Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-08-2010, 14:04   #1
 
Bothari's Avatar
 
[Monastyr, 18+] Niech żyje bal

<ilustracje w najbliższym czasie>

Pogoda w Kindle nie była najlepsza. Uprzykrzająca życie mżawka pchana delikatną bryzą od morza wpełzała za kołnierze płaszczy, plątała się we fryzurach pań i fruwała pod sukniami na stelażach. Buty z pluskiem uderzały o kocie łby i trzeba było dużej staranności, by się nie poślizgnąć. Szczególnie w balowych pantofelkach. Oczywiście, wielkie damy nie musiały przejmować się nadto - zawsze miały pod ręką i powóz i kawalera, który mógł doń podprowadzić, trzymając przy tym parasol. Gorzej rzecz miała się z uboższą szlachtą wracającą z balu piechotą. Tu już można było zauważyć nieszczęśliwe wywrotki czy paniczne (czy też śmieszne w mniemaniu lokatorów powozów) wymachiwanie ramionami. Służba z uporem godnym lepszej sprawy, próbowała osłonić swoich chlebodawców a i zdarzały się niestosowne utarczki o miejskie dorożki. Najlepiej mieli mieszczanie, spokojnie schronieni za szybami kamienic i domów.

Wśród szlachty powszechne jednak było mniemanie, że warto było dla tego balu zmoknąć, a humor dopisywał niemal wszystkim. Bezpieczni i susi mieszczanie nie widzieli wspaniałej kreacji królowej, popisów orkiestry i zespołu baletowego. Nie słyszeli występów artystów z opery. Nie mogli oglądać doskonałych obrazów pędzla Senivila ani rzeźb Olertasa, zakupionych przez królową specjalnie na tą okazję. Nie mogli popróbować najlepszych Farhadzkiego wina, gordyjskich grzybów kalu w sałacie czy lodowych deserów prosto z Kordu. No i najważniejsze ... nie mogli bawić z najlepsza szlachtą w całym Dominium, nie mogli zamienić kilku słów z hrabią Grememi. Nie mogli poznać ostatnich nowinek z ust baronówny Bleush i porwać jej do tańca. Stracili tak wiele, a zyskali tylko możliwość przebywania we własnym domu.

Zaproszenia na takie wydarzenie były od pół roku największym skarbem. Nawet tytuł barona nie dawał pewności, co do własnej obecności a i wielu hrabiowskich rodzin obeszło się smakiem. Na uroczystości zabrakło księcia Ohmera, co stanowiło już jedną z najważniejszych sensacji przed balem. Trzeba było mieć koneksje, pieniądze, pozycję, honor, ród ... Słowem: “aż dziw, że tyle osób wracało pieszo”. Taki stan rzeczy wynikał z osoby królewskiej przyjaciółki i doradczyni, hrabiny Santezu. To ona wybierała kogo warto, a kogo nie warto zapraszać, a że grono niezbyt bogatych, ale wiernych królowej znajomych miała obszerne ... to uhonorowała obecnością co poniektórych i zyskała ogromne grono popleczników i kilku żarliwych wrogów.

Starsi bawili się rozmową, młodsi tańcem i ukradkowymi spotkaniami i skradzionymi w oszałamiających komnatach, nieśmiałymi pocałunkami. Zabawa z kotylionami pozwoliła poznać zupełnie niespodziewane osoby. Karneciki pięknych dam zapełniły się nazwiskami najświetniejszych kawalerów. Nawet sam pięćdziesięcioletni hrabia Mure, znany z niechęci do tańca, zaszczycił kilka młodych panien i (o zgrozo) baronową Totufe.

Wszyscy natomiast czekali na północ i na wyjaśnienie powodu zorganizowania tego balu! Mówił się przecież szeptem o królewskich zaręczynach ... Sami jednak wiecie, co powiedziała królowa ... Tak. Warto było być na balu. Niezależnie od pogody.

* * *

Feresa


J. W. hr. Feresa Denery z domu Sherazai
dwór Denery pod Toskarem

Jaśnie Wielmożna Pani,
Ośmielam się napisać ten list i przesłać załączony doń bilecik, nie wiedziony nagłym młodzieńczym impulsem, a po głębokim namyśle - bardziej przystojącym mojemu wiekowi i Pani godności. Mam nadzieję, że wybaczysz mi Pani tą nadzwyczajną śmiałość i przyjmiesz zaproszenie z rąk nieznanego Ci mężczyzny. Liczę, że moja reputacja, ród i honor wystarczą za rękojmię uczciwych zamiarów.

Bal, który odbędzie się już za tydzień, jest organizowany na cześć Jej Królewskiej Mości Claire Lermont II, jednak tylko osoby z najbliższego otoczenia królowej wiedzą, z jakiego powodu konkretnie. Podejrzewa się, iż królowa ogłosi je o północy. Nie będę w tym piśmie przekazywał nieprzystojnych plotek, gdyż wierzę, że takiej klasy informację bez trudu zdobędziesz Pani sama.

Na Twoje ręce przekazuję także karnet z czterdziestoma dziewięcioma tańcami, by mogła pani zebrać w nim podpisy najwspanialszych kawalerów. Nie śmiem prosić Pani o honor poświęcenia mi pierwszego swojego tańca, ale w sprawie trzeciego już się nie zawaham. Byłbym zaszczycony mogąc zatańczyć z Panią “Da Terenro Waltz”. To dałoby nam okazję do rozmowy, o którą w innych okolicznościach może być trudno.

Ten przepiękny biały motyl na płótnie, to kotylion dla Pani. Hrabina Anny Santezu, która pociąga za wszystkie sznurki, uznała że w tym roku każdy ma kotylion przygotować sobie sam, by pasował do stroju. Wprowadziła na balu jeszcze jedną zasadę - nikomu nie wolno zdjąć maseczki, póki nie stanie przed królową z osobą z identycznym kotylionem. Wybacz mi Pani, ale nie mam pojęcia komu przydzielono drugiego Białego Motyla. Wierzę, że będzie to osoba godna Pani uwagi.

Zdaję sobie sprawę, że tydzień czasu to niezmiernie mało na przygotowania do takiego wydarzenia. Być może zbyt późno podjąłem starania, by zdobyć dla Pani zaproszenie i nie przeczuwałem, że będzie to takim wyzwaniem. Liczę, że przybędziesz Pani mimo to i nie zagniewana na moją skromną osobę. Jeżeli będą nurtowały Cię Pani jakiekolwiek pytania i wbrew moim przypuszczeniom znajdziesz czas na wizytę u mnie - proszę o informację o niej na dzień wcześniej, gdyż i mój kalendarz jest teraz niezmiernie wypełniony i zapewne będę musiał odwołać jakieś spotkanie.

Z wyrazami szacunku
hrabia Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14

List od człowieka, który jest chyba najdostojniejszym przedstawicielem rządzącego Cynazją stronnictwa - salonu markizy de Thulley. Od człowieka, który zapewne stał za objęciem przez Claire tronu pół roku temu. Takim zaproszeniom się nie odmawia. Nie w tej sytuacji.

* * *

Inez

J. W. br. Inez de Chavaz y Daae
Kindle, Akademia Umiejętności

Jaśnie Wielmożna Pani,
Pragnę przekazać na Pani ręce, jako znakomitej przedstawicielce Cynazyjskiej nauki, drobne bibelociki dołączone do niniejszego listu. Są to:

- Po pierwsze i przede wszystkim - zaproszenie na bal organizowany ku czci Jej Królewskiej mości Claire Lermont II, który odbędzie się za tydzień w pałacu królewskim.

- Po wtóre - karnet z czterdziestoma dziewięcioma tańcami. Tu proszę Pani byś swobodnie gospodarowała czterdziestoma ośmioma. Chciałbym byś uczyniła mi Pani zaszczyt podarowania mi piątego numeru - “Al Amigacio”. Mam nadzieję, że podołam Pani kunsztowi w tym nordyjskim tańcu.

- Po trzecie - płócienny rysunek Zielonej Kałamarnicy. Hrabina Anny Santezu, która organizuje ów bal, raczyła przydzielić Pani właśnie taki kotylion. Prosiła również bym przekazał, iż do momentu odnalezienia drugiej osoby z kotylionem - na balu obowiązuje maseczka.

Wiem, że tydzień to bardzo mało czasu, by odpowiednio przygotować się do takiego wydarzenia. Szczególnie, gdy ciążą uczelniane obowiązki. Gdybyś jednak Pani znalazła czas i zechciała mnie odwiedzić - proszę o wiadomość na dzień wcześniej.

Z wyrazami najwyższego uznania
hrabia Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14


List od człowieka, który przeznacza co roku dziesięć tysięcy kordinów tylko na wydział historyczny Akademi Umiejętności i nie wiadomo ile na pozostałe wydziały. Takiej osobie odmówić nie podobna ...

* * *

Isabell

J. W. br. Isabell de Vicconi z domu de Maintenon
Dwór Vicconi pod Lorvil

Jaśnie Wielmożna Pani,
choć zapewne nie zdajesz sobie z tego sprawy, Twoje prace oglądane są daleko szerzej niźli tylko w ustroni pracowni. Nieznane są mi powody takiego ukrywania się z talentem, jednak zaryzykuję i prześlę wraz z tym listem zaproszenie dla Pani i tylko Pani na bal ku czci Jej Królewskiej Mości Claire Lermont II. Wybacz Pani, że tak wyraźnie zaznaczam iż Twój małżonek nań przybyć nie może. Jego przynależność do pewnego salonu, który nie jest miły Jej Królewskiej Mości - uniemożliwia to. Nie sądź też Pani, że jest to jakiś podstęp, który miałby godzić w Twoja cześć, honor czy dobre imię. Uważam, że możesz pokazać ten list Panu Baronowi a zrozumie on i wytłumaczy wszelkie niuanse a także jak sądzę - poręczy za mnie sam. Moje zaproszenie jest tylko i wyłącznie staraniem o wydobycie na światło dzienne osoby artystki i jej dzieł.

Wraz z listem i zaproszeniem przesyłam Pani wzór kotylionu - niebieska mysz. Zapewne wiele osób miałoby problem z pleceniem takiego elementu w swój strój, o Panią jednak nie boję się w tej materii. Dodam, że do momentu odnalezienia i przedstawienia Jej Królewskiej Mości osoby z drugim identycznym kotylionem, na balu należy nosić maskę.

Załączam także karnet z czterdziestoma dziewięcioma tańcami byś mogła Pani nie obawiając się woli małżonka, zatańczyć z przystojnymi kawalerami. Choć mi osobiście daleko do nazwania się takim mianem, ośmielam się prosić, byś zarezerwowała dla mnie Pani szczęśliwą siódemkę, czyli “Eltarie”. Matrańskie tańce zawsze mnie fascynowały.

Hrabina Anna Santezu, organizatorka tego balu, prosiła bym przekazał od niej jeszcze jedną prośbę, którą liczę, że spełnisz Pani. Chciała by ona w w sali Zielonej w Pałacu Królewskim wywiesić kilkanaście twoich dzieł. Prosi o dostarczenie ich do pałacu najpóźniej na dzień przed balem. Dodam, że mogę udostępnić “Rozmowę przy ruczaju”, oraz “Pień”, które znajdują się w mojej kolekcji.

Pomimo, ze zdaję sobie sprawę iż przygotowania do takiego wydarzenia są bardzo czasochłonne, na wszelki wypadek zaznaczę - gdybyś pragnęła Pani odwiedzić mnie i dowiedzieć się więcej, proszę o informację o tym na dzień wcześniej.

Z wyrazami szczerego podziwu
hrabia Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14


List od człowieka, który jest jednym z największych w Kindle mecenasów sztuki. Odmówić byłoby skrajną głupotą.

* * *

Jougern


kapitan Jougern Grell
Kindle, Akademia Umiejętności

Panie Oficerze
Mam zaszczyt przekazać na pana ręce zaproszenie na bal u Jej Królewskiej Mości Claire Lermont II, który odbędzie się już za tydzień. Do tego bileciku załączam samo zaproszenia, oraz złotego lwa - kotylion który winien przypiąć Pan do stroju. Dodam, że z polecenia hrabiny Anny Santezu, nikt kto wcześniej nie przedstawi się Jej Wysokości z osoba z identycznym kotylionem, nie ma prawa do zdjęcia maseczki. Liczę, że uświetni Pan są obecnością naszą uroczystość.

Ze szczerą sympatią
hrabia Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14


List od szczerego i przyjaznego człowieka, który uczynił tak znaczący fawor. Odmówić, byłoby dyshonorem.

* * *

W Kindle trwało szaleństwo. Krawcy mieli pełne ręce roboty. Tak jak szewcy, jubilerzy i wielu wielu innych. Dorożki na dzień balu dawno już były po rezerwowane. Jak więc czworo świeżo zaproszonych gości przygotuje się do takiego wydarzenia?
 
Bothari jest offline  
Stary 23-08-2010, 14:12   #2
 
Ghash's Avatar
 
O tej porze dnia i roku można ją było spotkać jedynie w ogrodach. Przechadzała się wysypanymi pokruszonym marmurem alejkami, pomiędzy drzewami, w którym pachniało lawendą. W domowej sukni i z włosami upiętymi starannie, ale nie pedantycznie, czytała, sama sobie na głos, by wciąż mieć pewność, że głos się nie łamie i nie brakuje oddechu. Zatrzymała się na chwilę i poprawiła kosmyk jasnych włosów. Zawróciła i czytała dalej. Było tak spokojnie tego popołudnia późnej jesieni. A to miejsce było jej małą enklawą czasów, które nigdy nie powrócą. Mało komu wybaczyłaby wtargnięcie w tą przestrzeń akurat teraz.
Nie westchnęła nawet, gdy kątem oka zobaczyła stojącego z boku alejki mężczyznę. Nie zatrzymała się, ale zaznaczyła miejsce, gdzie skończyła czytać, zamknęła książkę i ruchem dłoni pozwoliła do siebie dołączyć. Dopiero, gdy mężczyzna zrównał się z hrabiną można było dostrzec jak są do siebie podobni. Oboje odziedziczyli łagodne rysy twarzy po matce, chociaż ona miała nieco drobniejszy nos, a on ciemniejsze włosy, lecz oboje patrzyli na świat szaroniebieskimi oczami. Mało osób podejrzewało, że hrabina jest starsza od brata. Potrafiła o siebie zadbać, a doryjskie niebo widocznie służyło urodzie.
- Pani siostro – odezwał się matrańczyk. – Nie przeszkadzałbym, gdybym nie uznał, że sprawa jest, może nie pilna, ale interesująca.
Podał hrabinie kopertę oraz nożyk, ta skinęła głową i otworzyła list, zaczęła czytać, więc zwolnił nieco tempo, by być kilka kroków za siostrą.
Dopiero po dłuższej chwili przystanęła i odwróciła się, widział jak starannie chowa z powrotem wiadomość. Przeszła obok brata i skinęła dłonią, by do niej dołączył. Szła dalej ze wzrokiem wbitym przed siebie. Musiała przyznać, że treść, jak i to od kogo go otrzymała, zaskoczyło ją i zaniepokoiło. Kim był hrabia wiedział każdy, ale czego oczekiwał? Po co miałby wyciągać ją, jak starą suknie ze skrzyni.
- Będę miała do ciebie kilka próśb Veanerysie – mówiła powoli i spokojnie, leniwie wręcz.
A jeżeli właśnie wiek był tutaj kluczowy, jeżeli jakaś sprawa, szczegół z dawnych lat, nagle stał się istotny? Zdarzenie, osoba?
- Przekaż proszę Shiriji, żeby udała się do Toskaru – kontynuowała skręcając w boczną alejkę.
Ale przecież w Cynazji nie brakuje osób lepiej od niej zorientowanych i lepiej pamiętających tamte czasy. Ona sama było tam jeszcze przed ślubem, krótko. Ot żeby nabrać ogłady, a później z Cynazją utrzymywała raczej bierny kontakt.
- Niech uda się do szanownego Kolera i omówi z nim krój sukni dla mnie na cynazyjski bal.
Jej zaplecze już dawno przeniosło się do Kordu i Dorii. Może zatem chodziło właśnie o brak powiązań? Rola bezstronnego świadka i arbitra?
- Przekaż jej, że moim kotylionem jest biały motyl i na balu obowiązuje maska.
Jeżeli tak, to w czyim konflikcie? Hrabia wysyłał zaproszenia, ale przecież bez zgody i błogosławieństwa Anny Santezu niewiele by zdziałał, skoro to właśnie ona pociąga za wszystkie sznurki.
- Powiedz jej, że ma dziewięćset kordinów i pięć dni.
Pozostawało jeszcze pytanie, czy była jedyną taką osobą? Jeżeli nie, to według jakiego klucza, byli dobierani pozostali.
- Przygotuj również dokumenty na zastaw o wartości pięciuset kordinów.
Oraz kto ją polecił? Ktoś z Matry? Raczej mało prawdopodobne, skoro od kilku miesięcy nie otrzymała żadnej wiadomości, a przecież zostałaby poinformowana, a raczej poinstruowana.
- Prosiłabym również byś sprowadził malarza, o ile dobrze pamiętam to Vigo Leren jest fachowcem – zrobiła krótką pauzę, ale nie czekała na odpowiedź Veanerysa, on dobrze wiedział, że jej nie oczekiwała. – Trzeba odświeżyć powóz.
Zatem był to ktoś z zewnątrz. Zastanawiała się nad kilkoma nazwiskami, ale nadal były to domysły, a w tych nie warto się gubić. Zatrzymała się i odwróciła się do brata.
- W razie jakikolwiek problemów, czy pytań, nie bój się mi przeszkadzać.
Veanerys skinął głową i o nic nie zapytał. W końcu kiedy matranka kazała, matrańczyk mógł jedynie słuchać.

Jeszcze tego samego dnia napisała list do hrabiego.

J. W. hr. Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14



Jaśnie Wielmożny Panie,
List Twój i to niezwykłe zaproszenie wprawiły mnie w niemałe zakłopotanie, jak również sprawiły radość. Widać jest w Dominium ktoś, kto mnie ciepło wspomina. Jednakże powód wybrania mojej osoby pozostaje dla mnie, mimo starań, wciąż nieodgadniony. Szczęśliwie minęły dla mnie czasy, gdy ciekawość nie pozwala zmrużyć oczu, tak więc z pytaniami poczekam do trzeciego tańca.
Słusznie Panie zauważyłeś, że czasu mi nie starczy, w tym nawale spraw, które przyszły wraz z Twoim prezentem, by spotkać się wcześniej. Nie mam też zamiaru odrywać Cię Panie od spraw najpewniej ważniejszych. Ośmielam się jedynie prosić o radę. Sporo czasu minęło, od kiedy ostatni raz gościłam w stolicy kultury i nauki, wiele mogło się zmienić. Czy zajazd „Pod Złotą Brzozą” wciąż słynie ze swojego spokoju, czy w ogóle istnieje? Gdybym była młodsza pewnie nie zastanawiając się rzuciła się wir szaleńczej przygody, jednakże teraz wolałabym wiedzieć, dokąd skierować swoje kroki.
Liczę niezmiernie na Twoją Panie opinię i pomoc.

Z wyrazami szacunku
Hrabina Feresa Sherazai z domu Denery
dwór Denery pod Toskarem


Otrzymała grzeczną odpowiedź o zarezerwowaniu pokoju „Pod Złotą Brzozą”, na nic więcej nie liczyła, ale przynajmniej kolejny problem z głowy. Zastanawiała się tylko, czy kwota, jąką postanowiła przeznaczyć na suknie nie była przypadkiem za mała. W końcu miał być to bal u królowej w Cynazji, z drugiej jednak strony ufała Shiriji. Ta dziewczyna potrafiła naprawdę zdziałać cuda, jeżeli chodzi o kreacje. Dlatego nawet nie zapytała o jej pomysły, cierpliwie czekała. Już pierwsze przymiarki sprawiły, że Shirija została nagrodzona uśmiechem i aprobującym skinięciem głowy, co ucieszyło ją niezmiernie. Jednakże dopiero oklaski hrabiny po tym, jak zobaczyła maskę balową, sprawiły że dziewczyna spłoniła się z wdzięczności.
Nie olśni wszystkich, ale na pewno nie będzie miała się czego wstydzić.

*******
W Cynazji można się było czuć wiecznie młodym, wiecznie pragnącym brać udział w największych wydarzeniach. Nowa kreacja, nowa plotka były takie cenne. Ulotny ten kraj i dzięki temu taki pociągający. Tutaj nic nie mogło się zdarzyć dwa razy. Czuła się trochę nie na miejscu. Jak za mała i za chuda świeca w wielkim świeczniku, co nie oznacza, że miała zamiar się chociażby przechylić. Możliwe, że dano jej drugą szansę na odzyskanie dumy i godności, na odzyskanie siebie. Nie miała zamiaru z tego rezygnować.

********
Do pałacu przybyła na kilka minut po tym jak zegar wybił dwudziestą, jej wejście niewielu zainteresowało, bo i dlaczego miałoby tak być? Nie była tutaj znana, a może właśnie dlatego kilka głów odwróciło się z zaciekawieniem i patrzyło jak spokojnie schodzi po schodach, a może była to zasługa sukni, niebieskiej, fularowej z białym ornamentem i srebrnymi obszyciami.

A może kotylionu – motyla z białej żorżety, który przysłaniał czoło i policzki, odejmował lat i czynił skórę jeszcze bledszą. Może kilka kobiet zwróciło uwagę na niemalże brak biżuterii? Ot srebrny grzebień wpięty we włosy, w uszach zaledwie drobne perły i na szyi łańcuszek z jeszcze jedną. Jeszcze na masce kilka błękitnych kamieni. Hrabina nie potrzebowała błyskotek, bo jak mawiał jej małżonek, sama była diamentem.
 

Ostatnio edytowane przez Ghash : 05-04-2011 o 16:59.
Ghash jest offline  
Stary 23-08-2010, 14:31   #3
 
szarotka's Avatar
 
Pokierowano go z zegarmistrzowską precyzją. Było to bardzo na rękę, wszak spieszył się niepomiernie. Przemierzając długimi krokami korytarze Cynazyjskiej Akademii Umiejętności, nienagannie wyglądający młodzieniec w liberii Domu Berlay prędko znalazł się w skrzydle sławnego Wydziału Historycznego i trafił do biblioteki wydziałowej o imponujących rozmiarach. Dama, której poszukiwał, znajdowała się - jak mu wyjaśniono - w jednym z przylegających do biblioteki obszernych gabinetów naukowych. Ten, do którego skierowano posłańca, należał do największych i najlepiej oświetlonych - całą północną ścianę stanowiły wielkie, łukowe okna sięgające niemal sufitu. Na znakomitej większości stołów, regałów i półek leżały zwoje, woluminy, fragmenty jakichś tablic, mapy i materiały kreślarskie oraz piśmiennicze - wszystko pozornie bez ładu i opieki, tak iż salon sprawiał wrażenie ogarniętego kampanią wojenną. Dwóch naukowców usiłowało poskromić ten gąszcz, poszukując czegoś w papierach, inna para dyskutowała o czymś z zaangażowaniem, jeszcze inni w skupieniu notowali coś w grubych kajetach. Kobiet było tu tylko dwie, toteż młodzieniec bez trudu zidentyfikował adresatkę listu, który mu powierzono.
Stała tyłem do sali, przy oknie, opierając arkusz cienkiego pergaminu o szybę tak, by przebijało przez niego światło słoneczne i porównywała rzędy pokrywających go pokracznych znaczków z innymi, z drugiej karty. Jednocześnie tłumaczyła coś stojącemu obok mężczyźnie, o wyglądzie dobrotliwego staruszka, przyglądającemu się jej pracy. Posłaniec zbliżył się do nich swoimi długimi susami, licząc że od razu zostanie dostrzeżony. Nie został.
- ...zobacz, to słowo w połączeniu z tym znakiem - kobieta wiodła palcem po pergaminie w ślad za swym wywodem - oznacza ‘rozpoczęto’, albo ‘początek’. Ale kopiści popełnili błąd, na oryginalnych tablicach jest zapisane słowo czasu dokonanego, oznaczające zarówno rozpoczęcie jak i zakończenie czegoś. Jednorazowy akt twórczy. Pozornie tłumaczenia są takie same - nałożyła na pergamin rozłożony na szybie drugą kartę, podobną, tak by idealnie się pokrywały - Ale widzisz ten wyraz tutaj? W waszej kopii brak tej kreski, a to zmienia sens zdania. Chcesz czegoś chłopcze?
Młodzieniec zamrugał, bo dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ostatnie zdanie wygłoszono pod jego adresem, a kobieta nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Ukłonił się zmieszany.
- Moja Pani, list od hrabiego Artura Berlay, dla Wielmożnej Pani.
Tym razem spojrzeli na niego oboje, przy czym kobieta z cieniem zakłopotania, zaś mężczyzna - z zaskoczeniem.
- Proszę wybaczyć, myślałam, że to kolejny student - oznajmiła, odbierając list, ale bez najmniejszego poczucia winy w głosie. Sługa skłonił się ponownie, tym razem bardzo nieznacznie, na znak że przyjmuje wyjaśnienie. Trochę inaczej wyobrażał sobie baronową nordyjskiej krwi. Może nie tak z zachowania, jak z wyglądu. Ciemnooka niewiasta była bardzo szczupła i niezbyt wysoka. Chyba jedynie jej twarz zachowała rysy typowej Nordyjki - pociągła i blada z natury, o wysokich kościach policzkowych. Większość długich, kręconych włosów próbowano upiąć w jakąś modną fryzurę, ale i tak część z nich wyzwoliła się z jarzma spinek, opadając na plecy i wąski kołnierz czarnej kamizeli ze srebrnymi guzikami. Wraz z długą spódnicą bez żadnych ozdób, strój ten tworzył obraz bardziej kojarzony z surowym urzędnikiem, niż uczoną arystokratką.
Tym bardziej w chwili obecnej, gdy krytycznie spoglądała to na list, to na sługę na zmianę, jak gdyby mogła sprawdzić w ten sposób, czy faktycznie sam hrabia był nadawcą.
- Berlay? - powtórzyła w przestrzeń, zamyślona - Dziękuję, możesz już iść.
- Nie otworzysz? - zapytał starszy pan, gdy tylko drzwi na powrót się zamknęły. Jego koleżanka beztrosko zabierała się do dalszej pracy.
- Teraz? A jeśli to list miłosny to co, mam czytać na głos? - rzuciła ku mężczyźnie ciemnym okiem z zaczepnym uśmieszkiem. Profesor Bernardo Terez należał jednak do ludzi, którzy niemal nie posiadali poczucia humoru, o czym często zapominała.
- List miłosny dostałabyś wsunięty pod drzwi - oznajmił rzeczowo - Skoro sam hrabia Berlay pisze właśnie do ciebie, to widać jest to coś istotnego. Tłumaczenia nie odfruną.
Dziewczyna westchnęła i ruszyła w stronę ław i stołów. Zdawała sobie sprawę z powodu, dlaczego Bernardo tak trząsł się nad tym listem. Hrabia rokrocznie łożył wielkie sumy na wydział z bliżej nikomu nie znanego kaprysu, ale uczeni starali się robić wszystko by kapryśność szanownego Berlaya nie zmalała. Ale dlaczego to ona jest adresatką? Może nastąpiła pomyłka?

Pismo było zwięzłe i konkretne, tak jak lubiła, lecz nie sugerowało niestety żadnej innej osoby, niż baronowa Chavaz y Daae. Inez wpatrywała się w ostro zakończone litery, w kotylion i karnet wzrokiem osoby, która właśnie przypomina sobie, jak wygląda normalny alfabet. Pracowała nad tłumaczeniem kopii tablic z Santii od ośmiu godzin bez przerwy i jej umysł z trudem przestawiał się na normalny tryb funkcjonowania.
Bal? Bal u królowej? Ja?
Ostatni (i jedyny) raz była na balu, mając 16 lat i trudno nawet orzec, czy był to naprawdę bal. Wprawdzie dorastała z wieloma pannami w jej wieku, od których uczyła się wszystkiego, co potrzebne by zabłysnąć w towarzystwie (po części edukował ją również wuj Cornelio), ale brakowało jej matki, wprowadzającej w bardziej subtelny i pełen niedomówień świat kobiet, w którym należało być niezwykłą aktorką i pilną obserwatorką, by wygrać życie.
Ostatecznie można było udać się po porady do ciotki Anabel, z którą od roku Inez mieszkała w pięknej kamienicy, ale stara dama lubiła rozwodzić się na temat własnej (starożytnej chyba) młodości, dowodząc nieodmiennie, że świat wcale nie ruszył z miejsca od tamtej pory i każdy bal wyglądać będzie tak samo.
Drugim problemem jawiła się kwestia tańców. Wszak dziewczyna znała tylko kilka i to tych najbardziej popularnych. W Nordii była może z osiem lat i miała dużo ciekawsze zajęcia, niż zabawy, więc skąd miała znać taniec, którego zażyczył sobie pan Berlay? I skąd weźmie sukienkę? I całą resztę? W tydzień? Właściwie to nawet nie zastanawiała się, czego dokładnie będzie potrzebować. Przecież i tak nie miała na to dość pieniędzy ani czasu. Przeklęty hrabia musiał o tym wiedzieć; czyżby zamierzył ten afront? Do czegokolwiek była mu potrzebna, dał jej odczuć, że to czysta konieczność przypartego do muru nakazała uczynić gest i wysłać zaproszenie. Świadczył o tym chociażby ten tragiczny kotylion. Dopasować coś takiego do stroju graniczyło z cudem.
Wpisując nazwisko Artura Berlaya do karnetu, każda cząstka Inez wołała głośno: nie idź tam. Lecz wiedziała, że odmówić nie może. Zniszczyło by to nie tylko powagę jej rodu, ale i stanowiska w Akademii. Poza tym zamierzała poznać powody szaleństwa, dla którego miała pokazać się na królewskim balu, i postawić jaśnie panu hrabiemu parę warunków, jeśli o cokolwiek zechce poprosić.
- Dobre wieści, Inez? - profesor Bernardo, widząc że składa list, zdecydował się w końcu podejść.
- I tak i nie, Bernardzie. Ale nie martw się, nic ze szkodą dla wydziału.
Podniosła się z energią właściwą nordyjczykom, aż zgrzytnęło krzesło. Koledzy naukowcy przyzwyczaili się trochę do tej mieszanki lawy i deszczu, która z nimi pracowała i przestali reagować nerwowo. Profesor był jednak na to trochę za stary.
- Stało się coś, tak?
- Nie Bernardzie. Będę na dniach po prostu nieco zajęta. Zajmij się tu wszystkim, dobrze? Muszę po prostu przez tydzień pobyć kobietą.
Mężczyzna odprowadził wzrokiem najmłodszą członkinię zespołu badawczego, której talent odkrył kilka lat temu. I mimo iż o kobietach twierdził, że wie dużo, o tej jednej nadal nie wiedział nic, co pomogłoby mu ją zrozumieć.

Jechała na bal. Nad Kindle nadciągały ciężkie burzowe chmury i to bynajmniej nie w sensie alegorycznym. Jednak Inez nie zastanawiała się nad rychłą ulewą. Przebiegała myślami ostatnich kilka dni, nadal dziwiąc się, jakim cudem podołała tym wszystkim przygotowaniom w skromnie wydzielonym czasie. Cóż, na pewno największe zasługi należało przypisać podstarzałej ciotce Anabel - a właściwie baronowej Anabel Saviny Vermond z domu Daae - która dzięki swoim znajomościom, wpływom oraz dzięki swemu cynazyjskiemu małżonkowi (który wszak był właścicielem okazałej kamienicy na wyspie Rodmont w Kindle i mniejszej, na wyspie Gorida), zdobyła czas kilku dobrych krawcowych i szewców, a także udostępniła swoje służki, biżuterię (najskromniejszą jaką miała, ale nie uchodziło narzekać), oraz powóz.
Oczywiście z początku, gdy tylko do madame Vermond dotarła nowina, iż jej protegowana została zaproszona na bal królewski, starszej pani o mało szlag nie trafił z zazdrości o taki fawor. Szybko jednak ujrzała w tym jakąś korzyść dla nazwiska Daae, a także poczuła się w obowiązku dbać o dobre imię swego Domu i tym samym nie pozwolić, by młoda (bo zaledwie trzydziestoletnia) dama z jej linii rodowej przyniosła powody do wstydu.
Nie omieszkała jakowoż przy tym sięgnąć po oszczędności Inez, by pokryć część kosztów. Resztę należności (bo wszak stara baronowa nie uważała się za bezinteresownego darczyńcę) dziewczyna miała spłacić w walucie, którą Anabel ceniła u niej najwyżej. Być może trzeba było odmówić; Inez nie chciała odkopywać dawnej wiedzy, z obawy, że to co zaczęła, było bardzo... niewłaściwe. Ale ciotka, Nordyjka przesiąknięta już do szpiku kości cynazyjską dwulicowością, gościła ją u siebie tylko z tego jednego powodu i wcześniej czy później musiała znaleźć pretekst, by sięgnąć po swoją nagrodę.
Każdy z nas pragnie wybawienia; pomyślała Inez, patrząc przez okienko powozu na ruchliwą ulicę; A madame Vermond bardziej niż ktokolwiek
Była zmęczona. Całotygodniowe bieganie na przymiarki do krawcowych i szewców, debaty nad kolorami i krojami, lekcje tańca (codzienne trzygodzinne tortury), oraz wszystkie te babskie zabiegi, od których (przynajmniej na taką skalę) odzwyczaiła się przez dziesięć lat, wyczerpały ją bardziej niż uczyniłaby to cała doba wykładów bez przerwy. Tak naprawdę Akademia była jej wytchnieniem i po dniu spędzonym w powozie na przemieszczaniu się po całym Kindle, z ulgą witała chłodne mury uczelni i swoje zapisane notatki. Przesiadywała nad nimi całe wieczory ku niezadowoleniu ciotki. Dopiero na dzień przed balem wyperswadowano Inez prace naukowe i sztab służących zajął się jej urodą. Dziewczyna sceptycznie zakładała, że po takim tygodniu zaśnie na balu na pierwszym krześle, na którym poważy się spocząć. Na razie jakowoż cicha ekscytacja rozwiewała myśli o śnie, bowiem właśnie minęła drugi most katedralny i wjeżdżała na wyspę pałacową. Tutaj ulice były już bardzo zatłoczone i wydawało się, że wszelkie pojazdy kołowe zmierzają w jednym kierunku. Na bal.

Powóz zatrzymał się na podjeździe po odczekaniu paru chwil w kolejce. Drugi stangret rozłożył metalowy schodek i otworzył drzwiczki, wysuwając usłużnie dłoń, by pomóc pasażerce godnie wysiąść. Dama, która stanęła przed szerokimi schodami pałacowymi, rozejrzała się z rezerwą i wprawny obserwator mógłby stwierdzić, że właśnie się zawahała. Ale może to tylko złudzenie, bo zaraz ruszyła niespiesznie przed siebie w asyście skromnie odzianej służki. Wydawać się mogło, że panie te bywały na takich balach wiele razy i czują się na terenie pałacu jak u siebie.
W rzeczywistości Inez była spięta wewnętrznie aż do bólu. I o ile umiała panować nad twarzą i ruchami, tak ze supłem stresu w żołądku nie radziła sobie równie dobrze. Zastany przepych ją przytłoczył; żadne opowieści znajomych i krewnych nie oddały tego, co widziała już teraz, a było zapewne przedsmakiem balu. Co za tym szło, nie miała pojęcia czego się spodziewać. Na szczęście służka Anette okazała się więcej niż pomocna, wyprzedzając swoją panią i wręczając zaproszenie komu trzeba, a także szepcząc parę słów majordomusowi. W dużym holu kilka taksujących spojrzeń przybyłych wcześniej osób omiotło, tak jak w przypadku każdego, również wchodzącą Inez. Szczególnie, iż minęła siódma trzydzieści i do pałacu ściągały coraz znaczniejsze persony.
Nie czuła się dobrze w złoto zielonej sukni, w którą wcisnęły ją krawcowe, mimo iż wyglądała w niej kwitnąco i prezentowała się całkiem nieźle na tle obecnej już szlachty.

Jednak nie nosiła na gorsie tysiąca migoczących diamencików, z którymi pokazywały się osoby wchodzące za nią, ani nie miała na szyi łańcucha wartego kilku koni; jej skromny wianuszek opalizujących perełek różnego rozmiaru nie był wart nawet jednego wierzchowca. Ciemnozielona maska była stylizowana liśćmi i zroszona złotym pyłem, kotylion w tych samych barwach, obrazujący kałamarnicę, przypięto na sercu tak zmyślnie, iż aksamitne macki zdawały się obejmować pierś (przypadkowo czy też nie).
Kręcone włosy ujarzmiono na tyle głowy misternym upięciem w koronę, z której kilka dłuższych loków spływało na odsłonięty kark. Nie migotały w nich drogie rubiny, a jedynie jeden ozdobny grzebień z zielonymi oszlifowanymi kamieniami.
Gdy już dostatecznie nadenerwowała się bogactwem wnętrza, jej uwagę przyciągnęła galeria obrazów na ścianach. Jedyny element, który mógł ją uspokoić i dokonał tego bardzo szybko. Wewnętrznie, bo dla postronnych wciąż przedstawiała prospekt opanowanej - może nie bywalczyni balów - ale dostojnej arystokratki.
 

Ostatnio edytowane przez szarotka : 23-08-2010 o 18:19.
szarotka jest offline  
Stary 23-08-2010, 22:10   #4
 
Blaithinn's Avatar
 
Służący przyniósł list, gdy podziwiała dopiero co ukończony portret królowej Matry. Ubrudzonymi farbą palcami ujęła zdziwona kopertę i przyjrzała się charakterowi pisma na niej. Nie znała go... Zaintrygowana wytarła ręce w fartuch i otworzyła wiadomość. Przeczytawszy list o mało nie upuściła wszystkiego na ziemię. Hrabia Berlay posiadał dwa jej obrazy w swojej kolekcji! Przycisnęła wiadomość mocno do piersi i zawirowała w radosnym uniesieniu. Jej modlitwy zostały w końcu wysłuchane i zamierzała wykorzystać szansę jaka zaczynała przed nią majaczyć w oddali.
Nagle zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na swoje odbicie w zwierciadle. Z lustra spoglądała na nią drobna kobieta o zwyczajnej twarzy. Zielona, prosta suknia poplamiona była farbami, choć narzucono na nią dodatkowo fartuch. Brązowe włosy luźno związane w warkocz sięgały pasa. Tylko oczy barwy szmaragdów, w ciemnej oprawie brwi i rzęs wyróżniały się w całej postaci pałając nadzieją na odmianę losu.
Westchnęła cicho. Kim ona była, by dostąpić takiego zaszczytu? Wyprostowała się dumnie i spojrzała z wyzwaniem w zwierciadło. Była malarką, artystką, którą w końcu po wielu latach najwyraźniej dostrzeżono, a że powody zainteresowania jej osobą nie są zupełnie jasne? Wzruszyła ramionami, za pojawiającą się szansę była w stanie oddać wiele.
Należało jedynie przekonać męża. Uśmiechnęła sie do siebie, ściągnęła fartuch i ruszyła w stronę kuchni, by wydać kucharce odpowiednie polecenia.
Gdy wszystko było juz gotowe usiadła nad listem do hrabiego.


J. W. hr. Artur Berlay
Kindle, Aleja Róż 14


Jaśnie Wielmożny Panie,

Ośmielona Twym listem pragnę podziękować za zaproszenie i zapewnić,
iż z radością przybędę na bal jak i spełnię prośbę szanownej hrabiny
Santez. Świadomość, że jego dzieła są doceniane, to dla artysty ukojenie
duszy. Dziękuję Ci za to ogromnie, Panie.
Czy nie byłoby z mej strony przesadną śmiałością, gdybym poprosiła Ciebie
Panie o poinformowanie hrabiny, iż dostarczę obrazy osobiście na dzień
przed balem? Gdybyście Wy Panie udostępnili jeszcze "Rozmowę przy ruczaju"
i "Pień" wystawa nabrałaby końcowego kształtu.

Z wyrazami szacunku

Baronessa Isabell de Vicconi z domu de Maintenon
Dwór Vicconi pod Lorvil


Wiadomość powierzyła swojej zaufanej służącej i kazała dostarczyć hrabiemu.

***

Po wieczerzy państwo Vicconi zasiedli przy kominku, by jak zwykle opowiedzieć sobie o tym jak spędzili dzień.
Edward Vicconi był mężczyzną słusznej postury, bez grama tłuszczu. Niegdyś czarne włosy gęsto przetykane były siwymi pasemkami, ale trzymał się prosto. Brązowe oczy łagodnie spoglądały teraz na żonę siedzącą obok i słuchającą uważnie jego opowieści. W pewnym momencie Isabell wstała z fotela i rozpoczęła masowanie ramion męża.
- Dziękuję, moja droga, a jak Tobie minął dzień?
- Dostałam dziś intrygujące zaproszenie... - powiedziała z namysłem. - Słyszałeś mężu zapewne o balu organizowanym na cześć Królowej... - wyczuła napięcie mięśni pod palcami.
- Owszem - chłodny ton mężczyzny kazał uważać jeszcze bardziej.
- Hrabia Berlay wysłal mi zaproszenie... niestety tylko mi...
- Co?! - Edward chwycił mocno żonę za nadgarstek i odwrócił się do niej. - Zaprosił tylko Ciebie?!
Isabell pokiwała delikatnie głową.
- Wspominał o powodach takiej decyzji w liście... Zaraz Ci go pokażę. - odpowiedziała spokojnie i gdy mąż puścił ją podeszła do komody, by wziąść lężącą na niej wiadomość. Za sobą usłyszała jak Edward wstaje i podchodzi do niej.
Odwróciła się i podała mu list.
- Zastanawiam się czy przy tak postawionej sprawie nie odmówić... choć byłoby to nieuprzejme... - zaczęła ostroznie.
Mąż podniósł wzrok na nią.
- Oszalałaś kobieto? Odmówić hrabiemu Barley?
Westchnęła nieznacznie.
- To cóż mam czynić, drogi mężu?
Edward podał jej list z powrotem.
- Pójdziesz tam sama i pokażesz im wszyskim, że de Vicconi nie są wcale gorsi od tego całego salonu markizy de Thulley.
Uniosła zaintrygowana brew na wzmiankę o salonie, ale powstrzymała się od zapytania.
- Ale ja nawet nie mam odpowiedniej sukni... - załamała ręcę.
- Oh, przecież masz z pewnością jakieś swoje oszczędności! Gdyby było trzeba dołożę, ale nie przesadzaj... Godny strój na ten bal niekoniecznie musi kosztować majątek.
Dygnęła przed mężem kryjąc uśmiech. Poszło łatwiej niż się spodziewała.
- Dziękuję Ci drogi mężu. - powiedziała ciepło.

***

Nazajutrz rozpoczęły się gorączkowe przygotowania.
Isabell najpierw udała się do krawcowej w Lorvil z własnym projektem sukni. Kobieta złapała się
za głowe słysząc, że ma tylko cztery dni na przygotowanie stroju, ale po długich targach zgodziła się.
Matranka stwierdziła, że finansowa pomoc męża będzie bardziej niż potrzebna, gdyż 500 kordinów, którymi
dysponowała to stanowczo za mało.
Służącemu kazała dowiedzieć się o wynajem karocy, a sama ruszyła w stronę złotnika.
Idąc ulicami miasta wspominała z nostalgią dawne czasy, kiedy nie była zależna od żadnego mężczyzny.
Zatopiona w marzeniach mało nie wpadła na sługę, który oznajmił, iż wszystkie powozy zostały zarezerwowane na dzień balu.
Na przeszkodę ta wzruszyła jedynie ramionami, udekoruje własną kolaskę, będzie się z pewnością wyróżniać wśród gości.
W domu zajęła się wyszukiwaniem odpowiednich obrazów. Znalezienie kilkunastu nie było większym problemem, gdyż ściany dworu były wręcz pokryte jej pracami.
Na początek wybrała: "Świętą Milvinę walczącą", 'Proroka głoszącego", "Burzę na morzu", "Katedrę", "Uwiedzenie", "Fałsz",
i "Schadzkę". Przyglądając się swemu wyborowi uznała, że kolejne obrazy powinny być o lżejszej tematyce.
Dobrała więc jeszcze: "Krajobraz matrański", "Krajobraz z dworkiem w tle", "Bal", "Panny nad jeziorem" i "Śmiech".
Wieczorem, gdy Edward powrócił do domu, usłyszał jak Isabell cała rozpromieniona opowiadała o przygotywywaniach.
Pokazała mu też obrazy, które wybrała i pytała czy będą odpowiednie do Zielonego Pawilonu. W końcu jej mąż wiedział więcej
o cynazyjskim dworze niż ona sama. Edward zjednany jej szczebiotem obiecał użyczyć jeszcze 500 kordinów. Poinformował ją również, iż polecił zarezerwować pokój w "Srebrnym potoku" na dzień przed balem. Szczerze uradowna złożyła pocałunek na jego czole.

***

Kolejne dni również mijały w nerwowej atmosferze.
Krawcowa ciągle kontrolowana, niemal odmowiła dalszego szycia. Wybrana biżuteria okazała się jednak być
niewłaściwa i trzeba było szukać innej. Pomysłów na maskę i kotylion miała wiele, żaden nie pasował.
Wydawało się, że nie zdąży ze wszystkim. Gdy jednak nadszedł dzień wyjazdu wszystko było gotowe.


***

Podróż do Kindle zajęła jej ponad dziecięć godzin, gdyż kazała jechać bardzo ostrożnie ze względu na obrazy. Suknie zapakowaną trzymała na kolanach wraz z Marinne. Kolaska wymalowana na niebiesko w białe rozwijające sie róże zwracała z pewnością uwagę.
Po odświeżeniu w gospodzie, Isabell kazała zawieźć się pod pałac by przekazać obrazy. Dzięki wstawiennictwu hrabiego wszystko poszło sprawnie i po dwóch godzinach mogła odejść spokojna, iż jej prace znajdują się w dobrych rękach.

***

Ubrana w jasnobłękitną satynową suknię zdobioną koronkami wkroczyła na salę z ujmującym uśmiechem chwilę po 19:30. Prosta maseczka z masy perłowej przysłaniała twarz eksponując jadowicie zielone oczy. Brązowe, mocno kręcone włosy, przewiązane jedynie błękitną wstążką z przymocowanym do niej kotylionem satynowej, błękitnej myszy, opadały swobodnie na plecy. Spod gęstych pukli dało się momentami zauważyć błyskające w uszach kryształowe kolczyki.



 
Blaithinn jest offline  
Stary 24-08-2010, 20:28   #5
 
Orzechinho's Avatar
 
Dworek emanował spokojem, ciszą. Dwójka konnych zbliżała się do zabudowań, mijając leciwe drzewa i starannie przycięte krzewy. Okolica wyglądała nienagannie i zadbanie, choć wprawne oko stwierdziłoby, iż najlepsze lata tego miejsca dawno już minęły.
Alonso uśmiechał się do swoich myśli, gwiżdżąc wesoło. Dobra pogoda uprzyjemniała oczekiwanie na obiad, które miłował nade wszystko.
Właściciel okolicznych ziem, Jougern Grell, jechał tuż obok w swojej codziennej masce – kamienna twarz od lat nie wyrażała więcej, niż było to aktualnie potrzebne.
Byli już nieopodal schodów prowadzących do głównego budynku, gdy w drzwiach stanął majordom – jeden z niewielu służących, którzy ostali na włościach. Mężczyzna po zwyczajowym powitaniu oznajmił o otrzymanej niespełna godzinę wcześniej wiadomości, pierwotnie dostarczonej do Akademii Umiejętności.
- Cóż to, Joug? – Alonso płynnie zeskoczył z siodła. – Czyżby list od panienki de Mourlinay?
Oficer nic nie odpowiedział. Miast tego, otwarł zdobioną kopertę opatrzoną inicjałami hrabiego Berlaya. Ruszył zaraz do wejścia, Alonso zniknął z wierzchowcami.

* * *
Szlachcic pełną gębą zapewne zatrudniłby tabun krawców i szwaczek, zamówił wóz wypełniony aksamitem i jedwabiem i włożył na głowę specjalnie na tę okazję kupiony kapelusz zdobiony klejnotami i najrzadszymi piórami. Gołodupiec zwyczajnie ubrałby swoje stare łachy lub pożyczył strój od innego podobnego mu biedaka. Jougern był jednak gdzieś pomiędzy, a jego żołnierski umysł dawno już nauczył go wyszukiwania nowych dróg i strategii pośród kampanii wojennych na dworach i pałacach toczonych o pietruszkę.
W jego kufrach nie było wystarczających funduszy, w szafach nie było odzienia zasługującego choćby na spojrzenie królowej i jej gości. Krawiec najbardziej odpowiedni z odpowiednich, ale nie najdroższy z drogich, dobrał ubrania z garderoby Grella. Najlepszy, odświętny wams w popielatym odcieniu ozdobiono złotymi lamówkami, na piersi umieszczono kwiecisty wzór. Wiązania pludrów upiększono metalowymi agletami. Rękawy uwydatniono delikatną koronką, materiałowe guziki na nich zmieniono na większe, pozłacane. Całość okrywała peleryna przerzucona starannie przez jedno tylko ramię.

* * *
Przygotowania dobiegały końca. Karoca stała już u frontu dworu. Hrabia Lumien, dowiedziawszy się o obecności Grella na balu, sam zaoferował swój wehikuł w zamian za, jak to określił, drobną przysługę w niedalekiej przyszłości (naturalnie nie omieszkał dodać do tego chytrego uśmieszku, jakim „osładzał” podobne propozycje). Jakkolwiek zaniepokojony, Grell musiał się zgodzić.
- Jakże ci zazdroszczę – Alonso od początku żałował, iż to nie jego spotkał taki zaszczyt ze strony królowej. – Pani Lermont, jej świta, elita Kindle albo i całej Cynazji! Ach, tyle cycków do pieszczenia!
Przyzwyczajony do jego niewybrednego słownictwa oficer poprawił filcowy kapelusz w odcieniu bordo cicho tylko wzdychając. Strzelił laską o posadzkę i żołnierskim krokiem ruszył przed siebie.
- Może pojadę za ciebie? Albo za tobą? – Alonsowi odpowiedziało tylko wzruszenie ramion. – Niech cię, Joug! Wezmę sobie jakąś kuchareczkę i będę się bawić lepiej niż ty! Zobaczysz!
Oficer zasalutował kompanowi z lekkim, ledwie zauważalnym uśmiechem…

* * *
Było już grubo po siódmej wieczorem, gdy dotarł na miejsce. Górną część twarzy, zgodnie z poleceniem, ukrył pod odpowiednią na podobnie wyniosłe okazje maską. Wystawała spod niej zgrabnie przycięta bródka i ciemne, krótkie wąsy. Na piersi, tuż przy zdobieniach, sterczał dumnie złoty lew – znak rozpoznawczy. Mężczyzna czuł się w swoim nieco „upiększonym” stroju nieswojo – nie przypadła mu do gustu odważna i nierzadko dziwaczna moda Cynazji. Jednakże, jak na doryjczyka przystało, wyglądać musiał nienagannie, szczególnie w Kindle.
Ruszył pewnie przed siebie. Wysokie, oprawione ostrogami buty, raźno przemierzały drogę. Grell niósł pod pachą tajemniczy, elegancki pakunek, a każdemu, kto uraczył go choćby spojrzeniem, odpowiadał uprzejmym ukłonem i delikatnym uśmiechem…
 

Ostatnio edytowane przez Orzechinho : 27-08-2010 o 13:22.
Orzechinho jest offline  
Stary 27-08-2010, 13:59   #6
 
Bothari's Avatar
 
Pierwsze osoby zjawiły się w kilka minut po sześciu dzwonach z katedry. Najuboższa i najmniej znacząca szlachta, którą zaproszono na bal. Wśród tych najuboższych był lord Belucci, ragadańczyk, który w Cynazji piastował zaszczyty urząd ministra skarbu. Niedaleko po nim przybyła słynna pisarka Eleonora Gothred. Potem ... zaczęły się znaczniejsze osoby. Długo by wymieniać tytuły i dokonania. A przecież gdziekolwiek indziej malutcy z pośród obecnych byli by prawdziwymi kolosami. Toż lady Sorte sama urządzała wspaniałe bale a tu przybyła ledwie dwa kwadranse po szóstej. Można by pomyśleć, że umniejszała swoją pozycje ale nie. Nie taka była prawda. Tu było jej miejsce, czy to się podobało jej zwolennikom, czy też nie. Po niej wchodzili już tylko znaczniejsi.

Niektórzy wchodząc przytłoczeni byli przepychem i klasą królewskiego pałacu. Inni szli pewnie, gdyż stanowiska pozwalały im często odwiedzać pokoje najwspanialszego z dworów. Jeszcze następni z klasą i godnością stąpali po głębokim, karmazynowym dywanie. Słali lekkie ukłony do znanych sobie ludzi ukrytych wśród kolumnady prowadzącej wprost do sali tronowej.

Mebla, od którego komnata ta brała nazwę, nie było. Dzisiaj był zbędny. Choć krzesło na którym miała zasiąść królowa nie było wiele mniejsze. Stoły ustawiono pod ścianami tak, by tylko po kilka osób mogło usadowić się przy każdym. Na ścianach rozwieszono obrazy jakiejś malarki. Podpis był mało znany tak jak i jej pędzel i styl. Nikomu nic
nie mówiło nazwisko de Maintenon. Brzmiało matrańsko ... Dopiero o po siódmej ktoś podał nazwisko malarki: baronowa Vicconi. Potem się zaczęły spekulacje. Czy nie jest to żona TEGO Vicconi? Zagorzałego wroga królowej? Ośmieszanego przez salon markizy de Thulley niemalże na każdym kroku? Kto śmiał zrobić coś takiego. Jakość dzieł w oczach
wszystkich natychmiast spadła ale ... czekano na przybycie kogoś bardziej znaczącego by powiedział - dobre to, czy nie. Baronowa Vicconi to osoba pożądana czy też do napiętnowania.

W szaleństwie dyskusji nie zwrócono uwagi na wejście doryjskiego oficera okrzyczanego przez herolda mianem kapitana Jougerna Grella. Tylko kilka osób zdołało pochwycić jego nienaganne maniery i niewymuszoną klasę. Skwitowano to cicho - doryjczyk. Mógłby pewnie wejść w zbroi swoich przodków, a wraże nie byłoby identyczne.

Wejście baronowej Inez de Chavaz y Daae także zainteresowało niewielu. Tu - kilka pań
wyraziło się tylko między sobą negatywnie o stroju, urodzie i innych niedociągnięciach rzeczonej. Dla odmiany kilku kawalerów przesłało sobie porozumiewawcze spojrzenia.

Sala ucichła natomiast gdy herold krzyknął:
- Baronessa Isabell de Vicconi z domu de Maintenon
Tysiące oczu wpiły się ciekawsko i wyczekująco w drobną kobietkę idąca środkiem dywanu. Szybko zanotowano - przybyła bez małżonka, ubrana odświętnie choć niebogato. Szukano skaz i ... jak to na dworze, znaleziono nie jedną.

W tym samym czasie służba prowadziła już, niezależnie od siebie pana Grella oraz panią Chavaz do przeznaczonego dla nich stołu. Jak na sześcioosobowy stół – było to wręcz przerażające. Na białym obrusie stało przeszło czterdzieści tac, talerzy, salaterek … nie licząc kielichów, karafek i innego szkła czy sztućców. Czegóż tam nie było?! Sałata z rucolo i radicchio z owocami morza, pomidorkami cherry i girllowana cukinią z dresingiem limonowym, plastry surowego miecznika z oliwą czosnkową i natką pietruszki, półmiski serów i wędlin z całego świata, kilka rodzajów pieczywa, ciasta w oszałamiajającej różnorodności. Ogromna ilość potraw – godna królewskiego dworu. Alkoholu nie było. Nie pozwolono też sprowadzonym osobom zasiąść. Pokazano tylko miejsca i znajdujące się przy nich karteczki z nazwiskami a potem … poprowadzono z powrotem do holu. To tam wszyscy mają witać i oglądaj wchodzące osoby. Dopiero tam kapitan Grell mógł złożyć wyrazy uszanowania baronowej i mieli szansę zamienić kilka uprzejmych i niezobowiązujących słów.

Tak jak Jougerna i Inez nie zaczepiał nikt, tak baronessie Izabelli nie dano czasu na samotność. Do stolika prócz służącego prowadziły ją spojrzenia ciekawskich. Potem, gdy tylko z powrotem poprowadzoną ją do holu – parę osób zbliżyło się niespiesznie. W tym samym czasie kawaler de Mouie podszedł do jej stolika i sprawdził z kim zasiada. Oniemiał widząc cztery niemal nieznane nazwiska i … imię hrabiego Artura Berlay. Plotka szerzyła się niczym (nie przymierzając) tryper. W tym samym tempie rosła wartość dzieł nieznanej wcześniej malarki. Przypadkiem był to ten sam stolik, co kapitana i baronowej. I ich nazwiska szybko rozeszły się po sali ... ale nie zostali zidentyfikowani.

Lokaje w liberii krążyli tuż za pierwszą linią stojących wzdłuż czerwonego dywanu. Na tacach spoczywały albo kieliszki z czerwonym, bądź białym winem, albo koreczki. Wszakże niektóre osoby stały tu już kilka godzin! I trunków i przekąsek było aż nad to, a jednak raczono się nimi nader umiarkowanie …

- Baronessa Isabell de Vicconi? Malarka? Witam panią serdecznie – radosny uśmiech, pocałunki koło kolczyków – Jestem madame Carolaine Berde. To zaś kawaler Filipe Tain oraz – tu obejrzała się i z pięknym, ale teraz już sztucznym, uśmiechem zauważyła trzecią osobę – baron Muller z ragady. – Obaj panowie ukłonili się i pocałowali wyciągniętą dłoń. Madame Berde nie pozwoliła sobie jednak na przerwę w wymowie. – A gdzie szanowny małżonek? Mam nadzieję, że nie zachorował? Byli byśmy bardzo nieszczęśliwi gdyby coś mu się stało. Salon musi przecież mieć jakichś przeciwników. – ponownie przepiękny, szczery uśmiech.

Gdy rozmowy trwały, na podjeździe zauważono niezbyt okazały powóz. Jako, że wybiła ósma – zaczęto uważniej obserwować wchodzących. Tu zaczynały się wszak już tytuły dość wysokie: wice hrabiowie, hrabiowie i markizi. Nazwisko Sherezai czy Denery, którymi okrzyczano wchodzącą hrabinę – nikomu nie powiedziało ani słowa. Obserwowano klasę tej – jak sądzono – czterdziestolatki. Dopiero po minucie ktoś skojarzył – to ta, która zasiada z malarką i hrabią Berlayem. Na oczach zainteresowanej przekazywano sobie szeptem wieść. Szła ona niczym fala i błyskawicznie wyprzedziła samą obgadywaną. Trafiła ona także przekazana odruchowo do Inez i Jougerna, choć z oczywistych względów ominęła kółeczko Izabelli. Ramię zaskoczonej hrabinie, nim jeszcze zareagowała służba, podał baronet Hout. Przedstawił się i ze swadą poprowadził do odpowiedniego stołu. Pokazał wszystko, pomógł zdjąć płaszczyk i zasmucić się faktem, że jego motyl jest zielony. Potem – nadal podtrzymując typowo dworską, nic nie mówiącą konwersację – poprowadził do holu.

A tam właśnie krzyknięto:
- Hrabia Artur Berlay, baron Thorne, Sedual i Maine, kawaler de Troyde, minister – doradca Jej Królewskiej Mości, biskup Kindle!

Czterdziestolatek w granatowym stroju z maską będącą tegoż koloru tygrysem – szedł powoli i samotnie. Najwyraźniej nie posiadał zaproszonej na bal rodziny. Cały strój był idealnie dopasowany i zgodny z najnowszymi trendami mody. Jedwabny kaftan przetykany był srebrną nicią. Zamiast guzików wpasowano brylanty. Podobne kamyczki dobiły – ale skromnie – palce dżentelmena. Lewą dłoń trzymał w specjalnej kieszonce na brzuchu - litewce. Musiał być naprawdę ważną osobą, gdyż nagle, w jednej chwili zapanowała cisza a głowy stojącej w szpalerze szlachty pochylały się nieznacznie. Daleko było temu do ukłonów składanych rodzinie królewskiej … ale ich powszechność jeszcze podkreślała sławę wchodzącego i jego wpływy. Zapewne gdyby przybył godzinę później witano by go identycznie. Z godnością odpowiadał na wybrane ukłony, ale przy tłumie po obu stronach nikt nie był pewien, komu właściwie się odkłonił, a kogo zignorował.

Przebył cały szpaler stojących, tak jak niewiele osób wcześniej i stanął przed nieobecnym tronem. Z uniesioną głową stuknął obcasami przed herbem Lermontów. Dopiero potem odwrócił się do sali. Większość popatrywała już wtedy na hrabiego Demetro z małżonką i cudnej wprost urody córeczką na wydaniu (pozostawało pytanie, jakim cudem wcisnął tutaj debiutantkę!). To dało możliwość „zniknięcia” hrabiemu Berlay. „Pojawił się” dziesięć oddechów później u boku hrabiny Sherezai.

- Pani hrabino, wygląda Pani olśniewająco. Serce mi się kraja z żalu, że dałem Pani tylko tydzień czasu na przygotowania. Jestem Artur Berlay. – tu skłonił się tak, jak przystoi skłonić się kobiecie równej urodzeniem – Młodzieńcze – zwrócił się do młodego kawalera – dziękuję Ci za dotrzymanie Pani hrabinie towarzystwa. To bardzo uprzejme z Twojej strony. – „młodzieniec” skłonił się uprzejmie maskując z trudem zawód … ale z drugiej strony, mógł zakładać, że hrabia jest mu winien małą przysługę. Ciekawe czy wpadł na to.

- Markiz Dietr Boudler – krzyknął herold, a dwudziestokilkuletni agaryjczyk wmaszerował sprężystym krokiem. Z pod maski w kształcie niebieskiej myszy błyskały oczy. Nie rozglądał się. Uśmiech czystej i niczym nie zakłócanej radości promieniował z twarzy. Także dotarł do samego końca i zamaszyście (dosłownie omiatając rondem i piórem kapelusza podłogę) skłonił się herbowi Lermontów.

- Zdradzić Pani tajemnicę, pani hrabino? Wiem kto ma drugiego motyla. – chwila przerwy – ale może jednak nie zdradzę. Niespodzianka będzie przyjemniejsza.

Tak, to był doskonały moment na odnajdywanie kotylionów, gdyż dostojnym krokiem po którym można było domyślać się osoby doświadczonej i szlachetnie urodzonej wkroczył – „wicehrabia Karol Rubinshei” z ogromną zieloną kałamarnicą na głowie. Ludzie powinni się śmiać, choćby ukradkiem … ale nikt tego nie uczynił. Witano go entuzjazmem prawie równym Berlayowi. Z miejsca ośmiornica nie była już śmieszna czy nie na miejscu a … urosła i stała się czymś pożądanym. On też wykonał ukłon przed herbem.

Rozmawiający z Inez kapitan dostrzegł zbieżność, lecz nim mógł spostrzeżeniem się pochwalić – dojrzał swoją partnerkę. Złocista zjawa „hrabiny Anny Moiry Santezu” wpadła tanecznym krokiem na salę. Uśmiech kobiecej twarzy skrytej za minimalną tylko maseczką wlewał żar i ciepło w serca patrzących. Była to pierwsza osoba powitana oklaskami. Lew przysłaniał odsłonięty głęboko dekolt. Była to też najodważniejsza z aktualnych sukien. I chyba też najdroższa. Białe, żółte i czerwone kamyki łączyły się w piękne wzory i dodatkowo podkreślały zarówno szczupłość talii jak i młodość swojej posiadaczki. W odpowiedzi na oklaski zawirowała zgrabnie przed wszystkimi pozwalając sukni zafurkotać i pokazać się z całym rozłożonym kloszem. Przez moment można było dostrzec cały wzór w który układały się kamyczki – niezwykłego polowania lwa i lwicy a potem niemal w podskokach przemknęła przez salę by … pokłonić się. Wszyscy zrozumieli, że ten krótki gest przed herbem panującej rodziny znaczy bardzo wiele i jest swego rodzaju znakiem rozpoznawczym.

Potwierdziła to markiza Sylwia de Thulley. I ona w swej szerokiej, głęboko zielonej sukni upstrzonej szafirami – pokłoniła się Lermontom.

Niewiele później – i znacznie wcześniej niż przekazano kilku znakomitym gościom – wkroczyła królowa. Jak zwykle w królewskiej purpurze. Jak zwykle w rozłożystej i przebogatej sukni, która zapewne kosztowała więcej niż warte jest niejedno miasteczko – wpłynęła do sali. Drzwi zamknięto za nią. Tytulatura trwała, podczas gdy królowa przepływała pomiędzy kłaniającym się szpalerem. Na ręku niosła przyczepionego granatowego tygrysa. Nie odkłaniała się nikomu. Obróciła się pod herbem a wtedy cała sala jednocześnie skłoniła się. Teraz i ona dygnęła przed tłumem. Nie, nie był to dyg parweniuszki a prawdziwej królowej Claire Lermont, drugiej z rodu na tronie Cynazji.

To w tym momencie hrabia Berlay przeprosił hrabinę Sherazai i podszedł do królowej. To wtedy pary dołączały do tej dwójki idącej powoli przez salę i tworzyły ogromny korowód. Mógł liczyć przeszło dwieście par! Tak rozpoczął się pierwszy bal ku czci Jej Królewskiej Mości Claire Lermont II.
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 31-08-2010 o 18:15.
Bothari jest offline  
Stary 06-09-2010, 09:45   #7
 
szarotka's Avatar
 
Stała przed obrazem pani de Maintenon już kwadrans, lecz nadal nie mogła oderwać wzroku od “Katedry”. Może dlatego, że był to jedyny bliski jej akcent pośród szelestu sukien, stukania obcasów, oceniających spojrzeń i udawanych uprzejmości.
Bale. Co za strata czasu.
Malowidło, utrzymane w ciemnej kolorystyce, przedstawiało nocny widok na Katedrę Chwały; wprawdzie nieco upiększoną bogatymi gzymsami i figurami, oraz wsadzoną w środek ciemnej puszczy (zapewne matrańskiej), ale dla bystrego oka badaczki, znającej niemal każdy kamień jedynej czarnej budowli Kindle, identyfikacja była oczywista.
Gwar dookoła wzmógł się, toteż Inez zwróciła głowę w stronę wielkiego holu. Autorka obrazów właśnie się pojawiła, okrzyknięta przez majordoma. Baronowa spodziewała się ujrzeć awangardową, odważną artystkę, łamiącą konwenanse samym tylko wyglądem, a tymczasem zobaczyła drobną, niepozorną myszeczkę, z pozoru zupełnie pospolitą. I tylko szmaragdowe oczy nadawały jej charakteru, sprawiały, że wzrok zatrzymywał się na jej postaci dłużej.
Zapewne była szeroko znana, bo wszędzie szeptano i dyskutowano na jej temat. Witano ją również jak swoją; całuskami i swobodną konwersacją, tak iż Inez nawet nie łudziła się szansą prywatnej rozmowy z malarką.
Wszyscy czują się tutaj jak ryby w wodzie i tylko ty, moja droga, masz wrażenie, że pływasz w stawie z piraniami; wzdychała w duchu, upijając łyczek wina i obserwując barwny tłum. Żałowała teraz, iż nigdy nie interesowała się polityką ani towarzyskimi układami. Pozostawiona sama sobie wobec tej wszechobecnej gry rodów i pozorów, miała podobne wrażenie, jakie odczuwa prosty żak, patrząc na karty zapisane w pięknym, nieznanym języku, którego jednakoż nijak rozszyfrować nie potrafi.

Upadający nastrój uratował po trosze kawaler, z którym miała zasiadać przy stoliku. Kapitan Jourgen Grell był mężczyzną niemal wyjętym z dawnych czasów, którego każdy ruch, postawa i spojrzenie niezbicie obwieszczały światu “jestem doryjczykiem”.
Przepiękny zapomniany kraj, pełen omszałych już tajemnic.
Wielokroć uważała, że Stary Dor mógłby być jej drugim domem, gdyby nie leżał tak daleko. Kapitan jawił się niewymuszenie uprzejmym, dostojnym człowiekiem; rozmownym, ale nie gadatliwym, traktującym damy z manierą godną dawnego rycerstwa. Gdy po obejrzeniu stolika oboje wrócili do holu, Grell wziął dla nich po kieliszku wina.
W takim tempie - pomyślała - Będę pijana za kilka godzin. Ale czy da się tutaj wytrzymać na trzeźwo całą noc?
- Co pan sądzi o tym obrazie? - zapytała, gdy zatrzymali się pod jej ulubioną “Katedrą”. Mężczyzna stanął frontem do malowidła i popatrzył na nie w zamyśleniu.
- Przypomina mi dawne lata spędzone na froncie agaryjskim.
- Agaria? - Inez przeniosła wzrok na płótno, zastanawiając się czy zachowano tam równie monumentalne kościoły, czy też wszystkie ucierpiały od ciągłych walk.
- Dzika puszcza i noc... - podjął kawaler wyjaśniająco - ...sugerują tu pewną grozę, chaos; tak jak Valdor. Katedra zaś, opierająca się sile tej kniei, symbolizuje dla mnie stałość, prawo i dobro.
- W takim razie moja percepcja jest zepsuta nauką, bowiem patrzę na ten obraz przez pryzmat architektury - uśmiechnęła się, rozweselona nieco rozbieżnością postrzegania. Ona widziała nawy, przypory, łuki, a jej szanowny rozmówca prawił o jakichś alegoriach. On również zareagował uśmiechem i nawet lekkim ukłonem, jakby w hołdzie dla wiedzy.
- Proszę wybaczyć te pytania, nie chciałam obudzić złych wspomnień.
- To nie są złe wspomnienia, szanowna pani. Wręcz przeciwnie.
Inez nie potrafiła zinterpretować wyrazu twarzy, z jakim wtedy kapitan spojrzał na obraz, lecz inny uważny obserwator uznałby, że jest coś o czym mężczyzna celowo nie wspomniał.

Nagłe poruszenie i przyciszenie rozmów dookoła, zwróciło uwagę ich obojga. Na salę wkroczył “hrabia Artur Berlay”; po czym padło jeszcze wiele innych jego tytułów. Był wyżej postawioną figurą, niż kiedykolwiek baronowa śmiała sobie wyobrażać, toteż podniosło to wagę zaproszenia jej na ten bal, a dodatkowo - zaniepokoiło. Pan Grell również zainteresował się pojawieniem gospodarza ich stołu i zapytał swą rozmówczynię, czy ona także otrzymała bezpośrednie zaproszenie od Berlaya.
Wszystko więc wskazywało na to, że osoby z którymi hrabia zamierzał spędzić dzisiejszy wieczór, zostały specjalnie ściągnięte na bal w jakimś bliżej nieokreślonym celu. Przynajmniej taką teorię wysnuła badaczka po wymianie poglądów z życzliwym doryjczykiem.
Nie zauważyłaby zupełnie wicehrabiego Rubinshei, gdyby nie reakcja tłumu, czyniąca z wchodzącego całkiem znaczącą personę. Niestety Inez nie umiała docenić ekscentrycznego, mackowatego nakrycia głowy jegomościa; co więcej - z miejsca wydał jej się nadętym i bufonowatym osobnikiem, toteż miała nadzieję, że będzie zmuszona spędzić z nim tylko jeden wymagany taniec. Pożegnała się z kapitanem Grellem niemal jednocześnie, bowiem on ujrzał pomiędzy damami swoją parę kotyliona i również ruszył z miejsca, obiecując baronowej ponowną rozmowę. Badaczka powoli wycofała się ze szpaleru witającego wchodzących, by przypadkiem nie sprowokować szanownego Karola do rozmowy. Długo nie musiała się kryć, bowiem niebawem nadeszła ta, której wszyscy wyczekiwali. Królowa.
Pierwszy taniec należał do najbardziej znanych i popularnych, toteż nie obawiała się wpadki i nie starała unikać towarzystwa. Zwłaszcza, że towarzystwo złowiło ją samo.
Baron Viktor Garson Debragio był nawet wyględny, ale efekt psuło jego gadulstwo. Na dodatek miał tendencję do poruszania zupełnie nużących tematów, toteż Inez uśmiechała się jedynie, co na bladym nordyjskim licu wyglądało bardzo niejednoznacznie, oraz komentowała półsłówkami, myśląc zupełnie o innych sprawach.
Krok w przód, krok w prawo i w lewo. Obrót. Przejście za plecami partnera. Dlaczego tak poważanej osobie, jaką okazał się ten cały Rubinshei, dano tak nieadekwatny do pozycji kotylion? I dlaczego sparowano ją akurat z tym jegomościem? I najważniejsze, czego chce od niej Berlay? Bo tu już nie chodzi o sprawy wydziału ani o nic podobnego, była o tym przekonana.
Jeden, drugi, trzeci krok. Przybliżenie, oddalenie. Zwrot. Viktor zapytał o coś, ale zamyślona nie zrozumiała o co chodzi. Przejście do sąsiedniego tancerza. Powrót.
- Moja pani, zapewne chciałabyś poznać wicehrabiego Rubinshei? Macie ten sam kotylion - usłyszała wreszcie pytanie. Tylko cudem nie pomyliła kroku. Masz ci los. Tyle by było z unikania pana kałamarnicy. Uśmiechnęła się do barona niezręcznie, ale ten widać wziął to za dobrą kartę.
- Tak się składa, że to mój znajomy. Przedstawię was sobie po tym tańcu i ośmiele się zarezerwować kolejny, jeśli masz pani go jeszcze wolnym.
Inez westchnęła ciężko w myślach, lecz oblicze pozostawiła pogodne i udała aprobatę. Bal właśnie się rozkręcał, a ona już czuła jak bardzo będzie uciążliwy. Jednak ciekawość była silniejsza niż zmęczenie. Musiała poznać plany Berlaya odnośnie jej osoby.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.

Ostatnio edytowane przez szarotka : 06-09-2010 o 10:12.
szarotka jest offline  
Stary 07-09-2010, 21:14   #8
 
Blaithinn's Avatar
 
Cisza i zaciekawione spojrzenia, które przywitały ją przy wejściu na salę sprawiły, że przez króciótką chwilę zastanawiała się czy przypadkiem nie jest gdzieś ubrudzona.
Zaraz jednak porzuciła tą myśl, gdyż Marinne z pewnością nie pozwoliłaby na taką kompromitację. Wyprostowała się na całą wysokość swych 150 centymetrów i z naturalnym wdziękiem podążyła za sługą. Przez cała drogę do stolika czuła niemal wwiercające się w nią spojrzenia. Co było tego przyczyną? Obrazy się nie spodobały? Strój zbytnio odbiegał od obecnej mody? Choć wiele myśli przelatywało jej przez głowę na twarzy ciągle gościł spokojny uśmiech. Lokaj pokazał jej miejsce przy stole i karteczkę z nazwiskiem, zdążyła
również zerknąć na pozostałe. Nazwisko hrabiego wprawiło ją w pełną konsternację, która na parę sekund zdołała zaburzyć opanowany wyraz twarzy baronessy. Hrabia będzie siedział z nią przy tym samym stole?! O co w tym wszystkim chodzi? O ile była w stanie uwierzyć w zainteresowanie jej obrazami, których wartość zresztą wzrośnie, gdy tylko zobaczą ją z hrabią. To wspólne siedzenie przy jednym stole nie mieściło się raczej w ramach “ukazania światu postaci malarki”.
- Baronessa Isabell de Vicconi? Malarka? Witam panią serdecznie. - radosny uśmiech i pocałunki powietrza przy kolczykach wykonane przez obie kobiety. - Jestem madame Carolaine Berde. To zaś kawaler Filipe Tain oraz - tu obejrzała się i z pięknym ale teraz już sztucznym uśmiechem zauważyła trzecią osobę. - baron Muller z Ragady. - Obaj panowie ukłonili się i pocałowali wyciągniętą dłoń. Madame Berde nie pozwoliła sobie jednak na przerwę w wymowie. – A gdzie szanowny małżonek? Mam nadzieję, że nie zachorował? Byli byśmy bardzo nieszczęśliwi gdyby coś mu się stało. Salon musi przecież mieć jakichś przeciwników. – ponownie przepiękny, szczery uśmiech.
- Niezmiernie mi miło panią... - madame została obdarzona promiennym uśmiechem. - I panów poznać. - tu ujmujący uśmiech, dygnięcie zgodne z etykietą i ponowny zwrot w stronę madame Berde. - Mój mąż? Czuje się doskonale, ale dziękuję za troskę. Po prostu nie przepada za takimi balami. - słowo “takimi” zostało zaakcentowane w bardzo delikatny sposób, a zdanie zakończono zasmuconym westchnięciem. - Pani również sama przybyła? Czy może któryś z szanownych panów jej towarzyszy? - na twarzy Isabell pojawił się łagodny uśmiech.
- Och, kawaler Tain to przyjaciel mój i całego domu Berde. Zaś z baronem ledwie się znamy. - powiedziane to było tonem oznaczającym ni mniej ni więcej a: “jesteśmy sobie bardzo niechętni”. - Zaś mój małżonek - westchnęła teatralnie - niestety nie mam Pani szczęścia. Mój świętej pamięci Bernard nie żyje już od dwóch lat. Ale nie należał on do salonu. - baronowa śmiesznie przeciągała wszystkie r, ż i u. Czasem nawet zamieniała je na “H” - To był człowiek z innego świata, artysta. Tak jak Pani. Mój Bernard bardzo przeżywał wszystkie polityczne zawirowania. To musi być straszne dla tak wrażliwych, artystycznych dusz. Jak Pani sobie z tym radzi? Tu zachwyca nas pani na balu u królowej a w domu ... - zawiesiła głos. Wszak wszyscy domyślali się, co mówi się o królowej w domu baronessy.
Isabell uśmiechnęła się łagodnie.
- Na szczęście Edward zdaje sobie sprawę z mojej wrażliwości i raczej unika tematu polityki w mej obecności. - “Gdyż doskonale wie, jak reaguję na słowa wszelkiej krytyki wobec Królowej.” Westchnęła delikatnie. - Niestety życie w takiej nieświadomości ma też swoje minusy. Nie miałam chociażby pojęcia, że mój mąż jest aż tak popularny. - pokręciła z niedowierzaniem głową. - Ciekawe, czegoż to jeszcze się dziś dowiem...
Dalszą konwersację przerwał herold okrzykując wejście hrabiego Berlay. Obie panie spojrzały w stronę wejścią i baronessa westchnęła bezgłośnie. Nie spodziewała się ujrzeć tak przystojnego i pełnego klasy mężczyzny. Ukłoniła mu się z całą swą gracją i pięknym uśmiechem, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że nie mógł jej ujrzeć w tym tłumie. Gdy hrabia przeszedł już całą salę, madame przeprosiła ją mówiąc, iż widzi właśnie kogoś znajomego i oddaliła się wraz z kawalerem Tainem, a na jej miejsce weszły trzy kolejne osoby. Wianuszek wokół Isabell nie malał, a panowie chętnie zapisywali się do karneciku.
Skrupulatnie wykorzystywała zainteresowanie czarując swych rozmówców dworską konwersacją, spojrzeniem i pięknym uśmiechem. Choć tyle czasu nie bywała na balach, z ulgą spostrzegła, że nie do końca wyszła z wprawy. Ożywione dyskusje nie przeszkodziły jej w ujrzeniu nadejścia markiza Dietra Boudlera w masce w kształcie niebieskiej myszy. Zanotowała w pamięci fakt, że on również kłaniał się przed herbem.
Konwersacje pełne uprzejmości i uszczypliwych uwag zajęły ją skutecznie do czasu przybycia królowej. Widok granatowego tygrysa na ręce Jej Wysokości zaskoczył. Słyszała, iż hrabia Berlay należy do bliskich współpracowników królowej, ale nie sądziła, że aż tak bliskich...
Dlaczego ktoś taki zainteresował się jej osobą?

YouTube - English Baroque Festival Part II

Pierwszy taniec, którego oczekiwała z pewną niecierpliwością, okazał się być bardzo znany i niezwykle łatwy dla kogoś takiego jak ona. Nie na darmo przez te wszystkie lata samotnie w domu ćwiczyła wiele różnych tańców opanowując kroki do perfekcji. Zamierzała hrabiemu Berlay pokazać jak wygląda prawdziwe “Eltarie”. Teraz jednak tańczyła z kawalerem Shanem Movey. Przystojnym, uśmiechniętym mężczyzną, który zdawał się być zachwycony jej obrazami.
Panownie zaczynali tańcząc w szpalerze utworzonym przez damy, by później podejść do swych partnerek. Dwa kroczki w przód, obrót głowy w stronę partnera, dłonie wyciągnięte, kawaler Movey dotyka jej dłoni, wspólny obrót w kółeczku. Leciutki ukłon, zmiana partnera, powtórka kroków i wejście do kółeczka z innymi paniami.
Znów tańczyła, znów się bawiła, nic więcej nie było ważne. Teraz liczył się tylko bal...
 
Blaithinn jest offline  
Stary 08-09-2010, 22:43   #9
 
Ghash's Avatar
 
Pierwszych kilku spojrzeń i następujących po nich szeptów nie uchwyciła, ale kolejnych nie mogła już przeoczyć, ani zignorować. Szeptano o niej, a spojrzenia jakim ją obdarzano dobitnie mówiły, że nie chodzi tutaj o suknię. To nie tak powinno wyglądać, pomyślała i zatęskniła za Dorią. Tam przecież nikt by nie szeptał w ten sposób. Nie patrzył, jakby był dumny z tego, że podzielono się z nim najnowszą plotką i teraz to on może, ale przecież nie musi podawać jej dalej. Przymknęła na chwilę powieki i pozwoliła sobie na głębszy wdech. Jeżeli będzie myśleć w ten sposób to jest gotowa powiedzieć zbyt wiele zupełnie niepotrzebnie. Tego kraju, tych ludzi, zwyczajów i tak się nie zmieni. To po prostu szlachta, a nie rycerze.
Uprzejmie skinęła głową baronetowi Hout, gdy ten podał jej ramię i poprowadził do stolika. Zerknęła przelotnie na nazwiska ludzi, z którymi przyjdzie jej zasiąść do stołu. Znajdujące się wśród nich nazwisko Berlay wyjaśniało wszystko i sprawiło, że hrabina o całej tej sprawie nie potrafiła myśleć inaczej, jak o zwykłej farsie. Jakże inaczej nazwać tą sytuację? Najpierw hrabia wysyła list, który nic nie wyjaśnia, dając jedynie tydzień do przygotowania się na taki bal. Pisze, że tylko w tańcu można będzie swobodnie porozmawiać, po czym siada przy jednym stoliku? O reszcie osób można było przypuszczać, że zostały zaproszone w podobny sposób, bo sądząc po tytułach i nazwiskach nie stanowiły cynazyjskiej śmietanki towarzyskiej.
- Przyznam, że jest to dla mnie nieznane zupełnie nazwisko - odpowiedziała na pytanie baroneta dotyczące obrazów. - Ale to nie nazwisko czyni obraz wartym obejrzenia.
W dodatku wciąż czuła na sobie ciekawskie spojrzenia, już nie tak często i nie tak nachalnie, ale nadal było to... odrobinę irytujące. Nie lubiła, gdy stawiano ją jako obiekt plotek i nie po to tutaj przyjechała.
- Osobiście jednak wolę pędzel kawalera Ernicka Deleteta jest lżejsze.
- Hrabia Artur Berlay, baron Thorne, Sedual i Maine, kawaler de Troyde, minister – doradca Jej Królewskiej Mości, biskup Kindle!
Spojrzała, jak wszyscy w stronę idącego holem mężczyzny, ale zaraz zaczęła dyskretnie przyglądać się pozostałym gościom, na nikim nie zatrzymując spojrzenia dłużej. Raczej ze starego nawyku niż z prawdziwej potrzeby.
- Oczywiście trudno się nie zgodzić - powróciła do rozmowy z baronetem, gdy hrabia zniknął w tłumie. - Sztuka nie bez powodu nosi żeńskie imię.
- Pani hrabino, wygląda Pani olśniewająco.
Niespiesznie przeniosła spojrzenie i skinęła delikatnie głową hrabiemu, ale nie uśmiechnęła się.
- Serce mi się kraja z żalu, że dałem Pani tylko tydzień czasu na przygotowania. Jestem Artur Berlay.
Na ukłon hrabiego odpowiedziała ukłonem i oszczędnych uśmiechem pożegnała dotychczasowego towarzysza.
- Zdradzić Pani tajemnicę, pani hrabino? Wiem kto ma drugiego motyla. – chwila przerwy - ale może jednak nie zdradzę. Niespodzianka będzie przyjemniejsza.
Była stosunkowo wysoką kobietą. Mężowi patrzyła prosto w oczy, do hrabiego niewiele jej brakowało.
- Jeszcze trochę niespodzianek i tajemnic panie, a poczuję się... - uprzejmy uśmiech - Jak za najlepszych swoich czasów, ale proszę uważać, bo gotowa jestem zacząć się wtedy rumienić, a rumieniąca się Matranka, możesz mi panie wierzyć, jest zupełnie nie do zniesienia.
Musiała sama przyznać, że nagana była delikatnie mówiąc mało oględna, ale hrabia w oczach hrabiny zachowywał się niczym dziecko.
- Przepraszam - hrabia szybko zauważył i przyjął przyganę - Daniel Defour, a właściwie markiz Daniel Defour. Jestem pewien, że słyszała pani o tym dżentelmenie. Zasiądzie z nami przy stole, bo jest wtajemniczony w część naszych spraw. Wybaczy Pani, że jeszcze przez chwilę pozostanę niekulturalnie tajemniczym. Dokładnie do trzeciego tańca, czyli jeszcze przez godzinkę. Ma Pani ochotę poznać kilka osób? Gwarantuję, że nie są to znajomości z tych, co szkodzą ... - hrabia od niechcenia przywołał sługę i gestem zaproponował trunek.
Przeprosiny przyjęła razem z winem delikatnym uśmiechem i skinięciem głowy.
- Zgrzeszyłabym, gdyby odmówiła panie hrabio - głos miała spokojny, leniwy niemalże. - Być na balu w Cynazji i nie wynieść z niego nowych, miłych znajomości, to jakby pojechać do Matry z zamiarem omijania wszystkich Matranek. Można oczywiście, ale... - zawiesiła głos i oszczędnie wykonała gest dłonią wskazując na wszystko dookoła.
Pozwoliła się poprowadzić hrabiemu. Wymieniali niewiele znaczące uwagi, a hrabina zerkała tylko dookoła z uprzejmym zaciekawieniem. Zatrzymywała spojrzenie na wystroju sali i detalach architektonicznych, po twarzach mijanych osób prześlizgiwała się mimochodem i zapamiętywała. Ot, żeby poćwiczyć, żeby sobie przypomnieć, jak to jest.
Rozmawiała właśnie z markizem o kordyjskich korzeniach - Ferdynandem Demren przedstawionym jej przez hrabiego, gdy herold ogłosił przybycie królowej. Skinięciem głowy pożegnała hrabiego i pozwoliła markizowi poprowadzić się do pierwszego tańca.
- Mieszkałam w Dorii przez wiele lat - odpowiedziała na pytanie markiza zadane, gdy właśnie przechodzili obok siebie w figurze. - To piękny kraj... Niczym lodowa figura - przerwała i wykonała delikatny ukłon przed mężczyzną z lewej i zaraz wróciła do markiza. - Niestety stopi się pod wpływem gorąca przemian. Pozostanie woda - dwa kroki do przodu - którą niewielu będzie potrafiło docenić, ale... - wspólny obrót. - Kto wie, co Jedyny szykuje dla swoich pierwszych rycerzy - delikatny uśmiech, żeby zaznaczyć, że te słowa są wypowiedziane nie do końca poważnie. Ukłoniła się.
Zmiana partnera i kolejna figura.
Bal, jak bal. Taniec, jak taniec. Nogi, dłonie wykonywały figury z przyzwyczajeniem. Usta układały się w słowa niewiele znaczące. Obawiała się, że odkupienie nie przyjdzie.
 

Ostatnio edytowane przez Ghash : 14-04-2011 o 20:05.
Ghash jest offline  
Stary 09-09-2010, 11:58   #10
 
Bothari's Avatar
 
Jeźdźcy wpadli w obejście niczym huragan. Wystrzały pistoletów powalały sługi i zbrojnych baroneta. Nic jednak nie palono, nie niszczono. To był tylko mord. Pan domu przywitał napastników w jadalni wystrzałem z muszkietu i obnażoną szpadą. Był świetnym szermierzem, ale trafił na dwóch niewiele gorszych i ... trzeciego z pistoletem. Postrzelony w ramię, ugodzony w biodro i brzuch - padł na ziemię. Najmniejszy z napastników rozejrzał się, zdjął maskę i przyklęknął przy umierającym. Kobieta ... dziewczynka ... - przeleciało jeszcze przez głowę szlachcia, gdy w jej dłoni błysnął dobyty sztylet.
- Kazano mi jeszcze coś powiedzieć, nim pan umrze. - potarła nos paluszkiem, jakby czegoś się wstydziła - Że ... W Imieniu Jej Królewskiej Mości jest pan skazany na śmierć za zdradę interesów Królestwa Cynazji - wyraźnie mówiła z trudem przypominając sobie, co właściwie miało być powiedziane - i knowania z obcymi wywiadami.
Nie potrafił już odpowiedzieć. Nie był wstanie zapytać o swoją żonę, ani o nic innego. Odpłynął, gdy piętnastolatka z warkoczykami poderżnęła mu gardło.

Stojący za jej plecami postawny mężczyzna też zdjął maskę i skrzywił się.
- Teraz zabrać najcenniejsze rzeczy i podpalić. - żołnierze rozbiegli się po zabudowaniach.

* * *

Kapitan Jougern Grell odprowadził po tańcu baronessę Monikę la Putti do jej stolika i oddawszy w ręce ojca (co oczywiście zajęło kilka minut) - ruszył do własnego. Przecież właśnie tam był teraz oczekiwany ...

* * *

Młody jak dla hrabiny, bo niespełna trzydziestoletni kawaler stuknął przed nią obcasami. Na twarzy Ferdynanda Demren odbił się wyraz pewnego zakłopotania. Odgadnięcie personaliów przybyłego nie było żadnym kłopotem. Wszystko zdradzał kotylion.
- Daniel Defour, do usług Pani hrabiny. Hrabia Berlay prosił mnie, bym miał baczenie na Panią i to nie tylko ze względu na nasze kotyliony. Ślepiec chyba tylko nie zwrócił by na panią uwagi wśród tego zbiegowiska miernot - wszystko było powiedziane dziwnym, nienaturalnym tonem. Albo jakby mówca nawet nie ukrywał, że rzuca frazes i mówi tylko przez grzeczność, albo jakby sam kpił sobie z norm grzecznościowych. Nie ukrywane było jednak znieważenie Damrena, kwalifikujące się do pojedynku. Tak jak i jawna obraza zgromadzonych a przez to i samej królowej. Kimkolwiek był ów mężczyzna - poczynał sobie bez pardonu. Ferdynand podniósł głowę wysoko, potem sztywno ukłonił się hrabinie i ... odszedł. Przełknał zniewagę, choć przecież nie wyglądał na człowieka, mogącego coś takiego zrobić ... W co tu grano?
Defour podał Feresie ramię i poprowadził w kierunku stołu.
- Baron Di ... oh, przepraszam ... pan hrabia Berlay wytłumaczy mnie przed panią, bo mnie pęta słowo honoru. Liczę, że pani to zrozumie.
Chwilę później stanęli przy stoliku. Miejsce u szczytu zajmował oczywiście Berlay. Po jego bokach - młodsze z pań, czyli Inez i Isabell. Na przeciwko zaś pani hrabina. Usługiwać baronessie miał pan kapitan, zaś baronowej - markiz. W tym układzie jasnym było, że najważniejszymi osobami przy stole są hrabia i hrabina. Reszta zaś powinna słuchać.
Na razie było jeszcze pusto. Pan Markiz pomógł zasiąść, zaproponował wino ... czy on zawsze mówi z taką flegmą i sztywnością?

* * *

Shan mówił wiele, ładnie i miło. Tańczył też elegancko, trzymał się prosto ale ... strasznie przypominał mężczyzn z Matry. Usłużny. Zbyt usłużny. Było to przyjemną odmianą po domowych wojnach ale ... czymże jest mężczyzna bez pazura, jak nie tylko dorosłym chłopcem? A przecież podziwiana była nie tylko przez niego i ... na pewno nie tylko z powodu obrazów. Szara i lekko przestraszona myszka, którą była jeszcze godzinę temu, przemieniła się w roztańczoną łabędzice. Szczególnie jeden kawaler przyglądał się aż nazbyt odważnie. Miał czas na to, gdyż nie tańczył pierwszego tańca. To też pozwoliło mu od razu podejść - wszak nie musiał odprowadzać swojej damy.
Pani, Kawalerze - skinął obojgu idących - Jestem Gunther Felerhar. Tytułu nawet nie podaje, bo w tym gronie brzmiałby niemal pociesznie. Przez cały ten taniec zachodziłem w głowę, czy zgodziła by się Pani zatańczyć ze mną? Wiem, że być może popełniam ogromny nietakt zgłaszając się, do nie przedstawionej sobie damy i do tego tak szeroko znanej w towarzystwie ... Jednak zaczarowała mnie pani swym tańcem tak dalece, że jak na oficera przystało - nie zważam na przeszkody na drodze, a prę ku celowi. Zgodzi się pani na jeden wpis w karnecie? Choćby w najodleglejszym terminie? A może najpierw powinienem spytać pana, jako małżonka?
Shan stanął na wysokości zadania i jak przystało odparł:
- Mą towarzyszką jest baronessa Isabell de Vicconi, której obrazy może pan podziwiać wszędzie dookoła. To jednak, czy udzieli panu żądanego faworu, zależy tylko od niej.

Przy stole zjawiła się jako trzecia. Shan przywitał się grzecznie ze wszystkimi, odsunął baronessie krzesło, zaproponował coś do picia i ... zrozumiał, że powinien odejść dopiero pod krytycznym spojrzeniem markiza. Zrobił to nawet tak pospiesznie, że nieomal zapomniał się pożegnać ... Szczególnie, że do stołu podszedł pan kapitan i zdeklasował młodzieńca tak stylem, co i obyciem, dumą, honorem i - a może przede wszystkim - męskością.

* * *

- Słowo się rzekło, chodźmy do Rubinsheia - westchnął po zakończonym tańcu - - Ale ale - nie zaprowadzę, puki mnie pani jeszcze gdzieś w karnecie nie wpisze, bo dawno nie tańczyło mi się już tak lekko jak z panią baronową. Gdzie to nauczyła się pani tak tańczyć? Bo i nauczycieli i talentu winszować należy ... - Debragio nawijał jak szalony i na większość pytań nawet nie oczekiwał odpowiedzi. Jednak jego żywiołowość była niczym przy reakcji samego wicehrabiego. Ten bowiem, odstawiwszy właśnie pewną damę, dostrzegł kotylion prowadzonej ku niemu kobiety i zakrzyknął radośnie odrzucając na bok jedną z macek.
- O Jedyny! Przyjacielu mój! Jak Ci mogę dziękować, za sprowadzenie do mnie mojej wybawicielki!
- Jedynie słowem, panie hrabio - odparł Debragio - Oto pani baronowa Inez de Chavaz z naszej Akademii. Wyobrażasz sobie, nie jesteśmy tu jedynymi naukowcami.
- Wyobrażam sobie, mój drogi bardzo wiele. - potem już zwrócił się do kobiety - Karol Rubinshei. Bardzo miło mi poznać. I proszę mi wierzyć, nie tylko dla tego, że już za minutę pozbędę się z głowy tej szkarady. Czytałem pani prace i jestem zaszczycony mogąc poznać panią. Oczywiście - nie będę zanudzał rozmowami o katedrach na balu. Gdyby mi się wyrwało, proszę mnie natychmiast ukrócić. Tymczasem - chodźmy do królowej, bo nie jestem tu ogólnie wyśmiewany chyba tylko przez grzeczność zaproszonej szlachty.

Przechodzili właśnie koło jednego ze stołów, gdy Rubinshei przyskoczył do jednej z dam, ubranej na złoto, młodziutkiej i slicznej hrabiny Santezu.
- Anno ... Twój figiel spełzł na niczym. Znalazłem! - rzucił z mieszaniną dumy i radości, czym wzbudził niemały entuzjazm obsiadającej stolik szlachty. Szybko jednak wrócił do swojej partnerki.

Królowa spojrzała bardzo przyjaznym okiem na "pierwszą parę z kotylionami", choć sama już maseczki nie nosiła, tak jak i hrabia Berlay stojący opodal. Para została natychmiast przedstawiona wszystkim i powitana oklaskami. Potem zaś ... panią baronową do swojego stolika porwał hrabia Berlay, a z królową został konwersować Wice Karolek, jak to powitała go Jej Wysokość.

* * *

Gdy wszyscy zasiedli już przy stole, hrabia wstał i przedstawił wszystkich po kolei. Padło jeszcze wiele ładnych i okrągłych zdań, bez których nie może się odbyć żadne spotkanie. Biegli w sztuce dyplomacji z pewnością zauważyli, iż hrabiemu bardzo zależało na ściągniętych przez siebie osobach. Między zdaniami dał do zrozumienia, że nie może mówić tu wprost i że faktycznie, nie zostali wybrani losowo, a ze względu na osobiste przymioty. Poza tym prosił by się bawić, bo bal u królowej nie zdarza się co dzień.

* * *

Jedzono, rozmawiano i bawiono się. Na pustym teraz parkiecie występowali akrobaci i cyrkowcy. Największe wrażenie sprawił wprowadzony na parkiet słoń, który też wprawił w przerażenie służbę, po tym jak uniósłszy ogon, pozostawił "prezent" na parkiecie. Byli i połykacze ognia, byli i miotacze noży (zapierająca dech w piersiach była odwaga dziewczyny, która przywiązana została do obracającego się koła a jej parter rzucał nożami po zawiązaniu sobie oczu ... ).
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 10-09-2010 o 13:30. Powód: ciąg dalszy następuje
Bothari jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172