Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-05-2008, 20:28   #1
 
Rewan's Avatar
 
[Autorska] Popioły Feniksa

Prolog

Czerwone, wysokie mury. Niezniszczalne. Stanowiące symbol potęgi ludzkiej, potęgi bizantyjczyków. Nie do sforsowania, każdy czuje się za nimi bezpiecznie. Lecz nie… Nie teraz. Teraz ogniste języki liżą je, jakby cała ich potęga gdzieś uleciała, pozwalając palić żywcem swoich obrońców. Ich krzyk przeobraża się w wycie nie do wytrzymania. Tylko ptak o purpurowo-złotym upierzeniu wzlatuje nad mury. Złota brama ulega głucho trzaskając. Na drodze armii Bułgarów pozostała już jedynie druga linia murów, której nie ma kto utrzymać. Jak tysiące mrówek wychodzi z mrowiska, tak Bułgarzy wlewają się tysiącami przez bramę. Biegną szaleńczym pędem. W końcu pokonują i drugą linie murów. Cały Konstantynopol staje w płomieniach.

---

Strategos w otoczeniu trzech postaci. Nie, te trzy postacie nie mogą być z cesarstwa. To nie te ubrania, nie ta dostojność. Ale… Bułgarzy, tak to na pewno Bułgarzy. Co Strategos robi z Bułgarami? Rozmawia. Nie! Spiskuje. Kto? Kto śmie spiskować przeciwko cesarzowi?! Nie widać. Nie widać jego twarzy ukrytej w hełmie. Plugawy… Nawet nie stara się ukryć swojej tożsamości wyruszając spiskować. Haniebny skurwysyn!

I znowu on. Trzyma cesarza za szyje, a w drugiej dzierży sztylet. Grozi mu… Grozi, że zabije, jeżeli po dobroci nie abdykuje. Grozi mu w jego własnym pałacu. Plugawy… Ale co mu pozostało. Robi co mu każe, a potem zostaje zesłany do klasztoru. I umiera. Bułgarzy nie najeżdżają Konstantynopola…


*

-Aaa!

Michał I Rangabe obudził się cały zalany potem. Krzyk wypisany był na jego ustach, a jego dłonie kurczowo ściskały prześcieradło. Oddychał ciężko, a oczy miał szeroko otwarte, mimo tego, iż chwile temu spał jak zabity. Był przerażony. Nie… To nie było przerażenie sześcio latka budzącego się z koszmarami o potworach spod łóżka. To, co wdział podczas snu, snem, ni koszmarem nazwać nie mógł. To było takie realistyczne, wręcz namacalne. Chociaż oplecione było mgłą. Co ujrzał? Czy to były te „WIZJE’?! Niemożliwe…

-Wpuść mnie! Muszę się widzieć z basileusem Rangabe!

-Basileus teraz wypoczywa. Przyjdź później.

Suchy, wyzbyty emocji głos strażnika szybko zbywał gości. Lecz nie tego. Ten był natrętny, przyprawiający nieraz o mdłości, ale nade wszystko potrzebny… I choć Michał I nie raz miał ochotę wtrącić go do lochów, to zawszę przypominało mu się w ostatniej chwili, że to ten nieokrzesany pędrak ratuje mu tak często życie. Powstał z łoża, narzucił na swoje ciało jedwabisty, przyjemny w dotyku materiał i leniwym krokiem przeszedł przez pokój, by następnie otworzyć drzwi.

-Niech wejdzie.

Ruszył następnie przed siebie i zasiadł na swoim ulubionym krześle. Rozsiadł się w wygodnej pozycji, aż w końcu spojrzał na swego doradcę, który bezceremonialnie usiadł przy nim. Już za takie coś powinienem ukarać go chłostą. – Przemknęło mu przez myśl, ale widok zdenerwowanego podwładnego nakazał mu szybko uciszyć swe myśli.

-Co takiego ważnego sprawiło, że przerwałeś MÓJ wypoczynek? Mów.

-D-doznałem kolejnej wizji… - zająkał się bynajmniej z powodu zdenerwowania cesarza, a raczej z powodu owej wizji. – A raczej dwóch. – oczy basileusa rozszerzyły się z niemej ekscytacji. – Widziałem Konstantynopol…

-… w płomieniach – dokończył basileus.

- I zdrajcę… - kontynuował doradca jakby nie dosłyszał.

-…z Bułgarami.

-Skąd?

-Widziałem to samo. Podczas snu. Ale czemu, jak?!

Doradcę zastanawiało teraz wiele faktów. Nigdy bowiem nie doznał więcej niż jednej wizji na raz, a teraz nawet dosięgły one cesarza! I te dziwne uczucie prześladujące go od tamtego czasu. Po dłuższej chwili odezwał się:

-Nie wiem...

*

Sześć osób zasiadało przy kamiennym, prostokątnym stole. Wysoka na dziesięciu chłopa i szeroka na pięciu jaskinia chowała w sobie siedem postaci. Siódmy nie zasiadał przy stole, a stał po prawicy tego, który siedział na końcu stołu, a którego zwał mistrzem. Gdzieś w oddali kapały krople wody, kształtując nowe stalaktyty i stalagmity, by wreszcie utworzyć w odległej o kilka tysięcy lat przyszłości stalagnaty. Gdzieś w oddali dało się też słyszeć dźwięki tak charakterystyczne dla nietoperzy. Żaden z siódemki nie zwracał na te, czy inne odgłosy uwagi, po za słowami swych kompanów. Żaden, powiadam.

Andronik stał u boku swego mistrza, nie odzywając się ni słowem, nie wydając z siebie westchnień, śmiechu, czy też nawet nie zgrzytał zębami. Zachował stoicki spokój i słuchał, jak posłuszny uczeń swego mistrza. Każde zdanie, słowo miało mu pomóc w zyskaniu tej niezbędnej wiedzy, by zasiąść u boku szóstki. A czy ktoś niepożądany usłyszy? Nie. Są wystarczająco głęboko pod ziemią, by ktokolwiek mógł usłyszeć choćby szmer. Taka wielka i rozległa swymi korytarzami jaskinia pod Konstantynopolem nie została jeszcze odkryta. Bóg chroni ją przed niepożądanymi i niewiernymi. W pomieszczeniu panowała dyskusja. Usta pięciu zamykały się jedynie na chwilę, by zrobić sobie małą przerwę, po czym wrócić do dyskusji. Ale nie mistrz. On wsłuchiwał się w słowa, by wreszcie gestem ręki uciszyć wszystkich.



-Wszyscy zgadzamy się co do jednego. Wizjoner musi zejść z tego świata… - jego głos był nader spokojny, nie wyzbyty emocji, a raczej wyzbyty wszelkiej ekscytacji, czy podniecenia - Jednak ani on, ani jego wizje nie spowolnią bożego planu. Z bożą pomocą rozpoczynamy fazę pierwszą.

*

Andronik wszedł do średniej wielkości pokoju. Ściany tego pokoju były zupełnie gołe, bez żadnych heretyckich zdobień. Takie jak powinny być. – myślał za każdym razem Andronik gdy tylko wchodził do tego pokoju. W pomieszczeniu panował półmrok i tylko z okna padała blada strużka światła, która oświetlała pojedyncze drobinki kurzu unoszące się w powietrzu. Na samym środku odziany w białe szaty, podobne do odzienia mnicha, a czyste niczym łza, stał mężczyzna. Na oko miał czterdzieści parę lat, a dokładny jego wiek mało kto znał. Trzymał w ręku płótno, na którym wymalowany został Jezus Chrystus, trzymał w ręku czystą herezje, potępianą przez samego cesarza.

-Wzywałeś mnie, mistrzu?

-Tyle ludzi widzi w tych obrazach świętość, gdy w istocie są one herezją, zabawką samego Satanaela.

Nastała cisza. Andronik nie pytany bał się ją przerwać. Więc nic nie mówił, nawet się nie ruszył, a jedynie z największym skupieniem, na jakie mógł się wysilić, słuchał.

-Muzułmanie, poganie, heretycy… Nikt z nich nie zasłużył na los jaki ich spotka, a jednak Bóg się nad nimi lituje i pozwoli im doznać zaszczytu prawdziwej ekstazy.

Kolejna cisza, lecz dłuższa. Mistrz się nie odzywał. W końcu Andronik nie mógł już wstrzymywać się z tym pytaniem.

-Panie… Jak chcesz tego dokonać? Jak chcesz uśmiercić kogoś, kto widzi przyszłość?

Mistrz przysunął palec do płótna, a z końca jego palca wystrzelił płomyk ognia. Płótno momentalnie zajęło się ogniem. Jeszcze przez chwilę trzymał palące się płótno, po czym gdy większa część zajęła się już ogniem, rzucił na ziemię, cały czas wpatrując się w nie.

-Pomyśl… Jak sprawić by ktoś, kto widzi każdą możliwą przyszłość, umarł?

Mistrz nigdy nie mówił dosłownie. Za każdym razem kazał mu się domyślać, aż wreszcie dojdzie do tego. Czasami go to frustrowało, nawet bardzo, ale nie mógł i nie umiał sprzeciwić się mistrzowi. W końcu odezwał się:

-Sprawić, by nie miał innej możliwej przyszłości…

*

Promienie zachodzącego odbijają się w połyskujących wodach Bosforu, cieśniny, która oddziela Europę od Azji. Morze murów z różowej cegły, z wystającymi ponad nimi kopułami ogromnych świątyń na tle zachodzącego słońca, to właśnie widok, na jaki spoglądał starzec o krzaczastej, siwej brodzie, równie siwych włosach i zmęczonym spojrzeniu. Kołysał się w małej łódce, na której był wraz z swym wiernym psem i ptakiem o purpurowo-złotym upierzeniu siedzącym na dziobie łódki. Fale leniwie kołysały łódką, a starzec… Starzec wciąż wpatrywał się w mury Konstantynopola.

-Cisza przed burzą… - wymamrotał.

Nagłe szczeknięcie psa wyrwało go z zamyślenia. Obrócił się w stronę dwóch zwierząt. Pogłaskał pieszczotliwie ptaka po główce.

-Leć. Znajdź spokojne miejsce i spędź te ostatnie dni w spokoju. Tylko z dala od tego miejsca. A ja się wszystkim zajmę…

Ptak posłusznie rozłożył skrzydła i odleciał. Starzec długo wpatrywał się w ptaka, aż zniknął w nadchodzących ciemnościach. Spojrzał na psa.

-Czas na nas. Musimy wypocząć. Tak. Czekają nas ciężkie dni…

***

Kim jestem? A może raczej, kim byłem? Nadchodzi taki czas, gdy ciekawość ludzka w końcu nie będzie taka… Ciekawa. Nadejdzie taki dzień, w którym wszyscy nauczą się słuchać i skończą popełniać błędy. Być może ten dzień nadejdzie już wkrótce. A może nie…W każdym bądź razie, nie mam zamiaru zaspokajać waszej ciekawości, a zrobić to, co muszę. Opowiedzieć.

Narodziny, życie i w końcu, śmierć… Tak wygląda naturalna kolej rzeczy. Od początków pierwszych cywilizacji, aż po dziś dzień. Pewnie chcielibyście usłyszeć, że tak będzie wyglądać przez następne miliony lat, ale wtedy bym skłamał, tylko po to, by utrzymać w was nadzieję. A to nie jest moim celem. Mój cel, cel tej opowieści, jest zupełnie inny. Jeżeli go pojmiecie, wtedy zrozumiecie. Zabójstwa, katastrofy, wypadki... Tak ludzie rozumieją nienaturalną kolej rzeczy. Nic bardziej błędnego. Ludzie, a przynajmniej duża większość, bo pojąłem to ja i śmiem twierdzić, że nie tylko, nie znając prawdziwego zagrożenia, omylnie mówią, że to zabójstwo ich żony, czy wypadek ich córy, to nienaturalna śmierć. A jednak życie, czy to zwierząt, czy to roślin, czy nasze własne, zawsze takie było. Pełne zagrożeń ze strony innych. A czy nie my, nie rośliny i zwierzęta, są naturalnymi częściami tego świata? Nie ich umysły i ciała? Otóż to… Tak więc spytacie, jak tak naprawdę wygląda ta „nienaturalna śmierć”. Nie chcę na to odpowiadać, nie teraz… Bowiem wtedy nie zrozumiecie innej ważnej kwestii. Przerazicie się i zbyt pochopnie osądzicie bohaterów opowieści. A TO nie jest moim celem. Bo doświadczenie wreszcie nas uczy, że dobro i zło to pojęcia zbyt rozległe i względne, by dobrze sprecyzować nimi kogokolwiek. A ta opowieść, będzie inna, niż opowieści, których nasłuchaliście się za młodu. Tam zło przerażało, by wreszcie zostało pokonane przez dobro. Tu rzecz nie jest tak prosta. Tu rozpocznie się walka pomiędzy przekonaniami, wiarą, pragnieniem władzy i chęcią zysku. Taka walka, jaka toczyła się przez całe istnienie Cesarstwa rzymskiego.

Ikonoklazm… Rozpoczęty przez Leona III Izauryjczyka w 726r., jest początkiem końca jednej wspólnoty kościoła. Niektórzy to dostrzegają, inni dostrzegą. To tylko kwestia czasu. Człowiek jest zbyt dumny, by łaskawie patrzyć na powiększające się różnice. A różnice, niczym poszerzająca się rzeka, coraz to bardziej zaznacza dwa różne brzegi. Ikonoklazm jest początkiem końca jedności kościoła katolickiego, ale czym był początek ikonoklazmu? Pewnie myślicie, że ów cesarz Leon, jednak to wszystko sięga głębiej… Za podwójną linią murów Konstantynopola powstają organizacje, o których mało kto zna prawdę. Za murami stolicy Bizancjum, istnieje życie tak różne, że aż zadziwiające. Przez setki lat do Konstantynopola napływała ludność z najdalszych zakątków świata, by w końcu rdzenna ludność wymieszała się bezpowrotnie. Usiądźcie, odprężcie się. Czeka was jedna z tych długich opowieści.

Część I



Rozdział I
Bądź blisko przyjaciół, ale jeszcze bliżej wrogów.


Ciemny korytarz ciągnął się w nieskończoność i tylko tańczące światło pochodni oświetlało nagie, skalne ściany. Przesiąknięte wilgocią powietrze sprawiało wrażenie, jakbyś znalazł się w zupełnie innym świecie. Tam na górze powietrze było suche, chociaż tak blisko było morze. Dziecko jakby znalazło się w tym podziemnym świecie byłoby przerażone i zagubione, natomiast on, dwudziesto kilku letni Andronik czuł się tu cudownie. Wszystkie stalaktyty, które przerażały dzieci, jego fascynowały i zapierały mu dech w piersiach. Wilgotne powietrze i niosący się echem stukot butów sprawiał, iż przy takiej właśnie scenerii czuł obecność boga. Pustka otaczająca wnętrze jaskini była wprost błogosławiona. Mistrz szedł kilka kroków przed nim, nie przerywając zaistniałej ciszy. Ucznia jednak męczyła myśl i nie mógł wytrzymać.

-Mistrzu…

-Naucz się cierpliwości. – przerwał mu. – pośpiech to podstępy szatana. Jeżeli będziesz niecierpliwy nigdy nie zajmiesz miejsca.

A więc zamilkł i szedł krok w krok za mistrzem. Jego myśli zaczęły błądzić, a umysł szukać. 10 minut marszu i znaleźli się w budynku z gołymi ścianami. Mistrz przystanął na środku pokoju, wciąż plecami do Andronika.

-Teraz czas na pytania…

-Mistrzu, czemu? Czemu wysyłamy zabójcę do cesarza?!

Odpowiedziała mu cisza, dziwnie pusta cisza. Więc dodał:

-To my sprawiliśmy, że teraz zasiada na tronie. To właśnie nim tak łatwo się manipuluje i to dzięki niemu panujemy teraz nad całym cesarstwem. Więc dlaczego likwidujemy tak pomocnego człowieka, który jest przeciwnikiem ikonoklastów?!

-Po pierwsze… - tym razem tajemniczy głos odezwał się momentalnie po skończonych słowa ucznia. – Basileus jest naszym hetmanem. Figura w szachach tak pomocna, a jednak nie najważniejsza i czasami trzeba go poświęcić, by wygrać grę. Po drugie natomiast, wcale nie mamy zamiaru się go pozbyć, a już na pewno nie teraz. Zdecydowanie zrobilibyśmy to za wcześnie, a tego nie chcemy. Wysłany zabójca wpadnie w pułapkę, bo pamiętajmy, że cesarz ma swojego wizjonera. Skrytobójca powinien im zbiec, bo ten, którego wybrałem zna kilka sztuczek. Po co cała ta mistyfikacja? To będzie pierwszy krok na drodze uświadomienia spiskującego Leona Armeńczyka w tym, że cesarz ma wizjonera i że musi go zlikwidować, by przejąć władze.

-Leon Armeńczyk? Czy to nie ten Strategos, który zwalczał Arabów?

-Tak, ten sam.

-Skąd wiesz, że spiskuje przeciwko Michałowi?

-Leon nie raz pokazał już nam, iż jego ambicje sięgają wyżej. Czeka tylko na okazję, a zmniejszające się poparcie dla basileusa wśród armii tylko mu w tym pomaga. Dużo stracimy, tracąc Michała, ale to już nie będzie miało w tamtym czasie znaczenia. Będziemy zbyt daleko, by nowa władza mogła nam przeszkodzić. Po za tym, obawiam się, że niedługo może dojść do konfliktu z Bułgarami. Mogą nam przeszkodzić, ale też pomóc. Wszystko zależy jedynie od Boga. A jego pomoc będzie zbawienna.

-Bułgarzy zaatakują, Leon sięgnie po władze… - powiedział pod nosem, bardziej do siebie, niż do swego Mistrza. Nie spodziewał się tylko, że to pierwsze stanie się tak szybko. – Ale dlaczego nie powiemy Leonowi o wizjonerze bez żadnych gierek?

-Pamiętaj, mój drogi uczniu, że pokazanie jak wiele wiemy wiąże się z podejrzliwością. Cierpliwość uczniu, cierpliwość. Ona jest kluczem do wielu spraw…

Nastała cisza, w której Andronik zagłębił się w przemyśleniach. Tyle części zaczęło pasować do układanki, jednak jeszcze tak wiele luk pozostało. Po raz kolejny poraziła go zdolność Mistrza do widzenia rzeczy, których większość nie umie zauważać. Chociaż był na spotkaniach rady, nigdy nie poznał całego planu. I coś mu mówiło, że tylko mistrz go zna. Tylko on z całej szóstki.

-Za dwa dni spotkasz się ze skrytobójcą. W następny dzień zjawisz się na spotkaniu rady. Do tego czasu możesz liczyć jedynie na siebie.

*

Odinn Hrafnsson szedł długimi korytarzami pałacu cesarskiego. Mijał bogato zdobione ściany, z obrazami dawnych władców cesarstwa bizantyjskiego. Gdzieś tam był nawet Justynian Wielki w ramie obrazu, tak sławny w tych stronach. Dywan o barwie czerwieni przeszywany złotem dumnie prezentował ów pałac. W korytarzu unosił się zapach pieczeni, że aż „ślinka pociekła”. Pokonał korytarz, za nim następny w lewo i ujrzał korytarz zbliżony w wyglądzie do poprzedniego, jednak obrazy zastąpiły mozaiki.



Idąc, cały czas wspominał, co działo się trzy dni temu. Gdy doszedł dalej, dostrzegł w połowie korytarza strażnika pilnującego zdobionych drzwi. Przeszedł odcinek, a gdy strażnik tylko go zauważył, skinął mu jedynie głową i otwarł szeroko drzwi. Jego oczom ukazał się przestronny pokój, równie bogato dekorowany, co reszta pałacu cesarskiego. Na środki pomieszczenia spokojnie stał stół, na którego końcu zasiadał basileus Rangabe, upychający się do granic możliwości różnorodnymi specjałami.



-Ahh, to ty. Dobrze, dobrze… Usiądź i zjedz coś.

Odinn zasiadł nieopodal cesarza, gdy ten wciąż zajadał się bez opamiętania jedzeniem, przerywając tylko na krótkie wypowiedzi. Na samym stole znajdowało się jedzenie tak różne i w takich dużych ilościach, że pochłonięcie tego 10 osób sprawiłoby nie lada kłopot. Tu jakaś pieczeń, tam winogrona. Specjały, o jakich tylko dusza zapragnie, ze wszystkich stron świata. Takie życie kusiło. Nawet bardzo…

-No więc… - zaczął przerywając posiłek i ocierając usta jedwabną chustką. – Za dwa dni, w nocy przybędzie na pałac skrytobójca. Tej nocy jednak, ty i twoi ludzie zajmiecie się nim. Pojawi się, gdy księżyc będzie już wysoko na niebie, a gdy tylko przyjdzie do moich komnat, gdy będzie chciał zanurzyć ostrze w śpiącym mnie, wy go pojmiecie. Tym razem chce mieć go jednak żywego, zrozumiano? – dodał z przekąsem.

Po raz kolejny cesarz zaczął mówić o zamachach na siebie. Dokładnie czwarty raz. Po raz pierwszy, gdy powiedział, że ktoś go otruję, pojawiały się wątpliwości, co do odwagi cesarza. Zaczęto mówić o tym, że popada w paranoje i, że wszędzie widzi spiski. Ale gdy wykonano rozkaz pojmania truciciela, okazało się, że ten rzeczywiście ma truciznę, a zaraz potem sam popełnił samobójstwo, póki jeszcze mógł (cesarz wszak znany był ze swego okrucieństwa dla zdrajców). Następne dwie próby wyglądały podobnie, a za każdym razem cesarz wiedział o spisku na jego życie. Skąd? Wiele osób się nad tym głowiło, jednak nikt nie zrozumiał. Teraz jednak sytuacja wyglądała nieco inaczej. Basileus Rangabe wie o ataku bezpośrednim, a nie tak jak dotychczas o truciu. I tym razem nie mogą zrobić błędu. Muszą pojmać go żywego. Zbyt dobrze wiedział jak cesarz łatwo wpada w gniew, gdy ktoś popełnia błędy. Nim jednak cokolwiek zdążył cokolwiek odpowiedzieć, przez przestronne drzwi do sali wbiegł zdyszany posłaniec.

-Panie!...

-Jak śmiesz wpadać tu tak nagle!!! – krzyknął oburzony Michał, zrywając się z miejsca.

-Panie, Bułgarzy zaatakowali. Splądrowali wszystkie wioski na swej drodze i zmierzają do Mesembrii.

Zazwyczaj opanowany Michał Rangabe, teraz był widocznie wstrząśnięty nowymi wieściami. I powinien. Chociaż stosunki z Bułgarami wciąż były napięte, to wszystko zmierzało ku dobremu. A może to tylko pozory? Cesarz podszedł do dowódcy gwardii.

-Opracuj niezawodny plan i wciel go w życie. Tylko tym razem tego nie spieprz. – Michał nie mówił nikomu, że mu ufa. Uważał to za słabość. Odinn to wiedział.

*

Rashid szedł po ulicy Mese, najważniejszej ulicy Konstantynopola. Jej rozmiary imponowały, przechodziła wzdłuż całego miasta, a szeroka była na 25 metrów. To jednak nie przeszkadzało, by tysiące ludzi tłoczyło się na niej w poszukiwaniu dobrych towarów do kupna. To tu kwitł handel, to tu szukało się powszechnych towarów, które są „legalne”. Ulica Mese była naprawdę zadziwiającą ulicą. Przy wschodnim jej końcu nie było śladu ubóstwa, a handlowali tam najbogatsi, natomiast im dalej posuwano się na zachodni jej kraniec, tym bardziej ubóstwo dawało o sobie znać. Na zachodzie żebrano, na wschodzie takich wypędzano. Rashid natomiast nie przejmując się zbytnio tym zjawiskiem, szedł po częściach miarę bogatych częściach ulicy. Nie były to może najlepsze miejsca, jednak to mu w zupełności wystarczało. Z rzadka zdarzało mu się ujrzeć jakiegoś biedaka. Cały czas męczyła go myśl o tym, co wydarzyło się trzy dni temu. Przez tłum ludzi przedzierał się szybko, aż w końcu dotarł do straganu poszukiwał. Tu szybko zrobił potrzebne towary w postaci zwykłego jedzenia i ruszył w drogę powrotną. Nagle spostrzegł na boku ulicy kobietę, która wręcz przyciągała jego wzrok do siebie. Stała tam, a dokładnie przy jednym ze straganów owocami, młoda dziewczyna w wieku mniej więcej 20 lat. Odziana w brudne odzienie, które już dawno wyszło z użycia. Zasłaniało jej intymne miejsca, jednak duża część ciała była nadal odsłonięta. Teraz było gorąco, ale w nocy... W nocy nawet tutaj robiło się zimno. Włosy brązowe do ramion i atrakcyjne kobiece kształty.



Wyglądała, jakby chciała coś ukraść, ale stała z boku, tak, że nikt nie zwracał na nią uwagi. Handlarz był odwrócony do niej plecami i nawet jej nie widział, straż była gdzieś dalej, a ludzie… Ludzie czuli się zbyt dumnie, by spoglądać na podrzędnego biedaka. I nagle zrobiła ruch. Złapała za kilka jabłek i ruszyła pędem w którąś z bocznych ulic. Niestety. Zrobiła to tak nieudolnie, jak chyba nikt inny. Reszta owoców posypała się po ziemi, turlając się na wszystkie strony. Handlarz z łatwością przyuważył ten incydent i począł wołać: „Straż! Straż! Złodziej! Łapaj tego złodzieja!”. Dwóch strażników momentalnie znalazło się przy nim i z wielkimi obuchami zdolnymi do rozwalnia z łatwością ludzkiej czaszki, pobiegli za kobietą. Rashid wpatrywał się w to zajście. Kobieta znikła w ciemnych uliczkach, strażnicy popędzili za nią. Światło leniwie padało na kamienną posadzkę ulicy.

*

Dwóch dobrych przyjaciół wylegiwało się w zbiorniku z ciepłą wodą. Ta część łaźni na ich własne życzenie była teraz pusta, z wyjątkiem ich dwóch. Gorąca woda relaksowała, a oni obaj rozsiedli się nadzy w wygodnej pozycji, rękami opierając się o obramowanie basenu. Marcjan Kappalini i jego serdeczny przyjaciel, Marek Tuliusz, odpoczywali już od dobrego kawału czasu. Taki odpoczynek potrafił kompletnie człowieka rozleniwić. W powietrzu unosiło się wilgotne do granic możliwości powietrze. Było takie gorące... Nie chciało się kompletnie nic, tylko leżeć i wypoczywać. W końcu Marek Tuliusz, będący nie tylko przyjacielem, ale i kapitanem, wreszcie się nie znacznie poruszył dając oznaki życia i powiedział:

-Nie rozumiem jak mogłeś się tak zmienić. Pamiętam jak mówiłeś, że takie życie nie jest dla ciebie. Poszukiwałeś przygód i adrenaliny, a teraz… Dzień, może dwa, ale całe lata tak żyć? To w zupełności nie dla mnie…

Przygody… Gdy stary kompan tylko o nich wspomniał, w pamięci przywołał do siebie obrazy ostatnich wydarzeń. Tak… To było trzy dni temu i po nich ma już powyżej uszu „przygody”. Tyle się ostatnio wydarzyło.

-Morze… - tymczasem kompan mozolnie ciągnął dalej – To jest to. Jeżeli miałbym wybrać miejsce śmierci, zdecydowanie wybrałbym właśnie morze. Konstantynopol to jedynie parszywa dziura, do której można zawitać, ale mieszkać… Polityka Konstantynopola mnie przerasta. Zbyt dużo tu intryg. Morze jest spokojne. Zazwyczaj…

Marek Tuliusz popadł najwyraźniej najwyraźniej monolog, w jaki czasami zdarza mu się popaść.

Od MG:

Przepraszam za opóźnienie. Post miał być niby wczoraj, ale nie spodziewałem się takiego obrotu spraw.
Po raz kolejny pragnę podziękować kabaszowi za stworzenie i udostępnienie systemu
Zanim napiszecie posta, sprawdźcie komentarze. Znajdą się tam informacje odnośnie gry i sposobu pisania.
Napiszę również, o co chodzi z „tajemniczym zdarzeniem sprzed trzech dni”.

To chyba na tyle. Mam nadzieję, że sesję dokończymy i spędzimy miłe godziny w nią grając.
 

Ostatnio edytowane przez Rewan : 21-05-2008 o 14:57.
Rewan jest offline  
Stary 18-05-2008, 21:12   #2
 
Darnock's Avatar
 
Trzy dni...
Czasem zdarza się, że całe lata mijają tak szybko, jakby to było zaledwie parę dni. Czasem, choć bardzo rzadko zdarza się, że jest na odwrót. Zwykle są to najgorsze chwile w życiu, coś, co pamięta się do końca.
Jego własny koszmar, który trwał trzy dni właśnie się skończył. A przynajmniej miał taką nadzieję, gdyby wierzył w jakiegoś boga to pewnie teraz był by na klęczkach i dziękował mu za ocalenie.

W zasadzie,pamiętał wszystko jak przez mgłę. Ale był pewien, że zaczęło się to nie trzy, a pięć dni temu. Od zupełnie niewinnej wiadomości, jaką otrzymał w sposób "tradycyjny". W zasadzie wyglądało to tak jak zwykle, ten sam szyfr, to samo pismo i ta sama trójjęzyczność tekstu.
Mimo to powinien przewidzieć, że coś jest nie tak, miał się spotkać za dwa dni, o północy, na szczycie najwyższej wieży Konstantynopola z zleceniodawcą. Nigdy, to mu się nie zdarzyło. Prawdę mówiąc, nigdy nawet nie widział twarzy ludzi, którzy go szkolili.
Jednak zdecydował się tam pójść. Gdyby wiedział, co ma się zdarzyć pewnie wolałby umrzeć niż tam się udać. Kolejny błąd jak popełnił to bezgraniczne zaufanie, tym, którzy nadali tą wiadomość. Ani nie sprawdził terenu, ani nie przyszedł tam wcześniej.

Przyszedł i zgodnie z umową stanął na jej szczycie i czekał. Przynajmniej tyle pamięta. Potem był już tylko ból, gdy malutka strzałeczka wbiła mu się w plecy. I lot dłuuugi lot głową w dół, wprost na brukowaną ulicę Konstantynopola. Lot, który przerwała ogromna, wola życia. No może nie ogromna, ale pragnąca to przerwać.

Na, tyle że po licznych szynkach, krążyła jeszcze kilka dni, opowieść, o dzikim górskim sokole, jedynym ptaku który zdołałby uniknąć rozpłaszczenia się o ziemie, latającym nad Konstantynopolem.

Lecz nie wszystko poszło jak trzeba, mimo wszystko trucizna była zbyt silna, co prawda nie zabiła zwierzęcia. Ale Rashid stracił kontrolę nad ciałem i przeważył zwierzęcy instynkt. Ocknięcie nie było przyjemne...

Najpierw ból głowy, następnie oczu uderzonych potężną ilością światła, a następnie gorąco. Tak właśnie osłabiony toksyną i zagubiony obudził się lecąc nad morzem. Wiedział że nie może zmienić się w człowieka, bo niechybnie zginąłby, od trucizny, lub by się po prostu utopił. Sam też nie znał zbytnio faun morskiej. Nie pozostalo mu nic innego jak zmienić się w jedną z ryb, które widział na targu. Kolejne dni podróży nie należały do przyjemnych, jako jedno z mniej przyjemnych zwierząt, zdany jedynie na instynkt i w obcym środowisku szukał drogi do "wiecznego miasta".

Aż w końcu dotarł po trzech dniach wędrówki do swojego celu. Było południe, a jemu chciało się jeść, jak jeszcze nigdy. Właśnie zakupił pożywienie i chciał je spożyć, gdzieś w pobliżu, gdy ją zobaczył.

Może to jej urok, może też jakieś dawno zapomniane ludzkie odruchy, ale postanowił jej pomóc. Nie było to łatwe, Konstantynopol słynął z swoich zwodniczych uliczek, niebezpiecznych dla każdego "obcego". Będącego łatwym łupem dla "tamtejszych".

Śledzenie tych żołdaków nie było trudne, robili tyle hałasu, co stado wieprzy. A przy zręczności Rashida nawet skradając się dotrzymywał im kroku. Postanowił rozwiązać tą sprawę bezkrwawo. Zabicie strażników mogłoby się skończyć karą śmierci. Natomiast, raczej wstyd im będzie się przyznać, że załatwiła ich dziewczyn. Nie wyglądali na gotowych do tego. Wziął po drodze jakiś obluzowany kamień leżący na drodze, i zakradł się za tą dwójkę. W momencie, gdy ten wyższy przechwalał się, "co on z nią nie zrobi, gdy już ją dorwą". Cios był prosty i gładki, prosto w potylice, niczego niespodziewającego się draba. Kolejny poszedł w twarz, jego kompana, gdy ten odwrócił się odruchowo, by sprawdzić, co się dzieje.
Raczej to powinno ich pokonać, ale jeśli nie, to w Rashidzie przeważa instynkt i wbija w gardło przeciwnika sztylet średniej długości.
Czysto, szybko i sprawnie. To powinna być moja dewiza.-myśli jeszcze

Raczej nie odzywa się do dziewczyny, ponieważ prawdopodobnie, zdąży już uciec, lub będzie zbyt przerażona by coś powiedzieć...
 
__________________
"Co zbawienie nam, czy piekło!
Byle życie nie uciekło!"

Ostatnio edytowane przez Darnock : 19-05-2008 o 21:41. Powód: "W pobliżu konstantynopola nie ma pustyni" No co, nigdy tam nie byłem :P
Darnock jest offline  
Stary 18-05-2008, 23:06   #3
Banned
 
Odinn Hrafnsson

Postawny mężczyzna o długich, kręconych włosach sięgających mu do karku i gładko opadających na ramiona szedł spokojnie wzdłuż ulicy. Szarozielony płaszcz czasem falował za nim, a podczas jednego nagłego powiewu wiatru można było zobaczyć wiszącą u jego pasa pochwę z mieczem. To właśnie zawsze na ten widok zwracano uwagę. Człowiek mógł być ubrany jak bogacz, albo jak biedak, jednak to broń zawsze decydowała o statusie. Jak mówią, po rodzaju broni można poznać wojownika, a w ogniu walki można poznać jego serce. Przy kolejnych podmuchach wiatru czasem płaszcz odsłaniał coś więcej, jak na przykład metalowe, plecione kółeczka kolczugi, a wtedy to już nawet opryszkowie mijani po drodze sobie odpuszczali. Ale śledzili go nieustannie.
W tym mieście śledziono każdego. I każdy był śledzony. Każdy śledził swojego sąsiada, swoją żonę i dzieci, śledził piekarz, balwierz, astronom śledził wieczorami gwiazdy na niebie, a najwięcej to śledził bankier i żebrak, bankier, w obawie o pieniądze, a żebrak każdą mijaną osobę, a nuż ktoś da na jałmużnę. Miasto szpiegów, ale ani jednego śledczego.
Mężczyzna w końcu odnalazł to, czego szukał. „Perła Babilonu”. Karczma z zamtuzem oferowała wszelkie wygody, dla czekających u jej stóp śmiałkom. Z pozoru mały, skromny budyneczek w jednej z gorszych dzielnic miasta. Tu każda dzielnica była gorsza na swój sposób. Wielki drab na przedzie, o ciemnych i wielkich łapskach gotowych w każdej chwili sięgnąć po cep wiszący mu u pasa, uśmiechnął się szeroko widząc nadchodzącego blondyna. Przepuścił go bez ociągania się, życząc mu na odchodnym, jak każdemu klientowi, samych przyjemności. Odinn przyszedł tylko się napić, jak zwykle, gdyż wyjątkowo rzadko korzystał z usług tutejszych panienek.
Z zewnątrz mała drewniana buda z kominem, ale mieściła ona, oprócz grubego faceta z drucikami na nosie siedzącego za ladą i śledzącego jakieś literki, zejście do piwnicy. To właśnie w tej piwnicy mieściło się wszystko, jak na porządną karczmę z zamtuzem przystało. Sień była dość wysoka, skąpana w półmroku i swobodnym dymie, ozdobiona motywami wschodniego orientu. Wielki kamienny kominek na jednej ze ścian dostarczał wystarczająco dużo ciepła, aby mógł ogrzać się przy nim każdy z gości, i jednocześnie tak mało światła, by można było zachować pewną swobodę. Ludzi było jak zwykle, całkiem sporo, jednak wielka sień niwelowała uczucie ciasnoty. Największe poruszenie było przy scenie, na której tańczyły skąpo ubrane kobiety, także nietutejsze.
Przychodził tutaj każdego wieczora, kiedy nie miał służby. Lubił tutaj pić. Oprócz przedniego wina, jakie tutaj mieli, upijał się atmosferą tego miejsca, gorącymi kobietami, z których każda miała swoją świtę złożoną z napalonych młodzieńców. Taak, to miejsce miało duszę. Mało takich miejsc w całym Konstantynopolu. Lubił tutaj siedzieć też ze względu na jedną rzecz. Nikt tutaj nie rozmawiał, przynajmniej na głos, o polityce. Trudno się dziwić, ze względu na charakter miejsca, ale to też miało swój urok.
Z metalowych koszyczków umieszczonych na górnej części belek podtrzymujących strop ulatniał się błogi, narkotyczny opar, kolejna cecha tego miejsca, w którym świat wydawał się taki piękny… i dlatego większość ludzi tutaj przychodziła, chcąc jeszcze raz posmakować ducha tego miejsca.
Usiadł tam, gdzie zwykle. Przy małym stoliku w kącie, z czterema krzesłami dookoła. W najgłębszym kącie piwnicy, z dala od światła kominka i kaganków, z dala od młodzików, i ich, jak sami sądzą, zdobyczy.
- To co zwykle? – Mały, ciemnowłosy karzeł, bez wątpienia charakterystyczny element tej karczmy, zjawił się jak zwykle przy Skandynawie. Jak zwykle, czyli niepostrzeżenie. Kiedy ktoś coś od niego chciał, nigdy go nie było, ale kiedy on coś chciał, zawsze się zjawiał. Nord jedynie skinął twierdząco głową. Dopiero po chwili zdjął swój płaszcz, i powiesił go obok na haku na ścianie. Miecz odpiął i oparł o nogę stolika, a topór... ach, ten piękny topór, który mimo swego wyglądu wiele już przeszedł, wyglądał jakby wprost wyrywał się do walki zza skórzanego pasa ogromnego mężczyzny. Odinn kochał walczyć bronią swoich przodków, jednak w tym zdradzieckim mieście czasem miecz wydawał się rozsądniejszym wyborem. Ale tylko czasem. Nie zdążył nawet usiąść z powrotem, gdy nagle pojawiła się przed nim ciemnozielona, szklana butelka, oraz kamionkowy kufelek. Tymon chciał też zapalić kaganek na stoliku, ale Odinn powstrzymał go gestem ręki. Nie lubił zbytniej krzątaniny obok siebie. Jak na zawołanie karzeł zniknął, a on mógł spokojnie pogrążyć się w alkoholowej przyjemności. Teraz dopiero zaczął się rozglądać po pomieszczeniu, szukając czegoś, co nie pasowało do reszty. Nie, ciemne typki siedzące po kątach jak on zawsze tutaj byli i gapili się na niego, ot norma. Ochrona lokalu, albo szpiedzy. Ani jednych, ani drugich się nie obawiał, za to inni obawiali się jego, z racji słusznej postury, ale nie tylko. Wszyscy wiedzieli, kim on jest, i po prostu nie warto było zaczepiać.
Wtem, w sieni zapadła cisza. Odinn mimowolnie skierował wzrok w stronę sceny. Wszyscy czekali w skupieniu, dopóki spośród czerwonych fałd jedwabnego materiału wyłoniła się orientalna piękność. Była nią hinduska, z typową dla swojego kraju urodą. Z początku nieśmiała, potem zataczała coraz śmielsze kroki na scenie, a widownia uważnie śledziła każdy jej ruch. Ruchy te zaczęły się łączyć w określone układy, a zgrabne wykonanie tańcu zyskało sobie uwielbienie publiczności. Niewielu wiedziało, że był to jej debiut na scenie, ilekroć jakaś tancerka występowała, wydawało się, że była tam od zawsze. Jednak ona wnosiła z każdym ruchem coś nowego. Nawet nord, który mało przywiązywał uwagi do takich rzeczy, zrobił sobie małą przerwę i rozsiadł się wygodniej, obserwując wyczyny nastoletniej dziewczyny. Bo dopiero, gdy oszołomienie minęło, można było zacząć chłodniej postrzegać jej kształty. Nikt z publiczności jednak się tym faktem nie przejął, i zostali pochłonięci tym urzekającym widowiskiem. Gdy mała skończyła swój występ, zniknęła za czerwienią zasłon, a oklaski długo jeszcze szumiały w jej uszach.
Czas mijał leniwie, pora było się zbierać. Odinn dopił resztkę wina, po czym udał się na schody z zamiarem wyjścia na zewnątrz. Z przyzwyczajenia spojrzał się za ramię, raz, w stronę sceny, drugi raz w stronę kilku ludzi, którzy wstali zaraz po nim. No cóż, ten powrót do pałacu może się wydać trochę trudniejszy. Wychodząc, rzucił grubemu facetowi w okularkach dźwięczący mieszek, a gdy wychodził, klepnął w ramię ochroniarza.
Była noc. Zimne powietrze orzeźwiło Odinna. Zapach palonych konopi powoli mijał, tym samym powoli pogarszając samopoczucie Norda. Minął zakręt, szedł długą i ciasną ulicą, która była pusta. Nikt normalny o tej porze nie mógł liczyć na żaden ruch. Nie był jednak sam, po czym przekonał go odgłos kroków za jego plecami. Wiedział, że był śledziony. Na każdym kroku spodziewał się szpiegów. Odruchowo złapał za rękojeść miecza, przyspieszając kroku. Mógł się spodziewać wszystkiego. Ale nie jednej rzeczy. Chcąc skręcić w zaułek, aby wyminąć szpiegów, trafił na ścianę. Mówiąc krótko, był w ślepym zaułku. Nie odwrócił się jednak, by wybiec z niego.
Stał spokojnie, a za jego plecami rozległ się cichy chichot, bardziej przypominający warczenie. Wyszarpnął gwałtownie miecz z pochwy, robiąc szeroki wymach do tyłu. Broń napotkała opór, więc równie szybko obrócił się, i rąbnął jeszcze raz na odlew przeciwnika przez łeb. Było ich trzech, teraz w sumie już dwóch. Wszyscy zakapturzeni, wszyscy uzbrojeni w miecze o lekko odchylonej klindze. Widok padającego towarzysza trochę zmylił napastników, jednak szybko się ocknęli, napierając z rykiem na Skandynawa. Ten uśmiechnął się tylko, ręką poprawiając niesforne włosy padające mu na twarz. Sparował cios pierwszego, po czym silnie kopnął drugiego, który chciał go zajść z prawej strony. Zamachowcy jednak nowicjuszami nie byli, i na szermierce się znali. Jednak nie tak, jak Odinn. Dalsze starcie rozegrało się szybko, bez zbędnego brzęku stali. Uchylił się przez szablą przeciwnika, po czym wbił swój miecz w udo przeciwnika, by następnie szybkim ruchem walnąć go głownią w szczękę. Drugi w tym czasie zdążył się ponieść, jednak Odinn w dzikim skoku dopadł do niego, i przedramieniem przyparł do muru.
- Gadaj kim jesteś! – wydyszał.
- Nie chcesz wiedzieć… – usłyszał w odpowiedzi. Nie lubił się droczyć. Nie w takich momentach. Wolną ręką z mieczem uderzył go rękojeścią prosto w łeb, po czym poprawił z kolana w brzuch.
Schował broń, i wyszedł na ulicę. Ku jego zaskoczeniu krańca ulicy pojawił się tuzin kolejnych zamachowców. Z naprzeciwległego końca usłyszał dźwięki sugerujące drugie tyle napastników. Niewiele się namyślając, skierował się w stronę najbliższego piętrowego budynku, z kopa wyważając drzwi. Wpadł do środka, pomiędzy jakieś skrzynie. Widocznie był to magazyn. Wszedł schodami na piętro. Zrobił kilka kroków, otworzył kolejne pomieszczenie, natykając się na swój cel. Szybko wszedł po drabinie, pięścią uderzając w dechę. Słaby zamek puścił od razu, a Odinn oswobodził się z pułapki. Tak mu się przynajmniej wydawało. Schował się z powrotem, gdy usłyszał koło głowy świst bełtów, i przygotował się do powitania napastników z mieczem w dłoni. Nie czekał długo, prawdę mówiąc, w ogóle. Pierwszy, który był na tyle głupi by wlecieć do pomieszczenie został przywitany pięknym lewym sierpowym, który wyrzucił niechcianego gościa z pokoju. Drugi był nie mniej ostrożny, a miecz Skandynawa gładko wsunął się pomiędzy żebra delikwenta. Trzeci natomiast już pokazał klasę. A w sumie kuszę, jednak strzelcem był marnym. Odinn zamachnął się swoim toporkiem, który swoją mocą wbił się w klatkę wroga i rzucił o przeciwne drzwi, wpadając do pomieszczenia. Sądząc, że nikt inny się nie zjawi, wrócił po swój topór, wsadził go za pas i zszedł na dół, czujnie się rozglądając. Szubrawcy zablokowali drzwi, i starali się podpalić magazyn, by spalić żywcem dowódcę pałacowej gwardii. Wrócił na górę, i tak jak się spodziewał, przywitał go grad bełtów. Nie miał jednak czasu zajmować się takimi bzdurami, i biegnąc po dachach chat i magazynów, uciekał zamachowcom. Tamci zdając sobie sprawę z bezcelowości swoich zamiarów, okrzyknięci przez kamratów rzucili pochodnie i rzucili się w pogoń za Nordem.
Odinn zdziwił się jednak. Zdziwił się bardzo, gdy skacząc na drewniany dach spadł na dół, do budynku. Zdziwił się po raz kolejny, gdy na przywitaniu dostał belką w łeb. Nie zdziwił się jednak, gdy dostał drugi, i trzeci raz, oraz gdy usłyszał w przerwach pomiędzy okładaniem stłumione krzyki zamachowców, które dochodziły z dołu. Próbował się podnieść, ale gruba kobieta skutecznie mu to uniemożliwiała. Po kilku chwilach przestała go bić po głowie, sądząc, że nie żyje. I to dało Odinnowi potrzebną chwilę, aby wstać i ją odepchnąć. Do pokoju wpadło zaraz potem całe mrowie wrogów, jednak nie spodziewali się, że szarżujący wiking zepchnie ich z powrotem na schody i będą przypominać efektem i wykonaniem toczącą się kulę śniegu, zbierając ze sobą coraz to kolejnych ludzi. Po lądowaniu natychmiast się zerwał, jednak niespodziewanie dostał bełtem w prawą rękę oraz w plecy. Upadł na stół, obracając go w pył, a kilku zamachowców podeszło do niego z mieczami, chcąc go zadźgać. Widząc jednak bełty, myśleli, że zginął. By o tym się przekonać sięgnęli w kierunku jego twarzy, chcąc zobaczyć jej wyraz. W pobliżu płonął kominek...
Wiking jedną ręką pociągnął przeciwnika do siebie, a pozostali tymczasem zaczęli dźgać swojego kamrata, który stał się tarczą. Spróbował się wydostać, rzucając się przed siebie razem z trupem. Z ogromnym bólem wstał, i zobaczył szereg kusz wycelowanych w jego pierś.
Szczątki przygasały jeszcze do południa, nim udało się wszystko ugasić. Dzięki wikingowi spłonęła znaczna część zabudowań w biedniejszej dzielnicy, łącznie z kilkoma magazynami. Kupcy raczej nie byli zadowoleni.. Nikt jednak o tym nie wiedział, sądząc, że to wina zamachowców. Tak więc Odinn ranny i wyczerpany cudem uratował się z ognistego Armagedonu. Sam nie wiedział, jak to się stało, ale wiedział, że to przez niego. Cóż, tylko kilka razy mu się to zdarzyło, też w obliczu śmierci. Nigdy jednak nie dokonał takich zniszczeń. Konstantynopol to przeżyje, jest duży.

***

- Oczywiście, cesarzu. – przytaknął.
Nigdy niczego nie spieprzyłem. Pomyślał, a ból w okolicach nerek tylko to potwierdzał.

Plan będzie prosty. Podwojone straże, plus zaufany ochroniarz, który będąc niewidoczny w kącie będzie miał oko na cesarza. Nawet cesarz o nim nie wiedział.
 

Ostatnio edytowane przez Revan : 18-05-2008 o 23:15.
Revan jest offline  
Stary 18-05-2008, 23:20   #4
 
Wojnar's Avatar
 
Ech, drogi Marek, teraz mógłby do nocy prawić o morzu. Marcjan pokręcił głową nad gadulstwem przyjaciela, po czym opuścił wzrok na swój, zanurzony w wodzie, brzuch. Na próbę wciągnął go, spróbował napiąć mięśnie. Ano, miększy jestem niż za dawnych lat. Brzuch się zaokrąglił, mięśnie zmiękły. Ale nie jest chyba tak źle. Podniósł lewe ramię, przypominające małego wieloryba i chlanpnął wodą przed siebie.
- Oj, Tuliuszu, gdybyś wiedział co potrafi dziać się w Konstantynopolu, nie gadałbyś o adrenalinie- mruknął pod nosem.
- Co?- Marek o dziwo wyrwał się ze swojego monologu- mówiłeś coś do mnie?
- Nie, nie, tak do siebie gadam. Ale powiem Ci, że za jakiś czas chętnie zabiorę się na jeden z rejsów Argo. Odpocznę, zobaczę jak mój syn radzi sobie w terenie, a miasto może beze mnie nie upadnie.
- Oj tak, chłopak nadaje się na Twojego następcę! - widać było, że żeglarz mówi ze szczerą sympatią- trzeba było go widzieć jak targował się z tym Turkiem w Palestynie! A jak płynęliśmy na Krym...
Marcjan sięgnął poza krawędź basenu, po stojący tam puchar wina. Gdy unosił go do ust, przypomniał sobie podobną scenę sprzed trzech dni...

***

Kupiec uniósł trzymany w ręku puchar z winem i zajrzał w ciemno czerwoną toń. Miał już trochę dość tej uczty, a człowiek, którego chciał tu spotkać, nadal się nie pojawił.
-I co powiesz, Kappalini? - trącił go łokciem stojący obok kupiec- To chyba dobra transakcja?
-Niewątpliwie, drogi Juliuszu- transakcja była daleka od bycia “dobrą”, ale towarzystwo tego człowieka tymczasowo chroniło Marcjana od podchodów wpływowych matron, wśród których rozeszła się plotka, że bogaty, szybko zyskujący kupiec zaczął rozglądać się za żoną. Na litość boską, kto tą pogłoskę rozpuścił!? Poprawił wolną ręką bogatą szatę, w którą był ubrany, rozejrzał się po sali i uśmiechnął się.
-Juliuszu, mam złą wiadomość dla twojego transportu bursztynu- klepnął towarzysza w ramię i wskazał mężczyznę, który właśnie wszedł na salę. Był wysoki, miał arystokratyczne rysy, wyraźnie pokazujące, że jego ród wywodzi się prosto z Rzymu. Towarzyszyło mu dwóch rosłych blondynów- przybyszów z mroźnej północy.

***

-Prawda, stary pryku?- Marcjan wrócił do pełnej gorącej wody rzeczywistości, gdy Marek zauważył, że myślami jest daleko. Kapitan mógł być gadułą, ale wymagał minimum uwagi od słuchaczy- No, co tak zaprząta twoje myśli? Coś nie tak na mieście?
-W pewnym sensie. W każdym razie, miałem ciężkie przeżycia ostatnio. Długa historia...
Gdy razem z Antoniuszem, jednym z ważniejszych zaopatrzeniowców armii, oraz dwoma Waregami weszli do ustronnego pokoju, sprawy obrały zły obrót. Negocjacje szły kiepsko, dość powiedzieć, że po kwadransie roślejszy z barbarzyńców trzymał Kappaliniego za gardło i próbował unieść jego masywną postać. W tym momencie Marcjan poczuł nagły przypływ pewności siebie. Spojrzał wojownikowi w oczy, wrzasnął i... po chwili obaj dzielni przybysze spełniali rozkazy kupca, jakby był wcieleniem któregoś z ich dzikich bogów. Szlachetny Antoniusz też patrzył na niego inaczej. Nie do końca wiedział, jak to się stało, ale wykorzystał sytuację do końca. Dogadali się co do dostaw żywności dla kontyngentu najemników, który stacjonował niedaleko miasta, a potem jeden z Waregów opuścił bal razem z kupcem.
-Naprawdę nie wiem, co mnie opętało, Marku. Czułem, że mogę zrobić wszystko, a ten wiking też zachowywał się tak, jakby nie miał co do tego wątpliwości. Poszedłem z nim do kwatery jego ludzi, trochę popiliśmy. Musieli być zadziwieni, że jakiś mieszkaniec Konstantynopola jest w stanie im dorównać. Ale w końcu na ułomka nie trafiło. A ja cały czas gadałem, opowiadałem im o różnych niegodziwych kupcach mieszkających w okolicy i..
-Stop! Nie kończ tej historii, pozwól mi zgadnąć. Wróciłem do miasta wczoraj, ale słyszałem już to i owo. Na przykład to, że grupa pijanych barbarzyńców rozniosła tamtej nocy sklep jednego z Twoich głównych konkurentów.
Marcjan wybuchł głośnym śmiechem.
-No przecież nie podejrzewasz mnie chyba o takie świństwo?
-To nie podejrzenia, to pewność- Marek śmiał się razem z nim, po czym obaj łyknęli solidnie ze swoich pucharów- cofam to, co mówiłem, wcale nie zmieniłeś się tak bardzo! Za dawne dobre czasy!
Wznieśli puchary do toastu i stuknęli się nimi z całej siły.
 
Wojnar jest offline  
Stary 20-05-2008, 18:13   #5
 
Rewan's Avatar
 
Dwóch strażników wbiegło w małą uliczkę łączącą się bezpośrednio z ulicą Mese, w ślad za młodą kobietą. Ta natomiast pędziła z wyrazem przerażenia na twarzy przed siebie, by uciec od nich. Rośli strażnicy, odziani w ciężki ekwipunek nadzwyczaj szybko podążali za kobietą, jakby nie mieli na sobie ciężkiego ekwipunku. Kobieta biegła ile sił w nogach i choć jej motywacja była większa, ciało było słabsze, a strażnicy zmniejszali coraz to bardziej swój dystans do niej. W panice zakręciła w kolejną uliczkę, a zaraz potem w kolejną i kolejną, ale strażnicy nie dawali się tak łatwo zgubić. Znali teren…

-Stać!

Słyszała za plecami wykrzyczane rozkazy, ale ona nie miała zamiaru tego zrobić. Przeskoczyła nad jakimś wiklinowym koszem, który wyrósł jak spod ziemi przed nią. Kilka kroków dalej usłyszała, że strażnicy nie podzielili jej szczęścia i trafili na kosz przewracając go z hałasem.

-Gamoto! Zabiję sukę, wychędożę i zabiję!

Kolejne okrzyki złości odbiły się echem po wąskiej uliczce. Kobieta biegła dalej, próbując uniknąć niechybnego końca. Musiała się bać, musiała wiedzieć, co ją czeka. Musiała wiedzieć, że gdy strażnicy ją dorwą, będą ją chędożyć, jeden po drugim, a potem dopiero wtrącą ją do lochów. Musiała przeklinać siebie, że wybrała tak bezludne uliczki. W tłumie mogła uciec, łatwiej zgubić pościg, a tak oni ją doganiali. Ona musiała przeklinać swą głupotę, wiedząc, że już wszystko stracone.

-Stóóóój! Stój kurwo! – ryknął nagle na cały głos jeden z nich.

Ale ona uciekała, wierząc, że to coś jej da. A oni byli coraz bliżej… Nagle poczuła opór pod pędzącymi nogami i tylko zdążyła wyciągnąć przed siebie ręce, by nie upaść prosto na twarz. Ręce zderzyły się skrzyżowane z ziemią w spektakularnym widowisku. Kroki nadal dudniły, ale strażnicy już nie biegli. Teraz tylko wolnym krokiem, jakby napawali się każdą chwilą, podchodzili do niej. Ich głębokie oddechy słychać było daleko stąd. Nic dziwnego, z takim obciążeniem… Pierwszy ze strażników zaczął:

-No dziwko… Grzecznie prosiliśmy, żebyś stała, ale tyś nas nie posłuchała. Koniec z tym.

W odpowiedzi, odezwał się drugi, z głupim wyrazem twarzy:

-Ha ha. Mamy cię su… - urwał.

Lepiej zbudowany strażnik upadł bezwładnie na ziemię. Na jego miejscu pojawił się rudy mężczyzna, o orlim nosie i zielonych, kocich oczach. W ręku trzymał zakrwawiony kamień mieszczący się w garści.

Rashid wyeliminował z rozgrywki pierwszego przeciwnika, ale z drugim nie poszło już mu tak łatwo. Drugi strażnik usłyszał kroki napastnika wcześniej niż jego kompan i to dało mu niezbędny czas. Gdy Rashid zaatakował pierwszego, drugi już wpatrywał się w niego ze zaskoczeniem. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Jednak Rashid miał kamień, a strażnik dzierżył miecz w dłoni. To przemawiało na niekorzyść skrytobójcy. Ten jednak wykorzystał zaskoczenie i umiejętność błyskawicznego działania nabytą przez lata praktyki. Ręka, z kamieniem w ręku, poleciała w kierunku twarzy strażnika, lecz tej nie napotkała… Strażnik w ostatniej wręcz chwili zdążył zbić cios ręką. Rashid zmarnował okazję i wiedział, że zaraz nadejdzie atak. Kopnięcie w splot słoneczny pozbawiło skrytobójcę tchu w piersiach, a łokieć uderzający w plecy położył go na ziemie. Skrytobójca leżał przygwożdżony przez strażnika twarzą w piasku. Chciał odwrócić twarz od piasku, by zaczerpnąć oddechu, jednak gdy tylko to zrobił, poczuł zimno stali na swej szyi.

-Koproskilo… Gadajże mi tu zaraz, kim żeś?

Rashid milczał. Milczał bo musiał.

-Nie? A to nawet lepiej.

Poczuł jak miecz wgłębia się powoli w szyję, gdy nagle… Cios dziewczyny zwalił z nóg drugiego ze strażników. Ten jednak był nadal przytomny. Kobieta zrobiła kilka kroków i zdzieliła oponenta nogą w twarz. Ten padł w końcu nieprzytomny.

Rashid wstał, a kobieta, którą chwilę temu jeszcze ratował, teraz sama go uratowała, odwróciła się do niego szczerząc do niego zęby.

-Każdy z was jest taki sam. Dosłownie każdy. Tylko o jednym myślicie. Ehhh… I jak wy w tym życiu tyle osiągnęliście?

-ON czeka na ciebie na skałach nad morzem, za murami Konstantynopola. Masz się śpieszyć…

Kobieta odeszła, a Rashid w końcu zrozumiał. Ona była posłanką i przyniosła wiadomość o kolejnym spotkaniu. O kolejnej misji. Był tam nie raz i dobrze znał to miejsce.

***

Cesarz zniknął w końcu za drzwiami. Pomieszczenie opustoszało. Tylko mężczyzna o skandynawskiej urodzie wciąż zasiadał na swym miejscu, jedząc dania samego cesarza. W końcu jego jedzenie jest najwyższej jakości i jak można czymś takim gardzić?! Pogrążony w przemyśleniach, nękany wspomnieniami i bólem, siedział w ciszy. Kilka chwil temu rana na plecach ponownie mu się otworzyła, a z niej na powrót sączyła się ciepła krew. Wreszcie zakończył posiłek, wstał i wyszedł z pomieszczenia. Zmęczony ruszył tymi samymi korytarzami, które jeszcze przed chwilą mijał. Tym razem jednak obrazy zawieszone na ścianach ukazywały mu się od końca, a wszystkie tak dobrze mu znane i… Nudne. Monotonność tego miejsca potrafiła czasami działać na nerwy, z początku piękne, potem sprawia wrażenie kolejnego pałacu. W tej części pałacu tak już jest. W innych jest już lepiej, jednak wszystkie podobizny boga i wszystkiego, co święte zostały zniszczone, a piękno Konstantynopola według niektórych tylko na tym utraciło. Odinn co prawda nie widział tych obrazów, przyjeżdżając tu w czasie trwania ikonoklazmu, ale opowieści wciąż o nich chodzą. I chociaż niektórzy uważają, że nie powinno się ich niszczyć, to nikt nie wygłasza tego zdania, bo nikt nie chce być osądzony o herezje.

Z naprzeciwka nagle pojawił się dobrze mu znany chłopak. Nie pamiętał jego imienia, ale był to chłopak młody, pełny marzeń i ambicji. Robił u cesarza jako posłaniec. Chociaż młodzieniec niewątpliwie szedł szybkim krokiem, to Odinn zrobił większy dystans nim się obaj spotkali. 20 letni mężczyzna skinął mu głową, mówiąc:

-Strategosie. Cesarz polecił przekazać, że nim miną trzy godziny masz zjawić się w jego kwaterze. Do tego czasu będzie zajęty.

Skinął mu jedynie głową i już popędził w przeciwną stronę. W końcu zniknął w kolejnym korytarzu, a Odinn był ponownie sam. Wyglądało na to, że miał 3 godziny spokoju…

---
3 godziny później…

-Jest źle… Bułgaria zaatakowała i to w najgorszym momencie. Teraz, gdy… Do jasnej cholery! Słuchaj.

Nie trudno było się domyślić, iż basileus Rangabe jest zdenerwowany. Pot skraplał mu się na czole, by potem wędrować kroplami po jego twarzy. Nerwowo stukał palcem o blat stołu i wpatrywał się w jeden punkt, samemu nie wiedząc, co dostrzegają jego oczy.

-Będę miał teraz dużo na głowie i nie mogę pozwolić sobie na błędy. Ty również. Masz dopilnować, by ten skrytobójca nie uciekł w innym wypadku nigdy nie złapiemy organizatora tych zamachów. Masz to zrobić idealnie, bez ŻADNYCH wpadek. Nie będę narażać się na niebezpieczeństwo, dasz mi tuzin najbardziej zaufanych ludzi i schowam się w podziemiach pałacowych. Wszystko to w ścisłej tajemnicy. Ty jesteś odpowiedzialny za wszystko. A teraz mów, jaki jest twój plan?

***

Rozmowa dwóch serdecznych przyjaciół płynęła już normalnym rytmem. Raz po raz śmiali się wniebogłosy, innym razem wspominali, a jeszcze innym dyskutowali o wszystkim i o niczym. Jak za dawnych lat, gdy ich losy połączyły się po raz pierwszy… Chociaż niepokojące wspomnienia ukryły się gdzieś głęboko w umyśle Marcjana, a ten zapomniał o nich, ciesząc się każdą upojną chwilą, to wiadomo było, że jeszcze dadzą o sobie znać. Tak to już z nimi jest i tak już z nimi pozostanie. Natomiast dwóch ludzi, gdy nie mówiło, to piło i na odwrót. W końcu czas dał się we znaki, zza okien umieszczonych wysoko na ścianach dochodziło już jedynie blade światło księżyca. Czas mijał zdecydowanie za szybko w dobrym towarzystwie. Nie jedna osoba już tego żałowała. A kapitan Argo musiał dopilnować swych obowiązków. Następnego dnia miał kolejny rejs. Tak więc obaj mężczyźni odziali się i ruszyli ku portowi. W ciemnych uliczkach co chwilę pojawiali się jacyś ludzie, by zaraz potem zniknąć. I chociaż niektórzy mogliby się tutaj „przestraszyć”, to Marcjan wiedział, iż w tej części miasta straże są częste i trzeba mieć naprawdę dobry powód, by kogoś tu zaatakować. Marcjan natomiast nie miał wielu wrogów, przynajmniej nie tak wielu, jak mają inni. Na dodatek po trunku stał się odważniejszy i śmiało pokonywał ulicę za ulicą, by w końcu znaleźć się w porcie. Ludzie Marka Juliusza nadal ładowali na statek towar, a wszystko to na tle gwieździstego nieba, odbijającego się w wodach Bosforu.

-Ta wyprawa przyniesie duży zysk. Niby nie daleki rejs, bo w końcu Mesembria, ale zysk ogromny. Jak tak dalej pójdzie będziesz mógł sprawić sobie kolejny statek… - rozmarzył się. – Jeżeli pozwolisz, wezmę Teofana. Z dnia na dzień coraz bardziej mi się wydaję, że morze i ten chłopak zostali dla siebie stworzeni. Sam mógłbyś jechać, ale znając ciebie… - uśmiechnął się – Chyba, że mnie tym razem zaskoczysz?
 
Rewan jest offline  
Stary 20-05-2008, 20:57   #6
 
Darnock's Avatar
 
Rashid wstał, splunął krwią i uśmiechną się za odchodzącą dziewczyną.
Wiedział że zniknąc musi od razu, to był Konstantynopol i zaraz jakiś z "uczciwych obywateli" poinformuje władze o tym co tu się stało. Tak się składało że tą okolicę znał dobrze, tu można powiedzieć że się wychowywał.
Heh, ile to już minęlo lat gdy beztrosko przemierzał Konstantynopol, jeszcze nie wiedząc czemu miały służyć jego zabawy.

Jego dom był blisko, normalnie nie kazałby czekać jemu, ale był zbyt słaby by podążyć tam natychmiast. Zresztą, ON jest cierpliwy i dla swoich celów zawsze znajdzie czas.
Zawsze zaskakiwał Rashida, co prawda nie dziwiła go "posłanniczka", ani nawet też miejsce "przekazania" informacji. Ludzie są głusi i ślepi, nawet jak podtyka się im informację pod nos to jej nie potrafią przeczytać właściwie.

Tyle się od niego nauczył. Zaskoczyło go bezbłędność z jaką ocenia ludzkie odruchy. Był pewien, że gdyby wybrał inną porę, dziewczynę czy miejsce by mu to nie wyszło. A jednak, ON był nieomylny, a przynajmniej Rashid jeszcze nie widział kiedy on się mylił.
Do domu wrócił tylko na najwyżej godzinę, musiał się przemyć i coś zjeść. Był piekielnie głodny, stanowczo plankton nie był pożywieniem które zaspakajało jego potrzeby życiowe. Następnie przebrał się w "strój". Ceremoniał był ścisły, to jest spotkanie głosów. ON nie widzi Rashida, Rashid nie widzi jego. A przynajmniej tak było z jego perspektywy.
Nie, nie znał JEGO, ON był tylko pośrednikiem, najważniejsze było że wie z czyjej woli spełnia rozkazy.

Tak jak przewidywał, po niecałej godzinie opuścił mieszkanie, nie mógł tego zrobić schodami. Teraz jego ścieżką był cień, a drogą dachy Konstantynopola. Może i ludzie są ślepi, ale oni bynajmniej nie mieli zamiaru ułatwiać im widzenia. To przecież zadanie proroków.
 
__________________
"Co zbawienie nam, czy piekło!
Byle życie nie uciekło!"

Ostatnio edytowane przez Darnock : 30-05-2008 o 22:00.
Darnock jest offline  
Stary 22-05-2008, 00:39   #7
 
Wojnar's Avatar
 
- Nie musisz mi opowiadać o rejsach mojego jedynego statku- roześmiał się Marcjan- jest moim oczkiem w głowie prawie tak samo jak twoim.
Kupiec spojrzał na port, nawet o tej, późnej porze pełen życia. Przed nim, na wodzie kołysała się prawdopodobnie największa flota na świecie. Gdzieniegdzie gwiazdy odbijały się w spokojnej wodzie basenu portowego. Za sobą słyszał gwar pobliskiej tawerny. Ktoś chyba właśnie gorąco protestował przeciwko przegranej w kości.
-Mesembria- powiedział po chwili, jakby smakując tę nazwę- Mówiłem już, że chętnie wyjechałbym na jakiś czas z miasta. A ile zajmie taki rejs? Kilka dni? Tak, wychodzi na to, że cię zaskoczę, Tuliuszu. Płynę!

Bladym świtem Marcjan stał w swojej sypialnie w swojej rezydencji przy Mese i próbował ograniczyć ilość bagażu. Jeszcze wczorej wydał swemu zarządcy polecenia dotyczące bieżących spraw i przekazał mu pare listów do wysłana rankiem, pożegnał się z córką, Patrycją, każąc jej mieć oko na dom i poinformował Teofana, że płynie z nim. Dawno już nie ruszał się z miasta, trochę trwało zanim zbudzona służba znalazła jego ubrania podróżne. Gdy alkohol opuścił jego głowę, pojawiły się pierwsze wątpliwości co do płynięcia do Mesembrii, ale skoro raz coś postanowił, nie zwykł łatwo zmieniać zdania. Wreszcie uznał, że jest gotowy do wymarszu. W ostatniej chwili spojrzał jeszcze na wiszący na ścianie miecz. Nie pamiętam już, kiedy wruszałem w podróż z bronią u boku. Pewnie mi się do niczego nie przydasz, ale co mi tam. Zdjął ostrze ze ściany, machnął kilka razy na próbę, po czym wygrzebał z jednej ze skrzyń pas z pochwą, przepasał się i schował broń.
- No dobra, teraz to już wszystko.
Przeżegnał się, zarzucił torbę na plecy i pośpiesznie wyruszył. Nie chciał, by załoga przegapiła przez niego odpływ.
 
Wojnar jest offline  
Stary 04-06-2008, 21:25   #8
Banned
 
Podążył wzrokiem po wszystkich twarzach, by po chwili w spokoju usiąść przy stole razem z cesarzem. Zrobił głęboki oddech, po czym się rozluźnił i oparł wygodniej o krzesło.

- Skuteczny. Najprościej będzie zaaranżować wydarzenie. Można zrobić coś na kształt prywatnej audiencji. Ważny gość, duchowny bądź dyplomata przybywa niosąc ważne informacje w środku nocy. Haczyk polega w tym, że podstawimy Twojego dublera, cesarzu, oraz roześlemy plotkę po pałacu. Duża szansa, że skrytobójca chwyci haczyk. I zaatakuje tuż po spotkaniu, albo nawet w trakcie.

Odinn był na etapie planowania. Przez myśl przebiegła mu każda możliwa myśl. Szpieg może być wśród straży, zaufanych ludzi. Można byłoby zorganizować wydarzenie, przemowa do ludu, albo uczta, bal, jednak skrytobójca miał przyjść w nocy, ew. użyłby trucizny i zabił dublera na uczcie. Można było wykorzystać prywatną kochankę. Czy wreszcie wskazać fałszywe miejsce pobytu cesarza, albo nawet jego prawdziwe, licząc, że straż przy cesarzu zdziała cuda. Zaraz, zaraz...

- Dla pewności jednak... dojdzie do wycieku. Także kontrolowanego. Wycieknie informacja z miejscem Twojego pobytu cesarzu... bez obaw, będzie to fałszywe miejsce. - dodał szybko, widząc rosnący niepokój na twarzy Michała I.

Im bardziej skomplikowany plan i bardziej rozbudowany, większa szansa, że któryś z jego elementów zadziała. Albo i zawali na całej linii, a na szali zostanie postawione życie cesarza. W najlepszym wypadku i tak ucierpi tylko skarbiec. Szpieg w pałacu... Odinn znał praktycznie wszystkich gwardzistów, każdego był w stanie rozpoznać, a także często testował ich lojalność. I wybrał najlojalniejszych. Niezawodnych. W głowie już wiedział, kto będzie chronił cesarza. Znał nawet człowieka, dublera cesarza, podobnej postury i fizjonomii, skuteczny człowiek. Zaaranżować nagle spotkanie na osobności, toż to wyśmienita okazja dal skrytobójcy. Podstawiona osoba z dublerem sam na sam... Tą podstawioną osobą będzie jeden z lojalnych podwładnych Odinna, jednak służący w straży miejskiej. Oczy i uszy trzeba mieć wszędzie. Powinien poradzić sobie w starciu sam na sam, wszakże miejsce będzie podstawione. Piwnice, dolna część pałacu, jednak z dala od poziomu na którym znajduje się cesarz. A w ciemnych zaułkach i pomiędzy filarami będzie się czaić Skrytobójca... oraz Odinn i kilku innych ludzi. Podwojone straże to standard. Zamachowiec na pewno będzie wiedział, że o tym wiadomo. Puści też plotę o skrytym wyjeździe cesarza poza miasto do pewnej głębokiej pieczary, które idealnie nadawałoby się na kryjówkę przed zamachem. I wystawi tam ludzi.

- Proszę się nie martwić. Wystarczy, że dostanę wolną rękę i dorwę tego Zamachowca zanim zorientuje się, że zawalił.

Warto też będzie wystawić swojego szpiega...
 
Revan jest offline  
Stary 15-06-2008, 22:26   #9
 
Rewan's Avatar
 
Zaraz po tym, gdy Marcjan pod wpływem emocji i chwili wyraził chęć płynięcia w podróż, dziesiątki nowych mieszanin uczuć przeszyły umysł kupca. Podniecenie stanęło jednak na ich czele, a w jego umyśle już wyobraźnia nasuwała obrazy przygód. Przypominał sobie o miejscach, miejscach, których był i zastanawiał się, jak tam teraz jest, jak wiele się zmieniło. Wspomnienia, jak i uczucia towarzyszyły mu cały czas, gdy był w drodze do domu i do statku, gdy się pakował i powiadamiał o decyzji rodzinę. Tylko na jedną chwilę wspomnienia opuściły jego umysł, a na ich miejscu pojawiły się wątpliwości. Ale czy to nie było tylko wytłumaczenie? Czy się tego nie bał i chciał się wytłumaczyć przed samym sobą? W każdym bądź razie zadecydował ostatecznie, że podejmie się wyzwania i zmierzy się z przygodą, która od tak dawno nie gościła w jego życiu. Z mieczem przy pasie i synem u boku ruszył na spotkanie z przyjacielem i załogą. Na spotkanie statku. Argo czekała…

Wraz ze swym synem dotarł do portu w miarę szybko. Przed nimi prezentował się statek, którym, choć jest własnością nie nikogo innego jak samego Marcjana Kappaliniego, dowodził Marek Tuliusz. Statek być może nie zaliczał się do największych, lecz dzięki swej szybkości i pięknu zostawiał w tyle inne statki. Teraz, na tle wschodzącego słońca o czerwonej barwie, z powiewającymi rytmicznie żaglami i tym morskim zapachem wokół, sprawiał niesamowite wrażenie. Być może inni nie widzieli tego piękna, ale on, kupiec, który kiedyś tyle podróżował, dostrzegał każdy szczegół. Podniecenie sięgało zenitu. Marcjan nie marzył o niczym innym, jak tylko wyruszyć wreszcie w podróż.

-Już myślałem, że nie przyjdziecie. – znikąd pojawił się Kapitan Argo. Gdy ujrzał miny ojca i syna, sam spojrzał w stronę okrętu. – Piękny… Żałuj, że tyle lat straciłeś na siedzeniu w tym Konstantynopolu. Ominęło cię tyle rzeczy… - Tuliusz sam rozmarzył się na chwilę, ale po chwili oprzytomniał i spojrzał na przyjaciela. – Nie rozpamiętujmy przeszłości, bo wiele nas czeka. Zapraszam na statek, za kilkanaście minut wyruszamy.


---

Pół godziny później Marcjan stał oparty o barierkę na rufie. Wpatrywał się w powoli oddalające się miasto, a w głowię wciąż słyszał odbijające się echem jedno słowo, słowo jego przyjaciela: „Odpływamy”. Pomimo wszystko, po tylu latach ciężko było w coś takiego uwierzyć. Ponownie wyruszył, ponownie ujrzy świat. Za nim miasto oddalało się, a on wciąż miał wątpliwości, co do tej wyprawy. Myślał nad nimi. W końcu po kilku minutach zdał sobie z czegoś sprawę. To nie były wątpliwości, a obawy. Obawy, jakich nie czuł nigdy przedtem wyruszając w podróż. Zapanował w nim lekki niepokój.

-Odpływamy – powtórzył szeptem.

Ogrom miasta powoli zaczął zanikać z biegiem czasu, a Teofan idąc w ślady ojca oparł się o barierkę, wypatrując to, co za sobą zostawiają. Nie odzywał się. Tylko patrzył, jak dwa odcienie koloru niebieskiego płyną do siebie, by w końcu pogrzebać za sobą Konstantynopol. Teraz mogli wpatrywać się już tylko w niebieską pustkę.

***

Pogrążony we własnych przemyśleniach skrytobójca doszedł w końcu do swojego zacisznego domu. Chociaż hałasy powodowane na ulicach również docierały i do tego miejsca, to było tu z pewnością ciszej i można było odpocząć od tego jakże wielkiego miasta. Rashid pogrążył się w konsumpcji, a cały świat przestał dla niego istnieć. Jedzenie będące rozkoszą, teraz było wręcz zbawienne. Rozkosz potroiła się, a każdy kolejny kęs powoli zaspokajał potrzeby mężczyzny o burzy rudych włosów na głowie. Ale przyjemny czas zawszę mija szybko, a skrytobójca miał dobre wyczucie czasu. Nim minęła godzina, ponownie wyruszył, tym razem by spotkać swego pracodawcę. Ciekawość i mrok. Tak właśnie można postrzegać spotkanie z pracodawcą. W końcu kilka dni temu, poprzez podobną wiadomość przyszykowano na niego zasadzkę. Co powie na to zleceniodawca? Czy TO nie jest kolejna zasadzka…? No właśnie… Wiele pytań chodziło w tej chwili po głowie Rashida, a odpowiedź kryła się właśnie tam. Na skałach, przy rozbijających się o nie falach. A ciekawość to rzecz zgubna w tym fachu…

Rashid wyruszył w końcu na miejsce spotkania, podróżując dachami chat kondtantynopola. Zwinność i gracja potrafiła wprawić w osłupienie, dzięki niej ludzie czuli podziw do skrytobójcy. Teraz jednak nieliczni jedynie mieli okazję ujrzeć pokazy akrobatyczne młodego mężczyzny, a jeżeli już, to zastanawiali się czy im się coś nie przywidziało. W końcu Rashid biegł szybko, a mrok rozmywał jego sylwetkę. Droga przez konstantynopolskie dachy nie była łatwa, a już na pewno nie szybka. Nim Rashid dotarł pod mury konstantynopola minęły 2 kwadranse. Wreszcie jednak ujrzał przed sobą okazałe mury z czerwonej cegły. Rozciągały się w nieskończoność, a na nich zmęczeni dniem strażnicy patrolowali teren, a od czasu do czasu któryś z nich ziewnął. Nie było co się bawić w przechodzenie murów w jakieś wymyślne sposoby. O tej porze mógł z łatwością wyjść jeszcze przez bramę, bez zbędnych pytań i podejrzeń. Tak więc też zrobił. Przeszedł nieopodal przez niewielką bramę, wychodzącą na południe. Spostrzegł kilku nieznaczących ludzi, ale szybko ich ominął wiedząc, że nie mają oni znaczenia w tej chwili. Ominął ich kilkoma szybkimi krokami i stanął w miejscu, by odszukać zleceniodawcy. Wzrok powędrował mu najpierw w lewo, ale tam nie dostrzegł nic prócz kilku rybaków wracających z morza. Spojrzał więc w prawo i dopiero po chwili go ujrzał. Stał tam, na tle zachodzącego słońca. Stał dokładnie na środku słońca, a promienie oślepiały Rashida na tyle, by nie dostrzegł szczegółów postaci. Zmrużył jedynie oczy i poszedł w jego stronę. Wreszcie przystanął w odległości 2 metrów od pracodawcy. Choć słońce nadal go oślepiało, mógł dostrzec głębokie zmarszczki, które świadczyły o niemałym wieku. Mówiąc szczerze mógł mieć nawet 60 lat. Powiewająca na lekkim wietrze szata i odbijające się słońce w falach Bosforu robiły nie małe wrażenie. Wrażenie chyba było celem pracodawcy. Za każdym razem wrażenie było częścią spotkania z nim. Mogło się zdawać, że zadawał sobie dużo z tym trudu. Nagle słońce zajaśniało mocniejszym blaskiem, który oślepił Rashida. Mimowolnie zmrużył oczy i zdążył jedynie dostrzec gwałtowny ruch mężczyzny stojącego przed nim. Później tylko poczuł ból i utratę tchu. Uderzenie było nadzwyczaj silne jak na starca. Na dodatek tego cios skierowany był na splot słoneczny, który potrafił sparaliżować człowieka. Zgiął się w pół, a zaraz potem oberwał z łokcia w plecy i upadł na ziemię. Pozbawiony tchu, zaskoczony i zmieszany leżał na zimnej skale u stóp starca.

-To ostatni raz, kiedy nie zjawiasz się na czas…

Jego głos był równie nadzwyczajny jak on sam. Mężczyzna, z braku lepszego słowa nazywany zleceniodawcą, mówił głosem tak zimnym i przerażającym jak nikt inny. Na dodatek tego umiał mówić zupełnie innymi tonami, a każdy wywierał niesamowite wrażenie. A teraz był wściekły. I chyba nie ma co się dziwić. Rashid jest narzędziem, które nie może zawodzić. Dziś zawiódł spóźniając się taki szmat czasu. Kara została wymierzona.

-Za dwa dni zakradniesz się do pałaców cesarskich. Tam omijając straż dojdziesz do komnat uzurpatora Michała. Zabijesz go. Zbyt długo uzurpator zasiadał na tronie. Musimy przywrócić prawidłową dynastię. Rozumiesz czego musisz dokonać, Nox faeles’ie?

***

-Dobrze… Bardzo dobrze… Dasz mi kilku najbardziej zaufanych ludzi. Będą mnie pilnować przez całą noc. Nie mam zamiaru ukrywać się w jakichś pieczarach, czy innych miejscach pieczarze podobnych. Toż to niegodne cesarza! Usnę w kwaterach gościnnych, a przy mnie czuwać będą twoi najbardziej zaufani ludzie. Myśl nad planem i zacznij działać. Masz dwa dni. Skrytobójca nie będzie próżnować, powiem więcej, będzie robił cholernie dużo, by mnie zabić. Ty masz zrobić tyle, by to się nie powiodło. Choćbyś miał zginąć, choćby Konstantynopol miał spłonąć, ty nie możesz dopuścić do mej śmierci. Jeżeli tak się jednak stanie… Śmierć będzie na ciebie czekać i choć ja już żyć nie będę, moi ludzie cię znajdą.

Cesarz miał to do siebie, że zastraszać nie umiał, bądź nie chciał Odinna. Mówił to głosem zwykłym, nie obojętnym nawet. Chyba nie chciałby zabić Odinna, ale on sam jest ważniejszy, więc gdyby naszła taka potrzeba zrobiłby to. Zarówno cesarz jak i Odinn nie wpatrywali się w swoje oczy, a w odległe punkty. Nastała cisza, przerwana w końcu pozwoleniem cesarza na wejście jego sługi. Sługa wszedł z jakimś trunkiem i dwoma kielichami. Ustawił na małym stole przy dowódcy straży i cesarzu, nalał, po czym wyszedł i zniknął za drzwiami. Cesarz podniósł kielich i skosztował napój.

-Uhmmm… Kocham wina. Mają taki upojny smak… Tak przy okazji, Odinnie, doniesiono mi o wydarzeniu sprzed 3 dni. Powiadają, że twierdzisz, iż napadła cię banda skrytobójców. Do tej pory nie znaleziono żadnych zwłok. Żadnych. A kobieta, do której wpadłeś widziała tylko i wyłącznie ciebie. Pewnie i ty również podpaliłeś tamte budynki, dobrze jednak, że ugaszono pożar. Powiedz mi, przyjacielu, co się stało?
 
Rewan jest offline  
Stary 19-06-2008, 13:01   #10
 
Wojnar's Avatar
 
Konstantynopol zniknął za horyzontem. Marcjanowi jeszcze przez jakiś czas wydawało się, że widzi na horyzoncie ciemniejszy punkt, ale wreszcie musiał przyznać, że miasto zostało daleko za rufą.
Spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio opuszczał je na wyprawę większą niż do którejś z okolicznych wsi. Ponad pięć lat, jak nic. Teraz, gdy słony, gwałtowny wiatr szarpał jego szaty i orzeźwiał myśli, wpływowy kupiec zaczął się niepokoić.
Cholera, co mnie pokusiło. Przygody! Mało to miałem przygód w życiu? Ha, i co z tym zrobisz, Marcjanie? Wyskoczyłeś jak młodzik, teraz musisz być mężczyzną.
Grek zmierzwił swoją gęstą brodę, obrócił się i oparł plecami o barierkę. Oczami wodził po całym, unoszącym się i opadającym na falach, statku. Od dziobu do rufy, od nawietrznej do zawietrznej. Przez chwilę poczuł dumę na myśl, że ci wszyscy żeglarze ciągnący za liny, trzymający wiosła czy wspinający się na maszt, pracują dla niego. Kilka twarzy wydało mu się nawet znajomych, jeszcze z czasów gdy regularnie pływał Argo. Tak, aż przyjemnie popatrzeć.
Z rozmyślań wyrwała go większa fala, która uderzyła w burtę statku. Szli półwiatrem, więc okrętem mocno zakołysało. Zobaczył jeszcze drapieżny uśmiech sternika, który chwycił mocniej ster, zmagając się z żywiołem, po czym wylądował na plecach, u stóp swego syna.
- Wszystko w porządku?- Teofan wyciągnął w jego kierunku pomocną dłoń i spróbował postawić go na nogi- No no, nie zauważyłeś nadchodzącego szkwału, tato? Wiesz, z morzem nie ma żartów.
Pięknie się zaczyna, po prostu pięknie. Stawaj, Kappalini, przestań tęsknić za domem! Może i tam nie buja, ale za to nie ma tej przestrzeni!- Marcjan starał się przywołać w sobie jeszcze niedawno obecny entuzjazm przed nadchodzącą podróżą. Był dobrym dyplomatą, ale przekonanie samego siebie nie było takie łatwe. Nic to, przekonajmy chociaż innych.
- Nie bądź taki dowcipny- kupiec wstał ostrożnie, trzymając się barierki i uśmiechającego się łobuzersko syna, starannie nie dostrzegając radosnych spojrzeń marynarzy- Zapomniałem już to i owo, ale zapewniam cię, że twój ojciec nadal ma dość słonej wody we krwi.
Wyprostował się dumnie i obrzucił obecnych na mostku nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem. Marnie to wyszło, zważywszy że stał na ugiętych nogach, amortyzując ewentualne przechyły.
- Ale przejdźmy do poważniejszych tematów- spojrzał, faktycznie poważniejąc, na Teofana- jesteś, zdaje się, moim pełnomocnikiem na tym rejsie, nie myśl, że moja obecność zdejmuje z Ciebie obowiązki. Może więc powiesz mi, co właściwie wieziemy i czego się spodziewamy w Mesembrii?
Marcjan, jak każdy kupiec, znał oczywiście dane wszystkich podlegających mu wypraw, zwłaszcza na jego jedynym statku, ale chciał sprawdzić swego syna. No i porozmawiać o czymś ciekawym.
Młody Kappalini z wyraźnym entuzjazmem zaczął opowiadać o planowanym sukcesie handlowym, o możliwych potem inwestycjach i dalekich wyprawach. Tymczasem marynarze uwijali się dookoła, a Argo była z każdą chwilą bliżej portu docelowego.
 
Wojnar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172