to wypowiedziała nie wyglądała nawet na taką, która byłaby w stanie wyartykułować jakiegokolwiek dźwięki poza schematycznymi powarkiwaniami w swoim prymitywnym języku – szlachetnie urodzonemu nie godzi mi się słuchać waszych uszczypliwych komentarzy – nonszalancko wydłubał pazurzastą ręką jakiś farfocel z pomiędzy ogromnych kłów wielkiej, podobnej do pyska niedźwiedzia paszczy – panie Kzekarit, powiedzcie jej coś – monstrum wskazało oskarżycielsko na krasnoludkę.
- Jak każesz, książę Derendilu. - powiedział kpiąco drow - Coś – rzucił dokładnie tym samym tonem do krasnoludki, która wyszczerzyła się jedynie w odpowiedzi, siadając na swoje miejsce i szczękając kajdanami.
- Hmblhmyhmyblyh...mrrrgrrrtrkhmm... - zamamrotało coś niewielkiego, skulone początkowo pod ścianą, coś, co okazało się niewielkim, młodziutkim gnomem, niemalże łysym, jeśli nie licząc kilku kępek włosów na głowie, wyrastające z łysiny niczym porosty na kamieniu. - Co on znów pieprzy Kępa? - zainteresował się jimjar – Krzaczór mówi, że macie wszyscy nieźle odbite...a szczególnie quaggoth – zachichotał drugi gnom, mający na łysinie jedną wielką, imponującą niczym pędzel czuprynę. Głowa wystawała z za załomu skalnego, będącego niewielką, naturalną kryjówką za którą chowały się oba gnomy. Między nimi, a resztą zamkniętych i przykutych do ściany jeńców widać było wyraźny dystans, jakby dwa gnomy celowo dystansowały się od innych. Albo reszta od nich. I kiedy mamroczący gnom zwany Krzaczórem podszedł do Lyssy i zaczął ją obwąchiwać, niczym ciekawski piesek, ta zaś spróbowała wyciągnąć do niego łapę, derro zdążył jedynie ostrzegawczo wymruczeć – Nie próbuj dziewczyno... - jedynie instynkt pozwolił Tabaxi cofnąć rękę, z miejsca, w którym kłapnęły zęby młodego gnoma. Łańcuch zatrzeszczał niebezpiecznie, a białe zęby błyskały, kiedy mały sfirfnebli, wyglądający początkowo uciesznie, zamienił się w kąsającego wściekle szaleńca.

Salwę huraganowego śmiechu przerwał ryk Derendila, który z jakichś powodów miał już dość ponurych żartów swoich współwięźniów, i szarpał się, próbując zakutymi w stal pazurami dosięgnąć orka. Ten, po swojej stronie siłował się również, naprężając muskuły
- Dwie dychy na Derendila! Dwie dychy blingów! Oddam...Dwie dychy! – wrzeszczał obłąkańczo Jimjar, tańcząc w swoich łańcuchach. Krasnoludka stała wręcz na ścianie, próbując zerwać łączące ją ze ścianą kajdany. Drow siedział z opuszczoną głową, a derro uśmiechał się tajemniczo, wpatrzony w Zaka. Wyciągnął rękę, wskazując paluchem Yuan-ti i kiwając głową. Oczy derro były puste. Szalone.
-Ty... - ciche mruczenie krasnoluda doszło do Zaka, pomimo potwornego hałasu, czynionego przez pozostałych.

Aelin cofnęła się pod ścianę, opierając się plecami o coś śliskiego i zimnego. Odwróciła głowę i zamarła, widząc ogromne, rybo podobne stworzenie. Wielki pysk sięgnął na dół, a na nowych więźniów spojrzał przedziwny rybolud, o oczach nieruchomych, jakby zimnych. Ale od powolnej postawy wielkiego stwora bił spokój a jego ruchy zdawały się uspokajać, jakby nic nie robił sobie z hałasu jaki powodowali jego towarzysze. Leshana była skłonna nawet założyć się z Jimjarem, że stwór...uśmiechnął się do nich. W panującym rozgardiaszu ledwie dostrzegli niewielkie stworzenie, podobne do kamienia na czterech nóżkach, które w swej przewrotności drowy przykuły na samym środku. A być może nie mieli innego wyjścia – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze...tylko spokój...równowaga...i harmonia... - brzmiały słowa jakby dobiegające spod wody. Kuo-Toa rozmawiał nie otwierając nawet ust. Uśmiechał się tylko, a z jego szerokiej paszczy przy każdym uśmiechu wystawały blade kły, zdolne rozrywać kolczugę.
- Cześć....mówią na mnie Stołek, a to mój przyjaciel, Shuushar. Chcecie być moimi przyjaciółmi? - wszyscy przez moment patrzyli na dziwną, kamieniopodobną istotę zdając sobie po chwili sprawę, że tak jak Kuo-toa, ona również nie byłaby w stanie wypowiedzieć na głos żadnego słowa. Rozmowa którą słyszeli, dobiegała zewsząd, ale przede wszystkim z ich własnych umysłów.

- Cisza! - rozkaz w drowim języku, tym razem dobiegał zza krat i momentalnie zakończył wszelki hałas. Nie ruszała się nawet krasnoludka, wciąż wisząc na ścianie i jedynie cichutki, miarowy klekot jej kajdan uzmysławiał reszcie powagę sytuacji. przez chwilę, wszystko zamarło, niczym zamrożone w czasie. Zdawało się, że nawet rozwścieczony quaggoth przestał na moment oddychać i tylko jego oczy świeciły w ciemności. Shoor Vandree. Tego głosu nie mógłby zapomnieć żaden niewolnik w Velkynvelve. Stał właśnie przy kracie i obserwował niewolników nienawistnym spojrzeniem.
- Nowi zainteresowali resztę. Są pobudzeni. Może trzeba skarmić kilku pająkom? - zaśmiał się drugi drow, podchodzący do krat. Jorlan. Jego nierówny, kuśtykający krok był nie do pomylenia z nikim innym.
- Nie. To byłoby marnotrawstwo. Ilvara się nimi zajmie.Ale i tak umrą.Nie teraz, ale w swoim czasie Jorlan. W swoim czasie – drow odszedł od krat ale został ten pierwszy. Poczekał chwilę, patrząc czerwonymi oczami gdzieś w dal, po czym splunął za swoim towarzyszem i odszedł od krat, pozostawiając wszystkich w ciszy.
- Kim jesteście? - uśmiechnięta, spokojna morda Kuo-toa znów pochyliła się nad nimi, a dziesięć par oczu, różnych kształtów i kolorów wychyliło się z cienia, wpatrując się w swoich nowych towarzyszy niedoli...
 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est
Asmodian jest offline  
Stary 21-01-2019, 19:19   #2
 
BloodyMarry's Avatar
 
Aelin odprowadziła drowy pełnym nienawiści spojrzeniem. Nienawidziła swych mrocznych kuzynów, tak bardzo jak tylko jej serce mogło nienawidzić. Przez chwilę siedziała w ciszy targana przez ogromne emocje. Wrzał w niej ogromny gniew - spowodowany utratą rodziny i bliskich, bezsilność - powodowana tym, że nie dała rady ich ochronić, a także strach - strach przed malującą się w mrocznych barwach przyszłością. Nie należała do strachliwych, jednak to co widziała podczas długiej i katorżniczej podróży do ich celi napawało ją lękiem. Obraz bitych aż do ostatniego tchnienia współwięźniów cały czas widniał przed jej oczami, a wrzaski mordowanych ciężarnych i dzieci… niewinnych dzieci, odbijały się w jej głowie głośnym echem. Siedziała staczając się w swe mroczne myśli niczym w otchłań, ściskając w schowanej za plecami dłoni zatruty bełt. Bełt, który miał stać się końcem żywota jednego z młodych elfów porwanych razem z Aelin. Chłopak próbował uciec, a w jego stronę wystrzelono bełt. Pocisk chybił, jednak od drugiej strony młody elf został osaczony i rozszarpany przez drowie sługi. Aelin niepostrzeżenie podniosła bełt i przemyciła do celi.

Słowa Kuo-toa wyrwały ją z szponów jej ponurych myśli.
- Aelin. Pochodzę z Wysokiego Lasu. - odpowiedziała, krótko. Widząc, że stwór jest przyjacielski postanowiła zapytać o parę rzeczy.
- Po co właściwie oni nas tu trzymają? - spytała chcąc dowiedzieć się, dlaczego drowy ich “oszczędziły”.
- Hmmm… - mruknął jakby się zastanawiał. - Pytasz po co nas tu trzymają? - odpowiedział spokojnie pytaniem, na pytanie. - Trzymają nas tu do pracy… Ciężkiej pracy… Katorżniczej wycieńczającej pracy, mającej doprowadzić nas do rychłego ko…
- Ok, rozumiem. Trzymają nas do pracy. - przerwała mu Aelin, mając wrażenie, że jego wywód nigdy się nie skoczy. - Dziękuję za odpowiedź. - dodała zmartwionym głosem.
- Spokojnie, nie zamartwiaj swojej płomiennowłosej głowy na zapas. - poradził spokojnie Shuushar, widząc wyraz twarzy elfki. Ta pokiwała tylko głową i zaczęła wodzić wzrokiem po innych więźniach. Jej spojrzenie spoczęło na głośnej, rudowłosej krasnoludzicy.
- Hej, ty mała, ruda… no Eldetch. - rzuciła w stronę kobiety imieniem zasłyszanym w rozmowie innych obecnych w celi. - Jakbyś mogła nie porównuj mnie i innych elfów do tych czarnych podziemnych śmieci. Nie mamy ze sobą nic wspólnego.
Krasnoludzica słysząc słowa elfiej wojowniczki splunęła.
- Wszystkie długochy są takie same, przemądrzałe, zadufane w sobie. Będę porównywać was do kogo tylko sobie zechcę? Masz coś konkretnego do powiedzenia? Bo jeśli nie to zamknij swoją, elfią, wypacykowaną buźkę i niech cię nie słyszę. - odburnkęła.
Aelin zagryzła zęby, żeby nie odpyskować krasnoludzicy, bo było parę rzeczy o które chciała zapytać.
- Właściwie to mam. Skoro już sobie tak miło gawędzimy to może powiesz mi ile już tu siedzicie? - spytała.
- A wyglądam jakbym sobie daty w kalendarzu odhaczała? Słońca nie widać to i nie wiem ile już tu siedzę, straciłam rachubę. Ale w cholerę i dłużej. Powoli tracę jakiekolwiek nadzieję, że kiedykolwiek wrócę do mojego Gauntlrym. Reszta siedzi tu jeszcze dłużej. Jedyni, którzy przyszli tu po mnie nie licząc was to te dwa małe dziwadła. - odparła wskazując na gnomy. Nie wiedzieć czemu Buppido zaczął chichotać jakby w odpowiedzi na słowa Eldetch. Krasnoludzica zignorowała go, tak jakby była już przyzwyczajona do tego typu reakcji.
- No dobra, a teraz długoucha sztacheto jeśli chcesz się z kimś integrować to z kimś innym. Nie chce mi się dłużej z tobą gadać. - odchrząknęła i obróciła się w drugą stronę.

- Masz rację powierzchniowcu. - elfka usłyszała męski głos dobiegający z końca celi.
- Nie jesteśmy tacy sami. My jesteśmy od was lepsi. - kiedy spojrzała w tamtym kierunku zobaczyła drowa, który wpatrywał się w nią ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Wy jesteście lepsi… - elfka wycedziła przez zęby. - Wy?! Jak ty możesz w ogóle spokojnie spać, wiedząc co twoi pobratymcy czynią innym rasom Podmroku i Powierzchni?! Ty czarne ścierwo! Jedyne czym jesteście to największym błędem jaki wyszedł spod rąk bogów! - Aelin zaczęła się szarpać jak gdyby chciała dopaść Saritha i udusić go gołymi rękoma. W odpowiedzi na jej furię, Sarith wybuchnął histerycznym śmiechem odbijający się głośnym echem, po ścianach celi. Kiedy się uspokoił spojrzał na elfkę szczerząc się w wrednym uśmiechu.
- Jesteś, żałosna. - rzucił krótko.
- Czekaj tylko, zedrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy. - wrzasnęła elfka, szarpiąc łańcuchami, które brzęczały głośno przy każdym jej ruchu.
Opanowana gniewem nie myślała o tym, że może zwrócić na siebie uwagę strażników.

 

Ostatnio edytowane przez BloodyMarry : 21-01-2019 o 21:19.
BloodyMarry jest offline  
Stary 27-01-2019, 03:46   #3
 
Kata's Avatar
 
Zimno było pierwszym co poczuła. Dotkliwie bijące od ziemi i przysparzające lekkich dreszczy, otulało ją niczym w niewidzialnym kokonie. Szybko doszedł do tego delikatny ból spowodowany przez jakieś upierdliwe okruchy skalne wbijające się w skórę. Leżała bezwładnie z twarzą na ziemi, gdy budzące się zmysły zaczęły malować coraz gorszy obraz jej sytuacji, przebijającej się przez wciąż śniącą świadomość.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=cQSMW5IuLvU[/MEDIA]

-Przytrzymaj ją. - Rozległ się głos w mowie podmroku która była dla niej obca i niezrozumiała.

Jakieś męskie dłonie pociągnęły ją za ręce szorstko, gdy ktoś inny złapał mocno za kark. Czerwone oko otworzyło się w tym samym momencie, i rozrosło w mroku do którego musiało dostosować. Kocie uszy Tabaxi położyły się za siebie, a z palców jej dłoni wysunęły się ostre zagięte pazury. Nie wiedziała kim są te elfy, ani skąd się tu wzięła, ale gdy dotarło do niej że zamknęli jej ręce w kajdanach chciała walczyć. Cała sylwetka kobiety naprężyła się, lecz w niezrozumiały dla niej sposób nie była w stanie nic zrobić poza markotnym, kocim zawodzeniem.
Mężczyźni nic sobie z tego nie robili, a nawet zdawali się paskudnie rozbawieni. To tylko bardziej podjudzało jej irytację, więc w desperacji patrząc na jednego prychnęła groźnie. Dłoń trzymająca za jej kark zwolniła uścisk, a niewidzialna siła która trzymała ją do tej pory w ryzach, zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zerwała się by skoczyć na oprawcę, ale nie okazało się to najmądrzejszym posunięciem, bo z miejsca dostała kopniak w twarz i wylądowała na ziemi. Zanim cokolwiek zrobiła solidny but naparł na jej szyję, wciskając w glebę. Przez jaskinie rozległo się jej kocie zawodzenie, potęgowane przez kamienne ściany. Jej duma została sponiewierana, ale wciąż walczyła. Dopiero teraz dotarło do niej że dookoła było więcej spętanych istot, ale elfy nie miały zamiaru jeszcze jej puścić, choć już była na łańcuchu. Przez moment jeszcze nie wiedziała czego się spodziewać, aż nagle but mrocznego elfa nastąpił na jej puchaty ogon. Koci pisk poniósł się echem po jaskini, ale drow nie miał zamiaru przestać, z zadowoleniem wsłuchując się w jej wycie i depcząc dalej.
Już nie walczyła, skulona, z łzami w oczach.

** Przeszłość **


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Ma6S8_oQkbI[/MEDIA]


Melkerth Tanner, wyrzucony niegdyś z akademii, ambitny czarownik był dla niej niczym ojciec. Dorastała przy nim, przechodziła swoje najgorsze i najlepsze chwile w życiu. Zapamiętała go jako młodego i surowego mężczyznę, ale gdy ona dojrzewała, on także. Dziewczynka zamieniła się w kobietę, a czarownik zdążył osiwieć. Melkerth nigdy nie wyjawił jej prawdy o jej przeszłości, choć naciskała nie raz. Była inna. Miała kocie uszy zamiast ludzkich, długi i puchaty ogon, a zamiast paznokci ostre szpony. Nie był jej biologicznym ojcem, to było pewne. Mówił że przygarnął ją i otoczył opieką, a jednak ich relacje były takie dziwne. Takie zimne i pełne tajemnic.
Jak większość czarodziejów, Melkerth cenił prywatność i pewien poziom luksusu. Jego wielkie posiadłości były odbiciem samego charakteru czarownika. Surowe, zadbane i.. chłodne. Lyssa mieszkała w nich wiele lat, a zmieniały się one chyba trzy razy, a jednak nigdy nie widziała ich od zewnątrz. Raz zdawało jej się że cały budynek znajduje się pod ziemią, innym razem słyszała za grubym murem ptaki i grzmienie burzy. Tanner był potężnym magiem, ale też niezwykle apodyktycznym człowiekiem. Utrzymywał ją, zapewniał by jej potrzeby były zaspokajane, ale też narzucał swoją wolę. W pewnym sensie Lyssa była “ptaszkiem w złotej klatce” lub inną tam księżniczką z wieży. Tyle że do tamtych podobno wybierali się jacyś rycerze, za to ona miała wrażenie że jedyna twarz jaką przyjdzie jej oglądać przez całe życie należała do starzejącego się maga.

Lyssa nie miała nazwiska, nie miała rodziców (poza przybranym ojcem Melkerthem) i w zasadzie nie wiedziała kim jest, ani jaki jest cel jej życia. Tanner z pełną stanowczością starał się ją ułożyć na kogoś ze swojej wizji. Wymagał by uczyła się tańca, gry na instrumentach, czytała o zasadach panujących pośród ludzi i ras, ale też trzymał ją z dala od społeczeństwa. Na tym się nie kończyło, bo bardzo często musiała odpowiadać na jego niezrozumiałe dla niej pytania, jakby sprawdzał czy dobrze mu idzie w tej ojcowskiej roli.

Prawdy spowitej za setką kłamstw Lyssa miała się nigdy nie dowiedzieć, a że innego świata niż ten jej ukazany nie widziała - uwierzyła.

Melkerth wcale nie przygarnął jej jako sieroty, a sam.. stworzył ją. Po wielu nieudanych eksperymentach na płodach Tabaxi, w końcu ten jeden wydał się obiecujący i dał czarownikowi nadzieję na to że odniesie jeszcze sukces. Inne kocięta żyły krótko, lub umierały już na początku. Dla czarownika nie miało to znaczenia, bo wiedział że taka jest cena postępu. Lyssa zaś, na początku była jedynie “obiektem 21”.
“Tatuś” by otrzymać odpowiednie materiały do badań stosował najróżniejsze metody od naturalnego poczęcia, po pełną synergię laboratorium i potęgi magii, przez nawet obce gatunki w roli “nosicieli”. Początkowym celem Melkertha było nadanie bardziej ludzkiej fizjologii rasie Tabaxi, modyfikacja genetyczna i usunięcie niektórych wad. Same Tabaxi, kocia rasa z odległych cywilizacji krain była tak rzadka że dostarczanie materiałów do badań wymagało sporych nakładów finansowych. Ostatecznie, po wielu porażkach.. dzieciach bez skóry, organów lub innych anomaliach, mag uznał redukcję owłosienia na Obiekcie 21 za zadowalającą. Próbował też wcześniej przyspieszyć naturalny proces dojrzewania dziecka, ale Obiekt 19 tego nie przeżył. Ostatecznie całe przedsięwzięcie spadło na trzeci plan, realizowany bardziej przy okazji, przez co frustracja jego powolnym postępem opadła. Na tyle, że Melkerth mniej bił Lyssę, a ta zaczęła trochę bardziej przykładać się do nauki tańca i sztuki której miała pod dostatkiem. Nie robiła tego dla niego, a przynajmniej nie do końca. Literatura była prawie jedynym jej oknem na świat zewnętrzny, który z jakiś powodów był jej zakazany.

Cały ten projekt był zaledwie jednym z wielu dzieł czarodzieja, tym który miał być z początku dość prosty, przynieść dochody, a przy okazji pozwolić na eksperymenty mogące przydać się w poważniejszych przedsięwzięciach. Lyssa nie miała być jedyna, ale była ważna, bo była pierwsza. Egzotyczna prostytutka? Dama do towarzystwa? Niezwykła dekoracja na królewskim dworze? Melkerth planował wielką sprzedaż dzieła, które jak uważał miało trafić do szerokiej gamy klientów w niewyobrażalnej cenie i nie obchodziło go zupełnie w jaki sposób ów “dzieło” zostanie wykorzystane. Eksperymenty miały być też wstępem w dalszych projektach tworzenia istot bardziej wyspecjalizowanych w szpiegostwie, czy walce.

Pod pozorem ojcowskiej troski Tanner sprawdzał postępy prac, to jak szybko dziewczyna się uczy, jakie problemy sprawia i szukał usprawnień swojego projektu. W całej swojej potędze nie przewidział jednak że stanie się celem ataku elfów z podmroku. Te mimo solidnie zabezpieczonej twierdzy czarodzieja poradziły sobie gładko i sprawnie, realizując skrzętnie zaplanowaną operację i zostawiając po sobie tylko rozkradzione zgliszcza.

Lyssa nie miała pojęcia czy Tata żyje i co się z nim stało, bo po tym jak do jej pokoju wpadła jedna z ciemnoskórych elfek zdążyła tylko chwilę jej się przypatrzeć. Sama drowka nieco zaskoczona jej niecodziennym widokiem już miała ją zabić, ale zawahała się.. co było potem? Nie może sobie przypomnieć, choć naprawdę by chciała.

** Gdzieś w ciemności podziemi **

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=YoFtPnMhZDQ[/MEDIA]

Lyssa nie tak sobie wyobrażała pierwsze chwile poza twierdzą maga. Tyle czytała o pięknych, skąpanych w letnim słońcu polanach, rześkich lasach ich bogactwie zapachów i żyjących pośród nich istot, a tymczasem znów była ubezwłasnowolniona. Prawdziwy koszmar miał jednak dopiero się rozpocząć.

Drowy w końcu przestały się nad nią pastwić, a dziewczyna podwinęła obolały ogon w barwie ciemno szarej stali i ujęła go czule w dłonie. Około metrowej długości i puchatej sierści, był jednym z niewielu miejsc gdzie dało się dostrzec spuściznę jej rasy. "Prawdziwa" tabaxi byłaby porośnięta futrem w całości, u Lyssy zaś dało się je dostrzec tylko na ogonie i kocich uszach, wyłaniających się spod morza srebrnobiałych włosów.


Jej łańcuchy zarzęziły metalicznie, gdy zerwała się na nogi po tym jak któryś z drowów smagnął ją biczem przez tyłek i plecy. Zapiekło tak okrutnie pomimo ubrania, że aż pisnęła. Chciała uciec, albo zwinąć się w kłębek gdzieś w ciemnym zakątku w którym nikt jej nie znajdzie, ale bała się. Serce waliło jej w piersi jak nigdy, a kocica liczyła jeszcze gdzieś tam w środku że tata przyjdzie jej na ratunek. Póki co postanowiła posłusznie spełniać wolę swoich prześladowców i dołączyła do kolumny pełnej istot, z których niektórych nigdy wcześniej nie widziała na oczy. Czego mogła być jednak pewna, to to że działało to w pełni w drugą stronę.

Tabaxi przypominała bardziej młodą ludzką dziewczynę, niż tajemniczą rasę z której to się wywodziła. Miała dopiero dwadzieścia dwa lata, była zwinna i szczupła. Wzrostem wychodziła lekko ponad przeciętną, ale wciąż większość mężczyzn była od niej wyższa. Drobne stopy, otulone były w eleganckich, szytych na miarę i specjalnie wzmocnionych butach do połowy łydki. Inne zaraz by zniszczyła, bo co nie było tak oczywiste, te delikatne stopy także skrywały kocie pazurki.
Jej zgrabne nogi i krągłe biodra podkreślały nieco schodzone już skórzane spodnie które miała na sobie w momencie porwania. Lubiła je nosić także jako nie pierwszy protest wobec woli Melkertha, który wielokrotnie kazał jej ubierać się w sukienki i bez końca wywijać ciało w tańcu.
Od pasa w górę okrywał ją całkiem seksowny, skórzany top odsłaniający ramiona i plecy, z prześwitami na biust, a wiązany na szyi niczym obroża. Tamta jej nie przeszkadzała, natomiast teraz dostała drugą, ciężką i żelazną która rozbudzała odległe, niepokojące wspomnienia i gotowała krew w żyłach.

Podmrok, gdyby nie sytuacja w jakiej przyszło jej się tu znaleźć wydawał się niezwykle fascynującym miejscem. Ciemność która snuła się na każdym kroku nie przeszkadzała Tabaxi, której oczy podobnie jak u kota potrafiły ją przejrzeć odsłaniając unikatowe piękno tego ekosystemu. Im dalej szli, tym robiło się wilgotniej co przypominało jedną z siedzib jej taty, całej wykutej w kamieniu. Lyssa na tyle nie lubiła tamtego miejsca, że złośliwie odrapywała ściany dając się we znaki czarodziejowi.
Fosforyzujące grzyby, świecące w ciemności żuki i nieskończone bogactwo stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów budziło niepokój, ale i fascynowało. Chociaż powietrze zmieniało się bez końca, raz będąc chłodne, mroźne, a innym razem duszne i parne, jedna rzecz w nim się nie zmieniała. Smród potu, strachu jaki im towarzyszył, w akompaniamencie jęków, szlochań i przerażonych spojrzeń. Chociaż kiedyś tata ją bił, nigdy nie eskalowało to do tego stopnia jaki zobaczyła tutaj. Okrucieństwo mrocznych elfów ją przytłaczało i chociaż czytała kiedyś o nich, literki nigdy nie oddały prawdy o nich tak jak to co zobaczyła. Ci odważniejsi lub głupsi byli bici i katowani dla przykładu do tego stopnia, że najbardziej wrażliwi i słabi nie wytrzymywali psychicznie. Oni także mieli dziś umrzeć.

W pewnym momencie ich pochód się zatrzymał, a pomiędzy ciemnymi elfami zawrzało od poleceń których nie rozumiała. Jeden z nich przeszedł blisko niej, a Lyssa przymknęła nieco oczy, gotowa na cios który nie nadszedł. Jej puchaty ogon zawinął się i uciekł blisko nogi, wciąż pamiętając ból jakiego doznała nie tak dawno temu. Wojownik w kolczudze złapał za ramię jakiegoś małego elfiego chłopca i wyszarpał go z tłumu niewolników. Rozległy się krzyki dziecka, które zapłakane próbowało się bezskutecznie szarpać z dużo silniejszym, dorosłym mężczyzną. Jakaś elfka krzyknęła coś tak melodyjnym, nawet przy tych emocjach głosem i rzuciła się na drowa z furią którą rzadko było widać u długouchych. Melodia ta zamilkła w jednej chwili gdy stalowy buzdygan rozłupał jej czaszkę, a kwiat powierzchni w pośmiertnych konwulsjach opadł na ziemię i obumarł. Lyssa krzyknęła przerażona, i uciekła wzrokiem czując jak jej nogi zaczynają drżeć. Z trudem stała, nieprzywykła do takiego okrucieństwa. W zasadzie nigdy wcześniej nie widziała czyjejś śmierci.
Strach złapał ją w swoje ramiona, na tyle że wszystkie głosy zaczęły zlewać się jej w jeden niezrozumiały skowyt. Ktoś kto stał za nią złapał ją za usta i trzymał tak pomimo kajdan, by przestała hałasować i zwracać na siebie uwagę strażników. Nie odwróciła się zobaczyć kto powstrzymuje ją od zawodzenia, nie spoglądała w stronę skąd zaczęły dobiegać przeraźliwe krzyki. Była tak przerażona że futro na jej ogonie nastroszyło się niczym kolce u jeża. W jednej chwili poczuła się nikim i dotarło do niej że być może umrze zanim pozna prawdziwy świat. Uszy zawinęły się w tył byle nie słuchać odgłosów konsumpcji jakie dobiegały z jaskini do której zaprowadzono i bestialsko wymordowano ciężarne kobiety i dzieci spowalniające pochód.
Zadowolone z siebie drowy nie poprzestały na tym, przechodząc pomiędzy nimi i prowokując. Pokazywały bez przerwy kto tu rządzi i tylko skupiając całą swoją wolę Lyssa opanowała się na tyle by nie stać się kolejną przykładową ofiarą ich bezmyślnego okrucieństwa. Kolejne godziny miały przynieść tylko więcej ofiar, spośród tych którzy próbowali uciekać.

Gdy zdawało się że już gorzej być nie może, Ilvara która przewodziła drowom
wyszła w butach na szybko uszytych ze skóry jednego z niewolników. Jeśli kiedyś Lyssie zdawało się, że kogoś nienawidzi, to teraz to słowo nabierało nowego znaczenia. Nie marzyła o niczym innym jak utrzeć ten irytujący uśmiech z drowich twarzy. Chciała by skomleli o litość, której i tak by nie zaznali. Jej płonne nadzieje nie miały jednak żadnych szans na spełnienie się, a tymczasem cały pochód zatrzymał się. Napotkani w podmroku wędrowcy zapragnęli wykupić część z nich. Jaki los czekałby ich w innych rękach?

Zobaczyła przeróżne dziwne istoty, niektóre takie, o których nigdy nie słyszała i nawet sobie nie wyobrażała. Lyssa starała się jednak nie wychylać, nie wierząc w to by w innej niewoli miało być jej lepiej. Kolejni kupcy, krasnoludy z podmroku odeszli zabierając część z silnych mężczyzn. Tabaxi ich nie zainteresowała, chociaż dziewczyna i tak nie rozumiała ani słowa z rozmowy między obiema stronami. Drowy zainteresowały się kolejnymi handlarzami, tymczasem wzrok kocicy padł na jakiś metalowy przedmiot wystający z warstwy grzyba o wyglądzie mchu. Wykorzystując moment gdy wszyscy byli zaabsorbowani czym innym, zaczepiła butem ów obiekt. Ten ruszył się łatwo, najwyraźniej nie tkwiąc głęboko w skałach. Zaledwie chwilę zajęło jej by odkryć czym było znalezisko. Płaskownik, stary i pordzewiały nie był szczytem jej marzeń, ani nie dawał żadnej nadziei. Przez moment zastanawiała się w ogóle, czy nie porzucić go na swoim miejscu, ale całe życie miała lepkie ręce i teraz też poczuła że musi zabrać znalezisko ze sobą. Problemem było to że sztywny kawałek metalu o sporych rozmiarach ciężko było ukryć, szczególnie jeśli nie miało się jakiś bardziej luźnych i obszernych ubrań. Trzymając w łapkach swoje znalezisko, schowała się w tłumie innych kobiet. Będąc w kajdanach musiała się bardzo mocno wygiąć by wsunąć płaskownik za pas tak obcisłych spodni i dalej pod materiał, gdzie wzdłuż uda nie rzucał się aż tak w oczy. Kilka osób dostrzegło jej wysiłki, ale wszystkie należały do innych niewolników. Część ją zasłoniła, a część pokręciła tylko głową sugerując że to nie jest najlepszy pomysł. Uzbrojona w stary, zardzewiały płaskownik czuła się lepiej i to nie dla tego że czuła że teraz może stawić wyzwanie drowom. Czuła się lepiej, bo wiedziała że nie są doskonałe i coś może umknąć ich uwadze.


** Kres wędrówki, Velkynvelve **


Byli daleko od domu, zmaltretowani i wycieńczeni. Zdawało się że czeka ich też dłuższy postój bo nieliczni którzy trafili do tego samego miejsca co Lyssa, zostali tak samo zakuci w łańcuchy przykute do ścian. Szybko okazało się że nie byli tutaj sami, a inni więźniowie najróżniejszych ras pokazywali tylko jak mało wybredne były drowy. Wnet zaczęła się więzienna wrzawa rozmów i wyzwisk, do której jednak Lyssa się nie dołączyła. Wszyscy rzucali się sobie do gardeł i nagle każdy był tak pewny siebie, ale Lyssa pamiętała ich twarze jeszcze w czasie podróży i wiedziała że to tylko pozory. Że każdy jest taki mocny w słowach tylko do czasu. Sama Tabaxi nie miała zamiaru zgrywać twardej, ani wojować słownie w imię jakichkolwiek idei. Jej kajdany rozlały po pomieszczeniu delikatny, metaliczny dźwięk gdy sprawdzała ile swobody jej dają. Westchnęła i spojrzała z udawanym współczuciem na dziwną istotę nazywaną Stołkiem.

(Rzeczywiście może być tu ciężko o przyjaciół Stołku. Szczególnie jeśli potrafi się czytać innym w myślach tak jak Ty.)

Pomyślała, lecz zanim zdążyła wypowiedzieć te słowa, usłyszała Stołka już w swojej głowie.

(Czemu masz taki puchaty ogon? Ale fajny...)
(Jestem Tabaxi, tacy jesteśmy..)
(Ale kudłate uszy! Czemu masz takie futro? A tu? czemu nie masz?)
(Ja.. bo.. nie wiem, tu nie trzeba mi futra?)
(Pazury? ja też mam pazury!Zobacz, zobacz!)
(Um.. Piękne, choć ja swoje umiem chować!)
(O, zobacz jaki fajny odgłos)
Stołek zaczął wesoło grzechotać łańcuchem.
(Nie, nie. To nie jest fajny odgłos!)
(A potrafisz tak?)
Stołek przewrócił się na...głowę(?) grzechocząc łańcuchem.
(Nie.. ale.. ten elf obok potrafi, na twoim miejscu zapytałabym go o to!)

Ta krótka telepatyczna konwersacja była dość męcząca i okazała absolutnie bezowocną. Stworzenie o takiej mocy posiadało umysł na poziomie rozwoju jak u wesołego psiaka. Być może mogłaby to jakoś wykorzystać, ale trudno było maskować swoje złe intencje jeśli ktoś potrafił wejść Ci w głowę. Tymczasem więc zainteresowała Stołka kimś innym, sama zaś zawiesiła wzrok na innej osobie.

Zawisła w kajdanach, tajemniczo przyglądając się olbrzymiej sylwetce Ronta i uśmiechając się nieco kpiąco i wesoło. Musiała przyznać że gdzieś wewnątrz podobali jej się umięśnieni mężczyźni. Choć z pewnością nie tej rasy.

- Imponujące muskuły orku.. Jednak skoro jeszcze nie trafiłeś do żadnej kopalni, to tak się zastanawiam.. Twoja niewolnicza praca polega na służbie w sypialni Ilvary niczym Jarlan i Shoor?

Ork wybałuszył oczy, jakby nie rozumiał o co jej chodziło i zaczął się długo zastanawiać. Gdy w końcu jakoś jego umysł podołał temu wyzwaniu, potrząsnął łbem i odpowiedział.

- Ront napełniać beczki. Ront sprzątać łajno. Jarlan, nie Ront, posiadł samicę Ilvarę. Potem Shoor posiadł samicę Ilvarę. Ilvara musi być dobra samica, silna. Jarlan był silny samiec. Teraz Shoor jest silny samiec, nosi czarne berło. On teraz samiec Ilvary. Jorlan musi posiąść inną samicę.
My być słabi. Oni nas zjeść szybko. Gruumsh nie lubi słabych, nie lubi tchórzy...Ty być silna samica? Ront myśli, że ty podobna do kudłatych goblinów. Ich samice dobrze pachną...


Tabaxi aż uniosła brew w niedowierzaniu jakim prymitywem okazał się ork. Przez moment odebrało jej mowę, a gdy już w końcu rozwiązał jej się język postanowiła tylko uśmiechnąć się krzywo i zapamiętać by mniej ufnym wzrokiem spoglądać na każdą beczkę czy to wina czy śledzi.

Po już dwóch dość bezowocnych próbach nawiązania jakiegoś dialogu, Lyssa nie była optymistycznie nastawiona do kolejnej rozmowy. Wiedziała jednak że musi zrobić wszystko by jakoś się stąd wydostać. Zupełnie lekceważąc ogólną nienawiść skierowaną w stronę mrocznego elfa, zainteresowane oczy Tabaxi obserwowały go przez dłuższy moment. W końcu zapytała wprost, ani nie oskarżycielskim, ani nienawistnym głosem, zawijając ogon niespokojnie.

- Drowie.. Znasz drogę na powierzchnię, albo jakiekolwiek bardziej wygodne miejsce?

Sarith który do tej pory wymieniał się jedynie kpinami i obelgami z innymi więźniami, zignorował ich na moment, skupiając swoje spojrzenie na Lyssie.

- Pewnie że znam, a może nawet Ci powiem jeśli będziesz grzeczna... - rzucił cwaniackim i zawadiackim tonem, błądząc wzrokiem po jej sylwetce.

Lyssa przez chwile uciekła twarzą na bok zaskoczona, ale nie pierwszy raz słyszała już takie słowa, a skoro drow tak chciał sobie pogrywać to i ona do tej gry dołączyła.

- Pod dobrą ręką potrafię być bardzo grzeczna.. - powiedziała niespokojnie kręcąc ogonkiem po kamiennej ścianie za plecami i przybierając niewinne oczka.

Mroczny zaśmiał się w odpowiedzi.

- Jest jedno takie miejsce, do którego MOŻE zechcę was zaprowadzić - łoże, z dala od tej jaskini. Najchętniej z tą pyskatą, bladoskórą elfką. - Tu wciąż do tej pory kpiąco uśmiechnięty drow, ukazał jakiś sadystyczny grymas. Wskazał palcem na Aelin, a jego wzrok stał się chłodny. - Zdarłbym z niej te skąpe pasy i użył ich jako knebla, wsłuchując się w jej bezsilne, przytłumione krzyki. Na początek..

Wytatuowana elfka, o której była mowa zaczęła obrzucać wyzwiskami drowa szarpiąc się przy tym w łańcuchach. Lyssa zaś dostrzegła na twarzy mrocznego jakieś dziwne czerwone wykwity. Niewielkie, niby trądzik, pokrywały jego czoło, brodę i policzki. Nie dodawały mu one uroku, a nawet jeśli mroczny wiedział o czymś co pomogłoby im w ucieczce, póki co wolał sobie z nich kpić i pogrywać. Chociaż Lyssa nie wydobyła z nikogo żadnych treściwych odpowiedzi, sama obserwacja tego z kim jest zamknięta była cenna. Zdawało się że tutaj wszyscy lubią obnosić się ze swoimi poglądami, a może to była ta chwila gdy nagromadzony stres musiał się uwolnić? Niezwykły harmider jaki zapanował już za chwilę nie wróżył nic dobrego...


 
__________________
In the misty morning, on the edge of time
We've lost the rising sun

Ostatnio edytowane przez Kata : 27-01-2019 o 16:31.
Kata jest offline  
Stary 27-01-2019, 20:41   #4
 
Aiko's Avatar
 
[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/fb/d7/b4/fbd7b483607fe8847ac85e965eddf7fb.jpg[/MEDIA]

To był szok dla całego oddziału. Zasadzka musiała być przygotowana dawno temu i to bardzo starannie. Nawet zwiadowcy nie wyczuli, że coś może się stać. Pamiętała strzałę, która przeleciała obok jej twarzy trafiając w jednego z jej towarzyszy. Jęk bólu,który wyrwał się z jego ust był preludium do piekła, które nawiedziło ich chwilę później. Siedząc w siodle Leshana starała się jakoś odpierać atak, na początek posyłając w kierunku przeciwników deszcz strzał, a gdy zbliżyli się do jej konia dobyła miecza. Poczuła jak ktoś wbił jej nóż w bok, potem świat zawirował i nagle znalazła się na ziemi. Chciała się podnieść jednak ktoś docisnął ją do ziemi. Słyszała jęki dobijanych towarzyszy, rżenie spłoszonych koni. Jaka dłoń docisnęła ją do ziemi. Blada, blada, blada… słyszała te słowo przebijające się przez ogólny harmider. Widziała ciemną skórę, srebrne włosy… wpadła w ręce drowów. Gdy ktoś przewrócił ją na plecy kopnęła łamiąc mu szczękę. Kolejny cios pozbawił ją przytomności.



[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/ae/fa/64/aefa6473c8a508402dd46e7387fc785e.jpg[/MEDIA]

Ocknęła się późną nocą. Nie miała na sobie zbroi, ktoś dobierał się do jej spodni. Na szczęście jakiś idiota skrępował jej ręce z przodu. Obróciła się nagle i kopnęła napastnika w brzuch i spróbowała się podnieść. Niestety fala przekleństw zaalarmowała innego drowa i ledwo podniosła się na kolana ktoś ponownie popchnął ją na ziemię. Docierały do niej okrzyki innych kobiet, dzieci. Po bólu, który w nich słyszała domyślała się, co tam może się dziać. Wojna miała swoje prawa, słabych poniżano i zabijano. Sądząc po entuzjazmie z jakim starano się ją docisnąć do ziemi uznano ją za jednego ze słabszych. Zamachnęła się kobiąc nowego napastnika w brzuch. Niestety opuszczone do połowy pośladków spodnie sprawiły, że jedynie poleciał na sąsiednie drzewo.

Zaczęła się odczołgiwać jednak dopadli ją kolejni. Potrzeba było czterech drowów by jeden mógł zaspokoić kosztem swoje rządze. Nie krzyczała. Nie chciała im dawać tej satysfakcji. Z nienawiścią wpatrywała się w czarne dłonie zaciskające się na jej śnieżno-białej skórze. Zabije ich… zabije ich wszystkich przy najbliższej okazji.

Nie pamiętała, której nocy dali sobie spokój. była coraz słabsza i czuła, że to przez jedzenie. Coś im podawano ale gdy odmawiała posiłków wciskano jej je siłą.

Z dawnego pancerza i pełnego elfiego stroju pozostała jej tunika, strzępy spodni i resztki butów. Obolałe ciało utrudniało i uniemożliwiało siedzenie. Sądząc po ubywającej liczbie kobiet z innymi obchodzono się podobnie tylko nie wszystkie to przeżywały. Jej samej ból utrudniał sen. Rozcięte plecy, krwawiące od pęt nadgarstki… jak długo zniosłaby to gdyby nie wiele lat wojaczki? Co działoby się w jej głowie gdyby jej uszy nie przyzwyczajone były do odgłosów jakie wydają mordowani?

Musiała się wydostać. Przeżyć i zemścić się na tych glizdach. Miała nadzieję, że zdobytym podczas jednego z gwałtów zdobyła kawałek obsydianu. Idioci specjalnie trzymali ją na rumowisku by mniej się wierciła, jakie było zdziwienie jednego jak sam wyrżnął w te kamienie zębami. Z satysfakcją słuchała jak wołają do niego “szczerbaty”. To ich nauczyło ale ona miała już broń. Wystarczyło by poderżnąć jednemu gardło.

Im rzadziej się do niej dobierano tym częściej mogła się przyjrzeć współwięźniom. Dwójkę rozpoznała. Aelin… pojedynkowały się kiedyś. Dawno temu… przyjemna walka pomiędzy natarciami na froncie. Kiedy ją dopadli? Do tego Daerdan… pamiętała tropiciela z podobnej sytuacji… czy to był ten sam front? Obolała głowa niezbyt chciała odtworzyć wspomnienia, a może to nie głowa ją bolała?

Przyglądała się prowadzącym ich drowom szukając szansy na wyrwanie się na wolność, jednak jakie miała szanse słaniając się na obitych i zakrwawionych nogach? Potrzebowała chwili by odzyskać siły, gdyby tylko udało się jej przeciąć pęta. Kamień czekał na swój czas ukryty pomiędzy ściśniętymi bandażem piersiami. To ten dziwny opatrunek uratował ją przed niektórymi batami, ale czuła że materiał poluzował się i może spaść, uwalniając, zbyt obfite jak na elfa i potwornie niepraktyczne dla wojownika, krągłości.


Ulga przyszła dopiero gdy skuto ich w tej cholernej jaskini. Czuła jak głowa znów zaczyna pracować. Nogami była w stanie coraz pewniej zaprzeć się o grunt, a palce dłoni… czuła że jest w stanie chwycić zdobyczną broń. Gdyby nie byli tylko w jakimś epicentrum drowiego gówna i do tego skuci łańcuchami. Poirytowana pociągnęła dłońmi, sprawiając, że łańcuch, którym przykuto ją do skały i Aelin, zagrzechotał.

Sprawdziła czy jest w stanie sięgnąć do kamienia w łańcuchach przysłuchując się dyskusji, która wypełniła pomieszczenie gdy tylko strażnicy odeszli od krat.

Czuła się jakby ktoś zamknął w jednej z tych oranżerii, w których bogaci poza drzewkami trzymają egzotyczne zwierzęta. Rozejrzała się szukając kogoś komu można by zadać norrmalne pytanie.

Padło na Derendila… księcia… Leshana słysząc ten tytuł natychmiast zwątpiła w jakość uzyskanych informacji. Odpowiedział zaskakująco poprawnym i przyjemnym dla ucha elfickim. Powiedział, że celi strzeże na okrągło co najmniej czterech strażników i zapytany przez nią gdzie dokładnie się znajdują zauważył, że ich nie widać. Trzymają się poza zasięgiem wzroku powierzchniowych elfów, ale jest pewny, że tam są. Leshana już nie była taka pewna, ale powstrzymała się od nieżyczliwego komentarza. Potem Derendil dodał, że przy wypuszczeniu z celi, kiedy idą pracować, zawsze czuwa nad nimi dwóch wojowników elfich, lub jeden wojownik i kilka quaggotów. Leshana przytaknęła mu już pod koniec przysłuchując się jednym uchem nieskładnej odpowiedzi Ronta. Niezbyt życzliwym głosem rzuciła w jego kierunku pytanie, czym niby podpadł Jarlan. Wierzyła, że każda informacja o niesnaskach po stronie przeciwnika, może im uratować życie. Ork odpowiedział ledwo składając zdania i elfka musiała się mocno skupić by wyłapać sens jego wypowiedzi. Zrozumiała, że Jarlan został ranny w jakiejś potyczce poza Velkynvelve, a ona była bardzo ciekawa z kim się bił.

Przez dłuższą chwilę przysłuchiwała się po tym innym rozmowom. Wypłapując najciekawsze informacje i zastanawiając się z kim uciec. Bo była pewna, że na długo tu nie zostanie, choćby miała to przypłacić życiem. Z zamyślenia wyrwały ją dopiero słowa Saritha.

- Jest jedno takie miejsce, do którego MOŻE zechcę was zaprowadzić - łoże, z dala od tej jaskini. Najchętniej z tą pyskatą, bladoskórą elfką. - Tu wciąż do tej pory kpiąco uśmiechnięty drow, ukazał jakiś sadystyczny grymas. Wskazał palcem na Aelin, a jego wzrok stał się chłodny. - Zdarłbym z niej te skąpe pasy i użył ich jako knebla, wsłuchując się w jej bezsilne, przytłumione krzyki. Na początek..
Leshana obejrzała się na niego z nienawiścią w oczach.
-Jedyne łóżko na jakie zasługuje taka glizda jak ty to rów w ziemi i z przyjemnością zakopię cię tam żywcem.

Odpowiedział jej jedynie histeryczny śmiech.
 
Aiko jest offline  
Stary 27-01-2019, 23:16   #5
 
MatrixTheGreat's Avatar
 
Zerwała się nagle i zaczęła szybko łapać głębokie hausty powietrza. Przestraszyła ją jedna z pierwszych kropli deszczu tego wieczora, która niespodziewanie wylądowała na jej nosie. Wciąż siedziała na koźle, razem z woźnicą, który starał się nie zaśmiać. Nie pamiętała nawet, kiedy zaczęła przysypiać, powieki piekły, a ciało wołało o odpoczynek. Przeciągnęła się nieznacznie, od czasu gdy wyruszyli z Waterdeep, nie miała okazji się dobrze wyspać. Tam, w Mieście Wspaniałości, była tylko ozdobą, ostatnim krzykiem mody, którym było otaczanie się znamienitymi poszukiwaczami przygód przez szlachtę. Tutaj, na trakcie, zaczęła się jej prawdziwa praca. Dowodziła eskortą szlachcica, który ją wynajął.

Kolejne drobne krople deszczu, najpierw leniwie, później z coraz większym zapałem zaczęły uderzać w dach wozu, odbijać się skocznie od pancerzy strażników i płukać sierść koni. “Jeszcze tego tylko brakowało” pomyślała Cefrey i zeskoczyła z wozu i pozwoliła mu odjechać. Zaczekała, aż następny wóz, przypominający karocę, zrówna się z nią na trakcie, poczym wskoczyła na schodek i zapukała do środka.

- Panie Halimath, do następnego zajazdu jeszcze długa droga, a konie muszą odpocząć…


Nie rozbijali namiotów, ani nie rozpalali ognia - nie było z czego, wszystko było mokre. Przynajmniej skończyło padać, choć wciąż delikatna mżawka sączyła się z ciemnego nieba. Większość podróżnych zmieściła się w wozach, a reszta stanęła na warcie, zmieniając się co dwie godziny, jednak Cefrey tej nocy planowała pozwolić sobie na zasłużony odpoczynek. Zmieniła swoją ciężką, stalową zbroję na skórzany kaftan - nie zmrużyła by nawet oka, gdyby na trakcie nie posiadała choć takiej formy ochrony. Nie trwało długo nim zapadła w głęboki sen.

Obudził ją śmiech. Mrożący krew w żyłach, szaleńczy i donośny śmiech. Z początku nawet nie poznała, że należał do jednego z jej ludzi - tego samego, z którym wcześniej spędziła całe popołudnie jadąc na koźle pierwszego wozu. Rozległ się krótki, przerwany krzyk. Cefrey zerwała się na równe nogi, chwyciła miecz i tarczę z symbolem smoka, po czym wyskoczyła z wozu, a w ślad za nią podążyli inni strażnicy. Wcześniejszy woźnica właśnie tarzał się po ziemi, a w całej okolicy dało się słyszeć jego przerażający chichot. Drugi strażnik, pochylając się nad kolegą, jakby zamarł w bezruchu, a kilka ciał leżało nieruchomo dookoła wozów.

- Do broni! Do broni! - zaczęła krzyczeć Cefrey, lecz jej ludzie nie odpowiedzieli. Poczuła uderzenie magii, lecz zaklęcie nie miało dość mocy, by na nią zadziałać. Zobaczyła za to, jak jej podkomendni padli nieprzytomni twarzą w błoto. Mogłaby przysiąc, że usłyszała chrapanie jednego z nich.
Z ciemności dobiegł ją świst, na dźwięk którego odruchowo zasłoniła się tarczą. Symbol smoka rozbłysnął delikatnie, a przed Cefrey zmaterializowała się lodowa bariera, osłaniająca ją od stóp do głów. Nie wytrzymała ona jednak uderzenia nadlatującego bełtu i rozprysnęła się na drobne kawałeczki. Cefrey, trzymając pokrytą szronem tarczę wysoko przed sobą, z donośnym krzykiem zaszarżowała na ledwo widoczną postać, od której nadleciał pocisk. Jednak jej okrzyk bojowy zamienił się w ciche stęknięcie, gdy dosięgnął ją kolejny bełt, tym razem z zupełnie innej strony i choć dzielna wojowniczka biegła dalej, jej kroki były coraz wolniejsze, krótsze. Gdy wreszcie dobiegła do strzelca, upadła u jego stóp, najpierw na kolana, później twarzą w błoto, a ciemność bezksiężycowej nocy zdała się objąć ją swym zimnym całunem.


Nie pamiętała jak długo działała drowia trucizna. Na dobrą sprawę nie pamiętała nawet tego jak się obudziła. Jej pierwsze wspomnienia przepełniał ból, który zdawał się jej towarzyszyć całą drogę. Wszystkie mięśnie piekły ze zmęczenia, plecy bolały od batów, których nawet nie pamiętała, a do wszystkiego niedługo dołączył także głód. Lecz musiała iść dalej. W jej otumanionym trucizną umyśle krzątała się tylko jedna trzeźwa myśl: “Muszę… iść… dalej...”. Płakała, gdy drowy zabrały dzieci i ciężarne kobiety. Nie rozumiała, dlaczego drowy pastwią się nad jej pracodawcą i nad jej byłymi podkomendnymi. Liczyło się tylko jedno - by się nie poddać. Z całej karawany została tylko ona. Pozostali nie przeżyli lub zostali sprzedani w niewolę.

Teraz, siedząc skulona pod zimną ścianą jaskini i gdy trucizna w większość przestała już działać, choć jej duma została rozszarpana na strzępy, zrozumiała jedną rzecz. Zrozumiała, że jedyną rzeczą, dzięki której jeszcze żyła, były właśnie narkotyki, którymi faszerowały ich drowy przez całą podróż. Gdyby nie jej otumaniony umysł, najprawdopodobniej zginęłaby w obronie innych więźniów. Być może bogowie nie do końca ją opuścili. Lub może mieli wobec niej własne plany?

Rzeczywistość wdzierała się do jej umysłu, rozdmuchując ostatnie, mętne opary kłębiącej się w jej głowie trucizny, choć różnorodność tego co widziała Cefrey nie pozwalała jej mieć pełnej pewności, czy to co się właśnie dzieje jest faktycznie jawą. Słyszała głosy w różnych językach, zarówno normalne, jak i w środku jej głowy, a od wrzawy i metalicznych odgłosów szarpanych łańcuchów rozbolała ją głowa. Drowy jednak szybko wszystkich uciszyły, a uwagę z powrotem przykuli nowi więźniowie i choć już ciszej, nastała intensywna wymiana przywitań, pytań i obelg.

Cefrey poczuła, że w jednej z głębokich kieszeni jej spodni znajdowało się coś, co drowy musiały przeoczyć. Włożyłą rękę do środka i ujęła w dłoń mały kamień. Nie musiała go wyciągać, by poznać czym jest - niedoskonały karneol, część jej zapłaty za eskortę karawany. “Ah tak” pomyślała “Może się przydać, jeżeli faktycznie robią tu jakieś zakłady. O ile mają cokolwiek przydatnego…”.
Wyglądało na to, że mimo licznych współwięźniów, była na razie sama. Chciała nawiązać z kimś pozytywny kontakt, nie wiedzieli jeszcze co ich czeka, więc warto było mieć kogoś po swojej stronie. Nigdy nie wiedziała co myśleć o powierzchniowych elfach, dlatego w pierwszej kolejności odezwała się w stronę Eldetch, spokojnie i w ciepłym tonie, jakby zupełnie nie zwracając uwagi na zgiełk dookoła:

- Bądź pozdrowiona, Eldetch z klanu Feldrun. Zwą mnie Cefrey z Nesmé. Choć skoro miasto upadło, można powiedzieć, że jestem znikąd. Miło w takich okolicznościach widzieć twarz z ludu, z którym walczyłam ramię w ramię pod przywództwem Bruenora Battlehammera w wojnie o Srebrne Marchie.

- I ty bądź pozdrowiona, Cefrey znikąd. I ciebie miło widzieć - odpowiedziała lakonicznie Eldetch, choć w jej głosie nie było tej samej zawziętości z jaką przed chwilą zwracała się do elfów.

- Ciekawam czy dane mi było spotkać waszych braci klanowych w czasie wojaczki? - zagadywała dalej paladynka - Może dane mi było z nimi przelewać krew tych spleśniałych - skinęła brodą w stronę Ronta, który nie bardzo rozumiejąc co ów gest mógł znaczyć, podrapał się tylko po głowie.

- Możliwe. Tak czy inaczej, trzeba do nich wrócić bo tu jesteśmy mięsem dla quaggothów - Eldetch splunęła na ziemię w stronę orka i puściła dosadną wiązankę w krasnoludzkim, na dźwięk której Cefrey aż się skrzywiła. Ront nie miał pojęcia jej słowa mogły znaczyć, ale nie przeszkodziło mu to w ponownym wścieknięciu się na krasnoludzicę.

W jaskini robiło się coraz głośniej, gdy dwie narwane elfki przekrzykiwały się wzajemnie z drowem, co jeden drugiemu by zrobił. Choć Sarith zaczął, to elfki wcale nie pozostawały mu dłużne.

- Dajcie sobie spokój - rzuciła do bladej i rudowłosej - Nie jest tego wart. Jest w tak samo gównianej sytuacji jak my. Nie… - przerwał jej histeryczny śmiech drowa. Przed przyjściem strażników, Cefrey zdążyła jedynie ujrzeć twarz jedynego powierzchniowego elfa mężczyzny w całej tej zgrai. Miała wrażenie, że gdzieś go już widziała...
 

Ostatnio edytowane przez MatrixTheGreat : 28-01-2019 o 11:25.
MatrixTheGreat jest offline  
Stary 28-01-2019, 01:53   #6
Konto usunięte
 
Loucipher's Avatar
 
Młody, ciemnowłosy elf o szczupłej, nieco trójkątnej, smagłej twarzy delikatnie pociągnął za łańcuchy łączące żelazne kajdany z solidnym, żelaznym pasem, jaki na nim zapięto. Potrząsnął z rezygnacją głową i oparł podbródek o równie solidną żelazną obręcz zapiętą na jego szyi. To nie miało sensu. Nie był dość silny, by zerwać łańcuchy, nie miał też niczego, co pozwoliłoby mu otworzyć zamknięcia więzów, w jakie go zakuto.
Daerdan Swiftblade usiadł w kącie zagrody, do której wrzucono go razem z innymi, i oddał się rozmyślaniom o własnej przeszłości.

Wspomnienia Daerdana

Odkąd pamiętał, a pamiętał niemal wszystko od dnia jego narodzin - Daerdan nie mógł uwierzyć, że od tej chwili minęło już 110 lat, które razem wydały mu się ledwie chwilą - jego domem był Księżycowy Las. To w nim, wśród innych podobnych domostw w wiosce, w której się urodził, stał ich dom - skromny, ale dość przestronny, niezbyt bogaty, ale przytulny i ciepły. Pamiętał ojca, łowcę, tak jak on sam. Ojca, który uczył go polować, przetrwać w głębokich, bezkresnych ostępach lasu, poruszać się bezszelestnie jak cień, śledzić i tropić zwierzynę oraz poznawać jej zwyczaje i możliwości ataku i obrony. Tak, ataku i obrony, bowiem Daerdan, tak, jak i jego ojciec przed nim, polował na szczególnego rodzaju zwierzynę. Celem jego łowów nie były zwierzęta zamieszkujące las. Te Daerdan uważał za przyjazne i potrzebne. Nie były nim nawet znacznie rzadsze i dużo groźniejsze potwory, często zrodzone z magii lub stworzone dzięki niej, które nieraz urywały się z magicznych uwięzi czarodziejom zamieszkującym wysokie wieże nieodległego Silverymoon, by nawiedzać las i mieszkających w nim pobratymców Daerdana. Nie byli nim również nieumarli, zmuszeni do powstania z grobów nikczemną czarną magią, jaką parało się wielu.

Daerdan polował na mieszkańców Podmroku - głównie smukłe i niegodziwe mroczne elfy oraz ponure, nikczemne podmroczne krasnoludy zwane duergarami - jak również na dzikich, krwiożerczych małpoludów zamieszkujących pewien rejon Księżycowego Lasu, których legowiska rozsiane były wśród łysych polan i wiatrołomów wokół Jedynego Kamienia. To z ich rąk ginęli mieszkańcy kolejnych elfich siedlisk, a bliscy i przyjaciele Daerdana nieraz musieli opłakiwać kogoś im drogiego, porwanego bądź przez drowy i duergary, by jako niewolnik służył ich mrocznym celom, bądź przez krwiożerczych dzikusów, by dokonać żywota na ich całopalnych ołtarzach, na których składali ofiary na cześć mrocznych bogów.
Daerdan również stracił rodzinę w wyniku takich napadów. Do dziś pamiętał dzień, kiedy jego matka, doskonała zielarka i znachorka, a dla Daerdana cudowna, mądra i ciepła kobieta, nie wróciła z lasu. Ojciec, który opowiadał mu o miejscu, gdzie znaleziono tylko jej ubranie, worek z ziołami i sierp, którym je ścinała, miał twarz zastygłą w masce rozpaczy i gniewu. To właśnie wtedy zaczął uczyć Daerdana polować na ciemnoskórych mieszkańców Podmroku. Czy czynił to z zemsty? Tego Daerdan nie wiedział... i miał się nigdy nie dowiedzieć. Ojciec zabrał tą tajemnicę do grobu. Umarł dziesięć lat temu, gdy na wioskę spadła magicznie wywołana zaraza. Ten dzień znów stanął Daerdanowi przed oczami... wtedy, gdy kapłanka mrocznych elfów pojawiła się w zasięgu jego wzroku. Podobnie wyglądała tamta... tamta, która rzuciła to nienawistne zaklęcie, od którego pociemniało niebo, liście na drzewach zwiędły i opadły, kłosy na polach zmarniały i rozsypały na ziemię sczerniałe, trujące ziarno, a spod ziemi wyroiły się roje pająków i innego plugastwa, by spaść na wioskę, w której mieszkał Daerdan. Gdy młody elf wrócił z patrolu do wioski, ponad połowa mieszkańców leżała już martwa lub umierająca. Wśród nich był jego ojciec.

Zdruzgotany Daerdan nie miał innego wyjścia... musiał opuścić spustoszoną wioskę, którą napad drowów zamienił w cmentarzysko. Ale los mu nie sprzyjał. Błąkał się bez celu kilka lat, wędrując na południe, do olbrzymiej, nieprzebytej kniei zwanej Wielkim Lasem. Tam również mieszkały elfy, a życie tam, choć wciąż niebezpieczne, było jednak nieco spokojniejsze.
Jednak Daerdanowi nie było długo dane cieszyć się tym spokojem. Osiedle, do którego trafił, choć również zamieszkana przez elfy, było... inne. Tamtejsi mieszkańcy, choć również byli elfami, jak on, nie ufali przybyszom z głębszych partii lasu. Toteż gdy pewnego dnia zniknęło dziecko starszego wioski, które lubiło towarzyszyć Daerdanowi w niektórych z jego wypraw do lasu, Daerdana oskarżono, że uprowadził dziecko i sprzedał je komuś. Oskarżenia były absurdalne, ale Daerdan nie zdołał udowodnić swej niewinności. Gdyby udowodniono mu, że zabił tego malca... zapewne sam przypłaciłby to życiem. Uznano, że tylko go uprowadził i pozostawił w lesie na pastwę losu. Za to spędził trzy lata jak niewolnik, w warsztacie elfiego rzemieślnika, zmuszony do wykonywania najprostszych prac. Uwolniono go dopiero, gdy schwytany w zasadzce drow wyśpiewał na przesłuchaniu, że dzieciak był wśród niewolników, których sprzedano na dwór królowej drowów w Menzoberranzan, stolicy podmrocznego królestwa.

Porwany przez drowy

Dziś Daerdan czuł się jak wtedy... znów skuty kajdanami, zniewolony przez swych nowych panów. Może zmuszą go do ciężkiej, katorżniczej pracy. Może złożą w ofierze swojej zdeprawowanej, krwiożerczej bogini. Daerdan nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Wciąż był zły na siebie o to, że nie zachował należytej ostrożności tropiąc to komando drowów, które przechodziło skrajem puszczy. Łowca nie powinien był tak dać się podejść. Daerdan niestety się dał. Nie zauważył wrogiego tropiciela, który zaszedł go od tyłu. Nie usłyszał złowieszczego świstu wystrzelonego z ręcznej kuszy bełtu pokrytego paraliżującą trucizną. Poczuł tylko uderzenie, gdy wystrzelony z chłodną precyzją pocisk wbił mu się w plecy. Uderzenie, po którym nagle osłabłe ręce wypuściły broń, nogi ugięły się pod nim i pozwoliły, by ciało zwaliło się na ziemię jak przewrócone podmuchem wiatru drzewo. Usłyszał tylko szydercze posykiwania drowów, gdy wilgotne poszycie lasu pędziło na spotkanie jego twarzy.

Gdy się obudził, był już pozbawiony broni, zbroi i innego dobytku. Miał na sobie tylko tunikę, spodnie i znoszone buty. W oczy zaglądał mu jeden z jego niedawnych przeciwników, śmiejąc się szyderczo.
- Dałeś się podejść jak dziecko, Daarthiir - syknął szyderczo w mowie Podmroku, którą Daerdan rozumiał. - Powinieneś zginąć. Ale jesteś dość silny. Może przeżyjesz wyprawę do naszego królestwa... uświetnisz ceremonię ku chwale naszej wspaniałej bogini. Choć to i tak za duży zaszczyt dla takiego pokraki jak ty. Jak ci się to podoba?
Daerdan splunął mu w twarz. Jedyne, co zapamiętał chwilę po tym, to lecącą na spotkanie jego twarzy pięść w czarnej rękawicy. Cała reszta była jedynie serią następujących po sobie rozbłysków i smagnięć bólu szarpiąca całe jego ciało. Drowy przestały go kopać i chłostać dopiero wtedy, gdy przestał się nie tylko ruszać, ale i krzyczeć.

Przed dotarciem do posterunku Daerdan miał jeszcze nie raz odczuć furię drowich strażników.

Marsz ku Velkynvelve

Doprowadziwszy młodego łowcę do stanu umożliwiającego marsz, jego oprawcy zmusili go do dołączenia do sporej grupy również schwytanych przez nich istot - innych elfów, krasnoludów, niziołków, a nawet ludzi, pochodzących zapewne z pobliskiej baronii leżącej niedaleko Silverymoon.
Kolumna schwytanych niewolników najpierw ciemnym, gęstym lasem, a potem podziemnymi tunelami ruszyła w długą i wyczerpującą wędrówkę. Jej celem, jak Daerdana poinformowali szyderczo ci, którzy go schwytali, było Menzoberranzan, wielkie podziemne miasto będące stolicą wielkiego, podmrocznego królestwa drowów. Poganiana przez bezlitosne drowy, smagana bezlitośnie batami i szczuta trzymanymi na wielkich łańcuchach wielkimi, kudłatymi, niedźwiedziopodobnymi stworami - Daerdan wiedział, że zwano je “quaggothami” - kolumna skutych łańcuchami i przerażonych istot wyglądała zaiste jak siedem nieszczęść. Daerdan nie mógł powstrzymać emocji patrząc na cierpienie schwytanych, zwłaszcza bezbronnych kobiet i dzieci. Drowy pastwiły się nad nimi ze szczególnym upodobaniem... co młodego łowcę szczególnie nie dziwiło. To zawsze były tchórze, najlepiej im wychodziło znęcanie się nad słabymi i bezbronnymi. Daerdan miał tylko nadzieję, że któregoś dnia odpłaci im za całe to cierpienie, którego był świadkiem. A przecież był to dopiero początek.

Rzeź skazańców

Gdy kolumna po długim i wyczerpującym marszu dotarła na pierwszy popas, Daerdan przeczuwał, że stanie się coś złego. Drowi strażnicy, którzy znęcali się nad idącymi noga za nogą skazańcami, byli zbyt podnieceni, zbyt rozradowani. Wyraźnie na coś czekali. Daerdan słyszał strzępy ich rozmów... coś o oddzielaniu ziarna od plew. To nie wróżyło dobrze.

Faktycznie, ledwo kolumna stanęła, strażnicy spadli na nią jak wataha głodnych wilków. Z szaleńczym śmiechem wyciągali z kolumny tych najsłabszych... kobiety, dzieci, starców, rannych, zbyt słabych, by mogli iść morderczym, narzuconym przez drowy tempem. Na oczach Daerdana mały elfi chłopczyk został brutalnie oderwany od idącej z nim matki przez jednego z opancerzonych strażników i odepchnięty w kierunku grupy, którą drowy spędzały na środek jaskini, w której zatrzymała się kolumna.
- Zostaw go, ty synu orka i elfiej ladacznicy! Zostaw go! - matka w rozpaczy rzuciła się w kierunku szarpiącego jej dziecko drowa.
Świsnęła broń, z miękkim odgłosem uderzając w głowę elfki, która runęła na skalistą podłogę jaskini jak ścięte drzewo, buchając krwią z rozpłatanej głowy. Drow wyszczerzył zęby w szyderczym grymasie i potoczył wzrokiem po przerażonych więźniach.
- Ktoś jeszcze? - wysyczał.
Jakaś dziewczyna obok Daerdana gwałtownie nabrała powietrza w płuca i pisnęła. Wysoko, trwożliwie. Daerdan zamknął jej usta dłonią. Nie chciał, by i ją dosięgła furia zwyrodniałego strażnika.
Drow, nie znajdując nikogo więcej, kto stawiłby mu opór, uznał, że wystarczy tego pokazu. Wciąż uśmiechając się szyderczo, dołączył do pozostałych wojowników, zapędzających oddzieloną od karawany grupę do mniejszej kawerny, nieco oddzielonej od głównej pieczary skalną ścianą i niewielkim portalem. Nie chował ociekającej krwią broni. Nie musiał. Wiedział, że za chwilę użyje jej ponownie.

Potem Daerdan słyszał już tylko wrzaski i jęki mordowanych bezbronnych istot, świst broni i szydercze okrzyki ich morderców. Widział ich, jak wyszli z kawerny, skąpani we krwi od stóp do głów, w których szaleńczym szkarłatnym blaskiem błyszczały ich oczy. Słyszał mlaskanie quaggothów, które wpuszczono do kawerny po tym, jak już wyszli z niej sadyści, którzy wymordowali niewinnych jeńców.

Otępiały od trucizny mózg Daerdana nie był w stanie tego wszystkiego pojąć, ale jedno wiedział na pewno. Drowy, te mordercze, zwyrodniałe istoty, nie mogły być elfami... a jeśli nimi były, Daerdan niemal wstydził się, że sam jest elfem. Gotów był zgotować taki sam, albo i jeszcze okrutniejszy los, każdemu z czarnoskórych sadystów, którego przeznaczenie odda w jego ręce. Ale to... dopiero, gdy to samo przeznaczenie go uwolni.

Lina i spotkanie z Ilvarą

Ale przeznaczenie miało chyba wobec Daerdana inne plany. Wciąż był jeńcem drowów, wciąż wędrował w stłoczonej, skutej łańcuchami karawanie. W kolejnych dniach na jego oczach przeznaczenie uwalniało od cierpienia innych. Uwalniało od cierpienia... ale i od życia. Strąceni w przepaść, dobici przez strzały drowów, gdy nie mogli już iść, rzuceni na pożarcie quaggothom, lub po prostu z wyczerpania i strachu, gdy siły życiowe opuszczały umęczone i skatowane ciała. Umierali. Jeden po drugim. Każdego dnia kolumna topniała o kilka bądź kilkanaście istnień, napełniając strachem i beznadzieją serca i dusze tych, którzy tego dnia nie dostąpili wolności, jaką dawała śmierć.

Daerdan mimowolnie dotknął liny, schowanej pod koszulą. Była jedyną pamiątką po skazańcu, człowieku, który szedł przez chwilę obok niego. Potknął się, gdy karawana szła skalną półką wiodącą z jednego krańca wielkiej podziemnej kawerny do drugiego. Jego wrzask, gdy spadał, świdrował uszy elfiego łowcy jeszcze długo. Daerdan próbował go ratować. Chwycił za linę, którą tamten był spętany. Niestety lina nie wytrzymała. Jedynie jej fragment, około pięciu stóp długości, pozostał młodemu elfowi jako pamiątka po ginącym towarzyszu. Jakimś cudem zdołał ją zwinąć i schować. Czy przyda mu się w ucieczce? Tego Daerdan nie wiedział, ale miał nadzieję, że tak.

Lina, dotknięta przez materiał dłonią Daerdana, zaszurała po ciele łowcy, drażniąc świeże szramy po biczu. Zasmakował go na dzień przed przybyciem do posterunku, gdy wspomnienia rzezi w kawernie i tych wszystkich nieszczęśników, którzy w trakcie wędrówki pożegnali się z życiem, wywołały wreszcie u Daerdana bunt, pragnienie zrobienia czegokolwiek, byle tylko napsuć krwi tym sadystom. Gdy kolejny raz strażnik zamierzył się na niego batem, Daerdan jakimś cudem złapał końcówkę i szarpnął. Mocno. Drowi oprawca zachwiał się i o mało nie poleciał w przepaść.

Za to zuchwalstwo młody elfi łowca musiał odpowiedzieć. Odpowiedział tak, że już nic, co mogło go później spotkać, nie było zbyt straszne.

Tym razem osobiście chłostali go porucznicy Ilvary - Shoor i Jorlan. Bili mocno, jakby licytowali się między sobą na okrucieństwo i gorliwość, z jaką wymierzali razy. Skatowane ciało łowcy w pewnym momencie przestało odczuwać ból, jego nerwy były tak zmęczone przesyłaniem informacji o palących razach spadających na jego plecy, że odmówiły posłuszeństwa, zanim jeszcze mrok omdlenia litościwie pozwolił Daerdanowi wytchnąć od bezlitosnej chłosty.

Gdy się obudził, stała nad nim. Uosobienie sadyzmu, bezlitosnej nienawiści i wyuzdanego, bezczelnego bezwstydu. Ilvara Mizzrym, kapłanka drowiej bogini Lol’th, najnikczemniejszego i najpodlejszego istnienia, jakie miało czelność zwać się bogiem. Stała nad nim w szerokim rozkroku, jedną ręką bawiąc się zapinką stroju, z pewnością na użytek swoich obserwujących ją poruczników, drugą ściskając rękojeść bicza, którego rzemienie kłębiły się wokół jak rozszalałe węże.

- Daarthir, ty ścierwo - zasyczała beznamiętnym, zimnym głosem. - O mało nie strąciłeś w przepaść jednego z moich poddanych. Powinnam za to kazać mojemu przybocznemu i jego... pomocnikowi - przez twarz Jorlana przebiegł lekko dostrzegalny grymas - zaćwiczyć cię na śmierć. Ale wiesz co? Mam inny pomysł - uśmiechnęła się do leżącego przed nią Daerdana zimnym, sadystycznym, bezlitosnym uśmiechem. - Jeszcze raz okażesz nieposłuszeństwo, a z przyjemnością nakarmię twoim ścierwem moje maleństwa. Będzie wam smakował... prawda? - przemówiła słodkim głosem, a rzemienie jej bicza zafalowały wściekle. - Shoor, każ Jorlanowi wrzucić ten ochłap z powrotem do szyku. Niech strażnicy mają na niego baczenie. - odwróciła się na pięcie. - Ruszajmy. Za dużo czasu już straciliśmy.

Velkynvelve

Dzień później kolumna dotarła do Velkynvelve. Było typową strażnicą, jakich wiele wykuli rzemieślnicy mrocznych elfów w skalnych labiryntach. Pieczary i komnaty, wyżłobione w ścianach wąskiej jaskini i zwieszających się z jej szczytu stalaktytach, połączone linowymi mostkami i kładkami wykonanymi z jakiegoś przypominającego drewno materiału. W oddali słychać było szum wodospadu, rzucającego pienisty, połyskujący w oświetlonym blaskiem pochodni, świecących grzybów i ognia faerie półmroku, pióropusz wody gdzieś w głąb jaskini, pod rozpiętą pod stalaktytami olbrzymią pajęczą sieć.
Skazańców rozdzielono. Część pogoniono gdzieś indziej, innych - w tym Daerdana - stłoczono w dużej, gruszkowatej jaskini, do której wejścia broniła solidna krata, zrobiona z białego materiału przywodzącego na myśl kość jakiegoś wielkiego stworzenia. Skazańców przykuto na krótkich łańcuchach, solidnie wkutych do skalnych ścian wyślizganych od częstego zetkniecia z łańcuchami i ciałami poprzednich lokatorów kawerny.

Rozejrzał się po jaskini i stłoczonych w niej istotach. Niektórzy przybyli tu wraz z nim. Inni byli już tu, gdy wrzucano tu Daerdana i jego towarzyszy - ciemnoskórego mężczyznę, człowieka, w którego żyłach musiała płynąć krew węży lub smoków i dwie dziewczyny, na oko należące do rasy ludzi. Jedna, o jasnych, długich włosach, poza niezaprzeczalną urodą nie wyróżniała się niczym szczególnym, choć Daerdan nie mógł się pozbyć wrażenia, że gdzieś już ją widział. Druga zaś - ta, której Daerdan gestem nakazał milczenie podczas niedawnej rzezi - miała ponadto wystające spomiędzy nieco krótszych, śnieżnobiałych włosów najprawdziwsze kocie uszy i wystający spomiędzy nóg okazały, puchaty ogon. Tabaxi, skonstatował Daerdan. Choć zwykle są bardziej podobne do kotów. Ta tutaj wyraźnie ma przewagę ludzkich genów.

Dwoje pozostałych, którzy przybyli wraz z nim, Daerdan znał już wcześniej.
Jedną z nich była Aelin, wojowniczka plemienia dzikich elfów, które wędrowały po Wielkim Lesie. Tradycyjnie ubrana była jedynie w przepaskę na biodrach i wąskie paski materiału okrywające jej wdzięki, co pozwalało przyjrzeć się jej mięśniom, pokrytym przecinającymi jej ciało pręgami po batogach drowów. Daerdan do dziś pamiętał, jakie manto spuścili razem tym, którzy zaczepili ją kiedyś w jednej karczmie, gdy chamska zaczepka na temat wdzięków urodziwej wojowniczki zakończyła się srogą bijatyką, a po wszystkim równie srogą popijawą.
Drugą, ubraną w strzępy czarnego munduru zwiadowcy Mieczy Leilonu, była Leshana Galanodel, zwana Krukiem. Ją też Daerdan pamiętał ze wspólnych walk, gdy kiedyś razem bronili podejść do Wielkiego Lasu przed komandami drowów. Niejednokrotnie miał okazję przekonać się, z jaką odwagą, zręcznością i pogardą śmierci stawała naprzeciw niezliczonych tłumów przeciwników.

Daerdan wyczekał, aż oczy obojga elfek odnajdą go w tłumie więźniów, i uśmiechnął się. Obie kobiety uśmiechami odpowiedziały na jego nieme pozdrowienie. Na więcej nie było czasu. Nie tutaj. Nie teraz, nie wtedy gdy hałaśliwy ork Ront szukał po raz kolejny zwady z krasnoludką Eldeth o płomiennych włosach, a Jimjar, trajkoczący svirfneblin, głębinowy gnom o spiczastych uszach i bulwiastym nosie na całą jaskinię wykrzykiwał, ile stawia “blingów” i na kogo. Nie teraz, gdy ten masywny quaggoth gapił się podejrzliwie na nowo przybyłych, odzywając się rzadko i do tego...
... po elfiemu? I jeszcze każe się nazywać Księciem Derendilem?
Daerdan pokręcił głową. To było doprawdy dziwne. Nawet dziwniejsze niż stary, skulony w kącie głębinowy krasnal, derro imieniem Buppido, który podejrzliwie zerkał na wszystkich i mamrotał coś pod nosem. Albo ten drow, skuty i spętany jak oni, obserwujący wszystkich beznamiętnym wzrokiem kogoś, kto nie boi się śmierci. Sarith... Kzekarit. Daerdan w myślach przeliterował sobie nazwisko drowa. Ciekawe, za co tu siedzi.
Na oczach obserwującego to wszystko Daerdana z ciemności jaskini wychynęły kolejne postacie. Dwa kolejne svirfnebliny, z ktorych jeden mamrotał coś niezrozumiale, a drugi tłumaczył jego bełkot na mowę zrozumiałą dla innych. Daerdan widział, jak ten bełkoczący mało nie ugryzł w rękę próbującą go pogłaskać tabaxi. To nie było mądre, pomyślał. Svirfnebliny potrafiły być dzikie jak bełkotniki. zdaniem niektórych łowców, aż tak wiele się od nich nie różniły. A potem z ciemności wychynęły dwie kolejne postacie, chyba najdziwniejsze, choć Daerdana niewiele było już w stanie zdziwić. Ni to człowiek, ni to ryba, przerażający dla każdego, kto nigdy nie był w Podmroku, dla Daerdana ledwie osobliwy. Daerdan wiedział, że kuo-toa potrafią być bardzo niebezpieczne, ale ten tutaj nie zdawał sie być agresywny. Towarzyszył mu... mały mykonid, ewidentnie oderwany od swojej kolonii. To jego głos Daerdan i pozostali usłyszeli w swoich głowach. Elfi łowca nie był tym zdziwiony. Wiedział, że mykonidy rozsiewając wokół zarodniki porozumiewają się z innymi rasami telepatycznie.
Chcecie być moimi przyjaciółmi?, zapytał mykonid, przedstawiający się jako Stołek, gdy tylko sylwetki dwójki poruczników Ilvary zniknęły z pola widzenia wystraszonych więźniów. Jego słowa wnikały do mózgu Daerdana jak strzały ginące w mroku.
Hej, mały, odparł mu w myślach Daerdan. Pewnie, zaprzyjaźnijmy się. Jestem Daerdan... i jestem elfem. Czemu cię tu trzymają?
To on mnie złapał. Ten drow. Nie lubię drowów, nie chcę, by mnie tu trzymali. Chcę do domu, do Ciemnego Gaju., rozbrzmiało w głowie Daerdana. Łowca zorientował się, że mały mykonid miał na myśli Saritha. Można się było tego spodziewać. Bohater z niego, nie ma co.
Nie bój się, odparł Daerdan, Ja też ich nie lubię. Mnie też porwali i też chcę wrócić do domu.
Sarith obrzucił Daerdana niechętnym spojrzeniem. Chyba też dosłyszał myśli Daerdana.
Mykonid chyba się ucieszył.
O, to może wrócimy razem? Zobaczysz, będzie fajnie! U nas jest bardzo fajnie! Entuzjazm małego grzyboludka prawie udzielił się Daerdanowi. Prawie.
Aha, ty mieszkasz w lesie, co? Wiem, że elfy mieszkają w lesie. Tylko takie jak ten drow mieszkają w jaskiniach. A czemu masz takie długie uszy? Wy też macie takie spiczaste, jak drowy?, pytał dalej Stołek.
Bo jestem elfem. Tak, wszystkie mają takie uszy. Dzięki temu lepiej słyszymy., padła odpowiedź Daerdana.
Aha. A te długie włosy nie przeszkadzają ci słyszeć? A czemu w ogóle są takie długie? Drowy takie mają, ale tu jest zimno, więc może im są potrzebne. Na górze też jest zimno?
Nie, nie jest, zaśmiał się w duchu Daerdan.My też mamy długie włosy, jak wszystkie elfy. Chyba, że ktoś je skraca, albo ułoży, albo zwiąże.
Fajnie, ucieszył się z kolejnej odpowiedzi rezolutny mykonid. Bo już myślałem, że ci zimno. Masz strasznie bladą skórę. Czemu jest taka blada? Pewnie cienka, prawda? A te dwa duże otwory? To oczy? Czemu masz takie duże? U was wszystko musi być takie duże?
Tak, odparł w myślach lekko już zniecierpliwiony Daerdan.Dzięki nim widzimy dobrze w ciemności. I dobrze oceniamy odległość. A skóra... tak, jest cienka... a czy blada, nie wiem... chyba wszyscy mamy taką.
A ten dziwny otwór na środku głowy? Po co on jest? I po co ma te dziwne... białe cosie w środku? Pytania Stołka robiły się coraz naiwniejsze, w miarę jak rosła ich liczba.
To usta. Używamy ich do komunikowania się... i jedzenia. A te białe cosie to zęby. gryziemy nimi. Daerdan pokiwał głową. Ta kanonada pytań zaczynała go lekko nużyć.
Komunikujecie się ustami? zdziwił się Stołek. Nie rozsiewacie zarodników?
Nie, nie rozsiewamy. Daerdan niemal westchnął na głos.
Oj, nie denerwuj się, Stołek najwyraźniej wyczuł irytację Daerdana. Lepiej chodź się pobawić. O... potrafisz tak? Patrz, nie ma mnie! O, i znów jestem!
Daerdan omal nie parsknął śmiechem. Mykonid dalej tkwił tam, gdzie był.
A tak umiesz? Stołek zagrzechotał łańcuchem. Fajny odgłos, prawda?
Fajny, zgodził się Daerdan. Wiesz co? A może sprawdź, czy tamten gnom też umie grzechotać, co?
Sprawdzałem. Nie umie. Stołek chyba coś podejrzewał. Daerdan uśmiechnął się chytrze.
To go naucz. Zaproponował uśmiechając się szelmowsko.Co to za kolega, co nie umie grzechotać? Pokaż mu, jak to się robi!
Pewnie, że tak! Entuzjastycznie odpowiedział Stołek... i potruchtał na swoich krótkich nóżkach ku nowemu celowi.
Daerdan ledwie dostrzegalnie odetchnął z ulgą i odwrócił się w stronę gawędzącego w elfim języku z Leshaną quaggotha. Ten właśnie kończył wyjaśniać jej, jak liczebna eskorta towarzyszy więźniom podczas wyjść za kraty, podczas których pracowali.
- Wybacz, że się wtrącę, Derendilu - rzekł w swym rodzinnym języku do kudłatego stwora - ale pierwszy raz widzę, by ktoś wyglądający tak jak ty używał naszej mowy, i to tak zręcznie. To dość niezwykłe. Zdradzisz, skąd ta umiejętność?
- Po pierwsze i najważniejsze - odrzekł Derendil z przyganą w głosie, zwracając swój kudłaty łeb w stronę Daerdana - “książę Derendilu” lub “mości książę”. Racz zwracać uwagę na należną mi formę. Po drugie, śpieszę wyjaśnić, iż zaiste jestem zaklętym w tę potworną formę księciem naszego rodu. Nim ten nikczemny czarnoksiężnik, Terrestor, niech jego imię będzie po stokroć wyklęte, zmienił mnie... w to - quaggoth zawiesił głos, by zaakcentować pogardę - władałem pięknym i bogatym księstwem Nelrindenvane. Cudowna i szczęśliwa kraina... dopóki nie przybył do niej ten parszywy wyrzutek Terrestor. Zakląć mnie, księcia krwi, w tę obrzydliwą formę, i doprowadzić do tego, by moi właśni poddani, uwierzywszy w jego gładkie kłamstwa, wygnali mnie z mojej ukochanej ziemi tutaj, w te jaskinie? Och, jakże nisko upadłem. - Derendil teatralnie zwiesił łeb. - Na szczęście w tej zatęchłej norze można spotkać i cywilizowanych elfów. Może dzięki waszemu oświeconemu towarzystwu nie oszaleję tu ze szczętem. A tak by się niechybnie stało, gdybym dalej miał znosić towarzystwo tych podmrocznych kreatur niespełna rozumu.
Daerdan ukłonił się lekko ironicznie. Jakoś mu ta historia nie pasowała do końca, a sam tytuł Derendila też nie robił na nim specjalnie znaczenia.
- Powiadasz, mości książę, żeś władcą księstwa Nelrindenvane? Dziwne... nie słyszałem o nim. A znam większość elfich księstw i władców, przynajmniej w tej okolicy. Gdzie też mogło się mieścić owo wspaniałe księstwo?
Quaggoth zmierzył Daerdana podejrzliwym wzrokiem.
- Nie podoba mi się twój ton, prostaku. Jeśli już musisz wiedzieć, to oczywiście Nelrindenvane leży w Wysokim Lesie. Gdybyś był faktycznie tak bywały, by wyściubić nos poza swoją wioskę, to byś o nim wiedział.
- Czyżby? - zjadliwie odciął się Daerdan. - Przypadkiem owa dama, z którą rozmawiałeś, zna Wysoki Las jak własną kieszeń. Leshano - zwrócił się do wojowniczki - słyszałaś może, by w Wysokim Lesie było księstwo Nelrindenvane?
Leshana parsknęła śmiechem.
- Daerdanie, nie dworuj sobie ze mnie zadając mi niemądre pytania. - odrzekła. - Wiesz równie dobrze jak ja, że żadnego takiego księstwa w Wysokim Lesie nie ma. Może jest gdzie indziej, ale nie w Wysokim Lesie.
- Jasne, że nie ma! - zawtórowała jej Aelin, przysłuchująca się rozmowie z perspektywy swojego łańcucha. - Łeż to i dym w oczy! Kantuje cię nasze książątko! - zaśmiała się.
Daerdan też się roześmiał słysząc perlisty głos barbarzyńskiej wojowniczki, po czym utkwił podejrzliwy głos w kudłatym stworze.
- No i cóż teraz powiesz, “książę” Derendilu? - parsknął kpiąco. - Taki z ciebie książę, jak ze mnie drow.
Łańcuch zagrzechotał równo ze wzbierającym w gardle quaggotha rykiem. Daerdan zdążył odskoczyć w ostatniej chwili przed pełnym ostrych zębów pyskiem Derendila, który rzucił się na niego. Napięty jak postronek łańcuch w ostatniej chwili powstrzymał kudłate cielsko przed zwaleniem się całym ciężarem na smukłą sylwetkę łowcy.
- Jak śmiesz zadawać mi kłam, kmiocie? - warknął Derendil - Zginiesz!
- Łooooo! Bitka! Czterdzieści blingów na Derendila! - gdzieś zza nich zaskrzeczał Jimjar.
- Zamknij się, Jimjar, hałasujesz - odciął się damski głos, chyba Eldeth. - Przyjdą strażnicy i znowu posmakujesz bata. Po co ci to?
- Wam to by się akurat przydało, powierzchniowe ścierwa. - zasyczał ze swojego miejsca drow. - Za mało wam jeszcze wlali.
- Taak? - Daerdan odwrócił się do syczącego w jego kierunku drowa. - Pilnuj swojej skóry, czarnuchu... bo też ci ją nakarbują. Za darmo tu nie siedzisz, prawda? No, przyznaj się, co takiego zmalowałeś. Porwałeś biednego Stołka... może coś jeszcze? Co? Nie wychłostałeś niewolnika, jak ci kazali? A może rozdeptałeś ulubionego pająka Ilvary? A może... - Daerdan zawiesił teatralnie głos - nie sprawiłeś się... między jej nogami?
Nozdrza Saritha rozszerzyły się z ledwo tłumionej furii. Zamielił ustami... jakby chciał coś powiedzieć. Zamiast tego rzygnął strumieniem gęstej śliny, która rozpaćkała się na kamiennej podłodze dwa kroki od Daerdana.
- Pudło, szaraku - jadowicie skomentował Daerdan. - Postaraj się bardziej. Poćwicz sobie... jeśli będziesz miał kiedy. Pewnie nie uda ci się uciec. Chciałbyś uciec, co?
Sarith nie odpowiedział, ignorując Daerdana. Ożywił się dopiero, gdy odezwały się do niego dziewczęta. Daerdan, który wrócił już na swoje miejsce, z satysfakcją obserwował, jak Aelin i Leshana dają Sarithowi wycisk nie mniejszy, niż dostał od niego.
Najpierw rzucona w stronę tabaxi seksistowska zaczepka spotkała się z żołnierską ripostą Leshany. Daerdan aż się uśmiechnął. Należało mu się, szaremu ścierwu, nawet, jeśli wyglądał, jakby cała ta kłótnia go niesłychanie bawiła. Zobaczymy, gnoju, pomyślał Daerdan, jak ci będzie do śmiechu, gdy Leshana urwie ci jaja.
Ale najlepsze czekało go na koniec. Gdy Sarith uznał za stosowne wmieszać się do rozmowy Aelin z Eldeth, dzika elfka obrzuciła go tak kwiecistą i wyszukaną wiązanką przekleństw, że Daerdanowi brwi podjechały ze zdziwienia do góry. Dobra jest, pomyślał. Szkoda, że Sarith rechotał coraz głośniej. Po prostu zwijał się ze śmiechu po skalnej podłodze jaskini, grzechocząc łańcuchami. Kwestią czasu było, kiedy do celi więziennej dotrą zaalarmowani szaleńczym rechotem strażnicy.
 
Loucipher jest offline  
Stary 29-01-2019, 11:44   #7
 
Krieger's Avatar
 
Jakieś miasto gdzieś w Faerunie, zabity dechami pub. Świeżo pomalowany koślawymi literami, kiwający się na nocnym wietrze szyld głosi: “Zachariusz Gavroche & Synowie, Agencja Detektywistyczna”.

Zak siedział przy jednym ze stolików, skupiony na leżącej przed nim kartce papieru. W jednej dłoni trzymał rysik, drugą bawił się ustnikiem dawno wypalonego skręta. Usłyszał pukanie do drzwi, ale nie odpowiadał.

- Zamknięte. - Jego zachrypły, jakby dawno nie używany głos głos zawiódł go, gdy nieproszony gość mimo wszystko zabrał się za wejście. - Zamknięte! Przyjdź jutro! - Poprawił się po przeczyszczeniu gardła kaszlnięciem.

Osobnik nie wydawał się zniechęcony. Drzwi uchyliły się, a do środka weszła pewnym krokiem mała, energiczna postać. Mężczyzna zdjął płaszcz i kapelusz, a ciekawość Zaka prysnęła niczym mydlana bańka. Wrócił do drapania rysikiem po papierze.

- To tylko ty. Napijesz się czegoś? - Spytał czarnoksiężnik, nie podnosząc wzroku.

- Dziękuję, nie. - Odparł mały, łysy człowieczek dziany do stóp od głów w czerń, podchodząc do stolika i przysuwając sobie krzesło. - Mogę? - Wykonał gest w stronę jednej z lamp naftowych, bujających się na haku nieopodal. Dopiero wtedy Zak uświadomił sobie, że siedzi w całkowitej ciemności. Młodzieniec machnął przyzwalająco ręką, a po chwili izbę rozświetlił nieśmiały, żółty płomyk. - Ładnie się tu urządziłeś! To prawdziwy dąb? Widzę, że ciągle piszesz. - Nieproszony gość popukał paznokciem w blat i z ciekawością spojrzał na leżącą przed Zakiem kartkę. Była zapełniona prymitywnymi rysunkami potworów walczących z ludzikami z kresek, nagich kobiet i topornych kutasów. Zak zgniótł papier w dłoni i rzucił go przez ramię.

- Przyszedłeś komentować moje meble, przyjacielu? To miła odmiana po twoich poprzednich wizytach.

- Przyszedłem sprawdzić, jak ci się wiedzie, Zak. Od tego są przyjaciele. - Człowiek w czerni wyszczerzył się, a jego małe, świńskie oczka błysnęły odbijając światło lampy. Jego zęby wyglądały ja fiszbiny wieloryba - wąskie i długie, nachodziły jeden na drugi, tworząc pożółkły gąszcz. Było ich na oko dwa razy tyle, ile powinno. - Nie skłamię, jeśli powiem, że się o ciebie martwię. Nie wyglądasz zbyt dobrze. Kiedy ostatnio coś jadłeś? Albo piłeś, poza… - Mężczyzna wymownie trącił czubkiem buta jedną z wielu butelek które zalegały na zakurzonej podłodze. Naczynie potoczyło się w mrok.

Zak łypnął na rozmówcę, bezwiednie zaciskając palce na rysiku, jakby ten był włócznią którą miał zamiar bronić się przed wygłodniałym wilkiem. Po chwili drewienko poddało się i pękło z suchym trzaskiem.

- Z troską nie jest ci do twarzy, Gorlam. Ale skoro już się pofatygowałeś, i widzisz, że wszystko u mnie w porządku… - Zak zapraszająco machnął dłonią w stronę drzwi. - Życzę dobrej nocy.

Uśmiech człowieczka nie znikał, gdy ten uważnie przyglądał się Zakowi. Młodzieniec wyglądał bardzo egzotycznie - jego oliwkowa skóra miała ciepły, delikatnie złotawy odcień, wyraźnie kontrastując z prostymi, białymi włosami, które nosił długie na zachodnią modłę. A jednak w przyjemnym dla oka fizys czarnoksiężnika kryły się szpecące szczegóły - rytualne blizny na czole, nieco za ostre jak na większość humanoidów zęby, ciemne sińce pod oczami i wynędzniała sylwetka kogoś mającego apetyt raz w tygodniu.

- Wiem, że biznes nie kręci się za dobrze. Nasz wspólny dobrodziej jest zaniepokojony. Byłeś jednym z naszych najbardziej obiecujących nabytków. Materiał, który dostarczałeś, wysoko postawił poprzeczkę naszych oczekiwań. Niektóre egzemplarze były tak… dekadenckie. Świeże. Młode. - Szary jak kawał starego mięsa język Gorlama zwilżył kąciki jego ust. - Robisz dobrą robotę, Zak. Ważną robotę. Nie możesz pozwolić sobie teraz na skupianie się na sobie, swoich zachciankach. Musisz patrzeć na pełen obraz - jesteśmy tylko składowymi elementami czegoś większego, a to coś jest ważniejsze nawet niż cała suma swoich części. Chciałem się upewnić, że obecne problemy są tylko kwestią chwilowego zapomnienia się, a nie na przykład… zmiany planów.

Czarnoksiężnik rzucił rozmówcy miażdżące spojrzenie.

- Nic się nie zmieniło. To tylko biznes, i biznes zawsze się kręci.

- Wiem. I wiem, że ty to wiesz. To wszystko tylko jeden wielki interes! Dlatego zostałeś wybrany. Nawet nie potrafisz sobie wyobrazić, jak wielkie nadzieje pokładamy w tobie. Ani jak wielkie będzie nasze rozczarowanie, jeśli okaże się, że nie jesteś dajesz rady stanąć na wysokości zadania.

- My, Gorlam? Nasze? - Teraz to na ustach Zaka wykwitł kpiący uśmieszek. - Mówisz, jakbyś był z nim na równi, a nie nędzną, parchatą glistą, wijącą się u jego stóp, czekającą na okruchy z jego stołu. Brzydzę się tobą. Ja nie czekam - ja biorę to, co mi się należy. Dlatego ty nigdy nie dostąpisz prawdziwej łaski. Dlatego nie możesz mnie teraz zabić, choć bardzo byś chciał, bo wiesz, że jestem dla niego wart więcej, niż ty i cała twoja operacja. Nie będę dźwignią, Gorlam, tylko tym, który za nie pociąga!

Brwi mężczyzny w czerni powędrowały w górę w geście uprzejmego zaskoczenia.

- Mocne słowa. Ale puste, jak te butelki. Jesteś zwykłym żulem, Zak, a ja naprawdę się o ciebie martwię. Dziwki i używki wpędziły cię w ten godny pożałowania stan. Czy zabiłoby cię, gdybyś chociaż na chwilę miał przestać użalać się nad sobą? Przysięgam, nie sądziłem że tak bardzo się stoczysz. Lepiej cię wyszkoliłem. Spróbuj odnaleźć w sobie to, co sprawiło, że wtedy do mnie przyszedłeś, Zak. Ten ogień, głód. Dostałeś to, czego chciałeś, prawda? Nadszedł czas zapłaty. A czasu masz coraz mniej. - Gorlam wstał od stolika i skrupulatnie zasunął za sobą krzesło. - Zostałem poinstruowany, żeby zostawić ci jednego ze swoich... współpracowników, Zak. Uznaj go za… wsparcie moralne? Tak, to będzie dobre. Na razie będzie cię obserwował z bezpiecznej odległości, ale jeśli znajdziesz się w tarapatach, możesz na niego liczyć. - Mężczyzna odszedł w stronę drzwi.

- Jeszcze jedna złowieszcza pauza i puszczę pawia. Nie potrzebuję niańki. - Żachnął się czarnoksiężnik.

- Obaj wiemy, że to nieprawda. Uważaj na siebie, chłopcze. Jeśli dalej będziesz kontynuował obraną przez siebie ścieżkę, obawiam się, że niedługo możesz znaleźć się… sześć stóp pod ziemią. - Chrapliwy rechot mężczyzny odbił się echem w uszach Zaka. - A, i jeszcze jedno… nie wiem, ile płacisz temu pierdzidupie, ale to zdecydowanie za dużo. Jeśli starał się być cicho, nie powinien był jeść na kolację fasoli. - Z tymi słowami, tajemniczy mężczyzna postawił kołnierz płaszcza i wymsknął się z pubu.

- Nie mieliśmy nic innego, szefie. - Powiedział przepraszająco masywny pół-ork, schodząc ciężkimi krokami z półpiętra. W wielkich jak bochny chleba dłoniach trzymał ciężką, wojskową kuszę. Idąc, zdjął bełt z łożyska i delikatnie zwolnił cięciwę. - Od dwóch tygodni nie mieliśmy żadnego zlecenia.

- Wiem, Olaf, wiem. Też sadzę bąki jak pojebany. - Westchnął Zak, bazgrząc złamanym rysikiem umowny wizerunek mężczyzny w czerni, nabity na włócznię i sikający na wszystkie strony fontannami krwi. - Ile słyszałeś? - Spytał młodzieniec pozornie niezobowiązująco, ale Oglaf nagle zesztywniał.

- Oglaf, szefie. Niewiele, szefie. Coś o ogniu i głodzie. To jakiś stary znajomy? - Wykidajła szybko zmienił temat. - Szmaciarz przyprawiał mnie o gęsią skórkę. - Czarnoksiężnik zerknął na niego kątem oka. Niewiele potrafiło wytrącić Oglafa z równowagi.

Zanim Zak zdążył odpowiedzieć, pół-ork wpadł na niego jak taran, miażdżąc krzesło w drobny mak i przewracając stolik.

- Co do?... - Sapnął Zak, próbując złapać oddech. Odpowiedział mu szczęk żelaznego orzecha kuszy Oglafa, który przylgnął plecami do przewróconego stolika i płynnym ruchem przeładował mechanizm. Czarnoksiężnik podążył za jego wzrokiem i nagle zrozumiał - w ścianie za barem tkwił smukły, czarny bełt. Pół-ork uratował mu życie. Przez zamazane okna do izby zaczęła wdzierać się jasna, pomarańczowa łuna, mimo środka nocy. Dopiero teraz Zak poczuł zapach dymu.

- Co to ma kurwa być? Kult Smoka? Harfiarze? - Oglaf spojrzał pytająco na swojego pracodawcę.

- Nie. - Powiedział krótko młodzieniec, wpatrując się w sterczący ze ściany bełt. - Osłaniaj mnie! - Syknął. Zanim pół-ork zdążył zaprotestować, Zak skoczył na równe nogi i jednym susem przeskoczył przez bar, znajdując za nim schronienie. W wystawkę z butelkami uderzyła chmura pocisków, z czego jeden utkwił boleśnie w łopatce czarnoksiężnika. Z zażenowaniem Zak odkrył, że zrobiło mu się trochę słabo gdy poczuł swoją ciepłą krew spływającą mu w dół pleców. - Miałeś mnie osłaniać. - Rzucił do czołgającego się w jego stronę Oglafa. Młodzieniec zbeształ się w myślach, że sam o tym nie pomyślał, optując za bardziej widowiskowym manewrem.

- Co teraz zrobimy? Jesteśmy tu jak kaczki na odstrzał! - Jęknął Oglaf, przeładowując kuszę i wypuszczając bełt na oślep, wystawiając tylko koniuszek broni ponad bar. Po chwili namysłu, Zak wziął leżącą nieopodal butelkę whisky i pociągnął z niej dwa długie łyki. - Naprawdę? To jest twój plan? - Osiłkowi opadły ręce.

- Ile razem pracujemy, Olaf? Będzie ze dwa miesiące, nie? - Młodzieniec wylał trochę trunku na ranę i syknął przez zęby.

- Oglaf, szefie. Pół roku, szefie. - Poprawił go mieszaniec.

- Pół roku mówisz? Ale ten czas leci… - Zak zrobił zamach i rzucił butelką w zapaloną wcześniej przez Gorlama latarnię. Szkło pękło z trzaskiem, a płonąca zawartość ropzrysnęła się po ścianie i podłodze.

- Co!?... Nasze biuro!... Wszystko spłonie! MY spłoniemy! - Zaprotestował pół-ork.

- Olaf, przyjacielu, najwyższy czas żebyś nauczył się, że nie zawsze należy piec dwie pieczenie na jednym ogniu.

- A co to ma do?... - Pół-ork posłał bełt w stronę niewidocznych adwersarzy, i schylił się żeby ponownie naciągnąć cięciwę na orzech. Zak zaparł się rękami o ladę i z całej siły kopnął go w zadek. Oprych przekoziołkował i wypadł zza baru, gdzie jeszcze zanim wytracił cały impet złapał pięć czy sześć pocisków w różne partie ciała. - Ty chuuu…! - Zawył pół-ork, ale czarnoksiężnik nie był tego świadkiem - puścił się biegiem w stronę schodów, mając nadzieję że zdąży zanim napastnicy będą gotowi oddać kolejną salwę. Prawie mu się udało - tylko jeden bełt odnalazł swój cel, wbijając się w skórę łydki. Zak zaklął i wskoczył do swojego pokoju, zamykając solidne drzwi na żelazny skobel. Słyszał odgłosy kroków na schodach jeszcze zanim skończył, musiał działać szybko. Ten przeklęty robak Gorlam miał rację - nie zostało mu wiele czasu. Czarnoksiężnik wywrócił materac, zabrał leżące pod nim zawiniątko, i zamarł, kiedy pchnięty magią skobel odskoczył.

Do pomieszczenia wpadły dwie odziane w czerń sylwetki i chmura gryzącego dymu z rozprzestrzeniającego się na dole pożaru. Dwóch smukłych wojowników, napiętych jak sprężyny, w każdej chwili gotowych do strzału z eleganckich, śmiercionośnych kusz pistoletowych które dzierżyli.

- Kyone. - Warknął jeden napastnik do drugiego, rozglądając się po pustym pokoju. Ten, która przemówił, wskazał dłonią na podłogę. - Qu’lith. - Mruknął z zadowoleniem, dostrzegając zroszone krwią deski. Ślady prowadziły do stojącej w rogu pomieszczenia szafy. Para powoli podeszła do mebla i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie. Na bezgłośne raz, dwa, trzy, jeden z nich otworzył drzwi szafy, a drugi wystrzelił w jej środek z kuszy.

Pocisk przeszył stary kaftan i przybił go do tylnej ścianki. Szafa była pusta. Odziani w czerń spojrzeli po sobie pytająco, a jeden z nich wzruszył ramionami.
- Z’hin rath. - Syknął, gestykulając na gęstniejący dym. Ruszyli w stronę drzwi, gdy nagle powietrze przeszył charakterystyczny odgłos. Wojownicy zatrzymali się i spojrzeli w stronę, z którego dochodził.

Kawał bladej ściany splunął w twarz jednego z nich czerwoną błyskawicą. Zaklęcie niewidzialności Zaka prysło, a czarnoksiężnik popchnął rannego oprawcę w jego towarzysza i z zawiniątkiem pod pachą skoczył w stronę okna. Goniony krzykami bólu i zaskoczenia, nie miał czasu go otworzyć - wystawił łokieć i wybił je całym swoim ciężarem, wylatując po drugiej stronie w deszczu szkła i kawałków drewna.

Sterty śmieci złagodziły jego upadek tylko na tyle, że przeżył by poczuć agonalny ból. Wygrzebał się spod elementów swojego lądowiska i stanął na niepewnych nogach, kurczowo przyciskając zawiniątko do piersi. Cienie i światła tańczyły przed jego zalanymi krwią oczami, po chwili materializując się w pół tuzina rozmazanych, czarnych plam, otaczających go ze wszystkich stron. Jedna z nich zrobiła krok do przodu.

- Pierdolona… fasola. Tylko… się nie zesraj, ty.... - Warknął Zak, plując juchą. Trzask bicza był ostatnią rzeczą, którą pamiętał.


*

- Majaczy od dwóch dni. Czemu go po prostu nie zabijemy, zamiast taszczyć go całą drogę? - Poskarżył się drowi żołnierz swojemu towarzyszowi warty.

- Ilvara. - Powiedział cicho ten drugi. - Podoba jej się, jak krzyczy. Mówi, że to łamie ducha reszcie.

- Ahaaa. - Pierwszy podrapał się w skroń. - Wiesz co? - Przez chwilę wsłuchiwał się w agonalne jęki Zaka. - To rzeczywiście całkiem przyjemne. - Drow wyszczerzył się i obaj wybuchnęli śmiechem.

Zak trząsł się, trawiony gorączką. Nie wiedział, ile minęło czasu od czasu gdy ostatni raz przyjął dawkę, ale nigdy nie przeżywał takich symptomów. Wydawało mu się, że jego dusza zaraz oderwie się od ciała i zatłucze go na śmierć kułakami. Sny, rzeczywistość i majaki zlewały się w jedną, nieustającą kawalkadę absurdu, przedstawienie, na które miał bilety w pierwszym rzędzie, i żadnej możliwości opuszczenia seansu przed czasem. W rzadkich chwilach jasności umysłu modlił się o śmierć.

- Pssst. Pssst! - Usłyszał nad uchem. Otworzył jedną powiekę, mokry od potu. Na spękanych ustach czuł gorzką żółć wymiocin. - Wszystko z tobą w porządku? - Głos nie dawał mu spokoju.

- Chyba… umieram. - Powiedział słabym głosem czarnoksiężnik, a wysiłek który w to włożył kosztował go kolejną rundę torsji.

- Chyba… trochę dramatyzujesz. - Przedrzeźnił go głos. - Wyliżesz się z tego, mówię ci. Widziałem gorsze zwłoki. Chociaż, muszę przyznać, niewiele było gorzej pachnących. Uf!

Młodzieniec delikatnie podniósł nabrzmiałą od bólu głowę.

- Gdzie… kim? - Wydukał.

- Hej, tutaj jestem. - Zak próbował skupić wzrok na nagłym ruchu na granicy swojego pola widzenia. Gdy obraz zyskał ostrość, Zhent mógłby przysiąc, że widzi dużego, czarnego pająka o lśniącym ciele koloru wypolerowanego obdydianu… machającego mu jednym z odnóży.

- Wolne żarty. - Jęknął i położył się z powrotem, zamykając oczy. - Kolejne… halucynacje.

- Halucynacje to miałeś jak byłeś u krawca, szczupły. Czerwony, przy twojej karnacji? - Odparł kpiący głos, ale Zak nie poruszył się więcej. - Dobra, jak tam sobie chcesz. Ale to nie koniec, słyszysz? Czas na spanie minie, a wtedy… - Pająk kontynuował jeszcze przez chwilę, ale Zak nie słuchał go, odpływając w kolejny niespokojny, pełen koszmarów sen.

Ku swojemu smutkowi, nie słodka śmierć była mu pisana, i młodzieniec w końcu wydobrzał na tyle, by dołączyć do pozostałych więźniów. Siedział w kącie, skuty w ten mniej przyjemny ze sposobów i wyglądający jak siedem nieszczęść. Nie działała na niego trucizna mrocznych elfów, ale starał się pokazywać że jest inaczej, większość czasu udając że śpi i słuchając tego co działo się dookoła. Obecność powierzchniowych elfów wśród jeńców wielce go perturbowała - nawet dzieci wiedziały, co drowy myślą o swoich kuzynach, i vice versa, i znalezienie się pośród nich bardzo źle wróżyło zdrowiu i karierze Zaka.

- Ty… - Derro wbił obłąkańczy wzrok w czarnoksiężnika.

- Tak, dziadku? Znamy się skądś?

- Nie… - Przyznał Buppido, ale pokiwał z zadowoleniem głową. - Ale jesteś tutaj, wszyscy jesteście, zgodnie z planem.


- Planem? Twoim planem było znaleźć się w niewoli mrocznych elfów? I co ma to niby na celu?

Derro uśmiechnął się tajemniczo.

- Śmiertelnicy nie zrozumieją wielkiego planu, ale nikt tego od nich nie powinien wymagać. Nawet twoje pytanie o plan jest częścią planu. - Zak odniósł wrażenie, że sam zainteresowany nie bardzo wie, na czym dokładnie polega plan. Korzystając z gwaru podniesionego przez plujących i szarpiących się współtowarzyszy niedoli, młodzieniec przerwał rozmowę i przez chwilę przysłuchiwał się reszcie.

- Założę się… - Powiedział nagle czarnoksiężnik, i spojrzał w stronę Jimjara. Jego oczy odbijały mikre światło panujące w areszcie w taki sam sposób w jaki robiłyby to kocie. - Założę się, że nie wiesz jak się stąd wydostać. Stawiam, yh, dwadzieścia blingów.

Gnom głębinowy wyszczerzył się i klasnął w dłonie.

- Szast-prast, w końcu ktoś z kremplem! Szkoda, żeś przegrał, bo doskonale wiem, jak zrobić stąd wylot. Wystarczy wyjść z tej tu komnaty, oszukać futrzaki coby cie nie wyniuchały, wybrać sobie jedno z trzech wyjść z wielkiej jaskini na zewnątrz i myk! Po sprawie. Oczywiście jeden krok z tej wesołej zagródki, i albo otrzepiesz pantofle - Gnom wykonał gest jakby wisiał na pętli zaciśnietęj wokół szyi. - albo bardzo szybko zaczniesz przypominać jeża, he he he he. Mogę się o to założyć, stawiam 50 blingów! Kiedy zamierzasz uregulować dług, białowłosy? - Jimjar wydawał się uradowany.

Czarnoksiężnik zamyślił się na chwilę.

- Hola, hola. Co powiesz na podwójną stawkę albo nic? Założe się, że mam dłuższy język niż ty.

- Ha, ha! Jeśli nie mam najdłuższego jęzora w Podmroku, to jestem szaber! O, pahsz! - Jimjar złapał koniuszek języka w dwa palce i pociągnął go z całych sił. Zak zrobił to samo, a jego cienki, długi jęzor okazał się niemal dwukrotnie dłuższy niż ten gnoma, któremu opadła kopara. - Do krohszet! Tfu, tfu, to się nie godzi. Podwójna stawka albo nic! Założę się, że mam szersze stopy niż ty!

Po szybkich oględzinach, Zak musiał przyznać hazardziście rację, ale to nie był koniec. Czarnoksiężnik wygrał zakład że ma dłuższe paznokcie, Jimjar zaś - że ma większe czoło. Znowuż młodzieniec odegrał się, że siedzi bliżej Derendila, na co gnom wygrał zakład o długość uszu… Kilka chwil przerzucali się takimi zakładami, dopóty, dopóki Jimjar nie przerwał ich z rechotem, na szczęście zebranych zanim doszło do mierzenia się mniej cenzuralnymi częściami ciała.

- Jesteś swój, biały. Dobry będzie z ciebie szitef, mimo że dałeś się capnąć. Tylko radzę sobie wybić z makówki myśli o sznitach, bukflach i ucieczkach. Będzie pluskwa, jakem Jimjar.

Zak uśmiechnął się złowieszczo. Czując jakiś ruch na swojej szyi, młodzieniec podniósł rękę by się podrapać, i ku swojemu zaskoczeniu znalazł zaplątanego w swoje włosy pająka, bardzo podobnego jeśli nie identycznego do tego ze swojego wcześniejszego snu. Przyglądał mu się przez chwilę z ciekawością, ale tym razem obyło się bez konwersacji - insekt zaczął metodycznie snuć między palcami yuan-ti sieć. Tknięty dziwnym przeczuciem, czarnoksiężnik nie zgniótł go, tylko odłożył ostrożnie na ziemię, tuż przed tym jak jego uwagę odwróciło nadejście strażników.
 
Krieger jest offline  
Stary 29-01-2019, 21:30   #8
 
Asmodian's Avatar
 
Velkynvelve. Przeklęte miejsce i kres wielu istnień, które grzechocząc kajdanami podążały do wielkiego Menzoberranzan. Po kilku dniach ciężkiej pracy, przerywanej męczarniami i torturami można było poznać je jak własny dom. Jednak każdy mający choć odrobinę oleju w głowie uciekłby z niego, i to jak najszybciej.

Harmider, który powstał w celi z powodu histerycznego śmiechu Saritha szybko został uciszony. Strażnicy zgodnie z zapowiedziami Derendila byli niedaleko. Weszli do środka, pomimo, iż śmiech Saritha zgasł niczym ucięty nożem. Drowy po prostu weszły, ignorując pozostałych, odpięli hałaśliwego jeńca od ściany i wyszli, zostawiając drzwi otwarte. Oczy uwięzionych rozbłysły, czując okazję, jednak los nie okazał się dla nich łaskawy. Łańcuchy trzymały mocno, za nic mając wysiłki takich mocarzy jak Ront czy Derendil, których muskuły wręcz wibrowały a żyły wydawały się wyrywać z pod skóry, kiedy napinali się próbując je zerwać. Aelin i krasnoludzki żołnierz również spróbowali, ale pomimo jęków i szczęknięć łańcucha, które zdawały się mówić, "już tylko odrobinkę", wyczerpani jeńcy opadli w końcu na kamienną posadzkę podłogi. Ci, którym natura poskąpiła mięśni próbowali sposobem. Wyginali ciała w rozmaite figury, gmerali znalezionymi, czy jak to mówi się w więzięnnej gwarze "zakitranymi" przedmiotami czy wprost długimi pazurami w zamkach kajdan a co bardziej zdesperowani walili nimi wprost o ścianę. Fortuna jednak nie spoglądała dziś na nich łaskawie, a złośliwi mogliby powiedzieć, że w ogóle nie mogłaby ich dostrzec w tej ciemnej jaskini. Kiedy wrzaski karanego Saritha ucichły, oznajmiając miłosierny koniec kary, strażnicy wtaszczyli pocięte biczem ciało drowa z powrotem do celi, przykuwając go ponownie do ściany. Następnie zaś, po kolei, metodycznie odpinając każdego jeńca powtórzyli tą operację jeszcze piętnaście razy. Każdy z was zaznał tego dnia bata Imbrosa i Jaezreda, dwóch wojowników domu Mizzrym. Niektórym zostały po tej znajomości ślady, które mógłby zlikwidować jedynie wprawny medyk, lub silna magia.

***

Czas biegł swoim, powolnym i monotonnym rytmem w podmroku. Nie było dni i nocy, które wyznaczłoby porę dnia. Rasy nie widzące słońca żyły od jednego posiłku do drugiego i odpoczynku, do odpoczynku. Ten w podmroku nie był radosny. Nie przynosił nadziei. Sny były, jak cały podmrok ciemne, zgniłe i spróchniałe jak podziemne mchy i porosty, wilgotne niczym skała, po której spływa woda, lodowate niczym podziemne jeziora, błyszczące niepokojąco niczym fosforyzujące grzyby. Zdawałoby się, że każdy ze śniących zbliżał się w swoich majakach do jakichś swoich ukrytych lęków, być może pragnień. A być może czegoś o wiele bardziej pierwotnego...i nawet elfy, których natura pozbawiła możliwości śnienia nie mogły wyciszyć się w czasie swojego transu, przerywanego przez niepokojące obrazy, dźwięki i majaki.
Jedzenie było wstrętne i pozwalało jedynie zachować siły. Polewka, która kleiła się do naczyń wykonanych z wodnych kul, gatunku przedziwnego grzyba rosnącego dziko w podmroku, była niemalże bez smaku, choć jak zapewnił Daerdan, należało ją jeść aby zachować siły. Jedli, ale smak jakoś nie podchodził. Właściwie, w ogóle go nie było, ale wygłodniali jeńcy mogli zjeść wszystko. Do czasu.

- Sraka! - zakrzyknął Jimjar który wchłonął szybko swoją porcję i chyba nie czuł się specjalnie najedzony - Uwielbiam ją! Założę się, że dziś znów jest taka dobra jak wczoraj! Co powiecie na dwadzieścia blingów? - zaproponował i zacierał ręce. Jimjar uprzyjemniał im konsumpcję, uparcie nazywając polewkę "sraką", licząc obscenicznie naczynie i wykonując gest jakby się podcierał ręką. Którą wkładał do naczynia i następnie do buzi, patrząc na pozostałych, prowokując. Efekt w końcu nastąpił. Książę Derendil nie wytrzymał zachowania Jimjara i odsunął od siebie swoją miskę, obracając głowę zdegustowany, ale jego żołądek, połączony z elfim poczuciem estetyki nie wytrzymał w końcu i zaprotestował konkretnym odruchem wymiotnym. Wodnista breja opryskała Stołka, który przestraszony zaczął krążyć dokoła swojego łańcucha, hałasując dopóki przeciągłe mruknięcie nie osadziło go w miejscu i nie uspokoiło. Shuushar siedział spokojnie pod ścianą, z miską pełną dymiącej strawy, nie ruszając nawet palcem w stronę posiłku. Jimjar nie posiadał się z radości, i korzystał z zamieszania, wchłaniając porcję księciunia i patrząc na miski pozostałych współwięźniów. Nikt jednak się już nie śmiał, a tym bardziej, nie mlaskał.

Drowy szybko podzieliły nowych niewolników na zespoły. Ciężka praca fizyczna była uważana za zapłatę za miskę jedzenia i pozostawienie przy życiu. Traktowana bardziej jak spłata długu, i kiedy tylko niewolnik okazywał się niezdolny do pracy, najczęściej kończył jako jedzenie dla reszty. Ich najczęstszym zadaniem były prace wewnątrz Velkynvelve. Czasem czyścili zagrody quaggothów, które prymitywne i dzikie nie potrafiły zachować wokół siebie cywilizowanego porządku. Nieczystości, zbierane za pomocą dziwnych grabi wykonanych z nieznanej nawet Daerdanowi zdrewniałej grzybni były lekkie i elastyczne. Trzeba było dosyć dużej wprawy, by niezbyt ostre kolce do zgrabiania nieczystości nie wyginały się, a nieczystości nie pryskały dokoła, choć przeważnie na zgrabiających. Praca w jaskini quaggothów nie była specjalnie ciężka. Strażnicy nie przeszkadzali niewolnikom w ich robocie i często stali po prostu na zewnątrz, nie chcąc wdychać smrodu futra i fekaliów quaggtohów. Same dzikusy najczęściej pracowały w innych miejscach, co dawało chwilę wytchnienia i swobodnego myszkowania po całej grocie dzikusów.

Nieco cięższa praca czekała na napełniających naczynia z wodą z wodospadu. Ciężkie, zdrewniałe tykwy z grzybów zwanych w podmroku beczkowym grochem trzeba było nosić po mokrej i śliskiej półce skalnej, aż do kuchni gdzie do wody wrzucano inne grzyby. Drowy pilnowały ich jednak, stojąc oparci o ściany lub patrząc czerwonymi oczami z pobliskich mostków z pajęczych lin.

Część niewolników zagoniono do kuchni, zlokalizowanej w dużej jaskini, będącej jednocześnie jadalnią. Tu praca była żmudna, brudna ale umożliwiała podjadanie, więc każdy z nadzieją patrzył na "selekcjonerów", drowy które wydzielały pracę. Najczęściej robił to rosły, siwowłosy weteran, Nym, ale czasem rozdzielał ich jeden z jego podkomendnych, młody i białowłosy Jaezred.

Stosunkowo mało przyjemna, aż dosyć lekka była praca w pralni, która znajdowała się w najbardziej oddalonym stalaktycie od ich celi. Trzeba było zejść na sam dół wydrążonego stalaktytu, aby dotrzeć do pomieszczenia, które zapchane było wręcz ubraniami z pajęczej tkaniny, która odporna na wilgoć panującą często w podmroku była też odporna na czyszczenie. Niewolnicy zdzierali sobie skórę, próbując doszorować je za pomocą mydła, pachnącego grzybami. Ubrania wręcz lepiły się od brudu i potu, a nierzadko również od krwii.Do zadań niewolników należała też ich naprawa, i aż żałosny był widok dumnych, powierzchniowych elfów, albo wychowanym po rycersku, jak Cefrey, cerujących nogawice czy bieliznę.

***

Czasem jednak, nowych niewolników wybierano do szczególnych zadań. Ten dzień, o ile w ogóle nim był, należałoby nazwać sądnym.
Lyssę i Daerdana wywleczono z celi jako pierwszych i powleczono do głównego, największego stalaktytu. Przez kładkę z pajęczych lin i belek z drzewa grzyba zurkh, przez wąskie schodki wydrążonego stalaktytu wprost do komnat samej Ilvary Mizzrym. Oczy tabaxi łowiły cały szereg szczegółów. Bystre oczy taksowały wielkość pomieszczeń, a uszy, włochate zamiatały powietrze łowiąc kakofonię dźwięków i separując je od podkładu w postaci szumu pobliskiego wodospadu. Łotrzyca wiedziała już, kiedy zmieniają się warty, gdzie są rozstawione, a nawoływania drowów szybko zdradziły ich liczebność. Mogła zrobić z tego użytek, o ile zechciałaby spróbować. Tymczasem jednak prowadzono ich już do samej komnaty drowiej szlachcianki. Przepych to było pierwsze spostrzeżenie tabaxi. Zdobione meble z grzybowego drzewa, pajęczy jedwab, wielka, purpurowa kotara otaczająca łóżko, odsunięta na bok, mnóstwo błyskotek. Ilvara musiała mieć pewną słabość, być może było nią zbieranie różnego typu świecidełek, charakterystyczny dla pewnego gatunku powierzchniowych ptaków. Łotrzyca ze zdziwieniem rozpoznała kilka swoich rzeczy, leżących pomiędzy innymi bibelotami. Bogini losu była jednak przewrotna, umieszczając złodziejkę w miejcu, gdzie jeszcze większy od niej złodziej umieścił najpewniej większość swoich łupów. Poczuła jednak smród quaggotha i usłyszała odgłos jego wielkich, podobnych do psich łap na kamiennych schodach.
- Fa'narow rivvil murrpau - drowia kapłanka mocno chwyciła tabaxi za brodę i obejrzała dokładnie, zaglądając w uszy i zęby, niczym kupiec oceniający wartość towaru. Lyssa nie rozumiała tego dziwnego języka, ale czuła, że jest obiektem zainteresowania - Malkerth faern phlynn, uk jivvenn.- głos na leżał do mężczyzny, leżącego na łożu wyściełanym jedwabiem. Tego oboje poznaliście od razu. Shoor był nagi, przykuty do łóżka a jego muskularne ciało pokrywały smugi krwi i ślady bicza – Lueth lil' byr darthirii? - wskazał głową na Daerdana.
tar'annen - Ilvara uśmiechnęła się do jednego ze strażników wręczając mu bicz i wskazując kajdany zwisające z sufitu. Tabaxi wręczono harfę i przykuto niepodal – Jak zgubisz rytm, zamienicie się miejscami... a potem oddam cię Thoree - zagroziła we wspólnym, z silnym akcentem, wskazując jednocześnie głową dyszącego quaggotha i wślizgnęła się na łóżko, zasłaniając kotarę. Strażnik uniósł bicz. Jevan. Bił lekko, ale to gwarantowało wielominutowe doznania. Drgnęły struny harfy. Lyssa nie była w stanie przeciwstawić się rozkazowi drowki. Jakaś tajemnicza siła sama kierowała jej ręką, głos Ilvary brzmiał niepokojąco rzeczowo i rozsądnie, bardziej jak umowa lub kupiecki kontrakt, który w dodatku chciała wykonać. Jakaś jej cząstka buntowała się przed wykonaniem rozkazu, a jednocześnie jakby chciała zostać ukarana bólem i być może tym, co miał zrobić oblizujący się na jej widok niczym głodny pies Quaggoth zwany Thoree. Wielki, upstrzony bliznami samiec o oku zasnutym bielmem widział pewnie niejedną walkę o samicę. Przez moment wydawało się Lyssie, że jego sylwetka rozciąga się w mroku, a łapska zaczynają przypominać ogromne haki, lub bicze. Wszystko falowało na ścianie, niczym obsceniczny spektakl, wyczarowywany czasem przez jej ojczyma czarodzieja dla zabicia czasu. Trzaśnięcie bicza. Daerdan wytrzymał kilkadziesiąt uderzeń, zanim zemdlał. Quaggoth podtykał mu jakąś śmierdzącą butelkę pod nos, i zabawa zaczynała się na nowo.
Daerdan przez chwilę powracającej świadomości widział ogromną istotę, cucącą go i mówiącą do niego jakimś niezrozumiałym językiem. Wielki stwór, o uszach podobnych do nietoperza, pochylał się nad nim, a jego czarne oczy koiły ból promieniujący z pleców. Przyjemne mruczenie i mamrotanie stwora, który łasił się do niego, łaskocząc kudłatymi pejsami uspokajało. Daerdan uśmiechał się do swojego oprawcy, z każdym uderzeniem obserwując falujące na ścianie cienie, podobne do kołyszących się na wietrze skrzydeł. Zemdlał po raz kolejny. W końcu drowka skończyła zabawę, krótką komendą powstrzymując rękę strażnika, który wszedł za kotarę, i Lyssa mogła podziwiać efekt zabaw Ilvary. Shoor miał zdartą w wielu miejscach skórę, niemal do gołego mięsa, słaniał się na nogach i musiał być niemal podtrzymywany przez Jevana, który owinął go w piwafwi i wyprowadził. Drowka nuciła sobie jeszcze do nut melodii wygrywanej przez bezwolną niczym golem Lyssę.

***

Aelin i Leshana również nie mogły narzekać na brak zainteresowania. Usługiwanie ponad tuzinowi drowich wojowników, mających wciąż krew na rękach ich pobratymców było dodatkową torturą. Aelin biegała roznosząc jedzenie między stołami, a także do dwóch pozostałych jaskiń i stalaktytów, dźwigając tykwy i miski z drewna wodnych kul. Leshana zaś obsługiwała kuchnię, przygotowując coś w rodzaju zacieru i nakładając jedzenie do grzybnych naczyń. Obie nie miały jednak lekkiej pracy. Popychane i poniżane, karane biczami za każde krzywe spojrzenie lub chęć oporu. Niektórzy nie chcieli się jednak ograniczać do samych tylko uderzeń...
- Powiedz suko...byłaś już z prawdziwym mężczyzną, czy miały cię tylko te powierzchniowe pizdy? -Usłyszała po elfiemu i poczuła dotyk drowa. Wojownik który przygwoździł Aelin do szerokiej ławy miał krzepę jak wół, ale nie mógł przełamać oporu silnej i rosłej elfki, wychowanej w dziczy, desperacko próbującej powstrzymać napastnika. Zresztą jego kumple ochoczo ruszyli mu na pomoc, wraz z dwoma quaggothami, i wkrótce szamoczącą się elfkę rozkładano już na stole, niemalże jakby podawano deser. Leshana stała chwilowo przy kuchni, widząc obracających się w jej stronę drowów. Nie uśmiechali się.
- Lubię, jak się trochę szamoczą. To dodaje pikanterii – zaśmiał się rosły drow, wciąż w elfim mając nadzieję, że jego ofiarę sparaliżuje strach. Złapał Aelin za gardło, drugą ręką próbując zerwać z niej skąpy przyodziewek. Aelin zamarła, sparaliżowana niczym ofiara. Jej nagie ciało było do dyspozycji silnego napastnika, a sny z poprzedniej nocy powróciły do niej, przypominając, że każdy jest na tym świecie ofiarą, lub łowcą. Przed nią stał łowca, dzikszy, silniejszy i jakaś pierwotna cząstka jej barbarzyńskiej duszy zareagowała tak, jak reaguje każda samica. Poddaniem się. Potem jednak, dzikość wybuchła znowu, zasłaniając świat na czerwono. Chciała gryźć i kopać, drapać go w dzikim szale, pożywić się jego krwią.
Leshana widziała w oczach swoich napastników nieprzebrane pokłady paraliżującej mocy. Gdyby powiedzieli tylko słowo, gotowa była natychmiast spełnić ich rozkaz. Ich oczy...zielone, a skronie przyozdobione koroną cieni. Siedzieli tam, milczący. Po chwili ruszyli wziąć swój należny łup.
Świst bata przerwał te igraszki a twarz rosłego drowa spłynęła krwią. Kolejny świst, ręce oderwały się od ciała Aelin z głośnym krzykiem. Kolejny świst, uścisk na jej kostkach u nóg zelżał, z głuchym sapnięciem bólu. Jorlan po prostu stał w wejściu jaskini, i nonszalancko, jak szuler rozdający karty po prostu ciął biczem z morderczą precyzją.
- Xal phlyle, ditronw phlyle! - zagrzmiał osiłek, najwyraźniej wściekły na Jorlana – Ilvara quarth! - osiłek sprawiał wrażenie, jakby uzasadniał swoją przemoc.
- F'sarn dosst sut'rinos ghil, naut Malagar... – Jorlan patrzył zimno na podkomendnego. Cokolwiek to było, brzmiało jak rozkaz i upomnienie jednocześnie.
-T'larr...! - Malagar powiedział najwyraźniej o jedno słowo za dużo. Bicz świsnął ponownie, owijając się dokoła jego szyi. Szarpnięcie później i Malagar leżał już na ławie, jęcząc z bólu. Jorlan warknął coś w dziwnym, chrapliwie brzmiącym języku. Jeden z quaggothów przekręcił łeb na bok, ale wykonał polecenie Jorlana. Najwyraźniej bestia też lubiła, jak się szamotał. Reszta stała lub siedziała bez ruchu. Część starała się nie patrzeć, część udawała, że wcinają posiłek. Jorlan po prostu stał i patrzył, jak zawsze kiedy wykonywał karę na jakimś niewolniku. Obok niego stał jego zastępca. Blizna była mniej okazała, ale zdawało się, że wokół Jorlana skupiali się najbardziej doświadczeni wojownicy w Velkynvelve. Ten uśmiechał się lekko, jakby ciesząc oczy tą bestialską sceną. Wkrótce było po wszystkim i nieprzytomnego i zemdlonego Malagara dwóch drowów wyniosło z jaskini. - Lubię, jak się szamocą – wyjaśnił Jorlan swojemu zastępcy najczystszym elfim, jaki zdażyło się słyszeć Aeilin. Ten parsknął głośno.
Jorlan warknął jeszcze kilka komend, po których jego wojownicy karnie zebrali porozrzucane stołki i wrócili do swoich misek, mrucząc coś pod nosem i ciskając oczami gromy ze złości. Leshana mogła wyczuć, że część drowów mruczała obelgi. Ci starsi zaś, nie odzywali się prawie w ogóle, jakby przyznawali Jorlanowi rację i jakby cieszyli się z tego przypadku. Aelin wróciła do swoich obowiązków i omal nie rozlała strawy z niesionych do jaskiń misek, kiedy wpadła na Jorlana. Innych strażników nie było. Mężczyzna złapał ją za brodę, i chwilę patrzył na nią purpurowymi oczami. Widziała jego twarz, pobliźnioną i popaloną kwasem. Straszną.
- Niebawem przybędzie tutaj grupa ze stolicy i zabierze was – powiedział od niechcenia – klatka...to takie niemiłe miejsce – stwierdził fakt. Zresztą miażdżył jej twarz w żelaznym uścisku.Jego rękawice wręcz płonęły od magii - Gdyby zdarzyło się, że będzie otwarta a was tam nie było...byłoby to...ciekawe - drow puścił Aelin – Nie sprawcie mi zawodu... - powiedział cicho i odszedł w mrok.

***

Zak i Cefrey dostali jedną z najgorszych prac jakie mogły się trafić niewolnikom. Książę Derendil aż jęknął, kiedy usłyszał dokąd oboje się udają, wraz z towarzyszącymi im drowami i quaggothami. Mieli bowiem niemiłą przyjemność oczyszczania zapchanego przez nieczystości przepustu w jeziorze. Woda kotłowała się w pobliżu wodospadu, wokół całkiem dużej hałdy gnijących odpadków i fekaliów, rozbryzgiwanych naokoło. Smród powalał, choć przywykłe do narkotyków i drażnione milionem używek nozdrza Zaka były całkiem odporne na ten zapach.
Zatkało się... - powiedział niezgrabnym wspólnym jeden ze strażników wskazując przepust i pociągając silnie za łańcuch, omal nie wrzucając Zaka do wody. Za nim podążyła Cefrey, nie zanurzając się jednak, starając się ignorować głośnie śmiechy drowów. I tak musiał do niej wejść. Zmuszony batem w końcu zanurzył się w mętną, pełną nieczystości wodę. Plasnął w coś nieprzyjemnego. Coś ruszającego się. Szlam. Żywy szlam, jakich pełno było w różnego typu katakumbach czy podziemiach. Możni w Waterdeep czasem trzymali je w piwnicach, aby łowiły szkodniki, usuwały nieczystości i odstraszały nocnych włamywaczy, plądrujących piwnice. Nie palił ciała Zaka, co sugerowało, że jest najpewniej przejedzony i po kilku niezgrabnych ruchach dał się przesunąć bliżej hałdy. Coś jednak dalej blokowało nurt, coś wielkiego. Zak zanurkował ponownie i omal nie zadławił się nieczystościami. Ciało drowa. Wielkiego i barczystego, prawie nie uszkodzona. Był nagi, a krwawa w pobliżu jego serca zdradzała od razu jak umarł. Ciało, ruszone przez Zaka potoczyło się z nurtem a woda zaczęła płynąć szybszą strugą. Cefrey, brodząca po pas w nieczystościach, szukając źródła i nie mogąc dostrzec go poślizgnęła się i upadła. Wynurzyła się cała...oparzona. Jej ciało odchodziło od kości, ręce wręcz topiły się z każdą minutą, a oddech zamieniał się w charkoczący bulgot. Sięgnęła do twarzy. Mlasnęło i momentalnie zrobiło się jej ciemno przed oczami, kiedy zmiażdżyła przepalone kwasem gałki oczu. A pod palcami wyczuwała topiącą się niczym wosk skórę. Zak tymczasem wychodząc wdepnął w coś miękkiego. Pękło niczym balon i przez moment zrobiło się purpurowo, kiedy nieprzeliczona ilość zarodników jakiejś grzybni eksplodowała nad mętną wodą, barwiąc ją na krwisty kolor. Zakowi wydawało się, że zarodniki palą go żywym ogniem, wydawały się żywe, włażąc do uszu, nosa, ust, drażniąc a jednocześnie dając kolejne, poszukiwane przez niego nieznane doznania.
- Dosyć! - świst bata i ostry ból przeszył ramię Zaka, który leżał na ziemi, obok Cefrey. Byli brudni, uwalani błotek i nieczystościami, ale wydawali się cali. Zak jednak zauważył całkiem spore połacie popalonej przez kwas skóry.
- Zagoi się. – zawyrokował drow – Umyć się i kończymy na dzisiaj. – zaordynował.
 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 30-01-2019 o 10:15.
Asmodian jest offline  
Stary 31-01-2019, 19:57   #9
 
BloodyMarry's Avatar
 
Jakiś czas po wyprowadzeniu z celi Daerdana i Lyssy, strażnicy przyszli po Aelin i Leshanę.
Odpięli elfki od ściany i wyciągnęli siłą na zewnątrz. Aelin próbowała stawiać opór, jednak drowi strażnik złapał ją za włosy i odciągając jej głowę do tyłu przyłożył jej sztylet to gardła i wrzasnął do niej coś w niezrozumiałym dla niej języku Podmroku. Spacyfikowana elfka chcąc nie chcąc musiała porzucić swój opór i wraz z towarzyszką niedoli podążyć za strażnikami.

Wyjście z celi prowadziło przez strażnicę, w której Aelin wypatrzyła trójkę ciężkozbrojnych strażników. Jeden z nich wydawał się wyjątkowo stary, a po jego posturze można było poznać, że jest bardzo doświadczonym wojownikiem. W pewnym momencie starszy strażnik podniósł głowę i jego wzrok zjednał się z wzrokiem elfki. Ta odruchowo spuściła głowę, nie mogąc wytrzymać ciężarem groźnego spojrzenia owego drowa. Chcąc się uspokoić wzięła głęboki oddech, a do jej nozdrzy dotarł zapach… smaru do konserwowania broni, podobny do tego który mogła czuć w kuźni swojego ojca. Zatrzymała się na chwilę i wciągnęła powietrze jeszcze raz. Udało jej się ustalić, że dochodzi on chyba z jakiegoś pomieszczenia na dole. Po chwili poczuła ostry ból przeszywający jej plecy. Jeden ze strażników smagnął ją batem po plecach i wrzasnął na nią, że ma się ruszać.

Dalsza droga prowadziła przez wiszące kładki aż na szeroką platformę skalną. Na kładkach prowadzone przez strażników elfki co jakiś czas mijały pojedynczych strażników, którzy byli zdecydowanie lżej uzbrojeni niż mijana wcześniej trójka. Kiedy Aelin spojrzała dokładniej na jednego z nich jej wzrok zaczął wirować. Zakręciło jej się lekko w głowie, przez co wpadła na idącego za nią strażnika. Ten odepchnął ją z taką siłą, że elfka upadła na kolana. Nim zdążyła się podnieść usłyszała świst bata, sekundę potem syknęła głośno z bólu czując jego uderzenie na swych plecach. Strażnik szarpnął ją za ramię podnosząc ją z ziemi. Po raz kolejny wrzasnął coś do niej w swoim języku i pchnął wskazując stronę w którą ma iść. Kiedy przechodzili obok głównego stalaktytu do uszu elfek doszły pełne bólu wrzaski i jęki, którym akompaniowała muzyka wygrywane na harfie. Oprócz dźwięków do nozdrzy elfek dotarł zapach jakichś ziół. Aelin przeszedł dreszcz. Uświadomiła sobie, że wie do kogo należą te mrożące krew w żyłach wrzaski. To był głos Daerdana. (Co te potwory mu robią?!) Pomyślała wpatrując się miejsce skąd dochodziły owe dźwięki. Spojrzała na twarz Leshany, tą najwyraźniej także zorientowała się do kogo należą te krzyki.
- Ilvara najwyraźniej dobrze się bawi w towarzystwie waszego kolegi. - powiedział szyderczo jeden ze strażników płynnie po elficku.
- A teraz koniec teatrzyku! Ruszać te powierzchniowe tyłki suki! - wrzasnął i smagnął batem pomiędzy Aelin, a Leshaną. Rudowłosa elfka zacisnęła zęby i ostatni raz rzuciła wzrokiem w kierunku skąd dobiegały krzyki jej towarzysza. (Trzymaj się Daerdan, dasz radę) rzuciła w myślach i ruszyła w kierunku narzuconym przez strażników.

Na platformie roiło się od strażników, którzy wyraźnie zainteresowani byli obecnością powierzchniowych elfek. Co jakiś czas rzucali w ich kierunku jakieś obelgi lub teksty czego to oni by z nimi nie zrobili, podobne do tych które w celi wypłynęły z ust Saritha. Oprócz strażników na platformie znajdowały się także dwa quaggothy. Samce. Warczały jeden na drugiego, tak jakby miały się zaraz na siebie rzucić. Drowi strażnicy podobnie jak quaggothy, również wydawali się pobudzeni. Zachowywali się jak młodziki przed nadchodzącą bitwą, bądź stado orków w czasie rytuałów godowych.

Po długiej drodze w końcu dotarli do kuchni gdzie przydzielono elfkom pracę. Leshana została odesłana do gotowania strawy, a Aelin miała roznosić ją głodnym drowom. Rudowłosa elfka posłusznie roznosiła jedzenie, szwendając się po całym obszarze obu stalaktytów i wszystkich jaskiń w ich okolicach. Wiele siedzących tam drowów pogrążona była w transie. Przed tymi kładła miski jak najciszej i najostrożniej, nie chcąc wytrącić ich z transu i nie narażać się na ich wściekłość. Zdecydowanie gorzej było z tymi, którzy nie znajdowali się w elfim śnie. Ci starali się utrudnić pracę młodej elfce jak tylko mogli. Wyzywali, podstawiali nogi, popychali, macali w takich miejscach, za które normalnie dałaby jednemu z drugim po mordzie, jednak tu musiała to znosić, jeśli chciała przeżyć. Do czasu. W pewnym momencie poczuła, że ktoś chwyta ją za nadgarstek.
- Powiedz suko… byłaś już z prawdziwym mężczyzną, czy miały cię tylko te powierzchniowe pizdy? - spytał jeden z drowich wojowników przygważdżając Aelin do szerokiej ławy. Był wyjątkowo silny, jednak elfka również nie miała zamiaru oddać mu się bez walki. Kiedy jego palce powędrowały do zapięć jej skompego ubrania, ta uderzyła głową w jego głowę. Mężczyzna lekko się zatoczył, jednak nie puścił szamoczącej się i wrzeszczącej elfki. Zaklął coś w języku podmroku, a chwilę po tym do pomocy ruszyli ochoczo jego towarzysze, wraz z dwoma quaggothami. Unieruchomili oni elfkę, rozkładając ją na stole niczym deser.
- Lubię jak się trochę szamocą. To dodaje pikanterii. - rzucił w elfim i zaśmiał się, chcąc sparaliżować swą ofiarę strachem. Malagar jedną ręką złapał rudowłosą elfkę za gardło, a drugą bez bawienia się w odpinanie klamerek, po prostu zerwał z elfki odzienie. Pękające rzemyki podrapały skórę Aelin. Wojowniczka szarpała się bez efektu próbując wyrwać się z uścisku jakim spętały ją drowy. Nie mogła nic zrobić. Przegrała. Musiała się poddać i oddać się w łaskę swojego ciemiężcy. Odwróciła twarz nie chcąc widzieć jego rozochocone twarzy i zamknęła oczy czekając, aż Malagar zapełni swe erotyczne i sadystyczne żądze kończąc tym jej koszmar na jawie. Po chwili jednak furia znów wstąpiła w jej umysł, a wola walki wróciła. Zaczęła się znów szarpać próbując nawet gryźć drowiego wojownika, jednak bezskutecznie. Po jego wyrazie twarzy było widać, że jej walka i próby wyswobodzenia tylko go nakręcają.


“Igraszki” te zostały przerwane przez świst bata smagającego po kolei każdego z napastników elfki. Jorlan, porucznik Ilvary z charakterystycznie zabliźnioną twarzą wpatrywał się swym okrutnym wzrokiem w Malagara. Wściekły Malagar rzucił w stronę Jorlan coś w ich niezrozumiałym dla Aelin języku. Pomiędzy mężczyznami padło kilka, jak się wydawało elfce, niezbyt przyjemnych zdań, aż w końcu Jorlan rozkazał coś jednemu z quaggotów. Po chwili stwór dopadł Malagara i potraktował w ten sam sposób, w jaki ten chciał potraktować elfkę.
- Lubię jak się szamocą. - Jorlan zacytował słowa Malagara, wywołując wybuch śmiechu u jednego ze swych ludzi. Aelin patrzyła na to z przerażeniem, jednocześnie jednak na jej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Napastnik stał się ofiarą.
- Czego cieszysz tą białą mordę? Jeszcze mogę cię oddać pozostałym. - Jorlan syknął na elfkę i zdzielił ją ostrzegawczo batem. - Wracaj do roboty!
Aelin pośpiesznie pozbierała skrawki swojego zniszczonego odzienia i ruszyła do kuchni. W kuchni znalazła fartuch z jakiejś dziwnej tkaniny z nieznanej elfce odmiany grzyba. Narzuciła go na siebie, niestety zasłaniał on tylko przód. Elfka westchnęła, po czym zdjęła go i obwiązała nim dolne partie swojego ciała. (Jak mam wybierać, to wolę gołe cycki niż dupę) pomyślała i zabrała się z powrotem do pracy.

W jednej z jaskiń do której Aelin zanosiła strawę wszystkie drowy pogrążone były w transie. Koło jednego z nich leżał na ziemi krótki miecz. Elfka położyła miskę przed drowem i rozglądając się dookoła czy nikt jej nie obserwuje podniosła miecz. (No, to było łatwe. Tylko gdzie ja go schowam?) Zastanawiała się, gdy jeden z jej płomiennych kosmyków spadł jej na twarz. Elfka chwyciła niesforne pasmo włosów i schowała za uchem. (Zaraz, zaraz…) Uśmiechnęła się pod nosem i przerzuciła swoje długie, wyjątkowo gęste włosy do przodu. Zaczęła pleść długi, gruby warkocz w którego sploty ukryła krótki miecz. Pod koniec wzięła rzemyk z jej zniszczonego ubrania i zawiązała warkocz, tak aby się nie rozpadł. Misterny splot ciążył jej trochę, ponieważ ukryta broń obciążała włosy elfki. Kiedy była pewna, że wszystko się trzyma i raczej się nie rozpadnie, wróciła z powrotem do pracy.

Resztę dnia elfka dokładnie obserwowała otoczenie, strażników i wszystko co się dookoła niej działo. Zauważyła że, wiele z mijanych przez nią drowów, szczególnie młodych wojowników, jest wytatuowanych. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że wzory które pokrywały ich skórę powtarzały się. Mogły mieć inne ułożenie, jednak wciąż były to te same symbole. Niestety elfka nie wiedziała co mogą one oznaczać. (Muszę wypytać o to innych, może będą coś wiedzieć) zamyśliła się nad dziwnymi symbolami.
- I na co się gapisz biała wywłoko?! Podaj mi Wreszcie te żarcie! - głos jednego z obsługiwanych strażników wyrwał ją z zamyślenia. Zorientowała się, że stała wpatrzona w wzory pokrywające jego ramiona.
- Przepraszam, już podaje… - odparła kładąc miskę na stole. Kiedy elfka miała już odchodzić do następnego stolika, usłyszała brzęk uderzającej o ziemię łyżki.
- Ups… spadło. Podnieś to! - usłyszała ten sam głos, który przed chwilą zrugał ją za gapienie się na jego tatuaże. Odwróciła się i zobaczyła jak strażnik z szyderczym uśmiechem wskazywał na leżącą na ziemi łyżkę. Aelin westchnęła głęboko, jednak bez sprzeciwu schyliła się po “przypadkowo” upuszczony przedmiot. Nim zdążyła się wyprostować usłyszała charakterystyczny świst, który w przeciągu paru dni w Podmroku zdążyła poznać już aż za dobrze. Jęknęła z bólu kiedy bicz przejechał po jej pośladkach, a strażnik wraz z resztą drowów przy stole wybuchnęli gromkim śmiechem.
(Na Corellona, oni nawet do obiadu z tymi pieprzonymi biczami się nie rozstają?!) pomyślała z bólem na twarzy podnosząc i podając łyżkę mrocznemu elfowi. (A żebyś się tak udławił tą mazią) pożyczyła mu w myślach i bez słowa odeszła do innego stolika.

Kiedy Aelin niosła ostatnie już tego dnia porcje strawy do jednej z jaskiń, skupiona wpadła na kogoś o mało nie rozlewając jedzenia z misek. Kiedy podniosła wzrok ujrzała ostre spojrzenie Jorlana. Drow złapał ją za brodę i przypatrywał jej się chwilę. Jego palce wpijały się w jej twarz z ogromną siłą, a jego rękawice wręcz płonęły magią.
- Niebawem przybędzie tutaj grupa ze stolicy i zabierze was – powiedział od niechcenia – klatka...to takie niemiłe miejsce – stwierdził fakt. Zresztą miażdżył jej twarz w żelaznym uścisku.Jego rękawice wręcz płonęły od magii - Gdyby zdarzyło się, że będzie otwarta a was tam nie było...byłoby to...ciekawe - drow puścił Aelin – Nie sprawcie mi zawodu... - powiedział cicho i odszedł w mrok.
Aelin rozmasowywała dłonią obolałą twarz i przez dłuższą chwilę spoglądała się w kierunku w którym odszedł drow. Nie do końca wiedziała co się właściwie przed chwilą stało. Czy Jorlan właśnie powiedział, że będą mieli szansę na ucieczkę? A może kryje się za tym jakiś podstęp? Musiała opowiedzieć o tym reszcie.

Kiedy elfki skończyły swoją pracę strażnicy odprowadzili je do celi. Aelin zmęczona po całym dniu i zamyślona nad słowami Jorlana całą drogę szła w ciszy. Kiedy dotarli na miejsce strażnicy wepchnęli je do środka i zapięli z powrotem z łańcuchy. Rudowłosa elfka spojrzała po pozostałych więźniach, po których widać było, że ich dzień był równie "pełen wrażeń" jak jej.
 

Ostatnio edytowane przez BloodyMarry : 02-02-2019 o 16:03.
BloodyMarry jest offline  
Stary 05-02-2019, 23:09   #10
 
Aiko's Avatar
 

Jej świat stał się nagle bardzo monochromatyczny. Czasem Leshanie zdawało się, że jedynym kolorytem w tej jaskini są rude pasma Aelin niepokojąco zgrywające się kolorystycznie z oczami tego podziemnego plugastwa jakim byli ich oprawcy. Szkarłatne niczym krew. Leshana do tej pory czuła rozcięcia na plecach. Niektórym batom udało się już przeciąć bandaże przytrzymujące jej biust. Czuła jak krew skleiła z sobą materiał opatrunków i tuniki. Nie chciała doczekać momentu, gdy przyjdzie jej je rozdzielić. Z nienawiścią wpatrywała się w kraty zaciskając skute ręce w pięści. Wiedziała… że to dopiero początek.




Kolejne dni przypominały nieco koszmar, z którego nie sposób było się wybudzić. Pierdolenie Jimjara o jedzeniu, które i tak było nie jadalne. Wszechobecny zapach fekaliów… wymiocin… potu. Do tego cały czas trzeba było oglądać te parszywe ciemnoskóre gęby. Czerwone oczy… białe włosy.

Nie była w stanie odpocząć. Cała jaskinia zdawała się poruszać w rytm pulsowania w ranach. Toksyczne kolory fluorescencyjnych grzybów i mchu wirujące i zlewające się z różnymi odcieniami krwi powodowały mdłości. Szepty… wszędzie były szepty i jęki. Gdy tylko zamykała oczy wydawało się jej, że na nadgarstkach znów czuje stalowy uścisk ciemnych rąk. Wspomnienia bólu sprawiały, że jej ciało oblewało się zimnym potem. Otwarcie oczu sprawiało jedynie, że przypominała sobie, że ból jest prawdziwy. Obezwładniał, uniemożliwiał myślenie. Miała wrażenie, że cała przesiąknięta jest tą śmierdzącą wilgocią. Czuła jak pełza po jej ciele, wplata się we włosy. Ubranie lepiło się do ciała, wydobywając kształty, które miało skrywać. Była naga w tym fluorescencyjnym piekle.

Gdy wyprowadzano ją po raz pierwszy do pracy próbowała się wyrwać. Odrętwiałe nogi sprawiły, że jedynie wpadła na drowa, który otworzył kraty. Nim się zorientowała popchnięto ja na ścianę. Po pierwszym bacie, udało się jej obrócić, potem były kolejne. Wyzywali ją… śmiali się, a ona mogła jedynie zacisnąć pięści i zagryźć zęby. Musiała przetrwać.

Prawie jak wtedy gdy postanowiła zebrać nieco fluorescencyjnego mchu. I tak przyszło jej oczyszczać jeden z korytarzy, równie dobrze, mogła zagarnąć nieco do prowizorycznej sakwy, która zrobiła sobie z bandaży… Pochylała się za długo. Drow zapytał co robi, ale nie czekając na jej odpowiedź smagnął ją batem po tyłku. Dobrze, że raz bo i tak miała problemy by normalnie usiąść. Jej wyjaśnienie, “że toż miała sprzątać” spotkało się jedynie z szyderczym śmiechem.

Drowy lubiły się śmiać. Lubiły się pastwić. Lubiły szydzić. Leshana nie była pewna czy była to kwestia ich natury, tego, że żyły w tak potwornym miejscu, czy też wynikało to z tego, że same z sobą się tak obchodziły. W sumie było jej wszystko jedno… nienawidziła sposobu w jaki na nią patrzyły. Ich twarzy oświetlonych nienaturalnym podziemnym światłem. Głodu w ich oczach. Ilekroć widziała wpatrzone w siebie czerwone ślepia, miała ochotę je wyłupać.


Gdy wyprowadzano ją Aelin wiedziała już by na nich nie patrzeć. Nie odzywać się… nie chwiać się. Zrobić swoje i wrócić w stanie, który umożliwiłby zaplanowanie czegokolwiek. Idąc wpatrywała się w plecy elfki nie zważając na rzucane w ich stronę obelgi. Krok za krokiem, wpatrując się w czerwone pukle Aelin… jedyny prawdziwy kolor. Słyszała gwar w miejscu, do którego się zbliżały, ale nie chciała patrzeć w tamtym kierunku. Choć przez chwilę patrzeć na coś normalnego i… zapamiętywać drogę… Bo wyjdzie stąd. Nie teraz, nie dziś, może nie w tym tygodniu czy miesiącu ale wydostanie się stąd, a potem… pośle ich wszystkich do grobu.

Poczuła szarpnięcie. Rozdzielono je Leshana zobaczyła tylko jak rude pasma zamieniły się w smugi i poczuła na ciele gorąc kuchni. Wciśnięto jej coś co przypominało wielką chochlę i postawiono obok wielkiego gara, czegoś co niepokojąco przypominało żarcie, które im przychodziło jeść. Czy te ciemnoskóre gnidy nie miały nawet dla siebie niczego lepszego? Gorąc kuchni sprawiał, że znów poczuła jak świat zaczyna pulsować. Odgłosy z sali zlewały się w jeden dźwięk kojarzący się jej z warkotem dzikiej bestii. Gdy tylko zatrzymywała na chwile ręce czuła na plecach bat. Drowy potrącały ją, tak że musiała się pilnować by nie dotknąć gorącego gara.

Śmiech. Podniosła wzrok na salę i zobaczyła przyciśniętą do stołu Aelin. Chciała się poruszyć, ale wtedy znów poczuła jak ciasno splecione rzemienie rozcinają jej skórę. Zachwiała się i oparła o blat. Świat zawirował, znów znalazła się w tym fioletowawym migoczącym tunelu i zobaczyła je. Zielone oczy wpatrzone w nią… zrywające z niej tunikę. Nie mogła oderwać od nich spojrzenia, zdawały się być wyspą nadziei w tym nieprzebranym bagnie szarości i fioletów. Czuła jak jej wargi same się rozchylają, jak w okolicy łona pojawia się ciepło. Chciała ich… tej odrobiny lasu, tu pod ziemią. Patrzyła jak podnoszą się, jak ruszają w jej stronę… królowie podziemi w koronach z cieni.

Wszystko przerwał odgłos bata. Ponownie się zachwiała, a jej dłoń zacisnęła się na rączce noża… ktoś musiał przerwać jego ostrzenie. Ktoś kto pewnie odszedł by zobaczyć co się dzieje przy stołach. Leshana ukryła broń i kawałek wyprawionej skóry w prowizorycznej sakwie. Kątem oka zerkała jak Jorlan rozmawia z Aelin. Groził jej? Obrażał… Odetchnęła gdy puścił elfkę i wróciła do przerwanej pracy.

Odezwała się dopiero gdy przykuto ją ponownie do ściany, a pod włosami poczuła chłód skały.
- Musimy się stąd wydostać… - Nie skończyła. Nie chciała zadawać tego niepokojącego pytania “Tylko jak?”.
 

Ostatnio edytowane przez Aiko : 05-02-2019 o 23:33.
Aiko jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170