Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-08-2009, 21:53   #1
 
Lost's Avatar
 
[Neuroshima] Pan Schultz nie będzie zadowolony. - SESJA ZAWIESZONA

Czemu walczę, by żyć, jeśli żyję tylko, by walczyć?



Serce, mózg i wątroba.

Najważniejsze organy Downtown – Schultzowego raju.
Krew zalewała ulicę. Wciąż i wciąż pompowana przez bijący mięsień. Przez każdego szczura, gangera, sklepikarza, ćpuna czy mieszkańca tej dzielnicy.
Sercem dzielnicy byli jej mieszkańcy.
Ludzi, którzy brnęli w krwi, żarli we krwi, srali we krwi, pieprzyli się we krwi i kimali we krwi.
Takie było prawo. Prawo Zasranych Stanów Zjednoczonych.
Ted zdawał sobie sprawę, że nie można inaczej. Niektórzy ludzie nie zasługiwali na życie w idealnym świecie, który kreował.
Tak podpowiadało mu jego szaleństwo. Szeptało mu na ucho. Rozwal tego, nie daruj tamtemu. Kręciło go wieszanie ludzi za jaja. I życie, jak sprzed apokalipsy. Widzisz te drobne sprzeczności?
Kiedyś był okrutny i bezlitosny. I nikt nie zwracał na to uwagi. Szef gangu musi taki być. Dziś jest jeszcze psycholem. I dalej nikt nie zwraca na to uwagi.

Wieża Reagana.
Tu na, którymś z wyższych pięter siedzi Ted Schultz. Mózg całego przedsięwzięcia.
Do niego należało wszystko co roztaczało się po horyzont z trzydziestego piętra. Nadpalone zwłoki Detroit.
Jeszcze dymiące.
Jeszcze jęczące.
Kiedyś był okrutny i bezlitosny. I nikt nie zwracał na to uwagi. Szef gangu musi taki być. Dziś jest jeszcze psycholem. I dalej nikt nie zwraca na to uwagi.
Nikogo to nie obchodzi.
Mają ważniejsze sprawy na głowie. Działka tornado. Dziwka na rogu. Trup przed drzwiami.

Coś musi oczyszczać cały organizm. Schultz ma swoje lata. Ma klasę i elegancje.
To nie narwaniec z Camino Real. On nie brudzi sobie rąk. Nie wyjeżdża czarnym wozem w miasto, odstrzelić kilku nawalonych anarchistów.
Co nie znaczy, że czarne auta nie krążą zatłoczonymi ulicami. Ktoś musi sprzątać syf.
Policjanci, najemnicy, ochroniarze, płatni zabójcy. Olbrzymia machina wchłaniająca wszystko, co stoi na jej drodze.
Cerber spuszczany przez Teda.
Oni tu pilnują porządku. Pozbywająca się toksyn wątroba.
To dzięki nim człowiek dwa razy się zastanowi zanim naciśnie spust. O ile już nie ma kilku dziur w czaszce.
Są skuteczni. Są bezlitośni. Są szybcy. I nie wybaczają. Schultzowie.



W Downtown jest taka mała knajpka. Właściwie to cukiernia. Taka jak sprzed wojny.
Cukiernia, rozumiesz?
Przestronna sala, małe stoliczki z małymi krzesełkami i wszechobecna słodka woń lukru.
Sam nie chciałem w to uwierzyć, ale ona istnieje. Byłem tam na najlepszym ciastku świata. Płaciłem nabojami.
Prowadzi ją stara murzynka. Ludzie gadają, że kiedyś ktoś ją napadł i pobił. Wiesz, takie rzeczy się zdarzają.
Poszła ze skargą do Schultza. Do samego Schultza. Głupia baba.
Ten jakimś cudem ją wysłuchał i posłał na miejsce swoich ludzi. Chłopaki szybko zrobili porządek. Jednak miłosierdzie Teda nie zna granic. Dał kobiecie do poprowadzenia cukiernię. W zamian dostaje co rano najlepszą kremówkę w całym mieście.
Jasne, że nie wierzę w tą gównianą historię. Inna sprawa, że facet naprawdę jest tam co rano.

Widzisz, świat jest pełen przećpanych anarchistów, którzy myślą, że są w stanie coś zmienić kilkoma spluwami i puszką sprayu.
Ktoś chciał wkurwić Schultza. I zrobił to skutecznie.


Pani Mayo wstała, jak zawsze około szóstej nad ranem. Tak przynajmniej wskazywał jej zegarek.
Choć teraz czas był trochę inaczej pojmowany, niż jak była młoda. Niż przed wojną.
Równie dobrze mogła być piąta, czy siódma. Lub w ogóle mogło nie być żadnej.
Tykanie zegarka było zupełnie inne. I nikogo nie obchodziło. No może tylko Panią Mayo.
Po kilkunastu minutach stanęła za kontuarem swojej ciastkarni. Pięknej, wypolerowanej, zupełnie nie z tego świata. Dorobku jej życia.
Służąca uwijała się na zapleczu, piekąc świeże ciastka. Zwalisty mężczyzna polerował szklane drzwi.
- Dzień dobry.
Mój dobry Al, ze wszystkim chłopak pomoże.
- Dzień dobry, Pani Mayo.
Czy dalej istniało coś takiego jak dobry dzień? Czy ktoś się jeszcze łudził?
Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Za kilka minut do środka wejdzie miły staruszek. Pan Schultz. Prawdziwy dobroczyńca Pani Mayo. Tyle mu zawdzięcza.
Kobieta schyliła się, porządkując kubki na kawę, stojące pod ladą.
Ryk motorów. Wulgarne okrzyki.
Ahh.. ta dzisiejsza młodzież. - Szepnęła sama do siebie staruszka, wyciągając ulubiony kubek Pana Teda. - Zero kultury...
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Wypierdalać stąd, brudasy! - Krzyknął Al. - Nie słyszysz, kurwa? .. Co jest?! O żesz!
Głuche uderzenia pałkami. Ciężki łomot ciała upadającego na ziemię. Rechot kilku gęb.
- No to się teraz kurwa zabawimy! Rozpierdolmy tą knajpkę! Barman! Kolejka dla wszystkich! Zróbmy tu ogień!
Trzask wybijanego szkła. Strzał. Syk farb.
- Tańczmy, kurwa! Tańczmy, na trupie świata!
Pani Mayo kuliła się na ziemi.
- Mój boże, mój boże..
Tak bardzo się bała.
- Cześć, czarna kurwo...



Brudna twarz. Pukle przetłuszczonych włosów. Obłąkany wzrok. I pistolet wycelowany prosto w jej twarz.
- Ty.. przecież.. przecież ty stąd odszedłeś..
Mężczyzna oblizał czarne wargi. Oczy rozszerzyły mu się z podniecenia.
- Powiedzmy, że wróciłem na ostatnią kremówkę..
Strzał. I kolejny. I kolejny. I kolejny. I kolejny. I kolejny. Pusty magazynek upada na podłogę. Pełny wsuwa się do komory. Strzał. I kolejny. I kolejny.
Ciało Pani Mayo podrygiwało w spazmach. Kałuża krwi mieszała się z lukrem.

Kolejne meble wypadały z hukiem przez wielkie wystawowe szyby. Na ścianach powoli wykwitały szkarłatne napisy. Trwała orgia.

PIEPRZYĆ STAREGO SCHULTZA!

JESTEŚ TRUPEM DZIADZIE!

BĘDZIESZ NASTĘPNY KURWO!


Niewinne wybryki młodzieży rocznik 2050.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.
Lost jest offline  
Stary 04-08-2009, 22:57   #2
 
Lost's Avatar
 
Ted Schultz myśli. Planuje. Przewiduje.
Jest do tego zmuszony. Zmuszony przez te wszystkie szuje i męty świata, który sprząta.
Tak.. to dobre określenie. On sprząta.

Widzisz nawet droga do toalety Pana Schultza wygląda zupełnie inaczej, niż twoje sranie. Tak, Pan Schultz chodzi do toalety za potrzebą, a ty kurwa idziesz zwyczajnie srać za jakimś wrakiem.
Zanim Ted pójdzie do ubikacji, wysyła tam dwóch goryli. Ci sprawdzają okolicę i same pomieszczenie. Później jeden z nich zostaje w środku, a drugi stoi pod drzwiami. I tak czekają przez pół godziny. Mówią na to zabezpieczanie terenu.
A w tym czasie Ted stąpa z nogi na nogę, nie?
Dopiero, gdy ochrona uzna, że jest czysto, to Pan Schultz idzie eskortowany przez następnych dziesięciu ludzi do tej toalety. Do środka wchodzi tylu, ilu się zmieści.
Co? Nie, no nigdy nie widziałem jak Schultz chodzi szczać. W sumie, to nigdy go samego nie widziałem nawet na oczy. Powtarzam Ci tylko, co ludzie gadają.

Czary Hummer wlókł się obudzonymi ulicami Detroit.
- Pierdolony.. Jakby nie mógł jeść w Reaganie.. - Rzucił z tylnego siedzenia mały chłopiec.
Tak, tak, dzieci teraz dorastają szybciej.


Na oko nie miał może dziesięć lat. Rozumiesz? Przeżył ich, aż dziesięć w tym posranym świecie. Nie wielu miało tyle szczęścia.
A ile dokładnie, to wiedziała może jego matka. O ile żyła. On sam jej nie znał.
To zbyt zwykłe by bić mu brawa.
Urodził się chyba w Detroit. Na pewno tutaj wychował. Znał każdy kąt i każdego szczura w okolicy. Dzieciak był prawdziwą kopalnią informacji.
Schultz doceniał młode talenty, jak nikt inny. Nawet tak młode.
- Zamknij się, Kociak. - Rzucił przez ramię Scorpion, obracając w palcach nabój.
- A w mordę to kiedyś dostałeś?! - Odpowiedział naburmuszonym głosem dzieciak. Mężczyźni wybuchnęli śmiechem.
Chłopiec zacisnął zęby i spojrzał przez zakratowane okno.
Monotonny krajobraz ruin Detroit. Kilku włóczących się brudasów, stara kobieta ciągnąca za rękaw jednego z Schultzów, odrapany wóz, z otwartą maską stojący na poboczu, oddział lokalnej policji pałujący krwawy strzęp ciała w jednym z zaułków, grupa krzyczących bahorów.
- Zatrzymaj się, zatrzymaj! - krzyknął Kociak.
Ant momentalnie nacisnął chamulec. Pasażerami, aż rzuciło.
- Co, żesz kurwa.. - wystękał.
Młody nic nie mówiąc, otworzył ciężkie drzwi i wyskoczył z auta.
- Co on, kurwa robi? - Zapytał sam siebie Scorpion.


Mały podleciał do siedzącego na ziemi staruszka i pociągnął go za ramię. Tamten spojrzał na niego znudzonym wzrokiem. Dzieciak mówił coś, entuzjastycznie gestykulując. Szczur nie odpowiadał, dopalając papierosa. W końcu Kociak, ociągając się, wyciągnął kilka skrętów z kieszeni i włożył tamtemu do ręki.
Dziadek roześmiał się, pogrzebał chwilę w swoich szmatach i wyciągnął z nich sfatygowane pudełeczko. Dzieciak otworzył je, kiwnął głową i z wielkim uśmiechem wgramolił się z powrotem do auta. Szczur odprowadził go wzrokiem.
- Czy tobie, młody odbiło?! Pozabijalibyśmy się przez ciebie! - Rzucił ze złością kierowca.
- Kurwa, kto to w ogóle wymyślił brać takiego gówniarza do wozu?! - krzyknął Hagemończyk.
Chłopak w ogóle nie reagował, wpatrując się zafascynowany w swoją zdobycz.
Wymiętoszony kartonik, chyba po czerwonych marlboro.
Kierowca ruszył dalej w drogę.
- Pochwal się chociaż, co tam masz, Kociak? - Spytał po kilku minutach nieco uspokojony Ant.
Chłopiec obdarzył ich szerokim uśmiechem.
- Patrzcie!


Kredki. Świat zamknięty w głowie dziecka. Na starych zdjęcia. W narkotycznych wizjach.
- Kurwa.. - Wymamrotał Scorpion.

Hummer mijał kolejne przecznicę.
- Powinniście poszukać plusów całej sytuacji. - Zmącił ciszę Ant. - Przynajmniej mamy szansę się załapać na kremówkę.
- Nie pierdól.. - Odpowiedział Scorpion. - W ogóle, jak to brzmi. Ochrona ciastkarnii? Co my mamy uważać, żeby staruch nie dostał zatwardzenia, jak się będzie opychał? I jeszcze będziemy musieli tam sterczeć godzinę, za nim się, kurwa pojawi. - Po krótkiej pauzie dodał. - Takimi pierdołami powinni zajmować się tacy, jak ten z tyłu. - Mówiąc, to wskazał na małego.
- Powiedziałem, żebyś wypierdalał.. - Odparował dzieciak.
- Jak cię zaraz gówniarzu, zła..
- Zamknijcie się, do cholery! - Przerwał kłótnie kierowca.
Pasażerowie spojrzeli się na niego, zaniepokojeni.
- Co znowu, kurwa?
- Tu jest za cicho. Po prostu za cicho. Wiesz, po czym poznać, że w mieście szykuje się rozróba? Miejscowi znikają z ulicy. Dzieciaki przestają wrzeszczeć, a kundle szczekać. I tylko Ty stoisz, jak ten debil na środku czekając na kulkę.
- Weź, kurwa nie przesadza..
Strzał. I kolejne.
- O żesz, kurwa!
Przecznicę dalej, ktoś urządzał niezłą imprezę, a przecznicę dalej stała cukiernia.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 04-08-2009 o 23:07.
Lost jest offline  
Stary 05-08-2009, 00:14   #3
 
DeBe666's Avatar
 
Stare, ruiny kamienic Detroit znikały szybko w tyle. Czarne, szare wspomnienia sprzed wojny.
Ktoś kiedyś mi powiedział, że to, jako jedne z niewielu miast wciąż ma iskrę życia i szczęścia. Szybkiego, niebezpiecznego, samobójczego szczęścia. Ale wciąż szczęścia. Może ten ktoś miał rację, ale Ant nigdy go nie doświadczył. Detroit było dla niego kolejną zepsutą, przeżartą beznadzieją i kwiatami apokalipsy metropolią oddychającą resztkami swoich czarnych, suchych płuc. Metropolią, w której żyły krew pompowało stare, psychopatyczne, potężne serce. Schulz.
Ale na horyzoncie pojawiła się wreszcie jakaś optymistyczna rzecz. Kremówka.
Dawno nie zjadł porządnej kremówki. Zanim dostał tu tę robotę dużo podróżował po stanach. Od Kalifornii, przez Teksas, Alaskę i Nowy Jork. I nigdzie nie mieli tak dobrych kremówek jak tu. Porządnych, świeżo wypiekanych, nafaszerowanym prawdziwym kremem, a nie jakimś gównem.
Ta myśl go zrelaksowała i uspokoiła jego umysł. Mimo to coś wisiało w powietrzu. Czuł to.
Gdzieś na tapicerce leżał notatnik. Rzucił go dzieciakowi. Nie był to piękny, skórzany pełny białych kartek zeszyt, który na dwunaste urodziny podarował mu kiedyś ojciec, tylko pożółkłe coś, na czym ledwie da się postawić literę. Ale lepszych pewnie Kociak nie widział na oczy.

- Narysuj mi kotka- zażartował Ant próbując zapomnieć o gryzącym go przeczuciu.
Kociak przez chwile patrzył na kierowcę nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Yyy...a pocałuj ty mnie w dupę -naburmuszony chłopak spuścił oczy.
Ant uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał na Scorpiona. Przez ten krótki czas jaki się znają zdążył dowiedzieć się tylko, że hegemończyk nie rozstaje się ze swoim Garand'em. Ale jemu to nie przeszkadzało. Nie lubił wiedzieć zbyt dużo.
Wyjął fajki z kieszeni. Był mistrzem w paleniu w samochodzie. Potrafił zajarać papierosa nie odrywając łap od kółka.
- Chcesz?- wysunął w stronę Scorpiona dłoń z paczką fajek. Ant zauważył, że Kociak na tyłach się ożywił. Ale nic nie odpowiedział. Kiedy ostatnio próbował zwinąć fajki Willisowi dostał ostre manto.
Strzały.
Na terenie Schulz'a.
Ich zadaniem było pilnowanie porządku na terytorium Ted'a, nie ważne jak starego nienawidzili. Mieli przynieść mu kremówkę.
Jeśli schrzanią poniosą konsekwencje.
A Bóg mi świadkiem, nie chcemy ponieść konsekwencji, pomyślał Ant wciskając gaz do dechy. Hummer przyspieszył, przejechał ulicę mijając stare kamienice i z piskiem opon wychamował idealnie metr przed blokadami, które zazwyczaj były obstawione ludźmi Schulz'a. Nie ma co, Ant był dumny ze swoich umiejętności prowadzenia dużych aut.
- Kociak, leć na zewnątrz się rozejrzeć- powiedział Willis nie odwracając głowy. Chłopak podniósł głowę. W ustach trzymał kredkę.
- Pocał mnie w dupę- skwitował, lecz po chwili musiał zmienić zdanie, ponieważ Ant wyrwał chłopakowi jego skarb z ręki. Pudełko z kolorowymi ołówkami wepchnął do kieszeni jeansów.
- Wy-pier...- zmarszczył brwi.
Kociak zaklął coś pod nosem i ociągając wygramolił się z Hummera.
 

Ostatnio edytowane przez DeBe666 : 05-08-2009 o 23:21.
DeBe666 jest offline  
Stary 06-08-2009, 01:13   #4
Kapitan Sci-Fi
 
Col Frost's Avatar
 
Scorpion tyle czasu robi dla Schultza. Tyle krwi dla niego przelał. Tylu śmieci pozbawił życia. Tyle interesów załatwił. A w nagrodę dostał robotę goryla. To już za Petriboniego było mu o wiele lepiej. Człowiek wiedział na czym siedzi i co jutro będzie robił. Miał porządną robotę, którą lubił i za którą dostawał dobrą zapłatę. A teraz? Może jutro staremu przyjdzie do głowy, żeby go posłać do sklepu po coś na kolację? Co za los...

Ale dzisiaj trzeba jechać do tej cholernej cukierni, bo staruszek jest przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa. A kto by go chciał ruszyć w tym mieście? A raczej kto byłby na tyle szalony? To już bezpieczniej rzucić się do zbiornika z radioaktywnym gównem.

Jednak co można poradzić. Taki los wybrał bandito, gdy wpakował kulkę swojemu byłemu szefowi i póki nie nadejdzie jakaś okazja musi się w ten sposób poniżać. W tej chwili pracuje z jakimś ciekawskim kierowcą i smarkiem, który właściwie nie wiadomo na co może się przydać. Cała trójka zmierza właśnie do celu czarnym Hummerem.

Kociak, bo tak nazywają tego szczyla, bawi się na tylnym siedzeniu dopiero co zdobytymi... kredkami. Scorpion nawet nie starał się tego zrozumieć. Ant prowadził w tej chwili samochód i po krótkim naśmiewaniu się z dzieciaka, zagadał do najemnika:

- Wiesz S, pracujemy już ze sobą parę tygodni, a ja oprócz tego, że jesteś Hegemończykiem nic o tobie nie wiem...

- Taa? I co byś chciał wiedzieć w związku z tym? - spytał znudzonym tonem najemnik.

- Nie wiem. Cokolwiek. Masz hobby, zbierasz znaczki, motyle, uszy swoich wrogów. Chodzisz na ryby, masz psa?

- Psa? Nie, mam tylko kota - wskazał na tylne siedzenie, śmiejąc się z własnego żartu.

- Pfff... - Ant docenił żart Scorpiona. Liczył, że Kociak coś odpysknie, ale ten był widocznie potwornie zajęty kredkami. - Od dawna jesteś w Detroit? - kontynuował przesłuchanie.

- Od jakichś stu może dwustu zabójstw. Kto by liczył?

- No to dłużej niż ja. Nikogo jeszcze nie kropnąłem dla Schultz'a. Nie było potrzeby, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

- Póki to nie będę ja, nie mam nic przeciwko. Możesz nawet kropnąć tego smarka. Działa mi na nerwy.

- Kociak? Skąd on się tu w ogóle wziął? Znasz go?

- A czy ja wyglądam jak niańka? Nie znam go i nie chcę znać.

- Szczeniak od Schultz'a? Czyżby stary nas kontrolował przez niego? No nic, póki się za bardzo nie stawia, jest posłuszny i nie podkrada fajek mogę go ze sobą trzymać.

- Najchętniej bym go użył jako tarczy przy okazji jakiejś strzelaniny. Ale nie! Musieliśmy zostać wysłani do jakiejś chujowej cukierni, która jest ostatnim miejscem na tym zasranym świecie, gdzie mogło by się dziać coś ciekawego! Zawsze byłem wierny Schulzowi, nigdy nie występowałem przeciwko niemu, nawet nie dorabiałem na boku i oto nagroda. Kurwa!

- Dam ci gryza mojej kremówki na osłodę.

- Wal się! Akurat mi zależy na tych cholernych kremówkach.

- Ok. Jesteś Hegemonem, posłałeś sporo ludzi do piachu, nie lubisz smarkaczy, kremówek. To już coś - podsumował kierowca.

- A ty co? Moją biografię chcesz napisać, czy może tylko epitafium?

- Módl się, żeby nikt z nas nie musiał drugiemu pisać epitafium. Coś niedobrego wisi w powietrzu. Mam nosa do takich rzeczy.

- Nie martw się. Ja nie potrafię pisać.

- Toś mnie uspokoił...

- A co, fajki nie pomagają?

- No właśnie nie - wyrzucił peta za okno. - Palisz?

- Heh, a kto nie pali? Prócz smarka oczywiście.

- Zuch. Smark pewnie też pali. I to więcej od nas. Tyle, że nikt tego nie widzi. Pierdolone dzieciaki.

- Taa, co się dzieje z tą dzisiejszą młodzieżą... Kurwa, gadam jak jakiś siwy staruch.

- Dobrze mówisz. Takie pokolenie doprowadzi ten świat do ruiny. O ile obecne gówno to jeszcze nie ruina.

- Skoro twierdzisz, że może być gorzej.

- Pierdolę...

- Może nie w aucie co?

Ant zamiast odpowiedzieć wypuścił dym papierosowy z ust.

- A wal się - zakończył Scorpion.

Jechali chwilę w ciszy, gdy usłyszeli strzał. Potem drugi i trzeci.

- Kociak, leć na zewnątrz się rozejrzeć - rozkazał Willis.

- Pocałuj mnie w dupę - odpowiedział smarkacz swoim piskliwym głosikiem.

Ant jednym szybkim ruchem wyrwał z rąk chłopaka jego nowy skarb.

- Wy-pier... - powiedział stanowczo.

Podziałało. Dzieciak wyszedł z samochodu i wyruszył wykonać polecenie.

- Jak będziemy mieli trochę szczęścia, to już do nas nie wróci - stwierdził z nadzieją w głosie Scorpion.
 
Col Frost jest offline  
Stary 07-08-2009, 23:11   #5
 
Lost's Avatar
 
Oczy dziecka. Zadziwiające, jak pełne były ufności. Głęboko skrywanej pod piwnym kolorem. Naprawdę głęboko.
Spójrz na niego.
- Co się. kurwa gapisz?
Kociak. Bardziej z przekąsu niż z charakteru.

Drzwi zatrzasnęły się za chłopcem. Może odrobinę za głośno.
Dzieciak skulony podbiegł do barykady. Piętrząca się na wysokość klatki piersiowej góra poskręcanej stali i gruzu, zasłaniała go całkowicie.
Obejrzał się. Pozostała dwójka wciąż tkwiła w samochodzie wpatrując się w każdy jego krok.
- Skurczybyki czekają, aż mnie w końcu szlak trafi.. - Cicho westchnął. - To sobie jeszcze kurwa poczekają.
Wyciągnął rewolwer z torby i włożył go za pasek. Przydaje się do rozmów. Zarówno miastowych jak i tych dalszych. Nawet można by chwilę pogadać z centralą.
A co, jak co to ale w naszych czasach ludzie stali się niesamowicie elokwentni.
- Chodź, tu kurwo! Zabawimy się! - Ochrypły męski głos dochodził z wnętrza cukierni.
Zaraz za nim przez już rozbitą wystawę wyleciało kolejne krzesło.
- Został mnie, błagam zostaw! - Przerażony kobiecy głos przebił się przez rechot pijanych gęb.
Jak w kiepskich westernach. Grupa najebanych kowboi gwałci małolaty. Później wpada szeryf i z uśmiechem Johna Wayne rozwala im wszystkim mordy.
Detroit nie ma szeryfów. Sami zarzygani rewolwerowcy.
Kociak powoli zakradł się do witrynę. Rozbite szkło zazgrzytało pod nogami.
Stanowczo za mało by przerwać lukrową orgię.
Przed knajpą leżały cztery, poprzewracane motocykle.
Poprzestrzelane, brudne i porysowane. Gang spoza miasta.
Sięgnął po leżące na wystawie ciastko. Z uśmiechem wepchnął je do ust.
Długi, przeszywający krzyk. Ból kobiety. Ból jednej z setek. Tak zostało poczęte kolejne pokolenie apokalipsy.
Okruchy spadały na ziemię. Najlepsza cukiernia w Detroit i pewnie i na świecie, słowo daję.
- Pierdolę ten syf. Ta dziwka śmierdzi. Idę się kurwa przewietrzyć. - rzucił jeden z głosów.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Potykając się, wypadł przez nie umorusany mężczyzna.


Piwne oczy rozszerzone z przerażenia. Nieznajomy wpatrywał się w chłopca. Wzrok pełen zaskoczenia i gniewu. Przesycony narkotycznym urokiem.
- Spierdalaj stąd, gówniarzu. - wycedził, powoli sięgając po maczetę. Broń większą niż głowa Kociaka.
Dzieliło ich jakieś pięć metrów. Wystarczająco.
Mały sprawnym ruchem wyszarpał rewolwer za paska. W jego rękach, rękach dziesięciolatka wyglądał jak niewinna zabawka.
Trzy, ostatnie kule z hukiem poszybowały w kierunku napastnika.
Skowyt zwierzęcia.
- Trafił mnie! Mały skurwiel mnie trafił! Urżnę ci gardło, suko!
Suka już nie słyszała. Zdyszana biegła w stronę hummera.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 08-08-2009 o 12:53.
Lost jest offline  
Stary 08-08-2009, 13:50   #6
 
DeBe666's Avatar
 
Zza rastru krat Hummer'a Ant śledził poczynania Kociaka. Młody najpierw się skradał do barykad. Tam rozejrzał się po okolicy, po czym spojrzał w stronę samochodu. Coś mruknął bezdźwięcznie pod nosem.
- Zły kotek. Jak wróci, będzie drapał -powiedział z uśmiechem Willis odpalając kolejną fajkę, mimo to nie było mu do śmiechu. Zauważył jak młody coś majstruje przy pasku.
Hmmm...
Normalnie wkurwiłby się. Kto temu szczylowi dał broń? Nieprzeszkolony w używaniu rewolwera smarkacz z gnatem za paskiem może bardzo łatwo się zranić. Lecz to nie to miejsce i czasy, żeby narzekać. Tu się szybciej dojrzewa. Spluwa zastępuje smoczek.
Z cukierni dobiegły jakieś odległe głosy. Ktoś chyba miał kłopoty. Ant odwrócił się w stronę Scorpiona, który wciaż przeplatał łuskę naboju między palcami.
Spojrzał na niego.
-A nie mówiłem? Czułem, że coś się święci...- Willis ruchem nadgarstka przekręcił kluczyki w stacyjce, tym samym wyłączając silnik.
Ant wolałby nie opuszczać Hummera. W aucie czuł się jak w małej, kulloodpornej, ogromnej, zakratowanej fortecy. Ale cóż poradzić.
Kierowca odwrócić głowę i z powrotem skupił uwagę na dzieciaku. Ten akurat mijał jakieś motocykle po czym skradł się pod witrynę sklepu.
Dobrze, młody.
Młody, uważaj
jakiś sukinsyn wylazł z ciastkarni.
Spierdalaj, młody!
"Sukinsynem" był wysoki, umorusany jakimś syfem półnagi miłośnik własnoręcznie robionej biżuterii. W łapach trzymał łychę, którą można by zjeść naprawdę dużą zupe. Coś tam burknął w stronę Kociaka co chłopakowi się nie spodobalo. Smarkacz odpowiedział mu ogniem. Strzelił. Trafił.
Fiu fiu, może rzeczywiście coś z niego będzie, pomyślał Ant wyciągając ze schowka swojego Winchestera.
Willis trzasnął drzwiami i znalazł się naprzeciw cukierni. Toksyczne, cuchnące powietrze Detoroit popieściło jego nozdrza.
Dobry dzień, żeby wreszcie kogoś sprzątnąć.
- Kociak, stój!- krzyknął do chłopaka uciekającego co tchu do samochodu, po czym wymierzył w stronę napastnika. Chłopak zatrzymał się, z satysfakcją wpatrując się stronę postrzelonego przez siebie mężczyzny.
Kurde, znam takich. Ciche, tchórzliwe dzieciaki, które brak jaj i odwagi nadrabiają waleniem w kanał. Tworzą gangi, żeby udowodnić sobie, że wcale nie są takimi mięczakami za jakich uważa ich cały świat. Czas sprowadzić gnoja na ziemię.
- Nikomu nie urżniesz gardła kurwiu, najwyżej stracisz swoje jeśli nie będziesz grzeczny. Ja trzymam w łapie wycelowanego, załadowanego shotgun'a, ty nożyk. Jeśli się ruszysz, ja wypalę. Proste, teraz odpowiadaj na pytania, pierwsze brzmi:
Nie znam cię. Co robisz na terenie Schulz'a? Co się dzieje w środku?
Jedna zła odpowiedź i gini...

Tym razem nie miał okazji dokończyć, ponieważ zbir natychmiast rzucił się w stronę drzwi cukierni. Co za głupiec. Zanim zdążył się obrócić Winchester wypalił. Mężczyzna ryknął i padł przed drzwiami cukierni zalewając się krwią. Próbował czołgać się, lecz zdając sobie sprawę z tego, że nie może samodzielnie ruszyć żadną kończyną zaczął żałośnie wyć o pomoc. Kierowca mógł tylko patrzeć, jak z wejścia wychyla się jakaś postać i pomaga rannemu wczołgać się do budynku.
 

Ostatnio edytowane przez DeBe666 : 08-08-2009 o 16:43.
DeBe666 jest offline  
Stary 08-08-2009, 22:45   #7
Kapitan Sci-Fi
 
Col Frost's Avatar
 
Scorpion obserwował poczynania gówniarza bez zbędnego entuzjazmu. Właściwie było mu całkowicie obojętne, czy młody coś znajdzie, czy ktoś mu rozwali łeb szpadlem. Czasy, w których przywiązywał się do towarzyszy dawno już minęły, a Kociak był tylko wkurzającym smarkaczem.

Ten smarkacz zakradł się do cukierni, by po chwili stanąć twarzą w twarz z jakimś obszczymurem. Niestety zrobił najgłupszą rzecz jaką mógł zrobić w tej chwili. Najemnik widział doskonale ruch ręką bandyty sugerujący, dzieciakowi, żeby spadał. Ten zamiast spokojnie odejść i przekazać parę informacji ludziom, którzy mogli coś zdziałać, wolał pozbawić ich elementu zaskoczenia i popisać się swoim "heroizmem".

Wyciągnął nie wiadomo jak zdobyty pistolet i strzelił w bebechy temu frajerowi, a następnie zaczął uciekać (a jakże by inaczej!) w ich kierunku. "Prawdziwy popis odwagi smarku."

Ant, któremu najwidoczniej zrobiło się szkoda gówniarza, wyciągnął starego Winchestera i wyszedł na zewnątrz. Niestety zamiast rozwalić tamtego gnoja zaczął krzyczeć jakieś bzdury, zakończone dziwnym pytaniem. "Czy on jest ślepy i nie widzi co się tutaj dzieje?" Scorpion z minuty na minutę coraz bardziej się zastanawiał co właściwie tutaj robi. I zawsze dochodził do tego samego wniosku. Gdyby nie chodziło o Schultza już dawno byłby po drugiej stronie kraju.

Bandyta nie przejawiał chęci do współpracy i uznał, że najrozsądniejszym wyjściem będzie ucieczka. Niestety dla niego kule ze strzelby kierowcy były szybsze i rozerwały sporą część pleców tego durnia. Po kilku chwilach wycia ktoś wciągnął go do cukierni.

Najemnik spojrzał w lewo. W stacyjce tkwiły kluczyki. Bardzo go kusiło, żeby odpalić Hummera i wynieść się z tego śmierdzącego miasta. Gdyby to nie był Schultz... Nie było innego wyjścia. Założył na rękę kastet, chwycił mocniej Garanda i wyszedł z Hummera.

Nie odezwał sie ani słowem do czasu, gdy nie znalazł sie obok Kociaka. Chwycił go mocno za koszulę i spokojnym, ale stanowczym tonem powiedział:

- Brawo gówniarzu. Szkoda, że jeszcze fajerwerków nie odpaliłeś, żeby czasami nas nie zauważyli. Wracaj do samochodu.

Po tych słowach rzucił go w stronę auta i nie patrząc na efekt swoich poczynań dodał sam do siebie:

- Bezużyteczny gnojek.

Scorpion spojrzał na Anta wzrokiem pod tytułem "Coś się nie podoba?" i pokazując, żeby ten ruszył za nim podszedł ostrożnie pod cukiernię, stając pod szybą wystawową, ale tak by nie być widocznym ze środka. Właściwie nie miał żadnego pomysłu. Zakraść się już nie można, a cholera wie ilu ich tam siedzi w środku i co mają do dyspozycji. Pozostawały tylko dwa wyjścia. Samobójczy szturm odpada.

- Słuchaj - odezwał się do Anta. - Czy ci sie to podoba, czy nie, robimy po mojemu. Plan jest prosty. Ja zajmuję ich od frontu, a ty starasz się znaleźć jakieś kuchenne drzwiczki, albo chociaż tunel wentylacyjny. Wiesz, jak na tych głupich filmach. Potem walisz do tych kretynów od tyłu. Tylko już więcej ich nie pytaj czego tu szukają!

Gdy kierowca odszedł, Scorpion nie chcąc marnować zbyt wielu naboi, dopóki jego towarzysz nie znajdzie się na odpowiedniej pozycji, postanowił najpierw zagadać tych idiotów.

- Eee, głupki! Pewnie jeszcze tego nie wiecie, ale za chwilę będziecie wyglądali jak wasz kolega! Może zaoszczędzicie nam amunicji i się poddacie?!

Charyzma nigdy nie była jego mocną stroną...
 
Col Frost jest offline  
Stary 09-08-2009, 13:05   #8
 
DeBe666's Avatar
 
Ant nie chciał sprzeczać się ze Scorpionem. Hegemon wydawał się być władczym sukinsynem, który nie znosi jak ktoś go nie słucha, po za tym co lepszego mogli zrobić. Po cichu, na paluszkach przemknął wzdłuż zachodniej ściany, stosując się do instrukcji partnera wypartywał wejścia.
Tunel wentylacyjny, ja pierdole...
Nic nie znalazł. Dalej szukał czegokolwiek na tyłach ciastkarni, gdzie momentalnie uderzył go odrażający zapach odpadków. Z dwóch, dawno nie opróżnianych kontenerów wylewały się przegniłe śmieci, mnóstwo paskudnego organicznego gówna, plastikowe tłuste folie oblepione owadami.
To tyle jeśli chodzi o kremówki. Gdyby tylko Schulz wiedział jak stara przygotowuje te pyszności, chyba sam by zajebał murzynkę.
Chodziaż nie, podobno Ted ją dymał, a nawet kochał. Przynajmniej takie plotki chodziły po dzielnicy.

Na szczęście Ant nawet nie musiał zbliżać się do śmietnika, ponieważ zauważył obok siebie brudne, tylnie drzwi. Przylgnął do ściany, przeładował broń i zaczął badać wejście. Szukał jakiejś kraty lub dziurki na klucze, która pozwoliłaby mu zobaczyć wnętrze, zanim rzuci się ferwor walki.
 
DeBe666 jest offline  
Stary 09-08-2009, 21:13   #9
 
Lost's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Cm6rRi5QfXU[/MEDIA]

Wiesz, co najbardziej zniszczyło ludzkość? Nie bomby, nie setki megaton miażdżących gardła podbitym obcasem, nie głód, nie choroby, nie moloch, nie narkotyki, nie morderstwa, nie gangi, nie tanie prostytutki, nawet nie tornado.
Ludzkość wykończyła się swoim zwierzęcym popędem do samozagłady.
Ludzie nie chcąc żyć w takim świecie, zapragnęli umierać.
I mieli racje.


Ulica, przed głównym wejściem do ciastkarni

- Eee, głupki! Pewnie jeszcze tego nie wiecie, ale za chwilę będziecie wyglądali jak wasz kolega! Może zaoszczędzicie nam amunicji i się poddacie?! - głos Hagemończyka odbił się echem nad dziwnie opustoszałą ulicą.
Odpowiedział mu przeciągły skrzek rannego. Kolejny człowiek rozstawał się z pustym życiem.
Ze środka dochodziły odgłosy niespokojnych i gwałtownych ruchów.
- Co robimy, co robimy?! - rzucił z wnętrza przerażony baryton.
Bali się. Bali się, jak cholera. A tacy robią błędy.
Długa pauza.
- Zamknij ryj i kurwa zacznij strzelać!
Kilkanaście pocisków rozorało ulicę. Powietrze kolejny raz zgęstniało od ołowiu.
Przelatujące ze świstem kule z trzaskiem rozbijały resztki wystawy.
Co najmniej jeden karabin i chyba pistolet masakrował wszystko w swoim zasięgu. Nikt nie mógł tego przeżyć.
Nikt.


Wnętrze ciastkarni.

Przestał krzyczeć. Teraz tylko sapał cichutko, a z każdym oddechem powietrze uciekało z niego, jak z przebitego balonika.
Balonika przebitego kilkoma gramami śrutu.
Nawet nie ma w tej historii imienia. Jest tak nic nie znaczącym szczegółem. Jednym z wielu.
- Ja umieram.. umieram...
Tak, umierasz. To takie oczywiste. Codzienność.
Może do końca nie dowierzasz. Myślałeś, że jesteś nieśmiertelny. Jakaś cząstka ciebie zawsze tak uważała. Bałeś się o kumpli, gdy pociski zaczynały szumieć nad głową. Ale nigdy, przenigdy nie pojąłeś, że to może spotkać także ciebie.
Groza.
Wykrwawiasz się, leżąc w szkle, w drzazgach, w narkotycznym szale i we własnych flakach.
Coś co z zewnątrz musi wyglądać strasznie, co buzi odrazę, ciebie uspokaja. Jesteś zrelaksowany i coraz bardziej godzisz się z losem.

Krzyki. Gdzieś odległe. Ze świata żywych.
Jeszcze kilka sekund. Jeszcze kilka chwil. I to wszystko się skończy. A może wcale nie?
Więc, zrób to. Przygarnij go do siebie.
Biała damo.
Zrób to.
Nie broń się, kochanie.



Weź mnie za rękę i chodźmy. Nie wszystko jest takie banalnie proste jak się wydaje.
Strzały. Huk, jak gdyby bomba rozerwała się w twojej głowie.
Powrót do rzeczywistości. Zmącone wizje. Narkotyczne?


Po kilku chwilach kanonada ustała. Bez żadnej odpowiedzi.
- Candy, sprawdź to! Jeśli ten chuj dalej tam jest to... - Łachmyta stojący za kontuarem zawiesił głos. - To dobij skurwiela.


Brudna kobieta wstała z klęczek, mocniej uścisnęła pręt i ruszyła w stronę drzwi.
Lekko, jak polujący drapieżnik. Suka, którą nie chciałbyś zaciągnąć do łóżka. Odcięła by ci jaja i kazała zeżreć. I jeszcze by ją to bawiło. Na pewno by ją to bawiło.
Mocnym kopniakiem obaliła drzwi i tak ledwo już trzymające się na zawiasach.
Wyszła na zewnątrz i spojrzała w bok. Tam gdzie powinno leżeć martwe ciało jednego z Schultzów...


Lufa pistoletu. Strzał. Mknąca kula. Nawet nie zdążyła usłyszeć strzału, który ją zabił.
Irokez zabarwił się na czerwono. Kawałki mózgu i czaszki zdobiły futrynę drzwi.
Ciało ciężko upadło na ziemię.
- Zajebać skurwysyna!
Kolejne serie pruły powietrze nad Scorpionem.
Nikt nie mógł tego przeżyć. A on jak wielu na tym świecie był właśnie nikim.



Tyły ciastkarni

Ant zajrzał w dziurkę od klucza. Jak podglądacz, jak szpieg, jak włamywacz.
Pusta kuchnia, wypolerowane białe kafelki. I ciało młodej kobiety.
Zakrwawione podbrzusze i uda. Porozrywane ubrania. Twarz rozbita uderzeniami pięści.
I naga pierś unosząca się w spazmach płaczu.
I leżący na niej brudas. Z każdym szarpnięciem lędźwi wydający z siebie obrzydliwe sapnięcie.
Dziewczyna nie krzyczała. Nie miała już sił. Szlochała.
Szalona kanonada w budynku. Scorpion zaczął porządki.
Gangster zerwał się i sięgnął po oparty o ścianę karabin. Ofiara natychmiast zwinęła się w kłębek.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem, suko. - Powiedział i uśmiechnął się, odsłaniając przegniłe dziąsła.
Tylne drzwi otworzyły się z hukiem.
Stał w nich młody mężczyzna celując wprost w łeb bestii.
Strzał.
Głowa tamtego eksplodowała. Ciało ciężko upadło na podłogę. Białe kafelki całe w czerwieni.
Kobieta, umazana we krwi powoli wypełzła z budynku.
Kierowca spojrzał z obrzydzeniem na fontannę krwi z szyi trupa.
Sączący się jad.
Strzelanina na chwilę ustała by za chwilę wybuchnąć z tą samą mocą.
Ant oparł się o ścianę, ładując w swoją strzelbę kolejne pociski.
- Urywamy się stąd! - Krzyknął głos zza ściany. - Ty i ty, za mną! Reszta osłania. Wykończcie gnoja i spotkamy się na rozjazdach!
Ciężkie kroki podbitych butów.

Dzień będzie jeszcze długi. Bardzo długi.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 09-08-2009 o 21:18.
Lost jest offline  
Stary 09-08-2009, 22:33   #10
 
DeBe666's Avatar
 
Ant rzucił się pod ścianę. Uciekająca kobieta wyglądała żałośnie i odrażająco. Brodząc we własnej krwi próbowała uciec z miejsca masakry. Zatrzymał ją niski głos kierowcy.
- Słuchaj młoda, jesteśmy tu żeby ci pomóc. Ilu ich tu jest w środku?
Kobieta coś jęknęła, przestraszona skuloną pod ścianą czarną sylwetką przeładowującego pukawkę, ale szybko otrząsnęła się i pokazała na palcach.
Sześciu albo siedmiu. Dobra dziewczyna, silna dziewczyna.
Tym bardziej mam motywacje, żeby ich wszystkich pozabijać po tym co jej zrobili.

- Coś jeszcze powinienem wiedzieć?
- Wygląda...na to, że dowodzi nimi ten z pomalowanymi na czarno oczami. Tylko t-trzech ma broń palną...- powiedziała z trudnością. Na jej policzkach łzy mieszały się z krwią- ...teraz dwóch- wskazała na ciało swojego gwałciciela, po czym splunęła mu na martwą twarz.

Urywamy się stąd! Ty i ty, za mną! Reszta osłania. Wykończcie gnoja i spotkamy się na rozjazdach!

Ant chciał zadać jeszcze jedno pytanie ale do ciemnego pokoju wtargnęło trzech mężczyzn. Jeden z nich coś wykrzykiwał.
Jego pomalowane na czarno oczy dostrzegły w półmroku skuloną, demoniczną sylwetkę trzymającą Winchestera.
Jego pomalowane na czarno oczy spotkały się z oczami Ant'a.
Zatrzymał się.



Witaj w piekle.
Shotgun wypalił. Strzał zrobił pierwszej bestii ogromną dziurę w brzuchu. Nieruchome ciało zwaliło się na drugiego mężczyznę, który był wyższy i silniejszy od reszty. Szybko złapał dymiącego trupa i rzucił martwym kompanem niczym workiem na Kierowcę. Ciało uderzyło Ant'a w bok, mężczyzna poczuł, że broń wyślizguje się mu się z dłoni i zatapia w oceanie ciemności. Jedynym dowodem na jej obecność było uderzenie metalu o podłogę. Ten wysoki rzucił się momentalnie na Ant'a. Zanim obaj wylądowali na podłodze Kierowca zauważył dwie rzeczy.
Napastnik miał w ogromnej łapie wielką pałkę. Właśnie się zamachiwał.
Ten z pomalowanymi oczami uciekał tylnymi drzwiami.
Trach.
Bandzior jebnął Willis'a solidnie w głowę po czym rzucił się na Ant'a. Ogromne łapska zacisnęły się na szyi Kierowcy. Wielkolud oberwał łokciem w twarz i już Ant miał poprawić pięścią gdy kolano napastnika zmiażdżyło mu udo. Jęknął poddając się bólowi. Wykorzystał to wróg obrabiając mu najpierw twarz zarówno pięścią jak i pałką, po czym wyrzucając broń z ręki, zaciskając ramiona wzdłuż kończyn kierowcy. Następnie zaczął napieprzać czółkiem w twarz kierowcy.
Raz, krew prysnęła.
Rwa, nos chrupnął.
Chyba zaraz zemdleje. Ja pierdole, co za twardy sukinsyn. Skupić resztki sił. Kurwa zemdleje. Resztki sił. No dawaj...
Ant wyzwolił jedną rękę i zatopił palce wskazujący i środkowy w oczach wielkoluda. Poczuł jak gałki oczne zgniatają się pod ciężarem opuszków a ciepła krew spływa po nadgarstku. Druga ręka zacisnęła się na jądrach dużego miażdząc je.
Napastnik osunął się na ziemię. Kierowca upewnił się, że nie będzie sprawiać kłopotów sadząc tuzin kopów na twarz i korpus. Po chwili mężczyzna przestał oddychać, zatopiony w kałuży własnej krwi.
Ant otarł twarz z krwi. Wsadził czerwone od juchy palce do nosa i jednym ruchem nastawił kichawę. Zabolało.
Gdzieś na ziemi znalazł Winchestera. Przeładował go i wparował do następnego pokoju pociągając drzwi z kopa. Miał nadzieje, że spotka tam Scorpiona. W końcu skurwiel się chwalił, że jest takim ogromnym chojrakiem, ciekawe co zdziałał od frontu ciastkarni.
Jeden spierdolił. Ten ważny. Cholerka. Będziemy musieli go ścigać. Ale najpierw wyczyścimy cukiernię z lukru...
 

Ostatnio edytowane przez DeBe666 : 09-08-2009 o 22:36.
DeBe666 jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:57.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168