Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-11-2008, 18:04   #1
 
kabasz's Avatar
 
Reputacja: 46 kabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodze
[Autorski] Sala Luster (18+)

Narodziny

Stado Białego Kła należało do najbardziej niezaspokojonych w całym Thagorcie. Nie, nie chodzi tu o to, iż każdy z członków owego stada był martwy i nie miał już możliwości odczuwania otaczającego ich świata, tak jak my - ludzie. Śmierć była oczyszczającą łaską w tym miejscu. Zgon dawał każdemu, kto go zasmakował poczucie nowej przynależności, doskonalszej. Martwi ciałem lecz mimo to żywi byli najbliższym stadem dla Idvy. Oni po prostu mogli poddać się instynktowi, pierwotnym żądzom, które aż w nich huczały. Tak będąc martwymi nie odczuwali jak my, ludzie. Człowiek próbuje racjonalizować każde odczucie, badać pod każdym kątem, analizować ! Umarli mają łatwiej, przestają myśleć, zaczynają tylko czuć.

Lorence szedł pewnie ulicami Meridol - pierwszej dzielnicy Thagortu. Nie śpieszył się jednak, nic nie mogło przeszkodzić w przywitaniu Opiekuna nowego stada. Czuł to w każdej najmniejszej części swojego umarłego ciała. Nowe dziecię Idvy poczyna kroczyć w Meridol, jest gdzieś niedaleko. Każdy syn czy córka Idvy mogła z łatwością poznać miejsce pobytu swego rodzeństwa. Wystarczyło skupić swe myśli na Idvie, poprosić ją o pomoc. Nigdy nikomu nie odmawiała wsparcia.

Czemu ten młody mężczyzna tak bardzo chciał poznać nowe rodzeństwo ? Lorence należał do osób ciekawskich. Zapewne teraz miał nadzieję znaleźć nowe dziecię Idvy. Jak najszybciej poczuć zapach nowo narodzonego rodzeństwa, dotknąć jego skóry, zasmakować jego potu. Będąc umarłym czuł więcej, każdym ze swoich pięciu zmysłów. Stał się więźniem swych żądz. Jeśli będzie mieć szczęście, nowy Opiekun jeszcze nie odzyskał przytomności. A wtedy bez zbędnych wyrzutów sumienia, będzie mógł podziwiać, smakować, dotykać.

Lorence pamiętał każde narodziny, których był świadkiem. Zdarzyło już się ich kilkanaście, odkąd on sam obudził się w Meridol. Czemu narodziny nowego dziecka Idvy wyzwalały takie emocje ? No cóż. Thagort dla każdego potomka Idvy przygotowywał unikalną ceremonie narodzin. Niezmienne pozostawały tylko dwie rzeczy, stado nowo narodzonego Opiekuna rozsiane było po ulicach Meridol oraz symbol Idvy, który wykluwał się na ciele Opiekuna. Każde dziecię pamiętało doskonale swoje narodziny, nie każde zaś pragnęło je wspominać.

Dziś ulice Meridol istniały dzięki powiązaniu drobinek piasku oraz wody. Ściany budynków zbudowane z przezroczystych, wodnych ziaren piasku pozwalały dostrzec wnętrza budynków. Każda tafla wody odbijała promienie słoneczne, jasno niebieska przezroczysta barwa ścian nadawała całym ulicą niebagatelnego uroku. Wyobraźcie sobie tylko, gdzie okiem nie sięgnąć można było zobaczyć to, co skrywały za sobą ściany budynków.

Supermarkety pełne puszek z jedzeniem, mrożonego mięsa, słodyczy, przypraw, słowem wszystkiego czego ludzka głodna dusza zapragnie. Niektóre z mijanych przez Lorenca pomieszczeń skrywały w swym wnętrzu dziecięce pokoje pełne zabawek, łoża małżeńskie schludnie posłane, stoły jadalne z naszykowanym na nich posiłkiem. Meridol świętowało. Miało to oczywiście związek z przybyciem do miasta nowego stada. Lorence był tego pewny. Nie wiedział tylko dlaczego.

Mężczyzna nie mógł powstrzymać się przed zbliżeniem do jednej ze ścian budynku i dotknięcia tafli wody. Ściana była mokra, chłodna, tak przyjemnie chłodna. Drobinki piasku przykleiły się do jego ręki. Miejsce które dotknął zafalowało niczym po wrzuceniu do niego ciężkiego kamienia. Z ciekawości zgarnął trochę piasku, przyłożył do języka, tak ta substancja nadawała się do spożycia niosąc ze sobą ukojenie pragnienia.

Nie dla wszystkich członków stada, nowy wizerunek Meridol napawał szacunkiem. Nie wszyscy oddawali mu należytą cześć, jaką darzył tą dzielnice Lorence. Marcus jeden z wilkołaków należących do stada, stanął na swych owłosionych nogach, chwiejąc się nieznacznie. Wyjął swą pytie, wywiesił język i z spokojem skupił się nad wątpliwą przyjemnością oddawania uryny.

- Marcus ! Z łaski swojej rusz swój zapchlony tyłek i przestań szczać na wszystko dookoła !

Przyszło mi pilnować owłosionego debila. Gdyby od czasu do czasu nie okazywał się niezbędny w opiece nad Idvą, już dawno poprosiłbym Lorenca o wydalenie tego kundla ze stada

Andrio już od kilku dni miał serdecznie dość wilkołaka z którym przyszło mu dzielić stado. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż mięśnie Marcusa przydawały się zdecydowanie zbyt często w Thagorcie. Chyba tylko z tego powodu Lorence pozwalał wilkołakowi na swawole. Nie liczył się wszak jego rozum, tylko ogromna siła i kondycja atlety. Jednak tym razem przesadził.

Lorence poczuł swym wyostrzonym węchem zapach nieprzyjemny, niegodny tego miejsca. Odwrócił się w stronę skąd pochodził ów smród. Co ujrzał ? Owłosiony zad wilkołaka skocznie bujał ogonem raz w lewą raz w prawą stronę, doprowadzając Opiekuna do białej gorączki. Marcus oddawał się przyziemnej czynności, bezczeszcząc miejsce narodzin Idvy. Lorence syknął z niesmakiem, z jego górnej szczęki wyrosły dwa długie, ostre kły. Sekundę później był już obok Marcusa. Chwycił głowę wilkołaka i z całej siły włożył włochaty łeb do wodnego muru.

- Wyliżesz teraz każdą najmniejszą cząstkę tego gówna.

Uryna, która jeszcze chwile temu zanieczyściła ścianę budynku, teraz krążyła dookoła oczu wilkołaka. Tworząc dzieło sztuki nowoczesnej, której nawet sam Gauguin by pozazdrościł.

- Reszta ma dopilnować tego abyś zlizał nawet najmniejszą kroplę. Zrozumiano ! Pamiętaj Marcusie, mój drogi kundlu, to miejsce jest święte.

Wilkołak próbował uwolnić się swemu Opiekunowi, jednak był bezsilny. Powoli drobinki piasku dostawały się przez nozdrza do układu oddechowego, uniemożliwiając swobodne oddychanie. W końcu padł martwy z głową wbitą w ścianę.

Ktoś chwycił go za nogi, pociągnął do siebie. Na szczęście dla Marcusa, będąc blisko swego opiekuna nie mógł umrzeć, nie przynajmniej w rozumieniu naszym - ludzkim. Już po chwili wilkołak oddychał ponownie. Spojrzał wściekle na swojego Opiekuna, jednak rozpoczął proces odzyskiwania harmonii tego miejsca.

Samo zajście okazało się jednak zbawienne w swych skutkach. Lorence dostrzegł, iż na wprost miejsca w którym stał, leżało nieprzytomne, półnagie ciało jakiegoś człowieka.

Dziecię Idvy. Musi to być ono. Tak, teraz czuję wyraźniej. Tak !

Myśli pełne ekscytacji zaplątały mu umysł. Wampir wbiegł do ściany. Na całe szczęście nie musiał oddychać, więc nie przejmował się drobinkami wodnego piasku wdychiwanymi przez niego z każdym krokiem. Omal nie przewrócił się o krzesło stojące tuż obok ściany, z której wyszedł. Nie liczył pokoi, przez które musiał się przedrzeć, nie miało to wszak najmniejszego znaczenia. Może były ich cztery, może dziesięć, a może więcej. W końcu znalazł się po drugiej stronie budynku. Czuł, że jego stado posłusznie stało w miejscu, w którym wilkołak odbywał swą karę.

Lorence zaś mógł podziwiać, najwspanialszy widok, jaki ujrzały jego martwe oczy. Pół naga kobieta, ubrana jedynie w nocną koszulę, leżała nieprzytomna na ulicy. Drobinki piasku łagodziły stan w jakim się znajdowała. Jej ciało pokryte było niezliczonymi symbolami, które razem tworzyły malowidło piękne i niezrozumiałe dla żadnego śmiertelnika. Lorence przykląkł obok jej ciała, drżącą ręką pogładził delikatną skórę jej stóp. Była nieziemsko ciepła i wilgotna zarazem. To pewnie przez drobinki piasku, które musiały osadzić się na jej skórze. Wampir zbliżył swe usta do lewej stopy kobiety, językiem powoli oddał się pokusie zlizywania z jej ciała wodnych drobinek.

Czemu to robił ? Wyobraźcie sobie, że na moment znów jesteście dziećmi, rodziców nie ma koło was, a wy znajdujecie się w pokoju pełnym słodyczy. Na półkach świeże, pyszne pachnące słodkie bułki, ciasta, rogale. Z sufitu zwisają słodkie sople lodu. Co trochę mijacie piramidy zbudowane z waszych ulubionych batonów. Rozumiecie co mam na myśli ? Dobrze więc, dlatego nie powinno was zdziwić to, co stało się wtedy tamtego dnia.

Lorence nie śpieszył się, powoli jego język posuwał się coraz wyżej i wyżej, zaglądając pod koszulę kobiety, włożył jej między nogi swoją głowę i ... ponad dziesięć minut rozkoszował się zapachem jaki unosił się z jej ciała, a był nieziemsko kojący. Lorence trzymał nos jak najbliżej muszelki, rozkoszował się tą chwilą w końcu jednak nie wytrzymał. Rozszerzył szczękę wystawiając kły. Podniósł głowę lekko do góry, przygryzł materiał z którego uszyta była koszula kobiety. Wykorzystując rozcięty skrawek materiału, przedarł ją odsłaniając tym samym piękne ciało córki Idvy.


Idva jeszcze się nie wykluła, drobne czarne linie na ciele niewiasty pokrywały coraz większą część jej ciała. Były jednak miejsca, w których skóra siostry Lorenca pozostawała bez zmian. Wampir podziwiał w milczeniu Idvę. Kobieta nie wiedziała jeszcze jakie szczęście daje ten symbol. Fakt, narodziny są bolesne, jednak możliwości Idvy wszystko rekompensują. Lorence doskonale pamiętał ból swoich narodzin. Pamiętał też rolę jaką odegrało w nim samo Meridol. Pamiętał doskonale.

Mężczyzna wyjął z kieszeni płaszcza, w jaki był przyodziany, lnianą chustę. Przyłożył ją do tafli wody ulicy. Zwilżoną już chustą powoli, z wyraźną czcią dotykał ciała kobiety. Starał się nawilżyć rozpalone miejsca jej skóry. Miejsca, w których nie pojawiła się jeszcze Idva. Jego uwagę przykuło miejsce, w którym pojawił się symbol jej stada. Lewa pierś była nadal rozpalona, przez co symbol nie był wyraźny. Lorence mokrą chustą przetarł miękką skórę piersi kobiety, odsłaniając tym samym symbol białej róży.


Czemu poczuł sympatię do tej siostry ? No cóż nie pytajcie mnie o rzeczy oczywiste ! Przypomnijcie sobie tylko zapach świeżego pieczywa, polanego miodem. Zastanówcie się jak byście się zachowali, gdybyście wyczuli ból płynący od kromki, którą darzycie czcią. Teraz może zrozumiecie Lorenca bo właśnie to oznacza być martwym. Czujesz wszystko wokół ciebie z zdwojoną siłą.

Wampir nie wiedział tylko jednej rzeczy o swej siostrze. Pod żadnym pozorem nie należy dotykać jej dłoni. Pod żadnym.

Minęło chyba dwadzieścia minut, odkąd Lorence próbował zmniejszyć cierpienia swej siostry. Obmył jej twarz, ramiona, piersi, brzuch, uda. Lnianą chustką w końcu dotknął wierzchniej części dłoni kobiety. Dając dostęp do bardzo ważnego wspomnienia.

Zapytacie co poczuła ? Tego nie wiem, wiem natomiast ,iż owa lniana chustka należała do pierwszej osoby, którą Lorence się posilił. Właścicielem owej chustki był młody mężczyzna szukający nocnych wrażeń. Nie było trudno zwabić tego chłopca do łóżka, w którym Lorence lubował się w oddawaniu cielesnych igraszek. Po upojnie spędzonej nocy, wgryzł mu się w udo. Powoli, kropla po kropli wysysał życiodajny płyn z ciała młodzieńca.




Fakt, pozostawał zaś faktem. Domnique Nightsmit odzyskała przytomność. A gdy pochylony nad nią Lorence zorientował się w sytuacji, przemówił spokojnym, pełnym szacunku głosem.

- Witaj siostrzyczko. Od dziś jesteś córką Idvy. Nie bój się, ból minie zaraz po tym jak Idva skończy rytuał narodzin. Do tego czasu będę przy tobie. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie zrobić ?

Wampir nadal miał wyciągnięte kły. Śnieżnobiała kość równych zębów odsłoniła się w nieznacznym jego uśmiechu. Domnique bolało całe ciało. Zupełnie jakby ktoś podpalał ją i zaraz gasił. Nie mogła się ruszyć.
 
__________________
The world doesn't need anything from you, but you need to give the world something. That's way you are alive.

Ostatnio edytowane przez kabasz : 22-11-2008 o 18:57.
kabasz jest offline  
Stary 22-11-2008, 22:04   #2
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 1058 Kaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumny
Julian Matczyński obudził się.

W głowie miał pustkę. Pamiętał, jak szedł przez jakiś las. Ściemniało się, a on był w sercu puszczy, zagubiony i bezbronny. Wiedział, że ciepły kąt w jakiejś chałupie to marzenie, które już dawno prysło. Jedyne, co mógł zrobić, to rozpalić ognisko, przebrać się, wskoczyć do śpiwora i modlić się do Pana o ciepłą noc.

Obudził go powiew zimnego powietrza. Zamknął oczy i sięgnął po śpiwór, rozpaczliwie szukając ciepła. Jak na złość, nie mógł wybadać, gdzie znajduje się przedmiot. Wstał i…

- Ohhhh…

…Ujrzał najpiękniejszą rzecz, jaką widział w życiu.

Przed jego oczami roztaczało się wodne miasto. Gdzie nie spojrzał, widział domy stworzone z błękitnawej cieczy, falującej delikatnie. Frywolne promienie słońca igrały z substancją, przechodząc przez nią, muskając fale i wychodząc, rzucając na ziemię odbicia fal, które tańczyły wesoło.

Julian czuł się jak w wielkim, napowietrznym basenie. Zrobił nieśmiało parę kroków w przód. Miał na sobie tylko pidżamę, było mu zimno i nie wiedział, jak się znalazł w tym miejscu. Był zdezorientowany i oszołomiony pięknem tego miejsca. Może w innych okolicznościach zacząłby szukać drogi powrotnej do lasu, starając się nie rzucać w oczy, ale teraz…

Podszedł powoli do najbliższej ściany, rozglądając się wokoło. Po bliższym przyjrzeniu się było jasne, że ściany zostały zbudowane z małych, wodnych ziarenek. Miliony drobin lśniły, rozpraszając światło na wszystkie kolory świata niczym pryzmat. Chłopak stanął przy ścianie, by się przyjrzeć. Mógłby przysiąc, że ziarenka zamrugały do niego, niemo zapraszając do jakiejś zabawy.

Ostrożnie wyciągnął dłoń i powoli zbliżył ją do konstrukcji. Spodziewał się, że ręka przebije się jak przez taflą wody, ale nic takiego się nie stało. Jedynie z miejsca dotknięcia budowli zaczęły rozchodzić się drobne pierścienie. Zaintrygowany, klepnął wodę. Rozległo się przyjemne plask.

Julian uśmiechnął się. Był tu, sam, z pięknymi budowlami i tą całą grą świateł. Nim się spostrzegł, wyklepywał na murze skoczny rytm, rozkoszując się pluśnięciami wody i krzyżującymi się falami.
 
Kaworu jest offline  
Stary 23-11-2008, 01:30   #3
 
rudaad's Avatar
 
Reputacja: 91 rudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znanyrudaad wkrótce będzie znany
Aleksandra Nassau

Bezpieczna zasłonę snu otulającą Aleksandrę zerwał nagły powiew emocji odbijający się bezwstydnie od ścian budynków na całej ulicy i wbijający się w jej umysł jak pijany mąż pełen chuci do własnego, małżeńskiego łoża. Znała ten rodzaj emocji - powstawało nowe życie,a raczej nowe istnienie budziło się do życia, zyskiwało świadomość. Nie chciała tego czuć, wspomnienie niedawnych chwil i rozterek targających nią wtedy wybijało się na pierwszy plan świadomości. Chciała o nich zapomnieć, przerwać to... Powoli otworzyła oczy. Ujrzała świat jak sennego majaku - przezroczyste ściany ukazujące to co człowiek od dawien dawna zawsze chciał zostawić tylko sobie, spokojny, śpiący dom. Leżała na podłodze, czuła jej chłód, a może był to chłód ścian odcinających ją od reszty tej bajkowej wizji. Wstała, podeszła do okna, opuszkami palców zaczęła dotykać tego czego jej umysł nie chciał przyjąć za rzeczywistość. Oderwała dłoń od poruszonej jej zachcianką ściany i przyłożyła ją do ust - była wilgotna, ale bez smaku, czysta woda sycąca zwykłe ludzkie pragnienie. Odwróciła się od widoku ulicy i wyszła z pokoju.

To nie może być sen, w śnie nie przychodziły nigdy... To musi być realne, tylko jak może być? Nie mogła dać wiary temu co widziała, jednakże ufała ponad wszytko temu co czuł jej umysł...

Szła jak w letargu, od pokoju do pokoju, a wszędzie to samo - "mokry świat". Pchnęła kolejne drzwi i zatrzymała się w pół kroku widząc obcego mężczyznę leżącego na ziemi... Tak samo jak ona przed chwilą. Jeszcze spał, ale był tam widziała go, słyszała jego spokojny oddech. Zbliżyła się do niego i ułożyła twarzą w twarz. Teraz czuła jego ciepło i zapach. Zamknęła oczy i wyciągnęła dłoń do jego twarzy. Był realny... Czekała aż się obudzi gładząc jego twarz najdelikatniej jak mogła. Dlaczego to robiła? Szukała bliskości drugiego człowieka? Chciała dać mu coś dobrego z siebie? W jej głowie nie pojawiła się nawet jedna taka myśl, po prostu to robiła, jakby nic innego nie mogła zrobić, jakby nie było nic innego do zrobienia. Nie krępował jej strój w który była odziana - krótki kolorowy top, ledwo zasłaniający piersi i brzuch, oraz dziewczęce bokserki...
 
__________________
"Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania."

Ostatnio edytowane przez rudaad : 23-11-2008 o 01:33.
rudaad jest offline  
Stary 24-11-2008, 14:02   #4
 
Rewan's Avatar
 
Reputacja: 34 Rewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodzeRewan jest na bardzo dobrej drodze
Trzaśnięcie zamka zasygnalizowało powrót do domu jego pana. Po chwili zawtórowało mu skrzypienie drzwi i w nich ukazał się mężczyzna. Blond włosy, twarz naznaczona licznymi zmarszczkami, a pod oczami osiedliły się worki. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że jest to mężczyzna w wieku 38, minimalnie 36 lat. W rzeczywistości 32 latek zachował jedynie namiastke swojej dawniej wysportowanej sylwetki, a obecny styl życia jedynie go postarzał. W ręku trzymał zwiniętą gazetę. Ubrany w czarny, drogi garnitur przeszedł przez próg mieszkania i niedbale zamknął za sobą drzwi. Zrobił kilka kroków podchodząc do kanapy i stołu, po czym rzucił gazete na stół. Rozluźniając krawat i odpinając koszule o jeden guzik, podszedł do szafy, zza której wyciągnął biały proszek opakowany w przezroczystą folietkę. Wrócił na kanapę i rozsiadł się na niej. Na gazecie rozsypał proszek w podłużną linie. Przez przypadek dostrzegł na pierwszej stronie gazety widniejący tytuł: ”Śledztwo w sprawie syna Sheffa” Przez chwile wpatrywał się nieobecnymi oczami w tytuł wypisany dużymi literami. Po chwili jednak wziął cienką rurkę i przystawiając do nosa wciągnął śnieżnobiały proszek. Rozłożył się na kanapie i spojrzał w sufit. Myślał tylko o jednym – za chwilę odleci i nic nie będzie miało dla niego znaczenia. Tylko jeszcze chwilę. Wpatrując się bezmyślnie w sufit w depresyjnym nastroju oczekiwał na nadejście ulgi. W końcu poczuł pierwsze efekty. Poczuł zalążki euforii jaką będzie czuł, a depresyjny nastrój znikł za zasłoną uczucia fałszywej radości. Zadzwonił telefon, drgając na blacie stołu. Spojrzał na niego, by ujrzeć na wyświetlaczu „Ojciec”. To nie miało znaczenia. Mógł sobie dzwonić w nieskończoność, bo teraz nadeszło szczęście i brak zmartwień. Brak zmartwień...

*

...gdy się obudził nadal czuł błogie szczęście. Euforia ogarniała jego umysł jak matczyne łono. Dzwoniąca komórka zaprzestała swojego rozgardiaszu, a on sam nadal siedział na kanapie. Było cicho i spokojnie... Otworzył oczy i ujrzał widok nie z tego świata. Przezroczyste ściany ukazywały widoki za sobą, jakby przestawały wykonywać swą podstawową role. Widział dziesiątki mieszkań umeblowanych w sposób normalny, w nienormalnym tle przenikliwości. Jednak nie czuł z tego powodu niepokoju, a zamiast tego czuł przypływ kolejnej euforii. Jego twarz wykrzywiona w nieokreślonym wyrazie szczęścia rozglądała się to tu, to tam. Siedząc na kanapie zdał sobie sprawę, że nie jest to jego kanapa i nie jego pokój. Wstał i podszedł do ściany, a gdy już doszedł wyciągnął rękę jak gdyby chciał jej dotknąć. Jednak nie napotkał na zbyt wielki opór i poczuł wilgoć na swej dłoni. Obrócił dłoń kilka razy w tafli wody, przyglądając się z zaciekawieniem na jakie było go jeszcze stać. Wreszcie cofnął dłoń i począł się jej przyglądać. Rozszerzone źrenice utkwiły swoje spojrzenie wpierw w palcach, potem w miejscu na ścianie, które chwilę wcześniej przeniknął.

Nagle wydarzyło się coś dziwnego. W tafli wody poczęła kształtować się twarz. Krótką chwilę zajęło jej uformowanie dokładnego kształtu, którym była twarz należąca do jakiegoś człowieka, w podeszłym wieku. Liczne i głębokie zmarszczki zdobiły jego twarz. Miał głębokie, przenikające spojrzenie i choć twarz ta nie miała kolorów, a jedynie kształty, wyobraźnia kształtowała go jako mężczyznę z ciemno niebieskimi oczyma. Wyraz twarzy Mike’a diametralnie się zmienił gdy ukazała się twarz. Błogie szczęście zastąpił wyraźny strach i przerażenie. Zrobił kilka kroków do tyłu, jednak po którymś z kolei potknął się i runął w dół. Upadł na ziemię, ale nie zrezygnował z ucieczki. Wciąż wpatrując się w twarz starca odczołgiwał się na plecach do tyłu, aż poczuł za plecami przeszkodę. Twarz znikła, a on ciężko dysząc zaciskał kurczowo ręcę. Zaczął zdawać sobie sprawę, że działanie narkotyku zaczyna się kończyć, tak jak szczęście, które go ogarnęło.

Daj spokój, to tylko halucynacje... Naćpałeś się, a to skutki uboczne. Widzisz jedynie idiotyczne halucynacje. Mike weź się w garść!

Skupiając wzrok na zegarku wiszącym na ścianie (jak on do cholery wisiał na wodzie?!), począł czekać. Sekundy przeciągały się w minuty, ale w końcu minęło pół godziny. Odwrócił wzrok od zegara i rozejrzał się po okolicy. Jednak ku swemu zaskoczeniu nadal widział wodne ściany.

Co się do cholery dzieje, przecież nie brałem aż tak dużej dawki, by były takie halucynacje i tak to długo trwało. Coś jest nie tak...

Przez pół godziny wiele się zmieniło. Uczucie euforii całkowicie zniknęło, by na jego miejsce pojawił się smutek i depresyjny nastrój. Mike poczuł niekontrolowaną chęć na kolejną dawkę. Wstał i rozejrzał się po pokoju, ale zdecydowanie nie był to jego pokój. Przeklął tę sytuację w myślach i zrozumiał, że nie ma szansy na kolejną dawkę narkotyku. Mógł jedynie wykorzystać swój niecodzienny dar. Zamknął oczy, skupił się, a gdy ponownie je otworzył uczucie smutku i przygnębienia zmniejszyło się tak, by mógł zacząć myśleć.

Jestem w jakimś popieprzonym miejscu, wszystko jest realne, nie jestem już naćpany. Więc co u licha się dzieje?! To nie jest normalne. Tak samo jak normalne nie jest to co potrafię, a jednak...

Podszedł do ściany wodnej i nabrał trochę wody w ręce, by zaraz oblać nią twarz. Otarł twarz z nadmiaru wody i ruszył w stronę drzwi. Kolejna rzecz, która nie miała prawa bytu. Drzwi wstawione były w obramowanie ścian z wody, trzymały się na wodnych zawiasach, a otwierały się jedynie gdy nacisnęło się klamke. Sheff żeby do końca nie oszaleć przestał zwyczajnie się nad tym zastanawiać. Tu wszystko było paradoksalne, nie miało sensu bytu. Najgorsza była świadomość, że już nie jest naćpany.

Wyszedł na ulicę i ruszył przed siebie, w nadziei, że kogoś zobaczy. Jednak w tym miejscu panował bezkres ciszy, nikogo nigdzie nie było widać, choć widział przez ściany. Był sam, w nienormalnym świecie.
 
Rewan jest offline  
Stary 24-11-2008, 21:21   #5
 
Lhianann's Avatar
 
Reputacja: 580 Lhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemuLhianann to imię znane każdemu
Splątane ścieżki snu zdawały wie ją w głąb otchłani. Czuła gorączkowe pulsowanie skóry, słabsze i silniejsze ukłucia, jakby coś tuż pod skórą naprężało się, przemieszczało, jednocześnie jej nie przebijając.
Dziwny sen, bardzo wyraźnie czuła w nim dotyk, uczucie gorąca, wilgoć..
Sen mimo odczuwalnego dyskomfortu niósł ze sobą elementy jakie sprawiły, że z jej ust dobiegł cichutkie jęki, erotyczne odczucia mieszały się z bólem, uczuciem niemocy, gorączką i jeszcze czymś dziwnym czego nie była w stanie zrozumieć...

Nagłe fala obrazów, dźwięków, uczuć i odczuć nie należących do niej sprawiły, ze nagle wyrwała się z tego dziwnego snu
Ale może to wcale nie był sen...?
Żądza, ale przekraczająca fizyczne pożądanie ciała, pełna mroku, i świadomości co będzie końcem dla celu żądzy. Rozkosz, zapomnienie, słodkie zmęczenie, i ciągle owa żądza, uczucie której nie potrafiło zaspokoi spełnienie fizyczne, ukoić zmęczenie, mogło ją zaspokoi tylko jedno, krew i niosąca się z jej pochłanianiem śmierć dawcy.
Zupełnie nieświadoma śmierć, ukryta jak kolec pośród miękkich płatków słodkiego snu.
Ale to niemożliwe, wampirów nie ma..
Tak, a normalni ludzie nie czują tego co ty czujesz, i nie słyszą tych którzy odeszli.
To ją otrzeźwiło, przecież sama jest kimś kto w teorii nie ma miejsca bytu w normalnym społeczeństwie, tylko seriale na Sci-Fi Channel są pełne takich jak ona.
Więc czemu nie wampir?

Otworzyła oczy.
Po szmaragdowym jak młoda trawa niebie mknęły wysoko smugi chmur koloru ciemnej wanilii.
Było to coś zupełnie obcego dla jej percepcji, a jednak miało w sobie nieprzeparty urok.
Nagle dobiegający do niej głos kazał skierować swe oczy.
Przy próbie poruszenia dokładnie zdała sobie sprawę, że dyskomfort jaki czuła we śnie nie był tylko majakiem sennym. Reszta odczuć raczej też nie.
Pod sobą miała twardy, nieustępliwy, jak jej się wydawało asfalt, tuż koło niej klęczał pochylony lekko nad nią mężczyzna, patrząc na nią wzrokiem w którym mieszała się radość, szacunek i...głód? A może żądza...
I był to ów wampir z wizji.
Gdy tylko spróbowała się poruszy fala bólu przetoczyła się przez jej ciało.


- Witaj siostrzyczko. Od dziś jesteś córką Idvy. Nie bój się, ból minie zaraz po tym jak Idva skończy rytuał narodzin. Do tego czasu będę przy tobie. Czy jest coś co mógłbym dla ciebie zrobić ?

Mimo, ze mówił językiem o dziwnym akcentowaniu, zupełnie nie podobnym do żadnego jej znanego doskonale rozumiała znaczenie jego słów.
Mimo tego że wiedziała kim on jest nie mogła pominąć faktu, iż był bardzo przystojny.
A ton jakim się do niej zwrócił mógł dawać jej pewność, że nie stanie się jego następnym posiłkiem.

To nie był sen, musiała zdać sobie z tego sprawę. We śnie tak nie boli...
- Ja...gdzie ja jestem? Niestety nic bardziej składnego nie przychodziło jej aktualnie doi głowy.
-I...jaki rytuał narodzin? Jaka córka Idvy?
-Jesteś w mieście zwanym przez swych mieszkańców Thagort'em. Dokładnie to w Meridol dzielnicy narodzin każdego stada. Masz szczęście być jego przewodnikiem. Na twoi ciele wykluwa się symbol Idvy - Naszej matki. Nikt jej dotąd nie poznał, każdy jednak syn czy też córka ma z nią kontakt.

Zamknęła oczy. Ponownie je otworzyła. Obraz nadal ten sam, a uczucie bólu nie pozostawiało żadnych złudzeń co do tego, ze to jednak nie jest sen.
-Stada? Ja...ja nie rozumiem...
Mimo bólu spróbowała unieść się na łokciu.
I kolejne wrażenie do jakiego nie miała pełnej pewności okazało się faktem.
Jej delikatna koszulka nocna była rozerwana na całej długości, zaś jej ciało..
Jej ciało poryte było splątanymi liniami jakie zdawały się lekko porusza na jej skórze, jakby oplatając jej skórę siecią niezrozumiałych symboli wijących się wokół pieści, spływających po brzuchu i biodrach.

- Nie powinnaś teraz się ruszać, to tylko zwiększy ból narodzin Idvy.
Lorence z przejęciem spojrzał na Dominique. W głosie wyczuwalny był jego niepokój.

-Każdy syn, każda córka Idvy Opiekuje się stadem, to ono stanowi o naszym losie tutaj w Thagorcie. To dla stada żyjemy. Każdemu stadu Idva przypisuje inną rolę. Niektórzy mają ją chronić, niektórzy rozmnażać się i zaludniać Thagort, inni zaś opiekują się stworzeniami tego Miejsca. Każde stado jest inne, każde ma swój cel. Każde żyje dla Idvy.

-A kim ty jesteś? We wzroku Dominique mimo, że może tego nie chciała pojawiła się na chwile mieszanka odrazy, strachu i niezrozumienia, wspomnienia odczucia z dotyku chusty były ciągle świeże.
Dłonie trzymała zaciśnięte na resztkach koszuli w jakie okryte było jej ciało. Nie chciała dopóki nie będzie musiała dotykać niczego. Czemu ja nie śpię w rękawiczkach?

- Mam na imię Lorence. Jestem jednym z pierwszych synów Idvy. Do mnie należy stado Białego Kła.
Mężczyzna zdjął płaszcz, rozpiął koszulę, pokazując kobiecie swoją lewą pierś. Jego cała klatka piersiowa pokryta była mozaiką dziwnych czarnych symboli. Takich samych, jakie przed chwilą na swoim ciele zobaczyła kobieta. Na jego lewej piersi widniał symbol białego kła.
- Stada oznaczone są znamieniem. Ty także je posiadasz, na swojej lewej piersi.
Mężczyzna powoli zaczął zapinać guziki swej koszuli.
- Nie musisz się mnie obawiać, żaden syn czy córka Idvy nie jest w stanie skrzywdzić swych braci czy siostry. To wbrew prawu.
 
__________________
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I'm home again
Dear diary I'm here to stay
Lhianann jest offline  
Stary 25-11-2008, 22:25   #6
 
Howgh's Avatar
 
Reputacja: 130 Howgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znanyHowgh wkrótce będzie znany
Powoli i ślamazarnie resztki tego miejsca, gdzie wszystko jest możliwe, a które potocznie nazywamy „Snem”, zaczęły odpływać w nicość. Jonathan Noys jednak nie otwierał oczu. Nigdy nie lubił zrywać się z łóżka. Czytał gdzieś, bodajże w jakiejś książce, że dobrze jest dla zdrowia poleżeć jeszcze parę minut po przebudzeniu. Podobno daje to czas organizmowi na odpowiednie..


Hola, hola. – gdy tak rozmyślał, nagle coś do niego dotarło – Wydawało mi się, że zasnąłem z włączonym...


Usiadł gwałtownie i otworzył oczy.


Środek ulicy.
Niebieskie miasto.
Ciemno zielone niebo.


Co do..? – chwilowe przerażenie ogarnęło Jonathana – Jak tu..?
Nie. Spokojnie. – odetchnął parę razy głęboko, by uspokoić skołotane nerwy - Nie można panikować w żadnej sytuacji. To nigdy w niczym nie pomaga.
Co ja tu właściwie robię? – zaczął zastanawiać się po chwili - Położyłem się spać dosyć wcześnie, a teraz budzę się.. No właśnie. Gdzie ja do cholery jasnej jestem?


Jako pierwsze, uświadomił sobie, że siedzi na środku jezdni w samych bokserkach, czyli tak, jak poszedł do łóżka. Jako drugie, zobaczył na lewej piersi coś na kształt...


Róża? Biała róża? – Jonathan zmarszczył czoło, na widok tatuażu – Robi się coraz ciekawiej.


Uważniej przyjrzał się swojemu otoczeniu. Budynki. Całe mnóstwo budynków na około niego. Z przezroczystymi ścianami.


Bosko. – pomyślał, gdy podnosił się nie śpiesznie z ziemi – Odwaliło mi kompletnie.


Podszedł chwiejnym krokiem do ściany. Z jednej strony wyglądała jak piasek, z drugiej strony przypominała wodę. Wyciągnął rękę i dotknął dziwnej materii. Zafalowała. Na około miejsca którego dotknął, zaczęły pojawiać się coraz większe, regularne okręgi. Dokładnie tak, jakby wrzucił kamyk do wody. Kierowany głównie zainteresowaniem, ponownie podniósł rękę i tym razem mocniej nacisnął na tą niby ścianę – niby wodę... i cofnął ją szybko zdezorientowany, odruchowo robiąc dwa kroki w tył. Ręka przeszła na wylot! Johny obiecał sobie solennie nie dziwić się niczemu więcej. Skupiony wcześniej na samej „ścianie”, teraz zaczął obserwować wnętrze. Równolegle do siebie postawione stoiska, regały i półki zajmowały całe pomieszczenie.


Czy to jest... sklep? Jeżeli tak, to wygląda na zamknięty. Nikogo nie widzę... – przyglądał się uważnie wnętrzu – Właściwie to jeszcze nikogo nie widziałem. I chyba nie chciałbym nikogo spotkać, dopóki nie będę wyglądał jak cywilizowany człowiek.


Wstrzymał oddech, zamknął oczy i zdecydowanym krokiem wszedł w ścianę.
 
__________________
Nigdy nie przestanę podkreślac pewnego drobnego, instotnego faktu, którego tak nie chcą uznać Ci przesądni ludzie - mianowicie, że myśl przychodzi z własnej, nie mojej woli...

Ostatnio edytowane przez Howgh : 26-11-2008 o 11:41.
Howgh jest offline  
Stary 26-11-2008, 23:06   #7
 
kabasz's Avatar
 
Reputacja: 46 kabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodzekabasz jest na bardzo dobrej drodze
W Thagarcie obowiązywały pewne prawa, jednym z nich niewątpliwie dobrym, było prawo nienaruszalności nowych stad. W dniu narodzin każdego stada, bezpiecznym mógł się czuć każdy jego członek. Gdyby nie fakt, iż proces narodzin jeszcze się nie zakończył Jonathan utopiłby się w piaskowo wodnej ścianie. Cóż zatem się wydarzyło ?

Piasek wdarł się do płuc mężczyzny uniemożliwiając mu swobodne oddychanie. Jego ręce, nogi ugrzęzły w drobinkach wodnego piasku, choć wydawał on się płynny i plastyczny będąc w jego wnętrzu nie możliwe było, dla żywego organizmu swobodne poruszanie się. Jonathan desperacko próbował wypełznąć ze ściany, było to jednak niemożliwe. Po kilku minutach walki o życie, jego ciało bezwładnie ugrzęzło wewnątrz piaskowo wodnej ściany. Mężczyzna stracił przytomność.



Czy jego ciało pozostało w jednym miejscu ? Skądże znowu, wszystko co istniało w Thagorcie żyło, chociaż inaczej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni.

Julian uderzał rytmicznie w ścianę jednego z budynków. Wraz z jednym plaśnięciem o wierzchnią warstwę piaskowo wodnej substancji jego ręka chwyciła coś solidnego. Choć mężczyzna nie był silny, udało mu się wyciągnąć ze ściany zwłoki Jonathana. Ciało półnagiego mężczyzny z impetem przygniotło Matczyńskiego do zimnej ulicy.

Jonathan odzyskał przytomność, leżąc na jakimś młodzieńcu. Pierwszym jego odruchem nie było zdziwienie a zwymiotowanie nagromadzonej w jego ciele substancji wprost na młode ciało Juliana. Piaskowo wodna substancja wraz z śliną oraz resztkami wczorajszej kolacji wylądowały na twarzy Matczyńskiego.


Mike Sheff szedł już po ulicach miasta dobrych kilka godzin. Bez skutecznie szukając jakiegokolwiek żywego człowieka. Możecie sobie wyobrazić jego zdziwienie na widok półnagiego mężczyzny wymiotującego na innego faceta (ubranego jedynie w samą piżamę)...
 
__________________
The world doesn't need anything from you, but you need to give the world something. That's way you are alive.

Ostatnio edytowane przez kabasz : 27-11-2008 o 11:02.
kabasz jest offline  
Stary 27-11-2008, 12:49   #8
 
Glyph's Avatar
 
Reputacja: 73 Glyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znany
Reynold obudził się. Przez zamknięte powieki docierało światło, nieomylny znak nowego dnia. Nie rozbudzonymi jeszcze zmysłami czuł miękkość materacu. Teraz wydawał się twardszy i bardziej, co mogło zdziwić wilgotny, lecz Burke nie przejmował się tym. Prawdziwe łóżko, spełnienie obietnicy, którą sobie złożył. To było ważne, nie zaś detale, obskurny pokój w motelu, nocne krzyki zza ściany. Prawdziwe łóżko.

Pierwszy raz, od tak dawna miał okazję przespać się na prawdziwym, wygodnym łóżku.

W głowie huczało mu jeszcze po wczorajszej nocy. Mgliście pamiętał bar, w którym ją spędził, nie potrafił powtórzyć co pił i w jakiej ilości, lecz nie to się liczyło. Nieważne, że z natury od alkoholu stronił. Kwestia nie leżała w chęciach, a w zakazie i możliwości. Skoro mógł w końcu napić się, porządnie wyspać, to wykorzystał okazję. Teraz, po prawdzie po trochu żałował, czując każdy ruch głowy. Stało się, trudno, czas zmierzyć się z rzeczywistością.

Westchnął z niedowierzaniem. Pierwszy raz od tak dawna upił się porządnie.

Pomalutku budził się do życia, otwierał oczy. Przyćmione, rozszczepione światło przywodziło mu na myśl podwodną toń. Teraz lepiej czuł ciepły dotyk na policzku, delikatne muśnięcia. Przyglądał się głaszczącej go dziewczynie leżącej z zamkniętymi oczami tuż przy nim. Kątem oka dostrzegał wodniste zarysy ścian. W takiej scenerii kojarzyła mu się z nimfą i to, mógłby przysiąc, znajomą nimfą, choć w tej chwili nie mógł zrozumieć skąd takie wrażenie.

Uśmiechnął się. Pierwszy raz od tak dawna spędził noc z kobietą...

Naraz umysł dogonił ciało zmuszając do wyciągnięcia szybkich wniosków. Ciało zawtórowało i mężczyzna gwałtownie odskoczył w tył, zatrzymując się dopiero na ścianie. Z całą pewnością, mimo wypitego alkoholu był przekonany, że tego ani nie zaplanował, ani nawet pamiętał. Dziewczyna była młoda, przy sprzyjających okolicznościach mógłby być jej ojcem. Wydawała się tak znajoma, tak łudząco podobna do kogoś, że zaczynał rozważać taką możliwość, co chwile zerkając na podnoszącą się powoli półnagą osóbkę.

-Co to znaczy? Gdzie.-wykrztusił zachrypniętym głosem i oniemiał.

Jego wzrok przykuło pomieszczenie. To, co w majakach brał za toń wody rzeczywiście wodą było. Domy z wody, coś czego racjonalny umysł matematyka pojąć nie potrafił. Jak gdyby na chwilę zapomniał się, dotknął dłonią wodnej powłoki. Ciecz wzmogła w gardle uczucie suchości. Kantem dłoni ściął wierzchnią warstwę i przystawiając usta do ściany ugasił pragnienie. Z nowymi siłami spróbował na nowo podjąć dialog.

-Kim jesteś, gdzie my jesteśmy?

Pytań, jakie mu się nasuwały było znacznie więcej. Począwszy od oczywistych, ważnych, w rodzaju co tu robimy, jak się tu dostałem, jak i tych mniej ważnych pytań o godzinę, wliczając w to zboczenia zawodowe, w rodzaju chęci oszacowania ilości drobin wody w otaczających ścianach. Przez chwilę je rozważał, a gdy wreszcie się ocknął z zakłopotaniem stwierdził, że wpatruje się w biust dziewczyny. Fakt ten unaocznił mu również drugą kwestię, iż sam jest półnagi.

Spojrzał na siebie, z gołym torsem, w bokserkach, z srebrnym zegarkiem na reku. W tym momencie trudno było określić, czy bardziej zdziwiony jest budową ścian, czy sposobem w jaki zdołał zdjąć spodnie pozostawiając buty.
Gorączkowo począł rozglądać się za swoim ubraniem, lecz pokój był pusty. Dziewczyna siedziała dalej sztywno na podłodze z lekko podciągniętymi pod siebie nogami i szeroko otwartymi wielkimi ciemno piwnymi oczami otoczonymi wachlarzem czarnych rzęs. Była nieruchoma jak kamienna rzeźba, której nie potrafi speszyć widok prawie nagiego mężczyzny. Reynold o tym nie mógł wiedzieć, a jednak wiedział, że to częsty stan Aleksandry, który wielu ludzi uważało za dziwny. Sama na podłodze wyglądała jak szmaciana lalka zostawiona po świetnej zabawie. Nie uśmiechała się widząc zakłopotanie mężczyzny wciśniętego w ścianę za nim, jednak na chwilę opuściła wzrok na swój dekolt, który przed minutą był obiektem tak "żywego zainteresowania" i delikatnie dotknęła białej róży na swojej lewej piersi. Dziewczyna nie była biednie obdarzona przez naturę, jednak nie potrzeba samoakceptacji czy też ograniczenie samouwielbienia w tym aspekcie jej własnego ciała była przyczyną czegoś na podobieństwo zdziwienia, zaskoczenia, czy tez oskarżenia, które pojawiło się w jej spojrzeniu, gdy podniosła głowę. Wstała i powoli, tak żeby znów nie wystraszyć Reynolda podeszła do niego. Zdecydowanym ruchem uniosła mu głowę i przyjrzała się takiemu samemu znakowi na jego piersi. Wyciągnęła dłoń...
Mężczyzna znów czuł na sobie jej delikatne dłonie. Tym razem choćby chciał się cofnąć, drogę zagradzała mu ściana. Chrząknął znacząco, w nadziei, że to coś pomoże, lecz dziewczyna była niewzruszona. Coraz większe zdziwienie i zakłopotanie rosło w jego sercu. Delikatnie próbował zdjąć jej rękę, gdy również i on zauważył znak. Wzburzyło go to mocno. Skąd u licha wziął się na jego ciele. Przyłożył dłoń obok jej dłoni, musnął po białych liniach.
"Tatuaż? "-myślał
Spróbował się opanować. Ścisły umysł domagał się natychmiast wyjaśnień, inaczej gotów zwariować.

-Kim jesteś? Wiesz co to jest, skąd to mamy? Rozumiesz mnie?- spytał łagodnie. Starał się nie podnosić głosu, choć z trudem mu się to udawało. Czuł się jak na leczeniu w psychiatryku, z tym tylko wyjątkiem, że przecież on nie był chory.

"Pięknie"- pomyślał, zirytowany. Wstał, odtrącając rękę dziewczyny. Począł miotać się po pokoju. "Zwariowałem, lub śnie". Sen słowo klucz, wkradło się w umysł Reynolda. Sen, przypomniał sobie dokładnie gdzie widział tę twarz. Przypomniał lustro i jej odbicie w nim. Jej czy może jego własne, bowiem we śnie był wewnątrz niej. Czy to możliwe, czy sny się spełniają?


-Aleksandra.-szepnął sam do siebie, po czym postanowił spróbować raz jeszcze -Enshuldigung Sie-przeszedł na łamany niemiecki-rozumiesz mnie?

Dziewczyna ciągle pustymi oczami wpatrywała się w twarz Reynolda, po czym po prostu zrezygnowała z pozy i marzeń o tym, że ktoś ja zrozumie... nawet we śnie. Pociągnęła go za rękę żeby usiadł obok niej i nie patrząc na niego wyrzuciła z siebie garść informacji, którą od dłuższego czasu starał się uzyskać:

-Aleksandra Nassau, rozumiałam Cię od samego początku i od razu ustalmy zasady – stwierdziła bez ogródek - nie spaliśmy ze sobą, po prostu dalej mi się śnisz i nie ja tatuowałam Ci kwiatek na piersi, która jakieś 10 lat temu straciła formę.

Mimo oczywistej ironii w samym sensie słów, nie dało się ani jednej jej nutki znaleźć w głosie dziewczyny. Popatrzyła na niego spokojnie, po czym zaczęły do niej docierać pewne fakty:

-Jak to A-lek-san-dra?

W tym czasie podświadomość Reynolda szybko przyjęła do wiadomości, iż może być jedynie sennym wytworem. Była to najbardziej sensowna i jedyna możliwość, choć on widział to raczej z drugiej strony, jakby to jemu coś się śniło. Tak też postanowił traktować całe zdarzenie. Spokojnie przyjął porcję informacji, jaką przekazała mu Aleksandra. Starał się nie dziwić niczemu, ani że dziewczyna zachowywała się niecodziennie, ani że nie odpowiedziała nic dotychczas. Znał ją przecież. Tyle razy czuł się jak ona, dotąd myślał, że jest częścią jego. Nazwał to podświadomością, a dziś spotyka ją tutaj.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że popełnił błąd i się zdradził. Zdenerwował go ten fakt, lecz pamiętając o mocy, jaką dysponuje dziewczyna spróbował się opanować. Efekt, jaki osiągnął wydawał się tylko jeszcze bardziej podejrzany.

-A więc droga Aleksandro, to jest sen-postanowił brnąć dalej w tą dziwną rozmowę-Jako twa myśl jakże bym nie znał Twego imienia.-odczekał chwilę, by zobaczyć, jaką reakcję wywrze to na dziewczynie. Jak mógł się spodziewać niewielkie.-Problem w tym, że Twój sen miał kiedyś sen o Tobie, stąd znam Twoje imię, lecz to nie wyjaśnia, co robię tutaj. Teraz.

Przez chwilę przeszło mu na myśl, czy nie jest to któraś z jej mocy? Sam władał czasem, czyżby ona potrafiła sprowadzić go tu we śnie. Jeśli tak to dlaczego i co dziwniejsze czemu o tym nie wiedział ?

-Skoro jesteś snem, to po co mi w nim facet, który boi się mnie dotknąć?

Przez głowę przebiegło jej tysiąc myśli, a ta, która dotarła bezpośrednio do głowy Reynolda była wyjaśnieniem jej całego światopoglądu na te kwestie: "Czasami przypadkowe myśli trafiają do przypadkowych ludzi..." Coraz bardziej wkręcała się w tą dziwną rozmowę.

-Różne są myśli.-nie wiedział skąd nagle przyszło mu to do głowy- Może rzeczywiście jestem tą myślą, która się boi. Czy Ty czegoś się boisz?

-Nie, strach dla mnie nie istnieje, jeśli zechce może przestać istnieć i dla ciebie, chcesz?

Zabawa w słowa czasami sprawiała jej cos na wzór drobnej przyjemności, uśmiechnęła się zachęcająco.

-Jeśli strach nie istnieje cóż ja bym uosabiał? - Zaryzykował. Jeśli rzeczywiście ma moc, obudzą się w domu, jeśli nie, wspólnie dojdą do wniosku, że nie jest to zwykły sen.-Jeśli nie istnieję, spraw bym zniknął. To Twój sen, postaraj się.

-Cóż byś uosabiał?- udała zastanowienie-To zależy tylko ode mnie, ale dla przykładu podam żądze, rozkosz, namiętność... Czemu nie? Przecież miałam się postarać...

Odczekała krótką chwilę, żeby zobaczyć wyraz twarzy rozmówcy, po czym dodała, jakby lekceważąc swe poprzednie słowa:

-Nie da się przez zabranie komuś uczuć sprawić by nie istniał, dobrze wiesz, że jestem materialna...

Znów lekko dotknęła jego dłoni, dotyk nie mógł być nieprzyjemny, jednak nawet najwspanialsze rzeczy, których doświadcza się cały czas z dnia na dzień, staja się zupełnie bezbarwne...

Mówi prawdę, czy udaje? Reynold nigdy nie potrafił wyczuć kłamstwa. Nie wiedział, co miałby czynić. Rzucić się na nią pełen żądzy jak tego oczekuje? Czy, aby na pewno tego oczekuje? Załapał się na tym, że usiłuje myśleć jej myślami. Cały czas miał wrażenie, jakby rozmawiał z drugim sobą. Człowiekiem, który siedzi w tym samym ciele, a jednak jest zupełnym przeciwieństwem. Nie, Aleksandrze nie zależało przecież na żadnym z uczuć, nie takiej jaką znał. Pogładził ją po dłoni, dał złudzenie, że rzeczywiście jest gotów robić co rozkaże, zaraz jednak brutalnie strącił tą myśl na ziemie:

-Przykro mi Alicjo, musze być innym uczuciem, ale to Twój zaczarowany ogród. Co dalej, gonimy białego króliczka, czy szukamy lustra?

Jej usta wykrzywił lekki uśmiech sympatii i przebłysk zainteresowania.

-Gratuluję panu erudycji, jednak za głęboko pan szuka odpowiedzi. Jeśli ja pana czuje, pan czuje mnie fizycznie to znaczy ze oboje istniejemy. Pojawia się pytanie, dlaczego zna mnie pan ze snów?

Czas był najwyższy skończyć grę i poszukać odpowiednich drzwi...

-Niezaprzeczalny, logiczny wywód. Przypuszczam, że to jedna z zagadek, którą mam nadzieję rozwiązać nim opuścimy to miejsce.-zrezygnował z udawanej maski, wiedział, że nie ukryje uczuć przed tą dziewczyną. Jego twarz nabrała pogodnego wyrazu.-Mów mi Ray, jeśli tylko sen nie narzuca nam bardziej formalnych stosunków. Jak więc będzie czekamy aż odpowiedzi znajdą nas same, czy wyjdziemy im na spotkanie?

Wyraźnie chciał zmienić niewygodny temat. Być może nazbyt wyraźnie.

-A co chciałabyś spotkać w śnie? Opanujmy się przez chwile, a może inaczej - opanuj się i zacznij myśleć, bo dajesz się ponosić emocjom. Wiesz więcej niż mówisz i to widać. Jednak nie dotyczy to świata, w jakim się znajdujemy. Jesteś anglikiem, nie podobne to do was. Dotykałeś ścian, wdziałeś, co się za nimi kryje, czułeś to zmysłami, wiec to jest. Poza tym to naprawdę jest, bo we mnie się nic nie zmieniło - możesz powiedzieć to samo o sobie?

Zaskoczyło go to pytanie. Aleksandra, znał ją na wylot, a mimo to okazywała się trudnym przeciwnikiem. Rozszyfrowała go, czuł to. I choćby teraz nie wiem jak zaprzeczał nie miało to sensu. Znał jej możliwości, prędzej czy później dowie się prawdy, po co więc odkładać to w czasie? Teraz czy później, to jedna i ta sama chwila.

-Dobrze. Koniec tajemnic. Spójrz, sama oceń, kim jestem.

Skoncentrował się. Starał się przywołać w myślach wszystkie jej wspomnienia, jakie znał. Pamiętał ze szczegółami wycieczkę, wypadek, szpital. Aleksandra mogła jak na przyśpieszonej taśmie oglądać całe swoje życie. Każdą z chwil choćby nie wiem jak głęboko ukrytą w swej podświadomości.

-Jestem Tobą? Czy Ty jesteś mną? Powiedz, czy to prawda, czy zmyśliłem to wszystko?

Zdziwienie, to jedyna z niewielu emocji, na którą nie można się całkowicie uodpornić, bo przede wszystkim trwa za krotko. Teraz Aleksandra trafiła do świata, którego nie rozumiała, mimo że chwilę wcześniej była pewna tego że zamknęła potrzask wokół nieznajomego mężczyzny. Odrobina zabawy prowadząca tak daleko... Odsunęła się od niego, próbowała wyjść z pokoju bez słowa... zatrzymała się jednak w pół kroku, chyba nawet w dokładnie tym samym miejscu, w którym zrobiła to wchodząc do tego pomieszczenia. Czuła granice tego świata... Może właśnie w tym miejscu skończyła się czyjaś droga?

-Ty też widzisz wspomnienia... Pokaż mi inne.

-To jak przekroczyć granicę dobrego smaku. Wspomnienia są prywatne.

Wzdrygnął się na samą myśl, żeby ujawnić swoje życie. Sam znał jej, mógł sobie wyobrazić jak nieprzyjemnie musi się z tym teraz czuć i sam nie chciał tego doznawać. Starał się nie myśleć o przeszłości, lecz trudno myśleć, żeby o czymś nie myśleć. Paradoks, którego rezultatem stało się zaprzeczenie. Stąd sondując głowę mężczyzny Aleksandra mogła dowiedzieć się kilku faktów. Postanowił szybko z tym skończyć. Zmienił taktykę, począł wyobrażać intensywnie zwykłego szarego człowieka, idącego spokojnie ulicą. Przez chwilę wszystko wydawało się zwyczajne dopóki w kadrze nie pojawił się statek kosmiczny. Trudno jednak by jego pojawienie zignorować, gdyż Reynold rozmyślał nad treścią ksiązki, którą czytał ostatnimi czasy. Jedyna rozrywka, której nie miał zabronionej od dawna.

-Mogę udać wspomnienie, mogę sprawić byś uwierzyła w nie, lecz po co? Nie, nie czytam wspomnień innych niż Twoje, swoich zaś nie dam Ci dostępu. Przykro mi, nie ja chciałem tej mocy tylko ona mnie wybrała. -dodał usprawiedliwiająco.

-Nie możesz sprawić bym w cos uwierzyła, nie masz tej mocy. A jeśli masz spraw żebym uwierzyła w swoje człowieczeństwo.

Zdawało się ze na chwile uspokoił się jej oddech. Otworzyła spokojnie oczy.

- Wiesz wszystko o mnie? Czy wszystko, co wiesz jest o mnie?

Rozmowa brnęła coraz głębiej w sferę metafizyki, lecz kto powiedział że sny muszą trzymać się ziemi.

-Człowiek wierzy w to, co widzi, tak nas stworzono. Potrafisz zajrzeć w duszę, spójrz we własną i odnajdź je w sobie. Sama musisz je odnaleźć. Zrozumieć na nowo. Cóż to widać Twój cel tej duchowej wędrówki.

Zastanowił się nad własnymi słowami. Pasowały prędzej do ust kapłana niż naukowca. Czym było właściwie dla niej człowieczeństwo? Możliwością odczuwania? Potrafił myśleć i czuć jej uczuciami, czyżby był tym czego szukała? Po powrocie zamierzał wyprostować swój świat, a teraz jak na złość wszystko tylko się gmatwało.
Zatrzymał się by nabrać tchu i staranniej złożyć kolejne zdania. Pragnął by brzmiały przekonująco, czując, jakby od przekonania jej mogło zależeć jego życie.

-Znam Ciebie, wiem o Tobie wszystko, co lubisz, gdzie mieszkasz, co robiłaś przez ostatnie szesnaście lat życia, być może nawet dłużej. Znam tylko Ciebie i nikogo więcej. I uwierz mi to i tak o wiele więcej niż prosiłem.

-Ja nie mam celu i nie wiem czy wierzę w duszę, są granice, które mogę przesuwać, ale nie widziałam ich końca, mimo że miały swoje efekty... Wiec o co prosiłeś Reymondzie? Może znajdziemy twój cel, a może też wyjaśnienie, czemu tu jesteśmy.. Bo chyba kwestia takich samych tatuaży jest już dość oczywista... Albo się taka wydaje - jesteśmy częścią jedności..

Cala rozmowa wydawałaby się nierzeczywista, niezdolna do wydarzenia się w ogóle gdyby nie to ze przez cala rozmowę ton Aleksandry nie zmienił się ani razu... On był taki jak w sanach- wyprany z uczuć... bez emocji, za to pełen refleksji... Zdaje się ze tak mówią bardzo starzy ludzie, którzy juz wszystko przeżyli i nie maja juz nic do stracenia.

-Widać ktoś obrał cel za nas-spróbował zakończyć filozoficzny wywód, w jaki się wdali-może kiedyś się przekonamy, kto i dlaczego. Masz jednak racje, tutaj nie znajdziemy odpowiedzi.

Aleksandra była juz przemarznięta do kości, trzęsła się na całym ciele, a koszulka na jej plecach zupełnie przemokła od opierania się o ścianę z wody, bose stopy przemarzły do tego stopnia ze przestawała czuć podłogę... Zniechęcenie zaczęło do niej docierać falami wraz z fizycznymi odczuciami...

-Nie kiedyś i nie będziemy szukać odpowiedzi... Poszukamy wyjścia, ja nie wiem jak ty, ale zostawiłam tam na zewnątrz trochę spraw do zakończenia.

Spojrzała wymownie na jego "niekompletny strój"... Jakby sugerowała, ze on pewnie sam ma ochotę cos skończyć. Uśmiechnął się skrępowany i skinął głową. Stanowczo wolał być świadkiem życia dziewczyny niż ich uczestnikiem. Było to bezpieczniejsze dla zdrowia fizycznego jak i psychiki.

Nie musieli długo szukać wyjścia. Nim ruszyli ulicami dziwnego miasta, przez chwilę stali obok siebie, wpatrzeni w zielone niebo. Mężczyzna i jego podświadomość, czy może kobieta i jej dusza, a może jeszcze coś? Czas miał pokazać.
 

Ostatnio edytowane przez Glyph : 27-11-2008 o 20:35. Powód: literówki i inne chochliki
Glyph jest offline  
Stary 27-11-2008, 19:27   #9
 
grabi's Avatar
 
Reputacja: 33 grabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodzegrabi jest na bardzo dobrej drodze
Charles otworzył oczy. Wokół niego panował mrok, a raczej czerń, ponieważ nic nie widział. Nic, poza dużym, starym lustrem. Lustro miało masywną, mosiężną oprawę, na której było znać upływ czasu. Oprawa była pełna zabrudzeń, otarć oraz rys. Gdyby jej się przyjrzeć z pewnej odległości, można by dojść do wniosku, iż przedstawia postać, półanioła-półdemona, trzymającego w dłoniach taflę lustra. I tak pół twarzy widocznej na oprawie, przedstawiała pięknego anioła, patrzącego na ciebie łagodnie, z ustami trwającymi w łagodnym półuśmiechu, delikatnie trzymającego lustro piękną dłonią, natomiast druga połowa przedstawiała demona, spoglądającego przenikliwie i chłodno zarazem, z grymasem złości na twarzy, szkaradnymi pazurami nieomal nie przebijając powierzchni lustra. A w lustrze?

W tafli lustra widoczna była istota... Nie, nie. To raczej był stwór. Istotą można bowiem nazwać człowieka lub coś podobne do niego. Natomiast to, co znajdowało się w lustrze w żadnym wypadku nie można było nazwać człowiekiem. Było to humanoidalne stworzenie, okryte szarawą, ropuszą skórą, z twarzą niepodobną do żadnego znanego człowiekowi stworzenia. Ogólnie rzecz biorąc twarz była płaska jak u człowieka, miała także oczy umieszczone w tam, gdzie człowiek ma oczy. Jednak ich spojrzenie nie było normalne. Tęczówka była żółta, natomiast bielmo zastępowała czerń prawie tak czarna, jak ta, w której znajdował się właśnie Charles. Twarz nie posiadała nosa, a jedynie dwa okrągłe otwory. Usta były szerokie na jakieś dziesięć cali, a żuchwa była pokryta jakimiś komorami. Uszu także nie było, nie było także żadnych otworów na głowie lub szyi, wskazujących że istota ta może słyszeć.

Tak jak oprawa lustra uderzała człowieka swoją dwoistością, tak i dwoiste wrażenie miał Charles patrząc na to coś w lustrze. Z jednej strony czuł zdziwienie i zaciekawienie na jej widok, z drugiej strach i obrzydzenie. W lustrze coś się poruszyło i przez jego powierzchnię zaczęła przechodzić łapa stworzenia. Najpierw powoli przez taflę przeniknął jeden pazur, następnie jak wzbijające w powietrze stado gołębi, ruszyły za nim kolejne. Druga łapa także nie pozostawała obojętna i także zaczęła proces przenikania. Obydwie złapały się za ramę lustra i bestia poczęła się z niego uwalniać. Tafla lustra wygięła się nagle pod naporem ciała, przypominając bardziej błonę, niż taflę szkła. Wreszcie puściła i głowa była wolna. Teraz dało się dostrzec kipiące nienawiścią oczy oraz poczuć rozprzestrzeniającą się atmosferę strachu. Charles zaczął uciekać ile sił. Usłyszał lekki upadek - znak iż stwór się wydostał. Dalej biegł przez ciemność, nie widząc gdzie stąpa. W pewnej chwili wyczuł zapach świeżo ciętego drewna. Już zdążył postawić stopę, gdy zapadła się pod nim podłoga. Spadł chyba jakieś trzy metry w dół, lądując na plecach. Patrzył w górę, w miejsce po którym przed chwilą stąpał. Światło tam zapaliło się, ukazując na moment spadający w jego stronę cień. Stwór wylądował tuż nad nim, rozwierając ogromną, pełną zębów paszczę.

Charles otworzył oczy. Leżał w garniturze na ziemi, czuł zapach krzemionki. Wczoraj żegnał w barze znajomego, który zmieniał pracę, jednak nie brał niczego, co mogło spowodować takie koszmary. Jego serce stopniowo zwalniało, a jego umysł powoli utwierdzał się w przekonaniu, iż był to tylko sen. Rozejrzał się dookoła. Wokół niego struktury przypominające raczej coś ze świata fikcji, niż realną rzecz. Jednak czuł, że nie śpi. Wstał powoli, patrząc na czym spał. Była to szklana droga, a wokół niego były szklane budynki. Nie nowoczesne budowle, lecz budynki wykonane w całości ze szkła. Szkło to wyglądało jakby pulsowało, żyło własnym życiem. Akurat znajdował się przed budynkiem mogącym stanowić ratusz, muzeum lub bibliotekę. Ozdobne filary witały widza i zapraszały go do wstąpienia do środka, a bogate motywy roślinne cieszyły oko, niejako zapowiadając ogrom doznań, jakie można zaznać w jego wnętrzu. Charles podszedł do drzwi, rozchylając je. Szkło chlupnęło i ugięło się pod naporem jego dłoni a potem masywnie wyglądające drzwi otworzyły się. Zdziwiony Charles stuknął kilka razy dłonią w drzwi. Za każdym razem odpowiadało mu chlupnięcie oraz uczucie, jakby uderzał w taflę wody.

Wnętrze budynku mieniło się tysiącem barw. To światło wpadające przez atrium oraz szklany dach, odbijało się od wszelkich powierzchni, tworząc zadziwiającą grę świateł. Postać w garniturze pod wpływem zauroczenia, wkroczyła do wnętrza budynku...
 
grabi jest offline  
Stary 30-11-2008, 14:37   #10
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 1058 Kaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumnyKaworu ma z czego być dumny
Julian bawił się w najlepsze.

Od naprawdę długiego czasu nie był tak radosny. Ostatnie tygodnie były ciągłym zamartwianiem się, spaniem pod gołym niebem, obwinianiem i rozmyślaniem nad swoim poprzednim, jakże rozkosznym życiem. Beż żadnych piór, świateł, przerażonych głosów zakonnic…

Tak, potrzebował odmiany. Pewnie dlatego, zamiast spanikować, poszukać ubrań lub poszukać jakiegoś człowieka, podszedł do wodnej ściany, klepiąc w nią i śmiejąc się do rozpuku.

Nagle, pod warstwą wody jego dłoń wyczuła coś innego, twardego. Zaintrygowany, chwycił i pociągnął mocno do siebie. Było wielkie, długie i bardzo ciężkie. Ważyło chyba z osiemdziesiąt kilo! To było…

Chryste…

…ramię człowieka.

Pobudzony makabrycznym odkryciem, Julian znalazł w sobie siłę, by wyciągnąć nieprzytomnego człowieka z tafli wody. Gdy tylko bezwładne ciało wypadło z budynku, jego ciężar przygniótł chłopaka do ziemi. Leżał teraz, przygnieciony nieprzytomnym mężczyzną do ziemi, nie mogąc mu pomóc. A przecież, jeśli czegoś nie zrobi, to on umrze!

Nagle, mężczyzna otworzył swe oczy. Jego zielona twarz wyrażała doskonale stan, w jakim się znalazł. Zanim się zorientował, już wymiotował na młodą twarz Juliana. Ten zamknął oczy i skulił się, chcąc przetrwać najgorsze.

To było okropne! Leżał tam, nie mogąc się ruszyć, z wymiocinami na twarzy. Mieszanka wody, śliny i czegoś, co mogło wcześniej być kanapką z kurczakiem uderzyła jego lico, wywołując nieprzyjemną reakcje w nozdrzach. Julian zacisnął zęby, modląc się, by jego usta pozostały zamknięte. Wolał nie myśleć, co się stanie, jeśli je otworzy.

W końcu, po chwili, która trwała wieczność, strumień wymiocin się skończył. Chłopak, nie myśląc wiele, ruszył na oślep w stronę najbliższej ściany. Zacisnął nos i wsadził głowę w chłodny, czysty strumień wody. Trzymał ją tam tak długo, na ile pozwoliły mu płuca.

Co z nim?

Myśl przemknęła chłopakowi przez głowę, uderzając niczym strzała w sumienie. On tu brał prysznic, a mężczyzna mógł właśnie umierać w konwulsjach. Julian wstał, otworzył oczy i podbiegł do towarzysza. Klęknął przy nim, złożył ręce na jego klatce piersiowej i zaczął wykonywać masaż serca.

- Słyszy mnie pan? Halo? W porządku? Halo!- krzyczał, próbując przywrócić mężczyźnie świadomość.
 
Kaworu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:19.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167