Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Świat Mroku > Archiwum sesji z działu Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Świat Mroku Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie WoD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-01-2017, 17:28   #1
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 28780 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
[oWod, Vampire:DA] Kronika Denemearca - Rozdroża, 18+

To ask well, to answer rightly,
Are the marks of a wise man.
Men must speak of men’s deeds,
What happens may not be hidden.

Wise is he not who is never silent,
Mouthing meaningless words,
glin tongue that goes on chattering
Sings to its own harm.

~Hávamál af Odin





Słowa Vsevoloda przebrzmiały i w ciszę zmieniły się napiętą.
Na twarzy męża pojawił się delikatny wyraz ni to zadumy, ni to oddalenia, który chwilę później ustąpił uśmiechowi niemal przyjacielskiemu. Vsevolod spojrzał to po skaldzie, to po berserkerze.

- Odpowiedzi czekam, słów nosicielu. - spokojny ton i uśmiech kontrast stanowiły do wciąż wijących się w chacie macek, które słały ciarki po kręgosłupach obu aftergangerów. - Tu i teraz, berserkerze. - Nowy gospodarz Aros spojrzenie przeniósł ku Gangrelowi, który z niejakim zaskoczeniem wpatrywał się w stojącą przed nim postać.

Zza pleców aftergangerów doszedł cichy szelest. Kątem oka Volund dojrzał powstającą Frankę, która równie szybko zniknęła, niczym w powietrzu rozmyta.
 
corax jest offline  
Stary 28-01-2017, 20:46   #2
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


- Oręż mój zbyt mi drogi by nim po ziemi rzucać - skald wyprostowany i dumny pozycji swej nie zmieniał mówiąc mocnym głosem. Od kiedy mrok rozwiał się na powrót pozwalając widzieć się nawzajem, dar Canarla po który sięgnął sprawił, że sylwetka jego wzrok ściągała wzbudzając zachwyt. Nawet Pogrobiec, sroże unieruchomiony cienistymi odnóżami przerwał szamotaninę dziką i weń jak w obraz wpatrzony był.
- Jeżeli myślisz, że drugi raz dam się w odmęty Helheim wtrącić, choćby nawet na chwile jeno, to w srogim błędzie jesteś. Vsevolodzie - Freyvind twarz wykrzywił w grymasie na samo wspomnienie strasznej podróży przez inny świat.
- Zaproszenie czynię - odpowiedział przybyły mierząc miecz Freyvinda spojrzeniem lecz nie dając znaku czy go ten przeraża. Duma za to wyraźnie zadźwięczała i … buta?
- I nikt go nie odrzuca. Jeno wpierw zadbać o ludzi swych nam trzeba i na statek nasz odstawić. - Skald spojrzał na Vsevołoda mrużąc oczy. - Opadnięto ich, porwano, zocz do jakiego stanu doprowadzono. Jak nic Aros na psy zeszło ostatnim czasem.
- Nic im nie będzie, zajmą się nimi moi ludzie -
Vsevolod nie wchodził w negocjacje ze skaldem.
- Dość się nimi zajmowano. Zaproszenie przyjmę, gdy spoczną na mym okręcie.
- Twoja wola -
przybysz wzruszył lekko ramionami choć twarz mu stężała. Spojrzeniem rzucił i na Volunda. - Ty jak postąpić chcesz?
Pogrobiec wywołany wierzgnął, twarz jego wyrażała gniew ponad miarę, czy przez więzy, czy przez upokorzenie jakie niosła propozycja Rusina.
- Możesz schwytać… - zabrakło tchu, gdy jedna z macek ścisnęła mocniej wiotczejącego Gangrela - ...bestię! GNIEWU NIE ODBIERZESZ! - wykrzyknął tylko. Z grymasem bólu od ran i wściekłości splunął jeszcze przed siebie a w stronę rozmówcy.
Vsevolod spojrzał z pogardą na rzucającego się Volunda nie sprawdzając nawet gdzie padła plwocina.

- Skoro tak wybieracie… -
mruknął z kosym uśmiechem i drwiną w głosie.
Na skalda i Gangrela opadły macki.
Frey dojrzał trzy z nich opadające na niego niczym czarne, grube węże. Skorzystał z dobrodziejstwa krwi swej by działania swe przyspieszyć lecz i przeciwnik widno obserwował i uczył się. Zamach potężny mieczem uczyniony pognębił chwilowo jednego z mrocznych wijów. Drugi umknął podobnego losu by miejsca ustąpić swej siostrze. Na tę skald przygotowan był by tarczą ją zblokować lecz ta śmignęła ku jego łydkom oplątując się podle ziemi.
W tym czasie pazury co Volund wysunął wbiły się w trzymające Gangrela sploty, lecz jeno jedna z macek osłabiona przez to została. Na jej miejsce pojawiła się wnet kolejna.

W tym szamotaniu obaj poczuli że oczy ich zalepiane są czymś lepkim. Freyvind doświadczył podobnego uczucia. Nie tak dawno. Dla Volunda nowością utrata widzenia była.
Gdy tylko skald zaczął czuć odchodzący od niego zmysł chlasnął mackę która owinąwszy się wokół jego nóg próbowała go unieruchomić. Wtórował mu Gangrel, desperacko walcząc jak schwytane w sidła zwierzę, co oswobodzić się próbuje, pierwotnym instynktom oddane. Jasnym było, że jedno dlań się liczyć.
Wyswobodzić.
Odzyskać wolność.

.... ostatnim co ujrzeli nim ciemność zasnuła im oczy to kolejna fala macek wyłaniających się z cieni wokoł nich.
Skald ciął i tarczą bronił się, tuż obok brat jego niczym borsuk wściekły szalał - obaj zalani oślizgłymi sługami Vsevoloda zostali…

… by wkrótce poczuć ostrza w serca wbijane.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"
Leoncoeur jest offline  
Stary 28-01-2017, 21:48   #3
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Elin

Volva przebudziła się obolała nieco lecz całkiem syta i w pomieszczeniu przed zimnem chroniącym.
Mimo to zapach ziemi i lasu wyczuć łatwo mogła. Upływu czasu pewna nie była.
Wieszczka gdy tylko się zbudziła i świadomość ostatnich wydarzeń w pełni do niej dotarła oko szybko zamknęła udając, iż ciągle nieprzytomna jest. Skupiła się na nasłuchiwaniu czy ktoś jeszcze w pomieszczeniu się znajduje. Nie została zaatakowana tak jak Freyvind, więc raczej wykluczyć mogła iż to te monstra ją dopadły. Pozostawali więc ci, którzy jarla Erika przez trzy dni trzymali. Była syta. Czym ją nakarmiono? Ile czasu minęło? Co z jej braćmi? Te i wiele innych pytań przelatywało jej przez głowę, gdy starała się zorientować w swojej sytuacji na podstawie innych zmysłów niż wzrok.

Przez nocy kilka samej sobie pozostawioną była.
Później odwiedzin doświadczyła.
Mąż jak się pojawił później sprawił, że martwe jej serce z ulgą niemal zabiło.
W skromnej swej celi czuła się brudna i zakurzona, przybyły zdał się w tych warunkach panem wielkim a możnym. W bogatej szacie i płaszczu futrem lisów obszytym stanął nad Elin dłoń wypracowaną wyciągnąc ku niej.
- Moja droga… - słowa te niemal balsamem jakowym się zdały volvie.

Pierwsze dwie noce uciec z chatki próbowała. Krzyczała, by ją wypuszczono, waliła w drzwi bądź próbowała je wyszarpać, na nic jednak jej starania się nie zdały. Obawa o Freyvinda i Volunda ciężko siadła jej na sercu, gdy dreptała w niewielkim pomieszczeniu to w jedną, to w drugą stronę. Nie rozumiała dlaczego ktoś ją tu tak po prostu zostawił. Trzeciego dnia sięgnęła po moc Widzenia, by sprawdzić co z jej braćmi. Przegryzła swój nadgarstek i wypowiadając Pieśń Najwyższego skropiła posadzkę błagając bogów, by mogła zwiedzieć się co z nimi.
Niewiele zdołała ujrzeć, gdyż ból okrutny ją dopadł wwiercając się w ciało i umysł. Krzyk przeraźliwy się z jej gardła wydobył, gdy wyczuła jak jej rodzeństwo krwi odzierane jest z godności i z własnej woli. Jak kawałek po kawałku uginają się przed mężem jakowymś, który jeno uśmiecha się nieznacznie.
Wizja znów jej sił dodała, by wydrzeć się ze swego więzienia spróbować. To była jej wina! Nie powinni się rozdzielać! A teraz oni gdzieś cierpieli, a ona tkwiła tu zamknięta, niezdolna do niczego. Pomocy wzywała tak długo, aż gardło zupełnie jej ochrypło. Odpowiedź nie nadeszła nawet od Styggra.



Gdy w końcu drzwi się otwarły i mąż nieznajomy się zjawił Elin w rozpaczy niczym otchłań głęboka już była. Łzy jej się dawno skończyły, siedziała więc jeno skulona w kącie w drzwi się wpatrując.

Rękę jego nieśmiało ujęła, zawstydzona swoim stanem.
- Witajcie, panie… - W głosie pytanie zabrzmiało, gdyż wiedzieć pragnęła jak do swego wybawcy się zwracać.
- Jak zdrowie wasze, mości… - przez chwilę Vsevolod szukał w myśli odpowiedniego określenia - …. wiedząca? Czy wszelkie potrzeby spełnione?
- Samotność doskwiera… - Zaczęła niepewnie nie chcąc rozgniewać tego możnego pana. - I obawa o mych braci… - Dokończyła cicho przyglądając się mężowi uważnie, badając mimikę jego twarzy.
- Bracia wasi bezpieczni, żadno niebezpieczeństwo im nie grozi większe niż oni sami stanowią dla siebie. - gość postąpił krok bliżej - Ale i mnie łacno pomówić z wami, pani. Albowiem propozycję mam by …. trudnościom doświadczanym zapobiec. - uśmiechnął się uprzejmie spoglądając nieco w górę w zamyśleniu.
Zaufałaby bezsprzecznie jego słowom, gdyby nie ból wizji ale nie odważyła się zaprzeczyć. Skinęła jedynie głową powoli i zapatrzyła na niego, gdy zbliżył się o krok. Zupełnie nie rozumiała tego co się z nią dzieje, ani tego czemu jej oszczędził tortur.
- Wybaczcie.. - Jakby ocknęła się z namysłu. - Z przyjemnością podejmę rozmowę alem przyznać muszę, iż jak na razie niewiele rozumiem z tej sytuacji… - Rozejrzała się zawstydzona po pomieszczeniu. - I ugościć nie mam jak… - Dodała ciszej.
- Zaraz wszystko wyjaśnię, pani - Rusin podszedł krok kolejny by dłoń volvy ująć w swoją i nakryć drugą. - Potrzebuję pomocy Twej, pani. Czy zgodziszże się dopomóc w ważnej sprawie? - zajrzał w oczy Elin.
Zamarła od takiej bliskości i powoli pokiwała głową nie potrafiąc oderwać wzroku od mężczyzny.
- Pomogę… - Rzekła i zaraz dodała spuszczając zawstydzona nagle spojrzenie. - Jeśli nikomu krzywda się przy tym nie stanie…
- Krzywda? - Vsevolod spojrzał zaskoczony - Moja pani, jeśli czegoś się brzydzę najbardziej to przemoc fizyczna. I nigdy na umyślnie niesprowokowan jej nie stosuję.
Po chwili milczenia i wzroku zatapiania w oku Elin:
- A więc potrzebuję byś w podróż ruszyła. Opiece Twej poświęcić pragnę skalda wraz z berserkerem - Vsevolod smakował słowo ostatnie cmoknąwszy językiem - W krainę daleką lecz znaną im obu. Pragnieniem mym jest, byś ambasadorem była i zawiozła tę dwójkę ku kraju Franków.
Volva zamrugała zaskoczona.
- Ambasadorem? Twym… Panie? I… - Zawahała się szukając słów właściwych i walcząc z pragnieniem zgodzenia się natychmiast, wszak jej rodzeństwo nie planowało żadnej podróży do kraju Franków. - Zawieźć? Do kogoś? - Spojrzała niepewnie na Rusina.
- Tak - uśmiechnął się mężczyzna gładząc lekko brodę - Uczynisz to? Dam Ci osobisty glejt, gwarantujący bezpieczeństwo.
- Ale… oni chcą jechać? Wybaczcie… Po prostu tyle rzeczy jest ciągle niejasnych… Stąd me pytania. I dokąd mielibyśmy się udać?
- Oni tak, zgodę wyrazili i z chęcią na wyprawę się udadzą. - zapewnił ją Rusin - A Ciebie, pani, wielkim szacunkiem darzę i wszelkimi szczegółami się podzielę, gdy wszystko będzie gotowe. Słowo twe starczy by wasza trójka na chwałę Danii się wielce przyczyniła i jej moc wzbogaciła.
Mężczyzna przerażał ją i fascynował zarazem ale jeśli prawdę powiadał, a wszystko w niej pragnęło mu wierzyć, to niczym złym jej zgoda nie będzie. A w kraju Franków, może i pomoc zyska, by Źródło przebudzić? Miała wyjść z cienia, a teraz rolę Ambasadora bez jej starań nawet jej dają. Jedynym cieniem były te kilka dni w zamknięciu, choć przecie żadna krzywda się jej nie stała i wizja jej braci. A może Norny znów ją zwiodły? Nie byłoby to pierwszy raz.
- Jeśli… tak sprawy się mają… - Zaczęła nieśmiało. - z chęcią się zgodzę, jeno wytłumaczcie mi proszę jeszcze jedną rzecz… Dlaczego… w tak niecodzienny sposób się poznajemy, panie? - Niemal skuliła się zadając to pytanie.
- Dla twego bezpieczeństwa, pani. Wiem, jak cennaś dla Agvindura, jak cennaś dla swych braci. A ulice Aros mimo działań i wysiłków Einara niebezpieczne były. Lupini w okolicy widziani byli. I ktoś jeszcze kto o blond piękność wiedzącą wypytywał. - Vsevolod pogładził Elin lekko po policzku - I mimo, że dusza mi krwawe łzy roni, że jeno takie warunki zapewnił, bezpieczeństwo Twe dla pięknego kwiatu ludu Północy, ważniejsze było.
Ujął dwie dłonie volvy:
- A zatem… słowo Twe mam, pani? Dopomożesz?
- Agvindur… - Rzekła zaniepokojna nagle ale dotyk Rusina na jej policzku sprawił, że wrażenie to uciekło. Wszak jarl nie chciał jej więcej widzieć, i jeśli usunie się jak najdalej, zapewne szczęśliwym będzie. Oko przymknęła muskając policzkiem dłoń Vsevoloda delikatnie. A może wizja ukazała tego wspaniałego męża, gdyż on pomógł jej braciom? Z pewnością tak musiało być.
- Macie moje słowo, dopomogę. - Rzekła poważnie.
Na słowa te twarz Vsevoloda się rozpogodziła:
- Szczęsliwym słowa twe słyszeć, pani. Zaszczyt mój to będzie mieć w tobie ambasadora. Przy twej mądrości, Salomon zblednie, przy urodzie najpiękniejsze z gładkich zawiść odczują - skłonił się dwornie a na modę nieznaną Elin. - Chodźmy zatem, statek gotowy.
Volva rozpromieniła się niczym słoneczko na te wszystkie komplementy.
- Jesteście zbyt łaskawi, panie. - Rzekła zawstydzona i boleśnie świadoma swego niezbyt świeżego wyglądu. - Statek? - Zapytała zaskoczona. - To od razu ruszać będziem? Myślałam, że trochę czasu mieć będziemy… Naszych ludzi powiadomić chciałam… by się nie martwili. - Wytłumaczyła się niepewna. - I… - Spojrzała po sobie. - Wstyd się tak pokazać....
- Wszystkim się zajęto - stwierdził Rusin jakby to oczywiste było - O nic się nie martw. Odpoczniesz na statku, moja pani.
Wiedząca skinęła głową uśmiechając się delikatnie do Vsevoloda.
- Zatem ruszajmy, panie.


***


Elin powiódł Vsevolod do wozu, którym chwil kilka jechali w ciszy by bramę Aros osiągnąć. Straże tym razem problemów nie robiły, gdy od wschodniej strony do miasta weszli. Volva zawiedziona została ku chacie blisko serca osady i kilku służkom oddana do obsługi. Te wnet rozbierać ją poczęły na modę cudzoziemską i do niewielkiej balii prowadzić poczęły by obmyć się zdołała. Pyszne szaty przygotowane były już z boku, czekając aż volva się oporządzi. Vsevolod obiecał wrócić niebawem i prosił wiedzącą by w swej łaskawości miejsca nie opuszczała. Czynił to patrząc jej z szacunkiem w oko niebieskie.

Gdy ziemiankę opuszczali wieszczka z zaciekawieniem przyjrzała się miejscu, w którym przyszło jej spędzić kilka ostatnich dni. Nie trwało to jednak długo, gdyż zaraz została poprowadzona ku wozowi.
W drodze milczała dłuższą chwilę wpatrując się w Vsevoloda nieśmiało i ciesząc jego bliskością, jednakże widok straży przepuszczających ich bez najmniejszych problemów skierował jej myśli na coś innego.
- Panie… - Zaczęła nieśmiało cichym głosem nie chcąc by woźnica za wiele słyszał. - Ze słów Waszych wnioskuję, iż radą swą wspomagacie jarla Einara. Pozwólcie więc, iż Wam coś opowiem, by choć tak wspomóc Aros.
- Słucham, pani - Rusin pochylił się by słów wysłuchać.
Elin zamarła na moment, gdy mężczyzna tak blisko niej się znalazł, gdyby oddychała zapewne właśnie by przestała. Z trudem myśli w słowa ubierać zaczęła.
- Jak wiecie Wiedzącą jestem… Widziałam… atak na Einara i jego hird. Coś, co to uczyniło potężnym niezwykle było i… - Tu volva wzdrygnęła się lekko. - niczym najgorsze potwory z otchłani Nilfheimu. Bądź od nich nawet straszniejsze, gdyż nie przynależące do żadnego ze światów Yggdrassila… - Potrząsnęła lekko głową otrząsając się ze wspomnienia wizji. - Nim nie ujrzałam jarla sądziłam, iż to już nastąpiło, on twierdzi, że jednak nikt go nie atakował… Zatem to dopiero nastąpi… - Nieśmiało dłonie Vsevoloda ujęła. - Uważajcie zatem proszę… Uważajcie na Einara i na siebie, panie. - Głowę spuściła zasmucona. - Skoro my pomóc nie możemy… w Waszych rękach bezpieczeństwo Aros.
- Będę czujny, obiecuję - Vsevolod pokiwał głową i pogładził lekko Elin po włosach - Jestem pewien, że twe postępowanie jako ambasadora przyniesie mi dumę i zadowolenie. Ja tym czasem pieczę mieć tu będę byś mogła wrócić cała ku bezpiecznym stronom. - Rusin przemawiał łagodnie cały czas uwagę swą koncentrując na Elin.
Dziewczyna uśmiechnęła się uspokojona, szczęśliwa iż pan tak wspaniały jej swą uwagę poświęca.
- Dziękuję, panie. Powiedzcie mi zatem, proszę, wszystko co może mi pomóc w lepszym wypełnieniu misji. - Poprosiła. - Nie chciałabym Was zawieść.
- Pojedziesz do kraju Franków, do osady ich głównej i spotkasz się z osobą przeze mnie wskazaną. Ona dalsze rozkazy będzie mieć dla was i dla Ciebie. Potrzeba mi kogoś kto lud Północy zna jak nikt. Kto radą będzie mógł wesprzeć i mowę znać będzie waszą, by wieści zbierać pośród lud waszego co w krainie tej żywie. - Rusin tłumaczył z wolna.
Volva głową kiwała powoli słuchając Vsevoloda uważnie, choć sama melodia jego głosu sprawiała, iż miała ochotę zamknąć oko i go po prostu słuchać, niczym dzieci bajki na dobranoc.
- Ta osoba zna nasz język na tyle byśmy porozumieć się mogli? - Zapytała bardziej po to, by udowodnić, iż go słucha niż interesując się odpowiedzią.
- Zna, choć nie płynnie. Prozumieć się jednak zdołacie, dufnym w to.
- Zatem tak pewnie będzie. - Elin pokiwała spokojnie głową. - A jakieś konkretne wieści panie wyczekiwać będziecie?
- Upewnij się czy powrót planują, czy jednak zostać planują by żywot tam wieść. - spojrzał na Elin - Wiesz, że wojowie wasi nie wszyscy giną prawda? Mnogo was pozostaje, by za żony brać kobiety franków i w służbę iść… - zawiesił głos lekko.
- Wojowie tam zostają? - Przekrzywiła lekko głowę zaskoczona. - Służbę, panie? Tamtejszemu jarlowi?
- Nie tylko jednemu. Wielu, różnym. Życie tamtejsze przekładając nad chłody i trudy Północy…
Pokiwała powoli głową nie mówiąc nic. Sama wszak z ziemi swej rodzinnej uciekła najpewniej, choć z innych powodów i tu znów jej myśli uciekły gdzie indziej.
- Panie… rzecz jeszcze jedna… Ktoś śladem mym podąża… - Rzekła nie pamiętając, iż Rusin wspominał, że ktoś o nią rozpytuje. - Do kraju Franków pewnie nie zdoła lecz to większą jego złość jedynie wywoła.
- Któż taki? - dopytał Vsevolod. - Ktoś znajomy CI?
- Podobno mój stworzyciel… - Spuściła głowę zawstydzona. - Ribe spalić spróbował… Agvindura zaatakował i gdy tylko uświadomił sobie, iż wygrać nie jest w stanie podstępu użył, by mu uciec… Jeśli dojdą do niego słuchy, iż mi pomogliście panie… I Was na cel obrać może. - Spojrzała zatroskana na Vsevoloda.
- Nie martw się tym, pani. Twe słowa pomocne nad wyraz. - sięgnał ku dłoni swej ściągając jeden z prostych sygentów z grawerunkiem misternym i zamknął go w dłoni volvy - Pokaż ten pierścień jako znak ode mnie osobie jaką spotkać macie. Ona wam schronienie i pożywienie zapewni. I miej się na baczeniu. Pamiętaj, że jesteś przedłużeniem mego ramienia…
Pierścień ujęła z szacunkiem.
- Postaram się Cie nie zawieść, panie. - Odrzekła patrząc mu uważnie w oczy. - Zdradźcie mi proszę Wasze imię, bym wiedziała komu dziękować za tą misję.
- Jam Vsevolod pani. Wybaczcie uchybienie, żem wcześniej nie dopełnił przedstawienia się.
Elin uśmiechnęła się ciepło.
- Nie ma co wybaczać, okoliczności wszak niecodzienne. - Odparła spokojnie i zamyśliła się na chwilę potrzebną by akurat do chatki dotrzeć.
 
Blaithinn jest offline  
Stary 29-01-2017, 12:41   #4
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Reputacja: 469 -2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie-2- jest jak niezastąpione światło przewodnie
V V
Vsevolod i Volunda odwiedzał pochylając się i czułym gestem piękne oblicze gładząc i cierpienie niosąc tym samym gestem i słodycz.

I patrzył Volund w oczy jego i mimo, że pluć chciał w twarz to na prośbę uprzejmą łykał i łykał i łykał.
I krzykiem chciał wyzwolić się i siłą woli swą lecz ochrypł jeno a siłę woli Vsevolod kruszył z wolna…
...szepcząc słodkie słowa wprost w ucho Gangrela o dumie, godności, odwadze i zemście…
...czasem mimo szeptów z cienia słyszał krzyki skalda… a czasem śmiech jego szaleńczy...
Innymi razy na boku leżał, jak upodlone, ujarzmione zwierzę. Wzrok pusty na ścianę padał, a w głowie życia się mieszały.
Innym razem zdarzyło mu się na gest nieposłuszeństwa zdobyć. Resztkami krwi własnej ścianę pomazał, jakby siebie w słodycz torporu chcąc oddać. Nigdy nie podołał. Nigdy też nieposłuszny nie był pod strasznym okiem tego co Aros zajął.
Znowuż wydawało mu się, że stulecie mija. Znowuż, że to on jest Vsevolodem i jeńca swojego krwią karmi i słowy łamie. Puste myśli resztki woli marzącej by kat zamienił się miejscami z ofiarą.
Czasem nie był już całkiem pewien gdzie, kim i po co był.
Czasem pomyślał o Danii. O bracie jakowymś. O Ragnarok.
Czasem śmiechem się zanosił do rozpuku. Łkał klątwy na sługi Jedynego. Mówił w mowie Germanów i Franków i po łacinie.
Czasem o Elin, a może Helleven… wspomniał? Jedna zdała mu się nieprawdziwa… nie wiedział która. Choć żadna nie istniała w pustce celi nie wiadomo z czego, nie wiadomo gdzie.
Czasem myślał o…
Zamknął oczy.
Gdy je otworzył przed sobą ujrzał ponownie Vsevoloda w towarzystwie na ciemno ubranej postaci, której twarz zasłaniał połać tkaniny.
- Jakże dzisiaj bywasz, przyjacielu mój? - spytał przyjaznym tonem zachęcając berserkera by powstał.
- Dlaczego tyle każesz mi wyczekiwać? - zapytał, utęsknionym głosem. Wstał jednak, chcąc wszystko uczynić by przyjemnym spotkanie było dla… przyjaciół.
- Dzisiaj… - przeżuł to słowo, nie czując fizycznego dotyku pod ustami od tak dawna. Przez ułamek sekundy zerknął na sylwetkę z głodem… i oderwał wzrok raptownie ze wstydem. I strachem. - Dzisiaj rozmyślałem wiele. - wyjawił, jak każdej wizyty.
- I o czymże, mój bracie? - Vsevolod spojrzał ciekawie - Podzielić się ze mną myślami swymi zechcesz?
Powieka zadrżała dramatycznie Volundowi, gdy intensywnie myślał, o czym to był myślał.
- Potwory. - wyszeptał.
- Potwory? - zaciekawione zmarszczenie brwi było reakcją na słowo Gangrela. - Obawiasz się potworów?
- Tak. - przyznał Pogrobiec. Odważył się nawet zerknąć na swego pana - Gdy udaliśmy się w wiking… staliśmy się potworami. Jako potwory, zrodziliśmy potwory… jak w naturze. Każdy czyn dał inny. Kiedy te powróciły… po ich śladach… - zamyślił się i zawahał Volund, nagle skonsternowany. Umilkł zapatrując się w dal, niepewny, gdzie jest.
- Wybacz. - przyklęknął na jedno i drugie kolano. - Marnuję twój czas, a głos twój słodki. Ciszę jeno gwałtem biorę. - berserker zadrżał na całym ciele, wpatrzony w podłoże - ...i może… krwi… nieco.
Poczuł palce włosy jego przeczesujące lekkim gestem:
- A ja przyszedłem się z Tobą o wiking rozmówić - smutek w głosie Vsevoloda słyszalny był aż nadto. Jednocześnie jedna dłoń jego za podbródek Gangrela ujęła by mógł widzieć wyraźnie jak ostry kieł rozdziera skórę na nadgarstku prawicy. - Życzeniem mym jest byś ruszył w podróż.
Słyszał słowa wszelkie, ale nie słyszał ich wcale. Wpatrzony był w jedyne co większą moc jak słowa wampira miało, na ręce czerwień…
...szkarłat co się pojawił.
Była to jedna z ulotnych myśli co czasem wzniecić coś jeszcze potrafiła. Ciało z wzrokiem w ziemię wbitym i obliczem skrytym całe trząść się zaczęło gwałtownie jak emocją niepowstrzymaną trawione, oblicze w gniewną maskę przeraźliwie wykręciło. Jak gdyby Gangrel eksplodować w nienawiści miał.
- Jak każesz. - odparł miękko po sekundzie, całkiem znów nieruchomy.
- Zabierzesz skalda i tę towarzyszkę waszą i ruszysz ku krainie Franków. Dobijecie do Paryża i spotkacie się tam z jedną osobą, która dalsze rozkazy dla was mieć będzie. Zrobisz to dla mnie, przyjacielu wierny? - kropla szkarłatu niby przypadkiem spadła na twarz Volunda. Jak rażony prądem prawie wierzgnął. Oblizał usta, lecz po krew bez pozwolenia nie sięgnął. Podniósł twarz by tuż poniżej oczu Vsevoloda patrzeć. To znaczy…
- Jak ją rozpoznam? - zapytał spokojnie i z przejęciem, jak dobry sługa. Oczy jego zogniskowane znów na nadgarstku, wzrok łapczywy… pożądanie w skurczu wszystkich mięśni twarzy.
- Będzie mieć znak na sobie. Czerwoną różę na tarczy. Zapamiętasz? - dopytywał Vsevolod pozwalając karmazynowej cieczy spływać z wolna na ziemię.
- Oczywiście. - prawie zaskamlał, nawet nie z żądzy krwi, ale czując jak użądlenie fakt, że Vsevolod mógł domniemywać, iż nie zapamiętałby tak ważnej rzeczy. Nie drgnął jednak. - Kim jest dla ciebie? - oczy Pogrobca były nieruchome, ale brwi pełzały jak węże gdy nie był w stanie kontrolować się między upokorzeniem, wstydem, nienawiścią, miłością, przede wszystkim…
Pragnieniem skapującej posoki.
- Abym wiedział… czy chronić. Jak traktować. - zapytał jak dobry sługa by mógł, gotów zadbać członka rodziny lub przyjaciela jego przyjaciela. Jego władcy.
- To jedynie kurier. Jej zleceniodawca zaś - Vsevolod zawiesił głos - to sprzymierzeniec. Co pomoc może od Ciebie otrzymać jedynie jesli uznasz to za słuszne.
Pogrobiec rytmicznie, spokojnie kiwał głową na te słowa, przyjmując je do wiadomości.
- Jeśli okoliczności pozwolą. Albowiem powrócić do ciebie będę pragnął. Jeśli… zezwolisz. - wyszeptał z błaganiem.
- Pozwolę - nadgarstek powędrował bliżej ust Gangrela - jeśli misję swą wypełnisz.
- Nie zawiodę cię. - spokojnie już odpowiedział Pogrobiec - Nie zawiodę cię, Vsevolodzie.

* * *

Volundowi nowe rzeczy przyniesiono. Sługa wszedł do miejsca jego niewoli z ubiorem w ramionach. Po nim wkroczył i Rusin.
- Ubierz się i posil by sił nieco nabrać przed podróżą. Potrzebne Ci będą. - Rusin rzekł bez większych wstępów. Wyglądał na zagniewanego nieco.
Posłusznie Pogrobiec wstał, odzienie od sługi przybierając, niepomny na śmiertelnego jak zawsze.
- Coś na sercu twem ciąży. - odwarzył się jedynie z troską zauważyć, przywdziewając rubę.
- Ciąży. - pokiwał głową rozmówca - Towarzysz twój. Martwię się o niego. Znałem niepokornych jak on. Nie - Prędki w gniewie i bucie. - pokiwał głową Pogrobiec - Wiele w nim… pychy. Nieuchronnie umrze. - zauważył, całkiem już ubrany. Rękoma znów wysięgnął w stronę sługi - tym razem jego pod ramieniem i o plecy ujmując i przyciągając raptownym gestem, zginając nieszczęśnika by siłą kark jego pod same kły swe nastawić. Już usta rozdziawił…
- A jednak… Jest w nim coś niezwykłego… - dokończył, nim w zamyśleniu wbił kły w żeśki, prężny kark.
- O tak. Jest. - Rusin przyglądał się pożywiającemu się Gangrelowi. - W Paryżu… - kontynuował mimo odgłosów pożywiania wypełniających pomieszczenie - Miej na uwadze jego postępowanie. Jeśli by misji zagrażał… usuń zagrożenie.
Pogrobiec ni gestu nie uczynił, na piciu skupiony. Ssał życiodajny płyn, tak słodki na języku, tak odurzający w żyłach. Puścił sługę dopiero, gdy ten zwiotczał mu całkiem w rękach. Usta miał rozdziawione w zachwycie, aż krople posoki z kłów mu skapły na posadzkę.
- Tak… - przymknął oczy, obniżając głowę w niepełnym potaknięciu.
- Znany mi jego temperament… i znam też moc jego. Krwi pełen potężniejszy. - skinął głową - Wyczekuję tego dnia z dawna… kiedy przyjdzie prawdą o nim samym rzucić mu w twarz i klingi zderzyć. - sapnął.
- Cieszy mnie, żeś świadom ryzyka i czynów się nie obawiasz. Ruszycie jeszcze dzisiaj.
Rusin wyciągnął rulon zwinięty i zalakowany z pieczęcią z niewielkiego ptaka przypominającego zwierza.
- Tu glejt wspomniany. W Paryżu pokażecie sygnet mój, i ten glejt osobie wcześniej opisanej. Ona zapewni wam miejsce bezpieczne i pożywienie. Rozkazów dalszych od niej wyczekuj. Miej też baczenie na wiedzącą waszą, boć ona sygnet piastować będzie. Jeśliby Freyvind przekonać ją jakoś do buntu zdołał, również podejmij działania. Wypatruj w okolicy działań ludzi Północy. Ilu zostaje, ilu rusza. - rozkazy padały szybko i rzeczowo.
Volund na nie skinał głową raz po raz rzeczowo. Gdy przestały padać wzrok jakoś nieco powyżej wysokości głowy w ścianę miał wbity, delikatnie pergamin na dłoniach sękatych trzymając.
Coś wspominał, coś… widział. Ja z przeszłęgo życia.
- Wiedząca jest… wielce… - połknął słowo - Nie wiem, czy zdołałbym krzywdę jej poczynić. Leczli i kołek byłem onegdaj gotów użyć, gdy niebezpieczna się jawiła. - pokiwał głową sam do siebie - Wielką miłością darzy jarla Agvindura, a on ją. Zawsze się zastanawiałem… - urwał.
- Nad czym? - Rusin zachęcił Volunda do zwierzeń.
- ...wybacz mi. Ilu zostaje, ile rusza. - podniósł wzrok, palce zamknął na pergaminie. - Jestem gotów. - powiedział z powagą.
 
__________________
Nikt nie traktuje mnie poważnie!
-2- jest offline  
Stary 30-01-2017, 12:42   #5
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Freyvind

W przebłyskach świadomości widywał nad sobą oblicze przeklętego Rusina z uśmiechem nad nim pochylającego się i niosącego ból. Nie wiedział czy kona czy trucizną jakową go Vsevolod częstował.
Czuł na ciele rany co zasklepić się nie chciały czy nie mogły ale i sam ich zasklepiać nie chciał.
Z razu na raz twarz przeciwnika piękniejszą się mu zdawała, być może przez ubytek sił.
Pamiętał smak krwi.
To pamiętał wyraźnie.
I gdy tomność wracała na zmianę przeklinał Vsevoloda i błagał by go nie opuszczał. Czasu poczucie stracił, gdy słowa Rusina w myśli mu zapadały i wwiercały mimo prób oporu. Mimo nienawiści. A wwiercały się one wypowiadane z początku tonem pogardliwym, który w uszach skalda zmieniał się w słodką melodię.
Trzymany na granicy głodu Frey, ni leczyć swych ran licznych acz niezagrażających życiu nie mógł. Krew podawaną przyjmował gdy zmysły do cna ponęcone były.
Gdzieś z dali dobiegał go głos Volunda, co z jego własnymi wrzaskami się mieszał i przekleństwami.
Pomiędzy chwilami przebudzeń i przebicia jawy ledwie odróżnianej od majaków, szybował nad polami Fólkvangr upajając się wiatrem. Postawna kobieta o dumnej i uwodzicelskiej posturze z naszyjnikiem pomiędzy pełnymi piersiami będącym efektem pracy Brsingów, nie patrzyła na niego oczyma Freyi. Miała twarz Chlo. W złożonych rękach krew unosiła jak dar, spływająca jej po przedramionach.
Czerń w jej oczach…
Kolejny spazm bólu i przebudzenie.

At liv skal du spinne...


Zabrzmiało mu w głowie hukiem.
- Tri nornar eg ber - ni to zawył ni zajęczał trawiony bólem. Nie był już związany tak mocno jak uprzednio lecz na próby oswobodzenia się głos kazał mu leżeć spokojnie, grożąc tym co spotkać może Volunda. Głos doprowadzający skalda do Furii a jednocześnie głos jakiego chciał słuchać i słuchać i słuchać…

At liv skal du tvinne...


Nie wiedział czy sam to mówił, czy skąd pojawiało mu się w głowie. Wił się jak piskorz słysząc odchodzące kroki i sam nie wiedział czy błagania dochodzące z jego ust wnikały z chęci bliskości oprawcy aby gołymi rękoma skręcić mu kark, czy z tęsknoty jaką zapowiadało oddalenie.
- Æsir, Nornir, visa Vanir… - szeptał i bełkotał zataczając kręgi nad murami Asgardu gdzie stała na czatach wielka sylwetka patrząca przed siebie. Bez ręki którą odgryzł Fenrir. Nie… Tyr miał rękę. Obie. Nie miał za to oka, a jego twarz wstrząsana była tikiem. Tak dobrze Freyvindowi znanym tikiem.
- Tri nornar eg ber - zawył na powrót wyrwany do świata bólu. Do tu i teraz, choć zagubione i tłamszone czyjąś wolą jestestwo nie wiedziało gdzie i kiedy.
Pogardliwy głos zmieniał się w muzykę dla uszu gdy Frigg pochylała się karmiąc go krwią. To musiała być Frigg, pamiętał tylko piękno, tęsknotę gdy znów odpływał. Już nawet nie słyszał czy wzywał ją czy Vsevoloda, a może nie było różnicy?
- ...binde til rota…

Znów szybował.
By znów się przebudzać i zaznawać bólu.
Nienawiści.
Tęsknoty.
Permanentnego głodu krwi.




Sam nie wiedział kiedy dobiegł go zapach co słodyczą był niczym najlepsze miody na stole w halli Odyna. Poczuł jak zawsze obecność, bardziej niż zobaczył wpierw.
- Freyvindzie? - dobiegło go z niedaleka. Zapach śpiewał mu obietnice rozkoszy dawno nieodczuwanej.
Chciał podnieść się do pozycji siedzącej, ale nie dał rady, był na skraju unicestwienia, ledwo mógł poruszać kończynami. Jednocześnie głowa uciekała mu w kierunku słów jakie dobiegały go… sam nie wiedział ani skąd ani kto je do niego kieruje. Próbował zogniskować wzrok.
- Chlo…? Bjarki?
- Cali, nic im -
uspokajający głos potwierdzająco odpowiadał na ledwo zadane pytania. - Masz napij się. Lecz ostrożnie i niewiele.
Kilka kropli spadło w usta skalda.
Pochłonął je łapczywie spoglądając zaraz na tego, kto stał obok. Twarz Vsevołoda zamajaczyła mu niewyraźnie.
- Ty…! - w głosie jego nienawiść gdzieś w głębi przebijała, ale i przywiązanie i ulga na sam widok. Rzec by mozna: spełnienie.
- Już, już… Freyvindzie… pić nie chcesz? - głos nakazujący się stał. - Głód zaspokoić musisz.
- Chcę… -
wystękał. - Gdzie Elin, Volund, Bjarki… Chlo, Jorik, Karina…
Butelczynę mu Vsevolod do ust przytknął zagłuszając kolejne pytania.
Zawartość jej przyprawiła Freyvinda o ekstazę: mocna, potężna, gęsta niczym miód, ściekała z wolna w chciwe usta….
Pił patrząc na Rusina pytającym wzrokiem, wpatrywał się w usta chcąc by wypowiadały słowa. Słowa kierowane do niego, by je słyszeć i napawać się nimi. Słowa kierowane do kogoś oznaczały poświęcenie mu swej uwagi, a uwaga Vsevołoda poświęcona Freyowi wzbudzała w nim dumę, radość…. Uczucia te prawie przesłaniały chęć złapania skurwiela za szyję i zmiażdżenia krtani, mięśni, oderwania głowy od ciała. Na sama myśl o tym skaldem targnął ból iż w ogóle zagościła w jego głowie, ale i podniecenie związane z samym wyobrażeniem rozdzierania na strzępy oprawcy.
Oprawcy.
Umiłowanego przyjaciela.
Pana.
Wroga.

Pił łapczywie.

Nie pozwolono mu jednak głodu całkiem zgasić. Mężczyzna butelczynę oderwał gwałtownie i rzekł:
- Więcej dostaniesz, gdy mi przyrzekniesz pomoc. - Popatrzył głęboko w oczy skalda. - Bo pomóc mi zechesz prawda?
Chciał.
Bardzo chciał.
Chciał zabić, wyrywać ręce i nogi, jednocześnie oprzeć nie mógł się choćby tak z pozoru niewinnemu pytaniu.
- W czym pomóc? - spytał wpatrując się w bukłaczek w którym było jeszcze tak wiele słodkiego płynu.
- W misji, Freyvindzie. Jeśli ją spełnisz i wolę mą wykonasz, zobaczysz znowu sługi swe. - Vsevolod uśmiechnął się przyjaźnie. Ten uśmiech wyryty miał skald pod powiekami, bo niemal na trwałe przyczepionym był do twarzy Rusina. Niezależnie czy ból zadawał uwięzionemu czy niósł pocieszenie. - Ruszysz na wiking.
- Gdzie oni są? -
Skald zdawał się poświęcić uwagę pierwszej wieści, potwierdzającej, że wszystko z nimi w porządku. - Chcę ich zobaczyć.
- Wykonaj polecenie, wtedy ich ujrzysz. Nie trap się nimi teraz. -
Naczynie znowu powędrowało ku ustom skalda. - Bezpieczni są i równie jak ty skorzy na spotkanie.
- Teraz, chcę ich zobaczyć teraz.
- Rzekłem. -
Vsevolod zmarszczył brwi w smutku i gniewie. - Ruszysz jutro. Wraz z Volundem i Elin - imiona wypowiedziane były z obcym akcentem, zmiękczając ich brzmienie. - Udasz się do kraju Franków z posłannictwem. Volund Ci pomoże we wszystkim, a i Elin do podróży przyszykowana.
- Nie mogę do kraju Franków ruszyć. -
Skald ze smutkiem pokręcił głową, wiedząc iż zadość życzeniu osoby wypełniającej świat jego uczynić nie może.
- Dlaczegóż? - dopytał uprzejmie lecz bez większego zainteresowania Rusin.
- Krew krześcijan przeklęta, zatruta, pić jej nie mogę. Odkąd smakowałem krwi Ulfhedin i Jotunów krew zwierzęca zbyt obrzydliwa bym się częściej nią pożywiać mógł. Nie dla mnie kraje ukrzyżowanego. Śmierć tam dla mnie z braku płynu życia.
- Hmmm... -
Vsevolod potarł dłonią podbródek. - Zaradzimy i temu - w końcu rzucił po chwili dumania.
- Sługi swe ujrzeć chcę - przypomniał Freyvind po chwili milczenia. Wiele go to kosztowało.
- Zobaczysz. Teraz siły zbieraj na wyprawę. - Vsevolod się podniósł. - I pamiętaj by na istnienie swe nie targać się, ni na moją niekorzyść nie działać. - Spojrzał Freyvindowi w oczy. - W żaden sposób.
- Nie mogę do kraju Franków - Freyvind szepnął odwracając wzrok. Nie chciał patrzeć i chciał. Bał się, że widocznym być w nich może jak bardzo pragnął jednego i drugiego o czym Vsevolod mówił by nie czynił. Choć wiedział, że uczynić nie może wbrew woli kata i umiłowanego pana w jednym.
- Rozczarowujesz mnie, Freyvindzie - rzucił Vsevolod wychodząc z celi. Grał na emocjach Lenartssona z wprawą wirtuoza niczym… sam skald do tłumów niegdyś przemawiający.




Vsevolod później niż zwykle Freyvinda nawiedził następnego wieczora, przybywając z postacią zaowalowaną, której twarzy nie widać było jeno oczy ciemne pobłyskujące od czasu do czasu. Sługa idący za nimi, przyniósł również szaty czyste.
- Freyvindzie, czas na przygotowania. Bądź spokojnym, Elin pozdrowienia śle i z niecierpliwością spotkania waszego wyczekuje. Ubierz się i posil. Ruszacie tej nocy.
- Rzekłem ci już, że nie mogę do krajów chrześcijan podróżować. Byłem z wielką armią Ragnara, gdy o krew z wojów naszych nietrudno było. Lubo na wiking jedynie pożogę na wybrzeże nieść i ku naszym ziemiom wrócić.
- Krwi będziesz zdatnej miał aż nadto przeto nie frasuj się i jedź ze spokojem. Pamiętaj, byś pomocnym był ze wszech miar i na mą szkodę w żaden sposób nie działał.
- Skąd mieć ją będę?
- Wyposażonym cię poślę -
ton Rusina nabrał stanowczości.
- Choćbyś i ludzi mi dał Asów i Vanów w sercu mających, wytracić ich może przyjść i polegać jeno na tych co tam żyją. A tam jeno krześcijany.
- Nie jeno -
pokręcił głową. - Wielu tam takowych co w Chrysta nie wierzą - w słowach jego smutku próżno było szukać. - Freyvindzie, czasu mitrężyć szkoda. Czym prędzej załatwisz misję, tym prędzej wrócisz. Do ziemi ojczystej i tego co ci bliskie.
- Bzdura to. -
Skald postąpił kroku ku Vsevołodowi. We wzroku jego jak u szaleńca walczyło uwielbienie i chęć bliskości z nienawiścią i żądzą mordu. - Kraj to Białego, pełny jego wyznawców. Łatwiej tu krześcijan znaleźć niż tam tych co w sercu go nie mają.
- Odpowiedzialnym za Ciebie, tak jak Ciebie czynię odpowiedzialnym za misję co zlecam. Bezpieczny będziesz i pożywienie zapewnione. Dość rozmów. Szykuj się. -
Rusin tym razem zdecydowanym tonem wyrzekł wolę swą niczym innym niż głosem narzucając.
- Nie. - Na twarzy skalda zdecydowanie wręcz desperackie zagościło. - Na zatracenie mnie ślesz, tam mi śmierć jeno z braku płynu życia.
- Potrzebny mi jesteś. Gdybym zatracać cię miał, dawno bym postąpił inaczej niż gościł cię tu. Ubieraj się by ruszać z misją.
- Potrzebnym ci, co chcesz uczynię i potrzebny być przestanę. I szczeznę w kraju chrześcijan bez krwi.
- Gdyby mnie jeno na tym zależało, na twym szczeźnięciu, zezwoliłbym na to pierwszej nocy, gdyśmy się spotkali.

Freyvind nie poruszył się. Na obliczu jego walka widoczna była z samym sobą. Cześć jego jestestwa… ba… przerażająca większość! Chciała i rwała się by polecenia Rusina natychmiast wykonać i wzuć na siebie ubiór. Skald jednak był niesamowicie silny wolą swą, a w głębi wciąż tlił się płomień.

Ogień buntu.
- Wydałeś mnie wilkom. Pół kraju Danów wie, że po zniszczeniu Caeern Úlfhéðnar może i całej północy chcieliby mnie rozszarpać. Zostawiłeś w szczerym polu z dala od ludzkich siedzib, bez krwi w ciele prawie. Gdyby nie sługi Yngviego świetliści, już by mnie nie było.
- Nie jam to uczynił -
Vsevolod stwierdził jeno. - Ubieraj się. - Coś wnętrze skalda napięte jak struna szarpnęło i uginać poczęło.
- Nie! - łamał się, polecenia Rusina były jak młot roztrzaskujący wolę na drobne kawałki. - Nie, póki nie pożegnam się ze sługami mymi, skoro mogę nie wrócić.
- Nie ty tu rozkazy dyktujesz, skaldzie -
ton Rusina złagodniał dla odmiany jego słowom. - Ubieraj, byś godnie wyglądał.
- Nie. Póki. Ich. Nie. ZOBACZĘĘĘ!!!! -
w tonie Freyvinda już jawnie brzmiała mieszanina furii, szaleństwa i ostatnich z ogromnym trudem dobywanych pokładów woli. Dwa kroki ku Vsevolodowi poczynił, podczas ryku jaki z siebie wydał oczy rozjarzyły mu sie czerwienia, kły wysunęły sie doskonale widoczne w szeroko otwartych do krzyku ustach. Przerażająca maska jego oblicze zastąpiła.
Desperackie postępowanie skalda efekty niewielkie przyniosło.
Rusin co prawda brwi zmarszczył i cofnął się nieco w zaskoczeniu lecz miejsca uwięzienia nie opuścił.
- Ubierz się - powtórzył po raz kolejny.
Skald dostał tymi spokojnymi słowami niczym młotem w głowę.
Nie miał już żadnych sił by dalej walczyć.
W jego oczach była jedynie pustka.
Lekko mechanicznymi ruchami zaczął wzuwać spodnie.
- Pożyw się - Vsevolod sługę zostawił wraz ze skaldem zamkniętym.


 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"
Leoncoeur jest offline  
Stary 02-02-2017, 12:55   #6
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Statek



Przez bramy przewieziono ich potajemnie i osobno i przymusowi podróżni zobaczyli się dopiero na statek wstępując. Pierwsza Elin przybyła potem Volund na końcu zaś Freyvinda dowieziono. Skald poruszał się sztywno, bez iskry życia i niecierpliwości w gestach. Statek - znany im, ich własny - obsadzony był jednak ludźmi jakowych pierwszy raz widzieli. Nie było Geira, nie było smutnego Halfdana. Pokład przygotowań został by im niczego nie zbrakło, z zapasami ludzi siedzących u wioseł. Inaczej łódź wyglądała w pełni uposażona. Potężniej. Dostojniej.
A i oni inaczej się czuli widząc siebie wzajem po długiej rozłące, gdy moc przejść i doświadczeń niejaką wyrwą się odznaczyła.

Vsevolod znak dał by statek z portu ruszał i sternik spięty i skupiony kurs wyznaczył.
Ich wyprawę jeszcze jedna osoba oglądała, co po odcumowaniu statku długą chwilę w porcie się stawiła.
Karina w towarzystwie hirdmanów stała na nabrzeżu z dłonią uniesioną chcąc na siebie uwagę zwrócić. Sylwetka dziewczyny zniknęła jednak szybko w ciemności, gdy mocne ramiona ludzi wiosłami statkowi szybkości nadawały.
Skald siedząc przy dziobie wpatrzony nieruchomo pustym wzrokiem w dechy pokładu nawet tego nie zauważył.
Elin patrząca na nabrzeże za Vsevoldem tęsknym wzrokiem ku swemu zaskoczeniu dojrzała sylwetkę dziewczyny.
- Freyvindzie! Karina na nabrzeżu! - Krzyknęła do brata swego krwi i machać poczęła do niej. Lenartsson jednak ani się nie poruszył, głowy nawet nie uniósł.

Pogrobiec ostatni raz uniósł rękę, widząc Vsevoloda na nabrzeżu, od którego się oddalali.
- Dziękuję. - powiedział - Teraz pamiętam. - i odwrócił się do tych, z którymi jeszcze niedawno łączyły go więzy krwi.
Nie czuł nic. Czuł… nie. Czuł z dawną klarownością.
Volund oczyma prędko po załodze łodzi powiódł, nim do Freyvinda podszedł, siadając mu naprzeciw i przyglądając się drobiazgowo.

Volva nad obojgiem stanęła wyczuwając zmianę podświadomie, nie zmieniało to jednak jej niepokoju o nich, szczególnie o zachowanie skalda. Wargi przygryzła przypominając sobie z całą klarownością czego doświadczyli, gdy ona bezpieczna w ukryciu była. Klapnęła obok nich w swych pięknych sukniach prosto na pokład.
- Ja… - Zaczęła niepewnie nie chcąc ich dumy urazić tym, iż wie przez co przeszli. Zamilkła szukając właściwych słów.
Pogrobiec spostrzegłszy ją wówczas głowę odwrócił ku niej, jak gdydby pierwszy raz dostrzegł Widzącą w jej nowych sukniach. Widział ją już oczywiście przed chwilą. Oceniał ją chwilę w milczeniu, nim uśmiechnął się smutno, palec do ust przystawiając.
- Tęsknij. - zalecił jeno z jakimś szaleństwem w oczach.
Zaskoczenie i troska błysnęły w błękitnym oku, gdy na niego pojrzała choć w sercu już czuła rosnący ciężar wraz z każdym uderzeniem wiosła oddalającego ją od Vsevoloda. Sygnet musnęła nieświadoma nawet, iż to czyni i westchnęła cicho.
- Wybaczcie, iż nie zdołałam nic uczynić… - Szepnęła w końcu podnosząc się i oddalając pośpiesznie.

Następna noc

Zostawili za sobą Kattegat i Aros.
Odpoczynek dzienny co siły odzyskiwać zwykle pomagał, ulgi w cierpieniu całej trójki nie przyniósł.
Obudzili się kolejno przy dźwiękach szumu wiatru, chybotania statku i poskrzypywania masztów. Rubaszne rozmowy załogi niosły się echem po wodzie…. Trzydziestu mężów, ciężkozbrojnych czas podróży zbijało opowieściami o wcześniejszych wyprawach i swych doświadczeniach w kraju Franków. Młodzików wśród nich nie było, wszyscy doświadczeni z trzema a i nawet czterema krzyżykami na karku. Szybkie oka zawieszenie ujawniło brak cudzoziemców wśród nich. Trzymali się z dala trójki aftergangerów, z obawą wyraźną i … przestrachem jakby na nich spoglądając. Kapitan włosy na blond rozjaśniane miał i zarost, widać było po ciemnych odrostach wokół głowy, prawa jego ręka mąż bez ucha, wciąż dopytujący i o powtórkę wypowiedzi proszący. Reszta wojów w jedno się aftergangerom zlała po ciężkich przeżyciach.

Volva jak zwykle zbudziła się pierwsza, by zaraz odczuć tęsknotę szarpiącą jej wnętrzności niczym kruk poległych. Wstała ze swej skrzyni i snuć po pokładzie się zaczęła niczym zjawa jakowaś, we włosach rozwianych wiatrem i błędnym spojrzeniem w błękitnym oku. Znała to uczucie. Już kiedyś czuła podobnie, gdy odpływała bez wspomnień ze Skani. Wtedy jeno nie wiedziała skąd ta tęsknota i ból, dziś z pełną klarownością czuła, iż całe jej jestestwo ku Vsevoldowi się wyrywa. A wtedy? Stanęła przy rufie wpatrując się w dal przez dłuższą chwilę. Wtedy towarzyszyli jej niewolnicy, którzy ze wszystkich sił starali się jej myśli gdzie indziej skierować… Teraz… teraz miała swych braci… choć wydawali się bardziej odlegli niż pierwszego dnia, gdy się poznali. Freyvind, Volund. Elin szepnęła w wiatr starając się skupić jedynie na nich. Wycierpieli męki okrutne, ktoś musiał złamać ich wolę nim Vsevolod zdołał ich uratować. Zacisnęła dłonie na swej sukni. Nie zdołała przewidzieć, że zostaną schwytani, że grozi im niebezpieczeństwo… Podobnie było z Agvindurem. Choć powinna, prawda? Powinna wiedzieć, gdy coś złego grozi tym, którzy są jej bliscy, była wszak Wiedzącą! Więź..., więź musiała być za słaba w obu przypadkach. Tak słaba, iż teraz prawie kompletnie jej nie czuła… Nie odważyła się napić wtedy krwi jarla ale wszak od braci już piła. Jeśli się zgodzą… Wieszczka pojrzała w kierunku gdzie ich skrzynie leżały i doszło do niej łupnięcie. Ruszyła tam szybko.
 

Ostatnio edytowane przez Blaithinn : 02-02-2017 o 18:17.
Blaithinn jest offline  
Stary 02-02-2017, 18:49   #7
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Skald obudził się zamknięty w skrzyni pod pokładem i apatycznie leżał bez ruchu w ciemności. Stan jego umysłu przypominał stan jego ciała pamiętnej nocy, gdy przerażony uciekał z chaty przed potwornym obliczem Erika z Tisso. Spoczywając w bezruchu dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że sam w skrzyni nie spoczywa. Tuż obok, wtulone było ciepłe ciało, co policzek oddechem obmywało.
Wrzucenie mu kogoś do skrzyni aby mógł pożywić się podczas podróży nie zdziwiło go. W stanie bliskim apatii niewiele mogło go zdziwić… A jednak martwy sen w czasie dnia pognębionej i złamanej woli skalda pozwolił dojść do siebie. Tyle co nic… choć wewnątrz jego jestestwa znów zapłonął nikły ognik.
Wpatrzony w ciemność zdał sobie sprawę ile już tak leży… Chlothild była zbyt niecierpliwa, nie potrafiłaby wytrzymać i po zbyt długim czasie sama otworzyłaby wieko aby wślizgnąć się choćby do aftergngera. Grim pół wieku spędził służąc nieumarłym i brak ich aktywności po zmroku widziałby czymś dziwnym, niepokojącym. Też by choć sprawdził.
Bjarki, Franka… leciutki płomyk w umyśle skalda tlił się jedynie, ale na samo wspomnienie bliskich mu śmiertelnych jaźń Freyvinda uczepiła się go. Zostali tam, kto wie czy żywi, jego zaś jak wór zboża...
Pod pokładem.
Jedynie z wrzuconym niewolnym aby na kilka dni rejsu mógł pić leżąc w ciemności. Lekki impuls gniewu przepłynął poprzez udręczonego i totalnie złamanego aftergangera.

Nie.

Poruszył się, aby uwolnić rękę spod leżącego koło niego ciała i wybić wieko skrzyni.
Hałas i ruch jego przebudził leżące obok ciało.
Cichutki szept rozległ się tuż obok:
- Panie? - słodki głosik Franki z trwogą, niemal błagalnie prosił by odpowiedź jaką uzyskać.
Freyvind zmartwiał. Zamarł wręcz nie wiedząc czy wspomnienia nie płatają mu figla.
- Chlo… Chlothild? - rzucił bez emocji, ale z napięciem.
Nim odpowiedź uzyskał, zachłyśnięcie się i zduszone chlipnięcie usłyszał. Wyczuł drżenie nerwowe ciała i szelest co zapach kobiety nasilił.
- To ja… - Drżące palce po twarzy go pogłaskały - Nie mogłam cię znaleźć. Szukałam. Nikt nie wiedział gdzie was zabrali. Dopierom jego namierzyła - słowa z ust dziewczyny prędko leciały i szybko zmieniły się w całunki na dłoni Freya składane.
- Jak… jak Ty tu… - Nie wiedział co się dzieje, pytał prawie półprzytomnie. Odruchowo objął dziewczynę ramieniem.
- Uciek..łam - Chlo zachlipała - wtedy ...z chaty… wybacz… nie pamiętam. Przez dni kilka znaleźć nie mogłam, ni śladu. Potem jakoś… - Franka zamilkła na chwilę. - … jakoś znowu mi czas uciekł i czekałam. W pobliżu byłam. Obserwowałam. W końcu … ukryłam się tu, na statku. Nikt nie wie, żem tutaj. Krwi Ci trzeba, panie? - Podsunęła gorliwie ramię. Pod dotykiem drobniejsza się zdawała niż Frey pamiętał.
- Nie trzeba moja miła… - Płomyk w jaźni skalda wciąż tlił się jeno, ale skald uczepił się go desperacko. Dla niej. Dla dziewczyny, która z wierności do niego płynęła w miejsce, które było dla niej gorsze niż Helheim dla kogokolwiek z ludów północy.
- Nie trzeba. Spocznij… spij… Ja… ja… muszę wyjść… - Rozdygotane mięśnie świadczyły, że walczy ze sobą by odruchowo nie wyskoczyć z połowa drewnianego pokładu.

Wieszczka w tym czasie zdołała podejść i nachylała się nad skrzynią.
- Freyvindzie? - Usłyszał jej zaniepokojony głos? - Pomóc wieko otworzyć?
- Odsuń się - dobiegło z głębi skrzyni, a potem bez zbędnego czekania pokrywa wraz z częścią pokładu eksplodowała w faerii drzazg i ułomków drewna, gdy skald z całą mocą naparł i uderzył by niszczyć swe zamknięcie.
Elin odsunęła się i zaskoczona wpatrywała jak skald niszczy skrzynię. Jej oko zrobiło się jeszcze większe, gdy dojrzała Chlo wtuloną w Lenartsonna, który wygramolił się ze skrzyni. Po raz pierwszy od kiedy go ujrzała po rozdzieleniu się w husie, przejawiał jakiekolwiek drobiny woli i przytomności. Twarz jego ściągnieta, udręczona. W oczach desperacja, krańcowa depresja i stan bliski szaleństwu się krył. Wyglądało to jakby ostatkiem sił woli czynił cokolwiek w przytomności zamiast jak podczas wyruszenia niczym żywy trup się jawić.



Kroki swe powolne skierował ku tyłowi okrętu przechodząc obok wieszczki jakby ledwo ją zauważał. Stanąwszy przed sternikiem spojrzał na niego.
- Jak daleko Ribe?
- Ze dwa dni będzie bez ustanku rejsu -
odpowiedział mężczyzna, gdy dopytał już dwa razy w czym rzecz.
- To ty na Lokiego przez Skanie na Morze zachodnie chcesz płynąć? - warknął skald.
Volva podeszła za Freyvindem zaciekawiona i w milczeniu przysłuchiwała się rozmowie.
- Kurs na Frankonię obrany, w drodześmy. - wzruszył ramionami sternik.
- Zmień zatem. Płyń na Ribe - rzekł Freyvind nie znoszącym sprzeciwu głosem.
- Ribe? - Sternik podniósł się nieco ze swego stanowiska. - Nie kazano nam na Ribe… - Zdezorientowany spojrzał po skaldzie by kapitana zaraz wrokiem ściągnąć i po husanotrę sięgnąć.
- Ribe? - Wyszeptała Elin zaskoczona. - Agvindur… Freyvindzie, czemu do Ribe? - Zapytała głośniej.
- Chlothild na pokładzie. - Skald powiedział cicho patrząc wciąż na sternika. - Wślizgnęła się cichcem. Po tym jak uciekła z chaty mnie szukała. Nawet nie wie gdzie płyniemy pewnie… To co przeżyła w kraju Franków... Ja chętniej bym do świata Hel zszedł niż ona tam. Muszę ją na brzeg odstawić. Pod opiekę syna mego ojca.
Wieszczka pokiwała powoli głową, poza tym skoro reszty ludzi Lenartsonna nie było, to Vsevolod nie życzył sobie, by z nimi podróżowali.
- Prawdę powiada. - Zwróciła się do sternika. - Dziewczynę tylko ostawim i ruszymy zgodnie z planem.
- Jaką dziewczynę? -
Kapitan co zbliżył się oczy wybałuszył. - Prócz ciebie - na Elin wskazał - nie ma innych.
- Pierwszy który jeszcze o co spyta miast statek na Ribe obrócić, wpław do brzegu popłynie. -
Skald nie wydawał się aktualnie być amatorem głębszych dyskusji.
Kapitan skinął głową sternikowi.
- Nikogo nie ma na drakkarze prócz nas - odparł skaldowi raz jeszcze. Po czym szeptem dorzucił coś do najbliższego wojownika co zbliżać się począł.
- Jest. Ribe. - Powiedział skald na pozór spokojnym tonem.
Wiedząca brwi zmarszczyła słysząc fragmenty rozmowy i nie wiedzieć czemu chłód nagły poczuła.
- Jest. - Potwierdziła spokojnie przyglądając się jednak załodze lekko niepewnie. - Pan Vsevolod życzył sobie, byśmy jeno w trójkę do kraju Franków się udali, więc zgodnie z jego życzeniem odstawimy dziewczynę i płyniemy tam gdzie trzeba. - Dodała łagodnie.
Sternik kurs zmieniwszy spojrzał na volvę i skalda.
- Możem do Aros zawrócić. - Przyglądał się obojgu jak ludziom co piątej klepki brak.
- Vsevolod nie chciałby aby misje opóźnić. - Pokręcił głową Freyvind. - Aros wracać trzeba, a Ribe prawie po drodze.
Sternik mruknął coś pod nosem i wrócił na swoje poprzednie siedzisko.

Woj co do nich uprzednio podszedł ruszył ku skrzyni zajmowanej przez skalda uprzednio. Najwyraźniej planował sprawdzić jej zawartość. Zajrzał, rzucił spojrzeniem na skalda i Elin i …wyprostował się aby wrócić do zgromadzonych przy rufie.
Wzruszył jeno ramionami i głową pokręcił.
Volva pod boki się wzięła.
- Pan Vsevolod nie powiedział, iż Wiedzącą na pokład zabieracie? - Zapytała ostrzej, wymawianie imienia Rusina troszeczkę łagodziło tęsknotę. - Dostrzegam to, czego Wasze oczy nie potrafią zobaczyć i jeśli mówię, że mamy dodatkowego pasażera, to mówię prawdę. Myślicie, że dla głupiego żartu bym pana Vsevoloda polecenia naginała? - Spojrzenie jednego oka wbiło się w kapitana.


 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 02-02-2017 o 18:52.
Leoncoeur jest offline  
Stary 03-02-2017, 23:27   #8
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Obute kroki drętwo kroczącego Pogrobca dosłyszeli, co musiał ze skrzyni powstać i szukać ich zacząć. Podchodził spokojnie, przysłuchując im się uważnie.
Elin widząc, że kapitan nie wnosi więcej pretensji obróciła się w stronę, z której kroki Volunda rozbrzmiewały. A więc zbudzili się oboje, dobrze. Poczekała, aż berserker podejdzie i rzekła do obojga aftergangerów.
- Chciałabym z Wami pomówić. - Rzekła oficjalnie próbując zapanować nad obawą, iż Vsevolod nie będzie zadowolony ze zwłoki w drodze ale z drugiej strony - mieli płynąć sami. Przecież nie wyrzucą Chlo za burtę!
Skald prześlizgnął się wzrokiem po pięknej sylwetce berserkera, ale próżno było szukać w tym jakichś emocji. Wzrok miał półprzytomny wciąż, jakby trzymał się jednej myśli pozwalającej mu przełamywać apatię z poprzedniego wieczora. Zdecydowanie widoczne w rozmowie ze sternikiem i kapitanem drakkara jakby przeminęło, gdy smok został skierowany wedle jego woli na nowy kurs. Wróciło zagubienie, ale nie wyglądał tak jak gdy Vsevolod przyprowadzał go na nadbrzeże.
Pozwolił się poprowadzić volvie jak dziecko, choć wciąż drzemała w nim ulotna nic woli.
- Mówiły. - odparł ospale jak niedźwiedź berserker, choć na skalda wzrok jego spoczął. Na chwilę nim w jedno oko się wpatrzył. - To czego chcesz to mówić na osobności. - i ustąpił jej miejsca, by wrócili do ich skrzyń.
Wieszczka powiodła więc Lenartasona za sobą próbując myśleć jedynie o tym co ma zamiar teraz zrobić i starać się nie zwracać uwagi na rosnącą dziurę w jej sercu. Gdy stanęli przy skrzyniach pokierowała skalda by usiadł i jeszcze raz pojrzała na obu zmartwiona, po czym westchnęła ciężko i zaczęła mówić.
- Wiem co Wam uczyniono, nim pan Vsevolod Wam pomógł… - Spuściła głowę na chwilę dając im moment dla siebie, po czym kontynuowała. - Nie zdołałam tego przewidzieć… Tak samo jak nie zdołałam przewidzieć tego co stało się z jarlem Agvindurem… Nie chcę… Nie chcę więcej czuć się tak bezsilna. - Zacisnęła pięści. - Mamy nową wspólną misję i… chcę być pewna, że będziecie przy niej bezpieczni, że w porę zdołam przewidzieć, iż coś może Wam grozić, gdyż w końcu powinnam móc to uczynić… Dlatego mam prośbę. - Mówiła coraz szybciej bojąc się, że nie starczy jej odwagi lub, że jej przerwą. - Pozwólcie mi wypić znów swoją krew, by więzi zacieśnić i dzięki temu wzmocnić moje zdolności w wyczuwaniu Was. - Ostatnie słowa były szeptem, by nikt poza nimi z całą pewnością jej nie usłyszał. Głowę spuściła czekając na to co powiedzą.
Skald nie odezwał się ani nie poruszył patrząc w fale. Pogrobiec natomiast przyglądał się jej ze zmęczonym uśmiechem i groźnym błyskiem w oku.
- Kochasz Vsevoloda, czyż nie? Krwiś jegoś pełna?
Spojrzała zaskoczona na berserkera.
- Nie piłam jego krwi… - Odrzekła niepewnie po czym znów zawstydzona wzrok spuściła, gdyby mogła z pewnością by się zarumieniła niczym młódka. - Nie wiem… czy to co czuję… Za szybko by tak powiedzieć… Ale pan Vsevolod… jest dla mnie ważny.
- A chronić chcesz to, co doń czujesz? - zapytał Pogrobiec. Wzrok od oka jednego oderwał, począł kręcić się szukając rzeczy na drogę. Pergaminu. Ubrań. Naczyń jakowychś.
Pokiwała prędko jasną głową zerkając na niego.
- Albowiem… - uniósł jaki pucharek, zerkając od spodu czy nie dziurawy - Gdybyś krwi naszej wypiła, umarłaby ta miłość. Na nas byś ją przerzuciła. - podszedł do Freyvinda, zerkając mu prosto w oczy.
- Jeśli uczucie prawdziwe, to nawet więź krwi niczego nie zdziała! - Obruszyła się Elin.
- Bestia w nas drzemiąca… - szepnął skald patrząc na Volunda, choc wzrok jego jakby ogniskował się jakby poza czaszką berserkera. - Krew i mord, dwie w sobie mam od dni kilku, juz nie jedną. - Wyglądał jakby miał zapłakać.
- Przestań mię udawać. - Pogrobiec skomentował zapatrzonego w nicość i prawiącego jak szalony mistyk skalda - Potrzeba twej siły. Twego ognia. - od niechcenia,jak w każdym ruchu, brzegiem dłoni twarz skalda hańbiąco, a nie silnie uderzył.
- Ogień. Niszczycielski żywioł ojca Fenrira. Płonie zawsze. chrustem jestem cały żywot. - Frey uniósł oczy i spojrzał bardziej przytomnie na berserkera. - To co każe mi mordować za krwią idąc znam i zwalczam od lat wielu. Ale… - zawahał sie i krew zagościła mu w kącikach oczu. - Kocham go. A drzemie we mnie bestia druga która chciałaby łeb jego w ręku oderwany od ciała widzieć. I ból mi sama mysl sprawia…
Volva patrzyła, to na jednego to na drugiego nie bardzo rozumiejąc co się dzieje.
- Kochasz pana Vsevoloda? - Zapytała zadziwiona. - Ale… jak to… Nie wiedziałam, że Ty za mężczyznami….
- TO KREW! - ryknął zniecierpliwiony Pogrobiec, a twarz jego wyraz przybrała, jakby gniew i żałość po równi go tliły - Krew to fałszywą miłość ściąga, pęta, jak do ojca, jak do brata, jak do matki i do niewiasty. Wielem niewiast kochał w swoim życiu. To co innego. I jam rozdarty jak ty, jeno… - oddychał głęboko - Dłużej żem nawykły nienawiść kryć.
- WIEM CO TO KREW - ryknął Freyvind. Przy jego stanie było to tak znienacka, że dwóch wioślarzy siedzących na ławkach z zaskoczenia az wykopyrtnęło się. - Wiem dobrze! On mówił mi o bogu jedynym gdym po starciu z Erikiem zbieżył i gdy w Helheim mnie wtrącił. Ja nie mogę krwi sług Białego…. - urwał jakby ten przebłysk gniewu był czymś za wiele jak na ledwo budząca się stłamszona wolę.
Pogrobiec usiadł ciężko, plecami o burtę się wspierając i pucharek w obie wielkie dłonie skrywając.
- Wszystko to jest… wielce nostalgiczne.
Elin na wybuch Volunda, gdyby mogła pewnie jeszcze bardziej by pobladła, krok przestraszona zrobiła, później Freyvind jeszcze wrzasnął. Krew? Ale ona przecież...? Obudziła się syta, nakarmili ją, gdy była nieprzytomna… Ręka jej do gardła podeszła. Tęsknota na statku ze Skanii, tęsknota tutaj… Wizja Vsevoloda uśmiechającego się nad udręczonymi jej braćmi.
- Nie…. - Szepnęła siadając ciężko na pokład i złapała się za głowę chowając twarz w ramionach. - Nie.. nie nie…
- Popłyniemy do Ribe, zostawię Chlo. Ona tam… oszaleje gdy sam brzeg zobaczy, a ze znanego rodu - Frey mówił cicho - rozeznaja ją… Uczynim co Pan kazał. Wrócimy. Po stokroć wrócić chcę… by usmiechnął się bym mógł sięgnąć, zabi… bym… - Frey opadł na deski obok volvy.
- Nie dopłyniemy… - Szepnęła.
- Wiecie… - zaczął Pogrobiec, gdy palce przejrzał co na nich szpony wyrastać poczęły powoli - Nakazał mi zabić was, jeśli misji zagrozicie…
- Ale ja chcę płynąć do kraju Franków… - Spojrzała bardziej oburzona, że myśli, iż miałaby nie wykonać polecenia pana Vsevoloda niż przestraszona ostatnimi jego słowami. - Ja tylko chciałam… - W zasadzie już nie wiedziała co chciała. Słowa, myśli, uczucia wszystko tak skłębione i pogmatwane, że jak to się nie uspokoi to oszaleje… i ta ostatnia myśl była wybawieniem. Oszaleje? Przecież ona już była szalona. Zaczęła się śmiać przez łzy i podnosić na nogi. Kochała pana Vsevoloda i pragnęła bezpieczeństwa swych braci, nie wiedziała czemu jedno miałoby przeszkodzić w drugim.
- Chciałam być pewna, że dzięki więzi lepiej wypełnię prośbę pana Vsevoloda. - Dokończyła uśmiechając się smutno. - I do Ribe pewnie nie dopłyniemy. Słyszałam co kapitan mówił… Mają na dzień odczekać i sobie wtedy poradzą… - Mruknęła lekko. - Nie wiem co wtedy się stanie… Wiem, że tęsknota zżera mnie coraz bardziej…
Wzrok skalda skupił się na pazurach woja z rodu Odindisy jakby chłonął ten widok z radością, z oczekiwaniem.
- Ból… - szepnął. - Ból walki z samym sobą. Pięć dziesiątek lat w nocy żyję, takiego nie zaznałem. - Uniósł głowę spoglądając na berserkera, ręką jakby w majaku zbłądził ku jego dłoni lekko muskając sękate palce z których wyrosły szpony. Siedział bezruchu jak w chwili kiedy oklapł na deskach pokładu, a zadzierając głowę by patrzeć mu w oczy bezbronnie odsłaniał gardło. - Ból wielki. Jeżelim zagrożeniem dla misji naszego pana, zrób bracie co musisz i co chcesz - powiedział cicho. - Przysięgnij mi jednak na to cośmy nad Engelsholm zawarli. Frankę na brzeg wysadzisz przed krajem Franków. Chocby sprzedasz ją dzikim Fryzom ku ich przyjemności. O to tylko cię proszę.
Pogrobiec do przyucnięcia przeszedł i przybliżył się do Freyvinda.
- Nim ukojenie podaruję, rzeknij mi jedno. - postukał ręką kielich.
Wieszczka natychmiast znów na kolanach się znalazła rękę pomiędzy dwóch berserków kładąc.
- To ja zaproponowałam ten szalony pomysł! On niczemu nie winien! - Spojrzała Volundowi w oczy z mieszaniną strachu i smutku.
Odczekał chwilę.
- Masz oko, ale nie widzisz. Nie lękaj się. Mówię jeno z bratem… ofiarować mu chcę co pragnie. - powiedział zmęczony, ale… przyjazny.
Zdezorientowana już kompletnie przyglądała mu się jeszcze przez chwilę po czym cofnęła ręką siadając obok tak by ramiona mogły objąć jej kolana. Pan Vsevolod będzie zawiedziony… Wyprawa ledwo się zaczęła, a ona zagroziła jego planowi. Nieświadomie ale jednak… Ale czy to rzeczywiście była prawda? Pan Vsevolod spętał ich więzami krwi? Przecież on był taki dobry... Czoło o kolana swe oparła próbując poradzić sobie z tym co się z nią dzieje.
- Co mam rzec? - spytał skald wpatrując się wciąż w berserkera.
- Nigdy w życiu towarzyszy co krwią pojeni nie miałem… i o nią chcę zapytać i Bjarkiego. - zaczął Pogrobiec temat, który ileż razy prawie konflikt między nich zaprowadził - Drodzy ci. Najdrożsi w tym świecie. - chciał się upewnić.
- O krew? Pytaj, co wiem powiem ci.
- Lecz prawda to. Najdrożsi ci…? - naciskał, chcąc wiedzieć.
- Krew… - Frey odwrócił na chwilę głowę. - Prawdę rzekłeś, krew niewolę niesie. - Znów wrócił spojrzeniem patrząc w oczy Volunda. - Krew niewoli wbrew woli. Ich kocham sobą. Jako i was za brata i siostrę mam nie przez krew nad jeziorem spitą, a za to że z woli swej przed Asami i Vanami się na to targneliśmy. A teraz… - Po policzkach skalda spłynęła krew.. - Najdroższy mi Vsevolod…
- Tak. I wiesz to. Oni najdrożsi ci… i wolność ci droga, wiem to. Zatem… dlaczego? Dlaczego swobodę miłując i Chlo i Bjarkiego za rodzinę mając krwią ich poisz? - ostatnie słowo wybrzmiało jak “pętasz”, choć… Volund zapytał, bez osądu w głosie.
Elin tymczasem w ogóle ich nie słuchała mówiąc coś do siebie pod nosem i kołysząc się lekko. Vsevolod pastwiący się nad jej braćmi i Vsevolod rozmawiający z nią łagodnie przekonany, iż jest w stanie dokonać rzeczy wielkich. Te dwa obrazy nijak do siebie nie pasowały.
- Wiesz… wiesz że Bjarki byłby jednym z lepszych obdarowanych spuścizną Canarla? - Skald usmiechnął się jakby do siebie. Wzrok jego znów uciekł za czaszkę berserkera. - W prawie uczony. Pełny chęci pomocy słabszym, bezlitosny dla tych co tradycji nienawistni. Spokojny, wyważony. Byłby pierwszym… Lepszym niż ja. On słońce kocha. Nie mógłbym mu uczynić tego… dać mu dar. Wbrew. - Spojrzenie zogniskowało się. - Siedem lub osiem dziesiątek lat miał gdy pan jego zniszczony został. Bez mej krwi kości zostaną. Chlo zaś… - Bezwiednie uciekł wzrokiem ku dziurze jaką wybił w pokładzie nad swoją skrzynią. - Chlo po prostu tego chce, pożąda. Nie nasza w myśli, nie bogom hołubi…
Pogrobiec pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Miałem onegdaj za brata krwi w gorącym źródle skąpanego woja. I… - zerknął na szepczącą Elin - Jako obcy przybyłem walczyć dla męża, z którym honor mię uwiązał.
- Pamiętasz jak krew chciałem dać swą Gudrun? - Skald przerwał berserkerowi. - Gdy jako wilk poraniona pod głazy Jelling przyszła ledwo żywa. We mnie krew silna jotunów buzowała. Nie spętać chciałem. Uleczyć mocą co we mnie. Zła była. - Minę miał stropioną gdy to mówił. - Rzekłem jej, że ja bym z niej z woli swej wypił. Jako z was, nad Engelsholm. - Jak na jego stan dość hardo głową podrzucił. - Krew pęta. Sami wybieramy komu chcemy się spętać dać. Prawie zawsze…
- Za potwarz to wzięła, jej wolność droższa nawet niż tobie. A ty… spętanyś wciąż przez Stwórcę twego? - zagaił Pogrobiec.
- Eyjolf opuścił mnie. Opuscił gdym ledwie dziecięciem był w mroku. Agvindur mnie chował. Spętanym? Nie wiem. Od dziesięcioleci go nie widziałem. Co wazniejsze Volundzie? Uwiązanie honoru z bratem krwi w źródle gorącym skąpanym? Czy łyk krwi zwykły, bez chęci…
- Obaj wiemy co ważniejsze, Freyvindzie. - złożył dłonie na pucharze, patrząc niewyraźnie na skalda - Lecz co silniejsze...?
- Silniejsze… - Frey spojrzał na volvę miękkim wzrokiem, po czym przeniósł go na berserkera. - Silniejsze nasze przekleństwo co darem jest Odyna.
- Czyim darem… przekleństwo Vsevoloda? - zapytał, ogniskując szkarłatne oczy na skaldzich.
- Vsevolod… - skald powiedział jakoś dziwnie miękko, ale z jakimś ulotnym tonem wściekłości w głosie. - Przeciez nie mógł dać mi krwiii!!! - zawył. - Ja nie mogę. Próbowałem. Rzygam. Przeklęta chrześcijańska - toczył nieprzytomnym wzrokiem.
- Tedy albo on nie krześcijan… albo ci ją wtłoczył prosto do żył, jak Bizanty robią gdy śmiertelnych ratują. - skwitował Pogrobiec - A byli tedy w mieście.
Volva uniosła wzrok, na gwałtowniejszą reakcję skalda.
- Pan… Vsevolod… Was… dręczył? - Zapytała nagle walcząc sama ze sobą.
- Złamał nas. - wymruczał z umiłowaniem Volund, przymykając oczy - Uczynił swoimi… na ile mógł.
- Obdarował. Ból niosąc. On… dobra naszego… - Frey znów złapał się za głowę. - On… - Spojrzał znów na berserkera. - Jeżeli krew… niewoli… chcę w niej być. I nie chcę. Nawet nie wiesz przez co przeszedłem… sprzeciwiałem sie. Jakby każde słowo wyrywało mi z ciała część. Volundzie… - ręka Freyvinda zacisnęła się na ręce Pogrobca nie bacząc że kaleczy się i krew spływa im po dłoniach. - Jakby co się zdarzyło. Tylko o to proszę. Chlothild nie dopuść do kraju Franków.
- Nie wierzę… - Wyszeptała. - Nie chce wierzyć… ale i wierzę… - Pokręciła głową. - I nawet gdy wierzę to nie zmienia tego co czuję! - Wstała gwałtownie i odeszła kilka kroków wpatrując się w morze i próbując uspokoić. Powinna być wściekła za to co im zrobił, powinna wyć, a ona? Ona trzęsła się na samą myśl jakby pan Vsevolod zareagował, gdyby ich teraz usłyszał.
Pogrobiec szybkim ruchem wyciągnął rękę ku twarzy Freyvinda, jakby chcąc ją rozpruć jednym ruchem pazurów… Dotknął palcami twarzy, ujmując w jedną rękę. Przez chwilę jak gdyby mierzył się z myślami.
- Nic nigdy nie jest tak łatwe. - odmówił śmierci skaldowi. Zsunął rękę pod jego własną, krwawiącą, przyłożył raną nad kielich i bardziej jeszcze pazurami rozerwał.
- Dwie tylko rzeczy są nad miłowanie... - wymamrotał, niedbale krwią Freyvinda puchar napełniając.
Ten patrzył na to bez emocji po chwili głowę spuszczając. Berserker przerwał upuszczanie, rękę aftergangera układając mu na podołku i do volvy się obrócił.
- Twoją również. - zażądał.
Wzrok od fal odwróciła, by spojrzeć na Pogrobca dopiero teraz dostrzegając co czynił.
- Ale… Mówiłeś, że to uczucia do pana Vsevoloda osłabi… - Rzekła cicho wpatrując się w naczynie niepewnie.
- On tu przybył zabić bogów. - powiedział Vsevoloda opisując jak najgorzej potrafił. - Volvą jesteś. Winna jemu czy Najwyższemu posługę? - głos Pogrobca drżał z każdą sylabą sprzeciwu.
- Ja…- Zawahała się choć słowa Volunda wstrząsnęły nią dogłębnie. Krok ku nim jeden uczyniła. - Ale nie możecie więcej mej krwi wypić... - Rzekła zmartwiona robiąc kolejny krok.
- Będziemy pić i pić… - oczy Volunda błagały Elin o działanie - Aż więcej aniżeli jego nas samych w nas będzie. Aż my będziemy znów najważniejsi! - odstawił puchar i klęcząc nad nim rozpruł sobie przegub nad nim, dodając własnej krwi do Freyvindowej.
- (...) Szósty krok z zaciśniętymi zębami, jako akt siły woli, na przekór tężejącym mięśniom. Siódmy, na sztywnych nogach, z potem na czole. Ósmy krok chwiejny, przedostatni. Z dzikim śmiechem na ustach (...) - Zanucił Freyvind o Thorze rażonym jadem Węża swiata w jego ostatecznym zwycięskim boju w Ragnarok.
Patrzyła na nich i przyklękła ciągle z niepewnym wyrazem twarzy. Nie chciała widzieć w ich oczach tego co widziała teraz, przerażało ją to bardziej niż cokolwiek innego. Jeśli wspólne wypicie krwi mogło im pomóc… Jeśli w ten sposób odzyskają znów dumę i skradzioną im godność. Wieszczka drżała cała, gdy przegryzała swój nadgarstek i nadstawiła go nad naczynie. Pan Vsevolod kazał jej jechać do Franków. Nie wspominał, iż nie może pomóc swym braciom.
Pogrobiec na kolanach wziął kielich w obydwie dłonie i uniósł nieco. Mierzył się z posoką wzrokiem.
- Tak będzie lepiej. - wyszeptał do Norny wiedzą kogo i upił głęboki łyk, zatrając się w smaku krwi. Odstawił go po chwili, gdy posłuszeństwo ich mistrzowi walczyło z instynktem w imię desperackiego planu, który nie musiał zadziałać, a twarz o zamkniętych oczach, lico było wykrzywione grymasem.
Otworzył szkarłatne oczy patrząc na Freya.
Skald patrzył bez wiekszych emocji. Dopiero po chwili sięgnął po kielich.
- Choćbym spętany, miłość i przyjaźń oddać mogę. - Patrzył na kielich i nie mógl się przemóc, jego wzrok powędrował ku dziurze w pokładzie. - Chichot Norn, pęta Fenrira. Szczek Garma niweczący łancuchy. Wierność. Przekleństwo. Braterstwo… - Spojrzał berserkerowi w oczy. - Prośba.
Wychylił łyk z pucharu.
Wieszczka obserwowała to z rosnącym przerażeniem i wszystkie swe siły skupiała by nie uciec ze swego miejsca. Z trudem wzięła kielich z rąk skalda i spojrzała w czarę. Szarpnęło nią, musiała ponownie na swych braci spojrzeć. Cierpieli gdy ona bezpieczna i bezsilna czekała aż ktoś raczy ją wypuścić. Dłoń z naczyniem powędrowała do ust. Złapano ich, bo się rozdzielili. Przechyliła kielich by upić głęboki łyk. To teraz się nie rozdzielą. Przełknęła krew i szybko odstawiła puchar na ziemię drżąc cała.

Chwilę później Elin na swych braci krwi spojrzała przerażonym wzrokiem.
- Co myśmy uczynili? - Wyszeptała. - Co my najlepszego zrobiliśmy? - Zerwała się na nogi i odeszła szybko od obu aftergangerów obejmując się. Zawiodła pana Vsevoloda… Chciała dobrze ale całą sobą czuła, że on nie byłby z tego zadowolony. A on był dla niej taki dobry… Zerknęła na pierścień, który jej podarował dostrzegając jakiś znajomy wzór ale otchłań rozpaczy zbyt szybko wciągała ją w swe głębiny, by ją to zainteresowało. Z błękitnego oka popłynęły krwawe łzy, gdy całowała sygnet.
- Wybacz mi… - Szepnęła. - Nie chciałam… Nie mogłam patrzeć jak oni… - Za głowę się złapała. Zaufał jej. Zaufał, ważną misję powierzył. A ona znów zawiodła… Gdziekolwiek nie pójdzie… czegokolwiek się nie dotknie… wszystko w pył się zmienia. Przeklęta, jest przeklęta… Załoga musiała się jej dziwnie przyglądać, gdy miotała się po pokładzie to w jedną, to w drugę stronę. W końcu z jękiem niczym ranne zwierzę pobiegła do swej skrzyni, by tam się skryć.
- Vsevolodzie… Vsevolodzie… - Znów chciała go ujrzeć, nawet jeśli miałby być zły, wściekły… Tylko nie rozczarowany… nie zawiedziony... Niech zrobi z nią co zechce… Niech ją dręczy i przynosi ból, tak jak to przyniósł go jej braciom... byle tylko ta tęsknota zniknęła, byle to poczucie winy nie rozrywało jej serca na pół.
W najgłębszej ciemności swej rozpaczy nagle twarz Rusina jej się ukazała. Uśmiechnięta nieznacznie. Gdy rękę ku niemu wyciągnęła rozwiała się niczym mara, a w jej miejsce inne oblicze ujrzała. Kobietę… o oczach ciemnych i zimnych niczym lody Jotunheimu. O włosach kruczoczarnych i brwiach ciemniejszych niż u Vsevoloda. Zafascynowana volva na chwilę zapomniała o swym bólu. Jej Pan jest kobietą? Przypomniała sobie wypielęgnowaną dłoń Rusina, gdy ujął jej rękę witając się. Głębiej… więcej… Chciała wiedzieć więcej… Jeśli pozna ją lepiej… lepiej służyć będzie…
Przesuwała przy tym po sygnecie pieszcząc go smukłymi palcami. Im głębiej w mroczne oczy wizja ją wciągała, tym bardziej miała wrażenie, że coś z drugiej strony do niej śpiewnie woła, wciąga, wsyssa niczym uroczyska, niczym bagno. I niczym piorunem trafiona nagle zamarła czując pod palcami coś czego wcześniej nie dostrzegło oko.
Grawerunek na sygnecie… w maskę się układający…
Maska, którą pierwszy raz ujrzała w tej dziwnej wizji o tronie, maska pod którą Leiknar gdzieś odpływał, maska, którą widziała za tronem Einara… A teraz tu… Na jej palcu… Kim jesteś? Zawyła chcąc utonąć w czerni Jej oczu.
 
Blaithinn jest offline  
Stary 04-02-2017, 11:36   #9
 
Blaithinn's Avatar
 
Reputacja: 1068 Blaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumnyBlaithinn ma z czego być dumny
Pogrobiec chwilę wzrokiem wodził za zdesperowaną Widzącą aż mu z oczu znikła. Podniósł się ciężko, cały czas o burtę opierając. Prawie zataczał się do skrzyni swej zmierzając i chwiejnie o nią oparł, z trudem przestąpił jedną nogą i na chwilę w niej znikł. Mógłby Freyvind podejrzewać, że Gangrel ułożył się do pustego stuporu, ale po chwili usłyszał odgłos łamania i pękania podłoża skrzyni. Długie minuty później blada, upstrzona czarnymi witkami żył sylwetka wyłoniła się ponownie - z fragmentu deski dwa płaskawe kołki Gangrel pazurami ostrzył.
- Chcę… - Znów przysiadł naprzeciwko, kłami wygryzając drewno jak berserkerzy co w sagach tarcze gryzą przed szałem. - ...byś w swej skrzyni się ułożył.
Skald nie reagował jednak wpatrzony w fale. Poczuł po chwili jak wielki bladolicy unosi go prawie równie beznamiętnie pod ramię i ku skrzyni prowadzi.
- Pewnego dnia… - sapnął, jeszcze trudniej idąc z bratem niż sam - ...w naszej obietnicy Ragnarok… Zgładzę cię. Lub ty zgładzisz mnie. Ale nie teraz. Nie tutaj. Nie tak. - odsunął denko jego skrzyni by skalda wewnątrz wygodnie ułożyć.
W środku leżącą Frankę zobaczył co wciśnięta w bok skrzyni, niemal w pozycję dziecka zwiniętą była. W bladym świetle księżyca jej jasne włosy zalśniły srebrzyście. Przebudziła się nieco na dźwięki wyraźne i oczy uniosła na Volunda i skalda.
- Och… zapomniałem o tobie. - rzucił berserker, ujrzawszy Frankę - Pomóż mi… - rzekł, w skrzynię skalda układając. - Do Ribe płyniem. Ale musim obaj kołki w sercu nosić. - wyszeptał.
- Czemu? - wydęła usta w zaspanym zamyśleniu.
Volva słysząc jakieś zamieszanie w pobliżu uniosła się ze swej skrzyni i pojrzała na Pogrobca składającego skalda jak do spoczynku.
- Widziałam… - Zaczęła nagle. - Ujrzałam prawdę o naszym Panu! - Oznajmiła uroczyście gramoląc się ze swojego schronienia podekscytowana.
- Brzmisz jak krześcijanka. - rzucił do volvy z grymasem Pogrobiec po czym do Chlo się zwrócił - Jesteśmy w mocy innego afterganger. Nie wiadomo co uczynim. Bacz byśmy do Ribe dotarli. - ułożywszy skalda, jeden z kołków dobył, oparł koniuszek o pierś skalda.
- Teraz jest czas, Elin, jeśli co jeszcze chcesz Freyvindowi rzec nim dotrzemy.
Wieszczka pojrzała kompletnie zszokowana na berserkera.
- Co Ty… Volundzie… Co chcesz uczynić. - Rękę jego schwyciła. - Na co… to wszystko.. było… skoro teraz go kołkiem chcesz przebijać?!
- Nie wiem. Nie czuję różnicy. Wpierw on, potem ja. - szczęka Pogrobca naprężona była do granicy - Więcej czasu nam trzeba… do Ribe. Nie wiem co zrobię jeśli… tego nam obu nie uczynię.
Elin zamarła i ona nic nie czuła, prawda to była…
- Vsevolod… - Zaczęła i pierwsza myśl jaka ją naszła to czy Pani życzyłaby sobie, żeby zdradziła jej prawdziwe oblicze. Wargi zagryzła i popatrzyła na obu mężczyzn. Co im da ta wiedza? Pogorszy jeno wszystko fakt, iż to kobieta zdołała złamać ich wolę. - Pierścień… pierścień, który otrzymałam… - Wskazała na sygnet. - Ma ten sam wizerunek, którym na żaglu Leiknara widziała… ten który był za tronem Einara.
- ...dogłębna to prawda w tej chwili. - cynicznie skwitował Gangrel, przebijając pierś Jarla Bezdroży. Całe ciało naprężone miał z wysiłku. Walczył nie z oporem materii, ale własnych okowów uczuć. Drżącą dłonią przymknął jego skronie. Ostatni raz zerknął na Chlo.
- Czegoś ci trzeba nim i ja... usnę?
- Nie! - Próbowała go wstrzymać ale za późno już było, zamarła z ręką wyciągniętą w rozpaczliwym geście. - Oszalałeś… To moja wina… - Cofnęła się o krok przestraszona, a potem jeszcze jeden.
Franka patrzyła jedynie z nienawiścią na Gangrela.
Płonące oczy wyglądały strasznie w wychudłej twarzyczce. Wspięła się na ciało skalda i … zawarczała głosem nie swoim, wprawiając w osłupienie pobliskich wojów.
Rysy twarzy napięły się naciągając skórę na delikatnych dotąd kościach policzkowych.
Słów jakie padały z ust dziewczyny nie znał ni Volund ni Elin. Co gorliwsi norsmani po broń sięgać zaczęli…
- Spokojnie… - Volva starała się by jej głos brzmiał opanowanie. - Odsuń się, to wyciągnę z niego ten kołek… - Stała jednak w miejscu nie chcąc prowokować demona. - Albo sama to zrób.. A Ty Volundzie lepiej się odsuń…
Czarne oczy zwrócił się na Elin na ułamek sekundy, na jedno mrugnięcie oczu, po czym znów wzrok swój skupiła na Gangrelu. Wdrapała się przy tym i kucnęła jak pies stróżujący na ciele Freyvinda.
Pogrobiec wtem Frankę na wyciągnięcie ręki mając potężnie krwią był mocny i naprzeciw będąc chwycić ją, przyciągając do siebie. Ucapiona przez Volunda Chlo odruchowo pociągnęła ciałem by wytrącić przeciwnika z równowagi. Gangrel zachwiał się siły dziewczyny nie doceniając. Franka kontynuowała ruch przeważając Volunda i wpadając wraz z nim na dno statku, gdzie atak przypuściła na Gangrela, co chwilę szamotał się, by móc ją do skrzyni przyszpilić, usta dłonią zakryć. Nim jednak to uczynił ostre kły dziewczyny w przedramię się jego wbiły i wyrwały kawał ciała. Zalane posoką usta dziewczyny przytłumił w końcu na chwilę, gdy blond demon wciąż miotał się szaleńczo pod nim, wprawiając statek w niebezpieczny ruch wahadłowy na boki.
Tego było już za dużo dla wieszczki, szaleństwo, wszędzie gdzie się ruszyła dopadało ją przekleństwo jej krwi. Walka, którą z samą sobą jeszcze przed kilkoma chwilami musiała odbyć wystarczająco ją osłabiła, a scena, która rozgrywała się przed jej oczyma tylko ją dobiła.
- Nie… - Szepnęła cofając się o jeszcze jeden krok i nagle jej błękitne oko ostrego wyrazu nabrało szybko obserwując całą sytuację.
- Czyś Ty do szczętu oszalał Volundzie, dziewkę Freyvinda atakując! - Wrzasnęła wściekła przypadając do Pogrobca z sykiem i obnażonymi kłami.
Volund, choć cieszył się z niezmierną ulgą gdy po kilku sekundach zrozumiał co słowa volvy znaczą, byłby spojrzał na nią z niezmierzonym zadziwieniem na jej interpretację sytuacji.
Jednak walczył o życie.
Przywołał pełnię mocy krwi do siebie by ręce i nogi dziewczyny jakoś przyszpilić, na niej się położyć byle ruchu z całą siłą demona nie mogła poczynić. Całego swego doświadczenia - mocy Eyolfa z krwi Freyvinda, tej samej co niewątpliwie problem czyniła - i szczęścia potrzebował by uspokoić sytuację.
- OPIEKUŃCZA JEST - odkrzyknął volvie - Względem pana! Ale rozumie! - prawie wykrzyknął jej do ucha - Że to dla dobra jego! Już się… - sapnął, trafiony łokciem karolińskiej księżniczki w piękne oblicze - ...uspokaja. - syknął, próbując wszelkimi sposoby dopomóc jej w tym - by nawet ruchu poczynić nie mogła.
Chociaż na chwilę, by oddech złapała i myśl jaka do niej dotarła.
- PRZESTAŃCIE!!!!!!! - Wrzasnęła Helleven i wzrok jej padł na zakołkowanego Freyvinda. Klnąc niczym szewc doskoczyła do skalda i jednym mocny szarpnięciem wyciągnęła z jego piersi kołek. - JUŻ! Nie ma, Chlo! Już wszystko dobrze!
Skald jęknął przeciągle gdy drewno z serca jego wyciągnięte zostało. Potoczył wokół nieprzytomnym spojrzeniem.
Franka zamarła w końcu pod Gangrelem z palcami wbijanymi w delikatne miejsce na podbródku i nienawistne spojrzenie odwróciła ku skrzyni Lenartssona.
- Złaź. Ze. Mnie - wywarczała ku Volundowi, z ust jej plwociny drobiny poleciały, rysy twarzy nieco wyłagodziły.
- Volundzie… Słyszałeś… Oboje odsuniecie się od siebie. - Zakomenderowała volva wbijając spojrzenie w dziewczynę.
- Nie ma potrzeby. - Pogrobiec spojrzeniem rozpoznał, że demon… zakończył furię Chlo. Wstał, dłoń dziewczynie ofiarując, zawczasu wiedząc, że ghoulica się nie zdecyduje. Zerknął na Freyvinda, który jeno leżał bez ruchu. Zerknął na kołek.
- Nie proś mię potem bym dla niego znów to uczynił. - wymamrotał, ni to do Chlo, ni do Widzącej.
Dziewczyna przypadła do skalda ocierając rękawem sukni nos i rozmazując przy tym krew. Zasłoniła go całą sobą.
- No dobrze… - Volva wróciła spojrzeniem do berserkera. - Co tu się dzieje? - Rozejrzała się lekko załogi nie rozpoznając i brwi zmarszczyła.
- Nic w świecie. Płyniemy do Ribe. - wyjaśnił Pogrobiec, drugi kołek co na pokładzie się walał zgarniając. Ruszył do swej skrzyni prędkim, nerwowym krokiem.
- W Aros już skończyliśmy? - Zapytała zdziwiona, a widząc, iż nie zamierza z nią rozmawiać chwycić za rękę go spróbowała. - Co się dzieje Volundzie? - Głos zniżyła.
Zatrzymał się, dłoń volvy czując na przedramieniu. Kołek pod ramię chwycił. Dłoń volvy własną ujął… drugą sięgnął po sygnet co nosiła, zasłaniając go sękatymi palcami i zsuwając spokojnie.
- Pozwól… do snu wezmę. - po czym nachylił się blisko, prawie ustami muskając jej policzek.
- W mocy krwi wrogów śmy. Do Ribe udaje się wrócić wbrew. Załoga najęta. Muszę… muszę… - próbował coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast tego ruszył raptownym krokiem do własnej skrzyni, już kołek do piersi własnej przykładając.
Błękitne oko zwęziło się na te wieści. Dojrzała wewnętrzną walkę Volunda. Jeśli byli związani z kimś krwią… a on próbował zakołkować Freyvinda i teraz najwyraźniej desperacko chciał to samo ze sobą uczynić. Znaczy, iż przeszkodzić mogą w dotarciu do Ribe.
- Nie dasz rady sam. - Odparła po chwili, nie zatrzymując go.
- Nie takie rzeczy… sobie czyniłem… - odparł, obok skrzyni stając, jakby już planując obok niej upaść i szponem rubę rozciął i chwilę po mostku powiódł aż odnalazł punkt, gdzie mniemać można było serce.
Po czym szpon zagłębił się w piersi, rozcinając skórę, ciała nieco, mostek i sękaty palec czynił otwór niejaki, jak gdyby osadzić tam chciał kołek nim nań upadnie…
- Nie łatwiej pomoc przyjąć? - Zapytała jeszcze obserwując załogę, czy nie będą próbowali im przeszkodzić. Pogrobiec znowuż przerwał, głowę nieco opuszczając na to retoryczne pytanie.
- Nie od wszystkich… jednakowo łatwo. - skrzywił się, wydrążywszy boleśnie i obrzydliwie otwór, do którego ze wstrętem począł kołek przymierzać.
Kapitan zaś wystąpił przed stojącymi jak wryci ludźmi:
- Uprzedzano nas, że różne rzeczy obaczyć możem. Ale to ja odpowiedzialnym za statek, i za ludzi. Chcecie się zarzynać, pomóc wam możem - wskazał wody po bokach tnącego fale drakkaru. Starszy mężczyzna nie zasypywał gruszek w popiele - i z Raan się spotkać możecie jeśli wola.
- Więcej niepokoju nie uczynimy. Jako afterganger to co teraz czynię po to, by u kresu podróży dopiero się wybudzić. - przejechał pazurem po kołku - Wybacz nam. Za wasze kłopoty w srebrze Jarl Agvindur zwróci gdy do Ribe zawitamy, jeśli cokolwiek w drodze dalej… we Francji już. Lecz nie będzie potrzeby.
Wieszczka w kapitana spojrzenie wbiła.
- Nie martwcie się, na tym koniec widowiska. - Uśmiechnęła się leciutko, jej głos spokojny choć uwadze nie uszedł wspomniany cel podróży. Podeszła miękko do Pogrobca. - Jesteś pewien, że Ci nie pomóc? - Powiedziała głośno muskając jego ramię i szeptem zapytała. - Skoro Frankowie celem to po co do Ribe płyniem?
- Chlotchild odstawić. Dla Freya i by we Francji kłopotu nie uczyniła. - powiedział i do wolnej i do zniewolonej części volvy. - Na pewno. - zakończył, delikatnie osadzając kołek w szczelinie z lękiem i walką wypisanymi na twarzy. Uśmiechnął się zgryźliwie, jakby chcąc dodać sobie animuszu makabrycznym żartem. - Możesz dotknąć mojego serca, jeśli chcesz. - powiedział i wzdrygnął się prawie, gdy kołek osiadł, w pół drogi… I upadł na pokład, aż drewno przebiło ciało.
Głową mu z szacunkiem skinęła, gdy zapewnienie usłyszała i wzrok w załogę wbiła. Gdy ciało Pogrobca opadło na pokład jeno lekkim zaciśnięciem dłoni dała znać, iż ją to ruszyło. Przyklękła przy nim sprawdzając, czy rzeczywiście zdołał zrobić, co zamierzał. Bogowie chyba sami nad berserkerem czuwali, gdyż wyglądało na to, że mu się udało. Westchnęła cicho i wstała spoglądając spokojnie na załogę.
- I po wszystkim… Koniec przedstawienia. Umieścić go trzeba w skrzyni jeno, by dotrwał do końca podróży. - Uśmiechnęła się leciutko i podeszła do Freyvinda i Chlothild sprawdzając w jakim są stanie oboje.
Skald leżał lekko skulony obok dziewczyny obejmując ją ramieniem, ale oczy miał wrokiem nieobecnym przepełnione. Na twarzy wręcz promieniał brak woli do czegokolwiek, chocby może i do istnienia, krańcowa depresja paradoksalnie mieszała się z obojętnością.
Chlo otulała nieobecnego skalda skórami, nucąc coś pod nosem, jakby scena przed chwilą nie miała w ogóle miejsca. Odsuwała włosy z twarzy Freya, gładziła twarz jego umorusaną we krwi Volunda dłonią.
Uśmiechnęła do volvy niby lecz oczu z Lenartssona nie spuszczała. Helleven zauważyła zmiany w dziewczynie: schudła, drobna niczym ptak się zrobiła, zapadnięte policzki tylko podkreślały sine cienie pod oczami. Lecz wzrok miała trzeźwy - spojrzenie jej złapać można było.
Wieszczka zacmokała na widok Franki i do kapitana się zwróciła.
- Dziewczyna widać dawno w ustach nic nie miała. Znajdzie się coś dla niej do zjedzenia? - Zapytała również jakby wcześniejszej sytuacji nie było.
- Zapasy mamy - bruknął jako jeden z wielu co tak szybko do stanu normalności nie przechodzili. Palnął jednego z wojów:
- Daj chleba i sera - wskazał głową w kierunku Franki, co posiłek przyjęła. Nie rzuciła się jednak na żywność, skubiąc chleb i drobiąc niemrawo ser.
- Freyvindzie? - Helleven w czasie, gdy na jedzenie czekali spróbowała wpierw do skalda przemówić.
Nie odpowiedział jej wzroku nawet nie odwracając.
Westchnęła cicho. Wiele musiało się wydarzyć, zbyt wiele, a ona tak mało wiedziała.
- Chlothild… - Do dziewczyny się cicho zwróciła. - Będę Cie musiała o coś poprosić, dla dobra Twego pana.
- O co? - dziewczyna spytała z pełnymi ustami.
- Będziesz musiała w Ribe sama zejść z pokładu i spotkać się z jarlem Agvindurem. Opowiedzieć co się wydarzyło… i że my z dalszą misją ruszamy. Będziemy oczywiście czekać na Ciebie. Ale Ty sama iśc musisz, bo nie wiem czy my możemy. Rozumiesz?
- Czemu nie moglibyście? Agvindura ostrzec, niech wojsko zbierze, Aros odbije - wzruszyła ramionami jakby dziecku małemu co tłumaczyła. - Skoro zwiad nie pomógł w niczym, z pustymi rękami mnie do niego ślecie?
- Bośmy krwią związani… - Rzekła ostrożnie nie wiedząc, czy będzie mogła te słowa wymówić czy nie. Gdy jednak wypowiedziała z ulgą odetchnęła. - Ktoś nas krwią związał i z tego co słyszę nakazał gdzieś ruszać. Nie jesteśmy w stanie pomóc Agvindurowi… Ale… - Zagryzła wargi i zerknęła na załogę. - Nie wiem czy będę mogła zejść ze statku.
- Dokąd? Po co? - Chlo brwi zmarszczyła - Jak was związał...to … Bjarki by wiedział co robić. - mruknęła smutno - Ale Agvindur też wiedzieć może. Może wam pomoże?
Pokiwała powoli głową.
- Ale my musimy płynąć, rozumiesz? - Zaakcentowała słowo “musimy” i wbiła spojrzenie w dziewczynę. - Ty możesz spytać, poprosić. My musimy płynąć. Rozumiesz? - Głos brzmiał ostrzej, nerwowo.
- Rozumiem. A...aaa powiedziano wam kiedy macie płynąć? - Franka uśmiechnęła się cwanie.
Tu volva zawahała się.
- Nie wiem… - I przeklnęła cicho. - Za mało wiem. Słuchaj Chlo, nawet jeśli nie od razu… - Zerknęła na załogę. - Możemy spróbować… Posłuchaj uważnie. Jak będziemy w Ribe, ja mogę nie pamiętać tej rozmowy. Namów mnie, bym z Tobą poszła, rozumiesz? - Spojrzała Chlo w oczy. - Wymyślisz coś na pewno, co mnie przekona. Zrobisz to?
- A co takiego może Cię przekonać? Bezpieczeństwo Aros? Bezpieczeństwo Freyvinda, brata Agvindura?
Helleven się zamyśliła. Elin była słaba… Pewnie poddała się w pełni i będzie robić wszystko by misję wykonać ale jej troska o wszystko i wszystkich może się tu przydać.
- Powiedz, że Agvindur nie uwierzy, jeśli nie przekonam go sama. By spokojnie misje wykonać, muszę go o jej słuszności przekonać.
- Mmmhm - zamruczała zapchanymi usty Franka - Powiem.
Zastanowiła się nad czymś przez chwilę.
- Co to za misja? - odstawiła resztkę jedzenia na bok i otrzepała dłonie.
- Nie znam jeszcze szczegółów. - Westchnęła cicho opierając się o skrzynię i z ukosa patrząc na Frankę. - Ale dla Ciebie będzie lepiej, jeśli Agvindur nam pomoże... . - Mruknęła. - Widzisz co z Twoim Panem się przez to wszystko stało.
- On nie nawykł by mu kto cugle nakładał. - Franka stwierdziła prosto acz z czułością spoglądając na skalda - Nie nawykł też i do wielkiej polityki - westchnęła cicho - Szlag go trafia na to. Może lepiej jak wypłynie? - zastanowiła się przez chwilę. - Do Hedeby go zabrać - zachichotała - tam by miał używanie. - w głosie płacz skrywany ściśle usłyszeć się dało.
- Może powinien ale wolny, Chlo. Musi być wolny, by działać w pełni. I w Twoich rękach znajduje się klucz do jego wolności. Pamiętaj o tym.
- W moich? - Chlo zdziwiła się - Ale ja nie wiem jak więzy rozwiązywać. Mnie to nie ciekawiło, póki on mnie chciał.
- Jeśli ja Agvindurowi nie będę w stanie powiedzieć co z nami zrobiono, to Ty będziesz naszą ostatnią nadzieją. - Odparła zniecierpliwiona. - Rozumiesz?
Franka nerwowo paznokieć na kciuku obgryzła i wypluła.
- Mhm… a ty nie masz żadnych sposobów? W końcuś bogów waszych głosem? Hm?
- Widzisz Chlothild… Cena za podglądanie bogów jest wysoka. I czasami nie nadaję się do niczego tylko płakania, a czasami potrafię zrobić wszystko. Zależy od nocy… Niestety.
- A nie chciałabyś móc zawsze? - pytanie padło z ust dziewczyny co czubek buta obstukiwała teraz o deski pokładu z jakichś brudów. Pod koniec pytania uśmiechnęła się do Helleven.
- Każdy by chciał. - Uśmiechnęła się lekko. - Tylko wszystko ma swoją cenę. - Volva w oczy Franki zerknęła zastanawiając się z kim teraz rozmawia.
- Pewnie - dziewczyna wzruszyła ramionami - To nie kwestia ceny. To kwestia ile jesteś w stanie zapłacić. - Chciałabyś? Zapłacić, volvo?
- Uczono mnie, że w takich kwestiach cena zawsze jest wyższa niż na to wygląda. - Odrzekła ostrożnie - A tutaj wszak nie o małą sprawę chodzi, prawda? Może jednak byłabym skłonna zapłacić za coś innego. - Spojrzała na demonicę.
- Małą, niemałą. Wszak mówim o nieumarłych. Co Cię interesuje. - Franka porzuciła skalda i podeszła do burty drakkaru, stanęła blisko wiedzącej. Morska bryza rozwiewała im obu jasne włosy, pryskając zimną wodą w twarze.
Helleven popatrzyła na morze zastanawiając się dłuższą chwilę. Oczywiście,że chciałaby żeby Elin zniknęła, wszystko byłoby prostsze. Jednakże targowanie się ze złym duchem było głupotą, jeszcze większą powierzanie mu spraw tak ważnych. Więzy krwi jednak… Spojrzała ponownie na dziewczynę i westchnęła.
- Zapytam jeno z ciekawości… Na więzy krwi? Znasz sposób, demonie?
- Co dasz za tę informację, volvo? - ciemne oczy znalazły się blisko twarzy Helleven chwilę po tym jak w powietrzu rozniósł cichy śmiech. - Sama mówiłaś o cenie...
Wieszczka uśmiechnęła się złośliwie.
- Mogłam się domyślić. Cóż, nie dogadamy się. - Wzruszyła lekko ramionami jakby się tym w ogóle nie przejęła.
- Trudno. Na was więzi spoczywają. Widać lubujecie się w byciu nieszczęśliwymi. - Chlo uśmiechnęła się uprzejmie. - Gdy zdanie zmienisz… wiesz gdzie mnie szukać.- dziewczyna zapatrzyła się w nocne niebo.
- Na nas ale to Ty miałaś wizję wielkiego państwa północy, na którego czele miał stać on. - Wskazała na leżącego Freyvinda. - Jak narazie, to widzę kłodę drewna, a nie wielkiego władcę. W zasadzie, to zastanawiam się, co tu jeszcze robisz. - Stwierdziła wieszczka wzruszając ramionami i spokojnie podeszła do skrzyni z Volundem. Czemu berserker zabrał jej pierścień? Nachyliła się nad nim przyglądając się sygnetowi, dotykając grawerunku, próbując wyczuć wzór.
Franka przyglądała się oparta leniwie o burtę:
- Nie on pierwszy, nie on ostatni co upadli i spalili się zanim się wznieśli. - wzruszyła ramionami - A jak chcesz wiedzieć co tu jeszcze robię, to poznać byśmy musiały się nieco bliżej… - uśmiechnęła się niewinnie i kusząco jednocześnie. Helleven przyrzec by mogła, że u zwykłego śmiertelnika taki uśmiech możliwym być nie mógł.
Volva przerwała badanie pierścienia i ponownie podeszła do dziewczyny muskając delikatnie jej policzek i nachylając się do jej ucha.
- Niestety, nie gustuję w kobietach. - Szepnęła i odsunęła się lekko.
Chwilowe osłupienie widoczne w twarzy Chlo zastąpiło szczere rozbawienie. Dała temu upust głośnym, lekko chrapliwym śmiechem.
Mgnienie oka później, aftergangerka poczuła ujęcie w pasie i mocny, gwałtowny ruch co skrócił dystans miedzy dwiema blondynkami.
- Poznawać można na wiele sposobów - czarne, przepastne oczy wpatrzone były nieruchomym spojrzeniem w twarz Helleven - a coś mi mówi, że tobie ciekawości nie brak. Mimo wszystko. - usta Chlo, gorące mimo chłodu wokół musnęły usta wampirzycy.
Wiedząca nie była zaskoczona takim obrotem sprawy i sama objęła Frankę tyle, że za szyję oddając ulotny pocałunek i uśmiechając się z rozbawieniem.
- Mogłabym Cie nawet polubić.
- Och? Doprawdy? - palce dziewczyny lekko muskały plecy volvy - A cóż stoi Ci na przeszkodzie? On? - kiwnęła głową w kierunku gdzie leżał Freyvind - Czy on? - lekkim gestem podbródka kiwnęła ku Volunda skrzyni.
Helleven parsknęła cicho.
- Żaden z nich. Jeno to czym jesteś. - Dodała z udawanym smutkiem wplatając palce delikatnie we włosy Franki i bawiąc się nimi. - Wieczne chodzenie po krawędzi może w końcu zmęczyć.
Chlo prychnęła:
- Tak jakbyś sama tego nie robiła. Chodzisz, chodzisz a potem przestajesz. A potem znikasz. Nie boisz się, że znikniesz całkiem? Że tamta Cię odrzuci? Że o tobie nikt pamiętać nie będzie? - szept sączył się do ucha volvy. - I to niby ja Ci na przeszkodzie stoję?
- Nie można odrzucić części siebie… Poza tym… Ona mnie potrzebuje i doskonale o tym wie. - Wiedząca uśmiechnęła się nostalgicznie i przybliżyła pukiel włosów dziewczyny do swych ust. - Nie stoisz mi na przeszkodzie. Jeszcze… I mam nadzieję, że tak zostanie. Szkoda by było… Nie sądzisz?
- Zaczekam… - Chlo mrugnęła zawadiacko okiem - … ja mam czas… neony czasu… - uśmiech poszerzył się. - Nie śmiałabym stawać Ci na drodze. - Franka zacisnęła dłoń na pośladku wiedzącej w wyuzdanym geście.
Helleven zaśmiała się przy ostatnim zdaniu.
- Czynisz mi radość i zaszczyt. - Drugą ręką, która ciągle spoczywała w okolicy szyi Franki przycisnęła ją do siebie bliżej całując ją tym razem mocniej, po czym zwinnie wysunęła się z jej objęć. - Myślę, że obie możemy sobie nie wchodzić w drogę. - Uśmiechnęła się leciutko.
Odwracając się napotkała kilkadziesiąt spojrzeń wbitych w nią z zaskoczeniem, wrogością, podnieceniem i podejrzliwością. Mieszanka uczuć … intensywna, pazernie otaczająca lecz jednocześnie ujarzmiona. Mężczyźni nie zbliżali się zafascynowani lecz zbyt ostrożni i przestraszeni by przerywać ich rozmowę.
- Czyż to nie urocze? - usłyszała szept Franki - Nie chciałabyś by cię kochali i byli posłuszni twej woli? - kusicielski głos wypalał sylabę po sylabie w duszy aftergangerki. - By szanowali tak jak teraz? Hmm?
Demonica uderzała w czułe struny, dlatego była tak niebezpieczna. Czyż nie pragnęła? Oczywiście, że pragnęła! Do tej pory wszyscy tylko Elin, Elin i Elin. Nawet Leiknar… Nawet on widział jedynie tą beksę. Wiedząca wyprostowała się dumnie podchodząc ponownie do skrzyni berserkera i dopiero z tego miejsca odezwała się do Chlo.
- Nie potrzebuję ich. - Odrzekła i była w tych słowach prawda. Jedynym kogo potrzebowała był Loki… Zwykli mężowie nie mogli jej zadowolić. - Ale dziękuję za propozycję. - Uśmiechnęła się.
- Kłamczucha… - usłyszała jeszcze radośnie rzucone nim Franka ponownie odwróciła się ku skaldowi.

Volva odetchnęła cichutko i skupiła się w końcu na pierścieniu. Pogrobiec nie był głupi, w zasadzie, to szanowała go bardziej niż Freyvinda. Zatem jeśli zabrał jej ten pierścień miało to jakiś związek z ich wyprawą do Ribe. Ale o co mogło chodzić?

Palce wiedzącej błądziły lekko po sygnecie z każdą chwilą coraz bardziej intensywnie, gdy aftergangera korzystając ze swej mocy widzenia przedzierała się przez liczne pytania i barierę tajemnicy.
Pierwsze wrażenia subtelne były i ciężko było się volvie przebić. Jednak czytająca nie poddawała się łatwo. Nigdy. Poczuła w końcu nić połączenia.
Siła i doświadczenie związane z pierścieniem były. Ciemnowłosa kobieta nie była jego pierwszym właścicielem. Dostała go w prezencie od starszego mężczyzny. Wysokiego, postawnego, z pociągłym obliczem i dość długą, zadbaną brodą. Stroskane spojrzenie szarych, dużych oczu i zacięte usta świadczyły o zmartwieniu i zatroskaniu. Królewskie niemal szaty świadczyły o wysokim statusie. Volva pociągnęła wizję mocniej chcąc więcej szczegółów poznać i uzupełnić luki w niewiedzy. Tuż obok obdarowanej pojawiła się druga postać. Blisko. Bardzo blisko. Obie cieniami otoczone, obie emocjami i siłą wewnętrzną połączone. Druga postać zdawała się zmieniać w zależności od światła natężenia, od ułożenia twarzy. Raz zdawała się być mężczyzną, raz kobietą. Drobna, niezpozorna, taka, co to dwa razy spojrzenia nie przyciągnie do siebie. Helleven znała takich ludzi, niejednego szaraka pogoniła by zapomnieć o nim w mgnieniu oka. Obie stojąc obok siebie sprawiły, że brodaty mąż się cofnął z przez chwile strachem i niepewnością na licu wymalowanym.
Kolejna scenka jaka niecierpliwej i żądnej wiedzy Helleven się nasunęła powiązana z Einarem była.
Einar wstrzymywanym przez macki wijące się na tronie swym, ciemnowłosej ramię na jego ramieniu oparte. Oboje przypatrujący się działaniom na modę męską ubranego towarzysza, któren stojąc w falujących cieniach tka, tworzy z nich żyjące istnienie. To ono atakuje hirdmanów, przerażenie w ich sercach wzbijając. To czego doświadcza unieruchomiony Einar to czyste przerażenie. Gdy sięga ono apogeum, macki oplątują go i … w świat szarości, drgań, obcości wrzucają. Wokół wiele istnień się kręci, lecz czarnowłosa niewiele sobie z nich robi. Odrzuca jarla pozostawiając w przerażającym miejscu, samej wracając i zajmując tron jego …

Volva puściła pierścień mrużąc oko swe jedyne, ale na jej wargach błąkał się uśmiech. Była podekscytowana, ta która ich zniewoliła była mistrzynią w tym co czyniła. Godna przeci… godna uwagi, godna walki. Ach.. sprostać komuś takiemu... Uspokoiła się jednak i uwagę swą teraz skierowała na berserkera.
- Miałeś być mi tarczą… - Szepnęła i ostrożnie dotknęła niegdyś tak pięknego lica, by po dłuższej chwili odskoczyć z cichutkim sykiem. Złość ją przepełniała, buzowała w niej, tym większa, iż zaczynała nić sympatii do Pogrobca odczuwać. Sygnet z jego dłoni wzięła i ponownie sama go założyła. Pytań jednak ciągle więcej miała niż odpowiedzi. Dlaczego zgodził się na więź krwi? Dlaczego teraz w zasadzie oddał się w jej ręce? Musnęła kołek, po czym ponownie policzek aftergangera. Niemal niewidoczny uśmiech przemknął po jej ustach, po czym wzrok jej stwardniał i skierowała się ku skaldzie i siedziącej przy nim Chlo.

- Wybacz ale to konieczne… - Rzuciła do Franki po czym trzepnęła z rozmachem Freyvinda w twarz z otwartej dłoni. - Pobudka! Masz zamiar dalej tak leżeć i udawać wór mięsa? - Syknęła do aftergangera.
Uniósł na nią wzrok, ale w jego oczach ni zainteresowania, ni woli nie zobaczyła.
- Z drugiej strony to Ci się nie dziwię… Bo wygląda na to, że to kobieta Cie tak pięknie urządziła… - Uśmiechnęła się złośliwie. - Tego tak nie potrafisz znieść?
Czy potrafił czy nie, czy słowa Elin dotarły do niego czy zagubiły się w drodze do jego umysłu, też stwierdzić nie można było. Wzrok bezwolny i udręczony przez chwilę spoczywał na wieszczce po czym z powrotem skierował się ku deskom pokładu.
Wieszczka trzepnęła go tym razem w drugi policzek. Korciło ją by użyć mocy na nim ale ryzykowała wtedy,, że jeno zwiększy uczucie do tej, która ich spętała.
- Pan wielki pogromca pomiotu Lokiego, Jarl Bezdroży, Nieprzyjaciel Jedynego Boga! Po prostu się poddał, bo mu kobieta tyłek skopała! Jakie to męskie zaprawdę!
Milczał i na powrót głowy już nie podniósł.
Prychnęła ale widząc, że i tak nic z tego nie będzie odeszła szukać jakiegoś noża bądź sztyletu, by wiadomość dla Elin wyryć na spodzie ich skrzyni. Wtedy też o mieczu sobie przypomniała i zaczęła przeszukiwać wściekle rzeczy, w które ich uposażono, nie odnalazła go jednak.

Następna noc

Helleven do przytomności wróciła w skrzyni i zamrugała zdziwiona. Czyżby Elin tak zgnębiona wszystkimi wydarzeniami była, iż nie miała zamiaru się budzić? Na ustach volvy zagościł wredny uśmiech. Nie, żeby ją to szczególnie martwiło. Wieko otwarła i rozejrzała się dostrzegając wokoło znajome otoczenie - drakkar z zeszłej nocy. Może beksa nie była taka głupia? Wieszczka wstała i przeszła się po pokładzie sprawdzając jak daleko od brzegu się znajdują.
Gdy głosy ze skrzyni Freyvinda usłyszała przybliżyła się podsłuchując.
Z Franką rozmawiali prawie niesłyszalnie, lecz volva domyślać się mogła o czym. Szloch dziewczyny wkrótce posłyszała ukrywany.
 
Blaithinn jest offline  
Stary 05-02-2017, 02:08   #10
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


Drakkar

Przebudził się w mroku tymczasowego schronienia w niewiele lepszym stanie psychicznym niż poprzedniej nocy. Jego jestestwo wciąż przepełniała mieszanina goryczy, żalu i poczucia beznadziei, a w udręczonym umyśle nie było nawet miejsca na wściekłość z powodu swojego położenia, lub nienawiść do Vsevoloda za to co mu uczynił. Co więcej, pierwsze jego myśli powędrowały ku Rusinowi przepełnione tęsknotą i oddaniem. Jednakże po dniu odpoczynku skołatanej jaźni gdzieś w głębi roztlił się na powrót niewielki płomyk. Mizerny. Ledwo dostrzegalny, ale płonący w aftergangerze pozbawionym woli do czegokolwiek, choćby i istnienia. Wcześniejszy apatyczny stan jeszcze większego upadku odgradzał go od wszystkiego wokół. Umysł skatowany wewnętrzną walką z samym sobą po okazaniu nieposłuszeństwa cofał się wtedy i choć skald w takim czasie przypominał żywe zwłoki, to zapadnięty w sobie nie rozmyślał nad sytuacją w jakiej się znajdował.
To dawało ulgę i wytchnienie.
Tlący się ognik gorejący po zachodzie słońca niósł szczątki woli i kolejne dawki bólu, cierpienia i bezsilnej rozpaczy.
Oraz tęsknoty za panem.

W pierwszym odruchu chciał znów stoczyć walkę z samym sobą. Frey podbity, złamany i zamieniony w sługę służącego z radością ku chwale pana. I Frey desperacko uczepiony płomyka własnej stłamszonej woli buzującego w nim.
Walka.
Nieposłuszeństwo.
Błogi stan odpłynięcia w krainę totalnej apatii i jedynie jałowej świadomości.
Może i by to zrobił od razu, ale miał coś do zrobienia nim to uczyni.

Chlo spała z głową na jego piersi, uniósł dłoń i zaczął lekko gładzić jej włosy w całkowitym mroku. Nie budził nachalnie, wiedział że w końcu pod pieszczotą leniwie wybudzi się sama. Westchnęła rozespana, instynktownie wtulając się mocniej i twarz wciskając w załamanie szyi. Ramieniem ciaśniej objęła aftergangera i nogę zaplotła o jego nogi, wczepiając się niemal jak mampa.
Nie odzywała się rozkoszując bliskością Lenartssona i leniwą jego pieszczotą.
- Zrobisz coś dla mnie, Chlo? - odezwał się w końcu cicho.
- Wiesz, że tak - odparła lekko spinając się. Uniosła głowę by zajrzeć Freyowi z bliska w oczy.
- Pewnie nie wrócę z Kraju Franków. Spróbujesz wyrwać mu Bjarkiego, Jorika…? Żeby Vsevolod ich nie zatracił.
- Czemu masz nie wrócić? Samego mam Cię puścić? Dopierom Cię odnalazła… -
z oczu Franki poleciały ciepłe krople, a usta trzęsły niekontrolowanie. - Gdzie Ty, tam ja przecież. Rzekłeś… tak… - Gorączkowe słowa leciały jedno po drugim, gdy dziewka jak kocię wtulała się w skalda.
- Wątpię bym wrócił. W kraju chrześcijan, gdzie napić nawet nie ma z kogo. Bez języka i sług co w dzień ustrzegą. Na łasce wrogów. - Skald pocałował ją w czoło. - Są wyprawy z których się nie wraca i wie się to. Lub podejrzewa. - Wzruszył ramionami. - A zabrać Cię nie mogę, wszak wiesz gdzie płyniemy?
Franka trzęsła się niekontrolowanie jak w febrze:
- Ja… popłynę. Pojadę. Z Tobą. Pomogę i wrócisz. I zemsty dokonasz. I … i… Bjarkiego ocalisz. - Przez łzy lecące gorączkowo tłumaczyła. - Ze mnie pożywiać się możesz, i mowę znam i krzywdy nie dam zrobić. Nie odsyłaj, panie… - Szloch urwał jej zdanie w połowie. - … Nie… - zachłysnęła się i opadła na pierś Freyvinda
- Choćby sama Twa obecność daje odrobinę ulgi, nawet pozostawiając przydatność z boku. Chciałbym Chlo. Wiele mi daje to, że jesteś. - Nie przestawał jej gładzić. - Płynąc Sekvane miniemy klasztor. Ten klasztor. Kraj pełen księży i mnichów, a w Paryżu gdzie nam droga jako posłannicy Vsevołoda obracać się będziemy wśród tamtejszych przeklętych. Czyli wśród szlachty. Ludzi co cię znali i widywali nim brat nie posłał w zamknięcie.
Płakała wtulona nadal, na ciele skalda ułożona. Każde słowo wywoływało mocniejsze drżenie.
- Fu… - chlipnęła przez dzwoniące zęby - ... urda to. - Cytując skalda. - Gdzie Ty, tam ja. - Powietrze wstrzymywała by płacz opanować. - Dam - znowu szloch przerwał jej głos - radę. Pókiś Ty bezpieczny i obok.
- Ech, złota, szalona dziewczyno. -
Frey pokręcił głową. - Związanym. Jak pies na sznurze. Ot sił tyle by czasem walkę ze sobą stoczyć. Rozpoznają cię i na moich oczach zabiorą. A ja stać będę i wyć bo ni ratować ni ruszyć się, gdyby to misji Rusina na przekór stało. Serce mi pęknie, a ciebie zabiorą tam skąd Cię uwolniłem. I może i Ty zdzierżysz, radę dasz słysząc modły i śpiewy na ulicach, kościoły strzeliste widząc i bicie dzwonów słysząc. Kochane struchlałe serce wytrzyma, boś odważna dziewczyna i ducha hart masz wielki. Ale to co w Tobie zamieszkało? Ono może nie wytrzymać.
- To nie jedź. Zostań. Znajdziesz sposób by więzy zerwać. Bjarki wiedzieć będzie jak. On mądry i służy długo. Doświadczony. -
Nos otarła cieknący. - Albo zabij go. Tego co Cię związał - dorzuciła z taką mściwością i nienawiścią okrutną w głosie, że skaldowy duch nieco zadrżał. - Albo powiedz to ja go zabiję. A nie jedź. Nie zostawiaj mnie… błagam…
- Nie mam sił by się oprzeć. Akty nieposłuszeństwa przynoszą niemoc, ale i ukojenie gdym bezwolny jak kukła. Nikt w sobie siły takiej nie ma aby oprzeć się kochana. Jedni trwają przy swoim ulotną chwilę nim jak pies podążą gdzie im się każe. Inni toczą bój długi, kilka świec… a i tak uczynią co im kazano. Jeno kołek w serce i trupi sen tu pomóc może.
- To zakołkuję. I ukryję. I przeczekam sen Twój… -
Chlo poderwała głowę wpatrując się we Freya.
- Gdzie? - Zdobył się na lekki uśmiech. - W chacie jakowej, gdzie wilki tropem mym przyjdą nim księżyc przeminie?
- To pułapkę zastawię. -
Franka zapaliła się do pomysłu. - Znajdę miejsce, co wilków nie przepuści.
- Demon nie pozwoli Ci siedzieć bezczynnie, a Bjarki bez krwi mej zginie w miesiąc. Agvindur dług ma u mnie -
skald zmienił temat. - To w jego sprawie do Aros popędziłem i niewolnikiem Rusina się stałem. Poza tym będzie musiał uderzyć na miasto widząc, że mniejsze misje jak nasza na porażkę skazane. Trzymając się go Bjarkiego, Jorika, Karine ocalić będziesz mogła. A może i mnie pomścić.
- Co ze mną jeśli Ciebie zabraknie? Bjarki w miesiąc zemrze, a ja? -
spytała cichutko pokonana.
- Bjarki na służbę u Agvindura wejść może. Ty zaś… - urwał nie bardzo znajdując słowa pocieszenia jakie mógłby wypowiedzieć. - Żyć będziesz…
- Wiesz, że nie… nie, bez Ciebie. -
Franka zamilkła przerażona, siąpając jeno i chlipiąc.
- Ciiii… - Znów pocałował ją w skroń. - Może… może cud zdarzy się, bogowie pobłogosławią. Freya otoczy opieką, Odyn wyśle Hugina i Munina, aby ich oczyma widzieć mnie, wieszczkę i berserkera. Może wrócimy, choć mało w to wierzę. Wtedy się znów spotkamy. Może jak będziemy w to wierzyć mocno, to się ziści.
Przez chwilę nic nie odpowiadała po czym uniosła się gwałtownie.
- Wiem! Uczyń mnie taką jak Ty. Jak uczyniłeś Svena. Wtedy śmiertelni nic mi nie zdołają uczynić. - Nadzieja znowu zapłonęła w błękitnych oczach Chlo.
- Nie zauważyłem byś bogów naszych czciła. - Skald uśmiechnął się lekko.
- Ryży też nie czci i co? - Wzruszyła ramionami - To zacznę, o.
- Źle się zatem stało, że go ktoś darem naznaczył -
Frey mruknął w odpowiedzi. - Eeee… zaczniesz? - dodał orientując się co właściwie rzekła.
- A co… ? Nie mogę? - spłoszyła się nagle.
[i]- Czemu byś nie mogła? Możesz. Odyn i Freya najmędrsi, zwróć się do nich o radę co czynić, a gdybym ku krajom Franków ruszył, to by łaskawym okiem na nas spojrzeli. Może to pomoże nam przetrwać. Choć Asowie i Vanowie z rzadka odpowiadają na prośby i rzadko losem ludzi się przejmują.
- Czyli podzielisz się darem ze mną? -
dopytywała niepewna odpowiedzi skalda.
- Za wcześnie na to. - Pokręcił głową.
- Jak za wcześnie, panie? Skoro wyjeżdżać w kraj Franków łacno masz.
- Za wcześnie, boś nie gotowa. Poza tym szalona głowo ufna w potęgę mocy Canarla przepełniająca ci żyły ruszyłabyś w pewności siebie do Aros. I zginęła. Mylę się? myśli takie nie przyszły do głowy?
- Nie. Z Tobą popłynę wtedy. I tam nic mi nie grozi wtedy z rąk ludzi. O tem myślałam. -
Łzy na wpół zasychały na wychudłej twarzyczce. A pomóc też zdołam wtedy. Może nawet i lepiej niż jako śmiertelniczka?
- Rozpoznają cię, złapią nawet jak potężniejsza będziesz. Chlo… - Pocałował ją. - Wiem, że każdej myśli się chwytasz, sam mam we łbie mętlik i nawet bzdurne mi się przewijają.

Volva podeszła bliżej i mogli usłyszeć jej nieśmiały głos.
- Przepraszam, że Wam przerywam ale cumujemy już… Trzeba się będzie do zejścia na ląd szykować.
- Nie złapią. Ostrożna będę. Za człowieka nie złapali odkąd mnie wyciągnąłeś. Teraz też nie uda się im.
- Daj nam chwile Elin, Ribe nigdzie nie ucieknie… -
Frey nie odpowiedział na razie France.
- To ja może sama ruszę… - Zaczęła niepewnie. - Wszak Volunda, ktoś musi pilnować.
- Sam też chcę z Agvindurem pomówić, chcemy się tylko z Chlo pożegnać…
- Ale... Wybacz… -
Odsunęła się ponownie i w brzeg wpatrzyła.
- Nie chcę się żegnać. Czemu nie chcesz? dopytywała się Franka nie zwracając uwagi na słowa volvy. - Sam nie musisz ciężaru dźwigać. Wiem jak to jest pod więzami krwi być…
Wieszczka słysząc że na dłuższą rozmowę się zapowiada parsknęła bezgłośnie i ruszyła na brzeg.

- Nie. To potęga ale i strata. Śmierć, potem zawsze zostaje żal, tęsknota za słońcem, życiem. Hemming czekał lat dziesiątki, Sven obudzony został jeno by go z śmierci wrócić i wyciągnąć z niego co wiedział o Leiknarze. Nie zrobię ci tego bez przygotowania, nie zrobię tego póki w sercu Asow i Vanów nie masz. - Ujął ją pod brodę. - Prośbę mam do ciebie… u jarla jak będziemy chciałbym abyś baczenie miała. - Mówił powoli. - Muszę z nim porozmawiać by dla Ciebie opiekę zapewnić, a może i dla Bjarkiego ratunek gdybym z Francji nie wrócił. Zapewne będzie tak, że walczyć będę musiał z samym sobą i jak wczoraj się to może skończyć gdym niczym żywy trup w apatię popadł. Wtedy kierowany wola Rusina na statek wrócę. - Frey ciągnął zamyślonym głosem. - Oprzeć się temu nie zdołam i do Francji wyruszę. Agvindur jednak… on może chcieć mnie powstrzymać. Do walki dojść może. Albo on mnie zabije, albo ja jego? Nie wiadomo. Jak on mnie… to przynajmniej ból minie. Każdego saga kiedyś się kończy i to będzie dobry koniec, chwalebny z ręki jego zginąć. Niech będzie co ma być, pomstę za mnie weźmie na Vsevołodzie... Ale gdybym ja jego ubił… wtedy wszystko na nic. Dania upadnie przed Białym, Ty opieki nie znajdziesz, jakbym przepadł we Francji to Bjarkiemu i ku pomście nikt z Ribe nie ruszy. Sprytna jesteś, wymyślisz coś. Gdyby do walki dojść miało zrób cokolwiek w mocy będziesz mogła, aby nie było ryzyka iż go zabiję. Przyrzekasz?
Franka długo milczała nie chcąc się pogodzić z tym co skald planował.
Pokręciła głową słów dobyć nie mogąc.
- Bez ciebie nie ma dla mnie życia…
- Wielem dóbr z kraju Franków przywiózł po wikingu Lothbroka. Ale tylko jeden klejnot prawdziwy. Tak bardzo mi drogi. -
Objął ją przytulając drobne, ciepłe i żywe ciało dziewczyny.
Leżeli tak dłuższą chwilę żegnając się bez słów.





Siedziba Agvindura

Nogi same ją niosły w stronę halli pana na Aros. Zaskoczone straże nie protestowały przed wpuszczeniem znajomej im wiedzącej, lecz nim zdołała połowę drogi przebyć Bjorna napotkała.
- Nie spodziewaliśmy się tak szybkiego powrotu. - Skłonił się lekko. - Agvindur zmartwion wieści z Aros otrzymał.
Uprzedził tym pytania Helleven. Gdy rozglądała się po osadzie zmian niewiele zauważyła. Prace trwały nad wzmocnieniem cokołu i langhus Agvindura prawie gotowy był, stając na miejscu poprzedniej hali.
Volva brwi zmarszczyła. Posłańcy od Erika? Więcej problemów, jeno. Kiwnęła Bjornowi leciutko głową.
- Muszę pilnie z Jarlem mówić na osobności. Sprawa to wielkiej wagi - odrzekła bez większych wstępów dając do zrozumienia, że czas jest ważny.
Bjorn skinął głową i bez dalszych wstępów poprowadził ją do jarla.

Poczuła jakby z długiej podróży wróciła do domu. Thora krzątała się po izbie, niewolni o porządek dbali, nawet zapachy te same, znajome do bólu.
I w końcu z tyłu domu wynurzył się on.
Zapomniała jak duży był, jak potężny nawet nie samym wzrostem, lecz postawą, spojrzeniem, gestem.
- Elin - rzekł na powitanie postępując ku niej, Thora uśmiechem ja powitała - mów. - obrzucił wiedzącą uważnym spojrzeniem i ku ławie w kącie halli poprowadził.
Postępując w głąb budynku miała ochotę sama z siebie się śmiać. Teraz za dom to miejsce uważasz? Teraz, gdy wszystko na włosku niemowlaka wisi? Klucznicy z szacunkiem głową skinęła i gdy stanęła przed Agvindurem przez chwilę krótką i ona jemu się przyglądała, by głową skinąć.
- Niewiele mam czasu - rzekła na wstępie. - Wysłuchaj mnie więc pierwej niż jakiekolwiek pytania zaczniesz zadawać, jarlu - mówiła formalnie, spokojnym tonem, by wiedział.
Skinął głową z poważną miną i brwiami ściągniętymi w wyrazie co srogości mu nadawał a przykrywką jeno był dla myśli intensywnych.
- Słucham, uszy me dla Ciebie.
- Aros przejęte przez troje nieznanych aftergangerów o mocach, którem pierwszy raz widziała -
zaczęła. - Jedna z nich podszywać się pod innych tak udatnie potrafi, iż zdołała nawet mnie pierwej zwieść. Mąż co jej towarzyszy w szatach bogatych, niemal królewskich i wydawać by się zdało, że dowodzić winien ale on obawia się jej. Towarzyszy jej jeszcze jedna kobieta bądź mężczyzna ciężko stwierdzić po wyglądzie samym, a twarz tak pospolita, iż zaraz z myśli ucieka. Towarzysz ten tworzyć potrafi stworzyć istotę, która winna nigdy nie pojawić się na tym świecie i to ona zaatakowała hird. Einar się temu wszystkiemu przyglądał pochwycony przez tą co oblicza zmienia. Istota ta przerażenie na granicy obłędu nawet u Einara potrafiła wzbudzić… Potem odrzucili go gdzieś… - Pokręciła głową. - Gdzieś w inne miejsce, nieznane mu. A ta zmieniająca oblicza jego miejsce zajęła. W Aros jednakże żadnych plotek o zniknięciu członków hirdu nie było, co może świadczyć iż żyją… Podobnież jak Einar, choć tu pewności nie ma, jedynie domysły na podstawie… tego iż i nas pojmali. Więzami krwi nas spętała i nakazała do kraju Franków się z misją udać. Jesteśmy tu jeno dlatego, iż dziewczyna od Freyvinda na pokład się przekradła i zdołaliśmy zrobić z niej wymówkę, by kurs zmienić. Załoga obca, opłacona, nie wiem co z naszymi ludźmi. Jarla Tisso również złapali, gdyśmy się w Aros znaleźli jego ludzie trzecią noc go szukali, znaleźlim go dopiero wspólnie. Cały, choć czymś otruty był. Nie pozbywają się nas całkowicie stąd i me podejrzenie, że Einar również ciągle żyw być może. Freyvind tu zaraz z nią pewnie przyjdzie i będzie próbował przekonać by mogła u Ciebie ostać… być może zapragnie i szukać wybawienia w Twym gniewie. Volund zakołkowany, by nam nie przeszkodzić się tu znaleźć… - Zawahała się tu na moment. - Wybór jego na tą wyprawę był złym pomysłem. Nasze więzy krwi sprawiły, iżem go nie sprawdziła tak jak należało. Nienawiść do Einara głęboką żywi. Ah… bracia moi myślą, iż ich Panem jest mąż o imieniu Vsevolod, jednakże to ta kobieta ciągle jedna… Nie wiem jak długo będę ostać tu mogła - dodała na koniec i czekała na reakcję Agvindura.
Brat we krwi Freyvinda zacisnął wielkie pięści i zagryzł zęby tak mocno, że szczęki uwydatniły się pod skórą.
- Wiele to wieści, volvo - wycedził powoli - i część zdaje się zlewać w jedno z posłannictwem od Erika.
Opanował się i westchnął ciężko.
- Po kolei raz jeszcze. W mieście władzę sprawuje dwójka kobiet co podszywa się pod mego potomka Einara. Te kobiety złapały Ciebie, Freyvinda, Erika i Volunda, mimo, że mieliście jeno dowiedzieć się co tam się stało. Z tego co posłowie przekazali przez napaść na jarla i wielkie awantury wniecone mimo, że dyskrecja była największą waszą przyjaciółką.
Spojrzał na Wiedzącą przerywając na chwilę.
- Wiedzieli o nas, ludzi nam wyłapywali po kryjomu. Wtedy zdecydowalim, iż spróbuję z Einarem pomówić, bo całe miasto twierdziło, iż jarl spokojnie rządzi ale jeno godi decyduje kto wstęp ma do niego - odpowiedziała spokojnie.

Gdy mówiła to, do halli wszedł Freyvind z Chlothild. Jakże inne było to wejście niźli na czas thingu. Wtedy skald dumnie, z butą i pewnością siebie wmaszerował do halli wzbudzając zachwyt. Teraz skulony nieco niczym cień samego siebie, z zapłakaną Franką obok. Obrzucił beznamiętnym spojrzeniem jarla i volve, po czym przystanął i czekał. Nawet ramion nie splótł na piersi pozostawiając je smętnie opuszczone. Podeszła do nich Thora poczęstunek niosąc dla dziewczyny i dzban krwi i miodu dla aftergangera

- Dwie kobiety te związały was wszystkich krwią. - Agvindur spojrzał na wchodzącego skalda i służkę jego ponad głową volvy. - Nie wiadomo, nadal kim są ni jakie ich imiona. Podszywają się mocami pod Einara. Mają moce co obłęd powodują u ludzi. A co z berserkerem? - spytał trawiąc wiadomości.
- Na statku, z kołkiem w sercu. Sam tak zdecydował bojąc się, że przeszkodzi w rozmowie z Tobą.
- Czemu pomysłem złym był? -
uściślił Agvindur.

Chlo poprowadziła Freyvinda ku pobliskiej ławie, gdy jarl z volvą nadal pogrążeni w rozmowie byli. Kto znał zapalczywego skalda nie uwierzyłby, że za rękę poprowadzony spokojnie ku siedzisku za służka ruszył by w spokoju przeczekać na swoją kolej godząc się z tym. Jak boendr posłuchania u jarla szukając cierpliwie czekający, aż obecność jego kogoś zainteresuje. Bez kolczugi ni płaszcza w koszulinie jeno dziurawej i zakrwawionej w miejscu gdzie kołek przebił jego ciało, prezentował się nadzwyczaj mizernie. Jedynie dzban krwi zainteresowanie w nim lekkie wzbudziło.

- Jakem powiedziała, nienawiść głęboką do syna Twego żywi, tak głęboką, żebym się nie zdziwiła, gdyby nie zależało mu na pomocy.
- Za co? Możliwe, że z kobietami działa wespół?
- Nie pomógłby nam teraz, gdyby z nimi działał, nie pozwolił ostrzec. Za co… Pewnam nie jest. Alem i miłość głęboką wyczuwałam… Być może Einar zabił kogoś kto dla Volunda bliski był.

Widać było, że Agvindur słowa volvy przekłada w myślach.
- Z misją was kobiety ślą ku Francji… co to za misja? Wiecie? I czemu Erika zaatakowaliście? - Skinał dłonią na skalda by ten dołączył do ich dwójki, a Frey na ten gest podniósł się i powoli podszedł.
- Kobieta - poprawiła spokojnie wieszczka. - Niestety nie wiem co za misja, być może brat Twój będzie wiedział… jam pierścień otrzymała. - Zdjęła sygnet by go jarlowi pokazać. - Zaatakowaliśmy? - Zdziwiła się Helleven. - Brata swego pytaj, słów rozsądku słuchać nie chciał… - mruknęła ciszej zła na samą myśl jak fatalnie poszły sprawy z Erikiem.
- Podobnież kołkować go chcieliście, zaatakowaliście przy jego ludziach, mordując ich sami niezaatakowani.
- Kołkować? -
Volvę zatkało tym razem. Na wszystkich Bogów, cóże ten Freyvind najlepszego narobił?! - Wiem jeno o jednym ataku. Próbowałam z mocy swych skorzystać, by zwiedzieć się kto otruł jarla Erika, coś poszło nie tak… Przerażona ukryłam się w mniejszej izbie, a jarl Tisso za mną podążył, choć prosiłam by ostawił mnie w spokoju. Freyvind w obowiązku się poczuł, by mnie wspomóc i odtrącił jarla Erika… Jego ludzie się na to, na Twego brata rzucili. Freyvind jak rzadko kontrolować się próbował i krzywdy im nie zrobić. Niestety… jeden z ludźmi jarla zginął raniony przez własną kompankę, która odepchnięta przez Freyvinda została. Nieszczęśliwy wypadek, proponowałam zadośćuczynienie….
- Nie krzywym na Ciebie Agvindurze, żem spętany jak pies po misji, którą dla Ciebie wykonać miałem -
odezwał się cicho skald. - Sam zdecydowałem chcąc Ci pomóc. Aleś mi winien coś. Wiele. Winieneś mi wiele za to, żeś Erika nam podesłał. Jeżeli, w co nie wierzę, z kraju Franków żywym wrócę, pierwsze o co pana mego wyproszę, choćby na kolanach i buty mu liżąc… aby zezwolił mi na Tisso ruszyć. Zdrajcę tego zabiję, wcześniej niszcząc wszystko co mu drogie. Na pal kurwiego syna nabiję, na słońcu ostawię, wcześniej...
Helleven podniosła się patrząc z dziką wściekłością na skalda.
- Czyś Ty rozum kompletnie stracił?! - wrzasnęła na niego. - Jeśli nie masz nic wartościowego do dodania, co Jarlowi może pomóc, to lepiej zamilknij!

Skald dotąd volvy takiej nie widział.

Zawsze cicha, od ludzi trzymająca się z dala, nieśmiała i delikatna w tym oto momencie okazała jak bardzo i on i Volund jej nie doceniali. Stała władczo, pewnie, dumnie, co sprawiło, że smukła a wysoka sylwetka jeszcze wyższą się zdała. Zdecydowanie w jej tonie głosu i groźba w nim zawarta przedarły się przez ospały umysł pokonanego Freyvinda. Słowa mu w gardle stanęły, gdy zapatrzył się w groźbą przepełnioną twarz Wiedzącej. Skulił się, choć w jego beznamiętnym i nie zdradzającym woli wzroku próżno było szukać zdziwienia, podziwu, lubo innych tak pasujących do sytuacji emocji.
- To jeno chciałem rzec, że - ciszej powiedział unikając wzroku wieszczki - prośbę mam i jeżeli chcesz na kolanach błagał będę. - Nie patrzył na jarla wzrok spuszczając. - Pewnie nie wrócę z kraju Franków… weź pod opiekę Chlothild. Dobra z niej dziewczyna, najdroższa mi na świecie. Niechaj ma opiekę gdy mnie zabraknie, nie krzywdź jej, niechaj żyje szczęśliwie. A gdybyś kiedyś na Aros zechciał ruszyć… wiedz, że i inne drogie mi osoby tam w niewoli pana mego zostały. Jeżeli do Walhalli trafię, wiele pieśni o męstwie Twym i dobroci einherjar usłyszą, jeżeli łaskę te mi uczynisz.
- Z jaką misją jedziecie do Franków kraju? -
Agvindur nie skomentował występu skalda.
- Nie wiem. - Skald wciąż stał ze spuszczoną głową. - Weźmiesz ja w opiekę?
Wiedząca siadła ponownie na ławie widząc, że Freyvind się uspokoił i na Frankę spojrzała.
- Chlo… - Rzekła nad wyraz łagodnie, po swych ostatnich słowach. - Pamiętaj o czym, żeśmy rozmawiały. - Uśmiechnęła się leciutko i ponownie na jarla spojrzenie oka niebieskiego przeniosła zastanawiając się jeszcze co rzec mu winna. Wiedziała, że Elin będzie musiała wywołać wkrótce, gdyż zapewne ma kolejne potrzebne Agvindurowi informacje. Ale co jeszcze ona mogła przekazać?
- Pamiętam. - Dziewczyna głową skinęła, stojąc za skladem pognębionym.
- Do kraju Franków jedziecie nie znając zadania czy rzec nie chcecie? - Agvindur nie dowierzał swym uszom.
Helleven usta zacisnęła na moment po czym uśmiechnęła się leciutko i ku jarlowi nachyliła.
- Znamy się tyle lat Agvindurze i zawszem wiarę w Twą mądrość pokładałam sądzę, więc że zbytnio się nie zdziwisz… - Błękitne oko w oczy Pana na Ribe się wpatrzyło po czym volva pocałowała go zachłannie.
- Nie znam - potwierdził skald. - Podejrzenia mam jeno, acz żadnej pewności czy w nich nie błądzę.

Nim jarl odrzec coś zdołał usta mu volva pocałunkiem zamknęła. Agvindur oczy szeroko otworzył w zaskoczeniu nagłym wybuchem uczuć by zaraz za ramiona ująć aftergangerkę i odsunąć gwałtownie od siebie. W oczach gniew błysnął.
- Na Odyna, cóże to ma znaczyć?! - warknął i z ławy się podniósł górując nad siedzącą.
Głowę spuściła, by skryć zażenowanie. Myśli jej niczym wiatr pędziły, jeśli powie prawdę przyjdzie im pewnie szukać nowego domu, rozejrzała się po langhusie, jeśli będzie milczeć być może, być może jakieś ważne informacje nie zostaną przekazane Agvindurowi. Powinna milczeć ale nie chciała widzieć męża stojącego przed nią w mocy tej która ją więzami spętała. Miała ochotę śmiać się z samej siebie.
- A więc nie wiesz… - odezwała się jednak cicho. - Przez tyle lat i nie dostrzegłeś… - Wstała powoli patrząc spokojnie na jarla. - Dwie nas zawsze były… i choć ja nie wiem… Elin wiedzieć może co za misję dostaliśmy.
- Teraz i tutaj to dobry czas? -
sapnął złość pokonując. - Zatem niech Elin przemówi. Więcej wiedzieć trzeba - rzekł do volvy.
- Ty zaś …. - zwrócił się do skalda - … zaczekaj z dala - dodał z napięciem.
- Na okręt wrócę. Ruszać nam trzeba jak najprędzej. Rzeknij mi jeno czy wedle prośby mej Chlothild w opiekę weźmiesz.
- Nie kazałem wracać na okręt lecz zaczekać z dala. -
Agvindur uściślił cedząc słowa. - Dziewka najmniejszym zagadnieniem teraz. - Odprawił kwestię ruchem podbródka i spojrzał wyczekująco na volvę.
Wieszczka znów bliżej jarla podeszła.
- Nie czas i miejsce. - Zgodziła się. - Tego chciałam przejść od razu do rzeczy. Pomocy Elin Twej potrzebuje…
Dalsze słowa skalda ją powstrzymały przed kontynuowaniem:
- Polecenia jeno od pana mego przyjmuje, a one jasno o podróży mówią. - Freyvind mówił beznamiętnie. - A jesteśmy tu, przybyliśmy do Ribe jeno za sprawą dotyczącą Franki. Ważkim tedy zagadnieniem się zdaje, boć i jedynym.
- W moim domu, moje polecenia przyjmować będziesz -
stwierdził Agvindur. - Szczególnie jeśli prosić o pomoc dla dziewki chcesz - dodał mrużąc oczy.
Skald jakby coś wziął pod namysł, w końcu kiwnął głową. Zrobić zadość prośbie gospodarza i poczekać cierpliwie z nadzieją na przychylność względem prośby nie było naprzeciw poleceniom Vsevoloda, a na Elin i tak trzeba było poczekać.
Odwrócił się i ruszył ku ławie stojącej przy wejściu na której usiadł i wbił wzrok w klepisko.
Volva przyglądała się temu ze spokojem i gdy Lenartsson usiadł wróciła spojrzeniem do jarla.
- Ostatnim razem przywołałeś ją w Jelling. - Rzekła jakby nigdy nic zbliżając się jeszcze bardziej do Agvindura. - To jedyny sposób jaki znam.

Nim słowa jej przebrzmieć zdążyły w ramionach jarla się znalazła i usta twarde choć czułe na swoich. Otoczona ramionami jego szerokimi kruchą i drobną się poczuła. Całował ją z pasją lekko skrywaną, tuląc do siebie, niemal miażdżąc ją o swą pierś.
Zaskoczył ją, musiała to przyznać ale po chwili już z pasją oddawała pocałunek wtulając się w jego pierś, gdy nagle... volva zesztywniała w ramionach jarla. Początkowe przerażenie ustąpiło zdumieniu, gdyż znała te twarde ramiona otulające ją całą. Strach, iż być może to ostatni raz, gdy Agvindur ją tak trzyma dodał jej odwagi by oddać nieśmiały pocałunek i mocniej w niego wtulić. Chciałaby tak zostać, bezpieczna ale nie mogła, szarpiąca tęsknota nie pozwalała jej zapomnieć. Po chwili więc delikatnie spróbowała się odsunąć.
Jarl wypuścił volvę ze swych ramion i pochylając nieco zajrzał z niecierpliwością w oko.
- Elin? - odrobina niepewności odbiła się na jego obliczu.
Wpatrzyła się w jego twarz chcąc ją wyryć sobie pod powiekami i skinęła delikatnie głową.
- Tak? - Zapytała niepewnie spuszczając nagle wzrok zawstydzona. - Słucham Agvindurze. - Starała się zabrzmieć pewniej niż się czuła głowę znów unosząc.
- Wieści masz dla mnie wedle … - głos zawiesił - … niej - dokończył niezgrabnie.
Strach i wyrzuty sumienia się w błękitnym oku pojawiły, pierścień dla uspokojenia musnęła.
- Jeśli z Tobą rozmawiała, większość zapewne już wiesz - odparła cicho stojąc prosto bez buty jednak. - Nie wiem o cóż może jej dokładnie chodzić.
- O Aros, o kobiecie co męża udając Vsevoloda, krwią was związała, o misji waszej… nic nie wiesz? -
Agvindur nie spuszczał z Elin badawczego spojrzenia. - Mówiła, że wiedzieć możesz. Po co do Francji wasz posłali?
- Tak… -
Skinęła głową szybko. - Nasza Pani chciała bym Freyvinda i Volunda do głównej osady w kraju Franków zawiozła. Ambasadorem jej mam tam być - mówiła z leciutką nutką zadowolenia, iż jej tak zaszczytne stanowisko przypadło w udziale. - Nasza Pani pragnie byśmy informacje zbierali wśród naszych, którzy się tam osiedlili, czy pragną wrócić czy resztę swego żywota na obczyźnie dopełnić. Wspomniała, iż z jej posłańcem tam mamy się spotkać, który więcej szczegółów zdradzi i dla mnie dodatkową misję mieć będzie… - Spuściła nagle wzrok zawstydzona własnym zadowoleniem. - Pani… - Zamyśliła się na moment. - Nie wie, iż ja przez jej maskę się przedarłam… Mam nadzieję, że zła nie będzie… Maska… - dodała nagle. - Sygnet, którym od niej dostałam wizerunek maski zawiera, widziałam taką samą za tronem w Aros… - Zgarbiła się tutaj lekko. - I na żaglu Leiknara w wizji… Jeśli pozwolisz… to ją narysuję. Sygnet mam pokazać posłańcu na miejscu, a on nam zapewni bezpieczne schronienie… O glejcie jeszcze Pani wspominała, który miał mi zapewnić bezpieczeństwo w trakcie podróży… Alem go nie dostała… Być może, któryś z mych braci ma. - Rozejrzała się nagle przypominając sobie o berserkerze i skaldzie. Dojrzawszy tego drugiego znów na jarla spojrzała.
- Freyvind… glejt jakowyś masz do Francji? - Agvindur zwrócił się do skalda, tonem co na dyskusje nie zezwalał.
- Sprawy między mną a panem naszym nie są może największą z tajemnic - Lennartsson nie poruszył się - ale wiedza o nich, gdybyś ją posiadł, na niekorzyść Vsevoloda może się obrócić. Nie pytaj mnie zatem o to proszę. Wiem czy nie wiem, nie odpowiem.
Elin niepewnie na Freyvinda pojrzała.
- Ale Pani nam jeno jechać kazała… Nie zabroniła mówić o niczym… - Cofnęła się o krok niepewna, iż znowu zawiodła.
- Pani? Vsevołod to jeszcze mi przykazał abym na życie swe się nie targał. Widno ważnym jest byś mnie Frankom żywym doprowadziła. To jeszcze rzekł, żebym nie czynił nic co na niekorzyść obrócić się przeciw niemu może.
- Volund rzekł, że nas zabić ma jeśli misji zagrozimy… -
Wyszeptała volva patrząc z napięciem na skalda. - Ja… ja nic takiegom nie słyszała od Pani…
Agvindur dyskusji nie słuchał.
- Statek przeszukać. Jeśli glejt jakowyś znajdziecie, mnie przynieść. Protestować zaczną, puścić nago za miasto. Już!
Ludzie zerwali się by rozkaz wykonać. Skald zerwał się z zydla również.
- Ribe dosyć wycierpiało i krwi przelało. - Frey zacisnął dłonie w pięści. Gotów zastąpić drogę wyjścia z halli był, ale patrzył na jarla. - Nie przyprawiaj miastu wdów. Bo kto tego spróbuje z mej ręki zginie - powiedział lekko mocniejszym tonem, choć jakże dalekim od jego zwykłego, w którym pewność i zaciętość zwykle buzowały.
- Ale…. jak nam załogę... - próbowała wejść w słowo Elin.
- Nie Tyś tu jarlem, i nie Ty będziesz mnie uczył jak o ludzi swych dbać. Swoich na zatracenieś już poprowadził. I siebie wiedziesz. Starczy. - Agvindur głową skinął i sam ruszył ku Freyvindowi. - I nie składaj obietnic coś ich wykonać niezdatny, bo słowo twe ścierką się stanie.
Freyvind nie słuchał. Wyszedł za zbrojnymi dając France znak aby szła za nim.

Wieszczka za jarlem ruszyła.
- Agvindurze… jak nam załogę przepędzą, to kto nas do Francji zabierze… - rzuciła nerwowo czując jak grunt jej powoli spod nóg ucieka. Ona chciała go tylko ostrzec! - Przecież musimy tam płynąć...
Za dłoń uchwyt poczuła gdy Chlo pociągnęła ją w głąb z dala od jarla, któren krokami wielkimi za bratem krwi swym podążał. Za nim Thora drobiła, a gdy z chaty wyjścia krok postąpił Bjorn i dwóch hirdmanów.

Freyvind szedł nie zwracając uwagi, skupiony jedynie na celu: przeszkodzić zbrojnym statku przeszukanie. Może to koncentracja, a może co innego sprawiło, że nie dostrzegł doskoku jarla na Ribe. Ramię co jak imadło go uchwyciło wokół szyi, drugie co kark mu łamało. Wierzgnął, zachłysnął się i palce wbił w przedramię zaciskające się z siłą nieludzką. Oczy wyszły mu z orbit gdy czuł jak krtań miażdżoną ma, mięśnie karku napięte jak postronki co ledwo-ledwo się trzymają. Volva zaś ujrzała dwójkę braci siłujących się niczym dwaj olbrzymi. Freyvind czując zacisk na swej szyi sięgnął po moc krwi swej by siłę swą wzmocnić. Poczuł przez chwilę jak pulsuje w jego martwym ciele, jak wypełnia go znowu i miał wrażenie, że Agvindur uścisk swój poluzował. Jednakże ciśnienie krwi wzmogło się mu w uszach. Czerwona mgła przesłaniała spojrzenie!
Elin zamarła na wejściu do chaty ujrzała, że ciało Agvindura oraz Freyvinda od ramion w górę otaczać zaczyna czerwona mgiełka. Zapach krwi stał się mocniejszy. Z głuchym chrupotem, powoli pękały węzły kręgów, ból zadając skaldowi. Jęk boleści, wściekłości niczym charknięcie wydarł się z zaciskanego gardła… by ciemność i niemoc skalda ogarnęła, a ciało jego bezwładnie zwisło.
 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"
Leoncoeur jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166