Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-03-2012, 22:03   #1
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
Assasin's Creed: Zmierzch Templariuszy [historical sci-fi, autorski]

Bo upadek nigdy nie jest kwestią przypadku...



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=JsOamyTCnPU&list=FL_aozUtfXzEkAHnZtMG_6FA& index=1&feature=plpp_video[/MEDIA]


Londyn, teraz


-Vidic, do jasnej cholery! Co się dzieje?!- młody lekarz z trudem docisnął rękę wyrywającego się mężczyzny z powrotem do oparcia fotela. Metalowe zatrzaski z kliknięciem zamknęły się nad drgającą spazmatycznie kończyną.



Widoczna na ekranie twarz wyostrzyła się, gdy doktor Warren Vidic pochylił się w stronę kamery. Projekt był ryzykowny, głównie dla nowych obiektów. Nigdy jeszcze synchronizacja nie miała być przeprowadzona u pięciu osób jednocześnie. Było to za równo wiekopomne, ale i wymagające przedsięwzięcie.

-Pięć gram środków uspokajających.- rzucił krótko, widząc jak pozostałe obiekty miotają się w czasie wstępnego wejścia do Animusa. Samo urządzenie było jeszcze dość wadliwe, o czym świadczył Obiekt 16.

-To ich zbije z nóg…- młody lekarz zawahał się, z całych sił trzymając prawą rękę miotającego się pacjenta.

-I to wystarczy, Mathews!- Vidic zmarszczył brwi, patrząc chłodno na rozmówcę. Był to jeden z młodych rekrutów, nie do końca świadomych, o co toczy się gra.- Mają tylko przekazywać obrazy, a nie kierować się w miejsca, które nie znają ze swojego DNA. Wykonać!

-Tak jest… - Eric Mathews przełknął ślinę, zdejmując strzykawkę pneumatyczną ze stojaka. Następnie skinął głową, by reszta lekarzy w pomieszczeniu zrobiła to samo.

TSSK!

Kilka sekund później pięć ciemnych sylwetek leżących na stołach zamarło, zagłębiając się we wspomnienia, o których nie miało pojęcia. Wcześniej jednak nastąpił niesamowity ból w skroniach oraz krótkotrwałe drgawki.

A potem… światło.


***


15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu





Woźnica skrzywił się, po raz kolejny smagając powietrze lejcami. Pogoda była naprawdę Angielska. Ziąb, mgła i jeszcze ten deszcz. Stevo westchnął cicho, mocniej opatulił się płaszczem i spod kozła wyjął szklany antałek. Był młody, a ojciec często podkreślał, że picie w zbyt młodym wieku szkodzi na pomyślunek. Mimo to cygański młodzik wyjął zębami korek i wypluł go na kolana.

-Nie za dobrze ci tu, co?- Stevo aż podskoczył, słysząc tuż obok ucha zachrypnięty głos swojego ojca. Podstarzały Rom zaśmiał się tylko, wyjął synowi butelkę z rąk i samemu zajął jego miejsce. Chłopak chętnie skrył się pod krótkim zadaszeniem wozu.

-Em…- zaczął niepewnie, widząc jak ojciec pociąga zdrowy łyk gorzałki.

-Nie tłumacz się, smarku. W taki ziąb i psu bym pewnie nalał

Stevo odetchnął cicho i spojrzał na małe drzwiczki za plecami ojca. Jakże miło byłoby wejść do środka wozu, schować się w sianie i zasnąć przy blasku świec rozstawionych wzdłuż drewnianych ścian. Młodzik nie znał innego życia. Był Cyganem, z dziada na pradziada, i gdyby nawet mógł, nie zamieniłby tego na żadne inne życie.

Wiedział jednak, że nie mógł wejść teraz do wozu który przez całe życie uważał za dom.

-Nawet o tym nie myśl, synu.- głos ojca otrzeźwił chłopaka na tyle, że cofnął dłoń od małych drzwiczek.

-Ale ojcze

-Stev. Rób jak mówię. I nie pytaj!- dodał, widząc już otwierające się usta jego pierworodnego.

Stevo skrzywił się i podkulił nogi pod brodę. W sumie, nie wiedział zbyt wiele o tych dziwnych obcych. Widział tylko jak zeszli ze statku z francuską banderą, wymienili kilka słów z Królem, przywódcą taboru i szybko zajęli jeden z wozów. Pech chciał, że owym wozem okazał się ten, w którym mieszkała rodzina chłopaka.

-To przyjaciele.- głos ojca po raz kolejny wyrwał młodzika z jego ponurych rozmyślań.

-Ja wiem… Tamta dziewczyna i jej czterech przybocznych na pewno…- Stev zadrżał na myśl o zimnych spojrzeniach i kocich ruchach czterech Cyganów idących niczym cienie w ślad za Nią. I już wtedy, nawet ktoś tak młody jak Stevo miał pewność, że nie tylko uroda była powodem, dla którego towarzyszyło jej czterech przybocznych. Miała w sobie coś niezwykłego.- Jest z rodu wojowników, prawda?

Stary Luca westchnął cicho, po raz kolejny żałując tego, że syn był równie spostrzegawczy i domyślny co jego matka.

-Tak…- stary Rom odpowiedział niechętnie.- A nawet, jeśli się w nim nie urodziła, to wiedz że teraz ona i jej towarzysze walczą za nas.

-A ci obcy… ?

Bo oprócz piątki Cyganów, było też czterech innych. Jeden co prawda, mówił płynnie po romsku, ale w tym świdrującym uszy poddialekcie z okolic ziem królestwa Polskiego. Ale za to pozostała trójka… potężny mężczyzna z wielkim mieczem przy siodle konia, dziwny chłopak w płaszczu z kapturem i ich przywódca, zdecydowanie z Romami nie mieli za dużo wspólnego. Ale mimo to Król ugościł ich niczym najznakomitszych gości. Król, a za razem dziadek Steva.

-To też przyjaciele, synu. Też walczą. Nie tylko o nas, ale także o wszystkich tych, którzy cierpią niesłuszne krzywdy. O chłopów, mieszczan

-Ale chłopi i mieszczanie nas nienawidzą, ojcze.

Luca zaniemówił, znów pociągając z gąsiorka. Dokładnie wiedział, kim są obcy w jego rodzinnym wozie. Wiedział też, dlaczego chłopi i mieszczanie pluli na jego rodaków. O cichej wojnie, prowadzonej pomiędzy urzędnikami w bogatych szatach. Wojnie nie na miecze, lecz na słowa zapisane w opasłych woluminach.

Ale nie mógł wciągać w te tajemnice własnego syna. Tak samo jak reszty taboru. Tylko on oraz Król wiedzieli o celu podróży obcych.

-Zrozumiesz jak dorośniesz.- odpowiedział w końcu, znów uderzając lejcami.


***


Wóz podskakiwał miarowo na nierównych kamieniach traktu, ale nikt z podróżników nie mógł narzekać. Wóz nie był wypchany poduchami ani złoconymi draperiami, ale na pewno był wygodny. Ławy, skórzane siedziska a nawet stóg siana w rogu drewnianego pomieszczenia pozwalał na niebywały wręcz komfort.

-Ci twoi nie zmarzną tam na górze?- Rico zainteresował się, leżąc na stogu, ze słomką w zębach. Pytanie skierowane było do Anouk, a dotyczyło jej czterech towarzyszy, siedzących na dachach wozów taboru. Uparli się, by mieć oko na drogę. I słusznie.

Wszyscy siedzący w wozie znali się już od dwóch lat. Działając do tej pory w Paryżu, po raz pierwsi zostali wysłani do obcego miasta. Ale Mentor był w tym wypadku stanowczy, a sama sprawa była nie cierpiąca zwłoki. Każde z Assasynów dobrze pamiętało dzień sprzed dwóch tygodni, gdy do drzwi ich kryjówki zapukał zakapturzony starzec. Mentor…


***




Kiedy zaskoczenie przeminęło, pierwszy odezwał się Bennet.

-Mentorze

-Nie czas na formalności.- starzec machnął ręką, siadając na wolnym stołku. W oczy rzucił się brak palca serdecznego u jego prawej ręki. Był ze starszego pokolenia, kiedy to jeszcze kontynuowano ten obyczaj. On sam zmienił to okaleczanie się, na wypalanie znaku przy pomocy rozgrzanej obrączki. Dzięki temu Assasyni stali się jeszcze mniej rozpoznawalni.

-Jedziecie do Londynu.- powiedział w końcu i uniósł dłoń, uciszając zawczasu swoich podopiecznych. Znał twarz każdego z nich, i obserwował ich postępy nawet, gdy o tym nie wiedzieli.- Wiecie, że nie wysyłałby was tam bez powodu. Dowiedziałem się przed chwilą, że zginął nasz szpieg infiltrujący Uniwersytet Sorbony.

Starzec pochylił głowę i westchnął, opierając się jedną ręką o blat stołu.

-To wielki cios dla Bractwa. Nie zdołaliśmy go ostrzec, ani ocalić. Na szczęście był mężem światłym i daleko widzącym. Wysłał wszystkie informacje, jakie zdołał zdobyć prosto do naszych braci w Londynie.

Stojący wtedy pod ścianą Diego zmarszczył brwi, krzyżując ręce na piersi.

-Więc, czemu mimo to musimy tam jechać, Mentorze?

Przywódca Bractwa uśmiechnął się lekko do Wenecianina.

-Kurier został zaatakowany przez rębaczy działających z ramienia naszych wrogów. Zdołał zbiec, lecz w czasie zamieszania nasi bracia z Londynu zgubili jego trop. Jest ich tam niewielu. Potrzebna jest więc wasza pomoc. Musicie go odszukać i odzyskać listy. To konieczne, by powstrzymać kolejny ruch Templariuszy. Oni coś szykują, to pewne. Filip Piękny zaczął zwalczać ich wpływy, zamykać zakonników w celach i rekwirować ich majątki. Zakon Templariuszy jest teraz jak ranna bestia. Osłabiona, lecz wciąż szalenie niebezpieczna.

Jacquou skinął głową, ruszając w stronę drzwi.

-Nie mamy więc czasu, Mentorze. Ruszajmy.- powiedział i zamarł w pół kroku, widząc delikatny uśmiech na twarzy starca.

-Spokojnie, chłopcze, spokojnie. Najpierw Anouk będzie musiała poprosić swoich cygańskich braci o pomoc przy dostaniu się do portu przy kanale La Manche, a potem dalej, do Londynu

Młoda cyganka nie dała poznać po sobie za wiele. Poprawiła tylko długą szpilkę do włosów i spojrzała w okno.

-To nie będzie problemem, Mentorze. Mój ród był szanowany, a inne tabory z chęcią pomagają w słusznej zemście. Wezmę ze sobą moich braci


***


I oto byli tam. Pięcioro Assasynów siedzących w jednym z wozów cygańskiego taboru, jadących ku mrocznemu miastu. Ku Londynowi.

 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 07-03-2012 o 15:17.
Makotto jest offline  
Stary 07-03-2012, 18:30   #2
 
lordofvampie's Avatar
 
Reputacja: 226 lordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coślordofvampie ma w sobie coś
Co to za cholerstwo? Co oni robią? Czego chcą odemnie? Czy mnie zabiją?Takie myśli kołotały się w główie Daniela. Dobra , skup się. Po kolei. Wracałeś jakiś tydzień temu z zajęć. Jakiś głos za tobą wypowiedział twoje imię. I tu straciłeś przytomność. Obudziłeś się w ciemnej klitce w której siedzisz. Nagle chłopakowi coś walnęło mocnym światłem po oczach i nagle zawróciło mu w głowię. Kiedy się otrząsnął poczuł że jest na coś kładziony siłą. Po chwili przewinęły mu się po głowie jakieś obrazy zbyt zaskoczony żadnego nie zapamiętał. Ostatnie co zarejestrował przed utratą przytomności to ból w skroniach i rozbłysk światła.

***
Kap-kap. Kropla za kroplą spadały z nieba. Czy ten deszcz kiedyś się skończy? Jacquou nawet trochę lubił deszcz. Ale każdemu w końcu może się znudzić. W dodatku dopadało go znużenie. Bardzo chciał żeby ta podróż dobiegła końca. Najchętniej nie jechałby do Londynu ale w końcu to sam Maestro zlecił im to zadanie. Więc teraz siedział w powozie przypominając sobie jak dwa tygodnie temu odwiedził ich z wieśćmi o posłańcu i poleceniem przechwycenia listów. Młody assasyn chciał wyruszyć od razu ale mistrz kazał im skontaktować się z cyganami. Nie był co do nich uprzedzony , w końcu z jedną pracował , ale nie wiedział czego się spodziewać. Miał nadzieje że inni cygani jej nie przypominają. Nie żeby jej nie lubił. Czasami po prostu wydawała mu się …. nie wiedział jak to określić. Wiedział że posiada w sobie rzadko spotykaną kobiecą energię pozwalającej jej robić co zechce. Prawie każdy mężczyzna był na jej skinienie.
Coż dobrze że nie była ona oprócz niego jedyną osobą we wewnątrz. Oprócz niej byli Rico , Bennet i Diego. Tego pierwszego lubił bardzo. Był idealnym kompanem. A z pozostałą dwójką utrzymywał raczej neutralne kontakty. Więc siedział tam, ubrany w swoją szatę zabójcy i przygotowany w pełni do walki. W końcu nigdy nic nie wiadomo. Znamy się już 2 lata. Ciekawe po co się wciąż tak dystansują. Może pora nawiązać jakiś dialog? Odwrócił się do Rica niemal z taką samą szybkością jak gdyby nie miał na sobie żadnego pancerza. Zbroja sprawowała się znakomicie - Hej stary , gramy może w jakieś karty albo kości? To dobra rozrywka na zabicie czasu. - stwierdził.Lubił gry polegające na bystrości umysłu. Był w nich całkiem niezły i pomagały mu one się rozwijać. Szkoda że zapomniałem wziąć szachy.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 07-03-2012 o 19:45. Powód: Dwa identyczne posty
lordofvampie jest offline  
Stary 08-03-2012, 22:33   #3
 
shaggy's Avatar
 
Reputacja: 51 shaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodzeshaggy jest na bardzo dobrej drodze
Testowanie gier... jak mogłem być takim idiotą... zamknięty przez cały czas... z nudów zacząłem rysować po podłodze... potem straciłem przytomność... nie czuje własnego ciała... nie żyje... nie... czuje ból... jeśli boli, to żyje... jestem pewnie bezwładny jak worek kartofli... czuje się jak po grzybach... boli coraz mocniej... co to za miejsce... światło... boli jak cholera... niech ktoś coś z tym zrobi...

***

Leżał na stogu siana i z nudów liczył deski w suficie. Liczby bardzo się przydają do liczenia pieniędzy, a ja bardzo lubię pieniądze. - pomyślał Rico. Szkoda tylko, że Diego nie potrafi zrozumieć, że kogoś kto uratował mi życie cenie bardziej od tych lśniących krążków. Ale nie, jestem złodziejem, to muszę być zły...

-Hej, Diego! Zgadnij czyja to moneta... - nie mogąc się powstrzymać, powiedział podnosząc dłoń z małym przedmiotem.

Diego puścił uwagę mimo uszu. Rico uwielbiał go wyprowadzać z równowagi i uśmiechnął się sam do siebie. Wiedział, że prawie mu się udało.

- Nie masz nic mądrzejszego do powiedzenia, marny złodziejaszku? - odpowiedział dopiero po chwili wojownik.

-Tak, tak, możesz wrócić do kontemplowania swojego... czegoś tam... - powiedział bez zastanowienia zakładając nogę na nogę.

Od samego początku nie pałali do siebie przyjaźnią, ale do tej pory tylko sobie dogryzali.

Inaczej sprawa ma się z Jacquou. Asasyn zdobył sobie jego sympatie, łamiąc stereotyp stoickiego skrytobójcy. Mimo, że do ich pierwszego spotkania, spotkał tylko kilku jego pobratymców, to plotki o asasynach prześcignęły ich samych, a o szybkości i szkodliwości plotki dowiedział się na własnej skórze.

- Hej stary, gramy może w jakieś karty albo kości? - Asasyn wyrwał go z zadumy. - To dobra rozrywka na zabicie czasu.

Rico wyciągnął z kieszeni w kamizelce talie kart. Znaczonych kart. Właściwie jedynych jakie posiadał, często zastanawiał się czy Jacquou wie o tym, bo nigdy nie dawał po sobie tego poznać, zresztą asasyn wygrywał bardzo często i to nawet bez pomocy, ba nawet na przekór złodziejowi . Dobrze, że nigdy nie graliśmy na pieniądze. - pomyślał tasując karty. Nie wyszedłbym z długu chyba... Ale ty wiesz, że są znaczone, prawda?

Pytanie to zadał w myślach Bennet'owi. Przed nim nie było tajemnic, sprawiał czasami wrażenie, że potrafi czytać w myślach. Nie przeszkadzało mu to, bo nie raz, nie dwa, plany Francuza uratowały mu skórę czy pomogły ominąć straże.

Ale w powozie był ktoś jeszcze, kobieta, ale nie byłe jaka, Romka. Żaden inny naród nie ma takich kobiet, a ta konkretna, była tego idealnym przykładem. Nie wiedział czy robi to specjalnie czy nie, ale zdecydowanie mieszała w głowach większości mężczyzn, wiedział za to, że potrafi być śmiertelnie niebezpieczna. Nie raz dostał od niej po pysku za zbytnią impertynencje, ale to tylko umocniło jego wizje niesamowitości kobiet.

Kończąc rozdawać karty, zawiązał na rzemyk krótki kucyk przy karku i zasiadł do gry.
 

Ostatnio edytowane przez shaggy : 08-03-2012 o 22:50.
shaggy jest offline  
Stary 09-03-2012, 19:57   #4
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 1056 Cold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumny
6 czerwca 1301 roku, Paryż
Gwar paryskiego rynku niemalże został zagłuszony przez następujące słowa:
- Cygańska kurwa! Złodziejka! Czarownica! - krzyczał tęgi mężczyzna, rzeźnik. Wymachiwał ręką, grożąc swoją pulchną pięścią kobiecie, która zwinęła mu z lady spory kawałek mięsa.
Jego okrągła twarz aż się zaczerwieniła ze złości i wysiłku, jaki musiał włożyć w wybiegnięcie zza lady. Świńskie oczy wciąż wpatrywały się w miejsce w tłumie, w którym zniknęła Cyganka.
- Takich to tylko powybijać do ostatniego – zasapał głośno i oparł się o kamienną ścianę. - To już trzeci raz w tym tygodniu, kiedy te pomioty szatana kradną moje mięso! - parsknął, a stary handlarz ziołami tylko przytaknął mu w odpowiedzi.
Sąsiadowali ze sobą już dobrych kilkanaście lat, ale starzec nigdy nie polubił grubasa. Zielarz nie przepadał za takimi typami, do jakich należał rzeźnik. Często widywał, jak na jego zaplecze przychodzili jacyś podejrzani jegomoście. Nie spodziewał się tylko, że w ciągu kilku minut jego utrapienie, jakim było towarzystwo rzeźnika, zniknie na zawsze.
Stary podrapał się po nosie i, by uniknąć dalszej rozmowy ze swoim sąsiadem, zaczął porządkować swój asortyment. Nie zauważył nawet, jak z tłumu wyłoniła się Ona.
Młoda Cyganka o zjawiskowej, egzotycznej urodzie. Jej drapieżne spojrzenie utkwiło na grubym rzeźniku, wykładającym świeże mięso ze świni.
Zbliżała się powoli, z kocią gracją wymijając przechodniów. Nie spuszczała grubasa z oczu, jakby była drapieżnikiem, który upatrzył swoją ofiarę. I kto by się spodziewał, że tak właśnie było?
Gdy cygańska dziewczyna znalazła się w odległości kilku kroków od rzeźnika, ten w końcu ją zauważył. Wytrzeszczył na nią oczy i cały się zaczerwienił.
- Kolejna! Cygańskie ścierwo! Ty też chcesz coś ukraść, mała zdziro?! O nie, ja ci pokażę! - zaczął krzyczeć i ruszył w jej stronę, kiwając się na boki.
Brzuch mu się przelewał to na lewo, to na prawo, kiedy tak szedł w jej stronę, ciężko dysząc. Ona zaś stała w miejscu, wpatrując mu się prosto w jego świńskie oczka. Świdrowała go na wskroś ciemnymi, tajemniczymi oczyma. Jej pełne, szkarłatne usta wygięły się w lekkim uśmiechu, który zwiastował mu rychłą śmierć.
Gdy był już o krok od niej, dziewczyna sięgnęła do włosów i wyciągnęła z nich długą, srebrną szpilę. Wtedy w oczach rzeźnika, jak i starego sprzedawcy ziół, który zainteresował się sytuacją, wszystko zwolniło swoje tempo. Czarne jak smoła włosy Cyganki majestatycznie opadły na jej ramiona, a fikuśne kolczyki zadźwięczały paciorkami, niosąc ze sobą melodię śmierci.
W rzeczywistości wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Szybko wykonała zgrabny piruet, kiedy to zaaplikowała w szpilkę truciznę, a gdy stanęła na powrót przodem do rzeźnika, końcówka szpilki do włosów wbiła się w jego szyję.
- Pozostało ci kilka chwil twojego żałosnego życia. Wykorzystaj je, by błagać o litość, a twoje winy wobec cygańskiego rodu być może zostaną ci wybaczone – wyszeptała, wciąż patrząc grubemu mężczyźnie w oczy.
- Pieprz się – wydyszał, po czym złapał się za szyję. Zaczął się krztusić, a z jego ust wypłynęła piana zmieszana z krwią. Oczy prawie wyszły mu z orbit, kiedy z przerażeniem starał się złapać oddech.
- Umieraj w cierpieniu, na które zasłużyłeś. - Były to ostatnie słowa, jakie rzeźnik usłyszał przed tym, jak w przedśmiertnym groteskowym tańcu szaleńca wpadł na swój stragan.
Natomiast Cyganka zniknęła, zanim straż miejska zdążyła przybiec na miejsce zdarzenia.
- Rozpłynęła się niczym duch! - tłumaczył zielarz, wciąż nie mogąc uwierzyć, że był świadkiem zabójstwa.
Dziewczyna natomiast, wykorzystując niezawodną sztuczkę, zniknęła w tumanach kurzu i dymu, wspinając się po pobliskiej ścianie na dach budynku. Stamtąd też mogła bezpiecznie obserwować zaaferowanych strażników i przerażonych przechodniów.
- Nikt bezkarnie nie będzie poniżał mych braci – powiedziała, kierując słowa przed siebie, po czym obróciła się na pięcie i pobiegła, przeskakując z dachu na dach.

15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=1pSyYhRYeIM&feature=related[/MEDIA]
Słowa Rico wyrwały ją z zamyślenia.
- Ci twoi nie zmarzną tam na górze?
Podniosła wzrok i spojrzała na złodzieja. Powóz, w którym siedzieli, wybijał usypiający rytm, któremu wtórowały krople deszczu obijające się o zadaszenie. Jedynie głośne parsknięcia konia burzyły ten stały, monotonny ciąg dźwięków.
Anouk nie odpowiedziała złodziejowi ani słowem, jedynie zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. Uważał się za Cygana, choć nie urodził się w cygańskiej rodzinie. Został przygarnięty, jak jakiś szczeniak porzucony w rynsztoku. I choć nie miała nic przeciwko takim zwyczajom, nigdy nie zamierzała zaakceptować Rico Andriejowica jako jednego z jej braci. Od początku wpajane były jej pewne wartości dotyczące cygańskiego rodu i mimo tego, jak bardzo ceniła sobie, że Rico oddany był jej ludowi, tak bardzo nie mogła powiedzieć, że jest jednym z nich. Wolała go określać mianem „przygarniętego”. Co nie było ani trochę obraźliwe. Właściwie czuła do tego złodzieja pewną dozę sympatii.
Deszcz przybierał na sile. Anouk oparła się wygodniej i wbiła wzrok w nieistniejący punkt gdzieś przed sobą. Czuła, że coś wielkiego się zbliża. Że ich pobyt w Londynie nie ograniczy się jedynie do odnalezienia kuriera i listów. Niepewność ogarnęła jej serce. Zupełnie jak wtedy, gdy silny zachodni wiatr zaprowadził ją i resztę cygańskiego taboru wraz z jej rodzicami do tej wioski pod Paryżem.
Tylko ona i czterej Cyganie, którzy jej towarzyszyli, wiedzieli, co się wtedy wydarzyło. Wszyscy byli jeszcze wtedy dziećmi, zaledwie wyrośniętymi szczeniakami nie przygotowanymi do samodzielnego życia. Krew. Kobiece krzyki. Ogień... Prześladowały ją każdej nocy, w sennych koszmarach.
Była wdzięczna losowi za to, że udało jej się odnaleźć swoich braci. Była wdzięczna swojemu Mistrzowi, który jej w tym pomógł. Teraz to ona musiała odnaleźć jego. Ocalić go. I nikt, prócz niej samej, nie wiedział o tym zamierzeniu. To była jej misja, jej brzemię, które sama musiała dzierżyć na swoich barkach. Oby tylko czas był wobec niej łaskawy.
Jej myśli popłynęły w zupełnie innym kierunku, kiedy na moment odwróciła wzrok i spojrzała na Benneta. Był chyba jednym z niewielu mężczyzn, których jeszcze nie udało jej się rozgryźć. Intrygowało ją to. Rzadko na swojej drodze spotykała takie osoby. A jeśli nawet, to wkrótce okazywały się o wiele łatwiejszym orzechem do zgryzienia, niż kurtyzana stojąca na rogu ulicy.
Z nim było zupełnie inaczej. Z drugiej jednak strony, ona także kryła wiele tajemnic. Nawet przed kimś takim, jak Bennet, który wydawał się wiedzieć o nich wszystko.
Tak naprawdę o Anouk wiedzieli jedynie tyle, ile ona sama chciała, by wiedzieli. Czyli praktycznie niewiele.
Gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, puściła mu oczko i uśmiechnęła się nieznacznie, po czym odwróciła wzrok zupełnie w inną stronę.
Współpracowała z tymi ludźmi dwa lata, aczkolwiek z żadnym z nich nie czuła większej więzi. Nie byli jej przyjaciółmi, nie byli jej rodziną. Łączyła ich tylko praca. Może poza Bennetem du Paris. Ale to była specyficzna więź. Być może jej podstawy leżały jedynie w fizyczności jegomościa, choć było to mało prawdopodobne. Anouk nie należała do kobiet, które popadały w obłęd widząc pierwszą lepszą przystojną facjatę. Podłoże tej więzi musiało znajdować się zupełnie gdzie indziej, musiało mieć jakieś głębsze znaczenie. Być może to fakt, iż był dosyć intrygującą osobą? Nie potrafiła tego jeszcze rozgryźć.
Zupełnie inaczej sprawa miała się z Diego, zawsze dzierżącym swój wielki miecz. Zastanawiała się czasami, czy miało to coś wspólnego z jakimś kompleksem. Nie przepadała za wojownikami. Byli nieokrzesani i mało finezyjni w swoim fachu. Zawsze wydawało jej się, że są strasznie powolni podczas walki. Nie znaczy to, że nie doceniała ich siły i skuteczności. Po prostu wolała bardziej wyrafinowane sposoby na pozbycie się przeciwnika. Podziwiała za to odwagę i honor, jakimi cechował się Diego.
Natomiast Jacquou Lumiere... Na tle pozostałych kompanów, wzbudzał w niej najmniejsze zaufanie. Być może to dlatego, że wyczuwała w nim jakąś niechęć wobec jej osoby. Czym jednak ta niechęć mogła być spowodowana? Podejrzewała, że i on sam nie ufał jej tak, jak ona jemu. Nie miało to jednak dla Anouk większego znaczenia. Nie to było dla niej wtedy najważniejsze...
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 10-03-2012 o 18:22.
Cold jest offline  
Stary 09-03-2012, 22:58   #5
Cas
 
Cas's Avatar
 
Reputacja: 19 Cas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodze

Zabawne jak niewiele było mu potrzebne by szczerze zapragnął urodzić się jako cygan. Mógłby bez poświęcenie chwili na rozważenie sprawy, zgodzić się spędzić resztę swoich dni w tym wozie. Angielska pogoda zdołała zrazić go do siebie szybciej niż cokolwiek innego. Ledwie oddychał bo przy każdym wdechu czuł smród wilgoci. Ledwie widział bo deszcz był tak gęsty, że czuł się jakby próbował otworzyć oczy pod wodą. Ze słuchem nie było lepiej, wszystko dzięki nieustannym potężnym podmuchom wiatru. Zostało mu cieszyć się pozostałymi zmysłami. Dla zabicia czasu postanowił więc posilić się jabłkiem, które zabrał ze sobą w podróż.

Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że całe to zadanie w ogóle nie zdawało się być warte zachodu. Nie trzeba być geniuszem by wiedzieć, że w przypadku bractwa rzadko cokolwiek takim się wydaje na pierwszy rzut oka. Niemniej jednak trudno było spodziewać się tu czegoś, co przynajmniej jego wprawiłoby w zdumienie. Jedynie fakt działania w Londynie, czynił tą grę nieco bardziej interesującą. Ostatecznie nie będzie mógł tu skorzystać ze swoich wpływów. Nie miał też pojęcia kim są agenci czekający na nich w Trzech Koronach. Pojawiło się sporo nowych zmiennych, a to aż nazbyt skutecznie pobudzało jego wyobraźnię.

Pozwolił sobie zlustrować twarze towarzyszy podróży. Tych na szczęście nie będzie musiał zapamiętywać. Ostatecznie dwa spędzone wspólnie lata to aż nazbyt wiele by wryły się w jego pamięć. Znał ich, na pewnym etapie wręcz studiował. Oczywiście mieli przed nim jakieś tajemnice, ale tym Bennet nie poświęcał wiele uwagi. Na co komu historia broni, kiedy tak naprawdę istotne jest to jak ją trzymać, jak i kiedy uderzać, jak zadać nią największy ból. On był natomiast prawdziwym mistrzem fechtunku. Ostatecznie władał aż czterema klingami, z piekielną skutecznością.

Pierwszą był Diego. Prawdziwy miecz tego niezbyt subtelnego sortu, po który sięgasz kiedy zamiast czystego pchnięcia, wolisz rozerwać ofiarę na dwoje.
Drugą Rico. Sam był jak sztylet, który znajduje zastosowanie wszędzie tam gdzie dla miecza nie ma miejsca.
Jacquou stanowił trzecie. To pozostające w ukryciu, po które sięga się by zaskoczyć przeciwnika. Na swój sposób najgroźniejsze ze wszystkich, najtrudniej bronić się przed tym co przychodzi niespodziewanie.
No i wreszcie Anouk. Niczym piękna szabla - hipnotyzuje idealnymi liniami. Na moment pozwalając zapomnieć, że stworzono ją tylko w jednym celu, by w tym samym momencie wyrwać życie z nieświadomej niczego ofiary.

Zabawne, że kiedy o niej pomyślał ich spojrzenia na moment się spotkały. Z czystej grzeczności odwzajemnił uśmiech, ale jak zwykle nie poświęcił temu zbyt wiele uwagi. Bo i po co, skoro ona sama szybko odwróciła wzrok. Miły, szczególnie dla oka, sposób by rozproszyć myśli, ale jakoś umykał mu sens tych podchodów. Ludzie w jego towarzystwie, chyba chcąc mu zaimponować, odczuwali wewnętrzną potrzebę roztaczania wokół siebie aury tajemniczości. W jej przypadku może i było to szczere, nadal jednak męczące. Doprawdy zaczął tęsknić za osobami z bardziej bezpośrednim podejściem. Na szczęście Diego zawsze był gdzieś w pobliżu.

Wrócił do świata żywych kiedy zdał sobie sprawę, że z jabłka został tylko niewielki ogryzek. Widocznie spędził kilka dobrych chwil na rozmyślaniach. Czuł się trochę zdezorientowany, ale nie żałował, ostatecznie mógł na moment zapomnieć o deszczu, wietrze i reszcie niezbyt przyjemnych elementów składających się na to, co określa się mianem „angielskiej pogody”.

Podniósł się i wyprostował, przynajmniej na tyle na ile pozwalał mu dach wozu. Skrzywił się słysząc jak strzelają mu kolana, po czym omiótł wzrokiem wnętrze środka ich transportu.
Zabawne jak niewiele było mu potrzebne by uznać wizję zostania cyganem za niedorzecznie głupi pomysł.
 

Ostatnio edytowane przez Cas : 09-03-2012 o 23:36.
Cas jest offline  
Stary 10-03-2012, 11:55   #6
 
Imoshi's Avatar
 
Reputacja: 275 Imoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skał
Teraz


Templariusze. Francis wiedział, że to oni. Wpadł w pewnego rodzaju śpiączkę. Zapewne od złapania go minęło wiele godzin, jednak on nadal spał. Albo po prostu cały czas miał zamknięte oczy. Czuł, jak siłą go gdzieś ciągną. Potem go gdzieś zostawili. Nie wiedział ile minęło czasu. Ile godzin... może ile dni? Ale wrócili. Czuł, że znowu jest gdzieś niesiony, po to, by po chwili zostać położonym na jakimś twardym łóżku, lub czymś podobnym. Wtedy dopiero odzyskał władzę nad ciałem. Zaczął się wierzgać z całych sił. Musiał stawiać opór. Musiał walczyć. Ale po chwili, uspokoił się, jakby nie z własnej woli. Poczuł przerażający ból w skroniach. Jego ciało drgało. Widział światło.
- Czy ja... umieram? - szepnął sam do siebie, pogrążając się we wspomnieniach swoich przodków. Nadal próbował rozpaczliwie się bronić, jednak nie miało to już najmniejszego sensu...

****


1 luty 1308r, kryjówka Asasynów w Paryżu



Tuż po odejściu Mentora, Diego miał nieco mieszane uczucia. Czuł, że coś jest nie tak. Miał nieodparte wrażenie, że ta misja jest czymś więcej. Z tego też powodu, tuż po odejściu ich mistrza, wypytał Benneta, naiwnie wierząc, że zdobędzie informacje, zaspokajające jego ciekawość.
- Bennet, wiesz może coś więcej o naszej nowej misji? Mam przeczucie, że Mentor nie powiedział nam całej prawdy. Coś większego się tu kroi... - Może był nieco zbyt nieufny. Ach, cóż za huśtawka osobowości. Z jednej strony Pan Ladrosco był typem naiwniaka, wierzył w dobro ludzi, w cel asasynów. Z drugiej natomiast, był nieco zbyt ostrożny w kontaktach z osobami "ze starego pokolenia". Po części nauczyła go tego wędrówka życia w swoim rodzinnym mieście, Wenecji. A może miało na to wpływ inne zdarzenie, o którym nie wie nikt, a i sam jego bohater najchętniej by o nim zapomniał? Nieważne...

- Niewiele - wzruszył delikatnie ramionami przywódca, jakby dając do zrozumienia, że i niezbyt go to interesowało. - Takie zadania to dla nas nic nowego. Może za wyjątkiem tego, że płyniemy do Londynu, a z tego co słyszałem to niezbyt przyjazne miejsce dla takich jak my.
- Czy w Anglii nie ma innych asasynów, i musi wysyłać wsparcie z tak daleka? Tym bardziej, że co z nas za wsparcie... ledwie piątka. -
Przez chwilę sprawiał wrażenie jakby nie wiedział co odpowiedzieć.Uśmiechnął się więc tylko i położył dłoń na ramieniu kompana.
- Diego nie zaprzątaj sobie głowy takimi rzeczami, to moje zadanie. Jeśli jednak naprawdę zżera cię ciekawość - urwał na moment, wziął lekki wdech i ciągnął dalej. - Owszem wśród wyspiarzy nie ma wielu naszych braci, dlatego tym bardziej potrzebują naszej pomocy. Niestety w swoim sąsiedztwie mają tylko naprawdę sporo wody i piękną Francję, więc to logiczne, że wysyłają właśnie nas. -
Na tym zakończyła się ta krótka rozmowa.




15 luty 1308, droga z Portsmouth do Londynu

I tak o to, dwa tygodnie po spotkaniu z Mentorem, jechali wozem należącym do przyjaciół ich siostry: Panny Anouk Bellerose. Mimo jednak, że znał ją już 2 lata, tak naprawdę zamienił z nią może... kilka zdań. Mimo to, czuł coś do niej. Może było to lekkie zauroczenie, a może wielka miłość, czekająca tylko, by się ujawnić, tego nie wiedział nawet sam Diego. Ukrywał to jednak, jak tylko mógł, i chyba wychodziło mu całkiem nieźle. Nie wiedział jednak, czy ktoś nie tego nie odgadł.
Ktoś, czyli Bennet. Tylko on mógłby być do tego zdolny. Mężczyzna ten uchodził za ich przywódcę. Przez ten czas, wyrobił sobie pewien szacunek, do ich stratega. Bo istotnie, był on wspaniałym strategiem. Trzeba przyznać, urodzony przywódca z niego. Tylko on wiedział więcej o broni Pana Ladrosco - kuszy skrytej pod płaszczem, ukrytym ostrzu przebranym za karwasz (Obok drugiego, prawdziwego karwasza...), a także specjalnej zbroi, lekkiej, aczkolwiek zapewniającej dużą swobodę ruchów. Przez te dwa lata stali się pewnego rodzaju przyjaciółmi.
Odwrotnie rzecz się miała w przypadku trzeciego z ich kompanów, Rica Andriejowica. Od początku nie pałali do siebie sympatią. Ma to zapewne pewien związek z profesją tego asasyna: kradzieżą. Diego zawsze był w pewnym stopniu uprzedzony do tego towarzysza. Widać wyraźnie w nim było jego miłość do pieniędzy. Wenecjanin czuł, że gdyby tylko dostał propozycję od Templariuszy, wraz z porządną sumą gotówki, bez skrupułów wbiłby noże w plecy pozostałych. Czy się mylił? Tego nie dane mu było się jeszcze dowiedzieć. Od początku traktowali się bardziej jak wrogów, aniżeli towarzyszy.
Ostatnim członkiem drużyny, był finezyjny morderca, Jacquou Lumiere. Z nim Diego nie utrzymywał neutralne stosunki. Miał wrażenie, że Asasyn go unika. Pewnie Rico już opowiedział mu pełno bzdur na temat Włocha. Przyjaźnili się oni w pewnym stopniu.

Pan Ladrosco siedział spokojnie na ławie, gdy zaczepił go drużynowy złodziej, podnosząc dłoń z małym, okrągłym, świecącym przedmiotem:
- Hej, Diego! Zgadnij czyja to moneta... - Wenecjanin próbował nie zwracać uwagi na zaczepki. Nie chciał wyprowadzać się z równowagi, z powodu jednego głupiego zdania, tym bardziej, że w obecności Benneta, jedzącego sobie w tej chwili jabłko. Jedynie niemal niezauważalnie chwycił za sakiewkę. Okradanie własnych towarzyszy. To by było podobne do Andriejewica. Po chwili jednak odkrył, że niczego mu nie brakuje. Nadal miał przy sobie swoje 500 funtów. Dopiero, gdy się co do tego upewnił, odpowiedział:
- Nie masz nic mądrzejszego do powiedzenia? -
- Tak, tak, możesz wrócić do kontemplowania swojego... czegoś tam... - powiedział bez zastanowienia, zakładając nogę na nogę.

Nie nudziło mu się. Podróż mijała spokojnie, jednak Diego zawsze był człowiekiem cierpliwym, tak więc nie zwracał uwagi na powolnie płynący czas. Chwilę po krótkiej rozmowie, Jacquou przyszedł do złodzieja. Zaczęli grać w karty. Włoch był przekonany, że Andriejowic oszukiwał. W zachowaniu swojego kompana, do którego nie pałał sympatią, widział w sumie tylko negatywne cechy. Zawsze posądzał go o najgorsze.
- Może jestem dla niego trochę zbyt surowy... - pomyślał, jakby pytając siebie samego - Ale nieważne. Ważna jest tylko misja... -
 

Ostatnio edytowane przez Imoshi : 10-03-2012 o 22:10.
Imoshi jest offline  
Stary 11-03-2012, 00:50   #7
 
Makotto's Avatar
 
Reputacja: 88 Makotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znanyMakotto wkrótce będzie znany
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=-soGcjbBTW4[/MEDIA]


15 luty 1308, obóz Cyganów pod Sauthwark



-Dwadzieścia jeden. Wygrałem.

-Szlag, znowu?

-Nie marudź, ty też wygrałeś.

-Raz. Jeden, jedyny raz. Cholera, to przecież niemożliwe… !

-Cisza.

Głos Bellerose uciął nadciągający monolog i sprawił, że wszyscy w wozie zostali wyrwani z dziwnego stanu nieprzytomnego zamyślenia. Tego dziwnego strumienia myśli, pobudzanego przez rytmiczny stukot kół na bruku oraz szum deszczu.

Bennet spojrzał pytająco na dziewczynę.

-Anouk, co się dzieje?

-Zwalniamy.

-Jesteśmy już na miejscu?

-Nie. Powiedziałam tylko że zwalniamy.

Diego odruchowo poprawił miecz w pochwie, opierając się plecami o ścianę i kucając na piętach. Po kilkunastu sekundach drzwiczki od strony woźnicy otworzyły się, ukazując ogorzałą twarz jednego z Cyganów. Anouk oraz Rico od razu poznali najstarszego syna Króla, a za razem właściciela wozu, w którym siedzieli. Nad ramieniem woźnicy zobaczyli jeszcze jedną twarz. Młodą i ciekawską.

Bennet zmarszczył brwi, widząc wyraz twarzy mężczyzny.

-Jesteśmy już w Londynie?- zapytał po francusku, a Rom pokręcił tylko głową. W sumie równie dobrze mógł mówić po angielsku. Każda osoba z ich grupy znała te dwa, podstawowe języki. Do tego dochodziły, rzecz jasna, języki narodowe.

-Zatrzymamy się do świtu w obozie innego taboru. Razem bezpieczniej.

-Jak to, „bezpieczniej”?

-Ludzie nas nienawidzą.- wszyscy obejrzeli się na wstającą ze swojego miejsca dziewczynę. Anouk naciągnęła tylko kaptur na głowę i stanęła przy drzwiach powozu.- I jest spora szansa, że mieszczanie „spontanicznie zapragną wyplenić cygańską zarazę”.



Lumiere gwałtownie spojrzał na dziewczynę. W Paryżu był świadkiem przemowy jakiegoś szalonego kaznodziei, który publicznie rozgrzeszał tłuszczę, która napadła i spaliła przed kilkoma miesiącami cygański obóz stojący w biedniejszej dzielnicy miasta. Dużo mówił o tym, że „prości ludzie niosący ogień boga na pogańskich bezbożników, mogą liczyć na zbawienie i odpuszczenie wszelkich grzechów”. Młody francuz nigdy nie słyszał jeszcze tak poetyckiego, pełnego uniesienia oraz świętości szczucia do ludobójstwa.

Następnego dnia klecha zmarł, z powodu zatrucia pędzonym przez siebie winem. A przynajmniej tak uznał opłacony przez anonimowego darczyńcę cyrulik.

-A co z wjazdem do miasta?- Bennet oderwał wzrok od towarzyszki i znów spojrzał w kierunku woźnicy.

-Mówią, że zablokowany. Strażnicy praktycznie nikogo nie wpuszczają. Boją się chyba, że tłuszcza będzie rozrabiać przed koronacją młodego króla. O! Jesteśmy. Rad żem, że tak dostojni gości wieźć w moim wozie mogłem.

„Młody Król”. Edward II, syn Edwarda I Długonogiego. Cóż, wszyscy znali historie ojca obecnego władcy Brytanii. Młot na Szkotów, reformator… i okrutnik. Za władzy Długonogiego każda mniejszość narodowa i religijna mogła spodziewać się represji. Po śmierci tyrana w koronie uciekinierzy pochodzenia Żydowskiego oraz Romskiego zaczęli wracać, licząc na łagodność Edwarda II. Jak do tej pory, nie przeliczyli się.

-Dziękujemy za podwiezienie… Oooo!- Rico przerwał w połowie zdania, wyskakując z wozu w ślad za resztą jego grupy. A widok był faktycznie wspaniały.- Jak w domu!

Obóz Cyganów, mimo brzydkiej i zimnej pogody mienił się wieloma barwami. Latarnie z kolorowego szkła paliły się pod płachtami wozów i namiotami, pozwalając wszystkim zapomnieć o wszechogarniającej szarości Wysp Brytyjskich.



-Wy tak żyjecie na co dzień… ?- nawet Diego nie mógł odmówić uroku temu miejscu.

-Tylko mieszczuchy i wieśniacy uważają, że smutek i brak kolorów to właściwe dla nich otoczenie.

Głos rozległ się za plecami podróżników. Był to jeden z Cyganów towarzyszących Anouk. Szarfa na głowie, kolczyk w uchu i kamizelka wyszywana kolorową nicą żywo świadczyły o tym że on miał z goła odmienne mniemanie o tym w jakim otoczeniu ludzie powinni żyć.

-Rozmawiałem ze strażnikami tego taboru. Ich Królowa chce się z nami zobaczyć.

Anouk skinęła głową, pozwalając mężczyźnie odejść. Diego spojrzał z zainteresowaniem na Cygankę.

-Królowa?

-Tylko „mieszczuchy” żyją w przekonaniu, że jedynymi godnymi sprawować władzę są mężczyźni.- odpowiedziała zdawkowo, ruszając pomiędzy bajecznie oświetlonymi wozami oraz namiotami.


***


Namiot przywódczyni taboru prezentował się pysznie. Nie były to, co prawda, wygody królewskiego dworu, ale surowe piękno ręcznie rzeźbionych krzeseł oraz stołu, oraz liczne hafty wiszące pomiędzy czerwonymi latarniami nadawały temu miejscu niesamowitego uroku.

A całości dopełniała ona. Piękna, egzotyczna oraz tajemnicza. Otoczona przez grupkę mężczyzn i kobiet, rozmawiająca o czymś ożywionym głosem. Diego uniósł brew, widząc jak uderza pięścią w stół. Bransolety na jej nadgarstkach zabrzęczały.



-Eu nu va afişa în faţa noastră. Noi nu suntem animale, să ne uităm în dinţi ca ne muta în oraş!- krzyknęła po romsku, dopiero po chwili zauważając gości. Uśmiechnęła się delikatnie i odgarnęła kosmyk włosów za ucho.

-Witamy naszych przyjaciół z walczącego rodu, oraz ich sojuszników.- powiedziała po francusku, ze śpiewnym akcentem. Ruchem dłoni odprawiła obecnych w namiocie cyganów.- Mój namiot jest waszym namiotem, lecz aby uniknąć tłoku pozwoliłam sobie przygotować wam posłania w tamtym wozie.

Jej jasne zęby błysnęły w uśmiechu, gdy po raz kolejny odgarnęła niesforny kosmyk.

-Odpocznijcie, strudzeni przyjaciele. Rano pomówimy o celu waszej podróży. Dobrej nocy.- skłoniła delikatnie głowę, odwracając się z powrotem w stronę stołu. Był to sygnał, że goście mogą opuścić jej namiot bez urażenia jej gościnności.

Gdzieś w oddali zaczęły grać skrzypce.
 
__________________
Hello.
My name is Inigo Montoya.
You killed my father.
Prepare to die...

Ostatnio edytowane przez Makotto : 11-03-2012 o 13:47.
Makotto jest offline  
Stary 12-03-2012, 20:23   #8
Cas
 
Cas's Avatar
 
Reputacja: 19 Cas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodzeCas jest na bardzo dobrej drodze
Być może nie dawał tego po sobie poznać, ale wyraźnie nie podobała mu się cała ta sytuacja. Cyganie mieli zapewnić im bezpieczną podróż, nie narażać na atak rozwścieczonych fanatyków. Jakby tego było mało, pojawiły się jeszcze problemy związane z koronacją. Czekanie do rana było chyba ostatnią rzeczą, na którą miał w tym momencie ochotę. Wykonał jeden krok do przodu, ukłonił się lekko i przemówił, tym samym zdecydowanym tonem, którym zwykł wydawać polecenia:

- Nie mogę mówić za swoich kompanów, ale ja nie przybyłem tu odpoczywać - zamilkł na moment i spojrzał prosto w oczy Królowej. - Przynajmniej nie przed tym jak ktoś będzie łaskaw powiedzieć mi co się tu właściwie dzieje.

- Zgodzę się z moim kompanem. Nie przybyliśmy tu na wakacje - Jacquou postanowił przypomnieć wszystkim o swojej obecności.

- Cóż jednak osiągniemy, jeśli dotrzemy do Londynu wykończeni? - szepnął sam do siebie Diego, jednak głośniej niż zamierzał, przez co jego koledzy najpewniej to usłyszeli.

- Ach... - kobieta uśmiechnęła się delikatnie, znów spoglądając w stronę grupy podróżników. - Widzę tutaj osoby stawiające dobro “sprawy” ponad własnym.

Usiadła na stołku przy stole i wskazała dłonią pozostałe siedziska. Było ich całkiem sporo, ustawionych w okrąg.

- Koronacja będzie miała miejsce za dziesięć dni. Zwykle dostanie się do miasta nie jest problemem, lecz teraz straż wyczulona jest na wszystko. Ostatnio zatrzymali nawet handlarza, pod zarzutem że jego piwo może doprowadzić do pijackich burd na ulicach - zachichotała kokieteryjnie, trzepocząc rzęsami w stronę Benneta. - Każdy kto chce wnieść do miasta chociażby nóż, musi liczyć się z zamknięciem w baszcie, aż do koronacji. A że baszta została już przepełniona, wysyłani są do Tower.

Przerwała na chwilę, czekając na reakcję swoich gości.

- Z resztą na noc, mężny Assasynie, bramy miasta i tak są zamknięte.

- Właśnie, Królowa mówi bardzo mądrze. Dziękuję. Chodźmy wypocząć, zmarzliśmy i czy potrzeba nam czegoś oprócz ogniska i cygańskiej muzyki? Nie dość, że strasznie zesztywniałem w tym wozie, to jeszcze muszę stać i słuchać - powiedział Rico kierując się do wyjścia. Przystanął tylko na chwile patrząc czy ktoś z nim może nie pójdzie.

- Bennet, mam za nim iść? - szepnął do dowódcy Diego. Miał przeczucie, że Rico może zrobić coś głupiego, co zapewne wyczuł przywódca...

- Za pozwoleniem, Królowo - odezwała się nagle Anouk, ignorując szczenięce zachowanie Rico. - Jak wygląda sprawa bezpieczeństwa obozu?

Królowa spojrzała na dziewczynę i uśmiechnęła się mimo woli.

- Nie musimy obawiać się niczego ze strony mieszczan ani chłopów. Co prawda strażnicy regularnie przychodzą tutaj, pod pretekstem kwestii bezpieczeństwa, ale każdy wie że zwyczajnie sami chcą się przekonać o “cygańskich skarbach, nakradzionych w każdym zakątku świata”.

Jej uśmiech stał się mniej szczery, żeby nie powiedzieć ironiczny. Anouk odpowiedziała jedynie skinieniem głowy. Słowa Cyganki wcale jej nie uspokoiły, ale zamierzała zachować swoje obawy tylko dla siebie. Spojrzała jeszcze po pozostałych Assasynach, po czym wyszła.

W ślad za nią ruszył również Jacquou, choć sam po opuszczeniu namiotu ani myślał iść w tym samym kierunku. Skierował się zamiast tego w stronę wyjścia z obozu. Postanowił uciąć sobie małą przechadzkę by uspokoić myśli i zastanowić się. Nie przejmował się strażnikami. Jeśli któryś próbowałby mu coś zrobić zostałby trupem szybciej niżby zdążył dobyć miecza. Och dlaczego akurat Cyganie? Coraz mniej mu się podobali, zwłaszcza po wyzwiskach na temat mieszczuchów ze strony Anouk. Od dziecka żył w mieście i podobał mu się taki styl życia, był do niego przywiązany. Denerwowało go protekcjonalne zachowanie towarzyszki.

Ostatnią osobą decydującą się na wyjście był Diego, który to odwrócił się na pięcie, ruszając w kierunku wyjścia i zostawiając Benneta samego. Choć temu daleko było do samotności, ostatecznie został w towarzystwie Królowej i swoich myśli, a te nieco spochmurniały. Jego kompani zachowali się jak banda dzieci i w chwili obecnej pewien był tylko tego, że przyjdzie im za to zapłacić. Póki co wolał jednak skupić się na osobie Cyganki. Du Paris wiedział kiedy się odezwać. Znał dworską etykietę i dawno poznał jak wielkim skarbem jest umiejętność słuchania. Zwykle przemawiał ostatni, dopiero kiedy wszyscy wypowiedzieli już swoje kwestie. Wtedy to on posiadał wszystkie sekrety, a te stanowiły jego broń. Dlatego poczekał chwilę do momentu aż nikt nie będzie w stanie mu przeszkodzić i przemówił.

- Koronacja to nie lada wydarzenie. Mnóstwo sposobów na napełnienie kiesy - poprawił włosy delikatnym, wyuczonym ruchem i kontynuował. - Mam uwierzyć, że cyganie nie mają oczu w mieście, że nie są w stanie przemycić czegoś poza jego mury?

- Ależ jesteśmy. I dlatego poprosiłam żebyście poczekali do rana - królowa pozbyła się swojego uroczego stylu bycia i wstała, by ze skrzyni wyjąć dwa kryształowe kielichy i gąsiorek. - Nocą, paradoksalnie, jeszcze trudniej dostać się do miasta niż za dnia. Po zmierzchu, bramy są zamknięte, Most Londyński podwójnie obstawiony a wzdłuż doków dookoła rzeki stoi mnóstwo strażników.

Ze stukotem ustawiła butelkę na stole i kciukiem zdjęła korek. Wino które rozlała do kielichów miało przyjemny zapach. Zaczęła traktować Benneta jak równego sobie.


- Jeśli chcesz, ciągaj ich po nocy i deszczu. Przekonasz się tylko o tym, że mówię prawdę. A że jesteś mądry, szybko wrócisz tutaj.

Przyjrzał się uważnie pucharom i choć z wielkim trudem, odmówił sobie uśmiechu. Ostatecznie był Francuzem, jak inaczej mógł zareagować na aromat tego trunku?

- Nie, nie chcę - przemówił odrywając wzrok od kielicha. - Jak sama widziałaś Pani, trudno było ich utrzymać w namiocie, co dopiero w nocy, szczególnie jeśli w grę wchodzi deszcz. Bardziej interesujący jest fakt, że w trakcie ich obecności nie raczyłaś podzielić się informacjami, które właśnie mi przekazałaś. Jeszcze bardziej interesujące są konkrety - uważnie przyjrzał się rozmówczyni, ostatecznie skupiając wzrok na jej oczach. - Bez tych nie mogę działać, a nie po to wybrałem się w tą podróż, by siedzieć bezczynnie.

- Zamierzałam się nimi podzielić gdy rano będziecie w pełni wypoczęci po znoju podróży, ale jak widzę, niepotrzebnie się martwiłam - sama upiła łyk i rozwinęła przed Bennetem prosty plan Londynu, palcem wskazując na Sauthwark.

- Jedynym problemem obecnie jest mur otaczający Sauthwark. Przekroczenie bramy może być trudne, ale mamy kilka możliwości. Wozy z sianem, grupy pielgrzymów, przekupienie jakiegoś handlarza czy zaryzykowanie łapówki wymierzonej w stronę strażników bramy. Wszystkie są jednak ryzykowne. No i zostaje Most Londyński. Nocą, przebycie go, jest niemożliwe. W dzień, po prostu trudne z powodu licznych patroli.

Potarł ręce i wziął niewielki łyk wina. To doprawdy było pierwszej jakości. Wreszcie miał z czym pracować i nie miał zamiaru tracić ani chwili czasu. Jego oczy uważnie śledziły każdą linię na leżącej przed nim mapie. Zajęło mu to moment, na tyle długi, że z pewnością spamiętał już każdy szczegół.

- Z czystej ciekawości. Nie macie w mieście żadnych agentów i sposobu na kontakt z nimi?

- Mamy gołębie pocztowe. I tak, jedna grupa naszych braci weszła do miasta, ale prawie doszło do rozlewu krwi. Przeszukiwać ich chcieli. Głównie nasze kobiety, rzecz jasna. No i jedna z sióstr prawie wydrapała strażnikowi oczy, gdy zaczął się do niej dobierać. Dobrze że na wachcie był wtedy rozsądny człek, bo by kłopoty były i to duże.

Wzruszyła ramionami, obserwując rozmówcę. Uśmiechnęła się lekko, widząc jak wodzi wzrokiem po mapie.

- Widzę, żeś człowiek czynu, panie... ? - zapytała, robiąc pauzę.

- Przeprosiłbym za brak manier, ale szczerze wątpię, że królowa cyganów nie wie z kim przyszło jej dzielić tak wyśmienite wino - skinął lekko głową i spił jeszcze łyk. - By jednak dworskich subtelności stało się zadość, Bennet du Paris, do usług.

- Sara - odpowiedziała krótko, uśmiechając się nieznacznie. - Więc, panie z Paryża, masz już jakiś pomysł, by towarzyszy swoich za mury miasta przemycić?

Wstała spokojnie i obeszła stół, by stanąć obok Francuza. Długim paznokciem zastukała w namalowany fragment muru po wschodniej stronie bramy.


- Mniej więcej tutaj jest małe zawalisko. Mur jest tam nadal mocny i wysoki, ale jeśli jest z wami jakiś akrobata, spokojnie wejdzie przy pomocy szczeliny na blanki.

- Mam kilku kandydatów do tego zadania - powiedział jakby sam do siebie i ponownie skupił się na mapie. - Most to główna droga, więc będzie najlepiej strzeżony. To dobrze, obrońcy w takich warunkach czują się pewnie, zbyt pewnie.

Zadarł głowę i spojrzał na królową, przez kilka uderzeń serca pozwolił sobie nawet zatrzymać na niej swój wzrok.

- Najskuteczniej będzie rozproszyć siły. Wspomniałaś wcześniej o wozie z sianem. Jacquou i Rico bez większych problemów odegrają role pastuchów - parsknął cicho. - Zasłużyli sobie, ale uznajmy, że przydzieliłem ich do tego zadania z uwagi na łączące ich stosunki.

- Ja wejdę osobno, nieuzbrojony nie wzbudzę podejrzeń - zamyślił się na moment.

- Ty, Bennecie, będziesz mógł sobie pewnie pozwolić na przejazd główną bramą. Co tu dużo mówić, masz w sobie magnetyzm, którego brakuje nawet niektórym królom - puściła oko Assasynowi, tym razem nie wkładając w to zbytniej słodyczy. - Jeśli nie masz konia, pożyczę ci któregoś z naszych. Płaszcz daj mojej matce, upierze go i wysuszy nawet w taką pogodę.

Skinął lekko głową, w geście podziękowania. Następnie podniósł się z krzesła i zmierzył rozmówczynię od palców u stóp, aż po czubek głowy. Mogło uchodzić to za niegrzeczne, ale jakoś o to nie dbał. Szczególnie widząc zachowanie królowej.

- Rozumiem, że cyganie nie mają lekkiego życia za murami. Jakie są szanse, że wpuszczą Anouk przez bramę? Jeśli nikłe, byłbym wdzięczny za informację jak udało ci się umieścić w mieście swoich braci.

- Tak jak mówiłam. Mała grupka, żadnej broni, trzymając się razem. Potraktowano ich niczym zwierzęta idące na targ. Kazano pokazywać im zęby, przeszukiwano ich niedelikatnie i wyrzucano zawartości toreb i juków na ziemię - Sara skrzywiła się, a w jej oczach pojawił się ogień. Ogień, świadczący o jej wściekłości. Bennet od razu wyczuł, że mimo pozornego bezpieczeństwa, wielu strażników miejskich pozostało przy zwyczajach poprzedniego władcy Anglii.

- Jeśli pójdzie sama, gwarantuję ci że spróbują ją zgwałcić. A jeśli im się nie uda, a ona w obronie swojego życia i godności porani ich, to da strażnikom pretekst do nagonki na cyganów za murami - pokręciła zniechęcona głową, dłonią opierając się o stół i bezwiednie oglądając Benneta, tak jak wcześniej on obejrzał ją.

- W takim razie nie będę jej narażał. Na dobrą sprawę również ich, Anouk nie ma w zwyczaju ranić. To ona wykorzysta więc szczelinę w murze. Gibkość jej ciała nawet mnie niejednokrotnie wprawiła w zdumienie - ponownie subtelny uśmiech rozpromienił twarz agenta. Wino albo atmosfera tego obozu, coś naprawdę szybko pozwoliło mu zapomnieć o trudach podróży. Doprawdy dawno nie czuł się tak rozluźniony.

Pokręcił głową i ponownie skoncentrował się na pracy. Pozostał zatem Diego, no i coś równie istotnego - broń. Nawet najlepszy plan byłby na nic bez choćby jej jednej sztuki. Analiza mapy i potencjalnych dróg wejścia do miasta zajęła mu trochę czasu, ale wreszcie nadeszło olśnienie. Dopiero wtedy dostrzegł bowiem coś tak istotnego. Zaklął w myślach, wino i kobiety nie były dobrymi doradcami w trakcie pracy. Boleśnie przyszło mu się o tym przekonać.

- Wybacz Pani - wypowiedział powoli, chwytając jej dłoń i przesuwając na bok. - Oto rozwiązanie naszych problemów. Co możesz mi powiedzieć o tych wioskach rybackich?

- To? Hmmm... Kilkanaście prostych chałup. Więcej tym ludziom nie potrzeba, bo praktycznie żyją na rzece. Ryby chętnie żerują na tym co ludzie wyrzucą do wody, więc i rybakom dobrze się żyje - również skupiła się na mapie, pozbywając się resztek kokieteryjnego uroku. - Nie jestem pewna, czy jakiś rybak sam z siebie zaryzykowałby przemycania kogokolwiek do Londynu, albo nie bez sowitej zapłaty. Ale to mogłoby rozwiązać wasz problem z transportem broni...

- Mamy dość by kupić prostego rybaka. Szczególnie, że będzie to złote dobrze wydane.

Pozwolił sobie jeszcze ten jeden raz powtórzyć w myślach wszystkie ustalenia. Pamiętał je doskonale, ale wolał nie ryzykować. Był perfekcjonistą i dzięki temu nadal musiał martwić się czymś tak irytującym jak oddychanie. Dopiero kiedy skończył, ponownie spojrzał na kobietę.

- Myślę, że to już wszystko Pani - nie potrafił odmówić sobie dość dwuznacznego brzmienia tego zdania. - Trzeba przyznać, że tworzymy nie lada duet.

Ukłonił się i ucałował jej dłoń. Chwilę później chwycił natomiast swój puchar i wziął pokaźny łyk. Czuł się dobrze, z gotowym planem wreszcie mógł spać spokojnie.

Cyganka uśmiechnęła się niepewnie na pocałunek, a uśmiech ten pogłębił się i nabrał lekko zawadiackiego charakteru, gdy Bennet wypił wino. Sara palcem rozpięła klamrę pod jego brodą i spokojnie złapała opadający na ziemię materiał.

- Dobrej nocy, Bennet - powiedział tonem od którego przyjemne ciepło rozpływało się po plecach.


Kręcąc biodrami zniknęła za płachtą dzielącą namiot na dwie części. I trzeba było jej przyznać, potrafiła pogrywać z mężczyznami.

Przez moment stał jeszcze trochę oszołomiony. Dopiero po dłuższej chwili zdając sobie sprawę, że ustąpił jej pola. Ostatecznie to ona zostawiła jego, nawet jeśli sam pierwszy postanowił się pożegnać. Niebywała subtelność, ale dla niego właśnie takie pojedynki były najciekawsze. W myślach wymówił jeszcze raz jej imię, po czym obrócił się na pięcie i ruszył przed siebie. Doprawdy przyjemnie było wpaść w objęcia nocy. Chłód który poczuł na skórze tworzył niezwykły kontrast w połączeniu z winem rozgrzewającym jego żołądek. Powolnym krokiem ruszył w kierunku jednego z wozów, przywarł do niego plecami i pozwolił sobie wziąć kilka głębszych wdechów. Powietrze było inne, choć może to atmosfera tego obozu. Do jego uszu dotarły nawet dźwięki rozpoczynającej się zabawy. Bennet myślami był jednak daleko stąd.
 

Ostatnio edytowane przez Cas : 12-03-2012 o 23:50.
Cas jest offline  
Stary 14-03-2012, 16:22   #9
 
Imoshi's Avatar
 
Reputacja: 275 Imoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skałImoshi jest jak klejnot wśród skał
Powoli mijały sekundy, minuty, a nawet godziny, a Diego nadal spokojnie siedział na ławie. I wcale nie zamierzał z niej schodzić. Kątem oka widział grę Rica z Jacquou. Właśnie zaczęli dialog o ilości wygranych gier, gdy przerwała im Anouk. Powóz zwalniał. Chwilę potem, Cyganie towarzyszący drużynie oświadczyli, że na noc zatrzymują się w obozie innego taboru, gdyż tak będzie 'bezpieczniej'. Chwilę później, piątka asasynów wychodziła już ze swojego środka podróży, by ujrzeć wspaniałe, kolorowe miejsce. Pięknie, trzeba przyznać. Zanim się obejrzał, stali już w namiocie Królowej, która krzyczała. coś w niezrozumiałym dla Włocha języku. Chwilę potem, zaczęła dialog w bardziej zrozumiałym dla niego francuskim, ze śpiewnym akcentem:
- Witamy naszych przyjaciół z walczącego rodu, oraz ich sojuszników.- Ruchem dłoni odprawiła obecnych w namiocie cyganów.
- Mój namiot jest waszym namiotem, lecz aby uniknąć tłoku pozwoliłam sobie przygotować wam posłania w tamtym wozie.
Jej jasne zęby błysnęły w uśmiechu, gdy po raz kolejny odgarnęła niesforny kosmyk.
- Odpocznijcie, strudzeni przyjaciele. Rano pomówimy o celu waszej podróży. Dobrej nocy.- skłoniła delikatnie głowę, odwracając się z powrotem w stronę stołu. Bohaterowie jednak nie zamierzali odpoczywać, a przynajmniej większość z nich. Po krótkiej wypowiedzi 'Królowej', drużynowy złodziej dziecinnie postanowił sobie pójść. Za nim poszła Anouk, a następnie Jacquou. Wojownik szepnął jedynie do przywódcy:
- Ty tu jesteś od rozmowy, Bennet. Wypytaj ją nieco, ja zobaczę jak wygląda sytacja. - Tym razem, jego głos nie wykazał się szczególną głośnością, przez co przywódca zapewne nie usłyszał słów Wenecjanina.
Tuż po wyjściu postanowił udać się na mały spacer do bramy, która według 'Królowej' Cygan była tak pilnie strzeżona.
- Ciekawe czy tak jest naprawdę... - pomyślał.
Cyganie niezbyt przejmowali się rosłym Wenecjaninem. Ot, przyjezdny który zasługiwał na pomoc, ale nie był jednym z nich. Diego dostrzegł kątem oka Rico, kręcącego się w dziecięcym zachwycie po obozowisku, i Lumiere'a śledzącego go chyba tylko dla zabawy. Obóz pilnowany był przez cyganów, siedzących na wozach i drzewach otaczających namioty. Deszcz z wartkiej ulewy, zmienił się w siąpiącą mżawkę. Po pół godzinie forsownego marszu, oczom Diega ukazał się Southwark, południowa brama do miasta. Tuż za murem, który w pewnej odległości wrót zawalił się z powodu błędnej konstrukcji, stało kilkanaście zbitych domków. W sumie, Sauthwark wyglądał jak mały fort obronny, pilnując Mostu Londyńskiego, jedynej drogi prowadzącej do głównej części miasta. Za Tamizą lśniły ognie latarni Londynu. Zaś co do samej bramy, Pan Ladrosco szybko zauważył kilka postaci przycupniętych pod małym dachem, i ruchome ogniki, będące najpewniej łucznikami na murach. Włoch podążył spokojnym krokiem w kierunku strażników. Wyglądał dość złowrogo, na głowie już od kilkunastu minut miał kaptur. Gdy już doszedł do strażników pilnujących bramy, zapytał spokojnie:
- Można wejść? -
Mężczyźni mieli na głowach charakterystyczne, talerzowate hełmy na głowach oraz przeszywanice na grzbietach. Rekruci, lub półgłówki które nie były w stanie wybić się wyżej. I jednych, i drugich było sporo. W drzwiach obok bramy wojownik dostrzegł jeszcze czterech innych. Ci już byli bardziej doświadczeni. Misiury, kolczugi i elementy płytowe na czerwonych tunikach. Obwieś w przeszywanicy pokręcił tylko głową. Rekruci na deszczu, starsi w środku. Uczciwy układ.
- Nikogo nie wpuszczamy po zmroku. Idź pan, i czekaj. - odpowiedział, nawet nie patrząc na Diego. Jego młodszy kolega nieufnie spojrzał na przybysza.
- A więc co ma ze sobą zrobić biedny najemnik? - zapytał Pan Ladrosco, delikatnie poprawiając ukryte ostrze, 'przebrane' za karwasz. Z tym wielkim mieczem na plecach, sens udawania, był znikomy.
- Czekać. - powtórzył strażnik, grzebiąc drzewcem halabardy w błocie.
- Tam, pod murem, stoi kilka domów, gospoda i stara szopa. Masz grosz przy duszy, idź pan do gospody. Biednyś? Szopa też nie jest zła. - Powoli podniósł wzrok, gdy w końcu jego szare komórki zaczęły działać.
- Najemnik, mówisz? - spojrzał dokładnie na Diega, przełykając ślinę - Niechętnie widujemy w mieście rębajłów, panie. Tylko ci służący pod młodym królem, do miasta przybywać mogą. Jeśli będziesz chciał rano wejść, miecz zostawisz w baszcie. Jeśli zaciągniesz się w służbę króla i glejt dostaniesz, to ten swój berdysz dostaniesz z powrotem. - Mężczyzna poprawił delikatnie kaptur, a następnie odwrócił się na pięcie, w stronę wskazaną przez wartowników. Niewielka osada nie prezentowała się jakoś zadziwiająco. Przez niedawną wizytę w pięknym, cygańskim obozie, widok wydał mu się bardzo smutny. Kilka marnych chałupek, otwarta szopa w której gościło kilku strudzonych pielgrzymów. Wenecjanin po krótkiej wędrówce dotarł do karczmy. W środku panował umiarkowany tłok, większość gości wydawała tu ostatnie grosze, by się napić. Nie "śmierdzili groszem". Jacyś zawiadacy zaczepiali dziewczynę służebną. Diego, zaraz po wejściu, podszedł do pijaków, mówiąc:
- Ładnie to tak, zaczepiać biedną kobietę? - Zapewne, gdyby nie wpływ alkoholu, zauważyliby już miecz na plecach wojownika.
- Wynoś się, gnojku! - wykrzyknął ten, który ledwo już trzymał się na nogach.
- Nie zamierzam. - odrzekł Pan Ladrosco. Trzech mężczyzn podeszło do niego z różnych stron. Okrążony. Bez ochoty, na zabawę na pięści, Włoch chwycił za rękojeść miecza i zaczął go powoli wysuwać z pochwy. Wspaniale błysk srebrnego ostrza przekonał dwójkę z przeciwników do zaprzestania swoich czynów. Zaczęli się cofać, by po chwili gdzieś się schować. Został tylko jeden. Ostatecznie, Wenecjanin schował broń i ustawił się w pozycji do walki. Pijany mężczyzna zaczął zadawać wolne i słabe ciosy, których Diego bezproblemowo unikał, lub parował, udając, że go to męczy. Powoli cofał się, a nieprzyjaciel szedł za nim. Kiedy byli już niemal przy wyjściu, wojownik chwycił za nadgarstki oponenta, a następnie wypchnął go z karczmy, by następnie pobiec za nim. Kobieta pobiegła za bijącymi się mężczyznami, jednak gdy wyszła, spostrzegła jedynie leżącego, nieprzytomnego pijaka oraz udającego się w przeciwnym do karczmy kierunku Diega, zaopatrzonego w wziętą, pełną butelkę gorzały i 4 funty. Niby niewiele, ale jednak miał już 504 funty, a nie 500. Krzyknęła jeszcze:
- Bardzo dziękuję! - Jednak Włoch to zignorował. Nie mogła niestety zapamiętać jego twarzy, gdyż przez cały czas nosił kaptur. Jedyne, co mogło rzucić się jej w oczy, to specyficzny znak na płaszczu, w którym był przyjezdny.


Diego wrócił do obozu po niecałych dwóch godzinach. Gorzała którą wziął, została już wypita, przez co mężczyzna nie wykazywał się stuprocentową trzeźwością. Zupełnie przypadkiem, przybył akurat wtedy, gdy Anouk zaczynała tańczyć. Dziewczyna wstała ze swojego miejsca, a wszystkie oczy skierowały się ku niej. Ruszyła kocimi ruchami w miejsce, gdzie wcześniej tańcowały cygańskie dziewczęta i spojrzała po wszystkich swoimi drapieżnymi, ciemnymi oczyma. Wszyscy wpatrywali się w nią z zaciekawieniem, a kiedy wykonała pierwszy ruch, mężczyźni zagwizdali z nieukrywaną radością i podekscytowaniem, klaszcząc w rytm wygrywanej melodii. Jej biodra zmysłowo kołysały się na boki, a stopy uderzały rytmicznie o podłoże. Zrzuciła z siebie płaszcz, ukazując to, co pod nim kryła. Biała, zwiewna bluzka odkrywająca idealnie wyrzeźbiony brzuch i falbaniasta, czerwona spódnica ze sporym rozcięciem przyozdobiona paciorkami i innymi wisiorkami . Wyprężyła swoje ciało, odrzucając burzę czarnych włosów z ramion. Zmysłowe i uwodzicielskie ruchy Cyganki pobudzały zebranych wokół niej mężczyzn, a ona sama zdawała się odpływać w zupełnie inny świat. Krople deszczu, który jeszcze do końca nie ustał, dodawały więcej pikanterii temu niesamowitemu zjawisku. Strój zaczynał przylegać do jej idealnego ciała, ukazując tym samym dokładniej jej kobiece atuty. Gdy przepiękne widowisku się już skończyło, wszyscy zaczęli się bawić. Pan Ladrosco znalazł partnerkę do tańca. Nie był genialnym tancerzem, ani niedorajdą w tym zakresie. Na swoje (A może nietylko swoje) szczęście nie zauważył Anouk z Bennetem. Kto wie, co by mógł wtedy pomyśleć, a co ważniejsze, co uczynić...
 
Imoshi jest offline  
Stary 14-03-2012, 21:15   #10
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 1056 Cold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumnyCold ma z czego być dumny
To była prawda. Ludzie nienawidzili Cyganów. Widzieli w nich wszystko to, co najgorsze. Samego diabła. Jego wyznawców. Czarowników i czarownice. Złodziei i oszustów.
Dlatego też wszędzie tam, gdzie byli Cyganie, nie było bezpiecznie. W każdej chwili istniała szansa, że ci głupcy, mieszczanie i chłopi, zmanipulowani przez wielce oświeconych napadną na tabor, próbując wyplenić zło ogniem.
Anouk Bellerose była tego świadoma aż za dobrze. Ale kiedy wysiadła z wozu, który ich dowiózł do cygańskiego obozu, piękny widok pozwolił jej na chwilę zapomnieć o wszelkich troskach.
Widząc te wszystkie kolory pośród ponurego tła, jakim była londyńska pogoda, zrobiło jej się cieplej na sercu.
Poczuła się znów jak ta mała dziewczynka, która jeszcze gdzieś się w niej głęboko kryła. Niemalże była pewna, że zaraz przywitają ją uradowani rodzice i przyjaciele z jej taboru. Że znów ujrzy ich twarze. Uśmiechnięte, nie wykrzywione w grymasie przerażenia.
Jednak rzeczywistość była zupełnie inna. Rodzice Anouk już dawno nie stąpali po tym świecie. Zostali bestialsko zamordowani. Pogodziła się z tym i nauczyła się żyć. Jej życie natomiast napędzane było chęcią zemsty na tych wszystkich tyranach i okrutnikach, którzy ślepo wierzyli, iż Cyganie powinni zostać wybici co do ostatniego.
*
"Nie pozwolę pluć nam w twarz. Nie jesteśmy zwierzętami, by patrzeć nam w zęby gdy wkraczamy do miasta”. Te słowa przywitały ją, jak i jej kompanów, gdy weszli do sporych rozmiarów namiotu.
Anouk nie zwróciła większej uwagi na mały przepych tego miejsca. Na tle tego, co już w swoim życiu widziała, ten namiot nie wyróżniał się niczym specjalnym. Rozumiała jednak, że dla jej towarzyszy mogło to być coś nowego i wspaniałego. Tak samo była w stanie zrozumieć zachwyt nad samą postacią Królowej, która mogła pochwalić się tym i tamtym.
Jednak w jej zachowaniu Anouk wyłapała coś dziwnego. Jakby wszystkie te uprzejmości były nader wymuszone. Jakby ona sama była sztuczna. Jakby coś ukrywała przed nimi. Nawet przed Bennetem...
*
Blady księżyc wisiał już wysoko na granatowym sklepieniu wśród jasnych gwiazd. Anouk siedziała przy jednym z ledwo skrzących się ognisk i wpatrywała się w mały płomyk, wesoło przeskakujący jakby z nogi na nogę do skocznej melodii.
Ogień. Jeden z tak pięknych, a jednocześnie zdradzieckich i zabójczych żywiołów. Prześladował Cygankę każdej nocy, w snach, ukazując ledwo zapamiętane twarze jej rodziców, lizane przez ogniste języki. W koszmarach słyszała również mnóstwo krzyków bliskich jej osób. Nie była w stanie im pomóc. Musiała biec. Biec ile sił w nogach, nie oglądając się za siebie. Ale ogień i tak ją doganiał, a kiedy już miał ją chwycić w swe rozpalone ramiona, budziła się z niemym krzykiem na ustach, dysząc ciężko.
Nagle z zamyślenia wyrwała ją czyjaś ręka obejmująca ją za ramię.


- Grigore? - Był to jeden z czwórki Cyganów, którzy towarzyszyli Anouk w wyprawie do Londynu.
Ten sam, który oznajmił piątce Assasynów o rozmowie z Królową. Jego ciemne jak węgiel oczy wpatrywały się z nieukrywaną sympatią w Cygankę.
- We własnej osobie! - odparł radośnie, wyginając swoje wąskie usta w szeroki uśmiech.
Anouk odwzajemniła uśmiech. Była mu wdzięczna za jego perfekcyjne wyczucie czasu i za wyrwanie z przygnębiającego rozmyślania nad przeszłością.
Chwilę później do Anouk i Grigore dosiadło się jeszcze trzech pozostałych przybocznych Cyganki, Gavril, Ilie i Mihai.
- Coś słaby ten ogień – mruknął z niezadowoleniem Ilie, najwyższy z całej czwórki o długich, kręconych włosach.
- Gadaniem na pewno go nie wzniecisz – odparł na to Mihai, najmłodszy z nich i najbardziej wyszczekany. Ilie w odpowiedzi tylko coś zaburczał pod nosem.
Gavril natomiast usiadł na skraju, wyciągając swoją gitarę. Nigdy za wiele nie mówił, był skryty i cichy, ale potrafił wspaniale grać na swoim ukochanym instrumencie. Kaskada czarnych włosów opadała mu na ramiona, zakrywając całkowicie jego profil.
Mężczyzna wyciągnął z kieszeni spodni rzemyk i związał nim włosy. W międzyczasie Ilie wraz z Grigore przynieśli więcej drewna do ogniska, które już po chwili zapłonęło żywym ogniem, rozgrzewając siedzących dookoła Cyganów.
Gavril rozpoczął swój koncert, umilając swoim braciom pogaduszki przy ognisku. Akompaniament gitary oraz dobre wino, którym raczyli się przy ognisku spowodował niemałe zainteresowanie wśród obozowiczów, którzy zaczęli się powoli zbierać wokół Anouk i jej przyjaciół. Głównie za sprawą chęci bliższego poznania młodej Cyganki, ale także w celu zabawy, jaka się szykowała.
Wkrótce kilku mężczyzn dołączyło do Gavrila ze swoimi instrumentami i tak skromne posiedzenie piątki przyjaciół przerodziło się w cygańską biesiadę. Kilka dziewczyn z obozu zaczęło nawet tańczyć do wygrywanej melodii, a towarzyszyły temu oklaski i radosne okrzyki męskiej części zebrania.
Anouk z radością przyglądała się temu wszystkiemu. Czuła się jak w prawdziwym domu. Przez moment miała nawet wrażenie, że gdzieś w oddali widzi spoglądających na nią rodziców, przepełnionych dumą ze swojej córki. Ale prawdopodobnie był to tylko omam spowodowany zbyt szybkim zachłyśnięciem się czerwonym winem. Mimo tego, uśmiechnęła się w duchu i wypiła kolejny łyk z myślą o nich, o miłości, jaką ją darzyli i tym, czego ją nauczyli.
Mihai, który już wcześniej zauważył zbliżającego się Rico, wyśledził go w tłumie wzrokiem i podszedł do niego. Cygan był niższy od złodzieja o jakieś pół głowy i miał ciemniejszą karnację.
- Kwintesencja piękna – powiedział, stając obok niego. Mówił oczywiście o Cygankach tańczących przy ognisku do skocznej piosenki. Poklepał Rico po ramieniu i wyszczerzył do niego zęby.
- Piękno cyganek może przewyższyć jedynie ich taniec, drogi kumie – powiedział Andriejowic, zauważając coś wesoło migocącego przy nodze. Schylił się i podniósł ledwo napoczęty bukłak wina. Pociągnął łyk i podał Mihai’owi.
- Zdrowie pięknych kobiet, a szczególnie najpiękniejszej z nich! - zakrzyknął radośnie, podnosząc bukłak w kierunku siedzącej nieopodal Anouk i zachłysnął się tym jakże wykwintnym trunkiem.
Cygan oddał wino swojemu rozmówcy, po czym uściskał go przyjaźnie i skocznym krokiem ruszył ku tańczącym niewiastom.
Bellerose natomiast uśmiechnęła się do Rico i sama uniosła w górę kielich, który trzymała w dłoni, jakby chciała gestem przekazać „wypijmy za nasze zdrowie, zdrowie Cyganów!”.
- Zdrowie każdego, kto sprzyja Romom – szepnął, patrząc jej wy oczy.
Rico pociągnął z bukłaka i obszedł tłum, by mieć lepszy widok na tancerki. Anouk natomiast odprowadziła go wzrokiem, po czym odstawiła pusty kielich na bok.
W tym czasie Grigore nachylił się nad Gavrilem i coś mu szepnął do ucha. Wtedy to muzyka momentalnie ucichła i słychać było tylko radosne śmiechy, ucichające poklaskiwania i zawiedzione głosy dziewcząt.
- A teraz utwór ze specjalną dedykacją dla naszej pięknej siostry Anouk! - zakrzyknął Grigore, kłaniając się teatralnie przed Cyganką.
Wtedy Gavril pociągnął za struny swojej gitary, po chwili też zawtórowała jej druga i tak poniosła się piękna melodia.
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=D2JEz0VqHac[/MEDIA]
- Ty podstępny draniu – syknęła Anouk, uśmiechając się mimo wszystko do swojego przyjaciela.
Dziewczyna wstała ze swojego miejsca, a wszystkie oczy skierowały się ku niej. Ruszyła kocimi ruchami w miejsce, gdzie wcześniej tańcowały cygańskie dziewczęta i spojrzała po wszystkich swoimi drapieżnymi, ciemnymi oczyma. Wszyscy wpatrywali się w nią z zaciekawieniem, a kiedy wykonała pierwszy ruch, mężczyźni zagwizdali z nieukrywaną radością i podekscytowaniem, klaszcząc w rytm wygrywanej melodii. Jej biodra zmysłowo kołysały się na boki, a stopy uderzały rytmicznie o podłoże.
Zrzuciła z siebie płaszcz, ukazując to, co pod nim kryła. Biała, zwiewna bluzka ze sznurowanym gorsetem odkrywająca idealnie wyrzeźbiony brzuch i falbaniasta, zielono-fioletowa spódnica ze sporym rozcięciem przyozdobiona paciorkami i innymi wisiorkami. Na rękach miała mnóstwo złotych bransolet, które wesoło podzwaniały.


Wyprężyła swoje ciało, odrzucając burzę czarnych włosów z ramion. Zmysłowe i uwodzicielskie ruchy Cyganki pobudzały zebranych wokół niej mężczyzn, a ona sama zdawała się odpływać w zupełnie inny świat. Krople deszczu, który jeszcze do końca nie ustał, dodawały więcej pikanterii temu niesamowitemu zjawisku. Strój zaczynał przylegać do jej idealnego ciała, ukazując tym samym dokładniej jej kobiece atuty.
Niesamowitość tego występu polegała także na tym, że była to rzadkość, jeśli chodzi o Anouk. Właściwie żaden z jej towarzyszy nigdy nie miał tej przyjemności, by zobaczyć tę kobietę w tańcu. Nawet Mihai wpatrywał się w swoją cygańską siostrę z zafascynowaniem, choć widział w życiu wiele romskich tancerek.
Bennet pojawił się znikąd. Z uśmiechem na twarzy i płomieniach odbitych w jego ciemnych oczach. Powoli torował sobie drogę przez zebranych ludzi, aż do momentu kiedy mógł dostrzec co tak skutecznie przykuło ich uwagę. Dopiero wtedy zrozumiał i podobnie jak oni, uległ jej czarowi.
Rico nie odrywając oczu od spektaklu usiadł na miejscu Bellerose.
- Nalegam... – szepnął do braci Anouk - zabierajcie się z nami częściej. Proszę...
Ilie spojrzał na niego spod swoich czarnych loków. Uśmiechnął się do Rico nieznacznie, odgarniając włosy z oczu.
- Ile razy dane ci było widzieć Anouk podczas tańca? - spytał łagodnym, niskim głosem.
- Ani razu. Nigdy nawet mi się nie śniło, żeby kiedykolwiek zatańczyła - odpowiedział Rico, wciąż zapatrzony w kształty cyganki.
- Chłopie, więc zapamiętaj ten wieczór na całe życie, bo pewnie prędko się nie powtórzy! - Zaśmiał się głośno, pociągając łyk wina i podając bukłak Rico. - W takiej kobiecie można się zakochać.
Westchnął głośno i wpatrzył się w ogień wesoło podrygujący jakby w rytm muzyki.
Rico w odpowiedzi coś szepnął pod nosem i dopił alkohol.
- Coś mówiłeś? - Ilie spojrzał na złodzieja.
W tym czasie Anouk zakończyła swój nieskromny pokaz umiejętności tanecznych dysząc lekko. Wilgotne krople spływały po jej policzkach, szyi, głębokim dekolcie i brzuchu. Sama zaś uśmiechnęła się szeroko do swojej publiczności, która zaczęła klaskać i gwizdać w podzięce za widowisko.
Muzyka jednak nie ustawała. Stała się bardziej skoczna, zachęcając wszystkich do wspólnego tańca. I tak też się stało. Szybko młode Cyganeczki powróciły do wesołych pląsów, a wraz z nimi i mężczyźni.
-Ymm... wino się skończyło... - Złodziej naprędce wymyślił odpowiedź, lekko się czerwieniąc. - Może pójdę poszukać.
Rico wstał, by ustąpić miejsca Anouk. Dziewczyna natomiast nie była w nastroju na siedzenie przy ognisku. Dostrzegła natomiast w tłumie swoich towarzyszy. Pierwszy mignął jej przed oczami Diego, potem Bennet. Kołysząc się w rytm wygrywanej melodii zbliżyła się do tego ostatniego, wymijając zgrabnie innych tańczących.
Widząc jak zbliża się do niego, du Paris nie mógł odmówić sobie delikatnego uśmiechu. Pochylił lekko głowę w geście uznania.
- Właśnie uczyniłaś mnie szczęśliwym człowiekiem, moja droga. - W jego głosie brzmiało coś obcego, zdawał się być rozluźniony i w istocie taki właśnie był. Rzecz rzadko spotykana w przypadku jego osoby.
- Czy abyś nie przesadzał? - spytała, patrząc mu prosto w oczy, nadal kołysząc biodrami w rytm muzyki. Stała już na krok od Benneta, wręcz kusząc go swymi kocimi ruchami.
- Czy ja kiedykolwiek przesadzam? - Uśmiech ani na moment nie znikał z jego twarzy, podobnie jak nastawienie.
Wykonał krok w tył, płynnym ruchem chwytając butelkę wina trzymaną przez stojącego obok Cygana. Bez większych oporów przechylił ją i spił sporą część jej zawartości.
Anouk nie odpowiedziała nic na słowa Benneta, natomiast chwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie. Na moment przylgnęła do niego tak, że mało brakowało, by ich usta się ze sobą zetknęły. Przez tę krótką chwilę oboje mogli poczuć swoją wzajemną bliskość, bicie serca, ciepły oddech na wargach. Niczym para kochanków po długiej rozłące. Jednak nie trwało to więcej, niż kilka uderzeń ludzkiego serca. Anouk odwróciła się tyłem do mężczyzny i nadal trzymając jego dłoń, poprowadziła w stronę tańczących Cyganów. Przy okazji uśmiechnęła się na widok Rico popychającego Jacquou do tańca.
Bennet potrzebował krótkiej chwili, by na powrót odzyskać zmysły. Dopiero kiedy ochłonął pociągnął delikatnie rękę Anouk i przyciągnął ją do siebie. Spojrzał na nią uważnie i gdzieś odpłynął wesoły nastrój. Spoważniał, a jego oczy na powrót zdawały się patrzyć w głąb duszy, a nie na stojącą przed nim piękność.
- Dwa lata i dopiero teraz widzę twój taniec. - Delikatnie odgarnął kosmyk włosów, który opadł na jej twarz. - Można się zastanawiać, ile jeszcze sekretów skrywasz?
- Całego życia by ci nie wystarczyło, ażeby je odkryć – odpowiedziała, po czym wygięła się do tyłu w łuk, jedną nogą obejmując Benneta w pasie.
Pierwsza dłoń powędrowała na obejmujące go udo, druga na jej talię. Powoli przyciągnął ją do siebie. Dopiero kiedy ich oczy ponownie się spotkały, kontynuował.
- Gdybym poznał je wszystkie, z bólem musiałbym uznać, że straciłaś wiele ze swego uroku. - Subtelny uśmiech wrócił na jego twarz. - Poza tym nie mam całego życia, jedynie jedną noc.
- Delektuj się nią, póki możesz, bo taka noc, jak ta, nieprędko się powtórzy.
Dłonią musnęła jego policzek, by na koniec wpleść swoje smukłe palce w jego mokre od deszczu włosy.
- Dobrej nocy, Bennet – wyszeptała mu do ucha i złożyła krótki pocałunek na jego policzku. Po tym geście wymknęła się z jego objęć i dalej poruszając się w rytm muzyki, ruszyła ku wozowi, w którym zamierzała położyć się spać. Zanim jednak zniknęła w tłumie bawiących się Cyganów, spojrzała za siebie i uśmiechnęła się lekko do du Parisa.
Odprowadził ją jedynie dźwięk jego śmiechu. Pomyśleć, że już drugi raz tej nocy przyszło mu ustąpić pola cygańskiej kobiecie. Stał tak jeszcze przez chwilę, po czym ruszył w swoją stronę.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 14-03-2012 o 21:52.
Cold jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169