Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-03-2012, 22:03   #1
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Assasin's Creed: Zmierzch Templariuszy [historical sci-fi, autorski]

Bo upadek nigdy nie jest kwestią przypadku...



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=JsOamyTCnPU&list=FL_aozUtfXzEkAHnZtMG_6FA& index=1&feature=plpp_video[/MEDIA]


Londyn, teraz


-Vidic, do jasnej cholery! Co się dzieje?!- młody lekarz z trudem docisnął rękę wyrywającego się mężczyzny z powrotem do oparcia fotela. Metalowe zatrzaski z kliknięciem zamknęły się nad drgającą spazmatycznie kończyną.



Widoczna na ekranie twarz wyostrzyła się, gdy doktor Warren Vidic pochylił się w stronę kamery. Projekt był ryzykowny, głównie dla nowych obiektów. Nigdy jeszcze synchronizacja nie miała być przeprowadzona u pięciu osób jednocześnie. Było to za równo wiekopomne, ale i wymagające przedsięwzięcie.

-Pięć gram środków uspokajających.- rzucił krótko, widząc jak pozostałe obiekty miotają się w czasie wstępnego wejścia do Animusa. Samo urządzenie było jeszcze dość wadliwe, o czym świadczył Obiekt 16.

-To ich zbije z nóg…- młody lekarz zawahał się, z całych sił trzymając prawą rękę miotającego się pacjenta.

-I to wystarczy, Mathews!- Vidic zmarszczył brwi, patrząc chłodno na rozmówcę. Był to jeden z młodych rekrutów, nie do końca świadomych, o co toczy się gra.- Mają tylko przekazywać obrazy, a nie kierować się w miejsca, które nie znają ze swojego DNA. Wykonać!

-Tak jest… - Eric Mathews przełknął ślinę, zdejmując strzykawkę pneumatyczną ze stojaka. Następnie skinął głową, by reszta lekarzy w pomieszczeniu zrobiła to samo.

TSSK!

Kilka sekund później pięć ciemnych sylwetek leżących na stołach zamarło, zagłębiając się we wspomnienia, o których nie miało pojęcia. Wcześniej jednak nastąpił niesamowity ból w skroniach oraz krótkotrwałe drgawki.

A potem… światło.


***


15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu





Woźnica skrzywił się, po raz kolejny smagając powietrze lejcami. Pogoda była naprawdę Angielska. Ziąb, mgła i jeszcze ten deszcz. Stevo westchnął cicho, mocniej opatulił się płaszczem i spod kozła wyjął szklany antałek. Był młody, a ojciec często podkreślał, że picie w zbyt młodym wieku szkodzi na pomyślunek. Mimo to cygański młodzik wyjął zębami korek i wypluł go na kolana.

-Nie za dobrze ci tu, co?- Stevo aż podskoczył, słysząc tuż obok ucha zachrypnięty głos swojego ojca. Podstarzały Rom zaśmiał się tylko, wyjął synowi butelkę z rąk i samemu zajął jego miejsce. Chłopak chętnie skrył się pod krótkim zadaszeniem wozu.

-Em…- zaczął niepewnie, widząc jak ojciec pociąga zdrowy łyk gorzałki.

-Nie tłumacz się, smarku. W taki ziąb i psu bym pewnie nalał

Stevo odetchnął cicho i spojrzał na małe drzwiczki za plecami ojca. Jakże miło byłoby wejść do środka wozu, schować się w sianie i zasnąć przy blasku świec rozstawionych wzdłuż drewnianych ścian. Młodzik nie znał innego życia. Był Cyganem, z dziada na pradziada, i gdyby nawet mógł, nie zamieniłby tego na żadne inne życie.

Wiedział jednak, że nie mógł wejść teraz do wozu który przez całe życie uważał za dom.

-Nawet o tym nie myśl, synu.- głos ojca otrzeźwił chłopaka na tyle, że cofnął dłoń od małych drzwiczek.

-Ale ojcze

-Stev. Rób jak mówię. I nie pytaj!- dodał, widząc już otwierające się usta jego pierworodnego.

Stevo skrzywił się i podkulił nogi pod brodę. W sumie, nie wiedział zbyt wiele o tych dziwnych obcych. Widział tylko jak zeszli ze statku z francuską banderą, wymienili kilka słów z Królem, przywódcą taboru i szybko zajęli jeden z wozów. Pech chciał, że owym wozem okazał się ten, w którym mieszkała rodzina chłopaka.

-To przyjaciele.- głos ojca po raz kolejny wyrwał młodzika z jego ponurych rozmyślań.

-Ja wiem… Tamta dziewczyna i jej czterech przybocznych na pewno…- Stev zadrżał na myśl o zimnych spojrzeniach i kocich ruchach czterech Cyganów idących niczym cienie w ślad za Nią. I już wtedy, nawet ktoś tak młody jak Stevo miał pewność, że nie tylko uroda była powodem, dla którego towarzyszyło jej czterech przybocznych. Miała w sobie coś niezwykłego.- Jest z rodu wojowników, prawda?

Stary Luca westchnął cicho, po raz kolejny żałując tego, że syn był równie spostrzegawczy i domyślny co jego matka.

-Tak…- stary Rom odpowiedział niechętnie.- A nawet, jeśli się w nim nie urodziła, to wiedz że teraz ona i jej towarzysze walczą za nas.

-A ci obcy… ?

Bo oprócz piątki Cyganów, było też czterech innych. Jeden co prawda, mówił płynnie po romsku, ale w tym świdrującym uszy poddialekcie z okolic ziem królestwa Polskiego. Ale za to pozostała trójka… potężny mężczyzna z wielkim mieczem przy siodle konia, dziwny chłopak w płaszczu z kapturem i ich przywódca, zdecydowanie z Romami nie mieli za dużo wspólnego. Ale mimo to Król ugościł ich niczym najznakomitszych gości. Król, a za razem dziadek Steva.

-To też przyjaciele, synu. Też walczą. Nie tylko o nas, ale także o wszystkich tych, którzy cierpią niesłuszne krzywdy. O chłopów, mieszczan

-Ale chłopi i mieszczanie nas nienawidzą, ojcze.

Luca zaniemówił, znów pociągając z gąsiorka. Dokładnie wiedział, kim są obcy w jego rodzinnym wozie. Wiedział też, dlaczego chłopi i mieszczanie pluli na jego rodaków. O cichej wojnie, prowadzonej pomiędzy urzędnikami w bogatych szatach. Wojnie nie na miecze, lecz na słowa zapisane w opasłych woluminach.

Ale nie mógł wciągać w te tajemnice własnego syna. Tak samo jak reszty taboru. Tylko on oraz Król wiedzieli o celu podróży obcych.

-Zrozumiesz jak dorośniesz.- odpowiedział w końcu, znów uderzając lejcami.


***


Wóz podskakiwał miarowo na nierównych kamieniach traktu, ale nikt z podróżników nie mógł narzekać. Wóz nie był wypchany poduchami ani złoconymi draperiami, ale na pewno był wygodny. Ławy, skórzane siedziska a nawet stóg siana w rogu drewnianego pomieszczenia pozwalał na niebywały wręcz komfort.

-Ci twoi nie zmarzną tam na górze?- Rico zainteresował się, leżąc na stogu, ze słomką w zębach. Pytanie skierowane było do Anouk, a dotyczyło jej czterech towarzyszy, siedzących na dachach wozów taboru. Uparli się, by mieć oko na drogę. I słusznie.

Wszyscy siedzący w wozie znali się już od dwóch lat. Działając do tej pory w Paryżu, po raz pierwsi zostali wysłani do obcego miasta. Ale Mentor był w tym wypadku stanowczy, a sama sprawa była nie cierpiąca zwłoki. Każde z Assasynów dobrze pamiętało dzień sprzed dwóch tygodni, gdy do drzwi ich kryjówki zapukał zakapturzony starzec. Mentor…


***




Kiedy zaskoczenie przeminęło, pierwszy odezwał się Bennet.

-Mentorze

-Nie czas na formalności.- starzec machnął ręką, siadając na wolnym stołku. W oczy rzucił się brak palca serdecznego u jego prawej ręki. Był ze starszego pokolenia, kiedy to jeszcze kontynuowano ten obyczaj. On sam zmienił to okaleczanie się, na wypalanie znaku przy pomocy rozgrzanej obrączki. Dzięki temu Assasyni stali się jeszcze mniej rozpoznawalni.

-Jedziecie do Londynu.- powiedział w końcu i uniósł dłoń, uciszając zawczasu swoich podopiecznych. Znał twarz każdego z nich, i obserwował ich postępy nawet, gdy o tym nie wiedzieli.- Wiecie, że nie wysyłałby was tam bez powodu. Dowiedziałem się przed chwilą, że zginął nasz szpieg infiltrujący Uniwersytet Sorbony.

Starzec pochylił głowę i westchnął, opierając się jedną ręką o blat stołu.

-To wielki cios dla Bractwa. Nie zdołaliśmy go ostrzec, ani ocalić. Na szczęście był mężem światłym i daleko widzącym. Wysłał wszystkie informacje, jakie zdołał zdobyć prosto do naszych braci w Londynie.

Stojący wtedy pod ścianą Diego zmarszczył brwi, krzyżując ręce na piersi.

-Więc, czemu mimo to musimy tam jechać, Mentorze?

Przywódca Bractwa uśmiechnął się lekko do Wenecianina.

-Kurier został zaatakowany przez rębaczy działających z ramienia naszych wrogów. Zdołał zbiec, lecz w czasie zamieszania nasi bracia z Londynu zgubili jego trop. Jest ich tam niewielu. Potrzebna jest więc wasza pomoc. Musicie go odszukać i odzyskać listy. To konieczne, by powstrzymać kolejny ruch Templariuszy. Oni coś szykują, to pewne. Filip Piękny zaczął zwalczać ich wpływy, zamykać zakonników w celach i rekwirować ich majątki. Zakon Templariuszy jest teraz jak ranna bestia. Osłabiona, lecz wciąż szalenie niebezpieczna.

Jacquou skinął głową, ruszając w stronę drzwi.

-Nie mamy więc czasu, Mentorze. Ruszajmy.- powiedział i zamarł w pół kroku, widząc delikatny uśmiech na twarzy starca.

-Spokojnie, chłopcze, spokojnie. Najpierw Anouk będzie musiała poprosić swoich cygańskich braci o pomoc przy dostaniu się do portu przy kanale La Manche, a potem dalej, do Londynu

Młoda cyganka nie dała poznać po sobie za wiele. Poprawiła tylko długą szpilkę do włosów i spojrzała w okno.

-To nie będzie problemem, Mentorze. Mój ród był szanowany, a inne tabory z chęcią pomagają w słusznej zemście. Wezmę ze sobą moich braci


***


I oto byli tam. Pięcioro Assasynów siedzących w jednym z wozów cygańskiego taboru, jadących ku mrocznemu miastu. Ku Londynowi.

 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 07-03-2012 o 15:17.
Makotto jest offline  
Stary 07-03-2012, 18:30   #2
 
Reputacja: 226 lordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coś
Co to za cholerstwo? Co oni robią? Czego chcą odemnie? Czy mnie zabiją?Takie myśli kołotały się w główie Daniela. Dobra , skup się. Po kolei. Wracałeś jakiś tydzień temu z zajęć. Jakiś głos za tobą wypowiedział twoje imię. I tu straciłeś przytomność. Obudziłeś się w ciemnej klitce w której siedzisz. Nagle chłopakowi coś walnęło mocnym światłem po oczach i nagle zawróciło mu w głowię. Kiedy się otrząsnął poczuł że jest na coś kładziony siłą. Po chwili przewinęły mu się po głowie jakieś obrazy zbyt zaskoczony żadnego nie zapamiętał. Ostatnie co zarejestrował przed utratą przytomności to ból w skroniach i rozbłysk światła.

***
Kap-kap. Kropla za kroplą spadały z nieba. Czy ten deszcz kiedyś się skończy? Jacquou nawet trochę lubił deszcz. Ale każdemu w końcu może się znudzić. W dodatku dopadało go znużenie. Bardzo chciał żeby ta podróż dobiegła końca. Najchętniej nie jechałby do Londynu ale w końcu to sam Maestro zlecił im to zadanie. Więc teraz siedział w powozie przypominając sobie jak dwa tygodnie temu odwiedził ich z wieśćmi o posłańcu i poleceniem przechwycenia listów. Młody assasyn chciał wyruszyć od razu ale mistrz kazał im skontaktować się z cyganami. Nie był co do nich uprzedzony , w końcu z jedną pracował , ale nie wiedział czego się spodziewać. Miał nadzieje że inni cygani jej nie przypominają. Nie żeby jej nie lubił. Czasami po prostu wydawała mu się …. nie wiedział jak to określić. Wiedział że posiada w sobie rzadko spotykaną kobiecą energię pozwalającej jej robić co zechce. Prawie każdy mężczyzna był na jej skinienie.
Coż dobrze że nie była ona oprócz niego jedyną osobą we wewnątrz. Oprócz niej byli Rico , Bennet i Diego. Tego pierwszego lubił bardzo. Był idealnym kompanem. A z pozostałą dwójką utrzymywał raczej neutralne kontakty. Więc siedział tam, ubrany w swoją szatę zabójcy i przygotowany w pełni do walki. W końcu nigdy nic nie wiadomo. Znamy się już 2 lata. Ciekawe po co się wciąż tak dystansują. Może pora nawiązać jakiś dialog? Odwrócił się do Rica niemal z taką samą szybkością jak gdyby nie miał na sobie żadnego pancerza. Zbroja sprawowała się znakomicie - Hej stary , gramy może w jakieś karty albo kości? To dobra rozrywka na zabicie czasu. - stwierdził.Lubił gry polegające na bystrości umysłu. Był w nich całkiem niezły i pomagały mu one się rozwijać. Szkoda że zapomniałem wziąć szachy.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 07-03-2012 o 19:45. Powód: Dwa identyczne posty
lordofvampie jest offline  
Stary 08-03-2012, 22:33   #3
 
shaggy's Avatar
 
Reputacja: 50 shaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodze
Testowanie gier... jak mogłem być takim idiotą... zamknięty przez cały czas... z nudów zacząłem rysować po podłodze... potem straciłem przytomność... nie czuje własnego ciała... nie żyje... nie... czuje ból... jeśli boli, to żyje... jestem pewnie bezwładny jak worek kartofli... czuje się jak po grzybach... boli coraz mocniej... co to za miejsce... światło... boli jak cholera... niech ktoś coś z tym zrobi...

***

Leżał na stogu siana i z nudów liczył deski w suficie. Liczby bardzo się przydają do liczenia pieniędzy, a ja bardzo lubię pieniądze. - pomyślał Rico. Szkoda tylko, że Diego nie potrafi zrozumieć, że kogoś kto uratował mi życie cenie bardziej od tych lśniących krążków. Ale nie, jestem złodziejem, to muszę być zły...

-Hej, Diego! Zgadnij czyja to moneta... - nie mogąc się powstrzymać, powiedział podnosząc dłoń z małym przedmiotem.

Diego puścił uwagę mimo uszu. Rico uwielbiał go wyprowadzać z równowagi i uśmiechnął się sam do siebie. Wiedział, że prawie mu się udało.

- Nie masz nic mądrzejszego do powiedzenia, marny złodziejaszku? - odpowiedział dopiero po chwili wojownik.

-Tak, tak, możesz wrócić do kontemplowania swojego... czegoś tam... - powiedział bez zastanowienia zakładając nogę na nogę.

Od samego początku nie pałali do siebie przyjaźnią, ale do tej pory tylko sobie dogryzali.

Inaczej sprawa ma się z Jacquou. Asasyn zdobył sobie jego sympatie, łamiąc stereotyp stoickiego skrytobójcy. Mimo, że do ich pierwszego spotkania, spotkał tylko kilku jego pobratymców, to plotki o asasynach prześcignęły ich samych, a o szybkości i szkodliwości plotki dowiedział się na własnej skórze.

- Hej stary, gramy może w jakieś karty albo kości? - Asasyn wyrwał go z zadumy. - To dobra rozrywka na zabicie czasu.

Rico wyciągnął z kieszeni w kamizelce talie kart. Znaczonych kart. Właściwie jedynych jakie posiadał, często zastanawiał się czy Jacquou wie o tym, bo nigdy nie dawał po sobie tego poznać, zresztą asasyn wygrywał bardzo często i to nawet bez pomocy, ba nawet na przekór złodziejowi . Dobrze, że nigdy nie graliśmy na pieniądze. - pomyślał tasując karty. Nie wyszedłbym z długu chyba... Ale ty wiesz, że są znaczone, prawda?

Pytanie to zadał w myślach Bennet'owi. Przed nim nie było tajemnic, sprawiał czasami wrażenie, że potrafi czytać w myślach. Nie przeszkadzało mu to, bo nie raz, nie dwa, plany Francuza uratowały mu skórę czy pomogły ominąć straże.

Ale w powozie był ktoś jeszcze, kobieta, ale nie byłe jaka, Romka. Żaden inny naród nie ma takich kobiet, a ta konkretna, była tego idealnym przykładem. Nie wiedział czy robi to specjalnie czy nie, ale zdecydowanie mieszała w głowach większości mężczyzn, wiedział za to, że potrafi być śmiertelnie niebezpieczna. Nie raz dostał od niej po pysku za zbytnią impertynencje, ale to tylko umocniło jego wizje niesamowitości kobiet.

Kończąc rozdawać karty, zawiązał na rzemyk krótki kucyk przy karku i zasiadł do gry.
 

Ostatnio edytowane przez shaggy : 08-03-2012 o 22:50.
shaggy jest offline  
Stary 09-03-2012, 19:57   #4
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 859 Cold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwuCold jest godny podziwu
6 czerwca 1301 roku, Paryż
Gwar paryskiego rynku niemalże został zagłuszony przez następujące słowa:
- Cygańska kurwa! Złodziejka! Czarownica! - krzyczał tęgi mężczyzna, rzeźnik. Wymachiwał ręką, grożąc swoją pulchną pięścią kobiecie, która zwinęła mu z lady spory kawałek mięsa.
Jego okrągła twarz aż się zaczerwieniła ze złości i wysiłku, jaki musiał włożyć w wybiegnięcie zza lady. Świńskie oczy wciąż wpatrywały się w miejsce w tłumie, w którym zniknęła Cyganka.
- Takich to tylko powybijać do ostatniego – zasapał głośno i oparł się o kamienną ścianę. - To już trzeci raz w tym tygodniu, kiedy te pomioty szatana kradną moje mięso! - parsknął, a stary handlarz ziołami tylko przytaknął mu w odpowiedzi.
Sąsiadowali ze sobą już dobrych kilkanaście lat, ale starzec nigdy nie polubił grubasa. Zielarz nie przepadał za takimi typami, do jakich należał rzeźnik. Często widywał, jak na jego zaplecze przychodzili jacyś podejrzani jegomoście. Nie spodziewał się tylko, że w ciągu kilku minut jego utrapienie, jakim było towarzystwo rzeźnika, zniknie na zawsze.
Stary podrapał się po nosie i, by uniknąć dalszej rozmowy ze swoim sąsiadem, zaczął porządkować swój asortyment. Nie zauważył nawet, jak z tłumu wyłoniła się Ona.
Młoda Cyganka o zjawiskowej, egzotycznej urodzie. Jej drapieżne spojrzenie utkwiło na grubym rzeźniku, wykładającym świeże mięso ze świni.
Zbliżała się powoli, z kocią gracją wymijając przechodniów. Nie spuszczała grubasa z oczu, jakby była drapieżnikiem, który upatrzył swoją ofiarę. I kto by się spodziewał, że tak właśnie było?
Gdy cygańska dziewczyna znalazła się w odległości kilku kroków od rzeźnika, ten w końcu ją zauważył. Wytrzeszczył na nią oczy i cały się zaczerwienił.
- Kolejna! Cygańskie ścierwo! Ty też chcesz coś ukraść, mała zdziro?! O nie, ja ci pokażę! - zaczął krzyczeć i ruszył w jej stronę, kiwając się na boki.
Brzuch mu się przelewał to na lewo, to na prawo, kiedy tak szedł w jej stronę, ciężko dysząc. Ona zaś stała w miejscu, wpatrując mu się prosto w jego świńskie oczka. Świdrowała go na wskroś ciemnymi, tajemniczymi oczyma. Jej pełne, szkarłatne usta wygięły się w lekkim uśmiechu, który zwiastował mu rychłą śmierć.
Gdy był już o krok od niej, dziewczyna sięgnęła do włosów i wyciągnęła z nich długą, srebrną szpilę. Wtedy w oczach rzeźnika, jak i starego sprzedawcy ziół, który zainteresował się sytuacją, wszystko zwolniło swoje tempo. Czarne jak smoła włosy Cyganki majestatycznie opadły na jej ramiona, a fikuśne kolczyki zadźwięczały paciorkami, niosąc ze sobą melodię śmierci.
W rzeczywistości wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Szybko wykonała zgrabny piruet, kiedy to zaaplikowała w szpilkę truciznę, a gdy stanęła na powrót przodem do rzeźnika, końcówka szpilki do włosów wbiła się w jego szyję.
- Pozostało ci kilka chwil twojego żałosnego życia. Wykorzystaj je, by błagać o litość, a twoje winy wobec cygańskiego rodu być może zostaną ci wybaczone – wyszeptała, wciąż patrząc grubemu mężczyźnie w oczy.
- Pieprz się – wydyszał, po czym złapał się za szyję. Zaczął się krztusić, a z jego ust wypłynęła piana zmieszana z krwią. Oczy prawie wyszły mu z orbit, kiedy z przerażeniem starał się złapać oddech.
- Umieraj w cierpieniu, na które zasłużyłeś. - Były to ostatnie słowa, jakie rzeźnik usłyszał przed tym, jak w przedśmiertnym groteskowym tańcu szaleńca wpadł na swój stragan.
Natomiast Cyganka zniknęła, zanim straż miejska zdążyła przybiec na miejsce zdarzenia.
- Rozpłynęła się niczym duch! - tłumaczył zielarz, wciąż nie mogąc uwierzyć, że był świadkiem zabójstwa.
Dziewczyna natomiast, wykorzystując niezawodną sztuczkę, zniknęła w tumanach kurzu i dymu, wspinając się po pobliskiej ścianie na dach budynku. Stamtąd też mogła bezpiecznie obserwować zaaferowanych strażników i przerażonych przechodniów.
- Nikt bezkarnie nie będzie poniżał mych braci – powiedziała, kierując słowa przed siebie, po czym obróciła się na pięcie i pobiegła, przeskakując z dachu na dach.

15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=1pSyYhRYeIM&feature=related[/MEDIA]
Słowa Rico wyrwały ją z zamyślenia.
- Ci twoi nie zmarzną tam na górze?
Podniosła wzrok i spojrzała na złodzieja. Powóz, w którym siedzieli, wybijał usypiający rytm, któremu wtórowały krople deszczu obijające się o zadaszenie. Jedynie głośne parsknięcia konia burzyły ten stały, monotonny ciąg dźwięków.
Anouk nie odpowiedziała złodziejowi ani słowem, jedynie zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. Uważał się za Cygana, choć nie urodził się w cygańskiej rodzinie. Został przygarnięty, jak jakiś szczeniak porzucony w rynsztoku. I choć nie miała nic przeciwko takim zwyczajom, nigdy nie zamierzała zaakceptować Rico Andriejowica jako jednego z jej braci. Od początku wpajane były jej pewne wartości dotyczące cygańskiego rodu i mimo tego, jak bardzo ceniła sobie, że Rico oddany był jej ludowi, tak bardzo nie mogła powiedzieć, że jest jednym z nich. Wolała go określać mianem „przygarniętego”. Co nie było ani trochę obraźliwe. Właściwie czuła do tego złodzieja pewną dozę sympatii.
Deszcz przybierał na sile. Anouk oparła się wygodniej i wbiła wzrok w nieistniejący punkt gdzieś przed sobą. Czuła, że coś wielkiego się zbliża. Że ich pobyt w Londynie nie ograniczy się jedynie do odnalezienia kuriera i listów. Niepewność ogarnęła jej serce. Zupełnie jak wtedy, gdy silny zachodni wiatr zaprowadził ją i resztę cygańskiego taboru wraz z jej rodzicami do tej wioski pod Paryżem.
Tylko ona i czterej Cyganie, którzy jej towarzyszyli, wiedzieli, co się wtedy wydarzyło. Wszyscy byli jeszcze wtedy dziećmi, zaledwie wyrośniętymi szczeniakami nie przygotowanymi do samodzielnego życia. Krew. Kobiece krzyki. Ogień... Prześladowały ją każdej nocy, w sennych koszmarach.
Była wdzięczna losowi za to, że udało jej się odnaleźć swoich braci. Była wdzięczna swojemu Mistrzowi, który jej w tym pomógł. Teraz to ona musiała odnaleźć jego. Ocalić go. I nikt, prócz niej samej, nie wiedział o tym zamierzeniu. To była jej misja, jej brzemię, które sama musiała dzierżyć na swoich barkach. Oby tylko czas był wobec niej łaskawy.
Jej myśli popłynęły w zupełnie innym kierunku, kiedy na moment odwróciła wzrok i spojrzała na Benneta. Był chyba jednym z niewielu mężczyzn, których jeszcze nie udało jej się rozgryźć. Intrygowało ją to. Rzadko na swojej drodze spotykała takie osoby. A jeśli nawet, to wkrótce okazywały się o wiele łatwiejszym orzechem do zgryzienia, niż kurtyzana stojąca na rogu ulicy.
Z nim było zupełnie inaczej. Z drugiej jednak strony, ona także kryła wiele tajemnic. Nawet przed kimś takim, jak Bennet, który wydawał się wiedzieć o nich wszystko.
Tak naprawdę o Anouk wiedzieli jedynie tyle, ile ona sama chciała, by wiedzieli. Czyli praktycznie niewiele.
Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, puściła mu oczko i uśmiechnęła się nieznacznie, po czym odwróciła wzrok zupełnie w inną stronę.
Współpracowała z tymi ludźmi dwa lata, aczkolwiek z żadnym z nich nie czuła większej więzi. Nie byli jej przyjaciółmi, nie byli jej rodziną. Łączyła ich tylko praca. Może poza Bennetem du Paris. Ale to była specyficzna więź. Być może jej podstawy leżały jedynie w fizyczności jegomościa, choć było to mało prawdopodobne. Anouk nie należała do kobiet, które popadały w obłęd widząc pierwszą lepszą przystojną facjatę. Podłoże tej więzi musiało znajdować się zupełnie gdzie indziej, musiało mieć jakieś głębsze znaczenie. Być może to fakt, iż był dosyć intrygującą osobą? Nie potrafiła tego jeszcze rozgryźć.
Zupełnie inaczej sprawa miała się z Diego, zawsze dzierżącym swój wielki miecz. Zastanawiała się czasami, czy miało to coś wspólnego z jakimś kompleksem. Nie przepadała za wojownikami. Byli nieokrzesani i mało finezyjni w swoim fachu. Zawsze wydawało jej się, że są strasznie powolni podczas walki. Nie znaczy to, że nie doceniała ich siły i skuteczności. Po prostu wolała bardziej wyrafinowane sposoby na pozbycie się przeciwnika. Podziwiała za to odwagę i honor, jakimi cechował się Diego.
Natomiast Jacquou Lumiere... Na tle pozostałych kompanów, wzbudzał w niej najmniejsze zaufanie. Być może to dlatego, że wyczuwała w nim jakąś niechęć wobec jej osoby. Czym jednak ta niechęć mogła być spowodowana? Podejrzewała, że i on sam nie ufał jej tak, jak ona jemu. Nie miało to jednak dla Anouk większego znaczenia. Nie to było dla niej wtedy najważniejsze...
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 10-03-2012 o 18:22.
Cold jest offline  
Stary 09-03-2012, 22:58   #5
Cas
 
Cas's Avatar
 
Reputacja: 19 Cas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodze

Zabawne jak niewiele było mu potrzebne by szczerze zapragnął urodzić się jako cygan. Mógłby bez poświęcenie chwili na rozważenie sprawy, zgodzić się spędzić resztę swoich dni w tym wozie. Angielska pogoda zdołała zrazić go do siebie szybciej niż cokolwiek innego. Ledwie oddychał bo przy każdym wdechu czuł smród wilgoci. Ledwie widział bo deszcz był tak gęsty, że czuł się jakby próbował otworzyć oczy pod wodą. Ze słuchem nie było lepiej, wszystko dzięki nieustannym potężnym podmuchom wiatru. Zostało mu cieszyć się pozostałymi zmysłami. Dla zabicia czasu postanowił więc posilić się jabłkiem, które zabrał ze sobą w podróż.

Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że całe to zadanie w ogóle nie zdawało się być warte zachodu. Nie trzeba być geniuszem by wiedzieć, że w przypadku bractwa rzadko cokolwiek takim się wydaje na pierwszy rzut oka. Niemniej jednak trudno było spodziewać się tu czegoś, co przynajmniej jego wprawiłoby w zdumienie. Jedynie fakt działania w Londynie, czynił tą grę nieco bardziej interesującą. Ostatecznie nie będzie mógł tu skorzystać ze swoich wpływów. Nie miał też pojęcia kim są agenci czekający na nich w Trzech Koronach. Pojawiło się sporo nowych zmiennych, a to aż nazbyt skutecznie pobudzało jego wyobraźnię.

Pozwolił sobie zlustrować twarze towarzyszy podróży. Tych na szczęście nie będzie musiał zapamiętywać. Ostatecznie dwa spędzone wspólnie lata to aż nazbyt wiele by wryły się w jego pamięć. Znał ich, na pewnym etapie wręcz studiował. Oczywiście mieli przed nim jakieś tajemnice, ale tym Bennet nie poświęcał wiele uwagi. Na co komu historia broni, kiedy tak naprawdę istotne jest to jak ją trzymać, jak i kiedy uderzać, jak zadać nią największy ból. On był natomiast prawdziwym mistrzem fechtunku. Ostatecznie władał aż czterema klingami, z piekielną skutecznością.

Pierwszą był Diego. Prawdziwy miecz tego niezbyt subtelnego sortu, po który sięgasz kiedy zamiast czystego pchnięcia, wolisz rozerwać ofiarę na dwoje.
Drugą Rico. Sam był jak sztylet, który znajduje zastosowanie wszędzie tam gdzie dla miecza nie ma miejsca.
Jacquou stanowił trzecie. To pozostające w ukryciu, po które sięga się by zaskoczyć przeciwnika. Na swój sposób najgroźniejsze ze wszystkich, najtrudniej bronić się przed tym co przychodzi niespodziewanie.
No i wreszcie Anouk. Niczym piękna szabla - hipnotyzuje idealnymi liniami. Na moment pozwalając zapomnieć, że stworzono ją tylko w jednym celu, by w tym samym momencie wyrwać życie z nieświadomej niczego ofiary.

Zabawne, że kiedy o niej pomyślał ich spojrzenia na moment się spotkały. Z czystej grzeczności odwzajemnił uśmiech, ale jak zwykle nie poświęcił temu zbyt wiele uwagi. Bo i po co, skoro ona sama szybko odwróciła wzrok. Miły, szczególnie dla oka, sposób by rozproszyć myśli, ale jakoś umykał mu sens tych podchodów. Ludzie w jego towarzystwie, chyba chcąc mu zaimponować, odczuwali wewnętrzną potrzebę roztaczania wokół siebie aury tajemniczości. W jej przypadku może i było to szczere, nadal jednak męczące. Doprawdy zaczął tęsknić za osobami z bardziej bezpośrednim podejściem. Na szczęście Diego zawsze był gdzieś w pobliżu.

Wrócił do świata żywych kiedy zdał sobie sprawę, że z jabłka został tylko niewielki ogryzek. Widocznie spędził kilka dobrych chwil na rozmyślaniach. Czuł się trochę zdezorientowany, ale nie żałował, ostatecznie mógł na moment zapomnieć o deszczu, wietrze i reszcie niezbyt przyjemnych elementów składających się na to, co określa się mianem „angielskiej pogody”.

Podniósł się i wyprostował, przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu dach wozu. Skrzywił się słysząc jak strzelają mu kolana, po czym omiótł wzrokiem wnętrze środka ich transportu.
Zabawne jak niewiele było mu potrzebne by uznać wizję zostania cyganem za niedorzecznie głupi pomysł.
 

Ostatnio edytowane przez Cas : 09-03-2012 o 23:36.
Cas jest offline  
Stary 10-03-2012, 11:55   #6
 
Reputacja: 275 Imoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skał
Teraz


Templariusze. Francis wiedział, że to oni. Wpadł w pewnego rodzaju śpiączkę. Zapewne od złapania go minęło wiele godzin, jednak on nadal spał. Albo po prostu cały czas miał zamknięte oczy. Czuł, jak siłą go gdzieś ciągną. Potem go gdzieś zostawili. Nie wiedział ile minęło czasu. Ile godzin... może ile dni? Ale wrócili. Czuł, że znowu jest gdzieś niesiony, po to, by po chwili zostać położonym na jakimś twardym łóżku, lub czymś podobnym. Wtedy dopiero odzyskał władzę nad ciałem. Zaczął się wierzgać z całych sił. Musiał stawiać opór. Musiał walczyć. Ale po chwili, uspokoił się, jakby nie z własnej woli. Poczuł przerażający ból w skroniach. Jego ciało drgało. Widział światło.
- Czy ja... umieram? - szepnął sam do siebie, pogrążając się we wspomnieniach swoich przodków. Nadal próbował rozpaczliwie się bronić, jednak nie miało to już najmniejszego sensu...

****


1 luty 1308r, kryjówka Asasynów w Paryżu



Tuż po odejściu Mentora, Diego miał nieco mieszane uczucia. Czuł, że coś jest nie tak. Miał nieodparte wrażenie, że ta misja jest czymś więcej. Z tego też powodu, tuż po odejściu ich mistrza, wypytał Benneta, naiwnie wierząc, że zdobędzie informacje, zaspokajające jego ciekawość.
- Bennet, wiesz może coś więcej o naszej nowej misji? Mam przeczucie, że Mentor nie powiedział nam całej prawdy. Coś większego się tu kroi... - Może był nieco zbyt nieufny. Ach, cóż za huśtawka osobowości. Z jednej strony Pan Ladrosco był typem naiwniaka, wierzył w dobro ludzi, w cel asasynów. Z drugiej natomiast, był nieco zbyt ostrożny w kontaktach z osobami "ze starego pokolenia". Po części nauczyła go tego wędrówka życia w swoim rodzinnym mieście, Wenecji. A może miało na to wpływ inne zdarzenie, o którym nie wie nikt, a i sam jego bohater najchętniej by o nim zapomniał? Nieważne...

- Niewiele - wzruszył delikatnie ramionami przywódca, jakby dając do zrozumienia, że i niezbyt go to interesowało. - Takie zadania to dla nas nic nowego. Może za wyjątkiem tego, że płyniemy do Londynu, a z tego co słyszałem to niezbyt przyjazne miejsce dla takich jak my.
- Czy w Anglii nie ma innych asasynów, i musi wysyłać wsparcie z tak daleka? Tym bardziej, że co z nas za wsparcie... ledwie piątka. -
Przez chwilę sprawiał wrażenie jakby nie wiedział co odpowiedzieć.Uśmiechnął się więc tylko i położył dłoń na ramieniu kompana.
- Diego nie zaprzątaj sobie głowy takimi rzeczami, to moje zadanie. Jeśli jednak naprawdę zżera cię ciekawość - urwał na moment, wziął lekki wdech i ciągnął dalej. - Owszem wśród wyspiarzy nie ma wielu naszych braci, dlatego tym bardziej potrzebują naszej pomocy. Niestety w swoim sąsiedztwie mają tylko naprawdę sporo wody i piękną Francję, więc to logiczne, że wysyłają właśnie nas. -
Na tym zakończyła się ta krótka rozmowa.




15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu

I tak o to, dwa tygodnie po spotkaniu z Mentorem, jechali wozem należącym do przyjaciół ich siostry: Panny Anouk Bellerose. Mimo jednak, że znał ją już 2 lata, tak naprawdę zamienił z nią może... kilka zdań. Mimo to, czuł coś do niej. Może było to lekkie zauroczenie, a może wielka miłość, czekająca tylko, by się ujawnić, tego nie wiedział nawet sam Diego. Ukrywał to jednak, jak tylko mógł, i chyba wychodziło mu całkiem nieźle. Nie wiedział jednak, czy ktoś nie tego nie odgadł.
Ktoś, czyli Bennet. Tylko on mógłby być do tego zdolny. Mężczyzna ten uchodził za ich przywódcę. Przez ten czas, wyrobił sobie pewien szacunek, do ich stratega. Bo istotnie, był on wspaniałym strategiem. Trzeba przyznać, urodzony przywódca z niego. Tylko on wiedział więcej o broni Pana Ladrosco - kuszy skrytej pod płaszczem, ukrytym ostrzu przebranym za karwasz (Obok drugiego, prawdziwego karwasza...), a także specjalnej zbroi, lekkiej, aczkolwiek zapewniającej dużą swobodę ruchów. Przez te dwa lata stali się pewnego rodzaju przyjaciółmi.
Odwrotnie rzecz się miała w przypadku trzeciego z ich kompanów, Rica Andriejowica. Od początku nie pałali do siebie sympatią. Ma to zapewne pewien związek z profesją tego asasyna: kradzieżą. Diego zawsze był w pewnym stopniu uprzedzony do tego towarzysza. Widać wyraźnie w nim było jego miłość do pieniędzy. Wenecjanin czuł, że gdyby tylko dostał propozycję od Templariuszy, wraz z porządną sumą gotówki, bez skrupułów wbiłby noże w plecy pozostałych. Czy się mylił? Tego nie dane mu było się jeszcze dowiedzieć. Od początku traktowali się bardziej jak wrogów, aniżeli towarzyszy.
Ostatnim członkiem drużyny, był finezyjny morderca, Jacquou Lumiere. Z nim Diego nie utrzymywał neutralne stosunki. Miał wrażenie, że Asasyn go unika. Pewnie Rico już opowiedział mu pełno bzdur na temat Włocha. Przyjaźnili się oni w pewnym stopniu.

Pan Ladrosco siedział spokojnie na ławie, gdy zaczepił go drużynowy złodziej, podnosząc dłoń z małym, okrągłym, świecącym przedmiotem:
- Hej, Diego! Zgadnij czyja to moneta... - Wenecjanin próbował nie zwracać uwagi na zaczepki. Nie chciał wyprowadzać się z równowagi, z powodu jednego głupiego zdania, tym bardziej, że w obecności Benneta, jedzącego sobie w tej chwili jabłko. Jedynie niemal niezauważalnie chwycił za sakiewkę. Okradanie własnych towarzyszy. To by było podobne do Andriejewica. Po chwili jednak odkrył, że niczego mu nie brakuje. Nadal miał przy sobie swoje 500 funtów. Dopiero, gdy się co do tego upewnił, odpowiedział:
- Nie masz nic mądrzejszego do powiedzenia? -
- Tak, tak, możesz wrócić do kontemplowania swojego... czegoś tam... - powiedział bez zastanowienia, zakładając nogę na nogę.

Nie nudziło mu się. Podróż mijała spokojnie, jednak Diego zawsze był człowiekiem cierpliwym, tak więc nie zwracał uwagi na powolnie płynący czas. Chwilę po krótkiej rozmowie, Jacquou przyszedł do złodzieja. Zaczęli grać w karty. Włoch był przekonany, że Andriejowic oszukiwał. W zachowaniu swojego kompana, do którego nie pałał sympatią, widział w sumie tylko negatywne cechy. Zawsze posądzał go o najgorsze.
- Może jestem dla niego trochę zbyt surowy... - pomyślał, jakby pytając siebie samego - Ale nieważne. Ważna jest tylko misja... -
 

Ostatnio edytowane przez Imoshi : 10-03-2012 o 22:10.
Imoshi jest offline  
Stary 11-03-2012, 00:50   #7
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=-soGcjbBTW4[/MEDIA]


15 luty 1308, obóz Cyganów pod Sauthwark



-Dwadzieścia jeden. Wygrałem.

-Szlag, znowu?

-Nie marudź, ty też wygrałeś.

-Raz. Jeden, jedyny raz. Cholera, to przecież niemożliwe… !

-Cisza.

Głos Bellerose uciął nadciągający monolog i sprawił, że wszyscy w wozie zostali wyrwani z dziwnego stanu nieprzytomnego zamyślenia. Tego dziwnego strumienia myśli, pobudzanego przez rytmiczny stukot kół na bruku oraz szum deszczu.

Bennet spojrzał pytająco na dziewczynę.

-Anouk, co się dzieje?

-Zwalniamy.

-Jesteśmy już na miejscu?

-Nie. Powiedziałam tylko że zwalniamy.

Diego odruchowo poprawił miecz w pochwie, opierając się plecami o ścianę i kucając na piętach. Po kilkunastu sekundach drzwiczki od strony woźnicy otworzyły się, ukazując ogorzałą twarz jednego z Cyganów. Anouk oraz Rico od razu poznali najstarszego syna Króla, a za razem właściciela wozu, w którym siedzieli. Nad ramieniem woźnicy zobaczyli jeszcze jedną twarz. Młodą i ciekawską.

Bennet zmarszczył brwi, widząc wyraz twarzy mężczyzny.

-Jesteśmy już w Londynie?- zapytał po francusku, a Rom pokręcił tylko głową. W sumie równie dobrze mógł mówić po angielsku. Każda osoba z ich grupy znała te dwa, podstawowe języki. Do tego dochodziły, rzecz jasna, języki narodowe.

-Zatrzymamy się do świtu w obozie innego taboru. Razem bezpieczniej.

-Jak to, „bezpieczniej”?

-Ludzie nas nienawidzą.- wszyscy obejrzeli się na wstającą ze swojego miejsca dziewczynę. Anouk naciągnęła tylko kaptur na głowę i stanęła przy drzwiach powozu.- I jest spora szansa, że mieszczanie „spontanicznie zapragną wyplenić cygańską zarazę”.



Lumiere gwałtownie spojrzał na dziewczynę. W Paryżu był świadkiem przemowy jakiegoś szalonego kaznodziei, który publicznie rozgrzeszał tłuszczę, która napadła i spaliła przed kilkoma miesiącami cygański obóz stojący w biedniejszej dzielnicy miasta. Dużo mówił o tym, że „prości ludzie niosący ogień boga na pogańskich bezbożników, mogą liczyć na zbawienie i odpuszczenie wszelkich grzechów”. Młody francuz nigdy nie słyszał jeszcze tak poetyckiego, pełnego uniesienia oraz świętości szczucia do ludobójstwa.

Następnego dnia klecha zmarł, z powodu zatrucia pędzonym przez siebie winem. A przynajmniej tak uznał opłacony przez anonimowego darczyńcę cyrulik.

-A co z wjazdem do miasta?- Bennet oderwał wzrok od towarzyszki i znów spojrzał w kierunku woźnicy.

-Mówią, że zablokowany. Strażnicy praktycznie nikogo nie wpuszczają. Boją się chyba, że tłuszcza będzie rozrabiać przed koronacją młodego króla. O! Jesteśmy. Rad żem, że tak dostojni gości wieźć w moim wozie mogłem.

„Młody Król”. Edward II, syn Edwarda I Długonogiego. Cóż, wszyscy znali historie ojca obecnego władcy Brytanii. Młot na Szkotów, reformator… i okrutnik. Za władzy Długonogiego każda mniejszość narodowa i religijna mogła spodziewać się represji. Po śmierci tyrana w koronie uciekinierzy pochodzenia Żydowskiego oraz Romskiego zaczęli wracać, licząc na łagodność Edwarda II. Jak do tej pory, nie przeliczyli się.

-Dziękujemy za podwiezienie… Oooo!- Rico przerwał w połowie zdania, wyskakując z wozu w ślad za resztą jego grupy. A widok był faktycznie wspaniały.- Jak w domu!

Obóz Cyganów, mimo brzydkiej i zimnej pogody mienił się wieloma barwami. Latarnie z kolorowego szkła paliły się pod płachtami wozów i namiotami, pozwalając wszystkim zapomnieć o wszechogarniającej szarości Wysp Brytyjskich.



-Wy tak żyjecie na co dzień… ?- nawet Diego nie mógł odmówić uroku temu miejscu.

-Tylko mieszczuchy i wieśniacy uważają, że smutek i brak kolorów to właściwe dla nich otoczenie.

Głos rozległ się za plecami podróżników. Był to jeden z Cyganów towarzyszących Anouk. Szarfa na głowie, kolczyk w uchu i kamizelka wyszywana kolorową nicą żywo świadczyły o tym że on miał z goła odmienne mniemanie o tym w jakim otoczeniu ludzie powinni żyć.

-Rozmawiałem ze strażnikami tego taboru. Ich Królowa chce się z nami zobaczyć.

Anouk skinęła głową, pozwalając mężczyźnie odejść. Diego spojrzał z zainteresowaniem na Cygankę.

-Królowa?

-Tylko „mieszczuchy” żyją w przekonaniu, że jedynymi godnymi sprawować władzę są mężczyźni.- odpowiedziała zdawkowo, ruszając pomiędzy bajecznie oświetlonymi wozami oraz namiotami.


***


Namiot przywódczyni taboru prezentował się pysznie. Nie były to, co prawda, wygody królewskiego dworu, ale surowe piękno ręcznie rzeźbionych krzeseł oraz stołu, oraz liczne hafty wiszące pomiędzy czerwonymi latarniami nadawały temu miejscu niesamowitego uroku.

A całości dopełniała ona. Piękna, egzotyczna oraz tajemnicza. Otoczona przez grupkę mężczyzn i kobiet, rozmawiająca o czymś ożywionym głosem. Diego uniósł brew, widząc jak uderza pięścią w stół. Bransolety na jej nadgarstkach zabrzęczały.



-Eu nu va afişa în faţa noastră. Noi nu suntem animale, să ne uităm în dinţi ca ne muta în oraş!- krzyknęła po romsku, dopiero po chwili zauważając gości. Uśmiechnęła się delikatnie i odgarnęła kosmyk włosów za ucho.

-Witamy naszych przyjaciół z walczącego rodu, oraz ich sojuszników.- powiedziała po francusku, ze śpiewnym akcentem. Ruchem dłoni odprawiła obecnych w namiocie cyganów.- Mój namiot jest waszym namiotem, lecz aby uniknąć tłoku pozwoliłam sobie przygotować wam posłania w tamtym wozie.

Jej jasne zęby błysnęły w uśmiechu, gdy po raz kolejny odgarnęła niesforny kosmyk.

-Odpocznijcie, strudzeni przyjaciele. Rano pomówimy o celu waszej podróży. Dobrej nocy.- skłoniła delikatnie głowę, odwracając się z powrotem w stronę stołu. Był to sygnał, że goście mogą opuścić jej namiot bez urażenia jej gościnności.

Gdzieś w oddali zaczęły grać skrzypce.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 11-03-2012 o 13:47.
Makotto jest offline  
Stary 14-03-2012, 21:45   #8
 
shaggy's Avatar
 
Reputacja: 50 shaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodze
Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł się jak w domu, nawet sromotna przegrana w karty go rozbawiła. Za bardzo ufam tym kartom, a nie sobie. Uśmiech nie schodził mu do samego namiotu królowej, bo wtedy właśnie zdał sobie sprawę jak bardzo zesztywniał i zmarzł. Miał teraz nadzieję, że nie zrobi czegoś idiotycznego przez ten swój polski, głupi charakterek.
Wnętrze namiotu oszołomiło go na moment, niestety nagłe uderzenie zniszczyło magiczną atmosferę.

-Eu nu va afişa în faţa noastră. Noi nu suntem animale, să ne uităm în dinţi ca ne muta în oraş! - krzyknęła. Rico zgodził się z tym stwierdzeniem całkowicie. Po chwili ich zauważyła.

-Witamy naszych przyjaciół z walczącego rodu, oraz ich sojuszników.- powiedziała po francusku, ze śpiewnym akcentem. Ruchem dłoni odprawiła obecnych w namiocie cyganów.- Mój namiot jest waszym namiotem, lecz aby uniknąć tłoku pozwoliłam sobie przygotować wam posłania w tamtym wozie. Odpocznijcie, strudzeni przyjaciele. Rano pomówimy o celu waszej podróży. Dobrej nocy.- skłoniła delikatnie głowę, odwracając się z powrotem w stronę stołu. Rico był bardzo zadowolony z przebiegu zdarzeń, krótko i na temat.

Bennet wykonał nagle jeden krok do przodu, ukłonił się lekko i przemówił, tym samym zdecydowanym tonem, którym zwykł wydawać polecenia:
- Nie mogę mówić za swoich kompanów, ale ja nie przybyłem tu odpoczywać - zamilkł na moment i spojrzał prosto w oczy królowej. - Przynajmniej nie przed tym jak ktoś będzie łaskaw powiedzieć mi co się tu właściwie dzieje.
-Zgodzę się z moim kompanem. Nie przybyliśmy tu na wakacje. – wtrącił Jacquou
- Cóż jednak osiągniemy, jeśli dotrzemy do Londynu wykończeni? – powiedział Diego. Nigdy nie potrafił znaleźć wspólnego języka z Rico, ale tym razem złodziej był po stronie wojownika.

-Ach...- kobieta uśmiechnęła się delikatnie, znów spoglądając w stronę grupy podróżników.- Widzę tutaj osoby stawiające dobro “sprawy” ponad własnym.

Usiadła na stołku przy stole i wskazała dłonią pozostałe siedziska. Było ich całkiem sporo, ustawionych w okrąg. Rico, nawet nie potrafił się zmusić do pomyślenia o siedzeniu.

-Koronacja będzie miała miejsce za dziesięć dni. Zwykle dostanie się do miasta nie jest problemem, lecz teraz straż wyczulona jest na wszystko. Ostatnio zatrzymali nawet handlarza, pod zarzutem że jego piwo może doprowadzić do pijackich burd na ulicach.- zachichotała kokieteryjnie, trzepocząc rzęsami w stronę Benneta.- Każdy kto chce wnieść do miasta chociażby nóż, musi liczyć się z zamknięciem w baszcie, aż do koronacji. A że baszta została już przepełniona, wysyłani są do Tower.

Przerwała na chwilę, czekając chyba na reakcję swoich gości.

-Z resztą na noc, mężny Asasynie, bramy miasta i tak są zamknięte.

-Właśnie, królowa mówi bardzo mądrze. Dziękuję. –wypalił Rico nie mogąc znieść czekania -Chodźmy wypocząć, zmarzliśmy i czy potrzeba nam czegoś oprócz ogniska i cygańskiej muzyki? Nie dość, że strasznie zesztywniałem w tym wozie, to jeszcze musze stać i słuchać.- powiedział kierując się do wyjścia. Przystanął tylko na chwile patrząc czy ktoś z nim może nie pójdzie. Już żałował takiego zachowania. Czy musze tak trzepać ozorem?

- Za pozwoleniem, Królowo - odezwała się nagle Anouk, ignorując zachowanie Rico. - Jak wygląda sprawa bezpieczeństwa obozu?

Rico przystanął i popatrzył w stronę cyganki. Dlaczego ja nie zadałem tego pytania? Zawsze to ja martwię się o bezpieczeństwo... głównie swoje, ale zawsze...

Królowa spojrzała na dziewczynę i uśmiechnęła się.
-Nie musimy obawiać się niczego ze strony mieszczan ani chłopów. Co prawda strażnicy regularnie przychodzą tutaj, pod pretekstem kwestii bezpieczeństwa, ale każdy wie że zwyczajnie sami chcą się przekonać o “cygańskich skarbach, nakradzionych w każdym zakątku świata”.
Jej uśmiech stał się mniej szczery, żeby nie powiedzieć ironiczny. Anouk odpowiedziała jedynie skinieniem głowy. Rico miał dość bezczynnego stania i wyszedł z namiotu.

***

Głupku, po co w ogóle otwierałeś jadaczkę? – spytał sam siebie. Czemu urodziłem się Polakiem? Mimo wychowania się w romskim taborze, słowiańska krew dawała o sobie znać jednak zbyt często. To jego główny problem, nie potrafił się jednorodnie określić. Snuł się tak po całym obozie nie zwracając uwagi na świat zewnętrzny.

Z zadumy wyrwała go muzyka, przez chwile zastanawiał się czy słuch go nie zwodzi, ale jednak nie, zaczynała się zabawa. Kierując się słuchem, trafił na trzy cygańskie dziewczęta które szły się do ogniska przy którym siedziały cztery znajome mu postaci. Nim dotarł do towarzyszy, wśród nich zebrał się mały tłumek, a nieznajomy Rom poczęstował go winem. Tracąc z oczu Anouk, postanowił dołączyć się do radosnych okrzyków mężczyzn.


Podszedł do niego Mihai, pewnie dojrzał Rico wcześniej w tłumie. Krótka rozmowa skończyła się toastem za kobiety. Zaś Rico i Anouk wznieśli swoje prywatne, ciche błogosławieństwo.

Obszedł tłum by mieć lepszy widok na tancerki. Wtedy to muzyka momentalnie ucichła i słychać było tylko radosne śmiechy, ucichające poklaskiwania i zawiedzione głosy dziewcząt.

- A teraz utwór ze specjalną dedykacją dla naszej pięknej siostry Anouk! - zakrzyknął Grigore, kłaniając się teatralnie przed Cyganką.
Wtedy Gavril pociągnął za struny swojej gitary, po chwili też zawtórowała jej druga i tak poniosła się piękna melodia.

- Ty podstępny draniu – syknęła Anouk, uśmiechając się mimo wszystko do swojego przyjaciela.

Dziewczyna wstała ze swojego miejsca, a wszystkie oczy skierowały się ku niej. Ruszyła kocimi ruchami w miejsce, gdzie wcześniej tańcowały cygańskie dziewczęta i spojrzała po wszystkich swoimi drapieżnymi, ciemnymi oczyma. Patrzył na nią z zaciekawieniem, a kiedy zaczęła taniec, uśmiechnął się od ucha do ucha. Przypomniała mu jak pierwszy raz spędził noc z kobietą, rozbawienia dopełniło przypomnienie sobie jakie skrajne uczucia temu towarzyszyły, radość, niepewność, obawa przed nieznanym. Po pięciu wspaniałych minutach czuł, że chłopiec którym był, odszedł.

Obserwując ruchy towarzyszki, przypomniał sobie szczegóły tamtej nocy oraz następnych, jednak nigdy jeszcze nie widział żeby ktoś tańczył w ten sposób, nawet znane mu cyganki… oprócz tej jednej.

Nagle przyszła mu do głowy myśl, niby ździebko nierealna, ale spróbować nie zaszkodzi.

Rico nie odrywając oczu od spektaklu usiadł na miejscu Bellerose i zadał pytanie braciom Anouk. Reakcja była oczywista, rozbawienie.

- Chłopie, zapamiętaj ten wieczór na całe życie, bo pewnie prędko się nie powtórzy! - Zaśmiał się głośno, pociągając łyk wina i podając bukłak Rico. - W takiej kobiecie można się zakochać.

- Grzech się nie zakochać...- szepnął do siebie Rico i dopił alkohol.

- Coś mówiłeś? - Ilie spojrzał na złodzieja. Właśnie… czemu to powiedział? Co prawda uważał się za grzesznika, ale jego towarzyszka miała w sobie coś innego niż każda inna kobieta. Było to dla niego całkiem nowe zjawisko, ponieważ zawsze to on rozkochiwał w sobie kobiety, nigdy na odwrót.

Tymczasem dziewczyna zakończyła swój taniec mokra od mżawki. Publiczność zaczęła wiwatować, dziękując za taniec. Muzyka stała się bardziej skoczna i część tłumu powróciła do pląsów.

-Ymm... wino się skończyło... - szybko wymyślił odpowiedz, lekko się czerwieniąc. - Może pójdę poszukać.

Wstał, by ustąpić miejsca Anouk. Wiedział już w czym problem, podniecała go jak żadna inna, wystarczyło krótkie spojrzenie by zapragnął posiąść ją tu i teraz. Wolał jednak udawać nieszczęśliwie zakochanego młodzieńca wzdychającego do portretu lubej, niż zachowywać się jak obrzydliwy, podniecony wieprz. Cokolwiek by nie myślał i czuł, nie pozwalał sobie brukać tak wspaniałych istot jak kobiety.

Nagle spostrzegł Bellerose, w dosyć bliskim spotkaniu z Bennet’em. Musisz jej się niesamowicie podobać, żebyś tylko tego nie zmarnował.

Kończył właśnie trzeci bukłak gdy zauważył Jacquou, widocznie zniecierpliwionego, ciekawe czemu.

-Hej ludzie. Można dołączyć? – Rico aż się zakrztusił, czy nie wiedział, że wystarczy wieść w okrąg tańczących i zacząć się bawić? Nie spodziewał się, takiej nieśmiałości ze strony przyjaciela.

Bez ostrzeżenia popchnął Lumiere’a i wrzucił go w tłum tańczących cygan, w ramiona najbliższej samotnej tancerki.

-Tak to się robi! - spróbował przekrzyczeć muzykę, znajdując partnerkę do tańca.

- Co ty wyprawiasz stary? Czemu mnie pchnąłeś!? Ja nie umiem tańczyć!

-Człowiek uczy się całe życie! - odpowiedział złodziej zanosząc się ze śmiechu. Rzeczywiście, o tym nie pomyślał, nieumiejętność w tańcu przysparza ludziom wiele problemów.

***

Tańczył jeszcze długo, wypił sporo wina i dawno by padł gdyby nie fakt, że miał mocną głowę. A dopóki nie przestawał tańczyć jedynym świadectwem upojenie były coraz to wyraźniejsze sylwetki pojawiające się w płomieniach. Kobiece, drapieżne i egzotyczne istoty miały cygańską urodę, uśmiech Anouk i ruchy Królowej taboru.

 
__________________
Oj tam, źle od razu, raz mi tylko zrobił z ryja galaretkę.

Ostatnio edytowane przez shaggy : 16-03-2012 o 20:38.
shaggy jest offline  
Stary 17-03-2012, 00:03   #9
 
Reputacja: 226 lordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coś
I poraz kolejny wygrana. Kto by się tego spodziewał. Uśmiechnął się pod nosem. Może złodziej oszukuje ale ja też mam parę asów. Co jest grane? W planach nie było postojów. Wysiadł z powozu i podążył za resztą.

Słowa Anouk przypomniał mu o pewnym zdarzeniu kiedy to był świadkiem użycia demagogi przeciwko cyganom. Było to za czasów starego króla który z powodu z wojego charakteru miał wielu wrogów, miał nadzieję że jego syn nie będzie taki okrutny

Cudownie! Mamy się trzymać cyganów co grozi nam jeszcze większym niebezpieczeństwem! Kto to wymyślił ? Hm mi do pracy w mieście starczyłoby ukryte ostrze ale skoro takie są rozkazu to się słuchaj. Ich przywódczyni nie wywarła na nim większego wrażenia.

Anouk pierwsza opuściła spotkanie z królową, w ślad za nią ruszył również Jacquou, choć sam po opuszczeniu namiotu ani myślał iść w tym samym kierunku. Skierował się zamiast tego w stronę wyjścia z obozu. Postanowił uciąć sobie małą przechadzkę by uspokoić myśli i zastanowić się. Nie przejmował się strażnikami. Jeśli któryś próbowałby mu coś zrobić zostałby trupem szybciej niżby zdążył dobyć miecza. Och dlaczego akurat Cyganie?
Coraz mniej mu się podobali, zwłaszcza po wyzwiskach na temat mieszczuchów ze strony Anouk. Od dziecka żył w mieście i podobał mu się taki styl życia, był do niego przywiązany. Denerwowało go protekcjonalne zachowanie towarzyszki. Nagle zauważył Rico i postanowił dla rozrywki nieco go pośledzić. Obserwował jak ten dołącza do cyganów.

Przyglądał się jak Anouk tańczy i musiał przyznać że mu się spodobało. Jest bardzo zgrabna nawet hm.. Znudziło mu się już czekanie i samotność. Trzeba się w końcu rozerwać czasem. Dołączył do nich. Rzeczywistość do niego wróciła kiedy Rico pchnął do jakiejś tancerki. Nieśmiało stał aż porwała go do tańca jakaś dziewczyna o miłych rysach twarzy i rudawych włosach. Zaczęła ruszać biodrami do rytmu i tańczyć.

Przez chwile stał w nią zapatrzony. Jest piękna. Po czym do niej dołączył. Tańczył i tańczył razem z nią , nagle dziewczyna się potknęła i roześmiana wpadła w jego ramiona, Spojrzał w jej niebieskie oczy i czas nagle zwolnił. Rejestrował wszystko od rozmowy Benneta z Anouk po zabawy Rica.
Ale on zachipnotyzowany patrzył się w jej niebieskie oczy.
 
lordofvampie jest offline  
Stary 17-03-2012, 22:39   #10
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
16 luty 1308, cygański obóz pod Southwark


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=QBgntyFtS9c&list=LL_aozUtfXzEkAHnZtMG_6FA& index=30&feature=plpp_video[/MEDIA]


Bennet westchnął cicho, patrząc po twarzach swoich towarzyszy, wchodzących powoli do namiotu. W sumie, był to udany przekrój stanów pozabawowych, przedstawiony na całkiem udanych przykładach. Najsłabsze objawy miał Lumiere. Z tego, co du Paris widział, zabójca chyba w ogóle nie pił, za to zarwał nockę na rzecz tańców z jakąś cyganką. Dziewczyna była ładna i młoda, przez co nawet perfekcjoniście Bennetowi trudno było o cokolwiek winić chłopaka.

Nieco gorzej było z Diegiem. Wojownik wrócił dość późno, wyraźnie nosząc znamiona małej pijatyki. Mężczyzna nie miał ani ochoty, ani siły by męczyć go gdzie się włóczył, co nie zmieniało faktu, że Wenecjanina najwyraźniej bolała głowa.

Najgorzej zaś, było z Rico. Młody polak pofolgował sobie z winem, przez co już wieczorem był mocno pijany. Wchodząc do namiotu chwiał się, krzywił i zataczał. Na pierwszy rzut oka było widać, że niedawno wymiotował. Czekają już w namiocie Anouk skrzywiła się, czując rozchodzący się w powietrzu smród alkoholu.

Bennet odpiął od pasa swój miecz, kładąc go na stole. Zignorował bolesny jęk Andriejowicza, gdy broń zastukotała na wygładzonym drewnie.

-To normalne, że assasyni piją na umór tuż przed akcją?- stojąca nieco z tyłu Królowa założyła ręce na pierś, obserwując lekko wczorajszych mężczyzn. Anouk spojrzała na nią kątem oka i uśmiechnęła się tylko.

-Nie wszyscy.- odpowiedziała krótko, po czym zwróciła się do Benneta.- Zaczniesz?

Agent terenowy pomasował brwi, uspokajając się. Krzyczenie na kogokolwiek w tej sytuacji nikomu by nie pomogło.

-Tak… Mam już opracowany plan, jak dostać się do Londynu bez konieczności przebijania się siłą przez strażników przy bramie i na moście. Na początek Anouk.- palcem wskazał na zaznaczony piórem punkt na mapie.- Kilka metrów na prawo od głównej bramy wjazdowej do Southwark znajduje się wyrwa w murze. Nie jest ona zbyt dostępna, ale sądzę, że ty i twoi cygańscy bracia spokojnie wejdziecie po niej na blanki.




Cyganka skinęła niepewnie głową.

-Nie będzie tam strażników?- zapytała ostrożnie.

-Będą, ale nie tak liczni i czujni jak nocą. Z resztą ich uwaga będzie skupiona na mnie.

Diego zamrugał szybko, gdy poprzez ból głowy dotarł do niego sens słów Benneta.

-Skupiona na tobie? Chyba nie chcesz zrobić czegoś bohatersko głupiego, żeby osłonić nasze wejście do miasta, co?- czuł jak cała czaszka pulsuje mu dokuczliwym bólem, ale było to nic w porównaniu do tego, co czuł Rico.

Du Paris pokręcił tylko głową.

-Królowa była tak miła by użyczyć mi konia, a jej matka uprała mi płaszcz. Odstawię małe przedstawienie przed bramą. Zadufany w sobie, wrzaskliwy szlachcic. Nie będę im zbyt ubliżał, ale zrobię przedstawienie dość dobre by nawet łucznicy na murach zechcieli popatrzeć. Dodatkowo, nie będę miał broni, przez co nie będą zbyt skorzy do dobywania własnej.

Tym razem głos zabrał Lumiere, który w brew pozorom był całkowicie skupiony na słowach mężczyzny. Nie pierwszy i nie ostatni raz zdarzyło mu się nie przespać nocy.

-Wjedziesz tam bez broni?- niedowierzał, patrząc po pozostałych.- To samobójstwo! A co jeśli będzie tam ktoś pracujący dla Templariuszy?

-A skąd niby mogliby wiedzieć, że jestem z Bractwa? Z resztą nie tylko ja będę nieuzbrojony. Ty i Rico udacie prostych wieśniaków, wiozących wóz z sianem do Londyńskich stajni. Na pewno zostaniecie przeszukani, tak samo wóz. Broń zostawicie tutaj, skąd zabierze ją Diego.- dłonią wskazał na swój własny miecz, leżący na stole.- Zostawcie tutaj wszystko. Noże, miecze, ostrza nadgarstkowe… Wszystko, co mogłoby sprawić że zamiast do miasta, wpuszczą was do lochów pod basztą.

Wszyscy patrzyli spokojnie jak dwójka ich towarzyszy powoli odkłada broń, z czego ruchy Rico były przesadnie ostrożne i delikatne. Ale nawet zręczne dłonie nie uratowały jego uszu przed brzdękiem, gdy stosik metalu osunął się ze zgrzytem i potoczył po blacie.

Na stole pojawiła się mała zbrojownia.



-A gdzie ja mam zabrać tą broń?- Diego podszedł do stołu i z dość nienaturalnym uśmiechem przyjął od Królowej worek oraz sporo naoliwionych szmat. Na szybko obwiązał nimi oręż swoich towarzyszy, po czym ostrożnie włożył wszystko do worka.

-Do doków rozciągających się wzdłuż południowego brzegu Tamizy. Weźmiesz naszą broń, przekupisz jakiegoś szczególnie potrzebującego złota rybaka i przepłyniesz przez rzekę prosto do nabrzeża po Londyńskiej stronie rzeki. Niestety, większa ilość podobnych łódek mogłaby wywołać zainteresowanie strażników, więc popłyniesz tam tylko ty. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wszyscy spotkamy się w karczmie „Trzy Korony”, niedaleko opactwa Zakonników Św. Krzyża.

-Ale to przecież odłam Templariusz…- głos Andriejowicza przywodził na myśl coś, co zostało przerzute, połknięte i zwymiotowane. Bennet uśmiechnął się jednak z zadowoleniem.

-Bo pod latarnią najciemniej, czyż nie?

-Nie.

-Em… Nie ważne. Tak czy inaczej… Anouk, czekaj na odpowiedni moment. Lumiere, Rico, udawajcie ludzi prostych

-A nie jesteśmy… ?

-W takim razie jeszcze prostszych, Rico. A ty, Diego, po prostu bądź ostrożny. Ruszamy.


***


Sara oparła się plecami o drzewo, obserwując oddalającą się grupę. Stojący obok starzec o ogorzałej twarzy stał, wsparty o lasce rzeźbionej w ciemnym drewnie. Westchnął cicho i spojrzał na syna, który do tej pory był woźnicą Assasynów.

-Uda im się?- pytanie Królowej mogło być skierowane za równo do każdego, jak i do nikogo. Starzec zaśmiał się jednak, gładząc sumiaste wąsy.

-Pierwszy raz spotkałaś członków tego cudacznego Bractwa, prawda Saro?

Kobieta spojrzała przenikliwe na sędziwego mężczyznę i uśmiechnęła się lekko. Miło było spotkać kogoś, kto nie traktował jej jak wściekłego kota, gotowego drapać za każdą błahostkę.

-Tak… I nie sądzę żeby spodobało im się określenie „cudaczne”, starszy.

-Kiedy za młodu współpracowałem z Assasynami, śmiali się z tego tak samo jak ja śmieję się dzisiaj. I nie wątp w powodzenie ich misji. Znałem ich obecnego przywódcę w czasach, gdy był równie młody co ty teraz. Nie wysłałby do Londynu ludzi, którzy nie podołaliby misji.

Sara spojrzała jeszcze tylko na syna przywódcy zaprzyjaźnionego taboru. Luca puścił jej tylko oko, po czym podał ojcu ramię. Starzec wsparł się na swoim pierworodnym, po czym ruszył w kierunku obozowiska.

-Chociaż…- dziewczyna szybko odwróciła głowę, widząc jak staruszek przystaje.

-Tak?

-Ech, może mnie tylko pamięć zwodzi, ale pamiętam, że dawniej nie nosili na ubraniach żadnych znaków rozpoznawczych. Ale może czasy się zmieniły… ? Nie wiem, stary jestem. Chodźmy do obozu. Nogi mnie bolą.

Cyganka ruszyła szybkim krokiem, marszcząc brwi. Przed oczami wciąż miała symbol, dumnie prezentujący się na plecach jednego z Assasynów.


 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...
Makotto jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169