Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-09-2010, 18:00   #1
 
Almena's Avatar
 
A Może By Tak...?

The Port by ~RoguePL on deviantART

Był już prawie wieczór. Ciepły, spokojny, zmęczony wieczór.

yanimator's Gallery

Statek wyglądał obiecująco. Miał maszty, żagle i takie tam różne, utrzymywał się na powierzchni wody, więc generalnie nie było źle. Mało znałeś się na statkach i żegludze, ale jak na twoje oko tak właśnie powinien wyglądać sprawny statek pływający po morzach. Miał nawet armaty. O tym akurat wiedziałeś nazbyt dobrze, gdyż zagonili cię do wnoszenia beczek z prochem i kul armatnich na pokład. Na szczęście załadunek skończony. Ostatni raz obejrzałeś statek z nadbrzeża, odpoczywając i prostując trzeszczący kręgosłup. Warunkiem podróży była pomoc przy załadunku, co średnio spodobało się twoim stawom i kościom. Nadźwigałeś się skrzyń i worków, ale było warto, uznałeś. Statek w porcie prezentował się majestatycznie. Dumny z siebie masowałeś krzyż i cieszyłeś się, że nie musisz płynąć tratwą własnej roboty. To był jedyny statek płynący na wyspę, kolejny miał wypłynąć za dwa tygodnie. Do tego czasu będziesz już mieć ciepłą posadę, pomyślałeś, z litością zerkając w stronę opuszczanego miasteczka.

Zabrałeś manatki i ruszyłeś w kierunku statku. Niedługo wypływacie.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=kk4Os3RhhqE&feature=related[/media]

***

Coś cię zbudziło. Otworzyłeś oczy, powoli odzyskiwałeś zmęczoną świadomość.



Musiała być nadal noc... Dzieliłeś kajutę z kilkoma tutejszymi żeglarzami, ale nie miałeś czasu, by ich poznać zbyt dobrze, ciągle byli zajęci robotą, lub licho niosło ich nie wiadomo gdzie. Teraz też nie było ich tutaj. Leżałeś na wąskim i mało wygodnym wyrku, spoglądając na pogrążoną w półmroku koję. Była niewielka, zagracona i mało wygodna, ale ciężko było o wygody na statku podróżując klasą, na jaką było cię stać. Nie przywykłeś do podróży morskich. Kołysanie, stały ruch pomieszczenia w jakim się znajdowałeś, źle oddziaływały na twój żołądek, zaprawiony wczoraj tutejszym jedzeniem i trunkiem. Postanowiłeś trochę się przewietrzyć, nim będzie za późno...
Zwlekłeś się z wyrka, otworzyłeś drzwi. Było cicho. Ludzie spali lub szlajali się gdzieś, zajęci swoimi żeglarskimi obowiązkami, o których miałeś marne pojęcie. Miałeś zresztą lepsze zajęcie, niż zastanawianie się, co porabiają żeglarze o tej porze - kontemplowałeś o swojej nowej posadzie, rozmyślałeś, jak wygląda zamek nowobogackiego znajomego i co będziesz porabiał jutro o tej porze. Imprezka w karczmie? Czemu nie... Wyszedłeś zapamiętaną drogą do drewnianych schodów i po nich na górę, na pokład.

Ghost Ship by ~Lunarmoonlight on deviantART

Na zewnątrz panowała noc. Było chłodno i wiał dość silny wiatr, choć na warunki morskie były to zapewne ledwie lekkie podmuchy.

http://www.sinoorigin.com/images/sea...ight%20Sea.jpg

Zacząłeś przechadzać się po pokładzie, oglądając morze i gwiazdy. Pogoda była ładna, choć fale spore.
Zauważyłeś jakieś postacie przy burcie. Najpierw myślałeś, że nie zdążyli z przewietrzaniem się, później, że rozmawiali obserwując morze. Podszedłeś bliżej spacerowym krokiem; okazało się, że postacie te nie rozmawiały, a tylko spoglądały w morze i na gwiazdy, przechadzając się, tak jak ty. Rozpoznałeś kilka twarzy. Widziałeś tych gości w porcie, wyruszyli z twojego miasteczka, być może nawet w podobnym celu, co ty! W pierwszej chwili pomyślałeś o konkurencji i jej zasadach [a może by tak przypadkowo wypchnąć kogoś za burtę?]. Sekundę później jednak uznałeś, że roboty w zamku starczy dla wszystkich, nie zajmiesz przecież wszystkich możliwych stanowisk. Może zanim wypchniesz kogoś za burtę warto wypytać o ambicje tamtych? W sumie fajnie byłoby mieć znajomości wśród przyszłych współpracowników [albo podwładnych... tak, podwładnych!]. Albo chociaż może warto dowiedzieć się, którego konkretnie należy wypchnąć za burtę - po co zaraz tyle kłopotu, by wyrzucać wszystkich...?

Nieopodal przy burcie stał ktoś jeszcze. Samotny mężczyzna, również spoglądał w morze.
Browsing deviantART
Po chwili jednak ruszył powoli po pokładzie, oddalając się w mrok nocy rozjaśniany przez gwiazdy i księżyc. Poruszał się po pokładzie pewnie i swobodnie, na pewno był zaprawionym w sztormach żeglarzem. No ale wracając do posady i stojącej tu nieopodal konkurencji...! [może chociaż któryś ma sposób na to jak ukoić to dziwne uczucie w żołądku...?]
 
__________________
- Heh... Ja jestem klopotami. Jak klopofy nie podoszają za mną, pszede mnom albo pszy mnie to cos sie dzieje ztecytowanie nienafuralnego ~Dirith po walce i utracie części uzębienia. "Nie ma co, żeby próbować ukryć się przed drowem w ciemnej jaskini to trzeba mieć po prostu poczucie humoru"-Dirith.
Almena jest offline  
Stary 18-09-2010, 19:26   #2
 
andramil's Avatar
 
Tak, załadunek to nie było najlepsze zajęcie jakie mógł sobie znaleźć człowiek o takim potencjale i pozycji jak on. Braciszek Michał marudząc pod nosem na niedolę swego losu i na powszechne wykorzystywanie członków kościoła do prac społecznych (czemu to niby zakonnicy powinni pomagać ludziom którzy nie są w stanie dawać na tacę? Zresztą tym którzy są w stanie to chyba przecież nie trzeba pomagać?) dźwigał ciężkie, chciało by się powiedzieć cięższe od niego samego, no ale nie przesadzajmy z metaforami, beczki i skrzynie pełne prochu i kul armatnich. Toteż widząc innych frajerów ładujących ten arsenał razem z nim doszedł do wniosku, ze sami sobie dadzą radę. Ale nie żeby się leniuchował. On nie z takich. Jeszcze kto by zauważył i potem przy dawaniu na tacę wypominał by mu to. Takoż Michał zaczął nosić prowiant i zapasy na podróż. Co prawda kilka solonych ryb, jedna marchewka i trochę kiszonej kapusty zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach (sprawą tą zajął się w przyszłości pewien duch z archiwum z iksem na piersi) ale pracował ciężko. Pogłaskał tylko swój krzyż, ten który miał za pasem i wkroczył na statek.

Załadunek był już skończony. Wszyscy weszli na pokład i się rozgościli po swoich kajutach. Lokatorzy w pokoju nie byli zbytnio rozmowni. Ciągle gdzieś się szlajali i nawet nie mieli czasu by wysłuchać Słowa Bożego i oczywiście dać na tacę. Mogli by nawet pominąć pierwszą część, ale drugą?! Ale może to i lepiej? Nie czepiali się osiołka przywiązanego do schodków prowadzących na górę.

Michał obudził się w środku nocy. Nie wiedział co go zbudziło, ale wielce podejrzliwym był odcisk oślego kopyta na jego hełmie. Przecierając oczy i jedno ucho, usiadł pół przytomny. Podrapał się po brzuchu po czym wyjął zza pazuchy kanapkę z solonej ryby. Skąd miał soloną rybę? Błogosławieństwo i dar Ducha Świętego. Kto wierzy, ten otrzyma nagrodę w Królestwie Niebieskim, a czasami nawet i na ziemi. Chwycił ją oburącz z zamiarem skosztowania gdy nagle usłyszał chlipnięcie. Nie przejmując się cudzym płaczem już miał ugryźć swój ssssskrab gdy nagle dostał wiaderkiem po głowie. O dziwo naczynie to przyleciało od strony chlipu. Michał zwrócił tam swój wzrok i ujrzał Krzyżtofa, swojego osiołka.


Chyba coś chciał, wyglądał jakby o coś prosił. Jednak nie wiedząc co dokładnie braciszek wznowił swe spożywanie.
- Ekhmmm. - osioł nie dawał za wygraną.
- Czego? Siku chcesz? - osioł przecząco pokiwał głową. - spać ci coś nie daje? - osioł znów zaprzeczył po czym wskazał swym kopytem na kanapkę Michała.
- Jeść ci się zachciało - zapytał, a tym razem uzyskał odpowiedź twierdzącą.
- Mnie też - i znów chciał ugryźć kanapeczkę.
- Ihaaaaaaa
- No dobra - zrezygnowany znów sięgnął za pazuchę. W jego ręku pojawiła się zaginiona marchewka. Trzęsącą się dłonią i ze łzami w dłoniach powoli oddalał ja od siebie.
- Żegnaj kochana. Nie dane nam było bliżej się poznać. Mogliśmy spędzić ze sobą wiele wspaniałych chwil. Niestety... żegnaj. - osioł wręcz wyrwał, po krótkiej szarpaninie, warzywo z ręki zakonnika.

Po posileniu się, młody kleryk wyszedł na pokład by odetchnąć świeżym powietrzem. Po przechadzał się tam i z powrotem, a za każdym jego krokiem słychać było nieprzyjemne trzeszczenie drewna. Jakby miało zaraz się załamać. Zobaczył ową grupkę frajensiarni która wyręczyła go w załadunku. Chmmm. Po ich ynteligentnych minach można było by się domyśleć, że szykują dla siebie spory kąsek do zjedzenia. A żeby wyrwać taki kąsek im z ust trzeba ich wcześniej poznać.
Zakonnik podszedł do nich.
- Witam was boże owieczki. Dokąd to Bóg prowadzi wasze ścieżki? - spytał duży i masywny człowiek. Masywny to trochę delikatne słowo, ale grzeczność nakazuje powiedzieć pulchny, a nie gruby. Jego pyzatą twarz okalają rude włosy przykryte metalowym hełmem swym kształtem przypominającym łysinkę zakonną. Ubrany w szaty bernardyna przypominał kleryka. Jego tusza również wskazywała na zakon (choć na pewno nie Franciszkański). Za pasem widniał mu złotawy krzyż, a na szyi zwisało kadzidło bądź inne kościelne ustrojstwo. Teraz wyłączone. Przy boku miał torbę podróżnika, wypchaną czymś, jednak trudno było stwierdzić czym, bez zaglądania do niej. A to mogło by się marnie skończyć.

 
__________________
Why so serious, Son?

Ostatnio edytowane przez andramil : 18-09-2010 o 21:30.
andramil jest offline  
Stary 18-09-2010, 20:49   #3
Ryo
 
Ryo's Avatar
 
Brakowało w tym miejscu tylko jednej rzeczy...
Jak można było zapomnieć o trunku?!
W tej swojej całej statkowości zapomniano o rumowości albożby chociaż o sakeiźmie! Każdy szanujący się marynarz (a co z tego, że tylko na część etatu, ba?) musiał lubić rum. Musiał lubić alkohol! Szanty nie powstałyby takie, jakimi są, gdyby nie alkohol. Upojenie przynosiło jakieś natchnienie, brzydkich starców zmieniało w wesołych młodzianów, wesołych młodzieńców zmieniało w brzydkich, zalanych truposzów (It's a kind of magic). Zaiste, sake to magiczny napój. I jeden z moich skarbczyków, a skarbczykiem nie zwykle się z kimkolwiek dzielić!
A morze by tak...


Po pokładzie pełnym mroku, tułających się morskich wiatrów oraz obcych ludzi przechadzała się dziwna jegomość. Długie, ciemne włosy miała misternie upięte, z pomocą srebrnych spin w banana. Artystyczny nieład na głowie komponował się dodatkowo z ostro zakończonymi uszami, które zostały przebite w sumie kilkoma parami srebrnych, okrągłych kolczyków. Co dziwne, owa pani niezbyt pasowała do tego miejsca. Owa ekstrawaganckość w wyglądzie w postaci długiego, sięgającego kolan białego płaszcza, niebieskich spodni, do tego czarnych butów na koturnie i... czerwony szal, otulający szyję, lekko pociągany przez wiatr...

...dunder świsnął?

Była dość zadbana, ponieważ włosy nie był ani brudne, ani skołtunione, niemniej jednak ktoś by sobie pomyślał, że los jest demiurgiem perfidnym i odsyła ludzi do miejsc, które najmniej do nich pasują. Poza tym i w jej aparycji niektóre elementy się ze sobą gryzły. Do tego całokształtu jejmości dołączyła przecie zielona tunika pod płaszczem oraz czarne, bez-palczaste, skórzane rękawiczki... na jej dłoniach...
Co można było rzec o tej dość zadbanej jak na te standardy panience?
Nie wyglądała ani na uzbrojoną, ani na nawet dość groźną, mroczną personę, jakich nadmiar w tym świecie się wałkonił. Jedyną, potencjalną bronią w jej rękach mogła być pękata, podróżna torba, ciemnozielona, załatana w niektórych miejscach. Cóż w niej mogło się kryć? Tajemne eliksiry? Złoto? A może to było coś, co wykraczało poza przeciętną wyobraźnię przeciętnego zjadacza chleba i konesera kiepskiego gatunku wina?

Magia w ruch poszła?

Na froncie do złudzenia przypominała... elfkę. Mogły o tym świadczyć owe ostro zakończone uszy.
Albo człowieka. Takowe rysy ludzkie miała - twarz trójkątną, oczy złotawe oraz harmonijne zbudowanie. Nie była oszałamiająco piękna - była po prostu naturalnie ładna, ale nic poza tym. Nie była na tym polu boginią, ani nie była też nimfą, choć nuta delikatności wyłaniała się z jej sylwetki. Brwi ładnie wyregulowane, nos nieduży, rumieńce lekkie, podkreślające młodość tej twarzyczki. Grzywa zakrywała nieco prawą część twarzy, czasem zakrywając to prawe oko, które, jak mogło się wydawać, bardziej jaśniało w półmroku.
Choć coś w tej osobie było dziwnego. I nie był to końcowy efekt działania wyższych sił, które takowo ukształtowały tą istotę.
Kobiecie z prawej skroni wystawał niewielki róg...

Pani przechadzała się po tym zmęczonym, ponurym miejscu.
Przeszła również koło tych obcych jej osób, być może równie znużonych podróżą, jak to miejsce, i spojrzała raczej nie w głąb horyzontu, z którego wcześniej czy później miał się ujawnić pożądany suchy ląd.
Spojrzała w gwiazdy.
Było ich tyle setek, a jednocześnie znajdowały się one tak daleko. Ciemnowłosa taksując je spojrzeniem zastanawiała się, w jaki sposób ludzie ubzdurali sobie, że z gwiazd się czyta. Tamtym ślicznotkom ani to grzało, ani to ziębiło, a chociażby nawet było obojętne. One były daleko od tych mało istotnych dla nich przyziemnych spraw. Więc co je obchodziła przyszłość, jaka się toczyła na Ziemi? Co ich obchodziła historia?
Jednak podróż, choć początkowo zakrawała się raczej na poważniejszą ekspedycję aniżeli zasmakowanie przygody, zaczęła budzić nadzieję, że jakiś smaczek życia także ją tam zastanie. Acz póki co, musi najpierw dopłynąć do tego całego brzegu.

Odeszła zatem do własnej kajuty, kiedy znudziło ją oglądanie tego krajobrazu. Morze, woda, fale, gwiazdy - naoglądała się i podziękowała za widoki. Potrzebowała choć na chwilę nieco prywatności...

[media]http://demon-heart.com/kh/music/Final_Fantasy_6_Disk_1_-_04_-_Locke.mp3[/media]

Mająca dawno 50-tkę na karku, a mimo to wciąż pała młodzieńczym wigorem.
Piękna, charyzmatyczna i po prostu urocza.
Jak ja to robię? Widzicie, drodzy panowie... To moja słodka tajemnica! A Magini swoich tajemnic nie zdradzi, hehe. Musicie sami to odkryć. Właśnie tego dnia wyruszyłam w trasę Zasiedmiogórze-Zasiedmiolesie-Zasiedmiorzecze-I-Zasiedmiocośtamie, by tam rozpocząć swoją nową legendę. Każdy może stać się legendą, ale tylko niektórzy ponoć stają się nią naprawdę. Jak dalej będzie...?
Hmmm...
Sama muszę się o tym przekonać. Wygląda na to, że w tych poszukiwaniach nie jestem samotna. Na pokładzie znajduje się grupka obcych osób. Oni chyba wszyscy płyną w tym samym kierunku, lecz czy w tym samym celu...? Wydawało mi się, że kogoś tam znajomego widziałam...


Ciężko było skrobać piórem w tych warunkach. Trzeba było owym czarnym pisadłem trafiać do kałamarza, zaś jednocześnie tą tajemniczą księgę, oprawioną w skórę, oprzeć na kolanach i pisać w miarę czytelnie. Bynajmniej dla samej pani...

* * *
Wkrótce powróciła na zewnątrz. Musiała odpocząć od tego szumu fal. Wróciła z powrotem do grupy ludzi, jednak nie ona pierwsza przywitała się z tłumem wczasowiczów. Nie miała zazwyczaj witać pierwsza kogokolwiek, chyba... że miałby coś ciekawego przy sobie.
- Witam was boże owieczki. Dokąd to Bóg prowadzi wasze ścieżki? - spytał duży i masywny człowiek. Wyglądał na... hmm, zakonnika?
- Boża owieczka?
Zakonnik - pierwsza osoba, która lubi sobie zaglądnąć do kieliszka, że myli wszystkich z "bożymi owieczkami". Ona na pewno będzie dobrym kompanem do picia!
O owieczkach słyszałam, ale boskich nigdy. Cóż to za ciekawe stworzenia zna ten imćpan - pomyślała sobie. - Bóg... Hmmm, sądziłam dotychczas, że ja siebie prowadzę.
- Udaję się na poszukiwanie własnego miejsca na ziemi - stwierdziła nieco filozoficznie i uśmiechnęła się lekko.
- No tak. Pan jest pasterzem naszym, a my jako jego owieczki prowadzeni jesteśmy ku życiu wiecznemu. Bóg kocha nas wszystkich. - rzekł miło, wręcz słodko - Orki, gobliny, drowy, nawet te ryby w morzu pływające. Jeno tych urzędników co kościół chcą opodatkować znieść nie może i będą się oni smażyć w ogniu piekielnym po wsze czasy! - gwałtowny wybuch mnicha mógł by przerazić co bardziej bojaźliwe osoby - Dlatego wszyscy jesteśmy owieczkami bożymi. -rzekł już spokojnie i wracając do swego wcześniejszego, lukrowanego tonu.
Wow, he looks so scary. Teach me, Masta, how to act like that way!
- Emm - jejmość zapeszyła się nieco. - Skoro Bóg kocha wszystkich, to dlaczego ci urzędnicy muszą się smażyć w ogniu piekielnym?
- Bo są źli i grzeszą ciężko. Zabierają biednym i miast darować to Bogu poprzez wpłaty na zakony, kościoły i radia przywłaszczają to sobie. Ba! Nawet nam, duchownym do kieszeni chcą zaglądać! Sam szatan gorszych uczynków nie popełniał. Ciężki to grzech, oj ciężki. Chciwość się nazywa i jest piąt... nie szóstym grzechem głównym. - rzekł z fanatyczną miną i błędnym wzrokiem. Nagle jakby wrócił na ziemię, a raczej na morze i szybko przyjrzał się kobiecie. - Ale ty nie jesteś urzędnikiem, prawda?
- Nie - pokręciła przecząco głową. - Jestem Maginią.

I lubię złoto...
Zaczynała się trochę bać tego człowieka. W pewnych momentach, gdy go ponosiło, był zły jak diabli. Czy takich złych Bóg też kocha, nawet jak ci potępiają chciwość urzędników?

Michał lubił magi. Dodawało smaku do potraw.
Dopiero po chwili zdał sobie sprawę,że jej chodzi o hokus pokus i czary mary..
Kleryk zastanowił się chwilę. Przyłożył przy tym do ust palec wskazujący prawej ręki i opierając łokieć o lewą dłoń i zmarszczył czoło. W swej kilku letniej praktyce spotkał się z kilkoma różnymi wersjami poglądów kościoła na temat magów i czarodziei. Niektóre bardzo radykalne przyprawiały o dreszcze braciszka Michała. Lubił pieczeń z grilla, ale jakoś myśl nad paleniem kobiet na stosie nie podobała mu się najbardziej. - Nie, raczej nie. Choć nie przepadam być na celowniku kul ognistych. I tacy to magowie - znów począł grzmieć niczym ksiądz z ambony - co żywcem palą kler duchowny, sami palić się będą w odwiecznych męczarniach czeluści piekielnych.

Fajnie, po śmierci będzie mi ciepło! - ucieszyła się Magini, tak z prądem delikatnego, ironicznego humoru.
Choć z drugiej strony domyśliła się przecie, że braciszkowi chodziło raczej o coś trochę... innego jak to całoroczną (przez ileś lat/przez nieskończoność czasu?) palarnię.

- Ja kleru nie palę, chociaż niektórzy ludzie podobno bywają dość smaczni. Do palenia lepsza jest trawa i inne krzewiny.
- To dobrze drogie dziecko. Ale w końcu nie uzyskałem odpowiedzi zadanej na samym początku naszej miłej rozmowy. Dokąd Bóg prowadzi?
- Do zbawienia wiecznego albo na wieczne grillowanie - wywnioskowała rada z poznania ciekawego osobnika. - Ja zaś podążam w poszukiwaniu własnego miejsca na ziemi oraz pracy - uśmiechnęła się promienne. - Jak pan się zowie?
Wydawało się jej przez moment, że widzi w tej grupie znajomą, zieloną gębkę. Nie przerywała jednocześnie rozmowy, żeby nie wzbudzać wrażenia braku szacunku do rozmówcy.

- Jestem braciszek Michał. - przedstawił się skromnie - i bardzo mądra odpowiedź dziecko. Każdy na tym świecie szukać powinien miejsca do którego najbardziej pasuje, a praca uszlachetnia i uszczęśliwia Pana - "i zapełnia nasze kieszenie" dodał w myślach.
Dziecko - hmmm, nie ma to jak czuć się odmłodzonym. Kilkadziesiąt lat życia za sobą chyba wystarczy, prawda?

Kod:
Tajemnicze, granatowowłose stworzenie z wrodzonym talentem magicznym, poszukujące swego przeznaczenia. Gotta any money? Well, if so, I prefer gold only, eventually platinum. That's the power of mine you'll taste, soulie!
- A na mnie pan może wołać Er. "Wasza wysokość" także przyjmę - puściła oczko do braciszka Michała i wyjęła butelkę sake, żeby pociągnąć sobie z gwinta jeden ze swoich skarbów.

- Chyba jednak zostanę przy "magiczce" - rzekł wesołym tonem i z zachłannością spojrzał na butelkę. I mimo, że jego mimika twarzy i postawa nie wskazywały na chęć napicia, to jednak oczy są zwierciadłem duszy.
R. zerknęła na mnicha. Widać było po jego oczach, że miał ochotę napić się alkoholu. Wychodziło jednak szydło z worka. Kiedy R. skończyła delektowanie się sake, spytała się:
- Może chcecie się napić? - rzekła to tak, jakby o czymś ważnym zapomniała. Wręczyła Michałowi trunek, żeby sobie jego resztę z flaszki pociągnął. - To zapraszam.
Poprawiła towarzysza po chwili:
- Podpisane: Magini - ostatnie słowo zaakcentowała i puściła oczko do braciszka Michała.
 
__________________
Every time you abuse Schroedinger cat thought's experiment, God kills a kitten. And doesn't.

Na emeryturze od grania.

Ostatnio edytowane przez Ryo : 26-09-2010 o 22:37.
Ryo jest offline  
Stary 19-09-2010, 02:54   #4
eTo
 
eTo's Avatar
 
Drow kiedy usłyszał, że zamiast normalnie zapłacić za przepłynięcie statkiem na wyspę, ma tachać jakieś do niczego mu niepotrzebne skrzynie, zirytował się nie mało. Chwilę później oczy, odzianej w czary skórzany płaszcz z kapturem, postaci zaczęły się niemalże świecić, kiedy to na nic się zdały próby zapłaceniem złotem. Mimo iż efekt był potęgowany, przez nietypowe białe ubarwienie tęczówek okutych w czerń, nie dało to żadnego efektu. W tym momencie w Dirithu niemal się gotowało.
Owy żeglarz nawet nie wiedział o ile więcej szczęścia niż rozumu miał w tej chwili. A to dlatego, że owy czarnoskóry awanturnik pokryty gdzieniegdzie na twarzy, a w szczególności widocznymi na czole, białymi pasami tatuażu, wolał nie wszczynać walki pokazując wszem i wobec do jakiej to pracy nadaje się on najlepiej.
Po pierwsze dlatego, że nie potrafił obsługiwać żadnej jednostki pływającej, a gdyby próbował przejąć jakąś siłą, to pewnie żywcem by żadnego z żeglarzy na jeden statek by nie zaciągną. Nawet jeśli, to prawdopodobnie szybko by się z niego ewakuowali i mroczny elf miałby nie lada problem zostając sam na statku po środku tego przeklętego akwenu.
Po drugie, nie zamierzał dalej łazić, aby tygodniami szukać zajęcia, kiedy to jeden rejs dzielił go od być może dobrze płatnej i najprawdopodobniej wykonywanej w zawodzie pracy. A jeśli nie, to przynajmniej rozejrzy się na tej wyspie we własnym zakresie zapewniając sobie rozrywkę oraz pilnując własnych interesów.
Mroczny elf jakimś cudem jednak się opanował po czym przeczesał dłonią krótko ścięte czarne włosy, które były poprzerywane białymi miejscami układające się w podobne pasy, co te na czole. Najwyraźniej nie był to taki do końca zwyczajny tatuaż.
Następnie przedstawiciel dość agresywnej rasy podmroku poprawił ułożenie plecaka, w którym na oko nie znajdywało się za wiele, po czym z wielką niechęcią wziął się za załadunek. Co prawda podczas tej czynności starał się nie przemęczać ani tym bardziej nie dbał o stan w jakim niesione przez niego pakunki czy też skrzynie lądują na pokładzie statku.
Dodatkowo z braku miejsca Dirith dostał zakwaterowanie w kajucie z jakimiś innymi członkami załogi. Nie mając zatem nic lepszego do roboty, postanowił się zdrzemnąć. Była to co prawda dość czujna drzemka, gdyż trzymał rękę na plecaku aby nikomu przypadkiem nie przyszły do głowy jakieś dziwne pomysły. Chociaż w sumie to czemu by nie? Jeżeli ktoś miał zamiar na własne ryzyko próbować się dobrać do rzeczy tego drowa, to proszę bardzo, jednak w tym momencie nie byłoby już żadnej taryfy ulgowej dla takiego osobnika.
Jednakże niewygoda pryczy i rytmiczne bujanie, dzięki któremu coś coraz to bardziej uwierało drowa sprawiły, iż po pewnym czasie dłużej już się wytrzymać nie dało. Zatem z niezadowolonym pomrukiem mroczny elf zwlekł się z swojego miejsca po czym założył plecak i ruszył poszwędać się po pokładzie statku.
Kiedy już się wydostał na górny pokład, rozejrzał się aby zorientować się, w tym co się dzieje na pokładzie. Szybko zauważył innych pasażerów statku, którzy zdecydowanie różnili się od załogi. Zatem nie on jeden zamierzał spróbować szczęścia w ogarniętym czystkami urządzanymi przez nowego władcę na zamku.
Nie zamierzał jednak do nich dołączać póki co, gdyż nie było wyraźnego powodu aby zaprzątać sobie tymi ludźmi głowę. Dlatego też nie zwolnił ani nie przyśpieszył kroku, mimo iż mimochodem słyszał dość wyraźnie odbywającą sie od pewnego momentu rozmowę. Wodził tylko wzrokiem, czy aby nie ma jakiegoś spokojniejszego kąta w którym mało kto by mu przeszkadzał oraz może pokład byłby trochę bardziej stabilny. A nuż widelec przypadkiem uda się Dirithowi napatoczyć na owego żeglarza, który tak usilnie odmawiał przyjęcia złota, stojącego gdzieś w mroku nocy przy burcie? Jednakże specjalnie szukać go nie zamierza najwyżej owy osobnik przestanie mieć tyle szczęścia już po przybiciu do docelowego portu. Póki co, nie miał nawet za bardzo jak uciec, więc jednocześnie mrocznemu elfowi nigdzie się nie śpieszyło, i nic się nie stanie jeśli tej nocy go nie spotka.
Mimo wszystko po chwili założył leniwie kaptur nasuwając go solidnie na czoło, aby włosy i tatuaże nie krzyczały "jestem-tutaj", dzięki czemu sylwetka drowa była trochę mniej widoczna w mroku. Dodatkowo szedł cicho, co dzięki zdolnościom rasowym przychodziło mu łatwo, a co za tym idzie sprawnie "spacerował" po pokładzie.
Już po kilku chwilach dostrzegł znajomą postać człowieka, którego szczęście powoli się kończyło. Jak gdyby nigdy nic szlajał się przy burcie, albo może i coś sprawdza, jednak przy braku znajomości żeglarskich prac nie miało to większego znaczenia. Dirith zatem rozejrzał się leniwie, jakby podziwiał statek lecz tak na prawdę sprawdzał czy nie ma w okolicy zbyt wielu świadków tego co mogłoby się zaraz zdarzyć. Na szczęście nie dostrzegł takowych, w pobliżu więc była szansa na to, iż pokaże z jaką pracą radzi sobie najlepiej.Nie pozostało już nic więcej, jak tylko podkraść się do ofiary, zrobić co trzeba i posprzątać zanim zachlapie pokład. Proste.
Dlatego też drow zaczął się skradać. Może i dawno tego ni robił, jednak nawet średnio wyszkolony drow jak na standardy podmroku, radził sobie całkiem dobrze na powierzchni, tym bardziej w nocy. Kiedy ofiara przystanęła coś obserwując zatrzymał się tuż jej plecami i stał przez chwilę nieruchomo, aby zlać się z sylwetką ofiary; zasłaniając żeglarza tak żeby zdawało się, że to tylko jedna osoba stoi w danym miejscu. Były widoczne gwiazdy, przez co nie było idealnych warunków do takiego manewru, jednak oczy większości ludzi nie widzą dobrze w mroku nawet takiej nocy, więc w można to łatwo wykorzystać na swoją korzyść.
Nie mogło to trwać wiecznie aby ofiara nie wyczuła, że ktoś za nią się czai, zatem mroczny elf przystąpił do działania. Lewą ręką sięgną do gardła mężczyzny. Chciał złapać go na tyle mocno i szybko, aby nie zdążył wydać z siebie jęku. W tym czasie prawa ręka nie miała zamiaru próżnować, tylko szybko i sprawnie pojawił się w niej cienkie, kilkunastocentymetrowe ostrze, idealne wręcz do przewidzianego zadania. A zadaniem tym było dźgnięcie w plecy zadane lekko od góry, które miało przebić płuco i nie spowodować przy tym zbyt wielkiego upływu krwi, aby nie ubrudzić się posoką i tym samym oznajmić wszem i wobec, że do czegoś doszło z udziałem drowa. Zaraz potem nastąpiło drugie, wycelowane w drugie płuco, po czym drow postanowił zakomunikować ofierze co się właśnie wudarzyło.
- Widzisz? Trzeba było brać złoto, bo TO jest jedyna praca jaką zamierzam wykonywać, nawet za darmo. - powiedział szepcząc szybko do ucha pechowego żeglarza, ale tylko jeśli wszystko przebiegało po cichu i zgodnie z planem.
Kiedy juz mroczny elf w swojej uprzejmości, lub też okrucieństwie zakomunikował człowiekowi o jego przesądzonym losie, zada kolejne dźgnięcie, tym razem w gardlo aby uszkodzić struny głosowe by nieszczęśnik nie mógł krzyknąć o pomoc podczas lotu do wody spowodowanego pchnięciem, które nastąpiło tuż po dźgnięciu w gardło. Zamierzał szubko pozbyć się będącego-w-krótce-trupem człowieka, aby nie zachlapać pokładu płynącą w jego żyłach czerwoną cieczą, która rano mogłaby wzbudzić jakieś podejrzenia, jeśli ktoś by ją zauważył podczas nadchodzącego powoli dnia.
Gdyby jednak nie udało się zacisnąć uścisku wystarczająco mocno aby zapobiec jękow, lub krzykom, Dirith przejdzie do planu B. Plan ten zakładał juz szybszy rozwój akcji i szybkie dźgnięcie w jedno płuco i gardło po czym natychmiastowe wypchnięcie żeglarza za burtę, bez zbędnego tracenia czasu i gadania. Następnie w takim wypadku mroczny elf zamierza pochylić się na burcie chowając szybko ostrze na swoje miejsce i zasymulować objawy choroby morskiej, połączonej z jękami niezadowolenia. Gdyby w ostateczności ktoś mógłby zauważyć czy to symulacja czy nie, chorobę morską można spowodować równie dobrze kciukiem, jednak tego Dirith miałby nadzieję uniknąć.
Jeśli jednak nie wszystko poszłoby zgodnie z planem, trzeba będzie dokończyć tą sprawę w jeszcze inny sposób..
 
__________________
"Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?

"- You can't let them run around inside of dead people!
- Why not? It's like recycling." - Dr. Who

Ostatnio edytowane przez eTo : 19-09-2010 o 19:18. Powód: A raz Dirithowi śmierć.. xD
eTo jest offline  
Stary 19-09-2010, 16:52   #5
 
Bartosh's Avatar
 
„Tego mi było trzeba!”

Rozprostował plecy i przeciągnął się. Ciężkie pakunki i pełne beczki okazały się doskonałą okazją do odrobiny wysiłku i rozgrzania zastałego po wielodniowej podróży organizmu.
Chwycił armatnią kulę, i przyciskając ją do brzucha, wszedł po trapie. Czytał o broni czarnoprochowej, o jej potędze, a także zawodności. W Traktacie o nowoczesnym orężu autor dowodził, że co dziesiąta obsługa dział ginie w wyniku eksplozji.

„Lepiej już zejść z wysiłku przy dziewce, niż zostać zabitym przez własną broń”

Tak powtarzał jego ojciec, a po nim wuj. Kim on jest, żeby kwestionować takie mądrości.
Obmył twarz i przez dłuższą chwilę starał się wygodnie ułożyć w hamaku. Czyniony przy tym hałas ściągnął na niego kilka przekleństw marynarzy, którzy spali obok. W końcu zamknął oczy. Po chwili pochłonęła go ciemność

_ _ _

Wciąż śpiąc, próbował namacać swoją broń. Gdy dłoń trafiła w pustkę, jego ciało zadziałało szybciej niż umysł. Zerwał się na równe nogi, stojąc w rozkroku lustrował otoczenie. Oddech szybki i płytki, Moc bitewna krążąca w żyłach. Przypomniał sobie po chwili gdzie się znajduje, natychmiast uspakajając się. Jego broń i cały ekwipunek leżały pod hamakiem, w zabitej na głucho skrzyni. Żaden kapitan nie wpuści na pokład uzbrojonych podróżnych. Tym bardziej pochodzących zza Wschodniej Puszczy.

Na przybitym do desek stoliku stał antałek z rumem. Jeden z marynarzy kazał się częstować. Ursusom podniósł ciężkie naczynie, przykładając szyjkę do ust. Paląca ciecz spłynęła po gardle. Odłożył naczynie, nie chcąc nadużywać gościnności. Postanowił wyjść na pokład. Przechodząc obok części towarowej, ujrzał swoje odbicie w ogromnym lustrze z polerowanego srebra, zabezpieczonym pod ścianą.

„Takie lustro miał wuj. Chwalił się, że niejedna dziewka miała okazję się w nim przejrzeć”

Zatrzymał się i przyjrzał sobie. Średniego wzrostu mężczyzna. Dość postawny, lecz wyrobione w potyczkach mięśnie pokryły się świadectwem mięsnych i winnych uczt. Czarne skórzane spodnie oraz kubrak tego samego koloru zaczynały opinać się nieco w okolicy brzucha. Mocny, szeroki pas, pozbawiony krzepiącego ciężaru broni, służył teraz za element ozdobny. Wygolona głowa błyszczała. Blizna nad lewym okiem jak zwykle paliła. Na wąsach i brodzie osadziły się maleńkie kryształki soli. Liczył sobie dwadzieścia cztery wiosny, lecz wyglądał na trzydzieści.



„Życie to okrutny rzeźbiarz”

_ _ _

Nie tylko on tej nocy nie mógł spać. Z rozczarowaniem stwierdził, że przy burtach stoi kilku ludzi. Wyminął staruszka , witając go skinieniem głowy. Bardziej wyczuł niż zauważył postać, która stała w cieniu, przyglądając się pozostałym. Twarze stojących przy burcie postaci stały się wyraźniejsze. Oczy przyzwyczajają się do ciemności.

„Oni też zmierzają do zamku”

Podszedł do grupy, przez chwilę przysłuchując się konwersacji. Gdy uwaga rozmówców na chwilę skupiła się na nim, położył rękę na piersi i zgiął się lekko w ukłonie.

- Ursuson. Niech Królowa Matka ma was w swojej opiece.

Nie odezwał się więcej, obserwując pozostałych. Najbliżej niego stał kapłan, który z pewnością nie stronił od doczesnych radości. Ursusom nie był w stanie dostrzec symbolu przynależności religijnej.

Z klerykami sprawa jest prosta. Słuchać tego co mówią i wyciągać z tego to, co wartościowe. Zawsze okazywać szacunek, gdyż duchowny jest przedłużeniem swojego boga. A zadrzeć z bogami, to jak wleźć w gniazdo mrówek z rzycią posmarowaną miodem. Pamiętać jednak należy, że duchowny to człowiek, i jako taki ma tę właściwość, że dobrze zdzielony po pysku, pada na ziemie jak stonka po solnej oblewce.”

Rozmówczynią duchownego była kobieta o urodzie zacnej, lecz jednocześnie dziwnej i niepokojącej.

Jakby każdy element jej jestestwa stał w sprzeczności z pozostałymi”

Wyczuł drganie powietrza wokół niej. Przez chwilę spojrzała mu w oczy.

„Magiczka! A niech to! To mi się trafiło towarzystwo.”

Odwrócił się bokiem, przyglądając się niespokojnym wodom. Czytał o pięknie wielkich jezior, którymi nijak nie mógł mieć do czynienia w swojej rodzinnej krainie. Teraz doświadczał tego na własnej skórze, i był szczęśliwy, że los, rękoma jego wuja, zesłał go w to miejsce.
 
__________________
Bar pod Martwym Mutkiem - blog Neuroshima RPG. Link w profilu. Serdecznie zapraszam!
Bartosh jest offline  
Stary 19-09-2010, 21:18   #6
 
Almena's Avatar
 
X wtrąc
Dirith;

Jak to mówią w pomroku – posztuchną cię przypadkiem w tramwaju to daj w zęby. Dobrze, że nie wynaleziono jeszcze tramwajów...
Statek cię wnerwiał. Kołysanie i kołysanie i kołysanie i zapach ryb. Nadźwigałeś się worków i pakunków w ramach uczciwej, jakże hańbiącej dla drowa pracy, a oni dali ci pryczę, na której patykowaty elf ledwo by się zmieścił, twardszą od kamienia! No ale cóż... nic straconego, noc jeszcze młoda...
Minąłeś grupkę rozmawiających podróżnych i zaszyłeś się klasycznie w mrok nocy. Wszyscy byli zmęczeni załadunkiem i pracą na statku a morze było spokojne, więc nastrój wśród załogi wydawał ci się mało-czujny. Ruszyłeś za starszym człowiekiem. O dziwo zdołał zniknąć ci z oczu. Gdzie żeś polazł, staruchu...? Musiał wejść pod pokład...

Nagle zatrzymałeś się, instynktownie niemal wyczuwszy przed sobą przeszkodę-pułapkę. Twoje oczy dojrzały w mroku cienką nitkę rozciągniętą przy ziemi, w poprzek pokładu. Co to ma być? Rozejrzałeś się uważnie – nitka była przywiązana do starego zardzewiałego gwoździe wystającego z lewej, biegła przy ziemi i dalej za burtę. Drugi koniec zniknął gdzieś w ciemnej wodzie. Nie dowierzając, że to jakiegoś rodzaju pułapka, ostrożnie złapałeś nitkę i pociągnąłeś. Po chwili wyłowiłeś z wody malutki przedmiot, przywiązany na drugim końcu żyłki. Była to niewielka, mieszcząca się na dłoni, tajemnicza muszelka.
Amber's Ammonite Pendant by ~Nambroth on deviantART

Nie wiedziałeś co o tym myśleć. Dziadek łowi ryby na... muszelkę? Może to jakiś talizman, może żeglarze wierzą że takie coś przynosi szczęście, odstrasza tajfuny...? Może to talizman przeciwko temu, że kobiety są na pokładzie?... Mało cię to obchodziło w tym momencie, Alem usiałeś przyznać, że to było dziwne.

Postanowiłeś zająć się poważniejszymi rzeczami i ruszyłeś dalej pokładem, wypatrując żeglarza. Usłyszałeś szmery zza małych drewnianych drzwi. Cichutko podkradłeś się i je otworzyłeś. Owszem, był tam poszukiwany żeglarz. Pomieszczenie było zawalone skrzyniami i beczkami, a dziadek podejrzanie, przynajmniej na twoje nie-żeglarskie oko, grzebał coś przy dużej, starej sieci. Zaatakowałeś. Byłeś o wiele szybszy niż człowiek w słusznym wieku. Chwyciłeś ofiarę i zatkałeś jej usta, żeglarz zdołał tylko jęczeć przez knebel. Dźgnąłeś sztyletem – i tu wielkie zaskoczenie, ostrze wbiło się, owszem, ale nie w ciało! Wbiło się w coś, co żeglarz ukrywał pod kurtką, a co zdaje się zamortyzowało cios! Co to było do cholery? Skojarzyłeś z grubym plikiem kartek, książką, czy czymś takim... Żeglarz natychmiast wykorzystał chwilę twojego wahania i fakt, że pokładem zaczęło kołysać. Wyrwał ci się i wykorzystując twoją chwilową utratę równowagi rzucił się do drzwi, o dziwo nie wzywając jeszcze pomocy. Otworzył drzwi na oścież, obrócił się w progu twarzą do ciebie i fanatycznie wręcz oznajmił z nienawiścią:
- Za późno!!!
Jego głos... znałeś ten ton – ton który wskazywał na to, ż ofiara spodziewała się wizyty skrytobójcy! Zdezorientowany ale wciąż opanowany, skoczyłeś za ofiara by dokończyć dzieło. Ofiara rzuciła się na oślep do ucieczki, doszło do ostrej szamotaniny, w wyniku której żeglarz został przyciśnięty do burty, a chwilę później – bardziej czy mnie przypadkowo, fiknął za burtę i plusnął w wodę.

Wszyscy;
Rozmawiacie, obserwujecie morze... Nagle gdzieś z głębi pokładu pogrążonego w mroku nocy dobiegło do was:
- Aaaaa!... – urwane jakby pluśnięciem.
Męski głos, głos raczej starszego człowieka. Jakiś nieszczęśliwy wypadek przy pracy...?

Dirith;

Szlag by!... Rozejrzałeś się nerwowo; póki co nikt nie reagował ,chyba nikt nie widział. Wyjrzałeś za burtę na starego żeglarza, który bulgocząc i łapią powietrze wynurzył się, rozpaczliwie próbując utrzymać się na powierzchni w ciężkim, mokrym ubraniu. Posłałeś mu minę pt. „wracaj pod wodę, dziadu!”. I tu kolejne tego dnia zaskoczenie – dziadek gwałtownie wybałuszył w zgrozie oczy i raptownie zniknął pod wodą! Zdecydowanie coś pomogło mu zanurkować... Obserwowałeś; w miejscu gdzie zniknął pojawiło się nieco bąbelków, ale nie było krwi. Nie było też dziadka...
X
 
__________________
- Heh... Ja jestem klopotami. Jak klopofy nie podoszają za mną, pszede mnom albo pszy mnie to cos sie dzieje ztecytowanie nienafuralnego ~Dirith po walce i utracie części uzębienia. "Nie ma co, żeby próbować ukryć się przed drowem w ciemnej jaskini to trzeba mieć po prostu poczucie humoru"-Dirith.
Almena jest offline  
Stary 19-09-2010, 21:57   #7
 
andramil's Avatar
 
- I niechaj Ciebie strzeże Matka Przenajświętsza. Miło słyszeć, że jeszcze są w tych stronach wychowankowie Phaulinów. Święta Matka dobrą i miłosierną patronką jest. - rzekł mnich odstawiając usta od butelki. Oddał ja grzecznie właścicielce po czym spojrzał w niebo. - Piękna to pogoda. Dobrze żeśmy trafili. Żadne nieszczęście nam nie...
Aaaaaaaaaaa... PLUSK! Chlapu, chlapu. Bul bul bul...
Dźwięk czyjegoś nieszczęścia przerwał mu możliwość do dania kolejnego kazania. Ale nie ma tego co by na dobre nie wyszło. Michał spojrzał w stronę z której doszedł ich krzyk i szybko tam podbiegł. Minął trochę zdezorientowanego drowa i stanął przy burcie. Znając swe możliwości nie wyskakiwał za nią niosąc pomoc bliźniemu. Znając swe gabaryty nie opierał się o barierkę. Zobaczył tylko rozchodzące się i niknące kręgi na wodzie, jakby coś ciężkiego wpadło w jej toń. Albo coś ciężkiego, zostało pociągnięte przez coś jeszcze bardziej cięższego. Dziwna sprawa. Baaaardzo dziwna. Zaciekłość i smykałka do takich spraw nie pozwoliła mu spokojnie odejść i zapomnieć. Tu zginał człowiek.
- Ej ty. Drowie - zwrócił się do Diritha - Powiedz ty mi dobry czło... elf... Mroczny Elfie kto to był. Muszę wiedzieć... kto jest... rodziną nieboszczka. Pogrzeb sam za siebie nie zapłaci. - rzekł Michał, trochę dysząc po jakże długim dla niego sprincie, zastanawiając się jakie przemówienie powinien powiedzieć na cześć zmarłego, zapewne, marynarza.
 
__________________
Why so serious, Son?

Ostatnio edytowane przez andramil : 21-09-2010 o 20:21.
andramil jest offline  
Stary 19-09-2010, 22:02   #8
 
Terrapodian's Avatar
 
Damy nie powinno zaprzątać się do ciężkiej, fizycznej pracy - wmawiał jej to zawsze Witian i Ryi miała powody by w to wierzyć, szczególnie gdy dłonie bolały od ciężkich skrzyń. Co ciekawe ten szalony poeta nie mówił podobnych rzeczy, gdy miała stłuc przypadkowych oprychów. Zresztą to są dwie różne kategorie; kruszenie ludzkich szczęk a ładowanie kul armatnich na statek. Koddo nie narzekała nigdy, wiedząc, że każdy taki wysiłek to dobry trening dla mięśni, a do tego rozwijał osobowość oraz wewnętrzną perfekcję.

To samo mówili mnisi w klasztorze, gdzie niegdyś pracowała. Oni żyli modlitwą i pracą. Niekiedy nocą wymykali się do droższych domów publicznych, ale Ryi wychodziła z założenia, że każdemu należy się chwila zabawy oraz wytchnienia. Pracowali często na roli, kiedy oni jako "bicze boże" trenowali walkę w piwnicach klasztornych z kukłami, między sobą, a niekiedy oficerowie przyprowadzali jakieś kreatury. Ich bronią zawsze były obuchy, a Ryi szczególnie umiłowała sobie metrową buławę, którą nazwała żartobliwie Demotywatorem. Witian też bardzo lubił tę nazwę i często się z niej śmiał. Aby zrozumieć w pełni ten tytuł, należałoby zobaczyć rabusia przed i po spotkaniu z orczycą. Wystarczy powiedzieć, że dany osobnik "tracił motywację" do kradzieży majątku poety lub Kiddo.

Załadunek skończony. Ryi spojrzała z satysfakcją na rezultaty pracy jej oraz współtowarzyszy. To zawsze sprawia przyjemność. Wdrapała się na statek. Zajęła miejsce wśród załogi - głównie samców, ale - powiedzmy sobie szczerze - który z ludzi byłby na tyle odważny wyciągać lubieżną rękę w stronę Koddo? Zresztą nie amory jej teraz w głowie. Rozłożyła swoje skromne przedmioty na podłodze, odsapnęła. Ściągnęła twarde elementy zbroi w ostro czerwonym kolorze na bok, zostawiając na sobie kompletny, czarny strój. Zostawiła białe rękawiczki dla awangardowego kontrastu.

Korzystając z mdłego światła, wyciągnęła prosto zszytą książeczkę, która rozpadała się, ale można na niej rysikiem dobrze pisać. Ten papier to prezent urodzinowy od Witiana, który trochę się nachodził po handlarzach, by to kupić i wytargował cenę dość niską, ale zarazem wystarczająco wysoką, by głodować przez dłuższy okres czasu.
Rysikiem zaczęła stawiać koślawe, czarne litery. Poeta nigdy nie wspominał o tym, że ładne pismo się liczy. Ważna była treść, która pominąwszy błędy ortograficzne wyglądała tak.

"Dzień piętnasty poszukiwań Witiana.

Brak śladów mojego przyjaciela. Od czasów jego zniknięcia obeszłam wszelkie meliny, które odwiedzał i sprawdzałam wszystkich ludzi, których mógł znać. Stłukłam parę gęb. Dużo krwi, mało konkretów. Nie ma ani śladów. Gdzież mógł się schować?

Najęli mnie do drobnej robótki. Dobrze będzie. Znów stłukę parę gęb albo macek. Wolę macki, bo ludzie zawsze krzyczą. To irytuje. Najważniejsze, by znaleźć tam natchnienie. I Witiana. Polubiłam o dziwo tego człowieka. Może dlatego, że z orkami już dawno do czynienia nie miałam..."

Przerwała pisanie, bawiąc się swoim rudym warkoczem. Myśli kłębiły jej się w głowie, czasami pływały we krwi, ale Pozsmann uczył także, że życie nie koniecznie musi się kręcić wokół zarzynania bliźniego.

----

Kiedy gwiazdy wyszły na niebo, ona przybyła na pokład, gdzie znajdowali się już jacyś pasażerowie. Pomachała im, uśmiechając się, a potem usiadła na podłodze opierając się o jakąś skrzynię. Każdy kolejny dzień przynosił coś ze sobą - to już nie były słowa Witiana, ale myślenie jej plemienia, z którym rozstała się w smutny sposób. Żałowała swej matki i braci, ale już tamtego życia nie bardzo. Bo kim by została? Żoną jakiegoś woja, bez perspektyw na przyszłość. Podróże rozwijają i chociaż wciąż ma ochotę rozbić jakąś czaszkę, albo przysiąść na tyłku w górzystym terenie, to przynajmniej przekuje to w sztukę.

Spojrzała na obecnych. To pewnie ci inni, którzy zgłosili się do podobnej lub tej samej misji. Wobec tego należałoby się z nimi przywitać. Później, może później. Nie psujmy tej pięknej nocy.

Wtedy usłyszała krzyk i pluśnięcie. Żegnaj piękna nocy. Podbiegła do burty w pobliżu kapłana.
- Mmm, mam u siebie linę - powiedziała powoli. - Ale w tej chwili to już chyba tylko rybki mu pomogą.
 

Ostatnio edytowane przez Terrapodian : 19-09-2010 o 22:05.
Terrapodian jest offline  
Stary 19-09-2010, 22:29   #9
 
Blacker's Avatar
 
Błyskawica rozdarła czerń nocnego nieba na pół, oślepiając Ivaha, strażnika miejskiego stojącego na warcie przy bramie. Praktycznie jednocześnie ze światłem nadszedł dźwięk, świadcząc o tym jak blisko piorun uderzył. Starszy już strażnik stał, podpierając się na halabardzie i drżąc z przejmującego chłodu. Dokuczliwa mżawka już dawno sprawiła, że przemókł do suchej nitki, a do końca warty pozostało jeszcze kilka godzin. Wtedy nagle w ciemnościach rozległ się cichy głos

- Witaj

Zaskoczony Ivah zrobił dwa kroki w tył, potknął się o jeden z kocich łbów i byłby upadł, gdyby w ostatniej chwili nie podparł się halabardą. Czując, że serce wali mu jak młot rozejrzał się dookoła, jednak nie zdołał zauważyć nikogo. Już chciał zwalić to na karb fantazji, sądząc że zwyczajnie się przesłyszał gdy głos odezwał się ponownie

- Powiedziałem: witaj

Strażnik czując narastającą panikę ponownie rozejrzał się dookoła, ujął drzewce halabardy mocniej w dłoń po czym starając się opanować drżenie głosu i nadać jego brzmieniu jak najwięcej pewności zapytał

- Kim jesteś!

Szept z ciemności tym razem wydawał się być znacznie bliżej

- Jestem Ten Przed Którym Padają Imperia A Na Dźwięk Którego Imienia Nawet Najodważniejszych Przejmuje Strach

Ivah poczuł, jak oblepia go zimny pot. Zrozumiał, że głos dochodzący bezpośrednio z ciemności nocy przedstawiający się w taki sposób może należeć tylko do samej śmierci. Serce waliło mu jak młot, poczuł zawrót głowy, zatoczył się ponownie opierając się plecami o ścianę przybudówki strażniczej, a głos odezwał się ponownie

- Spójrz na mnie! Przybyłem...

Serce starego strażnika uderzyło jeszcze kilka razy po czym nie wytrzymało. Osunął się on powoli na ziemię nie słysząc już dalszego ciągu wypowiedzi

- ... w poszukiwaniu statku płynącego na pobliską wyspę, chcę bowiem odwiedzić znajomego. Czy możesz mi wskazać... zaraz, a co tobie? Hej, dobrze się czujesz?!

Ivah odpowiedzieć już nie mógł z tej prostej przyczyny, że był martwy

***

Gnom, nieco skołowany wypadkami tej nocy wkroczył do miasta obok stygnącego powoli ciała strażnika. I choć nie wiedział dlaczego człowiek ten padł martwy w trakcie rozmowy to domyślał się, że to prawdopodobnie jakieś ukryte do tej pory nadnaturalne moce (nie mógł wszak wiedzieć, że strażnik po prostu nie spojrzał w dół przez co nie dostrzegł gnoma). Jako prawdziwy arcyłotr nie przejął się tym jednak i budząc mieszkańców okolicznych domów swym demonicznym śmiechem kroczył ulicami śpiącego miasta. Dzieci budziły się z krzykiem, kobiety płakały a mężczyźni bladzi ze strachu czym prędzej łapali za broń z bezsensowną nadzieją na to, że uda im się obronić bliskich... a przynajmniej tak sądził Boddynock Laslo Alain Callik Kastor Elmo Redegewandt. W rzeczywistości jego piskliwy chichot nie obudził prawie nikogo, a ci którzy nie spali wzięli go za odgłos walczących o terytorium kotów. Zwykle po przejściu gnomiego geniusza zła zostawały tylko zgliszcza, płacz i zgrzytanie zębów, ale tym razem zwyczajnie nie miał czasu (gdyby tylko mu się tak nie śpieszyło!), zmierzał bowiem do portu. Jego dawny znajomy podobno dochrapał się wysokiej pozycji i potrzebował kogoś kto teoretyczne podstawy budowy systemów totalitarnych miał w małym palcu. W końcu każdy władca potrzebował szarej eminencji która zakulisowo wykorzystywała go jako swoją marionetkę, a arcyłotr pokroju Pożeracza Pieczonej Rzepy nadawał się do tego wręcz idealnie.

Gdy w końcu odnalazł okręt odpowiednio reprezentatywny, który byłby godny zaszczytu przewiezienia jego skromnej osoby okazało się, że załoga nie chce zapłaty (tak jakby miał zamiar płacić) ale zamiast tego bezczelnie żąda pomocy przy załadunku. Przez chwilę gnom wpatrywał się w mężczyznę który mu to powiedział, jakby oczekując aż ten powie ,,niespodzianka, żartowałem" jednak nic takiego się nie stało. Widać ten prosty żeglarz nie słyszał jeszcze o nim, bo wtedy zapewne sam zaproponowałby mu zapłatę byleby tylko zechciał skorzystać z jego statku. W sumie nie było to dziwne, osobę gnoma otaczała bowiem zła sława a opowieści o nim nie usłyszało się w karczmie a co najwyżej szeptane w trwodze w blasku świec. Sam słyszał w jednej z gnomich osad w której się zatrzymał jak jeden z dorosłych gnomów chcąc nieco postraszyć wioskowych urwisów opowiadał im mrożącą krew w żyłach historię o tym, jak Siewca Chaosu Na Przyjęciach zjadł wiśnię z tortu na urodzinach starszego swojej wioski po czym wyzwał go od ,,starucha".

Miał zamiar powoli wyjaśnić to marynarzowi, tak by nawet pomimo typowego dla ludzi niedostatku umysłowego zdołał to pojąć, jednak zrezygnował wypatrując w tym doskonałą szansę, by ukryć swoją tożsamość. W końcu nikt nie pomyśli by osoba jego pokroju kalała się fizyczną pracą a co za tym idzie nikt nie będzie się spodziewał że największy geniusz zła znalazł się na tym skromnym stateczku. Wziął więc jeden z worków (wybierając oczywiście najmniejszy i najlżejszy) po czym zaniósł go do ładowni. Po zaniesieniu go na miejsce stwierdził, że dość się napracował zwłaszcza że oprócz niego załadunkiem zajmowała się spora grupa osób. Udał się do kajuty, którą (o zgrozo!) dzielił z innymi osobami. Nie mógł zrozumieć jak mogło dojść do tak karygodnego niedopatrzenia jednak i to postanowił wykorzystać na swoją korzyść. Jako że najwyraźniej wszyscy z którymi miał dzielić kajutę zajęci byli pracą poluzował linki wszystkich hamaków tak, by wytrzymały ciężar leżącej osoby wystarczająco długo by zasnęła ale niewystarczająco by zdążyła się wyspać, po czym z trudem tłumiąc demoniczny śmiech wyszedł na pokład

Zauważył tam już kilka osób z tych, które wcześniej widział harujące przy załadunku. Podszedł więc do nich odpalając swoją, nabitą wcześniej ziołem fajkę. Słyszał jak kobieta rozmawia z mnichem, wyłapał z dialogu ich imiona, następnie przedstawił się kolejny mężczyzna wyglądający na wojownika. Uznał, że powinien spoufalić się nieco z nimi, wypuścił więc z ust kółko z dymu (prezentując umiejętność, z której był naprawdę dumny) i przedstawił się

- Witam was. Jestem Boddynock Laslo Alain Callik Kastor Elmo Redegewandt, Siewca Chaosu Na Przyjęciach, Mistrz Flamenco, Najroztropniejszy, Najprzystojniejszy i Najskromniejszy Spośród Gnomów, Pożeracz Pieczonej Rzepy.

Nie przerywając mówienia nawet na chwilę zwrócił się do Michała

- Jesteś mnichem jak sądzę? Znałem kiedyś pewnego mnicha, Podgrzybek się nazywał i prowadził lokalną gazetkę dla starszych pań. Nieźle zresztą na tym zarabiał, sądząc po jego karocy. Mówię ci, prawdziwe cacko, mosiężne szprychy w kołach, siedzenia obite skórą, złote wykończenia. Zresztą znanej krasnoludzkiej firma, Mojaksiążka czy jak kto woli Meinbuch w krasnoludzkim. Co prawda wszystkim wokół siebie mówił w kółko że powinni żyć skromnie i tylko regularnie dawać datki na jego pisemko albo spłoną w piekle i na dodatek regularnie mieszał się do polityki lansując niejakiego Jeremiasza Gęś na burmistrza ale i tak wszyscy uważali go za świętego

Następnie odezwał się do czarodziejki

- Znałem także jednego maga, Gandzialf się nazywał. Przyjeżdżał co jakiś do naszej wioski po nowy transport fajkowego ziela. Straszny nałogowiec, za każdym razem gdy wypalił skręta albo dwa zaczynał gadać od rzeczy o mrocznym władcy i zgubionym pierścionku zaręczynowym. Tak naprawdę chodziło mu o jego teściową, która to straszny miała charakter, nic dziwnego bo była półorczycą a której on zgubił pamiątkowy pierścionek po jej świętej pamięci mężu. Oczywiście wszyscy wiedzieliśmy że gada bzdury jak to się czasem przy słabej głowie która za dużo pali ziółka dzieje, ale jednej wioskowy przygłup Frodo tak się tym przejął że porzucił swój dom i wyruszył w Wielką Heroiczna Podróż. Jak ostatnio go widziałem to kurował poparzenia, których nabawił się gdy po ziółku bawił się fajerwerkami

Nie dając okazji nikomu się odezwać kontynuował swój słowotok, tym razem kierując go do Ursusona

- Ty zaś nieco kojarzysz mi się z wujaszkiem Janem Piwonią, może go znałeś? Wielki gnomi wojownik, drugiego takiego mistrza szabli nie znajdziesz pomiędzy Rilden a Annet, może dlatego że nikt tam nie mieszka. W każdym razie był on naprawdę wspaniałym wojownikiem ale niestety nie stronił od alkoholu i pewnego razu w pijackim widzie pomylił swoją szablę z mrożoną golonką. Takiej szarży jeszcze nikt nie widział, podobno zdołał samemu pokonać ciężkozbrojny pułk rycerstwa zanim zauważył że to co trzyma w ręku to nie jest jego szabla. Może i zdołałby się wyrwać z pierścienia wrogów gdyby nie fakt że zamiast walczyć postanowił skonsumować golonkę. Naprawdę, tragiczna historia.

Gnom przerwał na chwilę, by zaczerpnąć oddech i kontynuować swoją przemowę gdy usłyszał krzyk i pluśnięcie. Ktoś najwyraźniej wypadł za burtę! W takich chwilach powinien stanąć przy burcie z liną dając tonącemu nadzieję na ratunek, potem odwrócić się jakby miał zamiar odejść pozbawiając go tej nadziei i dopiero wtedy rzucić mu linę, jak na prawdziwego arcyłotra przystało. Stracił też momentalnie zainteresowanie dotychczasowymi rozmówcami i skierował się w stronę, z której dobiegł do krzyk by zrealizować swój demoniczny plan
 
__________________
Make a man a fire, you keep him warm for a day. Set a man on fire, you keep him warm for the rest of his life.
—Terry Pratchett
Blacker jest offline  
Stary 20-09-2010, 02:21   #10
eTo
 
eTo's Avatar
 
No cóż, najwyraźniej starzec miał rzeczywiście więcej szczęścia niż rozumu i to nie dlatego, że Dirith zamiast wyperswadować podczas wchodzenia na statek czym się para zawodowo postanowił mu odpuścić. Albo najwyraźniej taki styl podchodzenia do ofiar, po cichu, z zaskoczenia jak skrytobójcy, nie pasował mu zupełnie. Nawet jeśli z początku szło dobrze, to jednak dziadyga okazał się nazbyt waleczny. Bardziej jednak to znowu uratowało go szczęście w postaci jakiejś książki czy notatnika.
Drow nie zdążył zakląć, a już przeciwnik był przy drzwiach.. jednak to co zrobił zbiło elfa z tropu. Zamiast wszczynać alarm, zaczął się z niego niemalże wyśmiewać, jakby dobrze przewidział, że ktoś będzie próbował podobnego numeru.
~ O co mu chodziło? ~ pomyślał, zastanawiając się, czy przypadkiem nie sprząta komuś spod nosa jego celu, jednakże teraz nie miało to większego znaczenia. Jak już się zaczęło, trzeba to jak najszybciej skończyć, więc nie tracąc czasu ruszył za starcem.
Szybko go dogonił i doszło do szarpaniny, a tego w pierwszych planach chciał uniknąć, gdyż mogło to zwrócić niepotrzebnie uwagę innych. Niemniej jednak jakoś udało mu się wypchnąć człowieka ze burtę. Przez myśl przeszło Dirithowi, żeby skoczyć tuż za nim i dokończyć sprawę w locie lub bardzo szybko w wodzie. Nie wchodziło to jednak w grę, gdyż wtedy najprawdopodobniej byłyby dwa pluski i kiedy by marynarze wyciągnęli mrocznego elfa na pokład, pewnie szukali by jeszcze jednego rozbitka i zadawali niewygodne pytania. Może i miałoby to sens gdyby próbował tłumaczyć, że chciał pomóc ale nie znalazł w wodzie człowieka który wypadł, jednak niekt pewnie by w ta bajkę nie uwierzył, gdyż Dirith z samego wyglądu nie przypomina takiego co by skoczył za kimś próbując go ratować.
Zamiast tego jedyne co pozostało to oprzeć się ciężko na burcie zgrywać chorobe morską mając nadzieje, że to był jeden z tych żeglarzy, którzy nie potrafią pływać. Całe szczęście miał na sobie kaptur i nie było widać wściekłości na jego twarzy kiedy to starzec wypłynął starając się utrzymać na wodzie. W tym momencie Dirith wyglądał tak jakby miał zabić kogoś wzrokiem i ponownie przemyślał poprzedni pomysł. Może jednak marynarze na tym statku byliby na tyle durni aby mu uwierzyć? Rozejrzał się tylko lekko, czy ktoś mógłby przypadkiem zauważyć szarpaninę.
Jednak sprawa rozwiązała się sama w najmniej oczekiwany sposób. Mianowicie starszy człek zdziwił się wielce po czym równie szybko co wybałuszył oczy zniknął pod wodą. Czyżby specyfiki które sporządził po powrocie do pracowni Riktela, swego nieżyjącego już stwórcy, doprowadziły go do takiej perfekcji, iż potrafił zabijać wzrokiem? Nie, to na pewno nie było to, dlatego wyraz w twarzy pod w cieniu kaptura ze wściekłości zmienił się w zaskoczenie, jednak nie przestawał uważnie obserwować wody, chowając przy tym szybko i dyskretnie ostrze swego sztyletu.
Nie trwało to długo, a ktoś już podbiegał do burty aby sprawdzić co się dzieje. Zatem drow za symulował pochylając się lekko za burte jakby jego żołądek jeszcze miał coś w zanadrzu do pozbycia się, jednak zmienił zdanie i postanowił to zachować sobie na później. Tuż potem dotarły do jego uszu słowa kapłana, czy też innego człowieka z rodzaju tych bardziej świętobliwych. Niemniej jednak zaczynanie rozmowy od "Ej ty", które w uszach poddenerwowanego drował mogło zmienić szybko zmienić się w "Ej ty! Stój zabójco w imię prawa!" nie było najlepszym pomysłem, jednak skąd mógł to wiedzieć zdyszany zakonnik? Dla jego własnego dobra byłoby lepiej jakby nie wiedział co tu się zdarzyło, co zresztą było można poznać po reszcie wypowiedzi. Na domiar złego do centrum zamieszania dołączyła orczyca, więc gwałtowniejsze rozwiązania nie wchodziły w grę, nawet jeśli wszyscy obecni na statku dosłownie olali krzyk i plusk wody, co także było wyimaginowanym stwierdzeniem, gdyż nie wiadomo skąd pojawił się jeszcze gnom.
Nie pozostało więc nic innego jak otrzeć ręką usta, po czym strzepnąć ją z niesmakiem i odpowiedzieć na pytanie co tu zaszło.
- Co? - rzekł niezbyt głośno zniesmaczony drow -Stało się coś? - odparł zaskoczony jakby nic nie zauważył i wiedział o co chodzi.
- Pff.. nawet wyrzygać się w spokoju nie da.. - stwierdził prostując się i odchodząc chwiejnym krokiem od burty w stronę drzwi do pomieszczenia w którym zaczęła się akcja. - Przeklęta łajba..
Dirith miał zamiar poszukać czegoś do picia i przy okazji rzucić okiem na sieć przy której majstrował staruszek zanim został zaatakowany. Cała ta sprawa wyglądała co najmniej dziwnie lecz teraz już najpewniej niczego się nie dowie, jednak najważniejsze, że staruch najpewniej się utopił, albo zostanie przez coś zjedzony.
Niemniej jednak mroczny elf myśląc o tej sytuacji jak i poprzednich w jakich się znajdywał stwierdził, że o ile zabijanie w stylu "z zaskoczenia i przytupem" wychodzi mu znacznie lepiej niż takie skrytobójcze akcje. Nie przejął się tym jednak mocno, grunt że nikt nie zauważył dokładnie co się stało i najpewniej nikt go o nic nie posądzi, byle tylko okazało się, że drow był bardziej zajęty swoją chorobą lokomocyjną niż wypadającymi tuż obok niego ludźmi, którzy siłą rzeczy musieli spaść do wody w polu jego widzenia.. ale to już mniejsza o to, tylko jeszcze ewentualnie odpowiedzieć na wszelkie podejrzliwe pytania, które zapewne nastąpią ze strony kaznodziei zanim dotrze do interesującego go pomieszczenia.
 
__________________
"Drow to stan umysłu." - Almena? Kejsi2?

"- You can't let them run around inside of dead people!
- Why not? It's like recycling." - Dr. Who
eTo jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172