Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-07-2019, 15:24   #1
 
Rowan's Avatar
 
[DnD 5e] Czarownice z Thesk

Czarownice z Thesk






0.


Rasli Tirulag, sekretarz mera Phsant, wyglądała ukradkiem przez nieduże okienko w swoim gabinecie. Tłum zebrał się na dziedzińcu wokół naprędce zniesionego stosu drewnianego śmiecia i przyglądał się z powagą procesji, która wkraczala właśnie na plac. Przodem, dzierżąc płonącą pochodnię, szedł mistrz kompanii gorzelniczej, jeden z najbogatszych mieszczan Phsant, Dovir Kamirev. Minę miał podniosłą, zdaniem Rasli aż do przesady. Za nim kroczyli przedstawiciele w zasadzie wszystkich innych ważnych gildii kupieckich i rzemieślniczych oraz... o, Mystro, pomiłuj, kapłaństwo lokalnych świątyń skupionych wokół głównych bóstw: Jannath, Lathandera, Waukeen. Rasli nie słyszała dokładnie słów, które wykrzykiwał Dovir, ale ręce miał uniesione w groźnym geście i co jakiś czas potrząsał dymiącym łuczywem, wycelowując je w stronę pałacu rady miejskiej. Dovir opuścił w końcu ramię i zbliżył pochodnię do stosu. Uparte drewno nie chciało się palić; sekretarz zauważyła z rozbawieniem jak Scirik od Lathandera porusza dyskretnie dłońmi i wkrótce ogień buchnął z całą siłą, wypełniając plac kłębami czarnego dymu. Najwyraźniej był to koniec przewidzianej sekcji przemówień, bo tłum ryknął dziko i zaczął skandować, wlepiając rozświeczone spojrzenia – tym razem Rasli nie miała żadnych wątpliwości – prosto w jej okno.


- Na – stos – zni – mi! – Na – stos – zni – mi! – Rasli aż przysiadła z wrażenia, lecz szybko wyjaśniło się, że nie chodzi o władze. Chodzi o sabaty. Rozproszone po całym kraju, zaszyte w lasach, górach, przepastnych jaskiniach. O dziką magię, o której wybuchach wieści dochodziły ostatnimi czasy niepokojąco często. Oczywiście mieszały się tu ludowe oskarżenia czarowników wszelkiej maści o słabe zbiory czy dziecięce śmierci, lecz nawet Rasli, sama wychowanka cormyrskiej Akademii, katedry Przywołań, czuła, że coś się nieświęci w pustkowiach Thesk. Kamirev, to jasne, używał nastrojów by osiągnąć własne cele. Mogliśmy już dawno odpowiedzieć na doniesienia ze wschodu, lecz nie kiwnęliśmy palcem, a teraz będziemy borykać się z wściekłym tłumem prowadzonym przez cynicznego sukinsyna – wściekała się Rasli, przygotowując w myślach obronę racji Rady.


Tymczasem na placu wrzało. Skandowanie w końcu przycichło i nadszedł czas na kolejną rundę mowy Kamireva.


- ... lasy należy przeczesać, jaskinie oczyścić ogniem! Nie będziemy dłużej znosić sąsiedztwa czarnej magii! Jeśli oni – tu Dovir raz jeszcze wycelował palec w okno, w którym dojrzeć było można nawet chowającą się szybko za okiennicą rudowłosą postać sekretarz – nie chcą z tym nic uczynić, to uczynimy sami! Pozbędziemy się tego problemu a potem wszystkich kolejnych! Wykurzymy wiedźmy z lasów, a potem i z pałaców! – to wykrzykując główny piwowar Phsant rzucił do ognia nieudaczną kukłę w długiej sukni i płomiennych włosach, a tłum zawtórował mu zwierzęcym skowytem.


*


Chociaż spalenie kukły sekretarz mera jednego z większych miast kraju nie do końca spodobało się Bursztynowej Radzie, czyli głównemu ośrodkowi władzy w Thesk, żądania protestujących wzięto bardzo na poważnie. Istotnie, od dłuższego czasu Rada otrzymywała bardzo dziwne doniesienia ze wschodu kraju, kupcy skarżyli się także na niedocierające do miast karawany z Kara-Tur. Postanowiono zorganizować grupę specjalistów mających zbadać i – w miarę możliwości – usunąć zgubne zjawiska zachodzące na wschodnich rubieżach, czymkolwiek by nie były. Tak właśnie to sformułowano – zgubne zjawiska. Odpowiedzialnością za skonstruowanie oddziału i pokierowaniem akcją obarczono władze Phsant: mera miasta – miejscowego szlachcica Narfwina Kastovicha, jego prawą rękę, czarodziejkę Rasli Tirulag i nowowybranego szefa miejscowej milicji... Dovira Kamireva. Jako pierwszy punkt na trasie dochodzenia wyznaczono wioskę Safanjevo, w okolicy której obrabowano dużą karawanę z Kara-Tur, a z opowieści ocalałych dało się wywnioskować, że nie obyło się przy tym bez użycia magii. Wymarsz miał nastąpić nazajutrz.






1.


Safanjevo. Wioska jakich wiele wzdłuż Złotego Szlaku, położona w jednej trzeciej drogi z Phsant do Tammar. Od północy okalają ją rozległe, bagienne lasy, zaś na jej południu falują łagodne wzgórza pól uprawnych. W samym Safanjevie stoi może trzydzieści chałup i karczma dla przejezdnych. Jest jednak jedna rzecz, która wyróżnia wieś i sprawia, że na twarzach przybyszów odmalowuje się mieszanka zdziwienia i zachwytu, którą tutejsi przyzwyczaili się już zbywać machnięciem ręki: tutejsza kaplica Waukeen.







Budowla była duża; o wiele za duża dla Safanjeva – nawet, gdyby na wspólną modlitwę postanowiły dołączyć załogi wszystkich karawan, jakie przejeżdżały tędy w miesiącu. Wzniesiono ją w całości z drewna, lecz jakiś zadziwiający przebłysk geniuszu kazał jej budowniczym przyozdobić ją dziewiątką cebulastych kopuł. Dlaczego? Dla kogo? Kto choć raz wybrał się Szlakiem dalej niż Phsant wie, że poszukiwanie konwencjonalnej logiki w tych stronach przypomina jedzenie zupy widelcem.


Zupa. To wlaśnie z myślą o ciepłej misce takowej skierowaliście swe kroki ku przysadzistej, bielonej wapnem karczmie: „Pod dziesiątą cebulą”. Wewnątrz panował przyjemny półmrok. W rogu siedziało paru miejscowych wieśniaków, zajętych grą w nieznaną wam grę. Przy ogniu rozmieścił się ubrany w białą koszulę bez kołnierza jegomość obejmujący brzuchatą lutnię i grający na niej piękną, smutną melodię.


Jeszcze przed wyjazdem z Phsant posłał po was Dovir Kamirev. Jasno dał do zrozumienia, że jego zdaniem to wiedźmy, „rashemeńskie nasienie”, rozpleniło się po tej jak dotąd spokojnej krainie. – Przelazły lasami – zawyrokował szef milicji – i to w lasach musicie ich szukać. Ludzie przy szlaku prości, wierzą w babki i leśne czary. To trudno im nie było zaprosić rashemeńskie licho. Kamirev zasugerował, by w Safanjevie rozpytać o miejscowych zielarzy i jasnowidzące.


Rozejrzeliście się po karczmie. Oprócz obsługi, muzyka i wieśniaków wasz wzrok przykuła ledwo wystająca znad stołu, intensywnie błękitna, postawiona do góry grzywa nakryta przekrzywionym zawadiacko beretem. Należała ona do gnoma, wyraźnie naburmuszonego, siedzącego z kuflem piwa wielkości swej głowy.


Jakieś zarysy strategii zapewne rysowały się już w waszych głowach, ale najpierw... Zupa.
 
Rowan jest offline  
Stary 21-07-2019, 15:22   #2
 
Cattus's Avatar
 
Wieści o przybyciu dragonborna do Phstant rozniosły się dość szybko. Pomimo znajdowania się na szlaku kupieckim, gdzie karawana z daleka nie była niczym niezwykłym, wysoki i dobrze zbudowany jaszczur postury bardziej zbliżonej do niedźwiedzia z pewnością przyciągał wzrok.

[MEDIA]https://i.pinimg.com/originals/ea/fc/2b/eafc2b08aa0a61a988c85239cfd4d023.jpg[/MEDIA]

Nadaar odziany był w ciężką lamelkę dokładnie okrywającą jego brązowoszare łuski. U boku przewieszony miał długi miecz, a przez ramie za pomocą skórzanego paska przerzucił okrągłą tarczę.
Ubrania nosił proste i praktyczne, utrzymane w stonowanych kolorach brązu i zieleni. Jedyną wyróżniającą się częścią jego ubioru zdawał się być naszyjnik z symbolem Chauntei, czyli czerwoną różą kwitnącą pośród złotego zboża.

Było już późno po południu kiedy wszedł do pierwszej karczmy którą spotkał na swojej drodze. Jednak ku zdziwieniu miejscowych nie zatrzymał się tam na długo. Po rozmowie z karczmarzem od razu skierował swoje kroki do miejscowego mera Narfwina Kastovicha, który po dłuższej rozmowie zgodził się wysłać go z samego rana w drogę z już niemal gotową do drogi ekspedycją, składającą się z nie mniej niezwykłej zbieraniny najemników.

***


Safanjevo prawie nie miało w sobie nic niezwykłego i gdyby nie monstrualna jak na tej wielkości wieś kaplica, czy raczej już kościół, nie różniło by się niczym od tysiaca innych, jemu podobnych dziur. Jednak zamiast do miejsca kultu, zgodnie udali się do znacznie mniej okazałej, ale lepiej rokującej karczmie.

Nadaar wkroczył do środka i przystanął na chwilę wciągając nosem powietrze i rozglądając się po przytulnym wnętrzu. Nie chcąc blokować swoją posturą przejścia, żwawym krokiem ruszył w stronę karczmarza, zostawiając po drodze tarczę i plecak przy jednej z pustych ław.

- Karczmarzu, podaj nam jadła i koniecznie piwa. Ale takiego zimnego. Prosto z piwniczki. - Powiedział zaskakująco lagodnie jak na aparycję, która nie wyrażała wielu emocji dla nieobytych z jego ludem. Albo na pierwszy rzut oka wyrażała te negatywne. Znając życie, Nadaar postanowił zrezygnować ze zbyt szerokiego uśmiechu. Karczmarz zamarł na chwilę wpatrując się w łuskowatego przybysza, ale brzdęk monet o ladę skutecznie go ocucił.

Gdy właściciel zaczął się uwijać z przygotowaniami, Nadaar rozsiadł się przy ławie niedaleko naburmuszonego gnoma i jako, że ten był najciekawszym z miejscowych zawiesił na nim swoje spojrzenie.

- A skąd ten podły nastrój mości gnomie? Interesa nie poszły po myśli? Napij się z nami. W kompaniji zawsze raźniej, a trudno znaleźć tu bardziej kolorową niż nasza.
 
__________________
Our sugar is Yours, friend.
Cattus jest offline  
Stary 21-07-2019, 19:28   #3
 
Buka's Avatar
 
- Zajmij się koniem - Odezwała się ponurym tonem Krugga, przekazując lejce stajennemu młodzieniaszkowi - Tylko porządnie, inaczej… połamię ci ręce - Dodała, szczerząc kły, na co chłopak mocno pobladł. Pstryknęła nagle jednak w jego stronę złocisza, na co stajenny instynktownie go złapał, po czym i on nieco się wyszczerzył do Orczycy, wśród swojego chytro-zadowolonego uśmiechu.

Z Kruggi było spore bydlę.

Nie tyle, co odnośnie manier(chociaż również mocno), co z samego wyglądu. Orczyca miała prawie 2 metry wzrostu, a ważyła niemal 100 kilo, wszystko jednak w sprężystym, umięśnionym opakowaniu. Duża i umięśniona, tak można było o niej powiedzieć w dużym skrócie. I całkiem niegłupia. Używała zwyczajowej, poprawnej mowy, nie tam żadne prymitywne “Krugga iść tam” czy podobne zwroty, wychodziło więc na to, iż miała i nieco oleju w głowie.


Jej umięśnione ciało zdobiło wiele blizn, włosy z kolei, rozpuszczone, miała z reguły w nieładzie, od czasu do czasu je jedynie związując rzemieniem w luźny koński ogon. Co ciekawe, oba Orcze kły, z reguły u jej przedstawicieli wystające z dolnej szczęki ponad usta, a widoczne cały czas, u Kruggi nie istniały. Czyżby zostały jej wybite? Lub wyłamała je sobie sama? Trudno powiedzieć, na razie jej nikt o to nie pytał…

W trakcie podróży odzywała się tylko kiedy musiała, wtedy zaś używała prostych zwrotów, nie wdając się w żadne dyskusje, i odpowiadając konkretnie i na temat. Widać było, iż do wielce rozmownych nie należała… co do jej profesji, nie było z kolei mowy o jakichkolwiek pomyłkach, wielki topór na plecach, kupa mięśni, niezbyt wiele ubioru… zdecydowanie parała się wojaczką, choć pewnie nie przeszła żadnego przeszkolenia w fechtunku. No jak to w końcu większość rozwrzeszczanych w boju zielonoskórych… I do tego ta czaszka jakiegoś zwierzaka, zakładana na głowę w trakcie akcji bojowych.

~

Wieśniaków w karczmie omiotła podejrzliwym spojrzeniem, ale skoro to były tylko miejscowe prymitywy, uznała ich za nie wartych uwagi, ani zagrożenia. Gnoma zignorowała… po paru chwilach, przewracając oczami, gdy zagadał do niego Nadaar.

- Tak karczmarzu! Piwa! - Łupnęła pięścią w stół, przy którym zasiadła i zaśmiała się gardłowo - A strawę to dobrą! Mięso ma być, i na czym kła zaczepić! Zupki to sobie mogą Elfy ciomkać! - Spojrzała na Anresi, prowokująco się do niej szczerząc.




.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest teraz online  
Stary 21-07-2019, 20:06   #4
 
Rozyczka's Avatar
 
Anresi bawiła się od niechcenia kosmykiem srebrnych włosów, nucąc bezwiednie melodię przygrywaną przez grajka. Zazwyczaj zaplatała je w warkocz, żeby nie przeszkadzały jej w czarowaniu, dzisiaj jednak uznała Safanjevo za bezpieczną mieścinę, a rozpuszczone włosy za bardziej atrakcyjne. Okazało się to błędem; mimo że aasimarka czesała się tego dnia co najmniej trzy razy, bałagan na jej głowie zdawał się temu przeczyć. I chociaż śmiała wątpić w to, że przy tak kolorowej zbieraninie komuś będzie się chciało oceniać jej fryzurę, fakt ten wprawiał ją w irytację.

Dla odwrócenia uwagi starała się pojąć zasady gry, w którą to zabawiali się goście. Niestety, tutaj rezultaty również były bardziej niż marne. Przez dzielącą ich odległość i jakże słuszną posturę dzikiej wojowniczki oraz pokrytego łuską paladyna, nie potrafiła nawet dostrzec czego się używa do niej używa.

Przeniosła więc wzrok na leżący na leżącą na stole broń, zastanawiając się, jakimże to sposobem ktoś był w stanie używać jej jednocześnie odprawiając magię. O noszeniu na sobie zbroi ważącej więcej niż sama Anresi nie wspominając. Jednak widok tej broni przywodził jej na myśl jeszcze coś. Po raz pierwszy od dwudziestu lat wyruszy na przygodę wśród nowych kompanów. To oczywiście było nieuniknione, skoro stara drużyna się rozpadła, ale nie zaprzątała sobie tym do tej pory. Albo raczej, wszystko dookoła skutecznie odwracało jej uwagę. Dopiero teraz fakt ten spadł na nią z całą siłą. Czy w ogóle rozmawiali ze sobą przez te dwa dni?

Już miała otworzyć usta i przedstawić się na poważnie, jednak wtedy dragornborn zaprosił do stołu siedzącego obok gnoma. To, no i stół niemal złamał się w pół, kiedy Krugga w niego walnęła. Uśmiechnęła się przyjaźnie do trójki, po czym odezwała się nieco speszona:
- Zadziwę cię, moja droga, ale także zjadłabym coś konkretniejszego niż zupę. I możesz się uspokoić, żadna ze mnie elfka. - Nie wiedzieć czy z pewnej złośliwości czy też podświadomie, ale ostatnie słowo wypowiedziała po elficku. - Jestem człowiekiem, jak nasz kapłan. Włosy bywają mylące, ale to przez mój talent magiczny.
Wyjaśniła, przechylając nieco głowę i przyglądając się orczycy uważniej. Nie wiedziała na razie, czy jej niechęć to tak na poważnie czy po prostu miała taką naturę. Szczerze liczyła na to drugie. Zwłaszcza kiedy była tak blisko większej od niej o głowę barbarzyńki.
No cóż, pożyjemy zobaczymy” - pomyślała, następnie obróciła się do gnoma.
- Nie ma co się martwić, nie gryzie nie prowokowana - rzekła w wspólnej mowie, po czym dodała już po niebiańsku - A przynajmniej mam taką nadzieję. Mam na imię Anresi, a pan to…? - Wyciągnęła ku niemu dłoń.
 

Ostatnio edytowane przez Rozyczka : 22-07-2019 o 06:07.
Rozyczka jest offline  
Stary 23-07-2019, 07:58   #5
MJ
 
MJ's Avatar
 
- Z przyjemnością dołączę do wyprawy, ojcze - Iskar pochylił głowę w geście podziękowania. Możliwość wyruszenia ze świątyni była czymś o co prosił już od dawna. Świątynia Waukeen w Phsant - kiedyś jego więzienie, teraz drugi dom - była już dla niego zbyt mała. Przeczytał wszystkie święte traktaty i nauczył się wszystkiego czego mógł od miejscowych kapłanów. Musiał wyruszyć w drogę, jak kiedyś jego ojciec.
Była jeszcze ta druga sprawa, związana z rodzinnym interesem - karawana prowadzona przez jego ojca spóźniała się z dotarciem do miasta. Zaczynał się martwić. Siedzenie w świątyni, kiedy na szali mogło być życie jego bliskich z pewnością nie było czymś co Waukeen by pochwaliła.

***


- Ja wolałbym wino. Chyba, że macie coś ciekawego z Kara-Tur..? - Iskar uśmiechnął się lekko do karczmarza. Widać, że był to niezbyt szczery grymas - lokalna gospoda nie wyglądała wystarczająco dobrze jak na jego gust. Wątpił by mieli wino. Albo coś z Kara-Tur.
- Zupa może być, byleby nie była cebulowa. - Złożywszy zamówienie, zasiadł przy wspólnym stole. Zajął miejsce obok paladyna. W razie kłopotów warto było schować się za kimś szerszym, a orczyca była dla niego trochę zbyt głośna.

Iskar był młodym mężczyzną, na oko dwudziestokilkuletnim. Wysoki, lecz raczej drobnej budowy. Blondyn, o delikatnych rysach twarzy i ze starannie przyciętym zarostem okalającym wąskie usta.
Odziany był w granatową koszulę haftowaną złotą nicią, wpuszczoną w czarne spodnie. Jego pas, wykonany ze skóry jakiegoś egzotycznego zwierza, ozdobiony był złotą klamrą. Siadając odpiął od niego pochwę z rapierem, które to położył obok siebie, na ławce. Resztę rynsztunku bojowego - pancerz i tarczę - pozostawił w końskich jukach.
Jego wygląd i sposób noszenia bardziej przypominał szlachcica, niż kapłana. Jednakże był jeden szczegół, który zdradzał naturę jego profesji - tak zwana moneta Waukeen, czyli amulet przedstawiający "przyjaciółkę kupców", przypominający z kształtu monetę. Amulet był oczywiście złoty i zwisał na złotym łańcuszku z długiej szyi Iskara.

W oczekiwaniu na zamówienie rozejrzał się po pomieszczeniu, próbując dostrzec jakieś nietypowe rzeczy lub zachowania. Może których z miejscowych zbyt bacznie ich obserwował? Nie od dziś było wiadomo, że wszelcy rabusie wypatrują swych przyszłych ofiar po karczmach. Sam by tak zrobił na ich miejscu. W końcu wszyscy muszą jeść.
Jego długie palce stuknęły w blat stołu, w rytm melodii wygrywanej przez grajka, a spojrzenie niebieskich oczu uciekło w stronę wyszynku. Jego mina zdawała się mówić: "długo jeszcze mam czekać?".
 
MJ jest offline  
Stary 23-07-2019, 14:00   #6
 
Balzamoon's Avatar
 
Magia. Pierwsze słowo które przychodzi na myśl po nawet bardzo krótkim obcowaniu z elfim czarodziejem. Jest ona tak nieodłączną częścią jego osoby jak ręka czy noga. Tam gdzie inni stosują siłę mięśni on stosuje magię, robiąc to naturalnie, bez chwili namysłu czy zastanowienia. Trzeba zebrać gałęzie na ognisko? Nie ma żadnego problemu, wybiera drzewo czy krzew (w miarę możliwości już uschnięte) i zaczyna czarować. Uderzenie magii łamie gałęzie, zrzucając je na ziemię, a niewidzialna siła zaczyna je zbierać i znosić na jedno miejsce. Czarodziej w tym czasie spokojnie rozkłada pasjans czy przegląda księgę. Posprzątanie pozostałości po obozowisku? Dół na odpadki sam się wykopuje a resztki przenoszone są przez niewidzialną istotę. Nawet tak podstawowe sprawy jak pójście za potrzebą pociagały u niego użycie magii. Zrobienie prymitywnej latryny – kilka słów i ziemia sama kształtowała się wedle jego woli zapewniając odrobinę prywatności i wygody.
Nie jesteśmy przecież barbarzyńcami, czy dzikusami. Przynajmniej nie wszyscy z nas. – stwierdza, zawzięcie nie patrząc na orczycę i stojąc zdecydowanie poza jej zasięgiem. Po czym zauważywszy plamę na rękawie szybko usuwa ją prostym czarem. Przeciętnego wzrostu, bardzo szczupły niemal wychudzony. Nosi się raczej w czerniach i brązach, przynajmniej na co dzień, preferując znoszony ale niezwykle wygodny strój podróżny obcego kroju. Przy bardziej formalnych okazjach zakłada piękny, zdobiony srebrną i złotą nicią komplet elfich szat.

***

Po przybyciu do wioski elf został nieco w tyle. Polecił opiekę nad koniem stajennemu, tak jak i inni, i tak jak inni wsunął mu monetę w rękę by zwierzę miało należytą opiekę, ale nie miał zamiaru wnosić wszystkich swoich rzeczy sam. Znalazł spokojny kawałek terenu i wyrysował na nim pięcioramienną gwiazdę w której ramionach ustawił różnokolorowe kamienie. Następnie zaczął odczytywanie z księgi długiej, ale niezbyt skomplikowanej formuły czaru. Skończywszy wziął broń a reszta jego rzeczy uniosła się w powietrze i podążyła za nim. Niespiesznym krokiem wszedł do karczmy i uśmiechnął się krzywo patrząc na hałaśliwą grupkę swoich towarzyszy już od wejścia osaczających jakiegoś nieszczęsnego gnoma. Podszedł spokojnie do karczmarza i ukłonił się lekko.
Niechaj bogowie dobra i pomyślności spojrzą przychylnie na ten przybytek. Moje miano Itheliariell Athamariell z Evermeet drogi gospodarzu, zechciej proszę podać mi swe imię. Podaj też proszę posiłek który ucieszy moje podniebienie. Usiądę z mymi niewychowanymi towarzyszami, racz im proszę wybaczyć brak manier i kultury. – usmiechnął się lekko. Podczas wielu lat podróżowania nauczył się że lepiej być uprzejmum dla osoby która przygotowuje ci posiłek, gdyż znacząco zmniejsza to szansę na otrzymanie potrawy w którym oprócz tego co powinno znalazło się to co nie powinno, jak szczurze mięso czy plwocina. Natępnie podszedł do stołu i przyjrzał się krytycznie temu jak usiedli jego towarzysze. Smokowaty i kapłan zajęli już jedną stronę więc miał ciężki wybór. Usiąść obok ludzkiej kobiety o włosach zdających się mieć własną wolę i ryzykować uduszenie czy też obok orczycy i ryzykować opryskanie przez resztki posiłku który zapewne będzie spożywała niczym dzikie zwierzę lub uderzenie łokciem w twarz gdy będzie gestykulowała? Z drugiej strony... trzeba brać byka za rogi lub orka za kły, których w tym przypadku nie było.
Zechcecie drogie panie zrobić mi miejsce między wami? Jeżeli mam już się do kogoś tulić na tej ławie to zdecydowanie wolę do was niż do nich – wskazał dłonią na męską część grupy.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche

Ostatnio edytowane przez Balzamoon : 31-07-2019 o 14:36. Powód: Poprawki.
Balzamoon jest offline  
Stary 23-07-2019, 22:38   #7
 
Rozyczka's Avatar
 
- Och, czyżby coś było z nami nie tak? - spytała zdziwiona Anresi, usuwając się nieco na bok, co by zrobić miejsce dla Itheliariella.
Niespodziewanie, Krugga zrobiła to samo. Oczywiście, bardziej gwałtownie. Znacznie bardziej gwałtownie. Rzecz jasna, nie było w tym za grosz uprzejmości. Raczej podstęp. Kiedy tylko biedny iluzjonista wcisnął się między piękności drużyny, na jego udo spadł potężny raz. Może i był to tylko zwykły plaskacz od orczycy, ale siedząca z boku Anresi odniosła wrażenie, że komuś upadł młot kowalski. Jej czupryna chyba też, sądząc po tym, że “uciekła” gwałtownie od źródła dźwięku, lądując na prawym ramieniu aasimarki.
- Cóż za ryzykowne posunięcie… - wojowniczka zachichotała ponuro, zabierając dłoń.
- Lathanderze, mójże ty kochany, przysięgam, że ta orczyca przyprawi mnie kiedyś o zawał… - wymamrotała zaklinaczka, dla bezpieczeństwa używając mowy elfów, przykładając przy tym dłoń do piersi. - Ona może i elfy gryzie, ale gnomy raczej toleruje… - dodała już w wspólnej mowie do siedzącego obok mieszkańca.
Zaczęła również gładzić rękoma włosy, starając się doprowadzić je do względnego ładu. Żałowała, że nie miała przy sobie swojej szczotki, zwłaszcza kiedy co po bardziej złośliwe kosmyki wymykały jej się spomiędzy palców, aby wrócić tam, gdzie były. Co więcej, w miarę jak irytacja zaklinaczki rosła, jej włosy zaczęły się coraz to bardziej i bardziej puszyć. Przestały dopiero kiedy ich właścicielka prychnęła zrezygnowana i porzuciła swe zajęcie.
 

Ostatnio edytowane przez Rozyczka : 24-07-2019 o 07:52.
Rozyczka jest offline  
Stary 23-07-2019, 23:22   #8
 
Balzamoon's Avatar
 
Gdy podstępny cios orczycy dosięgnął jego nogi, elf skulił się z bólu. Wydawało mu się że barbarzynka zmiażdżyła mu kość, a całe jego udo płonęło niczym polane płonącą oliwą. Z trudem złapał oddech i jęknął, ocierając nagle załzawione oczy. Dopiero po chwili dotarło do niego że jednak będzie mógł chodzić gdyż noga jest cała, ale oczywiście nie obędzie się bez potężnego siniaka.
Kto nie ryzykuje ten nic nie ma. Powinnaś przynajmniej docenić moją odwagę i chęć przełamania wielowiekowej wrogości. – jęknął w języku orków, masując nogę. Słysząc zaś słowa zaklinaczki odpowiedział po cichu w elfim.
- Zawał? Ja będę miał szczęście jak nie znajdę swojego serca na jej talerzu. – skrzywił się ponownie gdy kolejna fala bólu przeszyła jego mięśnie.
- Nie spieszcie mi tak chętnie z pomocą moi towarzysze. Widzę że nawet prawie poruszyliście się z miejsc, doceniam waszą męską solidarność. – z przekąsem rzucił w języku współnym do męskiej części drużyny siedzącej naprzeciwko.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche

Ostatnio edytowane przez Balzamoon : 31-07-2019 o 14:36. Powód: Justowanie tekstu.
Balzamoon jest offline  
Stary 24-07-2019, 12:11   #9
 
Cattus's Avatar
 
- Nie histeryzuj Ithel. Na jakoś bardzo "uciśnionego" nie wyglądasz. - Nadaar zaśmiał się szczerząc przy tym ostre zęby. - Poza tym cierp ciało coś chciało. No i gdzie twoja męska duma, żeś się tak skulił pod babskim klapsem? - Pytając nachylił się w stronę elfa rozbawiony. Jakby na potwierdzenie kolce na jego głowie poruszyły się nieznacznie i nieco nastroszyły.
 
__________________
Our sugar is Yours, friend.
Cattus jest offline  
Stary 25-07-2019, 11:40   #10
 
Rozyczka's Avatar
 
Naburmuszony grymas zszedł, a właściwie zbiegł pędem z twarzy gnoma w tym samym momencie, gdy spojrzenie obrócił ku niemu smokowiec. Gdy przysiedliście się wszyscy do stolika przy którym siedział, jegomość w berecie pobladł tak znacznie, że jego cera zaczęła przypominać barwą błękitną fryzurę. Mimo że w ścisku zrobiło się gorąco, gnom chyba marzł, bo latała mu szczęka, gdy odpowiadał na pytanie kim jest:
- Z-zilrick Noga. Ma-malarz. Ja kłopotów nie szukam - wydukał, po czym wlepił ogromne oczy w najbardziej „zwyczajnie” wyglądającego Iskara.
- Za to my szukamy… - Nadaar spojrzał poważnie na gnoma, po czym roześmiał się i dodał już ciszej. - Znaczy, szukamy kłopotów borykających lokalny szlak. Wybacz żart- przeprosił szorstkim głosem. - Bo my tu oficjalnie. Jestem paladynem i wyznawcą Chauntei. -Wskazał swój medalion. - Więc nie musisz się w mojej obecności niczego obawiać. Spokojnie, napij się. Widoki dopisują?
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Zilrick rozchmurzył się, wyszczerzył zębiska i rozsiadł wygodniej w swym miejscu. Musiał być tak skonstruowany, że drastyczne wahania nastrojów nie robiły na nim żadnego wrażenia, bo w następnej sekundzie nadął się buńczucznie i odparł:
- Widoki?! Czyś mnie pan właśnie wziął za taniego landszafciarza? Żeby było jasne. Ja nie boję się powiedzieć: chcę więcej! Wyciągam rękę po transcendencję! – Gnom walnąłby na koniec dziecinną piąstką w stół, ale właśnie wjechały nań potrawy. Gulasz i placki.
- Więc wyciągnąłeś rękę… i dostałeś po tej łapie, że taki skwaszony siedzisz? - Nadaar, nie czekając, chwycił jeden z placków i bez ceremoniałów, pożarł go w mgnieniu oka.
- Dziękujemy. Przypomnij mi jak się nazywasz dobry człowieku? - powiedział Itheliariell do karczmarza, po czym przysunął sobie placek i wylał nieco gulaszu. Sztućcami odkroił kawałek i ostrożnie spróbował. Gorące, ostre danie przypadło mu do gustu. - Bardzo dobre, bardzo. - pochwalił, odkrawając kolejny kęs. - Uchwycenie trascendencji może być trudne. Z tego co o tym wiem, potrzeba do tego iskry geniuszu… lub szaleństwa. Czasami obydwu razem. - elf zagestykulował widelcem. - Cóż więc panie Zilrick starasz się uchwycić w swoich obrazach? - dodał już nieco poważniej.
Kruggi gadki-szmatki nie interesowały. Przysłuchiwała im się jednym uchem i w końcu orczyca zatarła łapska na widok jadła… po chwili jednak uniosła brwi. Gulasz? Placki? Powoli i właściwie to nawet ostrożnie, zaczęła próbować obu potraw. Oczywiście po uprzednim wytrąbieniu niemal całego kufla piwa.
Nadaar nabrał sobie sosu do miski i zgarnął parę placków słuchając rozmowy i zerkając po reszcie karczmy.
Tymczasem gnom rozgadał się na dobre na temat swojej sztuki. Najwyraźniej obracała się ona wokół tematu czasu, czy też próby uchwycenia jego upływu na płótnie. Jego tyrada nie była zbyt spójna, jednak w końcu doszedł do pewnego meritum, a przynajmniej do tego co artysta (jak dał wam do zrozumienia) JEGO klasy robi w podrzędnej wiosze na trakcie.
- Względem tego, coś mówił pan o szaleństwie i geniuszu. Tego drugiego mam aż nadto, ale to pierwsze… - wzniósł w dramatycznym geście oczy ku powale i potrząsnął błękitną grzywą - Trzeba się czasem wspomóc, tu natura wyciąga do nas rękę. Przebyłem całą drogę aż z Phsant, żeby odebrać jak co miesiąc zapasik boskiej iskry od starej Mituliny, ale nie zjawia się. Drugi dzień. I co mogę począć?
- Mituliny, powiadasz? - spytała Anresi, nachylając się z lekka w stronę malarza. - A cóż to za osóbka? Kochanka?
A wtedy Krugga sobie bekła po nosem… i jakby rozbawiona, zerknęła to na gnoma, to na aasimarkę. Chyba słowo "kochanka" na moment zwróciło jej uwagę.
- No gadaj - ponagliła Zilricka robiąc słodką minę (oczywiście w jej przekonaniu, a tak naprawdę szczerzyła kiełki z… resztkami jadła aż w dwóch miejscach uzębienia).
- Kochanka… Hahaha - roześmiał się obmierzłe karczmarz, który właśnie podszedł by rzucić na stół dokładkę placków - Stara baba bez zębów z cyckami do kolan… Ty się Zickli czy jak tam cię zwą z Mitulinami zadawaj, to i ciebie na ten twój siny proszek przerobią. To wiedźma jest - dodał nachylając się ku białowłosej, po czym splunął, trafiając wprost pod buty Nadaara. - Ooo, przepraszam. Mityło jestem.
Nadaar tylko spojrzał na plwocinę i odsunął nogę niewzruszony.
- Aha! To wiedźmie trzeba łeb ściąć! - Orczyca walnęła pustym kuflem o stół. - Karczmarzu! Następne!
- Wiedźma, diable, ork czy demon, to wszystko też dzieci boże, nie spieszmy się z zabijaniem ich - odparła nagle zaklinaczka, ponownie się prostując i próbując nieco piwa. Zastanawiała się, czy będzie ryzykować własną rękę, jeśli spróbuje sobie nałożyć teraz porcji gulaszu… - Do tej pory nigdy tak nie zniknęła, jak mniemam?
Krugga na słowa towarzyszki zamrugała ślipiami. Przyjrzała się uważniej Anresi, po czym pokręciła łbem.
- Tak pitolisz, jakbyś się do klasztoru nadawała, a nie do przygody - powiedziała, po czym zaśmiała się, przesuwając misę gulaszu w stronę dziewczyny.
- E tam. W klasztorach mają te wszystkie śluby wstrzemięźliwości, to nie dla mnie - odparła aasimarka, zabierając się do jedzenia. - Pewno jeszcze ciszę nocną mają…
- Wiedźma, wiedźma… A jak dzieci wam chorują albo koń okuleje to do kogo? Do Mituliny oczywiście! - żachnął się Zilrick i schował twarz w dłoniach. Widać następowała kolejna zmiana jego ferii nastrojów, bo skulił się, wyglądał teraz na bardzo przygnębionego i jął skarżyć się płaczliwie - Muszę… Muszę mieć ekstrakt Mituliny. Muszę! Sam nie pójdę…
Karczmarz pogardliwie obrócił się na pięcie i odszedł, mrucząc pod nosem coś o zarazie i plugastwie. Gnom leżał twarzą na blacie i ciężko oddychał.
Nadaar spojrzał na gnoma z politowaniem.
- Mości gnomie. Skoro i tak mamy rozglądać się po okolicy, moglibyśmy zobaczyć gdzie podział się ten twój zagubiony transport. Powiedz tylko jak trafić do tej twojej zielarki, a my zajmiemy się resztą w mgnieniu oka.
Elf spojrzał na gnoma.
- Czas, upływ czasu. Zdaje mi się, że tylko jeden z elfich artystów-magów zdołał osiągnąć mistrzostwo w tym temacie. Jego dzieła sztuki były w takim samym stopniu magiczne, jak artystyczne. Mam nadzieję, że ci się powiedzie. Kontemplacja tych obrazów jest obowiązkowa dla każdego maga zajmującego się czasem - z zadumą pokiwał głową.
Jednym uchem przysłuchiwał się wymianie zdań między Kruggą, a Anresi i lekko się uśmiechnął, gdy aasimarka zaprzeczyła ślubom wstrzemięźliwości.
"Może jednak ta wyprawa będzie nieco bardziej przyjemna niż sądziłem" - pomyślał, przyglądając się uważnie zaklinaczce.
Z zamyślenia brutalnie wyrwała go paladyńska oferta.
- Spokojnie, spokojnie. Może najpierw dowiedzmy się o co w tym wszystkim chodzi? - ostudził zapędy smokowatego. Następnie zwrócił się do karczmarza.
- Gospodarzu Mityło, zechciej proszę przybliżyć nam sprawę tego "sinego proszku" o którym wspomniałeś - zwrócił się do karczmarza.
- Mitulina to wiedźma - wtrąciła białowłosa, nieco niewyraźnie, jako że ciągle jadła.
- O tym przekonamy się gdy z nią porozmawiamy - spokojnie odparł elf. - Wszystko zależy od punktu widzenia i stopnia wiedzy rozmówcy. Weźmy na przykład naszą Kruggę, zapewne jest w stanie ci powiedzieć, że według orków każdy czarujący elf to czarnoksiężnik lub czarownica i ogólnie zasługuje na natychmiastowe wbicie na pal. - uśmiechnął się krzywo do orczycy. - Dziwnym trafem nieco bardziej cywilizowane rasy tak nie myślą, ale według orczych plemion taka jest prawda. Poczekajmy zatem i nie wyciągajmy pochopnych wniosków. - Wziął do ust kolejny kawałek jedzenia i zaczął przeżuwać go z zadowoleniem.
- Nie nazwałeś tak przed chwilą naszego gospodarza? - magiczka zawiesiła na nim na chwilę brązowe spojrzenie. - Zresztą nieważne, może to i ja się przesłyszałam…
Mityło wywołany zza baru zbliżył się ponownie do stolika. Widać było, że chce gadać, ale jednocześnie boi się, więc zniżył jakoś dziwnie głos.
- U nas po wsiach wiedźmy są. I zawsze byli. Ale ostatnio to rzeczy takie się dzieją, że ino włos się na karku jeży. Dzieci się rodzą kalekie, takiemu Wojtanku na przykład. Miastowe do wsi zjeżdżają u Mituliny o zioła prosić, ale niejeden co i chorszy przyjeżdża. Magia czarna i tyle.
- W jakim znaczeniu czarna? Nieumarłych przyzywają? Ich dotyk niesie śmierć roślinom i małym zwierzętom? Klątwy rzucają co przynoszą nieszczęście i choroby? Do bogów zła się odwołują? - zażądał szczegółów elf.
- Albo może być tak, że dla prostych ludzi wszystka magia wydaje się czarna, a już z pewnością ta z lasu? Nie rozpędzasz się czasem ze szczegółami? - Nadaar wycelował w elfa nadgryzionym plackiem.
- A gdzie wszystka magia, tylko ta czorna! - obruszył się karczmarz - Witanowej kot zdechł a lubiał po lasach chodzić. Tam ło, pod lasem, gdzie Mituliny chata stoi. Lepiej żeby kto tam porządek zaprowadził… A wy to, jeśli można spytać, przejazdem w Safanjevie? Czy konkretnie?
- Nie widać? - spytała białowłosa, wskazując ręką na rozłożoną na stole broń. - My po czarną magiję. I ratowanie kotków, co to zwierząt dzikich umieją widać unikać i jeno wiedźm się muszą bać.
- No to ja z ekspertem od czornej magii spierać się nie będę. - Nadaar wskazał na karczmarza. - I jest dokładnie tak, jak moja towarzyszka gada. Więc byłbym wdzięczny za jakieś kierunki bo mi się tu znowu o obrazach czy innych transformencjach rozgadają.
- Pazury masz, to pędzla dobrze nie utrzymasz i malarstwa nie doceniasz, ale sądzę, że zawsze możesz zrobić karierę w rzeźbiarstwie - odciął się z uśmiechem elf. Znacznie poważniej zwrócił się do karczmarza. - Tak jak moi towarzysze już wspomnieli, jesteśmy tu po to, aby zbadać zdarzenia mogące mieć związek z magią i znikającymi karawanami. Zechciej zatem wskazać nam gdzie chata owej Mituliny stoi i do kogo jeszcze możemy się zwrócić po informacje. Wasza świątynia jest okazała, rezydują tam jacyś kapłani? - zapytał spokojnie.
- Toć mówię, pod lasem chata stoi, a w niej sabaty i cholera wie co. Na północ. Może was kto z miasta przysłał? Śmy się naprosić nie mogli, ale wreszcie może i spokój zrobicie. No, to na koszt Cebuli, jeszcze po jednym dla panów bohaterów - Mityło skłonił się uniżenie i uśmiechnął do pań, jakby chciał załagodzić pominięcie ich w gronie bohaterów… i miał szczęście, bo Krugga w jego stronę już wstawała od stołu, chcąc chyba przylać, że tak długo na piwo czekać musi. Spojrzała więc jedynie na karczmarza spode łba, po czym usadowiła ponownie dupsko gdzie wcześniej…
- To ruszamy już, za kwadrans, czy jak? - Spojrzała po towarzystwie, perfidnie grzebiąc małym pazurem w uzębieniu.
- Najpierw dowiedzmy się czy są jacyś miejscowi kapłani i co oni sądzą o “wiedźmie” i czynionej przez nią magii. - Elf podniósł kubek do ust i się skrzywił. Wypowiedział cicho kilka słów i uczynił drobny gest, kubek od razu pokrył się rosą, jakby zawierał bardzo zimne piwo. Czarodziej z uśmiechem upił łyk i westchnął z ukontentowaniem.
- Chętnie odwiedziłbym najpierw świątynię - wtrącił Iskar, dotychczas zajęty swoim gulaszem z plackami. O dziwo, nawet mu posmakował. Zainteresował go zdecydowanie bardziej, niż dyskusja z nieudanym artystą i bezzębnym karczmarzem. - Bo wina to raczej się nie doczekam… - dodał, wycierając usta haftowaną chustką, po czym wstał od stołu i udał się w stronę drzwi.
- Poczekaj chwilę. Daj spokojnie zjeść i pójdziemy razem. Przyłączycie się, nieprawdaż? - zwrócił się do reszty drużyny i przyspieszył jedzenie w szybkim tempie pochłaniając całkiem pokaźny placek. Gdzie się w tym elfim chudzielcu to zmieściło, ciężko jest powiedzieć.
- I tak miałam zwiedzić świątynię. Śluby ślubami, cisza nocna ciszą nocną, ale chóry podobno mają piękne. Może nawet trafimy na kogoś, kto nam chociaż powie, po ilu milach zejść ze ścieżki, coby do domku dotrzeć? Chyba że zechcesz nas tam poprowadzić, o artysto - rzekła Anresi, zakończywszy posiłek i przyglądając się z pewną zazdrością elfowi.
Schłodzić piwo w kuflu! I zostawić go w jednym kawałku, zamiast przerobić go na proszek! Jakże to?”
Dopiła kolejny łyk, który to jednak już jej nie smakował tak bardzo.
 

Ostatnio edytowane przez Rozyczka : 25-07-2019 o 12:33.
Rozyczka jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168