Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-03-2008, 21:36   #1
M.M
 
M.M's Avatar
 
[Storytelling] Babuszki

Babuszki

„Cóż może zmienić naturę człowieka?”
- Planescape Torment



Część pierwsza: Umarł król, niech żyje król.


Mieszkanie Grigorija Alipanowa.

Szła szklanka za szklanką. W telewizji leciał jakiś teleturniej, w którym wszyscy wydurniali się w akompaniamencie sztucznie wywołanego aplauzu. Oplecione węźlastymi żyłami dłonie trzęsły się w napadach febry. Otumanione wódką oczy były oczami posągu. W pomieszczeniu śmierdziało nędznym tytoniowym dymem, odorem gorzały i pewną dozą spalenizny. Wieczory Grigorija Alipanowa zawsze wyglądały tak samo. Właściwie nie zawsze… Kiedyś… Kiedyś odeszło. A więc zawsze wyglądały tak samo.
- *Niestety, nie udało się wygrać!* – grzmotnął nagle telewizor. Alipanow omal nie podskoczył na starej, wysłużonej kanapie. Omal. Był tak zalany, że nie miał siły podskoczyć, nawet mimowolnie. Telewizor wydzierał się bezlitośnie. Cukierkowa muzyka z teleturnieju drążyła w głowie całe kaniony.
- *Może innym razem! Co sądzisz?!*
- Gówno – komentarz Grigorija był niezwykle szybki i równie niezrozumiały. W odpowiedzi na gniewne machnięcie dłonią, po stole potoczyła się pusta butelka. Po chwili rozbiła się o podłogę. Widać takie było jej przeznaczenie. Alipanow skoncentrował się na lalusiowatym prowadzącym. Niemal czuł omdlewającą woń jego wyperfumowanego do granic możliwości ciała. Chętnie obiłby mu mordę. Chętnie nakarmiłby go jego własnymi, porcelanowymi zębami. Sukinsyn! Kim on właściwie jest? Czy chociaż zdaje sobie sprawę komu zawdzięcza tą swoją różową posadkę?! Kto przelewał krew za matkę Rosję, podczas gdy on srał w pieluchy?! Oczywiście, nie zdawał sobie sprawy. Ludzie zawsze byli z natury rzeczy niewdzięcznikami.
- *Zapraszamy więc kolejnego uczestnika naszego show!* - prowadzący widać nie umiał czytać w myślach Grigorija, gdyż dalej wydzierał się w niebogłosy. Rozległ się kolejny, pusty aplauz. Gdzieś za oknem zamiauczały dachowce. Jeszcze dalej pędziła karetka. Sąsiedzi kopulowali ze sobą już drugą godzinę. Alipanow wkurwił się nie na żarty.
- *Jak się nazywasz śmiałku?* - dłoń klapnęła o ławę w poszukiwaniu zaginionej butelki. Mimo usilnych starań nie potrafiła jej znaleźć. Flaszki były albo puste albo puste i rozbite. Dla Grigorija o wiele gorsze były te puste. Rozbitą można chociaż rozchełstać żyły, pustą co najwyżej wsadzić sobie w dupę. Rozchełstać sobie żyły… Smakowita perspektywa dla samotnego, urżniętego śmiecia. Bardziej smakowita była jednak gorzała, a to właśnie jej ewidentnie brakowało. Zawsze coś musiało iść nie tak.
- *Przygotuj się więc na pierwsze pytanie za równe tysiąc złotych!* - kanapa skrzypnęła w proteście kiedy Alipanow zerwał się na równe nogi. Utrzymaniu równowagi nie pomogły niestety młócące w powietrzu ramiona. Grigorij zatrzymał się dopiero na ścianie przy telewizorze. Cudem uniknął spotkania z podłogą. Kilka następnych kroków zaniosło go do kuchni, a raczej do pokoju, po którym walało się żarcie. Trzęsąca się dłoń sięgnęła do skrytki i wyciągnęła stamtąd kilkaset rubli. Pokaźny stosik kurczył się z każdym dniem. Ostatnimi czasy Grigorij chlał bez przerwy. Miauczenie dachowców się nasiliło, za to głupawy teleturniej zszedł na dalszy plan. Grigorij sam nie wiedział co gorsze.
- Won! – okrzyk był na tyle głośny, że uciszył nie tylko koty, ale i sąsiadów za ścianą. Po chwili jednak wszystko wróciło do normy, a posapywania i pomiaukiwania wpisały się z powrotem w wieczorny rytuał Alipanowa. Nie miał już żadnej władzy. Żadnej!
- *Tak! To doskonała odpowiedź! Otrzymujesz gwarantowane…* - Grigorij wrócił do salonu i namierzył drzwi wyjściowe. Były tam gdzie zawsze, wciśnięte pomiędzy dwa średniej jakości obrazy anonimowego autora. Tak szare i zwykłe, że wtapiały się w ścianę. Ruszył ku nim bez zastanowienia. Przez moment zamyślił się nad tym, co tak właściwie miał zrobić… A! Do sklepu po kolejną flaszkę. Bez niej nie zaśnie. Trochę trwało zanim odnalazł klamkę. Nacisnął ją, a drzwi otwarły się z lekkim skrzypnięciem. W korytarzu królowały posapywania sąsiadów. Zanim zatrzasnął za sobą drzwi, Grigorij usłyszał jeszcze:
- *Niestety, to błędna odpowiedź. Przegrał pan…*

Centrum Moskwy.


Władimir Nikołajewicz Tilepko pobiegł w ciemność mokrej, moskiewskiej nocy. Długim susem pokonał kałużę i wylądował na parkingu, gdzie wśród strug deszczu odnaleźć miał swoje BMW. Pomimo, że wyszedł z budynku zaledwie parę sekund temu, jego elegancki garnitur był już przemoczony do cna. Dawno w Moskwie nie widziano takiej ulewy. Woda lała się z nieba nieprzerwanie, przywołując niemiłe wrażenie kąpieli w środku wodospadu. Pomimo deszczu i wiatru, było bardzo ciepło. Wręcz duszo, oczywiście zachowując rosyjskie standardy. Moskwianie cieszyli się zawsze ilekroć temperatura przekraczała dwadzieścia stopni. O większym upale nikt nawet nie marzył. Noc była wyjątkowo ciemna. Właściwie Władimir miał nadzieję, że nudnawy spektakl zakończy się jeszcze wieczorem, ale na nadziejach się skończyło. Tilepko w biegu zakasał ciężki od wody rękaw i zerknął na wodoodporny zegarek. Wpół do dwunastej, co do minuty. Trzy godziny przysypiania na fotelu teatru „Babuszki”. Po ciężkiej nocce w Dumie… Właściwie to dlaczego w ogóle zgodził się wyjść do teatru? Ach tak, obiecał przecież Nataliji. Za pół godziny minąć miała pierwsza rocznica ślubu Władimira Tilepko i Nataliji Gretij.

Elegancka kobieta w ceglastej, satynowej sukni przyglądała się teatralnym broszurom, co jakiś czas zerkając przez okno na ulicę. Nie widziała co prawda wiele, jedynie iluminacje świateł, tańczące pomiędzy niezliczonymi kroplami deszczu, ale z łatwością rozpoznałaby nowe, granatowe BMW. Biedny Władimir… Zmoknie dokumentnie. Natalija doskonale wiedziała, że jej małżonek jest krańcowo znużony nie tyle spektaklem, co całym wieczorem, ale i tak nie zamierzała odpuścić. Ostatnio praca wyciskała z niego siódme poty, a pannie Gretij coraz mniej się to podobało. Rozumiała, że angażuje się w Dumę całym sercem, ale czy to normalne, żeby cały dzień chodzić tylko na mocnej kawie? Władimir nie był pracoholikiem, daleko mu jeszcze do tego statusu, ale powinien zacząć o siebie dbać. Natalija uśmiechnęła się do siebie, lustrując własne, zniekształcone w szybie, odbicie. Doskonale wiedziała, że po dzisiejszej nocy będzie o siebie dbał jak nigdy przedtem. Już ona się o to postara…

Johann Wolfgang Goethe – Faust.

W reżyserii jednego z najbardziej obiecujących, młodych twórców Aleksieja Nikołajki, trwający dwie godziny, przejmujący spektakl o ludzkiej duszy, targanej namiętnościami. Pojedynek między duchem, a rozumem, w znakomitej obsadzie. Chwilo trwaj, jesteś piękna!

Zapraszamy w czwartki od 01.06.12 do 1.08.12 o godz. 20

Cena biletu: 800RUB


Natalija badawczym okiem przyjrzała się broszurze i uznawszy, że wykonana jest profesjonalnie, wepchnęła ją sobie do torebki. Mówią, że w damskich torebkach jest wszystko, od pomadki po tygodniowe landrynki. Z pewnością nie zaszkodzi mieć na podorędziu dodatkowo broszurę o „Fauście”. Natalija odgoniła z oczu kosmyk włosów i raz jeszcze spróbowała dojrzeć cokolwiek znajdującego się na zalanej ulicy. Po BMW nie było jednak śladu. Czyżby zalało parking? Kobieta zerknęła na złoty zegarek. Wskazywał jedenastą trzydzieści dwie. Wrodzona, połączona z kobiecą, ciekawość wzięła górę. Natalija odeszła od stanowiska z broszurami i podeszła do obrotowych drzwi wejściowych teatru „Babuszki”. Jeszcze wewnątrz słyszała głuche dudnienie deszczu o ich szklaną powierzchnię. Ulica nadal była pusta. Po krótkiej chwili przejechał jakiś samochód, potem drugi, jeszcze później na drugą stronę przeszedł zalany w sztok mężczyzna. Zalany bynajmniej nie z powodu ulewy. Pijak był dość potężnie zbudowany i Natalija uświadomiła sobie, że nie chciała by spotkać się z nim w ciemnej uliczce. Wstrząsnął ją nagły dreszcz. Deja vu.
- Gdzie jesteś Władimir? – otrząsnęła się z rozmyślań, wracając do obserwacji ulicy. Jakby w odpowiedzi błysnęły oślepiające światła, w których Natalija rozpoznała ukochane BMW. Charakterystyczny klakson rozwiał jej wątpliwości. Drzwi otwarły się, a po chwili wyłonił się z nich Władimir. Wyglądał jak zmokła kura wciśnięta w garnitur.
- Podwieźć panią? – spytał. Natalija tylko się zaśmiała, po czym pobiegła w deszcz, do mężczyzny swojego życia. Potężny pijak zniknął w ciemnościach. Może wyrżnął się do rynsztoka…

***

Przecząc wszelkim prawom logiki, maszerując zygzakiem w potężnym deszczu, Grigorij Alipanow naprawdę wytrzeźwiał. Zlany wodą od stóp do głów szedł już nieco pewniej niż wtedy, gdy wychodził z domu. Nadal jednak chwiał się nieznacznie to w jedną to w drugą stronę. Ulewa zadziałała na niego niczym kubeł zimnej wody, z przerażającą dosłownością. Upewniwszy się przedtem, że cenne ruble znajdują się w bezpiecznej kieszeni, Grigorij zszedł z chodnika na ulicę. Gdzieś blisko mignął mu wielki neon teatru „Babuszki”, w oświetlonym wnętrzu dojrzał natomiast elegancką kobietę. Wypatrywała czegoś lub kogoś na ulicy. Grigorij, mimo że wcale jej nie znał, odczuwał pijacką pogardę. Piękna damulka wracała sobie z wystawnego spektaklu, a on, Grigorij Alipanow!, czołgał się jak śmieć po ulicy, ściskając w kieszeni garść rubli. Kiedyś tak nie było. Kiedyś było inaczej. Prościej.

Grigorij nie potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie ile czasu minęło zanim usłyszał przeraźliwy pisk opon. Właściwie, mimo kojącego działania deszczu, wciąż odbierał świat ze sporymi zakłóceniami. Uderzenie było jak grom z jasnego nieba, pierwsze co przyszło Grigorijowi na myśl to właśnie błyskawica. Jednak to nie błyskawica go potrąciła, a rozpędzające się BMW. Grigorij stęknął kiedy siła uderzenia wyrwała z jego płuc resztki powietrza, potoczył się po masce i spadł z głuchym plaskiem na ziemię. Na ziemi było mokro i zimno, stróżka krwi spłynęła po czole. Gdzieś niedaleko otwarły się drzwi, krzyknęła kobieta.

I dalej, do kurwy nędzy, lało jak z cebra.

***

Pisk opon. Wrzask Nataliji. Głuche uderzenie.

Władimir odetchnął głęboko i przymknął oczy. Głowę oparł na kierownicy i raz jeszcze spróbował zapędzić rozbiegane myśli do odpowiedniej zagrody. Zacisnął zęby. Wszystko stało się zbyt szybko.
- O matko… – jęknęła Natalija. To ona pierwsza otwarła drzwi i wyszła z samochodu na deszcz. Władimir krzyknął, co akurat przyszło mu na myśl.
- Zostań! Może to tylko pies! – również otworzył drzwi i wykaraskał się z pasów. Natalija nic nie odpowiedziała, bo tak naprawdę nie musiała tego robić. Władimir odetchnął raz jeszcze, po czym jej śladem wyszedł z samochodu. Zobaczył jak Natalija klęczy nad trzęsącym się facetem. Jej twarz była blada, a głos drżący.
- Władimir… Potrąciliśmy człowieka.

Gabinet Michaiła Iljuszyna.

Lider partii „Nasza Rosja”, potencjalnie najpotężniejszego ugrupowania w całej Azji, uporządkował ostatnie papiery i odłożył je na pokaźny stosik. Przeznaczony był on na wszelkie sprawy, wymagające zaangażowania w nie całego sztabu ludzi, między innymi informatyków i dziennikarzy. Mówiąc najprościej, przeznaczony był na jutro. Michaił złożył ostatni podpis, zatknął swe wieczne pióro o równowartości małego samochodu i wsunął je sobie w butonierkę. Oczy i twarz przetarł dłonią.
- To chyba wszystko na dziś. – powiedział w końcu, marszcząc czarne brwi. Siedzący obok i stukający coś na laptopie Rafał Gregorczyk skinął tylko w milczeniu głową. Ubrany był w dość ekstrawagancki, granatowy garnitur, na nosie zatknięte miał swe nieodłączne, kwadratowe okulary, idealnie współgrające z kanciastą szczęką. Gregorczyk może i wyglądał na prostaka, ale był tak szczwanym lisem, że czasem zadziwiał nawet wielkiego Michaiła Iljuszyna. A to było naprawdę zdumiewającym osiągnięciem.
- Na dziś może i tak. – mruknął młody polityk, po czym zerknął na notebook’owy zegarek – Ale do „jutra” pozostało dokładnie dwadzieścia sześć minut. Jest jedenasta trzydzieści cztery.
- Oj, widać, żeś jest Polaczek. U nas „jutro” zaczyna się po pierwszej kawie. Zapamiętaj to sobie. – dokumenty wylądowały w metalowej skrzynce. Iljuszyn wcisnął w nią klucze i przekręcił równe trzy razy. Skrzynka wylądowała w szufladzie. Gregorczyk pozwolił sobie na zuchwałe parsknięcie. Albo stracił czujność albo był już tak śpiący. Albo jedno i drugie.
- U nas, w Polsce, zaczyna się dopiero po trzeciej. – prychnął, dalej wpatrując się w komputer. W szybkach jego okularów odbijała się jakaś aplikacja. Michaił spiorunował doradcę wzrokiem. Jako nacjonalista z natury nie tolerował współpracowników-obcokrajowców, czuł jednak, że wyrzucenie Rafała Gregorczyka na zbity pysk przyniosłoby więcej strat niż korzyści. Po pierwsze wiedział on za dużo, a po drugie był cholernie przydatny w wielu sprawach. Był inteligentny jak sam diabeł. Jak na Polaka był nawet zbyt inteligentny. Iljuszyn pocieszał się myślą, że za parę lat wszyscy obywatele Polski będą już obywatelami Imperium Rosyjskiego. Zuchwałe plany, ale po białoruskim lutym, wcale nie tak utopijne.
- Mam anielską cierpliwość Gregorczyk. – wycedził przyszły prezydent Rosji – Naprawdę anielską…
- Nie śmiem polem…

Rafał urwał w pół słowa, bowiem ni stąd ni zowąd, zadzwonił telefon. Szef „Naszej Rosji” i jego doradca zerknęli po sobie. Iljuszyn odchrząknął i odebrał. Gregorczyk odłożył laptopa i wbił wzrok w sufit. Słuchał.

- *Bardzo przepraszam za tak późny telefon panie przewodniczący, ale powiedziano mi, że zastanę pana jeszcze w gabinecie.* - Iljuszyn rozpoznał nosowy głos swojego rzecznika prasowego, Saszy Protojewa. Zapanowała cisza. Michaił zapatrzył się we własne odbicie w szybie.
- *Halo? Jest tam pan?*
- No mów Sasza, mów. Czekam.
- *No więc…*
- Co? Stało się coś ważnego, czy to znów tylko wybryki komunistów?
- *Prezydent Rosji, Lew Montowy, zmarł parę minut temu…*

Michaił w zdziwieniu obserwował jak jego własne odbicie otwiera usta w niedowierzaniu. Gregorczyk aż zerwał się z miejsca. Kwadratowe okulary ściągnął i rzucił na biurko. Iljuszyn przełknął ślinę.
- Możesz powtórzyć?
- *Prezydent Rosji, Lew Montowy, właśnie zmarł na raka.*

Mieszkanie Borysa Iwanowicza Błochina.

Zegar ścienny tykał miarowo. Wskazywał dwudziestą trzecią trzydzieści sześć. Borys Błochin, ubrany tylko i wyłącznie w podkoszulek i bokserki, smarował sobie właśnie skibkę chleba masłem. Przedtem pokroił wędzoną kiełbasę w pedantyczne plasterki by po chwili z czcią nałożyć je na kanapkę. Oprócz tego na kuchennym stole walała się jeszcze popielniczka, a na szafce paczka papierosów i krawat. Borys zapomniał o nim gdy rozbierał się z roboczego garnituru, toteż najpewniej spędzi on noc właśnie na kuchennym stole. Wśród okruszków chleba i plam rozlanej herbaty. A więc tam gdzie jego miejsce. To między innymi nim Borys Błochin zarabiał na chleb. Radio przygrywało smętną melodię.

„Ya - soldat,
nedonoshenyy rebenok voyny
Ya - soldat,
mama zalechi moi rany
Ya - soldat,
soldat zabytoy bogom strany
Ya - geroy
skazhite mne kakogo romana”


Oto trzy kanapki z masłem i kiełbasą były już prawie gotowe. Wystarczyło gęsto udekorować je majonezem i skonsumować. Gdzieś na podwórzu zaszczekał pies. Borys uchylił palcem żaluzję i wyjrzał. W słabym świetle latarni nie zauważył jednak nic, co mogłoby przykuć jego uwagę. Przeklęty schyłek wiosny. Nawet zwierzęta dostają świra.
- Borys! – ochrypły krzyk matki przerwał konsumpcję pierwszej z kanapek. Małym palcem Borys starł z ust resztki majonezu, po czym popchnął kęs herbatą. Smakowało szaro. Jak zawsze.
- Tak?! – trochę trwało zanim odkrzyknął. Stara matka przeraziła się pewnie tym psem. Im jest starsza tym fobie coraz bardziej odbierają jej rozum. Borys zawsze bał się, że skończy tak samo. A co jeśli już skończył? Przecież on również wyjrzał na podwórze…
- Pies szczekał! – krzyk niczym wyrok – Zobacz, kochany, co to!
- Leż spokojnie! To tylko suka ma cieczkę! – infantylność tych słów uderzyła do głowy Błochina jak haust spirytusu. Suka ma cieczkę… Borys zasępił się. Człowiek potrafi kłamać szybciej niż potrafi to sobie wyobrazić. Kłamie nawet wtedy, gdy nie wie jak skłamać. Kłamie odruchowo. Stara Błochinowa żyła w kłamstwie. Potrafiła wyczuć je na kilometr. Ale kłamała, że nie potrafi.
- To dobrze! Kładź się spać! – jakże groteskowy był ten ostatni okrzyk. Siedemdziesięcioletnia babcia mówi swojemu pięćdziesięcioletniemu synowi, że ma się kłaść spać. To jakiś obłęd.

„Ya - soldat,
nedonoshennyy rebenok voyny
Ya - soldat,
mama zalechi moi rany
Ya - soldat,
soldat zabytoy bogom strany
Ya - geroy
skazhite mne kakogo romana”


Telefon komórkowy zapiszczał swą cukierkową melodyjką, sprawiając, że kiełbasa niemal cofnęła się Borysowi do przełyku. Odruchowo ściszył radio. Przemielił, przełknął i odebrał.
- *Błochin?!* - to był Sasza Protojew, wyjątkowy sukinsyn - *Ubieraj się, szybko! Podjeżdżaj pod apartament Iljuszyna! Masz tam być za dwadzieścia minut!*
- Ale co… Przecież to nie moja zmiana.
- *Nadjedny gdzieś przepadł. Już wyleciał z roboty! Jeśli i ty nie chcesz, to bierz dupę w troki. Sprawa wagi państwowej! Żegnam.*

Ya – soldat.

Pub „Żukow”, gdzieś w Moskwie.

Wąsaty barman rozmywał się Paulowi Rytterowi coraz bardziej. Nigdy nie miał mocnej głowy alkoholu, a przypływ marazmu i brak perspektyw zmusił go do tego by wychylić już trzeci kieliszek tequili tej nocy. Przyjechał do pubu wieczorem by zasięgnąć języka w sprawie mafijnych porachunków, ale już po pierwszym łyku zdecydował się zostać na dłużej. Nie martwił się już tym, co zrobi ze służbowym samochodem, który stał na krawężniku przed barem, teraz słuchał tylko monologu barmana. Monologu wcale ciekawego.
- I wtedy też wypłaciłem mu za wszystkie te pieniądze, które przegrałem. Zalany byłem kompletnie, więc wywaliłem się na stół, a ten sukinsyn na mnie, wyobraź sobie młody…

Młody. Zawsze był i będzie Młody. Był Młody w The Independent w Londynie, jest i teraz w środku Moskwy.

- No to się… - barman ściszył głos, pomimo tego że pub był prawie pusty, nie licząc klienta rozłożonego na krzesłach, który już dawno skończył imprezę - …wkurwiłem. Byłem jeszcze wtedy młody dryblas, koksowałem trochę od Rumunów, to i łapę miałem, że nie daj się…

Paul nie był jeszcze na tyle zalany by dostrzec podobieństwo pomiędzy zwalistym, otyłym gburem, a muskularnym młodzieńcem z opowieści. Postanowił to przemilczeć. Gestem poprosił tylko o kolejny kieliszek.

- Tak mu wtedy dałem w szczękę, że młodsze dzieciaki miały potem frajdę, zbierając jego złote zęby. Musiały je wygrzebywać spod automatu do gry, tak mu przywaliłem. Śmieć wstał potem i z dopadł do mnie z kosą. Tylko sobie wyobraź młody! A ja byłem wtedy młody dryblas, to jeszcze się tak nie bałem, głupi byłem…

Paul skinął tylko głową. To mógł przyznać.

- …a on to wykorzystał. Ciachnął mnie dwa razy. Raz odskoczyłem, ale drugi cios był precyzyjny, choć gość był kompletnie pijany. Na całe szczęście pociągnął mi tylko po kciuku…

Barman dla urzeczywistnienia wizji pokazał dziennikarzowi bliznę na palcu. Paul nie mógł oprzeć się wspomnieniu, że podobną zrobił sobie niedawno, krojąc bułkę.

- No to się *naprawdę* wkurwiłem. Złożyłem się do sierpowego, aż ta ciota uniosła się w powietrze. Dzieciaki miały parę nowych zębów do kolekcji. I tak skończyła się moja przygoda z kartami. A ty młody? Masz jakąś opowieść? Strasznie tu nudno, siedzę tu codziennie od rana, rzadko zdarza się ktoś z kim można pogadać. – na koniec wąsacz westchnął ciężko i polał tequili. Rytter wzruszył ramionami. Już miał zabrać się do opowiedzenia czegoś równie bezsensownego, ale nagle zadzwonił telefon komórkowy.
- Chwileczkę. – mruknął tylko do barmana, który skinął głową i zajął się dalszym pucowaniem lady, przypominającej już świeże lodowisko. Paul odebrał natrętny telefon.
- Paul Rytter, słucham? – powiedział łamanym rosyjskim. Głos po drugiej stronie słuchawki mówił jednak po angielsku. John McWhenwick, kumpel z Londynu.
- *Paul! To ja Johny! Słyszałeś?!*
- O czym?
- *Lew Montowy właśnie kopnął w kalendarz. Pomyślałem, że lepiej, żebyś wiedział. Ty tu jesteś redaktorkiem…*

Paul zaniemówił. Była dokładnie dwudziesta trzecia trzydzieści osiem. John mówił coś jeszcze podnieconym głosem, ale Rytter już go nie słuchał. Barmana uciszył machnięciem ręki. Próbował przypomnieć sobie jedną, jedyną rzecz. Za diabła nie potrafił. Jak nazywał się ten cholerny szpital?!

Apartament o nieznanej lokalizacji.

Uderzenie ciężkiej ręki, opasanej złotym zegarkiem, z powrotem położyło ją na łóżku. Starała się zdusić w sobie okrzyk bólu, który wykwitł w skroni. Świat zawirował. Przygładzona brylantyną gęba oprawcy również. Przez moment nie widziała nic, czuła tylko swój własny, spanikowany oddech. Położył się na niej. Poczuła alkohol zmieszany z papierosami. Kiedy odzyskała wzrok, ściągał już z siebie koszulę. Gruby brzuch wylał się na szczupłe ciało. Szarpnęła się, ale to on był silniejszy.
- Nie ruszaj się mała suko! – wycedził, plując śliną – Kiedyś cię zarżnę! Zapamiętaj sobie! ZAR-ŻNĘ! – wstał i uderzył raz jeszcze na odlew. Dostała z taką siłą, że poturlała się po łóżku i spadła z niego na podłogę. Strasznie obiła sobie plecy o nocną szafkę. Opalony grubas wyprostował się i ściągnął pasek. Strzelił nim raz i chwycił kobietę za nadgarstek. Uderzył dwa razy, wypompowując z niej resztki powietrza. Nie miała nawet siły zaszlochać.
- Wstawaj! Już! – ryknął, zataczając się pijacko. Jednocześnie porwał ze stolika butelkę whiskey i pociągnął z niej jakby była to woda mineralna. Kiedy już opróżnił ją do cna, rozbił o ścianę. Kobieta skuliła się. Nadchodził już trzeci cios pasem kiedy…

…drzwi otwarły się z hukiem. Do środka wparował łysy Igor, jedyny człowiek, którego Irina nienawidziła jeszcze bardziej od Fiodora. Nazwisk nie znała. Mało kto znał prawdziwe nazwiska najpotężniejszych rosyjskich mafiosów. Nawet ona, ich niewolniczka, żywy towar.
- Czego? – ochrypły głos grubego Fiodora spowodował, że Titova omal nie zwymiotowała. Igor spojrzał jeszcze na nią swym okrutnym, stalowym wzrokiem, po czym natychmiast zwrócił się do Fiodora. Irina drgnęła. Noce z grubasem były pieszczotami w porównaniu z kaźnią, którą urządzał jej Igor.
- Mam złe wieści…
- Co? Co kurwa?! Mów co się stało! – ochrypły głos ponownie zmienił się w pijacki ryk. Potężne przedramiona Fiodora chwyciły Igora za skórzany kołnierz i niemal uniosły w powietrze. Łysy skrzywił się.
- Montowy wykorkował. – wycharczał, siląc się na zachowanie spokoju. W obliczu pijanego Fiodora mało kto sobie na niego pozwalał. Jedną z tych osób był właśnie Igor. Lecz nawet to nie uchroniło go przed prawdziwą furią…

Fiodor ryknął i trzasnął Igorem o drzwi. Ciężką pięścią uderzył w ścianę. Irina skuliła się jeszcze bardziej, wiedziała bowiem, że grubas będzie teraz szukał ujścia swego gniewu. Na szczęście Fiodor zgarnął tylko koszulę, a ze spodni wyszarpnął broń. Bez słowa wytoczył się z pomieszczenia. Igor ruszył w ślad za nim, zatrzaskując za sobą drzwi.

Irina Wadimowna Titova nauczyła się czujności. Drzwi nie zostały zamknięte na klucz. Nieoczekiwana śmierć prezydenta Montowego miała być więc dla niej pierwszym krokiem ku wolności. I ku upragnionej zemście…
 

Ostatnio edytowane przez M.M : 02-05-2008 o 11:02.
M.M jest offline  
Stary 19-03-2008, 16:27   #2
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
-Jakim cudem... Przecież to oczywiste, spodziewane, wyczekiwane!
Jak piorun po głowie Michaiła przebiegła myśl wraz z chwilowym grymasem twarzy.
-Dziękuję, na razie nic nie czyń, przekaż tą wieść Olegowi Bułchakowi . Do południa się skontaktujemy.
Sam nie wiedział czemu było go stać na tak precyzyjną i pewną odpowiedź w chwili szoku. Odłożył słuchawkę, omiótł wzrokiem swój gabinet, na chwilę zatrzymał się na asystencie. Zastanawiał się, czemu ta wiadomość zrobiła, i nadal robi, na nim takie wrażenie, przecież wiedział że prezydent może w każdej chwili zejść z tego świata. Dla niego trwała już niema kampania wyborcza, był wybrany na tą chwilę.
-Cicho...
Rzekł władczo do Gregorczyka. Powoli w jego umyśle pojawił się ład, wychodził z pierwszego szoku, zdumienia. Nie trwało to zbyt długo, jednakże dla niego było wiekami pod gradem myśli. Z marynarki wyjął pokaźną złotą papierośnicę i położył ją na biurku, dobył zapalniczki, następnie papierosa, którego odpalił, zaciągnął się dymem, schował papierośnicę powoli.
-Spokojnie, jeszcze żałoba, mam czas, nie ma co wychodzić przed szereg...
Pomyślał nerwowo paląc papierosa. Nie zdawał sobie sprawy z powodu swego palenia, to go odprężało, lepiej myślał, szybciej się uspokajał. Palił kiedy bywał zdenerwowany, jakże dziwne że jeszcze wprost nie uznał tego wniosku. Chwycił za telefon chcąc zadzwonić do swej matki. Wnet odszedł od tego zamiaru.
-Mamo, prezydent federacji nie żyje! Jakby to brzmiało, dowiedzą się i tak, ojciec zapewne już wie.
Lakonicznie skontrował zamiar zaspany, jego twarz nabrała już żywszego odcienia, z nieruchomej maski skrywającej uczucia Michaiła przerodziła się w to, czym zwykle bywała. Umarł inny człowiek; człowiek którego miał okazję poznać; człowiek będący prezydentem ukochanej Rosji, a dla niego wiadomość jest tylko czymś pozornie niespodziewanym, nie tragedią; nie wieszczem żałoby narodu. Jego odczucia były w tej chwili nie do ubrania w słowa, strzepnął trochę popiołu z papierosa do popielniczki zwracając się wreszcie do swego asystenta w złośliwym tonie:
-Będziesz mieć kolejną nieprzespaną noc.
Na twarzy Iluszyna zagościła radość, taka sadystyczna radość, którą odczuwa wielu ludzi kiedy innym dzieje się źle bądź powiedzą oni coś złośliwego, czy raczej jakby rzeknięto w kuluarach, wrednego. Jednakże taki był stosunek Michaiła do ludzi gorszych, innych narodowości i mniej zamożnych, a teraz w tych godzinach nie hamował się.
-Notuj.
Wydał polecenie paląc papierosa, już spokojniejszy i odczuwający zmęczenie.
-Na jutro mam mieć zebrany sztab wyborczy, najlepiej tylko tych ludzi z którymi do tej pory współpracowałem, spotkanie zorganizuj w którejś sali konferencyjnej.
Spojrzał przelotnie na zegarek, oczyma sennymi i trochę błędnymi, zaciągnął się dymem.
-Katarzyna znowu będzie zła, dziś już nie mogę wrócić do domu i zdążyć ze sprawami.
Ta myśl nie była dla niego najweselsza, ponowna rozmowa między małżonkami, pretensje jego ukochanej, narzekania, że tak mało się widują. Cóż było mu jednak czynić, powstrzymał ziewnięcie kontynuując:
-Jutro moja żona ma dostać z rana bukiet kwiatów z przeprosinami za to że teraz będę bywał zajęty...
Dopiero w tej chwili zwrócił uwagę na szklankę wody leząca nieopodal sterty dokumentów.
-Zbytnio oddajesz się pracy z dokumentacją.
Zgasił papieros, flegmatycznie chwycił szklankę i powoli wypił zawartość o której zapomniał pochłonięty pracą. Odłożył ją od niechcenia, spojrzał na swego podwładnego znużony.
-Zarezerwuj mi pokój w pobliskim hotelu i każ się stawić szoferowi by mnie tam zawieść.
Ostatnie słowo wypowiedział ciszej, rozsiadł się w fotelu wygodniej czekając na wykonanie rozkazu. Nie miał ani chęci, ani czasu na pogadanki. Popędził Polaka spojrzeniem które co niektórzy uznaliby groźnym.
-Trzeba się wyspać, jutro złoże kondolencje. Teraz się zacznie, załóżmy że usnę o pierwszej, wstanę o piątej, na szóstą będę gotów działania...
Westchnął lekko jakoby na zadatek tego, co go będzię czekać.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 19-03-2008 o 17:36.
Johan Watherman jest offline  
Stary 20-03-2008, 15:48   #3
 
Gadzik's Avatar
 
Pozbawiony widzów festiwal zapinania guzików koszuli na czas…

- Borys ?! – zgrzybiały półkrzyk. Urywane półsłówka bezpardonowo ściszonego spikera radiowego. W ustach brzydki posmak emanującego chemią majonezu, sztucznej kiełbasy i fabrycznie wypieczonego pieczywa zrodzonego z genetycznie modyfikowanej pszenicy. Swojskość słabo ogrzewanego mieszkania.

Pierwszy, trzeci, piąty, ten od kołnierzyka i te od mankietów…

- Borys ! - działania precyzyjne. Gesty wyuczone. W służbowej części szafy (stanowiącej trzy czwarte całej jej pojemności) sześć par śnieżnobiałych koszul, dwa garnitury (trzeci wisiał przy drzwiach jako kandydat wydelegowany do czyszczenia) i dziewięć krawatów przerzuconych przez specjalny wieszaczek zamocowany po wewnętrznej stronie drzwi. Do tego dochodzą jeszcze dwie pary czarnych, skórzanych butów – robocze i „awaryjne” – usadowione na dnie socjalistycznej garderobianki, tuż obok chińskich adidasów połyskujących nieznoszoną bielą. To właśnie ich tandeciarski kolor stał się dla Borysa główną formą atrakcyjności: elegancka czerń pracy i biały kicz życia. Wybierając podrabiane na azjatyckiej prowincji obuwie podświadomie dążył do uzyskania symbolicznego kontrastu pomiędzy życiem zawodowym a osobistym... Kontrastu niemożliwego do uzyskania – bo życie Borysa Iwanowicza Błochina to życie lekarza lub strażaka. Albo pracuje albo jest w stanie ciągłej gotowości. I tak być musi, gdyż zniewolenie robotą to w dzisiejszych czasach oznaka zaangażowania rzeczywistością.

Zgrzyt energicznie zapinanego rozporka…

- Borysku ?! – ręka osobistego kierowcy Michaiła Iljuszyna, lidera „Naszej Rosji”, zadrżała niepewnie przy wyborze krawata. W końcu, wiedziony doświadczeniem, sięgnął po ten najlepszy. Skoro sprawa wagi państwowej…
- Pilne wezwanie ! – odkrzyknął obcesowo z pominięciem szablonowego „Tak ?!” z jego strony oraz „Stało się coś ?!” ze strony Matuszki. Z pewnego rodzaju przerażeniem stwierdził, że wypracowany już przed kilkoma laty system schematów dochodzeniowo-dialogowych zaczyna przybierać coraz bardziej monstrualne rozmiary i dawać o sobie znać co najmniej kilkanaście razy na godzinę. A może to nie system puchnie tylko on karleje ?

Sznurówki posłusznie wzięły udział w procesie zniewolenia stóp.

- Po co ?! – pośpiesznie wyszedł na korytarzyk ze złożonym parasolem w ręku. Stracił niecałe pięć minut na doprowadzenie swego wizerunku do stanu odpowiedniej prezencji. Kątem oka omiótł ściszone radio i niedojedzone kanapki. Zostawił ze sobą szafę z drogimi ubraniami, zaś obok w drugim pokoju leżała matka, która miała jeszcze siły gotować obiady. Posiadał zatem o wiele więcej niż masy ubogich Rosjan… a mimo to nie mógł wykrzesać z siebie iskry typowo ludzkiej, perfidnej satysfakcji.
- Po co ?! – krzyknęła staruszka przez zachrypnięte gardło, ciągle nie umiejąc pojąć sensu pracy jej pięćdziesięcioletniego syna. Skulony w kącie kundel o wdzięcznym imieniu Potiomkin spał w manifestacji niezaangażowania w sprawy tego świata.
- Bo Protojew ma cieczkę. – mruknął pod nosem naciskając klamkę od drzwi wejściowych. Wyszedł na klatkę schodową i zamknął je na klucz. Bez słowa pożegnania… Borys nie umiał oficjalnie wykrzesać z siebie iskry typowo ludzkiego współczucia.
- Dobranoc mamo.

Dopiero na parterze kamienicy Komarowa zdał sobie sprawę, że nie wyłączył światła w kuchni… Trudno, będzie musiało poczekać do jego powrotu lub na reakcję Matuszki.
- Przeklęta suka. – znajomy pies zaszczekał w oddali, hen pośród ciemności zaułków Moskwy. Hmmm... Jaka suka ? Skąd on to właściwie wytrzasnął ?! W odpowiedzi Borys Iwanowicz narzucił sobie jeszcze szybszy krok pod wrażeniem ostatniego stwierdzenia. Z własnej wyobraźni...

Ciepły deszcz chłostał ochronę czarnego parasola. Centralny zamek Wołgi GAZ-31105 zapiszczał histerycznie, jakby w próbie starcia się z szumem rzęsistego deszczu. Przyznanie najlepszego miejsca parkingowego przez lizusowatego właściciela kamienicy było z pewnością jakiś tam powodem do zadowolenia, jednak w tej chwili ów zagadnienie ani na sekundę nie zaprzątnęło głowy zagonionego szofera…

Borys Iwanowicz Błochin, wsiadając pospiesznie za kierownicę auta, dumał jak łatwo wpaść w sidła własnych kłamstw.
 

Ostatnio edytowane przez Gadzik : 21-03-2008 o 11:25.
Gadzik jest offline  
Stary 20-03-2008, 21:06   #4
 
Nicolas's Avatar
 
-Wieczór nie zapowiadał się pięknie, ale żeby miało być aż tak...
Władimir stał przy otwartych drzwiach swego samochodu obserwując potrąconego człowieka. Nie do końca wiedział co się dzieje wokół niego, ale starał się opanować i znaleźć wyjście z sytuacji.
-Natalija, odsuń się od niego! Cholera wie co to za jeden i czy jest przytomny...
Mężczyzna zrobił kilka kroków naprzód by móc lepiej przyjrzeć się potrąconej osobie. Pilnował również by nic nie mogło się stać jego żonie.
-Co robić... co robić... Może odjechać? Ciemno, pusto... Nikt się nie zorientuje. A przecież każdy mógł potrącić.
Sekunda mijała za sekundą, podczas gdy w głowie Władimira pojawiały się i po chwili zanikały tysiące możliwych wyjść. Cały czas starał się zachować zimną krew... w końcu musiał dbać nie tylko o siebie ale również o Nataliję.
-Właśnie co z Nataszą... Przecież nie możemy stąd uciec. Jestem politykiem i jeśli ktoś się o tym dowie to moja kariera będzie skończona, a ja muszę zapewnić jej godne życie... Nie, uciec nie możemy, to co teraz...
Władimir spojrzał na zegarek, bardziej ze zdenerwowania niż potrzeby. Wiedział przecież, że od wpół do dwunastej mogło minąć zaledwie parę minut. A jednak spojrzał. W szkle zobaczył swoje przemoczone odbicie. Dopiero w tej chwili znów do niego dotarło, że z nieba leje deszcz.
-Wsiadaj do samochodu, nie chcę, żebyś niepotrzebnie mokła...
Jego słowa skierowane do Nataszy wypowiedziane były dość głośno, ale tym razem nie krzyknął. Patrzył na leżącego mężczyznę i myślał co robić.
-Policja? Karetka? Jeśli coś mu się stało to trzeba wezwać pogotowie... Rusza się? Cholera nie wiem... Trzeba zadzwonić.
Ruszył szybkim krokiem z powrotem do samochodu. Od razu usiadł za kierownicą nie zamykając drzwi.
-Światła awaryjne!
Tuż po tej myśli Władimir wcisnął mały guzik, po czym krople deszczu dookoła samochodu zaczęły przybierać co chwilę barwę pomarańczową. Rozejrzał się po wnętrzu samochodu w poszukiwaniu torebki Nataszy. Wiedział, że znajdzie tam suchą komórkę, która powinna działać, a, ze względu na padający deszcz, nie mógł być tego pewny w odniesieniu do swojej. Torebka leżała pod przednią szybą. Najszybciej jak potrafił, a przeszukanie wnętrza torebki jego żony nie było łatwym zadaniem, chociaż mogłoby być ono trudniejsze, wyciągnął wyłączoną przed spektaklem komórkę i spróbował ją włączyć.
 
Nicolas jest offline  
Stary 20-03-2008, 21:08   #5
 
Alexis's Avatar
 
Słowa Władimira wyrwały Nataszę z lekkiego osłupienia. W jej głowie krążyły sceny ze spektaklu a potem wibrował dość głośny pisk kół samochodu rozlegający się pośród mroku nocy i plusków ulewy.
Kobieta podniosła się lekko patrząc na drżące ciało. Wyprostowała się i odwróciła dość energicznie lecz niechętnie. Podeszła do samochodu w chwili, gdy jej dość długa suknia oblepiła nogi utrudniając nawet najprostsze ruchy. Natalija zatrzymała się niedaleko drzwi, które, przez nieuwagę, nie zostały zamknięte, przez co wnętrze auta wypełniło się wilgocią deszczu, który przesiąkał także okoliczne zabudowania. Kobieta stała chwilę patrząc na, mimo wszystko, dość suche wnętrze pojazdu.
-Zostanę zabita jeżeli zmoczę wnętrze tegoż „cuda”.
Natalija uśmiechnęła się lekko i parsknęła cichym, lecz szczerym, śmiechem wspominając zachwyt, który widziała w oczach męża, gdy ten po raz pierwszy usiadł za kierownicę wymarzonego BMW. Strugi deszczu smagały twarz kobiety czyniąc jej makijaż coraz bardziej nieperfekcyjnym. Natalija czuła to i, mimo że używała wodoodpornych kosmetyków, z każdą chwilą wiedziała, że brązowe cienie do powiek mieszają się z podkładem i pudrem zalegającym w każdym z jej porów.
Po chwili wsiadła do samochodu. Spojrzała na męża, który stał nad potrąconym i zapewne zastanawiał się co należało by robić. Natalija wyciągnęła ze schowka lusterko.
-Nie jest tak źle jak sądziłam- szepnęła cicho- a makijaż nie spłynął całkowicie... Jednak usta zdałoby się przymalować bardziej.
Kobieta otworzyła swoją torebkę i wygrzebała z niej ciemnoczerwoną szminkę. Przed otwarciem jej poprawiła kilka niesfornych kosmków czarnych włosów, które to przyległy do jej policzków.
-Już widzę, jak piszą na pierwszych stronach gazet o „nieszczęśliwym wypadku, w którym brał udział dość znany polityk.”
Natalija malowała usta, które z każdą chwilą przybierały szlachetniejszy kolor.
-Trzeba jakoś wyglądać na pierwszej stronie. Chociaż będzie ładne zdjęcie a pod nim majestatycznie brzmiący podpis: ,, Aresztowana za współudział w nieumyślnym spowodowaniu śmierci...” pijaka, który ledwo stał na nogach i sam zapewne rzucił się pod koła.
Natasza uśmiechnęła się, a po chwili zobaczyła wsiadającego do samochodu męża. Przyglądała mu się zastanawiając się co teraz zrobi...
-Czy ruszy z piskiem opon czy wręcz przeciwnie- poczekamy tu aż do pierwszego piania kura na przyjazd karetki i „wyspecjalizowanej” służby medycznej.
 
Alexis jest offline  
Stary 22-03-2008, 16:05   #6
 
Wojnar's Avatar
 
-Montowy nie żyje? Ale jak to? Niektórzy lekarze dawali mu jeszcze nawet pół roku życia- myśli pędziły jak szalone przez głowę Paula. Alkohol mieszał się z adrenaliną, młody reporter próbował zebrać myśli, choć nie było to łatwe- Dobra, trzeba tam dotrzeć, zrobić reportaż z pierwszej linii. Zobaczyć, co powiedzą lekarze, kto pierwszy przyjdzie odwiedzić zmarłego. Ale jak się nazywał ten szpital?!
- Jak się nazywał ten szpital?!- niechcący wyrwało mu się na głos. Barman spojrzał na niego z zainteresowaniem znad wycieranego właśnie kieliszka.
- Słucham?
Rytter zorientował się, co powiedział i uznał, że to nawet dobrze.
- Szefie, pomocy potrzebuję. Wiesz pewnie, że prezydent w szpitalu leży?- wąsacz kiwną niepewnie głową. Już otwierał usta, pewnie żeby podzielić się jakąś anegdotką na ten temat, ale Paul nie dał wejść sobie w słowo- a w którym, wiesz?
- Nie, kolego, nie wiem- barman wyraźnie zdziwił się nagłym ożywieniem swego rozmówcy, ale nie stracił przez to daru wymowy- Co mnie tam do polityki. Ja pamiętam jak mój brat, jeszcze za Sowietów, się polityką interesował. Aż pewnego dnia...
- Rozumiem, rozumiem, chętnie posłucham, ale później- Paul miał wrażenie, że słyszał już dzisiaj z pięć historii o bracie barmana- Teraz powiedz mi, szefie, jakie wy tu macie duże szpitale w Moskwie, co? Bardzo to dla mnie ważne.
- No, Szpital Moskiewski na przykład? Dość duży jest.
Twarz reportera nagle się rozjaśniła. Moskiewski, no jasne! Zapytał jeszcze barmana, jak tam dojechać i ruszył zdecydowanym acz chwiejnym krokiem do drzwi. Na ulicy, stojąc przy swoim samochodzie, uświadomił sobie, że nie jest raczej w stanie dojechać gdziekolwiek. Trzeba jakiejś pomocy. Wyciągnął komórkę i wybrał numer miejscowego fotografa, który miał mu pomagać w pracy w Moskwie. Długo nikt nie odbierał ale w końcu się udało.
-Pitia? Wybacz, że budzę, ale jest sprawa...
 
Wojnar jest offline  
Stary 23-03-2008, 23:15   #7
 
DStorm's Avatar
 
[MEDIA]http://lena18.wrzuta.pl/aud/file/caTFDKLx8d/marsz_pogrzebowy.mp3[/MEDIA]

Ciemność nieznośnie przygniatała powieki.

Grigorij, ty stary śmieciu, gdzie twój dawny refleks? Powinieneś uskoczyć na bok, zrobić coś, zareagować. Wyczucie zagrożenia... "Alipanow zawsze gotowy"... Czy wódka już doszczętnie przeżarła ci mózg?

Do jego uszu docierały jakieś dźwięki, na wpół prawdziwe, na wpół zmyślone, przykryte dudnieniem krwi. Rozmowa nieznanej kobiety z mężczyzną mieszała się z głosem tego dupka w żółtym krawacie z teleturnieju. "Tak, autorem najsłynniejszego marszu żałobnego jest Fryderyk Chopin, zdobywasz kolejne dziesięć punktów".

Marsz żałobny... Tak, to całkiem możliwe. Ale komu będzie się chciało grzebać nic niewartego szkodnika? Może tylko Anna przyszłaby złożyć na trumnie jakieś kwiaty; dzieci i starzy koledzy mają cię gdzieś. Po kilku latach płyta nagrobna byłaby już zarośnięta jakimś gównem, a imienia i nazwiska nie dałoby się odczytać. Jak na starych wojskowych cmentarzach, którymi nie ma kto się opiekować. Zapomną o tobie. Ba, większość już zapomniała. Lepiej twoje próchno od razu wrzucić do rzeki.

Nie czuł nóg. Nie czuł rąk. Niczego nie czuł, oprócz natarczywego kłucia w klatce piersiowej.

Serce ci pada staruszku. Ile ty masz właściwie lat? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Nie jesteś już młody i sprawny. Nie uniósłbyś już służbowego pistoletu. Czas oddać ostatnią przysługę światu i zejść z niego w spokoju.

Umieraj więc, nie rób zamieszania. Umieraj, durniu.



Wstawaj, Alipanow.

Masz życie do odzyskania. Poddają się tylko tchórze i słabeusze. Jesteś tchórzem albo słabeuszem? W wojsku uczyli cię uciekać z pola bitwy? W Komitecie mówili coś o poddawaniu się bez walki? Wstawaj i sięgnij po to, co ci odebrali. Po pracę, po rodzinę. Po władzę.

Wstawaj.
 
__________________
harmonia na trzy czwarte z cicha rżnie,
ferajna tańczy, wszyscy z drogi,
z szacunkiem, bo się może skończyć źle,
gdy na Gnojnej bawimy się!
DStorm jest offline  
Stary 31-03-2008, 17:39   #8
M.M
 
M.M's Avatar
 
Gabinet Michaiła Iljuszyna.


Kiedy minęła pierwsza fala szoku wywołana wiadomością o śmierci Lwa Montowego, powietrze w pomieszczeniu natychmiast wypełniło się tytoniowym dymem. Wcześniej Michaił wydał polecenia, które Gregorczyk niezwłocznie wykonał. Później zapalił papierosa, śladem swego przełożonego. Tym razem w szybkach jego foto-refleksyjnych okularów odbijało się światło biurowej lampy. Polak obserwował przez dłuższą chwilę jak szary dym układa się w zawiłe formy, przysłaniając zamyśloną twarz Iljuszyna, po czym odezwał się:
- Z całym szacunkiem… - rzekł lakonicznie, prawie parodiując ton swego szefa – Nie wydaję mi się, żeby nocleg w hotelu był dobrym posunięciem. Powiem więcej. – wychylił się znad oparcia kanapy – Uważam, że sam nocleg nie jest przemyślanym posunięciem. Niech pan sobie tylko wyobrazi, panie Iljuszyn… Dowiadując się o nagłej śmierci głowy narodu, przywódca Naszej Rosji, to jest pan, przybywa do szpitala w środku nocy, na łeb na szyję by… No właśnie, by co? Złożyć kondolencje rodzinie, to na pewno. Najlepiej byłoby, gdyby po męsku zapłakałby pan przed kamerami. Wygłosił parę patetycznych zdań, wspomniał Montowego jako dobrego człowieka, pokazał się ludziom. Wizerunek pójdzie w górę i to kurewsko szybko. O ile będzie tam pan pierwszy. Rosjanie to, z całym szacunkiem, naród aż nadto przywiązany do tradycji. Nie ma lepszego teatru niż płaczący twardy facet, kandydat na prezydenta.- Gregorczyk zaciągnął się po raz ostatni, po czym zgasił papierosa w srebrnej popielniczce. Kołnierz poluźnił, a fryzurę poprawił.
- No, ale szef tu rządzi i zrobi jak chce. Ja tu tylko sprzątam…

Parę ważnych telefonów później obydwaj panowie wyszli z gabinetu i podążyli schodami ku wyjściu. Pierwsi dziennikarze byli już oczywiście na miejscu, biegając ze swymi mikrofonami i kamerami jak kury bez głów. Pytania były takie jak zawsze. Bezbrzeżnie głupie.
- Co teraz będzie z Federacją?
- Czy według pana nastąpi teraz okres niezdrowego bezkrólewia?
- Co pan poczuł na wieść o śmierci prezydenta Montowego?
- Czy mimo licznych nieporozumień, stanie pan ponad nimi w obliczu takiej tragedii?
- Czy będzie się pan teraz ubiegał o prezydencki fotel?
- Czy Lew Montowy był dobrym prezydentem?
Żurawie zwieńczone długimi mikrofonami przeciskały się przez tłum ludzi, niemal siekąc Iljuszyna po głowie. Drogę torował barczysty ochroniarz wraz z paroma przedstawicielami partii, którzy zostali w pracy na noc.
- To jakaś paranoja. – szepnął jeden z nich, Iwan Federenko, przechodząc koło Iljuszyna i Gregorczyka. Nikt nie skomentował tych słów. Były zbyt oczywiste by je komentować. Brnęli więc dalej w dziennikarskim chaosie, ku azylowi jakim był podstawiony, rządowy samochód. Noc była deszczowa, toteż odpowiedni funkcjonariusze otoczyli odpowiednie osoby kordonem parasoli. Parę kroków dalej i owe „odpowiednie osoby” siedziały już w cieplutkiej, wygrzanej limuzynie. W środku pachniało skórą, samochód musiał być nowy. Kierowca odwrócił się do Iljuszyna. Michaił lubił go, chociaż nie znał nazwiska. Dużo słuchał, mało gadał.
- Dokąd jedziemy? – spytał. Zapadła chwila milczenia. W okularach Gregorczyka wyjątkowo nic się nie odbijało.

Gdzieś na moskiewskich ulicach.


Czerwona Wołga przecięła ulicę z prędkością błyskawicy, roztrącając na boki wodne kotary. Mimo, że jezdnia była niezwykle śliska, a lejący się z nocnego nieba deszcz wcale nie ułatwiał bezpiecznej jazdy, auto pędziło jak po sznurku. Wyglądało to tak jakby przyklejone było do drogi. Borys Błochin jechał setką. Był znakomitym kierowcą. Po przejechaniu skrzyżowania skorygował lusterko i przetarł twarz dłonią. Po całym dniu pracy był bardzo zmęczony. Patrzył chwilę na swe odbite w szybie, podkrążone oczy, po czym jakby zreflektował się, że nie włączył jeszcze radia. Wyćwiczonym ruchem przekręcił gałkę. W głośnikach zaszumiało, ale już po chwili pojawił się właściwy dźwięk.
- *…są zszokowani. Przed paroma dniami zapowiadali, że stan prezydenta ulega stopniowej poprawie. Obecnie załamują jedynie ręce i tłumaczą się nie wykrytym przerzutem. Płacę za to, żeby je wykrywać!, krzyczał w dramatyczny sposób brat prezydenta ledwie przed paroma minutami…* - Błochin zmrużył oczy i włączył kierunkowskaz. Klikał przez chwilę, po czym umilkł. Borys jeszcze mocniej przekręcił gałkę radia.
- *Śmierć prezydenta Montowego to nieodżałowana strata dla rosyjskiej demokracji, komentuje tragiczne wydarzenie minister finansów, jeden z bliższych współpracowników świętej pamięci prezydenta federacji. Minister Bołchoń nie krył łez żalu, dodając jeszcze, że nie znał drugiego tak charyzmatycznego człowieka. Wciąż czekamy na komentarze głów znaczniejszych partii. A teraz obiecywana muzyka klasyczna. Do tragedii prezydenta Monotwego wrócimy po przerwie.*

Radio buchnęło którąś z symfonii Beethovena. Borys ze skrzywieniem na twarzy wyłączył radio. Z daleka dostrzegał już rządowe garaże, do których zmierzał. Po niecałej minucie drogi parkował już w jednym z nich. Kiedy tylko wyszedł z samochodu i zamknął go na cztery spusty, dopadł go szpakowaty mężczyzna. Borys rozpoznał go od razu. Sasza Protojew. Błochin nie znał człowieka , który choć raz nie nazwałby go sukinsynem. Nic dziwnego. Wyglądał jak rasowy sukinsyn.
- Długo kazałeś na siebie czekać Błochin. – rzucił przez zęby, strzepując mokry od deszczu parasol. Borys przemilczał.
- Nie wiem, czy już wiesz, ale Lew Montowy nie żyje. Spłynęła już po tobie pierwsza fala szoku? – okulary przeciwsłoneczne, które sterczałyby na nosie eleganta nawet podczas burzy gradowej, błysnęły złowieszczo – Tak? Doskonale, słuchaj mnie teraz. Podjedziesz pod apartament Iljuszyna i weźmiesz go tam gdzie sobie zażyczy. No! – palec wskazujący uniósł w górę, aż błysnął posrebrzany sygnet – Tylko bez pytań, jesteś tylko kierowcą. Za to ci płacimy. Do czasu kiedy nie znajdziemy kogoś za Nadjednego, pracujesz w pojedynkę. Nie martw się, policzymy ci nadgodziny. Wyobrażasz sobie, że Nadjedny nie może przyjechać, bo sam ma siostrę w szpitalu? Ironia, co? Niestety dla was, albo jesteście wszędzie albo nigdzie – Sasza wyjął z ust papierosa i wdepnął go w ziemię. W jego dłoni ni stąd ni zowąd pojawiły się kluczyki.
- Bierzesz nowego. – głową wskazał którąś z limuzyn – Na co jeszcze czekasz? Na oklaski? Ruchy Błochin, ruchy!

Borys z wrodzoną obojętnością obserwował jak Protojew wychodzi, wcześniej otworzywszy parasol. Ten typ miał na twarzy celownik. Błochin westchnął cicho, po czym ruszył w kierunku którejś z lśniących limuzyn. Przypomniał sobie utwór, który towarzyszył mu przy robieniu kanapek. Ya soldat…

Nie minęło dziesięć minut kiedy Borys płynnie wjechał w ulicę, prowadzącą do apartamentu rządowego Michaiła Iljuszyna. Przed wejściem aż roiło się od dziennikarzy. Biegali jak szaleni, wymachując w deszczu kartkami papieru, parasolami i mikrofonami. Borys zamyślił się… Z osłupienia wyrwał go dopiero odgłos otwieranych drzwi. W akompaniamencie skrzypienia skórzanych foteli do środka limuzyny wtłoczył się przywódca „Naszej Rosji” i jego najbliższy współpracownik. Kierowca odwrócił się do nich i grzecznie skinął głową.
- Dokąd jedziemy? – spytał. W okularach Rafała Gregorczyka, pierwszego i ostatniego Polaka w ekipie „Naszej Rosji”, Borys zobaczył swe zmęczone spojrzenie. Nie wiedzieć czemu nasunęło mu się porównanie, że jeśli Michaił Iljuszyn jest drogim Mercedesem, on sam, Borys Błochin, jest tylko starą Wołgą…

Szpital Moskiewski.

Paula przygniatano do pleców jakiegoś mężczyzny. Starał się jak mógł przepchnąć przez nawałnicę swych kumpli po fachu, ale przeszkadzały mu w tym dwie rzeczy. Po pierwsze każdy z nich pragnął dostać się do środka równie mocno, jeśli nie mocniej, co on. Po drugie Paul był lekko wstawiony i mimo usilnych prób zachowania względnej równowagi, nie przychodziło mu to łatwo. Plecy wysokiego dziennikarza były mokre od ulewy, ale Rytter nie zwracał na to większej uwagi, nawet mimo to, że ściśle przylegał do nich twarzą. Sam przemoczony był do suchej nitki, ale czego nie robi się dla reportażu swojego życia… Pietia obiecał, że poczeka w samochodzie, ale Paul nie zdziwiłby się, gdyby odjechał w siną dal. Już z powierzchownych obserwacji wynikało, że samo dopchanie się do wnętrza szpitala potrwa co najmniej pół godziny, nie mówiąc o tym, co dziać się będzie w środku. O tym Paul wolał nawet nie myśleć. Wokół panował straszny zgiełk. Rytter i tak był już wystarczająco wdzięczny przyjacielowi, że zdecydował się go podwieźć. Paul niejednokrotnie przekonał się już, że Rosjanie nie należą do uczynnych ludzi, ale jak dotąd Pietia nie zawiódł go jeszcze ani razu. Paula dopadł nagle dziwna refleksja, że gdy całymi dnami czeka by coś ciekawego zaczęło się dziać w Moskwie robi to bezskutecznie, a gdy znajduje jedyny wieczór do poświęcenia na upicie się z barmanem, trafia się coś takiego. Cóż… Nikt, a już na pewno nie szef, nie mówił, że w Rosji będzie lekko, łatwo i przyjemnie.
- Hej! Depczesz mnie! – syknął nagle któryś z przepychających się. Paul natychmiast spojrzał na swoje ubłocone adidasy. Faktycznie stał na jakimś eleganckim przedstawicielu skórzanego trzewika. Ostrożnie cofnął stopę. Syczącym dziennikarzem okazał się być młody, łysy mężczyzna, mimo chaosu dłubiący coś w swoim pagerze. Raz jeszcze spojrzał na Paula spode łba, po czym został poniesiony do przodu razem z falą ludzi. Po chwili wrócił razem z tą samą.
- Kawał gówna, co? – odezwał się, chowając pager do kieszeni i walcząc bark w bark z jakimś masywnym operatorem kamery – Podobno nie wpuszczają bez przepustek. Zajebiście… Nie mam swojej. Jak po tym wszystkim mnie nie wpuszczą, to wchodzę przez okno… - stwierdził rezolutnie. Operator kamery wygrał rywalizację, gdyż przesunął się o jedno miejsce wprzód. Łysy dziennikarz został natomiast w tyle.
- Kurwa! - usłyszał jeszcze Paul, po czym runął razem z masa ludzi przed siebie. Ocierając się o ścianę został wypchnięty do przedsionka. Ledwo złapał oddech, a wyrzucony został jeszcze dalej. Aż do bramki, przy której stacjonowali rządowi ochroniarze. Pięciu barczystych osiłków przetrząsało właśnie jakiegoś szczurowatego reportera. Paul przełknął ślinę. Smakowała niedawnym drinkiem. Dłonią zanurkował do kieszeni w nerwowych poszukiwaniach przepustki. Gumy do żucia, jakieś papiery, puste opakowanie po aspirynie… Gumy do żucia, jakieś papiery, puste opakowanie po aspirynie… Gumy do żucia, długopis, jakieś papiery, puste opakowanie po aspirynie… Gumy do żucia, długopis, jakieś papiery, parę drobnych, opakowanie po aspirynie… Paul Rytter w kieszeniach miał dosłownie wszystko.
- Następny proszę. – zaprosił do siebie z, nie pasującą zupełnie do postury, elokwencją jeden z ochroniarzy. Wyruszono do niego jak z armaty, ale wyglądało na to, że to właśnie Paul jest pierwszy.

Istny wyścig szczurów.
 
__________________
Wiejski filozof.
M.M jest offline  
Stary 31-03-2008, 20:04   #9
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Michaił przeszył swojego asystenta wzrokiem odpowiadając jak na wiecu wyborczym, tonem wyniosłym i pewnym:
-Rosja i Rosjanie potrzebują silnego prezydenta i takim ma się on jawić.
Tak jak rozpoczął w takiej wyniosłości, która sugerowała dłuższe słowa, tak uciął wypowiedź błyskawicznie. Nabrzmiewała w tym ironia, jakby powiedzieć: „Co Ty Polaku możesz wiedzieć o Rosji” Michaił wstał z fotela, wyprostował się pewnie, spojrzał na zegarek. Podążył w stronę rządowego samochodu, przez dość długą drogę wewnątrz budynku zastanawiał się nad bardziej dalekosiężnymi planami, całe jego rozważania okraszone były nutą niepewności i zewem snu, co prawda Iljuszyn przyczajony był do zarwanych nocy, lecz ja każdy człowiek odczuwał senność.
-Złożyć kondolencje, posiedzenie sztabu wyborczego, pogrzeb.
Kiedy wyszedł na zewnątrz i ujrzał dziennikarzy uśmiechnął się w duchu zadziwiony.
-Niebywałe, nigdy tak prędko nie ujawniano żadnych informacji...
Przez tłum mikrofonów i kamer przedarł się bez trudu, głównie za sprawą swojej dobrze spisującej ochrony. Przywódca „Naszej Rosji” wsiadł do samochodu i wnet rozsiadł się w nim. Wyraz warzy miał typowy dla siebie, gdzieniegdzie tylko zdradzało się zamyślenie. Nie chciał zbytnio jechać, zaspany polityk to polityk źle odbierany. Nie żywił do niego też pozytywnych uczyć, gdyby tylko dziennikarze się nie dowiedzieli, gdyby było tak jak zwykle, po cichu i dając czas na reakcję. Jednak w tym momencie ciszy wpadł na szatański wprost pomysł.
-Przejąć jego najbliższych współpracowników i jawić się jako jego dobry przyjaciel przejmując tę część jego elektoratu, która do tej pory nie była przychylna. Tak...
Przyszły prezydent federacji, Michaił Iljuszyn, który w duszy chciał by go właśnie tak tytułować zwięźle wydał dyspozycje:
-Szpital Moskiewski.
Nie trzeba było więcej słów. Nie przejmując się zbytnio tym czy już jedzie, powiedział do swego asystenta z tłumionym, gasnącym gniewem za jego przednie słowa. A że politycy potrafią skrywać prawdziwe emocje, słowa zabrzmiały sucho bez cienia uczucia.
-Organizacja sztabu oraz kwiaty w dalszym ciągu są do zrobienia. Ponadto po mojej wizycie w szpitalu chcę w nim mieć konferencję prasową.
Na koniec dodał tylko w myślach:
-Muszę uspokoić ród ziemi rosyjskiej.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Johan Watherman jest offline  
Stary 01-04-2008, 13:32   #10
 
Gadzik's Avatar
 
Perfekcyjnie odmierzone skinięcie głowy. Tradycyjna sekundowa demonstracja stoickiego zginania karku, pozbawiona służalczego entuzjazmu i samobójczej buty… Działanie przesiąknięte doświadczeniem człowieka służącego w kuluarach władzy.

Czarna limuzyna gładko ruszyła z miejsca aby spełnić rzeczowy nakaz Michaiła Iljuszyna. Tym samym spełniła również pierwszy warunek bycia rządowym autem – niezawodność podczas ruszania z miejsca. Dobry samochód musi startować równie perfekcyjnie jak ciało sprintera na Olimpiadzie: lekko, z wyczuciem momentu i zgodnie z powziętym planem. Jednak to właśnie trafienie w złoty środek koordynacji kierowca-auto sprawia największe trudności… Rusza za wcześnie – falstart, został z miejsca odrzucony. Rusza za późno – traci szansę na obranie czołowej pozycji. A osiągnąwszy jeden szczyt perfekcji nagle dostrzega kolejny, wyższy i bardziej stromy. Z wyczuciem rozpoczyna proces zmieniania biegów i naciskania pedałów podeszwami eleganckich butów… A jego oczy penetrują z uwagą świat rozciągnięty przed maską politycznego luksusu.

Czterdzieści kilometrów na godzinę, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt, sto dziesięć... Jednostajna, płynna praca silnika...

Opływowy kształt połyskujący w świetle ulicznych latarni pędził wśród ciemności nocy, wymijając władczo zarówno pojedyncze Wołgi jak i jednostkowe maszyny sprowadzane z Kraju Kwitnącej Wiśni. Gdzieniegdzie dało się również wypatrzyć całkiem bliźniacze cienie mafijnego luksusu oraz chińskie samochodziki o wytrzymałości ich zabawkowych odpowiedników. Mimo to trasa była całkowicie przejezdna - w świadomości wielu Moskwiczan noc jest dobrym czasem tylko dla bandziorów i narkomanów... Jakby na potwierdzenie tych słów, polityczny kogut przeprysnął przez puste skrzyżowanie z przeciągłym niebiesko-czerwonym jazgotem. Być może niejeden obywatel (jeden z tych uważających się za szczególnie porządnych) w odpowiedzi na znajomy dźwięk uchylił w swojej bezsennej enklawie wykrochmalone zazdrostki, te oddzielające go od miejskiej rzeczywistości (z przyzwyczajenia, nie ciekawości). Chociaż od wielu lat starano się ująć w uprzywilejowane ramy prawne osoby mogące korzystać z sygnalizacji specjalnej, wszelkie tego typu dotychczasowe próby spalały na panewce. Po wymuszający poszanowanie hałas sięgają wszyscy politycy rządowi, deputowani do Dumy, wyżsi urzędnicy mogący sobie pozwolić na kierowcę i eleganckie auto, biznesmeni, gwiazdy mediów oraz gangsterzy. Nikt z nich nie może czekać na czerwonym świetle i tłuc się w porannych korkach… Każdy z nich spieszy się po zaszczyty, władzę i (co najczęściej się zdarza) własną klęskę.

Spieszy się także Michał Iljuszyn w towarzystwie Rafała Gregorczyka...

Siłą rzeczy wysokie tempo utrzymuje również Borys Iwanowicz Błochin, wioząc na tylnym siedzeniu spieszącego się szefa największej partii w kraju... a być może również przyszłego prezydenta.

Mężczyzna mocno zacisnął zęby, aby nie ziewnąć...
 
Gadzik jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:33.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172