Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-11-2007, 16:10   #1
 
Junior's Avatar
 
Reputacja: 159 Junior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znany
[sesja] Sztukmistrz

Wiosna roku 2512. Streeisen w Averlandzie

Powolne kap, kap, wykapywało rytm dnia. Na zewnątrz deszcz spłukiwał resztki śniegu. Monotonne kapanie z jakim woda spływała dziurawą rynną na parapet okna. Przez które zaglądał do izby obraz szary, zimny i brudny. Roztopione czapy śniegu sprawiły że ulice zamieniły się w błotniste potoki. Nie litościwy deszcz sprawiał że wszystko zdawało się zimnie i wilgotne.

Takiego dnia miło było usiąść w ciepłej izbie. Napić się, a ogrzać ręce przy ogniu paleniska. I wpatrując się w nieprzyjemną scenerię marzyć o nastaniu wiosny. Kiedy trakty się osuszą, trawy zazielenią, a drzewa obsypią kwieciem.



Lecz nawet teraz, kiedy śniegi zimy odeszły wżdy zdawało się że świat jakby począł na nowo oddychać. Gońcy ruszyli na trakty. Ludzie rozeszli się w koło i choć upłynie jeszcze kilka tygodni nim na gościńcach zagoszczą ciężkie wozy, to wieści ze świata poczęły krążyć i karmić uszy stęsknione po zimie wieści, a nowiny jakiejś.

I zasiadali ludzie aby słuchać wieści ze świata. Choć często nijak mogli je pojąć, czy żeby dotyczyły ich one – to jednak ciekawość zawsze była w człowieku zapisana. Chęć słuchania, patrzenia, obserwowania. Karmienia się czyjąś troską, nadzieją, miłością. Czyimś życiem. I słuchania wieści ze świata, co pożywką były dla wielu.

W gościnnej izbie karczmy, która przerodziła się w miejsce spotkań okolicznych, jak zwykle o tej porze przesiadywało wiele osób. W większości miejscowi, którzy po ciężkim dniu pracy wstąpili na kufel pienistego nim udadzą się do swych domów. Przy jednym stoliku kilku robotników grało zajadle w karty. Przy następnym grupa mężczyzn wielkich jak tury zasiadało przy jednej ławie. To bracia Bachman, znani w okolicy drwale lubiący wypić. Przy kolejnym stole inni. Znajome twarze. Znajome trunki.

Jeden tylko stół obsiedli jegomoście innej kondycji. Ubrani z bogata. Przy broni, choć żaden z nich nie zdawał się do wojaczki specjalnie przywykły. Szlachta i bogaci mieszczanie. Rozmawiali głośno, w pełni zdając sobie sprawę że każdy nadstawia ucha, by dowiedzieć się czego. Albowiem szlachta rozmawiała wydarzeniach w świecie. Czego musieli mieć świeże informacje. Bo też w koło nich zebrał się tłum łasych wieści o świecie.

- Kuzyn mój mówił że ci z Marienburga całkiem na łby pospadali. Podobno Rada Miejska wprowadziła podatek od handlu z Altdorfem. O półtora procenta na antale wyższa niż z Bretonią – pieklił się jakiś purpurowy grubas.
- …
- Ponoć napadli na świątynię Sigmara w Kastorfie w Middenlandzie. Spalili i rozgrabili.
- Nie może być…
- Ponoć tu ulrykanie ich prowadzili. Znów w spór idą…
- …
- Słyszałeś że hrabia Wissenlandu spiera się z sąsiadami o Wusterburg. Słyszałem że obiecał jakiemuś rycerzowi stamtąd rękę swej córki. Ale ten jak się pomiarkował że panna nie jest czysta to zerwał umowę lenną i pod Averland się przytulił…
- Bzdura, der Weisse nie ma córki!
- …
- To nic! Nad Wulfenburgiem widziano smoka!
- Co?
- Ano smoka. Prawdziwego smoka.
- Opił żeś się i bujdy prawisz!
- …

Tak też wieczór upływał, a jak słońce zachodziło tak języki się rozwiązywały, a dalej opowieści coraz ciekawsze i bardziej niestworzone snuli. Tak też nikt się nie zmiarkował kiedy wieczór nadszedł i z za okna szarówka spoglądała.

*****

Nie tak wcale daleko, ale w całkiem innym miejscu. Ubi Leones czyli wieś kilka dni drogi od Streeisen

- No rusz się do cholery!
Przeraźliwy wrzask żony, z trudem był słyszalny w jazgocie jaki po brzegi wypełniał chatę. Przeraźliwy ryk dystansował odgłosy najgorszych potworów. Był to bowiem ryk nie tylko groźny i nieustający to jeszcze… przez nikogo nie zrozumiany. Był to ryk małego dziecka.
- Mógłbyś chociaż zamieszać polewkę, nie widzisz żem zajęta?!
Żona Feliksa, kobieta ciężko pracująca bez dwu zdań była osobą dobrą i kochającą. Ale tak to z miłością bywa że nie jest pamiętliwa. Tedy i tego dnia zapomniało jej się i uleciała przez komin. A kobieta tak zmęczona i jak zła czyniła wszystko aby mężowi nie było lepiej.

Choć i bez tego nie było dobrze. Bowiem od trzech dni mieli w domu gościa. Siostra Jetty – Berentruda zamieszkała z nimi. Wiadomym było że mąż nieszczęśnicy lubił wypić. Nikt w wiosce nie robił z tego problemu. Wszak ma swe problemy. Ale przed paroma dniami stłukł kilka osób i rzucił się na żonę swą biedaczkę i tylko dzięki pomocy syna kowala nie doszło do tragedii. Jakakolwiek była tego przyczyna, faktem się stała kolejna lokatorka chałupy Felksa.

Choć i bez tego nie było dobrze. Feliks znał się na lesie jak nikt inny. Znał i gościńce i pola. Potrafił i po trzech dniach trop jako Świerzy odnaleźć. Wiedział jak podróż uczynić bezpieczną, czuł i słyszał las. A do tego lubił swą pracę. Był w swej profesji dobry. Ale nie tak wielu o tym wiedziało. Tedy nie często była okazja aby nająć się do pracy. Gdy brak było zleceń, polował by przynieść do domu mięsa i odzież ze skóry przygotować. Zima była jednak najgorsza. Wtedy ciężko było z chaty wyjść, bo mróz trzaskał. I zanim miał stopnieć, topniały zapasy mięsiwa, ziaren, warzyw i pieniędzy. Feliks miał problem. Bowiem wszelkie zapasy były na wyczerpaniu i zwyczajnie głód czaił się pod drzwiami chaty Feliksa.
- Ruszysz się czy nie?!

Zanim zdołał odpowiedzieć, dało się słyszeć walenie do drzwi, a kiedy te się rozwarły stanął w progu postawny mężczyzna z bujnym ciemnym zarostem i ogorzałą twarzą – znak że dzień na mrozie to jemu nie pierwszyzna. Otto Ragen. Syn kowala, dusza człowiek często zaglądał do chaty.
- Feliksie. Z miasta przyszli ludzie. Zdaje się że rozmówić z nimi się musisz. Zdaje się drwale. Ponoć na zlecenie w lasy idą. Daleko i coś rychtuje że kasa przy nich. – oczy wielkoluda świeciły się radośnie – Ludzi szukają. A i przewodnik im się nada.

*****

Ulice Streeisen

Dziwne to było miasto. Ni to duże ni to małe. Ni to bogate, ni biedne. Takie… nijakie. A może to ta pogoda? Kacper jakoś nie miał dobrego dnia. Z powodów które przyćmiły niewygodę podróży, ruszył na szlak aby dotrzeć do Streeisen. Mieściny zdaje się doskonałej by nieco grosza uszczknąć, zarobić, a może i zabawić się drobinę. Wszak on sam był profesjonalistą i nie w takiej dziurze potrafił prowadzić swój interes.

Ale jakoś ulica była zbyt grząska, słońca za mało dawało, ludzie zziębnięci za szybko pędzili. A jemu było diablo zimno. Cholerna pogoda.

Kacper dźwigał swój straganik na własnych plecach. Istna lada wystawiennicza, opatrzona wirtuozerską plątaniną przedziałków, mądrych półeczek, znaczników, a przy tym opisów, znaków, ilustracji. Nazwy w języku klasycznym i Reikspiel. Bez dwu zdań – był profesjonalistą dumnym ze swego warsztatu. Chyba.

Na ulicach o tej porze często ktoś chodził. Ludzie się kręcili w koło, jakiś żebrak na piętnaście kroków od Kacpra szukał jałmużny. Miasto żyło swoim tempem. Właśnie. Swoim. I to wyrwało Kacpra z zamyślenia. Jakieś krzyki i wyraźne odgłosy biegu. Przynajmniej kilku. Zbrojnych. Lecz z zawczasu jakaś sylwetka wypadła z za rogu. Zdyszana potknęła się upadła kolanem brudząc się w błocie ulicy. Poderwał się na nogi by biec dalej. Pewnikiem złodziej – miarkował spokojnie Kacper.

Elf! Spostrzeżenie poraziło Kacpra. Bardziej by się spodziewał orka ujrzeć. Widział elfa w swym żywocie parę razy i nijak się nie spodziewał ujrzeć raz jeszcze. Nie w takiej sytuacji.

Gorzej! Elfka! Serce Kacpra nie wiedząc czemu mocniej zabiło. Ale wpatrywał się w istotę. Zadziwiająca. Ulotna, zdaje się miekka w wyglądzie? Pełna gracji i… o urodzie tak niezwykłej że aż porażało. Coś kazało odwrócić głowę i nie patrzeć. Ale ta Słuchać nie chciała.

Nagle ich oczy się spotkały. Zalękniona, przerażona – wszystko to aż emanowało z jej zielonych oczu. Choć za razem były tak obce. Tak wyjątkowe. Tak… kusząco dziwne. Elfka dopadła do niego. Chwyciła za rękę.
- Proszę. Zanieś to pod Uber Straße 7. Proszę.

Nie powiedziała nic więcej. Kacper stał jak zamurowany. Nie wiedział co począć. Chyba pierwszy raz w życiu nie wiedział co uczynić. Elfka zerwała się do ucieczki. Szybko wyminęła straganik i skręciła za kolejny budynek. Aby… lec w błocie.

Równocześnie w ślad za elfką wybiegło czterech zbrojnych, lecz i z za załomu gdzie ta szukała ucieczki wypadło dwu kolejnych. Bez ceregieli jeden z nich posłał obcej cios. Ta upadła w błoto obficie krwawiąc ze złamanego nosa. Zbrojni otoczyli elfkę. Jednocześnie prezentując insygnia straży miejskiej. Ten sam który sprowadził elfkę do parteru, podszedł do niej i bez słowa wymierzył potężnego kopniaka w brzuch. Elfi kształt zwinął się na ziemi w spazmie.
- Brać ją
Oprawca wyrzucał z siebie słowa z wrodzoną pogardą. Dwójka strażników podniosła elfkę i w ślad za swym przełożonym ruszyli ulicą. Dopiero wtedy Kacper zmiarkował że ściska w ręku jakąś kartkę. Drżał zaskoczony i przerażony sceną jakiej był świadkiem. Wpatrywał się w strażników próbując uspokoić drżenie rąk.

Oprawca – Łysy jegomość z blizną na lewym policzku – spojrzał na niego spod zwężonych powiek.
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.

Ostatnio edytowane przez Junior : 19-11-2007 o 16:15.
Junior jest offline  
Stary 20-11-2007, 13:58   #2
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Kacper Liebmayer



Popatrzył w świńskie oczka łysego, znamionujące okrucieństwo i przeszedł go dreszcz. Choć sam się z czymś takim ( chwała Sigmarowi ) nie zetknął, słyszał wiele opowieści o sadystycznych komendantach w małych miasteczkach, czy wsiach. Potrafili zamknąć i zamęczyć niewinnego wędrowca, czy drobnego handlarza pod fałszywymi zarzutami, albo nawet i bez nich.

Ot tak.

Dla zabawy.

Świat parszywieje - pomyślał.

Kartka schowana w ręce paliła go żywym ogniem, daremnie starał się też uspokoić drżące dłonie. Poprawił na plecach nosidło z towarami, przygarbił (choć nie było to proste - był dość wysoki i dobrze zbudowany) i starał wyglądać jak najniepozorniej.
Na myśl o zatrzymaniu aż go mdliło - pomimo, że ubrany był w znoszoną ( ale dobrego gatunku ) koszulę, zwykły, skórzany kubrak i wełniane spodnie, tak popularne wśród podróżników, to w bucie miał ukryte ponad 20 koron zabranych jeszcze z domu Topferna. Nie byle jaki łup dla komendanta, czy jego pomocników.

Nie wiedział też, czy przypadkiem nie szukają go ludzie wysłani przez braci jego byłej kochanki Katarzyny, a nawet jego własna rodzina.

W każdym razie na zwiedzanie tutejszej ciemnicy nie miał najmniejszej ochoty.

Nie patrząc w oczy łysielcowi usunął się na bok i powłócząc nogami jak człek bardzo zmęczony i po długiej podróży powlekł się w stronę najbliższej karczmy. Musiał coś się napić i spokojnie pomyśleć, miasteczko było stanowcze za "wesołe" jak na jego gust.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 20-11-2007 o 14:06.
Arango jest offline  
Stary 20-11-2007, 15:23   #3
 
Francez's Avatar
 
Reputacja: 89 Francez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znany
Ubi Leones





Ubi Leones jedna z nielicznych wiosek przytulonych do brzegów rzeki, jest małym mrowiskiem kupców i rzemielśników, które zasiedlone zostało przez ludzi, przybyszów z północy, którzy wybrali to miejsce by wznosić na nim swą wioskę, malować miniatury i śnić o nowych bezkrwawych podbojach.
Gdyby na podobieństwo asa przestworzy można było wyrwać się spod działania sił grawitacji i ujrzeć świat z góry, zobaczylibyśmy Ubi Leones jako zwarte kłębowisko, wir drewnianych budowli, przypominających klocki dla dzieci. Ale z pewnością nie tworzących racjonalnego układu alejek i zabudowań. Planowa geometryczność tego miejsca od zawsze pozostawiała wiele do życzenia. W zimowej aurze kanty złagodniały, a gdyby jeszcze chciały stracić ze swej solidności i stać się przezroczyste, to wytężywszy oko as przestworzy dojrzałby w jednym z wielu doglądanych „dziecięcych klocków”...

***

Felix


***


Miał może niecałe dwa centary wagi, poruszał sie jednak zgrabnie jak na taką wagę. W końcu był przepatrywaczem, człowiekiem, u którego zwinność i zręczność są nie do przecenienia. Niemal czarne włosy spadały wodospadem po szerokim jak dwudziestoletnie drzewo karku. Szrama nad okiem wcinała się agresywnie w fizjonomię człowieka, którego ogorzała twarz, tak czy inaczej, wzbudzała miłosne stęki u płci niewieściej. Jednak jego obecne dumanie nie należało do tych z rzędu romantycznych...

Czort ją nadał... Że niby natłukł ją... I co z tego? Jak chłop baby nie bije to jej wątroba gnije. Tak sobie pogrywał Felix w pchełki „lubymi” myślątkami, chodząc tam i nazat w przyzbie. Dobrze wiedział, że jego wzburzone emocje wywołują takie agresywne usposobienie w stosunku do Berentrudy, tak samo jak wiedział, że emocje sie zmieniają... Ale do diabła już trzy dni jak chandra trzymała i przyduszała go. Nie przepadał za mężem Berentrudy – Grizwoldem choć tak jak on sam lubił zaglądać do kieliszka i skutecznie topił w nim codzienne utrapienie. Co jak co szarpać sie z jakimiś pijackimi ciulami to jedna sprawa, a sprać na kwaśne jabłko swoją kobietę to przynajmniej... insza inoszość. Cała ta kabała z siostrą jego żony, ciążyła mu okrutnie na sercu. Sam bardzo kochał Jette i nie brał na serio możliwości takiego obejścia, jakiego zwolennikiem był Grizwold. Podły nastrój potęgował chwilowy zastój w jego pracy. Przecież każdy wie, że jak się czuje przyjemny ciężar paru miedziaków w kieszeni to od razu odmienia się widzenie rzeczy - już nie jest tak szaro i bezwyjściowo, nawet, chodź to arcydziwne, śmieszą dowcipy ojca, którego zazwyczaj trudno słuchać, gdy przychodzi i struga Księcia Świeżego Dowcipu, gdy w gruncie rzeczy jego humor jest znoszony jak stare wieśniacze pantalony. Jednak te finansowe roztrząsanie miały zostać przerwane bo właśnie....

Właśnie wtoczył sie do izby Otto Ragon, syn kowala,i gruchnął pozdrowienie.
- Serwus stary parchu!- Owionął taksującym wzrokiem otoczenie, poczynając od odkorkowanej, lecz pustej flaszki śliwowicy, przez nocne kalesony Felixa, a skończywszy na jego smętnej minie, i rzekł:
- Jakby z fizjomordy człeka miała rodzic się pogoda, a mówi ci to Otto Ragon, a co on rzecze to nie w kij dmuchał, to tu zagościłaby burza z błyskiem i nakurwianie żabą. - Odrzekł
wesoło.
- Te... metrolog zawżyj mordę, i nie zapomnij o drzwiach bo zimno lezie, a co do kolejności pozostawiam wolny wybór.
- A to ci... - Otto położył swoją ciężką kowalską dłoń na głowie Felixa i rozczochrał włosy nieruchomo siedzącego, wpatrującego się, jakby urzeczonego, w chlebowe kulki, które namnożył na stole, a teraz adorował beznamiętnym wzrokiem.
- Dość tej melankoli! - I Triumfalnie odparł Otto. Jest robota dla ciebie... O widział! A już myślałem, że będzie sie do rana modlił do tych okruchów.
Reakcja była natychmiastowa. Oczy Felixa przebiegł ożywczy błysk.
- Ale jak?Od kogo? - Szybko padły pytania z ust nadgorliwca.
- Król Artur przybywa do wioski i ma takie dworskie chcenie, że niby potrzeba mu galantnej eskorty. I widzi mu się, że tutaj takową znajdzie. Ot co.
Jeżeli przedtem Felix miała rozdziawione usta, to teraz ziała z nich istna nieprzepastna pieczara.
- No wiesz, świta tych...no eee... minstreli, właśnie, drogo-kurwa-cenna dwukułka ciągniona w dwunastke anglorabów... A co ja ci zresztą gadać będę. Przyjadą to zooczysz sam. - Nagle wyraz twarzy gościa uległ zmianie.
- Mhmm... A co tu tak ładnie pachnie? Czyżby bigos?! - Zapytał przebiegle Otto, z miną wiecznie głodnego, ubiegając tym samym dalszą indagacje przyjaciela.
Co? Jaki bigos? Szybko pomyślał przepatrywacz. Jeżeli moje garnki potrafią jakimś tajemniczym i niewiadomym mi sposobem przechowywać zapachy potraw, to temu pewnie sie rozchodzi o ten bigos com go wtryniał w pierwszym dniu wiosennego przesilenia.
- Ty zlaz mi z tego bigosu i to już . Ale co ty do diabła gadsz? Jaki król?
Otto nadal się rozglądał, a robiąc to, zdawał sie wogóle nie słyszeć co się doń mówi. Cały pochłonięty był teraz potrawką z kapusty i węszeniem jej potencjalnego położenia.
- Kurwa! Otto wiesz, że cie miłuje jak... - Nie mogąc znaleźc właściwego porównania wpatrywał sie tylko w flaszke śliwowicy. - W kązdym razie, jak mi zaraz nie wyłuszczysz sprawy to ci zrobie bigos... ale z ryja. - Odprarł szybko gospodarz.
Głodomór spojrzał po chwili na przepatrywacza z kamienną twarzą, wyrwany z kontemplowania efemerycznego świata ulotnych zapachów i niespodziwanie rubasznie sie zaśmiał.
- Nerwusek z ciebie, ale i takim cie lubie. Hehehe....
Rzeczywiście interes zaczął majaczyć niczym oaza na horyzoncie kurchanów z piachu.
Oczywista żaden tam król, nawet książe, tylko zwykli: drwale. Ot cała sprawa obijała się o znalezienie przewodnika po lasach Imperialnych dla grupy wycinkowej, która chciała tym razem uszczknąć lasu nieco dalej od wioski. Niby robota prosta i łatwa, ale kto wie.
Zaraz po tej rozmowie izba świeciła pustkami. Nie było w niej ani Otta, ani też Felixa, który niczym kąpany w gorącej wodzie pędził dobić interesu. Tak. Zawsze trzeba być szybkim. Każdy przecież może nas ubiec... Nawet Słońce wschodziło troche szybciej niż powoli, jakby było pewne, że księżyc lada moment zacznie deptać mu po piętach.
 
__________________
Mi Casa es Su Casa

Ostatnio edytowane przez Francez : 27-11-2007 o 16:55.
Francez jest offline  
Stary 21-11-2007, 13:41   #4
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 231 obce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie cośobce ma w sobie coś
Streissen w Averlandzie, wiosna 2512 roku, karczma "Pod Dzbanem"

Streissen przypomina teraz dziewkę, która, jakimś ciemnym zaułku, przypadkiem straciła cnotę. Nie mogąca wydostać z błota, oświetlona zmętniałym światłem, z której zimny, jesienny deszcz zmywa resztki czystego, białego śniegu nieodwracalnie zmieniając go w brud.
Wkoło mnie wiele znajomych twarzy: bracia Bachman przeklinający deszcz, właściciel tartaku przeklinający braci Bachman, Liess swoją żonę, Wirtz pełne rynsztoki i zniszczone buty, Fehr trakty, Lutzen fikuśne a nowomodne krynoliny, które co bogatsze mieszczki na wzór nuleńskich szlachcianek zaczęły nosić. No i jest jeszcze Vogel, przeklinający wszystko i wszystkich. Jednako bogów, ludzi i poborców podatkowych. W tej właśnie kolejności.
W jednym Wirtz ma rację – miasto zaczyna tonąć w gnoju.
Istna sól tej ziemi.
A pośród niej – światowcy. Bogate mieszczaństwo i szlachta odziana w kolorowe szaty. Ludzie broń noszący, choć na pochwach, pasach i pendentach nie sposób zauważyć śladów długiego użytkowania. Być może ich pieniądze, którymi tak szczodrze rzucają, są równie świeżej daty, jak ekwipunek. Są równie jaskrawi, co głośni. Szkoda tylko, że z ich ust nie wylatują pełne znaczenia słowa lecz puste dźwięki.
Lecz ludzie i tak ich słuchają. Dzisiejszego wieczoru, bajarz nie będzie tu potrzebny.

Kilian starannie wytarł i odłożył pióro. Przez chwilę, czekając aż pergamin dobrze wchłonie inkaust, wodził wzrokiem po wyłożonym ciemnym drewnem wnętrzu karczmy, przyglądał się ludziom, przysłuchiwał strzępom zdań i słów, czekając na takie, które zaintrygowałoby go. „…wprowadziła podatek… antale wyższa niż… spalili i rozgrabili… w spór idą… pomiarkował, że panna… ano smoka…” Nic z tego nie będzie. Jedyną prawdziwą informacją, jaką tu zasłyszał było stwierdzenie chudzielca przypominającego ubraną w zielenie i fiolety wystraszoną gęś: „Opił żeś się i bujdy prawisz!” Cała prawda: żadnych słów, same puste dźwięki. Ot, złote rybki w stawie.

Wstał z trudem, dokładając swój głos, do długiej litanii złorzeczeń na zimno, wiatr i deszcz. Wróci tu jutro i na spokojnie porozmawia z karczmarzem, który teraz, wygodnie rozparty na kontuarze, uchem strzyże niczym zając.
Wróci tu jutro, gdy – przy odrobinie szczęścia – kości nie będą już go rwać tym ostrym, tak znajomym, bólem.
 
obce jest offline  
Stary 26-11-2007, 15:48   #5
 
Junior's Avatar
 
Reputacja: 159 Junior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znany
Wiosna roku 2512. Streeisen w Averlandzie

Powoli, mozolnie, bez zbędnych ruchów. Wkomponowany w otaczający krajobraz. Zwyczajny. Kacper obrócił się i zmęczonym krokiem handlarza po ciężkim dniu pracy ruszył nie oglądając się za siebie. To też nie zobaczył. Ale usłyszał. Jęczenie człowieka zwabiło jego uwagę. Obrócił się z wolna.

Żebrak. Cichy świadek rozgrywającej się sceny, jęcząc wychylił się w stronę łysego. Biedak musiał stracić język, gdyż nijak nie potrafił artykułować dźwięków. Wzrok żebraka i Kacpra spotkał się. On wiedział. Kacper pobladł widząc jak żebrak chwyta strażnika miejskiego za nogawkę i wskazuje handlarza.

- Czego chcesz dziadu? – Strażnik jakby nie pojął znaczenia gestu – Puść mnie bo jak cię…
Żebrak z miejsca puścił i odskoczył gotują się na cios który jednak nie spadł na niego. Zamiast tego łysy wyciągnął kilka miedziaków i rzucił w błoto. Śmiech żołdaków towarzyszył żebrakowi, kiedy ten tracąc zainteresowanie czymkolwiek innym rzucił się zbierać pieniądze.

Kacper nie czekał dłużej. Może szybszym krokiem niż z początku to zamierzał ruszył uliczką. Oby skręcić za róg, oby zniknąć im z oczu, oby oddalić się jak najdalej. Kartka wciąż paliła w ręku. Nawet kiedy zniknął za załomem i mógł się poczuć pewniej.

Nieopodal odnalazł pobladły szyld w kształcie trudnym do zidentyfikowania. Zapewne kufel towarzyszył rybie w zgniło zielonkawym kolorze. Pchnął drzwi, wstępując do środka. Wnętrze powitało ciepłem i zapachem gulaszu z piwem w akompaniamencie ludzkiego potu. Kilkanaście osób obecnych w lokalu, podostawiało wolne dwa stoły. Kiedy przybysz zasiadł przy jednym z nich, wnet zawinęła się cycata blondynka, wycierając stół i uśmiechając się przy tym szeroko.
- Czym służyć piękny kawalerze?
- Piwa
Kobieta chwilę przypatrywała się Kacprowi i jego utensylią.
- Medykiem jesteś panie? – spytała tonem, który zdradzał iż ważyła w myślach coś wielce istotnego. Chwile później nie czekając na odpowiedź, nachyliła się i zagaiła ściszonym głosem.
- Nie znalazł byś Panie Cyruliku jakiego specyfiku. Dla panny co jej nie w smak być brzuchatą gdy się spoleguje z …
- Niestety nie – odparł na swój sposób kłamiąc. Lecz nie miał ochoty leczyć. Nie był już w pracy. – Piwa mi podaj kobieto.
Niewiasta obruszyła się widocznie. Poczym ruszyła do kontuaru. Chwilę później przed Kacprem pojawił się gęste i ciemne piwo, podane przez naburmuszoną dziewoje.


Wiosna roku 2512. Okolice Streeisen w Averlandzie. Wioska. Ubi Leones

Widok z chaty był zaiste przecudny. Felix porażony tym spostrzeżeniem, na chwilę przystanął i począł delektować się swą spostrzegawczością. I może nie chodziło o to że widok pył przecudny w kategoriach estetycznych. Unaoczniał odwilż, Błotniste drogi, wyposzczoną trawę, nie oprawione pola, niekształtną dolinę którą wiła się wcale nie pięknie rzeka. Mimo tego widok był przecudny. I Felix pierwszy raz z taką siłą uzmysłowił sobie że z jego chaty rozpościerał się widok na całą wioskę. Niczym z zagrody Sołtysa…

A widok ten był szczególny i godzien uwagi. Może dlatego kupa luda wylazła by podziwiać kto w gościnę ściągnął. A było to z dwa tuziny ludzi. Wszyscy rośli, potężnie zbudowani. Zarośnięci mężczyźni o zwalistych karkach i mocarnych ramionach. Objuczeniu sprzętem i pakunkami. A wraz z nimi z dziesiątka koni. Każde mocne, zimnokrwiste zwierze. Widać że przystosowane do wyciągania drwa z lasu. Ciekawą kawalkadę uzupełniały dwa wozy. Każdy wyładowany sprzętem i dobytkiem. Znak że szykowała się poważna wyprawa.

Idąc w ich stronę Felix pomiarkował że jeden z przybyłych rozmawia o nim. Stojący koło wysokiego drwala Karl – pasterz słynący z najlepszego samogonu w wiosce i zamiłowania do tegoż, paplał coś spiesznie wskazując w stronę Felixa.
- Jesteś, Felixie… – Karl postąpił w jego stronę. Wysoki mężczyzna przerwał jednak wypowiedź gorzelnika:
- Podobno znasz pobliskie lasy? – spytał spoglądając hardo.
- Słusznie powiadają.
- Jestem Rolf Keppling. Przewodzę tę grupą. Potrzebuję przewodnika. Ruszamy w stronę Suchego Jaru. Znasz te okolice?

Rolf mówił głosem twardym i pewnym. Zdawał się przywódcą nie znoszącym sprzeciwu. Choć w jego grubo ciosanej powierzchowności było coś szczerego i ujmującego. A mówił o rzeczach szczególnych. Suchy Jar był miejscem oddalonym o przynajmniej tydzień dobrego marszu od wioski. Co więcej w kierunkach dość odludnych. Przypadkowi podróżni rzadko się tak zapuszczali. Był to bowiem teren dziki i niebezpieczny. Nie jeden stracił życie podróżując tamtędy. Chodziły słuchy o stworach chaosu grasujących w tych terenach. Choć tak po prawdzie wszystkie nieszczęścia powodowane przez zwierzoludzi czy elfów o których też mówiono, Felix pewniej przypisywał dzikiej zwierzynie. I trudnym szlaką na których można było pobłądzić. Jakkolwiek niebyło Felix był w tych rejonach z dwa razy. I pamiętał Suchy Jar jako teren trudny, dziki i nader wszystko niebezpieczny. A także porastany przez wspaniałe drzewa – dęby białe.

Wiosna roku 2512. Streeisen w Averlandzie

Kilian przeklął w duchu pogodę. Jak tylko wyszedł na zewnątrz rwący ból w ramieniu nasilił się. Kilian syknął w bólu. Najgorsze jednak było to że nie mógł liczyć na poprawę. Nie mógł mieć nadziei że za chwilę wszystko będzie dobrze. Rozmasuje ramie, nałoży okłady czy po prostu odczeka chwilę. Niestety nie. Jemu pozostawało jedynie zaakceptować ból i dyskomfort niczym codziennego towarzysza.

Ruszył w stronę swego domostwa. W taką pogodę droga wydawała się dłuższa. Choć może pogoda miała i swe zalety? Obyło się przynajmniej bez pozdrowień ze strony „znajomych przechodniów” – jak się masz Kilian? Lepiej się już czujesz? Trze ci czego? Albo… Patrzał jaki kaleka? Do bogów się nie modli, to też pokarali go! Nie gap się tak w jego twarz, bu urok…

Z różnych powodów Kilian nie miał ochoty nikogo spotkać. Najczęściej mieszczańscy byli dla niego życzliwi, ale skłamał by gdyby uznał że jego odmienność nie czyniły mu nieraz przykrości. I nie rzucała na pośmiewisko prostych ludzi.

W milczeniu i spokoju dotarł do swego domostwa. Schody prowadziły do góry. Zabrzęczał kluczami, szukając tego odpowiedniego. Coś jeszcze zadźwięczało. Przystanął i był już pewien. Słyszał jakieś odgłosy – jakby przesuwania czegoś po podłodze – dobiegające z jego mieszkania!

Ruszył spiesznie, ale wnet doskwierające kolano dało znać o sobie. Zagryzł zęby i oszukując ból ruszył spiesznie do góry. Szybko wykonał ruch kluczem. To nie ten. Kolejny… i drzwi rozwarły się szeroko. Cisza. Wnętrze nie wyglądało szczególnie. Poza rozwartym oknem, które sprawiło że pergaminy leżący na stole uniosły się i w powietrznym tańcu rozleciały po izbie.

Kilian w pierwszym odruchu podniósł pergamin. Wczorajsze notatki. Ciekawa kwestia… Zmitygował się jednak. Podszedł do okiennicy i wyjrzał. Pusto. Spojrzał w prawo. W lewo.
I dostrzegł ciemną postać która przywarła do dachu obok okna. Postać zręcznym ruchem chwyciła Kiliana za kapotę. Obróciła się zręcznie, poczym pchnęła Kiliana na podłogę domu, wpadając do środka zaraz za nim. Zerwała się z podłogi, celując nożem w pierś skryby.
- Nie chcę zrobić Tobie krzywdy.
Głos był bardziej niż autentyczny. Był wystraszony i… błagalny? Co istotniejsze był to głos kobiecy. Głos który Kilian znał doskonale.
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.

Ostatnio edytowane przez Junior : 27-11-2007 o 15:28.
Junior jest offline  
Stary 27-11-2007, 14:21   #6
 
Francez's Avatar
 
Reputacja: 89 Francez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znany
Wszędzie było słychać kapanie. Pod działaniem przygrzewającego słońca, czapy śniegowe kurczyły swoje rozmiary i zmieniały się w papakowaną breje. Cieszyła się na to trawa, ubita cielskiem śniegu, tak samo jak ludzie. Cieszył się tak samo żebrak Yorge, który ubrany w nadwątloną molem kufaję, siedział na drewnianych schodach karczmy, wklęsłych i pokrzywionych niczym damasceńskie łuki, i pogryzał sobie trzymanego w brdunych łapach smażonego kartofla.

Sprzedawczyki i ich zwężone oczka świdrujom każdego przechodnia, a tym bardziej takiego, co to chodzi i zgrywa nabywce towaru, a groszem nie śmierdzi. Gdy sie takiego widzi, natychmiast zostaje uruchomiony system wczesnego ostrzegania - porozumiewawcze sygnały, niedwuznaczne mrugnięcia i czujne chrząkniecia słane na wszystkie strony do współtowarzyszy w fachu. Dziś jednak wysublimowana gra niewerbalnych znaków nie zdała swego egzaminu . Ziemniak ze stragańskiego blatu został... uprowadzony.

Powszechne roztargnienie udzieliło sie jak widać każdemu.

Trzeba przyznać Ubi Leones nigdy nie leżało wzdłuż głównego szlaku kupieckiego, stąd swobodny przepływem wędrownych, maszerujących w dużej liczbie, był rzadko widywany. Na dodatek drogi tą porą były rozmokłe i błotniste, nie zwiastowały łatwej podróży. Zbiegające się dwie, konkurujące ze soba wielkością, strome granie – Gringo i Czayrdach, starannie gromadziły na swych grzbietach zwały śniegu, i tylko czekały na własciwy moment gigantycznego jego obrywu. Jedynie w miare przetarty i pozbawiony roztopowej papki był dukt wiodący do Lucerixonu, biegnący po umiarkowancyh wachaniach gruntu.

Na placu kłębiło mrowie pstrych kolorów naniesionych na grupe istot zmierzających w stronę targu. Vice versa placu usiane były drewniane chaty i nie było chyba takiej, z której nie wyglądałyby przez lufcik czy szpare okienną lustrujące oczka mieszkańców. A z cała pewnościa było na co popatrzeć. Wśród zebranych na placu krępych ludzi jeden z nich, mierzący sześc stóp, poruszał się z pełnym zaaferowania pośpiechem, wokół, którego kręcił sie ktoś z wioski. Felix szedł równie prędko co spiesząca ekipa ludzi. Minął szybkim krokiem siedzącego opodal wieśniaka rozkoszującego się zajadanym ziemniakiem, wychodząc na drogę wiodącą prosto jak strzała na przeciw nadchodzącej grupie. Po zdawkowym powitaniu, Felix od razu przeszedł do sedna sprawy. Okazało sie, że kowal mówił prawdę – rzeczywiscie grupa wycinkowa potrzebowała przewodnika. Rozprzęgnietą z plecaków, zapasów i fachowego sprzętu grupa ruszyła do miejsca gdzie interesy dobija sie znacznie przyjemniej niż na dworze.

Gospoda „Urwane koło

Felix dowiedział sie, że na przemiał miał isc las koło Suchego Jaru. Zapdałej dziury wokół, której osnute były raczej ponure historie.
- Ale przejdźmy do wynagrodzenia – Odparł przepatrywacz po wstępnym rozeznaniu sie w zleceniu.
- No to będzie teg, no... hmm... z 18 zk. Jak widzisz nie chcemy cię ukrzywdzic przyjacielu – kordialnie zamruczał Rolf Kipling, wsparty łokciami o dębowy stół.
Całkiem dobra propozycja. Od razu przekalkulował Felix. Tak po prawadzie to każda byłaby dobra - takie czasy.
- Ubezpieczenie od niespodziewanej przygody byście jeszcze włączyli – zaczepnie zripostował, jak na doświadczonego człowieka interesu, za jakiego sie zawsze poczytywał.
Sprawa była załatwiona, przepatrywacz za swój udział miał zainkasować równe 20 zk. Była to całkiem ładna sumka.

Felix od razu przekazał świetną wiadomośc żonie, że kłopoty finansowe zostały zażegnane. Niech martwia sie teraz Afrońscy i Kveslovie, niech inni zrzymają życ, ale nie on! Teraz do niego fortuna szczeszy swoje perłowe pieńki, a on na pewno z tego skorzysta!
 
__________________
Mi Casa es Su Casa

Ostatnio edytowane przez Francez : 27-11-2007 o 15:59.
Francez jest offline  
Stary 30-11-2007, 11:23   #7
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Kacper

Popatrzył podejrzliwie na piwo. Wcale nie był pewien, czy kelnerka nie napluła do niego. W końcu jednak machnął ręką i upił łyk. Zdarzało mu się już spożywać gorsze rzeczy. Wytarł wierzchem dłoni usta z piany. Piwo było naprawdę dobre, a ciepło bijące od kominka przyjemnie rozgrzewało. Wyciągnął więc wygodnie nogi, chcąc wysuszyć zmoczone buty i jeszcze raz przemyślał prośbę kelnerki. Właściwie to mógł dziewczynie pomóc, zdobywając sobie jej wdzięczność, choć na jakieś profity w łożu raczej nie mógł liczyć. Choć z drugiej strony podanie jej kilku ziół może jedynie spowodować u niej biegunkę a nie, zapewnienie chwilowej bezpłodności czy poronienie. Nie musiała się kłaść z byle kim w stajni na sianie. Nie przewidywał że zostanie tu tak długo, by dziewoja dowiedziała się że podał jej nie to co "zamówiła"

Nagle jednak z powrotem zmarszczył czoło, namacując w kieszeni feralną kartkę. Jesteś głupcem Kacper - powiedział sobie. Wyrzuć ją i zapomnij. Problem w tym, że za rozsądny to on nie był nigdy i chyba dalej nie zamierzał. No i te oczy elfki.

Piwo się skończyło, zamówił następne i szklaneczkę tutejszej wódki. Gdy barmanka podała mu je szepnął.

- Może wieczorem będę mógł Ci pomóc.
Ta pochyliła się nad stołem prezentując obfity biust.
- Panie odwdzięczę się, przysięgam - jej wzrok mówił, że faktycznie w odwięczaniu posunie się dość daleko. Kacper poczuł falę gorąca bynajmniej nie pochodzącą z kominka. Odchrząknął i wyprostował się.
- Na razie potrzebuję izby w karczmie. To raz. I co znajduje się na ulicy Uber - panno - dodał mrugając porozumiewawczo okiem.
- Aha i jak nazywa się ta karczma bo nie zauważyłem ?
Faktycznie zdenerwowany spotkaniem z elfką i łysoniem nie popatrzył nawet na szyld. On po prostu wszystkie spelunki, knajpy i zajazdy już intuicyjnie wyczuwał.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 30-11-2007 o 11:26.
Arango jest offline  
Stary 05-12-2007, 12:24   #8
 
Junior's Avatar
 
Reputacja: 159 Junior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znanyJunior wkrótce będzie znany
Ubi Leones. Wioska bez nazwy nie tak daleko od Streissen w Averlandzie. Wiosna 2512 roku

Rzeczowy. Stanowczy. Bogaty. Zwłaszcza to że był bogaty sprawiało że Rolf wzbudzał sympatię. Mocarną dłonią ściskał kufel pienistego piwska, świdrując Felixa wzrokiem. Ten utwierdzał się w przekonaniu że jego rozmówca jest osobą co najmniej bezpośrednią. Widać było jego zadowolenie, kiedy spoglądał na przepatrywacza. Mówił wprost i rzeczowo.
- Może byśmy włączyli. Ale niech ci będzie. Jak dobrze się spiszesz i w tydzień doprowadzisz nas do celu to i o jakiejś nagrodzie pomyślę.
Oczy Felixa rozszerzyły się. W duchu nie wierzył że usłyszy jeszcze takie słowa.
- Tedy wszystko jasne. Ruszamy o świtaniu. Dziś zatrzymamy się w wiosce, by odpocząć i nabrać zapasów. Bądź gotów.

No i jak tu się nie ucieszyć? Perspektywa zarobku w połączeniu z wizją opuszczenia czterech ścian była nader kusząca. Zwłaszcza po zimie, kiedy to zamiast dalekich przepraw, specjalizował się w wyprawianiu skór, obrabianiu narzędzi, naprawie uszkodzonego pieca, uszczelnianiu dachu. A do tego peklowaniu zbiorów i rąbaniu drewna na opał. Choć nader to – a było to wyzwaniem największym – wytrzymywaniu w codzienności ze swą lubą żoną.

To też z nie skrywaną radością Felix ruszył do domu, by oznajmić radosną nowinę. Radosną dla niego, a żonie przekazać mieszek zaliczki jaką otrzymał. Idąc błotnistą drogą przechodził koło kawalkady drwali. Ci spoglądali chmurnie i gniewnie, skutecznie odstraszając miejscowych. Matki chowały córki, chłopi z przerażeniem spoglądali w stronę wideł i cepów z nadzieją że nie będzie trzeba ich użyć. A ekipa drwali jakby nigdy nic rozkładała się obozem. Sprawnie oporządzali zwierzęta, niecili ogień, układali się w porządku należytym. Widać że sprawni i zdyscyplinowani. Objuczeni byli wcale poważnym sprzętem, a co ciekawe – wszyscy byli pod bronią. Nie jeden w przeszywanicy, który kolczą dysponował. A każdy topór czy miecz przy pasie. Do tego miny harde i mocne łapy.

Felix miał okazję się przyjrzeć im z bliska. Bowiem droga z karczmy do domu wiodła tuż obok kawalkady. To też i drwale mieli okazję obaczyć wioskowego, który jako jeden z nielicznych nie chował się na ich widok. Przemaszerował w niemym marszu. Któryś z drwali lekko skinął w pozdrowieniu, lecz większość taksowała wzrokiem i wracała do swych zajęć.

Wciąż promieniując entuzjazmem Felix wpadł do izby i radośnie oznajmił wesołą nowinę. A słowa poparł brzękiem monet wysypując je na blat przed oniemiałą małżonką. Jej oczy rozszerzyły się, kobieta uśmiechnęła się poczym… posmutniała. Nic nie powiedziała. Straciła jednak zainteresowanie monetami. Spojrzała po izbie na innych obecnych i zatrzymała wzrok na mężczyźnie z którym dzieliła żywot. W jej spojrzeniu był smutek, troska, tęsknota i miłość. Jakiej dawno Felix nie widział.
- To dobrze kochany… - wyszeptała spuszczając głowę, nieumiejętnie kryjąc łzy które pociekły jej po policzku – Kiedy nas opuścisz?

*****

Streissen w Averlandzie. Pod Śledziem. Wiosna 2512


Cycata karczmarka uśmiechnęła się płomiennie. Z jej oczu biła autentyczna radość. Ależ niewiele niektórym potrzeba do szczęścia. Czyż to nie zaleta?
- Coś się znajdzie. Jakiś ustronny pokoik na piętrze. Może nie wielki, a ciepły. Hi Hi Hi.
- I co znajduje się na ulicy Uber - panno –Kacper kontynuował mrugając na koniec porozumiewawczo okiem. - Aha i jak nazywa się ta karczma bo nie zauważyłem?
- Przy Uber Strasse? Wżdy to zwykła ulica. A czegoż tam szukasz przystojniaku? – zatrzepotała znów rzęsami, czego jednak Felix nie zauważył widząc niższe partie ciała kobiety, które ta zawzięcie prezentowała.
- Zaś karczma zowie się „Pod Śledziem” – karczmarka znów zaśmiała się jakby w samej nazwie – skądinąd idiotycznej – było coś zabawnego.
- Ja zaś jestem Hania…
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.
Junior jest offline  
Stary 05-12-2007, 17:22   #9
 
Francez's Avatar
 
Reputacja: 89 Francez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znanyFrancez wkrótce będzie znany
Zima powyciągała ze swych ofiar ostatnie, piekące szpikulce. I wielu było pomstujących nad jej srogością, a krzywda nie była czytelna z ich twarzy. Siała spustoszenie nie tylko w postaci odmrożeń, czy zimowej chandry. Ilu to przecież zmuszonych zostało do przemilczenia faktów zrodzonych przez spaczoną frustracje, jaką rodzi pustka na jadalnym stole?

A co, Kieł to niby zarzucił szczekanie na swych wrednych sąsiadów? Pełno go tu zawsze było, a gdzież on teraz? Gospodarz odgrywał wówczas, z tą perlistą kroplą na czole, wysmażoną za wczasu ripostę na zapytanie znajomków, której tylko prawdziwy kunszt aktorski użyczał pozory prawdy. Ano zmarło mu się... lata nie te, to i choroby robią swoje. Usypaliśmy biduli zgrabny kurchanik za brzeziniakiem. Ale gdyby dojść do miejsca wskazanego pochówku, to nie znalazłbyś ziemi ruszonej, skipy przerzuconej, ani mizernej fałdy - niechlujnej mogiły. Ale my wiemy, że głód czyni wywrotowym ludzkie myślenie, odmyka, zwykle przed ostatnimi, niewidocznymi furtkami obłędu, te trochę mniej odległe, ale także mroczne, furtki krańcowej rozpaczy. Jak widać, i te mogą na tyle zmącić widzenie rzeczy, by z merdającego ogonem przyjaciela uczynić główny składnik familijnej potrawy... Kim był ten człowiek? Nie ważne. To mógł być każdy.

***
Koń leniwie przeżuwał siano, i czasem tylko dobywało sie z jego pyska przyjazne rżenie, czy to jako głośna aprobata tego co przełykał, czy też jako oznaki radości na obecność Felixa, rozczesującego czarną grzywe wierzchowca. Jetta spoglądał miłosnym wzrokiem, na męża wykonującego tą czynność z namaszczeniem godnym lepszej sprawy, ten jednak sposób obejścia wypływał naturalnie z tego człowieka, i nie był niczym niespotykanym. To właśnie pociągało Jette do Feilixa – surowy, męski pierwiastek w otoczeniu spontanicznej wrażliwości.
-ahh... – co jakiś czas wydobywało sie do wtóru konia westchnienie kobiety.
-A więc to już jutro. To jutro znikniesz jak zwykle na nie wiadomo ile. Nie wiadomo czy słowa wypowiedziane zostały w tonie stwierdzenia, czy domagały sie reakcji drugiej strony.
Feilix nie odzywał się, ale z jeszcze większą sumiennością wyczesywał stęchły kurz i zastany brud z grzbietu konia. To go uspokajało. Wiedział, że Jettą miotają te same co zwykle w takich chwilach sprzeczne myśli. Troskliwie zabiegającej o bezpieczeństwo drugiego miłości, wadzącej sie z praktycznymi skłonnościami życiowego doradztwa, które często wiedzie prym nad tym pierwszym... Miał dziś dużo do załatwienia, ale wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przynajmniej tak mu sie wydawało. Siodło należało oddać do reperacji, wysłużona terlica już dawno dawała sie we znaki nie tylko jeźdźcy, ale i koniowi. Wizyta u starego znajomego rymarza zaowocowała natychmiastowym skutkiem. Nawet nie musiał „smarować” nikomu dłoni, aby defekt był naprawiony na wczoraj. Co do oprowiantowania, to raczej w dużej mierze zdawał sie na solidny ekwipunek Rolfa. Uzbrojenie miał również przyszykowane. Stary łuk polowy. To z jego przeszywał pędzące czarne bestie, czochrające grudy ziemi, szalone odyńce, leśne grasanty, które w ubiegłym roku na potęgę wyległy w lesie koło Czayrdachu. Nie jeden padł ofiarą wibrującej strzały, tak samo jak nie jeden napędził mu stracha, gdy precyzje szlak trafił. Tak. Łuk z całą pewnością będzie stanowił niezbędne narzędzie w czasie wędrówki.

Noc zaczęła wyraźnie majaczyć, rzucając czarne kleksy do wnętrza przybudówki, która robiła bardziej wrażenie jakieś narośli, a nie architektonicznego dodatku. Felix udał się z Jettą do bardziej familijnej części chaty, w topornym, rozbuchanym ciepłem, wnętrzu wpisywały sie swoja niezgrabnością dębowa ława i duży kredens, pamiątka po bardziej intratnych zamówieniach.
- Rano o świtaniu ruszamy... Chciałbym się już położyć - Nie bardzo wiedząc co więcej mógłby rzec, popatrzył tylko wzrokiem spragnionego miłości dziecka. Jetta zrozumiała.

Światło opuściło tę chatę, tej nocy miłość będzie roztaczać tam swe blaski.
 
__________________
Mi Casa es Su Casa

Ostatnio edytowane przez Francez : 05-12-2007 o 17:24.
Francez jest offline  
Stary 07-12-2007, 12:54   #10
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Niewątpliwie Kacper miał do czynienia z typową dziewką służącą w karczmie. Nie wymagano od niej wielkiego rozumu, natomiast mile widziany był duży biust, na którym mogło spocząć oko strudzonego przybysza. Biust zresztą wcale, wcale jak skonkludował po dłuższej obserwacji, do czego został zresztą niejako zachęcony przez Hani, która trwała oparta o blat w pozycji, która jak najbardziej go uwypuklała.

Zamyślił się, wspominając piersi Katarzyny, kształtne i zgrabne. Ocknął się, służąca coś do niego mówiła.
Skinął niezobowiązująco głową i odmruknął. Ta biorąc to widać za potaknięcie przetarła szmatą stół i odeszła kołysząc zalotnie biodrami.

Wyprostował nogi jedną rękę zamknął na kuflu, drugą oparł na brzuchu. Kurczył i prostował palce u nóg chcąc przywrócić im krążenie.
Znowu popadł w stan półsnu wszystko wokół działo się jakby za zasłoną, wytłumione. Przypomniały mu się oczy kochanki tak samo zielone jak złapanej elfki, zapewne tak samo błyszczące w blasku księżyca świecącym przez otwarte okiennice.

Nagły brzęk poderwał go na równe nogi. Zydel na którym położył nogi przewrócił się na bok. Rozejrzał się czujnie wokół.
Karczmarz - niski łysiejący jegomość z lisim uśmiechem i brzuchem jak beka piwa przyjrzał mu się ciekawie. Na jego ciemieniu sino w świetle płomieni z lamp lśniła podłużna blizna. Schylił sie po parę miedziaków jakie widać spadły mu za kontuar podczas liczenia.
Kacper odetchnął, ale pensy przypomniały mu żebraka jaki chciał go wskazać łysoniowi.

Znów poczuł ciarki na plecach. Miał dziwne wrażenie, że pcha się w jakąś awanturę która skończy się spotkaniem ze strażą. No i jeszcze ten żebrak - przesunął dłonią po czuprynie - niedobrze, naprawdę niedobrze.
Powinien co prędzej stąd zniknąć, ale po pierwsze był zbyt zmęczony, po drugie miał dość na razie uciekania no i po trzecie... Po trzecie było niesformułowane, raczej tkwiło na skraju świadomości, rodzaj wrażenia, jakie na razie nie dało się oblec w kształt konkretnej myśli.

Podniósł zydel, pozbierał swoje manatki i podszedł do szynkwasu.
- Pokój na dwa - trzy dni - rzucił karczmarzowi.
- Ile ??? Toż to można gdzie indziej przespać tydzień !
- No dobrze, dobrze -
machnął ręką - tam były dwa piwa i jedna wódka. 2 i pół szylinga ?
Sięgnął ręką do sakiewki, gdy przypomniał sobie że dzwoni w niej jedynie kilkanaście srebrnych monet, a nie miał zamiaru ze skrytki w bucie wyciągać rulonu z koronami.
- Zapłacę za pokój pózniej - mruknął, rzucił na blat 3 ss i odprowadzany ciekawskim wzrokiem właściciela "Pod Śledziem" pomaszerował do swego pokoju na pierwszym pietrze. Na drzwiach widniał niezdarnie wydrapany rysunek jakiegoś morskiego potwora, pewnie krakena, może oberżysta był w młodości żeglarzem, na drzwiach innych widniały bowiem symbole syren, ryb różnego kształtu, okrętów pod żaglami. Nie myśląc o tym więcej pchnął drzwi.

Gdy po pół godzinie schodził na salę, tę zapełniało już kilkanaście osób, po których jednak tylko przesunął wzrokiem bacząc czy nie zalśni gdzieś złowrogo łysina. Mam już obsesję - pomyślał.
Za barem tkwiła Hani z bezmyślnym wyrazem twarzy wpatrzona w okna zaciągnięte błoną. Ucieszył się, musiał dowiedzieć się jak dojść na to piekielne Uber Strasse, a karczmarz wyglądał na cwaniaka i co najważniejsze zapewne donosił straży. Miał zamiar zadać głupiej dziewusze parę nieistotnych pytań i niby mimochodem spytać o drogę na interesującą go ulicę.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 07-12-2007 o 13:26.
Arango jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:25.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166