Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-11-2009, 21:14   #1
 
Nefarius's Avatar
 
[Wampir: Maskarada] Kaprysy Losu

Kaprysy Losu







Maj 2009 roku. Amerykańskie Muzeum Historii Naturalnej. Nowy York, Manhattan.


-Z jakiego to roku?- spytał młody student w białym fartuchu, z lateksowymi rękawiczkami na dłoniach, papierową maską na ustach i plastikowymi goglami na oczach. Chłopak stał za plecami czterdziestoletniego mężczyzny, który przystawiwszy ogromną lupę na mechanicznym ramieniu do twarzy, przyglądał się w milczeniu pogniecionemu, umazanemu sadzą i kurzem pergaminowi. –To dokument z drugiej połowy pierwszego wieku naszej ery.- odpowiedział w końcu pracownik laboratorium. –Jerry wspominał o treści dokumentu. Ponoć mówi coś o jakimś grobowcu.- Młody człowiek poprawił gogle na twarzy, po czym przybliżył się do obserwowanego dokumentu –Co w tym dziwnego?- w końcu spytał nie mogąc dojść do odpowiedz samemu. –Grobowiec jest pod Rzymem. Co człowieka z Popmeji obchodził jakiś grobowiec pod Rzymem?- Młody wzruszył ramionami, wciąż nie wiedząc o co chodzi doświadczonemu pracownikowi laboratorium –Nic. Rzecz w tym, że nic go to nie powinno obchodzić…-


Hotel Thomson LES, Manhattan


Nikt pracujący w budynku nie wnikał w prywatne życie osób zamieszkujących pokoje hotelu. Nikt nie ingerował w ich sprawy, spotkania, bankiety i przyjęcia. „Najważniejszy jest klient”, od lat to hasło stanowiło domenę pracowników Thomsona. Tej nocy nie było inaczej. W apartamencie na ostatnim piętrze trwało spotkanie, w którym udział brało wiele osób. Jedni ubrani elegancko z teczkami, inni ubrani w swoim stylu, nie zważając na otoczenie. Wszyscy przybyli na prośbę Alfonso Black sprawującego „rządy” w ośmiomilionowej metropolii – Ventrue. W ogromnym salonie, z stołem bilardowym i mini barkiem znajdował się przedstawiciel każdego klanu, szanującego Camarillę. Wampir o włoskich korzeniach, objął Nowy York swą opieką na początku dwudziestego wieku. Nikt nie zna jego faktycznego wieku, jednakże mimo młodego wyglądu zasłużył sobie na szacunek wielu starszych. Jego ciemna karnacja świetnie maskuje wampiryczną naturę.
-To jakiś absurd!- krzyknął Jerremy Kerry, nieokrzesany Gangrell o obfitym zaroście. –Skąd w ogóle takie podejrzenia? Jesteśmy silni i wpływowi, nie da się nas tak po prostu pozbyć. Nawet Sabatyści nie mogą nam jakoś szczególnie zaszkodzić.- dodał z pewnością siebie. –Jerremy ma rację, nie możemy popadać w paranoję.- zauważył Andre. Brzydki Nosferatu był jednym z nielicznych, którzy przyjmowali zaproszenia Black’a.
-Pół roku temu, archeolodzy zajmujący się wykopaliskami ciał z Pompeji natrafili na dokument mówiący o położeniu grobowca Aureliusza Kapadocjana.- wyjaśnił Ventrue. Nastała chwila ciszy. –E! Kapadocjanie od dawna nie istnieją. To zwykła jednostka, którą może zabić przeciętny „sprzątacz”.- odezwał się znów Gangrell w szarym, pogniecionym garniturze. Alfonso napił się whisky z grubej szklanki. Picie alkoholu nic mu nie dawało, jednak uważał, że wygląda bardziej wpływowo sącząc brunatną wódkę. –To przedpotopowiec.- dodał w końcu. Znów nastała długa chwila ciszy. –Nie możliwe, oni też wyginęli…- jęknęła Liss Milwall z klanu Brujah. –Masz na to dowody?- rzekł pytającym tonem. –Co by się stało, jeśli ten wampir zbudziłby się i okazałoby się, że inne wampiry wymordowały cały jego ród…- Mężczyzna znów wlazł w usta trochę wódki –Nie chcę wiele. Wyznaczcie zaufane persony waszych klanów, by odzyskali dla mnie ten dokument. Musimy zdobyć go wspólnymi siłami i razem zastanowić się co z nim zrobimy.- kontynuował –Muzeum Historii Naturalnej jest genialnie chronione. Więc wybierzcie każdego kto może się przydać.- Wampiry pokiwały głowami, wstały z miejsc i kolejno żegnając się z „Księciem” opuszczały apartament. Rozkaz był jasny. Każdy z Starszych miał wyznaczyć jedną personę do wykonania niełatwego zadania. –Niech zjawią się u mnie jutro przed północą.- rzucił jeszcze do wychodzących.

 

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 22-11-2009 o 21:30.
Nefarius jest offline  
Stary 22-11-2009, 22:17   #2
 
Klebern's Avatar
 
Angelo

Angelo siedział sobie spokojnie przy biurku. Zastanawiał się właśnie gdzie się teraz włamać. Nie miał zlecenia od paru dni i troszkę mu doskwierał ten brak zajęcia. Dzięki swojej profesji zarabiał całkiem sporo, więc pieniędzmi nie przejmował się. Poza tym i tak wmówił tej ukochanej staruszce, że zapragnęła wynająć pokój i że tak naprawdę nie potrzebuje za owo wynajęcie żadnych pieniędzy.


Z nudów sprawdził po raz dziesiąty pocztę. Był mail, nowy. Wzrok Angelo wkuł się w monitor. Zaczął przygryzać paznokcie, które wiecznie były poodgryzane. Szybko łapczywie przeczytał elektroniczną wiadomość. Zadziwił się. Ktoś chciał się z nim spotkać. Spojrzał na adres, z którego przyszedł mail. Nic on mu nie mówił.

Kilka szybkich kliknięć na klawiaturze. Angelo, sprawdzał, pochodzenie tego maila. Nie było to trudne. Nadawca nie krył się. Ale największy był szok, jak Angelo zrozumiał, że mail pochodził z witryny którą założył dawno temu dla pewnego klanu. Sprawdził autentyczność. W końcu ktoś mógł się podszywać. Ale wyglądało na to, że naprawdę administrator strony chce się z nim spotkać. A jeśli to była podpucha to ktoś, kto to zrobił był jeszcze lepszy w te klocki niż on. To było coś. Wyzwanie!
 

Ostatnio edytowane przez Klebern : 27-11-2009 o 15:50.
Klebern jest offline  
Stary 23-11-2009, 14:36   #3
 
Highlander's Avatar
 
Kiedy skończyła przeliczać pieniądze i schowała je do torby, była już dobre kilkaset metrów od miejsca zdarzenia. Pozwoliła więc sobie na luksus zatrzymania się w pół kroku i skierowania spojrzenia na ciemną alejkę. Ponieważ jej zmysły uparcie twierdziły, jakoby zyskała nowego, potajemnego adoratora. Mrugnęła kilkakrotnie, jednak nic nie zauważyła. Pociągnęła nosem i natychmiast pożałowała tej decyzji.
- O tak, znam ten zapach i nigdy nie mogę mu się oprzeć…
Na jej twarzy pojawił się niemal niezauważalny grymas obrzydzenia, zaś ogrom i siła ironii znajdujące się w ostatnim zdaniu miały spore szanse na powalenie słonia, lub innego zwierza o podobnych gabarytach. Z cienia wyłonił się osobnik odziany w szary prochowiec, jego łysawa głowa i przydługie palce nosiły odcień zgniłej zieleni. Zaczął mówić, a w takich sytuacjach zwykle wypadało się zamknąć, słuchać i … przestać oddychać. Co też zrobiła. Po kilku zdaniach wypowiedzianych szeptem przez dziwnego mężczyznę, dziewczyna parsknęła jednak śmiechem, który zalał całą alejkę. Pokręciła głową.
- Hahah! A to dobre! Że niby ja mam wam pomóc? Co w tym dla mnie?
Młoda panna poskromiła nadmiar dobrego nastroju i otarła nieistniejącą łzę z oka. Zdawała się nijak nie przejmować potencjalnymi konsekwencjami, powiązanymi z niestawieniem się na wezwanie Starszego. Może dlatego, że Starszy który ją wzywał nie był przedstawicielem jej klanu. Ba, mało tego! Nie był nawet przedstawicielem stronnictwa do którego aktywnie przynależała, więc dlaczego właściwie miała się fatygować? Osobnik w prochowcu wyraźnie spochmurniał, a jego dalsze podszepty zdawały się być zabarwione lekką nutką gniewu i sporą dawką desperacji. O ile to pierwsze nie zrobiło na słuchającej zbyt wielkiego wrażenia, drugie dawało jej sporo możliwości. Widząc, że wsparta odpowiednimi argumentami prośba posiada lepsze szanse na odniesienie sukcesu niż zwyczajna groźba, mówca zmienił swój ton.
- Och. Tak, zdecydowanie! Widzisz złotko, jak chcesz to potrafisz.
Uśmiechnęła się niczym dobroduszna wychowawczyni, chwaląca dziecko za kolejny, koślawy rysunek. Choć, jak nie trudno się domyślić, to co naprawdę ją motywowało zdecydowanie nie ograniczało się do papieru i kredek. Bez celu rzuciła spojrzenie na pordzewiałe parapety podstarzałego budynku, po czym obróciła się wokół własnej osi. Przeszła kilka kroków, szurając lekko butami o grunt. Kopnąwszy przy tym jakąś zabłąkaną puszkę po piwie. W języku ekscentrycznej dziewczyny miało to zapewne oznaczać przemyślenie warunków przedstawionej właśnie umowy.
- Hmm, hmm. No dobra, niech wam będzie. Przyjdę. Podaj mi tylko dokładną godzinę.
Zamiast zrobić to o co prosiła, mężczyzna sięgnął w połacie płaszcza wyjmując zeń małą, białą kopertę ze złotą oblamówką. Następnie przekazał ją w ręce Izzy. Zaproszenie? Lewa brew uniosła się w nieznacznym zdziwieniu. Pannica zdawała sobie sprawę, że Ventrue lubili nadawać wszystkiemu odpowiednią ilość arystokratycznej pompatyczności, ale żeby aż tak? Lekka przesada. Kiedy uniosła wzrok z nad ozdobnego papierzyska, posłańca już nie było. Rozpłynął się bezszelestnie w mrokach zaułka, zabierając ze sobą przemożny smród, który roztaczał. Zostawiając dziewczynę samą sobie.


Kobieca dłoń zatrzymała przeskakiwanie kanałów na sygnale testowym.
- To chyba najciekawszy program na jaki można trafić o tej godzinie.
Rzuciła pod nosem i cicho się zaśmiała. Z radością powracała wspomnieniami do czasów dzieciństwa, które spędziła w dużej mierze przed szklanym ekranem. Jednak w ostatnich latach magiczne pudełko zapewniało jej coraz mniej rozrywki. Czy powodem było przemożne bombardowanie osoby oglądającej reklamami? Robienie wody z mózgu? A może wina leżała także po jej stronie? Obecnie sama była w stanie zapewnić sobie rozrywkę. Magiczną i niezapomnianą Taką przy której programy w TV były nudne, szare i wyblakłe. Przeciągnęła się, po czym spojrzała na zegar zawieszony na ścianie.
- Cóż. Najwyższy czas się zbierać…
Telewizor został zgaszony. Nogi zsunęły się z wersalki a buty stuknęły głucho o drewnianą podłogę. Pochwyciwszy kluczyki i zamknąwszy swoją siedzibę na cztery spusty, ruszyła.
 

Ostatnio edytowane przez Highlander : 24-11-2009 o 13:21.
Highlander jest offline  
Stary 24-11-2009, 03:10   #4
 
Famir's Avatar
 

Ryk silnika był muzyką dla uszu Jack’a kiedy przemierzał ulice Nowego Yorku nocą. Ten cały koszmar rozpoczął się ledwie kilka nocy temu kiedy stał się… tak… brzmi to jak jakiś tekst z pierwszego lepszego horroru klasy B, ale stał się jebanym wampirem - bestią pijącą krew ludzi. Po paru nocach gdy do pewnego stopnia poznał swoje możliwości i ograniczenia doszedł do wniosku, że nie jest to nawet takie złe. Oczywiście pierwsze samotne wieczory omal nie przyprawiły go o postradanie zmysłów. To tak jakby ktoś wyrwał Twoją własną duszę i włożył ją do zupełnie obcego ciała. Myślał, że spali się żywcem kiedy podczas spaceru niebo nagle pojaśniało. Miał szczęście, że był akurat obok kontenera na śmieci kiedy wschodziło słoneczko inaczej byłby już pewnie kupką popiołu. Pożywiał się na ludziach, ale nie zabijał ich. Jadł tyle ile musiał po czym uciekał - może był potworem, ale nie jebanym zabójcą. Od razu odrzucił myśli o piciu krwi ze zwierząt - był miłośnikiem futrzaków wszelakiej maści i prędzej by wypił jakiegoś bezdomnego do czysta niż tknął kundla czy kota. Pomijając negatywne aspekty były też pozytywy takiego stanu rzeczy. Przede wszystkim nadludzka siła i szybkość jego ciała zaskakiwała go każdego dnia. Od trzech nocy nawet jeździł po mieście i niczym super bohater z komiksu ratował uciśnionych i spuszczał łomot tym złym. A w nowym Yorku było co robić oj było... to ktoś włamał się do sklepu, to napadli kogoś w ciemnym zaułku, to jakiś małolat kupił spluwę i udawał, że jest twardzielem - krótko mówiąc roboty po sam świt! W ten sposób miał nadzieję, że choć trochę rekompensuje światu swój żywot kurewskiej pijawki. Czy istnieli inny tacy jak on? Czemu by nie. Tylko jeszcze żadnego innego nie spotkał, ale jakby się nad tym bardziej zastanowić wcale mu się do tego spotkania nie spieszyło. Czuł się teraz bowiem ponad prawem i wszelkimi ograniczeniami - niczym pan nocy, który jeździ gdzie chce i robi co mu się podoba. Istna wolność i amerykański sen. Gdy się przymknęło oko na brak możliwości opalania i parę innych utrudnień to było po prostu zajebiście i mogłoby tak trwać wiecznie z tym, że nic nie trwa wiecznie - czyś człekiem czyś krwiopijcą wszystko kiedyś się skończy, ale póki trwa niech gra muzyka!



Breaker - taki przydomek wybrał sobie Jack, bo jak być bohaterem to na całego! - zatrzymał się gdzieś na skraju miasta i zsiadł z motoru rozglądając się za jakimś zajęciem. Czarne glany wydawały charakterystyczny odgłos kiedy stawiał kroki na asfalcie. Lekko podarte luźne jeansy fajnie komponowały się z białą koszulą bez ramion. Do tego przyciasna skórzana kurtka podkreślająca gabaryty wojownika dróg i biker jak znalazł. Lekko niepasująca do image'u była jednak torba na ramieniu stylizowana na kostkę wojskową. No i ostatnie i najważniejsze - okulary przeciwsłoneczne. Nieważne czy dzień czy noc - okulary muszą być. Należy dodać, że Jack był fanem właśnie tej konkretnej ozdoby na oczy i kiedyś miał ich multum, ale ostałą mu się tylko ta jedna para. W czasie jazdy nie nosił hełmu - nawet jakby miał wypadek pewnie nic wielkiego by mu się nie stało - więc jego długie włosy koloru blond były zawsze w lekkim nieładzie, ale nikt nie zwrócił mu na to nigdy uwagi. Jak ma się twarz, która sama swoim wyglądem mówi "wkurz mnie to połamie Ci wszystkie gnaty" to się przymyka oko na takie drobiazgi. Zaparkował motor i ruszył na poszukiwanie przygód. Tak to wyglądało co noc - jeździł z miejsca na miejsce szukając roboty. Gdy dostrzegł, że gdzieś się dzieje coś niedobrego robił swoje i znikał - tak to działało. Tej nocy jednak było dziwnie spokojnie i ogólnie... tak trochę za cicho. Na ulicach brak przechodniów, światła w domach pogaszone... trochę odbiegało to od normy. Jak to mówili "Nowy York to miasto w którym w nocy jest jaśniej niż za dnia". Jak widać nie zawsze miało to odzwierciedlenie w praktyce.
-Ćwir, ćwir kanarku.


Co to do cholery miało znaczyć? Tego nie wiedział, ale zdanie było równie bez sensu co i ubiór pana dziwadła. Był wysoki, ale niezwykle chudy a wręcz kościsty. Najbardziej rzucały się w oczy okulary przeciwsłoneczne w kształcie gwiazd i kurka, która miała zamiast kołnierza "duże futrzaste coś" - King miał jakieś pojęcie co to mniej więcej było, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć poprawnej nazwy. Cóż... terminologia związana z modą nigdy nie była jego mocną stroną. Ale zamiast zastanawiać się nad tym zadawał sobie ciągle pytanie "Czy on mnie właśnie nazwał kanarkiem?".
-Kanarku mój złoty. Pójdziesz ze mną do gniazda? Mamusia się martwi o nowe młode.
Dobra, koniec tego. Ze świrami nie warto się zadawać - z tego nigdy nie wychodzi nic dobrego. Do tego ten wesolutki ton głosu irytował go niezmiernie pomijając już kanarkową sprawę. Jebany ornitolog się znalazł. Nawet uśmiechnął się do niego obnażając długie kły. Tego już Samuel się nie spodziewał. Spotkał podobnego sobie, ale temu brakowało piątej klepki. Pięknie, kurwa pięknie.
-Ćwir, ćwir? - Drugi wampir chyba się niecierpliwił. Jack przez dłuższą chwilę stał w milczeniu myśląc co dalej zrobić nie odzywając się nawet słowem. Zebrał się w końcu w sobie i postanowił, że jeśli nie będzie robił tego co jakiś pojeb mu powie. Wampir czy nie, czubek to czubek.
-Wiesz co? Odfruń sobie do ciepłych krajów i spierdalaj ode mnie. - już miał się odwrócić i iść w swoją stronę, kiedy zorientował się, że okularnik stoi tuż przed nim.
-Co do...? - nawet nie zauważył kiedy poleciał na najbliższą ścianę. Uderzył w nią z niemałą siłą po czym upadł na ziemię.
-Ćwir?
-Ja Ci kurwa dam Ćwir!
- po bardzo szybkiej analizie sytuacji biker doszedł do wniosku, że czas na tradycyjne dawanie wpierdol. Zamierzał dać z siebie wszystko - jeśli on też był umarlakiem to cholera wie co potrafi, bo jakby nie patrzeć o swojej "rasie" motocyklista nie wiedział nic poza tym co sam odkrył. Zaszarżował próbując wyprowadzić cios prosto w twarz, ale przeciwnik po prostu rozmył się w powietrzu sekundę przed zderzeniem. W efekcie cios uderzył w ścianę powodując przebijając ją na wylot.
-Ładnie kanarku. Mocno machasz skrzydełkami, ale jednak wciąż jesteś tylko kanarkiem.
Nie widział nigdzie oponenta. Słyszał tylko świst powietrza wokół siebie. Coś go uderzyło z kilku stron jednocześnie. Próbował kontratakować, ale zwyczajnie nie mógł trafić w cel. W końcu dumny wojownik upadł nieprzytomny na ziemię.
-Ćwir?


-Podsumowując... przez ponad tydzień ingerowałeś wielokrotnie w sprawy śmiertelnych naruszając tym samym maskaradę. Zabawiałeś się w bohatera używając nowych talentów wynikających z Twojej natury. Przez swoją ignorancję dałeś łowcom wiele poszlak przez co będziemy mieć ich na karku przez najbliższy czas. Do tego dochodzą liczne zniszczenia spowodowane przez Twoje działania za które będę musiał zapłacić by bydło przestało węszyć tam gdzie nie trzeba. Pomijam fakt, że Twoje "powstanie" odbyło się bez mojej wiedzy i aprobaty. Podaj mi choć jeden powód dla którego miałbym nie kazać Malcolmowi uciąć Ci głowy tu i teraz. - Alfonso Black był wkurzony. Nie dawał tego po sobie poznać, ale czuć było napiętą atmosferę panującą w pomieszczeniu. Od razu gdy Malcolm - tak się ornitolog okazał nazywać - go przyprowadził książę objaśnił podstawy dotyczące kainitów i wampirzej społeczności oraz praw, których każdy musi przestrzegać. Cała ta Camarilla śmierdziała Jack'owi na kilometr. Kiedy miłe wprowadzenie dobiegło końca przyszedł czas na pytania.... pytania... i oskarżenia. Słuchając zarzutów założył ręce, wzruszył ramionami i uśmiechnął się promiennie od ucha do ucha. Nie wiedział czemu, ale fakt że Ventrue był wkurwiony sprawiał mu niemałą satysfakcje.
-Cóż... jestem zdolny. - odwiedział ironicznie na co malkavian zachichotał... a raczej zaćwierkał.
-Brujah... na Kaina wszyscy jesteście tacy sami.
-Słuchaj mości księciu... Mam gdzieś Ciebie i całą tą Carma... coś tam. Jestem wolnym człowiekiem i do cholery jasnej mam swoje prawa!
- zapanowała niezręczna cisza, którą w końcu przerwał włoch.
-Chyba nie rozumiesz sytuacji w której się znajdujesz. Odwołujesz się do swoich praw, ale to właśnie prawo mówi że każdy wampir zanim stworzy potomka w tym mieście musi uzyskać moją zgodę. Inaczej mam prawo zabić oboje. Nie pamiętam jednak bym aprobował Twoje przeistoczenie.
-Pieprzenie...
- z punktu widzenia Samuela Alfonso był niczym jebany polityk. Czegoś chciał i dążył do tego by osiągnąć swój cel - dlatego nie cierpiał tych od polityki.
-Proponuję Ci pewien układ. Wykonasz dla mnie jedną przysługę jutrzejszej nocy a ja zaaprobuje Twoją osobę w naszym społeczeństwie. Kiedy to się stanie wystarczy, że będziesz przestrzegał kilku ogólnie przyjętych praw i norm naszej społeczności a będziesz mógł wieść swój spokojny nieżywot. Możesz oczywiście też odmówić. Jestem pewien, że Malcolm się wtedy bardzo ucieszy.[/i]
Książe wypił łyk wina z kieliszka - tyle, że to nie było wino tylko vitae jak oni to nazywali krew. Wszędzie by rozpoznał ten zapach. Nie podobało mu się, że musi pracować dla jakiegoś lamusa, ale wolał zrobić jedną przysługę i mieć święty spokój niż obrócić się w proch.
-To co dokładnie mam zrobić?
 
Famir jest offline  
Stary 24-11-2009, 14:36   #5
 
malkawiasz's Avatar
 
Konstantinos chodził po pokoju jak tygrys po klatce. Nie czuł się dobrze w tym otoczeniu, ale z racji bezpieczeństwa przywykł już do tego, że czasem musiał mieszkać w miejscach poniżej standardu do jakiego przywykł. Od jakiegoś roku zachowywał zwiększone środki bezpieczeństwa. Często zmieniał miejsca zamieszkania i choć nigdy nie był przesadnie ufny teraz wszystkich nieznajomych sprawdzał dwa razy. Obecnie zajmował jakiś mieszkanie w podrzędnej dzielnicy. Mieszkał tu dopiero tydzień, a już dwa razy próbowano się do niego włamać. Oblizał usta na wspomnienie włamywaczy. Na twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.

„Cóż, przyszli tu nieproszeni, ale na coś się przydali.”

Chodził od ściany do ściany i myślał na głos. Zawsze lepiej mu się myślało gdy był w ruchu. A wydarzenia ostatniej nocy dały mu wiele do myślenia. Od jakiegoś czasu nosił się z planami opuszczenia miasta. Nie była to pochopna decyzja i przemyślał ją dosyć dokładnie. Nie był pewien czy środki bezpieczeństwa jakie podjął są wystarczające i postanowił opuścić nieprzychylne otoczenie. Jednakże wczorajsze spotkanie w apartamencie księcia trochę namieszały w jego planach.

- Cóż nie sposób odmówić im braku stylu, chociaż czasem wydają się jak dzieci – krótko skomentował zebranie u Ventru.

Jednak słowa księcia zapady mu na dłużej pamięci. Rozkaz by starsi wytypowali przedstawicieli swych klanów na randez - vous z Muzeum Historii Naturalnej. wyprawa wydawała się kusząca i warta ryzyka, pozostawał tylko jeden problem. Od czasu zniknięcie jego ojca był chyba jedynym przedstawicielem swego klanu w okolicy. I raczej nie miał zamiaru się z tym afiszować. Ostatnimi czasy wręcz przeciwnie.

Obiema dłońmi przyczesał gęste, czarne włosy. Przez chwilę chodził po pokoju trzymając się za głowę i dalej prowadził monolog.

- Jak by nie patrzeć wychodzi na to, że jestem starszym swego klanu. W takim razie wyznaczam siebie do wykonania tego zadania i już. Wszystko powinno być w jak najlepszym porządku. Mam nadzieje, że księciunio nie będzie tego kwestionował.

Podjąwszy decyzję przestał wygniatać ścieżkę w dywanie i usiadł na łóżku i wyciągnął komórkę. Zadzwonił do swego ghula - kierowcy i wydał mu odpowiednie polecenia na jutrzejszą noc.

Raz podjęta decyzja uspokoiła go i skupił się teraz na przygotowaniach. Zahaczył o lodówkę w kuchni i szczodrze nalał sobie krwi do kryształowego kieliszka. Z niesmakiem rozejrzał się po raz kolejny po mieszkaniu.

- Te kieliszki są chyba najcenniejszym wyposażeniem tej speluny – było w tym trochę przesady, mieszkanie nie było tak straszne jak sam przyznawał.

Wrócił do pokoju i ulokował się na łóżku z laptopem na kolanach. Nie był żadnym hakerem, ale strony które zamierzał odwiedzić były ogólnodostępne. Umoczył usta w pucharze, upił mały łyk i powolutku wertował stronę muzeum. Nie spodziewał się znaleźć tam szalenie istotnych informacji, ale lubił być przygotowany na wszelkie ewentualności.
 
malkawiasz jest offline  
Stary 25-11-2009, 10:20   #6
 
Nefarius's Avatar
 

Mówi się, że Nowy York nocą jest jaśniejszy niż za dnia. Tysiące banerów, miliardy latarni, tryliony hotelowych i domowych okien, z których bije światło. Droga do hotelu Thomson LES, jest znana każdemu szanującemu się taksówkarzowi, każdemu biznesmanowi i przedsiębiorcy. To właśnie w tym hotelu odbywały się bardzo ważne biznesowe spotkania, które miały wpływ, na walkę z światowym kryzysem, to tam rozmawiano o inwestycjach w odbudowę wież Word Trade Center. Spotkanie odbywało się w ogromnym apartamencie Alfonso Black’a. Książe wynajmował całe ostatnie piętro. Ogromne mieszkanie robiło wrażenie. Specjalnie dla niego, zamontowano miast szyb lustra weneckie, zza których było widać cały wschodni Manhattan. Gości przyjął dobrze zbudowany Ventrue w szarym garniturze. Mężczyzna miał zachodnioeuropejski akcent, być może był francuzem. Nie znali się. Nie było wcześniej takiej potrzeby. Spodziewano się większej liczby wyznaczonych do zadania. Siedzieli na miękkiej, czerwone sofie w kształcie półksiężyca. Na szklanym stole stały kryształowe kieliszki, wypełnione czerwoną posoką. –Książe ma ważne spotkanie.- oznajmił w końcu wampir. –Nazywam się Louis.- rzekł, po czym uścisnął każdą męską dłoń z wyjątkiem jednej, kobiecej, którą delikatnie uniósł i musnął ustami.


Louis usiadł na fotelu, z jednego zestawu, co sofa, założył nogę na nogę i ukradkiem przeleciał wzrokiem twarze wybranych person. –Nie będę owijał w bawełnę. Robota, która was czeka jest bardzo trudna.- oznajmił, lecz nie miało to zrazić gości. Wręcz przeciwnie. Chciał dać im do zrozumienia, że wezwano ich nie z byle powodu. –Trzeciego grudnia ubiegłego roku, grupa badaczy w Pompejach, którą sponsorujemy odnalazła dokument, w którym znajdują się informacje o grobowcu Matuzalema Kapadocjanów.- Nastała chwila ciszy. –Dokument trafił do Muzeum Historii Naturalnej.- kontynuował, wstając z fotela w międzyczasie. Kompleks budynków należących do muzeum, było widać z okna hotelu Thomson. –Nie chodzi nam o wartość dokumentu, ani o to by go sobie wstawić za szybę. O nie.- rzekł gdy odwrócił się z powrotem do zebranych –Waszym zadaniem będzie wykraść ten dokument z podziemnego laboratorium i przynieść tu, byśmy mogli go zniszczyć. Wolimy nie zastanawiać się, co będzie, jeśli papier trafi w niepowołane ręce.- rzekł. Gdyby był żywy, przeszłyby go dreszcze. –Wasze zdolności będą bardzo przydatne, lecz poradzicie sobie tylko razem. Mamy tu speca od komputerów, który zająłby się usunięciem wszystkich zabezpieczeń. Jest też z nami Lucas Grey, który zna rozkład budynków i wie którędy wejść do podziemnego laboratorium.- rzekł i wtedy jak na zawołanie z sąsiedniego pomieszczenia wyłonił się biało-blady nosferatu w czarnym płaszczu. Był równie brzydki co jego kuzyni z klanu. –Witam.- syknął. –Za przyniesienie dokumentu dostaniecie po pięć tysięcy dolarów na osobę w gotówce.- wyjaśnił, po czym złożył dłonie w trójkąt.

 
Nefarius jest offline  
Stary 25-11-2009, 17:12   #7
 
Highlander's Avatar
 
Cudowny budynek zawsze robił na niej wrażenie. Hotel był jak zamek z bajki dla dzieci w którym każda dziewczynka chciałaby zamieszkać. Żyć w nim jak jakaś cholerna księżniczka. Pływając w basenie, pijąc codziennie szampana, jedząc najdziwniejsze potrawy, skacząc po łóżku….erm. Nieco zapędziła się w swoich wspomnieniach z dzieciństwa. Oczywiście, w takiej sytuacji, socjalne interakcje z bucami od wampirzej polityki chętnie by sobie podarowała. Utrzymując ich wszystkich na odległość kija baseballowego, jak to miało miejsce obecnie. Skierowała się do wcześniej uzgodnionego pomieszczenia. Ubrana była w nie krępujące ruchów czarne spodnie, koszulkę tego samego koloru, ciemnobrązową, skórzaną kurtkę z dość oryginalnie wyprofilowanym kołnierzem, oraz czapkę, która przywodziła na myśl raczej wczesne lata pięćdziesiąte niż czasy obecne. Długie włosy opadały na bok, zaś zawadiacko zaczesana grzywka zakrywała prawe oko. Oczywiście ślepi i tak nie było widać przez… gogle? Okulary? Czymkolwiek było to co miała na twarzy.
- Hej ferajna, mówcie mi Izzy. Miło was poznać.


Skoro formalności miała już za sobą, mogła się wygodnie rozsiąść. Książę zaś… O’Grady mrugnęła. Co takiego? Nie było go? Wezwał ich i nie raczył się zjawić? Isabelle już miała powiedzieć trochę prawdy odnośnie jego osoby, ale…
- Och. Proszę, jaki szarmancki…
Uśmiechnęła się kiedy jego przedstawiciel ucałował jej dłoń. O tego typu salonowych zagraniach czytała jedynie w Harlequinach mamy kiedy była jeszcze małym szkrabem. Może jednak ci Ventrue nie byli tacy źli jak ich malowano? Regularnie wbijali sobie noże w plecy, diabolizowali swych starszych kiedy nikt nie patrzał, wykorzystywali pozycję społeczną do rozporządzania innymi wampirami w sekcie, ale zło? Gdzieżby tam! Cierpliwie, niemal jak święta, wysłuchała tego co miał im do powiedzenia krwiopijca w garniturze odnośnie wyznaczonego zadania. Odzyskanie pergaminu, który wyjawiał miejsce snu Matuzalema. Młoda wampirzyca niemal podskoczyła na fotelu, jednak ciężko było stwierdzić, czy było to spowodowane strachem, czy też podnieceniem. Potem pojawił się ktoś jeszcze. Jako, że brzydki Nosfertau stanowił coś naprawdę niezwykłego i praktycznie niespotykanego (nie licząc oczywiście setek innych gagatków, którzy stanęli na jej drodze), panna Izzy zogniskowała na brzydalu całą swoją uwagę. Chyba nie był to osobnik, który kontaktował się z nią ostatniej nocy, choć… nie mogła być pewna. Dla niej wszyscy śmierdziele wyglądali identycznie. Byli jak plastikowe żołnierzyki, które zbyt dużo czasu spędziły na słońcu. Dziewczyna uniosła dłoń w geście powitania, zupełnie jakby była w jakimś nocnym klubie a nie na poważnym spotkaniu „biznesowym”. Jeśli już o biznes chodziło, to podejście tych cwaniaczków było dosyć nietypowe. Mogła zrozumieć, że w jej przypadku konkretne było posmarowanie dłoni konkretną walutą, ale… oni przecież należeli do Camarilli! Jeśli księciunio każe im skakać, jako grzeczne pieski powinni jedynie pytać o to jak wysoko.


Nie czekała dłużej. Zabrała glos w wiadomej sprawie.
- Lucas, tak? Posłuchaj przystojniaku. Po pierwsze, skoro tak otwarcie mówisz o naszym wynagrodzeniu, miej chociaż tyle godności żeby zaproponować przyzwoitą kwotę.
Przez okulary znajdujące się na jej twarzy ciężko było odczytać dokładne nastawienie.
- Rozmawiamy tutaj o włamaniu się do podziemi Muzeum Historii Naturalnej, a nie kolacji we dwoje we włoskiej restauracji. Nie należę do waszego małego klubu umarłych romantyków, więc, w przeciwieństwie do reszty, pomaganie wam nie jest moim obowiązkiem.
Pozwoliła aby wszystkie słowa osadziły się na mało podatnym gruncie jego mózgu. Zabębniła kilkakrotnie palcami o poręcz swojego miejsca, po czym ponownie zabrała głos.
- Jeśli chcecie mojej pomocy, to wymagam przynajmniej dziesięciu tysięcy, oraz zaopatrzenia mnie w potrzebny sprzęt. Jeżeli odmówicie, szukajcie sobie innych frajerów.
O podbiciu stawek dla innych zebranych nawet nie wspomniała. Skończyła wywód i wyprężyła się na fotelu niczym kotka, ukazując równie przyjacielski uśmiech jak wcześniej, choć ten zdawał się nieco stracić na efektywności przez jej chciwość. Uniosła kieliszek pełen krwi uważnie przyglądając się karmazynowej cieczy, ale nawet nie zamoczyła w niej ust. Po głębszym zastanowieniu, zapewne jej mały zabieg motywacyjny podburzy także pozostałych, ale do diabła z tym! Przynajmniej będzie zabawnie.
 
Highlander jest offline  
Stary 25-11-2009, 19:48   #8
 
Klebern's Avatar
 
Usiadł przed komputerem, przez niemal godzinę siedział przeszukując różne bazy danych, szukając różnych informacji. Najgorsze jest to, że klan Ventrue miał hopla na punkcie bezpieczeństwa i wszystkie ważniejsze informacje wysyłali poprzez listy przez specjalnych kurierów. Ale kilka ciekawych informacji się dowiedział.

Angelo przybył na owe spotkanie w dżinsach i ortalionowej szarej kurtce. Pod nią można było zobaczyć białą podkoszulkę polo. Nawet mniej wytrawni spece od obserwacji mogli zobaczyć dwa uwypuklenia pod pachami. Przeszedł ze swoim nieodzownym laptopem. W trakcie rutynowego przedstawiania wklepał kilka szybkich funkcji i przymknął laptop. Odłożył go obok siebie i siedział spokojnie na swoim fotelu. Od czasu do czasu tylko popijając sobie kawę, która przyniósł ze sobą. Obok laptopa ułożona była komórka.


Najpierw była faza grzecznego przedstawiania się a później przeszło do fazy targowania się.
- Angelo – przedstawił się
Uśmiechnął się troszkę i z zaciekawieniem oczekiwał reakcji na słowa Izzy.
 
Klebern jest offline  
Stary 26-11-2009, 12:13   #9
 
malkawiasz's Avatar
 
Konstantinos przybył na spotkanie o czasie. Cenił sobie punktualność i nie cierpiał się spóźniać. Przepych kwatery Ventru nie zrobił na nim zbytniego wrażenia. Umiał go jednak docenić i z zadowoleniem skinął głową gdy otoczył go splendor głównego holu. kamerdynerzy, którzy zjawiali się na każde skinienie. Usłużni i dyskretni. To lubił. Tutaj czuł się doskonale, jak ryba w wodzie. Niestety mankamentem było to, iż czuł się tez jak by był na celowniku.

„Ciekawe kto z nich kapuje i dla kogo” – przemknęło mu przez myśl gdy mocniej nasunął rondo kapelusza na oczy.

Gdy dotarł ekspresową winda na szczyt pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia. Zdjął ciemny elegancki płaszcz i takie same okulary. Powiesił wszystko na wieszaku i dorzucił kapelusz. Zmiana była kolosalna, ciemne nie rzucające barwy zmienił na olśniewająca biel. Luźne, białe lniane spodnie i taka sama koszula fenomenalnie kontrastowały z jego opalenizną. Mimo kilku dekad jako wampir jego śniada, grecka cera nie zdążyła jeszcze nabrać tak charakterystycznej dla Rodziny bladości.

Nie zdziwił się zbytnio gdy usłyszał, że Książe jest zajęty.

„Tak zbyt maluczcy jesteśmy by nas tak zaszczycić. Nic to, posłuchamy co nam powie przydupas księcia.”

Przywitał się i zajął wskazane mu miejsce. Na wzór europejski rozsiadł się i swobodnie zarzucił nogę na nogę. Palce obu dłoni swobodnie wystukiwały jakiś rytm na oparciach, gdy słuchał co ma im do przekazania Louis. Gdy usłyszał jaka ma ich czekać nagroda nie wytrzymał i parsknął. Już chciał to skomentować gdy dama, która przedstawiła się jako Izzy wygarnęła nadętemu bufonowi to co sam myślał. Uśmiech rozbawienia rozjaśnił jego śniade oblicze.

„Hehe. Ma dziewczynka jaja. To dobrze, może być zabawnie.”


Poprawił się w fotelu, usiadł prosto i spojrzawszy przez chwilę na kobietę zabrał głos.

- Zgadzam się Pani z tobą w zupełności. Wprawdzie gentelmani nie dyskutują o pieniądzach, a już na pewno o tak śmiesznej kwocie, ale chyba nie fatygowaliście nas tu dla marnych pięciu kółek.

Spojrzał w oczu Louisowi i uśmiechając się kontynuował.

- Oczywiście chętnie wezmę udział w spacerze po muzeum, ale chciałbym renegocjować zapłatę. Pieniądze mnie nie interesują, co najwyżej na drobne wydatki. Ale chętnie przyjmę nauczyciela z waszego klanu. Przyznam, że chciałbym poznać tajniki jednej z waszych umiejętności. Chodzi mi o dyscyplinę zwaną odpornością. Mam nadzieję, że nie jest to zbyt wygórowana cena. Szczególnie zważywszy na moje umiejętności co do monitoringu.
 
malkawiasz jest offline  
Stary 27-11-2009, 13:29   #10
 
Famir's Avatar
 

Jack przybył na spotkanie jako pierwszy - tak właściwie od momentu "łapanki" nie opuścił lokum księcia, który był na tyle gościnny - lub bał się, że kanarek pofrunie gdzieś do sąsiedniego stanu - że zaoferował nocleg i skromny posiłek, jeśli to tak można nazwać. Jako, że poza oczywistymi korzyściami wiązała się tym utrata osoby Malcolma z pola widzenia była to na tyle kusząca oferta, że Samuel ją przyjął. Od samego początku spotkania do momentu aż każdy przedstawił swoje racje siedział wygonie w jednym z foteli z nogami na założonymi na stole. Zdawało się, że poziom wkur***nia rośnie wprost proporcjonalnie do negocjacji zebranych kainitów.
Panowie... Panie... proszę przestańcie pierdolić od rzeczy bo słuchać się tego nie da. - pierwsze słowa z jego ust padły z wyraźnie wyczuwalną nutką zażenowania. Jakby od niechcenia podniósł szanowne cztery litery i poprawił ciemne okulary na nosie po czym kontynuował.

-Jeśli nie zniszczymy dokumentu to może się obudzić coś paskudnego tak? Jak to się obudzi to wszyscy będziemy mieć przejebane jak stąd do Kansas, tak? - Brujah zaczął krążyć wokół zebranych wyraźnie zmierzając do punktu kulminacyjnego swojej myśli przewodniej. W końcu zatrzymał się ponownie przy stole i uderzył w niego pięścią by wzmocnić efekt swoich słów.
-Więc przestańcie udawać chciwych skurwysynów i raz w pieprzonym nieżyciu zróbcie coś dla swego społeczeństwa! - jego słowa zawierały w sobie dziwną pasję i prawdę, która była... jakby nie patrzeć dość oczywista. Wskazał palcem jedyny osobnik żeński w apartamencie zupełnie jakby wskazywał kogoś winnego.
-Chciwość przesłania Ci oczy? Możesz wziąć moje 5 tysięcy. Będziesz wtedy miała 10 więc sprawa załatwiona. - palec zmienił kierunek zainteresowania na Konstantinosa.
-A Ty... powinieneś zrobić tą robotę za friko! Nie dość, że jesteś członkiem Camarilli... nie dość, że masz okazję przysłużyć się dobrej sprawie... książę nawet oferuje Ci pieniądze zamiast po prostu kazać wypier**lać do muzeum... A Ty masz czelność by jeszcze szczekać w taki sposób!!! - w tym momencie po raz kolejny pięść uderzyła o blat stołu. Tym razem jednak bikera chyba trochę poniosło po stół stał się reliktem przeszłości przepołowionym na dwie części.
-Ehr... No tego... sorry, trochę mnie poniosło. - podrapał się po głowie uśmiechając się niewinnie.
-A tak w ogóle to jestem King. Drodzy Państwo... uratujmy razem ten parszywy świat przed Przedpotopowcem. - do zdania dołożył szczery szeroki uśmiech, w którym jednak było coś niebezpiecznego.
 

Ostatnio edytowane przez Famir : 27-11-2009 o 21:01.
Famir jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168