Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-02-2020, 18:43   #1
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+)


Miasteczko portowe Słonego Bagieńska
południowe wybrzeże Królestwa Domnonei

Był mglisty, jesienny ranek. Staliście nad brzegiem. Pośród tłumu gapiów panowała cisza, przerywana jedynie przez szum fal. Cichość mimo że w jedną gromadę zebrali się ci, którzy przy każdej innej okazji najchętniej skoczyliby sobie do gardła. Chcący żyć po staremu tradycjonaliści z rybackich rodzin, ze starszymi Edą i Gellanem na czele. Postępowi lojaliści jak weteran wojenny Eliander. A także zupełnie nowe twarze w Słonych Bagnach, jak chociażby krasnoludzica Manistrad.

Koło ponurych twarzy otaczało klęczącego Hagana. Woda podmywała twoje kolana, jednak ostatnie, na co byś teraz zwracał uwagę, to przemoczone spodnie i buty. Trzymałeś w rękach Lorelei, twą matkę, tą prawdziwą i jedyną. Nie widziałeś jej od wielu lat i nie spodziewałeś się ujrzeć, a już na pewno nie w takim stanie. Wyrzuconą na brzeg. Z płucami pełnymi wody. W mokrym ubraniu wyglądającym niewiele lepiej od płóciennego worka. Z czerwonymi śladami na nadgarstkach i kostkach. Od grubego sznura, którym jeszcze do niedawna musiała być spętana…


Andre mógł jedynie wyobrażać sobie ból jaki przeżywał nieszczęśnik trzymając w rękach bliską mu osobę. Uznał że sam musi przetrawić to co się wydarzyło. Solaire wzdychając ciężko począł oddawać cichą modlitwę do Słońca by pomogło ukoić męki biedaka.

Po chwili cichej modlitwie Andre zaczął towarzyszyć basowy szept, równie gorliwy. Kątem oka dostrzegłeś Wellgara. Jednonogiego wielorybnika o siwej brodzie. Staruszek poklepał cię po plecach. Opiekował się tutejszą świątynią, choć częściej widywało się go na morzu, kiedy przeczesywał szczątki statków i łodzi w poszukiwaniu rozbitków. Nawet jeśli nie zawsze zdążył z pomocą, to chociaż starał się zapewnić pogrzeb godny prawdziwego żeglarza.

Kapłan podziękował starcowi skinieniem głowy, smutny uśmiech zagościł przez chwilę na jego twarzy.

- Gdyby nie porzuciła syna swego jedynego, bogowie byliby dla niej łaskawsi! - Syknęła cicho jakaś starucha.

Ultrix rozejrzała się po okolicy i zaciągnęła jej zapachem. Wszystko było lepsze od smrodu wczorajszego chlania jaki wydobywał się z jej własnych ust. Ultrix chciało się rzygać, toteż jej wyraz twarzy był równie posępny co i reszty gawiedzi.

- To kara za lata nierządu i złego prowadzenia się! - Brzmiały szepty.

- Eeeee? że co? - Zdziwiła się Ultrix.

- Mama, bzdury pleciesz. Dobrze, że go zostawiła. Przecież to nawet nie jej syn. Popatrz na te spiczaste uszy...!

Ultrix poruszyła wilczymi uszami i zerknęła spode łba na paplające kobiety.

Niestosowne plotki ucichły jak ucięte nożem. Przeszyci spojrzeniem orczej bękarcicy mieszkańcy wlepili wzrok w morski piasek. Nie wypowiedzieli przekleństw, które nasuwały im się na języki.

Ultrix prychnęła tylko i z powrotem schowała głowę w dłoniach, zaczynała poważnie rozważać napicie się wody z morza…

Hagan nie odzywał się. Przez załzawione oczy wpatrywał się jedynie w zwłoki matki trzymając jej zimne i blade dłonie. Zawsze uśmiechnięty bard, pierwszy raz od lat szlochał. Oszołomiony widokiem martwej kobiety nie słyszał nic poza szumem fal rozbijających się o brzegi Słonych Bagien. Z resztą podczas pracy w “Cumie” nasłuchał się wielu obelg. Jedyny głos, który pragnął usłyszeć, miał już nigdy do niego nie przemówić. Kiedy myślał, że ziszczą się jego marzenia, los przewrotnie ukazał mu jego najgorszy koszmar. Chciał żyć wśród bohaterów i poczuć się bohaterem. Teraz znów czuł się jak bezradne dziecko opuszczone przez jedyną osobę, która go kochała. Bolesne wspomnienia wróciły żywsze niż kiedykolwiek. Zanim wstał, obejrzał ciało Laorei. Chciał mieć coś po niej. Cokolwiek, co mogło mu o niej przypominać.

Pukiel mokrych, matczynych włosów to wszystko, na co mogłeś liczyć. Zabrano jej wszystko. Nawet to ubranie, przecież nie mogło należeć do niej. Niewiele lepsze od zwykłego worka, jaki dano by niewolnikowi, aby nie zdechł z zimna.

Hagan wyciągnął niepewnie sztylet, odcinając jeden kosmyk drżącymi dłońmi. Po czym gładząc twarz matki rzekł wreszcie cicho przez ściśnięte żalem gardło: - Znajdę ich. Przysięgam. Zapłacą za wszystko co ci zrobili.

- Jeśli ten okropny cios zadany naszemu Haganowi to sprawka Morskich Książąt, to tylko znak, że nie mogą pogodzić się z przeszłością, która już nigdy nie wróci. Teraz bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy gotowi, aby stawić im czoła i po raz kolejny pokazać, że Słone Bagna należą do Domnonejczyków! - Głos zabrał podpierający się laską weteran, Eliander, który ponoć przeżył spotkanie z potworem będącym czarnoksięską krzyżówką sowy i niedźwiedzia. A powiadają, że to nie najgorsze, co się czai w ostępach Ponurego Lasu. Krasnoludzica Manistrad, kilku strażników miejskich i lokalni chłopi przytaknęli Elianderowi z nieskrywanym entuzjazmem, ale nie trzeba było długo czekać na wyrafinowaną, dyplomatyczną odpowiedź…

- Osramnonejczyków! Mać jebana, chuj wam napływowym w dupę! Nasze krypy, nasze wody! Od dekad się żyło w spokoju, aż się tu nie zjawił taki element. To z wami ta przemoc tu zajebała i rozpanoszyła się jak jakaś zaraza! Na Władcę Burz i wszystkie jego słone kurwy, niech was coś z brzegu porwie i w końcu stąd zabierze! - Tragedia Hagana nie była w stanie zmazać linii, jaka dzieliła Słone Bagna. Eda, krótko ścięta, zsiwiała staruszka, miała posłuch wśród rybaków i handlarzy, którym nie uśmiechało się towarzystwo krasnoludów i inne pomysły nowego króla. Chcieli żyć po staremu, robić interesy jak ojciec i dziadek, a gości widywać najlepiej wcale.

Pół-elf odwracając się w końcu, powiódł wzrokiem po zebranych. Utkwił spojrzenie na Andre.

- Ja... Chciałbym pochować moją matkę. A potem... potem odnaleźć jej oprawców.

- Syn czy nie syn, kurwa czy nie kurwa, w niektóre miejsca się po prostu nie chodzi... - wymamrotał do siebie stojący niedaleko Ultrix Nell, co ta wyłapała w rosnącej wrzawie tylko dzięki bystremu słuchowi. Podobno Nell za kłusownictwo został kiedyś przywiązany do grzbietu jelenia. Uciekając przez Ponury Las, zwierzę miało rozbić skazańca o gałęzie i pnie drzew, a jeśli to by nie wyszło, dzieła miały dokończyć szpony potworów. Jednak Nell przeżył. Spodziewawszy się kolejnej awantury między tradycjonalistami i lojalistami, opuścił tłum, wyraźnie znudzony.

- Moje kondolencje - do Hagana podszedł najmłodszy członek rady miasteczka i objął go przyjacielskim gestem. - Też straciłem matkę... Rok temu.

- Pomogę ci. - Zapewnił Andre. Wybierz miejsce, a odprawię obrzędy. Niech ktoś będzie tak dobry i przyniesie urnę na prochy dla zmarłej.

- Pozwólcie święty, że mój służący się tym zajmie. - Anders zaproponował pomoc.

Aasimar podziękował skinieniem głowy.

Anders odpowiedział, a następnie spojrzał za siebie. Nie wyglądał na zaskoczonego przepychankami słownymi, którym zaczynał towarzyszyć coraz większy element fizyczny. A to jeden złapał drugiego za fraki, drugi zebrał głośno ślinę i napluł, a trzeci już wygrażał pięścią. - Każda uroczystość wygląda tutaj tak samo - powiedział i pokiwał oburzony głową. Tematem kłótni wciąż było poszukiwanie sprawcy: lojaliści obwiniali Morskich Książąt (i pośrednio upartych mieszkańców, którym niespieszno było do korzystania z królewskiej pomocy), tradycjonaliści napływową ludność z północy królestwa.

- Dobrzy ludzie! - Krzyknął Anders. Musiał powtórzyć zawołanie kilka razy aby zdobyć jakiś posłuch. - W ten sposób nie dojdziemy do żadnych wniosków. Co najwyżej do kilku podbitych oczu i wyłamanych zębów. A tragedia, która się tu wydarzyła, wymaga od nas, szczególnie od rady miejskiej, bardziej skutecznego podejścia, jeśli nie chcemy ujrzeć szybko podobnej. Nie możemy w obecnej chwili orzec, kto dopuścił się tej zbrodni i z jakich pobudek. Proponuję, aby zbadały to osoby niezależne od rady, powołane specjalnie w tym celu. Mogę dopilnować utworzenia takiej grupy.

- Matce pogrzeb i pomsta, synowi stypa się należy. - Zauważyła Ultrix podnosząc się z ziemi, wciąż trzymając się za głowę. Bogowie jedni wiedzieli jak bardzo przydałby jej się teraz mały klinik…

Młody kapłan pokręcił jedynie głową. Nadal nie wiedział jak dał się namówić na popijawę z dzikuską.

Hagan podszedł do Andersa, Andre i Ultrix. Ich słowa sprawiły, że tym razem nie czuł się sam. Chciał wyrazić jakoś swoją wdzięczność. Wysilił się nawet na nieśmiały uśmiech. - Dziękuję wam. To... to wiele dla mnie znaczy.

Pół-elf odwrócił się na chwilę w stronę morza i wodził oczami horyzoncie. - To tu. Tutaj będzie dobre miejsce. Morze mi ją oddało. Teraz zaprowadzi ją do lepszego świata.

- Nie ma za co. Możecie na mnie liczyć - odpowiedział Anders, kiedy kłótnia zaczęła stygnąć. Zapobiegł rękoczynom, biorąc na siebie odpowiedzialność za śledztwo w sprawie Lorelei i odciążając w ten sposób skłóconą radę.

Anders westchnął ciężko. Nie uszło to uwadze Andre. Młodzieńczy entuzjazm, nie poparty doświadczeniem życiowym, mógł mu jednak nie wystarczyć. A w radzie czaił się niejeden sęp gotowy rozszarpać go przy pierwszym potknięciu…

- Poślij proszę sługę po drewno na stos. Jak tu skończymy pomożemy w rozwiązaniu problemu. - Obiecał Andre.

- Pomóc? Mi? Z czym... - Andersowi chwilę zajęło, by zrozumieć ofertę pogromcy. - A, rozumiem! Tak, porozmawiajmy o tym, ale później…

Służący - starszy od swego pana czyścioch o delikatnym wąsiku - szybko uwinął się z drewnem i przygotowaniem stosu. Andre mógł zaczynać.

Większość gapiów rozeszła się do pracy, codziennych obowiązków, swoich domów. Została tylko garstka nielicznych, tych najbardziej religijnych staruszek i starców, którzy chcieli godnie pożegnać zmarłą, nawet jeśli nie była stąd.

Solaire odmówił modlitwę, pobłogosławił zmarłą po czym rozpalił stos wytwarzając ogień ze swych rąk.

Morhołt przyzwyczaił się już do śmierci. Wielu jego przyjaciół z oddziału nie przeżyło. Tak już bywa z przegranymi wojnami. Odziany w kolczugę mruk stał więc, nic nie mówiąc. Wydawało się, że go to nie obchodziło. Co mnie tak boli? - zastanawiał się. Spojrzał w dół. Aha - pomyślał, gdy zauważył zaciśnięte pięści. Czyli mnie to jednak obchodzi. Poczekał aż ogień wygasł i powiedział: - Teraz stypa. A potem znajdziemy odpowiedzialnych. - Nie był zbyt dobry w pocieszaniu. Ale przytrzymać tego kto to zrobił dla syna chcącego wbić skurwysynowi nóż w brzuch... to co innego.

***

Karczma "Pod Cumą" wyróżniała się na tle innych budynków. Zbudowana była po części z desek i pozostałości starych łodzi rybackich, którym jeszcze towarzyszył morsko-rybny odór. Tak silny, że zatrzymywanie się tu na noc gwarantowało przejście takim smrodem na kilka kolejnych dni. Haganowi już dawno przestało to przeszkadzać. Częstymi bywalcami tego miejsca byli rybacy i żeglarze, zawsze skorzy do wymiany morskich opowieści, no i pięści i monet w burdach i kościach. Nie inaczej było dziś, choć było cicho i niemrawo. Z nieogolonych, posępnych twarzy już na pierwszy rzut oka można było wyczytać, że dzisiejszy połów był znacznie poniżej oczekiwań.

- Już zdążyłam usłyszeć, co się stało... - Powiedziała do Hagana karczmarka Hanna, kiedy was obsługiwała. - A przy okazji, cały stek bzdur. Nie słuchaj, co paplają miejscowi. Zawsze możesz do mnie przyjść i o tym porozmawiać, będziesz pamiętać?

Dzisiaj wino szczypcowe, trunek wyrabiany z ziemniaków i krabiego mięsa, był dla was serwowany na koszt lokalu. Oczywiście do pewnych limitów, co zauważyła Ultrix.

- Hag, powiedz żeś coś o swojej maci, po morzu pływała, hm? no na pewno z morza ją wyrzuciło, widać było że ciało umęczone jeszcze przed śmiercią. Kogo bić więc trzeba i gdzie ich szukać? bo przecież będziesz szukać nie? - Zapytała Ultrix.

Hagan skinął glową. Słowa karczmarki dodały mu otuchy. Przypomniał sobie dzień, w którym pierwszy raz zaoferowała mu pomoc. Uśmiechnął się nieznacznie. - Dziękuję pani Hanno. I za te wszystkie lata, kiedy mogłem to miejsce nazywać domem. Nigdy pani tego nie zapomnę.

Hanna rozlała nieznacznie kolejny kubek. Spracowana ręka karczmarki zadrżała na ostry dźwięk słów Ultrix. - Zawsze jesteś tu mile widziany. - Uśmiechnęła się delikatnie.

Kiedy padło pytanie Ultrix, bard zamilkł na chwilę nie wiedząc co odpowiedzieć. - Nie widziałem jej od jakichś dziesięciu lat. Kiedy mieszkała w Słonych Bagnach... Pracowała... Pracowała w pobliżu gospody.

- Mhmmm... A co robiła? w tej pracy?

- Ponoć wróciła niedawno - wtrąciła się Hanna. - Nikt jej nawet nie poznał. Nie podróżowała sama. Jej kompan nie wyglądał na tutejszego. Zbrojny. Trochę taki jak ty. - Wskazała na Morhołta. - Może pogromca? Wypytywał po karczmach o opuszczony dom.

Hanna przełknęła ślinę. - No i... Ruszyli tam razem.

- Hmm... ten dom, gdzie on i co to za miejsce w ogóle. Czemu o nim jeszcze nie słyszałam? - Pytała Ultrix.

- Posiadłość alchemika i czarnoksiężnika, którego obawiali się nasi dziadkowie i pradziadkowie. Gdzie, jakieś cztery mile stąd? Nie słyszeliście, bo już samo mówienie o tym miejscu to jak proszenie o kłopoty. Kara boska spotkała każdego chciwca, którego skusiły legendy o złotym dotyku alchemika Casworana.

- Ultrix załyczyła słuchając z zainteresowaniem. - To i my o ten dom zapytamy - odezwał się Morhołt, zachęcając gestem kobietę by powiedziała coś więcej.

- Prze-pra-szzzz… - Hagana potrącił pijany żeglarz. Poczułeś mokrą plamę na spodniach. Rozlał na ciebie kubek szczypcowego wina. Kiedy spojrzałeś mu prosto w oczy, nie wyglądał wcale na pijanego. Dostrzegłeś strach - pojawił się, kiedy złapałeś go za nadgarstek. Brudna dłoń leżała na twojej sakiewce. Złodziej!

Ultrix zapluła się napitkiem zamaszyście celując otwartą łapą w potylice złodzieja.

- Złodziej. Łapać go! - Krzyknął instynktownie Hagan nie będąc pewny czy samemu uda mu się przytrzymać rzezimieszka. Co prawda takie sytuacje nie były dla niego nowością. Jednak wiedział, że wielu żeglarzy posiada niemałą krzepę.

Wykręciłeś chudy nadgarstek brudnej dłoni, która spoczęła na twojej sakiewce. Zza skołtunionej brody kieszonkowca dobył się jęk. Założyłeś chwyt i obróciłeś go twarzą - zapadłą i kościstą - do Ultrix w chwili, gdy brała szeroki zamach…

Wielka pięść Ultrix wylądowała na brodzie kieszonkowca. Głowa odleciała w bok. Mężczyzna wypluł okrwawionego zęba, ale nie poddawał się. Szamotał się w uścisku Hagana, próbując się wydostać.

Wyrwał się! i rzucił do ucieczki! Jeśli Morhołt chciał go dorwać, nie miał chwili do stracenia.

Morhołtowi chwilę zajęło zorientowanie się w sytuacji, ale gdy wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciel jest okradany, a złodziej próbuje uciec, jego ręka pomknęła w kierunku kołnierza uciekiniera.

Ultrix chwyciła za krzesło i cisnęła nim w uciekiniera.

Hagan zdążył wyciągnąć lutnię. Kilka szybkich szarpnięć strunami i krótki melodyjny zaśpiew wyzwoliły zaklęcie mające uśpić złodziejaszka.

Stołek uderzył w wątłe plecy uciekającego, niemal go powalając. Opancerzonemu Morhołtowi chwilę zajęło rozpędzenie się po śliskich od rozlanego trunku deskach, ale kiedy już nabrał szybkości, był nie do zatrzymania. Rzucił się na skołowanego złodziejaszka i powaliwszy go, przykrył wielkim cielskiem. Przyłapany na gorącym uczynku próbował się jeszcze wyrwać, ale rozbrzmiewające coraz głośniej dźwięki elfiej fletni sprawiły, że stawał się coraz bardziej śpiący... jak i Morhołt. Wkrótce obaj leżeli, jeden na drugim, pogrążeni w magicznym śnie. Kieszonkowiec zaczął nawet chrapać.

Bywalcy zamilkli. Hanna zrobiła oczy jakby ocknęła się z nierzeczywistego snu. A wykidajło Tomas? Nawet nie zdążył zareagować, a już było po wszystkim. Mężczyzna podniósł z podłogi okrwawiony ząb złodzieja i popatrzył z podziwem na Ultrix. - Taka to umie przywalić. - Patrzył z podziwem, ale z obawy unikał kontaktu wzrokowego. - Bestia w ciele kobiety!

- Nic wam nie jest? Szczególnie tym dwóm? Obudzą się, prawda? - Hanna zapytała Hagana.

- Elfia krew... - Mruknęła jakaś nieogolona twarz. Kilku bywalców postanowiło się ulotnić. Woleli nie znajdować się w miejscu, w którym harcują pogromcy.

- Hagan zmarszczył na chwilę brwi. Jego uszy wyłapały z tłumu wzmiankę o pochodzeniu. Czuł jednak, że sprawił dość kłopotu i nie chciał dodatkowo wpadać w konflikt z przypadkowym gapiem. Spojrzał zmieszany na wywrócony stołek i śpiącą dwójkę, po czym odwrócił się w stronę karczmarki. - Tak. To niegroźne. Po prostu ucięli sobie krótką drzemkę. Ja... bardzo przepraszam za kłopot pani Hanno.

Bard podszedł do wywróconego mebla i pośpiesznie ułożył go w należyte miejsce. Następnie podjął się wybudzenia Morhołta.

- A tam od razu kłopoty. - Wzięła do ręki szmatę. - Może Eliander i jego poplecznicy mają rację w tym, co mówią? Korona powinna być tu obecna. Ktoś musi zapewniać nam bezpieczeństwo, jeśli sami jesteśmy ekspertami wyłącznie w... unikaniu cła.

Hagan pokiwał głową. Od jakiegoś czasu w Słonych Bagnach rzeczywiście było coraz mniej bezpiecznie. Ostatnie wydarzenia, jak chociażby napływ nowych osadników jeszcze bardziej podzieliły mieszkańców i zaogniły konflikty. Nagle przypomniał sobie o śpiącym złodzieju. - Chyba powinniśmy go związać, jeżeli nie chcemy, żeby znów uciekł.

Ultrix odgarnęła z twarzy włosy, chwyciła ze stołu kufel i załyczyła. - Okraść żałobnika na stypie, noż kurwa zabić to mało… - Kobieta wyciągnęła linę i ruszyła w celu skrępowania złodziejaszka i wiadomo: przeszukania go. - Ciasno zwiąże coby sznura na stryczek starczyło. Ha!

Ultrix ściągnęła z głowy nieprzytomnego przepaskę na oko. Wykonana była z jakiegoś egzotycznego, skóropodobnego materiału, który z jednej strony był czarny, a z drugiej umożliwiał widzenie jak przez półprzeźroczystą błonę. Z przytkniętej do pasa pochwy wyciągnęła sztylet. Niewielki schowek został wydrążony w rękojeści. Wypełniał go obecnie drobny piasek, pewnie w celu wyważenia broni. Zaś w sakiewce doliniarz miał zwiniętą linkę do wędki i haczyk.

- Poleć no po straż, smyku - rzekł Morhołt rzucając miedziaka obserwującego "sensację" chłopakowi - żeby wszystko było zgodnie z prawem. A my tu sobie posiedzimy i poczekamy - dodał siadając na niedoszłym złodziejaszku. Z więzów można się było wyswobodzić, jak kto był zręczny i znał kilka złodziejskich sztuczek. A wstać z siedzącym na plecach Morhołtem, który miał na sobie sporo metalu łatwo z pewnością nie będzie.

Ultrix wróciła do stołu i schowała twarz w kuflu by jak najszybciej zapomnieć o widoku Morhołta rwącego się do obściskiwania się z drugim mężczyzną…

Hagan dosiadł się do pół-orczycy zerkając co chwilę czy aby Morhołt nie potrzebuje pomocy. Nie potrzebował. O ile złodziej nie był magicznie przebranym czarodziejem mogącym zmienić kształt, nie miał teraz najmniejszych szans na ucieczkę.

- Opuszczony dom. Wygląda na to, że mamy jakiś trop. Mieszkam tu już trochę, ale niewiele wiem o tym miejscu. Tak jak rzekła pani Hanna, ludzie unikają tego tematu. - Zaczął Hagan.

- "Złoty dotyk", hmm? No można by zobaczyć co się tam dzieje, nie żebym cierpiała od natłoku pracy. Czy złota… - Zaproponowała Ultrix.

Do karczmy wpadł patrol strażników miejskich. Z obuchami i w ćwiekowanych kurtkach z godłem Słonych Bagien - zieloną trzciną. Straż składała się z nietutejszych. Armijnych weteranów, którzy po wojnie przybyli na wybrzeże z błogosławieństwem korony. Nieufni miejscowi mieli ich za okrutnych bydlaków, ale tylko do czasu, aż któryś nie potrzebował pomocy.

Spojrzeli zdziwieni na Morhołta siedzącego na plecach związanego złodzieja.

Ultrix schowała twarz w kuflu.

Bard wstał od stolika i podszedł do strażników.

- Ten kieszonkowiec próbował ukraść moją sakiewkę. Udało nam się go obezwładnić.

- Cześć Pasco. Jak w robocie? - ucieszył się Morhołt wstając. Strażnika kojarzył jeszcze z wojska, stacjonowali kiedyś w jednym garnizonie - Wyobraź sobie, ten tutaj próbował okraść Hagana na stypie za jego matkę. Przejmijcie go chłopaki zanim jakiś wkurzony obywatel dokona samosądu.

- W robocie? Jak w żabocie - odpowiedział niski Pasco, ściskając ręką gardło.

Hanna i kilku anonimowych bywalców potwierdziło Waszą wersję wydarzeń. Strażnicy bez ceregieli zgarnęli wciąż śpiącego złodziejaszka. Takie sprawy jak ta musiały być dla nich czystą przyjemnością.

***

Podążaliście uliczkami Słonych Bagien w stronę domu radnego. Ty, Anders i Trevedic, jego podstarzały, wąsaty służący. Ruchliwymi uliczkami - pomimo mgły miasteczko nie próżnowało. W końcu niewielu mieszkańców mogło pozwolić sobie na bezczynność. Najwięcej działo się w dokach, sercu społeczności, choć połów nie należał do najlepszych już od kilku dni. A że był główną determinantą nastrojów miejscowych, minęliście wiele sfrustrowanych twarzy, wręcz wszyscy wydawali być się w złym humorze.

- Święty, uważajcie! - Ostrzegł Trevedic.

Lawirując między rybakami, robotnikami i handlarzami wpadłeś na psa. Szaroburego, bezpańskiego kundla, sięgającego tobie do kolan. Nawet nie zauważyłeś, kiedy wynurzył się z mgły. Niemal straciłeś równowagę, a on wypuścił z pyska kość. Łopatkę. Prosto na twoje buty.

Już miałeś go zwyczajnie minąć, kiedy pewne szczegóły zmroziły krew w twoich żyłach. Kundel był ślepy, a mimo tego patrzył prosto w twoje złote oczy. Co więcej, śledził ich ruch. Łopatka musiała należeć do człowieka... albo przynajmniej czegoś człekokształtnego. Ponadto... była wypalona! A to znaczyło, że ktoś użył jej do zakazanych przez kościół praktyk, przepowiadając przyszłość z wróżebnych pęknięć…

- Wszystko w porządku? - Zapytał Anders.

Andre podniósł łopatkę i zbadał ją tak, by Anders również mógł jej się przyjrzeć.

- Panie, proszę uważać. Od kundli niejednego choróbska można się nabawić. - Trevedic przestrzegł Andersa.

- Ten pies... To chyba jakiś omen. Ktoś musiał wróżyć z tej kości mimo boskiego zakazu. - Andre zdawał się nie zwracać uwagi na słowa. Jego wzrok skupił się na kundlu. - Ta kość wygląda na dużą... Co to mogło być? Nie jesteś tu długo, więc wyjaśnię, że palimy swoich zmarłych, tak jak to czynicie na północy królestwa.

Scio, didici, pecto... Dostrzegłeś wokół łopatki czarno-niebieską energię objawień i nekromancji, tworzącą coś na wzór pajęczyny, której samotna nić prowadziła gdzieś przed ciebie, nie wiadomo jak daleko. Może do miejsca, z którego ten niecodzienny kundel przytargał kość? Anders i Trevedic przeżegnali się nabożnie, podobnie jak kilku przypadkowych gapiów.

- Święty, jakie znaki zsyła ojciec nasz, jeśli mogę zapytać? - Sługa Andersa po tym, co zobaczył, nie mógł się powstrzymać od zadania pytania. Oczy młodego radnego lśniły równą ciekawością, dlatego nie strofował służącego.

- Wskazuje drogę. Czy w tamtym kierunku znajduje się coś szczególnego? - Odpowiedział zdawkowo wskazując ręką ścieżkę wskazaną przez kość

- Brama? - Trevedic przełknął głośno ślinę. - Bagna Hool... i tonący w nich las?

- Proszę, powiedzcie mi więcej o tych bagnach.

- Jeśli mogę zabrać głos młody panie - zaczął Trevedic. Anders skinął głową. - Wydaje mi się, że pies mógł to przytargać z kurhanów tonących w bagnach Hool. Widzi ksiądz, dawni mieszkańcy tych ziem mieli osobliwe praktyki pogrzebowe. Tamtejsze grobowce pochodzą z czasów jeszcze zanim ziemie naszego królestwa zjednoczyły się i przyjęły wiarę w Niepokonane Słońce. Więcej powiedzieć mogliby pewnie mnisi obeznani z lokalną historią... albo hieny cmentarne. - Sługa skrzywił się na myśl o przedstawicielach tej profesji. - Kurhany stają się nieraz celem ich wypraw. - Przełknął ślinę. - Podobno niewielu stamtąd wraca.

A wraz z przyjęciem wiary w Niepokonane Słońce powszechną praktyką stała się kremacja ciał zmarłych, dodałeś sobie w myślach. Te kurhany musiały być naprawdę stare. Westchnąłeś ciężko. Nie czułeś się komfortowo z tą sytuacją. Jeśli to był znak od bogów, jeszcze go nie rozumiałeś. Czym lub kim był ten kundel, który zdawał się widzieć mimo ślepoty? Kto wróżył z kości wygrzebanych sprzed stuleci... i w jakim celu? Kogo pozostałości trzymałeś w rękach? Kapłański instynkt podpowiadał ci, że niezależnie od wyznania kości zmarłego powinny spoczywać w jednym miejscu. Wyprawa na bagna ci się nie uśmiechała, ale jej zaniechanie mogło okazać się złą wróżbą…

Kiedy to wszystko rozważałeś, pies, utraciwszy zainteresowanie kością jakby był tylko posłańcem losu, podniósł się z tylnich łap, obkręcił się i ruszył uliczkami miasteczka.

- Muszę pomówić z mnichami. Oczywiście możemy najpierw pomówić jeżeli ta sprawa nie może poczekać.

- Święty, zbyt ogólnie się wyraziłem, za co przepraszam. Żadnego klasztoru w najbliższej okolicy nie mamy niestety. Panie, może pan wie lepiej, kto mógłby przybliżyć świętemu szczegóły lokalnej historii?

- Weteran Eliander może pochwalić się pokaźną kolekcją ksiąg. Możemy się do niego udać. Omówimy po drodze nasze sprawy i przy okazji cię przedstawię radnemu.

- Dobrze, myślę że moi towarzysze pomogą mi w sprawie śledztwa. Co do tego weterana chętnie wysłucham co ma do powiedzenia. Będę musiał sprawdzić, co zakłóca spokój zmarłym na bagnach.

- Na pewno uda wam się rozwiązać tą sprawę! - Rzekł optymistycznie młody Anders. Skręciliście i skierowaliście się w stronę posiadłości Eliandera. Schowałeś kość, ludzką łopatkę, do plecaka. - Według mnie nie byli to ani Morscy Książęta jakby tego chciał Eliander, ani napływowa przestępczość jak zakłada Eda. Dowiedziałem się czegoś więcej! Z tego, co zdążyłem ustalić, świętej pamięci matka Hagana wróciła tu niedawno z niejakim Ludwanem, pogromcą z północy królestwa, którego już kiedyś gościliśmy. Wypytywali o nawiedzony dom niedaleko stąd. - Zauważył twoje zaciekawione spojrzenie. - Tak, niegdyś mieszkał w nim alchemik, który potrafił zmienić dowolną materię w złoto...! Widziano, jak kierowali się do tej posiadłości. Co spotkało Lorelei, to już niestety wiemy. A Ludwana? Przypuszczam, że chciwiec znalazł skarb, którym nie chciał się z nikim podzielić, nawet ze swą kobietą. Okrutnik zbił biedaczkę na kwaśne jabłko i wyrzucił związaną do morza, a sam uciekł ze złotem! To jego musicie znaleźć!

- Jeśli mogę się wtrącić młody paniczu, to czy pośród pogromców panuje wysoka rywalizacja o zarobki, o święty? Taka skala chciwości brzmi naprawdę... okropnie. Czasami człowiek wydaje się bardziej przerażający od potworów czyhających na tutejszych bagnach.

- Być może. Różni ludzie parają się tego zajęcia z różnych powodów, a jednym z nich jak najbardziej są bogactwa, więc uważam to za prawdopodobne. Ktoś widział Ludwana po tym jak wszedł do domu alchemika?

- Właśnie to będziemy musieli ustalić! Nietrudno mi sobie wyobrazić, że mógł próbować przekupić jakiegoś przypadkowego świadka. Albo uciszyć! Musiał też gdzieś spać, coś jeść... Wiele niewiadomych!

Do radnego Eliandera mieliście kawałek drogi. Okazały dom leżał na krawędzi miasteczka. Weteran miał z niej piękny widok na morze, ale długie spacery do centrum, chociażby na spotkania rady, dla kulawego kapitana musiały być uciążliwe albo przynajmniej takie stać się z czasem. Ponoć jeszcze za czasów służby w Ponurym Lesie Eliander zaczął kolekcjonować księgi, na których czytanie wreszcie miał czas. Poza powiększaniem jedynej w okolicy biblioteki oraz pełnieniem kluczowej roli w zarządzaniu obronnością Słonych Bagien, słynął z talentu do języków - często pomagał jako tłumacz, czy to przy dokumentach, czy w trakcie negocjacji.

- Święty! Pięknych czasów dożyłem, skoro mogę gościć jednego z heroldów Ojca Świtu. Szkoda tylko, że w tak smutny dzień... Witam Andersie, witam Trevedicu. Zapraszam w moje skromne progi, zaraz przygotuję jakiś poczęstunek! Wchodźcie, wchodźcie, rozgośćcie się... - Eliander zastukał energicznie laską i poprowadził do wypchanego książkami i wojennymi pamiątkami pokoju.

Andre przywitał się z gospodarzem, rozgościł się i wodził wzrokiem po pomieszczeniu.

- To piękny gest ze strony świętego, że udzielił pogrzebu tej biedaczce. Nie wyobrażam sobie, żeby tam i wtedy, kto inny stał na miejscu świętego. Ba! Wręcz powiedziałbym... Nie, to głupie. Bo czy można zazdrościć komuś pogrzebu? Chyba się naprawdę starzeję... ale pewnie nie dlatego zawitaliście w Słonych Bagnach, by pogrzebów udzielać? W czym może pomóc świętemu zwykły przedstawiciel korony? - Śledził twoje spojrzenie. - Pokaźne zbiory, prawda?

- Zaiste piękna kolekcja... Ja tylko wykonywałem moją powinność, mości Elianderze, każdy zasługuje na pochówek. Pozwól, że przejdę do rzeczy. Otrzymałem tę oto kość od niebywałego posłańca. Gdy wypowiedziałem inkantację wskazała mi drogę na bagna. Podobno takie szczątki spoczywają w kurhanach, które tam się znajdują. Czy mógłbyś mi coś powiedzieć na ich temat?

- Bagna Hool... Pracuję wspólnie z przedstawicielami korony nad tym, aby tereny te ucywilizować. Widzi święty, to wymarzona kryjówka dla wyjętych spod prawa. Wielu co prawda topi się w bagnach albo ginie od szponów potworów, ale to nie rozwiązuje problemu. Radni Eda i Gellan zachowują się, jakby wszystko było w porządku. A nie jest! Przecież jeszcze w tym tygodniu młody Alan zabrał z domu łuk swego ojca Enodera i ruszył na bagna, aby się wykazać i co... nie wrócił! Rodzina zrozpaczona, a ja nie mogę nic poradzić. Mam kilku konnych, którzy patrolują okolice bagien i to wszystko. Nie wyślę ludzi bez doświadczenia w dziczy w głąb tak niegościnnych terenów. Walczyłem w Ponurym Lesie i wiem, z czym to się wiąże… A kurhany? To tylko jakieś stare cmentarzysko, o którym krąży więcej legend i plotek niż to miejsce jest tego warte. Może święty chce tu zostać na dłużej i poszukać informacji w mojej bibliotece?

- Dziękuję bardzo, chętnie zerknę na twoje zbiory.

- Jednakże czas nagli, nie wiem czy zdążę uzyskać informacje przed wyprawą. Będę musiał skonsultować się z moimi towarzyszami. Jednak teraz trzeba zająć się sprawą śledztwa. Czy możecie powiedzieć mi coś więcej o tym nawiedzonym domu?

Anders w skrócie przedstawił Elianderowi, czym zamierzasz się zająć.

- E tam. Legendy zostawmy książkom, plotki bywalcom karczm. To fałszywy trop. Każdy, kto jest w stanie unieść broń, powinien szykować się na powrót tych samozwańczych książąt. Widział święty przecież, co zrobili tej biedaczce. Nadgarstki czerwone od krępujących więzów. Kostki tak samo. Łachmany godne co najwyżej niewolnika. Jeśli nic z tym nie zrobimy, Laorei nie będzie ostatnią, którą pojmano w niewolę!

Anders wyraźnie się oburzył. Próbował przedstawić Elianderowi swą wersję wydarzeń. Weteran brnął jednak dalej w swoje. Trevedic próbował jakoś załagodzić sprzeczkę, ale jego wysiłki na niewiele się zdawały.

- Andersie, jeszcze za młody jesteś, by właściwie ocenić sytuację. Porozmawiaj ze starszymi mieszkańcami, a dowiesz się, jak straszliwie wyglądały walki z piratami. Takie rozmowy pomogłoby ci zostać dobrym radnym. - Podsumował wywody chłopaka.

- Spokojnie panowie. Musimy sprawdzić każdą poszlakę i poszukać świadków. Na ten moment zgadzam się z szanownym Andersem. Musimy odnaleźć Ludwana - to jego widziano ostatnim razem z ofiarą. Musimy dopuścić do siebie myśl, że ktoś mógł umyślnie w ten sposób urządzić biedaczkę żebyśmy skierowali przypuszczenia na piratów lub książąt.

Solaire zamyślił się chwilę.

- Trzeba zaangażować ludzi. Wypytać się o czy gdzieś nie widzieli pogromcy. Jak on w ogóle wygląda, czy wyszedł z nawiedzonego domu. Może poniósł porażkę i sprzedał kobietę w niewolę. Jest tyle pytań, a odpowiedzieć na nie może tylko Ludwan.

Kulawy weteran wzruszył ramionami. - Cóż, ojcowie i święci też mogą się mylić. Mam nawet tutaj taką księgę, która opisuje wielowiekowe spory dzielące najwybitniejsze umysły Kościoła. - Eliander pozostawał uparty. Zapadła niezręczna cisza.

- Święty może liczyć na mnie i Trevedica. - Zabrał głos Anders. - Mogę pociągnąć za języki, ale do nawiedzonego domu nikt się z miejscowych nie wybierze... A pogromcy towarzyszący świętemu? Nie moglibyście tam się rozejrzeć?

- Tak zrobimy, muszę ich tylko odszukać. Spotkamy się w okolicy domu alchemika. Ile czasu potrzebujecie na zebranie informacji?

- Niech święty da nam dzień lub nawet dwa.

- Dobrze, będziemy czekać w karczmie “Pod Cumą”. Dziękuję za gościnę, pozwól że pobłogosławię twoje domostwo gospodarzu.

***

Kiedy sytuacja wyraźnie się uspokoiła i kieszonkowiec został wyprowadzony z gospody, Hagan zwrócił się ponownie do właścicielki gospody.

- Pani Hanno, czy ktoś ze Słonych Bagien byłby w stanie opowiedzieć coś więcej o tym opuszczonym domu? Może któryś ze starszych mieszkańców pamięta jakieś wydarzenia, które były z nim związane?

- Wątpię, musiałby to być ktoś naprawdę posunięty w latach... Stary Nell, którego przyłapano kiedyś na kłusownictwie, kilka miesięcy temu przechwalał się przed grupką młodych marynarzy, że był w środku, ale mógł tylko zmyślać dla darmowego obiadu i kolejki. Właśnie, nie zgłodnieliście od tej awantury? - Hanna krzątała się po lokalu. - Mieszkający bliżej posiadłości skarżą się na mrożące krew w żyłach krzyki i jakieś nienaturalne światła pojawiające się nocami... Przygotujecie się i będziecie na siebie uważać, prawda?

Ultrix dopiła swój kufel. Mały klinik i "rozgrzewka ramienia" naprawdę jej pomogły. Kobieta odstawiła naczynie.

Hagan zamyślił się. Przypomniało mu się co powiedział stary kłusownik przy ciele Laorei. "W niektóre miejsca po prostu się nie chodzi". Bard kompletnie jednak nie zwracał wtedy na to uwagi będąc pogrążonym w tragedii. Pokiwał twierdząco głową do karczmarki. Na słowa o nienaturalnych zjawiskach i przerażających krzykach jego twarz zdecydowanie się ożywiła, a w oczach było widać błysk.

- Przygotujemy się. Myślę, że wpierw powinniśmy znaleźć starego Nella, albo porozmawiać z ludźmi w sąsiedztwie.

Przez drzwi karczmy wchodzi wam znajomy jegomość. Podchodzi do waszego stołu i uśmiecha się smutno na wasz widok.

- Wybaczcie za spóźnienie, mam nadzieję. że nie ominęło mnie zbyt wiele.

- Andre! - Bard klepnął kapłana przyjacielsko po ramieniu. Nastrój widocznie mu się poprawił. - Nie zdążyłem ci podziękować za ceremonię. Masz prawdziwy talent do duszpasterstwa.

- Dziękuję za dobre słowo, to moja powinność. Pozwólcie, że się przysiądę i posilę, a opowiem Wam czego się dowiedziałem.

- Twoją matulę rzekomo widziano ostatni raz z pogromcą Ludwanem jak wchodzili do nawiedzonego domu alchemika. Anders ma zamiar wypytać miejscowych czy widział ich ktoś także po wyjściu z tej posiadłości. Na ten moment trop się urywa, ale istnieje możliwość, że Ludwan nadal jest w mieście i może nam naświetlić sprawę, trzeba go odnaleźć, a najlepszym miejscem na poszukiwania będzie posiadłość alchemika.

Pół-elf wychylił łyk wina szczypcowego słuchając uważnie słów Andre.

- Ludwan... Wydaje się być kluczem do zagadki. Oby udało nam się go znaleźć zanim odwiedzimy dom alchemika. Jeżeli pogromca zdecydował się go zbadać, to coś rzeczywiście musi być na rzeczy.

- Hagan, możemy porozmawiać na osobności? - Zapytała Hanna. Karczmarka wyglądała jakby coś nie dawało jej spokoju.

- Oczywiście pani Hanno. - Bard skinął głową i wstał od stolika, po czym podążył za karczmarką.

Drzwi kuchenne zamknęły się za wami.

- Hanna wzięła głęboki wdech. Wypuściła powoli powietrze z płuc. - Ludwan. Te dziesięć lat temu - zaczęła ciężko - Ludwan był jednym z... klientów twojej matki. Często do niej przychodził. Częściej niż inni, tak mi się wydaje. Coś musiało się między nimi narodzić. Jakieś uczucie, bo kiedy przygotowywał się przed kolejną wyprawą na północ, dłuższą niż zwykle, Lorelei postanowiła ruszyć razem z nim. Chciała zabrać cię ze sobą, ale pogromca uważał, że nie przeżyjesz takiej podróży. Postawił ultimatum i... wybrała jego. Tak, wiedziałam o tym przez wszystkie te lata. Nie chciałam ci tego mówić, bo obawiałam się, że ruszysz za nimi i stanie ci się krzywda. A może gdybym powiedziała wcześniej, choćby rok temu, Lorelei wciąż by żyła...? - Łza zakręciła się w jej oku. - Przepraszam...
 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 14-05-2020 o 16:40.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 24-02-2020, 22:37   #2
 
Hungmung's Avatar
 
Reputacja: 21543 Hungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputację
Hagan potrzebował chwili, żeby przetrawić słowa karczmarki. Nie potrafił jej winić za cokolwiek. Zwłaszcza teraz. Była jedyną osobą, która wyciągnęła do niego pomocną dłoń, gdy został opuszczony przez matkę. Czuł jednak, że wzbiera w nim gniew - na Ludwana. Gdyby nie on, Laorei z pewnością by żyła. Przytulił Hannę chcąc dać jej do zrozumienia, że nie ma do niej ani trochę żalu.

Hagan poczuł, jak Hanna trzęsie się od płaczu.

- Muszę odnaleźć tego Ludwana. Jest mi winien sporo do wyjaśnienia.

- Udowodnij mu, że nie byłeś wcale taki słaby, jak myślał... - Hanna otarła łzy.

Pół-elf uśmiechnął się do karczmarki. W jego oczach widać było determinację.

- Udowodnię. Jeżeli będzie trzeba, rozwiążemy sprawę tego domu, a kiedy wrócimy, opowiem pani o wszystkim przy lutni.

Hanna uśmiechnęła się jak do syna. - W takim razie cię dłużej nie zatrzymuję. Tylko proszę, bądź ostrożny.

Bard skinął głową i ruszył w stronę drzwi, po czym zatrzymał się i odwrócił do Hanny. - Gdyby... Gdyby nie pani, nie było by mnie tutaj. Nigdy nie będę w stanie należycie za to podziękować.

- Dziękuję Hagan. Te słowa dla mnie wiele znaczą. - Hanna wytarła ostatnią łzę, zamieszała zupę rybną. Widząc, że jeszcze na nią patrzysz, uśmiechnęła się.

***

- Jest jeszcze jedna sprawa - Powiedział kapłan wyciągając z plecaka poczarniałą kość - ludzką łopatkę

- Pies z bielmami na oczach przyniósł mi to. Po wstępnych oględzinach stwierdzam, że to coś na rodzaj kompasu. Ktoś odczyniał uroki za pomocą ludzkich szczątek, a te najprawdopodobniej wskazują mi drogę do ich miejsca spoczynku. To zły omen i musimy powstrzymać tych którzy bezczeszczą szczątki zmarłych. Haganie, znasz wiele opowieści, czy słyszałeś coś o kurhanach na bagnach?

- Kiedyś obiło mi się o uszy, że te kurhany łączy sieć tuneli. Podobno jest ich tyle, że tworzą prawdziwy labirynt. Jeżeli wierzyć tym plotkom, to są nawet zamieszkałe przez jakiś pokraczny, prymitywny lud, którego członkowie porywali innych, by uczynić z nich niewolników. Zawsze myślałem, że to tylko bajki, ale po tym co mówisz...

Bard urwał, zastanawiając się jak wiele tajemnic może jeszcze skrywać miejsce, w którym przecież żyje już cała dekadę.

- Za dzień lub dwa mamy otrzymać więcej informacji na temat Ludwana i domu alchemika. Zaś jeżeli o krypty chodzi... Będę potrzebował Waszej pomocy. To może mieć związek z wizjami które mi zsyła Wieczne Słońce o zagrożeniu, które mnie przeraża.

- Możesz na mnie liczyć Andre - odparł z entuzjazmem Hagan. - Sam jestem ciekaw co naprawdę kryją te kurhany. Liczę tylko, że do tego czasu uda nam się znaleźć Ludwana. Mam do niego kilka pytań. A te wizje? Z czym są związane?

- W moich snach widzę ziemię bez wody, schorowanych i zniekształconych ludzi, przeraźliwe monstra o których nie znalazłem nawet wzmianki w licznych księgach mego klasztoru, a to wszytko w świetle szkarłatnego słońca które spowija świat w krwawym blasku.

- To kiedy ruszamy do tych kurhanów? - Rzekła Ultrix, która nie mając już nic do jedzenia czy picia zaczynała się nudzić.

- Jeśli skończyliście już gadać, to ja jestem gotowy - mruknął Morhołt.

- Zgoda - rzekł Hagan. - Możemy sprawdzić najpierw kurhany. I tak pewnie nie usiedziałbym bezczynnie dwa dni na wieści od Andersa.

- Dziękuję towarzysze, pozwólcie, że się przygotuję.

Scio, didici, pecto... Ujrzawszy świętego wznoszącego modły do Ojca Świtu, bywalcy karczmy jeśli nie padli na kolana, to chociaż się przeżegnali albo opuścili nabożnie głowy. Oberżystka Hanna postąpiła podobnie. Po żarliwej modlitwie, w czasie której Ultrix zaczęła ziewać, Andre ujrzał niebiesko-czarną nić magicznej energii, prowadzącą w kierunku, jak przypuszczał, zbezczeszczonego kurhanu. Andre przewidywał, że będzie musiał modlić się co pewien odcinek wyprawy, aby nie zgubić drogi.

Andre podniósł kość i wyszedł przez drzwi karczmy podążając za niematerialną nicią.


- Haganie, Ty znasz dobrze miasto, prowadź tak żebyśmy nie utkneli w ślepej uliczce. - Powiedział kapłan wskazując kierunek.

Ruszaliście w kierunku północno-zachodnim. Na zewnątrz wciąż panowała mgła, ale nie tak gęsta jak mleko. Przeszliście szerokim mostem Rekiniej Płetwy. Haganowi zawsze robiło się tu niedobrze. Zresztą tak jak każdemu innemu z chociażby najmniejszą domieszką elfiej krwi. Według guślarek, wróżbitów i innych magików było to spowodowane klątwą starszą niż Słone Bagieńsko, a nawet niż całe Królestwo Domnonei. Co było przyczyną uroku, kto go rzucił, a kto był ofiarą - te szczegóły wydawały się zaginąć w pomroce dziejów, ale wciąż rozpalały wyobraźnię bardów i mędrców.

Idąc ścieżką zostawiliście za sobą kilka ostatnich domostw, a kiedy mijaliście karczmę Koziego Chochoła, Andre usłyszał... szczekanie! Pod barakami straży miejskiej, znajdującymi się naprzeciw oberży, siedział ślepy kundel. Ten sam, który z jakichś niewiadomych powodów przyniósł ci ludzką kość. Śledził was "niewidomymi" ślepiami, ale nie poderwał się z miejsca.


- To ten pies o którym Wam mówiłem. - Kapłan gestem przywoływał psa.

Szarobury pies podszedł, usiadł na tylnich łapach i zaczął machać ogonem, patrząc na Andre. Do najmniejszych nie należał. Mógłby nadawać się na psa myśliwskiego. Czułeś, że spotkanie go nie było czystym przypadkiem.

Solaire ostrożnie pogłaskał psa po głowie.


- No, gdzie jest ten który Cię do mnie przysłał, co? Zaprowadzisz nas, czy mamy iść za kością?

Pies jak na rozkaz ruszył przed siebie. Zaufałeś zwierzęciu, bo prowadziło w wymodlonym kierunku. Wkrótce zboczyliście z traktu prowadzącego na północ do fortu Burle. Przeszliście przez most. Szliście między niskimi wzgórzami. Zdziwiło was, że pies nie prowadził, jak wcześniej przypuszczaliście, na bagna, a znacznie bliżej - nad wybrzeże po drugiej stronie zatoczki, nad którą leżało Słone Bagieńsko. Mieliście już za sobą jakieś osiem mil drogi. Wycięto tutaj prawie wszystkie drzewa poza jednym. Wśród wysokich traw ostała się tylko jedna, ogromna wierzba. Mimo jesieni nie zmieniła koloru i jej gęsta korona była wciąż zielona. Chyba nigdy nie widzieliście tak wielkiego drzewa. Promienie słoneczne sprawiły, że coś błysnęło, gdy przechodziliście nieopodal. Do pnia przybito purpurową pelerynę. Posłużono się w tym celu sztyletem. Słońce musiało odbijać się od ostrza... albo kamienia szlachetnego osadzonego w rękojeści.

- A niech mnie! Zadziałało Andre - zawołał zaskoczony Hagan - Ten pies albo jest bardzo mądry, albo nie jest zwyczajnym psem.

- Jest w nim coś... magicznego bym rzekł. - Powiedział kapłan sięgając po sztylet i pelerynę, oglądając dokładnie drzewo. Zerknął na psa, sprawdzając czy na nich czeka.

Kiedy stanąłeś pod wierzbą, twarzą do pnia przebitego sztyletem, zauważyłeś... wilczy dół! Był po twojej lewej stronie. Przysypany gałęziami i liśćmi. Rozejrzałeś się nerwowo dookoła.

- Cholera, mogło to się źle skończyć.

Zauważyłeś drugi wilczy dół, po twojej prawej stronie. Wyglądało na to, że jakimś zrządzeniem losu ominąłeś oba wilcze doły i podszedłeś bezpiecznie pod koronę wierzby. Może dzięki temu psu? Ten po lewej był głęboki na dobre dwadzieścia stóp.

- Patrzcie pod nogi! Ktoś się nasilił przy kopaniu tych dołów.

Purpurowa tkanina peleryny przybita do drzewa wyglądała na wyrafinowaną, a sztylet faktycznie miał kamień szlachetny w rękojeści - jasny opal.

Morhołt zaczął rozglądać się za czymś ciężkim. Jakieś kamienie, konary, cokolwiek co można było rzucić na maskowanie wilczego dołu.

- Lepiej zniszczmy te pułapki zanim jakieś dziecko w nie wpadnie.

Konary - jedynym drzewem w okolicy była właśnie ta wierzba. Kamienie walały się tu i tam, niektóre mniejsze, a niektóre takich rozmiarów, że nawet Morhołt nie byłby w stanie ich podnieść. Zacząłeś wprawiać w życie swój plan, ale nie wywęszyłeś żadnego kolejnego wilczego dołu.

Andre wyciągnął sztylet i tkaninę, sprawdzając zawartość drugiego dołu po czym, ostrożnie wrócił do towarzyszy.

- Dobry pomysł.

Kiedy Andre wyciągnął sztylet, usłyszał świst sznura! Wiedząc o wilczych dołach, instynktownie odskoczyłeś do tyłu, a nie w bok. Wysoko z korony drzewa na ziemię z trzaskiem spadła klatka, która miała cię uwięzić. Co za pułapka! Jednak to nie miał być koniec tej ponurej przygody. Bez ostrzeżenia brzęknęły cięciwy. Z muskularnego barku Ultrix wyrosła długa, czarna strzała, na którą pogromczyni spojrzała z osłupieniem. Druga świsnęła jej koło ucha. Grot trzeciej ześlizgnął się po kolczudze Morhołta. Hagana czwarty pocisk uraził w udo. Grajek jęknął z bólu. Trawy zaszeleściły. Nigdzie nie było widać wrogów, poza jedną drobną sylwetką, która wykrzyczała piskliwym głosem:

- Rzucić broń! Poddać się!

Kundel rzucił się na grożącego wam goblina, wściekle gryząc łapę, która jeszcze przed chwilą naciągała cięciwę. Miał dużą wolę walki. Jednak stwór nie pozostawał dłużny. Już dostrzegłszy pędzącego psa sięgnął po zakrzywione ostrze, czego przez trawy nie było sposób dostrzec. Pchnął nim zwierzę w pełnym nienawiści kontrataku. Upadło ciężko. Kałuża krwi zaczęła powoli acz nieubłaganie nabierać rozmiarów. - Dzisiaj mamy obiad z psiaka! - Mały okrutnik wydarł się piskliwym głosem.

Andre obserwował to wszystko zza wierzby. Morhołt zauważył, że ranny goblin uciekł i schował się za jednym z wielkich głazów. Żołnierz wskazał gdzie.

Druga salwa! Sprytne bestie ledwie się wynurzały z traw, to znów chowały i, pozostając cały czas w ruchu, starały się was zmylić co do swoich pozycji. Strzały świstały jednak niecelnie i odbijały się od waszych tarcz. Okrzyk rzucającego się w zarośla Hagana zagrzał Ultrix do walki...

Próbowaliście przewidzieć ich ruchy. Z początku kiepsko wam to szło. Morhołt spudłował rzuconym w pośpiechu oszczepem, mimo zagrzewających słów Hagana. Mamrotana pod nosem modlitwa Andre przywołała co prawda święty ogień, ale stwór w ostatniej chwili zręcznie uciekł spod płomiennego deszczu. Przeczesująca trawy czujnym wzrokiem Ultrix nie mogła doszukać się ani jednego przeciwnika i tylko dzięki niespożytej, orczej żywotności wytrzymała rany od kolejnych dwóch strzał.

Gobliny stawały się jednak coraz mniej ostrożne, jakby były pewne swego zwycięstwa. Pokrzykiwały między sobą, żądne krwi, co ułatwiało ich zlokalizowanie. Nieustannie namawiały was do złożenia broni, gwarantując oszczędzenie życia. Stwór o wykolczykowanych uszach zbliżył się do Morhołta. Zbyt blisko. Ciężkozbrojny pogromca zaszarżował i przepołowił go mieczem zanim ten zdążył naciągnąć cięciwę. Kiedy krzywonosy stwór wychylił się po raz kolejny zza kamienia, aby ustrzelić świętego, ten już wznosił żarliwe modły do Ojca Świtu. Ogniste języki stopiły pomarańczową skórę wrzeszczącego wniebogłosy goblina. Poczułeś swąd palonego mięsa. Elfia litania podszytych magią przekleństw sprawiła, że trzeciemu zaczęły drżeć dzierżące łuk łapy, ale nie zamierzał się prędko poddać...

Gobliny nie zamierzały powtórzyć błędu zmasakrowanego kompana. Trzymały dystans. Próbowały was zmylić zygzakując w wysokiej trawie. Bezlitośnie szyły z łuków, choć żadna ze strzał nie zagroziła życiu zręcznej jak pantera Ultrix ani nie znalazła szpary w pancerzu Hagana. Morhołt usłyszał, jak jeden ze stworów zaklął pod nosem w swym małpim języku. Chyba niefortunnym zbiegiem okoliczności uszkodził sobie łuk...
 
__________________
Pięć ton lnu
Hungmung jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-03-2020, 20:14   #3
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
- Co za sztuka! Będzie nasza! Jeszcze dziś! - Goblin zapowiedział los słabnącej Ultrix. Oblizał się przy tym obleśnie. Nałożył strzałę na cięciwę krótkiego łuku. Brzęknęła. Ugodzona Pogromczyni z cichym jękiem zniknęła w trawie. Traciła powoli przytomność od utraty krwi. Czy faktycznie pisany był jej los zaledwie zabawki szkaradnych stworów, więzionej gdzieś w ciemnym, wilgotnym lochu...?

- Poddać się! Natychmiast! To ostatnie ostrzeżenie! - Wykrzyczał do pozostałych przy życiu.

Odpowiedzią na groźbę Morhołta była tylko strzała, która utkwiła w jego tarczy.

Hagan po ujrzeniu upadającej Ultrix zrozumiał, że z goblinami to nie przelewki. Zmrużył pełne nienawiści oczy. Ścisnął drżącymi rękami kuszę. Palec przez kilka bić serca spoczywał na spuście. Czekał na idealny moment, czekał... i... na Korda! Po chwili w gardle stwora tkwił drgający jeszcze bełt. Na widok tego ostatni żywy zaczął sromotnie uciekać. W stronę wybrzeża, czyli tam, dokąd zmierzaliście…

Elfie zaklęcie wystarczyło, aby Ultrix stanęła na nogi, choć nie tylko ona zamierzała powstać z ziemi. Usłyszeliście dźwięk jakby wyrywanych korzeni. Sporych rozmiarów. Cień wierzby zaczął robić się coraz dłuższy.


- KTO ZAKŁÓCA MÓJ SEN...? - Wy nie śniliście. Jedyne pośród licznych, ściętych pni drzewo przemówiło. Niskim, basowym głosem. W języku, który każdy rozumiał. Przywiązana do wierzby pusta klatka goblinów podniosła się razem z wierzbą i zahuśtała w powietrzu wte i wewte.

Bard już otworzył usta, aby krzyknąć z radości po udanym strzale, kiedy głos ożywionej wierzby dobiegł jego uszu. Odwrócił się powoli, a jego żuchwa opadała coraz niżej w kompletnym niedowierzaniu. Pierwszy raz widział coś takiego. Rozejrzał się po towarzyszach, którzy również wydawali się zaskoczeni. Osłupiony widokiem, dopiero po chwili zebrał się w sobie, by odpowiedzieć... drzewu?

- Ww... wy... wybacz nam o... wieczny - pół-elf zamilkł na moment szukając pośpiesznie słów. - Na prośbę kapłana próbujemy powstrzymać tych, którzy plugawią tą ziemię mroczną magią. Akurat, kiedy tutaj przechodziliśmy, zaatakowała nas grupa goblinów.

Ultrix piszcząc wyrywała z siebie strzały kiedy wierzba się "rozszumiała". Kobieta nerwowo zacisnęła łapę na rękojeści młota stając twarzą do rośliny. By nie widać było topora na jej plecach. Ultrix nie mogła wiedzieć, czy topory drażnią drzewa czy nie ale... wolała nie ryzykować.

Andre jakby ukłonił się do wierzby i w takiej schylonej pozycji podszedł do leżącego w trawie kundla.

- ZA PÓŹNO... - Zagrzmiał głos.

Drzewo jednak zdawało się mówić bardziej do siebie niż w odpowiedzi na przeprosiny Hagana. Na waszych oczach na pniu drzewa pojawiały się jakby wybrzuszenia. Nabierały coraz konkretniejszych kształtów, aż zaczęliście rozpoznawać nos, brwi, usta, oczy, choć pozostawały jeszcze niewyraźne jak malowane szerokimi pociągnięciami pędzla. Przemiana nie ominęła i gałęzi, które wiązały się w jakby ramiona, ani korzeni, formujących nogi.

- ... OBUDZIŁEM SIĘ ZA PÓŹNO…

Kiedy grube badyle uformowały się w namiastki dłoni, treant zerwał przywiązaną doń linę. Rozhuśtana klatka spadła na ziemię. Usiadł na niej bezradnie.

Morhołt nawet nie próbował ścigać goblina. W zbroi tylko by się zdyszał. Zamierzał pozbierać swoje rzeczy, ale gdy usłyszał drzewo zmienił plany. Schował broń i gestem pokazał by inni też to uczynili. Drzewa nie lubią pił, siekier, a po obudzeniu łatwo pomylić grupę podróżników z bandą wędrownych drwali. Nie wyczytywał agresji z tonu ani postawy drzewa, podszedł więc do treanta i powiedział:

- Zdarza się - pocieszył drzewo - na pewno coś się jeszcze da naprawić. Może możemy jakoś pomóc? - zapytał.

W odpowiedzi na gest Morhołta Ultrix zarzuciła młot na ramię. Nie miała za bardzo jak go schować, ale w takiej pozie nie wyglądała przynajmniej jak ktoś kto zamierza go nagle użyć.

Andre uzdrowił psa i zaczął cofać się wraz z nim w stronę towarzyszy.

- POMÓC...? - Wierzbowy treant zaczął się zastanawiać. Liście zakryły niemal całą jego sylwetkę, kiedy pochylił się i oparł czoło o "dłoń" w głębokiej zadumie. Wydawał się w tym wszystkim bardzo ludzki.

- MIAŁEM BYĆ STRAŻNIKIEM LASU, KTÓREGO JUŻ NIE MA... GDZIE SĄ JEGO OPIEKUNI? KTO TO ZROBIŁ? CZEMU MNIE OSZCZĘDZONO?

Nie znaliście jeszcze odpowiedzi na te pytania, więc nie byliście w stanie mu pomóc.

- Być może w trakcie naszej wyprawy dowiemy się co tu zaszło. Jeżeli uda nam się znaleźć jakieś informacje, wrócimy tu i przekażemy ci je - zaproponował pół-elf, który zaczął szczerze współczuć treantowi.

Andre opatrywał rany swoje oraz towarzyszy. Nie odzywał się do drzewca, nie wiedział czego może się po nim spodziewać, ale z tyłu głowy czaiła się myśl o ucieczce.

Nie było łatwo zlokalizować ramię Treanta, ale Morhołt postarał wybrać jakiś w miarę bezpieczny fragment kory i położyć na nim dłoń.

- Przykro mi. Przyjmij moje... nasze wyrazy współczucia. Na te pytania jeszcze odpowiedzi nie znamy... Ale spróbuję się czegoś dowiedzieć. Gdybyś mógł podać więcej szczegółów... I pamiętaj: Nic nie dzieje się bez przyczyny, może jeszcze masz coś do zrobienia. Choćby by pamiętać i upamiętnić las. - Spojrzał gdzie jest Hagan i dał mu wzrokiem sygnał by się odezwał. Bard dobierał słowa lepiej. I, Morhołt przeklinał się za tę myśl, obecnie najlepiej ze wszystkich ludzi był w stanie zrozumieć stratę drzewca.

Gotowość Morhołta do pomocy treantowi zaskoczyła Hagana. Zawsze wydawał mu się prostym wojakiem, który jednak przyjmuje rzeczywistość bez kierowania się chwilowymi emocjami. Kiedy wyłapał jego spojrzenie, zrozumiał. On też stracił wielu bliskich towarzyszy. Morhołt dobrze wiedział, co przeżywa teraz treant.

- Może to nie przypadek, że przebudziłeś się akurat kiedy nas zaatakowano - zaczął bard. - Może... Będziemy mogli nawzajem sobie pomóc. Tak jak mówiłem, jeżeli uda nam się znaleźć winowajców albo chociaż dowiedzieć czegoś, powiemy ci o tym. A jeśli to ci sami, których szukamy, to chyba mamy wspólny cel. Czy... Wiesz coś może o plugawym, człekokształtnym ludzie, który zamieszkuje tutejsze kurhany?

- PLUGAWYM...?! - Oburzył się wyraźnie. - POD ZIEMIĄ SPOCZYWA LUD DRUIDÓW. PRZEZ KORZENIE JESZCZE CZUJĘ ICH DAWNĄ MOC. NAZYWALI SIĘ FLANAMI. DBALI O NAS... - Przerwał. - JAK MOŻNA NAZWAĆ PLUGAWYM KOGOŚ, KTO OKAZUJE NATURZE TROSKĘ? - Przyjrzał się wam badawczo, mrużąc nieufnie oczy. - KIM WY W OGÓLE JESTEŚCIE?!

- Tego się obawiałem - szepnął Andre. - Jesteśmy podróżnymi strażniku lasu. Przybyliśmy do tej krainy gdyż ktoś zakłóca spoczynek naszych martwych pobratymców na bagnach - oświadczył.

Ultrix aż postawiła uszy na te wszystkie dziwy.

- Emm... pierzemy brudaczne gobliny, to chyba dobrze, nie? - Zauważyła kobieta, chcąc pomóc w przekonaniu „badyla” by nie próbował wylewać swojej flustracji na ich grupie.

- ZAKŁÓCA SPOCZYNEK, ZARAZ, TAK, CZUJĘ TO... COŚ ZABURZA... ZABURZA CYKL ŻYCIA I ŚMIERCI!

- GOBLINY? - Uwaga Ultrix wytrąciła treanta z koncentracji. - RÓWNIEŻ JAK MY KIERUJĄ SIĘ INSTYNKTEM, NIE MĘDRKOWANIEM I SZTUCZNYMI PRAWAMI. PÓKI ICH DESTRUKCYJNA NATURA POZOSTAJE W RYZACH, MOGĄ CZUĆ SIĘ GOŚĆMI W... - Chciał powiedzieć pewnie "NASZYM LESIE", ale urwał.

- Współczujemy Ci strażniku. Proszę pomóż nam, a my postaramy się pomóc Tobie odszukać winnych tego czynu. Co może zakłócać ten cykl?

- CZARNA MAGIA. JEJ BIJĄCE ŹRÓDŁO. NIE POZWALA UMARŁYM SPOCZĄĆ W GROBACH. JEST TAM. GŁĘBOKO. GŁĘBOKO POD ZIEMIĄ. - Między każdym kolejnym zdaniem skoncentrowany treant robił długą pauzę. - TYLKO CISZA... TAMTEJSZE DRZEWA ZGNIŁY. SPRÓCHNIAŁY. STAŁY SIĘ CZARNE... OD CIEMNYCH SIŁ ZATRUWAJĄCYCH BAGNA.

- Czy mógłbyś nas zaprowadzić do tych podziemi? Widzę, że nasze cele się pokrywają, być może wyplemiając tamtejsze zło uda nam się zakończyć chorobę męczącą ten rejon.

- Pozwól, że zajmiemy się tą sprawą która nas nagli, a gdy wrócimy obiecuję Ci pomóc zasadzić nowe drzewa.

- MÓGŁBYM, ALE TO MOŻE OKAZAĆ SIĘ DLA WAS NIEBEZPIECZNIEJSZE NIŻ POTYCZKA Z BANDĄ GOBLINÓW. DOBRZE... BĘDĘ CZEKAĆ.

Hagan wciągnął powietrze i odetchnął z ulgą widząc, że treant zdawał się uspokajać.

- Na nas chyba już czas - powiedział poprawiając plecak.

***

Co prawda z draśnięciami, siniakami i nadszarpniętymi nerwami, ale ruszyliście dalej, opatrzeni przez Andre. Rana cięta zadana ślepemu kundlowi przez goblina nie okazała się śmiertelna. Wciąż was prowadził na swój unikatowy sposób. W stronę morza, nad dziki klif po drugiej stronie zatoki. Już z daleka widzieliście ruiny nadmorskiej wieży - może latarni? A z bliska... Groby. Wiele grobów. Bezimiennych lub o wytartych przez czas nagrobkach. Niektóre były rozkopane jakby przez zwierzęta. Kości - porozrzucane, a czasami nawet... obgryzione? Modlitwy Andre wskazywały mu te szczątki, które razem z przyniesioną łopatką tworzyły szkielet mężczyzny. Były rozwalone po całym brzegu. Czujna Ultrix zauważyła zaś, że ślady uciekającego goblina prowadziły nigdzie indziej, jak do wieży. Pies, któremu nie zdążyliście nadać imienia, warczał w stronę zawalonej budowli.

[media][/media]
zrujnowana wieża nad Lazurowym Wybrzeżem

Kapłan pogłaskał psa i dał mu trochę suszonej wołowiny ze swoich żelaznych racji. Nadal miał mieszane uczucia względem kundla - nie wiedział, kto mógł go do nich przysłać, ale był wdzięczny za jego wysiłek.

- No, fafik... Burek... Ślepy... Kostek? Ehhh, później pomyślimy nad imieniem. Waruj tu psiaku albo się ukryj żebyś znowu niepotrzebnie nie zarobił. Chodzcie, sprawdzimy co tam jest. Tym razem wiemy, że mamy towarzystwo.

Pies mimo jedzenia zaskomlał jakbyś odmówił mu zabawy. Nie był pocieszony taką komendą. Wolałby chyba dopaść kolejnego goblina.

Osłonięty tarczą Morhołt, z mieczem w dłoni, zajrzał ostrożnie do środka wieży, spodziewając się w każdej chwili brzęku goblińskiej cięciwy. Dwa górne piętra były zawalone, jakby ostrzelane z okrętowych katapult. Cokolwiek co znajdowało się w środku, już dawno zostało złupione lub zniszczone. Kręte schody prowadziły nie do piwniczki, a... do podziemnych tuneli, wyłożonych kamieniem. W świetle dnia żołnierz dostrzegł skrzyżowanie korytarzy, prowadzących na północ, wschód i zachód. Dalej było już za ciemno, by cokolwiek dostrzec.

- To nie wygląda mi na krótki spacerek... - Wojownik wrócił do towarzyszy i podzielił się informacjami. - Przygotujcie lepiej pochodnie. Przemyślmy szyk. Korytarze pod ziemią wyglądają mi szerokością na cztery osoby. - Planował Morhołt. - Zamierzasz coś z tym zrobić? - Wskazał na ludzką łopatkę, którą Andre trzymał w rękach.

Aasimar złożył szczątki we wskazanym grobie. Pobłogosławił miejsce odmawiając modlitwę.

- Będę musiał ponownie zakopać zwłoki i poświęcić to miejsce. Może w tych podziemiach znajdziemy jakąś łopatę? Skoro jest tam taka sieć korytarzy może jednak przydać się nam psiak.

Pies machnął radośnie ogonem jakby rozumiał Andre.

Morhołt obracał jakiś niewielki przedmiot w zbrojnej rękawicy. - Patrzcie, co znalazłem. - Pokazał wam pierścionek. Pod purpurową emalią było chyba srebro ukształtowane na podobieństwo robala. Złożonego z licznych, kolczastych segmentów. Najeżoną kłami paszczą zjadał swój własny ogon.

- Pies mógłby nam pomóc wyczuć tubylców, Ty i ja na przedzie razem ze Ślepym. Ultrix i Hagan za nami. Co Wy na to?

Hagan kiwnął twierdząco głową. - Na dole powinniśmy być bardziej ostrożni. Nie możemy sobie pozwolić by znów ktoś nas zaskoczył. Mogę iść przodem, kryjąc się i sprawdzając teren.

Andre zauważył na pierścieniu ślady krwi. Rozstanie z poprzednim właścicielem nie musiało należeć do najprzyjemniejszych. Zaś samo znaczenie purpurowego robala zjadającego swój własny ogon pozostawało zagadką. Jedyne, czego byliście pewni, to że takie symbole nie zwiastują niczego dobrego, niezależnie czy w temacie sztuk magicznych, czy historii, czy religioznawstwa.

- Więcej złych omenów. Jeżeli czujesz się na siłach, to nie mam nic przeciwko.

Zeszliście po schodach do wilgotnych podziemi. Pies zwęszył goblina. Warczał w kierunku zamkniętych drzwi przed wami. Miały wizjer na wysokości mniej więcej pasa dorosłego mężczyzny. Na prawo od wejścia po posadzce ciągnął się niepokojący ślad zaschniętej krwi znikający pod bocznymi drzwiami. Sam korytarz ciągnął się dalej w ciemność. Zaś drzwi na lewo zdobiła jakaś sylwetka odlana z czarnego żelaza…

Solaire podszedł do drzwi z wizjerem, ostrożnie wyglądając pułapek. Nakazał gestem towarzyszom by nie szli jeszcze do drzwi. Stanął po lewej stronie wizjera tak by strażnik nie mógł go zauważyć. Wyciągnął sztylet i zapukał do drzwi.

Bard przyglądał się w napięciu poczynaniom kapłana. Załadował bełt do kuszy i przykucnął w pozycji wygodnej do strzału, wyczekując zagrożenia.

Wizjer pozostawał zasunięty. Nikt nie zareagował na pukanie. Goblin mógł zobaczyć czy usłyszeć was już jak schodziliście po schodach, oświetleni magicznym blaskiem. Miał zresztą przewagę czasową, ponieważ spędziliście dłuższą chwilę na opatrywaniu ran i odpoczynku przed wyruszeniem w dalszą drogę. Mógł ją wykorzystać na zaalarmowanie kogokolwiek lub czegokolwiek, co miało tu swoje legowisko, rozstawienie pułapek, zorganizowanie barykad w wąskich gardłach... Ponura ciemność lochu podpowiadała wam najczarniejsze scenariusze.

Morhołt trzymał szyk z oszczepem przygotowanym do rzutu. Żołnierz mrużył oczy. Nie był jeszcze przyzwyczajony do promieniującej zaklętym światłem tarczy.

Andre pociągnął delikatnie za klamkę. Zamknięte. Zwykłe, drewniane drzwi. Nie wyróżniały się niczym poza wizjerem.

- Wyważymy je, Ultrix? - Zapytał ściszonym głosem Morhołt. - Czy szukamy innej drogi?

- Może zerknę najpierw na zamek? - zaproponował bard.

Morhołt kiwnął głową na znak aprobaty.

- Jeśli potrafisz, to dawaj... - szepnął wojownik.

- Hagan podszedł do drzwi badając zamek. Pogrzebał przez chwilę w plecaku i westchnął rozczarowany odsuwając się od drzwi i zakładając plecak. - Nie da rady. Nie mam czym ich otworzyć. Nie obejdzie się bez siły i hałasu.

Morhołt schował miecz do pochwy i oparł tarczę o ścianę. Przy pomocy łomu wyważył drzwi. Nasłuchiwaliście przez chwilę, czy nikt lub nic nie zainteresowało się czynionym hałasem. Nastała niepokojąca cisza... i nic poza tym. Póki co. W szerokiej, ale krótkiej na długość komnacie przed wami leżał porzucony przez goblina, nadłamany, krótki łuk. Walał się też jakiś żelazny hełm, typowo domnoneański, tak zniekształcony uderzeniem miecza, że niemożliwy do komfortowego noszenia. Ściany zdobiły złowieszcze symbole wymalowane ciemnoczerwoną substancją. Ich skupisko było wokół kolejnych drzwi, podobnych do poprzednich.

- Widać, że lokator ma wyjątkowo kiepski gust. - zażartował bard przerywając milczenie. Choć ton jego głosu zdradzał napięcie. - Chyba trafił nam się jakiś kaligraf - dodał badając znaki.

Krwiste symbole przedstawiały smagające baty. Nie byliście pewni, czy miały jakiekolwiek znaczenie religijne, ale w wicehrabstwie takie znaki budziły strach w sercach mieszkańców. Posługiwali się nimi goblińscy łowcy niewolników z Ponurego Lasu.

Hagan przyglądał się przez chwilę kolejnym drzwiom, zastanawiając się dlaczego umieszczono na nich te oznaczenia. Nie lubił takiej grobowej ciszy. Zawsze wzbudzała w nim niepokój. Zniżył jednak głos zwracając się do towarzyszy prawie szeptem:

- Też myślicie, że kogoś tu trzymają?

Drzwi wydawały się Haganowi zniekształcone. Wygięte. Jakby coś dużego i silnego próbowało je wyważyć i dostać się do środka. Może nie tylko gobliny żyły w tych ruinach?

Bard nie czekał na odpowiedź na pytanie. Kiedy zauważył wyraźne odkształcenia, poczuł jak serce powoli podchodzi mu do gardła.

- Morhołt, Ultrix... - Przełknął głośno ślinę - powiedzcie mi, że któreś z was już tu było.

- Być nie byłem, ale najwyższy czas to nadrobić. - Odpowiedział żołnierz, poprawiając chwyt na rękojeści miecza.

- Jeśli nie ma ani dobrego sposobu, ani sprytnego… - Powiedziała Ultrix biorąc zamach i uderzając w drzwi młotem.

Andre zasłonił uszy psiakowi widząc poczynania towarzyszy.

Drewniane drzwi rozleciały się w drzazgi! Spodziewawszy się salwy strzał, rozstąpiliście się na boki. Nie brzęknęła jednak ani jedna cięciwa. Weszliście do niewielkiego i pustego przedsionka. Ściany kolejnej, ogromnej komnaty - śmierdzącego i zaśmieconego legowiska goblinów - niknęły w ciemnościach, w których mogła czaić się niejedna złowroga istota. Nie bacząc na to ślepy kundel wyrwał się i pognał do przodu, węsząc za tropionym stworem. Wkrótce zniknął wam z oczu, skręciwszy w lewo.

Hagan podniósł uszkodzony hełm. Święcąca kusza przygasła, a zaklęcie przeniosło się na przedmiot, który trzymał. Bard zrobił głęboki wdech i rzucił nim przez roztrzaskane drzwi.

- Widać tam coś teraz? - zapytał towarzyszy stojących bliżej przejścia.

Rzucony przedmiot odbił się od krzywego stołu. Strącił z niego mały słoik pełen piklowanego nie-chcesz-wiedzieć-czego. Szkło rozbiło się o posadzkę z nieprzyjemnym trzaskiem. Hełm zaś wylądował na brudnym posłaniu, rozłożonym chyba na drzwiach wyjętych z zawiasów albo jakiejś drewnianej palecie. Koców i skór było porozrzucanych więcej. Więcej niż cztery. Znowu nastała cisza, przerywana szczekaniem i drapaniem psa. Sufit komnaty podtrzymywało sześć kolumn. Wyciosane były w kształt podobny do tego z pierścienia znalezionego przez Morhołta. Purpurowego robala. Ślepy kundel warczał na pojedyncze drzwi znajdujące się po lewej, ale dzięki rozświetlonemu magią hełmowi zauważyliście też drugie, podwójne, na przeciwnym końcu sali.

Morhołt obejrzał jedne i drugie drzwi, rozejrzał się też za czymś czym mógłby tymczasowo zastawić, zablokować te którymi nie zdecydują się przejść. Ostatnie czego sobie życzył to utknięcie w ciasnym tunelu z wrogami przed sobą i za sobą bez możliwości zmiany szyku.

Kapłan ostrożnie podszedł do drzwi, które wskazywał Ślepy. Uciszył go gestem i nasłuchiwał, sprawdzając jednocześnie drzwi.

Pół-elf ruszył za Andre. Przyglądał się przez moment wojakowi próbując odgadnąć, co ten zamierza. Kiedy się zorientował, wskazał dłonią prowizoryczną pryczę, na której leżał hełm.

- Morhołt - szepnął bard. - Może to? Nada się chyba, prawda?

- Myślałem o czymś cięższym, ale jak nie znajdę nic innego... - odparł żołnierz, dziękując za pomoc skinieniem głowy.

Cisza. Andre nic nie słyszał. Choć nie był w stanie ocenić, czy to dobra wróżba, czy zła.

Kiedy Morhołt barykadował drugie drzwi, Ultrix spróbowała swoich sił. Musiała, bo drzwi wskazane przez kundla były zamknięte. Zamierzała je wyważyć…

... ale nie dała rady. Z pozoru zwykłe, drewniane drzwi, a były niemal nie do ruszenia.

- Jeśli nie robiły was gobliny, opuśćcie broń! Przyda nam się pomoc Pogromców. - Usłyszeliście męski głos. Akcent wskazywał na kogoś z okolic Słonego Bagieńska. Zaszli was od strony wejścia, pewnie zwabieni hałasem czynionym przez Ultrix. Nie słyszeliście nawet ich kroków. Widzieć sylwetek również nie widzieliście. Stali za drzwiami, w poprzedniej komnacie. Zwabieni magicznym blaskiem musieli zgasić pochodnie, zanim zdążyliście zauważyć światło płomienia.

- Z kim mamy przyjemność spotkać się w tym niegościnnym miejscu? - Zapytał Andre idąc na środek sali tak by go widziano, jednak na tyle blisko kolumn by móc się za którąś schować.

- Jeśli nie macie złych zamiarów, podejdźcie na tyle byśmy was widzieli! - Zawołał Hagan. W takim miejscu pół-elf był skłonny uwierzyć, że równie dobrze jakiś łotr-iluzjonista może próbować namieszać im w głowach.

- Spokojnie... - W krąg światła weszło kilka kobiet i mężczyzn niosących trumnę. Prostą, zbitą w pośpiechu z kilku desek. Położyli ją na jednym ze stołów. Trójnogim, czwartej brakowało. Ledwo utrzymał ciężar. Odsapnęli z ulgą.

Łącznie siedmiorga osób. Wyglądali na tutejszych, tak też byli ubrani. Nie mogli pochwalić się takim uzbrojeniem jak Morhołt czy Andre. Przeszywanice, toporki, krótkie łuki, jedna czy dwie wysłużone kusze, jakiś worek, słowem: niewiele. - Nazywam się Trystan - przed grupę wystąpił mężczyzna o nieogolonej twarzy i rzadkich włosach. - Przybyliśmy tutaj aby wygnać złe duchy zamieszkujące ten stary cmentarz. Nie było w miasteczku od dawna żadnego Pogromcy, musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Wiemy jak to zrobić, ale chyba się spóźniliśmy... widzieliście ten czerwony ślad krwi, prawda? On - wskazał na trumnę - również może powstać z martwych, jeśli nie zdążymy odprawić modłów w odpowiednim miejscu i czasie. A to miejsce jest niestety tam, dokąd prowadzi krew…

Hagan opuścił kuszę. Wyraz jego twarzy zdradzał jednak dezorientację. Spoglądał to na grupę ludzi, to na Solaire. Niezbyt znał się na takich sprawach, a jeszcze mniej rozumiał o co tutaj chodzi.

- Rozumiesz coś z tego Andre? - spytał kapłana, po czym zwrócił się znów do nieznajomych. - Dlaczego nie spalicie ciała?

Trystan popatrzył zdenerwowany po pozostałych. Rozległo się kilka szeptów. Głos w końcu zabrała jedna z kobiet.

- Ten duch wybiera sobie zwłoki. Po spaleniu jednych zamieszka w innych. Musimy go uwięzić w przedmiocie, nie w ciele. Raz na zawsze!

Andre nie potrafił zadecydować, czy Trystan i jego kompani mówili o zabobonie, czy o rytuale, który miał szansę zadziałać. Jego wiedza była ograniczona.

- Święty powinien nam pomóc - poprosiła jedna z niewiast. Mogła kojarzyć aasimara z dzisiejszego pogrzebu lub innej okoliczności.

- Oczywiście, pomogę Wam, ale musicie mi powiedzieć co to za zła dusza bym odprawił odpowiednio rytuał.

Mieszczanie zaczęli nerwowo dukać:

- No w trupa wstąpić potrafi…

- ...grasuje, kiedy zapadnie zmrok…

- ...mięsem i krwią się żywi…

- ...żywych!

...nieżywych też!

- Potrzebuję więcej szczegółów. - Zażądał Andre.

Próbowaliście się dogadać jak ślepy z głuchym. Tobie brakowało wiedzy, a im precyzji w wyrażaniu myśli. Atmosfera stawała się przez to coraz bardziej nerwowa. Wspomnieli, że to coś potrafi zatrzymać człowieka w miejscu, nigdy się nie męczy i czuje wieczny głód. Daliście radę ustalić, że Trystan zamierza wspólnie z pozostałymi odśpiewać długie modły, stojąc w kręgu wokół otwartej trumny z ciałem. Zostanie położona przed pomnikiem, z którego pierwotnie wyzwolił się zły duch. Następnie zakopią wyzwolone z ciemnych sił ciało na cmentarzu przed wieżą.

Haganowi wydawało się, że w najlepszym razie mieszczanie nie wiedzą, co robią. Nie wyglądali na pewnych siebie. Denerwowali się już nie tylko podjętą misją, a także samym faktem rozmowy z wami, bo obnażała brak ich profesjonalizmu w czymś, co wydawało się robotą typowo dla Pogromców. Dlatego pewnie tak nalegali na waszą pomoc. Może lepiej byłoby im przemówić do rozumu i zawrócić do Słonego Bagieńska, zanim zrobią sobie krzywdę? Widywałeś te twarze w karczmie. Wolałbyś nie mieć ich na sumieniu.

Bard pokręcił z dezaprobatą głową. - To miejsce cuchnie śmiercią. A to stworzenie, to nie jedyne, czego można się tu obawiać. My... taki mamy fach, a wy z pewnością macie rodziny i dzieci. Pomyślcie o tym i lepiej do nich wróćcie póki jeszcze jest tu spokojnie. Nawet jeśli jakimś cudem uda się dotrzeć do miejsca, o którym mówicie, nie mamy gwarancji, że rytuał się powiedzie, a w drodze powrotnej możemy napotkać inne krwiożercze bestie.

Trystan kiwnął na swoich, aby zabrali trumnę i rozpalili pochodnię. - Może macie rację… Wracamy do miasteczka. Dawajcie, jak się pospieszymy to zdążymy przed zmrokiem.

Pozostali spojrzeli po sobie zdezorientowani, ale posłuchali się mężczyzny.

Hagan podszedł do Trystana wyciągając rękę na pożegnanie. - Dzięki. - powiedział, po czym zniżył głos tak, by tylko Trystan go usłyszał. - Bądźcie czujni tam na górze. Po drodze tutaj zaatakowała nas banda goblinów. Niektóre mogą się jeszcze wałęsać gdzieś w pobliżu.

Rudowłosa towarzysząca Trystanowi rozpaliła pochodnię... i wtem ją upuściła! - Ratunku! - Kobiecy krzyk nagle wypełnił całą komnatę. Przerażona niewiasta rzuciła się do sromotnej ucieczki. Potykawszy się o goblińskie śmieci dopadła do Morhołta. Schowała się za tobą, ściskając drżącymi dłońmi twoje ramiona. Czułeś jej nieregularny oddech na karku. Spojrzałeś pod nogi, oślepiony blaskiem. Z dźwiganego przez nią worka wypadł srebrny przedmiot. Maska. W kształcie czaszki. Odbijała złowieszczo światło promieniujące z twojej tarczy.

Co mogła zobaczyć w blasku ognia, zanim zgasł? Usłyszeliście kroki. Ciężkie. Wolne. Posuwiste. Coś smętnie zawodziło. Charczało w ciemnościach. Krasnolud. Jeden. Drugi. Trzeci. Nadchodziły kolejne. O oczach pokrytych bielmami. Gnijącej skórze. Jeszcze do niedawna mogli być Pogromcami. Teraz byli tylko robotą. Dla was.

[media][/media]
krasnoludzcy Pogromcy... a raczej to, co z nich zostało

Morhołt udał, że nie zauważył maski w kształcie czaszki i poświęcił myśl motywacji kobiety - czy był to strach czy może próba manipulacji. Wyglądała na autentycznie przerażoną, uznał więc, że stanowi zagrożenie jedynie potencjalne i odległe w czasie. Nawet jeśli była podłą kultystką, zapewne chciała żyć, więc nie powinna wbić wojakowi noża w plecy kiedy będzie ją bronił przed nieumarłymi. Zresztą, zawsze miał słabość do rudowłosych. Delikatnym, acz stanowczym ruchem przesunął ją więc za siebie i osłonił.

- Trzymaj się z tyłu. Ochronimy Was - powiedział. Czas na pytania przyjdzie później.

Hagańska litania elfich, podszytych magią przekleństw zdawała się nie mieć żadnego wpływu na gnijących krasnoludów (nawet za życia nie przejmowaliby się gadaniną jakiegoś długouchego, prawda?), jednak żarliwa modlitwa Andre sprawiła, że Ojciec Świtu zesłał święte płomienie na brodę jednego z nich. Poczuliście swąd palonych włosów.

Kundel wyrwał się zanm Andre zdążył go powstrzymać. Wgryzł się w grube, krasnoludzkie udo, nieomal przewracając żywego trupa na kamienną posadzkę.Ten nawet nie jęknął z bólu.

Chwytając dwuręcz wielki młot Ultrix zaszarżowała w stronę najbliższego krasnala zamiarując wbić go w podłogę niczym gwoździa w deskę.

Czasem lepiej działać prosto ale szybko niż kombinować. Niejeden raz na wojnie bardziej pomógłby jeden łucznik w dobrym miejscu i czasie niż pułk kawalerii godzinę później i kilometr dalej. Dlatego Morhołt od razu po przesunięciu kobiety za siebie wyjął miecz i ruszył na najbliższego nieumarłego. Lepiej by przeciwnicy skoncentrowali się na nim. Dzięki tarczy i zbroi najlepiej nadawał się na pierwszą linię. W walce z takim wrogiem finty i zwody nie mają sensu, więc po prostu uderzył.

Morhołt i Ultrix poprowadzili ręczny bój, wspomagani przez posyłane chaotycznie strzały mieszczan. Zyskiwaliście przewagę, ale to się miało wkrótce zmienić. Długie paznokcie gnijącego krasnoluda przeorały sierść ślepego kundla, zostawiając czerwone bruzdy na jego skórze. Zraniony pies zaskomlał tylko i wycofał się z powrotem do kapłana pogrążonego w modlitwach. Święty ogień dalej palił chodzące zwłoki. Bełt wystrzelony przez Hagana wbił się w czaszkę truposza. Ultrix wzięła potężny zamach młotem bojowym, usiłując wbić pocisk głębiej niczym gwóźdź. Zombie od impetu upadło na kamienną posadzkę... by zaraz znowu powstać! Podobnie to przeszyte mieczem Morhołta - czarnoksięska żywotność nieumarłych wydawała się nie do zdarcia ostrzami i obuchami. Duszący się od słodkawego smrodu zwłok mieszczanie walczyli dzielnie, dopóki Trystan i jego kamrat nie padli pod naporem krasnoludzkich ciosów. Usłyszeliście krzyki przerażenia. Kolejni nieumarli ruszali w waszą stronę.

Ultrix wywinęła młotem w kolejnego krasnala. - Przynieście więcej krasnali!

Morhołt nie widział szans na przepchnięcie krasnoludów za drzwi, więc ponowił swoją ostatnią akcję, licząc, że tym razem nieumarły już nie da rady wstać. - Rannych do tyłu. Trzymać linię! - dodał. Nie miał charyzmy niezbędnej do dowodzenia, ale nikt inny się nie kwapił…

- Nie lękajcie się dobrzy ludzie, albowiem Pan Światła nagradza odważnych. Chrońcie swych towarzyszy. Audaces fortuna iuvat!

Krasnolud ze zmiażdżoną przez młot Ultrix czaszką, w której do tego tkwił bełt Hagana, padł spowity płomieniami Ojca Świtu i już nie wstał.

Zanim Morhołt zamachnął się mieczem, z boku nieumarłego wyrósł bełt, wystrzelony przez Hagana. Krasnoludzkie zombie wydawało się niewzruszone kolejną raną. Dalej miało apetyt na wasze mózgi.

Dopiero kiedy Morhołt rąbnął prosto ostrzem miecza w pokryte bruzdami czoło, nieumarły udał się na wieczny odpoczynek. Usmarowany przegniłym mózgiem wojownik spojrzał przed siebie. Jeszcze sześciu.

Uzbrojeni w łuki mieszczanie wycofywali się w stronę drzwi. Nie dawali cięciwom odpocząć. Gnijący krasnoludowie stawali się coraz bardziej naszpikowani strzałami, ale żaden nawet się nie przewrócił.

Zaś ci, którzy nie mieli łuków ani proc, drżeli, niepewni, co zrobić. Słowa Andre rozpaliły dogasający ogień walki w sercu jednego z nich. Rzucił się do przodu i wbił toporek prosto w odsłonięte żebra truposza. Drugi z nich, wąsaty rybak, słuchał się Morhołta i nie zamierzał złamać linii. Walczył równie odważnie jak Pogromca.

Wydawało się, jakby trupy krasnoludów zwęszyły orczą krew Ultrix. Otoczyli ją jak sfora wilków. Padał cios za ciosem. Krasnoludowie po śmierci byli jeszcze bardziej groźnymi przeciwnikami niż za życia. Gdyby nie niespożyta żywotność orków, Ultrix już ległaby pokonana. Podobnego szczęścia nie miał przygruby, łysy mieszczan. Został rozszarpany przez chodzące zwłoki.

Święty ogień sprawił, że broda jednego z krasnoludów odpadła wraz ze sporym płatem skóry. Bicie serca później gnijący trup przewrócił się i przestał ruszać. Smród w komnacie stawał się nie do zniesienia. Zostało już tylko pięciu, z czego dwóch było ciężko porąbanych mieczami i naszpikowanych strzałami.

Ultrix ostrożnie wycofała się z walki, zostawiając w ręcznym boju Morhołta jedynie z wąsatym rybakiem. Jej ubranie było poszarpane do tego stopnia, że przez resztki ubioru prześwitywała pierś.

Hagan nacisnął spust. Konwencjonalna broń czasami okazywała się skuteczna wobec żywych trupów. Krasnoludzkie zombie padło z bełtem między uszami. Już nie wstało.

Żołnierz przestał się skupiać na zabijaniu nieumarłych, a skupił się na ich ranieniu. Nie mógł pozwolić by zombie przeszły za niego i dosięgnęły strzelców.

Morhołt mieczem trafił w metalową płytkę, jaką jeden z krasnoludzkich truposzy miał w czaszce. Ostrze aż stępiło się od tego niefortunnego uderzenia.

Wymodlone przez Andre płomienie powoli spalały porąbanego mieczem trupa. Wąsaty rybak wykorzystał chwilę nieuwagi przygarbionego krasnoluda i wycofał się z walki wręcz zgodnie z sugestią wykrzyczaną przez Hagana. Kolejna salwa strzał naszpikowała piwny brzuch truposza. Z świeżych ran lała się czarna, śluzowata krew.

Nieumarli brodacze otoczyli Morhołta. Żołnierz został sam pośród żywych trupów. Takiej sytuacji nie wyśnił sobie nawet w najczarniejszych koszmarach. Charczące zombiaki okładały go uderzeniami, jednak tarcza i ciężki pancerz amortyzowały każdy cios. Póki co.
 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 14-05-2020 o 16:41.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-03-2020, 00:23   #4
 
Hungmung's Avatar
 
Reputacja: 21543 Hungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputację
Stara prawda głosiła, że nieważne jest, ilu Ty zabijesz. Ważne, ilu zabije Ciebie. Zawsze warto było pilnować by ta druga liczba nie rosła powyżej zera. Morhołt skupił się na obronie - parowaniu ciosów mieczem, braniu ich na tarczę lub najwytrzymalsze części zbroi tak by się raczej po niej ześlizgiwały niż uszkadzały.

Hagan syknął przekleństwo, kiedy bełt minął tak nieruchawy i prosty do ustrzelenia cel. Andre kontynuował modlitwę. Przy plugawym nieżyciu zostało już tylko trzech krasnoludów. Ultrix rzuciła oszczepem, przeszywając piwny brzuch gnijącego krasnoluda, już napiszkowany strzałami. Grot wyszedł przez plecy, ale to nie powstrzymało potwora.

Wąsaty rybak podbiegł do swoich. Domniemani kultyści rzucili się w stronę zabarykadowanych drzwi, zaprzestając ostrzału. Chyba woleli zniknąć wam z oczu, zanim ta walka dobiegnie końca.

Dla tak doświadczonego żołnierza i do tego odpowiednio uzbrojonego unikanie prymitywnych ciosów bezmyślnych nieumarłych nie było żadnym wyzwaniem. Musiał jedynie uważać, by się nie zmęczyć, gdyż wrogom to nie groziło.

Płomienie przywoływane modlitwami przez aasimara sprawiły wreszcie, że naszpikowany strzałami i oszczepem Ultrix nieumarły wywrócił się i ześlizgnął wnętrznościami po drzewcu aż do samej kamiennej posadzki.

Pocisk Hagana dosięgnął nieumarłego tam, gdzie powinien mieć żuchwę. Nie miał. Oszczep Ultrix odbił się głucho od ściany komnaty.

Kiedy byliście zajęci dobijaniem gnijących krasnoludów, mieszczanie wyważyli drzwi wcześniej zabarykadowane przez Morhołta. Rozpalili pochodnię i ruszyli w nieznane, byle jak najdalej od was. Rudowłosa pewnie obawiała się dociekliwości żołnierza i Pogromcy zarazem. Zabrała zresztą maskę, która wypadła jej z sakwy, gdy została zupełnie zaskoczona okropnym widokiem nieumarłych i wytrącona z równowagi. Słyszeliście, jak siłują się z prawdopodobnie kolejnymi drzwiami. Trzasnęło drewno... ale jeszcze głośniej rozległy się krzyki. Najpierw zduszony, kobiety. - Co u... - A następnie okrzyki pełne zdumienia i zgrozy.

Gdyby nie tarcza, krasnoludzki zombiak o złamanej szyi już by miał okazję zranić Morhołta brudnymi, ostrymi paznokciami.

Z bełtem tkwiącym w miejscu brakującej żuchwy i oszczepem przeszywającym bark, nieumarły był wciąż nie do zatrzymania. Nawet płomienie Ojca Świtu nie były w stanie tego chwilowo zmienić.

-Ależ mnie ci kultyści irytują - westchnął Morhołt.
Słysząc odgłosy sugerujące, że i z drugiej strony może zbliżać się niebezpieczeństwo musiał się pospieszyć. I zaryzykować. Zaatakował wyglądającego na bardziej pokiereszowanego zombiaka i powiedział:
-Kto nie strzela, blokuje tamto przejście.

Hagan rzucił się w stronę drzwi, za którymi zniknęli zdemaskowani kultyści. Myślałeś, że serce pęknie ci ze strachu. Pochodnia niesiona przez kompanów martwego już Trystana musiała zgasnąć, kiedy wpadli w pułapkę. Nic nie widziałeś na drugim końcu krótkiego korytarza, ale ile słyszałeś. Bolesne jęki agonii. Odgłosy desperackiej walki. Prośby o pomoc. Wołania do bogów - chyba wszystkich, jacy im przychodzili do głowy. Trzasnąłeś w pośpiechu drzwiami i zabrałeś się do barykadowania przejścia.

Morhołt odrąbał przeszyty oszczepem bark nieumarłego. W odpowiedzi spadły na niego kolejne, nieskładne ciosy. Wszystkie zdołał wyparować.
Bicie serca później aasimarskie płomienie dokonały dzieła. Został już tylko jeden gnijący krasnolud - o złamanej szyi, którego bezmyślne, mordercze spojrzenie było wlepione w Morhołta. Oszczep Ultrix przeszedł na wylot przez jego głowę, rozrywając sczerniały, krwisty mózg na drobne kawałki.

W tym czasie Hagan wciąż był zajęty barykadowaniem drzwi. Krzyki złapanych w morderczej pułapce mieszczan stawały się coraz cichsze. Cokolwiek czaiło się tam w ciemności, było niebezpiecznym drapieżnikiem. Zabierało jedne życie za drugim.

Morhołt zadał cios mieczem. Pewny wygranej odsłonił się niefortunnie i ten jeden, jedyny raz został zraniony, ledwie draśnięty, uderzeniem żywego trupa.

Końcowe słowa modlitwy do Ojca Świtu wybrzmiały. Święte płomienie zabrały plugawe nieżycie z ostatniego z gnijących krasnoludów. Zdyszani, przerażeni, osmarowani krwią i mózgami patrzyliście to na siebie, to na stertę ciał kultystów i nieumarłych, to na budzące grozę kolumny rzeźbione w kształt purpurowych robali, to na trumnę przytarganą przez popleczników Trystana, to w stronę drzwi, zza których jeszcze przez kilka bić serca dochodziły krzyki, prośby i modlitwy mordowanych ludzi... Walka dobiegła końca.

Kapłan wyciągnął z tobołka płaszcz który zabrał z drzewca. Wręczył go Ultrix by skryła nim swój negliż po czym wzniósł litanię do Słońca by zasklepić jej rany. Hagan siedział przez chwilę oparty o zabarykadowane drzwi wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w pozostałości po walce. Krzyki mordowanych ludzi wciąż rozbrzmiewały mu w głowie. Poczuł jak żołądek przewraca się na druga stronę. Nie był pewien, czy to przez szybkie hausty zatęchłego powietrza, doprawionego odorem rozkładających się zwłok, czy może przez nadmiar wrażeń dzisiejszego dnia. Zawirowało mu w głowie. Przekręcił się szybko i opierając kolana o kamienną posadzkę zwymiotował.

Andre podszedł do Morhołta by obejrzeć jego rany, gdy zauważył, że są to draśnięcia udał się do zwłok mieszczan, by sprawdzić czy nie mieli przypadkiem jakichś znamion lub rzeczy które mogłyby wydawać się podejrzane. Nadal pamiętając o rozkopanych grobach szukał łopaty.

Bard otrząsnął się w końcu i stanął na nogi.
Nie wiem jak wy, ale ja mam już dość na dzisiaj. Jeśli się lepiej nie przygotujemy, skończymy jak oni. Trzeba nam zabrać wszystko co może się przydać i wracać zanim zastanie nas zmierzch. - powiedział lustrując komnatę w poszukiwaniu co wartościowszych przedmiotów. W końcu stanął na chwilę przy trumnie. Ciekawość nie dawała mu spokoju. Zdecydował się na uchylenie wieka.

-Nic mi nie jest, przemyję to wodą i starczy - mruknął żołnierz. - Inni ucierpieli bardziej. - Hej, wracajcie, tu już jest bezpiecznie - zawołał do tych co ginęli gdzieś w korytarzu po drugiej stronie. W końcu kim by nie byli, to w końcu ludzie. Nikt nie zasłużył na śmierć w takim miejscu. Morhołtowi nikt już nie odpowiedział.

Goblińskie skarby zadziwiały różnorodnością, jednak były warte niewiele. Świeżo wybita moneta z odległego królestwa Nyrondu. Niewielkie, kunsztownie wykonane nożyczki o tępych ostrzach. Odlany z cyny medal, jaki wręcza się za odwagę krasnoludzkim weteranom w dziedzicznym księstwie Ulek. Zdobiony, mosiężny guzik, pasujący rozmiarem bardziej do człowieczego niż goblińskiego odzienia. Pięknie pachnące, lawendowe mydło w kształcie ludzkiej dłoni, z brakującym palcem serdecznym. Pięć stóp zielonej satyny, poplamionej czymś, co zdaje się się być zaschłą krwią. Małe, ceramiczne figurki - pogryzione - przedstawiające pannę młodą i pana młodego. Pozłacana łyżka, z żelazem widocznym w kilku porysowanych miejscach. Coś, co błyszczało jak kosztowny klejnot, okazało się tylko gładkim kawałkiem zielonego szkła. Kałamarz zawierający jeszcze trochę niebieskiego atramentu. Szklana fiolka wypełniona słodko pachnącym proszkiem kremowego koloru. Drewniana szkatułka, w której pobrzękiwały jakieś monety - o prostej konstrukcji, ale wyglądającym na skomplikowany zamku.
Po uchyleniu wieka Hagan zdziwił się. Jego nozdrza nie spotkały słodkawego smrodu rozkładu. W środku trumny leżał nagi mężczyzna. Nie wyglądał naturalnie. Twarz bardziej przypominała obciągniętą szarą skórą czaszkę niż ludzkie oblicze. Nie miała zbyt wielu charakterystycznych cech poza szczęką. Przesadnie rozbudowaną, pełną ostrych zębów.
Andre zaś znalazł potrzebną łopatę przy jednym z grubych popleczników. Wszyscy trzej zabici byli przygotowani jak do krótkiej, jednodniowej wyprawy. Martwy Trystan miał przy sobie purpurowe szaty i maskę. Podobną jak ta rudowłosej kobiety, której imienia już raczej nie poznacie. W kształcie srebrnej, humanoidalnej czaszki, o rozdziawionej i najeżonej ostrymi zębami paszczy.
Poczuliście swąd dymu, kiedy Ultrix porozrzucała po całej sali pochodnie. Po goblińskich legowiskach, śmieciach i krzywych stołach zaczęły pełzać powolne płomienie.

-Spalmy to gówno i spieprzajmy stąd. Cokolwiek mogło by się tu upiec pewnikiem na to zasługuje
- powiedziała Ultrix.

-Andre! - zawołał bard zaniepokojony dziwnym odkryciem po uchyleniu wieka trumny. - Możesz na to zerknąć? Eee, ten typ wygląda podejrzanie. Nie potrzebujemy jakiegoś kołka i wody święconej czy czegoś podobnego?

Spalimy go razem ze wszystkim innym. Bogowie sami rozpoznają swoich.
- odpowiedziała barbarzynka.
-Zdekapituj te zwłoki Ultrix i wychodzimy, nic tu po nas. - zasugerował kapłan. Ultrix popatrzyła na zwłoki po czym wzruszyła ramionami, chwyciła za topór i spuściła zza głowy jego ostrze na szyję denata.

Otwarcie ślepi w ostatnim momencie. Nieludzki ryk. Ostre kły rozrywające ciało Ultrix.
Spodziewaliście się wszystkiego... ale nic się nie stało. Ultrix wytarła beznamiętnie topór.
Wyszliście przed ruiny wieży. Po tym, co przeżyliście, wyglądały bardziej złowieszczo niż przedtem.
Spojrzeliście na zamglone słońce. Moglibyście być pewni, że nie wrócicie do Słonych Bagien przed zmrokiem, ale chociaż zdążycie dojść do drogi, a stamtąd będzie już łatwo.
Andre przy użyciu znalezionej łopaty pochował wskazywane przez nadnaturalne zmysły szczątki w jednym miejscu. Trochę się napracował, ale odetchnął wreszcie z ulgą. Ruszyliście.

***

Rozmowy, wybuchy śmiechu, pogwizdywania. Zauważyliście grupkę mężczyzn. Pięciu. Uzbrojonych. Niechlujnie ubranych, o nieogolonych twarzach. Siedzieli na pieńkach ściętych drzew i pili. Prawdopodobnie rum. Mieli ze sobą dwa psy myśliwskie. Leżały przy nogach postawnego brodacza. Wydawało wam się, że jeszcze was nie zauważyli, a z takimi to nigdy nie wiadomo co im do łbów przyjdzie. Przy odrobinie szczęścia moglibyście spróbować ich wyminąć idąc przez wzgórza na fort Burle, ale wtedy na pewno zastanie was ciemność jeszcze zanim dojdziecie do traktu.

W drodze powrotnej Hagan przygrywał na lutni jakąś naprędce wymyśloną melodię.

Trzy gobliny, siedmiu krasnoludzkich zombie i ghul,
Czworo pogromców stawiło czoła martwemu złu!
Jeno Bogowie wiedzą co w kurhanach czai się,
Wkrótce o tym usłyszysz, bo czwórka...
- bard przerwał grę. - Wiecie co? Powinniśmy się jakoś nazwać.

-Nie uważam tego za coś istotnego, ale pozostawię to Twojej inwencji twórczej - kapłan zrobił pauzę. - Idziemy jak szliśmy czy omijamy tych wątpliwych badaczy runa leśnego?

Pół-elf nie odpowiedział. Spojrzał w stronę Morhołta i Ultrix, którzy przyjęli tego dnia najwięcej ciosów.

Morhołt wzruszył ramionami.

-Mam wyjebane. Równie dobrze mogę komuś wyjebać. - Wypowiedziała się Ultrix w materii napotkanej grupy.

-Jak myślicie, czy ta zgraja goblinów chce nas zaatakować? - Brodacz zapytał się kamratów, wskazując na was toporkiem. Rozległ się drwiący śmiech.

-Zdechlaki! - Zawołał niepozorny zbrojny, męczony pijacką czkawką. - Jesteście przyjaciółmi czy... hip! wrogami?

[MEDIA]http://i.pinimg.com/originals/41/72/3a/41723a59b9301316c9c860094e75f1ba.png[/MEDIA]
jeden z pijanych zbrojnych

Psy myśliwskie stanęły na łapach i nie odrywały ślepi od kundla, który szedł przy nodze Andre.

-Patrzcie, to ten święty! Poznaję go... bóg zapłaci jeśli nas czymś poczęstujesz!

-Jedyne czym was poczęstuję to gniew boży - powiedział kapłan podniesionym głosem, bez krzyku, jednak wyraźnie słyszalnym dla szukających zaczepki.

-Niech mu święty wybaczy, za dużo rumu wychłeptał i zaczepki szuka, no nie panowie?
- Odezwał się cwaniaczek z kolczykiem w uchu. Pozostali przytaknęli.

-Z taką to by można dopiero walkę stoczyć. W łóżku! - Gładząc delikatny wąsik, jeden z nich przypatrywał się Ultrix. A zaraz kilku kolejnych.

-Z goblinem?! Bo to chyba goblin, nie?! - Wyszeptał łysy. A przynajmniej mu się zdawało, że szeptał.

-Pogromcy! - Gadaninę przerwał wyraźny basowy głos. - Na coś się dzisiaj przydaliście? Czy tylko wyprowadziliście na spacerek całe to żelastwo? - Poklepał dłonią pochwę miecza.

Morhołt nic nie mówił, oglądał sobie swój toporek do rzucania.

-Wybaczcie panowie, ale musimy już ruszać. Wkrótce będzie zmierzchać, a przed nami jeszcze kawałek drogi - odezwał się Hagan.

-To musi być ciężka praca, cały czas tak walczyć i sobie jeszcze miłej pogawędki odmawiać! Hola, chodźcie się napić i pokażcie chociaż jakieś trofeum! Każdy potrzebuje przerwy, nawet Pogromca!

-Od kiedy Pogromcy są takimi ponurakami...? Może to nie Pogromcy, tylko... tylko... bandyci jacyś? - Awanturnicy naciskali coraz mniej, ale wciąż oczekiwali, że rzucicie im jakiś interesujący ochłap z waszych przygód lub zapewnili im rozrywkę w inny sposób.

-A co tam macie do picia? - Zapytała Ultrix odkładając plecak i z młotem zarzuconym na ramię skracając dystans do mężczyzn.

-Rum... chcesz? Bierz! - Wykolczykowany podsunął niepewnie butelkę.

-Co cię tak podrapało? - Zaciekawił się ten wąsaty.

-To skąd was przyniosło? Miny macie nietęgie. - Dopytywał się dalej ten o najniższym i najdonośniejszym głosie.

Ultrix załyczyła - Żywe trupy chciały mi się dobrać do dupy.

Parsknęli zduszonym śmiechem. - Żywe trupy? - Ten z kolczykiem powtórzył sceptycznie.

-Musiały czegoś bronić, nie? Może czegoś... cennego?

-Napij się jeszcze i zdradź coś więcej!
- Zachęcał wąsaty.

Ultrix kątem oka zauważyła, że jedna z glinianych butelek nieznacznie ruszyła się sama, jakby popchnięta przez niewidzialną siłę. Twoja bystrość wzroku nie pozostała niezauważona. Brodacz położył ciężki but na flaszce i przesunął za sakwę, przy której siedział.

-Chuj wie - Powiedziała zgodnie z prawdą kobieta po czym machnęła do zbrojnego towarzysza. - Podejdź Morhołt, może ty wiesz coś więcej, chłopaki mają tu kilka wyskokowych butelek widzę i może i z tobą się podzielą. Nie?

-Morhołt... - Brodacz powtórzył imię ściszonym głosem, co wyłapały tylko uszy Ultrix, jako że pozostali z was nie zdecydowali się jeszcze podejść bliżej.

-"Chuj wie", znaczy podwinęliście ogon, a skarb dalej czeka na prawdziwych twardzieli? - Zapytał łysy awanturnik. - Pokażcie gdzie, to dokończę robotę za was.

-Daj jej spokój Gwinear, widzisz przecież, że zasłużyła na masaż. Co najmniej na masaż... - Pogładził wąsik.

-Nie mam zamiaru tu tracić więcej czasu. Jeżeli nie masz w planach zrównać ich z ziemią to się pośpiesz. W karczmie oprócz rumu będzie strawa i towarzystwo godniejsze naszej uwagi - zirytował się Andre.

-Święty rumu nie pije czy tylko udaje? Pije, co? To bardziej niż pewne! - Zagadywał Ultrix jeden z awanturników.

-Książki o nim nie piszę to i nie wiem. - Ultrix wykonała pierwszy krok z powrotem ku kompanom. - Dzięki za napitek tak czy siak chłopaki, trzymajcie się. - Kiedy Ultrix ruszyła, zawirowało jej w głowie. Coś było nie tak...

Morhołt zbliżył się, obserwując towarzystwo. Żołnierz czasem wie, czy ktoś chce go zabić czy tylko groźnie wyglądać albo się poprzechwalać. I czy to profesjonaliści czy amatorzy. Zabijanie zmienia oczy. Robią się zimne. A już na pewno potrafi poznać czy to są bracia żołnierze, nawet byli, czy banda jakichś cywilów.

Ultrix zakołysała się i upadła jak ścięta na twarz. Wykolczykowany zbrojny śledził jej ruchy niczym głodny wilk. Niemal w tym samym momencie dopadł do jej ciała. Z nożem w ręku. Ostrze błysnęło w świetle zachodzącego słońca, kiedy przystawił je do szyi Pogromczyni. Sądząc po szybkości, z jaką to wszystko się odbyło, mieliście do czynienia z profesjonalistą. Przynajmniej jednym. Dezerterem, byłym żołnierzem, tudzież najemnikiem... Musiał być to jego pomysł, bo pozostali, nie dość że pijani, jeszcze przez chwilę byli zaskoczeni obrotem sytuacji. Niepewni, co zrobić, po prostu chwycili za broń i wstali z pieńków.

-Chcecie ją z powrotem, co? Broń na ziemię, rozbierać się do golasa i wypierdalać stąd!
- Krzyknął wykolczykowany prowodyr.

-Wiesz na kogo napadłeś kretynie?! - Zadrwił Hagan - Jej plemię jest niedaleko stad. To dzikusy. Wytropią was bez najmniejszego problemu i powbijają wasze dupska na pal. Będziecie cierpieć godzinami zanim wam flaki wypłyną przez odbyty!

-Daję ci ostatnią szansę zanim spłoniesz żywcem. - w dłoni aasimara pojawił się płomień, a jego oczy zaświeciły na czerwono - zacznę powoli, tak by mój towarzysz mógł obedrzeć cię ze skóry.


-Może zdążysz, kto wie. Ale potem to już zadecydują broń, wyszkolenie i współpraca - spokojnie powiedział Morhołt - więc radziłbym udawać, że to taki kiepski pijacki żart. Wtedy tylko zarobisz w zęby jak się obudzi, a ty będziesz w okolicy. Inaczej nie będzie litości. A do reszty z was nic nie mam. Chwilowo. Schowajcie żelastwa, zanim odbiorę je wam i wypłazuję nimi po rzyciach.

Po słowach Hagana na twardym obliczu wykolczykowanego awanturnika pojawiła się niepewność. Znikła, kiedy pozostali zbrojni zrobili krok. Co prawda chwiejny, ale do przodu. Z kuszami w rękach. Jeszcze nie naładowanymi.

-Wydaje mi się, że lekcje wyszkolenia i współpracy pobieraliśmy w tym samym miejscu. - Oznajmił brodacz. - Były całkiem dobre muszę przyznać. Kolejnych nie potrzebujemy. A z tych kusz strącimy każdy łeb.

Święty i obdzieranie ze skóry? Coś mi tu nie pasuje chłopaki... tym bardziej musimy się nimi zająć.
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, jednak nikt jeszcze nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu.

Bard widząc, że kompani dodali brodaczowi pewności, postanowił zwrócić kolejne słowa do nich - naprawdę chcecie ginąć przez idiotyczne pomysły tego tchórza, co chowa się za kobietą? Nawet jeżeli tutaj wam się jakimś cudem uda, do jutra jej pobratymcy was znajdą i pozabijają.

-Też mi pomysł.
- Burknął brodacz. - Jak ją teraz wypuścimy, dzikusy zrobią dokładnie to samo, a jeszcze was będziemy mieć na karku... i to w pełnym rynsztunku. Lepiej dajcie mi dobry powód żeby was nie pozabijać. A z tobą... - zwrócił się do wykolczykowanego - policzę się później.

-Nie zależy nam na jakiejś zemście. Jak coś jej się stanie, wszyscy mamy przesrane. W tej kwestii jedziemy na tym samym wózku. Kiedy barbarzynka się obudzi, powiemy jej, że ją odbiliśmy. - bard wyciągnął powoli łup z kurhanów i rzucił brodaczowi - na znak dobrej woli. To wszystko co znaleźliśmy przy tych trupach. Niewiele. Zbyt mało by ryzykować gniew barbarzyńców. Weźcie i rozejdźmy się w pokoju.


-Jeszcze wasze sakiewki. - Zażądał.

-Jak pozbędziemy tych paru miedziaków, nie będę miał jak jej zełgać, żeśmy ją odbili. A ona lubi pić. - Hagan zrobił wymowne spojrzenie w stronę pół-orczycy - Musimy iść na kompromis. Inaczej nie dam rady przekonać tej dzikuski, żeby za wami nie lazła.

-Już nie polezie... - Wykolczykowany wstał na nogi chwiejnym ruchem. W dłoni trzymał nóż. Kapała z niego krew Ultrix. Leżała z poderżniętym gardłem. - Dobry ork to martwy ork. Jak w Ponurym Lesie.

Zapadła napięta cisza pełna nerwowych spojrzeń.

-To się może skończyć na jednej śmierci, ale nie musi. Żadnych fałszywych ruchów! Nie zbliżać się!
- Groził brodacz. - No już, wynoście się stąd! - Wskazał kuszą kierunek, w którym powinniście się udać dla własnego dobra. Szczute psy myśliwskie szarpały się na smyczach i warczały groźnie. Mieli przewagę liczebną, kusze i psy. Jednak zbrojni byli już nieźle wstawieni. Może poza wyraźnie sprytniejszym od pozostałych "kolczykiem". Gdybyście pragnęli pomścić Ultrix, wynik wendetty byłby ciężki do przewidzenia.

"Kolczyk" przewidział, że zrobi się krwawo. Był szybszy. Nacisnął spust kuszy. Niecelny bełt świsnął koło ucha Hagana. Zanim Morhołt zdążył rzucić toporkiem, już dwa psy myśliwskie rzuciły się, gotowe zagryźć go na śmierć. Jedyny w miarę trzeźwy z szumowin nic nie robił sobie z podszytej magią litanii przekleństw Hagana. Grajek schował się za kamieniem w obawie przed kolejnym bełtem wystrzelonym w jego stronę. Morhołt zajęty był obroną przed wściekłymi psami. Podpity łysol okrążył go. Pchnął kordelasem. Żołnierz obrócił się i w porę sparował cios.

Pozostali zbrojni rzucili się za kamienie, pieńki drzew. Brzęknęły cięciwy kusz. Wszystkie wycelowane w Andre. Mieli go jak na dłoni. Rum jednak nie pomagał. Jeden grot utknął w boku Pogromcy. Zacisnąłeś zęby z bólu. Poczułeś palcami krew. Na wykolczykowanego zbója zstąpił z niebios blask palący jego skórę. Dopiero teraz zrozumiał, że groźby świętego nie były czczym gadaniem.

-Święty! Oby twoje kości bielały jutro na słońcu! - Wykrzyczał zza kamienia Kolczyk. Wychylił się. Wycelował. Niosący śmierć pocisk minął Andre o włos.

Morhołt zamiast rzucić toporkiem wbił go w bark łysola. Zbrojny aż ryknął z bólu. Widać było strach w jego oczach. Nie chciał dzisiaj umierać. Bicie serca później Pogromca musiał już znowu odgrażać się od psów myśliwskich. Kątem oka dostrzegł, że Andre spieszył mu na pomoc.

-Eee, panowie, chyba spierdalamy - wycharczał zaskoczony raną łysy, bardziej do siebie niż do oddalonych kompanów.

-Barbarzyńcy i tak was wypatroszą za to co zrobiliście! Głowa mordercy i nasze rzeczy za wasze życia!
- Krzyknął bard.

-No zamknij tą gębę cuchnący śmierdzielu bo nie mogę trafić w twój głupi łeb! - Wykrzyczał przez zaciśnięte zęby schowany za głazem Kolczyk.

-Psia mać. - Trzy bełty utkwiły jeden po drugim w tarczy Andre. - Jeszcze cię dorwiemy!

Bandyta jeszcze próbował swoich szans z Morhołtem. Coraz mniej pewnie, ale jednak. Żaden z pijackich, desperackich ciosów nie miał szans dosięgnąć trzeźwo myślącego żołnierza. Morhołt stał pewnie na nogach, osłaniał się tarczą i bił młotem bojowym.

Żadna ze stron przez pewien czas nie mogła zdobyć żadnej przewagi... Hagan zamierzał to zmienić. Niecenzuralne, ale zaklęte słowa Hagana sprawiły, że Kolczyk musiał pomyśleć dwa razy, zanim ponownie wychyli się zza głazu.

Draśnięcie kordelasem zaskoczyło Morhołta. Żołnierz był tak odzwyczajony od bycia ranionym, że takie drobne rany tylko budziły w nim złość. - Prędzej ostrze mi się stępi o ten zakuty łeb... - Wymamrotał do siebie pijany łysol widząc, jak niewiele jest w stanie wskórać.

Andre wziął zamach. Straszliwe uderzenie buzdyganem w plecy niemal rozciągnęło łysego zbója bez czucia na trawie.

--W nogi! - Mamrotał do siebie.

-Ty będziesz następny!
- wrzasnął Andre wskazując buławą w najbliższego z bandytów.

-Ile razy jeszcze mam pudłować zanim zrozumiesz aluzję i uciekniesz? - zapytał zmęczonym tonem Morhołt.

Wykolczykowany wychylił się. Wymierzył. Strzelił. Bełt odbił się od głazu. Hagan odetchnął z ulgą. Bandzior syknął przekleństwo pod nosem. Pies myśliwski rzucił się na opancerzone udo Morhołta. Nie zdołał wytrącić żołnierza z równowagi. Pogromca nie robił sobie też wiele z ugryzienia.

- Stul... gębę! - Najtrzeźwiejszy ze zbójów złapał się za wykolczykowane uszy. Nie mógł już znieść zaklętych słów Hagana, które wdzierały się do jego głowy i powodowały fizyczny ból.

Wystrzelone z pijacką celnością bełty świstały w dużej odległości nad waszymi głowami, odbijały się od głazów, lądowały w trawie. Przerażony utratą krwi łysol rzucił się do ucieczki. Zapomniał zupełnie o obronie. Andre brutalnie uderzył w tył głowy buzdyganem. Bandyta padł trupem. Wydawało się, że jego kamraci nagle zamarli.

-Gwinear! - Zawołał brodacz zaskoczony śmiercią kompana. - Howel, Malgen, bierzemy ich!

-Nie odnajdzie spokoju po śmierci, zadbam o to! - Krzyknął Andre

Śmierć podziałała otrzeźwiająco. W oczach bandytów pojawił się niebezpieczny, lodowaty błysk. Zamiast rzucić się do ucieczki niczym szczury, zamierzali pomścić Gwineara.

Andre zamachnął się buzdyganem na żądnego krwi psa, ale zwierzę zdążyło się uchylić.

-Tchórz was zostawia z bigosem, który nawarzył! Chcecie ryzykować za niego tyłki?! - Krzyknął Hagan kiedy wykolczykowany zbir zaczął uciekać. - wydajcie nam go, a ocalicie swoje życia! - Haganowi trudno było trafić w ruchomy cel. Spudłował.

Pies zawył żałośnie, kiedy miecz Morhołta przeszył go na wylot. Żołnierz zaparł się butem i wyciągnął zbroczony miecz z tułowia zwierzęcia.

-Zajebię cię! - Krzyczał bandyta, kiedy szarżował na Hagana z kordelasem uniesionym nad głową. Pogromca zdążył jednak uniknąć ciosu. Ślepy kundel stanął w obronie Hagana. Rzucił się na zbója. Przewrócił go na ziemię i zaczął szarpać kłami. Nieco dalej pies myśliwski gryzł bezlitośnie Morhołta, ale ciężkozbrojny żołnierz potrafił sobie poradzić nie z takimi wrogami i przeciwnościami losu.

Jeden bełt przebił się przez kolczugę i ugodził Andre w pierś. Widziałeś jak przez czerwoną mgłę. Andre powtórzył swoje okrutne dzieło. Ruszył w stronę Hagana. Uniósł buzdygan i z całym impetem trzasnął w tył głowy. Bandyta nie mógł tego przeżyć.

-Musisz mi teraz przyznać, że ucieczka to też sposób walki - powiedział do brodacza wąsaty awanturnik, drżącą ręką gładząc delikatny wąs.

Sylwetka Kolczyka stawała się coraz mniejsza. Uciekał ile sił w nogach. Byliście już niemal pewni, że Brodacz i Wąs postąpią podobnie. Już podwijacie ogony tchórzliwe szczurki?! -Wykrzykiwał pół-elf - I tak was dopadniemy!. Wąs złapał się za głowę, kiedy Hagan zaczął magiczną inkantację. Sprawiał słowami fizyczny ból.

Brodacz gwizdnął na psa. Zwierzę przestało usiłować zagryźć Morhołta na śmierć. Bandyci uciekali, co jakiś czas odwracając się i szyjąc z kusz na wypadek, gdybyście chcieli rzucić się w pościg. Błędny grot znalazł lukę w zbroi Andre i rozciągnął go na trawie. Ślepy kundel pochylił się nad nim i zaczął skomleć.

Żądny zemsty Morhołt rozpędził się i rzucił oszczepem. Grot otworzył ciężką ranę w boku wąsatego zbója. Ten wrzasnął z bólu, ale nie przestawał biec. - Achhh… Raniono mnie… Na pomooooc!

***

Andre otworzył oczy. Żył. Odetchnęliście z ulgą. Rana od bełtu nie była śmiertelna, choć niewiele brakowało. Sylwetki banitów powoli znikały w oddali.

-Dorwaliśmy ich?

Hagan pokiwał przecząco głową. Zwrócił ponure spojrzenie w miejsce, w którym leżało ciało Ultrix. - chyba przyjdzie ci odprawić dzisiaj jeszcze jeden pogrzeb Andre. Przyjąłeś śmiertelny cios. Lepiej nie wysilaj się za nadto. Twój bóg rzeczywiście musi mieć dla ciebie ważne zadanie skoro żyjesz po takim trafieniu.

-Zapłacą za to. Skojarzyli mnie więc muszą bywać w mieście, damy ich opisy milicji, może ktoś ich zna. Sprawdźmy czy nie zostawili czegoś pożytecznego. - Kapłan wstał z wysiłkiem, obejrzał swoje rany i zmierzył wzrokiem miejsce walki. Podszedł do najbliższego trupa i splunął mu w twarz. Zamyślił się chwilę po czym pogłaskał psa. - Boska opatrzność to jedno, ale bez Was towarzysze na pewno bym zginął. Dziękuję że zaniechaliście pościgu.
 
__________________
Pięć ton lnu

Ostatnio edytowane przez Hungmung : 18-03-2020 o 00:29.
Hungmung jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-03-2020, 08:14   #5
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Andre wyjął zdobyczną łopatę i wykopał płytki grób dla Ultrix. Na tyle by schować ją przed zwierzyną. Odprawił krótki rytuał, przeklnął ją w duchu za swoją głupotę i uznał, że sprawi jej poprawny pogrzeb gdy się wyliże z odniesionych ran. Wyciągnął po monecie z jej sakiewki i położył na powiekach, resztę schował do siebie. Zakopał ciało, a z topora który dzierżyła zrobił nagrobek.

Bard zdecydował się w tym czasie obszukać zwłoki bandytów. Miał nadzieję znaleźć narzędzia do otwierania zamków, na które nie było go do tej pory stać. Chwycił między innymi trochę bełtów i pułapkę na niedźwiedzia, a jeden ze zdobycznych kordelasów przypiął do pasa.

Po całym dniu krwawych przygód wróciliście do Słonego Bagieńska. Nie zastanawialiście się zbyt długo nad tym, dokąd się skierować. W końcu kiedy dotarliście do traktu było już ciemno, a jedyne czego teraz pragnęliście to odpoczynek, koniecznie długi. Z ciężko rannym Andre ruszyliście prosto do karczmy "Pod Cumem". Drzwi z rozebranego statku, które kiedyś musiały prowadzić do jakiejś kajuty, otworzyły się. Spodziewaliście się ujrzeć narzekających na słaby połów rybaków. Wasze oczekiwania niewiele odbiegały od rzeczywistości. Zapadła cisza. Ktoś się przeżegnał na widok krwawiącego świętego. Kto inny ponuro skwitował, że nikomu dzisiaj szczęście nie dopisuje. Zrobiono wam miejsce, zawołano po medyka. Oczekiwania niewiele odbiegały od rzeczywistości, ponieważ pośród mieszkańców Słonego Bagieńska dostrzegliście nowe twarze. Nie wyglądali na tutejszych. Jeszcze się krzywili od morsko-rybnego smrodu karczmy zionącego ze starych desek statków, który wam już nie przeszkadzał. Sądząc po rynsztunku byli co najmniej najemnymi mieczami lub agentami Korony, jeśli nie Pogromcami. Było ich dwóch. Ten większy wyglądał jak brat Ultrix. W jego żyłach musiała płynąć orcza krew. Drugi zaś był elfem. Nie żadnym mieszańcem. Czystej krwi elfem. Czarnowłosym. Musieliście przyznać, że był to niecodzienny duet. Oczy obu błysnęły zainteresowaniem na wasz widok. Dopiero po chwili Hagan uświadomił sobie, że kojarzył tego pół-orka. Był Pogromcą. Przedstawiał się jako George i pochodził z sąsiadującego z Domnoneą Valengardu. Zdążył się nawet czymś wsławić w miasteczku. Nie tak dawno temu odciągnął uwagę goblinów z Ponurego Lasu na tak długo, żeby lokalne siły zdążyły się zorganizować i przeprowadzić skuteczny kontratak. Eliander proponował mu nawet posadę sierżanta w straży miejskiej. Odmówił. Jednak tożsamość elfa pozostawała zagadką.

Set nie należał do tych, co narzekają na pogodę. Nie narzekał też więc na smród. A woń ryb to był doprawdy ostatni zapach jaki mógłby przeszkadzać elfowi w tym zbiorowisku ras... Mężczyzna zlustrował grupę po czym zbliżył doń swą osobę. - Wyglądacie na takich, którzy wiedzą jak oddawać ciosy, ale skorzystaliby na obecności kogoś, kto równie dobrze oddaje strzały. Ja natomiast potrzebuje coś strzelać, żeby coś zarobić. Co wy na to?

A więc elf również był Pogromcą. Potencjalnym kompanem, konkurentem lub chociaż źródłem plotek.

Aasimar zmierzył wzrokiem jegomościa. Nie miał teraz siły i ochoty na dobijanie targu z najemnikiem. Podał mu rękę i wskazał głową na stół przy którym siedział półork. - Masz rację, ale szczegóły omówimy może później. Na przykład po strawie i obejrzeniu ran. Masz może jakieś bandaże?

- Świetnie. Szczegóły mnie nie obchodzą, ta profesja jest dość klarowna, samotnemu nawet bandaże nie pomogą... a w grupie lepiej, proste, to nie medycyna... A jak już przy niej jesteśmy, to nie. Nie robię w opatrunkach. - Set zerknął wymownie w stronę półorka. - Ten tam też nie wygląda na kogoś kto kości składa, ale na takiego co je łamie.

- Ha! Słyszałem coś o tobie. To ty pomogłeś Elianderowi z tymi bandami goblinów? Mam rację? Chciałem nawet ułożyć o tym jakiś kawałek, ale brakowało szczegółów. Cóż, im nas więcej tym bezpieczniej. - Bard spojrzał na Andre, po czym odwrócił się do rozmówców. -Połączmy więc siły.

- Jestem George, Ósmy Miecz Valengardu. To ja biłem te gobliny. Przyszedłem spotkać Ultrix, słyszałem że też jest z krwi. Ale nie przyszła z wami. - Nie zabrzmiało to jak pytanie, a George nie czekał na odpowiedź, zamiast tego sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego skromny zapas opatrunków jaki posiadał i podał Andre. - Mam tyle, ale nie umiem dobrze, ale są twoje. Opatrunki i pomoc, znaczy. Słyszałem, że jest tu zajęcie dla pogromców i widzę że przydam się. Jeśli chcecie mojej pomocy. Odpocznijcie i mówcie co trzeba zrobić.

- Dziękuję. Niestety w zamian nie dam Ci dobrych wieści. Ultrix zamordowali bandyci kiedy wracaliśmy z naszej wyprawy. Pomściliśmy jej śmierć, ale kilku z nich uciekło. Nie mieliśmy sił dać jej poprawnego pochówku, dlatego jutro wybieramy się tam aby to zmienić.

W międzyczasie do karczmy zawitała grupa krasnoludów. Górników. W zasadzie to dwie grupy krasnoludów. Wywnioskowaliście podział po tym, że niektórzy mieli uśmiech od ucha do ucha, a ci drudzy nos na kwintę. - Kolejka na mnie! Za klan Młotników i ich przyszłe bogactwa! Tylko nie zapomnijmy o Kuźniarzach. - Rudowłosy krzykacz spojrzał w stronę ponuraków. - Postawmy im obiad, żeby mieli siły wrócić tam, skąd przybyli, ha, ha!

Hagan przysłuchiwał się przez chwilę krasnoludom. Rozpoznał drwinę w tonie młotnika, a to nie wróżyło nic dobrego. Mógł się jednak tylko domyślać, że klan Kuźniarzy nie puści tego mimo uszu. Bardowi zależało na uniknięciu kolejnej burdy w cumie. - Odwiedzaliśmy z Ultrix tutejsze kurhany, mieliśmy też w planach sprawdzenie opuszczonego domu alchemika - zagadał do towarzyszy - Ach, wybaczcie maniery! Jestem Hagan, eee wzięty bard ze Słonego Bagieńska. A jak ciebie zwą panie strzelcu?

- Wybaczcie moje maniery. Jestem Andre, kapłan w służbie Pana Światła.

George przez chwilę wydawał się czekać na pytania, które wcale nie padły. Na wieść o śmierci Ultrix przyłożył pięść do czoła i serca w geście, który symbolizował pamięć o poległych daleko stąd. - My nie żyjemy długo. Poszła sama, to dobra śmierć. - Było w tych słowach i tonie coś osobistego ponad zwyklą uprzejmość. - Myślał żem usłyszę coś o dzikich... Niedobrze, że została, ale pomszczona chyba nie wstanie. Przyniesiemy jutro. - George z uwagą, choć nienachalnie obserwował wchodzące krasnoludy, ale nie był taki głupi, żeby czynić im zaczepki.

- Set. - Odpowiedział Set po czym wykonał gest oczami w stronę krasnoludów. - Wietrzę brodatą burdę.

George wzruszył nieznacznie ramionami, odwracając się tyłem do górników, zanim któryś podchwyci jego spojrzenie. - To co, macie tu pokój, to się opatrzy i pogada. Jak nie, to zobaczymy się rano, bo mi rybę obiecali.

Kiedy zwaśnione klany wymieniały się soczystymi inwektywami, blask złota przyciągnął waszą uwagę. Z szyi rudowłosego krasnoluda zwisał okazały, złoty symbol rodu Młotników. Oczywiście w kształcie młota.

- Dajcie mi chwilę na opatrzenie ran. Przez ten czas może Hagan opowie co się nam ostatnio przydarzyło i co mamy w planach. Jest dobry w swojej profesji, więc będzie Wam się milej słuchało.

- A pewnie! Opowiem wam - Odparł z entuzjazmem bard wyciągając spod stolika lutnię. - Mam nawet kilka wątków w wersji śpiewanej. - Hagan zaczął smutnym tonem. Opowiadając o swoim tragicznym odkryciu na wybrzeżu i ciągnąc dalej historię, co jakiś czas przygrywał na instrumencie. Śpiewał snując historię o wizjach, które Pan Światła zesłał na swego kapłana, psie z bielmem na oczach, który wskazał im kierunek, o napotkanym po drodze do kurhanów treancie - strażniku nieistniejącego już lasu, bandzie goblinów i mrocznych labiryntach pod kurhanami, krwiożerczych zombie, kultystach, ghulach i mrocznej magii, która się tam kryje. Nierzadko okraszał opowieść opisami brawurowych akcji swoich towarzyszy - gromach z nieba zsyłanych przez Andre, potężnych ciosach Ultrix, które rozcinały wrogów na pół czy niesamowitej obronie i wytrzymałości Morhołta. Na koniec opowiedział o tajemniczym domu alchemika Casworana i jego złotym dotyku dając do zrozumienia, że mają zamiar się tam udać.

A WASZ KLAN JEST TAK NIEPORADNY, ŻE… - Rudy krasnolud nie zdążył dokończyć. Duży ceramiczny kufel przeleciał nad głowami bywalców i rozbił się o jego twarz.

- KUŹ-NIA-RZE! WYGNIESZ, LECZ NIE UGNIESZ! - Dwie narwane, podpite bandy krasnoludów zlały się w jedną kotłującą masę, a wraz z nimi wszystko dookoła.

Wielki tuńczyk. Krasnoludzki kilof. Nagiel. Uchylając głowy przed fruwającymi przedmiotami ruszyliście pochyleni jeden za drugim w stronę schodów. Dotarliście bez szwanku do klatki schodowej, gdzie mogliście podjąć w miarę trzeźwą decyzję, co dalej. Główna sala powoli zaczynała się niewiele różnić od waszej niedawnej potyczki z krasnoludzkimi nieumarłymi. Hagan zauważył jak skulona Hanna uciekła do kuchni. Po wykidajle Tomasie nie było śladu. Może już leżał pod którymś stołem. Karczmę zostawiono na pastwę bubkowatych krasnoludów.


Set przewrócił oczami. - Jeśli chcecie odpoczywać, proponuję inne miejsce…

- Niech idzie broda do brody, do pokojów nie pójdzie. Ale lepiej zejść z widoku, zanim zachcą elfy sadzić.

Hagan zawahał się przez chwilę. W końcu zawrócił wołając do towarzyszy - nie mogę stać bezczynnie, kiedy rujnują to miejsce. - Bard zszedł uważając aby nie oberwać jednym z latających przedmiotów. Gwizdnął na palcach ile sił w płucach, po czym krzyknął w stronę zmagających się ze sobą krasnoludów, chowając się częściowo za balustradą. - Oszaleliście?! Jutro całe Słone Bagieńsko, włączając Radę Miasta, dowie się o tym jaką burdę tu urządziliście! Straż jest już na pewno w drodze!

George przez chwilę patrzył za Haganem, ale nie marnował za dużo czasu - i tak nie miał go dość nawet żeby przywdziać zbroję. Nie powiedział nic, bo co tu było do gadania - a jeśli miał zabijać potwory z tymi pogromcami, warto było zobaczyć czy może im zaufać przy burdzie z bandą pijanych górników. Owinął więc swój ostry miecz w koszulę, założył tarczę na ramię i rzuciwszy Setowi krótkie, badawcze spojrzenie wślizgnął się do kuchni ze srebrną monetą w dłoni. Może znajdzie tam wykidajłę, ale nawet jeśli nie, to wystarczy mu Hanna - lub ktokolwiek inny kto darowanym srebrnikiem zapłaci mu za utrzymanie porządku w karczmie. Bo jak wie każdy krasnolud, ciężka praca to najwspanialsza nagroda i dobra wymówka, żeby komuś wpierdolić.

Jednemu z Młotników, okrągłemu krasnoludowi, odbiło się. Przetrawił powoli słowa Hagana. Kiedy upewnił się, że nikt z niskopiennego ludu nie zwraca na niego szczególnej uwagi, opuścił po cichu karczmę. Nie wszyscy jednak posłuchali Hagana. Z pianą na ustach (piwną) Kuźniarz złapał cię za fraki i próbował znokautować kuflem. Uniknąłeś zamachu. Naczynie rozbiło się o ścianę. Wziąłeś krasnoluda za grzbiet i pchnąłeś z powrotem w kotłujący się tłum. George nie miał tyle szczęścia. Posłany w powietrze ciężki, drewniany stołek roztrzaskał się na jego głowie. Pogromca padł zamroczony rękoma na ladę, rozlewając kilka kubków z krabowym winem i zamarł w takiej półstojącej pozycji. Idący za nim Set uchylał się raz w lewo, raz w prawo przed fruwającymi talerzami i miskami. George podniósł głowę, kiedy przestał widzieć gwiazdy przed oczami. Co prawda wymagało to uderzenia jednym krasnoludzkim łbem o ladę i zachowania czujności przy tylu fruwających obiektach, ale Set prześlizgnął się wzdłuż kontuaru i opuścił karczmę.

Set odsunął się od drzwi i oparł się o ścianę budynku kilka metrów dalej. Tam gdzie nie ryzykował upadku czegoś z jakiegoś okna oczywiście. Elf zaplótł dłonie na piersiach…

Niedaleko obok obrzygany krasnolud wyleciał przez okno. Już nie wstał. Set wychylił się ostrożnie tylko by sprawdzić puls brodacza. Żył, ale dojście do siebie mu trochę zajmie. Elf sprawdził pijakowi też kieszenie. Set oderwał sakiewkę i odszedł od nieprzytomnego. W środku była garść monet z Ulek - dziesięć sztuk elektrum, a poza tym małe lusterko, brzytwa i łapka młodego goblina będąca chyba jakąś krasnoludzką odmianą amuletu szczęścia. Elf uśmiechnął się pod nosem i bogatszy o „łup” wrócił do podpierania ściany.

- O nie. Teraz to wpierdol. Dawaj do kuchni, narobimy dymu że niby się pali, Hanna niech złapie wiadro wody, jakiś wiecheć słomy przymoczę, komin przytkamy i mnóstwo dymu, niech się przyduszą kurwipołcie. A ty drzyj mordę, coby zrozumiały i też wiadro, żeby nie spalić tej budy.

Pół-elf skinął głową szczerząc zęby. Plan wydawał mu się przedni. Ruszył więc za Georgem w kierunku kuchni.

George wciąż ma nadzieję że zdoła namówić Hannę żeby mu zapłaciła jego własną monetą, tak żeby mógł jako prawowity wykidajło skopać jakiś tyłek. Zamierza też tym wiechciem palącym postraszyć krasnale, ale nie jak Hagan pożarem, ale przypaleniem brody - temu który rzucił stołkiem, ale z braku winnego równie dobrze może być ostatni wychodzący. Jak trzeba będzie skopać zad jakiemuś zawadiackiemu karłowi to też nie jest od tego, nie po to o tą wiochę walczył z goblinami, żeby mu teraz afronty niewdzięcznicy czynili. A ponieważ nie jest taki głupi skorzysta z osłony lady i tarczy żeby znowu na łeb nie wyłapać mebla.

Po wymianie kilku ciężkich sierpowych dobiliście się do drzwi kuchni. Zamkniętych. Albo nawet zabarykadowanych. Hanna musiała mieć ten scenariusz przećwiczony już niejeden raz. Kątem oka Hagan zauważył Tomasa dzielnie wyrzucającego na zewnątrz jednego pijanego krasnoluda za drugim - nieważne już czy wyjściem były drzwi, czy okno. Karczma i tak tego wieczoru była spisana na ciężkie straty. Podpierający ścianę Set zaczął się zastanawiać nad skubnięciem kolejnej sakiewki. Póki co wykidajło dawał sobie jako tako radę, bo miał wprawę w żeglarskich bójkach, ale był wyraźnie przytłoczony nadmiarem zawodowych obowiązków. Przyjął już kilka mocnych ciosów. Zwaśnione klany wydawały się pojednać na tą jedną, jedyną chwilę i w jednym, jedynym celu - sprać Tomasa na kwaśne jabłko.

Set obserwował jak krasnolud chwiejnie wstał. Złapał się za rozkrwawione czoło. Spojrzał na ciebie. Zaklął w swoim twardym języku. Pewnie coś o elfach. Próbował po pijaku zlokalizować kilof, który leżał nieopodal. Słabo mu szło. Zacząłeś się domyślać jego intencji.


- Pani Hanno, to ja Hagan! - krzyknął bard pukając do drzwi - jest ze mną George. Chce pomóc.

Set powstrzymał rękoma opadające stylisko kilofa (samo ostrze odpadło przy zamachu). Poczułeś smród piwska i krwi, kiedy zacząłeś mocować się z pijanym krasnoludem wrzeszczącym, że zaraz pokaże ci drogę z powrotem do rezerwatu.

Chwilę przed tym, jak stara Hanna wpuściła Hagana i George'a do kuchni, w drzwi trzasnęła klatka z kanarkiem, który musiał dzisiaj pracować w kopalni.Karczmarka była blada z przerażenia. - Z takim bydłem to nawet straż miejska sobie nie poradzi! Nic wam nie jest?

- BRODY PATRZCIE, CHCĄ ZADŹGAĆ TORDEKA! PARSZYWY ELF CHCE ZADŹGAĆ TORDEKA! - Hagan i George jeszcze nie zdążyli podzielić się z Hanną swoim pomysłem, a za plecami słyszeli tupot butów. Wielu ciężkich, krasnoludzkich butów. Który górnik jeszcze trzymał się na nogach, już nieważne z którego klanu, rzucił się na pomoc niejakiemu Tordekowi. Chyba wiedzieliście, o którego elfa chodzi.

Ostrze rapiera niemal przebiło krasnoluda na wylot. W ciemnych oczach Set dostrzegł strach, który pojawił się za późno. Z dłoni pijaczka wypadło stylisko kilofa, po czym osunął się na ziemię. Usłyszałeś krzyki i tupot butów. Nie miałeś najmniejszych szans odwrócić od siebie podejrzeń. Musiałeś uciekać.


George wygląda ostrożnie z kuchni ile krasnoludów zostało w środku, jeśli nadal jest burdel, to będzie kontynuował plan. Ewentualnie przejdzie na fizyczne usuwanie krasnali razem z wykidajłą, zależy co będzie lepiej w danej chwili wyglądało. Nie jest bardzo zainteresowany ratowaniem Seta, więc jeśli Hagan nie ruszy mu na pomoc, to George ma lepsze zajęcia.

Andre właśnie wynurzył głowę z wody, kiedy zauważył przez okno wspinającą się po ścianie karczmy czarną sylwetkę. Kundel zaszczekał.

MORDERCA! STRAŻ! ŁAPAĆ ELFA! - Krzyczeli gardłowymi głosami krasnoludowie zebrani na podwórzu. Andre wzdrygnął się i już chwytał za broń, ale tą czarną sylwetką był towarzyszący orczemu bękartowi elf, którego poznałeś chwilę temu w głównej sali. Set. Wspinaczka nie należała do najłatwiejszych. Co chwilę uderzał obok Seta kamień niecelnie posłany przez któregoś z pijanych górników oskarżających cię o morderstwo. George i Hagan wrócili do głównej sali. Opustoszała, nie licząc kilku krasnoludów, którzy zamroczeni od trunku lub bijatyki leżeli, siedzieli, lub nieprzytomni stali oparci o kolumnę. Nie warto było ich prać. I tak nie wstaną. Pospieszyliście dlatego do głównych drzwi. Przed wejściem zebrali się krasnoludowie obu klanów. Brudni, posiniaczeni i spoceni. Zakopali topór wojenny w obliczu tragedii. Kilku podtrzymywało i opłakiwało zmarłego, któremu przed chwilą zadano śmiertelną ranę kłutą mieczem czy sztyletem. Reszta nawoływała do ukarania sprawcy. Sami zresztą też to próbowali zrobić. Kamieniami. W oddali zauważyliście zbliżający się patrol straży miejskiej.

- To wasz koleżka narobił bigosu - zagadał zmęczony zawodowymi obowiązkami wykidajło Tomas - ale ponoć elfowie długowieczni. Zdąży jeszcze wyjść z paki, jeśli tylko na tym się skończy.


Niedomyty kapłan wytarł się i ubrał na prędko zabierając ze sobą buławę i tarczę. Resztę dobytku zostawił wraz z psem nakazując mu pilnować powierzonego mienia. Rozejrzał się po piętrze po czym zszedł na dół sprawdzić co to za zamieszanie.

Set ściągnął z pleców łuk i strzelił w pierwszego krasnoluda który w rzucił niego kamieniem. - W samoobronie jestem gotowy "zamordować" was wszystkich, śmierdząca pijana hordo brodatego gówna.

Andre wybiegł z karczmy w momencie, kiedy z gardła ubrudzonego pyłami kopalni krasnoluda wyrosła strzała. Padł na kolana, a następnie twarzą w piach. W oknie pokoju na pierwszym piętrze stał Set. Bezlitosny elf nakładał kolejną strzałę na cięciwę.

- Na bogów... - Hanna zbladła ze strachu na widok trupów. - Jak można nazywać się Pogromcą i twierdzić, że walczy się z potworami, samemu mając potworną naturę? Nic wam nie jest? Nie wychodźcie na zewnątrz, bo jeszcze i was trafi! Gdzie jest straż, kiedy jest potrzebna? Wbiegajcie do środka, no prędko! - Zawołała karczmarka do krasnoludów.

- Żaden kolega, jak nie było gdy był potrzebny. - Odpowiedział George, dziwnie niezdecydowany, bardziej wypatrując straży i co zrobi Hagan, niż wtrącając się między krasnoludy a elfy. Przynajmniej do momentu kiedy kolejny krasnolud umarł od strzały i nie było już żadnych wątpliwości. Na tą okoliczność schował się i zaczął zakładać pancerz. - Andre, pomóż z tym. Hagan nie rób nic głupiego. Najwyżej powiedz straży. Pójdę po niego. - Odpowiednio uzbrojony George z mieczem w ręku poszedł się zakraść na elfa od wnętrza karczmy.

Andre chwycił ranionego krasnoluda i wciągnął go do karczmy. - Pomóżcie mi z nim, trzeba go opatrzyć… Kurwa. Nie żyje. Przynieście tu rannych, może jeszcze im zdołam pomóc!

Obaj krasnoludowie nie żyli. Tego zranionego rapierem może jeszcze dałoby się uratować, ale zdążył się wykrwawić w czasie, kiedy Andre brał kąpiel.

Hagan przyglądał się zajściu w dezorientacji. Trudno było mu uwierzyć, że osoba, z którą przed chwilą wiązał plany wspólnej wyprawy, mogła zabić zwykłego górnika bez wyraźnego powodu. Kiedy jednak usłyszał świst strzały, zacisnął pięści mrużąc oczy. Tuż przed karczmą rosła kolejna plama krwi i nawet Andre nie był w stanie pomóc nieszczęśnikom. - To nie jest Pogromca, tylko jakiś rzeźnik. Tacy tylko niszczą nam reputację - powiedział do Hanny.

Zanim wszyscy wpadli z powrotem do środka, cięciwa brzęknęła po raz kolejny i ostatni. Trzecia śmierć. Tego było już za wiele. George, po założeniu zbroi, prowadził żądną zemsty grupę krasnoludów na pierwsze piętro po drewnianych schodach. Nie było sensu się skradać, skoro wszyscy głośno demonstrowali to samo pragnienie - rozerwać elfa na strzępy. Set usłyszał kroki i krzyki. Po chwili drzwi pokoju, w którym się przypadkowo znalazł, runęły w dół, wyłamane przez ogromnego George'a. Pod karczmą stał już patrol straży miejskiej, złożony z twardych weteranów wojen w Ponurym Lesie i z Morskimi Książętami. Doskonale wiedzieli, jak używać kusz i mieczy.

Set zerknął na półorka po czym jak gdyby nigdy nic opuścił łuk. - No, nareszcie. - Powiedział w stronę straży. - Już myślałem, że mnie to pijane bydło zabije.

- Rzuć broń albo zdychaj. Drugiego ostrzeżenia nie będzie. - Warknął George, który nie był pewien czy elf zwariował, czy może była to jakaś desperacka próba zachowania wolności - tak czy siak nie był pod wrażeniem, ani w nastroju do dyskusji. Jeśli elf podda się natychmiast, to George użyczy liny żeby go związać, jeśli nie, George ruszy do ataku, chociaż postara się żeby tamten przeżył. Jeśli Set ucieknie przez okno w ręce straży to tym lepiej.

Set, który trzymał już łuk po sobie a w wolnej ręce nie trzymał żadnej strzały przeniósł wzrok na Georga.

- Gdybym wyszedł z takiego założenia kilka chwil temu już bym nie żył. Dziękuję bardzo. Nie wiem czy byliśmy w tym samym lokalu, ale najpierw jedno z tych zwierząt rzuciło się na mnie z pałą, a potem reszta próbowała zlinczować. - Set ostrożnie przewiesił łuk przez ramię.

- Rzucić broń! Samosąd będzie karany jeszcze surowiej niż morderstwo! - Wykrzyczał ochrypłym tonem strażnik. Zdążyli zorientować się w sytuacji. Patrol podzielił się. Czterech ze straży z pałkami w dłoniach weszło pospiesznym krokiem do karczmy, a czterech z kuszami zostało na zewnątrz, na wypadek gdyby elf próbował uciec przez okno. George słyszał już ciężkie obuwie na schodach.

Hagan uniósł otwarte dłonie dając do zrozumienia, że nie stwarza żadnego zagrożenia.

Set przewrócił oczami po czym spokojnie zdjął wiszący na ramieniu łuk i położył go przed sobą. Chwilę później położył tam też ostrze.

George upuścił miecz i przydepnął ostrze stopą. Jeśli strażnik zażąda przejścia lub żeby odstąpił od broni zrobi to. Poza tym nie przepuszcza nikogo , choć nie posuwa się do rękoczynów, po prostu jest na drodze i krótkim warknięciem zniechęci wyrywnego krasnoluda, który chciałby się rzucić na elfa, jeśli taki wystąpi przed szereg. - Trzeba być żywym, żeby zobaczyć jak zawiśnie. - Przypomni jeśli będzie trzeba.

- Na powróz to psie nasienie. - Szczerbaty strażnik rozkazał pochwycić Seta. - A wy, brody - wskazał na starszych obu klanów - opróżniajcie sakiewki. Od każdego kłaka po dwanaście złotych lwów albo dwa tygodnie będziecie za darmo w kopalniach zasuwać. Trupy też płacą. - Brzęknął kajdanami.

Nastąpiła burzliwa wymiana zdań. Starszy Młotników zadeklarował, że jeśli nie zobaczy ściętej głowy elfa, żaden z krasnoludów nawet nie postawi stopy w Słonym Bagieńsku, a co dopiero będzie rozwijać tutejsze kopalnie. Następnie, że osobiście tego dopilnuje u radnego Eliandera i Andersa, by mordercę spotkała jak najsurowsza kara. Po trzecie, zaczął grozić samemu strażnikowi, że nie wie, z kim zadziera, traktując klany w ten sposób. A po czwarte... chciwiec zaczął się targować o wymiar grzywny. - Przynajmniej świętej pamięci Tordekowi należy odpuścić!

- Wciąż, wszędzie lepiej niż z tą kudłatą swołoczą…

George'a mniej interesował los krasnoludów niż Seta, więc nie wdawał się na razie w żadne dyskusje, tylko przyglądał się próbie schwytania elfa. Dopiero później będzie miał w tej sprawie do powiedzenia parę słów.

Set podążył za strażnikami bez oporów.

Kiedy strażnicy dopełnili wszelkich formalności i zainkasowali grzywnę, zabrali rozbrojonego elfa (po jego morderczym popisie byli dość dokładni podczas przeszukania) i ruszyli w stronę jednego z dwóch posterunków straży miejskiej.

George pozbierawszy swoje rzeczy miał zamiar wyruszyć odszukać kapitana straży, bo bardzo zależało mu by dać świadectwo tego co widział osobiście osobie odpowiednio kompetentnej, ale widząc, że Andre postępuje ku strażnikom sam również się zbliżył, ciekaw co kapłan miał do powiedzenia.

Andre uznając, że krasnoludy nie potrzebują jego pomocy w ostatnim pożegnaniu, zwrócił się do strażnika. - Przepraszam, czy mógłbym wiedzieć na co zostanie przeznaczona grzywna?

Szczerbaty strażnik odwrócił się i spojrzał na karczmę z niemym oczekiwaniem, że Andre będzie śledzić jego wzrok. Szkody były spore. Stoły, ławy, krzesła, kufle, a przede wszystkim unikatowe ozdoby wzięte ze starych łodzi. - Chyba widać.

George początkowo chciał udać się do kapitana, ale w miarę upływu czasu tracił do tego przekonanie. Nie miał ochoty zajmować się więcej pierdolniętymi elfami, nie po to tu przybył. Zamiast łazić i zawracać innym dupę, postanowił potem pomóc przy sprzątaniu karczmy, ostatecznie było to miejsce w którym ostatnio mieszkał, ale póki co pozostał przy Andre, skoro już raz podszedł.

Kapłan pokiwał głową na znak zrozumienia. Tego się spodziewał i miał nadzieję, że kwota wystarczy. Odwrócił się do swych towarzyszy. - Nie wiem jak Wy, ale ja wracam do moich spraw. Na dzisiaj mam dość.

- To dobry pomysł. Wyglądasz jak gówno. Bez obrazy. - Mruknął George, który wyraźnie był w bardzo słabym nastroju, więc uprzejmość przecierała mu się na zgięciach. - Idę pomóc przy sprzątaniu. Coś zrobię. Jebał pies ten dzień. - George jak powiedział tak zrobił, i jeśli nikt nie miał do niego konretnych interesów, przez resztę dnia odpowiadał pomrukami - ale pracował jak szatan. Nawet drewna narąbał, jak jeszcze starczyło czasu.

Podczas sprzątania wykidajło Tomas wspomniał, że chętnie zobaczyłby najciekawsze - egzekucję, ale najpewniej odbędzie się w oddalonym Przymorzu. Zmęczona całym dniem pracy i przygnębiona dodatkowym sprzątaniem Hanna zaś głośno zastanawiała się, czy któryś z tych krasnoludów nie znał się na stolarce. Przydałby się jej teraz dobry stolarz...

***

***

Droga do owianej złą sławą i ponurymi legendami posiadłości wiła się przez skaliste pobrzeże. Co jakiś czas zerkaliście na morze uderzające o klif. Nadciągały niskie chmury. Słońce było widać rzadko. Wiał silny wiatr, niosący słoność wzburzonej wody. Jakieś cztery mile drogi starym traktem upłynęły wam w większości na rozmowach z ciekawskimi miejscowymi. Dzielili się przekąskami, zadawali dużo pytań, opowiadali żarty, anegdoty, no i legendy i plotki, które już nieraz słyszeliście. Jednak kiedy zrujnowana posiadłość pojawiła się w zasięgu wzroku, nawet najodważniejsi z nich wycofali się z ponurym grymasami na twarzach. Ozdobna, metalowa brama chwiała się na skrzypczących zawiasach. Kamienny mur wokół domu rozpadł się w wielu miejscach, odsłaniając zaniedbany ogród. Mimo dzikiej roślinności dało się zauważyć, że ktoś kiedyś bardzo dbał o ten skrawek ziemi. Pośród wysokiej trawy wyrastał przegniły drewniany dach studni. Minęliście zaśniedziałą furtkę i weszliście ostrożnie do zdziczałego ogrodu. Dawno nikt tu nie zaglądał. Narzędzia ogrodnika z odległych lat leżały nieopodal nieczynnej fontanny. Tutejszą roślinność przez lata zaniedbania zdominował ogromny, różany krzew, który porastał również znaczną część muru od wewnętrznej strony. Jakieś duże zwierzę wykopało pod krzakiem norę. Muły parsknęły, jakby się czegoś obawiały. Nie dały się prowadzić dalej.

Andre przywiązał zwierzęta obok furtki. - Boicie się duchów czy tego co wykopało tą dziurę? Ślepy a ty co uważasz?

Pies o zabielmionych ślepiach pochwycił jakiś trop. Zerwał się, węsząc blisko ziemi. Znieruchomiał. Zaczął warczeć i szczekać na krzewy znajdujące się przed głównymi drzwiami.

Kapłan uzbroił się w tarczę oraz buławę.

Starając się dostrzec to samo co Ślepy nabraliście pewności, że coś czaiło się w tych krzakach. Hagan syknął i wskazał ręką na drugi kształt szeleszczący kształt.

- Wyłazić z tych zarośli! Ale już, bo zaraz skończycie z kilkoma bełtami w tyłkach! - krzyknął w napięciu pół-elf przygotowując kuszę do strzału.

Ślepy zaskomlał. Przestraszony odbiegł i skulił się przy Andre. Zarośla przestały się trząść. Wątpiliście jednak, żeby groźba Hagana załatwiła sprawę.

George ostrożnie ruszył w stronę krzaków, możliwie nie zachodząc Haganowi linii strzału. Aasimar dołączył do półorka osłaniając jego bok.

- Macie ostatnią szansę! Widzimy was i zaraz zaczniemy strzelać! - zawołał bard wytężając wzrok. Pomimo gróźb, zachowanie psa przyprawiło go o szybsze bicie serca.

Hagan nic nie wypatrzył. Ślepy kundel dołączył do Andre, warcząc i nadstawiając uszy. Niespodziewanie, zatrzęsły się niskie żywopłoty, które otaczały zwietrzałe pomniki. Dwie czworonożne bestie, większe niż wasz pies, wystrzeliły w stronę George'a i Andre. Wielka łasica wgryzła się w psi kark. Ślepy tylko zaskomlał z bólu. Drapieżnik zaczął wlec bezwładnego, zamroczonego psa w stronę żywopłotu. Druga miała większe ambicje niż upolowanie jakiegoś kundla. Rzuciła się z paszczą pełną kłów na świętego. Smukłe, giętkie ciało łasicy wybiło się mocno z krótkich kończyn, ale odbiło od tarczy Andre, który poleciałby do tyłu, gdyby nie George za plecami. Odparte zwierzę nie było jednak na tyle zdezorientowane, żeby nie uniknąć kontrataku buzdyganem. Trzecia musiała kryć się w wysokim żywopłocie. Kiedy George i Andre ruszyli w stronę fontanny, wykorzystała to, że Hagan został sam. Wyskoczyła z ukrycia, pomknęła ile sił miała w nogach i zacisnęła szczęki na twoim udzie. Wrzasnąłeś z bólu.

George, utrzymawszy Andre na nogach, wypadł zza niego i uderzył na zad atakującej go łasicy, a potem obrócił się, grożąc mieczem tej, która zagryzła psa.

Głowa i długa szyja łasicy odpadła, odrąbana potężnym cięciem przez George'a. Andre próbował odgonić buzdyganem łasicę od nieszczęsnego psa, ale dzikie zwierzę było za zręczne. Warknęło na ciężkozbrojnego, gotowe spróbować zaraz swoich szans. Hagan ledwie odetchnął z ulgą, widząc uśpioną łasicę przewracającą się na bok, gdy już kolejna pędziła w jego stronę! Teraz już czujniejszy, bez trudu uniknąłeś kolejnego ugryzienia. Andre odparł kolejny atak łasicy. Zwierzę odbiło się od tarczy i ledwo wylądowało na czterech łapach, a już zostało pchnięte mieczem w gardło przez George'a. Ostrze wyszło na wylot. Na pomoc Haganowi pospieszyła strzała. Strzała wystrzelona ni stąd, ni zowąd przez zakapturzonego nieznajomego, który wychylił się zza krzewów w pobliżu domostwa. Pół-elfowi pozostało jedynie poderżnąć gardło łasicy uśpionej zaklęciem.

Ślepy kundel miał z wami ciężki los. Dziwne, że jeszcze chciał wam towarzyszyć. To już drugi raz kiedy miał bliskie spotkanie ze śmiercią. Całe szczęście Andre wyciągnął go jakoś z opresji i tym razem. Pozostało się dowiedzieć, kim był tajemniczy nieznajomy?


Bard przyglądał się strzale wystającej prosto z gardła łasicy, następnie skierował wzrok w stronę, z której jak jak mu się wydawało przyleciała. - Halo? Jest tam kto? - zawołał zaskoczony obrotem sytuacji.

Mężczyzna zaklął. - Nie płoszcie ich tak... trudniej je trafić…

- Eee dzięki za pomoc. Wprawnie władasz łukiem. Polujesz tutaj? - zapytał Hagan.

Kapłan zabrał psa i ułożył obok mułów brzęcząc pod nosem coś o smyczy.

- Też, bo przecież ludzie nie żywią się tylko ziemią i światłem słońca. - Młodzieniec przewiesił łuk przez ramię. - Chciałem na własne oczy zobaczyć ten niby "nawiedzony dom". Jak na razie spotkałem tu tylko trochę gryzoni i was. - Chłopak uniósł brew. - Więc jak? czujecie się trochę "nawiedzeni" hm? czy może też przyszliście tu się trochę rozejrzeć. Nie wyglądacie mi kłusowników, ani rybaków. Górników też nie.

- Che che, całkiem spore te tutejsze gryzonie. Jesteśmy Pogromcami. Ten dom od zawsze był owiany złowieszczą legendą. Przyszliśmy sprawdzić jak się tu sprawy mają - odparł bard, po czym zerknął pytająco na towarzyszy. - A może chciałbyś połączyć z nami siły? Co ty na to? Przyda nam się wprawny strzelec. Jeżeli historia o złotym dotyku alchemika jest prawdziwa, znajdziemy tu fortunę i sławę w całym Słonym Bagieńsku.

- Wpierw jednak chciałbym się dowiedzieć jak masz na imię i skąd przybywasz.

- Fortunę mówisz? Ha! możliwe. Już w samej studni widziałem chyba na dnie mieniące się złoto. Czy to naprawdę jest złoto nie wiem. Trzeba by tam jednak spuścić się na linie, albo choć wiadro spuścić. A nie mam ani tego ani tego. - Powiedział śpiewnie młodzieniec wzruszając ramionami. - Możecie mi mówić Tyfos. Też nie jestem stąd. Wcześniej byłem w Ulek, skoro musicie wiedzieć. - To powiedziawszy młodzieniec odwrócił się na pięcie najwyraźniej zamierzając po prostu ruszyć w stronę posiadłości.

Frontowe drzwi wisiały na tylko jednym zawiasie, przez co były lekko uchylone. Dzięki skąpym promieniom słońca dało się dostrzec przez szparę ogołocone ściany brudnego, zatęchłego przedsionka, na którego podłodze leżały kawałki roztrzaskanych mebli. Trzy korytarze prowadziły do skrzydeł domostwa, a schody o połamanej poręczy na balkonik na pierwszym piętrze, z którego był doskonały widok na wejście.

Andre przyglądał się poczynaniom myśliwego. Nie był zbytnio ufny wobec nieznajomych, a tym bardziej po wydarzeniach z wczorajszego wieczora. Sięgnął do juk po linę i zmierzył ostrożnie w stronę studni by potwierdzić szczerość otrzymanej informacji.

Andre nie dostrzegł na dnie studni za posiadłością niczego świecącego. Potrzebowałby do tego światła. Studnia miała jakieś trzy metry głębokości. Ktoś wprawny we wspinaczce mógłby tam nawet zejść bez liny, używając nierówności.

- Nie ma co się pierdolić, zejdę tam i już. - Powiedział George, zachodząc do Andre kombinującego coś z liną i świecącym sztyletem. Jeśli ten nei będzie miał nic przeciwko, obwiąże sieliną w pasie i pożyczy sztylet do świecenia i zejdzie w dół.

Kiedy Andre opuścił na linie sztylet na tyle, żeby znalazł się w ciemnościach, ostrze zaczęło świecić księżycowym światłem, które z kolei odbiło blask srebrnych monet leżących na dnie studni.

Kiedy pozostali trzymali linę, poczuli nagle szarpnięcie! To George sięgający już ręką po srebne monety nagle wycofał dłoń. Jedna, nie - dwie trójkątne, łuskowate głowy wystrzeliły w jego stronę. Zdążył jednak uniknąć ugryzienia i najpewniej trucizny, która niosła śmierć. Z przerażeniem pół-ork dostrzegł, że nie były to dwa węże, a jeden - dwugłowy. Musiał wychylić się z jakiegoś podwodnego zagłębienia, niewidocznego z góry.


- Wszystko w porządku?! - Zawołał zaniepokojony pół-elf.

- Wyciągnąć Cię?

Wąż już nie zmarnował kolejnej okazji do zapolowania na wojownika. Prawa głowa wgryzła się boleśnie w kostkę George'a.

- Nie! Wyciągajcie! - Warknął George ruszając w górę studni.

Zamroczony bólem pół-ork wyskoczył ze studni blady i rozdygotany. Spoglądając ponownie w studnię nie dostrzegliście śladu węża - wrócił do swej kryjówki.

Andre wzniósł modły do boga Słońca by ukoił ból jego towarzysza.

Jasna Cholera! Co tam było? - Zapytał bard widząc w jakim stanie jest pół-ork.

George wytoczył się na trawę i rzucił okiem na swoją kostkę. Wyglądała na dobrze poszarpaną, ale spróbowawszy, wstał, choć bolało w chuj.

- Wąż. Do tego dwugłowy. Dobrze że nie bazyliszek, ale piecze, więc chyba zjadowita jakaś bestia. No nic, raz dziabnął, stoję, znaczy będę żył. Szkoda magii, rozchodziłbym. - Mruknął George, chociaż niewątpliwie leczenie sprawiło mu ulgę. - Teraz jakby tam kurwia dostać…

- Jestem odmiennego zdania. Rozumiem, że szukasz pomsty. Jak głęboka jest tam woda?

- George! Mało ci? Tam może być ich więcej! - Zaoponował Hagan. - Lepiej unikajmy samotnego włażenia w takie ciemne dziury. I tak mieliśmy sporo szczęścia. No i trzeba oszczędzać siły na to co może czaić się w domu.

- Równie dobrze może później wyleźć kiedy nie trzeba, ale i tak muszę pomyśleć. Na razie może być i dom, jak chcecie.

Niedaleko was były tylne drzwi.

George ponownie założył tarczę i ruszył w stronę budynku, zatrzymując się przy drzwiach i czekając na resztę, po czym wślizgnął się do środka. Mogły być i tylne drzwi.

Krótki korytarz zakręcał w lewo. Na zakręcie były też drzwi do pokoju na prawo.

Tyfos podążył za dzielnymi poszukiwaczami przygód.

Zanim jeszcze dotarła do niego ta bardziej hałaśliwa część drużyny, George rzucił okiem na sufit i zakradł się do zakrętu, by ostrożnie wychylić się i zobaczyć co jest dalej.

Na zakurzonej posadzce George dostrzegł ślady butów. Prowadziły do pokoju na prawej. Zaś po minięciu zakrętu dostrzegł drzwi do kolejnych dwóch pomieszczeń. Dalej korytarz łączył się z głównym holem.

Jeśli drzwi miały szparę lub dziurkę od klucza George zajrzał przez drzwi po prawo do środka pomieszczenia.

"Barbarzyński temperament" pomyślał Hagan i westchnął cicho. Miał zamiar rozświetlić czarem tarczę Georga, jednak ten pognał już do środka. Bard trzymał się z tyłu, niedaleko Tyfosa, starając się zachowywać w miarę cicho i nie zwrócić uwagi potencjalnych "domowników".

Zauważył tylko fragment schodów prowadzący na pierwsze piętro i jakieś drzwi. Pomieszczenie wydawało się być kuchnią.

George, póki reszta jeszcze doczłapywała, podkradł się pod pozostałe drzwi w holu i potraktował je podobnie, szukając szpar czy dziur.

Andre zwinął linę i zamknął pochód wiedząc, że jego kolczuga narobi hałasu.

Zrujnowana jadalnia ze złamanym wpół stołem, a po drugiej stronie pokój z dwoma wyprutymi fotelami i kominkiem, w którym od dawna nie palono. Kiedy George zaglądał przez dziurkę od klucza czy uchylał drzwi, do jego prawego ucha doszło zza zakrętu skrzypnięcie podłogi.

George po cichu przytulił się do ściany na rogu po prawo, z tarczą w pogotowiu.

Wychyliłeś głowę, ale niczego tam nie było. Poza uchylonymi drzwiami. Zauważyłeś w kurzu drobne ślady butów prowadzące do środka tego pomieszczenia.

George podnosi palec do ust, spoglądając do tyłu na poniekąd ciężko stąpającego Andre, po czym przemyka ku uchylonym drzwiom, starannie omijając skrzypiący fragment podłogi.

Kiedyś musiał być tu salon, pewnie jeden z kilku. Został tylko kominek, wokół którego półkolem wyrósł jakiś niewielki, czerwony grzyb. Naprzeciw paleniska znajdowały się drzwi do sąsiadującego pokoju. Ze śladów w kurzu można było wyczytać tylko tyle, że ktoś dokładnie przeszukiwał to miejsce. Nawet wyrwał kilka desek z podłogi. Leżał tu porzucony, pusty worek. Nie pasował poziomem "zestarzenia" do tego, co dotychczas widzieliście.

George nasłuchiwał przez chwilę, po czym wzruszył ramionami. Być może źle trafili, a może zostali wykryci, ale był tylko jeden sposób żeby się przekonać, więc zaczął powoli uchylać drzwi, starając się odciążyć zawiasy, a jednocześnie osłaniając się tarczą.

Drugi z salonów od pierwszego odróżniała tylko większa ilość gruzu, jaka spadła z zarwanego dachu. Tutaj również ktoś lub coś wcześniej grasowało.

George wrócił do pierwszego z salonów i wślizgnął się do środka. Jeśli pokój okaże się względnie bezpieczny, George zabierze

Tyfos pokazał na migi, że nic tu nie widzi po czym wskazał z wyrazem zapytania na drzwi. Zdaniem młodzieńca to był czas by zwiedzić inną część domu.

Nie bacząc na czerwony grzyb, George zajrzał do kominka… Zauważyliście, że ciało wojownika nagle się napięło, jakby gotowało się do ataku. - RATUNKU, CHŁOPAKI! - George poznał tą parszywą mowę. Wynurzył się z chmury pyłu z wierzgającym się, usmarowanym sadzą goblinem, którego pochwycił za grzbiet. Tchórzliwa kreatura chowała się w kominie. Na wołanie o pomoc nikt zdawał się nie odpowiedzieć. Choć na bazie ponurych doświadczeń już wiedzieliście, jak ciche potrafią być gobliny. - Bilgblot jest niewinny, Bilgblot nic nie ukradł! Póki co...

George nie czekał na więcej wyjaśnień, tylko przygniótłszy goblina stopą odrąbał mu głowę mieczem, po czym obrócił się plecami do ściany i rozejrzał się nerwowo, w tym ponownie rzucił okiem na sufit. - Gobliny! Jeśli nie kłamał, jest ich więcej! - Warknął ostrzegawczo, nasłuchując odgłosu małych stópek do odrąbania.

Panowała napięta cisza.
 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 13-04-2020 o 19:03.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-03-2020, 08:18   #6
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
- Skoro był w kominie, więcej może być piętro wyżej. - Zauważył młodzieńczy głos.

George uśmiechnął się, a w tym uśmiechu było więcej zębów niż zazwyczaj pokazywał w kontaktach z ludźmi. Skoro nie uciekły od razu, mógł jeszcze kilka dopaść. Najpierw ostrożnie zajrzał, czy w kominie nie było więcej zielonego ścierwa. - Zaraz się sprawdzi, ale potrzebujemy czegoś żeby zatkać ten komin, inaczej wszystkie nam tędy uciekną… - Powiedział George cicho, po czym dodał po chwili zastanowienia: - ...skarby ze sobą wyniosą.

W kominie było już pusto, a w domu dalej cicho.

- Można by chyba zatkać go tym goblinem. - Zauważył Tyfos po czym zaczął nasłuchiwać skradających się gdzieś goblinów które jak wiadomo, skradać się uwielbiały… - W tym celu wyjrzał na korytarz i spojrzał w stronę klatki schodowej.

George rozejrzał się za czymś, czym mógłby zatkać palenisko, ale z braku mebli prawdopodobnie musiał ruszyć dalej. W drodze do drugiego salonu zwrócił się do Hagana: - Bierz Andre i pilnujcie schodów, które były wcześniej w kuchni, ja się tu z Tyfosem jeszcze rozejrzę. - Rzucił Haganowi zgarnięty po drodze worek.

Kuchnia była brudna i wilgotna, pokryta szarą pleśnią i pajęczynami. Znajdowały się tu kuchenne sprzęty razem z kominem. Pod oknem stał pęknięty i odbarwiony, kamienny zlew. Obok niego zawieszono małą, drewnianą szafkę. Schody zepsute upływem czasu prowadziły w górę. Brakowało kilku stopni. Drzwi po prawej prawdopodobnie prowadziły do komórki kuchennej. Andre zauważył ślady butów. Większych niż stopy goblina. Prowadziły do komórki kuchennej. Ale to nie wszystko. Słyszał, jak coś ruszało się (pełzało?) pod deskami podłogi.

- Hagan, jeden jest za tymi drzwiami - powiedział szeptem wskazując na komórkę - a pod podłogą coś pełza.

Tyfos rzucił okiem na korytarz prowadzący do zachodniego skrzydła. Kończył się trojgiem drzwi.

- Chwytając torbę bard zawiesił na chwilę spojrzenie na martwym goblinie i westchnął po raz drugi - Czemu go zabiłeś? Mógł nam coś powiedzieć o tym miejscu! Mógł... wiedzieć coś o Ludwanie. Rany! Ale nam się trafił duet w Cumie. Jeden sadysta, drugi imbecyl. Weź kilka wdechów i dotleń mózg zanim znów wpadniesz w jakiś berserkerski szał.

Tyfos pierwsze słyszał o jakimś sadyście, chociaż nie musiało go to specjalnie interesować z kim się w przeszłości zadawaliście. Młodzieniec zauważył, że ślady butów większych niż goblinie stopy prowadziły od frontowych drzwi wejściowych do drzwi kończących korytarz zachodniego skrzydła. Podobny ślad wydedukował wcześniej Andre - prowadził do komórki kuchennej. George nie znalazł nic szczególnego tam, gdzie szukał. Po goblinach słuch zaginął. A Hagan jak na barda przystało póki co robił tylko hałas.

Pół-elf uspokoił się szybko, przypominając sobie gdzie jest. Obrócił się na pięcie i ruszył za Andre do kuchni. Zobaczył jak kapłan przygląda się uważnie deskom podłogi, co również zwróciło jego uwagę ku dołowi. - Andre - szepnął bard, wyciągając ostrożnie butlę z oliwą i pokazując gestami co zamierza zrobić. - Może z tym spróbujemy?

George nie odpowiedział nic Haganowi. Słyszał że mu zmarła matka, więc wziął na wstrzymanie. Nie słyszał żeby ktoś wchodził po schodach, więc wyjrzał na korytarz, a nie zobaczywszy nikogo w drodze do holu ruszył do kuchni, gdzie spodziewał się spotkać przynajmniej Andre. Gobliny rozpłynęły się jak sen ten krwawy, ale pozostawał ostrożny i szedł cicho, rozglądając się czujnie.

George nic podejrzanego nie zauważył, nic nie usłyszał, ale gobliny mogły się wciąż gdzieś czaić. Zresztą nie tylko one.
Kilka bić serca po tym, jak Tyfos rozpalił rozlaną oliwę, spod zlewu i przez dziury w podłodze zaczęły wypełzać wielkie stonogi o lśniących, czerwonych jak krew pancerzykach!


Andre wymówił błyskawicznie modlitwę. Parzona świętym ogniem stonoga wywróciła się do góry nogami i po kilku sekundach znieruchomiała.

George podskoczył bliżej i zamachnął się mieczem na stonogę zagrażającą Tyfosowi. W ostatniej chwili jednak zmienił zdanie i uderzył płazem, zamiast ostrzem.

Bełt wystrzelony przez wycofującego się Hagana nie miał szans trafić niewielkiego, ruchliwego stworzenia, ale uderzenie George'a wyłączyło z walki kolejnego robala.

Przerażone ogniem stonogi kierowane instynktem walczyły o życie. Para szczęk zacisnęła się na udzie Andre. Poczułeś truciznę krążącą w żyłach, ale się nie poddałeś jej działaniu. Cięciwa Tyfosa brzęknęła i wielka stonoga skończyła przyszpilona strzałą do drewnianej podłogi. Modlitwy Andre nie potrafiły w tej sytuacji wskórać tyle, co miecz George'a.

George spróbował przydzwonić w kolejną stonogę, bo dwie były lepsze niż jedna, a właśnie wymyślił dla nich zastosowanie, więc tą też próbował brać żywcem. - Coś tu jakby spalenizną wali. - Mruknął George zbierając swoje stonogi do garnka, chyba że w kuchni znalazł lepszy tymczasowy pojemnik. Całość zabezpieczył liną, żeby pokrywka nie odpadła. - Ty, Andre, cały jesteś? Możesz chodzić? Skubane gobosy gdzieś spierdoliły, teraz mogą na nas zasadzkę urządzić na zewnątrz, lepiej by było jakbyś mógł się ruszać. - George spojrzał w górę schodów, wykonał szybkie sortowanie pomieszczenia na gobliny po czym spróbował zajrzeć przez jakąś szparę za drzwi na zachód, tak jak to robił wcześniej.

- Jest w porządku, ale musimy zająć się jeszcze jednym pomieszczeniem - Kapłan wskazał na drzwi od komórki.

Hagan przybiegł z deskami, strzępami tkanin i kawałkami gruzu w rękach, kiedy było już po fakcie. Stanąwszy przy kuchennych schodach George zauważył kilka otworów w dachu przepuszczających słabe światło słoneczne tego pochmurnego dnia. Na ścianach i suficie znajdowały się brudne pajęczyny. W komórce kuchennej bardziej niż w innych pomieszczeniach było widać skutki wilgoci. Ogromne łaty pleśni wyrastały na podłodze, ścianach i suficie. Duży, popękany kocioł z miedzi stał pod oknem, a obok niego zebrał się stos odłamków różnych naczyń. Schody prowadziły w ciemność, która kryła piwnicę posiadłości.

- Dobra, może starczy tego dobrego, piwnice to najgorsze gówno, dawajcie zostawimy to na razie, bo jeszcze coś stamtąd wylezie. Ze w komórce jest zejście. - George korzystając z tego, że kuchnia była względnie dobrze zachowana, rozejrzał się za czymś odpowiednio gabarytowym i ciężkim żeby zastawić drzwi do komórki.

George zrobił co mógł, żeby drzwi od komórki albo nie dało się otworzyć, albo przynajmniej zajmowało to trochę czasu i żeby narobiły przy tym hałasu. Niezależnie od tego czy mu się udało, George zamierza ruszyć dalej - nie był jeszcze w bocznych pokojach odchodzących od kuchennego korytarza, więc teraz zakradnie się tam, gdzie wcześniej tylko zaglądał, żeby sprawdzić czy nie natrafi na więcej goblinów.

Hagan ruszył za pół-orkiem, aby w razie niebezpieczeństwa wesprzeć go z dystansu. - Wybacz George, że tak wtedy na ciebie naskoczyłem. To było głupie - zagadał po drodze. - Nie zrobiłeś nic złego. Ludwan... Ludwan to Pogromca, który niedawno kręcił się po tym domu z moją matką. Liczę, że gdzieś tutaj go znajdę, albo przynajmniej ślady po nim. Powinienem był powiedzieć Ci o nim wcześniej, ale... to dla mnie dość trudny temat.

Na hałas czyniony przez George'a odpowiedziało... bzyczenie. Dochodziło z piętra. Przypominające skrzyżowanie mrówkojadów z nietoperzami potwory zleciały ze strychu w poszukiwaniu świeżej krwi. Bzyczący koszmar spadł na Hagana i Andre. Wysysani z krwi przez długie kłujki, które wbiły się głęboko w wasze ciała, powoli zaczęliście tracić przytomność, aż w końcu utrata witalnych płynów była na tyle duża, że padliście nieprzytomni na kuchenną podłogę. George odbił tarczą nadlatującego stwora, a Tyfos zręcznymi unikami ominął dwa kolejne. Jeśli chcieli stąd wyjść żywo, musieli stawić czoła tym żądnym ciepłej krwi kreaturom. Zamroczony Hagan oprzytomniał na tyle, by wykrzyczeć inkantację. Wszystkie żądlaki padły uśpione na kuchenną podłogę.
 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-04-2020, 20:01   #7
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
George nie był pewien, co się tu właściwie stało, bo walka jak szybko rozgorzała, tak zgasła. Nie zamierzał natomiast dać okazji żądlakom, by wstały z magicznego snu, więc metodycznie zaczął obcinać im łby. - Dobra robota. Trzeba by teraz trochę odsapnąć, zanim się dalej ruszymy, nie? - Powiedział Haganowi, po czym jeśli nikt nie protestował, zamknął drzwi od kuchni do korytarza. Miejsce było słabe, ale na zewnątrz nie było dużo bezpieczniej, a tu przynajmniej nie wystawiali się na strzały goblinów. Te małe kurwie zawsze miały łuki. Niemniej jednak jeśli chcieli odpoczywać gdzie indziej, to George nie protestował, pójdzie za resztą.

Blady jak ściana Hagan doczołgał się do Andre, starając się opatrzeć jego rany. Następnie odciął i unieszkodliwił sztyletem żądlaka, który choć śpiący, wciąż był przyczepiony do jego ramienia. - Odpoczynek. Koniecznie - odpowiedział pół-orkowi i oparł się plecami o ścianę.

George plan miał taki jak wcześniej, czyli wejść do bocznych pomieszczeń w korytarzu prowadzącym na południe do holu.

W obu pokojach zauważyłeś tym razem otwarte okiennice i odciski goblinich stóp, brudnych od sadzy i pyłu, prowadzących od kominów do okien. Uciekły. Przypomniałeś sobie o waszych mułach i psie pozostawionym przy bramie.

George przypomniał był sobie o niczym ważnym, bo zajęty był ostrożnym posuwaniem się w stronę zachodniej, niezbadanej jeszcze części budynku. Ważył kroki i uważał na skrzypiące deski, ale nie zapominał spoglądać przed siebie na wypadek, gdyby coś na niego wyskoczyło. Ponieważ nic jeszcze nie zeskoczyło z sufitu, rzucił też okiem na górę, to się musiało w końcu stać.

Hagan po krótkim odpoczynku również pomyślał o swoim dobytku. Zanim ruszył za Georgem, wstał i ostrożnie wyjrzał przez okno w poszukiwaniu osłów i psa. Mułów nie było. Pies leżał ze strzałą wystającą z boku. Nie ruszał się.Do zachodniego skrzydła prowadził korytarz, kończący się trojgiem drzwi, prowadzących do pokojów na lewo, wprost i na prawo. Ślady nie-goblińskich stóp, które wcześniej zauważyliście, prowadziło od frontowego wejścia do drzwi na wprost. Przez dziurkę od klucza dało się zobaczyć (od lewej), że pokoje te to najprawdopodobniej dawna biblioteka, salon i gabinet.

- Andre, George! Te małe łachudry nas ograbiły! - Zawołał bard.

George wykrzywił się paskudnie do krzyczącego barda. - Tak, oczywiście, gobliny, małe chuje. Ciszej tam. - Po czym wciąż ostrożnie, chociaż całą tą skradankę prawdopodobnie diabli wzięli, uchylił drzwi do biblioteki i jeśli nic się nie stało, wszedł do środka.

Ten pokój był kiedyś biblioteką z pokaźną liczbą półek na książki wzdłuż ścian. Zaledwie kilka półek pozostało nienaruszonych przez ząb czasu, ale opróżniono je z zawartości pewnie już dawno temu. Stos zawilgoconych książek pokrytych pajęczynami, pleśnią i odchodami myszy mógł kryć jakieś białe kruki, ale nie musiał. Spojrzeliście na kolejny kominek z nabytą podejrzliwością.

George nie bardzo umiał w książki, zazwyczaj pokonywał go spis treści. Wiedział to po całej jednej próbie. Jeśli nie znajdzie żadnego zagrożenia (w tym w kominku), swoje kocie kroki skieruje z kolei do gabinetu.

Komin wyglądał na czysty, ale George, i nie tylko on, usłyszał jakieś ledwie słyszalne szuranie w stosie książek.

Pół-elf przykucnął na dłużej przy stosie przeglądając po kolei tomy. Sprawdzał je dość szybko i pobieżnie, jednak każdy przekartkowywał licząc, że znajdzie jakieś notatki. Zatrzymał się i cofnął słysząc dziwny dźwięk. - O cholera - szepnął robiąc kilka kroków do tyłu i gotując się na atak.

George nie po to tu przybył, żeby trząść portkami, więc ruszył w kierunku stosu - ale też nie był głupi, więc to mieczem zamierzał odtrącać książki ze stosu, osłaniając się tarczą przed możliwym atakiem.

Tyfos miał dosłownie kilka bić serca zanim para czarnych, pokrytych pełnymi ropy bąblami wielkich szczurów dopadnie do George'a.

George nie ustąpił szczurom przejścia, ale zamiast zaatakować, opędzał szczury od swoich nóg szerokimi wymachami miecza - wiedział dobrze, żeby nie lekceważyć wroga tylko dlatego że jest mały i znał wartość przewagi liczebnej, dlatego grał na czas, by dać szansę kupie sojuszników na działanie. Spróbował odciągnąć przerośnięte gryzonie na bok, lub nawet przeskoczyć je, jeśli miał dobre miejsce na lądowanie, tak żeby nie utrudniać strzału Tyfosowi lub Haganowi.

Jeden ze szczurów nie dał się zwieść unikom i ugryzł George'a w kostkę. Pół-ork słusznie obawiał się, że ta rana to coś więcej niż chwila bólu. Strzały i zaklęcia okazały się skutecznymi narzędziami w arsenale Pogromców-szczurołapów. Po odszczurzeniu biblioteki przejrzeliście książki leżące na stosie. Najciekawszymi pozycjami były traktaty arcymaga Tensera: o magicznych właściwościach klejnotów, o magicznych właściwościach ziół i kwiatów, o metafizyce matematyki.

- Hmm... powinniśmy robić to częściej. Słyszałem, że starosta płaci pół miedziaka od szczurzego ogona. Ochrona przed pandemią i takie tam. Myślę, że zrobilibyśmy na tym majątek w niecałe stulecie… - Powiedział Tyfos starając się odzyskać strzałę która mogła kosztować więcej niż jej ofiara…

Wyciągnąłeś strzałę z martwego szczura.

- Doprawdy ciężko nazwać ten dom "nawiedzonym". Brudnym za to na pewno - dodał melodyjnie młodzieniec.

- A weź zamknij mordę. - Odburknął George, który wyraźnie nie był w humorze. - Raz widziałem, jak komuś nogę odcinali na takie coś. A potem umarł. - George przemył ranę wodą, gdy reszta wertowała książki, ale brakowało mu umiejętności i zwykłych zapasów opatrunków, jakie przecież oddał Andre żeby opatrzeć ranę, więc w tej potrzebie zwrócił się do niego. - Zostało ci coś jeszcze z tych opatrunków? - Zapytał nieco zaniepokojony, bo zazwyczaj wystarczyło mu chwilę odsapnąć, żeby poczuć się lepiej, a tymczasem pot wciąż perlił mu się na czole. Nie to że zamierzał się teraz poddać, ale jeśli ktoś zaproponuje powrót to poprze to rozwiązanie - i przypomni, że gdzieś tam mogą nadal czaić się gobliny, więc dobrze by było zachować siły i na nie.

Andre opatrzył ranę George'a. - Potrzeba tu interwencji u druida lub kapłana o większym wtajemniczeniu niż ja.

George popatrzył przez chwilę zagadkowo na kapłana, po czym wstał, opuścił nogawkę spodni żeby dobrze przykryła bandaże i wyciągnął miecz. - To chyba pora iść dalej. Nikt nie powie że leżałem. Tylko miecz trzeba do morza wyrzucić potem, pamiętajcie.

Jeśli nikt nie zaprotestował, to kolejnym pomieszczeniem do sprawdzenia, zdaniem George'a, był gabinet. George wywinąwszy mieczem młynka poczuł się pewniej, Ósmy miecz na plecach ciążył znajomo, ale nie zamierzał nikogo narażać, więc ponownie wyciągnął (wciąż silne) ręce do drzwi i spróbował je otworzyć - ostrożnie i po cichu.

Przy oknie gabinetu stało drewniane biurko, częściowo połamane, częściowo pokryte wilgotną zgnilizną. Z sześciu małych szuflad dwie zostały otwarte siłą. Najszersza, środkowa szuflada pozostawała zamknięta na klucz. Kolejny kominek... kolejny goblinek?

George zignorował szufladę, bo nie tego szukał. Sprawdziwszy kominek, wysmarował sadzą i popiołem twarz. Potem przez chwilę oglądał brudną od zwęglonych resztek dłoń, po czym zagwizdawszy krótko, ruszył do drzwi salonu.

Salon został już dawno temu opróżniony ze wszelkich mebli. Drzwi z salonu prowadziły na patio, którego popękany bruk zarósł chwastami. Pozostała tylko sterta śmieci, ale było tu ciekawsze znalezisko. Wcześniej zauważone ślady prowadziły do... właściwie donikąd. Tak moglo się wydawać na pierwszy rzut oka. W podłodze, pod dywanem, była ukryta klapa.

George przykucnął przy klapie, kolejnym zejściu do piwnicy, a zraniona kostka dała o sobie boleśnie znać. Może był to jakiś znak, chociaż półork nie wiedział co konkretnie stanowiło omen i co miałby oznaczać. Słysząc krzątanie się towarzyszy, którzy pewnie wciąż jeszcze pakowali książki, powstał i podszedł do drzwi na patio. Przyjemnie było powąchać świeże powietrze po zwiedzaniu tego śmietnika, choć wilgoć była inna niż w domu. Nawet goblinów nie było widać, więc George dla odmiany wyciągnął swój drugi miecz, ten ze świątyni - nikt nie chciał go oglądać ani ukraść, choć jemu wydawał się cenny, więc teraz musiał siłować się z własnymi węzłami by dobyć złamanego, lecz odkutego ostrza. Czekając na pozostałych oglądał starożytne znaki na jego powierzchni których nikt nie umiał odczytać.

Tyfos doskonale zadowalał się oglądaniem tego całego syfu, jeśli nie musiał grzebać się w nim własnymi rękoma, tym lepiej. Młodzian poświęcił trochę uwagi zamkniętej szufladzie. Trochę dziwne zdawało mu się, że nie została po prostu roztrzaskana jak pozostałe. Zamek zamkiem ale drewno można było porąbać tak czy siak. Czyżby jakaś pułapka?

- Ciekawe, co? Akurat ta jedna pozostała zamknięta - zwrócił się Hagan do Tyfosa, widząc, że ten utkwił spojrzenie w szufladzie. - Mam coś specjalnego na tą okazję. Kupiłem niedawno. W końcu jest okazja wypróbować - powiedział z szerokim uśmiechem, wyciągając zza pasa zestaw do otwierania zamków i kucając przy szufladzie. Bard zawahał się na chwilę. Spoglądał to na wojownika, to na szafkę. - Ryzykujemy?

Hagan usłyszał satysfakcjonujący tik zapadek. Pośród starych, bezwartościowych dokumentów - rachunków za kupno rozmaitych substancji, stolarkę i narzędzia do laboratorium - leżały dwie nieprzezroczyste fiolki. Obie oznaczone były na etykietach jako: JASKÓŁKA. METABOLIZM: CZŁOWIEK.

Bard chwycił ostrożnie fiolki i podał je Tyfosowi, który był jedynym, czystej krwi człowiekiem w tej grupie. - Napisał, że dla człowieka. - Wzruszył ramionami. - Może chociaż jest dobre w smaku.

Młodzieniec popatrzył chwilę na Hagana po czym uśmiechnął się i wziął fiolki.

Andre wpakował książki do swojego tobołka po ich uprzednim przewertowaniu. Czas na czytanie przyjdzie później.

George słysząc kroki w korytarzu schował Ósmy Miecz i podniósł właz do piwnicy.

- WITAJCIE, GŁUPCY... WITAJCIE SWOJĄ ŚMIERĆ. - Kiedy George podniósł klapę, znikąd rozległ się złowieszczy głos. A następnie wybuch diabelskiego śmiechu. Zaskoczony George z hukiem upuścił klapę. Ostatnie, czego teraz chciał, to podnieść ją ponownie i wejść do ciemnej piwnicy. Hagan również nie wyglądał na skorego do eksploracji podziemi. Wyraźnie zbladły, cofnął się o dwa kroki.

Bard niemal potknął się o własne nogi, kiedy jakiś paniczny lęk kazał mu uciekać jak najdalej od tego, co czai się w piwnicy. Jego szybki oddech i szeroko otwarte oczy zdradzały przerażenie. - Nie... Nie... Nie ma opcji, żebym tam zszedł. Musimy stąd uciekać i to migiem. To... to coś pozabija nas wszystkich. Nie mamy szans.

- Skoro gobliny nie boją się tu przebywać ktokolwiek siedzi w tej brudnej piwnicy nie może być taki znowu straszny… - Młodzieniec spróbował przemówić do zdrowego rozsądku spotkanych awanturników.

George nie mógł ruszyć naprzód, ale też nie cofnął się, zamarł wpatrzony w klapę.

- No nic... nie ma co się wstydzić, przynajmniej nikt nie uciekał przed szczurami co nie? Może sprawdzimy w takim razie piętro?

- Dawaj tu najpierw to biurko, to też zastawimy. - George od biedy mógł sobie chyba poradzić sam, ale przesadne hałasowanie już raz okazało się zgubne.

Gotowe. Zastawiliście klapę biurkiem wziętym z gabinetu. Kiedy skończyliście, usłyszeliście hałas - trzaski, szurnięcia, stuknięcia - dochodzące z północnego skrzydła. Szybko ucichły.

George czym prędzej poszedł sprawdzić kto się dobijał do jego zablokowanego przejścia.

Kuchnia była w dokładnie takim samym stanie, w jakim ją zostawiliście. Nikt ani nic nie dobijało się od wnętrza komórki kuchennej.

George rozejrzał się jeszcze po pozostałych północnych pokojach, zajrzał przez szparę do komórki i ostrożnie obszedł ściany budynku na zewnątrz.

- MAMY ICH MANUEL! NASZPIKUJMY DRANI! - Z pokojów, które zamierzał sprawdzić George wychyliły się dwa kaptury i dwie kusze. Uniosłeś w ostatniej chwili tarczę, w której zatrzymały się pociski, ale nie wszystkie. Jeden grot rozorał twoje udo. Kusznicy po oddaniu strzałów wycofali się w kierunku frontowych drzwi posiadłości i zniknęli za ścianami.

George podbiegł do kuszników i ciął jednego z nich mieczem.

- Gryź piach, orcza mordo! - Wycharczała spod kaptura nieogolona, twarda twarz, plując krwią.

- Rzucić broń albo poderżniemy mu gardło! - Wykrzyczał ten raniony przez George'a. Wprawnym pchnięciem kordelasa sprawił, że pół-ork leżał teraz w rosnącej kałuży krwi i łapał z trudem prawdopodobnie ostatnie oddechy w swoim życiu. Słyszeliście, jak ranny mężczyzna oparł się ciężko o ścianę. George tanio swojej skóry nie sprzedał.

- Ha, ha, kto się tam tak skrada!? - Manewr Tyfosa, który próbował zajść przeciwników od strony okna, nie pozostał niezauważony.

- Chyba nie słyszeliście, więc powtórzę jeszcze raz: rzucić broń albo poderżniemy mu gardło!

Wykrwawiający się George otworzył oczy, czym sam był zaskoczony. Usłyszał ostatnie słowa modlitwy Andre rozbrzmiewającą w korytarzu. Zbóje pewnie nie spodziewali się, że jeszcze wstaniesz…

Święty rzucił się przez korytarz z buzdyganem, biorąc potężny zamach. Zakapturzony uchylił się, a obuch roztrzaskał róg ściany i przegniłą boazerię. Kaptur spadł z głowy zaskoczonego kusznika... był tabaxim! Okazało się, że walczyliście z kotowatymi istotami, o których wiedzieliście tylko tyle, że cenią ponad wszystko zdolność przeżycia, choćby kosztem innych. Przez tak ukształtowaną kulturę często odnajdywali się w organizacjach przestępczych, jako złodzieje, przemytnicy, mordercy... ciekawe, co tu robili?

- Won na drzewo albo rozjebie Ci tą kocią mordę!

- Się robi, tylko pozwól, że przechowam moje ostrza w twoim brzuchu!

- Dobry pomysł. - Wychrypiał George chwytając sierściucha za kostkę i wyciągając się spod stojącego nad nim Andre. Pochwyciwszy z powrotem miecz wystrzelił jak sprężyna kłując ostrzem na wysokość pępka swojego niedoszłego zabójcy.

Miecz przeszedł na wylot. Tabaxi złapał pazurzastymi dłońmi za ostrze w niedowierzaniu. George wyciągnął broń, a kotowaty osunął się w dół ściany, zostawiając na boazerii krwawy ślad. Drugi nie zamierzał walczyć przy takiej przewadze liczebnej. Kiedy najeżony wycofał się z ręcznego boju, zszedł na cztery łapy i pognał z niewiarygodną szybkością w stronę klapy prowadzącej do piwnicy. Usłyszeliście jak odtrącał biurko, którym było zastawione zejście. - SZYBKO! NA GÓRĘ! DORWALI MANUELA!

- No tak, kota faktycznie można się czasem wystraszyć… - Zauważył Tyfos gdy personalia mieszkańców piwnicy stały się bardziej oczywiste.

Z zachodniego skrzydła słychać było jeszcze przez chwilę jakieś hałasy, aż nie zapanowała napięta cisza.

George sprawnie wyminął Hagana, który ponownie stał jakby coś miał zrobić, ale ostatecznie nie zrobił nic i siłując się z zapięciami tarczy wpadł do pokoju, z którego miałby widok na ganek. Przytuliwszy się do ściany, nasłuchiwał hałasów z zachodniego skrzydła w czasie gdy dobywał łuku, jednak niewiele mu z tego przyszło, więc podszedł do okna wypatrując wroga. Nie zobaczywszy nikogo, George schował miecz i przeskoczył parapet, ale nie porzucił ostrożności - zamiast tego posuwał się wzdłuż ściany zaglądając do okien.

W salonie nikogo już nie było. Spod piwnicznej klapy również nie dochodziły żadne dźwięki. Tabaxi mógł uciec, a mógł też czaić się z kuszą w mrokach piwnicy. Co prawda jeszcze chwilę temu wzywał krzykiem kompanów, żeby wyszli z podziemi i stawili wam czoła, ale widać wygrał inny plan. Może bardziej śmiercionośny, a może po prostu działali chaotycznie.

George wyjrzał przez okno salonu wychodzące na zachód, ostrożnie, tak by mieć osłonę ściany, ale nie spodziewał się zobaczyć zbyt wiele. Zamiast tego ponownie zastawił wejście do piwnicy i powiedział cicho: - W komórce jest okno, myślę że stamtąd się wzięli w domu przy zatrzaśniętej klapie i tamtędy uciekają.

Tyfos natomiast zaczął rozglądać się za przedmiotami które łatwo zająby ogień. Zamierzał spalić tą ruderę i uwędzić wszystko i wszystkich wewnątrz raz i na dobre.

Andre powstrzymał towarzysza tłumacząc mu po co przybyli i dlaczego podpalanie domu mija się z ich celem. - Weź łuk i czatuj, rozświetlę trochę okolicę.

Tyfos został zatrzymany przez Andre. Następnie Andre próbował odsunąć biurko, którym przed chwilą George zastawił klapę do piwnicy.

George usiadłszy na biurku którym przed przed chwilą zastawił klapę do piwnicy nie dał się ani przekonać, ani przesunąć i w sekrecie cieszył się z choćby chwili odpoczynku - magiczne leczenie zamykało rany, ale nie przywracało mu sił. - Jak chcesz ich dorwać, to lepiej zaczaić się przy drugim wejściu. Albo wcale, bo jak mają kusze to ktokolwiek padnie jest już trupem, nie uniesiemy. - George potrząsnął garnkiem, żeby zobaczyć jak tam jego stonogi i upewnił się, że jeszcze żyją. Postarał się zrobić im dziurę w pokrywce lub inną szparę żeby miały powietrze - i to było tyle czasu ile jego towarzysze mieli, żeby przekonać go do swoich planów. Jeśli jednak plany te dotyczyły dalszego pościgu lub eksploracji piwnic, to nie mieli oni żadnej szansy na sukces, a po chwili George wyskoczył przez okno i ukrył się w krzakach, bo nie zamierzał sterczeć w salonie jak kaczka na odstrzał.

- Pomocy! Jest tam kto?! Pomocy! - Gdzieś ze wschodniego skrzydła, najprawdobniej z piętra, dobywał się męski głos wołający o pomoc. Musiał usłyszeć, jak walczyliście z tabaxi.

- Brzmi jak kotki znów bawią się w kotki i myszki... Nikogo kto nie jest szkodnikiem nie powinno tu przecież być. Bo i po co?

- Zabierzcie mnie stąd! Napadli mnie i związali! Nazywam się Alan i wędrowałem z Przymorza, kiedy zostałem pojmany przez tych skurwieli!

- To pułapka. Ja nie umieram dzisiaj. - Stwierdził George zanim zniknął w krzakach i tyle go widzieli.

- Miała być nawiedzona posiadłość, robota w sam raz dla Pogromcy, a to kryjówka jakichś zasrańców! - Mężczyzna nie przestawał krzyczeć. - Dorwali też Ludwana, trzymają go w piwnicy!

- Wyłazić skurwysyny a oszczędzimy Wam los waszego przyjaciela, inaczej spalimy tę budę razem z waszymi zapchlonymi zadami! - Wydarł się Andre na klapę od piwnicy.

Klapa od piwnicy zaczęła tylko nieznacznie podskakiwać. Ktoś próbował się spod niej wydostać. Biurko dawało jednak wystarczający opór. Póki co. Nie odezwał się przy tym żaden głos.

Kapłan na widok skaczącego biurka usiadł czym prędzej, ponaglając gestem Hagana by uczynił to samo. - Ten co się darł brzmiał szczerze, ale informacja jasno wskazywała, że Ludwan przybył tu jedynie z Twoją matką. - Stwierdził Andre z zamyśloną miną, którego twarz jeszcze przed chwilą wyrażała zdziwienie zmieszane ze strachem gdy niespodziewanie zwierzoludzie próbowali wydostać się z powrotem na górę.

Bardem targały jednak wątpliwości. Chciał wierzyć, że trafił na trop Ludwana. Wyciągnął kuszę, załadował bełt i wycelował w klapę. Miał zamiar ustrzelić pierwszy koci łeb, który się wychyli.

Tyfos wdrapał się na piętro i wskoczył przez okno do korytarza. Po prawej stronie widziałeś dwoje drzwi prowadzące do pokojów w zachodnim skrzydle, po lewej okna wychodzące na podwórze, a przed sobą korytarz prowadzący do balkonu, z którego był pewnie widok na frontowe drzwi. Mężczyzna wciąż wołał o pomoc. Jako że go ignorowaliście, robił to coraz rozpaczliwiej. Głos dochodził z drugiego końca posiadłości.

Tymczasem George siedział przykucnięty, niczym wielka łasica, w krzewach posadzonych przed zrujnowanym domem. Słyszałeś wołanie o pomoc, Andre szepczącego z Haganem i przesadnie monotonny stukot dobywający się spod piwnicznej klapy, któremu nie towarzyszyły żadne groźby czy krzyki. Wtem! Stukanie ustało. Bystre, prawie-że-elfie uszy Hagana wychwyciły skwiercząco-syczący dźwięk. A prawie-że-elfie oczy - smużkę dymu. A prawie-że-elfi nos - ostry smród kwasu. Piwniczna klapa, a wraz z nią biurko, na którym siedział Andre, miało się za chwilę zapaść do środka... stopione silnie żrącą substancją!

Przy łóżku o pokrytej pajęczynami balustradzie leżał pobity, długowłosy mężczyzna. Był związany, a jeszcze do niedawna musiał mieć zakneblowane usta. - Dzięki bogom, nareszcie! - Powiedział z wyraźną ulgą. Głos miał ochrypły od wołania o pomoc.

- Andre, uciekaj! Klapa zaraz się zapadnie - zawołał z desperacją bard. Nie opuszczając kuszy ruszył w stronę drzwi.

Tyfos ostrożnie wszedł do pomieszczenia baczny zasadzki, obszedł mężczyznę i będąc za jego plecami, nie pochylając się nawet przeciął więzy pojmanego czubkiem rapiera. Alan rozmasował nadgarstki i kostki.

- Co teraz? Dorwiemy ich? - Alan wstał, jeszcze trochę sztywny. - Wszystko mi zabrali. Z kuszą pistoletową i kordelasem byłoby ze mnie więcej pożytku. Dobrze, że chociaż na gołym fiucie nie leżałem. Tyle wygłodniałych szczurów węszących za jakimś przysmakiem…

Tymczasem przepalona kwasem klapa do piwnicy zapadła się całkowicie. Andre czekał na ten moment. Zsunął gabinetowe biurko w ciemność, a sam przeskoczył na drugą stronę klapy. Przegnity mebel hałasował, gdy podskakiwał na schodkach. Znowu nie było słychać żadnego krzyku, czy bólu, czy zaskoczenia. Tylko coś rozpadło się na dziesiątki kawałeczków i zastukało o kamienną posadzkę, jak w tej krasnoludzkiej grze kulami armatnimi, zwanej chyba kręglami. Zapadła napięta cisza. Wtem! Głos, który nie mógł być produktem strun głosowych, wypowiedziany jakby z zaświatów, powiedział tylko… - TERAZ!

George siedział w ukryciu i rozglądał się intensywnie.

Z mroków podziemi zaczęły wynurzać się nie istoty z krwi i kości, a... z samych kości. Chude szkielety, o wyschniętych, ohydnych czaszkach. Żaden z nich nie był biały, tylko metalicznie szary, jakby ich kości zostały w plugawym eksperymencie pokryte jakąś alchemiczną substancją. Hagan pociągnął za spust kuszy, ale zaskoczony ponurym obrotem spraw spudłował. Andre teraz rozumiał. Spadające ze schodów biurko musiało roztrzaskać jednego ze szkieletów. Święty zaczął odmawiać modlitwę. Boskie światło paliło masę kości. Nieumarły jednak nie ustawał i bezgłośnie maszerował w stronę kapłana, zamierzając wydusić z niego życie. Ten, kto rozkazywał szkieletom syczącym, nieludzkim głosem, nie ujawnił swej tożsamości. Andre uniósł święty symbol. Złoty amulet w kształcie słońca o twarzy świecił coraz jaśniejszym blaskiem. Dwa szkielety uniosły kościste ramiona, jakby światło raziło blaskiem puste oczodoły. Zaś z ciemnej piwnicy dobył się tylko złowieszczy, nieludzki śmiech. - ZNOWU WOLNY! NIC MNIE TERAZ NIE POWSTRZYMA. NAWET FAŁSZYWI BOGOWIE! JAM CASWORAN, NAJWIĘKSZY SPOŚRÓD ALCHEMIKÓW!

Haganowi prawidłowo wydawało się, że podszyta magią litania elfich przekleństw będzie skuteczna również wobec nieumarłego. Jego ruchy zaczęły być mniej skoordynowane, jakby ożywiająca go magia traciła powoli siłę. Ukryty w krzewach George zauważył w ogrodzie dwie łasice, równie przerośnięte co te, które was zaatakowały. Musiały się na ciebie czaić. Zwierzęta jednak zostały spłoszone wykrzykiwanymi inwokacjami i mrocznym głosem Casworana.

George podkradł się do okna z łukiem w dłoni i wymierzył w szkielety, po czym posłał im strzałę. George wdrapał się z powrotem przez okno. Cięciwa brzęknęła, a strzała strąciła czaszkę szkieleta maszerującego w stronę Andre. Masa kości jednak nic nie robiła sobie z tej straty. Kościste palce podniosły przebitą przez strzałę czaszkę i umiejscowiły z powrotem. Chodzące kości mogły być bez broni, ale w dawnym życiu musiały należeć do kogoś, kto wiedział, jak sobie w ręcznym boju z wrogiem radzić. A może był to spryt rozkazującego nieumarłym Casworana. Szkielety zaczęły okrążać Hagana i Andre… Ledwo radziliście sobie z obroną przed rozszarpującymi skórę kościstymi palcami, kiedy z piwnicy wyszedł sam Casworan, a właściwie wyleciał, gdyż jego szkielet, przyodziany w starą szatę i spiczasty kapelusz, unosił się nieznacznie nad podłogą. George uchylił się przed zielonymi kulami wyczarowanymi przez Casworana. Magiczne pociski uderzyły w ściany, a żrący kwas zaczął niszczyć drewnianą boazerię w zastraszającym tempie. Zaś nieumarły alchemik zniknął z powrotem w mrokach piwnicy.

George odrzucił łuk, wyciągnął miecz i wpadł na plecy szkieleta atakującego Hagana, próbując pogruchotać go szerokim cięciem. Potężny cios odrąbał lewę ramię i część klatki żebrowej szkieleta! Rozsypał się w stertę kości.

Andre próbował tarczą zepchnąć szkieleta na piwniczne schody. Miałeś nadzieję, że pozbawione mięśni kości nie będą stawiać wielkiego oporu. Może i tak rzeczywiście było, ale nieumarły zręcznie uniknął popchnięcia, a święty prawie sam wpadł do dziury. Całe szczęście złapałeś równowagę.

Magia elfich pieśni nie okazywała się do końca tak skuteczna, jakby chciał tego Hagan. Kościste pazury zostawiły krwawiącą ranę na obliczu Andre, kiedy szkielety znowu natarły. Z ciemnej piwnicy wynurzył się spiczasty, pokryty pajęczynami kapelusz Casworana. Już nie popełnił tego samego błędu, co wcześniej. Tym razem wybrał sobie jako cel kogoś łatwiejszego niż zręczny i opancerzony George. Wykrzyczał inwokację głosem z zaświatów. Bicie serca później zaklęte kule żrącego, dymiącego kwasu przeżerały się przez skórzany kaftan Hagana. Zamroczony bólem spowodowanym rozległymi poparzeniami, Pogromca stracił przytomność i padł ciężko na drewnianą, zakurzoną podłogę. Nieumarły alchemik znowu znikł w ciemnościach podziemi. W salonie pozostał tylko jego złowieszczy śmiech.

George metodycznie przesunął się za plecy kolejnego szkieleta i ciął z furią, mamrocząc coś o cholernych kretynach. Widząc jak szkielet rozpada się od ciosu, zamknął przed sobą drzwi żeby uchronić się od ataku kwasowego truchła.

Andre rozwalił buzdyganem ostatniego ze szkieletów. Casworan już się nie pokazał. Słychać było tylko jego demoniczny śmiech, ale i rechot w końcu ucichł. Wejście do piwnicy zionęło mrokiem. Stojący za drzwiami George usłyszał kroki. To Tyfos wracał. Wraz z kimś jeszcze. Długowłosym mężczyzną, który otrzymał kilka ciosów, a na nadgarstkach i kostkach miał ślady po kajdanach tudzież sznurach. Był w samej tunice, ale zdążył się dozbroić rynsztunkiem martwego tabaxi porzuconego w holu - kuszą i krótkim mieczem.

- Dobrze widzieć was więcej. Co to były za hałasy? Nazywam się Alan. Zbójcy trzymali mnie związanego na górze.

Andre wychylił się i rozejrzał ostrożnie przygotowany do inkantacji boskich płomieni. - Jestem Solaire, na dole mamy czarującego szkieleta, a w okolicy grasują dwa inne, które niedługo tutaj wrócą. Miejcie się na baczności.

- Dalej, masz szansę dosłownie przybić koty do muru… - Powiedział Tyfos zachęcając Alana by ruszył ku piwincy.

- Dla mnie żaden szkielet nie byłby czarujący... - Drwiną Alan chciał ukryć strach. - Będę szył z kuszy, skryty za ścianą z tarcz - wskazał na Andre i George'a. - W komórce przy kuchni widziałem drugie zejście.

Spojrzawszy w ciemność piwnicy, Andre zobaczył na samym dole długi stół z ciemnego drewna, wraz z kilkoma pospiesznie opuszczonymi stołkami oraz palenisko.

George podniósł swój własny łuk, zostawiając rozmowę dwóch cwaniaków bez komentarza. Dając im więcej czasu, żeby mieli okazje przechytrzyć się nawzajem, zakradł się pozbierać swoje dotychczasowe trofea (jak łeb goblina, ogony szczurów czy trąbki krwiopijców) i może przetrzepać do reszty zwłoki tabaxi, chociaż znając uczciwość Tyfosa i jego krewniaka, to wszelkie ruchomości zostały już "podzielone". Powróciwszy, zwrócił się do Hagana: - Co tam było w tym worku? Sam wór by mi się przydał teraz.

- Musimy zastawić to przejście i pozbyć się kościstych żeby nas nie zaskoczyli. Wtedy możemy spróbować wejścia od kuchni…

Alan pomógł Andre przywalić klapę do piwnicy drzwiami i jakimś ciężarem, choć już byliście pewni, że nic to nie da przeciw zaklęciom Casworana, zdolnym przywołać kule żrącego kwasu. Alan nie był tego świadomy, więc nie protestował przy dźwiganiu gruzu, półek z biblioteki i foteli. George wziął pusty worek od Hagana i schował do niego swoje wątpliwej wartości trofea. Porzucone w holu zwłoki tabaxi nie miały już przy sobie nic wartościowego. Widząc George'a szabrującego ograbione przez siebie zwłoki, Alan chciał powiedzieć coś zabawnego, może schować złupioną kuszę za plecy i zagwizdać niewinnie, co można było poznać po rozbawionym błysku w oku, ale powstrzymał się przezornie, pewnie z racji na pochodzenie wojownika. Powszechnie uważało się, że orczym łbom ciężko szło trawienie żartów, szczególnie na ich temat.

- To kiedy zamierzamy coś zrobić? Czas tu gra na naszą niekorzyść! - Szepnął Alan.

- Prowadź. Nie zapomnij zabrać Tyfosa.

- Zanim ruszymy dalej, chciałbym ci zadać jeszcze pytanie Alan - zagadał bard. - Powiedziano mi, że kręcił się tutaj niejaki Ludwan. Widziałeś go może gdzieś tutaj? Ach, mów mi Hagan.

- Mówiłem już Tyfosowi. - Spojrzał na mężczyznę, z którego George zdawał się nie przestawać drwić, czym Alan wydawał się być zmieszany. - Skatowali go na śmierć, a trupa zostawili robakom i szczurom na pożarcie. Co za los! Widziałem sam, zanim mnie pojmali.

- Cholera - zaklął zawiedziony pół-elf. - Miał dla mnie ważne informacje. A czy... był tu z wami ktoś jeszcze?

Młodzieniec uśmiechnął się po czym przewrócił oczami i kiwnął głową. - Dobrze towarzysze przygody, podążę waszym śladem i w tej wyprawie, obstawie tyły na wypadek gdyby ktoś miał wam strzelić w plecy.

- Nie przyszedłem tu z Ludwanem. Widziałem tylko jego zwłoki. - Sprostował Alan. - Wciąż tam pewnie leżą razem z jego rynsztunkiem jako ostrzeżenie dla kolejnych śmiałków.

- Tam? - Hagan skinął głową w stronę piwnicy.

- Tak.

Bardowi nie śpieszyło się, by znów oberwać kwasowymi pociskami. Było to jedno z tych doświadczeń, o których chętnie by zapomniał. Zamyślił się przez chwilę rozglądając się po towarzyszach. - Ech, może uda nam się go jakoś sprowokować do wyjścia? - zapytał szeptem. - Chyba, że ktoś chce tam zejść jako pierwszy?

- Do czego to doszło, żeby chłop na samej tunice miał większe jaja niż uzbrojona po kły orcza morda i ciężkozbrojny świętoszek razem wzięci. Za mną, zdechlaki. - Alan ruszył w stronę komórki kuchennej.

- Zaczekaj chwilę - rzucił bard stukając w skórzaną zbroję i odpinając jeden z rzemieni. - Na dole bardziej ci się to przyda. Zejdę zaraz za tobą. Mam jeszcze w zanadrzu jedną ripostę dla tego zasuszonego warchoła kryjącego się po piwnicach.

- Doceniam ten gest, Haganie. Odpłacę się w karczmie przy najbliższej okazji.

Andre nadal nie zwracał uwagi na zaczepki i komentarze mięs armatnich. Poprawił swój rynsztunek i ruszył w stronę kuchni.

W komórce kuchennej bardziej niż w innych pokojach widać było skutki wilgoci i rozkładu. Łaty pleśni porastały podłogę, ściany i sufit. Po drodze zajrzeliście do dużej, miedzianej kadzi, popękanej i odbarwionej. Była pusta w środku. Odłamki naczyń nieprzyjemnie szeleściły pod waszymi butami. Wtem! Rozległy się jęki, jakby torturowane dusze szkieletów, na których eksperymentował Casworan, wołały o pomoc z samych zaświatów. Stanęliście w osłupieniu, a krzyki tylko narastały. Miedziana kadź wywróciła się na bok. Kawałki glinianych mis i kubków zaczęły drgać.

Tyfos i George zostali kilka kroków za resztą. Kiedy piekielne crescendo niespodziewanie ucichło, wciąż tak stali, z krwią zmrożoną w żyłach.

- Zaraza na was, zdechlaki... dla takich jak wy nie warto karku ryzykować!

W mrokach piwnicy stojący na schodach Hagan zauważył drewniane stojaki na wino. Nienaruszonych butelek nie było już wcale, za to całe mnóstwo roztrzaskanych pokrywało podłogę. Stały tu także dwie wielkie, alchemiczne kadzie oraz znajdowało się palenisko. Pośrodku pomieszczenia leżał trup zakuty w zbroję płytową. Długi miecz spoczywał przy zbrojnej prawicy, a tarcza zakrywała nogi. Ludwan!

- Czysto. Chyba... Dajcie więcej światła! - Szepnął Alan.

Hagan rzucił zaklęcie światła na długi miecz przy zwłokach pogromcy i podał go Alanowi. Przykucnął przez chwilę przy Ludwanie przyglądając mu się. - Ech, było Ci zostać przy kobiecie, która cię kochała - powiedział cicho, po czym zwrócił się do Alana - potrafisz się w tym poruszać? - zapytał wskazując na zbroję płytową i tarczę.

- Przekładam swobodę ruchów nad stal. - Odpowiedział Alan.

Ludwan musiał być długo i brutalnie bity i dźgany, zanim wyzionął ducha.

Coś, co pełzało po rękojeści miecza ugryzło Hagana w dłoń. Jak uniosłeś rękę do góry, zauważyłeś, że pod twoją skórą pełzał jakiś podłużny kształt. Zresztą niejeden. Doliczyłeś się trzech. Przemieszczały się od dłoni wzdłuż ramienia, stając się coraz mniej wyraźne. Podobnie bolesne ugryzienie poczułeś w stopę.

Święte światło Andre przypaliło jednego z robali pełzającego po Ludwanie. Znieruchomiał. Hagan w przerażeniu zauważył oślizgły kształt o okrągłej paszczy pełnej ostrych kłów. Zaczął się dusić na myśl, że podobne robale właśnie przedzierają się przez jego ciało. Zwłoki Ludwana zaczęły się trząść. Robactwo zwęszyło świeży pokarm. Spod zbroi płytowej wypełzała plugawa masa oślizgłych robali.

Hagan odskoczył od trupa przerażony. Modlitwy Andre sprawiały, że robactwo nieruchomiało od świętego światła, ale był to bardzo powolny proces - zaledwie pojedyncze sztuki przestawały się ruszać.

- Martwi definitywnie nie będą mogli zaśpiewać pieśni o odwadze jednych i jej braku u drugich… - Tyfos zwrócił się "pokrzepiająco" do Georga.

George przykucnął sobie w rogu, tak żeby mieć ścianę za plecami i nie zwracał zanadto uwagi na odgłosy dochodzące od Tyfosa.

- Ognia, głupcy! Dajcie ognia! Musimy wypalić jego rany zanim będzie za późno! - Krzyczał Alan do Andre, George'a i Tyfosa.

Było już za późno. Hagan złapał się za serce. Z jego ust wydobył się już tylko zduszony, pełen zaskoczenia krzyk. Upadł na kolana. Z ust pociekła krew. Kąsany i trawiony od środka przez pędraki zgnilizny, zginął tuż obok skatowanego na śmierć Ludwana. Pogromcy, dla którego został jako dzieciak porzucony przez matkę w Słonym Bagieńsku. Wybicie robali po tym ponurym zdarzeniu nie stanowiła dla was większego problemu. Robactwo nie było specjalnie ruchliwe, a wy dysponowaliście zaklęciami i bronią dystansową.

George powoli opanowywał targający nim strach, ale Tyfos wciąż był roztrzęsiony i wolał zostać na górze. Śmierć Hagana tylko wzmogła jego lęk.

- Szkoda chłopaka na tak paskudną śmierć. - Alan już po wszystkim przysiadł na chwilę schodach. - Nawet nie zdążyłem mu postawić kolejki obiecanej za pożyczenie pancerza. - Żadnemu z was słowa Alana nie wydawały się do końca szczerym współczuciem. Był to raczej pusty zwrot, grzecznościowa formułka, rzucona w przestrzeń, by w ogóle coś powiedzieć i rozładować napiętą ciszę.

George, przełamawszy w końcu zaklęcie, zszedł na dół - było już po wszystkim, więc schował miecz, choć zachował tarczę i stanął nad zwłokami Hagana, milcząc. Z tego punktu nie było się gdzie spieszyć, uważał więc by cokolwiek dopadło barda, nie przeskoczyło też na niego i czekał aż Tyfos również otrząśnie się z magii, a Andre z zastoju. Chociaż uwagi Alana skwitował tylko gniewnym mruknięciem, pozostawanie w bezruchu zbyt długo nie było w dżordżowej naturze, więc uczciwszy towarzysza dłuższą chwilą ciszy i zauważywszy, że Tyfos wciąż nie schodził by do nich dołączyć, George dźwignął zwłoki Hagana i wyniósł na górę. Złożywszy zwłoki w jadalni, i pamiętając by zamknąć oczy i ułożyć je w godnej pozycji, wrócił na dół, rzucając po drodze Tyfosowi znaczące spojrzenie. Następnie zabrał się za wynoszenie Ludwana, co poszło znacznie ciężej, więc o ile Andre mu nie pomógł, ostatecznie wyciągnął go po schodach - pomocy Alana nie był skłonny przyjąć.

Wykonawszy tą pracę, o ile ciało Hagana zostawił nietknięte, tak Ludwanowi nie przysługiwały podobne przywileje - póki miał czas i zanim znów coś na nich napadnie, George zaczął metodycznie odzierać trupa z cennego pancerza.

Kiedy George skończył, co zajęło trochę czasu, w drzwiach czekał na niego... kościotrup. Nie z pazurami gotowymi rozszarpać jego mięso i kości, a pergaminem zaciśniętym w kościstej dłoni, którą wyciągnął w stronę Pogromcy. George bez namysłu wyszarpnął miecz i ciął nieumarłego.

Kapłan odmówił krótką modlitwę nad ciałem towarzysza. Doceniał jego towarzystwo i obiecał sobie wyprawić mu godny pogrzeb, zarazem karcąc siebie w myślach, że nie zdążył uchronić go przed tym losem. - Okrutny los zadrwił z naszego Hagana. Odnalazł Ludwana tylko po to by obok niego umrzeć.

Szkielet nawet się nie bronił. Pod naporem ciosów szybko zamienił się w stos kości. W pergaminie zawinięty był kwiat róży, wykonany ze szczerego złota i w sposób tak rzeczywisty, że niemożliwym było przypuszczać, iż dzieła tego dokonał zwykły rzemieślnik. Prędzej uwierzylibyście, że ten kwiat został zamieniony w złoto... czyżby legendarnym dotykiem Casworana?

Do kwiatu dołączona była wykaligrafowana wiadomość:

Cytat:
"Drodzy najemnicy, poszukiwacze przygód, grotołazi, łowcy skarbów, Pogromcy (niepotrzebne skreślić),

Mój dom został zajęty przez intruzów, którzy zdążyli mnie zniewolić magicznymi pieczęciami, choć nie na długo, jak sami widzicie. Jeśli zależy wam na złocie podobnym do tego, które obecnie trzymacie w swych chciwych, zbroczonych dłoniach, mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Przepędźcie ich raz na zawsze, a mnie zostawcie w spokoju, abym mógł dalej prowadzić badania i eksperymenty. Jeśli akceptujecie ten wyjątkowo korzystny układ, wetknijcie czytany właśnie pergamin w prawy oczodół posłańca i pozwólcie mu wrócić do mnie w jednym kawałku. Jeśli nie, cóż... nie ujrzycie ani grama złota więcej, a ja postaram się zamienić wasze nędzne życia w prawdziwe piekło.

PS To przemytnicy, którzy dozbrajają jaszczuroludzi na zgubę waszego - i niegdyś mojego - ukochanego miasteczka.

Arcyalchemik Casworan"
Spojrzeliście jeszcze raz na stertę kości, w którą obróciliście posłańca. Po ciosie zadanym przez George'a było już chyba za późno na przymierze z nieumarłym alchemikiem...

Andre schował wiadomość do jednej z ksiąg, którą zabrał z biblioteczki, różę zaś wręczył do pierwszej ręki, która po nią sięgnęła. Z zabranej z biblioteczki księgi, dokładnie "Metafizyki Matematyki", przy otwarciu wypadł fragment starego pergaminu. Andre podniósł skrawek zwoju. Po przeczytaniu kilku słów zmarszczone czoło świętego jeszcze bardziej spochmurniało.

- Musimy dorwać tych skurwysynów zanim uciekną, a Casworana zostawić na koniec. Wątpię żeby udało mu się wyrwać z niewoli, nie uwierzę w to dopóki nie zobaczę ciał tabaxi w piwnicy.

- Casworan dobrze. Jakieś przemytniki ci po co, teraz i tak sami się zmyją. Jak chcesz coś jeszcze robić, to można na piętro zajrzeć, a potem spalmy tę budę. Ale ja bym wracał.

Usłyszeliście ostrożne kroki. Dochodziły od strony frontowych drzwi. Jakiś długowłosy mężczyzna. Tylko jeden. Z kuszą w rękach. Pochylał się nad martwym tabaxi. Wszędzie byście poznali tą wytatuowaną twarz. Kiedyś już go mijaliście na ulicy miasteczka, a i w karczmie nieraz widzieliście. Przypatrywał wam się, jak tego dnia ruszaliście w stronę nawiedzonego domu, ale do żadnej rozmowy nie doszło. Wcześniej od czasu do czasu widywaliście go także rozmawiającego z radnym Elianderem czy czarodziejem Keledekiem Milczącym, który do Słonego Bagieńska przybył z odległej wyspy Ket. Nazywano go Rakhalimem.

- Pst... - Alan przykleił się do ściany z kuszą gotową do strzału i kiwnął porozumiewawczo głową.

 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-04-2020, 22:39   #8
 
Hungmung's Avatar
 
Reputacja: 21543 Hungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputację
Mężczyzna wyprostował się na widok Alana zostawiając kuszę na ziemi. Uniósł ręce nad głowę chcąc upewnić was, że nie stanowi zagrożenia. Na jego twarzy odmalował się szeroki uśmiech.

-Oho! Znalazłem was wreszcie. Jak mu było... Eliander! Eliander rzekł mi, że będziecie się tu kręcić. Mam wam pomóc w plądrowaniu tej ruiny. Znam w Bagieńsku człowieka, który dobrze zapłaci za, hmm, pamiątki po Casworanie.

-Znacie się? - Alan zapytał Pogromców podejrzliwie.

-Zanim uciekną chciałbym się dowiedzieć co i dla kogo tutaj robili. Obawiam się, że to co napisał Casworan o przemycie może być prawdą i niebawem będziemy tu mieli bitwę przy której twoja obrona miasteczka przed goblinami będzie trywialną potyczką... a alchemikowi nigdzie się nie śpieszy, zdąży zapłacić za śmierć Hagana.

-Z widzenia. Rakhalim, adept sztuk mistycznych jeżeli mnie pamięć nie myli? Szkoda, że spotykamy się dopiero teraz.

- Święty zna moje imię? - zdziwił się czarownik. - Doprawdy, jestem zaszczycony. Możecie mówić do mnie Rake. Jeżeli dobrze słyszę, twierdzicie, że ten alchemik nadal żyje? Ciekawe.

Alan opuścił kuszę. Przysłuchiwał się kiełkującej rozmowie.
- Caradoc też ma tatuaże. Całe ręce wytatuowane. Zaraza na czarokletów i ich zagadkowe wzorki. Popieram świętego. Dorwijmy przemytników. Zaszli mi za skórę. Alchemika też.

- Eliander wspominał mi między innymi o Tobie gdy rozmawialiśmy o potencjalnych możliwościach rozwiązania problemu tego domostwa. Jeżeli o alchemika chodzi to jest jeszcze żywy w swym nieżyciu, ale z boską pomocą nie na długo. Skoro szkielet otworzył naszą barykadę to możemy równie dobrze iść tym tropem. Tam ostatnim razem udały się zwierzoludy.
Kapłan w skrócie opowiedział nowo przybyłemu co wydarzyło się w nawiedzonym domu i podzielił się ponownie zmartwieniem iż grozi większe niebezpieczeństwo w postaci jaszczuroludzi którzy są zaopatrywani w broń przez koto-podobnych skurwieli.
Czy udało Ci się podsłuchać coś o planach tabaxi w czasie swojej niewoli Alan?

- W piwnicy z nimi nie leżałem. Nasłuchałem się za to szczurzych pisków... Mają nie tylko tabaxi. Hobgobliny. Pirackie mordy. Nieciekawe towarzystwo. Dużo pracy dla naszych.

Rake pokiwał głową na słowa kapłana. Po tym co usłyszał od Alana podrapał się jednak w zamyśleniu po głowie.

- I taka banda troglodytów miałaby zniewolić arcyalchemika? Muszą mieć wśród swoich kogoś biegłego w sztuce. Dogadajmy się z Casworanem. Jeden szkielet więcej nie powinien być dla niego problemem, a obie strony sporo na tym zyskają. Nie nadepnąłem mu jak dotąd na odcisk, więc mogę zejść się z nim rozmówić. O ile nie macie nic przeciwko?

- Jego dotychczasowa szaleńcza natura i atak kulami kwasu nie zyskały wśród nas aprobaty. Przed atakiem nie zadawał pytań, dopiero teraz natrudził się do rozmowy. Być może odbudowuje w tym momencie swoją małą armię. Szczerze wątpię, że we wcześniejszym ataku nie skorzystał z pełni sił. Poza tym zniszczyliśmy posłańca, więc spodziewałbym się kolejnej zasadzki.

- Atakował intruzów w swoim domu. - Czarownik wzruszył ramionami, po czym dodał rozbawionym tonem. - Postąpiłbym tak samo. Oddam mu nowsze... naczynie, za to które rozbiliście. Im więcej zyskamy sojuszników, tym mniej zginie w ataku przemytników.

Rakhalim złapał za zwłoki tabaxi i wspomagając się wyczarowaną przez siebie magiczną dłonią zaczął ciągnąć je w stronę zejścia w którym pogromcy ostatni raz widzieli Casworana.

- Ja zaś zaatakowałbym tych którzy mnie rzekomo zniewolili, a później zająłbym się intruzami. -Kapłan stanął na drodze czarownika.

Rake zatrzymał się i wyprostował. Prychnał na słowa kapłana i stanął blisko patrząc mu przez chwilę prosto w oczy w milczeniu.

- Ach, rozumiem... Masz swoje ideały? Nie zadajemy się z nieumarłymi co? Dobrze, że jesteś gotów poświęcić za nie życie towarzyszy i mieszkańców Bagieńska.

- Zakończę szaleństwo alchemika, albowiem jego istnienie jest obrazą dla Pana Światła. Jeżeli jesteś na tyle głupi by zaufać szaleńcowi - proszę bardzo, droga wolna - idź, ale sam.

- Ohoho! Mocne słowa. Tylko czyim kosztem masz zamiar to zrobić? Zachowaj tą gadkę do szkółki kościelnej. Ten młody blondyn, który tam leży martwy pewnie już ją łyknął, co? Hahaha! - czarownik szybko powstrzymał śmiech, a jego twarz gwałtownie zmieniła wyraz. Zwrócił się do Andre chłodnym tonem. - Jestem człowiekiem kompromisu. Niech będzie po twojemu. Upewnij się jednak, że nikt nie będzie musiał okupić krwią, ciężaru twojej decyzji. Pan Światła chyba nie byłby zadowolony ze sługi, którego błędy niewinni przypłacają życiem?

- Masz niezły tupet przychodząc tu, obrażać naszego zmarłego towarzysza, prawić mi morały i zaprzyjaźniać się z naszym wrogiem. Stąpasz po cienkim lodzie guślarzu, więc lepiej ugryź się w język i pokaż nam żeś wart więcej niż zwykłe „wypierdalaj”.

- Taki miałem zamiar. Aby jednak namówić Carworana na wzajemną pomoc, potrzebowałbym zgody każdego z was na taki sojusz. A na twoją jak widzę nie mogę liczyć. Cóż, walka ze wszystkimi to też jakaś opcja, choć bardziej ryzykowna. - Rakhalim rozłożył bezradnie ręce. - Oj, nie gniewaj się już na mnie. Czasem Rake'owi brakuje trochę wyczucia, ale jestem pewien, że jeszcze się zaprzyjaźnimy.

-Słucham, patrzę, ale nie pojmuję... idziemy po nich, czy damy im jeszcze trochę czasu na przygotowanie obrony i kolejnej pułapki, co? Na pewno w tej chwili nie zajmują się pieczeniem ciasteczek i parzeniem herbatki w oczekiwaniu na wizytę naszego nowego kolegi - powiedział Alan.

Zgodnie z tym, co przewidywaliście, drzwi i ciężary blokujące znajdujące się w salonie zejście w podziemia przepalone były kwasem. Stąd musiał wyleźć posłaniec Casworana. Zeszliście po solidnych, kamiennych schodach. Ta ukryta część piwnicy była o wiele większa niż ta znajdująca się pod kuchnią. Po waszej prawej stało dziesięć niepościelonych łóżek. Każde z drewnianą skrzynką poza ostatnim. Na wprost widzieliście długi stół, przeniesiony tu chyba z innej części domu, przy którym niedawno jedzono posiłek podgrzany na palenisku. Otoczony był przez krzywo zbite taborety. W pobliżu pieca zwisała na sznurze duża szynka. Pomieszczenie kończyło się dwojgiem drewnianych drzwi, z które jedne były opisane runami, już częściowo zmazanymi. Obok leżała także belka, która niegdyś musiała blokować drzwi od tej strony. Była lekko pęknięta, jakby coś ze środka pokoju usiłowało się wydostać. Podobne runy, jednak w nienaruszonym stanie, wypisane były wokół już nie tak sekretnego przejścia. Kolejne, ukryte w ścianie przejście, wypatrzył Andre koło paleniska. Łączyło sekretną część piwnicy z kuchenną.

Połączenie faktów nie stanowiło dla was większego wyzwania. Caradoc musiał zniewolić Casworana w pomieszczeniu opisanym runami. Kiedy zaczęliście sprawiać mu kłopoty, zamazał zaklęte symbole i uwolnił nieumarłego alchemika, a sam wraz z przemytnikami uciekł przez sekretne przejście, chronione przed Casworanem przez runiczną magię.


- Dziesięć wrednych impów schowanych w cieniach. Każdy pewnie uzbrojony w kuszę lub łuk. - Mruknął do siebie czarownik. - Rzucimy ich dusze na pożarcie Przedwiecznemu. O tak... Z Casworanem nieopodal łóżek musieli niewiele spać.

Rake wyciągnął z plecaka i podpalił pochodnię, a następnie wyczarował magiczną dłoń. Chwilę później pochodnia lewitowała już jakieś 30 stóp przed nim oświecając odleglejszy fragment pomieszczenia.

Ani żywej duszy. Śladu po Casworanie i jego nieumarłych też nie było.

- Chcecie najpierw przetrząsnąć te skrzynki, czy szukamy dalej? - Zapytał Rakhalim.

- Zostawmy to na później. Możesz tą rączką sprawdzić pomieszczenie z wytartymi runami? Masz jeszcze te mikstury Tyfosie? Mogą się teraz przydać.

Po chwili szperania pod płaszczem w długich palcach młodzieńca zmaterializowały się dwie fiolki.

- Na zdrowie - powiedział, podając szkła.

Andre wylał kilka kropel z fiolki na skórę obserwując ewentualne zmiany.

Nic się nie stało.

- Ach, z pewnością - odparł Rake, choć dalej przyglądał się z fascynacją miksturom. - Chcesz je przetestować na tym młodzieńcu? - zapytał zaciekawiony.

- Nie, możemy się z nimi wstrzymać. Czyń swą magię, musimy sprawdzić czy szaleniec tam dalej siedzi. Proponuję się rozproszyć.

George większość rozmów spędził na poprawianiu ułożenia pancerza, a resztę po prostu przeczekał. Zgodził się ponownie prowadzić grupę, choć teraz robił dużo więcej hałasu - mimo to czuł się pewniej.

Magiczna dłoń trzymająca pochodnię polewitowała w stronę drzwi, kiedy pogromcy ruszyli w ich kierunku. Rakhalim przyglądał się runom z zainteresowaniem.

- Niezwykłe. Jeżeli uda nam się znaleźć tego, kto je tutaj umieścił, to chciałbym was prosić o wzięcie go żywcem.

Runy nad pomieszczeniem obranym przez was za kolejny cel były już co prawda pozamazywane i pozacierane, ale Rakhalim miał okazję przyjrzeć się tym wykreślonym wokół sekretnego przejścia, przez które najprawdopodobniej uciekli przemytnicy. Złożoność znaków wykraczała poza twoje obecne możliwości rozumienia sztuk tajemnych, ale były podobne do tych, które malowano w okręgach mających chronić czarodziejów przed zaklętymi istotami, czy to żywiołakami, czy diabłami, czy nieumarłymi właśnie.
Obskurna komnata swoją pustością oznajmiała, że była tylko przedsionkiem do kolejnego pomieszczenia. Przymocowane do ściany łańcuchy z sześcioma parami kajdan zdradzały, że eksperymenty Casworana na szkieletach, a wcześniej pewnie na żywych istotach, nie były nigdy dobrowolne. Taka była cena geniuszu.

Stąpaliście po potłuczonym szkle, jeszcze mokrym od jakichś płynów i resztkach glinianych naczyń, omijając walające się tu i ówdzie miedziane garnki i oleiste kałuże. Na wasze kroki odpowiadała tylko wszechobecna cisza.
Wasze nosy odnalazły laboratorium Casworana jeszcze zanim przekroczyliście próg i nie były z tego szczególnie zadowolone.

Warsztatowy stół zastawiony był najrozmaitszymi słoikami z proszkami, fiolkami z cieczami, naczyniami i przyborami, zabarwionymi na różne kolory. Niektóre z fluidów obficie rozlały się na podłogę.

W powietrzu unosił się ciężki zapach oliwy i ostrych substancji.
Na krześle przed stołem siedziała sylwetka. Odwrócona do was tyłem, zajęta studiowaniem jakiegoś opasłego wolumenu mimo że kikut świecy nie był rozpalony. Nawet nie zareagowała na wtargnięcie do laboratorium.
Już widzieliście tą czarną szatę, haftowaną mistycznymi symbolami, i ten spiczasty kapelusz.

Casworan! Lewą kościstą dłoń podpierał na czaszce wykonanej ze szczerego złota. A więc w legendach było ziarnko prawdy...


- Powstrzymajcie się proszę przed atakiem! Przemytnicy są prawdziwym zagrożeniem - rzekł Rake do towarzyszy.

Czarownik wysłał też do alchemika telepatyczną wiadomość:
"I ty proszę, zaniechaj swojego gniewu arcyalchemiku. Strach i ignorancja kazała tym głupcom uszkodzić posłańca. Proponuję sojusz na którym możemy wszyscy skorzystać. Śmierć tych troglodytów, twój spokój od wścibskich oczu, a w przyszłości wymiana źródeł wiedzy."

Alan spojrzał na Rakhalima i... nic nie zrobił. W gębie był mocny, ale może nie zamierzał decydować za was. Trzymał dłoń na spuście kuszy wycelowanej w plecy arcyalchemika.

Zaś Casworan przerzucił tylko stronę czytanej książki na kolejną.

Pomóż nam pokonać twych oprawców alchemiku. Udowodnij, że nie jesteś kompletnym szaleńcem i uchroń to miasto przed zgubą - rzekł Andre.

- Ale szkielety to nie - dodał George stanowczo, wykazując oznaki niedoboru wpierdolu.

Casworan wstał. Odwrócił się w waszą stronę. Jego szkielet był tym razem nie biały... a szaro-metaliczny? Zupełnie jak kości nieszczęśników, na których eksperymentował. Kiedy zdaliście sobie sprawę, że to nie arcyalchemik stoi przed wami, a tylko jego żałosna marionetka, było już za późno. W kościstej dłoni błysnęła fiolka alchemicznego ognia. A poźniej było już tylko piekło, zgodnie z tym, co obiecał Casworan. Kiedy alchemiczny ogień zapalił substancje rozlane na podłodze, całe laboratorium stanęło w piekielnych płomieniach.

Strzała Tyfosa pomknęła przez płomienie. Grot strącił czaszkę szkieleta. Masa kości rozpadła się i zniknęła w ogniach. Tyfos rzucił się ku drzwiom i z przerażeniem zauważył, że ktoś je zamknął tuż przed jego nosem!

W podziemiach rozległ się demoniczny śmiech Casworana.


- Jesteśmy zamknięci!

- Aaaa! Parzy! Pieprzony alchemik! - Darł się Rake.

W przypływie wściekłości i desperacji, czarownik bez większego namysłu cisnął falą energii w najsłabsze, w swoim mniemaniu miejsce w ścianie.

Popękana ściana ustąpiła przed mocą Rakhalima, ukazując zamurowany tunel jaskini. Na jego końcu tańczyły jakieś kuliste światła.

W migotliwym blasku dało się dostrzec jakieś sylwetki. Mimo skwierczących płomieni usłyszeliście okrzyki pełne zdumienia.


- Robi wrażenie, może cię nie zabiję! - Wykrzyczał szyderczo niski, pewny siebie głos. Roześmiał się, ale nagle ucichł.

- W ciągu jednego dnia straciliśmy kompana, kryjówkę i zarobek... zabijcie łajdaków, którzy to sprawili!

Alan nie zastanawiał się długo. Rzucił się w stronę tunelu odkrytego przez zaklęcie Rakhalima. Kiedy hobgoblin i brodaty mężczyzna czyhający na jego końcu już nastawiali broń, krzyknął:


- Stójcie, chłopaki! To ja, Ned! Na lanie za samowolę może i zasłużyłem, ale chyba nie dacie mi spłonąć razem z tymi przegrywami? - Zdradziecki "Alan" stanął za plecami swych kolegów z kuszą wymierzoną prosto w was.

Tyfos i George siłowali się z drzwiami. Były podstępnie zablokowane przez Casworana belką z drugiej strony. Rakhalim dał znak, by się odsunęli. Mistyczne uderzenie wyrwało drzwi z zawiasów i złamało zasuwę. Droga była wolna! Czarownik rzucił się w stronę piwnicznych schodów.

Aaaau! Cholera, jak to piecze! - zaklął Rake biegnąc przez drzwi i nie oglądając się za siebie. - Bierzcie Świętego i wiejmy stąd!

Hobgoblinowi ogień był mniej straszny niż gniew Caradoca. Zobaczywszy ucieczkę Rakhalima, bez namysłu rzucił się z bronią na Tyfosa. Pchnięty mieczem i dotkliwie poparzony wojownik był u kresu sił!

George sapnąwszy zarzucił sobie nieprzytomnego kapłana na ramię i osłaniając się tarczą popędził do wyjścia. Wybiegliście wszyscy z piekielnej pułapki Casworana, słysząc za plecami wrogie okrzyki i przekleństwa. W piwnicy jednak nie było wcale mniej ciepło niż w płonącym laboratorium. Z wyjścia, do którego się kierowaliście, dobiegał dym. Czyżby szalony arcyalchemik podpalił cały dom!? Wtem! Płonące bele spadły z trzaskiem i iskrami na piwniczne schody. George zatrzymał się nagle i odruchowo osłonił twarz rękami. Zostało wam tylko jedno wyjście. Przez kuchenną piwnicę.

- Wstawaj Święty. Nie mamy na to czasu! Te śmierdzące małpiszony nas gonią. - rzekł czarownik, w pośpiechu cucąc Andre.

- Nareszcie... zapłacicie za śmierć Manuela!

Zza sekretnego przejścia wypadło dwóch tabaxi z kuszami gotowymi do niesienia śmierci. Żądza zemsty bardziej ich rozpalała niż mogły to uczynić płomienie Casworana. Spadł na was deszcz pocisków.

Raniony Rakhalim ledwo trzymał się na nogach po tym wszystkim, co przeżył w ciągu ostatnich kilkunastu bić serca. Jeden z grotów odbił się od zrabowanej przez George'a zbroi, ale drugi wyrósł z pleców ledwo przytomnego Andre, niesionego przez wojownika. Mimo pomocy Rakhalima święty nie był w stanie sam ustać na nogach. Ktoś musiał go nieść.

Tyfos sforsował sekretne przejście zasunięte przez Casworana wszystkim ciężkim, co znalazł w kuchennej piwnicy. Z płonącego laboratorium powolnym, ciężkim krokiem wynurzyła się czerwonoskóra, zakuta w stal sylwetka.

Hobgoblin!

Mimo ciężkich poparzeń nie zamierzał zawieść Caradoca. Potwór zagrodził wam drogę i zamknął przejście, przez które uciekł Tyfos. Oszalały z bólu, szczerzył do Rakhalima ostre kły i wymachiwał mieczem.

George po pierwszym przypływie sił zaczął odczuwać ciężar pancerza - swojego i niesionego Andre. Uszedłszy ledwie kilka kroków zderzył się z blokującym mu drogę Rakhimem i zatoczywszy się wokół niego cisnął w hobgoblina szpadlem.

Szpadel odbił się od tarczy hobgoblina. Potwór wyszczerzył się szyderczo, widząc waszą desperację. Rakhalim wyszeptał coś pod nosem i, nagle, hobgoblin upuścił miecz i złapał się obiema rękami za głowę, upadając na kolana. Czarownik ominął umierającego w bólach potwora. W płonącej pułapce pozostał tylko George.

Zanim zdążył zabrać nieprzytomnego Andre, brzęknęły cięciwy. Lecz pociski tylko odbijały się od zbroi i tarczy wojownika. Tyfos ruszył ostrożnie schodami. Nigdzie nie było widać Casworana, sam dym i płomienie. George chwycił pewniej zwisającego bezwładnie kapłana i popędził do schodów.

- Do łodzi!

Tabaxi nie rzuciły się za wami w pościg. Wyskoczyliście z płonącej posiadłości przez okno w komórce kuchennej, kaszląc od dymu. Pożar wydawał się nie do powstrzymania.

Georgowi obojętne były losy budynku, jednak próbował odzyskać zwłoki Hagana, przekazawszy wcześniej Andre pod opiekę Rakhalimowi. Mimo najlepszych chęci płomienie szalały już jednak wśród resztek kuchennych sprzętów, więc zmuszony był zrezygnować.

Płomienie pochłonęły tajemnicę złotego dotyku Casworana, przerwały wasze polowanie na przemytników i zabrały ciało Hagana. Jedynym pocieszeniem był fakt, że zagadka nawiedzonej posiadłości została rozwiązana i mieszkańcy Słonego Bagieńska nie będą dłużej dręczeni przez "tajemnicze" światła i dźwięki. Wyglądało na to, że nic tu więcej po was.

- Dobra, trzeba odsapnąć, ale schować się. Z powrotem mogą być gobliny.

George rozejrzał się za dobrym miejscem na krótki odpoczynek, najlepiej takim żeby nie stali na widoku, bo pożar posiadłości z pewnością przyciągał uwagę. Cokolwiek dostrzegł, musiało wystarczyć - przynajmniej drzew parę czy krzaków z dala od płomieni - więc upewniwszy się, że Andre nie umiera, ponownie dźwignął świętego żeby zanieść i ułożyć go w bezpieczniejszym miejscu.

Jako pierwszych dym przyciągnął strażników dróg. Konny patrol przybył najszybciej jak to było możliwe. Eskortowali radnych miasteczka, nagle oderwanych od codziennych obowiązków.

Następnie pojawił się tłum zdyszanych od biegu gapiów, wśród których poznaliście twarze towarzyszące wam w drodze do nawiedzonej posiadłości.
W końcu na wzgórze wjechały skrzypiące beczkowozy. Straż miejska rozpoczęła gaszenie pożaru.

Ciężko ranny Andre ocknął się. Nie usłyszeliście wiwatów. Zbroczeni i poparzeni, bardziej wołaliście o współczucie i zwykłą ciekawskość niż podziw.


- Muszę przyznać, że cała rada też płonie... z niecierpliwości. Powiecie, co tu się stało? - Radny Gellan podał wam piersiówkę wyjętą zza pazuchy.

Pokryta skórą jakiejś egzotycznej bestii, której nawet zawodowi Pogromcy nie potrafili rozpoznać, nie pozostawiała wątpliwości co do statusu Gellana jako najbogatszego człowieka w miasteczku.
Radny Anders, jego służący Trevedic i weteran Eliander wyglądali na przejętych stanem, w jakim znalazł się Andre. Manistrad przybyła odziana na czarno, w żałobie za krasnoludów zamordowanych wczoraj przez niezrównoważonego elfa. Wiekowa Eda tylko spoglądała na was podejrzliwie.

- Mieliście tam gobliny, hobgobliny, wielkie łasice, tabaxi, takie latające krwiopijce rozmiaru kota, szczury wielkości psów, jadowite stonogi jak moje przedramię, gang szmuglujący broń i szkielet alchemicznego nekromanty w piwnicy. Jest jeszcze dwugłowy wąż w studni, ale to już jutro zrobimy. - George wyliczył na palcach, tak żeby niczego nie zapomnieć. - I takie mięsożerne glisty co to zjadły serce Haganowi i nie żyje. Ale przynajmniej świętego wyniosłem. Tyfos nie pomagał. - Jak już miał wolną rękę, George przyjął poczęstunek i łyknął zdrowo, a potem podzielił się z resztą, która nie była Tyfosem.

- Zaraz... „gang szmuglujący broń”?

- Coś tam było, ale to święty czytał.

- Święty mógłby wyjaśnić? Prędzej spodziewałbym się robactwa niż duchów, ale duchów prędzej niż szajki przemytników! To brzmi jak robota dla straży miejskiej czy łowców nagród, a nie Pogromców!

Tyfos machnął ręką po czym zaraz podmuchał na poparzone nań bąble.
- No nic, miało być złoto, a wyszło jak zawsze... - To powiedziawszy młodzieniec poprawił nadpalone odzienie i ruszył ku drzewom z zamiarem oddalenia się.

Mignęła wam w myślach złota czaszka, którą Casworan zostawił w laboratorium-pułapce jako przynętę. Mogliście wyjść stąd naprawdę bogaci. Może chociaż wyniesione książki zainteresują Keledeka Milczącego lub innego badacza wiedzy ezoterycznej. Ciekawe, gdzie teraz podziewał się nieumarły alchemik i jego cenny sekret...

Kiedy Tyfos oddalił się, radna Eda spojrzała za nim, a następnie na was. - Tego mruka wcześniej w miasteczku nie widziałam. To wasz kompan? Skąd się wziął? Dziwny akcent...

- Elfowie tak gadają. Na milę bym poznała. Pewnie biedaka z kołyski porwali. - odparła Krasnoludzica Manistrad Miedzianoloka.

- Andre, George, zawróćcie proszę swojego towarzysza. Nie czas na samotne spacery, kiedy musimy wyjaśnić, co tu właściwie się stało i zaplanować ewentualnie dalsze kroki. To nie przesłuchanie rzecz jasna, ale liczymy na waszą współpracę. - rzekł Weteran Eliander

Andre dochodził jeszcze do siebie. Był zły na siebie, że dał się tak podejść mimo znaków które dostrzegał. Wyciągnął i przedstawił zebranym spreparowaną notatkę Casworana.

Cytat:
"Drodzy najemnicy, poszukiwacze przygód, grotołazi, łowcy skarbów, Pogromcy (niepotrzebne skreślić),

Mój dom został zajęty przez intruzów, którzy zdążyli mnie zniewolić magicznymi pieczęciami, choć nie na długo, jak sami widzicie. Jeśli zależy wam na złocie podobnym do tego, które obecnie trzymacie w swych chciwych, zbroczonych dłoniach, mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Przepędźcie ich raz na zawsze, a mnie zostawcie w spokoju, abym mógł dalej prowadzić badania i eksperymenty. Jeśli akceptujecie ten wyjątkowo korzystny układ, wetknijcie czytany właśnie pergamin w prawy oczodół posłańca i pozwólcie mu wrócić do mnie w jednym kawałku. Jeśli nie, cóż... nie ujrzycie ani grama złota więcej, a ja postaram się zamienić wasze nędzne życia w prawdziwe piekło.

PS To przemytnicy, którzy dozbrajają jaszczuroludzi na zgubę waszego - i niegdyś mojego - ukochanego miasteczka.

Arcyalchemik Casworan"
- Złoto, dobrze usłyszałem? - Zapytał Gellan, oczekując, że udowodnicie czymś "złoty dotyk" Casworana. Na sam dźwięk tego słowa wyraźnie się ożywił.

- Wbrew tej notatce którą otrzymaliśmy Casworan nadal jest sługą - jeżeli nie wspólnikiem w tej sprawie. Prawdopodbnie zaopatrywali kogoś w broń, być może jaszczuroludzi. Musi być pod domem jakiś tunel którym wychodzili poza granice miasta. Poślijcie proszę po znachora który zna się na truciznach, George potrzebuje pomocy której nie jestem w stanie mu zapewnić. Dobrze zapłacimy. Co do Tyfosa... Spotkaliśmy go gdy polował na zwierzynę która się tu zagnieździła. Wspomógł nas i strzelał by zabić więc wątpię w jego przynależność do tego gangu. Ach tak dowód...

Kapłan wyciągnął niechciany kwiat ze szczerego złota.

- O George'a się nie martwcie. Macie moje słowo, że otrzyma pomoc. Nie tylko ja jeszcze pamiętam, jak nam pomógł w walce z tymi małymi, zielonymi skurwysynami.

-A więc w legendach było ziarnko prawdy, niesamowite... - Gellan oglądał złoty kwiat. Stare oczy błyszczały złowrogo od chciwości.

- Wydaje się, że całym przedsięwzięciem zajmuje się niejaki Caradoc wspomagany przez tabaxi, hobgobliny i zdrajcę ludzkiej rasy, Neda -powiedział Andre.

- Caradoc?!

Tutaj Andre opisał skurwiela którego w myślach obdzierał ze skóry.

- Czyli jest Wam znany jegomość?

Czoło Eliandera spochmurniało. - Do tej pory myślałem, że mogą za tym stać Morscy Książęta, zewnętrzny wróg. Caradoc to stara gwardia tutejszych "kupców", znaczy się, przemytników. Jeśli nadepnęliście mu na odcisk, nie możecie spać spokojnie. Na pewno ma wciąż rozległe znajomości w miasteczku. W takim razie radna Eda też się myliła, sądząc, że za śmierć Lorelei odpowiada jakaś przypadkowa, napływowa przestępczość.

Staruszka zmierzyła weterana lodowym spojrzeniem. Nie lubiła, kiedy ktoś jej wytykał błędy.

- A jaki tam towarzysz, w sumie to tego Neda to on przyprowadził, a tego strzelania to trzy strzały do szkodników naliczyłem. Pierwszy do wyjścia, jak co zrobić to znikał, w pizdu z takim. Ale dobra. - George wylawszy żale, ruszył za Tyfosem, żeby go sprowadzić.

- Ej tyyy, tu jeszcze gadać z tobą chcą, byś się przydał do czegoś.

- Zakuty, wojskowy łbie, jeśli śmiesz twierdzić, że którykolwiek z obywateli uciekłby się do handlowania z łuskowatymi mordami, to masz naprawdę nasrane pod tym hełmem! Skąd wytrzasnęliście w ogóle to imię? Nie ma go przecież nawet na tym świstku!

- No i to ten szkielet pisał to kłamane może być. Łeb mu urżniemy, przyniesie się i wtedy będzie wiadomo, co za jeden.

- Zresztą nazywanie nas przemytnikami to wymysł zasranej korony. W czasie wojny ciebie Eliander ani twoich zakutych łbów tu nie było. Nikt nam nie pomagał... ale jak sami wywalczyliśmy sobie pokój, to pazerne chuje się zjechały i potrafią tylko o podatkach gadać. W dupie mam takie gadanie. Wolę chłopom z wiadrami pomóc.

Po minie Eliandera widać było, że się tego spodziewał. Wziął głęboki wdech.

- Tak! - Gellan przytaknął George'owi, niechętnie zwracając wam różę. - Moim zdaniem powinniście wpierw odnaleźć Casworana, bo nie przepadł razem z domem, prawda? Jego czaszka wciąż pewnie skrywa sekrety na wagę złota. Mogę wam w tym pomóc... Znaleźliście coś w tej posiadłości? Jakieś notatki, książki, inne takie cacka jak ta róża? Musimy przeszukać ten dom jeszcze raz, kiedy tylko zostanie ugaszony.

Tyfos nie zatrzymując się nawet obejrzał się tylko na Georga. - Mi też było miło poznać... - Młodzieniec wciąż się oddalał od zbiorowiska.

- Z tego listu wynika, że ten cały Casworan chce tylko kontynuować swoje badania i eksperymenty. Myślę, że mamy jako miasteczko pilniejsze zmartwienia...

- Niezależnie od tych rozważań, nasi Pogromcy zasługują na nagrodę ufundowaną przez radę, prawda? - Głos wreszcie zabrał najmłodszy z radnych. Pozostali radni wyrazili jednomyślnie poparcie, co się rzadko zdarzało.

- Mądrze powiedziane! - Przytaknął Gellan.

- No jak go najpierw widzieliśmy to rzucał w nas kwasem i szkielety ożywione na nas nasłał też. Kto wie co tam bada i czego do tego potrzebuje, może mu się krew żywa zawidzi, albo kiszki z człowieka i wtedy co. Tam coś pakowaliśmy książek żeby sprzedać potem chyba, ja tam się nie znam. A Tyfos jaki jest każdy widzi, ale też nie Pogromca, tylko myśliwy mówił, może mu się w rozumie od umierania poprzewracało.

- Casworan nie dostanie krwi czy kiszek, jeśli zostaną zjedzone przez jaszczuroludzi - rzekł Weteran Eliander.

- Jeśli mieli łódź, szybko znajdą kolejną kryjówkę... hobgobliny, tabaxi? Nie można powiedzieć, że to towarzystwo typowe dla "naszych", a przemytnik czy kupiec, jak zwał tak zwał, zależy od punktu widzenia.

- To też. To zrobimy tak, że Casworana się złapie i tego drugiego też. Po to tu jestem żeby wszystko zrobić. No hobgoblina to jednego widzieliśmy i tak mu ten Rakhalim coś we łbie zrobił, że umarł. Paskudna sprawa. Ja bym zjadł ale coś mnie bierze, to może lepiej bym poczekał na uzdrawiacza żeby nikogo nie zarażać.

- Szkoda, że tylko jednemu hobgoblinowi... - Weteran zmrużył oczy. - Pewnie te dziwne światła, które widać było nocą w nawiedzonym domu, musiały być systemem sygnalizacyjnym dla łodzi przemytników, a nie czarcimi sztuczkami Casworana.

- Ned, który był na ich usługach wspomniał imię Caradoca. W tej kwestii nie kłamał, myślę że miał pewność co do naszej zguby dlatego nie bawił się w głębsze kłamstwa. Jeżeli usłyszę głos tego mościa to na pewno go rozpoznam.

- To brzmi akurat prawdopodobnie. Caradoc miał nie tylko żyłkę do handlu, ale i do magii.

- Zapewne, a co do Casworana i jego eksperymentów. Obawiam się, że tajemnica przemiany w złoto jest o wiele bardziej mroczna niż nam się wydaje. W lochach widzieliśmy więzienie, a szkielety z którymi walczyliśmy musiały być ofiarami jego niecnych eksperymentów - odparł Elianderowi Andre

Nie angażując się w rozważania weterana, Gellan podszedł do George'a. - Pokażcie te księgi, pewnie chętnie odkupię.

George słyszał jak Gellan swemu słudze rozkazał, aby w wolnej chwili sprawdził akta posiadłości Casworana. Andre wyciągnął resztę książek, które zabrał. Sprawdził jeszcze raz tytuły. Może któreś z nich zainteresowałyby go swoją zawartością? Wyciągnął również rozmazaną notatkę.

Gellan przekartkował każdą z książek. - Co mi tam, wezmę wszystkie. Ile chcecie?

- Tak, potrzeba kogoś wprawionego w sztuce. Nie jestem w tej kwestii pewny swoich możliwości, ale o świcie wzniosę modły do Słońca by ulżyło twe cierpienie.
Dogadajcie się z Rakhalimem, muszę coś jeszcze zrobić.

Kiedy Eda ostygła, przyprowadziła Wellgara z Solanki, kapłana dawnej, morskiej wiary, wciąż dominującej w miasteczku.
Długo mamrotał. Kreślił w powietrzu kręgi drewnem - szczątkiem okrętu wyłowionym z morza. Oblał wojownika obficie słoną wodą z bukłaku pokrytego mistycznymi wzorami. George już zaczynał czuć się lepiej. Po odprawieniu rytuału cudotwórca wydawał się wyglądać na zmęczonego.

Andre zbliżył się na tyle ile pozwalały płomieni i rozpoczął obrzęd odesłania duszy Hagana na ostateczny spoczynek.

George był bardzo zadowolony, chociaż nie miał nic żeby zapłacić, ale obiecał, że jak dostanie swoja działkę to da ile trzeba, no i jakby coś Wellgar potrzebował to mu znajdzie, bo jak się chodzi to różne rzeczy się znajduje. I Edzie też.

Rakhalim wycenił księgi na sto sztuk złota każda. Same białe kruki. Gellan zgodził się na taką cenę.

- Musimy jak najszybciej poznać zamiary jaszczuroludzi... - Weteran Eliander kontynuował nieoficjalna naradę, kiedy Andre wrócił z żegnania kompana.

George podrapał się po głowie.

- Zaraz... a nie byliście wczoraj na bagnach? Może wypatrzyliście po drodze jakieś miejsca, które stanowiłyby dobre miejsca na kryjówkę? Albo legowisko... - zapytał radny Anders.

- No to moglibyśmy tam pójść wtedy. - Powiedział George zadowolony, że nie musiał wymyślać sposobów, a tylko zastosować znane sobie środki.

Andre spojrzał na martwego psa, który towarzyszył mu przy wyprawie na bagna. Na twarzy pojawił się grymas jakby olśnienia i wyciągnął z plecaka maskę kultysty z podziemi.
- W kurhanach na bagnach odprawiano rytuały. Spotkaliśmy kultystów ale zanim cokolwiek zdołaliśmy wyciągnąć zaatakowały nas ożywione przez mroczną magię krasnoludy. Zabiły kultystów, a reszta która zbiegła w głąb labiryntu obudziła coś straszliwego na swą zgubę. Nie wiem czy to miejsce może być powiązane, ale Hagan wspominał, że tunele ciągną się na wiele kilometrów.

- Chyba wiem, o których krasnoludach mowa. - powiedziała zaniepokojona Manistrad. - Byli Pogromcami. Nigdy nie wrócili z wyprawy na gobliny... ale tropili ich nie po bagnach, a w jakichś nadbrzeżnych ruinach. Przy piwie wspominali o... wieży?

- Rzeczywiście miałem na myśli ruiny na wybrzeżu. Jeszcze wracam do siebie po tym całym zamieszaniu - poprawił się Andre.

Gellan wziął za pozwoleniem maskę w dłonie.

- Niejeden alchemik, żywy oczywiście, powiedziałby, że jesteście magnesem ściągającym kłopoty. Jako rada powinniśmy zastanowić się nie nad nagrodą, a raczej nad przepędzeniem was na inną wyspę. - Zażartował.

- Mówi wam to coś? - Spojrzał po zebranych. - Jeśli nie... też bym chętnie odkupił! Srebrne to i kunsztownie wykonane.

- To wspaniałe księgi - zachwalał Rake, który do tej pory bardziej był zajęty spisywaniem tego co widział w domu alchemika i próbami odwzorowania run z pamięci. - Z całą pewnością zawierają wiele cennej wiedzy. Chętnie podyskutowałbym z radnym na temat tego znaleziska... w jakimś spokojniejszym miejscu.

- Rakhalimie, to pomówmy o księgach przy kolacji u mnie, tak jak ostatnim razem. Koniecznie dzisiaj, bo czas to pieniądz. Może też Keledeka udałoby się na wspólny posiłek namówić? Wytrawne wino, dobre jedzenie, jeszcze jakiś zdolny bard by się przydał, co by upamiętnił ten dzień w pieśni... - Radny zastanawiał się na głos. - Co tam mówię, całe miasteczko powinno świętować ten dzień, kiedy przestaliśmy żyć w cieniu nawiedzonego domu!

Radny poinstruował kilku zaufanych ludzi, aby zajęli się organizacją mini-celebracji. Prawie wszystkie koncerty, festiwale i sztuki w Bagieńsku odbywały się z jego inicjatywy i sakiewki.


Kiedy straż miejska ugasiła pożar, a przypadkowi gapie się przerzedzili, postanowiliście przeszukać zgliszcza posiadłości. Jaskinie były zupełnie puste. Od momentu, w którym zaalarmowaliście przemytników przez hałaśliwe zaklęcie, zdążyli załadować całą kontrabandę na łódź i uciec. Laboratorium Casworana spłonęło doszczętnie.
W pomieszczeniu, które musiało być czymś w rodzaju prywatnej kwatery Caradoca, spłonęły wszystkie książki. A musiał mieć ich wiele. Jakimś cudem uchowała się jedynie niewielka szkatułka.W środku znajdowało się dwanaście świec, hubka i krzesiwo oraz fragment pergaminu:

"_ . . . CZY JEST BEZPIECZNIE
. _ . . BEZPIECZNIE
_ _ _ GOTOWY DO ROZŁADUNKU"

Rakhalim wyciągnął z plecaka swoją księgę i zaczął przepisywać zawartość pergaminu. - Małe, wredne impy komunikowały się przez odległości między światłami? Jeśli nadarzy się okazja, można będzie to wykorzystać przeciw nim. Następnym razem będą wyły w męczarniach. - mruknął do siebie uśmiechając się przebiegle.

Rakhalim wydawał się mieć rację. Notatka wyglądała jak lista sygnałów do komunikacji między kryjówką przemytników a załogą okrętu.

- Zostawmy tą szkatułkę nienaruszoną - zaproponował czarownik. - A gdyby ktoś pytał, to nic nie znaleźliśmy. Może któryś z troglodytów po nią wróci. Wtedy nie będą podejrzewać, że znamy te ich szyfry.

- Może być. To teraz chodźmy jeść, bo jeszcze nagroda miała być. A jak znać Tyfosa to wszystko zabierze. Ja bym go nie brał więcej.

***

Na trakcie pomiędzy Słonym Bagieńskiem a Przymorzem robiło się już ciemno, ale całe szczęście widzieliście już światła miasteczka, a konne sylwetki w oddali musiały być patrolem straży miejskiej. Reszta pieszej wędrówki zapowiadała się bezpiecznie.

-Śmierć! Widzę śmierć!
-Woda!
-Tylko ona cię uchroni!
-Kra!

Skrzekliwy głos dochodził od strony wiekowego dębu. Na powykręcanej gałęzi siedział kruk. Wpatrzony był w Andre. Jego pióra wydawały się czarniejsze niż czerń - to najlepsze, co przychodziło wam do głowy, gdyby ktoś nagle poprosił o opis ptaka.

Andre przywołał ptaka gestem. Kruk nie zareagował, ale spośród drzew wyszła wykolczykowana kobieta w kolorowych szatach.

- W przyszłość zagląda i tylko prawdę mówi...

Tymczasem gdzieś tam samotnie wędrujący Tyfos usłyszał, jak coś chrzęści pod jego butami. Ze zdziwieniem zauważyłeś, że był to lód, choć do zimy było jeszcze daleko, a i ostatnie dni nie były przesadnie chłodne. Pojedynczy sopel zwisał z pobliskiego drzewa. Kilka kroków dalej widziałeś zamarzniętą kałużę. Warstwa szronu pokrywała okoliczne rośliny.

- Kimże jesteś?

- Zawsze ma taki komitet powitalny? - Zapytał szeptem Rake stojącego nieopodal George'a. - Anielski magnetyzm, ani chybił.

- Lepiej zapytać, kim możemy być. Przyjaciółmi? Jak sądzisz, Trójoki? - Zwróciła się do kruka. - Możecie mówić mi Oriana.

Trójoki zakraczał jak najzwyklejszy kruk.

-Przemówił! Powiedział, że dzieli ludzi na miedzianych, srebrnych i złotych. Pozwoli mi być waszym przyjacielem tylko, jeśli okażecie się tymi złotymi.

- Przyjaciół nigdy za wiele. Prawda mój Aniele? - Powiedział Rake szczerząc zęby do Andre i wyciągając z sakiewki złotą monetę. - A wiedza cenniejsza jest od złota.

Oriana zgarnęła monetę chciwie. Jednak kruk milczał.

W końcu kraknął. Jeden raz. Jak zwykły kruk.

- Przemówił! Za małe to wyrzeczenie, powiada. Tylko prawdziwie wdowi grosz pozwoli zajrzeć tam, gdzie nikt jeszcze nie miał okazji zaglądać.

Kapłan jedynie przewrócił oczami na komentarz nowego kompana i na próbę wyłudzenia pieniędzy przez ,,wyrocznię".

- Powiedz nam proszę jak działa widzenie twego kruka, w końcu to nie sroka żeby być łasym na błyskotki.

- Przepowiadanie przyszłości to nie jeden plus dziewięćdziesiąt dziewięć jak liczenie złotych monet...! - Odpowiedziała żartobliwie by zamaskować szczere oburzenie. - Ja jestem tylko skromną powierniczką tego starożytnego ducha. Czasami sama się wstydzę, że tyle żąda!

Andre wręczył cygance dziesięć złotych monet bez słowa.

- Gdyby ktoś ostrzegł cię przed śmiercią lub twego bliskiego, a co więcej, nawet powiedział, jak tej śmierci uniknąć, też wręczyłbyś mu ZALEDWIE garść monet...!? Na ile siebie kochasz? Na ile kochasz swoich kompanów? Na jedenaście lwów? - Oriana spojrzała na George'a i Rakhalima.

Kapłan wyciągnął z tobołka wymiętolony dziennik i przekartkował go przez chwilę.

- Trudno mi uwierzyć wieszczowi, o którym nic nie słyszałem. Znaj mą dobrą wolę. Podziel się swoją wiedzą, a ja nagrodzę Cię lwami... o ile będzie to więcej niż woda czy zagrożenie.

- No raz widziałem takie przedstawienie, że koleś miał wieszczoną zagadkę co to ją zrozumiał dopiero chwilę zanim umarł. To taki słaby biznes w sumie był - powiedział George.

- Trójoki już okazał dobrą wolę! Teraz pozostaje tylko błagać go o więcej... albo odejść.

- Rakhalimie, kruk rzeczywiście ma coś w sobie, myślisz że byłby z Tobą skory do rozmowy? - Palnął Andre grzebiąc w sakiewce.

Oriana była już wyraźnie zrezygnowana waszym niezdecydowaniem. Wtem! Trójoki spojrzał na Rakhalima.

- Kreatura!
- Ohydna kreatura!
- Potknie się!
- O wiadro!
- Kra!

Oriana z wrażenia upadła na kolana.

- Przemówił!

Szybko jednak obtarła wilgotne oczy i wstała. Na twarzy pojawiła się dawna pazerność. Przywołała na swój sposób kruka na rękę i obróciła się na pięcie, nawet nie żegnając. Rakhalim gapił się na kruka szeroko otwartymi oczami jeszcze przez kilka chwil.

Zazwyczaj do bólu poważny Aasimar zaśmiał się, trochę złowieszczym tonem - ale jednak! Pokazał, że jest i do tego zdolny. Zakrył uśmiechnięte usta i drugą ręką pokazywał kobiecie by zawróciła.

George z tego punktu roześmiał się zdrowo, bo ciężko byłoby nie, ale sam efekt komediowy to nie było dość żeby uwierzyć w przepowiednie.

- Zaczekaj, a zapłata?

- Ej, a może woźmy ją ze sobą, i za każdą spełnioną przepowiednię jej zapłacimy? Niech by była ta stówka z góry, to dobre było - rzekł George. - O czekajcie, lepszy pomysł mam. Eeej, będziemy takiego węża co ma dwie głowy bić jutro, on na srebrze siedzi. Jak nam powiesz ile tego dokładnie, to dostaniesz całe i wiarygodna będziesz, dobry biznes?

Kobieta nie odpowiedziała na taką propozycję. Jej sylwetka rozmywała się powoli w mgłach.

- Cholerne ptaszysko - burknął w końcu Rake. - aż mnie ciarki przeszły jak tak się gapił. Do kata z takim wróżeniem.

- Chyba nie chcę wiedzieć coś uczynił, ale wychodzi na to, że przyda nam się wiadro z wodą.
 
__________________
Pięć ton lnu
Hungmung jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 14-05-2020, 16:08   #9
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Tym razem nikt wam już nie towarzyszył w drodze do zgliszcz "nawiedzonego" domu. Trakt był pusty. Nawet mewy były dziwnie ciche. Jedynym, co słyszeliście, był przypływ morza. Po pożarze szkielet posiadłości wyglądał jeszcze straszniej. Bardziej pobudzał skłonną do ponurych fantazji wyobraźnię...

... ale sylwetka czająca się pośród zgliszcz nie była fantazmatem. Sahuagin. Wyglądał jak morski diabeł. Stał na warcie w środku zgliszcz. Miał zielonkawą skórę pokrytą łuskami, bardzo ciemną na grzbiecie i jaśniejszą na brzuchu. Długi, rybi ogon. Czarną płetwę grzbietową. Błoniaste dłonie owinięte wokół długiej włóczni. Usta pełne ostrych, spiczastych zębów. Za jedyne odzienie służyły mu kolczasty naramiennik i skórzana uprząż, na której miał zawieszone jakieś przedmioty. Słyszeliście, jak warknął komendę na wasz widok i schował się za ścianę, cały czas was obserwując. Musiało być ich więcej.

Tyfos wyczekiwał ze strzałą na cięciwie, aż sahuagiński wartownik wystawi swój łeb przez wypaloną dziurę, w której dawniej znajdowały się frontowe drzwi posiadłości. Taki moment nadszedł. Bezbłędnie wymierzona strzała pozbawiła potwora czarnej, rybiej gały. Bulgoczący jak pod wodą ryk mógł oznaczać tylko jedno: ZABIĆ POWIERZCHNIOWCÓW!

Ze zgliszczy wypadły cztery morskie diabły, w tym ten, który stracił oko. Gnały ile sił w łuskowatych, błoniastych nogach w stronę Tyfosa, z włóczniami uniesionymi nad rybimi łbami, bulgocząc wściekle.

Rakhalim wykrzyczał zaklęcie, ale niepewnie. Pędzący pokracznie sahuagin dostrzegł czarownika i zdążył odskoczyć. Uderzenie zaklętej energii rozniosło ogrodowy bruk w miejscu, w którym przed chwilą stał sahuagin.

George z wrzaskiem popędził ryboludiom naprzeciw i wyszarpnąwszy miecz, ciął dziko rannego sahuagina. Morski diabeł padł martwy, z czaszką rozciętą potężnym ciosem na dwoje.

Zaskoczyła was przewaga liczebna, gdy z ruin spalonego dworku, przez drzwi i okna, wypadł łącznie prawie tuzin przerażających sahuaginów. Nie dość tego, ze środka domu jeszcze było słychać bulgoczące pokrzykiwania!

Andre ruszył na spotkanie z sahuaginami z błogosławieństwem Ojca Świtu na ustach. Sahuagin zabulgotał gniewnie raniony promieniem skwierczącej energii. Tyfos wskoczył na płot i strzelił z łuku. Strzała ledwie drasnęła sahuagina. Morski diabeł kłapnął szczękami George'a prosto w twarz. Krew zalała oczy wojownika, ale dzięki hełmowi rana okazała się zaledwie draśnięciem. Albo aż draśnięciem, gdyż sahuaginy ledwo zwęszyły zapach krwi, niczym głodne rekiny, to wpadły w dziki szał, bulgocząc i rechocząc straszliwie. Włócznia drugiego zatrzymała się na napierśniku, choć impet uderzenia był bolesny, a szczęki trzeciego przez chwilę siłowały się okrutnie ze zbrojnym ramieniem wojownika, ale George odepchnął żarłocznego napastnika. Miecz George'a niefortunnie wyszczerbił się o kolczasty naramiennik sahuagina przy kolejnym ciosie.

Pół tuzina morskich diabłów otoczyło George'a. Dźgany włóczniami aż nie pękła tarcza i rozszarpywany na śmierć, żaden wojownik nie wytrzymał by długo podobnego starcia w pojedynkę. Ze zgliszcz wypadły kolejne cztery sahuaginy. Pędziły prosto w stronę furtki. Andre przełknął głośno ślinę. Zaraz miał stanąć oko w oko z tymi potworami. Zaś ostatnie trzy przekradały się po drugiej stronie ogrodu z zamiarem otoczenia was.

George ledwo utrzymał się na nogach i chociaż poczuł ponownie dotyk magii, która w znajomy już sposób zamykała rany, to mnogość wrogich pysków i tupot wielu stóp przywoływał wspomnienia. Widział już takie sytuacje, chociaż dotychczas z innej perspektywy. Wszystkie przypadki miały imiona i miejsce w zbiorowej mogile. - Te są moje, nie daj się złapać! - Wychrypiał, plując krwią na widok wahającego się Andre i wyszczerzył kły zadowolony, gdy tamten cofnął się w stronę bramy. Jeśli przyszła pora poumierać sobie trochę, to przynajmniej zrobi najpierw swoje. Póki miał siłę, wywinął młynka mieczem i zawarczał dziko, łypiąc uważnie na otaczający go krąg włóczni.

Czarownik Rakhalim zaczął nucić coś pod nosem. Dysonującą melodię słyszał tylko jeden z walczących z George'm sahuaginów, wybrany przez niego. Jego rybia głowa zdawała się pękać od tego plugawego dźwięku. Zamroczony bólem ryboludź zapomniał zupełnie o wojowniku i przez nieuwagę zginął od jego miecza, kiedy próbował uciec.

Przewaga liczebna sahuaginów w końcu i was zmusiła do ucieczki. Morskie diabły nie popędziły za Rakhalimem, Tyfosem czy Andre. Krew George'a sprawiła, że wszystkie niczym wygłodniałe rekiny rzuciły się za nim. Jako wodne stworzenia nie były jednak w stanie gonić go po lądzie długo i szybko, zresztą chyba nawet nie zamierzały zbytnio oddalać się od brzegu. Ciężko ranny George z cudem uszedł z życiem, co zawdzięczał swojej kondycji i odrobinie szczęścia... pościg na dobre skończył się w momencie, kiedy jeden z potworów wywrócił się o wiadro pozostawione przez strażaków, a te biegnące za nim potknęły się o leżącego i również upadły, niemal na jedną, łuskowatą kupę. Jak w przepowiedni Trójokiego. Po pewnym czasie odnaleźliście się wzajemnie w pewnej odległości od spalonego dworku.

Jako ostatni zjawił się Rakhalim. Czarownik podszedł do towarzyszy z kwaśną miną oceniając ich stan. - Wygląda na to, że wszyscy cali. Dobrze... Widać, dłoń masz szybszą niż rozum. - Prychnął patrząc na Tyfosa. - Idę do miasta, szkoda mi czasu na uganianie się za bandą prymitywnych ryboludzi. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty.

Tyfos przekręcił głowę. - Dobrze, za to że ty masz nogi znacznie szybsze niż rozum. Jak chcesz z czystym sumieniem patrzeć miejscowym w oczy jeśli nie wykorzystujesz każdej okazji na zabijanie złych i niegodziwych potworów? Myślałem, że jesteś Pogromcą.

- Hahaha! - Czarownik roześmiał się sardoniczne, przygotowując się do drogi powrotnej. - Prawdziwie złota myśl. Szkoda, że pukasz z nią do niewłaściwych drzwi.

Kapłan pomodlił się nad ranami pół-orka. - Ryboludzie nie pojawili się tu bez powodu. Mieliśmy do czynienia z kotowatymi więc możliwe, że to wspólnicy i szukają czy coś się ostało w zgliszczach. Myślę, że dobrze by było ich poobserwować i zawiadomić straże.

Rake odwrócił się w stronę kapłana. Wyglądał, jakby znów miał wybuchnąć śmiechem, jednak tym razem wypuścił gwałtownie powietrze z płuc i wzdrygnął się jakby coś go ukłuło. - Straże? Rada? I co z tym zrobią? Znów wyśpiewasz wszystko ze szczegółami? - Czarownik zrobił krótką pauzę. - Podobno Caradoc ma znajomości. Bierzesz pod uwagę możliwość, że działa we współpracy z kimś z Rady? Jest kupcem, znającym się na magii, do tego być może poznał tajemnicę Złotego Dotyku. Po co miałby handlować z zacofanymi jaszczuroludźmi? Co mają mu do zaoferowania? A może ma ich wykorzystać w czyjejś politycznej rozgrywce? Napływowcy, Morscy Książęta... Nie trzeba tu długo siedzieć, żeby się o tym nasłuchać. Nie baw się zbyt długo z pionkami, bo wkrótce samemu zostaniesz pionkiem.

- Hmm... teraz jak o tym wspominasz, wyjawię wam że Alan słyszał, jak ktoś mówił, że kotoludzie rozmawiały o czymś, z czego Gellan miał być zadowolony. Oczywiście nie wiadomo czy w słowa zbira można wierzyć, ale fakt faktem, wolałem nie rozmawiać z tym radnym. Jeśli działa z siłami zła, nie można mu ufać.

- Ciekawe. Tym bardziej powinniśmy odnaleźć Casworana. Chociaż raczej nie będzie skory do rozmowy, jestem pewien, że sporo wie. - Czarownik zamyślił się przez chwilę. - Święty, wspominałeś, że walczyliście niedawno z nieumarłymi. Może powinniśmy tam się wybrać?

George podziękował Andre za pomoc, teraz i wcześniej. Wciąż zdyszany, rozgrzany, rozbuchany, próbował słuchać rozmowy, ale to było tak nudne pierdolenie, że w końcu nie wytrzymał.

- Radzę Ci po raz kolejny przemyśleć co masz do powiedzenia nim ślina naleci Ci na język. Nie wiem o czym pierdolisz ze śpiewaniem, ale jeżeli uznam, że Twoje konszachty z demonami nie służą dobru to chętnie posłucham jak śpiewasz na stosie. - kapłan cedził zimno słowa - Nie ważne jakie i z kim ma układy, to obowiązek straży i jestem pewny, że bez echa by się nie obeszło gdyby zignorowali bandę zwierzoludzi. Ba, nawet jeżeli byliby tak głupi otwarcie odmówić pomocy to wiedzielibyśmy kto jest nam wrogi. Obawiam się intencji Gellana odkąd zaproponował kupno maski kultystów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby posiadać takiej rzeczy. - tutaj kapłan ponownie zerknął na Rake'a. - Tak, wieża nad wybrzeżem wydaje się dobrą poszlaką.

- DOBRA! To kto tu w końcu jest Pogromcą, kto nie jest i na chuj on tutaj? I nie ma kurwa, opcji, że nie powiemy o rybich pyskach, a co jak rybaki na nie trafią, co? Jak ktoś nie jest to niech zostanie, albo wypierdala, bo dość mam tego pierdolenia, nie jestem tu żeby nadstawiać dla kogoś dupy, tylko potwory zabijać.

- Nie narażaj się na bezpośrednią walkę dopóki nie wrócę ze strażnikami.

- Zaraz, jakie kontakty z demonami...? Eee, tak, jasne, też pójdę bo potrzebuję innej tarczy.

Czarownik uśmiechnął się z satysfakcją widząc wzburzenie Andre. Mimo swojej deklaracji pozostał jednak na miejscu odprowadzając kapłana wzrokiem. - Jest przewrażliwiony. Dużo dzisiaj przeszedł - rzucił z rozbawieniem do Georga. - Zatem poczekajmy na tą straż. A potem do ruin.

George wyraźnie nie był zadowolony z tego jak rozmowa się skończyła, ale miał pilniejsze sprawy na głowie. - Przydałaby się też kusza, jakaś włócznia, parę oszczepów i sztylet. To będzie bitwa. Idę. - George poszedł poszukać strażników (poczeka na Andre jeśli tamten bedzie chciał dołączyć) i sposobności zdobycia potrzebnej broni. Być może straż byłaby skłonna mu ją udostępnić, a jak nie to przepłaci trochę, byle mieć sprzęt na już. Po drodze uprzedzi kogo zobaczy o zagrożeniu i jeśli znajdzie chętnego, to zapłaci za powiadomienie Edy, żeby rybakom nic się nie stało.

Andre ruszył wraz z wojownikiem po pomoc i uzbrojenie tłumacząc George'owi dlaczego magia to zło i konszachty z demonami - poza boską oczywiście.

Wróciliście do miasteczka, uprzedzając napotkanych mieszkańców o zagrożeniu. Wiele nie musieliście mówić, rany odniesione przez George'a mówiły same za siebie. Kiedy uporaliście się z uzupełnieniem rynsztunku i ekwipunku, łapiąc się za głowy na widok cen przedmiotów z żelaza i stali, ruszyliście zdać relację strażnikom. Koszary straży miejskiej i zarazem więzienie - najbardziej ponura budowla w Bagieńsku - znajdowało się naprzeciw "Koziego Chochoła", drugiej karczmy w miasteczku. Obie budowle wzniesione były na niskim wzgórzu niedaleko od bramy. Mieliście niejako szczęście, bo zastaliście znajomego - Morhołta - na służbie. Wydawał się bardziej zrelaksowany od was. Nowa praca mu służyła.

- Sahuaginy? - Morhołt wziął głęboki oddech. - Wyślemy konny patrol. Przekażę też Talekowi i Withellowi. - Miał na myśli weteranów, a w praktyce przywódców lokalnej marynarki, doświadczonych w morskich walkach z piratami i potworami. - Dzięki za cynk. A tak przy okazji... - Morhołt zamierzał odwdzięczyć się przysługą za przysługę - lepiej udobruchajcie naszych kowali. Nocą do kuźni coś wtargnęło i... wyżarło wszystko, co z żelaza czy stali! Mnie to brzmi na rdzewiacza, ale nigdy żadnego na oczy nie widziałem. - Zgadywał eks-Pogromca. - Wylmet i jej syn Jago zamierzają podobno oskarżyć was przed radą, że niby ta paskuda przywędrowała za wami do miasteczka i to wszystko przez was. Naciągane, niedorzeczne, ale jeśli przejdzie, to wysokie odszkodowanie może dać wam popalić po sakiewkach. To powinno was bardziej zaniepokoić od tej bandy sahuaginów - zażartował. - Z tego, czego zdążyłem dowiedzieć się od kumpli to łupieżcze ataki morskich diabłów się zdarzają. Może przyciągnęła je łuna pożaru, musiały ją przecież widzieć spod wody. Ech, jedynym dobrym wyjściem byłoby zamknąć port i wybudować drugie miasteczko w głębi wyspy. A tak to musimy być czujni i trzymać się razem. Po prostu. O Haganie już słyszałem. Szkoda chłopaka, nie? Tyle pieśni pozostanie nienapisanych, niewyśpiewanych.

- Rdzewiacz? - zdziwił się Rake - to dlatego kowale każą sobie tyle płacić? Skąd miały za nami przyleźć?

Morhołt wzruszył ramionami.

- Skąd? Z wyobraźni starej Wylmet! Szkoda, że więcej Pogromców w miasteczku nie ma. Może wtedy ktoś inny by oberwał tą błędną strzałą.

- Dobrze Cię widzieć. Niestety szkoda Hagana, niechaj wieczne słońce wskaże mu drogę... Ludzie z rozpaczy wytkną palcem kogokolwiek byleby mieć winnego na którym mogliby się zemścić. Trzeba upolować bestię zanim więcej szkód narobi. Może po drodze spytam radnych o tą sprawę.

Kiedy odbieraliście nagrodę, radni potwierdzili, że Wylmet i Jago wnieśli takie oskarżenie. Jako że rozpoczęto śledztwo w tej sprawie, nie udzielono wam żadnych dalszych informacji, aby zachować niezależny osąd. Otrzymaliście pięćdziesiąt złotych lwów i zapewnienie, że otrzymacie trzy razy tyle, jeśli położycie kres tej szajce przemytniczej, działającej w zmowie z jaszczuroludźmi i na niekorzyść Słonego Bagieńska. Rada zapłaci również za wszelkie dobra odzyskane z przemytu, szczególnie za rynsztunek, który ma trafić do łuskowatych kreatur. Podziękowano wam również za ostrzeżenie przed sahuaginami, zapytano o planowane dalsze posunięcia, a Gellan zaoferował również, że odkupi jakieś ciekawe znaleziska z kolejnej wyprawy, jeśli będzie miał pierwszeństwo.

Reszta dnia upłynęła wam na niczym szczególnym.

Słyszeliście, że podczas wczorajszej celebracji na waszą cześć, rybacy zaczepiali krasnoludów, żądając, aby wynieśli się z miasteczka. Nieprzychylni Edzie i Gellanowi powiadali, że było to zaplanowane działanie. Ponoć Tradycjonaliści zawsze starali się wykorzystać hucznie wyprawiane festiwale, aby odwrócić uwagę od swoich matactw.

Podobno z północy wyspy do Bagieńska napływała cały czas ludność, co mogło Lojalistom przechylić szalę w kolejnych wyborach do rady miasteczka.

Elfi morderca zwany Setem został szybko osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Wielu krasnoludów z klanów Kuźniarzy i Młotników wybrało się do Przymorza aby z nieukrywaną satysfakcją obejrzeć ten wyrok. Tordek, który tamtej nocy przez kilka bić serca walczył wręcz po pijaku z elfem, po czwartym, piątym kuflu piwa wyraźnie spochmurniał, bo nie był pewien, czy na stryczku widział tego samego elfa. Jednak kiedy został przez pobratymców nazwany znawcą elfiej urody, machnął na tą myśl ręką i szybko wrócił do picia.

Z samego rana ruszyliście w stronę zrujnowanej wieży. Pogoda była nijaka.

Andre po drodze przekazał George'owi i Rakhalimowi relację z pierwszej wyprawy do podziemi pod ruinami.

Nie napotkaliście treanta. Został tylko ślad w miejscu, w którym dawniej tkwiła wierzba. Trop wskazywał, że ruszył na północ, pewnie w stronę Ponurego Lasu. Doszliście nad dziki klif po drugiej stronie zatoki. Znajome Andre ruiny nadmorskiej wieży otoczone były przez wiele grobów, bezimiennych lub o wytartych przez czas nagrobkach. Schowane za sypiącymi się ścianami schody prowadziły do podziemi.

Nagle, Tyfos zatrzymał George'a. Krok dalej i ciężkozbrojny wpadłby do wilczego dołu, zamaskowanego gałęźmi, liśćmi i trawą. Dno pułapki naszpikowano kolcami. Może to dzieło goblina, który przeżył poprzednie starcie z Pogromcami?

- Hola wędrowcze, zatrzymaj się.

Rakhalim wyciągnął ostrożnie latarnię, wlał do środka oliwę i zapalił, rzucając trochę światła wzdłuż korytarza. Dzięki wyczarowanej przez Rake'a dłoni, latatnia polewitowała kilka metrów przed pogromców oświetlając dalszy fragment ruin.

Andre wyciągnął zdobiony sztylet z pochwy. Ostrze zamieniło się blaskiem księżyca oświetlając bliższe fragmenty ruin. - Przed nami legowisko goblinów, które Ultrix podpaliła w swej złości. Wygląda na to, że gobliny zdążyły go ugasić. Dalej są drzwi których nie daliśmy rady sforsować i te za którymi zginęli kultyści. Tych korytarzy po bokach nie zdążyliśmy sprawdzić.

Drzwi prowadzące do legowiska goblinów zostały naprawione od czasu, kiedy je wyważyliście. Pamiętaliście, że miały wizjer. Mniej więcej na wysokości pasa dorosłego mężczyzny, czyli w sam raz dla tych małych okrutników. Któryś z nich mógł zobaczyć wasze światło. Panowała jednak cisza. Póki co. Na prawo od wejścia po posadzce ciągnął się niepokojący ślad zaschniętej krwi znikający pod bocznymi drzwiami, co widzieliście już ostatnim razem. Sam korytarz ciągnął się dalej w ciemność. Zaś drzwi na lewo zdobiła jakaś sylwetka odlana z czarnego żelaza…

- Psiakrew. Naprawiły drzwi od czujki, może nas nie zauważyli. Chodźmy w lewo, już - ponaglał szeptem kapłan.

George poszedł z Andre.

Żelazna pieczęć przedstawiała opasłą sylwetkę o kozim, rogatym łbie, kopytnych odnóżach i nietoperzych skrzydłach. Nietrudno było świętemu rozpoznać tą plugawą personifikację. Książę Nieumarłych. Andre podejrzewał, że cokolwiek znajdowało się za drzwiami komnaty, mogło być pod wpływem nekromantycznych mocy. Komnata mogła być opieczętowana ze wszystkich stron, co często było jednym z warunków podtrzymania zaklęcia.

- Trzeba oczyścić to plugawe miejsce, ale musimy uważać żeby nikt nas nie zaszedł od tyłu. To książę nieumarłych, komnata na pewno jest zapieczętowana magią.

George podrapał się po głowie. - To najpierw idziemy wszędzie indziej, tak?

- Narobimy hałasu, sprawdźmy leżę ścierwa, a potem drugą odnogę.

- Nie da rady, zamknięte. - Szepnął zawiedziony Rakhalim. - Trzeba użyć wytrycha.

- Słyszę wartownika, jest za drzwiami - wyszeptał Andre.

- Dobra, yyy... To się do środka, czy na zewnątrz otwierało? - George przyjrzał się drzwiom i coś tam sobie pomyślał, a jak skończył, to rozpędził się i uderzył barkiem w drzwi, żeby je wyważyć.

Za pierwszym razem drzwi nie ustąpiły. Po drugiej stronie rozległ się piskliwy krzyk. Gobliny wołały na alarm!

Za drugim razem George sforsował drzwi oraz drewnianą belkę i wpadł do szerokiej, ale krótkiej komnaty. Walał się tu jakiś żelazny hełm, typowo domnoneański, tak zniekształcony uderzeniem miecza, że niemożliwy do komfortowego noszenia. Ściany zdobiły złowieszcze symbole wymalowane ciemnoczerwoną substancją. Ich skupisko było wokół kolejnych drzwi, podobnych do poprzednich. Krwiste symbole przedstawiały smagające baty. Nie byliście pewni, czy miały jakiekolwiek znaczenie religijne, ale w wicehrabstwie takie znaki budziły strach w sercach mieszkańców. Posługiwali się nimi goblińscy łowcy niewolników z Ponurego Lasu.

Zapanowała napięta cisza, co mogło oznaczać tylko jedną z dwóch rzeczy. Albo gobliny znowu uciekły przez zaklęte drzwi, albo czekały na was tam w mrokach wielkiej komnaty, z napiętymi cięciwami schowane za kolumnami wyrzeźbionymi w kształt purpurowych robali…

Rake zmarszczył czoło słysząc goblińskie piski po drugiej stronie. Wykonał kilka gestów dłonią, przygotowywał zaklęcie.

George rozejrzał się podejrzliwie, ale nie dostrzegł nic, co znaczyło równie wiele. Jak dla niego poszło zbyt łatwo, więc zamiast szarżować dalej rozejrzał się uważnie, szczególnie przy poprzednich drzwiach i następnych i uważnie ostukał drogę przed sobą. Obstukałby nawet ściany, ale ponieważ jego towarzysze szykowali zaklęcia, nie miał na to dość czasu. Sapnąwszy niespokojnie, ruszył na kolejne drzwi. Może wystarczy wymordować zielone kurduple, w tym był dobry.

Drugie drzwi runęły. Cisza wciąż trwała. Kiedy runęły trzecie, została brutalnie przerwana. Odezwały się syczące cięciwy goblińskich kusz. Większość bełtów utkwiła w tarczy George'a, ale jeden przebił napierśnik i wojownik aż zgiął się w pół z bólu. Będzie z tego paskudna rana. Andre nie wychylając się wrzucił promieniujący boskim światłem hełm, znaleziony w poprzedniej komnacie. Cztery kryjące się za kolumnami gobliny zasłoniły się przed tym blaskiem szponiastymi łapami. Rakhalim po raz kolejny wezwał siły, których żaden śmiertelnik nie powinien. Jednak przywołany promień skwierczącej energii odłupał tylko fragment purpurowego robala, w którego kształt rzeźbiony był filar podtrzymujący sklepienie tej ogromnej komnaty. Strzała Tyfosa gotowa była wykraść życie spomiędzy ślepi goblina, ale jego łeb w ostatniej chwili schował się za kolumnę.

- Pokażcie forsę! Wtedy nikt nie zginie! Kusze Makblota zawsze są po stronie tego, kto da więcej! He, he, czarnoksiężnik płaci całkiem niezłą sumkę, ale może go przebijecie!?

Piskliwy głos goblina krzyczał coś w waszą stronę, ale niewiele z tego zrozumieliście. Pewnie jakiś ciąg mało wyszukanych przekleństw.

- Wycofać się! Musieli wypuścić stwora, który zabił kultystów! - Spostrzeżenie Andre było celne. Drzwi do komnaty, w której coś drapieżnego pożarło kultystów napotkanych w trakcie poprzedniej wyprawy, faktycznie były otwarte.

George nie bardzo rozumiał, o co kapłanowi chodziło, ale był skłonny posłuchać. Wyciągnąwszy bełt rzucił go na ziemię, splunął i osłaniając się tarczą wycofał się za pierwsze drzwi, chroniąc się przed ostrzałem za ścianą. - Co za stwór?

- Nie widziałem go, ale słyszałem jak wpadli na niego kultyści. Brzmiali jakby ich obdzierano ze skóry. Ten goblin brzmiał zbyt pewnie, a strop w tej komnacie wyglądał na uszkodzony. Może chcą nas zakopać żywcem albo napuścić tym czymś. Jak Twoja rana?

Ciężkozbrojni wycofali sie do pierwszych drzwi, które wyważył George, zostawiając z tyłu Rakhalima i Tyfosa. Wtem! Ze ściany czy z sufitu tuż nad drzwiami spadł gigantyczny, czarny pająk. Na swych ośmiu grubych, włochatych nogach, ruszył na Rakhalima, kapiąc jadem z ohydnej paszczęki. Dosiadała go para goblinów o twarzach wykrzywionych okrucieństwem.

Poczwarny strażnik komnaty zacisnął szczęki na czarowniku. Został niemal zgnieciony na krwawą miazgę! Pająk zaczął ciągnąć zdobycz do legowiska, nie bacząc na zagrożenie jakie stanowił zbladły Tyfos… Chciałeś powstrzymać bestię przed porwaniem kompana. Nie zdążyłeś dobyć miecza, więc pozostało próbować pięściami i kopniakami. Wtedy błysnęło goblińskie ostrze! Zadane przez pajęczego jeźdźca cięcie w policzek odrzuciło cię na ścianę.

- Chcecie go z powrotem, co!? Trzeba było się układać z Makblotem, kiedy była szansa! Teraz albo dostanę kilka pękatych sakiewek, albo ktoś stanie się obiadkiem Skrika!

George skrzywił się i spojrzał na Andre. - Mówią, że go oddadzą za złoto. Niedobrze handlować z goblinami, ale lepiej niż umarł.

George nie powiedział nic więcej, gdy kapłan zaczął rzucać zaklęcie, tylko wyciągnął miecz, a potrafił to zrobić niemal bezgłośnie. Nie tylko gobliny zabijały w ciemności. uniósł brwi zaskoczony, gdy Andre nagle zerwał się do biegu, ale też nie wahał się i wyskoczył tuż po nim. Tyfos odkleił się od ściany, jednak zanim dopadł drugich drzwi, padł z dwoma bełtami w plecach.

- A WIĘC ŚMIERĆ!

W progu drzwi pojawił się otoczony boską aurą Andre. Dla kompana był gotów ściągnąć na siebie groty wszystkich goblinów. Ciężko ranny rzuciłeś się na pomoc zżeranemu przez gigantycznego pająka kompanowi. Zobaczywszy biegnącego Andre goblińscy jeźdźcy spuścili cięciwy. Jedna ze strzał raniła kapłana. Od ran słaniałeś się na nogach, ale razem z George'm dopadliście do pająka.

- NIE WYJDZIECIE STĄD ŻYWI!

Rakhalim nagle oprzytomniał, choć rzeczywistość wydawała się koszmarem. Szarpany byłeś z jednej strony przez szczęki wielkiego pająka, którego ujeżdżały dwa gobliny, a z drugiej przez jakąś orczą mordę. Dopiero po chwili uświadomiłeś sobie, że to był George... i to nie był sen! O dziwo, nie czułeś bólu. Nie miałeś w ogóle czucia w członkach. Byłeś sparaliżowany.

Rozjuszony brawurą George'a pająk upuścił Rakhalima jak szmacianą lalkę i ruszył na dwóch dzielnych Pogromców! Jeden z jeźdźców - jak się okazało, goblińskich bliźniaków - posłał celną strzałę w wojownika. Jednak zbroczony George zdołał jeszcze odeprzeć natarcie szarżującej jak odyniec bestii, przyjmując impet na tarczę. Ze wszystkich stron syczały kusze. Trafiany i raniony kolejnymi grotami Andre nie przestawał mamrotać modlitwy, choć już widział jak przez krwawą mgłę.

Ustalając nową zatraconą tradycję, George złapał czarownika i pognał z nim na plecach do wyjścia. Andre i George złapali Rakhalima i wyciągnęli go spod odnóży wielkiego pająka. Sparaliżowany czarownik obserwował to wszystko biernie, nie dowierzając własnym zmysłom w to, co się działo. Ścigani przez piekielny śmiech goblinów i niekończący się grad pocisków, spieszyliście ile sił w nogach w stronę schodów. Po drodze zgarnęliście wykrwawiającego się na śmierć Tyfosa.

- Ha, ha! Czarodziej wiedział, komu zapłacić! Nikt nie pokona kusz Makblota!

Narastał w was gniew. Arcyalchemik Casworan wciągnął was w śmiertelną pułapkę i samemu uciekł. Caradoc i jego szajka przemytników zdołała wam się wyślizgnąć. Banda sahuaginów niemal dopadła George'a. A teraz jeszcze te gobliny. Kariera Pogromców zapowiadała się na wyjątkowo krótką, jeśli nie zdołacie czegoś zmienić. Dlatego kilka kolejnych dni spędziliście na intensywnej burzy mózgów. Kreśliliście plany, podpytywaliście o porady Pogromców, którzy jakimś cudem dobrnęli do emerytury, choć nie zawsze z kompletem kończyn, wznosiliście modły do bóstw nazywalnych, a niektórzy również do tych nienazywalnych, móżdżyliście się nad zaklęciami i zawzięcie ćwiczyliście.

W końcu byliście gotowi znowu ruszyć na szlak.

W międzyczasie przyczepił się do was jakiś chłopiec. Wyglądał na zabiedzoną sierotę. Przedstawił się jako Tom. Przechwalał się, że jest najszybszy z tutejszych dzieciaków. Chciał zostać Pogromcą. Nie przyjmował "nie" jako odpowiedzi. Przyczepił się do was jak rzep do psiego ogona. Nie miał grosza przy duszy, bo raz czy dwa widzieliście jak polował na szczury czy kradł żarcie.

Tyfos przekrzywił głowę. - Czyli lubisz kraść… - Zwrócił się do Toma.

- Nie lubię, ale czasami niestety to jedyne wyjście. Chcę zarabiać tak jak wy! Wynosić skarby z ukrytych komnat, unikać śmiertelnych pułapek i walczyć z potworami! - Młody widać jeszcze nie słyszał o paśmie waszych porażek, ani o śmierci Hagana czy Ultrix.

- Wracaj do swoich zabaw, masz tu gryfa i daj nam pracować. Już dwóch towarzyszy musiałem pochować w tak krótkim czasie, jeszcze dziecka mi brakuje.

- Nie słuchaj takich, bo nic nie zrobisz. Możesz iść ze mną, ja cię poduczę. Opowiadaj jak sobie skórznię skombinowałeś, to musiało być trudne.

Młody złapał gryfa rzuconego przez Andre. Kurta zszyta była we wielu miejscach, jak gdyby wykonano ją z wielu małych płatów skóry. - Ze szczurów robiona. Karczmarka Hanna potrzebowała kogoś do wyłapania gryzoni w piwnicy.

- Dobra robota na dobry początek. Teraz sprawa taka, że do zabijania potworów to więcej trzeba. Więc najpierw na pomocnika będziesz, ale nie że darmo. Zapłacimy. Żeby nie było, że młodego wysyłamy z nożem, bo wstyd by był i śmierć straszy. Wprawisz się, krzepy nabierzesz, to pogadamy wtedy, jak równi. Będzie tak?

- Będzie. To kiedy zamierzamy coś zrobić?

- Pewnie jutro, ile można siedzieć. Zjedz coś. Może dowiedz się o tego metalożernego potwora. Pewnie znów pójdziemy na kurhany, bo tam złe dzieje się.

George upewni się, że młody ma wszystko czego może potrzebować, a potem uda się w poszukiwaniu Starszej Edy, bo jeszcze nie wyrównał z nią rachunków. Wręczywszy jej całkiem pękaty mieszek zawierający 60 złotych monet za wcześniejszą pomoc, spyta o to jak się sprawy rozwiązały z sahuaginami i czy nie jest do czegoś potrzebny. Spyta też co myśli lub wie o potworze pożerającym metalowe przedmioty i oskarżeniu z nim związanym. Zupełnym przypadkiem okaże się, że jeszcze nie jadł odpowiedniego dla pory dnia posiłku.

Dom radnej Edy był ogromną posiadłością. Rozmiar zawdzięczał licznym dobudówkom, zupełnie jakby każde pokolenie dodawało coś od siebie. Staruszka nieraz pomagała potrzebującym, udostępniając im któryś z licznych pokojów aż nie stawali na własne nogi. Zaraz obok domu była przystań z trzema łodziami rybackimi, jednymi z największych w miasteczku. O tym miejscu mówiono różne rzeczy. Z powodu rozmiaru krążyły plotki o ukrytych komnatach, które miały pomagać radnej w przemycie. Podobno ukryte pod domem tunele prowadziły poza bramy Bagieńska.

- Ta sakiewka należy się Wellgarowi. Ja mogłabym co najwyżej odmówić paciorek. Na twoim pogrzebie, bo pewnie niewiele by to pomogło! - Akurat jadła, oglądając jakąś mapę. Łosoś, groszek, grzyby, marchewka. Do tego morelowy kordiał. Poczęstowała cię. Było lepsze od tego, co dają w karczmie.

- A bo nie wiem czy się by nie obrazili zapłatą. Czasem lepiej dawać, niż tak za coś. Tak bardziej chciałem że dla społeczności i że Starsza podzieli, a nie Pogromca ciska złotem że niby taki pan jakiś lepszy. No pewnie dla kapłana też dużo ale nie wiem ile. No i coś te podatki że złe. - George potrząsnął głową, zgubiwszy się w zeznaniach. - No nie za dobry jestem w tym. Ale jedzenie bardzo dobre, takiej ryby jeszcze nie jadłem. Chciałem spytać też jak te ryboludy i czy pomóc coś trzeba zrobić może.

- Z rybimi mordami chujnia. Do wody zdążyli spierdolić. Nie pierwszy raz. Jaszczurze mordy za to warto byłoby wybadać, gdzie się kryją i co knują, skoro broń kupują. Kowalka i jej syn na was wkurwieni. Ten cały Casworan mówicie też gdzieś się kręci i nie wiadomo co odpierdala. Dużo pracy dla konkretnych rozchujniaczy. Jak ryba dobra, to więcej weźcie. A monet to z dwadzieścia sobie zatrzymajcie. Resztę Wellgarowi na biednych dajcie, pomaga żebrakom. A przynajmniej pomagał, ponoć przestali przychodzić. Może przykład z was wzięli i też się uganiają po jakichś ciemnych kątach? A krasnolud to dla was nie potwór? Moglibyście zajebać kilka. Jeszcze bym zapłaciła.

- No o tych jaszczurach też myślałem, ale nie wiem gdzie takich szukać. Ale w tego potwora od metalu jedzenia, to słabo wierzę, tak sobie myślałem że to raczej te agenty Caradoca jakieś, bo i broń wezmą i nam zapaskudzą. Jakby była okazja, że może rudy nawiozą czy jakaś dostawa, to jakby nam ktoś powiedział, to byśmy takich nauczyli.

- Słone te kurwy, dobre - oblizała się i cmoknęła po skończeniu łososia.

- Za krasnoludy to niestety nadal wieszają, chociaż elfa na to nie szkoda mi było. - George uśmiechnął się po ludzku, w wyuczony sposób nie pokazując za dużo zębów - to nieraz denerwowało rozmówców. - A te żebraki to gdzie nocowali? Widział kto ich ostatnio?

- Ja by ich powiesiła, za głupotę. Pojebani jakieś tunele kopią zamiast tak nowe doki wybudować. Bo co nam by się bardziej przydało? A ciul wie. Wellgara się zapytaj, gdzie mu te nieboraki spierdoliły. Może sam miał ich dość i kijem pogonił, he, he. Przy okazji mu kiesę wręczysz.

- Może lepiej, że w dziurach siedzą daleko, jakby jeszcze tu przylazły kopać, to nie wiadomo co by znalazły. Ciekawe ile takie doki kosztują. - George zamyślił się na chwilę, bo koncept był dla niego nowy i interesujący, ale ponieważ nie chciał poirytować Starszej zasiedzialstwem, wstał zaraz żeby się pożegnać.

- Taniej by wyszło niż kopalnia, szczególnie jak kopią ją takie zadufane bubki. Przyjedzie żelazo, to dam znać - zapewniła w sprawie z rdzewiaczami, widząc, że się zbierasz.

- To tak zrobię, że do Wellgara. Dziękuję za rady dobre i gościnę. Jakby coś trzeba było to też pomogę. Długiego wieczoru. - George pożegnawszy się z Edą poszedł szukać Wellgara, którego spodziewał się znaleźć przy miejscowej kaplicy Procana, ale popyta po drodze.

Nad świątynią i dzwonnicą Bagieńska czuwała połowa tuzina akolitów. Wszyscy zajęci byli malowaniem fresku przedstawiającego Władcę Burz walczącego trójzębem z mackowatym monstrum z głębin. Nie byli zadowoleni, kiedy oderwałeś ich od obowiązków, ale najtęższy z nich poprowadził cię do Wellgara i czym prędzej wrócił do pracy. Jednonogi kapłan przyjmował właśnie jakiegoś szkorbutnika, ale kazał mu poczekać i z uśmiechem na twarzy zabrał cię do innej komnaty. Wnętrze świątyni co jakiś czas wypełniało grzmiące echo. To wiatr uderzał w cienkie arkusze metalu, zasłaniające najwyższe okna. Usiedliście w pomieszczeniu pełnym rycin rekinów, wielorybów i innych morskich stworzeń, nierzadko zupełnie ci nieznanych. Wellgar zapytał się, w czym może ci pomóc.

- Ten, no... Na ofiarę przyniosłem, żeby te freski bardziej były, bo tamten to bardzo dobry jest. Takie walki z potworami to ja rozumiem. - George nerwowo wyciągnął sakiewkę którą wcześniej proponował Edzie, a z której niestety zapomniał odjąć złota - ale prędzej by poszedł na dno morza krakeny liczyć, niż teraz monety odliczał. Słuszny ciężar mieszka kładzionego na stół był jak kamień z półorczego serca, George poczuł się trochę pewniej. - Ale tu macie tą świątynię, to zupełnie inne niż u siebie były. Taka jakby większa niż jest, w środku. I takich stworów wymalowanych to nigdy nie widziałem. Grzmi jak na burzę, bardzo… - Tu Georgowi zabrakło słów na dłuższą chwilę, zamiast czego ostatecznie uderzył pięścią w dłoń żeby wyrazić tą siłę, co to jej nie mógł opisać, a czuć było w budynku. - A jeszcze taką sprawę mam, że słyszałem, że podobno żebraki ostatnio poznikali. I tak sobie myślę, że złe to zawsze najpierw na najsłabszych żeruje, żeby potem, ich krwią opasłe, z silnych mięso zacząć wyrywać. Tak jeden uczony kiedyś mówił, słyszałem.

- Poznikali, prawda. Jedzenia dla nich trochę zebrałem, wszystko się popsuło. Straży miejskiej za żebrakami się nie chce uganiać. Powiedzieli tylko kilka pustych frazesów.

George spochmurniał, ale zaraz przypomniał sobie, żeby się nie krzywić do własnych wspomnień. - A przychodzi jeszcze który? Wie może gdzie nocowali? Zawsze jest miejsce, gdzie ci gorsi trafiają razem. Tak już jest.

- W starym biurze celnika może. Teraz ma nowe. Mówili, że co znajdą to w sejfie trzymają. Widziałeś kiedyś żebraka z sejfem? - Zaśmiał się i myślał dalej. - Niedaleko bramy stoi też taka buda z zawalonym dachem. - Zmrużył oczy w skupieniu. - Zrujnowana wieża, ta nad klifem? Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Tak pytacie, bo chcecie się za nimi rozejrzeć?

- Tak sobie myślałem, że to może ten Casworan do jakichś alchemii ludzi sobie nabierał, ale teraz nie wiem. Byliśmy pod wieżą, tam i gobliny, i jakiś czarnoksiężnik co im złoto daje. I krwi dużo. Teraz myślę dlatego, że już nie wrócą. I taki posąg żeśmy widzieli, przed pokojem, że magiczny podobno. - George opisuje posąg Wellgarowi, bo też go widział. - Ale jak mieli więcej miejsc, to może jest jeszcze coś, to zobaczę czy znajdę jakiegoś, to się dowiemy.

- Bo i kiedyś to była wieża czarnoksiężnika… Nazywał się Zenopus i to jedyne, co mi chyba wiadomo... poza tym, że wieżę wzniesiono na resztkach starożytnego cmentarza. Pewnej nocy kiedy byłem jeszcze dzieciakiem wieżę spowiła ognista, zielona aura. Pamiętam to jak dziś. Kilku takich odważnych jak wy zbadało wieżę i stwierdziło, że jest opuszczona. Drzwi na samym dole schodów były pokryte dziwnymi symbolami i owinięte srebrnymi łańcuchami. Któryś z nich próbował otworzyć drzwi, ale coś niby błyskawica prawie go zabiła. Wkrótce potem mówiono o dziwnych duchach i zaklętych istotach nawiedzających wieżę. Po tym, jak kilku kolejnych podróżników zaginęło w pobliżu, rada wysłała galeon. Bombardowano wieżę, aż nie ostały się tylko szczątki... i wkrótce o niej zapomniano. Poczekajcie jeszcze chwilę, zaraz do was wrócę - zwrócił się do szkorbutnika, kiedy ten stanął w drzwiach. Skoro widzieliście tam symbol Księcia Nieumarłych, w tych podziemiach musi czaić się jakieś zło - przyznał Wellgar.

- Żywych trupów jak grzybów tutaj. To chyba jednak nie Casworan. Ale i tak zobaczę żebraków, jak znajdę to powiem. Czy macie coś może pomocnego na takie? Że zdechlaki. Nie opowiadali tam jeszcze co tam było więcej? Jak ich zwali, może memuary jakieś pisali?

- Ta woda wam pomoże tak jak pomogła Władcy Burz, kiedy walczył z Czarnym Przypływem. - Wellgar wręczył George'owi glinianą butelkę na pozór zwykłej wody.

Kapłan podrapał się po brodzie niepewnie. - To bylo tak dawno temu... Nie pamiętam, musiałbym sprawdzić. Wy memuary piszecie?

- Ja to nie. Andre jakiś dzienniczek ma tylko. - George podrapał się po brodzie, bo z jednej strony bohatery piszą memuary, ale przecież on nie miał żadnych. Chętnie przyjął wodę, bo jak kapłan mówi że pomoże, to najwidoczniej tak będzie. Zawahał się jednak i mimo wszystko spytał: - A jak to było dokładnie z tym Czarnym Przypływem, bo tego nie pamiętam?

- Czarny Przypływ... Mogłoby się zdawać, że to prąd morski, a tak naprawdę ciemna siła, żywiąca się śmiercią każdej podwodnej istoty. Raz na wiele lat, może nawet co stulecia, czy nawet rzadziej, cała ta zła energia znajdowała swoje ujście i działy się wtedy takie rzeczy jak te, które moi podopieczni próbują zobrazować.

- To jak się z takim walczy? - Zapytał George zaniepokojony wizją wroga, którego najwyraźniej nie dało się posiekać mieczem.

Wellgar uśmiechnął się, widząc zapał Pogromcy. - Z Czarnym Przypływem nie można walczyć, tak jak nie walczylibyście z naturą, magią, prawem tudzież chaosem. Lecz przeciw kreaturom, w które ta plugawa siła tchnęła nieżycie, wasz miecz może wiele zdziałać. Zdziała, tego jestem pewien. Żywych trupów jak grzybów tutaj, jak powiedzieliście, prawda. To ponure dziedzictwo ur-flańskich czarnoksiężników niegdyś kroczących po tych ziemiach. Nieumarli wyłążą z kurhanów tonących w bagnach. Żadnemu Pogromcy nie udało się tego zmienić.

- No się zobaczy to. Na początek tą wieżę się zrobi porządnie to już będzie lepiej. Dziękuję jeszcze raz. Będę szedł. - George nie bardzo wiedział jak się dobrze pożegnać, więc ni to skłonił głowę, ni to się ukłonił. Ale z szacunkiem było. Ostatecznie miał plany na wieczór - tych bezdomnych poszukać, tak na wszelki wypadek. Może też wpadnie gdzieś na Młodego, to od niego się coś dowie.
 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 17-06-2020 o 14:21.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-06-2020, 22:37   #10
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 15864 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
biedne krukołaki i tajemnicze wraki

Po jakimś czasie, spędzonym na planowaniu i sprawunkach, postanowiliście ruszyć w stronę wioski Ślimaków, leżącej na skraju bagien Hool. Był mglisty poranek. Na bagna nie prowadził żaden trakt. Podobnie jak przy poprzednich wyprawach w podziemia pod zrujnowaną, nadbrzeżną wieżą zeszliście z drogi prowadzącej do fortu i podróżowaliście między niskimi wzgórzami, wypytując wieśniaków z niewielkich osad i samotnych gospodarstw o drogę. Niewielu było wam w stanie pomóc, bo i niewielu zapuszczało się tak blisko bagien. Jedynie północny brzeg bagien Hool patrolowany był przez domnoneańskie wojska i to w miarę szczupłych możliwości królestwa. W samym sercu bagnisk leżała rzeka, od której mokradła brały swą nazwę, rozgraniczająca ziemie Domnonei od terenów kontrolowanych przez samozwańczych Morskich Książąt. Pomiędzy tymi dwoma granicami pełno było wszelkich naturalnych niebezpieczeństw, od zwierzęcych drapieżników do chorób, a oprócz tego mokradło stanowiło schronienie potworów. Znając zagrożenie ze strony jaszczuroludzi, wkraczali tu jedynie desperaci, zwykle przestępcy, a w trakcie wojen domowych uchodźcy… choć szeptano też o guślarzach, wiedźmach, czy sługach ciemnych mocy. Was zwabiły tu opowiadane przez Rakhalima legendy o starożytnych, ur-flańskich kurhanach. Zakładaliście, że zachodziła jakaś zbieżność między grobowcami, napotkanymi w podziemiach zrujnowanej wieży kultystami i nieumarłym alchemikiem Casworanem, który wymknął się wraz z tajemnicą kamienia filozoficznego waszej magii i mieczom. Po drodze przestrzegano was przed żądnymi ludzkiej krwi i mięsa kreaturami, które wypełzały z kurhanów. Ich opisy były niekonkretne i sprzeczne, ale nie zastanawialiście się nad tym długo, mając pewność, że najdokładniejsze dostępne informacje otrzymacie w Ślimakach - wsi, do której ściągali podobni wam Pogromcy, awanturnicy, poszukiwacze skarbów i dawnej wiedzy.

[media][/media]

Pierwszego z szacowanych trzech dni podróży, kiedy szliście przez pola i pastwiska pośród mgły, mijając szkielet stodoły, usłyszeliście przeraźliwe krakanie. Na belkach budowli siedziały kruki. Niektóre, zdawało się, patrzyły wam prosto w oczy. Z każdym kolejnym dźwiękiem wydawało się, że nie kraczą, a mówią, formułując coś na kształt... ostrzeżenia? - Śmierć... śmierć! Stoi przed wami! Kra! Zaraz cię zobaczy! Kra! Diabeł! Diabeł cię zobaczy! Kra!

Młody Tom chyba nie słyszał tego samego, co wy, bo patrzył tylko na wasze zdziwione miny. - C-coś nie tak?

- Któreś ma trzecie oko? Może ta cyganka chce znowu wyłudzić pieniądze? - Zastanawiał się Andre.

Rakhalim zerknął na Młodego Toma. Skrzywił się wracając wzrokiem do kruków. W końcu, podobnie jak Andre zaczął się rozglądać po okolicy, choć robił to bardziej nerwowo i chaotycznie - Znów jakieś mysie sztuczki. Precz z mojej głowy i pokazać nam się, albo dam wam nauczkę tchórzliwe chochliki!

Na krzyki Rakhalima nikt ani nic nie odpowiedziało. Bardzo ciężko było to ocenić z tej odległości i przy takim stadzie, ale Andre nie zauważył trzeciego oka u któregokolwiek z kruków. Daleko, pośród mgieł, majaczyła jakaś czarna sylwetka. Nie poruszała się.

Kilka czarnych ptaków zleciało z drewnianych belek. Dwuokich. W podskokach zbliżyły się do was, a później oddaliły, jakby prowadząc do kryjówki - niedokończonej stodoły. Przypomnieliście sobie, że krucza przepowiednia o potworze potykającym się o wiadro wody już raz uratowała wam życie. Dokładnie George’owi, kiedy uciekał przed sahuaginami.

- Jakie trzecie oko, jaka cyganka, jakie pieniądze!? Młody Tom nie orientował się za dobrze w waszych wcześniejszych przygodach.

- Była taka jedna w mieście z trójoką wroną czy krukiem, który opowiadał niby proroctwa za pieniądze. Te krakały tak samo jak wtedy, a tam widzę jakąś sylwetkę. Może się mści, że ją wyśmialiśmy? - Andre uśmiechnął się na to wspomnienie, nie myślał o tym poważnie, ale nie chciał straszyć chłopca - Tak czy inaczej, miej oczy otwarte.

- Idziemy do stodoły za tymi ptaszyskami? - Zapytał telepatycznie czarownik oglądając się na czarny punkt w oddali. - Pilnujcie czy to coś się nie zbliża - powiedział Rakhalim, po czym zrobił kilka gestów mających przywołać chowańca "kruka".

Andre przytaknął czarodziejowi, wyciągnął procę i załadował ją żelazną kulką.

- Za nimi. Prędko - czarownik wysłał do stworzenia mentalny komunikat.

Wnętrze niedokończonej stodoły nie wyglądało podejrzanie. Na pierwszy rzut oka. Przez oczy kruka - diablika Rakhalim widział pustą, niezagospodarowaną przestrzeń w kształcie litery "L", pełną ptasich odchodów. Niepołożony dach miał opierać się na kilku masywnych, drewnianych słupach. Przy dwóch z nich wisiały lub były schludnie ułożone części garderoby - czarne płaszcze, wysokie buty, spodnie, niewielkie, skórzane torby - pasujące bardziej do miasteczka niż na wieś i zachowane w dobrym stanie, o wiele lepszym niż ta zapomniana stodoła.

Gadające kruki zatrzymały się nagle, słysząc trzepotanie skrzydeł chowańca. Zwróciły się w jego stronę, zbliżyły i próbowały wypłoszyć skrzydłami niewidzialne stworzenie. - Diabeł! Kra! A kysz! Kra! - Usłyszeliście z wnętrza stodoły. Sądząc po zaskoczonej minie Rakhalima, kruki usłyszały niewidzialnego chowańca.


Czarna sylwetka w oddali wciąż tkwiła nieruchomo, ale byliście pewni, że była zwrócona twarzą w waszą stronę. Może próbowała was wypatrzeć pośród mgieł, a może już obserwowała?

George przypomniał sobie spotkanie z wyrocznią i uśmiechnął się do siebie. Dobrze się wtedy uśmiał, ale też przepowiednia okazała się trafna. Przygotował łuk. - Będzie dobrze. Może prawdę mówią jednak. - George przypatrywał się dłuższą chwilę, ze strzałą w dłoni, jednak gdy chwila minęła, wzruszył ramionami. - Chyba lepiej ominąć. Jak chcecie.

Czarownik skupiony na zmysłach chowańca nie słyszał słów Georga. Otworzył jednak usta w jakimś dziwnym grymasie. Zerwał połączenie i pośpiesznie odwołał diablika. - Wygląda bezpiecznie - stwierdził, wciąż lekko się krzywiąc - ale te cholerne ptaszyska przyprawiają mnie o ciarki.

W błocie dostrzegłeś ślady obutych stóp. Dwóch ludzi. Prowadziły do stodoły. Wyglądały na dosyć świeże, mimo że gospodarstwo było opuszczone nie od wczoraj.


Młody Tom przytaknął i przełknął tylko głośno ślinę, czekając na waszą decyzję. W drżących dłoniach trzymał procę.

Jeszcze zanim chowaniec opuścił stodołę, kątem jego oka zauważyłeś przy pozostawionych ubraniach miecze w pochwach i kusze pistoletowe razem z kołczanami pełnymi amunicji.

- Nie widziałem w środku nikogo - dodał Rake - ale ktoś na pewno bywa w tej stodole. I to nie zwykli wieśniacy. Jest tam trochę ubrań, mieczy i kusz.

- Znaczy bandyci. Tamto pewnie wabik. - George zamiast patrzeć na sylwetkę, George rozejrzał się uważnie wszędzie indziej - szczególnie w kierunkach w których nic nie zwracało na siebie uwagi. - Po krukach słychać nas. Lepiej nie stać. - Weź popatrz, ale nie tam gdzie chcą. Gdzie nie podejrzewasz. - Młody Tom rozglądał się pośród mgieł, ale wrócił z niczym, jeszcze bardziej niepewny niż przedtem.

- Dwóch ludzi szło w stronę stodoły, spójrzcie na te ślady. Jeszcze świeże. Tam ktoś nadal nas obserwuje, obawiam się ataku zza pleców jeżeli tego nie sprawdzimy. Mogę sprawdzić, czy nie ma w tym magii, ale chwilę to zajmie. - Andre wskazał na ślady obutych stóp. Dwóch dorosłych ludzi.

- I tak nie złapiesz, słyszeli wcześniej. Lepiej udawamy tyły, Rake wyśle latacza. Tutaj jak kaczki. - George skinął głową ku sylwetce, żeby pokazać kierunek zwiadu. - A jak nie - inny dzień, droga. Po co spieszyć?

- Kra! Śmierć... śmierć! Kra! Przed wami! Widzi, kra! Diabeł! Zobaczył! Kra!

- No dobra, sprawdźmy czy to nie jest przypadkiem ta cyganka. - Pośród natrętnego krakania Andre zaczął wznosić modły do Pelora, aby trafić nie tylko na ślady stóp, ale także i magii, jeśli jakaś się czaiła w opuszczonej stodole. Wojownik George i młody Tom tkwili w mgle z przygotowaną bronią dystansową. Zaś Rakhalim ponownie przywołał chowańca i posłał go niewidzialnego we wskazanym przez Georga kierunku.

Chowaniec wrócił chwilę później. Tajemniczą sylwetką okazał się... zwykły strach na wróble. Stał w samym środku pola kukurydzy. Czarny jak noc kruk usiłował mu oderwać guzik przyszyty do workowatej głowy w miejsce niby-oka.


Zapadła cisza, kiedy Andre skończył modlitwy. Rakhalim ściągnął brwi, kiedy chowaniec zaczął zdawać mu telepatyczną relację.

Cienkie deski, z których była zbita stodoła, nie stanowiły bariery dla wymodlonego, magicznego zmysłu. Wyczułeś z wnętrza delikatną aurę magii. Przemiany? Tak, była to szkoła transmutacji. Skoncentrowany mógłbyś spróbować wyśledzić jej źródło, znajdujące się gdzieś w środku niedokończonej budowli.


- M-m... możemy już stąd iść? - Zdenerwowany Tom nie wytrzymał. Postanowił potraktować kruki tak jak wielkie szczury w karczmie Hanny, z ktorych skórek wyprawił sobie nielichy kaftan. Pech chciał, że posłany kamień zamiast trafić w ptaka odbił się od desek stodoły i niemal uderzył Toma w czoło. Wtem! Kruki zaczerniły powietrze, kracząc przeraźliwie. Kilka jednak osiadło z powrotem na najwyższych spośród drewnianych belek, jakby szydząc z nieudolnych wysiłków procarza. Dzieciak syknął pod nosem jakieś portowe przekleństwo, gdy zauważył, że z naderwanej procy nie będzie już wiele pożytku.

- Kra! Śmierć... śmierć! Kra!

- Nic tam nie ma. Zwykły strach na wróble. A może na nas - czarownik przekazał towarzyszom telepatyczny komunikat. - Lepiej stąd ruszajmy. To miejsce faktycznie śmierdzi zasadzką. Widząc, że proca Toma uległa zniszczeniu, Rakhalim pokręcił z dezaprobatą głową. Wyciągnął pośpiesznie z plecaka kuszę i trochę bełtów podając je chłopakowi. - Trzymaj. Jest prawie nie używana. Przyda Ci się teraz bardziej niż mi. Zwrócisz ją kiedy będziemy z powrotem w Bagieńsku. Tylko oszczędzaj amunicję na prawdziwego wroga zamiast strzelać do ptaków.

- Dz-dzięki... Pierwszy raz trzymam kuszę w rękach. - Młody Tom oglądał broń. - Będę musiał trochę poćwiczyć.

- Niech mnie. - Czarownik spojrzał na pół-orka, jakby oczekując wyjaśnień dlaczego Tom nie umie jeszcze obsłużyć kuszy. - Spust, cięciwa, korba - poirytowany wskazywał na prędce - tutaj wkładasz bełt, a tym naciągasz cięciwę. Strzeli kiedy wciśniesz spust. Nie jestem w tym dobry. Powinieneś poprosić Georga, kiedy będzie więcej czasu.

- Jasne - młodzieniec próbował nadążyć za Rakhalimem. Załadował kuszę. Nieudolnie, bo
pierwszy raz w życiu. W walce nie miałby tyle czasu.

- Wyczuwam magię przemiany ze środka budynku, z bliska mógłbym określić dokładniej co to jest. Osłaniajcie mnie.

Stodoła w kształcie litery "L" musiała być od dawna pusta, jeśli nie liczyć ptasich odchodów i dwóch kompletów ubrań, wiszących na hakach przytwierdzonych do jednej z drewnianych belek. Właśnie w ich kierunku Andre był prowadzony przez magiczny zmysł. Kroki kapłana rozganiały pałętające się kruki. W kieszeni jednego z płaszczy znalazł pierścień promieniujący magią. W wysadzonym nieregularnymi szafirami srebrze wygrawerowano wzory przypominające podmuchy wiatru tudzież fale morskie. Gdy święty obracał w dłoni znalezisko, zaskoczony Rakhalim spostrzegł, że przy płaszczach brakuje mieczy i kusz, które widział zmysłami chowańca. Jednak było już za późno. Brzęknęły cięciwy. Od śmierci Rakhalima uratował bukłak z wodą. Pierwszy z wystrzelonych bełtów przebił go na wylot. Woda zaczęła lać się na nogawkę czarownika i wyklepaną ziemię. W ostatniej chwili Pogromca odwrócił się i uchylił przed drugim grotem, który ledwie drasnął jego policzek…

... i wtedy ujrzał waszych oprawców. Para kuszników, która musiała dotąd kryć się za rogiem stodoły, ludzi przypominała tylko liczbą kończyn. Bliżej im było do kruków. Czarnych, pierzastych, wielkich, dwunożnych. O dziobach zdołających już nie tylko pozbawić oka, ale i przebić klatkę piersiową dorosłego mężczyzny. - Caradoc kazał przesłać pozdrowienia, kiedy będziemy wydłubywać wasze oczy!


[media][/media]

Rakhalim był przerażony, ale coś nie dawało mu spokoju. Stworzenia te - krukołaki - znane były z mądrości i dobrotliwości. Śmiertelnie groźne w walce, rzadko się w nią angażowały.
Niektóre wręcz uważały siebie za obrońców w krainach opanowanych przez ciemne siły. W jaki sposób Caradoc skłonił je do polowania na Pogromców?


- To pułapka! Już po nas! - Młody Tom miał minę, jakby zamierzał zaraz rzucić otrzymaną kuszę pod nogi, położyć się na ziemi i poddać.

- Psiakrew! Te stworzenia są dobrotliwe jak nasz święty. Caradoc musiał je oszukać! - wydyszał z trudem czarownik trzymając się za jedno z miejsc, w które wbił się bełt. Rakhalim obawiając się kolejnej salwy z kusz, rzucił zaklęcie dzięki któremu rozpłynął się w powietrzu.

W "pozdrowieniach" krukołaków Andre wyczuł jakiś fałsz. Jakby nie chciały tego mówić, a musiały. Słychać było, że silą się na groźność, którą być może się nawet brzydziły.


- C-co masz na myśli?! - Tom zmarszczył brwi.

- Ktoś rzucił na nie urok, to pewne.

- To się schowaj. Mówiłem jak jest. - Rzucił George dopadając do wejścia stodoły i dostrzegłszy jednego z ptakowatych wrogów schowanego za rogiem sąsiedniego budynku sam przypadł do ściany i posłał mu najpierw jedną strzałę, a potem zaraz drugą. Celował w drwiący dziób i złośliwe oczy, tak żeby lepiej zabolało. - Pozdrawiam cię, trupaku!

Strzała pomknęła niczym błyskawica. Przeszła na wylot i utknęła w skrzydle krukołaka. Z pierzastego, długiego gardła wydobył się skrzek pełen bólu. Czarne, pozbawione wyrazu ptasie oczy zwróciły się w stronę wojownika. Kreatura rozpostarła skrzydła. Zamierzała wzbić się do podniebnej szarży.

Młody Tom nie mógł siedzieć bezczynnie. Wybiegł ze stodoły. Stanął do walki ramię w ramię z George'm, gotów przypalić krukołaków ogniem rozpalonej pochodni.

Skrzydlate kreatury spadły na George'a z dobytymi mieczami. Okrążyły go i kłuły zawzięcie, przebijając się przez płyty pancerza zrabowanego martwemu Ludwanowi. Skrwawiony wojownik nie poddawał się. Jedno z niecelnych pchnięć odwzajemnił uderzeniem zbrojnej pięści prosto w łeb krukołaka. Tego samego, któremu kilka bić serca wcześniej przebił skrzydło strzałą. Widać było, że potwór powoli opadał z sił, ale wciąż stanowił groźnego przeciwnika.

Młot George'a opadł z trzaskiem na krukołaka. Taki cios mógłby rozciągnąć na podłodze niejednego wojownika, ale nie to stworzenie. Jednak w straszliwym uderzeniu potwór chyba ujrzał zbliżającą się śmierć, gdyż rozpostarł skrzydła, jakby zamierzał uciekać.

Za plecami drugiego pojawił się buzdygan Pelora, przyzwany słowami i gestami Andre. Słowa kapłana sprawiły, że jego kompani odzyskali trochę sił. Przyzwana broń opadła na pokryte czarnymi piórami plecy krukołaka. Wrzasnął okropnie, gdy nieoczekiwany atak prawie zwalił go ze szponiastych, ptasich nóg.

Rakhalim zanucił pod nosem melodię, której żaden dźwięk nie zgadzał się ze sobą, ani nawet nie pochodził z systemu tonalnego powszechnie stosowanego przez wędrownych bardów. Słysząc te dysonanse raniony młotem i strzałami krukołak chwycił się szponiastymi dłońmi za czarny, ptasi łeb. Skrzecząc z bólu upadł na kolana, by powoli osunąć się na ziemię. Był to okropny widok, pełen dźwięków nie do zniesienia. Kiedy jego kompan zrozumiał, że został sam na placu boju, odgroził się zakrzywionym mieczem i wystrzelił spod budowli w stronę nieba. Zniknął za stodołą.

- Może uda mi się go utrzymać przy życiu. - Kapłan podał linę George’owi - zwiąż mu skrzydła, jak się ocuci może być nadal pod wpływem uroku.

George rzucił okiem za uciekającym... czymkolwiek to było... i oparł cieżki kafar o ścianę stodoły. Przyjął linę, zaczął wiązać, nie zamierzał się kłócić. Odpowiedzi przyjdą, albo sam je sobie weźmie, skoro mieli więźnia. - Ale mówiłem zasadzka.

Miałeś rację, ale teraz przynajmniej wiemy, że przemytnik i przyjaciele spodziewają się nas. - Gdy skończył opatrywać krukołaka sięgnął do kieszeni swojej szaty i wyciągnął pięknie zdobiony pierścień. - No i zostawili nam prezent.

Na miejscu nieprzytomnego krukołaka był już tylko nagi mężczyzna. Młody, niewyróżniający się rysami twarzy, a co najwyżej butnym spojrzeniem. Podleczony magicznymi modlitwami kapłana odruchowo wypróbował krępujące go więzy. Przez co jedynie bardziej się zmęczył. Aż sapnął z wysiłku. Musiał być obolały od otrzymanych obuchem młota ciosów. Choć nie było widać żadnych ran, szczególnie tej po strzale, która przebiła skrzydło... Ręka wyglądała w porządku. Cóż, pogodziliście się z faktem, że rany likantropów pozostaną póki co zagadką. - Wypuśćcie mnie, albo tego pożałujecie!

Aasimar chwycił wiszące w stodole ubranie i rzucił je na jeńca co by zakryć jego negliż. Po czym odezwał się spokojnym głosem. - Powiedz nam, kimże jesteś?

Po leczącym zaklęciu Andre, oddech czarownika uspokoił się. Musiał odczuć ulgę, gdyż podszedł do kapłana i klepnął go po ramieniu w geście podziękowania. - Masz szczęście, że jest tu Święty. Inaczej... Za te bełty - wskazał palcem na jedną z niezasklepionych ran - urządziłbym sobie z ciebie tarczę strzelniczą dla Toma.

Likantrop obrzucił czarownika nieufnym, wrogim spojrzeniem.

- Lepiej zamiast nam grozić, wyśpiewaj, dlaczego krukołaki pomagają takiemu przestępcy jak Caradoc.

- Mamy wydłubać wam oczy, bo za dużo widziały. W zamian za... wolność... wolność naszej siostry. - Nie zdradził imienia, ale nie było w tym nic dziwnego po takim pokazie czarnoksięstwa. To, co musiał zrobić dla Caradoca, mówiło zresztą o nim więcej niż jakieś przypadkowe, domnoneańskie imię.

Andre wymienił spojrzenie z towarzyszami. Już raz ich oszukano, gdy okazali współczucie na terenie wroga. Posadził zmiennokształtnego w wygodniejszej pozycji. - W takim razie musimy działać razem jeżeli wszyscy chcemy być żywi. Opowiedz nam wszystko - od początku.

- Wolność... - Rakhalim powtórzył i jakby na chwilę odpłynął gdzieś myślami, po czym spojrzał na Andre i Georga czekając na ich reakcję.

W kilku słowach powiedział, że żył z rodziną - matką, ojcem, bratem i siostrą - w gęstym lesie, na odległej wyspie. Domem było wydrążone wnętrze ogromnego drzewa, do którego wejść można było tylko wlatując od góry. Zawsze unikali skupisk ludzkich i jawnego działania pod postacią krukołaka, co mogłoby przyciągnąć niepożądaną uwagę... niestety zupełnie jej nie uniknęli. Zostali pochwyceni przez łowców egzotycznych okazów w dość młodym wieku. Spędzili dni, miesiące, lata w różnych warunkach - dwór dekadenckiego władcy, gladiatorska arena w podziemiach miasta, zoo ekscentrycznego czarodzieja... aż nie odkupił ich Caradoc. Ich, to ważne, bo bracia nie widzieli się od lat, rzucani przez los po całym świecie, wydawałoby się, że zawsze w przeciwnych kierunkach. Czarodziej-przemytnik posiada też siostrę, trzymaną w srebrnej klatce, od lat w kruczej postaci, niczym dziecko, które nie jest jeszcze w stanie walczyć we własnej obronie.

- Gdzie znajduje się kryjówka Caradoca? Czy ustaliłeś z bratem co zrobicie w razie porażki? W końcu zostawił cię na naszą pastwę.

- Nie wiemy, gdzie znajduje się nowa kryjówka. Od momentu opuszczenia poprzedniej Caradoc kontaktuje się z nami tylko przez pośredników. Kruki wszystko widzą... - Odpowiedział niejasno na drugie pytanie.

Andre rozejrzał się po okolicy przypominając sobie o krukach, które ich ostrzegały. Ptaki dreptały sobie to tu, to tam, niektóre siedziały na belkach stodoły i dachach chat czy szopy, inne z kolei latały wysoko w powietrzu.

- Zarówno on, jak i ja, pomściłby drugiego... czy naszą siostrę. Postąpilibyście tak samo.

- A co gdybyście nas zabili? Liczysz, że Caradoc Was uwolni?

- Nie mieliśmy was zabić. Tylko wydłubać wam oczy. Póki ma naszą siostrę i nie wiemy, gdzie ją trzyma, nie mieliśmy wyboru.

- Co to za pierścień? - pokazał Andre zdobycz z ubrania krukołaka.

Rakhalimowi zaświeciły się oczy na wzmiankę kapłana o połączeniu sił. - To mógłby być dobry układ- przekazał do Andre, Georga i krukołaka telepatycznie. - My dostaniemy głowę Caradoca, a wy odzyskacie siostrę. Jeszcze się przy tym obłowimy. Myślę, że łupu starczy dla wszystkich. Podstępem możemy wspólnie złapać pośrednika i wyciągnąć od niego położenie kryjówki - dodał nie wydając z siebie żadnych dźwięków. - Uważajcie na to co mówicie - ostrzegł mentalnie towarzyszy. - Wśród kruków są szpiedzy Caradoca. Pewnie mają potwierdzić, czy krukołaki wykonały zadanie.

- Prawie mnie zabiły tymi kuszami! - krzyknął Rake. - Chcesz im jeszcze pomagać?! A Ty... - Zwrócił się głośno do krukołaka - lepiej nie waż się łgać albo poćwiczę na tobie jedno z moich ulubionych zaklęć!

- Pamiątka... a co? Odłóżcie to na miejsce! - Zabranie pierścienia wyprowadziło go z równowagi. Na Rakhalima spojrzał tylko jak zbity pies. Chętnie by się odgryzł za to, co zaklęcia zrobiły z jego głową podczas walki. Pewnie uważał czarnoksięstwo za przyczynę dzisiejszej porażki.

- Oni chyba potrafią się zmieniać w kruki, ktoś inny musi być pośrednikiem.

- Gdyby nie ten pierścień nie byłoby nas tutaj. Zapytam inaczej, do czego służy ta ,,pamiątka"?

- Możesz odpowiedzieć w myślach. Przekażę kapłanowi. - Dodał telepatycznie Rakhalim.

- A do czego na ogół służą pamiątki? - Odgryzł się. Zmarszczył brwi w niezrozumieniu, kiedy Rakhalim świdrował go spojrzeniem, próbując telepatii.

- Co z nim zrobimy? Nie ufam mu chociaż wydaje mi się, że mówił prawdę. Może spróbujemy go nakłonić do prowokacji z tym jego pośrednikiem i wtedy dowiemy się czegoś użytecznego? No i jeszcze trzeba mieć jego brata na uwadze…

George posłuchał, pomyślał. Podszedł bliżej. - Weź nakarm kruki, przydały się. - Podał Tomowi rację żywnościową i machnął ręką obok, żeby ją rozsypał. - Ale ten myślę umrzeć musi. Sprzedany. Kto wie czy my pierwsi. Powiesz mi co przekazać siostrze. Ja też mam ci co na ucho powiedzieć. - George nachylił się nad więźniem, żeby wyszeptać: - Patrzymy który najbardziej ciekawski, ten podleci posłuchać. Zacznij coś o Caradocu jak zobaczysz tego blisko. Może szpiona złapiemy. Na razie mówię, czekamy. - George pozwolił by imię zabrzmiało nieco mocniej, a tak czekał na ptaszysko.

Kruki zleciały się wokół rozsypanego chleba. Likantrop siedział z wyraźnie zdezorientowaną miną. Nawet nie starał się specjalnie długo rozglądać za "chowańcem", jakby uznał pomysł za pozbawiony sensu.

- Nawet jakby Caradoc miał tu chowańca, nie odróżniłbym go od innych kruków. Przekaż mu to. - Skorzystał z więzi telepatycznej z Rakhalimem. Cedził słowa niepewnie. Musiało być to dla niego nowe doświadczenie. Nie odpowiedział też George'owi.

- Urżnijmy mu łeb. Zawsze zdradzi.

Żaden z kruków nie wydawał się odstawać zachowaniem od reszty. Większość ptaków jadła rozdrobniony chleb. Niektóre wciąż siedziały na belkach.

Aasimar zastanowił się chwilę po czym kiwnął potwierdzająco w stronę George’a.

- Twierdzi, że nawet gdyby Caradoc miał tu chowańca, to nie odróżniłby go od innych kruków. - Przekazał towarzyszom telepatycznie Rakhalim.

- Moi towarzysze powoli tracą cierpliwość. Jeden z ludzi Caradoca już raz nas szpiegował - rzekł na głos czarownik. - Przemytnik posłał was przeciwko czterem uzbrojonym Pogromcom, spodziewającym się zasadzki z jego strony - powiedział do krukołaka w myślach. - To oczywiste, że nie ma zamiaru uwolnić waszej siostry. Macie prosty wybór. Albo próbować znów nas dopaść i nigdy jej nie odzyskać, albo wspólnie z nami go zaatakować i wykorzystać zamieszanie, by ją uwolnić.

- Wybieram to drugie.

- Mam zamiar upozorować jego ucieczkę. Macie coś przeciw? - zwrócił się telepatycznie do Andre i Georga - Jeżeli nie, Andre, rzuć mu ten pierścień pod nogi.

- Niech pierścień będzie naszym przymierzem. Oddam go jeżeli dotrzyma słowa, chyba jest w stanie tyle poświecić w geście dobrej woli.

Czarownik wzruszył ramionami i przekazał krukołakowi myśl kapłana. Skinął nieznacznie głową gdzieś w powietrze, aby niewidzialny chowaniec ukradkiem poluzował więzy, dając jeńcowi możliwość uwolnienia się. - Dość tego! Czas na trochę zabawy! - Krzyknął składając dłonie w gesty zaklęcia. Ruszaj już - zwrócił się telepatycznie do krukołaka. - Odnajdźcie nas, kiedy przygotujecie się by odbić siostrę.

- Zgoda. - Odpowiedział w myślach likantrop. Zaczął na waszych oczach obrastać w czarne pióra i maleć do rozmiaru kruka. Wzbił się w powietrze, a wraz z nim ta reszta ptactwa, której nie wystraszył szalony krzyk Rakhalima.

- Cholerny ptak! Nie uciekniesz nam! - wrzasnął jeszcze czarownik na odchodne.

Martwy kruk upadł niedaleko od czarownika, trafiony promieniem mistycznej energii. Te, które uszły z życiem, były już tylko małymi, czarnymi punkcikami na niebie. Gdzieś pośród nich znajdował się uwolniony likantrop.

- Idziemy dalej czy wolicie tu odpocząć? - Kapłan przetrzepał pozostawione ubrania zmiennokształtnych. Uzbrojenie Andre już widział: krótki miecz i kusza pistoletowa, a wraz z nią zapas amunicji. Ubrania same w sobie zbytnio go nie interesowały. W kieszeniach obu płaszczy znalazł jedynie dwa identyczne pukle długich, czarnych włosów, związane każdy kawałkiem sznurka. Musiały należeć do tej samej osoby. W stodole były jeszcze zardzewiałe szczypce. Gdzieś walał się zdatny do użytku łom. Do drzwi wszystkich pozostałych budynków opuszczonego gospodarstwa przybito pergaminy. Oświadczały o zajęciu nieruchomości w wyniku wyroku sądowego. Ostrzegały, że naruszenie własności będzie surowo karane. Podpisane były w imieniu wicehrabii Solnych Wrzosowisk, Crantoka Jenningsa III. Po sprawdzeniu reszty stodoły Aasimar oglądał dokładnie pierścień starając się zrozumieć naturę jego magii.

George nie był przekonany do tych całych intryg, ale skoro chcieli, to mógł im potem powiedzieć że miał rację jak się spierdoli. W międzyczasie znalazł czystą wodę, pozbył się pancerza i obmył się z krwi i potu - dobrze było chwilę pooddychać swobodnie, a wiatr przyjemnie chłodził mokrą skórę. Takie przerwy kiedy można było sobie żuć powoli kawałek suszonego mięsa i nie myśleć o niczym szczególnym to on lubił.

Ruszyliście w dalszą drogę. Podróż prowadziła między gospodarstwami, folwarkami, małymi wsiami. Przyciągaliście ciekawskie i bojaźliwe spojrzenia chłopów, dla których nie istniał świat szerszy niż ich poletko. Na środku jednego z pól grupka wieśniaków kończyła budowę drewnianej kukły, wysokiej na dwóch chłopa. Idąc dalej, zauważyliście samotnego susła. Na wasz widok wyciągnął łepek z wykopanej dziury i wyprostował się na chwilę, by szybko zniknąć pod ziemią. Zawsze w zasięgu wzroku był też przynajmniej jeden kruk - może was śledziły? Łysiejący braciszek zmierzał w waszą stronę. Już z daleka widać było, że się zatacza. Brązowa szata była przepocona... i obrzygana. Ściemniało się, przez co zaczęliście myśleć o odpoczynku. Znaleźliście życzliwych ludzi, którzy przenocowali was w stodole. Ich życzliwość musiała być motywowana przynajmniej po części bojaźnią przed świętym Andre. Może obawiali się kary boskiej albo drżeli przed jakimś przesądem o braku gościnności, jednak George przełamał pierwsze lody. Szybko nawiązał z nimi wspólny język jak to zwykle czynił w kontaktach z prostymi ludźmi. Jedynie na wytatuowanego Rakhalima patrzyli wciąż z dużą dozą nieufności, jeszcze nawet wtedy, gdy ich opuszczaliście wczesnym rankiem. Nie mieli na tyle wyobraźni czy wiedzy by utożsamić tatuaże te ze sztukami czarnoksięskimi, ale mógł im wyglądać na pirata czy przestępcę.

Do bagnistych pogranicz cywilizacji, gdzie znajdowała się wieś Ślimaków, mieliście jeszcze jeden dzień wędrówki przez coraz rzadsze i mniejsze wsie, osady rybackie, gospodarstwa. Oddalaliście się coraz bardziej od punktu światła, jakim było miasteczko. Część dzisiejszej drogi prowadziła wybrzeżem, przy którym zauważyliście... wrak statku. Z piasków plaży wystawały połamane deski, podarte żagle, części żołnierskiego rynsztunku i różne żeglarskie bibeloty, porozrzucane wokół dziurawego kadłuba. Mimo że okręt nie znajdował się w jakimś specjalnie niedostępnym miejscu, okoliczni mieszkańcy zdawali się nim nie interesować. Nie było tu żadnych ciekawskich wieśniaków ani ludzi lokalnego barona. Częściowo zakopana w piasku była i figura galionowa - biały, wściekły dog.


[media][/media]

George przypomniał sobie rozmowę z sir Jorym. Szlachcic wspominał o Marmurowej Kompanii, zamorskim wojsku najemnym. Radny Anders ściągnął ją do Bagieńska. Celem było wzmocnienie obronności w obawie przed jaszczuroludźmi, ale podejrzliwy artystokrata doszukiwał się w tym drugiego dna. Ciekawiło go też, skąd Anders - najmłodszy w radzie - miał takie kontakty. Po zmarłej matce?
Czy to był jeden z okrętów najemników? Jeśli tak, to nie cała kompania dotarła szczęśliwie do portu.


- Chyba komuś nie dopisało szczęście. Co o tym sądzicie? - Zagadał Rakhalim przyglądajac się statkowi. Czarownik wyciągnął swój dziennik i kartkując go na szybko spoglądał co chwilę na galionową figurę.

Kimkolwiek byli, musieli ponieść duże straty. Na takim statku mogło zmieścić się przynajmniej pięćdziesiąt osób, jeśli nie więcej, szacował Rakhalim. Może nawet nie wiedzieli, że statek został wyrzucony na brzeg. Albo jeszcze nie zdążyli zareagować. Jednak nie był znakowany barwami żadnej krainy znanej Rakhalimowi. Może mieli list kaperski, a bandera mocodawcy zaginęła w morskich odmętach? Wiązania kadłuba musiały osłabnąć w wyniku sztormu. Nie było widać śladów żadnej walki. Po prostu pech na morzu.

INT (History): Sądząc po galionie, statek należał do Marmurowej Kompanii, zamorskich wojsk najemnych.


Rake przez moment próbował skojarzyć do kogo może należeć wrak. Mruknął coś pod nosem i przywołał do siebie chowańca pod postacią kruka. Przywoławszy, zwróciłeś uwagę, czy w pobliżu nie kręciły się inne kruki. Tak z nabytej podejrzliwości. Przynajmniej kilka siedziało na gałęziach pobliskich drzew, kilka kolejnych krążyło w powietrzu.

- Cholerni szpiedzy - zwrócił się w myślach do Andre i Georga - trzeba będzie się ich jakoś pozbyć.

- Niech młody poćwiczy strzelanie z kuszy, będą stanowić dobry cel.

Młody Tom nie potrzebował dodatkowej zachęty. Złapał za kuszę. Naładował już trochę wprawniej. Był niewyspany. Musiał ćwiczyć wieczorem, a wstał jeszcze przed wschodem słońca. Teraz chciał się przed wami wykazać. Wziął głęboki wdech. Przycelował. Wreszcie nacisnął spust.

Brzęknęła cięciwa. Wystraszone ptaki wzbiły się w powietrze.

- Szlag! Gdyby nie ta gałąź! - Krzyknął rozgniewany chłopak.

Wtem! Usłyszeliście jakiś głuchy trzask. Jakby pęknięcie szkła. Dobiegł z wnętrza wraku. Zamarliście. Dźwięk nie powtórzył się. Zapadła napięta cisza. Nastawiliście uszy, ale słychać było tylko monotonny szum przybrzeżnych fal.

Ciemny kształt przemknął w szczelinach burty, po podpokładzie. Niejeden. Czuliście na sobie coraz więcej złowrogich, świdrujących spojrzeń.


 
__________________
[D&D 5 | Doomed Slayers] Ghosts of Saltmarsh (18+) - sesja grana przez Role Gate

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 20-06-2020 o 09:29.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169