Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-08-2015, 21:23   #1
 
Felidae's Avatar
 
[Wampir Mroczne Wieki] Wojna Trzech Masek

WOJNA TRZECH MASEK



ANNO 1546

Wenecja, najbardziej tajemnicze i najpiękniejsze z miast Europy. Miejsce po którym stąpali królowie, książęta i najwyżsi dygnitarze kościołów. Centrum świata dla niezliczonych mas handlarzy, podróżnych i pielgrzymów zmierzających do Ziemi Świętej. Miasto będące świadkiem zarówno wojen i rzezi, jak i aktów niezachwianej wiary i miłości.

Od setek lat Republika Wenecka trwa jako serce kupiectwa europejskiego pośrodku akwenu morza Śródziemnego.
Pośród niezliczonych uliczek i kanałów Wenecji, krypt ukrytych głęboko przed oczyma postronnych i lochów pamiętających najstarszych z królów, rozpoczyna się największa ze wszystkich Maskarada...


Wpatrzony w migocący słabym światłem nocny krajobraz Paryża, wysoki i postawny mężczyzna dotknął dłonią pomalowanej mrozem szyby. Jego dłonie były tak samo zimne, jak szron, który tak pięknie ozdobił okno. I tak samo lodowate jak jego serce.

Usta mężczyzny wykrzywiły się w grymasie odsłaniając ostre i białe jak śnieg kły.

Z drugiej dłoni wypadł mu bezwiednie na ziemię list opatrzony zdobioną pieczęcią weneckiego kupca.

Nie pamiętał zbyt wiele z poprzedniego życia, kiedy był jeszcze człowiekiem. Minęło tak wiele czasu...
Potem było już tylko morze krwi i przemocy. I pustka w sercu. Pustka, która rozdzierała je na miliard kawałków. Z upływem czasu coraz mocniej i mocniej. Jak wieczna tortura. A gdyby tak znowu czuć? Gdyby opleść ciało niewidzialną pajęczyną emocji innych niż głód, gniew czy strach i pożądanie… Gdyby…

„Cztery świece płonęły powoli. Było tak cicho, że prawie usłyszałbyś ich rozmowę.
Pierwsza rzekła:
- Ja jestem pokój! Jednak nikt nie troszczy się o to, abym płonęła. Dlatego odchodzę.
Płomień stawał się coraz mniejszy, aż w końcu zupełnie zgasł...
Druga rzekła:
- Ja jestem wiara! Najmniej z nas wszystkich czuję się potrzebna, dlatego nie widzę sensu dłużej płonąć.
Gdy skończyła mówić, lekki podmuch wiatru zgasił płomień...
Trzecia ze świec zwróciła się ku nim i ze smutkiem rzekła:
- Ja jestem miłość! Nie mam siły dłużej świecić. Ludzie odsunęli mnie na bok, nie rozumiejąc mojego znaczenia. Zapominają kochać nawet tych, którzy są im najbliżsi.
I nie czekając ani chwili zgasła...
Nagle dziecko otworzyło drzwi i zobaczyło, że trzy świece przestały płonąć.
- Dlaczego zgasłyście? Świece powinny płonąć aż do końca.
To powiedziawszy dziecko rozpłakało się. Wtedy odezwała się czwarta świeca:
- Nie smuć się. Dopóki ja płonę, od mojego płomienia możemy zapalić pozostałe świece. Ja jestem nadzieja!
Z błyszczącymi od łez oczyma, dziecko wzięło w dłoń świecę nadziei i od jej płomienia zapaliło pozostałe świece.”
*

Nigdy nie zapomniał tej historii, którą opowiadała mu kobieta będąca jego ludzką matką.
Teraz nareszcie pojawiła się i jego nadzieja. Nadzieja na spełnienie najskrytszych pragnień, nadzieja na odzyskanie czegoś co utracił tak dawno.

Odwrócił się od okna i szybkim krokiem podszedł do stojącego w pobliżu biurka. Potem kreślił przez jakiś czas słowa na papierze, a kiedy skończył, zawołał głośno:

- Matthieu! Matthieu! – a kiedy w drzwiach pojawił się chudy dworzanin rozkazał głosem mocnym i nie znoszącym sprzeciwu – Zorganizujesz wszystko zgodnie z wytycznymi, które spisałem. Chcę aby do niedzieli byli już w drodze do Wenecji.
- Tak panie – przybyły pokłonił się głęboko i biorąc pismo z rąk Księcia wycofał się z pokoju.

Książę jeszcze raz spojrzał w okno, a w jego oczach pojawiła się iskra zawziętości.

Zdobędą ją dla niego. Muszą ją odnaleźć . Za wszelką cenę!







Srebrzące się w świetle księżyca kopuły Wenecji były już dobrze widoczne na tle rozgwieżdżonego nieba. Ponad wysokimi murami błyskały światła licznych domostw, pałaców i starych budynków sakralnych. Jak latarnia na morzu, wskazywały drogę do serca miasta w tym niegościnnym krajobrazie, smaganym strugami wody wiecznie spragnionego morza. Szum jego fal mieszał się ze stukotem kół i podków na kamieniach traktu prowadzącego do nabrzeża, z którego można było przeprawić się do głównej bramy miasta.

Zmierzające w jego kierunku karawany podróżników omotanych grubym odzieniem chroniącym od zimna i wiatru, wozów załadowanych ciężkim ładunkiem i koni niosących strudzonych jeźdźców, były oddalone już tylko o kilka godzin od swojego celu.
Powietrze przesycone było smakiem soli, a mroźny wiatr smagał odkryte twarze wędrowców.

Wszyscy przybywali na karnawał. Jedyne w swoim rodzaju, wyczekiwane przez cały rok wydarzenie, które dla wielu stanowiło okazję na dobry zarobek, dla innych było szansą na wzięcie udziału w cudownym widowisku i zabawę jakiej nie zaznali nigdy w życiu, a jeszcze dla innych było początkiem, zagadką i być może zarazem końcem …



Salvadore di Pietro, willa Ca’ d’Oro, 3.II.1546 r.



Nosferatu siedział w olbrzymim, zdobionym fotelu pogrążony po raz trzeci w lekturze listu od Francois, który kruk, ghul księcia, przyniósł jakąś godzinę temu.

“Drogi przyjacielu! Wybacz, że piszę w pośpiechu i że stawiam Ciebie w sytuacji wymagającej Twojej pomocy i zaangażowania, ale czas mnie nagli straszliwie. Uwierzysz? Mnie, dziecko nocy, dla którego czas nigdy nie miał znaczenia.
Pozwól, że przejdę do konkretów…”


Francois prosił go, w specyficznej dla siebie formie, o gościnę dla kilku Kainitów, którzy na dniach zjawią się w Wenecji, aby wykonać dla niego pewne zadanie. Prosił również o wsparcie dla nich oraz o dyskrecję, aby o poczynaniach nie dowiedzieli się Giovanni.

Salvadore podrapał się jednym ze swoich szponów w brodę. Jaki interes mógł mieć w mieście książę i dlaczego miał to zachować w tajemnicy?
Oczywiście już sama okazja utarcia nosa tym cholernym nekromantom była cudowną perspektywą, ale Nosferatu aż kipiał z ciekawości. Rozumiał, że książę nie chciał powierzyć listowi pewnych informacji, ale mógł przecież jakoś je zaszyfrować?

Niemniej jednak prawie od razu zdecydował, że wysiłek związany z organizacją i późniejsze lawirowanie, tak aby żaden z Giovannich nie zdołał wyniuchać co się święci, przyniosą mu niewymierną satysfakcję.

Sięgnął więc po dzwonek stojący na małym stoliku znajdującym się w pobliżu fotela i potrząsnął nim dwa razy…


Alicja van Hagenhower, gdzieś w drodze do Wenecji, 4.II.1546 r.



Czarna karoca mknęła żwawo szerokim traktem prowadzącym do miasta, w którym Alicja miała dokonać niemożliwego. Książę sam nie wiedział nawet gdzie tego szukać. Tego, czyli pewnej fiolki z cenną dla niego krwią.

“Pozostawiam tę kwestię twoim zdolnościom cherie. Pamiętaj, wasza misja jest tajna. Nie zawiedź mnie...”

Ostatnie zdanie wypowiedział tonem, który aż za dobrze znała. Nie zaakceptuje porażki.
Gdzieś w Wenecji… pffftt… jakby Wenecja była maleńką wioską… Nie miała żadnego punktu zaczepienia, oprócz adresu i nazwiska wampira, który miał zaoferować jej gościnę i pomoc podczas pobytu. I do tego skierował ją do Nosferatu…. Książę miał zaiste przedziwnych przyjaciół i swoiste poczucie humoru. Jedynie mała bruzda na czole ukazywała niezadowolenie Kainitki. Jej nieskazitelna twarz pozostawała wyuczenie lekko uśmiechnięta.

Koła specjalnie przygotowanej na długie podróże karocy podskakiwały lekko na nierównościach. Toreadorka wyglądała przez okno, ale monotonny krajobraz szybko ją znużył.
Pogrążyła się więc w myślach i planach, pragnąc aby ostatnie godziny podróży szybko minęły.


Antonio della Scala, lasy w pobliżu Wenecji, 4.II.1546 r.



Do cygańskiej trupy cyrkowej “La Strada” dołączył tuż przy granicy włoskiej. Spotkał ich w lesie, gdzie zatrzymali się na postój i niewiele czasu trzeba było, żeby zaprosili wampira do wspólnej podróży. Wiedział jak z nimi rozmawiać i jak do siebie przekonać.
Zresztą piękna Jaelle wpuściła go nawet do swojego wozu. Akrobatka umilała Antonio noce w tak wyrafinowany sposób, ze długa podróż nie wydała się ani przez chwilę nużąca. A dzięki ofiarowanej dziewczynie krwi zapewnił sobie znakomitą opiekę po wschodzie słońca.

Misja, z jaką jechał do Wenecji, zlecona mu przez księcia Paryża w ramach zapłaty za jedną z licznych przysług, które jego wysokość raczył mu wyświadczyć ratując niejednokrotnie skórę della Scali, była krótko mówiąc szalona. Książę życzył sobie, aby Antonio, wraz z grupą innych “wybrańców” przeszukał całą Wenecję i odnalazł tajemniczą fiolkę z cudowną zawartością. I to wszystko na podstawie legendy! Legendy! Nigdy by nie przypuszczał, że Francois de la Beaufort wierzy w bajki.

Do tego wszystko miało się odbyć pod nosem Giovannich, tak aby nikt nie zorientował się w jakim celu przybyli. To tak jakby wrzucić jagnię do klatki lwa i liczyć na to, że lew uzna je za członka stada.
Della Scala nie miał jednakże wielkiego wyboru. Narażenie się na gniew Brujah mogło skończyć się bliskim spotkaniem ze słońcem.

Na chwilę obecną Antonio starał się jednak nie zaprzątać sobie myśli czekającą go pracą. Jaelle prezentowała mu właśnie nowy taniec z tamburynem…


Cesare Borgia, przygotowania do podróży do Wenecji, 3.II.1546 r.


Pismo od księcia dotarło do Cesare kiedy przebywał z wizytą u jednego z przyjaciół wuja w Rimini we Włoszech. Borgia nudził się setnie uczestnicząc w kolejnym balu wyprawianym na cześć nowego potomka conte di Maggiore. Nawet najwykwintniejsza krew serwowana przez gospodarza nie była w stanie zmyć z jego ust wyrazu niesmaku.

Ileż można było siedzieć i gnuśnieć bezczynnie i podziwiać nowo narodzone szczenię ?
Tylko skąd książę wiedział gdzie go znaleźć?

Niecierpliwa dłoń rozerwała więc jednym ruchem pieczęć książęcą, a oczy szybko prześlizgnęły się po linijkach tekstu. Chwilę potem ukrywając podniecenie młody Borgia podszedł spokojnie do wyjścia prowadzącego do korytarzy. Upewniwszy się wcześniej, że jego wyjście nie zwróciło niczyjej uwagi skinął lekko na stojącego w korytarzu Oleśnickiego i udał się w stronę swoich komnat.

Wymawianie nazwiska ghula wciąż jeszcze sprawiało Cesare spore trudności, dlatego często zwracał się do niego po imieniu.

- Mikale, na dole czeka posłaniec, z którym pragnę zamienić kilka słów. Sprowadź go prędko, będę czekał u siebie.

Michał Oleśnicki skinął służbiście głową i natychmiast zawrócił….

Kilka godzin później Borgia wchodził po trapie małego żaglowca handlowego, który za kilka chwil odpływał wprost do Wenecji.
Zgodnie z życzeniem został ulokowany w samej kajucie kapitańskiej, którą wynajął za sakiewkę pełną złotych cekinów. Nazajutrz po zmroku powinien być na miejscu.

Zadanie powierzone Cesare przez de la Beauffort’a ponownie wiodło go ścieżką do wiecznego miasta, ale tym razem wiązało się bezpośrednio z interesami nieumarłych, co tylko pobudziło ogromny apetyt ambitnego arystokraty na jego wykonanie.
Tajemnica, intryga oraz polityczne rozgrywki, to było to co lubił najbardziej i na czym świetnie się znał.


Stojąc przy burcie i spoglądając na oddalający się brzeg oraz niknące w oddali światła Cesare Borgia z radością myślał o oczekujących go chwilach w La Serenissima - Najjaśniejszej (jak nazywa się Wenecję).
Odnalezienie fiolki z krwią, której książę tak pragnął na pewno nie będzie łatwe, ale to właśnie wyzwanie sprawiało, że zlecenie było tak interesujące…


Radowit, na szlaku do Wenecji 4.II.1546 r.




Podróżujący samotnie mnich nie wzbudzał nijakiego zainteresowania. Tym bardziej, że ów mnich nie szukał żadnego towarzystwa, ba nawet nie odpowiadał na rzucane czasem pozdrowienia.
Ludzie nie zastanawiali się nad tym faktem dłużej niż jedną krótką chwilę. Może był głuchoniemy, a może złożył śluby milczenia?
Nie raz widywało się wszakże pielgrzymów, którzy w pojedynkę przemierzali dzikie ostępy.

Radowit był kontent. Nie szukał towarzystwa tych, którymi się pożywiał.
Zresztą każda bliskość jakichkolwiek stworzeń nie była mu miła. Miał jasno określony cel i konsekwentnie do niego zmierzał.
Niestraszna mu była samotność, niestraszne spotkanie z wilkołakami czy innymi istotami nocy.
Przeznaczenie prowadziło go do Wenecji i zamierzał tam dotrzeć choćby piekło zamarzło.

A wszystko zaczęło się od wezwania, które otrzymał od księcia. Długo rozprawiali w komnacie de la Beauffort’a, a po tej rozmowie Tzimisce natychmiast rozpoczął przygotowania do podróży.

Wierne ghule Radowita opuściły Paryż jako pierwsze. Miały przygotować schronienie, a także rozpuszczać plotkę jakoby do miasta przybędzie wkrótce świątobliwy mnich znający tajemnicę wiecznej młodości.

Misja z jaką podążał wampir mogła wydawać się dziwna, czy nawet niedorzeczna, ale nagroda za jej wypełnienie była warta każdego szaleństwa.
Tak samo jak książę nie dopuszczał myśli o porażce.

Odnajdzie Sangre Pura i zajmie się tym co tkwi od zbyt długiego czasu jak cierń w jego martwym sercu...
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 03-08-2015 o 09:04. Powód: *opowieść zapożyczona od P.Coelho
Felidae jest offline  
Stary 04-08-2015, 21:29   #2
 
Deithwenn's Avatar
 
Borgia rozmyślał o czekającym go zadaniu i trudnościach jakie na niego czekają. Największym z nich wydaje się fakt, iż Wenecję żelazną ręką dzierżą Giovanni którzy nie są zbyt towarzysko nastawieni do innych nieumarłych. Etykieta i dobre wychowanie wymaga by zapowiedzieć się z wizytą we włościach Carmelo dlatego też Cesare skreślił krótki list informujący ród Giovannich o swoim przybyciu nie wspomniał w nim jednak z czyjego polecenia przybywa, miało to być coś z czego miał zamiar skorzystać jedynie przymuszony przez okoliczności. Jako powód swego przybycia podał chęć obejrzenia Weneckiego karnawału, który zachwycał co roku całą europejską elitę. Napisał również do swojego przyjaciela doży weneckiego Donato prosząc by ten udostępnił mu swoją podmiejską willę na czas jego pobytu w Republice jak również zechciał spotkać się w niej z nim. Zapewne nie będzie to problemem w końcu ma ich kilka, a do tego są zażyłymi znajomymi. Rozwiązawszy problem bezpiecznego schronienia, każda willa Doży jest chroniona przez wojskowe siły miasta, mógł oddać się podziwianiu gwiazd. Nim to jednak uczynił wezwał swojego sługę i powiernika Alfreda przekazując instrukcję.
- Gdy tylko wysiądziemy w porcie, oddasz te listy we właściwe ręce. - Tu podał mu wcześniej skreślone pisma ukryte w kopertach i asygnowane jego herbem. - Później zadbaj by moje rzeczy dostarczono do willi Francesca tej w której ostatnio bytowaliśmy. - Młody wampir nie mógł już doczekać się przyszłych nocy pod Weneckim niebem. W myślach już snuł przyszłe intrygi które będą miały doprowadzić go do przyszłego zwycięstwa.
 
__________________
"Za miecz chwytają wyłącznie ludzie zdesperowani, którym nie pozostało nic poza własnym ego"
sierżant Sójeczka
9 drużyna Podpalaczy Mostów

Ostatnio edytowane przez Deithwenn : 04-08-2015 o 21:46.
Deithwenn jest offline  
Stary 04-08-2015, 22:29   #3
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
List od przyjaciela od zawsze sprawiał Salvadore przyjemność. Lubił zanurzać się w treści po wielokroć. Smakować słowa, ich rytm i barwę. Rozkoszował się nimi, jakby osoba pisząca była tuż obok. Nie inaczej było z listem od Francois. Książę pisał ostatnio rzadko i Salvadore uśmiechnął się sam do siebie, bo nie dalej jak wczoraj spoglądając na gwieździste niebo ze swojego balkonu, wspominał swoją podróż do Paryża.
Doprawdy świetnie się wtedy bawił. Ze smutkiem doszedł też do wniosku, że ostatnie lata jego egzystencji, nie używał słowa życia, bo z tym pożegnał się już bardzo dawno temu, były nader monotonne. Zasiedział się i skupił na budowaniu swojego małego imperium.

Ca' d'Oro stał się jego ukochanym dzieckiem, oczkiem w głowie i istnym idea fix. Kainita stworzył w pałacu nie tylko swój dom, schronienie i twierdzę, ale także miejsce znane w całej Wenecji.
W jego zamtuzie bywali wszyscy możni. Członkowie rodziny szlacheckich, duchowni, śmiertelni i kainici. Dla każdego z nich Salvadore miał coś specjalnego do zaoferowania. Coś co zapadało w pamięć i kazało wracać po wielokroć, aby na nowo doświadczyć boskich wręcz rozkoszy.
Nosferatu dbał o to, aby jego pracownicy byli nie tylko urodziwi, wyzbyci wstydu, skromności i poczucia grzechu, ale także aby byli gotowi na spełnianie nawet najbardziej wyuzdanych pragnień klientów.
Miał kilka kurtyzan, które znały część jego sekretnej natury i potrafiły służyć także innym nieśmiertelnym.

Siedząc w fotelu i po raz kolejny czytając słowa księcia Paryża, Salvadore zastanawiał się jak przyjąć gości. Bo na co, jak na co, ale na gości był gotowy zawsze.
Przywołał do siebie di Francesco i nakazał mu schwytać trzy młode kobiety, które jeszcze nie zaznały mężczyzny i przyprowadzić jej do pałacu. W końcu na wizytę znamienitych gości z samego Paryża należało mieć coś specjalnego.
Di Francesco miał także sprowadzić muzyków, którzy umilą gościom pobyt.

Dafne, swoje zaufanej służącej polecił przygotować pokoje gościnne na piętrze i zadbać, aby Fiona, Livia i Cecylia były gotowe, aby służyć we wszystkim tym, którzy wkrótce przybędą w odwiedziny.
Sam zajął się przygotowaniem sali bankietowej, gdzie zamierzał wyprawić powitalne przyjęcie.

Ciekaw był kto też nawiedzi go tym razem. Książę był bardzo lakoniczny jeżeli chodzi o opis gości. Salvadore nie miał mu tego za złe, lubił niespodzianki.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 08-08-2015, 19:41   #4
 
abishai's Avatar
 
Bella, bellisima… Nowe życie było pozbawione wielu drobnych przyjemności. Ale Antonio najbardziej tęsknił za… przyjemnościami związanymi z alkową. Ale nawet będąc pozbawiony czerpania przyjemności z kobiecego ciała, cóż… nadal był estetą. A Jaelle… była piękna.



I była świadomą swego piękna kokietką, której taniec był jednym wielkim zmysłowym zaproszeniem. W końcu była w tym dobra… ową pokusą zarabiała na życie. Swoim pięknem, swoją gibkością i tą niewypowiedzianą obietnicą, której spełnić nie mogła… i zazwyczaj nie miała zamiaru. A Antonio potrafił docenić talent. Bijąc brawo pokazywał cygance jak ceni jej talent.
-Usiądź na mych kolanach moja piękna… musimy porozmawiać.- rzekł w końcu, gdy zakończyła taniec.
Dziewczyna zakręciła się na pięcie i tanecznym krokiem zbliżyła do wampira, siadając w końcu zgrabnie na jego kolanach.
-Mój miły Antonio.. o czym chciałbyś porozmawiać z Jaelle? - mówiąc te słowa ugryzła go lekko w ucho.
-Otóż… moja słodka.- zimne i białe niczym marmur palce musnęły brzuch cyganki wspominając przy okazji rozkosze jakie mogło dać jemu to zwinne ciało. Niestety teraz główną żądzę jaką Antonio wobec niej odczuwał, była żądza krwi, acz… nadal lubił tą wymianę posoki łączyć z aktem miłosnym. Ot, sentymenty.-Zbliżamy si do Wenecji, byłaś tam pewnie nieraz ze swym cyrkiem. Opowiedz mi o ludziach, których warto znać, będąc cyrkowcem? O tych na samym dole, z którymi musisz sobie radzić. Opowiedz mi jaka jest Wenecja w twoich oczach.
- Jaelle jedzie tam pierwszy raz panie. Marcus opowiadał, że Wenecja to piękne ale straszne miasto. Wiele tam czikalo - tu na chwilę przerwała - ...duchów panie. Pan powinien z Marcusem porozmawiać, Jaelle zaprowadzi?
-Później moja słodka… później.- dłoń wampira przesunęła się na pierś cyganki masując ją powoli przez strój.-Powiedz mi… Czy wiesz już, gdzie się twój tabor zatrzyma. Pod murami miejskimi? W środku miasta? W jakiejś tawernie?
- Pod murami mój piękny Antonio, na placu przy bramie. Na wjazd do miasta trzeba wykupić zezwolenie. Nasz cyrk mały... - tu wydęła usta układając je w podkówkę.- Chciałabym zobaczyć chińskie ognie i kolorowe stragany, może Jaelle kupi piękną chustę? I korale?
-Może ktoś kupi Jaelle srebrny pierścionek.- mruczał Antonio językiem przesuwając po skórze szyi pięknej cyganki i pomrukując cicho.- To dobrze, że przy bramie… W tym roku, Wenecja może być groźna, moja słodka.
Dziewczyna pokraśniała z radości i klasnęła w dłonie.
- Oj tak panie, piękny pierścionek z czerwonym oczkiem. Na szczęście. - Potem wsunęła swoje dłonie we włosy Antonia i odchyliła szyję, gotowa na jego pocałunek. Pieszczoty wampira wyraźnie sprawiały jej przyjemność.
Antonio delikatnie wgryzł się w szyję swej kochanki smakując jej krwi i nie zapominając o pieszczocie jej ciała dłonią. Nie był za bardzo głodny. Jaelle stanowiła ostatnio jego stały posiłek, więc posilał się drobnymi łyczkami. Była ładna i zmysłowa… przypominając mu to co stracił. A gdy już nieco się posilił, kłem rozdarł skórę swego kciuka i parę czerwonych kropelek spuścił między lekko rozchylone wargi cyganki. Odrobinę tylko, by za bardzo nie zasmakowała w takiej uczcie.
Dziewczyna zamruczała z zadowolenia i oblizała zachłannie wargi. Krew kainity dodawała jej wigoru.
-Dziękuję mój dobry panie.
-Noc jest jeszcze długa moja słodka…- mruknął Antonio głaszcząc po policzku dziewczynę, mając ochotę na poudawanie tej nocy, że jest... żywy. Taka pełna wigoru ślicznotka potrafiła ożywić wspomnienia, które zazwyczaj były martwe. Był to jeden z powodów dla których został z tą trupą.-Ale... Teraz chodźmy spotkać się z Marcusem.
Cyganka ześlizgnęła się z kolan wampira i chwytając go za rękę wyprowadziła z wozu na dwór. Przy wyjściu schwyciła wełnianą chustę, bo noce lutowe były jeszcze chłodne.
- Tam -powiedziała wskazując na ognisko pośrodku koła, które utworzyły wozy - mężczyźni siedzą przy ogniu panie, nam, kobietom nie wolno z nimi przebywać. Musisz podejść sam. To ten wysoki, z wielkim wąsem, nasz treser panie.
Antonio cmoknął jeszcze cygankę w policzek i ruszył w kierunku grupki mężczyzn. Uśmiechnął się na powitanie i spytał.-Można się przysiąść?
-Siadaj bracie - postawny cygan o długich, kręconych włosach wskazał mu miejsce na kawałku powalonego drzewa, na którym sami zajmowali miejsca. Niektórzy mężczyźni palili zawinięte w kawałki papieru liście tytoniu, ten którego Jaelle wskazała jako Marcusa wyciągnął bez słowa taki zwitek w stronę Antonia.
Włoch nie miał okazji za życia spróbować takiej używki. Teraz po śmierci, nie miała dla niego smaku. Zapalił jednak od ogniska te zioła i wciągnął do płuc dym.
-Byłeś wcześniej w Wenecji? Jak tam jest? Bo ja… w sumie tam nie byłem i jestem ciekawy tego miasta.- zapytał wprost alchemik wykazując zwykłą ludzką ciekawość.
-Wielkie, bogate miasto.. - zaczął zagadnięty- ale nie dla wszystkich dostępne. Co chciałbyś wiedzieć? Gdzie dobrze zjeść? Jak za mury się dostać? Gdzie najlepsze zamtuzy?
Te wszystkie sprawy interesowały kainitę, choć nawyki żywieniowe miał inne od ludzkich. Z uśmiechem zasypał Marcusa pytaniami, dowiadując się przy tym że straż miejska jest absolutnie nieprzekupna i wierna władcom miasta, a przy tym silna i niebezpieczna. Niewątpliwie Giovanni karmili ich swą krwią by wzmocnić lojalność najemników. Z jednej strony niedobrze… z drugiej. Wiedział jaka moneta może ewentualnie podziałać na strażników. Krwawa. Oczywiście, brał pod uwagę lojalność ghuli wobec swych panów. Ale wszystko dało się obejść.
Tak jak stwierdził Marcus, przy wejściu do miasta trzeba podać cel przybycia i miejsce, w którym się nocuje. Choć na czas karnawału strażnicy nie byli tak podejrzliwi i wystarczało miejsce pobytu, jeśli się było szlachetnie urodzonym. Jeśli się jednak chciało zarabiać w mieście musisz zapłacić haracz czyli wykupić pozwolenie w magistracie. Antonio nie chciał… a przynajmniej nie jako alchemik. Od dłuższego czasu planowa dołączenie łaski cyrku, by móc występować jako jeden z jego artystów “La Strady”. I załatwianie pozwoleń zostawić Marcusowi właśnie.
Pytanie o czikalo wywołało poruszenie, co nie dziwiło Macusa. Temat duchów zawsze wywoływał nerwowość śmiertelnych. Alchemik został zapytany nawet o to, skąd o nich słyszał, ale zbył to pytanie stwierdzeniem, że słyszał o nich u cyganów których spotkał we Francji.
Mężczyźni przy ognisku nie powiedzieli zbyt wiele na ich temat. Zamiast tego skierowali rozmowę na temat zaginięć w mieście. Zdarzały tam bowiem zniknięcia ludzi w wieczornych porach, w miejscach mniej uczęszczanych. Opowiadali, że czuje się tam na karku dotknięcia czegoś niekreślonego, co napawa strachem i tym podobne historie. Ostrzegali by nie chodzić tam samemu i bez broni. Ale Antonio nie był aż tak przesądny. W mieście intryg jakim była Wenecja istniało wiele innych powodów do zaginięć, by jako pierwsze brać nadprzyrodzone czynniki pod uwagę.
Antonio popytał też o kościoły i relikwie. I usłyszał to co wiedział… że kościołów w Wenecji jest wiele i że najsłynniejsza jest bazylika świętego Marka. I że na przykościelnych straganach Wenecji można było kupić wiele relikwii. Marcus pokazał nawet nawet kość pochodzącą jakoby z reki świętego Romulusa z Fiesole, ucznia samego Piotra Apostoła, który zginął jako męczennik, a jest patronem kuglarzy. Fałszywą zapewne. Ale fałszywki nie interesowały Antonia, ani relikwie sprzedawane na bazarach. Nie… Jedyne relikwie jakie interesowały Antonia to te przetrzymywane w samych świątyniach, czczone lub te zapomniane i pozostawione samym sobie w kryptach i bocznych nawach.

Do Wenecji już mieli niedaleko. Tam czekał na nich kontakt księcia w mieście. Nosferatu imieniem Di Pietro miał siedzibę, która mogła być schronieniem dla całej grupki poszukiwaczy zaginionej krwi, ale Antonio wolał więcej niezależności i nie chciał być na łasce innego Kainity, jeśli chodzi o schronienie.Wóz karmionej krwią Jaelle, była więc dobrą alternatywą. Antonio nie znał pozostałych za dobrze. Poza osławioną Alicją van Hagenhower, faworytą księcia… kapryśnym kwiatuszkiem, to pojawiającym się, to znikającym z Paryża. Ją znał jednak z imienia i z oblicza. Podobnie jak Elisabetę Orsini, ambasadorkę jego “ukochanego” miasta.
Tak, spotkanie z Orsini i dopytywanie się co możliwości powrotu do Verony, może być dobrym powodem do odwiedzenia Wenecji. Niewątpliwie trzeba będzie bowiem pojawić się u Giovannich, prędzej lub później.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 09-08-2015, 15:22   #5
 
Googolplex's Avatar
 
Przemierzał nocne szlaki niczym cień. Niewidoczny, mimo, że wielu go widziało szybko znikał z ich pamięci. Dla nich był nikim i to go zadowalało. W tych barbarzyńskich krajach było niewiele rzeczy które go interesowały a większość można było znaleźć jedynie z dala od ludzkich osiedli.
Tak jak jego ostatni posiłek, nocny łowca idealnie przystosowany do zabijania w pojedynkę. Jeśli istniały stworzenia które darzył sympatią to byli to właśnie tacy nocni łowcy, wielkie koty. Zachwycała go ich pozorna ospałość i lekceważenie otoczenia, ich zdolność do natychmiastowego przeobrażenia się w morderczą bestię. Potężne szczęki wyposażone w mordercze kły, śmiertelnie niebezpieczne pazury ujawniające się tylko gdy zachodzi potrzeba. Potężne mięśnie w które czerwoną moc pompowało silne i wytrzymałe serce. Jakże podobne były do jego gatunku, z pozoru niegroźne lecz w jednej chwili zdolne przekroczyć ograniczenia swojej fizyczności. Tak samo jak kainici płaciły za to cenę, musiały się szybko pożywyć inaczej ich sił ubywało. W przeciwieństwie jednak do spokrewnionych wielkim kotom brak posiłku groził śmiercią. Kolejny dowód na wyższość wampirów nad innymi stworzeniami.
Skrzywił się z niesmakiem na myśl która przyszła następna. "Pomyśleć, że istota tak doskonała pochodzi od pomyłki jaką byli ludzie, słabi na ciele i umyśle, rozproszeni, pragnący osiągnąć zbyt wiele celów na raz." Mierził go fakt, że i on pochodzi od czegoś tak podłego. Na szczęście jemu udało się wykorzystać szansę, wznieść się ponad robaki pełzające w pyle.
A teraz miał znów zniżać się do obcowania z nimi, tresować je by spełniły jego wolę. Na szczęście istniały jego ghule. Starannie wybrał oboje, najlepsze umysły jakie udało się znaleźć wśród robactwa. Ukształtował te umysły, dał im sens życia, zmienił ich słabe ciała w formy doskonalsze aż stały się jego rękami, narzędziami które pozwoliły uniknąć kontaktu z plugastwem.

***

Mijały noce na szlaku. Pomimo, że podróżował szybciej niż śmiertelni nie potrafił pokonać ograniczeń odległości. Na szczęście po drodze miał wiele okazji by się pożywić, nie musiał więc tracić czasu na polowania. Niestety nie zawsze potrafił się opanować. W lasach pojawiło się kilka nowych bestii. Ich skuteczność sprawdzi wracając, te które przetrwają, te które zdobędą dla siebie największe terytorium. Te właśnie wykorzysta później.

Wenecja. Dotarł do miasta niedługo przed świtem i od razu udał się do schronienia. Niewiele przejmował się kto jest jego gospodarzem, jedna z tych śmiertelnych którzy zdobyli władzę lecz nie nad własną śmiertelnością. Ważne było, iż dysponował pomieszczeniem gdzie mógł pracować i bezpiecznym schronieniem przed mściwym słońcem. Ghule zadbały o potrzeby swego pana. Drewniany sarkofag wypełniony był ziemią, jedyną która miał w sobie moc, jedyną która prawdziwie pozwalała się zregenerować.
Spisali się dobrze i w nagrodę pozwolił im kontynuować egzystencję, otworzył dla nich swe arterie i krwawił do naczynia. Rzadko pozwalał by pili wprost z jego żył, taka nagroda zdarzała się tylko gdy był wyjątkowo zadowolony. Widział teraz głód w ich oczach, pragnienie jego boskiej siły. "Odrażające." Gdyby nie ich użyteczność od razu pozbawił by ich życia. Zakończył tę mroczną komunie najszybciej jak było możliwe po czym sięgnął ich umysłów. Otwarły się przednim jak zawsze, chętne i wierne.
~"Wieczorem spotkam się z treserem suk."
Było to ostatnie polecenie nim udał się na spoczynek. Tak wieczorem kiedy się przebudzi musi odwiedzić tego o którym mówił książę, tego który znał tą domenę.
 
__________________
De mortuis crepitus
Aberdonensis de furor
Infernus irae!
Then they died
Googolplex jest offline  
Stary 27-08-2015, 13:22   #6
 
Felidae's Avatar
 
Cesare Borgia

Podróż przeciągnęła się o kilka godzin. Wiozący Borgię statek musiał omijać burzę i kapitan przezornie ukrył statek na kilka godzin w jednym z pomniejszych portów.

Wenecja przywitała kainitę gwarem, do jakiego w tym mieście nie przywykł. Zdawało się, że nagle cały świat chciał zobaczyć cuda jakie gotowała na tych kilka szczególnych nocy.
Przy bramie tłoczyli się sortowani przez strażników, jak bydło na targowisku, ludzie. Każdy z nich liczył na to, że jako pierwszy przekroczy wrota cudownego miasta.
Byłoby to irytujące gdyby nie fakt, że Borgia doskonale wiedział jak szybko przekonać straże do przepuszczenia go w pierwszej kolejności. Jego ciężka sakiewka pobrzękiwała wesoło przy każdym kroku.

Zgodnie z zaleceniami Alfred jako pierwszy udał się z pismami. Niewiele czasu później powrócił z wiadomością, że Donati osobiście powita Cesare w swojej willi, ponieważ przebywa w niej od kilku dni.
Pozostawało zająć się bagażami…


*jakiś czas później*

Stłumiony gwar pobliskiego weneckiego bazaru unosił się gdzieś z dala, mknąc odgłosami pokrzykiwań i chrzęstu dziesiątek stóp. Ponad wznoszącymi się nad okolicznymi budynkami wieżami kościelnymi, rozpościerało się nocne niebo usłane migotliwymi gwiazdami i ciemnymi masami chmur. Gdzieś z niedaleka dochodził ostry zapach przypraw, który co jakiś czas drażnił nos.

Alfred, sługa Borgii, wyszedł z pogrążonego w kompletnej ciszy domostwa z powrotem na dziedziniec, gdzie oczekiwał go Cesare. Jego stopy, stawiały ostrożne kroki pomiędzy zalegającymi na podłodze dziedzińca trupami. Na wykonanych z popękanego marmuru płytach, jak okiem sięgnąć na przestrzeni całej posiadłości widać było martwych, wykręconych w agonii ludzi. Ich twarze przedstawiały obraz okropnego, trudnego do wyobrażenia sobie cierpienia.

Cesare trudno było uwierzyć w taki obrót sytuacji. Dopiero kilka dzwonów temu zawitał do Wenecji. Przebywszy kawał bezlitosnego morza trafił w końcu do Najjaśniejszej . Ventrue i jego świta skierowali się szybko przez zapełniające się ludźmi ulice, by jak najszybciej skryć się przed nieuchronnie nadchodzącym świtem. Minąwszy pątników leżących krzyżem na Via Dolorosa, kainita nie miał nawet czasu podziwiać widoków.

Dzięki jednemu ze znajomych gondolierów trafił w końcu na czas do miejsca, które miało być bezpieczne. Do schronienia zaoferowanego mu przez dożę weneckiego Donato, który będąc najbardziej prominentnym człowiekiem w Wenecji, miał udzielić im bezpiecznej przystani na czas pobytu. Niestety, jak okazało się zaraz po wejściu na dziedziniec bogatego domostwa w dzielnicy chrześcijańskiej, nie było już tu nikogo, kto nie tylko mógłby powitać ich z otwartymi ramionami, lecz choćby ruszać się z życiem. Wyglądało na to, że wszyscy byli martwi.

Mieli tu studnię.- Odezwał się Oleśnicki zbliżając się do umiejscowionej w rogu dziedzińca kamiennej owalnej budowli wystającej z ziemi.- Zapewne jeszcze dobrodziejstwo Rzymian- sługa spuścił w czeluść studni wiadro, po czym po wydostaniu go z powrotem na zewnątrz, zwilżył język wodą.- Trucizna! Nie sposób rzec na smak jaka, jednak dałbym sobie łeb uciąć, że ktoś zatruł wodę.

Cesare i jego słudzy rozejrzeli się po budynkach stanowiących posiadłość weneckiego dygnitarza. Co stało się z gospodarzem? Czyżby i on podzielił los swojej świty?



Salvadore di Pietro

„Ptaszki” Salvadore co rusz przybywały z nowymi informacjami. Nosferatu dowiedział się więc o przybyciu zamożnego przyjaciela doży, o mnichu, który obiecywał wieczną młodość i o zagranicznej damie, która właśnie wsiadła do przygotowanych przez Salvadore na wszelki wypadek gondoli. Wiedział kogo wypatrywać, wiedział jak unikać szpiegów nekromantów, jak nie wzbudzać zainteresowania ani zamieszania.

Był mistrzem dyskrecji…

Podniecenie towarzyszące tej niecodziennej sytuacji było jednym z przyjemniejszych odczuć jakie dane mu było przeżyć w ostatnich latach.
Przygotowania do balu szły również po jego myśli. To wszystko musiało się udać. Szeroki uśmiech uczłowieczał nieco szkaradną twarz wampira. W końcu to on, ten który od lat wodził za nos Giovannich był odpowiedzialny za cała organizację i stanowił najprzedniejsze źródło informacji dla przybyłych.

Co w końcu mogło się stać teraz, kiedy nekromanci szykowali się do otwarcia karnawału?


Antonio della Scala

Na ulicę dostojnym krokiem wkroczyła grupa mnichów w białych, choć mocno ubrudzonych od pyłu habitach. Niosąc kadzidła i mosiężne dzwony, mruczeli jednostajnym głosem modlitwy. Tuż za nimi pojawił się orszak kilkunastu rycerzy w pełnym rynsztunku. Na ich wytartych tunikach, obgryzionych z emalii tarczach i proporcach powiewających na wietrze, widniał znak białego krzyża na czerwonym tle. Uliczny tłum rozstępował się przed orszakiem uchodząc pod naporem jego stalowej masy. Będąc ukryty blisko trasy ich przejścia, Antonio wychwycił kilka słów:

-...kufry pozostają zamknięte, Donatello. Nie myśl sobie, że sypnę ci hojnie złotem, pozbawiając swoich ludzi jedzenia i koni. -Był to głos ogromnego rycerza o rudej, skołtuniałej brodzie i twarzy pełnej blizn.

-Wiara i zapał nie opłacą podjazdów, które polują na pogan napadających na nasze granice. Coraz śmielej sobie te tureckie psy poczynają... - Odrzekł mu czarnowłosy mężczyzna odziany w ozdobne szaty, nie pasujące do zniszczonych rycerskich zbroi, idący koło niego.

-Szczekaj te bzdury do ucha doży, nie mojego. Na drodze z Verony powiesiłem dwudziestu bandytów, łupiących od miesięcy drogi wokół miasta. Wiesz kto to był? Nasz drogi Sarnello z Valencji. Zdaje się, ze podrzynał gardła każdemu pielgrzymowi, jakiego spotkał, nie bacząc na to do jakiego boga się modli.

-Zabiliście go? To się nie spodoba Giovannim... - czarnowłosy człowiek zatrzymał się gwałtownie.

-Pies srał na Giovannich. Wiem dokładnie, co i kto stoi za ich ostatnimi 'sukcesami'. Moje kufry pozostają zamknięte. Dla ciebie, dla nich i dla waszego chędożonego w dupę doży.

Orszak zakonników ruszył ponownie i po kilku chwilach zniknął za rogiem, a wraz z nim dalsza część rozmowy. Antonio rozejrzał się wokół. Ulice wyglądały już spokojnie. Wampir wyczuł nagle, że ktoś się mu bacznie przygląda z drugiego końca placu. Owinięta w długi płaszcz postać z maską za twarzy skierowała się pospiesznie w jeden z zaułków…

Radowit

Ghule Radowita świetnie się spisały. Schronieniem kainity stał się dom miejscowego winiarza. Jako jeden z nielicznych w okolicy posiadał sieć obszernych piwnic, które znakomicie nadawały się do celów Radowita.


Gospodarz z chęcią udostępnił go na czas karnawału świątobliwemu mnichowi, którego słudzy dodatkowo hojnie sypnęli złotem.

Jednak coś w Wenecji w głębi przeklętej duszy Radowita wzbudzało jego niepokój. Najbardziej jednak irytował go fakt, że nie potrafił określić co właściwie.
Nie były to zgromadzone w mieście tłumy ludzi, którymi pogardzał, nie było to również nowe lokum. Bliskość jego umiłowanej ziemi powinna sprawiać, żeby czuł się bezpiecznie, a jednak…

Dlatego też letarg, w który zapadł, ułożywszy się w drewnianym sarkofagu, pełen był koszmarnych obrazów. Obrazów związanych z ostatnim spotkaniem z Radosławem. Roześmiane w upiorny sposób oblicze brata wryło mu się w myśli nawet wtedy, kiedy zapadający na zewnątrz mrok otworzył mu oczy…


Alicja van Hagenhower

Nareszcie. Stopy Alicji z przyjemnością ponownie dotknęły lądu. Miała już serdecznie dość tej całej tułaczki, niewygodnej karety i przede wszystkim braku właściwego towarzystwa.

W dodatku w trzewiach zaczynał palić ją głód. Na obcym sobie terenie trudno było zapolować.

Widok i zapach tłumów na pobliskim placu był odurzający. Prawie dało się odczuć krew krążącą w licznych żyłach.
Dlatego jak najszybciej musiała dotrzeć do Nosferatu, którego polecił jej książę. Na szczęście jej przyszły gospodarz zdawał się czytać w myślach. Tuż za bramą czekał na nią jeden ze sług, który w uniżony sposób zaproponował natychmiastowy transport do domu jego wielebności.
Dlaczego nie miała z niego skorzystać?
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 27-08-2015 o 13:39.
Felidae jest offline  
Stary 01-09-2015, 19:21   #7
 
Deithwenn's Avatar
 
Rzeź jakiej świadkiem się stałem nie specjalnie mnie obeszła. Jedynym uczuciem które odczuwałem patrząc na dziesiątki ludzkich trucheł zaścielających dziedziniec posiadłości mojego weneckiego przyjaciela to irytacja. Że też jakiś ignorant musiał spróbować zamachu na Doże weneckiego w dniu gdy zmęczony długą podróżą chciałem jedynie w spokoju wymienić z nim kilka uprzejmości, wychylić kielich dobrze schłodzonego osocza i w spokoju zapoznawszy się z obecną sytuacją polityczną w mieście podjąć dalsze działania. Jednak widać nie dane będzie mi zrealizować tych trywialnych, a zarazem przyjemnych planów gdyż ktoś zechciał pokrzyżować moje szyki. Nie chcą tracić czasu, gdyż w końcu jednak musiałem się gdzieś zatrzymać postanowiłem jedynie upewnić się czy przypadkiem próba morderstwa drogiego mi Donatiego nie powiodła się. – Idź i przeszukaj to miejsce. – Zleciłem Oleśnickiemu. – Tylko ostrożnie nie wiadomo czy ktoś nie plądruje rezydencji korzystając z okazji. – Miałem w zamiarze czekać na zewnątrz, ale znudzony długim okresem bezczynności gdy przemierzałem drogę do miasta na statku postanowiłem osobiście również rozejrzeć się po willi. Jako nieumarty nie obawiałem się ludzkich intruzów najwyżej przegryzę wczesną kolację napotkawszy takowych. – Drogi Alfredzie zechciej przypilnować bagaży, a gdyby działo się coś wartego uwagi poinformuj mnie. – Po tych słowach udałem się na zwiedzanie dobrze mi znanych pomieszczeń domu mego znajomego.
 
__________________
"Za miecz chwytają wyłącznie ludzie zdesperowani, którym nie pozostało nic poza własnym ego"
sierżant Sójeczka
9 drużyna Podpalaczy Mostów
Deithwenn jest offline  
Stary 02-09-2015, 22:22   #8
 
abishai's Avatar
 
Sarnello z Valencji… Donatello… Joannici. Bo to oznaczał biały krzyż na czerwonym tle. Były to strzępki potencjalnie użytecznych informacji, które w przyszłości mogły być przydatne. Ale obecnie wampir nie zamierzał drzeć koty z Giovanni. Ani też rzucać się w oczy zakonnikom.
Sprawa z którą przybył do Wenecji była delikatna w swej naturze i nie lubiła hałasu. Della Scala zresztą miał kilka teorii dotyczących ukrycia Sangre Pura, które zamierzał sprawdzić sam. Nie widział bowiem powodu do dzielenia się chwałą z innymi, skoro całą mógłby zagarnąć dla siebie.
Na razie… Nagły ruch w polu widzenia, wybił przyczajonego Antonia z rozmyślań. Odciągnął jego spojrzenie od znikających za rogiem rycerzy Zakonu.
Ktoś go śledził, długi płaszcz, biała maska zakrywająca twarz.


Niby nic niezwykłego w związku ze zbliżającym się karnawałem, ale… Antonio della Scalla wiedział, że ów pilnujący go osobnik jest prowokacją. Mógł go zignorować, mógł też ulec przynęcie… i był to jedyny sposób, by dowiedzieć się kto zainteresował się jego przybyciem. Antonio wszak nie miał jeszcze okazji namieszać żadnemu wampirowi w Wenecji. A Giovanni nie musieli wszak bawić w subtelne gierki, by go zaprosić na spotkanie.
Ruszył więc za “szpiegiem” teatralnie znikającym w zaułku. Antonio podążając jego tropem zawahał się na moment. Głupio by było zginąć zaraz po przybyciu do miasta. Może za bardzo zaufał w swą siłę?
Głupi! Głupi! Głupi!
Lecz mimo tej chwili słabości, Antonio otwarcie wkroczył w uliczkę gotów stawić czoło każdemu zagrożeniu.
Nie napotkał jednak nikogo. Pusta uliczka, kilka przywiązanych gondoli. I błyskotka na brzegu dobrze widoczna w świetle księżyca. Brosza...


Ładna i droga. I znajoma. Wampir podniósł ją i przyglądał się długo, a jego twarz wykrzywił grymas wściekłości odsłaniając długie kły. Zacisnął mocno dłoń z broszką, po czym schował ów przedmiot do kieszeni. Ktoś w Wenecji pogrywał sobie z nim. Ktoś wyraźnie się z nim bawił. Nie podobało się to Antonio, ale w tej chwili niewiele mógł zrobić.
Wampir spojrzał w niebo, westchnął i ruszył w znanym sobie kierunku. Dość już zmarnował nocy, czas było zacząć się urządzać w tym mieście. Dlatego musiał się udać Ca' d'Oro. Antonio nie wiedział ile tutejszy Trędowaty wiedział o jego misji, ale z pewnością Salvadore kogo trzeba cmoknąć w dłoń w tym mieście, a kogo w tyłek. Antonio chciał działać w spokoju w tym mieście, a to wymagało by Giovanni uznali go za niegroźnego ekscentryka. Co nie powinno być problem. W końcu był Ravnosem… członkiem klanu lekkoduchów.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 10-09-2015, 14:40   #9
 
Felidae's Avatar
 
Cesare Borgia

Dom był cichy i zaledwie w kilku jego zakątkach tliło się światło nielicznych świec.
Oleśnicki wprawiony jako żołnierz wiedział jak poruszać się ostrożnie. Nawet w prawie całkowitych ciemnościach. Zniknął więc jak cień w zakątkach pięknej willi. Na dość długą chwilę. Za długą jak na gust Borgii.

Znudzony i zniesmaczony widokiem ludzkich trucheł Cesare postanowił w końcu sam zbadać znany mu teren.
Pozostawiając Alfreda samego z bagażami Borgia z ciekawością rozglądał się po budynku. Co mogło się wydarzyć? Dlaczego straż, normalnie pilnująca domostwa tym razem nie stała u wrót?

Wnętrze samej posiadłości wyglądało na nienaruszone. Nie było śladów plądrowania, nie było śladów jakiejkolwiek obecności obcych. Borgia nie mógł jednak stwierdzić z całkowitą pewnością, że z domu nic nie zniknęło.
Z cała pewnością jednakże mógł potwierdzić nieobecność Doży.
Dopiero w sali kominkowej, w której Doża zwykł przyjmować swoich gości Cesare dostrzegł ślady jakiejś walki lub próby ucieczki. Pięknie haftowany obrus, który pokrywał ogromny stół z mahoniu był ściągnięty, a stojąca na nim zastawa leżała roztrzaskana na podłodze. Oprócz kilku przewróconych krzeseł nic innego nie rzuciło mu się w oczy.
Przy stole kucał także Oleśnicki sprawdzający ślady.

- Nic tu po nas panie - stwierdził Oleśnicki - nie znalazłem śladów krwi ani żywej duszy. Lepiej nam zniknąć zanim ktoś zorientuje się, że tutaj coś się wydarzyło.

Borgia, choć z niechęcią, musiał przyznać mu rację. Wmieszanie w sprawę zaginięcia Doży przysporzyłoby mu zbyt wielu niepotrzebnych problemów. Choć przecież na dworze i tak wiedziano, że miał być tutaj gościem.
Tak czy inaczej musiał coś przedsięwziąć.

Kiedy obydwaj właściwie już pojawili się w wyjściu, na dziedzińcu rozległy się szybkie kroki wielu stóp i okrzyki.
Cesare zaklął w myślach. Za późno!

Na dziedziniec willi pędem wpadł spory oddział straży miejskiej i natychmiast część ze strażników otoczyła stojącego ze zdziwioną miną przy bagażach Alberta, najeżając halabardy w stronę jego głowy.
Dowódca straży dostrzegłszy wychodzących z willi Borgię i Oleśnickiego skierował resztę ludzi prosto w ich stronę wołając jednocześnie wyciągając szablę:

-Stać! W imieniu Najjaśniejszej aresztuję was!


Antonio della Scala

Siedzibę Nosferatu odnalazł bez trudu. Każdy wenecjanin od razu wskazywał drogę do Ca' d'Oro. I chociaż na twarzy mężczyzn dostrzegał wieloznaczny uśmieszek, nic sobie z niego nie robił. Nie przybył tutaj dla uciech, a moralność w pojęciu tych maluczkich ludzi nic dla niego nie znaczyła.

Kiedy zapukał we wrota, drzwi otworzył mu wyfiokowany odźwierny. Zaledwie kilka słów wystarczyło aby poprowadził Ravnosa poprzez obszerny dziedziniec do wykonanych z przepychem wnętrz, w których oczekiwał go sam gospodarz.
Powietrze w przybytku przesycone było zapachem ciężkich, niezwykle intensywnych perfum.

Antonio uśmiechnął się pod nosem. W tych pięknych pokojach o wiele przyjemniej było czuć taki zapach niż smrodek, który wydzielał każdy z Trędowatych.

Wszakże gospodarz nie był typowym przedstawicielem swojej Rodziny. Co prawda Wenecja nie posiadała systemu kanalizacyjnego, ale pod ziemią podobno mnóstwo było tuneli czy jaskiń, w których Nosferatu mógłby z łatwością znaleźć schronienie.
Tymczasem di Pietro wybrał życie na powierzchni. Ba, prowadził nawet całkiem nieźle prosperujący interes.
Musiał być niezwykle ciekawym Spokrewnionym...

Salvadore di Pietro

Nareszcie! Kiedy służący doniósł mu o przybyciu pierwszego z gości Salvadore nieomal wyskoczył z fotela. Opanował jednak szybko emocje i kiedy do komnaty wkroczył w końcu zaanonsowany przez odźwiernego Antonio della Scala, Salvadore z uśmiechem na twarzy, który przywdziewał dla najlepszych klientów powitał go w swoich skromnych progach.

Alicja van Hagenhower

Dlaczego nie miałaby skorzystać z pomocy sługi Spokrewnionego do którego przybyła?
To pytanie zadawała sobie wielokrotnie kiedy z kołkiem w sercu powieziono ją w nieznane.
Przez moment, króciutką chwilę, kiedy próbowała zapanować nad palącym w trzewiach głodem stała się nieuważna i w momencie kiedy wsiadała do gondoli wspierana przez gondoliera otrzymała nagły strzał w plecy. Prosto w serce. Kołek został prawdopodobnie wystrzelony z czegoś w rodzaju kuszy.
Wpadła do łodzi jak kłoda. Zaskoczona i wściekła. A kiedy nakryto ją grubym, ciemnym suknem wiedziała, że to nie żarty…

Radowit

To on! To nie mógł być nikt inny! Doskonale rozpoznawał tego zdrajcę! Ale jak dowiedział się o pobycie Radowita w Wenecji?
Tysiące pytań kłębiło się w umyśle Tzimisce, kiedy podążając w ciemnościach bocznych uliczek w kierunku siedziby miejscowego Nosferatu dojrzał na murach obronnych Radosława.
Kły wampira automatycznie wysunęły się z dziąseł w grymasie wściekłości, a z jego ust wydobył się syk.
Natychmiast przypomniał sobie tamten wieczór:

Bezczelny! Zdradliwy sukinsyn! Przeklinam Radosława, niech go robaki trawią przez wieczność! Jak on śmiał?! Jak mógł dopuścić się tak obrzydliwej zdrady?!
Gdybym nie poświęcił tak wielu sił na mój eksperyment, ach gdybym był ostrożniejszy jego ścierwo posłużyło by za materiał do produkcji nowych, mocniejszych ghuli. Jak śmiał?! Odnajdę go i zabiję, wyrwę mu serce i przyniosę Hrabinie na srebrnej tacy. Ona wyrwie mu duszę i będzie męczyła przez wieczność najwymyślniejszymi torturami. Może to choć w części jej zadośćuczyni. Zmażę plamę na honorze, odnajdę i sprowadzę go przed jej oblicze, sama wybierze karę.
Jak śmiał porzucić dary które mu dała? Jak śmiał zniszczyć moją pracę? Jak śmiał?!
Gorze!


Radosław jakby czekał na to aż brat go zauważy. Roześmiał się takim samym bezczelnym śmiechem, który od lat pobrzmiewał w uszach Radowita i zeskoczył na drugą stronę muru. Wprost na skały przy morzu.
Pragnienie zemsty, jakie wybuchło w całych trzewiach i umyśle Radowita było niczym płomień pożaru puszczy. Wszystko przestało się liczyć.
Pozostała jedynie obsesja, dla której porzucił niegdyś cały swój świat.

Nie pozwoli po raz drugi uciec temu tchórzowi !!! Wszystko inne jest nieważne!!!
Nie bacząc na to czy zostanie zauważony, zapominając kompletnie o misji, z jaką przyjechał do Wenecji Radowit rozpoczął pogoń za bratem….
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!

Ostatnio edytowane przez Felidae : 10-09-2015 o 16:07.
Felidae jest offline  
Stary 17-09-2015, 15:31   #10
 
abishai's Avatar
 
Siedziba Nosferatu była jak ladacznica z rozłożonymi bezczelnie nogami. Wręcz ogłaszała światu swój lubieżny charakter nie wstydząc się swej sromoty. Była przeciwieństwem tego czym byli Trędowaci, kryjący się niczym szczury w zaułkach i kanałach. Z drugiej strony… w Wenecji kanały były pełne wody, a Antonio wątpił by Nosferatu kochali czystą wodę.
Niezwykłość tutejszego przedstawiciela tego klanu, miała jednak niewielkie znaczenie dla Antonia, w końcu przybył w tu w konkretnym interesie. I z konkretnym listem polecającym.
Ruszył więc do środka Ca' d'Oro niczym władca wracający do swego zamku, dumnie i otwarcie.
List ofiarowany Antonio przez księcia był dobrą przepustką. Odźwierny natychmiast i z niewymuszoną gościnnością poprowadził wampira poprzez dziedziniec wgłąb domostwa, które po kilkutygodniowej podróży cygańskim wozem wydało się Antonio olbrzymie niczym pałac. Pomieszczenia, przez które prowadził go sługa urządzone były z przepychem godnym książąt. Najwyraźniej zamtuz przynosił dochody większe niż della Scala mógłby przypuszczać.
Najciekawszym okazał się być jednak widok samego gospodarza.
Salvadore przyjął swojego gościa w największym i pewnie najpiękniejszym z salonów jakie wyposażył w willi. Siedząc w fotelu ubrany jak jeden z biskupów rzymskokatolickich z maską wenecką na twarzy stanowił jakby posąg, będący centralną częścią pomieszczenia i zarazem jego najosobliwszą ozdobą.
Skóra Nosferatu była wyschnięta i łuszcząca się. Wystające z rękawów dłonie były chude i kościste, a palce niczym szpony jakiegoś zwierzęcia. Długie, choć mocno przerzedzone włosy opadały na ramiona. Antonio wyczuł od razu, że egzotyczny zapach, który drażnił powonienie w całym domostwie pochodził właśnie od di Pietro. Najwyraźniej wampir w ten sposób maskował trupi odór.

-Witajcie panie. Miło mi gościć w moich skromnych progach tak znamienitego gościa. - głos Salvadore był nieco skrzekliwy.
- Mogę powiedzieć to samo… To zaszczyt gościć w tak znamienitych progach. Tuszę, że list od księcia wyjaśnia wszystko i nie muszę nic dodawać?- odparł równie dwornie Ravnos pochylając głowę nisko. Po Nosferatu ciężko się było spodziewać urody.- W moim interesie jak i w interesie mego księcia, jest moja swoboda poruszania się po mieście bez budzenia sensacji. Chciałbym więc jak najszybciej dokonać swojej prezentacji przed władcami Wenecji, co by ich pieski nie musiały mi węszyć za plecami.
- Książę w swej łaskawości wspomniał mi i owszem o zadaniu jakie będziecie wykonywać, ale szczegółów nie powierzyłby tak niebezpiecznemu papierowi. Sami rozumiecie? Chętnie więc wysłucham jakie plany macie panie co do pobytu. Jeśli chodzi o prezentację przed Giovanni… Najlepsza okazja wydarzy się na balu, jaki jutro zostanie wydany na okazję rozpoczęcia karnawału i … łowów. Dzięki moim powiązaniom z pewnością uda mi się wprowadzić moich drogich gości. -
Salvadore mówiąc to zaproponował Antonio gestem miejsce w jednym z foteli przygotowanych w komnacie.

W czasie kiedy mówił służący dyskretnie i bezszelestnie ustawili na stole kryształowe kielichy, które napełnili świeżą vitae. Salvadore zachęcił gościa do skosztowania.
-Chyba, że preferujecie panie picie z samego źródła? - gospodarz klasnął w dłonie, a na ten znak do komnaty weszły trzy młodziutkie dziewczęta w negliżu.
- Picie ze źródła ma swój… urok.- Antonio przyglądał się przez chwilę dziewczętom oceniając ich urodę.- Ale tak jak ablucje… picie u źródła najlepiej czynić w prywatnych komnatach, z dala od oczu innych… więc… może później?
Upił więc trunku z kryształowego kielicha dodając. - Plany… plany… zadanie nie zając, nie ucieknie skoro tkwiło w tym mieście od wieków. Czymże więc jest dzień lub dwa wobec wieczności? Na razie zamierzam się rozejrzeć po Wenecji i… zaznajomić z ambasadorką Werony. To dobry pozór dla mego pojawienia się w tym mieście.
-Cóż… rzadko widuję pannę Orsini. Powiedzmy, że obraca się ona w innych kręgach niż ja. Jeśli jednak mogę coś doradzić. Proszę uważać na jej partnera w interesach i … nie-życiu. Michelle Scarano znany jest z brutalnych aktów zazdrości.
- Salvadore zachichotał cichutko jakby na wspomnienie czegoś. - Może jednak powiecie mi panie czego właściwie konkretnie szuka książę? Może mógłbym służyć swoją wiedzą i kontaktami?
Na skinienie Nosferatu pozostali w komnacie sami.
- Ten zazdrośnik Scarano.. to ghul jakowyś?
- zapytał zaciekawiony Antonio pocierając podbródek, na razie ignorując dociekliwość Nosferatu.
- Skądże znowu - Salvadore skrzywił się na słowa Antonia - To kolejny Toreador i za przeproszeniem tfu... artysta, aktor. Panna Orsini to jego… kochanka i protegowana. - słychać było wyraźnie, że di Pietro nie ceni żadnego z wymienionych w rozmowie wampirów.
- Nie wypada by potomek della Scala bał się aktorzyny, zresztą… my też słynęliśmy z brutalności.-
uśmiechnął się ironicznie Antonio i wzruszając ramionami.- Mnie interesują wystawiane w kościołach Wenecji relikwie świętych. Ot taki kaprys. Mego pana stare legendy Wenecji dotyczące skarbów, a poza tym… środowisko w jakim obraca się panna Orsini. A i miło by było rozpuścić w nienachalny sposób, że planuję osiedlić się w Weronie ponownie… i przybyłem do Wenecji badać grunt pod taką możliwość.
- Naturalnie, naturalnie. To akurat będzie prostym zadaniem. Wystarczy szepnąć kilka słów właściwym personom. Relikwie…. hmmm.. tych akurat w Wenecji nie brakuje… choćby w bazylice św.Marka lub żydowskim gettcie. Aczkolwiek dotarcie w te rejony wiąże się z zainteresowaniem Giovanni. Zresztą na każdym jarmarku czy w każdym kościele znajdziecie panie pod dostatkiem wszystkiego. Od kości począwszy poprzez inne wartościowe przedmioty, które jakoby moc szczególną posiadały. Nawet cenna dla nas vitae zdarza się pojawiać jako tak zwana relikwia. Ale czy można tu mówić o prawdziwych skarbach? Wątpię. Inaczej sam Doża Carmelo Giovanni już o nich by wiedział...
- Mnie interesują tylko te wystawiane w kościołach Wenecji. Nie zamierzam kupować świątków z kawałkami kości w trzewiach po jarmarkach.
- uciął sprawę Antonio wzruszając ramionami.- A co do Giovanni… to niech się interesują. Każdemu wolno podziwiać świątynne relikwie i wota im składane, prawda? Przynajmniej ich szpiedzy nie będą się nudzić, łażąc za mną.
- Zdaje się, że nie mieliście panie wiele do czynienia z Giovanni? Zwłaszcza jeśli chodzi o szpiegowanie. Mają oni w swojej służbie i tych niewidocznych dla niektórych z nas. Zalecam najwyższą ostrożność. Tutaj bardzo łatwo o bliskie spotkanie ze słońcem. -
w tonie Salvadore wyraźnie czuło się zawód pomieszany z dobrze ukrywana złością.
- Jestem tego świadom, więc nie zamierzam póki co czynić, niczego co mogło by być uznane z czyn im wrogi, czy nawet… wzbudzający podejrzenie.- stwierdził Antonio maskując spokojem radość jaką budził w nim ton głosu Nosferatu.
- Cóż, na pewno wiecie panie jak działać. Ja chętnie służę gościną i czym chata bogata. A kiedy dołączą do nas pozostali goście, zapraszam jutrzejszym wieczorem na otwarcie karnawału do podziemi katedry św.Marka. - Salvadore zdawał się tracić zainteresowanie rozmową z Antonio.
- Z pewnością skorzystam z tej gościny, jak i zjawię się na otwarcie karnawału… podobnie jak wszyscy liczący się Kainici zamieszkujący Wenecję?- upewnił się Ravnos.
- Jedynie ci liczący się drogi panie della Scala. - Salvadore uśmiechnął się dość szeroko.- A teraz jeśli pozwolicie wskażę komnatę gościnną.
- A jakieś wieści co do pozostałych wysłanników księcia Paryża? Powinni tu już być.-
ocenił sytuację Ravnos wstając i czekając na swego gospodarza.
- Na pewno przekroczyli bramy miasta. Za chwilę powinien dotrzeć mój umyślny z dalszymi wieściami. - Salvadore podniósł się z fotela i zgrabnie, jak na Nosferatu poprowadził gościa do jednej z pobliskich komnat.

Było to wygodnie urządzony i przestronny pokój, bez okien, z wielkim łożem i stojącą obok zdobioną trumną. Posiadał również, co na pewno było luksusem, nawet jak na warunki w bogatych weneckich domach, osobny pokój kąpielowy z wielką mosiężną wanną.
- Dufam, że będzie wam panie wygodnie? - gospodarz z dumą prezentował swój dom.
- Robi wrażenie… przyznaję.- stwierdził z uśmiechem della Scala, choć całość kojarzyła mu się ze złotą klatką. Było to dość dużo wygód, ale Antonio nie ufał swemu gospodarzowi na tyle, by zamieszkać tu na stałe. Wolał swe lokum wśród artystów z którymi przybył. Na razie jednak zamierzał tu chwilę pobyć. Potrzebował się przygotować do balu, a w tym celu potrzebował odpowiednich ubrań i informacji od tutejszego Trędowatego. Mimo wszystko złota klatka miała swoje zalety, w tym i zróżnicowaną dietę w postaci różnych ślicznotek. Niby krew taka sama, ale lepiej się ją smakowało z młodej szyi lub sprężystej i młodziutkiej piersi. Antonio dopiero co przybył, więc nie spieszył z wykonaniem zadania. Najpierw musiał się oswoić z miastem i oswoić tutejszą wampirzą zgraję ze sobą. Skoro Sangre Pura leżała bezpiecznie przez setki lat, to kilka dni czy tygodni nie zrobi jej różnicy.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170