Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-01-2013, 19:20   #1
 
WiecznyStudent's Avatar
 
Reputacja: 20 WiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodze
Wybrańcy

The Witcher 2 Soundtrack - The Camp by Night - YouTube

Przystań Bogów to mała wioska, złożona z kilku długich drewnianych chat, położona nad Zamarzniętym Morzem Ludzie mieszkający w niej należą do klanu Głębokiej Przerębli i są podlegli królowi plemienia krwiożerczych Aeslingów. Przez większą część roku mieszkańcy łowią ryby drążąc przeręble w morzu ale raz na jakiś czas się zdarza że do tego wyjątkowego miejsca zjeżdżają się niezliczone tłumy wyznawców Mrocznych Potęg z całego niemal Starego Świata i nie tylko. Ostatnie takie wydarzenie miało miejsce ponad sto lat temu i wtedy pewien człowiek, pobożny, wyznający Sigmara obywatel Imperium dowiedział się o przeznaczeniu, o swoim upadku. Sama wioska nie jest jednak rzeczą najważniejszą, to tylko przystanek w drodze do najświętszego miejsca w całej Norsce, do wyspy której jeszcze nikt dotąd nie nazwał. Tam jednak nie może wejść nikt, nikt oprócz tych, którzy nie wezwą sami bogowie za pośrednictwem swojego strażnika. Czasem jest to jedna osoba, czasem więcej, tylko on wie jaki humor mają Mroczne Potęgi. Tej zimy Wybrańców będzie siedmiu…

Aslandir
Pierwszy przybył elf Aslandir. Kto wie czy jego przeprawa tutaj nie była najcięższa. Korsarze Druchii nie raz i nie dwa najeżdżali Norskę w poszukiwaniu artefaktów i niewolników i wielu z mieszkańców wzięło czarodzieja za jednego z nich, zwiadowcę, szpiega. Mimo jednak nieufności ludzi i nie ludzi jakoś tu dotarł. Zawdzięczać mógł to swojej determinacji, która podsycana była przez głos, który w chwilach wahania wspierał go, kiedy chylił się ku rozpaczy pocieszał, a jeśli wątpił obiecywał.
Teraz przed oczami, tam gdzie horyzont się kończył rozpościerał się widok tak piękny jak i zabójczy za razem. Namioty wykonane ze skór zwierzęcych, a czasami nawet ludzkich można było liczyć w setkach, chociaż nie wiadomo czy wtedy liczący nie pomyliłby się o jakiś tysiąc. Różnokolorowy tłum zachowywał się głośniej niż ten w marienburskim porcie, czy altdorfkim targu. Elf zatrzymał się czy to z zachwytu czy ze strachu, trudno powiedzieć, jednak po dłuższej chwili poszedł przed siebie wspierając się na swym wiernym kiju. Po kilku godzinach wreszcie udało mu się dojść do celu, pod namioty wojowników odzianych w rdzawoczerwone zbroje z dziwnymi runami służącymi za zdobienia. Zauważając go kilku wyszło mu naprzeciwko i największy z nich przemówił głębokim i niskim głosem pokazując elfa palcem:
-Druchii wysłali szpiega! Czaromiota! Khorn wynagrodzi mnie za jego głowę!



Viktor Fuchs
Weteran Areny, Karmazynowy Gladiator. Tak kiedyś nazywano Viktora. Teraz kiedy zjawiłby się w rodzinnym Middeheim z pewnością dostałby inny przydomek. Teraz jednak jego miejsce pobytu było inne, nie miasto Ulryka ale Norska, a dokładnie Przystań Bogów. Dotarł tam jeszcze tego samego dnia co elf Aslandir, chociaż co do dnia nie może być pewności, gdyż słońce już od dawna tu nie widniało na nieboskłonie. Nie wiedział co dokładnie robić. Urodził się w kraju gdzie warunki zwykle nie były zbyt sprzyjające ale tutejsze góry, lasy, doliny były jeszcze gorsze, szczególnie o tej porze roku. Czy właśnie po to tutaj trafił? Żeby nie wiedzieć dalej co począć? Viktor wszedł do obozu od strony namiotów należących do wojowników z klanu Szponów, dzikich, norsmeńskich barbarzyńców, którzy zgwałciliby swoje matki i siostry gdyby wymagałby tego od nich Slanesh. Ich jarl był poplecznikiem ulubionego syna Pana Rozkoszy, księcia Sigvalda. Był on jednym z najbardziej charyzmatycznych czempionów Chaosu. Na jego wezwanie stawał każdy wyznawca, jego stopy nigdy nie dotykały ziemi, a uroda nie miała sobie równych w tym świecie. Każdy miał jednak wady, nawet ulubiony syn, a ten był tak próżny że nawet na pole bitwy kazał swoim gwardzistom nosić lustra w których mógłby się przeglądać, a brzydoty nienawidził tak bardzo, że zdarzało mu się wyrzynać całe miasta, gdy coś według niego było nie tak. W tej chwili nie było go jednak przy swoich ludziach, gdyż oddawał się rozkoszy wraz ze służkami swego przybranego ojca.
Było zimno, jednak półnaga kobieta, piękność, jakiej gladiatorowi jeszcze nie dane było ujrzeć utkwiła w nim swój prawie że hipnotyczne, zalotne spojrzenie i w sposób w jaki to robią kurtyzany, zaczęła podchodzić do młodzieńca.
-Co tu robisz mój śliczny?- spytała Viktora piękność zaczynając gładzić go delikatną dłonią po policzku, po czym zaczęła obchodzić go dookoła- Widzę że ci zimno. Może pójdziemy do mojego namiotu i tam cię rozgrzeję.
Barbarzyńcy przypatrywali im się bez słowa, jednak na twarzach kilku pojawił się perwersyjny uśmiech. Dziewczyna w końcu się zatrzymała i jej usta zaczęły się zbliżać do jej ust, jednak młodzieniec się nagle otrząsnął, gdy poczuł ze coś się zaciska na jego talii, a Mianowie ogon ten nadobnej niewiasty…

Garat Moon
Nikt normalny nie chodzi przez Kraj Trolli, przynajmniej nikt, kto chce zostać przy życiu. Garat nie wiadomo czy był nienormalny, czy po prostu nie dbał o życie ale jemu się jakoś to udało. Obietnice jakie mu złożył ten głos przeważyły zdrowy rozsądek. Miał zostać panem i władcą, na swe usługi mieć tysiące wiernych żołnierzy, a zachcianki wykonywane przez rzesze niewolników. Żeby zrobić to jednak musiał dojść najpierw do Przystani Bogów w Norsce. Droga trudna ale czyż nie warta swojej ceny?
Na niebie unosił się dym z tysięcy ognisk, tam gdzie trzeba było iść, więc poszedł… W oddali ujrzał kilku odjeżdżających jeźdźców, gnali od jakiegoś wielkiego głazu jakby ich goniły kurgańskie hordy. Po dojściu do rzeczonego głazu Moon zobaczył ślady, ślady walki, co potwierdzać mogła krew i jakaś dziwna, śmierdząca wydzielina. Nagle usłyszał coś dziwnego, obejrzał się w lewo i ujrzał jak zza głazu wypełza coś… Nie było lepszego słowa aby to nazwać inaczej niż COŚ. Wielkie, okrągłe, bladozielone cielsko, przywodzące na myśl bulwę wspierało się na dwóch, umięśnionych ramionach, zakończonych potwornymi, brudnymi szponami. COŚ nie miało szyi ale na szczycie bulwy była dziura, z której co chwila wysuwały się chyba języki i wiły niczym macki. Po pewnej chwili wyleciał stamtąd jakiś przedmiot, a mianowicie hełm, cały oblepiony jakimś zielonkawym śluzem. Z boku COSIA w jednej chwili wyrósł jakiś bąbel. Rósł tak aż pęknął i wyleciała z niego brudna ropa. Podobno takie stwory mogły być kiedyś ludźmi ale spłynęło na nich zbyt wiele błogosławieństw od Mrocznych Potęg ale w tej chwili nie trzeba było się nad tym zastanawiać. W tej chwili trzeba było wiać!

Gustav Eisenberg
Rycerze Zielonej Chorągwi to wojownicy w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Są szkoleni zarówno w mieczu jak i w strzelaniu, a także taktyce prowadzenia walki i dowodzenia oddziałami. Z dumą mogą mówić o sobie że są prawdziwymi templariuszami swojej bogini Myrmidii! Dla nich nie ważne z jakich warstw wywodzi się rekrut i jak nisko, czy wysoko jest urodzony, musi mieć religijny żar w sercu, umiejętności i wiernie służyć miastu Talabheim i Talabeklandowi! Co więc na północy robi jeden z nich? Na tą zagadkę może odpowiedzieć tylko on sam. Z determinacją pokonał wszelkie trudności, zniósł niedogodności i nie znając drogi trafił do Przystani Bogów, swojego celu podróży, od którego na oko dzieliło go niespełna jedno stajanie.
Im był bliżej tym dało się zobaczyć coraz więcej wydeptanych w gęstym śniegu ścieżek, ślady się tak nakładały na siebie, że nie sposób było ich rozróżnić nawet dla wprawnego tropiciela, a takim musiał być każdy rycerz jego zakonu. Musiał iść dalej, nieważne że był zmęczony, odpocząć może przecież później. Nagle dało się słyszeć jednak pojedyncze zawodzenie wilka, za plecami, które zmroziłoby nie jedno mężne serce. Wędrowiec odruchowo przyspieszył kroku ale obóz był jeszcze za daleko. Co chwila oglądał się za plecy i po którymś już razie zatrzymał się i prawie przewrócił, gdyż przed sobą ujrzał śnieżnobiałą bestię o czerwonych jak krew oczach. Takiego wilka nie dane było mu ujrzeć jeszcze na oczy. Czy po tym spotkaniu zobaczy jeszcze cokolwiek? Kiedykolwiek?

Aver
Aver z Kulów. Już samo spojrzenie na niego wystarczyło aby spuścić z tonu. Ten w dodatku był watażką i wiódł za sobą jedynastu jeźdźców, chociaż na początku wyprawy było ich dwudziestu, tak jak przepowiedział to vitki. Właśnie on ze swojego plemienia odpowiedział na zew i przybył do Przystani Bogów długą drogą lądową. Po przedarciu się przez ziemie swych zaciekłych wrogów z południowego, norsmeńskiego plemienia, już można było w oddali zobaczyć zarysy tak wielkiego obozu, jakiego Aver w życiu nie widział, a to u kurganów zdarza się rzadko.
Jeden z jeźdźców o innych rysach twarzy niż pozostali podjechał do swojego wodza i z akcentem norsmeńskim powiedział:
-Zarze, to już tu, Przystań Bogów. Niedaleko leży wyspa świątynna, to najświętsze miejsce w całej krainie.
Zaiste, wspaniałe było to miejsce, gdzie swoje namioty i obozowiska rozbiły tysiące wojowników wezwanych tu przez bogów. Nie wiadomo czy można było to porównywać do tej armii, którą kiedyś wezwał potężny Asavar z Kulów ale i z tym można było iść na Praag i być może na sam Kislev, a potem zniszczyć słabeuszy z Imperium. Tak. Zostać następnym wybrańcem bogów , składać czaszki dla tronu Khornea, wyrywać serca dla Slanesha, Nurglowi ofiarować zawartość ich żołądków, a Tzenthowi ich ostatnie tchnienie!
Wjechali do obozowiska, gdzie było rozbitych kilka namiotów Kurgan. Jeden z nich, najroślejszy, postury Avera widząc wskoczył na swojego konia i podjechał by zagrodzić mu drogę. Oba konie stanęły dęba.
-Jestem Tonka Srebrny Rumak z Hastlingów, a ty słabeuszu wjechałeś do mojej części obozu!- wykrzyczał w języku kurgan- Zejdź konia, pokłoń się, oddaj mi swoich ludzi, a pozwolę ci lizać moje buty i doglądać moich niewolnic kiedy ci wytnę męskość! Będziesz nosił swoje jaja jak kobieta naszyjnik, a na plecach mój znak!

Aldebrad Rabe
Renegat zakonu Płonącego Serca jechał na swym wychudzonym rumaku przez śnieżną krainę. Paszy dla wspaniałego bojowego rumaka ze świecą można by było szukać, więc nie wiadomo ile mógł jeszcze pociągnąć. Nie pamiętał ile czasu był w podróży, nie wiedział po co tam jedzie, nie wiedział nawet gdzie jedzie i po co. Znaczy się po co to wiedział. Po potęgę! Tak mu przecież obiecano.
Noga go zaczęła swędzić, więc postanowił się podrapać ale momentalnie sobie przypomniał że przecież nie może się podrapać, nawet nie może go swędzić. Nie miał przecież ich obu. Spojrzał na to co miał zamiast nich czyli dwa kawałki metalu. Ci norsmeńscy barbarzyńcy mówili że to bogowie zesłali na niego łaskę. Może nawet rzeczywiście tak było? Był przecież teraz silniejszy, szybszy, a długi bieg nie mógł go zmęczyć. Może to było dobre? Może jego przeznaczeniem ma być stanie silniejszym, szybszym i wytrzymalszym?
W dali zobaczył już zarys obozu, więc pogonił konia do lekkiego kłusu aby przyśpieszyć ostatni etap podróży i wjechał między ogniska norsmenów. Obserwował ich wszystkich z góry. Wielu z nich nosiło krosty, kilku z nich miało niezdrowo zieloną lub bladą skórę. Kiedy przejeżdżał koło jednego z namiotów koń się spłoszył, stanął dęba i zrzucił jeźdźca, który upadł twarzą w błoto.
-Szlachetny pan z Imperium- usłyszał nad sobą- pozwól że pomogę ci wstać.
W tym miejscu ostatnią rzeczą jakiej można by się spodziewać to uprzejmość, więc rycerz obrócił się na plecy i już miał wyciągnąć rękę ale ujrzał nad sobą twarz, a raczej coś twarzopodobnego. To coś było porozciągane na wszystkie strony, owrzodzone gdzie się tylko dało, a z na wpół otwartych ust wyciekała gęsta flegma, która kapała prosto na zbroję Aldebrada.

Albjorn Rodgurn zwany Białym
Twarz Albjorna doskonale wkomponowała się w śnieg, no może poza oczami czerwonymi jak rubiny, lub jak sam wolał mówić jak krew. Był w końcu albinosem i dziękował bogom za to że kazali mu o tej porze ruszyć na pielgrzymkę do tego świętego miejsca. Gdyby wyruszył w czasie lata, słońce by nie zaszło aż do zimy, a tak nie raziło go przynajmniej w oczy. Czy był szczęśliwy że coś mu kazało się wyrwać ze słabego Imperium i przybyć do najświętszego miejsca w jego dawnej krainie? Być może. Wiele trudności musiał pokonać żeby dotrzeć aż tutaj samotnie. Teraz mu zostało jeszcze tylko kilkanaście kroków i będzie przy ognisku swoich rodaków. Widział jak na jego patrzą i musiał wytrzymać ich wzrok żeby zdobyć przynajmniej odrobinę szacunku.
-Jestem jarl Sven Elriksoon z klanu Żelaznych- odezwał się ich wódz- Jeśli chcesz możesz się do nas przyłączyć ale musisz pokonać jednego, to mi powiedział Khorne! Który się zmierzy z albinosem?
Na te słowa jeden z norsmenów wstał i powiedział:
-Jam Asgan Nielsoon. Powiedz swoje imię żebym mógł przedstawić twoją głowę Panu Czaszek!
 

Ostatnio edytowane przez WiecznyStudent : 13-01-2013 o 04:01.
WiecznyStudent jest offline  
Stary 13-01-2013, 11:12   #2
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 5242 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Aver był zafascynowany tym miejscem od momentu gdy je ujrzał. Setki namiotów swoje obozowisko rozbiły tysiące wojowników wezwanych tu przez bogów. Aver patrzył dumnie, bowiem czuł że będzie świadkiem a być może i uczestnikiem czegoś wielkiego. Aver zdjął hełm, który rzucił jednemu ze swoich przybocznych do potrzymania, ukazując spłaszczoną twarz o szerokich nozdrzach i wąskich oczach. Na wygolonej głowie, poznaczonej bliznami, na samym środku czaszki rozciągał się krótki irokez, przez co potomek Asavara Kula wyglądał groźnie. Potężnie umięśniona klatka chroniona była chroniona przez koszulkę kolczą, tak samo jak i dłonie i ręce. Przy jednym boku miał miecz jednoręczny, a przy drugim sztylet. Tarczę przyczepił tak, by trzymać ją w lewej ręce luźno i móc zasłonić się nią gdyby zaszła taka potrzeba. Wielki dwuręczny topór przewieszony miał przez plecy lecz tak by mu nie zawadzał.
Gdy jakiś łachmyta podjechał a właściwie zagroził drogę Averowi, jego niebieskie, zimne niczym lód oczy gdyby umiały zamroziły by śmiałka na miejscu. Gdy jego koń Gatso stanął dęba, Aver mocniej złapał za uzdę i ściągnął lejce by koń się uspokoił. Tak też się miało stać lecz gdy do jego uszu doszło:

-Jestem Tonka Srebrny Rumak z Hastlingów, a ty słabeuszu wjechałeś do mojej części obozu!- wykrzyczał w języku kurgan- Zejdź konia, pokłoń się, oddaj mi swoich ludzi…

Gdy tak Tonka się produkował Aver zmiejszył dystans do niego by być jeszcze bliżej. Tego co mówił nawet nie słuchał bowiem za jednym ruchem wyciągnął miecz jednoręczny, którym zaatakował go.
Wdawanie się w głupie rozmówki nie było zwyczajem Wodza, który śmiałków a w dodatku głupców nienawidził. Pierwszy atak był wymierzony w głowę, chcąc mu ją ściągnąć.

Sam Aver jeśli byłby zepchnięty do defensywy zamierzał unikać a przede wszystkim parować tarczą.

Grabieżcy Kula rozstąpili się od razu dając miejsce swojemu Zarowi. Miecze uderzały o tarczę. A oni wykrzykiwali jego imię. Wygrana wzmocni ich a przegrana będzie dla nich równoznaczna ze śmiercią. Bogowie rozsądzą.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)

Ostatnio edytowane przez valtharys : 14-01-2013 o 12:17.
valtharys jest offline  
Stary 13-01-2013, 13:12   #3
Rekrutacje
 
wysłannik's Avatar
 
Reputacja: 12199 wysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputacjęwysłannik ma wspaniałą reputację
Śnieg, lód, zaśnieżone lasy i zasypane śniegiem drogi, właśnie to rycerz był skazany oglądać przez całe dnie. Otulony w grube, białe niedźwiedzie futra jechał na swoim wiernym rumaku prowadzony głosem. Sam nie miał nic do jedzenia w ustach od kilkunastu godzin a jego koń jeszcze dłużej. Zimno sprawiało, że każdy ruch rękom wydawał się wywoływać jeszcze większe zimno, robiąc chwilową szczelinę pod futrem. W końcu w oddali ujrzał obóz. Popędził konia, wiedząc że zaraz sobie odpocznie i coś zje, że zregeneruje siły. Koń się nie sprzeciwiał, może też myślał podobnie.
W obozie jechał powoli, patrząc z lekkim obrzydzeniem na osoby w obozie. Były to w większości mutanty, a przynajmniej te przykuwały jego największą uwagę. Niektórzy w cale nie przypominali tego, czym byli kiedyś. Chaos tak zdeformował ich ciała, że w żadnym imperialnym mieście nie mogliby znaleźć normalnego życia, więc pozostawało im służenie pod sztandarem czempionów chaosu.
Nie wiadomo czemu jego koń nagle się przestraszył i stanął dęba, zrzucając swojego jeźdźca z grzbietu prosto w wydeptaną kałużę błota. Aldebrand miał już zamiar odwrócić się i wstać kiedy to ktoś odezwał się do niego oferując swoją pomoc. ~ Udawana uprzejmość? ~ pomyślał. Odwracając się ujrzał coś czego widzieć by nie wolał. Kolejny, wyjątkowo paskudny mutant traktuje go jak swojego a na dodatek rozpoznał w nim imperialne pochodzenie. Spojrzał na niego nie ukrywając zdziwienia i obrzydzenia. Alderbrand zastanowił się chwilę i podał mu dłoń, by móc wstać.
- Wszyscy są tu tak mili? - zapytał z niedowierzaniem szukając na jego zdeformowanej twarzy oczu albo czegoś oczopodobnego - Wybaczcie moje zachowanie ale nie codzienny to widok. - dodał grzecznie - Powiedzcie, gdzie znajdę coś do jedzenia dla mnie i mojego konia?
 
wysłannik jest offline  
Stary 13-01-2013, 14:28   #4
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 1745 Aeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłośćAeshadiv ma wspaniałą przyszłość
Gwiazdy i głosy w jego głowie doprowadziły go aż tutaj. Widok obozowiska zapierał dech w piersiach. Aslandir zastanawiał się ilu z tu obecnych zostało przywiedzionych tutaj tak samo jak on. Poprzez znaki na niebie i inne omeny. Wkraczając między namioty widział niejedne leżące na ziemi zwłoki. Do ich widoku był przyzwyczajony. Radował go widok tych, którzy ugięli się przed śmiercią. Tacy mogą teraz klęknąć przed nim, o ile spotka ich łaska służenia Aslandirowi.

Powitanie nie należało do najprzyjemniejszych. Wojownicy Wielkiego Rzeźnika nie lubili magów, tak było zawsze. Ci tutaj dodatkowo nie znosili elfów. Mylenie mieszkańców Ulthuan z korsarzami z Naggaroth należało do częstych błędów. Dla przeciętnego człowieczka to i to ma długie uszy. Śmieszna logika.

Aslandirowi do śmiechu teraz nie było. Wsparł się na kosturze i odpowiedział Khornitom:
- Dziwi mnie to, że tak wielcy wojownicy, jak wy, którzy z pewnością położyli trupem juz niejednego druchii nie wiedzą, że moi dalecy kuzyni nie używają magii. Tylko ich kobiety bawią się w magiczne sztuczki. Ja na kobietę nie wyglądam. Czyż nie? - zapytał elf wspierając się na kosturze.

Wojownik, który wezwał imię Khornea wyszedł naprzód i wyjmując dwa miecze z pochew rzekł:
-Czaromiot, to czaromiot, długouchy, to długouchy! Pana Czaszek nie obchodzi skąd jest jego czaszka!
Zaczął niebezpiecznie się zbliżać w stronę elfa, który wypowiedział pod nosem jakąś magiczną formułkę nauczoną go przez ludzi ale to poskutkowało tylko tym, że wojownik tylko zacisnął mocniej palce na rękojeściach. Aslandir spróbował tej samej sztuczki jeszcze raz i tym razem oba miecze wyślizgnęły się z dłoni adwersarza, co go widać troszeczkę zdenerwowało, gdyż z dzikim okrzykiem wydobywającym się z wnętrza hełmu ruszył biegiem na maga.
Elf widząc szaleńczą szarżę Khornity uśmiechnął się. Stanął na ugiętych nogach. Przygotował swój kostur. Miał przewagę dystansu i broni. Wyczekując odpowiedniego momentu chciał sparować szaleńcze uderzenia płytowymi rękawicami, a następnie... znów użyć przeklętych magicznych sztuczek.
Potężny woj okuty w płytowy pancerz z okrzykiem na ustach po prostu stratował elfa. Aslandir zdążył zniwelować sporą siłę uderzenia, ale mimo wszystko wylądował na łopatkach. Khornita jak to miał w zwyczaju, uniósł ręce i zaczął wrzeszczeć jakby dopiero co powalił smoka. Mag nie miał żadnych oporów, aby wykorzystać tę sytuację, wstał, doskoczył szybko do wojownika, a następnie wciskając dłoń w szczelinę w jego zbroi wyszeptał jakąś formułę. Berserker rozglądnął się. Gdyby jego twarzy nie przysłaniał hełm widoczna byłaby senna twarz. Sekundę później zakuty w zbroję woj padł jak niemowlę zapadając w sen.
Elf uśmiechnął się. Dobył sztyletu, ściągnął hełm Khornity, a następnie zagłębił ostrze w jego gardle. Krew przyjemnie trysnęła na dłonie Aslandira. Ten wyjmując sztylet podniósł go na wysokość oczu. Zaciągnął się jakby zapachem krwi i szepnął do siebie:
- Zapach uchodzącego życia.
Następnie oblizał swój palec, z którego ściekały krople krwi Khornity.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 13-01-2013, 15:36   #5
 
vanadu's Avatar
 
Reputacja: 122 vanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znany
Garat nie wahając się ani chwili, spiął konia i znacząco cofnął sie od napotkanego stworzenia. Koń zresztą był mu jeszcze potrzebny, a głupie bydle mogło trafić go z łatwością, Gdy cofnął się około pietnastu metrów zeskoczył z konia i schowawszy go za jakowymś załomem czy inną osłoną dobył łuku. Uznał bowiem że jego reputacja mogła by znacząco ucierpić gdyby po prostu uciekł. Koń wierzgał, okazując widoczny strach. Moon akurat był w stanie to zrozumieć. Sam miał cięzkie wątpliwości. Spróbował uspokoić zwierzę.
- Co mały, ty też myślisz żę to kiepski pomysł? powiedział do niego z cicha zwiadowca.
Rozejrzał się uważnie po okolicy. Starał sie wypatrzyć jakąś drogę która pozwoliła by mu obcjechać owe stworzenie. Zamierzał je ostrzelać, owszem. Ale chciał miec jak uciec gdyby co.
- Ehh, czas po raz kolejny wystawić moje szczęscie na próbę powiedział cicho do siebie
Wycelował uwaznie, zastanawiając się gdzie w tym czymś może być jakiś istotny organ i wypuścił strzałę.
Starał się trafić w tuż pod otworem gębowym. Udało się niemal idealnie i przeciwnik zaczął kurczyć się, zniząć.
Niedobrze, pomyślał. Czyżby chciał eksplodować śluzem? Cholender...
Kolejna strzała, wystrzelona prawie beż udziału umysłu wbiła się w stwora połowie jego wysokości. I kolejna - również, wbiła się prosto w jedną z jego odstających łap.
Ha, pokazywał jak dobrym jest łucznikiem. No i skórczybyk sie wywalił.
w tym momencie nastapiło to czego zwiadowca sie obawiał. Nastąpił wystrzał....na szczęście w skałę. Nic im nie grożąc. Usmiechnął się, na razie było dobrze. Już wiedział czego się spodziewać. Bydlęcie powróciło do dawnych krztałtów. Wystrzelił dwie strzały jedna po drugiej. Liczył że trafi mniej więcej w to samo, uszkodzone już miejsce.
Pierwsza strzała tylko przejechała po jego obrzydliwej powłoce. Kolejny tak samo. Szlag by to.
Strzał ubywało szybko. Korzystając z tego że bestia nie wiele mogła obecnie uczynić Garat zaczoł oszczędniej strzelać. Wolniej, dokładniej. Każdą musiał osiągać lepszy efekt. Musiało się udać, nie takie przeszkody pokonał na pustkowiach trolli.
Strzelił po raz kolejny, strzała solidnie zagłebiła się w korpusie. Wtedy pomiot się podniósł.....
 
vanadu jest offline  
Stary 13-01-2013, 16:00   #6
 
SyskaXIII's Avatar
 
Reputacja: 246 SyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie cośSyskaXIII ma w sobie coś
Pełen zdumienia Viktor prawie oniemiał. Jeszcze nigdy nie widział tylu wojowników sił chaosu w jednym miejscu. Tym bardziej, że wśród nich wszystkich nie było widać większych burd ani walk między wyznawcami różnych bogów.
Pierwsze co mu przyszło na myśl po widoku to pytania. Dużo pytań. -Dlaczego tutaj? Dlaczego chaos? Dlaczego ja ? Dlacz... - Z transu pytań w swojej głowie wybiła go piękna kobieta. Pierwszy raz był obiektem uwodzenia, tym bardziej pierwszy raz uwodziła go taka piękność. Gdy miał przyjąć już jej ofertę otrzeźwiał i odruchowo jak w trakcie walki odsunął się od niej.

- Mało brakowało demonie, ale nie ze mną te numery. Nie potrzebuję rozgrzania. Lecz jeśli chcesz to rozgrzeję cię moja zimna stal, która jeszcze nigdy nie próbowała rozkoszy krwi demonicy.

Karmazynowy gladiator pierwszy raz znalazł się w takiej sytuacji i takim miejscu. Nie widział czy to co właśnie zrobił nie było czystą głupotą i czy konsekwencji tego czynu nie będzie za chwilę żałować.
 

Ostatnio edytowane przez SyskaXIII : 13-01-2013 o 16:06.
SyskaXIII jest offline  
Stary 13-01-2013, 18:53   #7
Konto usunięte
 
Warlock's Avatar
 
Reputacja: 43836 Warlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputacjęWarlock ma wspaniałą reputację
Stary Świat pozbawiony był wszelkich uroków, szególnie o tej porze roku. Mróz, błoto i lodowato zimne wiatry dmiące z północnych krain były zmorą i końcem niejednego podróżnika. Nie było wielu takich odważnych (bądź głupich), co by w pojedynkę wybrali się do Norski choćby i legendy o mrocznych bogactwach czekających na podróżników były prawdziwe. Na ich drodze stały różne przeciwności losu - niebezpieczeństwa, o których opowiada się niegrzecznym dzieciom na dobranoc, a które powracają później w nie do końca urojonych koszmarach najznamienitszych wojowników. Mimo wszystko, mimo tych wszystkich złych proroctw i niebezpieczeństw był jeden taki co wybrał się w podróż samemu. Na jego zarośniętej twarzy malował się upór, zaś w oczach smutek, gniew, szaleństwo i wola walki. Nie zawsze był taki, chociaż zawsze swe powierzchowne uczucia krył za maską beznamiętności. Mężczyzna niczym cień przemykał przez las. Jego peleryna koloru brudnozielonego bezwładnie powiewała na wietrze kiedy łowca zgrabnie przemieszczał się między drzewami. Na jego plecach spoczywał topór oburęczny, zaś w ręku dzierżył on łuk dorównujący mu rozmiarom. Na imię miał Gustav Eisenberg, a był on rycerzem Zielonej Chorągwi, szermierzem, tropicielem i znakomitym łucznikiem. Czuł się wyjątkowo dobrze w tym niegościnnym środowisku. Otoczenie drzew, zwierząt i niezmąconej ciszy było dla Gustava swoistą ucieczką od przeszłości splamionej krwią jego towarzyszy. Wojownik był już zmęczony, każdy kolejny krok był walką z samym sobą, lecz tajemniczy głos w jego głowie nie słabł ani na chwilę. Przeciwnie. Im bliżej Gustav był kresu swoich siły, im bardziej był wyczerpany, tym silniejszy stawał się ów głos. Umysł nie potrafił walczyć kiedy ciało było słabe. Do obozu było tak daleko, a zarazem tak blisko. Przybył on z odległego Talabheim, miasta otoczonego kraterem i murami tak potężnymi, że oparły się każdemu najeźdźcy. On sam był rycerzem Zielonej Chorągwi, templariuszem na służbie Myrmydii i obrońcą potęgi Talabheim. Jednakże zawiódł Panią Wojny i swoich towarzyszy. Zerwał amulet swojego zakonu i porzucił go na śniegu zbrukanym krwią jego przyjaciół. Uległ Mrocznym Potęgom.



Gustav z każdym krokiem był coraz bliżej osiągnięcia celu. Czuł to, a ślady stóp zdobiące śnieg pod nim były tego potwierdzeniem. Nie poddawał się chociaż był już bardzo zmęczony. Głuchą, niezmąconą wręcz ciszę przerwał wilczy skowyt dochodzący zza jego pleców. Przeszył on templariusza na wylot i zmrożył mu krew w żyłach. Odwrócił się i stanął oko w oko z wilkiem jakiego nigdy w życiu nie widział. Jego dłoń spoczywająca na łuku zaciśnęła się gniewnie, druga zaś powędrowała w kierunku cięciwy. -Dlaczego nie zaatakowałeś mnie jak na drapieżnika przystało? Rzucił owe retoryczne pytanie jakby spodziewał się klarownej odpowiedzi. Był bardzo zaintrygowany nietypowym zachowaniem wilka. -Śmiesz rzucać mi wyzwanie, Bestio?! Jego głos drżał z gniewu kiedy naciągał cięciwę. -A więc to kolejny test?! Kontynuował już bardziej do siebie, jakby chciał by obcy głos z jego głowy mógł to usłyszeć. -Kimkolwiek jesteś... Powoli napinany łuk trzeszczał u podstaw. -...wiedz jedno... Broń osiągnęła swoje apogeum, wilk znalazł się na jej drodze. -...pokonam wszystkie przeciwności losu jakie postawisz przede mną! Palce zwolniły cięciwę, która z donośnym brzękiem wysłała strzałę w kierunku wilka. Pocisk z zawrotną prędkością przeciął powietrze rozcinając płatki śniegu po drodze, zwiastował on szybką śmierć. Grota mknęła na spotkanie z bestią.
 
__________________
[URL="www.lastinn.info/sesje-rpg-dnd/18553-pfrpg-legacy-of-fire-i.html"][B]Legacy of Fire:[/B][/URL] 26.10.2019

Ostatnio edytowane przez Warlock : 13-01-2013 o 22:39.
Warlock jest offline  
Stary 14-01-2013, 08:39   #8
AJT
 
AJT's Avatar
 
Reputacja: 14597 AJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputacjęAJT ma wspaniałą reputację
No i wyglądało na to, że Asgan szybko pozna odpowiedź potężnie zbudowanego, o imponującej muskulaturze, albinosa. Ten dzierżący dwuręczny topór, a ubrany w skórzaną kurtę woj, nie czekając nawet na to, by tamten zakończył swoje ‘powitanie’, natarł na niego szarżą.
- Albjorn! - krzyknął mogący budzić grozę, szczególnie wśród Imperialnych tchórzy, wśród rodaków jednak ciut mniejszą, mężczyzna. Jego twarz zdobiona była wieloma bliznami, po jeszcze większe ilości pojedynków.
- Rodgurn! – dodał po drugim uderzeniu, a splecione w warkocz, jasne włosy, odkryły odcięty kawał ucha, a z nim i rozorany policzek.
- Biały!!! – - zadał kolejne uderzenie trzymając pewnie, mimo braku trzech palców, swoją dwuręczną, morderczą broń.
Jego skóra była blada, a z oczodołów patrzały czerwonawe ślepia, gdy próbował pozbawić Asgana życia. Wiedział, że musiał wygrać. Jakby jednak przegrał, to i tak nie miał tu czego szukać. Gdyby przegrał śmierć mu by się po prostu należała.

Jeśli jednak ostatecznie by wygrał, rzekłby:
- Fortell Herren at hvit sendt deg! Fitte! - co znaczyło tyle co (Powiedz Panu, że Biały Cię przysłał! Pizdo!)
Po czym wymierzyłby ostateczny cios.
 
AJT jest offline  
Stary 15-01-2013, 21:55   #9
 
WiecznyStudent's Avatar
 
Reputacja: 20 WiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodzeWiecznyStudent jest na bardzo dobrej drodze
Aslandir
Krew Khornity była słodka, świeża i miała metaliczny posmak. Tak kończą ci, którzy uważają największą z sił jaką jest magia za słabość, ci którzy lekceważą przeciwnika. Towarzysze głupca widać wyciągnęli z tego jakąś naukę, gdyż zaczęli okrążać elfa z obnażoną bronią. Jednego mógł zabić, nawet dwóch ale z ośmioma nie miał raczej szans. Mag próbował podnieść laskę, która leżała dwa kroki od niego ale żelazny but przeciwnika z najeżonym kolcami morgenszternem to uniemożliwił. Inny popchnął go z tyłu, tak że czarodziej znalazł się na ziemi padając na trupa ich braci. Ten z kolczastą bronią uniósł ją w górę i już miał zadać cios ale zamarł bez ruchu i padł bezładnie na Aslandira przygniatając go ciężkim ciałem. Elf niczego nie widział ale słyszał dookoła odgłosy walki. Przyszło wybawienie, a może to kolejny wróg, który chce sam zabić maga? Chaos bywa przecież tak przewrotny. W końcu udało się wyczołgać spod trupa i ujrzał dość dziwne widowisko. Wszyscy wojownicy Krwawego boga leżeli martwi albo byli dobijani przez innych odzianych w wymyślne zbroje w przeróżnych odcieniach purpury i złota. Wszystkich łączyła jednak pewna rzecz, mianowicie ich błyszczące, srebrne, okrągłe tarcze przywodzące na myśl lustra.
-Nic ci się nie stało piękny elfie?- ktoś się zwrócił do niego w języku elfów, zaś zaś każde słowo było nieskazitelnie zaakcentowane- Nie pozwoliłbym aby ci obrzydliwie wyglądający brutale uczynili krzywdę czemuś takiemu.
Aslandir obrócił się w stronę osoby która to powiedziała i po prostu oczom nie mógł uwierzyć. Kilka metrów dalej znajdował się niezwykłej urody młodzieniec o złotych lokach, opadających na nieskalaną brudem, czy innymi śladami szczerozłotą zbroję, zdobioną znakami Księcia Rozkoszy. Przy lewym boku w pochwie spoczywała długa, wąska broń o zdobionej rękojeści, chronionej wymyślnym koszem, a na do ramienia przymocowana była lustrzana tarcza, z wielkim znakiem jego bóstwa. Na oko nie mógł mieć więcej niż szesnaście wiosen ale był niezwykle barczystej budowy, a obok niego i za nim stało kilkanaście kobiet egzotycznej urody. Osobnik zaczął iść w stronę elfa ale nie dotykał stopami ziemi, zawsze był o cal nad nią i mimo iż było dość zimno roztaczał wokół siebie aurę ciepła i zapachu fiołków.
-Jestem Sigvald. Książę Sigvald.

Viktor Fuchs
Demon wyglądał na zaskoczonego ale trwało to tylko chwilę. Zaśmiała się i zaczęła się przemieniać na oczach Viktora. Teraz oprócz skorpioniego ogona na głowie miała rogi, a zęby się wydłużyły i zaostrzyły niczym szpilki.
-Ssszkoda. Wielka Ssszkoda- wysyczała- Mi się nie odmawia.
Już miała się rzucić na gladiatora ale… coś się stało. W jednej chwili Viktor stał w jednym miejscu, a teraz gdzie indziej, w jakimś pomieszczeniu o drewnianych ścianach poobwieszanych w trofeach pochodzących od różnych stworów. W jednym koncie stało drewniane łóżko, przykryte wilczymi futrami, zaś po środku pokoju stolik, na którym stała kryształowa kula. Obok jakiś człowiek w bladobłękitnej zbroi, przypominającej zgrabny, chitynowy pancerz owada, trzymał nad tą kulą rękę, a oczy świeciły się dziwnym blaskiem. Po chwili zgasł, a człowiek się ciepło uśmiechnął i rzekł:
-One są jak modliszki. Zapewniają upojne chwile, których w żaden inny sposób nie zdołałbyś uświadczyć, a w szczytowym momencie zachowują się jak modliszki i obcinają ci głowę, gdy członek nadal jest wewnątrz. Piękne, tak. Znają się na rzeczy, tak. Zabójcze, przede wszystkim. Możesz potraktować że uratowałem ci życie ale wiedz że demon nigdy nie zapomni urazy.


Garat Moon
Pomiot Chaosu, chociaż zbyt wielkiej inteligencji nie można było mu przypisywać, był na prawde wściekły. Od dawna nie miał tak trudnej ofiary. Zawsze atakował z zaskoczenia ale teraz i on się znalazł w takiej sytuacji. Garat wcale się lepiej nie miał, wykorzystał już połowę strzał, a bestia stała i nie miała zamiaru się poddać, jednak zobaczył coś za jej plecami. Nadciągała kawaleria.
Dwóch jeźdźców w odstępie kilku metrów od siebie trzymało grubą, mocną linę. Zajechali potwora od tyłu i celowali prosto w łapy pomiotu. W jednej chwili znaleźli się przed nią i zeskoczyli zgrabnie ze swoich wierzchowców, ciągnąc linę aby przeprze wrócić przeciwnika. Doskoczyło do nich jeszcze czterech , po dwóch z każdej strony i dzięki tytanicznemu wysiłkowi udało im się bestia znowu leżała na ziemi, tryskając co chwile śluzem z paszczy i bulgocząc jakby się w środku coś gotowało. W tym czasie inni ciskali w nią włóczniami albo strzelali z krótkich refleksyjnych łuków. Pomiot nie miał teraz szans. Największy z jeźdźców, stary, olbrzymi i przerażający wojownik, o łysym, ponacinanym czerepie i zbroi z niedźwiedziego futra, zszedł z konia i wielkim, dwuręcznym toporem zadał ostateczny cios. Pomiot Chaosu nie żył co poświadczyć mógł potworny fetor, który wydał wraz z ostatnim tchnieniem.
Stary jeździec popatrzył smutno na hełm który leżał w miejscu, w którym Garat spotkał bestię, po czym zwrócił się do zwiadowcy w języku, którego ten nie rozumiał. Kiedy uświadomił sobie, że człowiek go nie rozumie zwrócił się do jednego ze swych wojowników, a ten w języku ludzi z Imperium powiedział:
-Zar chce porozmawiać z tobą.

Gustav Eisenberg
Strzała przeszyła łeb śnieżnobiałego wilka na wylot ale ten stał jeszcze w tym samym miejscu, bez ruchu, niczym posąg. Nic się nie stało. Gustav podszedł do niego i kiedy już miał wyciągnąć dłoń aby pomacać dziurę we łbie zwierzęcia, ten pękł na drobne kawałeczki, tak że łucznik musiał błyskawicznie zasłonić twarz, aby nie poraniły jej odłamki.
Zmieszany już miał iść dalej, kiedy za nim odezwał się głos. Kobiecy głos.
-Dlaczego to zrobiłeś?- odwrócił się ujrzał dziewczynę odzianą w wilcze futra, bladej twarzy i czarnymi kreskami kreskami, pod jednym z jej szarych oczów, które odchodziły od niego jak promienie od słońca na malowidłach świątynnych. Na głowie miała złoty diadem z czerwonym klejnotem po środku.
-Nie poznałeś nawet zamiarów zwierzęcia, a strzeliłeś do niego jakby był zagrożeniem, wyzwaniem. Tak robią dzicy i bezmyślni berserkerzy Khornea albo ludzie którzy się panicznie boją. Mnie też uznasz za zagrożenie i zastrzelisz?



Aver
Wielki kurganin nie lubił konwenansów. Zamiast przedstawić swoje imię i rzucić kilka obelg, jak to tradycjonalnie się robiło, ciął swym ostrzem z góry pod kątem, z taką szybkością, że przeciwnik nie zdołał zareagować. Cios rozciął twarz i kości czaszki i twarz hastlinga zalała się krwia. Z dzikim skowytem spadł z konia prosto w błoto i zaczął się wić w konwulsjach trzymając się za ranę. Wojownicy Avera za jego plecami zaczęli wiwatować, a grabieżca o norsmeńskim akcencie w głosie podjechał z nożem, o owiniętej ścięgnami końskimi , drewnianej rękojeści aby dopełnić tradycji i wykonać rytualne nacięcie na twarzy zwycięzcy.
Po dokończeniu oficjalnej części wojownicy Tonki Srebrnego Rumaka rzucili się twarzami na ziemię. Teraz kurganin mógł zdecydować czy przyjąć ośmiu nowych ludzi do swojej świty, czy złożyć ich w ofierze bogom.

Aldebrad Rabe
Mutant nie zwracał uwagi na minę człowiek, któremu pomagał, tylko z niespodziewaną zręcznością i siłą chwycił dłoń rycerza i pomógł mu. Kiedy Rabe zadał mu pytania tylko dyszał ciężko i patrzył na niego przez dłuższą chwilę, po czym nie spodziewanie odrzekł:
-Nie wszyscy ale Ojciec nasz nam nakazuje abyśmy pomagali innym w potrzebie i nieśli im święte przesłanie. Od dawna nie widziano tutaj nikogo tak dostojnego, więc ty jesteś tutaj niecodziennym widokiem- sparafrazował rycerza, po czym się zaśmiał, a następnie rozkaszlał na dłuższą chwilę. Kiedy już minął atak otworzył poły namiotu.
-Moi ludzie zajmą się koniem, wspaniały rumak, dawno takiego nie widziałem, a ty cny rycerzu możesz wieczerzać ze mną. Bym zapomniał. Kiedy wejdziesz to nie bój się Puszka, to poczciwa psina.

Albjorn
-Albjorn!- krzyknął blady berserker zadając potężny cios znad głowy. Przeciwnik próbował się zasłonić swoim toporem jednak nie zdążył i słysząc dźwięk swoich łamanych kości ręki upuścił broń.
-Rodgurn!- drugi cios obuchem topora od dołu trafił prosto w żuchwę gruchocząc kości Asgana i wybijając zęby. Potężny norsmen padł na ziemię dławiąc się własną krwią. Zwycięzca popatrzył na wodza, który kiwnął tylko znacząco. Albinos podniósł topór nad głowę aby skrócić męki swojej ofiary i zadając ostateczny głos powiedział już spokojniej:
-Biały.
-Albjornie Rodgurnie Biały- zwrócił się jarll Sven Eriksoon do niego nawet nie wstając od ogniska. Asgan zginął, więc musimy uzupełnić szeregi. Weź jego głowę jako trofeum na chwałę Khornea, jego rzeczy i namiot. Jeśli wrócimy do wioski weźmiesz jego niewolnice, a jego siostry i matka będą twoimi siostrami i matką. Jesteś od teraz członkiem Żelaznych. Zajmij miejsce Asgana przy ogniu, nie wiadomo kiedy strażnik wezwie wybranych.
 

Ostatnio edytowane przez WiecznyStudent : 15-01-2013 o 22:19.
WiecznyStudent jest offline  
Stary 15-01-2013, 23:14   #10
 
vanadu's Avatar
 
Reputacja: 122 vanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znanyvanadu wkrótce będzie znany
- Czemu by nie odparł Garat - A wybacz że zapytam, kto zacz?
- Nie odzywaj się niepytany psie-tłumacz zamierzył się włócznią ale jego pan podniósł dłoń do góry, na znak aby ten przestał i powiedział coś do niego.
-To jest zar Kadahan Syn Smoka z plemienia Dolgan, a my jesteśmy jego przybocznymi i braćmi krwi. Wiesz z czym walczyłeś?
- Szczerze mówiąc? Nie. Brzydki był, miałem zły dzień a on stanął mi na drodze. Zdarza się. wyjaśnił zadziwiająco jak na siebie szczeże zwiadowca.
-Odpowiadasz jak wojownik, chociaż masz posturę słabeusz z południa- odpowiedział tłumacz, po przetłumaczeniu słów dla Kadahana- To pomiot Nurgla. Zaskoczył wnuka naszego zara, a jego wojownicy uciekli, jak południowcy, kirdy zobaczą szczura.
Cóż, słysząc ostatnie porównanie nie ucieszył się Garat za bardzo. Zwłaszcza - pomyślał przekornie - że wiele dalej na południe się nie da, mieszkając na tymże kontynencie - niż jemu przyszło się narodzić.
Odpowiedział zaś:
- Faktycznie, widziałem jakichś jeźdźców uciekających w popłochu. Niedobra to śmierć dla wojownika, gdy porzucają go towarzysze. Cieszę się jednak że trochę przyciąłem to bydlę.
Cieszył się jak cieszył, ale brzmiało stosownie.
Jeździec przetłumaczył słowa na swój język, po czym wysłuchał pana i się skrzywił. Kiedy mówił w języku imperialnym, słychać było że ledwo przechodzą mu przez gardło:
-Zar mówi, że wykazałeś się odwagą i honorem sam walcząc i...- słowa uwięzły mu w gardle- i widzi że masz konia, więc chce uczynić cię bratem krwi, za to że pomogłeś mu w zemście.
- Jestem niezmiernie wdzęczny za tą zaszczytną propozycję ale czy zechciałbys mi wyjaśnić co to oznacza, gdyż nie niestety nie znam tego pojęcia
-Brat krwi to brat krwi
Zar wyjął topornie wykonany nóż. naciął skórę wzdłuż dłoni i podał narzędzie dla Moona.
Garat przyjął jego nóż i również naciął sobię rękę...mając głęboką nadzieję że nie wda się w to zakarzenie. Chwycili się za przedramiona i Kadahan przemówił coś w swoim języku, co jeździec przetłumaczył z nie skrywanym obrzydzeniem:
-Będziesz teraz jadał przy boku zara, walczył przy boku zara i otrzymywał od niego dary, jednak musisz podać swoje imię.
- Zwą mnie Garat Moon, jestem tropicielem odrzekł z lekkim skinienem głowy zarowi. Kadahan wysłuchał słów swojego wojownika, po czym tłumacz powiedział:
- Ruszamy natychmiast Garat Moon- a cicho pod nosem ale w reikspel, specjajnie jakby chciał żeby zwiadowca to usłyszał i zrozumiał- Garat Moon, imię dobre dla niewolnicy.
Widzę że zyskuję przyjaciół pomyślał Garat poprawiając popręgi swego wiernego konia. Cóż, mogło się skończyc gorzej. Mogło sie okazać że to bydle to wnuk zara. Schowawszy łuk do futerału był gotów do drogi. Ruszył za swymi nowo spotkanymi znajomymi. Nie poszło źle. Przebyłem pustkowia trolli. I zostały mi jeszcze aż cztery strzały. Mogło być o wiele gorzej. co bym począł gdyby zabrakło ich wcześniej?
Podróż trwała ładną chwilę. Była dośc spokojna - widać gromady zara nikt nie chciał ruszać. Napotykane po drodze stworzenia czy inni wędrowcy schodzili im z drogi.Po pewnym czasie ujrzeli wielkie obozowisko.
 
vanadu jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169