Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-03-2010, 16:59   #1
Banned
 
[Wilkołak: Apokalipsa] Cienie Frasdorf [WARSZTATY]



*****




Jadąc autostradą A8 nie sposób nie zachwycić się pięknem alpejskich widoków... Autostrada wije się u podnóża Alp, przecinając liczne niewielkie miasteczka. Miasteczka, które migają za oknami samochodu i szybko pozostają w tyle. Jednym z takich miasteczek jest Frasdorf, położony u stóp góry Chiemgau w podnóżu Alp, tylko 8 km na zachód od pięknego jeziora Chiemsee... Frasdorf, z jednej strony doskonale skomunikowane z Monachium i Salzburgiem, z drugiej – będące sielankową, wiejską idyllą z łąkami, pastwiskami i lasami. Blisko miasteczka, a także okolicznych miejscowości Rosenheim, Traunstein czy Kufstein znajduje się wiele historycznych atrakcji, obiektów kulturalnych czy sportowych na których odbywają się imprezy rangi Mistrzostw Pucharu Świata w biatlonie czy narciarstwie alpejskim.

Przez cały rok oczekujemy na Państwa!

W lecie oferując niezliczone szlaki piesze, biegowe i rowerowe, a także specjalne trasy górskie trasy rowerowe w Hochriesgebiet na Kampenwand i Samerberg. Spragnionym mocniejszych wrażeń polecamy trasy wspinaczkowe o zróżnicowanym stopniu trudności. Zapraszamy Państwa również nad jezioro Chiemsee oferujące liczne atrakcje miłośnikom sportów wodnych. Zapoznajcie się Państwo z pięknem miejsca, które było inspiracją wielu artystów!

W zimie do Państwa dyspozycji pozostaje 39 w pełni oświetlonych i utrzymanych tras narciarskich tras zjazdowych, 7 tras biegowych oraz niezliczona ilość innych atrakcji!



„Wakacje pomiędzy jeziorami i górami”


*****

Kenneth Miller

„To” wypadło z grafiku i choć unikał tego jak ognia, wody i piorunów razem wziętych... Przepisy były nieubłagane – musiał w końcu wybrać urlop. Chcąc, nie chcąc – no musiał. Wiedział też, że trzech tygodni nie przesiedzi w domu... Zacznie chodzić na przystań i... a miał być na urlopie. W końcu. Wiedział, że wakacje w jakimś kurorcie – razem z tysiącami turystów – zamęczą go... Po kilku godzinach przeglądania internetowych ofert padło na niewielki, rodzinny pensjonat w bawarskim Kufstein. Miasteczko wydawało się niewielkie, spokojne, a sam pensjonat bardzo przyjemny. W pobliżu było wiele innych tego typu obiektów, więc – miał nadzieję – gdyby coś było nieodpowiedniego – mógł się gdzieś przenieść. Jezioro w pobliżu też było godne uwagi – zapewniało swoistą namiastkę „wielkiej wody”...

Jadąc od Monachium autostradą A8 trzeba było zjechać zjazdem A457 – Frasdorf. Już od jakiegoś czasu był głodny, nie chciał jednak niepotrzebnie zatrzymywać się w przydrożnych restauracjach czy zajazdach, gdzie jedyną pewną rzeczą było to, że nic nie jest pewne – zwłaszcza jakość i cena... Jadnak będąc w mieście dał za wygraną i zatrzymał pod restauracją. Uroczy, stary lokal, który zapewne nie jedno widział i przeżył... Doskonała, choć typowo bawarska kuchnia...
Kilkadziesiąt minut później było już po wczesnym obiedzie. Za wycieraczkę samochodu włożone były dwie ulotki. Jedna w dramatycznych słowach informowała o wymieraniu alpejskich lasów. Bosko, tylko dlaczego na zdjęciu była jodła amerykańska, która w alpach to raczej nie rośnie? A druga – znacznie mniejsza – była zaproszeniem na wieczór muzyki celtyckiej w „McGovens Irish Pub” w Rosenheim. Z załączonej mapki wynikało, że to sąsiednia, w stosunku do Kufstein, miejscowość... Taki wieczór mógł być nie tylko sposobem na „znalezienie się w domu”, ale również na poznanie tutejszych zwyczajów i ludzi...

Pensjonat „Alte Mühle” faktycznie znajdował się przy starym młynie i, prawdę powiedziawszy, wyglądał znacznie lepiej niż na stronie internetowej. Starsza kobieta, będąca właścicielką oprowadziła Kennetha po samym pensjonacie, wskazała niewielki, ale bardzo przyjemny pokój oraz udzieliła wszystkich potrzebnych informacji. Okazało się, że pub McGovens nawet widać z okien pensjonatu – wystarczy urządzić może godzinny spacer niebieskim szlakiem, lub podjechać samochodem zataczając prawie dwudziestokilometrowe koło...

- Ale w górach jesteśmy! Przyrodą trzeba odetchnąć, a nie samochodem jeździć! - zakończyła dziarsko zostawiając mężczyznę samego w pokoju.


*****

Sean Casey

„Ok, wczoraj był czwartek... Dzisiaj jest... 13:24” - Sean wygrzebał się z pościeli gdy tylko dotarło do niego która jest godzina... Wczoraj trzeba było wyhamować trochę wcześniej... Trzeba było... Zimny prysznic zmył z niego resztę „dnia wczorajszego”. Po chwili był już gotowy na obiad w restauracji przyjemnego hoteliku w którym mieszkał. Właścicielka, która podawała nie zapomniała oczywiście wspomnieć, że godzina czwarta nad ranem nie jest odpowiednią godziną do powrotów – zwłaszcza w takim stanie i zwłaszcza, że w hotelu mieszkają osoby z małymi dziećmi...

Po obiedzie Sean wyszedł na spacer; przed wieczornym koncertem trzeba było trochę odetchnąć, uspokoić, czy poszukać inspiracji...


W miasteczku na każdym możliwym kroku rozdawano jakieś ulotki i chcąc nie chcąc Casey stał się posiadaczem jednej z nich... „Towarzystwa Obywatelskiego miasta Frasdorf” tym razem informowało o zniszczeniu alpejskich lasów... To samo towarzystwo zasypało gości hotelowych informacją o wielkim i ukrytym przez władze skażeniu środowiska wywołanym przez fabrykę „MITS”... Tak prawdę powiedziawszy to o tym, że to jest fabryka dowiedział się dopiero z tej ulotki... W tej okolicy wyglądała dokładnie tak jak kolejny kompleks sportowy z krytymi basenami, kortami do tenisa i boiskami...


*****

Ingrid Mauerhöff

Wielu ludziom praktyka lekarza w kurorcie wydaje się łatwą i przyjemną pracą. Pracą w której największą dolegliwością pacjentów jest udar słoneczny... Ingrid doskonale znała drugą stronę tego „łatwego i przyjemnego” życia – takie – na przykład – wczorajsze, wielokrotne złamanie z przemieszczeniem obu nóg. Powstałe tylko dlatego, że jakiś makler z Bonn wiedział więcej o wspinaczce niż instruktor... Spojrzała na swoją twarz w lustrze i sięgnęła po szczoteczkę do zębów. Czasu miała dokładnie tyle, aby umyć się, zjeść śniadanie i pojechać na dyżur do stacji ratownictwa...

Po studiach miała kilka możliwości, jednak większości nie byłaby w stanie zaakceptować – praca w mieście, w rutynowych godzinach... Posada chirurga urazowego w kurorcie sportowym wydawała się wymarzonym zajęciem. Zgodziła się praktycznie bez wahania i zakotwiczyła przynajmniej na jakiś czas we Frasdorf. We Frasdorf nie było szpitala czy nawet przychodni – każdy z siedmiu lekarzy miał przy swoim domu gabinet. Ona również miała, choć godziny przyjęć były tak różne, że ludzie rzadko się pojawiali, chyba, że po ratunek przy złamaniu lub na wizytę umówioną wcześniej telefonicznie... Praca dawała jej wiele satysfakcji; miejsce pozwalało odpocząć i usystematyzować fakty... Zapomnieć... nie, raczej we właściwym świetle spojrzeć na wszystko...

Miasteczko wyglądało – jak, nie przymierzając – przed wyborami parlamentarnymi, każdy wolny skrawek przestrzeni był oblepiony plakatami „Towarzystwa Obywatelskiego miasta Frasdorf”... Może i była w stanie zrozumieć tych ludzi... Faktem było, że od jakiegoś czasu w okolicy było znacznie więcej zachorowań na infekcje górnych dróg oddechowych, pojawiały się przypadki astmy – zwłaszcza u dzieci... Statystyki jednak pokazywały wyraźnie, że przypadki te zaczęły się zanim wybudowano fabrykę „MITS”... To były niczym nieuzasadnione spekulacje...

Dzisiejszy dyżur będzie krótki, a wieczorem... Zaczęła myśleć o koncercie muzyki celtyckiej w „McGovens Irish Pub” w Rosenheim.


*****


„Alpejskie lasy umierają!!!”



Pobyt w powiecie Rosenheim może być szkodliwy dla zdrowia!!! - Turysto czy na to się godzisz? Czy jesteś świadomy ryzyka???


Czy nasze miasto ma szansę na jakąkolwiek przyszłość??? Z czego utrzymamy siebie i nasze rodziny gdy turystyka padnie??? Dlaczego rzad federalny chce zniszczyć region Chiemsee???

Odpowiedzi na te i wiele innych niewygodnych dla władz pytań uzyskacie na spotkaniu informacyjnym „Towarzystwa Obywatelskiego miasta Frasdorf”, które odbędzie się w najbliższą niedzielę o godzinie 17:30 w Hotelu „Lubeck” HoggerStr. 64 83112 Frasdorf



*****

Kevin Doomsday

Nocne loty, nawet w klasie biznes są męczące – zwłaszcza jak przelatuje się pół świata... Kiedy bladym świtem znalazł się we własnym domu i w okolicy własnego łóżka nie myślał o niczym innym jak o utonięciu w pościeli... Teraz jednak złośliwa, piątkowa rzeczywistość dawała o sobie znać przy pomocy telefonu przypominającego o jakimś spotkaniu czy czynności do wykonania. Kiedy już nie dało się udawać, że palmtop nie jest dostatecznie głośny Kevin podniósł się z łóżka, automatycznie poprawił koszulę, której nie zdążył zdjąć wczoraj, dzisiaj właściwie, przed snem...

Dogadanie się z „bardzo zaawansowanym kawałkiem technologii” zajęło chwilę, ale okazało się, że jest dobrze. Oprócz maila od „trzeciego po Bogu”, czyli v-ce szefa „MITS” przesyłającego skan jakiejś ulotki, kolejnej ulotki „Towarzystwa Obywatelskiego miasta Frasdorf” - które to towarzystwo zaczynało już działać na uzębienie... Ulotka tyczyła jakiegoś zebrania w niedzielę... Cholera. Ten cały prezes tego stowarzyszenia pewnie będzie dzwonił...

Druga notka w kalendarzu była znacznie ciekawsza. Na śmierć zapomniał, że dziś ma mieć miejsce ten koncert w Rosenheim w „McGovens Irish Pub”. Koncert, na który chciał iść, pomimo tego, że muzyka celtycka nie była jego ulubioną... Tylko, po prostu musiał gdzieś wyjść, a samotne siedzenie na koncercie było lepsze niż samotne siedzenie w knajpie i picie do lusterka...


*****

Denis Graus

Zawsze udawało się przeżyć. Jakoś, ale się udawało... Teraz też musiało się udać – po prostu musiało. Frasdorf, zobaczył je po raz pierwszy, kiedy wielka ciężarówka, którą złapał „na stopa” odjechała i przestała mu przesłaniać widok. Zobaczył niewielkie, może nawet senne miasteczko – jedno z tych, gdzie wszyscy się znają i wiedzą o sobie prawie wszystko...

Trzeba było się jakoś urządzić... Poznać trochę okolicę... Może podłapać jakaś pracę? W końcu było lato i okoliczni rolnicy na pewno potrzebowali kogoś do roboty... Może znaleźć jakąś opuszczoną szopę gdzieś w górach, takich pewnie było tutaj wiele...

Jego uwagę przykuł powieszony na słupie ogłoszeniowym plakat zachęcający do przyjścia na darmowy wieczór z muzyką celtycką. Sama muzyka celtycka to średnio go pociągała, ale jeżeli gdzieś było darmowe wejście to istniała szansa, że będzie darmowe żarcie, albo picie, albo, ze ktoś coś postawi... Z trudnością doszukał się godziny i miejsca – plakat został już oblepiony ulotkami o wymieraniu alpejskich lasów... Udało mu się jednak przeczytać miejsce i... miał jeszcze trochę czasu. Koncert miał być wieczorem...


*****

Andre


Samotność jest dobra – to zawsze sobie powtarzał. Samotność to wolność... Tylko samotność to również... samotność. Czasem chciałoby być się z kimś, dzielić smutki, pragnienia, radości. Jednak bycie z kimś – tak – to nie było proste...

Tego ranka kiedy znów biegł sam, kiedy przecinał zbudowany przez ludzi szlak do biegania... Poczuł ten charakterystyczny zapach... Ślad był słaby, jakby pochodzący z potu biegacza, który co kilkadziesiąt kroków upadał kroplami na ścieżkę... Popędził równolegle do niej – z jednej strony woląc czuć pod łapami zieloną trawę a nie drobne kamienie grysu, z drugiej – ukrywając się przed wzrokiem ludzi, którzy już zaczynali się pojawiać na ścieżce...

Ślad urwał się w okolicy „McGovens Irish Pub” i naprawdę nie dało się ustalić czy wilkołak wszedł do niego czy tylko koło niego przeszedł, czy przebiegł, zagłębiając się w cywilizacyjną dżunglę miasta... Jednak nie to było najważniejsze – okazało się, że w pubie dzisiejszego wieczoru jest koncert muzyki celtyckiej... Takiego wieczoru Andre nie mógł przepuścić... Zresztą istniało duże prawdopodobieństwo spotkania biegacza...



*****

Sebastian Lautner

Kiedy wyszedł rankiem pobiegać stanął pod domem jak wryty i – znów – chciało mu się wyć... Ulica wyglądała...


Zacisnął pięści w złości, aż kostki na palcach zbielały. Wiedział, że w jego oczach zapłonęło to czego sam się obawiał patrząc na swoje odbicie w lustrze... Na chwilę przymknął oczy i przykucnął zbierając kolejne, najwidoczniej już nikomu niepotrzebne ulotki... Miał tego już sporą paczkę (i z pięć razy tyle do pozbierania), kiedy do jego uszu dobiegł gwar dziecięcej gromadki. Prawie codziennie mijał grupę przedszkolaków idącą na poranny spacer.

- Proszę pani, proszę pani, a co robi pan Wilk? - zapytało jakieś dziecko przekrzykując wszystkie inne.
- Pan sprząta... - odparła opiekunka zastanawiając się jak wybrnąć z, bądź co bądź, niezręcznej sytuacji.
- Pocieszam Matkę Naturę – Sebastian spojrzał na grupę, teraz ich oczy były na podobnej wysokości – Matka natura jest smutna. Ona dała życie drzewom, abyśmy my mogli mieć papier i wydrukować te ulotki, a teraz nikt ich nie chce i jeszcze zaśmieca nimi przyrodę... Więc jest smutna, bo zginęły drzewa, powstały śmieci, a nie ma z tego żadnego pożytku... Można ją pocieszyć chociażby tym, aby posprzątać...
- Ja też chcę pocieszyć! - wyrwało się dziecko.
- Ja też! Proszę pani! Ja też mogę?
- Tak... Dobrze... Tylko uważajcie, nie wychodźcie na ulicę!


Kilkanaście minut później na ławce powstał stos makulatury. Dzieci z zadowoleniem przyglądały się swojej pracy i rozglądały po okolicy, czy czasem gdzieś coś nie zostało...

- Dzieci... Dzieci. Ustawiamy się w pary i idziemy dalej na spacer obejrzeć zadowoloną i radosną Matkę Naturę...
- A niech pan zrobi jak wilk... panie Wilku...
- Tak! Tak. Tak!



Sebastian uśmiechnął się.

- Zadowolony i radosny wilk robi tak: Au, auauuuu, ahauhauu, hhhauauhau...

Chwilę później przedszkolaki kontynuowały swój spacer, a „pan Wilk” wyrzucił z dobrych pięć kilo makulatury do niebieskiego „makulaturowego” kontenera i kontynuował swój bieg...
 

Ostatnio edytowane przez Aschaar : 01-03-2010 o 22:50. Powód: Grafika
Aschaar jest offline  
Stary 02-03-2010, 17:31   #2
 
Serge's Avatar
 
- No chyba żartujesz?! - Kenny złapał się za głowę. Głos na oko trzydziestoletniego mężczyzny rozniósł się po biurze.
- Niestety nie. - Tim MacDougal, baryłkowaty mężczyzna przed pięćdziesiątką z rudą kępką włosów na czubku głowy, pozostawał niewzruszony. - Już i tak za długo przymykałem oko na to, że nie bierzesz tego urlopu. Teraz już klamka zapadła.
- No i co ja mam robić przez te trzy tygodnie? Przecież wiesz, że praca i moja drużyna to dla mnie wszystko! - oburzył się.
- Nie wiem, idź na panienki, do kina, na panienki, skocz na ryby, zapisz się na kurs baletu, idź na panienki... - powtórzył. - Cokolwiek. Stary, musisz odpocząć, bo za rok będziesz miał zawał z przepracowania..
- Nie potrzebuję odpoczynku, chcę pracować.
- Kenny upierał się przy swoim. - A z tym zawałem to żeś pojechał, Tim...
- Jesteś najlepszym ratownikiem w ekipie
wiem o tym. - MacDougal westchnął. - Ale ludzie czasami muszą się wybrać na urlop i odpocząć. To nie moja decyzja, tylko góry, więc przyjmij ją jak facet i nie truj mi już tyłka, dobra? Mam trochę roboty. - usiadł w fotelu, a ten ugiął się pod nim. Kenny się czasami zastanawiał, ile jeszcze zdoła wytrzymać. Fotel, nie Tim.
- No dobra... ale będę musiał pozałatwiać parę spraw. - mruknął niechętnie, kierując się w stronę wyjścia z biura.
- Droga wolna. - kierownik machnął ręką zagłębiając się nad jakimiś papierami. - Tylko nie trzaskaj...
Nagle rozległ się potężny huk zatrzaskiwanych drzwi, gdy Kenny opuścił biuro swojego szefa. Ten tylko skrzywił się sardonicznie i odprowadził wzrokiem przez szybę swojego pracownika.

Kenny był wkurzony i to niemal tak, jakby właśnie otrzymał wypowiedzenie z pracy. W sumie trzytygodniowy urlop właśnie z tym mu się kojarzył – brak morza, brak kontaktu z drużyną, brak konkretnego zajęcia. Urlop nie był tym, czego potrzebował człowiek z jego ambicjami. Poza tym praca maskowała jeszcze jedną istotną rzecz – brak tak zwanej drugiej połówki. Co prawda miał w Dunbar kilku sprawdzonych przyjaciół z którymi mógł wyskoczyć do pubu na sok, ew. do jakiejś dobrej restauracji, ale nie był typem, który lubił stać w miejscu. Dlatego ten urlop był dla niego jak kara za złe sprawowanie. I pomyśleć, że musiał zagospodarować aż tyle czasu, nie wiedząc, co z nim tak do końca zrobić.

Gdy wrócił do domu, przez pierwsze godziny bił się z myślami w towarzystwie dwójki zwierzaków - kotki Morgany i psa pasterskiego Merlina. Czas wolny od pracy rysował się w ciemnych barwach. Jeśli zostanie w Dunbar, to z pewnością nie dożyje końca urlopu... Przecież w tym małym, portowym miasteczku nic się zwykle nie działo. Dopiero po pewnym czasie wyszukał jakieś oferty w sieci, zwracając uwagę na usytuowanie mieściny. Padło na bawarskie Kufstein – oferowali całkiem ciekawe warunki za rozsądną cenę, a miasto nie było zbyt wielkie, co bardzo odpowiadało Kenny'emu. Poza tym jak dobrze zawieje, to może uda mu się w drodze powrotnej odwiedzić ojca? Odkąd pamiętał, uwielbiał ich wspólne wypady na łono natury, nie tylko po to, by pozwiedzać gęste lasy.

Nie zastanawiając się długo, wybrał ofertę i zabukował miejsce płacąc opcją PayPal. Najpierw zajął się sprawą dla niego najważniejszą, czyli oddaniem jego pupilków w odpowiednie ręce. Najlepszym wyborem jak zawsze była mama, która nie robiła najmniejszych problemów i zgodziła się zaopiekować zwierzakami. Kenny zdążył się już przyzwyczaić, że na starszych ludziach, rezydentach domu spokojnej starości w Dunbar, gdzie jego matka była opiekunką, robił niezbyt dobre wrażenie, za każdym razem, gdy się tam pojawiał. Wysoki, dobrze zbudowany, łysy mężczyzna o ostrych rysach często był obserwowany przez starsze babcie, a jeszcze częściej słyszał dziwne szepty za swoimi plecami. Nie zwracał jednak na to najmniejszej uwagi. To był kolejny przykład na to, że książki nie należy oceniać po okładce, a wygląd mordercy nie zawsze idzie w parze z charakterem.


- Tylko tam uważaj na siebie, synku. - rzuciła Liza Miller, filigranowa blondynka o zniszczonej cerze, całując Kenny'ego w czoło.
- Mamo, jakbyś nie zauważyła, jestem już dorosły i potrafię o siebie zadbać. - Kenneth skrzywił się lekko.
- Dla matki jej dziecko zawsze pozostaje dzieckiem. - odparła kobieta, tuląc się do syna.
- No już dobrze, nie przesadzajmy. - poklepał ją po plecach. - Zajmuj się odpowiednio Merlinem i Morganą, dobra?
- A czy kiedykolwiek źle się nimi zajmowałam?
- No nie, ale tylko przypominam. Wiesz ile dla mnie znaczą te zwierzaki.
- uśmiechnął się ciepło. - Podrzucę ci je po pracy, pasuje ci?
- Ależ oczywiście, Kenny.
- matka obdarowała go równie szczerym uśmiechem. - Jedziesz do Niemiec, tak? Odwiedzisz ojca?
- Postaram się, ale nie obiecuję. Zobaczę, jak będzie w tej niemieckiej miejscowości.
- odparł.
- Gdybyś był u niego, to mu powiedz, że ma przyjechać do mnie jak najszybciej. Już od miesiąca do niego dzwonię i nic... Może jak ciebie zobaczy, to wreszcie ruszy to swoje grube dupsko... - oburzyła się blondynka.
- Jak będę miał czas, to go odwiedzę, nie gorączkuj się tak, mamo. - uśmiechnął się krzywo. - Do zobaczenia później.
- Uważaj na siebie, synku.
- ucałowała go na pożegnanie, skupiając na nich wzrok wszystkich rezydentów domu starców zebranych w niewielkim salonie z kominkiem.

* * *

Z pozostawieniem Morgany i Merlina u matki jak zwykle nie miał problemu - zwierzaki po prostu uwielbiały kobietę i gdy wychodził z jej domu, nawet przestały go zauważać zafascynowane zabawiającą się z nimi starszą blondynką. Przynajmniej jeden problem miał z głowy i mógł się skoncentrować na podróży do Kufstein. Nie bez powodu wybrał prom – po pierwsze mógł przewieźć z sobą swojego Nissana 350z, a po drugie, zmniejszało to niejako koszta. Inną sprawą było, że był przyzwyczajony do kierownicy po prawej stronie i nie chciał ryzykować zetknięcia się z europejskimi wersjami samochodów z kierownicą po lewej, z którymi po prostu mógł sobie nie poradzić. Nie był przyzwyczajony, ot co. Tak samo podróż drogą morską wydawała mu się bardziej naturalna, niż latanie samolotem. Jakoś miał więcej zaufania do rozszalałego morza niż tych ciężkich maszyn szybujących pośród statycznego nieba. Na samą myśl o tym robiło mu się jakoś nieprzyjemnie i gorąco.

Długa podróż promem minęła mu na rozmyślaniach. Już nawet nie brał pod uwagę tego urlopu, na który został siłą wysłany, bardziej skupiał się na przyszłości i przeszłości, czasami odpływając w naprawdę odległe meandry wspomnień. Ta cała wycieczka do Niemiec przywoływała na myśl jego ojca. Kiedyś był na niego zły, że zostawił ich z mamą samych... Że mając dwójkę dzieci Liza musiała pracować sama na rodzinę, ale gdy odkrył całą prawdę o swoim pochodzeniu, zrozumiał, dlaczego tak się stało. Zresztą, ojciec nigdy się od nich nie odwrócił, a Kenny dopiero po latach dowiedział się, że tak naprawdę pomagał matce finansowo i dzięki niemu Stacy, jego siostra, mogła zajść aż tak daleko.

Czy był jakkolwiek na niego zły? Bynajmniej. A czy aż tak bardzo się różnił od Stacy, wiecznie zabieganej prawniczki? Nie, po prostu wybrał inną drogę niż jego siostra, co pewnie było uwarunkowane pochodzeniem. Uwielbiał przyrodę, lasy, morze, zwierzęta... Wśród nich czuł się jak swój już od dziecka...


* * *

Gdy w końcu odebrał swojego srebrnego Nissana, wsiadł do niego, zapalił silnik i pomknął autostradą A8. Podróż mijała mu na słuchaniu jakichś popowych piosenek z radia, przeplatanych najświeższymi wiadomościami. Będąc już w mieście zahaczył o jakiś lokalny Gasthof i zjadł dobry, pożywny obiad. Obsługa była miła, a Krustebraten podawany z knedlem Semmelnknödel i kapustą po bawarsku Bayerischekraut, okazał się nader wyborny mile pieszcząc podniebienie Szkota.

Po sowitym posiłku postanowił w końcu jechać do pensjonatu. Zza wycieraczki samochodu zgarnął dwie ulotki – jedna niespecjalnie go interesowała, natomiast na drugą zwrócił większą uwagę. Wieczór muzyki celtyckiej w „McGovens Irish Pub” w sąsiednim mieście mógł być ciekawym powrotem do korzeni i chwilą relaksu po długiej podróży. Kenny schował obie ulotki do tylnej kieszeni spodni, wsiadł do samochodu i ruszył w miejsce docelowe. Niemal cały czas myślał o tym wieczorku celtyckim – zamierzał się na niego udać, to mógł być dobry powód, by w końcu porozmawiać z kimś swobodnie w języku ojca... chociaż uważał, że na takiej imprezie znajdą się też Wyspiarze-turyści, więc będzie czuł się jak ryba w wodzie.

Kwadrans zajęło mu dostanie się do pensjonatu „Alte Mühle”, który zrobił na nim naprawdę świetne wrażenie i wyglądał zdecydowanie lepiej, niż na załączonych na stronie internetowej fotkach.


Przez chwilę Kenny stał przed budynkiem ciesząc oko widokami rozciągającymi się nieopodal, po czym zniknął w środku. Wnętrze również robiło bardzo pozytywne wrażenie – przez chwilę Miller nawet pomyślał o tym, że to może wcale nie był taki głupi pomysł z tym urlopem.


Mężczyzna poczekał, aż jakaś młoda kobieta skończy rozmawiać z recepcjonistką, a następnie przedstawił się. Starsza pani bez problemu odnalazła rezerwację Szkota, była również bardzo pomocna.
- Może oprowadzę pana po pensjonacie? - zapytała z twardym, niemieckim akcentem.
- Gdyby była pani tak miła. - odparł Kenny, choć początkowo jego niemiecki nie zabrzmiał najlepiej. Zbyt długa przerwa.
- Ależ oczywiście, proszę za mną. - dziarskim krokiem kobieta wyszła zza biurka i ruszyła schodami na górę. - I jak się panu u nas podoba? U nas, w sensie w Niemczech?
- Bywałem już tu wcześniej, mój ojciec stąd pochodzi.
- rzucił Kenny, tym razem zupełnie płynnie, uśmiechając się lekko.
- Właśnie zauważyłam, że ma pan bardzo dobry niemiecki jak na Szkota. - zarechotała radośnie.
- Staram się. Ktoś przyniesie mój bagaż, czy sam mam się pofatygować?
- Ależ skąd.
- nagle zrobiła taką minę, jakby jadła cytrynę. - Pan jest tutaj by wypoczywać, całą resztą zajmujemy się my. Niedługo jeden z moich pracowników przyniesie pański bagaż do pokoju.
- Dziękuję.
- skinął jej głową, uśmiechając się serdecznie. - A pozostając przy pokoju, mogę zobaczyć, gdzie będę nocował?
- Tak, oczywiście. Proszę za mną.
- kobieta po raz kolejny powtórzyła tę samą formułkę, a Kenny szedł za nią oglądając wystrój pensjonatu. Może i nie był zbyt bogaty, ale sprawiał wrażenie rodzinnego, dobrze wyposażonego. W każdym razie od początku Kenny dobrze się tu poczuł.

W końcu doszli do pokoju z numerem 32 i po chwili oboje znaleźli się wewnątrz. Mężczyzna z założonymi na biodrach dłońmi przyjrzał się pomieszczeniu.


- I jak się panu podoba? - zapytała po chwili zniecierpliwiona właścicielka.
- Bardzo przyjemnie, dużo przestrzeni. I duże łóżko, prawie jak to moje w Szkocji. – uśmiechnął się do niej szeroko, na co ona odpowiedziała perlistym śmiechem.
- Chce pan odpocząć, czy zje obiad w jadalni? Dzisiaj, jako danie główne podajemy Jagersauerkraut serviert in Brot.
- Dziękuję, jadłem na mieście.
- powiedział. - Ale mam do pani pytanie. - przypomniał sobie o ulotkach i wyciągnął z tylnej kieszeni tę traktującą o koncercie w Rosenheim. - Daleko stąd jest ta knajpka?
Kobieta wyjęła z kieszeni okulary i przyjrzała się chwilę napisom na niewielkiej karteczce.
- Pub MacGovens? Można go nawet zobaczyć z pańskiego okna. Dotrze pan tam szybciej niebieskim szlakiem niż samochodem. To prawie dwadzieścia kilometrów autem. - pokręciła głową. - Ale w górach jesteśmy! Przyrodą trzeba odetchnąć, a nie samochodem jeździć! - uśmiechnęła się zabójczo, po czym zostawiła Kenny'ego samego w pokoju.
- Tak też właśnie zamierzam zrobić. - rzucił sam do siebie Miller, po czym podszedł do okna. Istotnie, z tego miejsca widział budynek, który według tego, co mówiła właścicielka, był rzeczonym pubem.

Kilka minut później jakiś tyczkowaty młodzian przyniósł dwie walizki Millera, dostał mały napiwek i się zmył. Kenny natomiast położył się na łóżku i zdrzemnął. Po godzinie obudziła go znajoma melodia Queen – Innuendo, która zawsze z rana budziła go do pracy, wygrywając w komórce. Wstał, wziął szybki prysznic, a następnie ubrał się w coś lekkiego i opuścił pokój. W pubie MacGovens zamierzał być ze dwie godziny przed rozpoczęciem wieczorku celtyckiego co najmniej, żeby się rozejrzeć, nawiązać może jakieś nowe znajomości. Z tym akurat nigdy nie miał problemu.

Na chodach minął właścicielkę lokalu z którą wymienił kilka słów i chwilę później znalazł się na świeżym powietrzu. Zaciągnął się nim jak palacz dymem i ruszył truchtem w kierunku niebieskiego szlaku, o którym wspominała szefowa pensjonatu. Skoro nie będzie mógł chodzić na siłownię przez najbliższy czas, to przynajmniej będzie utrzymywał kondycję w naturalny sposób.

Niebieski szlak turystyczny wiódł przez okoliczne lasy, a Kenny przypomniał sobie stare czasy, gdy wraz z ojcem biegali i rozmawiali na różne życiowe tematy w podobnych zielonych zagajnikach.


Odzywała się w nim druga natura, gdy widział wspaniałe, zielone poszycie lasu i wysokie, rozłożyste drzewa - czuł przyrodę całym swoim ciałem. Trucht przez las był dla Kenny'ego tym, czym dla ćpuna było walnięcie ścieżki koksu. Czuł się zjednoczony z tym lasem, wolny i bezpański. Niczym wilk.

Nie narzucał sobie zbyt dużego tempa, rozkoszując się widokami zapachem lasu. Po drodze minął kilku turystów z wielkimi plecakami, którzy pozdrowili go gestem ręki, a on odpowiedział tym samym. W końcu, po niezbyt wyczerpującym joggingu las otworzył się, a jego oczom ukazał się pub McGovens.

Gdy znalazł się w środku, aż uśmiechnął się do siebie z wrażenia. Pub bowiem wykonany był idealnie na modłę wyspiarskich lokali i przypominał Kenny'emu knajpę „Black Bull” w Dunbar, do której często chodził z przyjaciółmi.


Kontuar z równo poustawianymi stołkami znajdował się naprzeciw kominka z cegły, w którym już teraz pełgały leniwie płomienie. Część podłogi zajmowała posadzka w szachownicę, drugą część – tę, która prowadziła wgłąb lokalu, panele. Drewniane stoliki tworzyły alejkę, która kończyła się w sali obok, na sporej wielkości scenie, na której zapewne miały wystąpić wieczorem wspomniane w ulotce zespoły. Na razie nie było tłoczno, zaledwie kilka osób siedziało przy stolikach, dwie przy samym barze. W powietrzu unosił się zapach piwa i jakichś smacznych potraw. Całość wykonana w jednolitych, wpadających w brąz barwach dawała ciekawy efekt. Było ciepło i przyjemnie, a sam pub wewnątrz wyglądał na znacznie większy, niż się początkowo wydawało.

Kenny podszedł do kontuaru i rozejrzał się po ofercie. Barek oferował pełną gamę alkoholi, ale Miller zamówił u chudego barmana z ekstrawagancką fryzurą jedynie Coronę z limetką – pierwsze piwo od dwóch miesięcy. Miał ochotę na coś lekkiego i delikatnego w smaku.

Od dłuższego czasu czuł na sobie zaciekawione spojrzenie i kątem oka dostrzegł filigranową blondynkę, która mu się ukradkowo przyglądała. Pociągnął łyk piwa, udając, iż tego wcale nie zauważył i pokręcił się koło baru. Nadal mając dwa punkciki wbite w swoje plecy, uśmiechnął się sam do siebie. Był przyzwyczajony do tego, iż zwykle interesował i intrygował płeć przeciwną. W końcu nie wytrzymał, odwrócił się do niewiasty i łapiąc jej spojrzenie – po prostu uśmiechnął do niej ciepło.


Wyglądała, jakby była o jakieś dziesięć lat młodsza od niego, ale miała śliczny uśmiech i przepiękne, lazurowe oczy, które przywodziły Szkotowi na myśl morze w Dunbar. W takiej toni by się z chęcią mógł utopić. Nie wydawała się być zawstydzona, po chwili gestem dłoni zaprosiła go do swojego stolika. Miała na sobie krótką, kolorową sukienkę na ramiączkach, a blond włosy trzymała lekko upięte do tyłu i rozpuszczone na szczupłe ramiona. Między kaskadami złocistych fal dostrzegł jakiegoś kwiatka, co tym bardziej mu się spodobało. Przez chwilę patrzył się na nią zauroczony i miał wrażenie, jakby się przeniósł gdzieś na plażę. Poczuł zapach słonej wody i niemal usłyszał fale rozbijające się o brzeg, grające w akompaniamencie pokrzykujących mew. Nie namyślając się długo zamówił u barmana drugie piwo i podszedł, przysiadając się do uroczej nieznajomej.
- Mam mówić po angielsku czy niemiecku? - uśmiechnął się zadziornie, podając jej butelkę Corony.
- Angielsku. Jestem Irlandką – odparła bez namysłu. - A twój akcent brzmi dość znajomo, nieznajomy – dodała, posyłając mu szeroki, szczery uśmiech.
- Jestem Szkotem, panienko Irlandko. Też przyszłaś na koncert? O, przepraszam, gdzie moje maniery? - klepnął się otwartą dłonią w czoło i po chwili podał kobiecie (dziewczynie?) dłoń. - Kenny Miller, miło mi poznać!
Uścisnęli się dość mocno, po męsku. Blondynka miała bardzo ciepłe dłonie i przez dłuższą chwilę nie wypuszczała ręki Kenny'ego, patrząc mu głęboko w oczy.
- Cassandra Nova – przedstawiła się. - Owszem, przyszłam. Jestem wokalistką jednego z zespołów, które będą dziś grać. „Spirit of Nature”, pewnie nie słyszałeś.
- Niestety nie miałem okazji.
- uśmiech nie schodził z jego ust. - A twoje nazwisko to pseudonim artystyczny? Jakoś nie kojarzy mi się z Irlandią.
- Zgadłeś, twój instynkt cię nie zawiódł.
- Mój instynkt nigdy mnie nie zawodzi.
- odparł, patrząc jej hardo w oczy. - Poza tym chyba tylko Amerykanin by uwierzył, iż to irlandzkie nazwisko.
Cassandra zaśmiała się i przechyliła w jego stronę.
- To skąd jesteś, Szkocie? Szkocja to pojęcie dość względne i raczej spore, jeśli chodzi o powierzchnię. Tylko nie mów mi nazwy miasta, bo nic mi nie powie. Chętniej posłucham o twoich rodzinnych stronach... Jak tam wygląda? - zapytała.
- Mieszkam w pięknym nadmorskim miasteczku, niedaleko stolicy. - odpowiedział, celowo nie podając nazw. - Z jednej strony lasy, z drugiej woda, więc jest raz zielono, a raz niebiesko. Miejsce w sam raz dla kogoś, kto uwielbia przyrodę. A ty?
- Pochodzę z małego miasteczka, które leży blisko dużego, portowego miasta. Niestety nie mam bezpośredniego dostępu do morza, ale często tam jeżdżę. Mój ojciec ma swój kuter rybacki, odwiedzam go co tydzień lub częściej, jak czas pozwala
– bez skrępowania opowiadała o sobie. Wzięła łyk Corony i skrzywiła się lekko. Od razu było widać, iż nie jest wielką miłośniczką piwa. - Czy taki wielki miłośnik przyrody ma jakieś zwierzęta u siebie pod dachem? - spojrzała na niego zaciekawiona.
- Mam psa i kotkę. Oglądałaś kiedyś „Króla Artura”? - gdy skinęła mu głową, kontynuował. - Pies to Merlin, a kotka Morgana. - dodał.
- To kotka jest aż tak wredna? - zapytała rozbawiona.
- Nie, ale jej czarne futerko pasowało mi do koncepcji. - odpowiedział. - A ty, Cassie, masz jakieś zwierzęta?
Jakby czekała na to pytanie, nabrała dużej ilości powietrza do płuc i przez kolejne dziesięć minut miał długi, całkowicie wyczerpujący temat wywód o jej pupilkach. Dowiedział się między innymi, że ma: dwie fretki, kota dachowca, Labradora, królika miniaturkę (który już miniaturką nie jest i go pieszczotliwie nazywa „Goliat”), chomika, sześć myszoskoczków, trzy ogromne akwaria z około 70cioma rybkami, jedną złotą rybkę pływającą w szklanej kuli i kanarka. Wymieniła mu imiona i cechy charakterystyczne każdego ze swoich zwierzaków, a Kenny z wrażenia musiał sobie zamówić trzecią Coronę. Tym samym wyczerpał swój zapas na kolejne dwa miesiące.
- Wow, musisz mieć bardzo duży pokój. - pociągnął z butelki.
- Mam naprawdę wielkie mieszkanie, właściwie to taka mała posiadłość z ogródkiem. Ma półtora hektara, lasek i rzeczkę z mostkiem...
- Nieźle.
- powiedział z uznaniem. - Kto się zajmuje twoimi pupilami, kiedy ty jesteś tutaj?
- Mama, oczywiście
– zaśmiała się. - I moje młodsze rodzeństwo. Ty masz jakichś braci? Siostry? Nas jest siedmioro – westchnęła.
- Mam siostrę, robi karierę prawniczą w stolicy. - odparł, a Cassandra lekko zmarszczyła brwi. Chyba taki zawód nie przypadł jej do gustu. - Zajmujesz się czymś oprócz śpiewania?
- Jestem weterynarzem.
- No tak! To tłumaczy ilość posiadanych zwierząt!
- roześmiał się gromko.
- A ty czym się zajmujesz na co dzień, Kenny? Jesteś bokserem?
- Czemu tak sądzisz?
- Widzę, jak jesteś zbudowany
– uśmiechnęła się czarująco. - I wyglądasz jak zakapior z ciemnej uliczki.
- Urodę mam po tacie.
- zamrugał teatralnie oczami. - A tak na poważnie, to jestem ratownikiem wodnym w moim mieście.
- Odpowiedzialna praca... Ty ratujesz tonących, a ja zwierzęta. Mamy coś wspólnego, prawda?
- Nie da się ukryć.
- stuknęli się szyjkami od butelek i młoda kobieta dość niechętnie pociągnęła kolejnego, małego łyka.
- Nie nudzę cię?
- Nie, dlaczego? Bardzo sympatycznie się rozmawia.
- zdziwił się tym pytaniem.
- Większość facetów nie wytrzymuje ze mną dłużej jak kwadrans, a potem się wymykają pod pretekstem parcia piwa na pęcherz. I znikają – puściła mu oczko. Kenny spojrzał na zegarek i już miał coś powiedzieć, ale od strony sceny dobiegło ich wołanie.
- Oj, chyba muszę cię na jakiś czas przeprosić, chcą sprawdzić sprzęt. Nikt tak dobrze nie podłącza głośników, jak pani weterynarz...
- I kto tu mówił o znikaniu?
- uśmiechnął się krzywo. - Leć, najwyżej zobaczymy się po koncercie.
- Tylko ty mi nigdzie nie znikaj, przystojny ratowniku
– rzuciła, po czym wyjęła z torebki długopis i na podstawce pod kufel napisała coś. - Mój adres mailowy – wyjaśniła, podając mu.
- Czemu nie telefon?
- Względy ekonomiczne. Rozmowa ze mną przez telefon by kosztowała cię fortunę, a nie chcę zrujnować finansowo mojego nowego znajomego
– puściła mu oczko, po czym wstała od stołu i zniknęła za załomem prowadzącym do sceny.

Kenny uśmiechnął się do siebie i pociągnął solidny łyk z butelki. Zapowiadał się bardzo ciekawy wieczór. Może jednak ten urlop na coś się przyda? Spojrzał na adres Cassandry i schował do tylnej kieszeni spodni, na powrót skupiając na piwie.
 
__________________
Non fui, fui. Non sum, non curo.
Serge jest offline  
Stary 04-03-2010, 23:10   #3
 
Hawkeye's Avatar
 
Idąc przez miasteczko Sean nie krył zadowolenia, że właśnie tutaj kończy się jego turnee po Niemczech. Było to naprawdę przyjemne trzy tygodnie. Co prawda dość intensywne, zwłaszcza jeżeli wliczyć liczne podróże, ale to nawet mu nie przeszkadzało. Ogólnie spędzał mile wakacje ... najpierw Francja, potem Niemcy, łapał okazję przy różnych zespołach, albo grał solo. "Rebel's Son's" byli jednak całkiem ciekawą bandą narwańców. Robił u nich za wokalistę, pokłócili się z poprzednim na śmierć i życie i bardzo cieszyli się z przybycia Casey'a.

W zespole na gitarze grała Emily. Mała, czarnowłosa dziewczyna, o zielonych oczach, która miała naprawdę ognisty charakter, używała słownictwa, którego nie powstydziłby się żaden marynarz i była jedną z najbardziej zabawowych osób, jakie do tej pory miał okazję poznać. Już po dwóch dniach wylądowała w jego łóżku ... lub on w jej, to zależy od punktu widzenia, dwa dni później była na niego obrażona na śmierć, a po kolejnych dwóch dniach odbyła się powtórka historii ... w tym momencie nie był wcale pewien jakie są ich stosunki. Jimmy grał na flecie i na skrzypcach. Był chudym okularnikiem, o długiej czuprynie. Za perkusją zasiadał Mike. Rudy, najstarszy członek zespołu, o wydatnym brzuszku i brodzie, w której można by schować autokar. Oprócz nowoczesnej perkusji potrafił także grać na bodhránie i zwykłych bębnach. Na keybordzie, lub tych bardziej tradycyjnych "klawiszowych" instrumentach grał Frankie, 30 letni, barczysty rudzielec, o aparycji amerykańskiego gangstera, z filmów klasy B. Istna mieszanka wybuchowa, ale mimo wszystko profesjonalna. Poza tym każde z nich po koncercie potrafiło się rozerwać, chociaż niektórzy mieli inne sposoby od innych.

Mijając spokojnie kolejne skrzyżowanie Sean uśmiechnął się szeroko, a wszystko zaczęło się tak niewinnie. Właściwie najpierw jego ojciec poprosił go, aby wyjechał na jakiś czas z Armagh, potem zadzwonił Micky i "poprosił" o to samo. Zwłaszcza prośba Micky'ego była trudna do odmowy. Jeżeli coś takiego mówił, znaczyło to, że zwąchał jakieś kłopoty i wolał odesłać "młodego", tam gdzie jest bezpieczniej. Jeszcze kilka lat temu Sean był zapatrzony w niego jak obrazek. Oczywiście odkrycie swojego prawdziwego dziedzictwa i poznanie ojca, trochę odmieniły ten obraz.

Nie chodziło o to, że z dnia na dzień zaczął kochać Angoli. Rozumiał jednak, że są ważniejsze rzeczy, niż jakieś dysputy polityczne. Chociaż z drugiej strony uważał, że małe grupy społeczne lepiej mogą sobie radzić z rządzeniem i lepiej mogą dbać o swoje środowisko ... przede wszystkim dlatego, że byłyby tym bezpośrednio zainteresowane. W sumie większość rządów była ... skorumpowana. To dlatego nie zrezygnował z członkostwa w organizacji. Nie to, że byłoby to łatwe ... chociaż pewnie ze względu na przeszłość jego rodziny, nie robiliby z tym jakiś ogromnych problemów. Uważał jednak, że nadal może zrobić dzięki swoim kontaktom i tej działalności wiele dobrego ... dla Gai ... a także dla swoich przyjaciół, sąsiadów ... ziomków. Nie uważał tego za nic zdrożnego. Jeżeli można pomóc dobrym ludziom należy to zrobić. A jeżeli można zabić jakiegoś złego ... który w sumie jest pod jakimś wpływem Żmija to dlaczego tego nie zrobić? A jeśli do tego jest Angolem ... cholera, to była tylko dodatkowa wisienka na torcie.

W każdym razie spakował większość rzeczy, wsiadł w samochód i wyjechał. Oczywiście nie obeszło się bez kontroli .... nie jednej. I jak zwykle były przyjemne. To dziwne jak szybko człowiek może przyzwyczaić się do 4 mężczyzn z długą bronią i załadowaną ostrą amunicją, czekających na jakiś jeden fałszywy ruch, żeby posłać delikwenta do Fidlers Green. Chyba po prostu po pierwszym jego razie, kolejne nie robią żadnego wrażenia?

No cóż z początku podzwonił tu i tam i w niedługim czasie zwiedził Francję w towarzystwie 4 różnych zespołów. Teraz była Republika Federalna Niemiec. W sumie jakiś kraj bez polotu ... oprócz Bawarii, podejście tych ludzi było w pewien sposób mu znane. Szybko ich polubił, a wczoraj wdał się w jakąś długą i zawiłą dyskusję polityczno - historyczną, z której wyniósł jeden wniosek "Bawaria to nie Niemcy!".

W końcu po dłuższym spacerku wrócił do hotelu i zebrał rzeczy, które będą potrzebne mu na koncert. Jednocześnie sprawdził czy Aston Martin nadal stal na parkingu ... samochód James'a Bonda, jak czasami mówił "fankom", w sumie ten sam model, więc można trochę podkoloryzować jego historię.

Szybko zjadł obiad, załadował rzeczy do vana i ruszył spacerem w stronę pubu. Miał jeszcze trochę czasu, a świeże powietrze działało cuda. W sumie wydał trochę więcej pieniędzy ... ale nie miało to znaczenia, pieniądze były czymś, co należało przepuszczać. Oczywiście będzie coś musiał odpalić organizacji ... ale to dopiero kiedy wróci do domu, na razie nie musiał się tym martwić.

W krótkim czasie dotarł do "Mcgovens". Wszedł na zaplecze i pomógł rozładować resztę rzeczy w szatni zespołu. Mniej więcej w połowie tego zadania do pokoju wpadła Emily. Gdy tylko go zobaczyła, podbiegła i uderzyła go w twarz ...

-Ejj, za co to?-

-Za tą blondynkę, z wczorajszego wieczoru- chociaż starał sobie przypomnieć jakąś blondynkę nie był w stanie ... znaczy się był, nawet kilka, ale nie wiedział, co mogło tak ją wkurzyć.

-Znaczy, że znowu jesteśmy razem?- drugi cios był równie szybki, nagły jak i w pewnym sensie był odpowiedzią ... znowu znaleźli się więc w fazie "bycia", nawet jeżeli było to "bycie" pokłóconym. Może gdyby wiedział, że jedna noc może doprowadzić do takiego galimatiasu odpuścił by sobie .... uśmiechnął się sam do siebie, z jego zdaniem świetnego żartu.

Postanowił jednak usunąć się, przynajmniej do czasu wejścia na scenę. Może do tego momentu Emily już przejdzie, a jak nie to przynajmniej, nie będą robili scenek.

Samo wnętrze baru było całkiem ładne. Usiadł przy kontuarze i zamówił jednego Guiness'a. Nie upijał się przed koncertami ... po to co innego, ale jedno piwo dla naoliwienia strun głosowych, można było wypić.

-Nieźle ją wkurzyłeś. Właśnie wyżywa się na dźwiękowcu, powiem ci, że powoli zaczynają się jej kończyć przekleństwa -

Casey odwrócił się w stronę siadającego na stołku obok Mike'a. Ten szybko zamówił dwa piwa ... Sean już zdążył się przekonać, że perkusista nie lubił półśrodków. Stuknęli się kuflami i odwrócili w stronę powoli zapełniającego się pubu. Mimo wszystko zapowiadał się naprawdę miły wieczór.
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 06-03-2010, 11:16   #4
 
Vampire's Avatar
 
Wieczorek muzyki celtyckiej wydawał się być przyjemnym urozmaiceniem jego samotnej wędrówki między caernami. Zwykle jedyna muzyka, jaką słyszał była gra wiatru na liściach i gałęziach i jego własne zawodzenie do księżyca. Przyjemnie byłoby usiąść i wtopić się w melodie, o których tak dużo mówią. Jednak była niewielka przeszkoda, która zawsze stawała przed nim w sytuacjach, gdy chciał lub musiał poruszać się w mieście, wśród istot ludzkich. Na szczęście był szlak leśny, a niewielka ilość turystów była ułatwieniem tego zadania.

Biegł przez las zwinnie wymijając drzewa chcąc dogonić jakiegoś samotnego wędrowca. On również nim był, wiedział jak czasami jest ciężko, sam też często obrywał od losu, lecz żyjemy w niesprawiedliwych czasach, w czasach gdzie Gaja umiera, a Żmij rośnie w siłę. Ta walka trwała nawet teraz, nawet, gdy jego celem było znalezienie zwykłego człowieka. Przerażało go to. Brak chwili wytchnienia. Wreszcie zauważył swoją ofiarę. Był to dwudziestoletni mężczyzna ubrany w kurtkę z ekologicznej czarnej skóry, niebieskie dżinsy i czarne adidasy. Mężczyzna szedł dziarskim krokiem w górę, dopóki ni stąd ni zowąd potężny wilk nie skoczył na niego w mgnieniu oka zabierając go ze szlaku. Uderzył się głową w drzewo. Zemdlał.

Szlak ubogacał się w turystów, coraz większe grona osób przelewały się przez ten las rzucając papierki, puszki i inne śmieci w las. Powinni zostać za to srogo ukarani, jednak nie można było teraz nic zrobić. Wśród tej szarej masy narzędzi Żmija pod prąd szedł wysoki mężczyzna o długich cienisto-kasztanowych włosach sięgających mu do pasa. Ubrany był w skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy i czarne adidasy. Zeszedł do miasta, usiadł na ławce i wyciągnął różnokolorowe papierki, które (jak mu kiedyś wytłumaczono) były walutą, czyli czymś, za co się dostaje różne rzeczy. Uznawał to za niezwykły pomysł i był to dowód na niezwykłą kreatywność ludzkich istot. Miał tam parę papierków o nominałach 50, 20, 20, 10, 5, 5, 5. Było już około południa, więc przydałoby się coś zjeść. Ruszył do baru, gdzie ma być ten cały wieczór celtycki. Otworzył drzwi i wszedł rozglądając się po pomieszczeniu. Było tam teraz zaledwie parę osób siedzących w różnych miejscach w lokalu. Usiadł przy konturze nachylając się i opierając łokcie o ladę baru. Popatrzył na zawieszone menu, wpatrując się w nie jak głupi starając się zgadnąć, co jest, czym.
-Co podać? – spytał barman
-To poproszę. – pokazał losową pozycję w menu. –Oraz piwo.
-Jakie?
-To. – wskazał na maszynę do lania piwa z białym napisem na czarnym tle ze złotymi liniami u góry i na dole napisu.
Barman nalał mu czarne jak smoła piwo z białą jak śnieg pianą i zniknął na chwilę za drzwiami na zaplecze. Andre powoli sączył piwo czekając na kolejne jedzenie-niespodziankę. Po jakiś kilkunastu minutach na papierowym talerzu podano mu smażony bekon, jajko sadzone oraz usmażone ziemniaki. Jak już również kiedyś mu pokazano wziął plastikowy trójząb i zaczął niezbyt poradnie jeść. „Nawet dobre…” Gdy zjadł zamówił jeszcze jedno piwo i stwierdził że chyba zostanie w tym barze do tego wieczorku. Miał jeszcze te papierki, więc mógł tutaj spokojnie posiedzieć i pomilczeć.
 
Vampire jest offline  
Stary 06-03-2010, 14:46   #5
 
Howgh's Avatar
 
Kevin nie mógł już dłużej udawać, że tak naprawdę nie słyszy dzwonka. Przetarł zaspane oczy, po czym szybkim ruchem zerwał się z łóżka. Przez chwilę pociemniało mu w oczach i zatoczył się lekko, jego organizm nie był przygotowany na tak 'wielki' wysiłek – jednak dało mu to po chwili potężnego kopa energetycznego i rozbudził się całkowicie.

Rozejrzał się za palmtopem, zapominając gdzie go odłożył wczorajszej nocy.., a właściwie dzisiejszego ranka. Gdy znalazł źródło hałasu, chwycił urządzenie; sprawdził pocztę, kalendarz, notatki i zadania.

Wynik był zadowalający. Zastępca przesłał mu skan ulotki. Zwrócił uwagę na datę i godzinę zebrania i uśmiechnął się krzywo. Prezes będzie z pewnością dzwonił, by upewnić się, że Kevin przyjdzie. Granie kogoś innego powoli zaczynało go nużyć. Z jednej strony prawdziwy on, znany nielicznym w tej okolicy, główny szef „MITS-u”, a dla reszty obywateli działacz „Towarzystwa Obywatelskiego miasta Frasdorf”- do którego został wcielony, wręcz siłą, przez miejscowych - głównie z powodu majątku i koneksji, jakimi dysponował.

Zauważył również notatkę o koncercie muzyki celtyckiej w „McGovens Irish Pub”. Spojrzał tęsknie w stronę łóżka, by chwilę później odwrócić się zdecydowanym ruchem i pójść do łazienki.


***


Kevin Doomsday, „Pierwszy po Bogu”, szef „MITS-u”, milioner ubrany w tej chwili w luźne jeansy, biały t-shirt, czarną marynarkę i wygodne, czarne adidasy – stał przed drzwiami wyjścia ze swojej sypialni. Przygotowywał się na starcie. Wziął głęboki oddech, nacisnął klamkę i z prędkością, z jaką skazany biegnie na szubienice – ruszył do kuchni. Siedziała tam i czekała na niego.





- Wyglądasz jak pół dupy zza krzaka Kevin. - przywitała się Sophia, gospodyni którą znał praktycznie od zawsze – Ile dzisiaj spałeś?
- Witaj Kochana. A która jest? - sprawdził sam, bo wiedział, że ona nie zniży się do takiego poziomu – 14.00, czyli jakieś 5-6h. Chyba.
- Ta. - prychnęła z pogardą, po czym wolno podniosła się i podeszła do lodówki – Zrobię Ci jakieś porządne śniadanie. Siadaj.
- Kocham Cię, życie mi ratujesz. - wiedział, że trochę ją tym udobruchaa. Sophia miała złote serce, jednak w bardzo, bardzo twardej skorupce.
- Nie pierwszy, nie ostatni raz. - burknęła z kąta, jednak dało się wyczuć lekki uśmieszek na jej twarzy – Powinieneś odpocząć, ostatnio za dużo pracujesz.
- Wiesz jak jest przecież... Taki teraz okres, ciągle coś wyskakuje. Do tego Ci z „TOF-u” ciagle robią problemy.
- Problemy trzeba rozwiązywać, nie czekać aż urosną. - rzekła ostro – Zajmij się tym jak należy.
- Dokładnie to – uśmiechnął się lekko - zamierzam zrobić.

**

Był może w połowie drogi do Rosenheim, gdy zadzwonił jego telefon. Odebrał z niechęcią, bo wiedział kto dzwoni.

- Witaj Richardzie. - odezwał się pierwszy – Co mogę dla Ciebie zrobić?
- Hej Kevin. - prezes Towarzystwa rozkaszlał się – Nie wiem, czy dotarła do Ciebie wiadomość o zebraniu niedzielnym?
- Tak, wiem, słyszałem i widziałem ulotkę. Swoją drogą, bardzo przekonujące slogany.
- Prawda? - głos rozpromienił się, nie wyłapując ironii, którą ociekało drugie zdanie Kevina. - To mój pomysł.
- Bardzo trafny. To co, do zobaczenia? - miał ochotę zakończyć tą rozmowę jak najszybciej.
- Zastanawiałem się może, czy nie miałbyś ochoty do mnie wpaść i..
- Przykro mi Richard, jestem już umówiony na dzisiaj. Jakby co, to dam znać, ok?
- Ah, no dobrze. Tak. Do zobaczenia.
- Tak. Na razie.


Schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki i przycisnął pedał gazu, by jak najszybciej znaleźć się w pubie. Jego Maserati Quattroporte, jeden z tysiąca wyprodukowanych egzemplarzy, zamruczał cicho z zadowoleniem i przyśpieszył.





***


Kevin Doomsday zamarł w otwartych drzwiach pubu. Szybko jednak się zreflektował, podszedł do konturu i usiadł tuż przy ścianie, by móc ICH obserwować. Do tej pory jedyną osobą która się tak wyróżniała, spośród wszystkich innych ludzi był „Pan Wilk”, mieszkający niedaleko niego... A teraz? Było ich co najmniej trzech, z czego dwóch siedziało parę miejsc dalej, przy barze. Otaczała ich bordowa aura, zamiast zwyczajnej dla 'typowych' ludzi – szarej. Zamówił szkocką z lodem. Nie musiał płacić, barman go znał i wiedział, że Kevin przyjaźni się z właścicielem pubu.





Upił mały łyk, starając się dyskretnie obserwować te tak wyróżniające się osoby. Jeden z nich, rozmawiał cicho z człowiekiem. Kevin nie dostrzegał żadnej anatomicznej różnicy, między 'bordowym', a 'szarym' poza właśnie barwą aury...

No ładnie. - pomyślał – Zapowiada się ciekawy wieczór.
 
__________________
Nigdy nie przestanę podkreślac pewnego drobnego, instotnego faktu, którego tak nie chcą uznać Ci przesądni ludzie - mianowicie, że myśl przychodzi z własnej, nie mojej woli...

Ostatnio edytowane przez Howgh : 06-03-2010 o 18:21.
Howgh jest offline  
Stary 06-03-2010, 20:22   #6
 
Terrapodian's Avatar
 
Rozstał się z towarzyszem jeszcze na przedmieściach Starnberg. Wprawdzie Denis inaczej zrozumiał rozkazy Szefa. Zresztą razem nie trzymało ich zupełnie nic - mieli i tak trafić do Frasdorfu, bez dokładniejszych wytycznych co do sposobu. Graus zaufał najprostszej metodzie - udawania przypadkowego autostopowicza. Nie przejął się tym, że wygląda jakby dopiero uciekł ze schroniska dla bezdomnych. Miał nadzieję złapać kierowców na niewinny wygląd. Zwykle działało przynajmniej kiedyś. Jednak biologia była pozbawiona litości. Jego ciało poddało się wszelkim naturalnym procesom, które pozbawiły Grausa jego ulubionej broni - niewinności. Wprawdzie wciąż wzbudzał litość - tym razem musiał silić się na osobowość kogoś nie do końca dojrzałego. Ile było w tym prawdziwego Denisa?
Ustawił się przy drodze często uczęszczanej głównie przez różnej maści ciężarówki. Po około godzinie zaczął się niecierpliwić i martwić. Musiał opuścić Starnberg jak najszybciej. Może ze względu na wygląd - smutnego, zmarzniętego, biednego człowieka, zatrzymał się tir jakiejś firmy produkującej żywność.
- Dokąd, koleżko? - spytał kierowca niemieckim zalatującym północą.
- Frasdorf, proszę pana - odrzekł grzecznie wytrzeszczając niewinnie oczy.
- Przejeżdżam w pobliżu, mogę cię wysadzić - powiedział.
- Byłbym bardzo, bardzo wdzięczny - odpowiedział zgodnie z prawdą Denis.
Wpakował się na miejsce pasażera, przypiął pasami, a pusty plecak rzucił pod nogi. Jechali prawie dwie godziny. W tym czasie Denis rozmawiał z kierowcą - Austriakiem, któremu widocznie brakowało towarzysza do rozmowy. Dobrze się składało, bowiem Graus lubił rozmawiać na różne tematy, niekoniecznie mądre. Jednocześnie w głowie układał sobie ewentualne plany działania po przybyciu do Frasdorfu. Przede wszystkim musi znaleźć mieszkanie i wyżywienie. W sumie może nawet pracować, to nie robi żadnej różnicy. Potem musi wykonać polecenie Wielkiego Złego Szefa. Nie znał konsekwencji nieposłuszeństwa. Nie był też pewien, czy musiał go słuchać. Równie dobrze mógł pojechać w przeciwnym kierunku, ale... nie miał tam perspektyw. Nie bardzo wiedziałby co miałby tam z sobą zrobić. Szef dobrze wyrażał się o pobratymcach z Frasdorfu, chociaż mówił, że nie ma ich tam tak wielu jak w Starnberg. W tych stronach łatwiej było o inne plemiona niż Gnatożuje...

Po przyjeździe oczom Denisa ukazało się małe miasteczko. Wysiadł z ciężarówki, podziękował kierowcy za przysługę i skierował kroki w kierunku Frasdorfu poboczem jakiejś szosy. Zmarkotniał nieco. Nie lubił takich małych miasteczek z prostej przyczyny - były potwornie nudne. Poza tym w większych skupiskach łatwiej się ukryć i wtopić w otoczenie.

Nim wszedł do centrum, przeszedł się po przedmieściach w poszukiwaniu ewentualnego noclegu na wypadek, gdyby jeszcze dzisiaj nie znalazł pracy. A miał zamiar pracować w zamian za akomodację, byle tylko dryfować na powierzchni. W końcu natknął się na chatkę, która wydawała się pusta.


Spojrzał przez okno, potem podszedł do drzwi i szarpnięciem zerwał łańcuch blokujący drzwi. Gdy otworzył, skrzywił się ze względu na zaduch jaki tam panował, ale to nie wpływało na decyzję o ewentualnym nocowaniu tutaj. Bywało gorzej. W środku chatka wyglądała jak prosty domek. Był stół, oprawa łóżka, jakieś krzesła, stary kredens. Może ktoś tu mieszkał, ale minęło od tego momentu trochę czasu, więc być może właściciel nie będzie miał za złe, gdy "wypożyczy" sobie to miejsce na kilka nocy. Wyszedł, zawiązał znów łańcuch na drzwi, a potem skierował się w stronę miasta.

Szukał słupów ogłoszeniowych, gdzie o ogłoszenie o pracę było łatwiej. Jak na razie najwięcej było ulotek o ginących lasach, które nie interesowały Denisa, a przynajmniej miały drugorzędne znaczenie. Dostrzegł jedynie informację o wieczorze folkowym w Rosenheim. Do muzyki miał bardzo pragmatyczne podejście - nie znał się na niej w ogóle, więc nie słuchał. Znajomi ze Starnberga słuchali to techno, to metalu, ale przypominały mu bardziej pracę urządzeń wiertniczych przy budowie domu. Jeśli to jest nowoczesna muzyka, to miał pewne wątpliwości co do celtyckiego folku. Nawet nie wiedział kim są "celtowie". Jednak liczyło się coś innego - wejście było darmowe. Może ci "celtowie" to jakaś charytatywna formacja? Gdyby się tam zjawił, mógłby dostać trochę żarcia, może nowe ubrania. Stare już się niszczą. No i buty zdecydowanie by się przydały. Te aktualne przeciekają. Szkoda - takie życie.

Spytał się przypadkowego mieszkańca, gdzie jest Rosenheim. Wskazał kierunek i wymienił jakie autobusy tam jeżdżą. Była to najmniej przydatna informacja, bowiem Denis i tak nie miał przy sobie ani centa. O ile zorientował się po czasie na wieży ratuszowej, do koncertu zostało jeszcze kilka godzin. Nie był jeszcze głodny i zgłodnieje pewnie po dojściu do pubu. Wobec tego postanowił udać się do Rosenheim na piechotę. Dystans kilkunastu kilometrów to mógłby być sprawdzian wytrzymałości i takie zwykle przemierzał w te kilka kilometrów. Miał naprawdę zadatki na długodystansowca. Szkoda, że nikt go nie odkrył kiedyś. Teraz już za późno.

Idąc wzdłuż ulicy stwierdził, że jednak nie chce mu się iść na piechotę i zaczął machać za okazją. Tym razem ktoś zatrzymał się po piętnastu minutach. Samochód na niemieckich numerach. Jakaś para z dzieciakiem.
- Dokąd panu śpieszno? - spytała kobieta przez okno.
- Rosenheim, proszę państwa - odpowiedział Denis.
Odwróciła się i widać było jak dyskutują, czy wziąć go ze sobą. Zdawał sobie ze swojego wyglądu. Dzieciak - chłopiec w wieku może lat pięciu - wpatrywał się w niego z zaciekawieniem.
- Dobrze, akurat mieliśmy się tam zatrzymać - oznajmiła.
Wobec tego Graus znalazł się na tylnym siedzeniu wraz z dzieckiem, z którym prowadził "ożywioną" rozmowę. O wilkach. Rodzice chłopca nie dopytywali o nic Denisa, może nawet byli mu wdzięczni za zajęcie czymś małego. To zaskakujące jak szybko dogadywał się z dziećmi.

W Rosenheim poczuł się wreszcie dobrze. Duże miasto, nawet podobne do Starnberga. Może zatrzymać się tutaj na dłużej? Pub z wieczorem celtyckim znalazł po pewnym czasie. Wędrówka krętymi uliczkami miała w sobie coś ekstatycznego. Przed wejściem stał ochroniarz. Nie było pewności, że wpuści jakiegoś biednego typka, który może narobić zamieszania. Dlatego Denis wykorzystał to, że wchodziła większa grupa gości. Słyszał tylko okrzyk za nim;
- Stój! Bezdomnym nie wolno...
Ale chyba zrezygnował z robienia awantury, bo już za chwilę Graus kręcił się przy barze łypiąc na gości. Zajął wolne miejsce w rogu i udawał, że obserwuje ofertę, ale niedyskretnie rzucał okiem na pożywienie jakie jedli goście. Chyba tutaj nie będzie nic za darmo. A może ktoś wcześniej zobaczy biednego, głodnego człowieka?
 
Terrapodian jest offline  
Stary 06-03-2010, 21:26   #7
 
Howgh's Avatar
 
Szlag. - Kevin patrzył na kolejną postać z ciemnoczerwoną aurą, która pojawiła się w McGovens Irish Pub - Ilu ich się tutaj jeszcze zjawi?"

Tamten wyglądał jak bezdomny, bądź żebrak. We Frasdorf nie było ich wielu, tacy trzymali się raczej większych miast. Wydawało mu się, że usłyszał krzyk ochroniarza przy wejściu, jednak biedak nie zareagował. Pokręcił się trochę, po czym usiadł prawie naprzeciw Kevina. Udawał, że przeglądał kartę, jednak było oczywiste, że nie stać go nawet na szklankę wody.

Jeżeli tak dalej pójdzie, wyrzucą go stąd...

- Hej, Mike! - zawołał do barmana
- Co jest? Coś podać?
- Tak, ale nie mi. Widzisz tamtego faceta? - skinął głową w stronę nowo przybyłego nieznajomego – Daj mu coś porządnego do zjedzenia i kufel piwa... Zobacz też na zapleczu, czy nie macie jakichś starych, nieużywanych ciuchów. Bluza, spodnie, buty. Dopisz wszystko mi do rachunku.
- Eee. - wyglądał na zdezorientowanego, jednak nie był głupi, nie warto zadzierać ze znajomymi szefa - Jak pan sobie życzy.
- Słuchaj, jeżeli załatwisz wszystko, o co poprosiłem.. - dodał ciszej – Skapnie Ci coś ekstra, rozumiemy się?
- No jasne. - barman uśmiechnął się od ucha do ucha i prawie w podskokach poleciał na zaplecze.

Ktoś obcy mógłby się zdziwić, dlaczego milioner pomaga przypadkowemu biedakowi. Jednak Kevin wiedział, że nie jest to pierwszy lepszy żebrak z ulicy, a był ciekawy, co się tutaj dzieje...
 
__________________
Nigdy nie przestanę podkreślac pewnego drobnego, instotnego faktu, którego tak nie chcą uznać Ci przesądni ludzie - mianowicie, że myśl przychodzi z własnej, nie mojej woli...

Ostatnio edytowane przez Howgh : 06-03-2010 o 21:31.
Howgh jest offline  
Stary 07-03-2010, 00:17   #8
 
Terrapodian's Avatar
 
Po kilku minutach do Denisa zbliżył się ktoś z obsługi. Był już gotów usłyszeć, że nie powinien tutaj przebywać, ale musi wyjść inaczej wezwą policję. Stało się inaczej.
- Proszę ze mną - powiedział.
- Ale ja nic złego nie... - bronił się Graus.
- Ktoś sprawił panu prezent, proszę za mną.
Prezent. Co za bzdury! Przecież nikt go tutaj nie znał. Nikt NIE mógł go znać. Tym bardziej dziwne wydawało się, że ktoś może ufundować mu "prezent". Zresztą, gdy ktoś coś oferuje, to przeważnie się bierze z ucałowaniem ręki. Miał tylko niemiłe wrażenie, że będzie musiał oddać przysługę.

Na zapleczu dostał nowe ubranie. Tak byli chyba kiedyś ubrani pracownicy tutaj. Otrzymał czarne spodnie, granatową bluzę z logiem baru i raczej nie pracownicze buty. Wszystko było ciut za duże, ale nie narzekał. Zdawał sobie sprawę z tego, jak trudne jest w dzisiejszych czasach o dobre ubranie. Wrócił do baru, gdzie czekał na niego ładny talerz i prosty obiad, a także kufel piwa.

Ktoś go zdecydowanie rozpieszczał.

Zawołał barmana;
- Kto zamówił dla mnie ten obiad? - spytał.
Barman wskazał mężczyznę po drugiej stronie. Wyglądał na dość bogatego. To by wyjaśniało wszystko. Pewnie chciał się zabawić w filantropa albo poprawić swoje ego kosztem biedniejszych. Bez względu na zamierzenia, należało mu podziękować. Denis kiwnął głową w jego kierunku. Odwzajemnił gest uśmiechając się lekko. Następnie chłopak zaczął jeść. Porozmawia z dobrodziejem, gdy zniweluje głód.
 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 07-03-2010 o 14:21.
Terrapodian jest offline  
Stary 07-03-2010, 04:44   #9
 
Rudzielec's Avatar
 
Niewiele jest rzeczy tak pobudzających i poprawiających nastrój jak ciepła herbata. Ingrid nie wyobrażała sobie jak miałaby dawać radę z takimi porankami jak ten, gdyby nie ten cudowny napój. Nie przeszkadzały jej normalne poranki, po spokojnie,mniej lub bardziej, przespanej nocy. Przeszkadzały jej poranki po czterech godzinach snu poprzedzonych sześcioma godzinami składania idioty który nie potrafi zrozumieć, że dwanaście godzin kursu na skałkach nie czyni z niego komandosa... Ale z drugiej strony jak ktoś urodzony i wychowany całe życie w mieście ma okazywać szacunek dla dwudziestu metrów dzielących go od ziemi? W końcu na filmach nie takie rzeczy goście odwalają, a to tylko dwadzieścia metrów...

Ech może leżąc w łóżku przez następne pół roku pomyśli nad tym ile miał szczęścia, choć jak znała życie facet będzie pomstował na wszystko i wszystkich oprócz siebie. Było jej nawet żal mężczyzny kiedy tamowała krwotoki wywołane przez odłamki kości potrzaskanych nóg nawet na środkach przeciwbólowych widać było, że cierpi. Zwykle takie przypadki transportowano do najbliższej placówki z odpowiednim wyposażeniem, ale jak na złość śmigłowiec był na akcji więc musiała operować na stacji inaczej pechowiec nie przeżyłby godziny. Na szczęście poprzedni burmistrz zdecydował zaopatrzyć stację ratowniczą w salę zabiegową która służyć mogła w razie konieczności również jako sala operacyjna. I choć zgrzytała zębami na warunki w jakich musiała przeprowadzać zabieg to rezultat był świetny, może facet będzie nawet mógł tańczyć jeśli trafi na dobrego rehabilitanta.

Ale to praca kogoś innego, ona musi jechać za godzinę na dyżur, przy odrobinie szczęścia nikt nie będzie miał dziś żadnych „pomysłów” i będzie mogła odespać gdzieś na boku. Buszując po lodówce w poszukiwaniu czegoś do jedzenia zdecydowała w drodze powrotnej zahaczyć o jakiś sklep, w końcu zrobiła sobie jajecznicę słuchając radia, obiad i tak zje w knajpce Renate koło stacji. Zerknęła na komórkę czy może ktoś chciał się skontaktować ale nie było żadnych połączeń ani wiadomości.
"Widać nikt mnie nie lubi." pomyślała z wisielczym humorem zaplatając włosy w warkocz i wkładając kask rowerowy.

*****

Po roku mieszkania i pracy jako jeden z tutejszych lekarzy uznawana była prawie za miejscową, sama zresztą tak się czuła, przyzwyczajała się powoli do tego miasta. Może to o to chodziło Wiktorowi kiedy poparł jej decyzję o wyjeździe zaraz po studiach? Jasne dobry lekarz byłby przydatny w mieście ale na miejscu było już czterech innych uzdrowicieli, może bez jej wykształcenia, ale zdecydowanie o większych zdolnościach i doświadczeniu jak choćby jej nauczycielka, Widząca Świt.

Inni jednak uważali tą decyzję za ucieczkę, jednak w Monachium nie miałaby szansy na zdobycie takiej praktyki jak ta, zbyt dużo ludzi ze „znajomościami” czekało w kolejce na lekką i przyjemną pracę od 8 do 18 za niezłe pieniądze. No może z tą „lekką i przyjemną” to przesadziła ale w mieście pełnym szpitali, jeśli nie doszło do jakiegoś zdarzenia masowego w stylu pożar/zamieszki itp. pracowało się na planowanych pacjentach z pełną ekipą i zapleczem sprzętowym. Praktycznie zero stresu, idziesz, kroisz, wracasz do dyżurki i znowu. Ona często nie wiedziała do czego jedzie, lub leci. A czasami po prostu brakowało jej rąk które wiedziałyby co robić lub przynajmniej czego nie robić. Nie żeby narzekała na swoich współpracowników, to byli świetni ratownicy i znali się a swojej robocie. Ale nikt nie pomyślał ile dobrego zdziałałaby jedna pielęgniarka z praktyką na sali operacyjnej... Jak powiedział kiedyś na praktykach jeden z jej profesorów: „Dobra pielęgniarka narzędziowa to nie tylko ktoś kto nie zrobi jakiejś głupoty, z kim można porozmawiać, to ktoś kto nie poda ci tego o co prosisz tylko to co ci jest potrzebne.” Ale cóż, decyzje podejmowali ludzie niekonieczne znający realia tylko statystyki.

*****

Jadąc na rowerze do pracy zwróciła uwagę na ogłoszenia i plakaty ponaklejane gdzie popadnie. Irytowało ją to, tak jak i ton w jakim ułożona była ulotka, najwyraźniej traktująca MITS jako przedstawicielstwo Szatan Inc. na ziemi. Autor powinien dostać jakąś nagrodę za operowanie ogólnikami i dramatyzm, godne bowiem były brukowców. Jasne fabryka pewnie całkiem „czysta” nie jest ale „towarzystwo” zrzuciłoby pewnie na nią winę za wszystko co stałoby się w okolicy, łącznie z potopem, suszą i trzęsieniami gdyby takowe się pojawiły.

*****

Na stacji powitał ją znajomy rozgardiasz i atmosfera przypominająca akademik, nic dziwnego skoro mieszkało tu kilkunastu młodych ratowników i ratowniczek. Zerknęła na grafik, czekał ją cały dyżur „pod śmigłem” znaczyło to, że nic jej nie grozi o ile nie przypląta się ktoś mocno poraniony albo nie przyjdzie wezwanie dla zespołu rozszerzonego. Zameldowała się w dyspozytorni i poszła się przebrać w „kombinezon bojowy” jak go żartobliwie nazywano. Był to krwisto czerwony zestaw spodnie + kurtka z kilkunastoma kieszeniami oraz kamizelka który to zestaw spokojnie i nawet wygodnie mieścił praktycznie cały sprzęt do pierwszej pomocy jaki mógł być komukolwiek potrzebny. Poza oczywiście lekami, które były w osobnej torbie razem z rzeczami w rodzaju szyn lub worka samorozprężalnego.

-Hej blondasku, zaczynasz dyżur?-Zapytała drobna dziewczyna, w szatni. Wyglądała na dwadzieścia pięć lat, w istocie miała trzydzieści jeden i dwójkę dzieci. Na imię było jej Margaret ale wszyscy wołali na nią Greti. Była jedną z sześciu kobiet na stacji i świetnym ratownikiem.

-Niestety, najwyraźniej wczorajsza operacja nie wywarła na Heinim wielkiego wrażenia.
-Powiedziała Ingrid uśmiechając się ironicznie. Heini lub Heinrich Adenauer był szefem stacji, mimo iż kiedyś sam latał jako ratownik po tych górach, wydawał się zdumiewająco niefrasobliwy. Jak można by delikatnie nazwać wysyłanie zmęczonego lekarza na potencjalnie wyczerpujący dyżur.

-Panna Ingrid Mauerhoff proszona jest o stawienie się u administracji.-padło z głośnika, zaraz po tym rozległo się zawiadomienie dla zespołu R1.
"Widać ktoś znowu nie uważał na szlaku."Pomyślała dziewczyna smutno, idąc do biura szefa, skinęła głową sekretarce, starszej kobiecie zajmującej się de facto większością obowiązków prowadzenia tej placówki. Heini siedział za swoim biurkiem z miną nieszczęśliwego chłopca który wie, że zaraz dostanie za coś burę.

-Zanim zaczniesz mnie mieszać z błotem za zachowanie twojego dyżuru w grafiku chcę powiedzieć, że jest mi przykro. Ale po prostu nie miałem kogo wcisnąć na twoje miejsce. Anna odeszła przedwczoraj jak wiesz. Mark jest chory, coś z żołądkiem, Arnold latał wczoraj o cztery godziny dłużej niż powinien i jakby chciał to może mnie skarżyć. A Jonathan będzie dopiero po południu, po prostu nie mam dość ludzi.-Zakończył wzruszając ramionami.-Już rozesłałem informacje o wolnym miejscu dla lekarza ale na razie musimy dać sobie radę sami.

-Rozumiem.- powiedziała dziewczyna.- Ale co zrobisz jeśli coś się zdarzy, prawa Murphiego ciągle działają. Może się okazać, że coś pójdzie nie tak i zostaniesz z jednym przemęczonym lekarzem. Na twoim miejscu dzwoniłabym do burmistrza i poinformowała, że masz braki kadrowe i musisz mieć zagwarantowaną pomoc lekarską na telefon, Kurt i Tina są dostępni o ile wiem, ale trzeba im będzie zapłacić za stan gotowości. Jeden dzień nie zrujnuje ci budżetu a może uratować tyłek w razie czego.

-Rozważamy tą opcję.-Powiedział jej szef, a ona miała pewność, że nawet nie wiedział, że można coś takiego zrobić. Umowa na jeden dzień to pięć minut pisania, a wątpiła, żeby któreś z dwójki jej przyjaciół miało coś przeciwko dodatkowej kasie za siedzenie pod telefonem, i tak mieli wolne i siedzieli w domu.

*****

Chwilę później leżała na słońcu słuchając jak w pokoju za nią chłopaki z R2 i R3 grają w coś po sieci. Obok niej wyciągnięte były dwie praktykantki z Monachijskiej szkoły ratowników, nawet sprytne dziewuszki, ale jeszcze nie widziała ich w akcji.

-Śmigło Specjalistyczne. Zdarzenie na szlaku koło jeziora Chiemsee. Pobrać zestaw pediatryczny!
-O jasna cholera!-Zaklęła dużo paskudniej w myślach.-Dziewczyny, która zostaje?-Zapytała zapinając kombinezon rozpięty do opalania i ruszyła do wyjścia. Wysoka brunetka zerwała się pierwsza.-Ok Mari jeśli pamiętam? Dobra, słuchaj co powie ci szef zespołu, rękawiczki i okulary na sobie, głowa nisko i jak będziesz chciała rzygać to w krzaki, byle nie na widoku.
-Adler co mamy?-Krzyknęła, wyciągając torbę pediatryczną, do wysokiego bruneta który właśnie czytał kartę wyjazdową.
-Hej Blondasku, chyba jakaś kobieta zdecydowała się urodzić na ścieżce koło jeziora, dzwonił jej mąż, dyspozytor ledwo wyciągnął z niego lokalizację.-Każdy na stacji miał jakieś przezwisko, Adler* swoje dostał po tym jak padł na twarz na śnieg wychodząc ze śmigłowca. Na nią wołali blondi, nie była tu jedyną blondynką ale przylgnęło to do niej i nawet nie miała już ochoty nikogo za to pobić.
-No super, Mysza pilotuje? Powiedz mu żeby nie zbierał szyszek podwoziem tym razem ok? Mamy świerzynkę na pokładzie i jeszcze nam zapaskudzi kabinę.-Powiedziała wskazując kciukiem na Mari biegnącą za nią.

Od wezwania do przylotu minęło pięć minut, praktykantka o własnych siłach wyszła ze śmigłowca pamiętając o tym żeby lecieć w krzaki. Za co Ingrid zdecydowała się wpisać jej pochwałę do karty praktyk. Z tego co udało się im dowiedzieć kobieta potknęła się na ścieżce i zaczęła rodzić. Sytuacja nie była dobra, był to siódmy miesiąc i wyglądało na to że w kwadrans pojawi się na tym świecie nowy obywatel Bundesrepublik Deutschland. Jak długo nim pozostanie było kwestią otwartą.
-Spokojnie, zaraz się wszystkim zajmiemy.-Pozwiedzała pewnym głosem wydając instrukcje. W pół godziny później, niezwykle się jej spieszyło, nowa mieszkanka tego świata obwieściła gromkim krzykiem, że traktowanie jakiego doświadcza jej nie odpowiada. W międzyczasie dojechał wezwany wcześniej ambulans który zabrał matkę i dziecko do najbliższego szpitala. Obojgu udało się przeżyć, ojciec dziewczynki dojechał po dłuższej chwili taksówką.

*****

-Blondasku, idziesz na ten koncert w Rosenheim? Mówiłaś kiedyś, że lubisz celtyckie rytmy, a zdecydowanie zasłużyłaś na piwo.-Powiedział Adler kiedy wrócili.
-Ha! Pamiętałeś, jasne, że idę. Będzie ktoś od nas?
-Ja i może któryś z chłopaków z R2. Podrzucić cię czy jedziesz swoim autem?
-E przejdę się, nie powinnam dawać złego przykładu jeżdżąc po pijaku, w końcu jestem poważną i stateczną panią doktor.-Oboje wybuchnęli śmiechem. Po chwili Adler kontynuował rozbawionym tonem.
-I będziesz wracać sama po nocy przez las? Nie boisz się, że zje cię wielki zły wilk?
-Jeśli będzie, przystojny i majętny to nic mu z mej strony nie grozi- powiedziała z przekornym uśmiechem.-No prawie nic.

*****

Wieczór zapowiadał się przedni, w pubie było sporo ludzi, bez problemu odnalazła wzrokiem sylwetkę Adlera korzystając z szczątkowej znajomości języka migowego przeliterowała mu G-U-I-N-N-E-S-S po czym pokazała dwa wolne miejsca nieopodal kominka. Nie miała problemu z dotarciem na miejsce, wystarczył lekki uśmiech na ślicznej twarzy i każdy robił jej przejście. Aż dziw, że nikt jej nie podrywał.
-Cholera, wyglądasz cudownie.-Powiedział ratownik podając jej kufel.
-Dzięki.-Stuknęli się kuflami.- Na takie słowa czeka dziewczyna po ciężkim dniu w pracy.-powiedziała biorąc łyk. Rzeczywiście wyglądała... apetycznie. W czarnych nieco obcisłych spodniach, niebieskiej bluzce w kolorze jej oczu z czarną koronką na mankietach i dość odważnym dekolcie zdobionym czterolistną koniczynką z czarnych cekinów. Wszystko to miło współgrało z jej urodą. Po drugim łyku poczuła się odprężona, napięcie zelżało, myśli skierowały się na inne tory, cieszyła się chwilą.



*Adler -(Niem.)Orzeł.
 
__________________
Kasia(moja przyszła MG)-"Ale ja nie wiem czy pamiętam jak prowadzić sesje!"
Sebastian(mój kuzyn)-"Spoko to jak jazda na jeżozwierzu, tego się nie zapomina."
Rudzielec jest offline  
Stary 07-03-2010, 14:06   #10
 
Ouzaru's Avatar
 
Ostatnie dni należały do niezwykle intensywnych, jednak Cassie nadal tryskała energią i optymizmem, gdy przemykała między ludźmi zebranymi w pubie. Robiła to co zwykle – zaczepiała wszystkich, rozmawiała i promowała swoją kapelę. W taki sposób zyskiwali fanów, a ona przyjaciół. Kobieta lubiła poznawać nowe osoby, wymieniać się adresami mailowymi i opowiadać o swoich zwierzętach (o czym przekonał się Kenny).

- Cassie! – usłyszała znajomy głos Patricka, gitarzysty z zespołu i niestety musiała się pożegnać ze swoim nowym kolegą.
- Cad? – uprzejme „co?” w irlandzkim gaelickim wyrwało się kobiecie, gdy po raz kolejny zawołali ją pod scenę.
- Prawy głośnik nadal nie działa.
- A podłączyliście go tak, jak mówiłam?
– zapytała zniecierpliwiona.
- Raczej tak, ale…
- Ach? – powtórzyła to samo co on, jednak w tym samym języku co wcześniej.
- Ale nie mogłabyś tego sama zrobić? – Patrick uśmiechnął się rozbrajająco. Zielone oczy i ruda czupryna nadawały mu nieco uroku, jednak aktualnie Cassie nie była w nastroju na kolejną walkę z kablami.
- No dobra – mruknęła niepocieszona. – Z powodu głupiego głośnika wyrwaliście mnie z rozmowy z fajnym facetem – burknęła.
- Znajdziesz sobie innego, a jak będziesz miała trochę szczęścia, to może jeszcze nie uciekł i go dopadniesz później. – kolega pocieszył ją i poklepał po ramieniu.
Nie mając innego wyboru wczołgała się za scenę i zaczęła podłączać kable. Oczywiście, jak zawsze, koledzy coś pomieszali i dlatego głośnik im nie działał. Po paru minutach Cassandra rozwiązała problem, sprawdziła wszystko i wróciła do baru. Jakoś nie zauważyła nigdzie Kenny’ego, jednak dostrzegła inną, również interesującą osobę.

Spojrzała na mężczyznę i im dłużej mu się przyglądała, tym bardziej znajoma wydawała mu się jego twarz. W końcu nie mogąc dłużej wytrzymać życia w niepewności podeszła i delikatnie trąciła go w ramię, by się do niej odwrócił.
- Witam - uśmiechnęła się szeroko. - Pan wybaczy, ale pańska twarz wydaje się taka znajoma... sławna... - zasępiła się, myśląc intensywnie. - John Deep? - wypaliła, spoglądając na niego dość naiwnie i uśmiechając zalotnie. - No naprawdę, kropka w kropkę taki sam! Mogę autograf? Mama mi nie uwierzy. I siostra.
Przez chwilę "gibała się" w miejscu, a szczery uśmiech nie schodził z jej ust. Wyrwany z zamyślenia mężczyzna podniósł wzrok i dostrzegł szarą aurę otaczającą na oko dwudziestoletnią (bądź młodszą) dziewczynę. Było w niej jednak coś dziwnego, z czym spotkał się po raz pierwszy – jakieś żółte plamki. Nie miał pojęcia, co to oznacza.
- John Deep? - mężczyzna wyglądał na szczerze zdumionego - Nie, z pewnością nie.

Obejrzał miłą blondynkę, która go zaczepiła. Była naprawdę śliczna. Roześmiał się w głos. - Aczkolwiek dziękuję za komplement. - mrugnął do niej porozumiewawczo. Wydał jej się dość sympatyczny, jednak nieco zdystansowany.
- Ach, no szkoda - zasmuciła się. - Ale tak czy inaczej jestem Cassie - podała mu dłoń. - Cassandra, znaczy się. A pan?
Zupełnie nie przeszkadzało jej, że nie jest tym, za kogo go na początku wzięła. W końcu człowiek to człowiek i nie musiał być sławnym aktorem, by rozmowa z nim była interesująca.
- Kevin, miło mi. - zamiast uścisnąć dłoń, podniósł ja do ust i lekko ucałował. - Ośmielę się spytać, skąd pani pochodzi? Często tu bywam, jednak pierwszy raz panią widzę. – stwierdził.
Zarumieniła się lekko i usiadła obok niego. Lubiła, kiedy mężczyźni byli dla niej mili. Mając przy sobie takiego gentlemana, od razu zapomniała o tym, z którym rozmawiała nie dalej jak pół godziny temu. Kelly? No jakoś tak mu było.
- Jestem tylko przejazdem, razem z moim zespołem. Gramy niedługo - rzuciła i zamrugała kilka razy oczami. W taki "cute" sposób. - Pochodzę z Irlandii.
- Oh, więc mam do czynienia z prawdziwą gwiazdą…
- uśmiechnął się lekko - Zatem to ja powinienem prosić o autograf.

Wyciągnął z kieszeni marynarki notesik, wyrwał kartkę i przysunął ją w stronę dziewczyny, wraz z długopisem. - Czy można? – zapytał.
- Jasne, Kevin! - zaśmiała się. - Z jakąś specjalną dedykacją? Dla żony? - puściła mu oczko, uśmiechając się jeszcze bardziej uroczo niż przed chwilą. Nawet jeśli by sobie z niej żartował, zapewne nie zauważyłaby tego. Nie była głupia, jedynie nieco naiwna względem osób, które spotykała na swej drodze.
- Tak, niech będzie dla żony, tylko jakoś tak neutralnie… - roześmiał się cicho - Nazywa się Natasha.
Skinęła mu głową, po czym zaczęła coś skrupulatnie pisać na kartce.
"Cassandra Nova, celtycki głos natury prosto z Irlandii przesyła gorące pozdrowienia dla żony klona Johna Deepa, pana Kevina. Buziaczki, Natasho!" Dorysowała kilka kwiatków i serduszek, po czym oddała mu karteczkę wraz z długopisem.
- Tak może być? - zapytała, przyglądając się swemu tworowi krytycznym wzrokiem.
- Oh, jest idealnie. - powiedział poważnym głosem – Myślę, że te serduszka trafią idealnie w jej gusta, jak i '"Buziaczki".
- Uff, no to supcio! - ucieszyła się szczerze. – Przyszedł pan posłuchać koncertu? Mój zespół gra jako drugi, więc zapraszam pod scenę za niedługo.
- Tak, dziękuje ci bardzo.
- wsunął autograf do tylnej kieszeni spodni – Dokładnie tak. Poza tym, lubię ten lokal, jest klimatyczny. A co do miejsca.. Wolę raczej siedzieć z tyłu, ale obiecuję, że nie przegapię waszego występu.

Pokiwała energicznie głową.
- No to nie przeszkadzam, panie Deep - uśmiechnęła się. – Lecę na próbę, miłego wieczoru - ucałowała go w policzek i poszła.
"Ale sztywniak" - pomyślała i westchnęła cicho. Wolała, kiedy w czasie rozmowy ludzie byli bardziej otwarci i wyluzowani.
- Do usłyszenia. – powiedział, gdy odchodziła.
Kevin roześmiał się w duchu do samego siebie. Nie było oczywiście żadnej Natashy. Gdyby chciał, mógłby mieć takie jak ona i lepsze - na pęczki. Zawsze leciały na jego urodę, bądź kasę. Nie miał ochoty dzisiejszego wieczoru spędzać w towarzystwie kolejnej pustej niuni i wysłuchiwać jak ciężko miała w życiu, bądź jak strasznie potraktował ją jej były i jak go nienawidzi.
- Ehh. - pociągnął mały łyk szkockiej i wrócił do swoich myśli.

Już miała wrócić pod scenę do kolegów, kiedy zobaczyła siedzącego przy barze przygnębionego mężczyznę. Nie wyglądał najlepiej i wydawał się jej nieco wystraszony. Na pierwszy rzut oka zdawał się być biedny, a dobre serduszko Cassandry nie mogło pozostać na to obojętne. Sięgnęła do torebki, chwilę w niej pogrzebała i wyjęła… niewielki kamyczek z dziurką. Trzymając go w zaciśniętej pięści, wymówiła kilka słów, zrobiła parę gestów i podeszła do nieznajomego.

- Przepraszam – zaczęła. – Proszę to wziąć, może się panu przydać – stwierdziła i podała mu kamyczek. – Przynosi szczęście i pomaga rozmawiać z sióg, czyli wróżkami. Tylko proszę nie używać go zbyt często, bo one nie lubią, jak je się co chwilę o coś prosi. No i musi pan pamiętać, żeby mieć coś, czym się je przekupi. Najlepiej okruszki – uśmiechnęła się ciepło. – Szaleją za słodyczami, za kilka okruszków ciastka zrobią wszystko – puściła mu oczko.

Miała nadzieję, że nieznajomy rozumiał po angielsku. A nawet jeśli nie, to wystarczyło, by nosił kamień przy sobie, a szczęście samo powinno go znaleźć. Uważała, iż odrobina pomyślności pomoże mu bardziej i na dłuższą metę, niż kilka drobnych. Jako czarownica potrafiła robić różne talizmany, a z tego co mówili jej znajomi – wszystkie działały tak jak trzeba.

- Coś się stało, Cassie?
– zapytał ktoś za jej plecami. Odwróciła się szybko i od razu uśmiechnęła się do tego miłego ratownika poznanego nieco wcześniej.
- Nie, absolutnie. Wszystko w porządku. A u ciebie?
- U mnie też, aczkolwiek to chyba było najdłuższe siku w historii.
– uśmiechnął się lekko.
- Czy tak właśnie działam na mężczyzn? – zapytała niewinnie.
- Że chodzą sikać? Nie sądzę. – podsumował. – Ale jak chcesz, to mogę ci postawić jeszcze jedną Coronę.
- Nie! Proszę… Nie lubię piwa…
- zmieszała się.
- To tak jak ja, ale od czasu do czasu wypiję. To może jakiś sok? – zaproponował.
- Jestem maniaczką soków – uśmiechnęła się z dziwnym błyskiem w oku.
- No to dobrze się składa, bo ja także. Widzisz, jak wiele mamy ze sobą wspólnego? – puścił jej oczko.
- Zadziwiające. – odparła poważnie, zastanawiając się nad tym głębiej.
Chwilę później siedzieli już przy jednym z ostatnich wolnych stolików, popijając sok jabłkowy.

- Po co cię twój kolega wołał? Coś poważnego? – zapytał Kenny.
- To samo co zawsze. Coś im nie działało w sprzęcie, bo kable pomieszali – westchnęła.
- Faceci nie potrafią podłączyć kabli? To co to za zespół?
- Najlepszy!
– zawołała wesoło. – Aczkolwiek kiepsko zorganizowany.
- Tak, to widać. Ale przynajmniej mają wspaniałą wokalistkę.
– Kenny uśmiechnął się krzywo.
- Która za dużo nie śpiewa, jedynie robi dobrą reklamę i zdobi okładki – burknęła. – Powinieneś zapuścić włosy – stwierdziła, zmieniając temat.
- To są dwa wyjścia: albo zaczniesz śpiewać, albo zmień kapelę. – zaśmiał się i nie dał jej zboczyć z tematu.
- Pomyślę nad tym, a ty nad zmianą fryzury – napomknęła o tym samym co przed chwilą.
- Kiedyś miałem dłuższe włosy, ale w pracy ratownika one raczej nie pomagają. Wiesz, ile je potem trzeba suszyć? – rzucił żartobliwie.
- Ale mi nie chodzi o takie długie jak ja mam, tylko nieco dłuższe. Bo wyglądasz, jakby cię ktoś z zakładu karnego wypuścił… - powiedziała poważnie, ściszając głos i nachylając się w jego stronę.

Kenny podrapał się po głowie.
- Umiesz prawić mężczyznom komplementy. – zaśmiał się.
- Dziękuję! – odparła, nie łapiąc ironii w jego stwierdzeniu.
- Do której gracie? Bo może potem byśmy poszli na jakiś wieczorno-nocny spacer?
- Nie wiem, w planie mamy tylko cztery utwory, bo na więcej nie starczy czasu. Potem pewnie posłucham reszty zespołów, pogadam z ludźmi, powymieniam się adresami mailowymi i padnę na pysk. Ale spacer to dobry pomysł.

- O czym rozmawiałaś z tym chudym, niezbyt dobrze ubranym typem? – zapytał.
- Kelvinem? Tym klonem Johna Deepa? – wskazała na mężczyznę parę stolików dalej. Ten wyglądał jak jakiś biznesmen, widać ona miała nieco inne pojęcie dobrego ubioru.
- Nie. – pokręcił przecząco głową i starał się nie roześmiać. – Z tym przy barze, któremu coś dałaś.
- Ach, z tym! Dałam mu kamyczek z dziurką na szczęście, żeby mógł prosić wróżki o pomoc.
- Wróżki?
– Kenny uniósł prawą brew do góry.
- No tak. Przecież one pomagają ludziom, tylko trzeba wiedzieć, jak do nich zagadać – odpowiedziała z pełnym przekonaniem w głosie.
- Taaa… A ja jestem wielkim groźnym wilkołakiem, który cię zje. – rzucił leniwie, kręcąc głową.
- Tak? To ja nie idę z tobą na spacer – lekko się zmieszała i poruszyła niespokojnie na krześle.
- Czy ty zawsze wierzysz ludziom we wszystko, co mówią?
- A niby czemu nie? Po co ktoś miałby mnie okłamywać?
– zapytała naiwnie.
- A wiesz, co to są żarty?
- No… jak dowcipy? Moi bracia je często robili i zwykle wychodziłam z tego brudna lub mokra
– skrzywiła się.

Mężczyzna przetarł palcami brwi i uśmiechnął się nieznacznie. Robiła na nim wrażenie niepoprawnej optymistki i na dodatek wierzyła we wróżki… Ratownik już teraz się nie dziwił, czemu po kilku minutach rozmowy większość facetów po prostu znikała. Była inna niż wszystkie kobiety, on zresztą też nie był „normalny”.
- Czyli jesteśmy umówieni na spacer? – zmienił temat ich rozmowy.
- A nie zjesz mnie? – wolała się upewnić.
Schował twarz w dłoniach i pokręcił głową, śmiejąc się.
- Na litość boską, żartowałem z tym wilkołakiem! Jakbym ci powiedział, że jestem wampirem, to też byś uwierzyła?
- Hmm…
- zmarszczyła uroczo brwi, zastanawiając się nad pytaniem. – Chyba tak, ale wampiry raczej nie chodzą za dnia. No a skoro nie jesteś niebezpieczny, to zgoda – uśmiechnęła się ciepło. – Pójdziemy szlakiem turystycznym do pensjonatu „Alte Mühle”, bo tam się zatrzymałam. No chyba, że boisz się ciemnego lasu, przystojny ratowniku. – uśmiechnęła się zalotnie. – To wtedy weźmiemy ze sobą latarkę, żeby nie było tak ciemno.
- „Alte Mühle”?
– Kenny uśmiechnął się zaskoczony. – Ja też się tam zatrzymałem! Co za niesamowity zbieg okoliczności. A lasów się nie boję, nawet po zmroku – często z ojcem robiliśmy sobie biwaki jak przyjeżdżałem do niego w odwiedziny.
- Fajosko!
– rzuciła uradowana. – Obudzę cię z rana i też się przejdziemy, co ty na to?
- Jasne, z chęcią. W końcu jestem na urlopie i mam duuużo wolnego czasu.
– upił łyk soku.
- Obejrzymy razem wschód słońca i pokażę ci wróżki – uśmiechnęła się tajemniczo.
- No ja ci nie pokażę wilkołaków, niestety, bo ich nie ma. Musisz mi to wybaczyć. – rzucił przepraszającym tonem.
- Ależ nic się nie stało – machnęła ręką, znów biorąc jego słowa poważnie. Zerknęła na zegarek. – Razem z poprzednią rozmową to już będzie prawie 25 minut. Chyba ustalę nowy rekord.
- Myślę, że to będzie rekord nie do pobicia. – uśmiechnął się ciepło. – Zaraz chyba zaczyna się koncert?
- Mhm, dlatego wypadałoby już iść do drugiej sali
– odparła i wstała.

Podała mu rękę. Również wstał, ukłonił się lekko i uścisnął dłoń nowej znajomej. Cassie nie puściła go, tylko „zaciągnęła” do sali obok i posadziła przy samej scenie.
- Tutaj będziesz miał lepszy widok i gdyby mikrofon padł, to coś usłyszysz – poinformowała go.
- Acha, czyli właśnie zostałem waszym największym fanem?
- Jeśli chcesz
– puściła mu oczko. – Choć wątpię, by Patrick przypadł ci do gustu. Trzymaj się, pogadamy po koncercie – rzuciła i ucałowała go w policzek.
- Połamania mikrofonu czy czego tam się życzy. – uśmiechnął się serdecznie.

Cassandra zniknęła za sceną, gdzie miała zamiar przygotować się do występu. Chciała poruszyć temat z ulotki o lasach, którą nadal miała w torebce. Jako aktywna działaczka klubów ochrony praw zwierząt i przyrody, czuła się w obowiązku, by powiadomić wszystkich obecnych o swoich poglądach oraz o spotkaniu informacyjnym w niedzielę.
 
__________________
Jestem tu po to, żeby grać i miło spędzać czas – jeśli chcesz się kłócić, to zapraszam pod blok; tam z pewnością znajdziesz łysych gentlemanów w dresach, którzy z Tobą podyskutują. A potem zbieraj pieniążki na protezę :).
Ouzaru jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:20.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168