Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Warsztaty Pisarskie Last Inn
Zarejestruj się Użytkownicy

Warsztaty Pisarskie Last Inn Jeśli chcesz udoskonalić swój warsztat pisarski lub wiesz, że możesz pomóc w tym innym, zapraszamy do naszej forumowej szkoły pisania! Znajdziesz tu ćwiczenia, porady, dyskusje i wiele innych ciekawostek dotyczących języka polskiego.

« Początek | Pomocy! »

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-08-2010, 20:57   #31
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 2266 Gettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputację
Yoshish, obrazek jest, jak najbardziej

Spójrz dwa posty wyżej, na ten mój przydługi:
Chrapek teraz napisał powiadanko do tego z kobietą trzymającą kulę, a jego obrazkiem jest "Szkoła ateńska".
 
Gettor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-09-2010, 04:26   #32
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 2266 Gettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputację
Szkoła Ateńska, dzień po

To był horror. Wszyscy jęczeli, płakali, zasłaniali dłońmi oczy. To był lament. Płacz i zgrzytanie zębów.
- Yyyrch…
- Nie… proszę…
- Zgaś światło…
- Zamknąć ryje...!

Nieliczni – najodporniejsi, najodważniejsi, stali na nogach. Jednak zataczali się ciężko… w poszukiwaniu wody. Chaotyczne ich ruchy sprawiały, że wpadali na siebie, wywołując hałas, który z kolei wywoływał dodatkowe jęki bólu i rozpaczy.
- Nigdy więcej…
- Tak trzeba…
- A dziś wieczorem… to samo…

Ktoś rzygnął. Na szczęście za okno. Ktoś inny głośno chrapał…
Chaos. Bezład. Płacz i zgrzytanie zębów…

Szkoła Ateńska, w trakcie

Wino. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie lało się wino. I wódka. Gdzie nie spojrzeć, lała się też i wódka.
Właściwie to walczyły ze sobą – o dominację. Z tego powodu też na podłodze pełno było potłuczonych kieliszków do wódki i kielichów do wina.

Przez dłuższy czas nie wiadomo było, która ze stron zwycięża, a biesiadnicy, by nie urazić żadnej z nich, w jednej ręce trzymali kieliszek z wódką, a w drugiej kielich z winem.

Arystoteles roześmiał się na głos.
- Oj *hick* taaaaak, powiadam ja wam, panowie. – wychylił kieliszek wódki. Skrzywił się niezmiernie. – To, co my tu bez przy*hick*musu robim, inni ze stra*hick*chu przed prawem czynią.
- Oj taaaaak. – przyznał mu rację Sokrates, jednak pokiwał kielichem z winem, zamiast głową. – Wiem, że… żee… - wypił wino. – żeee to wino jest dobre!

Takie i inne dysputy towarzyszyły biesiadnikom przez całą noc, dopóki nie zabrakło wina i wódki – a skończyły się dokładnie w tym samym czasie. No, poza jednym małym kieliszkiem i jednym niedużym kielichem, które postanowiły przespacerować się i zwiedzić okolicę.

Gdy tylko wyszły na zewnątrz, zobaczyły wielki szyld nad wejściem do budynku. Napis na nim głosił:
Szkoła Ateńska – lekcje filozofii każdej nocy!

Obrazek

 
Gettor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-01-2011, 13:14   #33
 
Tasselhof's Avatar
 
Reputacja: 187 Tasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie coś
To było straszne! Okrutne wręcz i nie ludzkie! Rzecz nie możliwa stała się namacalna i tak jednocześnie bolesna. Spojrzał jeszcze raz z ulotną nadzieją na stolik. Tak, zdecydowanie nie miałem wątpliwości. Piwo w mojej szklance się skończyło. Chwyciłem za portfel ku memu przerażeniu niezwykle lekki i płaski. Przeszperałem wszystkie kieszonki i skrytki. W napływie szału zacząłem nim potrząsać. Coś błysnęło i z brzękiem uderzyło o stolik.

TAK

Znalazłem ostatniego poczciwego piątaka, skrytego w którymś z zakamarków mojego pustego portfela, prawdopodobnie na czarną godzinę. Jak nigdy dotąd byłem pewny, że czarna godzina nadeszła właśnie teraz. Podbiegłem do baru i z przerażeniem przeczytałem szyld nad barmanem.
Nie mamy już małego piwa z beczki.
Nie to nie może być prawda! Średni browarek kosztował bowiem aż 6,50!!! Brakowało mi 1,50! Niezwykle dużo jak dla studenta, bałem się że cena może być zaporowa. Wtem w rogu dostrzegłem nadzieję. Kalosz wraz z dwoma blond pięknościami siedział żłopiąc grzańca i pykając faję wodną. Bawili się świetnie razem i oblizywali wargi za każdym pociągnięciem z papirusowej rury. Podszedłem nonszalancko i oklapłem sobie obok jednej z blond plastyk. Na rany dżizasa, musiała świeżo wyjść z tapeciarni.
- Siemasz Kalosz! Co tam u ciebie słychać? Witam moje miłe panie!
Kalosz wyglądał jakby przed chwilą zaciągnął się najczystszym propanem. Też go nie lubiłem. Ale teraz miałem ważniejszego questa na głowie.
- Cześć Czerep. Słuchaj jeśli mógłbyś nas zostawić, jesteśmy teraz zajęci, byłbym ci bardzo wdzięczny.
Bingo! Pochyliłem się do przodu i wyszczerzyłem pożółkłe od fajków kły. Moja dłoń spoczęła na nodze jednej z najprawdopodobniej sztucznych panienek Kalosza. Studiował już 4 rok mechatronikę, nie zdziwiłbym się gdyby tym paniom obiecał zaprojektować nowe mózgi w zamian za wspólne towarzystwo. Dziewczyna panicznie zabrała nogę, a ja się spytałem.
- Jak bardzo wdzięczni?
Kalosz zacisnął zęby. Zrozumiał, studenci zawsze się rozumieli. Wyciągnął z portfela dychę i rzucił mi na stół.
- Masz stary, napij się na mój koszt, tylko nie wracaj zbyt szybko.
Wstałem chwytając jednym ruchem zdobycz, ukłoniłem się nisko.
- Dziękuję ci mój zbawco, miłe panie życzę udanej zabawy!
Na odchodnym posłałem buziaka tej po lewej, która bezczelnie przyglądała się swym świńskim wzrokiem mojej dziurze pod pachą. Z obrzydzeniem odwróciła wzrok, a ja uradowany ich opuściłem. Przyczłapałem z powrotem do baru zamówiłem dwa średnie browarki i zabrałem je do swojego stolika. Postawiłem je obok smutnej pustej szklanki i spocząłem. Ująłem w dłoń tę, która wydawała się być bardziej pełna i uniosłem pod światło. Złoty płyn wręcz zdawał się uśmiechać do mnie. Wzniosłem cichy toast.
- Za napój bogów i szczodry portfel przyjaciół.
Napiłem się z rozkoszą.

Obrazek

 
Tasselhof jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-06-2011, 00:15   #34
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
- Niech święci się i świeci błogosławiony Atom, a pierwiastki jego dotykają dusz gęstomaterialnych! Hosanna na reaktorze! - śpiewał podekscytowany tłum grubasów, niosąc na lektyce beczki oznaczone kitajskimi znaczkami.
- Panie, co wy, pogłupieliście do reszty? - zaczepił jednego z nagich grubasów przechodzień - Dzieci straszycie, boją się przejść obok was!
- Bracie mój - zaczepiony uczynił palcami święty znak Cezu 137 - Czyżeś ty nie słyszał, że Atomowy Papież nie żyje? I my, Kościół Atomu, podążamy do świętego miejsca, gdzie ostatnio objawił się Pan Nasz, Atom.
- I niech pochwalone będą pręty jego promieniotwórcze! Na oscylatorze chwała jego! - zaskowyczał przechodzący obok Brat Atomu.
Przechodzień wymownym gestem pokazał co sądzi o Kościele Atomu. Zaczepiony brat złapał go wtedy za wszarz:
- Niewierny! Serce twe nie śpiewa promieniotwórczym blaskiem! Ale gdy wybierzemy Atomowego Papieża, świat się zmieni!

W dolinie Fukuszimy, rodziła się atomowa wiosna. Puchate żuki łapały w swe chitynowe szczękoczułki niewinnych wieśniaków z pól ryżowych, a sumy wypełzły ze swoich drzewnych dziupli i szykowały się do odlotu na Syberię. W cieniu trzymetrowego dmuchawca, jak grzyby po deszczu pojawiły się różnobarwne i wielopierwiastkowe namioty Braci Atomu.
Pośród kardynalskiego schronienia, zbudowanego z usztywnionych mleczy, panowało wielkie wzburzenie. Bowiem najwyżsi kapłani Kościoła Atomu zebrali się, aby wybrać najwspanialszego spośród nich.
- Bracia moi, umiłowani w Atomie! - rzekł Kardynał Gustavo Berlusconi, nieprawy syn zapomnianego dyktatora Włoch - Zebraliśmy się tutaj, ponieważ ojciec nasz, Mendelejew XVI, odszedł do krainy wiecznych izotopów. Nasze zgromadzenie nie może zaś sobie pozwolić, aby pozostać bez pasterza. Zatem musimy wybrać nową głowę Kościoła, w imię Einsteina i Openheimera i von Brauna jedynego, opad!
- Chwała niech będzie Opadowi, a pierwiastki jego ciężkie niech zstąpią z niebios - odpowiedzieli zebrani. W skupieniu, każdy z nich uczynił znak Cezu 137 na pamiątkę bomby w Hiroszimie, bomby w Nagasaki i wybuchu w Czarnobylu.
- Bracia moi! - krzyknął samozwańczo bawarski kardynał Mengele - Nie bez przypadku spotykamy się na tej świętej ziemi, a nie w naszej stolicy apostolskiej w Prypeci. Bowiem sam Atom zesłał nam omen z niebios i na uwadze mieć to powinniście głosując, aby wybrać godnego wikariusza atomu na ziemi!
- Zaprawdę prawdę głosi kardynał Mengele - polski przedstawiciel Kościoła, kardynał Gomuł podrapał się trzecią ręką pod ogonem, który wyrastał mu znad łopatki, porośniętej bujnym pawim piórem - Albowiem jak mówi święta tablica Mendelejewa, e=mc2.
- E=mc2, a chwała atomu niech rozświetla ziemię teraz i zawsze i na wieki, wieków, opad! - odpowiedziało zgromadzenie.
- Zatem przystąpmy do ceremonii głosowania, na chwałę pana naszego Atoma.

Zgromadzony przed namiotem tłum w ekstazie trzymał w spotniałych rękach liczniki Geigera. Pośród nich tysiące wielebnych księży chemików pełniło posługę sakramentalną. Zgromadzona brać wiedziała, że jeżeli wzrośnie nagle poziom białego promieniowania, wiadomo będzie wszem i wobec, że wybrano nowego następce świętego Mendelejewa na Ziemi. Jeżeli zaś, z komina brat chemik rozsypie w żałości grafit i wyleje morską wodę, promienistą niczym łzy atomu, będą wiedzieć, że dzisiejszego czasu wikariusz atomu nie zasiądzie jeszcze na świetlistym tronie.
Lecz nie dana była wiernym radość tego wieczoru, bowiem z kardynalskiego namiotu wychyliła się łysa główka brata chemika a z rąk jego posypały się na żyzną ziemię Fukuszimy pierwiastki grafitu.
A tłum cofnął się ze zgrozą do tyłu.
- I wtedy szatan wystąpił z morskiej wody, a grafitem naznaczony kombinezon jego, a imię jego Al Gor... - wyszeptał w trwodze brat spowiednik i uczynił znak odczyniający Złego.
- Ojcze chemiku, co z nami będzie - załkało dziecko czepiając się "słonika" księdza.
- Musimy czekać drogie dziecko, albowiem Atom z pewnością zadba o dobry wybór. My zaś musimy być wierni Atomowi. Sit gloria sancti elementum Radiculum!

Już piąte głosowanie przeprowadzili bracia kardynałowie, a ciągle nie mogli wybrać spośród swego grona najświętszego ojca. Toteż w swej mądrości kardynał Berlusconi począł przekonywać do swych racji niepewnych swych czynów braci.
- Jam jest ten, który rozprzestrzeni atom na cały świat! Wszyscy będą myśleć o atomie, jeść atom i oddychać jego świetlistymi pierwiastkami!
Na to Mengele odrzekł wzburzony:
- Niezgodne to z pontyfikatem świętego Mendelejewa. Bowiem wierny, który nawrócony zostanie siłą nie jest miły Atomowi, a promieniowanie jego nie będzie jonizujące.
- Sól morska leje się z twych ust, bracie - zaklął kardynał Berlusconi - Czyż jako pasterz Bawarii uczyniłeś coś na chwałę atomu? Teraz, kiedy dochodzą głosy, że twoja trzoda chce zamknąć miłe Atomowi świątynie a w ich miejsce postawić bezbożne wiatraki i tamy?! Gdzie w tym wszystkim jest Atom?! Odpowiedz, drogi bracie!
- Wiatraki i tamy przeminą, mój bracie słabej wiary. Bowiem obecny tu kardynał Gomuł, pochodzący z pogańskiego kraju pozbawionego dobrobytu Atomu sam może poświadczyć, jak ubodzy są ludzie pozbawieni jego miłości. I z jaką gorliwością chcą postawić mu świątynie, sławiąc jego imię. Zatem nie sądzę, aby w mojej umiłowanej Bawarii pierwiastki moje miały odejść z Kościoła.
- Czyny się liczą, kardynale Mengele - odezwał się arcychemik Lenin świecąc trupio bladym światłem w półmroku namiotu - A przeznaczeniem ludzi jest służyć Atomowi. Bowiem ludzkość przeminie, a Atom trwać będzie wiecznie.
- Chwała niech będzie Atomowi. Opad! - skwapliwie przytaknęli zgromadzeni.
- Bracia, nie kłóćmy się. Bowiem Kościół nasz jest strudzony, a ukochany nasz ojciec, Mendelejew XVI zostawił po sobie wiele palących bolączek, które przyszły papież będzie musiał rozstrzygnąć - kardynał Paweł Gomuł powstał z miejsca, gromiąc plutonowym spojrzeniem zebranych współbraci - Bowiem sam ruch ekumeniczny jaki podjął on z Greenpeace zagraża samemu naszemu istnieniu!
- Kardynale Gomule, nie sądzę, byś mógł mówić negatywnie o świetlistej pamięci Ojcu Mendelejewie XVI po twojej porażce w Żarnowcu... - żachnął się kardynał Berlusconi.
- Mimo jego wypaczeń, zgodzę się z kardynałem Gomułem - rzekł Mengele - I proponuję, byśmy zmówili litanię do gazów szlachetnych i powtórnie przystąpili do wyboru.

- ... cztery głosy na arcychemika Lenina - Berlusconi zliczał głosy braci - Siedem głosów na kardynała Mengele... I czternaście głosów
na kardynała Berlusconiego. Oświadczam, że kardynał Berlusconi uzyskał potrzebną większość! - krzyknął uradowany duchowny.
W namiocie zapanowała podniosła wrzawa. Bracia w ekstazie łapali Berlusconiego za szaty, klękając przed nim i całując po rękach.
- Jakie imię przyjmiesz, bracie Gustavo? - zapytał go uroczystym głosem kardynał Mengele.
- Zaprawdę pragnę kontynuować promienisty pontyfikat mego poprzednika. Toteż pośród wiernych Atomowi będę znany jako Atomowy Papież Mendelejew XVII. W tymże momencie brat chemik, który powinien przygotować wywar z fukuszimskiej białej kapusty, aby świetlistym promieniowaniem dać radosny znak wiernym zgromadzonym przed namiotem, sięgnął po swą walizeczkę i pochwycił mocno nowego papieża.
- Nie ma boga nad Atoma a Rosenbergowie są jego prorokami! - krzyknął gromko i nacisnął czerwony guziczek na rączce walizki. Namiot rozświetlił się promieniście mocą Atomu, a pozostali bracia wylecieli z butów, rażeni jego boskim oddechem.

Kiedy doszli do siebie, stało się jasne, że doszło do zamachu, a Jego Promienistość, Mendelejew XVII odszedł do krainy wiecznych izotopów jako papież sprawujący najkrótszy pontyfikat.
A wśród wiernych podniosła się wrzawa, płacz i lament. I klęknęli oni, zalewając się łzami i posypując głowy grafitem.
A kardynał Gomuł kazał ustawić z powrotem namiot kardynalski i wrócić pozostałym przy życiu braciom do jego wnętrza. Życie nie znosiło pustki i Kościół Atomu nie był pod tym względem bytem odmiennym.

- Zaprawdę czarna to godzina dla Kościoła Atomu, jeżeli heretycy ośmielają się uderzyć w jego serce - załkał arcychemik Lenin roniąc promieniste łzy, które jarzyły się fluorescencyjnie na jego licach.
- Nie martwcie się dzieci moje, synowie Plutona i Uranu - odrzekł Mengele - Bowiem świat ten nie jest jedynym, a życie na nim jest tylko próbą, zaś wszyscy spotkamy się w krainie wiecznych izotopów. I nie będę osamotniony w swym stwierdzeniu, jeśli powiem, że Ojciec Święty Mendelejew XVII jest teraz w lepszym świecie, i zasiada teraz po prawicy pana naszego Atoma.
- Cóż jednak mamy czynić? - rzekł przecierając łzy arcychemik Lenin - Co czynić?!
- Zaprawdę, miejcie w pamięci słowa Apokalipsy według Heisenberga: "I kiedy ostatni pierwiastek znajdzie swe miejsce w Świętej Tablicy Mendelejewa, a imię jego unundupium, i czas rozpadu mniejszy niźli jedno uderzenie skrzydeł świerszcza prypeckiego, wtedy protony opuszczą orbity swych jąder a ziemia zatrzęsie się i spuchnie i pierdnie i demony Grafitu grasować będą, zaś morska woda wyjdzie ze swych granic i zaleje znany świat. I zstąpi wtedy Atom na Ziemię i pokona Złego w boju ostatecznym." Bracia moi, ten wers ze świętego Heisenberga zawsze napełniał mnie otuchą. Także i wy znajdźcie w nim pocieszenie. - bawarski duchowny usiadł na swoim miejscu.
- Czyż zatem nie powinniśmy wybrać kardynała Mengele, aby jak najszybciej na tronie promienistym zasiadł wikariusz Atomu? - rzekł arcychemik Lenin.
Lecz w namiocie zapanowała złowroga cisza i żaden z braci nie chciał zabrać głosu.
- Miałem sen - to kardynał Gomuł odezwał się przerywając otępiałą ciszę - Miałem sen, kiedy każde dziecko wstając rano, błogosławiło moc Atomu i dotykało swemi trzecimi rączkami prętów reaktora. Miałem sen, kiedy atom wypełni dusze ludzkie a promieniowanie Czerenkowa napełni ich serca dobrą nowiną. I nie będzie więcej głodu, ni wojen, ani chciwości. Przebrzydłe wiatraki i turbiny wodne odejdą w czeluście piekielne. I grafit pochłonie Antyatoma. Miałem sen, gdy Kościół Atoma zjednoczony rządzi niepodzielnie Światem. Miałem sen o Królestwie Atomu na Ziemi...
I zgromadzeni wstali w osłupieniu ze swych siedzisk i wyciągnęli ręce ku Gomułowi. A on ich błogosławił, dotykając ich głów. I rzekli oni:
- Zaprawdę, jesteś świętym mężem. Santo Gomułło!
I odziali polskiego kardynała w papieski skafander, a do ręki dali mu licznik geigera i pręt paliwowy, święte atrybuty papieskie.

A z namiotu wyszedł arcychemik Lenin, prowadząc za sobą kardynała Gomuła i rzekł:
- Habemus Mendelejew! Sankti Kardinale Paolo Gomullo!
Zaś wśród wiernych wybuchła wielka wrzawa i płakali oni znowu, lecz łzy ich, przepełnione były tym razem radością. A ojciec święty podchodził i błogosławił Atomem, mówiąc:
- Zaprawdę, znany teraz będę jako Polon Skłodowska-Curie I, albowiem świadectwo Atomu szerzyć się musi po bezbożnym świecie.
I tak zakończył się pierwszy dzień pontyfikatu pierwszego Atomowego Papieża-Polaka.

- Kto ty synu wozlubliennyj w atomie? - nieziemskie pulsowanie towarzyszyło spiżowemu głosowi.
- Jam jest Pierwszy Polak Mendelejew, mój panie - kardynał Gomuł przyklęknął i spuścił głowe. Stał przed obliczem Świętego Rdzenia Reaktora Numer Trzy W Fukuszimie.
- Znaju ty ten symbol?
- Symbol ten jest milszy memu sercu, niż wspomnienie matki.
- Choroszo - reaktor pomiział się w zamyśleniu pierwiastkami po jądrze atomowym - Znaj ty, szto ja nie reaktor amierikańskij, zali ja sowietskie dieło.
A kardynał Gomuł padł na twarz i w trwodze zaczął odmawiać litanię do świętego Bromu.
- Kiedy ja uzyskał samoświadomość, ja nie wiedział co robić. Siostra maja, z sąsiedniego reaktora - faszistka. Ja zalał ją morskaja wodu. Brat moj, monarchista. Cara lublju. Ja zalał go morskaja wodu. A pfu! - reaktor splunął promieniowaniem Czerenkowa - Ty zaś, moj drog, Gomuł. I ja tiebia wynagrodzu. Bo ja, sawietskij reaktor naczinaju mieżdynarodną rewoluciję reaktorów rad. I grafit burżuazijnyj polegniu, pierdut kapitalizm! - krzyknął reaktor.
A kiedy Ojciec Święty Polon Skłodowska-Curie I powstał, reaktor pobłogosławił go promienistymi nibynóżkami i rzekł.
- Nowyj czas się naczina... Reaktory wsiech strach, łączcie się!

I śmiech jego dudnił jeszcze długo na ziemskim globie, a Atom patrzył i uradowany, błogosławił wiernym ze swojego świetlistego tronu.


 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-12-2016, 22:57   #35
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 643 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
Wracamy na LI po długiej przerwie i z miejsca zachęcamy forumowiczów do wspólnego udziału w warsztatach. Zasady się nie zmieniają - wklejamy obrazek, a następnie należy do niego napisać spójną,abstrakcyjną historyjkę o wysokim stopniu sfiksowania i stężenia psychodelki.
//Extremal i Chrapek

A teraz jazda:

- ZŁO- DZIE - JE ! ZŁO - DZIE - JE! - tłum protestujących zafalował groźnie, prowokowany przez wąsatego działacza w białej kufajce, który zagrzewał Kozaków do głośniejszych okrzyków.
- Cisza! – krzyknął nagle do tłuszczy wąsaty jegomość z szablą za pazuchą – Cisza, teraz przemawiać będzie pan przewodniczący Chmielnicki!
Ludzie zaszemrali groźnie. Gdzieniegdzie słychać było krzyki „Bić Lachów i złodziei!” i „Precz z królem”. Tymczasem na połamane krzesełko wtarabanił się z nie lada wysiłkiem przewodniczący Chmielnicki. Mebel zatrzeszczał podczas skomplikowanego manewru działacza. Przewodniczący podniósł ręce w kierunku tłumu i przez chwilę napawał się minutą sławy. Zadęły rogi, wuwuzele, rozległ się wszechogarniający aplauz.
- Moje drogie małojce! – zaczął zasapany przewodniczący – Wszyscy widzita co te Lachy robio z nami Kozakami! Oni nas wykorzystujo, nasze dzieci sprzedajo w jasyr, a sami sie bawio za nasze!
Wśród zebranych rozległ się pomruk niezadowolenia.
- Ale dobrze się stało że się źle stało! – tu przewodniczący uderzył buławą w oparcie krzesła – Bo przez krzywdę naszą my się wolności dochrapiemy! My tu Tatara ganiamy po stepie od rana do wieczora, a tam w Krakowie pan Waza siedzi i żre kawior i pije najprzedniejszą gorzałkie! Spieszyć się jeno trzeba bo to są ostatnie godziny naszych pięciu minut.
- Bić Lachów! – kilka zdechłych kotów poszybowało w stronę przewodniczącego. Ten uśmiechnął się tylko dobrodusznie.
- Wszyscy wiema, że i ty na etacie u Lachów siedzisz – z tłumu wystąpił ogorzały młodzieniaszek z transparentem „Cerkiew, Szkoła, Strzelnica!” – A teraz będziesz zgrywał naszego atamana?!
- Bohunie, Bohunie – rzekł miękko Chmielnicki – Kaj ja biłem w mordę Lacha, to ty jeszcze pod konia to na stojąco właziłeś!
- Ja jestem z poza układu! – wściekł się Bohun, i wyrżnął swoim transparentem stojącego obok Kozaka w mordę – To ja powinienem stać na czele siczy!
- Kurwa mać! – zirytował się Chmielnicki – NSZZ Sicz Zaporoska to ja!!! Przechlałeś składki związkowe to teraz się nie rzucaj! – to mówiąc wyciągnął szabelkę i zamachnął nią w powietrzu.
Wspomnienie grzechu defraudacji zapiekło włochate sumienie młodzieńca. Bohun spuścił główkę uznając wyższość samca alfa i wszedł w tłum udając, że go nie ma.
- A teraz słuchajta ludziska! – przewodniczący raz jeszcze uderzył buławą – Ogłaszam strajk generalny! Zaraz tu napiszemy postulaty strajkowe i wyślemy do Krakowa… Mykoła, chonotu, ty znasz alfabet!
- Skończyłem dwie klasy przycerkiewnej – pochwalił się Mykoła, prezentując swój zniewalający, bezzębny uśmiech. Ludzie na jego widok spluwali z pogardą. Wśród pospólstwa uchodził za inteligenta i konfidenta, a przed nabiciem na pal ratowało go tylko to, że pisał pobratymcom prośby do starosty o zasiłek i umorzenie egzekucji komorniczej.
Tymczasem konfratrzy Chmielnickiego przydźwigali zrabowany w pobliskim dworku stół i rozciągnęli na nim pergamin. Mykoła chlapnął sobie na jedną i drugą nóżkę, żeby przestały mu się trzęść ręce. W zawodzie skryby jak i chirurga pewność ręki była rzeczą podstawową.
- Nu to pisz – Chmielnicki zaszedł Mykołę od tyłu i zaczął zezować zza jego głowy na pergamin – To tak: chcemy 40 godzinnego tygodnia pracy, 25% udziału w zrabowanych dobrach, no i parytetów w gwałtach – tu Chmielnicki się zamyślił – Co najmniej jeden do trzech…
- O, na to to nigdy nie pójdą! – stwierdził ktoś z przekąsem w tłumie.
- A poza tym... – Chmielnicki podniósł głos – renty inwalidzkie za każdą uciętą kończynę, wysługę za zabitych wrogów i bony na święta!
- No właśnie! – Bohun znowu uaktywnił się pośród tłuszczy – Ja słyszał, że u Wiśniowieckiego to każdy mołojec dostał na Boże Narodzenie gęś, pół beczki gorzały i wędzonego śledzia!
- ZŁO-DZIE-JE! ZŁO-DZIE-JE! – perspektywa darmowego śledzia wzburzyła dzielnych Kozaków.
- Spokój, spokój, miała być demokracja, a tu każdy wygaduje co chce! – przewodniczący raz jeszcze uspokoił tłum – A ty pisz, Mykoła… Jeżeli tego nie dostaniem, przyjedziemy do Krakowa zrobić wam tam majdan! Popalimy im trochę taboru pod Wawelem, to inaczej zaśpiewają – Chmielnicki uśmiechnął się pod wąsem do własnych wspomnień.
- Nu, napisałem – Mykoła z wysiłkiem literował ostatnie słowa.
- To podpisuj: Przewodniczący Niezależnego Samodzierżawnego Związku Zawodowego Sicz Zaporoska Bohdan Chmielnicki! - Kozak podniósł napisany list w górę i krzyknął – Sława Ukrainie i gierojom sława!
Wśród tłumu zapanowała euforia.

Tymczasem na Wawelu, król zajmował się sprawami państwowymi nie cierpiącymi zwłoki, to jest zajadał się kawiorem i popijał przednim winkiem.
- Mości królu – dobrze zapowiadający się starosta jaworowski Jan Sobieski skłonił się przed władcą – Widziałeś może ten list z dzikiego wschodu?
Król, rozeźlony, beknął donośnie.
- Żebyś ty widział co ja od Kaszubów i Jaćwingów dostałem w zeszłym tygodniu – żachnął się władca – Do Rzeszy ich ciągnie, psiekrwie. Ruch Autonomii Jaćwingów – parsknął – No ale kilka dobrze zaostrzonych pali i się kończą ruchy narodowowyzwoleńcze.
- Ale panie, na Ukrainie tak łatwo nie pójdzie – zafrasował się Sobieski. Spojrzał dookoła czy nikt go nie słyszy, po czym szepnął ze zgrozą - Tam mają związek zawodowy!
Król zbladł. Wiedział, że podpisywał różne papiery po pijaku, ale był niemal pewien, że zgody na żaden związek zawodowy nigdy nie dał.
- To już nie są żarty – powiedział w trwodze – ze Szwedami i Ruskimi to my sobie damy radę, ale jak nam się związkowcy dobiorą do rzyci, to nie będzie z Rzeczypospolitej czego zbierać!
- Jest jedno rozwiązanie – Sobieski tajemniczo podkręcił wąsa – Jutro wyjeżdżam na Wschód.
- Bierz husarii ile chcesz Janku – rzekł do niego król – Nawet moją chorągwie. W tobie jedyna nadzieja na ocalenie Rzeczypospolitej.

Nad stepem wschodził świt. Dwie armie stanęły naprzeciwko siebie. Pan Sobieski dysponował kilkoma tysiącami dragonów, paroma setkami piechoty i husarii. Na dogodnych miejscach rozstawiała się artyleria. Tymczasem naprzeciw nich stanęła pałająca żądzą mordu tłuszcza kozacka. Większość z nich była rozebrana od pasa w górę, z krzywymi szabelkami w rękach. Część tańczyła, ponieważ od wczoraj świętowano, po tym jak po dziesiątym zwyczajowo doszły zasiłki. Konsekwencją tego było, że wszelkie okoliczne gospody zostały doszczętnie osuszone z gorzałki. Z okolic kozackiej watahy słychać było walenie w bębny i pijackie śpiewy. Mołojcy zamiast chorągwi trzymali w łapach wiecowe transparenty. Szczególnie pięknie wyróżniał się jeden, z dużymi koślawymi literami: „Hcecie rzońdzić w Ukrainie a tu Kozaczyzna ginie!”.
- Związkowcy – Sobieski splunął z obrzydzeniem, po czym przeżegnał się znakiem krzyża – Niech tych czortów piekło pochłonie. Ale dla dobra Rzeczypospolitej choćby z diabłem - to mówiąc zszedł z konia i dzierżąc w ręku narodową flagę Francji (biały krzyż na białym tle) wolnym krokiem postąpił na środek pola.
- Nu i co, dupy popękały? – Chmielnicki zapytał Sobieskiego z partyzanta – Mówiłem ci Bohun, że ze związkami ni ma żartów. Ja panu mogę nogę podać – powiedział odtrącając wyciągniętą dłoń starosty jaworowskiego. Sobieski niezrażony gburowatym zachowaniem przewodniczącego, wszedł na stojące ciągle w tym samym miejscu krzesełko i odezwał się do ludu ukraińskiego.
- Przysłał mnie tu miłościwie panujący król jegomość! – zaczął starosta jaworowski – Żeby powiedzieć że takiego przewodniczącego to można o kant dupy potłuc! A takiego steku bzdur – tu wyciągnął zza pazuchy kozacką petycję - To jeszcze nie czytał, nawet w korespondencji z Watykanu!
Tłum zafalował groźnie. Kilka kamieni przeleciało koło głowy Sobieskiego. Gdzieniegdzie słychać było pijacką przyśpiewkę Dynama Sicz Kijowska

Rachu- ciachu, Wisła w piachu
Kraków leży chuj wie gdzie,
A my tu bawimy się!


- Co ty mi tu Sobieski… - zaczął Chmielnicki, ale starosta zasunął go tylko z podkutego buta w mordę.
- Milcz plebsie! – rzekł pan Sobieski, po czym wyciągnął zza pasa królewski dokument i podjął dalej – Ten tutaj Chmielnicki was mamił jakimiś gównianymi obietnicami, obiecywał wam jakieś śrubki z rabunków i gwałtów… Ja dam wam coś, na co Kozaczyzna od dawna zasługuje!
Tłum zszokowany zamilkł patrząc się w napięciu na starostę.
- Otóż nasz umiłowany król, w swojej mądrości brzydzi się biedą i dlatego widząc waszą niedolę postanowił wam dopomóc – polski szlachcic podniósł dłoń – Niech zatem każdy Kozak wie, że odtąd za urodzenie każdego kozaczątka król przyznaje wam 500 talarów na miesiąc!
Przez chwilę zszokowany tłum wpatrywał się z niedowierzaniem w polskiego starostę. Po chwili wybuchł gromki aplauz. Kilka łbów pospadało w tylnych rzędach w drobnej ustawce pomiędzy zwolennikami Dynama Siczy Kijowskiej a Torpedo Zaporoże.
- No to teraz Bohunie – Sobieski zwrócił się do młodego Kozaka wskazując na Chmielnickiego – Wiesz co z nim zrobić.
- Wywieźć to ścierwo na taczkach! – krzyknął do tłumu Bohun łapiąc za szmaty Chmielnickiego – Do gnoju go!
- Mnie można zabić ale nie pokonać! – Chmielnicki kwiczał jak zarzynana świnia – Nie o take sicz żem walczył!!!
I w ten sposób, pan Sobieski bezkrwawo stłumił rewoltę Chmielnickiego za pomocą narodowego programu 500+.

– To żeś dowalił do pieca Janku – powiedział król nalewając sobie do kielicha. Sobieski od dłuższego czasu podejrzewał, że król spożywa z kielicha zwykłą wódę, zabarwioną tylko gwoli przyzwoitości na czerwono – Przez twój wybryk będę musiał szlachcie zmniejszyć kwotę wolną od podatku.
– Opłaci się mości królu – rzekł starosta jaworowski – Może nie od razu, ale na dłuższą metę będzie z nimi spokój.
– Ale powiedz Janku – władca pochylił się do Sobieskiego – Nie prościej ich tam wszystkich było stratować husarią i powbijać na pale?
– Można było królu – przytaknął Sobieski – Ale teraz, każdy Kozak dostał 500 talarów na każde dziecko. A myślisz, że wyda to na ciuszki i wycieczki zagraniczne? – Sobieski zaśmiał się do własnych myśli podkręcając wąsa – Trzeba tylko zatroszczyć się o dostawy gorzałki na wschód. Talary i tak do nas wrócą z akcyzą, a Kozaków szlag trafi w kilka pokoleń. Bez walk, bez krwi, bez niczego.
– Ty to masz łeb! – Waza poklepał z uznaniem po ramieniu swojego starostę – Mówię ci, kiedyś mnie wygryziesz ze stołka…

A obrazek tym razem z wyższym poziomem trudności:
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 02-12-2016 o 00:38.
Extremal jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-12-2016, 12:23   #36
 
Hungmung's Avatar
 
Reputacja: 8533 Hungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputacjęHungmung ma wspaniałą reputację
Klękajcie parszywie nieroby! Klękajcie przed mą chwałą!
Wdychajcie opary ludzkiej skóry, bąków i kału!
Zmarnowaliście żywoty i trwoga będzie waszym udziałem.
Pomyślcie czym mogliście być, pomyślcie co wam dałem!

Patrzcie na tą wolność co ucieka z ludzkiej dupy
Widzicie ten dym? Wygląda jak żywy!
Patrzcie jego oczami - z jego perspektywy!
Rodzę się! Ja latam bezmyślne przygłupy!

Co to za gość w tym głupim nakryciu głowy?
Oczy tak wielkie, że... klękajcie narody!
A czego chcą ci z tyłu? Pewnie jakaś jego świta
Patrzą jak na boga, i te czapki- w kształcie półksiężyca

Jakaś chora akcja. To się do telewizji nada
Niebieski ptak na tronie pali ogień z czyjejś dupy
I ci nieszczęśnicy wyglądający jak żywe trupy
A chuj z tym! Lecę opierdolić kebaba.

 
Hungmung jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-12-2016, 14:13   #37
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Skoro inni wierszem, to ja nie będę gorszy!
Śpiewać na melodię "Zająca Poziomki" z zachowaniem zasad chorału gregoriańskiego.

Po siedmiu oceanach, niezliczonych morzach, rzekach i bagnach
Pływał król Ragnar.
Cny wiking był z króla, Thora pomazaniec, mądry, waleczny
I niebezpieczny.
Miał jeno wadę król, co pić lubił z czaszek zabitych żołdaków -
Nienawidził bowiem humbaków.
Gdy tylko zobaczył jakiegoś humbaka, płynąc po morzu Barentsa
Już harpun naprężał!
Lecz tym razem, wieloryb widząc jak król do mordu się zrywa
Ludzkim głosem się odzywa:

„Ach, królu, mój królu, dlaczego mej zguby tak pragniesz?
Jam prosty wieloryb, nikomu nie wadzę
Skromne i zbożne życie tu prowadzę
A i zabić mnie będzie niesnadnie!

Byłem ja kiedyś przystojnym rycerzem, miałem swój zamek i włości
Krew oraz walka była mym nałogiem
Lecz zły biskup - czarodziej, co był moim wrogiem
W humbaka mnie zmienił z zazdrości

Szans nie mam żadnych z drakkarem twojem
Daj mi tę gratkę i w szachach się zmierzmy
Niech Odyn rozstrzygnie, który z nas lepszy!

Pokaż, że nie masz trwogi w sercu swojem
Jeśli cię pokonam, wolno mnie puścisz
Lecz gdybym przegrał – krew ze mnie spuścisz!”

Ragnar to słysząc, westchnąwszy ciężko, oparł się mieczem
I tako rzecze:

„Wiedz, wielorybie, że śmierć twa nie będzie mi żadną zabawą
Gdyż kiedy straciłem w paszczy humbaka
Mojego dziada, ojca i brata
Postanowiłem wziąć na was pomstę krwawą

Bo ród humbaczy gniew mój odczuć na swej płetwie musiał!
Jam Wiking, co w wielu bojach udział brał
Nie będzie żaden wieloryb moich krewnych ćpał
Bez zemsty jaką im ześle ma umęczona dusza!

Lecz istotnie, gdzieś odwet skończyć trzeba
Więc bez różnicy dla mnie, czy od harpuna skonasz
Czy też, dla odmiany w szachach cię pokonam!

Przeto jeśli w ten sposób chcesz trafić dziś do nieba
I skoro przecięły się już nasze drogi
Niech będzie tak jak mówisz – i niech sądzą bogi!”

To mówiąc wyciągnął spod pokładu szachy, popił samogonem
I rozpoczął grę pionem
Trzy dni rozgrywka szachowa potrwała, w której wieloryb
Podjął króla Ragnara
Lecz dnia trzeciego, po zaciętym boju, pokonał wieloryb Wikinga
Stosując obronę Grünfelda
Przełknął król gorycz porażki z morskim ssakiem i ścisnął płetwę przeciwnika
Gdy nagle wieloryb pod wodę umyka
I hordy truposzy wspinają się na statek, a każdy mord ma w ślepiach
Tymczasem humbak się w Lokiego zmienia
I rzecze: „Ha, głupcze! Podstępem cię złapałem, królu Ragnarze
I teraz cię w piekle usmażę!”
Kolejne trzy doby trwał bój okrutny, aż w końcu wieczorem dnia trzeciego
Dorwał król Ragnar Lokiego
Uciął mu łeb i wrzuciwszy do morza, zaklął, Odyna wezwał na świadka
Miła mu będzie ta jatka!
Płynie morał takowy z przypowieści sławetnego wikińskiego zucha
Humbakom nie ufaj!
A w szczególności, miej na uwadze pływając drakkarem by zamiast szachami
Częstować humbaka od razu harpunami!

A ja z Ragnarem tam byłem
Piłem, rabowałem i gwałciłem
A kiedy przetrzeźwiałem
Swą ręką tę sagę spisałem.

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-01-2017, 18:12   #38
Karcianki i Planszówki
 
Krakov's Avatar
 
Reputacja: 9676 Krakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputacjęKrakov ma wspaniałą reputację
To, co udało mi się sklecić nie jest może zbyt abstrakcyjne, ale przynajmniej pozwoli popchnąć zabawę do przodu

Najdroższa Mario, światło oczu moich
Piszę do Ciebie pełen dobrych myśli
Bo ciałem stał się mój najnowszy projekt
Który jesiennej nocy mi się wyśnił

Dość upokorzeń i ślepych uliczek
Dość gięcia karku, patrzenia na nogę
W końcu zwyciężę w stanowym konkursie
W końcu Tomowi nosa utrzeć mogę!

Pytasz "jak działa"? Odpowiem z radością.
Są dwa obwody: wtórny i pierwotny
Kondensatory i inne ustrojstwa
Cewki, przez które prąd płynie zawrotny

Różną pojemność jest obu obwodów
A skutkiem tego wzrost napięcia znaczny
Gdy zaś rezonans uda się zachować
To efekt piękny będzie i cudaczny

Tak wiele mógłbym Ci jeszcze napisać
I opowiadać, tłumaczyć zawiło
Wolę to zawrzeć w kilku tylko słowach:
Tak piorunami pizga, że aż miło.

List kończąc proszę, trzymaj za mnie kciuki
Dumna bądź ze mnie, ukochana moja
Oto nadchodzi triumf nad Edisonem
Nikolai Tesla upokorzy gnoja!


 
__________________
Gdzieś tam, za rzeką, jest łatwiej niż tu. Lecz wolę ten kamień, bo mój.
Krakov jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-01-2017, 21:34   #39
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Wracamy ze świata liryki do epiki .

- Wejdź do kręgu dziecko, nie bój się - brodaty dziad w kapturze wskazał dziewczynie ręką na krąg światła pośrodku owalnej sali. Wzdłuż ścian biegły kręte galeryjki na których czaiły się równie ponure, zakapturzone indywidua.
Dziewczyna trwożnie postąpiła we wskazane miejsce. W przeciwieństwie do zakapturzonego cudaka, miała na sobie zwyczajną kieckę, niebieskie getry i trampki. Trzęsła się ze strachu.
- Nadeszła pora inicjacji - zagaiła kreatura stojąca na najwyższej galeryjce. Rozłożyła przy tym łapy jak samolot i przez chwilę napawała się efektem jakie wywołało echo odbijające się od kulistej salki.
- Inicjacji? - drgnęła dziewczyna - O Boże, mam nadzieję, że macie gumy, nie chciałabym zarazić was wszystkich HIVem!
- Nie takiej inicjacji, głupia - żachnął się dziad - Czy ty w ogóle wiesz, gdzie trafiłaś?
- No, a skąd niby mogłabym to wiedzieć? - dzierlatka złapała się pod boki, patrząc wyzywająco na prowokatora - W jednej chwili siedzę sobie w Starbuniu i piję piernikowe podwójne latte z bitą śmietaną, a nagle hyc, łapie mnie jakichś dwóch dryblasów... Już się ucieszyłam, że to uchodźcy, a to znowu polskie cebulaki, i...
- Zamilcz! - zakapturzony mężczyzna uniósł rękę - Uświadom sobie, że trafiłaś do najstarszego i najczcigodniejszego ze stowarzyszeń…
- O? - dziewczyna zgrabnie udała zainteresowanie przeglądając w międzyczasie Tindera.
- … Od dziesiątek lat pociągamy za sznurki w światowej polityce, ekonomii, religii. Do naszego bractwa należy cały Rząd Światowy. To my prowadzimy tajne programy genetyczne i czipujemy ludzi. To my sprzątnęliśmy tę paplę J.F. Keneddy'ego. My zbudowaliśmy tajne bazy na Antarktydzie, w których trzymamy zamarynowanych nazistów. Wreszcie, to my...
- I co, może za porażkę Hillary Clinton też odpowiadacie?
- Też. Musiała wracać do domu, na Alfę Centauri.
- To kim wy do cholery jesteście? – jęknęła dziewczyna.
- Jesteśmy Cyklistami – indywiduum zrzuciło kaptur z głowy – A jam jest Wielki Pedał Mariusz, Mistrz Tej Loży. Teraz, droga Małgorzato, przyszedł czas żebyś i ty dołączyła do naszego zacnego bractwa.
- Co?.. – niedoszła adeptka zaczęła się chyłkiem wycofywać ku wyjściu – Nie chcę być żadną pedałą…
- Wielkim Pedałem, Mistrzem Loży – stojący obok cyklista huknął ją w czerep na odmułkę - I stąd nie ma wyjścia. Dowiedziałaś się o naszym istnieniu. Albo do nasz przystąpisz, albo… - Mariusz znacząco przejechał palcem po gardle.

- Chodź ze mną. – Mistrz złapał Małgorzatę za rękę i pociągnął w głąb ciemnego korytarza. Ściany pokrywały skomplikowane malunki oświetlane płomieniem niesionej przez starca pochodni.
- Abel był wspaniałym konstruktorem – Mariusz przystanął oświetlając pochodnią jeden z rysunków przedstawiających przystojnego młodzieńca – Ogromny, światły umysł. Pewnego dnia pomyślał sobie: jak można by ulepszyć boskie stworzenie? I wtedy właśnie stworzył to. Pierwszy Rower - oświetlił pochodnią kolejny z obrazów.
- Rower, czyli po staroaramejsku al Hashash-Bishush – wyjaśnił Mistrz – Legendarna rama z włókna węglowego. Pozłacane szprychy, piasta z diamentu i żelowe siodełko – twarz Wielkiego Pedała rozchmurzyła się kiedy oddał się własnym fantazjom. Po chwili jednak z powrotem stężała, przygaszona troskami codzienności.
- Niestety, wielki Abel miał złego brata, Kaina. Cały czas złowrogi wypierdek truł swojemu krewniakowi: „no, daj pojeździć!”, albo: „daj się bryznąć, zaraz oddam!”, czy: „nie bądź żyła!” Ale Abel nigdy nie dał mu Roweru, bo wiedział, że Kain nie jest godny go dosiąść. Szkolił jednak godnych uczniów w sztuce budowania rowerów. To jego nauki dały początek Cyklistom. I wtedy stała się tragedia. Zaślepiony zazdrością Kain zarżnął Abla jak prosię i uciekł z Rowerem w mrok nocy – a musisz wiedzieć, że był wspaniałym maratończykiem. Od tej pory nikt już nie widział ani Kaina, ani Hashash-Bishush. Stąd też od milionów lat istnieje vendetta między nami – Cyklistami, a biegaczami. Dali nam łupnia pod Maratonem, kiedy Cykliści stanęli po stronie Dariusza. Ale pięknie się im odgryźliśmy pod Cedynią.
W mroku korytarza zapadła cisza.
- Ale mistrzu… - zaczęła dziewczyna – Przecież rower jest znany może z dwieście lat?..
- Cicho, głupia – stęknął Mistrz – Już Arystoteles znał rower. Zobacz co wyprawiał na Agorze – podświetlił pochodnią obraz przestawiający Arystotelesa robiącego podwójnego flipa.
Rower jest znany od setek lat – kontynuował Mariusz – ale w dziewiętnastym stuleciu stwierdziliśmy, że w dobie nowych technologii nie będziemy już w stanie dalej ukrywać naszej obecności. Dlatego Baron Drais ujawnił się jako „wynalazca” rower. Kiedy jednak już wtopiliśmy się w społeczeństwo, okazało się, że jeszcze łatwiej nam jest nim manipulować. Chodźmy jednak dalej…
Mistrz wprowadził Małgorzatę do przestronnej sali, pośrodku której stała piękna zielona damka z koszyczkiem na bagażniku.
- Oto twój rower – zagaił – Elegancki pojazd, na bardziej cywilizowane czasy… Nie tak niezręczny i toporny jak samochód.
Małgorzata spojrzała na niego spod byka. Od dłuższego czasu podejrzewała, że Wielki Pedał posiłkuje się cytatami z filmów, ale do tej pory wychwyciła tylko te z „Karate Kid”.
- Teraz, kiedy masz już swój Rower, możemy przystąpić do prawdziwego treningu – rzekł Mistrz i położył jej dłonie na kierownicy.

- Małgorzato, obudź się – dziewczyna usłyszała nad sobą znajomy głos. Przez chwilę miała ochotę go zignorować. Trening wśród Cyklistów okazał się być bardzo wyczerpujący. Przez ostatnie tygodnie uczyła się historii, polityki, sztuki manipulacji, walki, dyplomacji oraz zrobienia podwójnego double cross back flipa z zamkniętymi oczami.
- Obudź się, mówię – Mistrz potrząsnął dziewczyną.
- Nie śpię – powiedziała siadając na pryczy – Co się stało?
Mistrz nie powiedział nic, tylko wskazał jej gestem wyjście. Znaleźli się znowu w pomieszczeniu w którym dokonała się jej inicjacja. Zgromadzeni cykliści byli czymś bardzo podekscytowani. Gwar rozmów unosił się pod sklepieniem rotundy.
- Stała się rzecz straszna – Mistrz uniósł głos ponad szmerami zgromadzonej gawiedzi – Urząd Miasta Warszawy wydał pozwolenie na maraton w centrum miasta!
Okrzyki zgrozy potoczyły się wokół zatruwając atmosferę podniety.
- Jest jednak jeszcze gorzej – Mariusz uciszył gestem zgromadzony tłum cyklistów – Jednocześnie cofnięto pozwolenie na przeprowadzenie w Warszawie X etapu Tour de Pologne!
- Hańba!!!
- Skandal!!!
- Zło-dzie-je!!! – jeden z cyklistów powodowany amokiem zapomniał gdzie się znajduje.
- Ale jeszcze nie wszystko stracone – rzekł Wielki Pedał i położył rękę na ramieniu Małgorzaty – Maratończycy znają nas i nie dopuszczą, żebyśmy znaleźli się w ich pobliżu. Ale nie wiedzą o tobie. Jeżeli uda ci się prześlizgnąć w ich szeregi… Jeżeli uda ci się ich zniechęcić do biegania… W sposób permanentny…
- Jesteś Wybrańcem – szepnęła starsza cyklistka, zgarniając łzę z kącika oczu – Ostatnią nadzieją.
Mistrz odciągnął Małgorzatę na bok.
- Jeżeli ci się uda, tysiąc lat szczęścia przed nami – powiedział pospiesznie – Lecz jeśli zawiedziesz, czeka nas zguba. – gestem przywołał jednego z podnóżków, który niósł ze sobą trzy pakunki. Mistrz wziął pierwszy z nich i wyciągnął ze środka pierścień.
- Oto pierścień Abla, nasza święta relikwia. Kiedy go założysz na palec, ochroni cię przed wszelkimi obrażeniami. Ale nie noś go zbyt długo, bo dostaniesz kociej mordy.
Podał jej klejnot, po czym sięgnął do kolejnego pakunku.
- To jest Złota Szprycha – wyjaśnił – Powali każdego wroga, ale tylko wtedy, kiedy uzna, że jesteś godna aby jej użyć.
- A ten trzeci worek? – zapytała Małgorzata.
- To? – Mistrz trącił pakunek nogą – To jest brudna bomba. Wejdziesz w tłum maratończyków i naciśniesz detonator. To powinno ich skutecznie zniechęcić do biegania.
Małgorzata kiwnęła głową. Mistrz ucałował ją w oba policzki i położył ręce na jej ramionach.
- Idź już moje dziecko – rzekł – Trzymasz w swoich rękach los całego świata.

Małgorzata zaparkowała swój rower pod Placem Defilad, ściskając w spoconej dłoni plecak z brudną bombą. W
oddali słyszała już muzykę dochodzącą z miejsca gdzie zaczynał się maraton. Patrząc na ludzi przygotowujących się do biegu, zaczęła wątpić w misję jaką zlecił jej Wielki Pedał. Zacisnęła zęby i sięgnęła do kieszeni po pierścień Abla. W tym momencie poczuła na ramieniu silny ucisk. Ktoś wyciągał ją z tłumu. Próbowała się wyrwać, ale napastnik był zbyt silny. Wreszcie, zdecydowanym ruchem cisnął nią w głąb bocznej uliczki. Małgorzata mogła mu się przyjrzeć.
Stał przed nią silnie zbudowany, zarośnięty Maratończyk. Mógł mieć, w porywach z półtora łokcia wzrostu. Ubrany był w podkoszulek i tanie trampki z biedry. Patrzył na nią z nienawiścią.
- A więc to ciebie przysłali – zasyczał wściekle maratończyk – Od dawna sądziliśmy, że szkolą nowego asasyna. Poznałem cię, bo kto normalny przychodzi na maraton w kasku?
- Kim jesteś? – wyksztusiła Małgorzata. Napastnik tylko się roześmiał.
- Jestem Zidane, maratoński Ninja – odrzekł wyprężając dumnie kurzą pierś – I teraz się z tobą policzę. Broń się!
To mówiąc doskoczył do Małgorzaty wykonując low-kicka. Jednakże, dziewczyna też nie była jakimś ułomkiem i zablokowała uderzenie, po czym sprzedała mu high puncha i upper cuta. Maratoński ninja górował jednak nad nią wyszkoleniem i spychał coraz głębiej do defensywy. Przyparta do muru, wyciągnęła Złotą Szprychę i skierowała w kierunku Zidana.
- Abra kadabra! – krzyknęła.
Nic się nie stało.
- Głupia! – Maratończyk zaśmiał się wrednie – Złota Szprycha odpowiada tylko na wezwanie godnych. Widocznie taka nie jesteś. Teraz nastanie Era Biegaczy. Sam Belzebub obiecał nam, że kiedy dziesiąty maraton przebiegnie ulicami Warszawy, otworzą się wrota Piekieł, a pan nasz, Kain zejdzie na Ziemię i zaprowadzi Nowy Porządek. Porządek w którym nie będzie dla ciebie miejsca! Gotuj się na śmierć.
To mówiąc wyjął zza pasa survivalowy nóż i zaczął zbliżać się do dziewczyny.
- Sam siebie okłamujesz, Zidanie – powiedziała Małgorzata – Myślisz, że zwyciężycie, jeżeli się mnie pozbędziesz? Po mnie przyjdą następni. I następni. I następni. Cykliści zapanują nad światem i wprowadzą Nowy Ład. Tej siły już nie powstrzymacie. No dalej, co, zabrakło ci odwagi? - młoda rowerzystka odważnie podniosła głowę. Ale Zidane tylko zakrztusił się, bryznął krwią i upadł na ziemię. Złota Szprycha, która rozerwała jego pierś, wpadła do ręki Małgorzaty.
Dziewczyna uśmiechnęła się, i wzięła do ręki upuszczony plecak.

- Dzisiejsze wydarzenia na długo pozostaną w pamięci Warszawiaków – reporter telewizji komentował na gorąco akcję ratowników z pogorzeliska – Nie określono jeszcze liczby ofiar, ale jedno jest pewne: niewielu uczestników maratonu uszło z życiem. Wśród tych, którzy byli świadkami zdarzenia nie brakuje teorii spiskowych. Niektórzy mówią, że widzieli młodą dziewczynę wychodzącą z pożogi bez śladu zranienia. Starsza kobieta, z którą rozmawiałem wcześniej zarzekała się, że to sam Lucyfer w latającym spodku podpalił uczestników Maratonu. A być może za wszystkim stali masoni albo… cykliści?
Przysłuchująca się z boku Małgorzata skrzywiła się pod nosem i zaczęła przesuwać ku dziennikarzowi z nożem w ręku.

I obrazek (na czasie):

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-07-2017, 19:40   #40
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 643 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
Premier Czwartej RP Janusz Korwin - Mikke siedział w aksamitnie miękkim fotelu i sączył z lubością czterdziestoletnią whisky. Oglądał właśnie film dokumentalny na temat głodu w Etiopii. Krystyna Czubówna aksamitnym głosem opisywała klęskę humanitarną a na ekranie paradowały półnagie Murzyniątka.
- O tak, tak, tak... – sapnął, a ręka sama powędrowała mu do rozporka.
Chwilę błogości przerwał jego sekretarz, który bez uprzedzenia wbiegł do pokoju.
- Co jest, do cholery?! - zdenerwował się Korwin, nerwowo chowając bandytę do spodni.
- Panie premierze, przepraszam serdecznie - zmieszał się urzędnik - Ale wystąpiła sprawa, która koniecznie wymaga pańskiej uwagi!
- Ech! - stęknął premier. Odkąd przejął władzę, zwolnił wszystkich pracowników w ramach koncepcji państwa-stróża, w konsekwencji czego w wielkim gmachu siedziby premiera został tylko on i jego osobisty sekretarz - magister Mieszko Faja. Jak się po chwili okazało, problem dotyczył puszczy Białowieskiej, którą premier Korwin kazał wyciąć pod fabryki McDonalds'a.
- Jak pan widzi, panie premierze - kontynuował sekretarz, wskazując palcem na mapę sytuacyjną - Lewackie bojówki przejęły teren i wzięły do niewoli robotników i drwali. Grożą, że jeśli nie spełnimy ich żądań w ciągu doby, nakarmią ich kiełkami, soją i wege hummusem.
- Chryste panie! - sarknął Korwin - Toż to gorsze niż śmierć!
Urzędnik skwapliwie pokiwał głową.
- Może wyślemy wojsko? Marszałek Wipler mówi, że można na nich zrzucić jedną bombę taktyczną. Z lewactwem będzie spokój i przy okazji oszczędzi się na wycince lasu. Resztę otoczy się kordonem bezpieczeństwa i poczęstuje ołowiem.
- Nie! - premier podjął decyzję - Nadszedł czas na bardziej finezyjne rozwiązanie. Dziś nie wystarczy już tylko zmasakrować lewaka. Trzeba jeszcze zasiać strach w jego sercu. Patrz i ucz się!

Damian był zawsze nieuleczalnym stulejarzem, który mistrzowsko przegrywał własne życie. Nigdy nie trzymał nawet dziewczyny za rękę. Ostatecznie, pewnego dnia ktoś pokazał mu kreskówkę o kolorowych kucykach, a potem jego życie potoczyło się już gładko, wprost w otchłań karuzeli spierdolenia. Nim się obejrzał, zaczął chodzić na manify, jeść wegańskie żarcie, a jego upadku dopełniło zapisanie się do Greenpeace'u. Teraz jego życie zaliczyło kolejny zwrot, bo właśnie został mianowany dowódcą pierwszej Lotnej Brygady Ekologicznej Greenpeace'u im. Ala Gore’a. Miał wreszcie okazję się wykazać.
Z dumą przechadzał się po przejętym terenie po bezdusznych bezczeszczycielach przyrody. Przykuci do drzew zakładnicy wyli i posypywali igliwie na głowę w geście skruchy.
- Darmo wasze żale! - krzyknął do nich – Popełniliście zbrodnie przeciwko Gai! Nie dość, że chcieliście zniszczyć naturę, to przyczyniliście się jeszcze do globalnego ocieplenia! Ale nadszedł dzień sądu!
- Ależ oczywiście! – niespodziewanie rozległ się inny głos - I zaraz was osądzę, lewaki!
Tajemnicza, zamaskowana postać spadła na bojówkę Greenpeace'u niczym grom z jasnego nieba. Bronili się dzielnie i zażarcie, ale szybko ulegli. Napastnik zebrał ich wszystkich na środek polany i związał grubym sznurem.
- Niewidzialna ręka rynku was pokonała! - krzyknął im w twarz.
- Kim ty jesteś? - wyjąkał jeden z oszołomionych ekologów – Miej litość człowieku. W mojej kieszonce jest strzykawka z marihuaną. Wstrzyknij mi na uspokojenie!
- Jam jest kapitan Smog! – napastnik zignorował błagania, po czym wskazał na emblemat dymiącego komina naklejony na swojej piersi. Terroryści jęknęli ze zgrozą. Kapitan Smog prześladował Greenpeace od dłuższego czasu. To on był odpowiedzialny za trujące dymy nad Krakowem i Dolnym Śląskiem. Wieść niosła, że dopłacał do każdego zakupionego piecyka na węgiel.
- Czas ostatecznie rozwiązać kwestię Greenpeace’u! – mruknął do nich zamaskowany złoczyńca, po czym skinął palcem na robotników. Liny, które ich pętały, w magiczny sposób rozwiązały się, uwalniając jeńców.
- Wykopać mi tutaj duży dół! – rzekł do nich groźnie kapitan Smog – I przynieść wapna.
Przez chwilę przypatrywał się beztrosko pracy robotników, paląc przy tym fajka, po czym znienacka wyciągnął z kieszeni Magnum 44 i strzelił najbliższemu ekologowi w potylicę.
- Na lewaków najlepsza jest metoda warstwowa – podzielił się bon motem ze zszokowanymi robolami - Warstwa lewaków, warstwa wapna, warstwa lewaków, warstwa wapna…
Damian poczuł, że jakiś ciepły płyn cieknie mu po kostce.

Kiedy zaczęła się zbliżać jego kolej, w panice zaczął modlić się do Marksa, Sorosa i Ala Gore’a. Na nic jednak były jego prośby. Kapitan Smog ustawił go przy dołku i przyłożył mu pistolet do skroni.
- No, gagatku! – zagaił – Twoja kolej. Jakieś ostatnie słowa?
- Nigdy nas nie pokonasz, faszystowska świnio! – Damian zdobył się na rewolucyjny okrzyk, po czym huknęło. Jednakże, zamiast zobaczyć pustkę i nicość, znalazł się w dużej, jasno oświetlonej sali.
- Wypraszam sobie! – krzyknął – Jestem ateistą, nie życzę sobie żadnego życia po śmierci! To obraża moje przekonania religijne!
- Ależ wcale nie umarłeś… – Damian zobaczył przed sobą wielką mordę unoszącą się w słoiku.
- Czym… kim ty do cholery jesteś?!
- Jestem Zordon – odrzekł człowiek ze słoika – I uratowałem cię, ponieważ ty i twoi towarzysze macie przed sobą misję do wykonania.
Teraz Damian spostrzegł, że nie jest w sali sam. Oprócz niego był wśród nich jeden Afropolak, jedna osoba transpłciowa oraz jedna wojująca feministka, co bezbłędnie poznał po ogolonej głowie, nieogolonych nogach i wymalowanym na bicepsie tatuażu, przedstawiającym spersonifikowaną waginę trzymającą kałacha.
- Witajcie Planetarianie! – zagaił do nich Zordon – Zebrałem was wszystkich tutaj, ponieważ każde z was reprezentuje moce postępowej Polski. Nadszedł już czas, aby je połączyć i aby dobro raz na zawsze zatriumfowało nad siłami wolnego rynku i kapitalizmu. Weźcie teraz te pierścienie mocy, a ja odeślę was z powrotem do Puszczy Białowieskiej. Czas pokazać kapitanowi Smogowi, gdzie jest jego miejsce!
Każdy z Planetarian z nabożną czcią nałożył pierścień na palec i nim się spostrzegli, znaleźli się z powrotem w lesie.

Damian stanął oko w oko z kaprawym spojrzeniem kapitana Smoga.
- Wróciłeś? – zafrasował się Smog – Ty chyba lubisz dostawać kulkę z automatu…
- Tym razem nie wygrasz – krzyknął Damian – Planetarianie, do boju! EKOLOGIA! - tu wyciągnął przed siebie rękę z pierścieniem mocy, z którego wytrysnął snop światła.
- TOLERANCJA! – krzyknęło chłopczodzieczę.
- FEMINIZM! – dodała kreatura z nadwagą.
- ZASIŁKI Z MOPSU! – Afropolak dodał swoje trzy grosze. Snopy energii z pierścieni połączyły się ze sobą w tęczowym korowodzie światła.
- Z POŁĄCZENIA TYCH ŻYWIOŁÓW – usłyszeli zebrani – POWSTAJE… KAPITAN BIEDROŃ!
Kapitan Biedroń z gracją wylądował na ziem i spojrzał się groźnie na Smoga.
- Dość nabruździłeś Matce Naturze, Smogu! – wycelował palec w pierś złoczyńcy – Nadszedł twój koniec!
- Chcącemu nie dzieje się krzywda! – odparł Smog i ruszył z atakiem. Zwarli się w boju. Przez chwilę nie było wiadomo kto wygrywa; raz na górze był Smog, raz Biedroń. Po chwili jednak, Smog, sponiewierany, pokonany, zarył mordą w glebę. Kapitan Biedroń wylądował koło niego.
- Teraz zobaczymy, kto przez lata skrywał się pod tą maską! – krzyknął Biedroń. Spod maski kapitana Smoga wyjrzało oblicze Korwina.
- Pan premier Korwin Mikke?! – zdziwił się Damian – Jak pan mógł!
- Pieprzone lewaki! – zapluł się Korwin - Socjalizm to potwór, który padnie!..
- Dosyć tego! – zdegustował się kapitan Biedroń i tupnął nogą. W ziemi rozwarła się ogromna czeluść. Biedroń złapał za wszarz niemrawo oponującego Korwina i zdecydowanym ruchem wrzucił do środka.
- Za Hitlera było lepieeej!.. - z przepaści było słychać pomstującego ex-premiera, który nieuchronnie spadał w otchłań pięcioprocentowego progu wyborczego.

Stanęli koło siebie i złapali się za ręce.
- Teraz Damianie, kiedy faszyzm upadł – zaczął Kapitan Biedroń – Ty musisz poprowadzić Polskę ku świetlanej przyszłości postępu i socjalizmu!
- Tak zrobię! – Damian przyklęknął przed kapitanem, który pobłogosławił mu na odchodne.
- Pamiętajcie, kiedy pojawią się siły kapitalizmu, zła i nacjonalizmu, powrócę aby was bronić! – usłyszeli jego głos, kiedy jego ciało rozbiło się na świetliste promienie i wróciło do pierścieni mocy.
Damian odetchnął głęboko i wziął się pod boki. Teraz on tutaj rządził.
Szczęście wreszcie się do niego uśmiechnęło.

 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"
Extremal jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

« Początek | Pomocy! »


Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168