Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-10-2007, 00:11   #1
 
Ninetongues's Avatar
 
Reputacja: 619 Ninetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemu
[Arch Inverted] Marathoont

Na twarzy miała wypisane "Szermierz". Czarnym tuszem z owoców czelk, na podkładzie z białej farby.
Właściwie to na nią, a nie na migoczącą krzywiznę morza, na której już za kilka minut miały pojawić się czerwone żagle patrzyła większość zebranych. Dwa, pokrzywione czarne symbole Rożców pokrywały całą prawą stronę jej twarzy, przez co wyglądała trochę jak przypalony płatek śniegu...

Blizny wyzierały spod farby. Wąskie, krótkie, długie, szerokie, szyte, świeże i stare. Ciasny skórzany pancerz odsłaniał gdzieniegdzie trochę śniadego ciała. Pot spływał jej po karku w ten upalny dzień.
Rioco toczyło się po niebie w tempie zbyt wolnym, aby je zauważyć, ale już za 12 godzin Marathoont miał przybyć do portu Pel-rone.

Grupa archejczyków stała na nadmorskiej skarpie, parę kroków od miasta. Wszyscy zerkali na Eoch, skąd miały przybyć łodzie i promy z czerwonymi żaglami, na których wieziono wozy, winksy, araule i około setki Wiecznych Pielgrzymów, wszystkich ras, i w każdym wieku.
Wielu czekało, aby dołączyć. Jedni - aby przekonać się czy uzdrawiające błogosławieństwo Rioco jest prawdą. Inni - aby uciec przed przeszłością. Jeszcze inni - aby sprzedać swoje towary. Chorzy wspierali się na ramionach rodziny, samotni - na długich laskach.
Wielu po raz pierwszy miało zobaczyć, jak słońce i niebo nad ich głowami miał przesłonić krwawy księżyc Rioco.

W liczącej około dwudziestu osób gromadzie wyróżniała się kobieta, z neyomskimi symbolami oznaczającymi "Szermierz" wymalowanymi na białej twarzy. Zwracał uwagę jej podziurawiony, ale wciąż mocny pancerz. Ciemne oczy, lekko skośne, przywodzące na myśl Tessgańskie rysy. Czarne włosy ścięte na krótko, jedynie kosmyk pozostawiono na karku. Wygolony okrąg wokół lewego ucha.
Kunsztowny, drobny, zielonkawy łańcuch owinięty wokół jej szczupłego ramienia dźwięczał od czasu do czasu.

- Są. - mruknął ktoś.

Zza zasłony chmur, wiele kilometrów dalej na Eoch wychynęła szkarłatna kropla. Za nią druga. Płynęły wolno, pozostając w karminowym cieniu rzucanym przez księżyc na migoczące morze. Marathoont.

Kobieta z napisem na twarzy odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła do miasta.

Pozostali archejczycy również zaczęli się rozchodzić...

***

Witam w prologu do naszej, możliwe że bardzo długiej sesji-kampanii w cieniu Rioco.

Jesteście w porcie Pel-rone, jednym z najlepiej prosperujących miast sektora Neu-thorn. Kontynent zwany po staro-tessgańsku Thorn, czyli cierń pasuje do swojej nazwy. Skalisty, niebezpieczny i trudny teren miejscami tylko ustępuje stepom, maleńkim zagajnikom, lub pustyni. Port znajduje się na "głowie" sporego półwyspu.

Już za parę godzin Wieczna Pielgrzymka przybędzie do Portu, tak jak to czyni raz w roku.

Do tego czasu możecie oczywiście robić co tylko zechcecie.

W mieście jest wiele hoteli, barów i tawern. Wszystkie sklepy dobrze zaopatrzone i wyczyszczone. Mieszkańcy uśmiechają się do siebie, i wkładają najlepsze ubrania. Ludzie, Jinnowie i Andryle, wolni Gwaith i Metysi zamieszkujący miasto wywieszają ogłoszenia o wolnych pokojach. Gościć Pielgrzyma przez tych kilka godzin, kiedy cień Rioco pokryje miasto - to wielki zaszczyt.

Wykorzystajmy ten czas wolny, aby wypracować satysfakcjonujące wszystkich tempo i sposób narracji. Nie krępujcie się eksperymentować. Musimy nauczyć się jak najlepiej współpracować, a ja muszę poznać Wasze podejście do odgrywania.

Oczywiście moje PM jest do Waszej dyspozycji, jednak radzę też zaufać swojemu wyczuciu w niektórych sprawach - czytając Wasze zgłoszenia doszedłem do wniosku że bardzo dobrze wyczuwacie klimat Arche. W razie czego będziemy sprawnie i dyskretnie korygować.
Będę Wam wysyłał wszelkie niezbędne informacje, które posiadają wasze postacie z wyprzedzeniem, więc bądźcie spokojni.

Póki co ustalmy luźne tempo pisania - kto kiedy ma czas - niech pisze. Z "nieobecnościami" poradzimy sobie łatwo, więc nie przejmujcie się, jak nie dacie rady napisać posta na dwa dni. Choć mam nadzieję że czasem przyspieszymy, jeśli akurat będzie spora grupka online.

Proszę też o wyrozumiałość, jeśli zdarzy mi się nieobecność. Postaram się nadrabiać długością postów i dostatkiem informacji dla Waszych postaci.

Witajcie w Arche.
Zapraszam do gry.
 
Ninetongues jest offline  
Stary 06-10-2007, 15:41   #2
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Barki powoli dobijały do brzegów miasta. Na jednej z barek w siedziała kobieta obszernej szacie przepasanej szarfę ozdobioną blaszkę ze srebra z napisem "Uira". O jej płci świadczyły dłonie...delikatne z pozoru o długich palcach , pokryte misternym splotem wyatutowanych linii. Workowata szata zakończona kapturem skrywającym w cieniu twarz, uniemożliwiała bowiem zidentyfikowanie zarówno płci jak i rasy podróżniczki. Każdy kto zdołałby spojrzeć pod kaptur, zobaczył by drobne usta wygięte w grymasie zniechęcenia.
Uira trzymała się z dala od rozgadanych grupek innych pielgrzymów. Trudno więc było dowiedzieć się, czemu przyłączyła się do pielgrzymki...Być może dręczyły ją choroby których objawy skrywała obszerna szata?
Obok kobiety nie kręcił się żaden Nis...Pielgrzymi z tej rasy nauczyli się już dwóch rzeczy.
Po pierwsze, dziewczyna nie lubi być podrywana. Po drugie, umie walczyć wręcz równie dobrze jak oni, ale zawsze walczy na serio. Ta druga lekcja pozwoliła paru Nisom w praktyce sprawdzić czy opowieści o uzdrawiającej mocy Rioco są prawdziwe.
Kobieta spojrzała swoimi nienaturalnie zabarwiony oczami, na leżący port. Potężny Tanais pokrywający jej ciało, naznaczał ją bowiem na wiele sposobów.
Czerwony blask księżyca nad nią, upośledzał jednak widok...Nie było bowiem żadnych barw, poza czerwienią i czernią. Uira nie rozumiała takich osób jak Bera-man. Ona sama miała już dość tej dwukolorowości...Marzył jej się powrót do świata który ma więcej niż dwie barwy. Ale inne plany nadal trzymały ją przy Wiecznej Pielgrzymce. Spojrzała ponuro na miasto do którego jej barka zbliżała się z każdą chwilą...Po czym bardziej naciągnęła kaptur i zapadła w płytką drzemkę
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-10-2007 o 20:11.
abishai jest offline  
Stary 07-10-2007, 11:57   #3
 
Julian's Avatar
 
Reputacja: 186 Julian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie coś
Isseno

Prawie wszyscy archejczycy rozeszli się już, zostało tylko kilka osób. W tym dwumetrowy andryl, o blado czerwonej skórze. Był ubrany przeciętnie - w dobrą, czarną koszulę i porządne szare spodnie. Na pierwszy rzut oka się nie wyróżniał.
Patrzył swoimi dwukolorowymi oczyma w zbliżający się cień Rioco. Jego ostatnia szansa. Nie miał pojęcia co zrobić aby do nich dołączyć, właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiał. Tak poprostu zacznie iść z pielgrzymką? Domyślał się, że będzie musiał porozmawiać z jakimś przywódcą grupy. Związał białe włosy w mały kucyk i założył na głowę jasną chustę. Wciąż patrzył na cień. Myślał o życiu i śmierci, może Marathoonth rzeczywiście przedłuży mu życie... Nie, był andrylem, wszystko zależało od szczęścia, mógł umrzeć następnego dnia lub przeżyć jeszcze ponad setkę, a cień nie miał na to wpływu. Przynajmniej Isseno tak uważał.

Westchnął.

Nie chciał o tym myśleć, musiał zająć się czymś innym. Miał jeszcze czas, zanim księżyc zasłoni słońce. Odwrócił się i poszedł do karczmy w której wcześniej wynajął pokój. Musiał w końcu zabrać swoje rzeczy zanim ruszy z pielgrzymką. Chociaż tak naprawdę bardziej musiał się napić, a może przy okazji ograć jakiegoś frajera w "3,6,9"...
 
Julian jest offline  
Stary 07-10-2007, 20:53   #4
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Barka dobiła do portu...Stojący przy sterze dala krzyknął tylko. - Uira!-
Kobieta wstała, szybko doskoczyła do liny cumowniczej. Pochwyciwszy ją przeskoczyła na nadbrzeże i przycumowała barkę.
- Dzięki Uira!- rzekł wesoło sternik.
Uira skinęła przecząco głową uśmiechając się nieco i ruchem dłoni pożegnała się ze sternikiem. Kobieta ruszyła w miasta, niepewna tego czy i ją obejmują przywileje dotyczące pielgrzymów. Uira bowiem po prostu zaczęła wędrować w tym samym kierunku co Wieczna Pielgrzymka, nie pytając nikogo o zdanie. Jednak w tej chwili jej zmartwieniem było burczenie w żołądku...
Uira podeszła do jinna sprzedającego na nadbrzeżnym stoisku potrawy z owoców morza. Wskazała palcem na jedną z nich, wyglądającą na solidnie przyprawioną. Trzy wyprostowane palce ukazały jinnowi ile porcji chce kupić. Zapłaciwszy, dwie porcje schowała na później, a jedną pałaszowała idąc i szukając pokoju na kilka godzin. Po drodze minęła andryla o blado czerwonej skórze, ale oczy skryte w cieniu kaptura nie zaszczyciły go nawet chwilą uwagi. Miasto robiło się z każda chwilą coraz gwarniejsze i bardziej zatłoczone. Rodowici mieszkańcy, przybysze i pielgrzymi tworzyli hałaśliwą mieszankę ras i języków, tak dobrze znaną Uirze z domu...Z domu, którego już nigdy nie miała zobaczyć
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-10-2007 o 20:59.
abishai jest offline  
Stary 07-10-2007, 22:57   #5
 
Killian's Avatar
 
Reputacja: 13 Killian nie jest za bardzo znany
Stepy koloru złota -takie piękne - Hoshmash wędrował polną ścieżyną pogwizdując wesoło. Wysoki i chudziutki askota ciekawie rozgladał się po okolicy - przyglądał trawom i zwierzętom ciesząc tym oczy. Sandały - tak zakurzone i podniszczone - wybijały wesoło rytm piosenki. Minęło kilka miesięcy odkąd opuścił wioskę. Nareszcie jest już tak niedaleko - Marathoont. Jego wybawienie - ocalenie jego duszy. Przystanął na chwilę podziwając okaz jakiejś wyjątkowo dobrze masujacej się w trawach poczwarki z której właśnie wychodził dorodny okaz motyla. Położył się na ziemi i zbliżył twarz do owada. Motyl był złoty jak stepy z dwoma duzymi czarnymi plamami - po jednej na skrzydle. Dodatkowo miał kilka cienkich czarnych zawijasów - tak jak czasem tworzą na jego skórze gamno. Owad z powoli acz cierpliwie wychodził z poczwarki, skrzydła jeszcze przed chwilą tak pomiete i mokre - momentalnie wyschły i rozprostowały się - Piękny.. - powiedział do siebie Hoshmash i uśmiechnął się. Po chwili motyl wzbił się w powietrze delikatnie i odleciał. Askota wstał i przez chwilę wodził za nim wzrokiem - Ja jestem motylem. - uśmiechnął się jeszcze raz do siebie i ruszył dalej. W oddali widział juz tłumy wędrujace główna drogą ku Pel-Rone archejczycy róznych ras i wyznań wędrujacych ramię przy ramieniu - pielgrzymi. Na horyzoncie widział już barki które zmierzały do portu - Marathoont - wieczna pielgrzymka.

Po kilkunastu minutach dołaczył do pielgrzymów na drodze. Do miasta został jeszcze kawałek drogi - rozglądał się ciekawie - nigdy nie widział tylu ras naraz - tylu różnych archejczyków - przygladał się ich wyglądowi, sposobie chodzenia, wyrażania się i mimice ich twarzy. Niektórzy się śmiali i wesoło gawędzili inni skupieni w modlitwie. Jeszcze inni handlowali miedzy sobą. Jednak nie wszyscy ramię w ramie - widać było że każda rasa trzyma sie swoich grupek - gwaith z gwaithami, jinnowie z jinnami itd. A pomiędzy wszystkimi biegały dzieciaki których cel pielgrzymki bynajmniej nie obchodził a jedynie sama pielgrzymka jako wędrówka i możność zabawy z innymi dziećmi. Kiedy tak obserwował 0 zauważył małego chłopca który przyglądał się Hoshmashowi z ciekawością. Askota spokojnie spojrzał na niego i skupił sie podświadomie na gamno by wyrazić uśmiech. Tatuaże zaczęły wirować układajac sie we wzór wyrażajacy radość - dziecko patrzyło wielkimi oczami z zachwytem:
- Łał jak to robisz?.
- Dla mnie to tak samo normalne jak to że Ty sie uśmiechasz czy oddychasz. - Tatuaże zmieniły teraz wyraz na zaciekawienie powoli i leniwie lawirując w skórze zmieniając wzór.
- Jesteś askotą - prawda?
- Tak - bystry jesteś - jak Ci na imię?
- Etoi - odpowidział bystrzak który w tej chwili odwrócił głowę w stronę ska ktoś krzyczał jego imię - przepraszam - muszę już iść - Pa!
- Do zobaczenia - Hoshmash uśmiechnął się ponownie i ruszył dalej.

Miasto czekało..
 
Killian jest offline  
Stary 08-10-2007, 13:28   #6
 
Ninetongues's Avatar
 
Reputacja: 619 Ninetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemu
Port Pel-rone, jak wszystkie osady położone na trasie Marathoontu zawsze z otwartymi ramionami przyjmował Pielgrzymów. Oczywiście także ich tesqualony, desety, i wszystkie inne waluty...

Port był gęsto zabudowany. Wysokie i wąskie domy z kamienia i drewna wyrastały miejsce przy miejscu, tworząc labirynty ulic i uliczek z ubitej ziemi. Morskie phrelle śpiewały unosząc się nad dachami, handlarze zachwalali swoje towary wątpliwej jakości, archejczycy wszystkich ras przekrzykiwali się nawzajem.

Małe miasteczko ożyło, gdy tylko pierwsze łodzie przycumowały do długich pomostów.

Archejczycy mający dołączyć do Wiecznej Pielgrzymki pakowali się, lub siedzieli na swoich paczkach, walizach i kufrach. Nieliczni, którzy posiadali własne wozy, lub choćby same winksy przygotowywali je do drogi. Wszyscy jednak czekali na Bera-Mana. Nieoficjalnego, ale też niekwestionowanego przywódcę Marathoontu. A on miał przybyć dopiero za kilka godzin, wraz z księżycem.

Z czasem gdy łodzie i barki przybijały, w mieście zaczynało robić się tłoczno. Egzotyczne zapachy, wygląd niektórych pielgrzymów i dźwięki instrumentów z różnych stron Arche przyprawiały o zawrót głowy.
 
Ninetongues jest offline  
Stary 08-10-2007, 18:41   #7
 
Judeau's Avatar
 
Reputacja: 66 Judeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znanyJudeau wkrótce będzie znany
Jinn i metys patrzyli na pojawiające się na horyzoncie statki.
- Więc odchodzisz? – Jinn niedbałym ruchem strącił niewidoczny pył z bogatego, fantazyjnego, wyszywanego złotem stroju.
Metys skinął lekko głową nie przestając wbijać nieobecnego wzorku w krzywiznę oceanu.
- Hmm...- jego rozmówca skrzywił się i zatrzepotał niecierpliwie skrzydłami. Obrzucił wolnym spojrzeniem biały taras eleganckiej restauracji, w której siedzieli.
Nieliczni, o tej porze, goście żywo komentowali nadpływający Marathoont, niektórzy wychylając się za barierki, niektórzy wyciągając głowy ze swoich siedzeń.
Dwie Gwiath, zmysłowo kołysząc biodrami, przeszły obok nich. Jedna zerknęła na słodko uśmiechniętego Jinna, potem na metysa, po czym fukneła z pogardą.
- Eh, słodko, pamiętliwe panny. – Jinn westchnął, i popił trunek z kryształowego kieliszka. – Widzisz, Ran, przez ciebie nas nie lubią. Jakbyś wczoraj mało się z nimi nie pozagryzał, to może dzisiejsza noc nie byłaby taka zmarnowana. Do roboty się nadajesz, ale w towarzystwie jesteś kulą u nogi.
Metys wpatrzył się w niego, nie poruszając głową.
- Śmiały się za mnie. – wymamrotał z wyrzutem
- Dziwisz im się? Popatrz na siebie. Wyglądasz niemal jak Nis, a jesteś sztywny jakby ci miotłę w tyłek włożyli. Chciały cię rozruszać! Kto o zdrowych zmysłach by pomyślał, że ktoś o twoim rodowodzie jest takim bucem bez poczucia humoru...
- Jestem Shivem.
- Powinieneś pomyśleć o wygoleniu sobie tego na tym twoim czarnym futrze, bo, niech mnie cholera, jeśli łatwo to zauważyć. No, chybaże się odzywasz. Albo ruszasz. Albo oddychasz.

Zresztą, nie próbuj się tłumaczyć... Masz cos do kobiet, widzę to. Kiedy ostatnio zajmowałeś się Frill'aneke, hmm? – Jinn uśmiechnął się zalotnie – Boisz się samic, czy ich nie lubisz, co kocie...? Może wolisz silne, męskie ciało... – jego dłoń delikatnie spoczęła na kolanie Rana
-Tssk! – metys błyskawicznie odtrącił rękę i, naburmuszony, odwrócił wzrok.
- Czerwienisz się, to słodkie – jego rozmówca płynnie zmienił uśmiech na zupełnie niewinny. – Tak czy inaczej... – głęboko nabrał powietrza i zamknął oczy – nie przekonam cię, prawda?
- Podjąłem decyzje...
- No tak, Shivowie nigdy nie łamią słowa, nawet danego samemu sobie. Choćby szli na zgubę, choćby świat się palił... Ran...
- Słucham.

- Nie mam zamiaru kłamać i słodzić, nie powiem, ze uważam cię za przyjaciela, za krótko się znamy, nawet jak na moją skalę czasu – uśmiech zmienił się na melancholijny i zatroskany. – Ale lubię cię, Ran i szkoda mi ciebie... Widzisz, rozumienie psychiki istot to część mojej pracy. Wiem, ze nie znosisz, kiedy to mówię, nie wydrapuj mi oczu proszę, – wzniósł ręce w przepraszającym geście – ale ja ciebie rozumiem. Wiem czemu chcesz z nimi iść i uwierz mi, to ci nie pomoże... Zostań ze mną, pracuj dla mnie, a ja pokażę ci lekarstwo. I wcale nie mówię tego, żeby dobrać się do twojego tyłka, nie żeby nie był apetyczny – pokazał język, gdy Nis spiorunował go wzrokiem – Ran, pozwól sobie pomóc. Wiesz, że jestem w stanie. Pozwól sobie uświadomić, że ty, w głębi duszy tej pomocy chcesz i potrzebujesz...
- Podjąłem decyzję. Jestem Shivem.
- Stara gadka,
- wzruszył bezradnie ramionami - wy Shivowie doprawdy jesteście beznadziejni... ... Ran... przepraszam...
Krzesło uderzyło o ziemie. Możni goście z zaskoczeniem i oburzeniem odprowadzali wzrokiem, idącego marszowym, nienaturalnym krokiem, metysa.
- Do diabła, Ran, popatrz na siebie! Matowe futro, twarz jakbyś nie przespał ostatniego ćwierćwiecza i jeszcze to jak walczysz! Zaczynasz się rozpadać! Księżyc cię z tego nie uleczy! Ran! ...
... idiota, skończony idiota...
– Jinn syknął, pokręcił głową i wsparł czoło na dłoniach

Ta shiviana tak pięknie śpiewała. Smutny będzie dzień w którym przyjdzie ją złamać.
„Dziwisz im się? Popatrz na siebie” Warknął, a głownia przyspieszyła.
Widzę wojownika honoru, godnego szacunku swoich mentorów, matki i przodków, wolnego duchem i ciałem.
Żadne nędzne prostytutki nie mają prawa tak się do niego zwracać. Są nikim. Nie znaczą, nic, NIC. Ich życie to ścieżka... słodkich zabaw i wegetacji. Gdyby je zabił, nie zrobiłoby to żadnej różnicy... On jest inny, on ma znaczenie, jak wszyscy jego rodacy. ...
Jak to ZERO śmiało się z niego naigrywać?!
Ostrze cięło powietrze ledwozauważalnymi błyskami. Nogi i biodra wyrzucały kolejne ciosy, zdolne przeciąć Rożca w pół. Ich taniec był wręcz hipnotyczny...
Kochał patrzeć na błyski. Jakby jego wybranka uśmiechała się do niego.
Shivowie nie łamią słowa. Tak, mały Jinnie, dotrzyma go, choćby miała to być faktycznie jego zguba. Tylko taka nędzna istota, jak ten skrzydlaty pokraka, mogłaby sugerować, że śmierć jest gorsza od złamania przysięgi...
Przyjaciel... też coś. Takie rzeczy tylko opóźniają wojownika, podgrzewają zimną krew. Są słabymi punktami. Towarzysz broni, to co innego, ale ten mały alfons nie jest godny takiego zaszczytu. Śmiał obrazić Shivów... Jak on mógł mówić takie rzeczy! Ta mała gnida śmiała... Brzeszczot zatrzymał się.
Metys zamknął oczy. Pot spływał po czole, kapiąc z ludzkiego nosa, na rozgrzaną ziemię podwórza. Dłonie z całej siły zaciskały się na rękojeści broni. Z impetem zamknął szczęki. Po chwili wypluł strugę krwi i miecz ruszył do tańca.

Ciemno. Pościel znów przepocona. Łomot serca znów dudnił w głowie. Znowu, znowu, nic się nie zmieni, nigdy... Zwinął się znów w kłębek i zagryzł swój ogon.
Strachy i tak nie odejdą.

Gdy barki przybijały, już czekał. Pewny siebie, wyprostowany i gotowy.
 
__________________
"To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS

Ostatnio edytowane przez Judeau : 08-10-2007 o 21:13.
Judeau jest offline  
Stary 09-10-2007, 19:42   #8
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Kobieta skryła się w jednej z knajpek i wcisnęła w kąt...I spoglądała na gromadę Archejczyków, przekrzykujących się przy barze, rozmawiających przy stolikach. Nie czuła się przytłoczona tym hałasem... Spojrzała na pary tańczące w takt skocznej muzyki.
Wirujący tancerze spowodowały napływ wspomnień, radosnych i bolesnych. W jej oczach zaszkliły się łzy. Wyszła szybko z karczmy, rozpychając na boki stłoczonych w karczmie podróżnych...Wiatr niosący wilgoć znad morza pozwolił jej ochłonąć i odrzucić wspomnienia w najgłębsze zakamarki duszy...Uira ruszyła wraz pielgrzymami w głąb miasta oglądając po drodze wystawy sklepów, wąchając zapachy kwiatów, perfum i towarów mieszających się ze sobą i przysłuchując się dźwiękom setek pieśni granych na wielu różnych instrumentach łączących się w jeden melodyjny harmider. Przez pewien czas kobieta krążyła bez celu od stoiska do stoiska. Potem jednak skierowała swe kroki zbierających się w grupkę podróżnych z wozami i winksami.
Uira rozejrzała się pomiędzy nimi szukając okazji do załatwienia sobie transportu... Podróż na piechotę nie bardzo ją interesowała. Liczyła na to, że uda jej się znaleźć sposób na załatwienie transportu, w zamian za pomoc przy zwierzętach...Poza tym kiedyś gotowała...kiedy jeszcze miała męża.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 09-10-2007 o 19:44.
abishai jest offline  
Stary 09-10-2007, 20:59   #9
 
Julian's Avatar
 
Reputacja: 186 Julian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie cośJulian ma w sobie coś
Dzwi knajpy głośno zaskrzypiały kiedy Isseno je otworzył. Wszedł powoli do obskurnego wnętrza zamykając za sobą drzwi ze skrzypem i hukiem. Wewnątrz było brzydko i pustawo ponieważ głowny trzon pielgrzymki jeszcze nie przybył a większość mieszkańców zajmowała się właśnie swoimi interesami. Zresztą jaki pielgrzym chciałby się zatrzymać w takim beznadziejnym miejscu mając do wyboru tak dużą ilość wolnych pokoi gościnnych w domach mieszkańców portu? Nawet Isseno który ostatnio sporo oszczędzał na wygodach wynajął pokój tylko po to, żeby zostawić tam swoje rzeczy. Jednak na jedno w karczmie narzekać nie można było - na alkohol, nie był zły ani drogi, chociaż wciąż nie taki jak w lepszych karczmach. Podszedł do drewnianego "baru" podstawiając sobie nogą krzesło z pobliskiego stolika i usiadł.
- Miodu. - Powiedział rzucając na ladę monetę.
Spory człowiek stojący za barem bez słowa zwinął monetę z lady kładąc przed andrylem resztę i jego miód. Isseno niedbałym ruchem zebrał pieniądze do sakiewki nawet ich nie przeliczając. Stary nawyk z dawnych lat którego nie mógł się pozbyć, mimo że liczył się teraz dla niego każdy grosz. Kiedyś takie drobniaki się nie liczyły, a teraz liczył głownie na nie. Niewiele oszczędności mu zostało. Czego nie przegrał, to wydał na dotarcie w to miejsce. Sączył powoli miód rozglądając się po karczmie lecz nie dostrzegł niczego co mogłoby zająć jego uwagę. Znowu rozmyślał. Nienawidził tego.
- Jeszcze raz to samo.
Moneta wylądowała na ladzie.

Isseno szybko zszedł po schodach ze sporą skórzaną torbą zarzuconą na ramię i małą walizką w ręce. Nie miał tam wiele, głównie notatki, trochę ciuchów i kości. Wyszedł z budynku delikatnie skłaniając głowe w kierunku karczmarza który odprowadził go dziwnym wzrokiem.
Przeciskał się powoli przez zatłoczone ulice. Krzyki straganiarzy i przekupek mieszały się z muzyką ulicznych grajków i ogólnym hałasem tłumu. Jeśli w każdym mieście mieli ich tak przyjmować, to Isseno sam nie wiedział czy się cieszyć z ciepłego przyjęcia czy martwić się tłokiem. A może to pielgrzymi powodowali ten tłok? W każdym razie miał nadzieję, że pielgrzymka nie będzie przechodzić przez żadne inne miasto. Nie tylko z powodu tłoku. Szczęśliwie, zachowanie wszystkich w mieście umacniało go w przekonaniu, że tak też będzie.

Gdy wreszcie doszedł spowrotem do miejsca gdzie przybijały barki widział już wyraźnie cień księżyca sunący spokojnie po tafli wody. Położył torbę i walizkę na ziemi koło grupy czekającej na pielgrzymkę, aby do niej dołączyć i usiadł na nich. Widząc jak wielu archejczyków chce dołączyć, uznał że będzie po prostu szedł za tłumem i jakoś przez to przejdzie. W oczekiwani wpatrywał się w wodę. Nie miał w końcu nic innego do roboty.
 
__________________
Watch your back,
shoot straight,
conserve ammo,
and never, ever, cut a deal with a dragon.
Julian jest offline  
Stary 10-10-2007, 18:29   #10
 
Ninetongues's Avatar
 
Reputacja: 619 Ninetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemuNinetongues to imię znane każdemu
Nadchodziła godzina dwudziesta. Słońce już zaczynało pęcznieć na niebie, a chmury oblewały się pomarańczową poświatą.

Archejczycy w porcie obserwowali jak Rioco zasłania ostatni fragment słońca. Ci, którzy mieli dołączyć do Pielgrzymki żegnali się ze złotymi promieniami, witając nowe, obce uczucie, kiedy księżyc znalazł się wreszcie nad ich głowami, wisząc w zenicie i zasłaniając prawie całą czwartą część nieba...
Śmiechy, hałasy i kłótnie przycichły, gdy szkarłatny cień pokrył budynki i ulice.

Ci, którzy po raz pierwszy znaleźli się w Marathooncie poznali wreszcie to niesamowite uczucie... Ciało zdawało się samo prostować, ciągnąc w górę, ku czerwonemu gigantowi, a kroki jednocześnie stawały się cięższe... Wszyscy mieli wrażenie, że wiatr przyniósł nowy zapach do miasta, jakiś inny wiatr, zapomniany przez okrągły rok. Dzieci zadzierały głowy i wpatrywały się w pooraną kanionami, odległą, a jednocześnie tak bliską powierzchnię Rioco... Bliższą niż lodowa pustynia na Kand, daleko, po drugiej stronie Arche, dla której mieszkańców Rioco było teraz jedynie blado-czerwoną plamą wysoko na niebie.

Każdy wiedział, i naukowcy, i prości ludzie, i studenci i Szermierze, że przy odpowiedniej ilości sprzętu, odwagi i silnej woli - można by spróbować wspiąć się na czerwony księżyc... Właściwie próbowano już tego dokonać. Jednak... Nawet jeśli komuś się to kiedyś udało - nikt nie wrócił, aby o tym opowiedzieć. Co mogło go spotkać na tej świecącej krwawym blaskiem ogromnej kuli..?

***

Tymczasem do doków przybijały ostatnie łodzie i barki. Kiedy zwinięto ostatni już, czerwony żagiel, dwóch rosłych ludzi wyniosło na pomost prostą, niewielką lektykę.

Zarówno siedzący na szarych deskach Andryl [Isseno] jak i dopiero co przybyły do miasta Askota [Hoshmach] mogli wraz z innymi archejczykami zobaczyć, jak Bera-man, lider Pielgrzymki, staje w dokach Portu.
Sędziwy gwaith, o błękitnym futrze, wypłowiałym już i długim, jakby jego chude ciało spowite było w błękitną, włóczącą się szatę.
Mruknął coś do wysokiego, łysego andryla, który przyniósł mu poskręcaną laskę, machnął ręką, starając się objąć całe miasto i tym prostym gestem wyraził zgodę aby każdy kto zechce przyłączył się do Wiecznej Pielgrzymki.

Jego tragarze z czcią pomogli starcowi wejść na swoje miejsce.

Zarówno Andryl jak i Askota mieli wrażenie, że Bera-man zerknął na nich spod swoich krzaczastych brwi, ale... Może takie wrażenie mieli wszyscy zebrani archejczycy..?

***

Metys z shivianą na plecach [Ran-Rotha] wymijał Pielgrzymów. Obserwował skupione oblicza archejczyków wszystkich ras, obu płci i w różnym wieku. Niektórzy się uśmiechali, inni mieli niepewne miny, jeszcze inny byli wyraźnie źli lub smutni... Słowem - zachowywali się jak zwykli archejczycy.

Było w ich posturach jednak coś niesamowitego... Wszyscy, co do jednego zdawali się być wysocy, smukli i prości. Ich postawy były naturalne i pewne, sylwetki szczupłe, umięśnione... Zdawali sie promienieć zdrowiem. Było w tym jeszcze coś... Coś, co umykało jego uwadze.

Miał właśnie zanalizować sprawę jeszcze raz, kiedy w tłumie potrącił czarnowłosą kobietę ze skomplikowanym tatuażem [Uira Draif]. Ran potrafił rozpoznać tanais, kiedy tylko go zobaczył. Ich oczy spotkały się na chwilę...

A potem w tłumie zakotłowało. Ktoś krzyknął, ktoś na kogoś wpadł...

Kobieta ze słowem "Szermierz" wypisanym na twarzy szarpała jakiegoś odzianego w długie szaty żebraka. Pielgrzymi odsunęli się, mieszkańcy miasta uformowali krąg, aby popatrzeć co się dzieje...

A kobieta, zorientowawszy się, że jest w centrum uwagi, zaklęła cicho przez zęby i szybkim ruchem strąciła kaptur z twarzy schwytanego archejczyka, odsłaniając zaniedbanego, siwego mężczyznę o cerze i zębach przeżartych dymem z nieoczyszczonej korysy*.
Kobieta westchnęła, pokręciła głową, wepchnęła przestraszonego włóczęgę w tłum i ruszyła ulicą, odprowadzana wzrokiem gapiów.

__________________________________________________ _________
* korysa - zioło aromatyczne; odpowiednik tytoniu. Popularna używka; pali się korysę w postaci oczyszczonych, przefiltrowanych, małych dawkach, owiniętych w bibułę, wysuszone liście (jak cygara), albo w specjalnie do tego przeznaczonych smukłych fajkach.

Jednakże korysa palona w ogromnych dawkach, szczególnie w nieoczyszczonej formie, powoduje brązowienie zębów, utratę smaku, a cera staje się "ospowata", przez działanie kwasów trawiących organizm. Spora, jednorazowa dawka korysy wprowadza w niejaki trans, podczas którego użytkownik ma bardzo wysoki poziom samoświadomości - myśli mu się szybciej i lepiej.
Nieoczyszczona korysa jest traktowana jak narkotyk.
 

Ostatnio edytowane przez Ninetongues : 10-10-2007 o 21:46.
Ninetongues jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:56.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169