Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-09-2015, 01:22   #1
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5576 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
[Warhammer 2ed.] Cicha jak ostatnie tchnienie

“Któż z nas, żyjących, rzec może:
'Dostrzegłem śmierć, gdy wchodziła.
Wiem, którędy wyszła
Pozostawiając za sobą milczenie.'?
Zna Śmierć tysiące drzwi najrozmaitszych,
Którymi w dom nasz wchodzi bez przeszkody,
A nie powstrzyma jej zamek przemyślny,
Zasuwa krzepka ani wierne straże,
Gdyż przemknąć umie przez mury i kraty,
Śladu żadnego nie pozostawiając,
Zimna, tajemna i nieunikniona,
Mroczna i cicha jak ostatnie tchnienie.”
George Crosby, Medytacja moja o narodzinach i śmierci


29 Ulriczeit 2511 KI, Ulice Altdorfu, Noc



Pochmurna, zimowa noc zapadła nad stolicą Imperium. Płatki śniegu opadały niemo na brukowane chodniki i dwuspadowe dachy budynków. Cisza zalegająca wśród otulonych białą kołdrą ulic, zdawała się nienaturalna dla tak wielkiego miasta. Nieliczni, którzy wędrowali pośród ośnieżonych i strzelistych budynków w milczeniu znosili przenikliwy mróz, nie zakłócając spokoju nocy. Światła latarni padały na mroźną skorupę, przez którą z rzadka przetaczały się enigmatyczne cienie. Chrupot zgniatanego pod podeszwami ciężkich butów śniegu, w tej wszechogarniającej ciszy zdawał się potęgować przedziwne uczucie nienaturalności owej mroźnej nocy. A przynajmniej takie wrażenie ogarniało grupkę podróżników wędrujących ciasnymi i zaplątanymi ulicami jednej z dzielnic biedoty, pod przewodnictwem człowieka imieniem Edmund.

Ów młody mężczyzna o postrzępionych, brązowych włosach i pociągłej ranie na policzku nie odzywał się ani słowem, odkąd wyruszyli z Trzech Koron. Karczma ta miała pierwotnie stanowić miejsce spotkanie w sprawie pewnego zlecenia, jednak zamiast przyszłego pracodawcy, pojawił się jego posłaniec z listem, w którym zapraszał zebranych na spotkanie w miejscu gdzie oczy i uszy ciekawskich nie będą mogły ich dosięgnąć. Bez chwili zwłoki, mężczyzna przedstawił się imieniem i polecił awanturnikom podążać za nim. Miało to miejsce kwadrans wcześniej, a zniecierpliwieni i zmarznięci podróżnicy wciąż parli przed siebie.

Przemierzając uśpioną dzielnice zaczęli się zastanawiać nad tajemnicami, które skrywały zapuszczone domostwa i ciemne ulicę. Wszyscy mogli już usłyszeć plotki roznoszone półszeptem przez pijaną gawiedź lub gadatliwych karczmarzy o niewyjaśnionych zaginięciach miejscowej ludności. Podchmieleni i całkowicie pochłonięci przez swoją opowieść mówili o tajemniczej bestii pożerającej ludzi wraz z samymi kośćmi i ubraniami lub demonach nocy porywających swe ofiary do innego wymiaru gdzie przeżywać mieli teraz wieczne cierpienia. Sceptycy oczywiście nie dawali wiary takim historią, zaś straż miejska i zamożni całkowicie dementowali wszelkie plotki, zwalając wszystko na mroźną pogodę i ubraną w cienkie łachmany biedotę. Niezależnie od tego jaka była prawda, awanturnicy odczuwali niewyjaśnioną aurę strachu i niebezpieczeństwa, czającą się gdzieś na granicy mroku, tuż za narożnikami wysokich budynków lub na dachach kilkupiętrowych zabudowań.

Idący prawym brzegiem drogi, pochłonięty własnymi myślami Lothar nagle stracił równowagę, potykając się o coś. W ostatniej chwili schwycił się gołą dłonią przesiąkniętej zimnem ściany budynku, przeklinając pod nosem. Zainteresowany przeszkodą, która mogła stać się przyczyną kilku nowych siniaków, mężczyzna pochylił się nad zwałem śniegu. Tajemniczy kształt obiektu, wraz z każdą kolejną sekundą przybierał coraz to wyraźniejszą formę…

- Zostaw tego trupa – dobył się szorstki głos z samego przodu grupy, który należał do Edmunda. Zaś Lothar pojął znaczenie jego słów dopiero, gdy jeszcze raz przyjrzał się zasypanej przeszkodzie. Nagle zobaczył, czym tak naprawdę ona była. – O tej porze roku to tutaj codzienność. Nie traćmy czasu, to już nie daleko.

Pochód ruszył dalej, zostawiając za sobą skostniałe ciało, bezwiednie spoglądające w zachmurzone niebo spod warstwy białego śniegu. Krocząc w nierównym marszu przez zawiłe ulicę, często zawracając czy skręcając w mroczne boczne przejścia między domostwami, awanturnicy zatracili całkiem poczucie kierunku. Zastanawiali się czy ta zawiła droga jest efektem oddziaływania wszechobecne magii kolegialnej, która podobno swym intensywnym wpływem w niewyjaśniony sposób plątała ulicę Altdorfu i uniemożliwiała stworzenie dokładnego planu miasta, czy celowego działania ich przewodnika, by ponowne odnalezienie przez nich drogi było niemalże niemożliwe.

Monotonię zmurszałych i skruszałych zabudowań przerwało wyjście na koleją ulicę. Niemalże wszyscy wybałuszyli oczy, kiedy przed nimi ni z tego ni z owego, w środku dzielnicy nędzy i biedy, wyrósł wysoki, stworzonych ze spiczastych metalowych słupów płot, za którym znajdowała się sporych rozmiarów rezydencja. W prawdzie, swą posturą i wyglądem nie mogła równać się z nawet przeciętnymi szlacheckimi domostwami, jednak jej widok w takim miejscu niebywale zaskoczył awanturników. Wydawał się czymś sprzecznym sam w sobie. Spoczywał tajemniczo pośrodku zapuszczonych zabudowań, przyczajony niczym kot wśród gołębi.

Ich przewodnik ruszył dalej, nie zwracając uwagi na ich zaskoczenie. Wszyscy razem podążyli za nim brukowaną i odśnieżoną dokładnie ulicą, która ciągnęła się wokół rezydencji i zdawała się oddzielać ją od świata szarych ludzi. Dosyć szybko dotarli do bramy, przy której stały dwie przykulone postacie, przebierające co chwila nogami i ocierając odmarznięte ręce. Dostrzegłszy grupę zawiesili się w stanie niebywałego napięcia, trzymając ręce bisko rękojeści broni. Kiedy jednak spostrzegli idącego na czele Edmunda, rozluźnili się z wyrazem niewysłowionej ulgi. Uchylili przed nimi bramę i obrzucili ciekawskimi spojrzeniami przechodzących przez nią gości. Ujrzawszy stanowczo odbiegającą wzrostem od reszty, przechodzącą w środku szeregu Liapole, jeden szepnął coś do drugiego i oboje wybuchli stłumionym chichotem. Umilkli jednak błyskawicznie dostrzegłszy skierowane w ich stronę spojrzenie Edmunda. Przewodnik najwyraźniej cieszył się tu sporym szacunkiem.

Kierując się w stronę drzwi głównych, awanturnicy mogli nacieszyć się widokiem ośnieżonych ogrodów po obu stronach szerokiej ścieżki. Jednak sprawne oko mogłoby dostrzec nawet o tej porze roku, że ogrodnicy niezbyt przykładali się do jego pielęgnacji, jeśli w ogóle ktoś się nim zajmował. Zaś uwagę Wróbla i Ekharta bardziej przykuło światło dobywające się z jednego z bocznych okien na piętrze i cień, który zdawał się lustrować ich wzrokiem. Po chwili stojąca w nim postać zaciągnęła kotarę, oddzielając się od ciekawskich spojrzeń.

Kiedy dotarli do drzwi, przewodnik nie wysilił się nawet by zastukać mosiężną kołatką. Sięgnął za klamkę i pchnął je do środka, najwyraźniej spodziewając się zawczasu, że będą otwarte. Wnętrze sporego holu, delikatnie oświetlone światłem latarni nie prezentowało sobą szlacheckich standardów. Czerwony dywan ciągnący się od drzwi, swój koniec miał u szczytu zbudowanych naprzeciw schodów. Niewiele zakurzonych ozdób i mebli zdawało się być na siłę rozmieszczonych po pomieszczeniu. Zaś dalsza część rezydencji zdawała się być jeszcze mniej zadbana.

Skręciwszy w prawo, przeszli przez spore dębowe drzwi prowadzące na korytarz. Uwadze Kruka nie umknął jeden intrygujący szczegół. Wiszące na ścianach tarcze herbowe były puste i dobywała się z niech jedynie barwa okrywającego je szarego materiału. Nie mógł się niestety nad tym faktem szczególnie zastanowić, gdyż już wszyscy znaleźli się przed drzwiami na końcu korytarza. Tym razem przewodnik postanowił zapukać. Usłyszawszy odpowiedź otworzył drzwi i wpuścił gości przodem.

Ich oczom ukazało się spore pomieszczenie oświetlone ogniem buchającym z kominka. Olbrzymie, misternie wykonane biurko zajmowało sporą część przestrzeni, zaś w przeciwległej ścianie pomieszczenia wbudowane było duże okno z widokiem na ogród. Przed nim stał brązowowłosy mężczyzna odziany w białą bufoniastą koszulę nakrytą brązową skórzaną kamizelką i ciemne spodnie. Miał pociągłą, pokrytą szlachetnymi rysami twarz, jednak czas wyraźnie zdążył już odcisnąć na niej swe ślady. Jednak delikatne blizny, zmarszczki i kilkudniowy zarost potęgowały jedynie emanującej od mężczyzny wrażenie wyważonej pewności i uprzejmości.

- Ach, w końcu dotarliście – rzekł pozbawionym arogancji, lekkim tonem. Szerokim ruchem ręki wskazał na znajdujące się naprzeciw biurka krzesła. – Proszę, usiądźcie. Edmundzie, podaj gościom grzanego wina, z pewnością podróż w taką pogodę musiała być nieprzyjemna.

Wszyscy zasiedli na krzesłach ustawionych przed biurkiem, zaś ich przewodnik sięgnął po dzban stojący obok paleniska. Starannie rozlał szlachetny alkohol do przygotowanych na tacy kielichów i podszedł do swego pana. Mężczyzna wziął pierwsze z brzegu naczynie i pociągnął z niego, przez chwile delektując się smakiem. Następnie usiadł na zdobionym krześle przy biurku i zwrócił się do zebranych:

- W mojej profesji w zwyczaju jest, by gospodarz jako pierwszy próbował trunku. W ten sposób zapewnia gości, że nie przyprawił go wcześniej żadnym specyfikiem – powiedział, zaś Edmund podał wszystkim kielichy.

- Jest już późno, więc nie będę niepotrzebnie przedłużać. Nazywam się Gotthard Holst, zaś wy jak mniemam, jesteście zainteresowani zleceniem, które mam wam do zaoferowania. Zacznę więc może od kilku wyjaśnień – powiedział, a ton jego głosu jakby wytracił część swojej uprzejmość, a twarz przyjęła poważniejszy wyraz. – Nie będę kłamał, iż jestem wysoko postawionym arystokratą czy przedstawicielem gildii kupieckiej. Moja pozycja społeczna, jak i praca daleko odbiega od ścieżki prawa. Co oczywiście nie oznacza, że zadanie, które dla was mam, również od niej odchodzi.

Mówił, lustrując dokładnie wzrokiem wszystkich zebranych, zaś Edmund wyprostowany stał tuż za jego krzesłem, w milczeniu patrząc przed siebie.

- Tydzień temu kazałem moim ludziom znaleźć kilka osób, które niedawno przybyły do Altdorfu i nie mają tu żadnych poważniejszych wpływów i kontaktów. Nastały ciężkie czasy, w których zaufanie jest warte tyle co psie gówno i nikt nie jest pewien, czy ktoś za chwile nie dźgnie go w plecy. Dlatego wolę w tym przypadku postawić na obcych chcących zarobić, niż na wątpliwych podwładnych. Chyba większość z was wie już, na czym polegać ma zlecenie. Krążące wszędzie plotki o znikających ludziach w biednych dzielnicach są niestety prawdziwe. Waszym misją będzie dowiedzieć się co się z nimi dzieje z zaginionymi i kto za tym wszystkim stoi.
 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 17-09-2015 o 21:08.
Hazard jest offline  
Stary 14-09-2015, 17:25   #2
 
Gerappa92's Avatar
 
Reputacja: 949 Gerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwu


Liapola czekała cierpliwie. Nigdzie bowiem jej się nie spieszyło. Noc była długa a i tak z pewnością nie mogłaby zasnąć. Jako że na zewnątrz panował okropny mróz ludzie przesiadywali w karczmach, szczególnie wieczorem. Mimo to Niziołka znalazła dla siebie miejsce gdzieś przy blacie karczmarza. Wygrzebała z sakiewki ostatnią monetę i zapłaciła za grzane wino.

Ubrana była w dość zwyczajnie wyglądający płaszcz lecz wykonany porządnie i z dobrego materiału. Kiedy zdjęła swój długi szary szal w kratę odsłoniła delikatną skórzaną obroże, na której widniały wyżłobione runiczne znaki. Kiedy zdjęła kaptur odsłoniła długie kędzierzawe włosy, niedbale spięte z tyłu głowy. Spod płaszcza można było dostrzec antracytową sukienkę gorsetową, wyszywaną pięknymi koronkami. Pod nią na pewno miała jeszcze wiele warstw różnych bluzek i halek, chroniących przed mrozem. Na nogach miała wysokie wiązane skórzane buty na niskim obcasie.

Gdy popijała swój napój z nad kubka wyglądała jej blada twarz. Mały zadarty nosek, szerokie kości policzkowe i spiczaste uszy, lecz nie jak u elfów tylko jak u niziołków. Oczy miała tak ciemne, że nie sposób było odróżnić tęczówki od źrenicy. Wzrok ten patrzył na ludzi w karczmie bez emocji, obojętnie. Dziewczyna ze spokojem wypatrywała pracodawcy. Zamiast tego pojawił się posłaniec z listem. Dziewczyna nawet go nie otworzyła. Dało się wyczytać to bez słów, że osoba, która przyszła jest tylko posłańcem.

- Tak więc chodźmy - Odezwała się dziewczyna. Jej Głos był zaskakująco niski. Jej dziewczęca uroda bynajmniej na to nie wskazywała. Odstawiła resztkę zimnego już wina na blat i ruszyła za kompanią, którą zebrał wokół siebie Edmund.

Szła wyprostowana z rękami wpuszczonymi w kieszenie płaszcza. Nie zwracała uwagi na pozostałych mężczyzn, których zwerbował pracodawca. Szła z boku owinięta swoim szalem, którego końce zwisały za jej plecami.

Kiedy doszli na miejsce nie rozebrała się od razu lecz odsłoniła tylko swoje drobne lecz pełne, w kolorze malin usta. Usiadła na wolnym zydelku i pozwoliła aby gorący płyn przywrócił jej ciału pierwotną temperaturę. Skrzyżowała nogi odsłaniając jedwabne pończochy. Potrzebne jej były pieniądze. Holst mówił o sporej sumie a wszystko płacone za informację. Wizyta u Noma wydała jej się dobrym pierwszym krokiem. Krieg zgodził się ją zaprowadzić lecz nie znając zasad dobrego wychowania, kazał damie czekać.

Dziewczyna nie miała zamiaru towarzyszyć bandzie jednak nie miała wyboru. Nie wiedziała jak wrócić. Dlatego czekała w holu na Edmunda. Szła jak zwykle, prosta z podniesioną głową i z rękami w płaszczu. Kiedy zorientowała się gdzie jest odłączyła się od grupy i ruszyła na cmentarz.

Ludo siedział przy prostym stole na którym stała jedna świeczka, po której obficie spływał wosk. Jadł dopiero kolacje. Na piecu stał garniec z wrzącym gulaszem. Dziewczyna zdjęła płaszcz, wzięła miskę nałożyła sobie porcję i dosiadła się do grabarza bez słowa. Jedli przez chwilę w milczeniu.

- Cieszę się, że Ci smakuję. - rzekł łysiejący, wychudzony mężczyzna. Starał się udawać, że nie widzi jak ona udaję, że jej smakuje. - Dzisiaj znalazłem w szafce gałkę muszkatołową, więc może być nieco bardziej gorzkie.

- Nie szkodzi.. Znaczy się, bardzo dobrze smakuję. - Przełknęła z trudem kolejny kęs. - Słuchaj Ludo. Wiem, że to kosztuję. Na razie jestem bez grosza ale pozwól mi jeszcze kilka dni przenocować u Ciebie. - Spojrzała na mężczyznę lecz ten wpatrywał się w miskę. Wiedziała, że się nie zgodzi ale i tak nie miała zamiaru dzisiaj u niego nocować, musiała jeszcze zdążyć do Trzech Koron.

- Ludo wiesz coś na temat ostatnich zaginięć w mieście?

Drewniana łyżka z gulaszem zatrzymała się w locie. Spojrzał na dziewczynę podkrążonymi oczami.

- Powiedz mi co wiesz.

 
__________________
"Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia."
Albert Einstein
Gerappa92 jest offline  
Stary 14-09-2015, 18:16   #3
Łajza Jedna
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 6851 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację
- Myślę, że nie chcielibyście słuchać mojej historii. Mam się pierdolić? Owszem, to też lubię, ale nie gustuję w takich jak ty, zarośniętych brzydalach. Powiedzmy więc, że jestem strudzonym pielgrzymem kierującym się w rodzinne strony. To nie do końca prawda, bo nic mnie do domu nie ciągnie, ale pielgrzymem jestem prawdziwym. Byliście kiedyś w Wissenlandzie? Nie? To zaraz wam opowiem, jakie to cuda się tam wyczyniają. Karczmarzu! Ci mili panowie zaoferowali się, by postawić strudzonemu pielgrzymowi, to jest mi, kufel dobrego, reiklandzkiego ale! Dajże kufel! A wy, moi mili, słuchajcie, co wam rzeknie strudzony wędrowiec...

Na umyślnego od przyszłego pracodawcy czekał cierpliwie, o ile cierpliwym zwać można było głośne pokrzykiwania i opróżnianie naczynia za naczyniem. Zachichotał w sposób nieprzystający jego masywnej sylwetce. Na co były mu ostatnie srebrniki, jeśli nie mógł wydać ich na radosną popijawę? Tylko smętny głupiec o sinych jajach i smętnie zwisającym przyrodzeniu mógł prawić głupoty i rzucać nakazami bezsensownie ograniczającymi człowieka, tudzież istotę na tyle rozumną, by była w stanie kierować się bezinteresownym wyrachowaniem i egoizmem. Machnął dłonią, każąc karczmarzowi polać jego tymczasowym współbiesiadnikom.

Ludwig był pewnie stojącym, mocno zbudowanym mężczyzną, którego sfatygowane ubranie podróżne opinało wielki jak beczka tors, a splecione ręce ukazywały ogromne bicepsy. Mimo że przeżył blisko czterdzieści wiosen, zachował swą masywną posturę. Jego twarz stanowiła świadectwo intensywnego życia - jego ciężka, godna drapieżnika szczęka była lżejsza o zęby i porośnięta gęstą jak głóg brodą. Brutalny wyraz jego twarzy łagodziły widoczne mimo zarostu zmarszczki, przecinające ogorzałą twarz i świadczące o pogodnym usposobieniu. Powodowały, że nie wyglądał na okrutnika, a raczej zaprawionego życiem awanturnika. Miał bystre, pełne ognia, butelkowozielone oczy, więcej przywodzące na myśl Ranalda niż Sigmara. Był tęgi, ale muskularny, zaś dotyk jego dłoni przywodził na myśl fakturę nieoheblowanej deski. Mówi dużo i bywa złośliwy, ale zdawać się może jowialnym, aroganckim, ale godnym zaufania człowiekiem.

Odchylił się na zydelku o nierówno długich nogach, chyboczącym się z czającą się podeń groźbą, niewypowiedzianym widmem upadku. Poprawił przekrzywiającą się na bok, ciasno opatulającą głowę czapkę i zerknął na posłańca, który wtargnął do oberży, radośnie prósząc na boki śniegiem. Ludwig uniósł tyłek z krzesła i ruszył do przodu, rubaszny pijaczek, goliat o ciętym języku.

- Ruszcie dupy! - zawarczał chwilę później, brnąć przez śnieg. Często skarżył się na różne dolegliwości, zarówno te wyimaginowane, jak i te nic dla innych nieznaczące. Być może lubił słyszeć własny głos, wiedzieć, że jeszcze nie zagubił się krętych ścieżkach swojego życia. Niezależnie jednak od tego, marzła mu rzyć. - Pośpieszmy się.

Względem swego urodzenia nie precyzował prowincji, ani okolicy, w ogóle o tym nie mówił. Gdy zaś mówił o czymś innym, jego akcent i kolokwializmy tworzyły mętlik i miszmasz tak bezładny, tak zamącony i tak mylący, że każdy gubił się po pierwszych zdaniach. O co zresztą Ludwigowi niewątpliwie szło. Względem swych życiowych perypetii dawał jednak pewne sygnały - choć większość ludzi zbyt mało ma doświadczenia, by je rozpoznać i odczytać. Cierpiał bowiem na chroniczne zapalenie spojówek, często odruchowo pocierał nadgarstki, gdy zaś jadł, zawsze przedramieniem osłaniał talerz lub miskę. Ktoś wtajemniczony rozpoznałby sygnały szybko. Ludwig znaczną część życia spędził w więzieniach. W lochach. W kajdanach.

Wino było dobre, słowa, które padły - jeszcze lepsze. Okraszone przestrachem i desperacją, tajemnicą, oszustwem i zaskakującą głupotą co poniektórych. Pracodawca łotr, co wartości pieniądza nie zna - rzecz to jedna, gnojek znaczący jakby wiele, jeszcze kolejna. Ich jednak, pies przysłowiowy w rzyć jebał. Reiklandczycy byli do takich rzeczy zdolni, do niejednej ciemnej piwnicy w przygodnymi kompanami dotarł, w niejednej oglądał walki kogutów, grywał w płonące szachy i oglądał parzące się z psami dziewki. Unberogenowie mieli dziwaczne upodobania.

Bardziej jednak zajmującą sprawą była grupka, z którą miał podjąć współpracę blisko bądź daleko idącą. Odsiać trzeba było ziarna od plew, głupców od tych, co potrafią użyć łba jako czegoś innego niźli taranu. Dla przykładu ta niziołka. Pomijając jej proweniencję, bo przecież jest przeklętym, bezbożnym halflingiem, była zwyczajnie, w mniemaniu Ludwiga głupia. Bezczelna dziewka, która nie rozumiała, że nie każdy głupi może sobie na arogancję i cynizm pozwolić. Otto mógł. Ale on był w stanie, w dobry dzień i jeśli był akurat trzeźwy, rzucić ostlandzkim bykiem na ósmą część wiorsty. No i cieszył się boskim przyzwoleniem, oczywiście.

Pozostali zrobili na nim lepsze wrażenie. Byli konkretni i trzeźwo myślący. Przynajmniej tak wynikało z wnikliwych obserwacji odpitego Ludwiga, ale wielki mężczyzna był przekonany co do swej percepcji i bystrości umysłu całkowicie i zawierzyłby im własne życie.

W każdym razie, gospoda "Trzy Korony", choćby jebało w niej śledziem, była miejscem, gdzie warto było się udać i przedyskutować co trzeba z nowymi kamratami. Odziawszy się w podbijany płaszcz i zerknąwszy przez ramię na Edmunda, któremu wręczył liścik, Ludwig wytoczył się, w myślach planując odnowienie pewnej dawnej przyjaźni. Stary, dobry Sven powinien wiedzieć co nieco i może go wprowadzić gdzie trzeba. Podrapał się po podbródku. Być może zwróci uwagę Ullricha i Karstena na niezaprzeczalny fakt, że są zwykłymi śmieciami, ale stan ten mogą zmienić mówiąc mu o tym i owym. Skrzyżował palce i podziękował w myślach swojemu patronowi za dobre rady.
 
__________________
Krok za krokiem wchodzisz do wody. Nogi zapadają się w cuchnące błoto. No, nareszcie możesz płynąć. W pewnej chwili słyszysz dziwne odgłosy. Jakby ktoś wrzucał deski do wody: klap, klap, klap! Przyspieszasz. Za kępą zarośli dostrzegasz zagadkowe ruchy wody. „To na pewno nic dobrego” - myślisz.

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 15-09-2015 o 19:38.
Fyrskar jest offline  
Stary 17-09-2015, 21:07   #4
 
Lost's Avatar
 
Reputacja: 268 Lost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skałLost jest jak klejnot wśród skał
Głęboko wciągał teraz przytłumiony przez mróz zapach zgnilizny. Parł naprzód, rozkoszując się nim. Tak pachniało miasto. Jak to mówią, widziałeś jedno, widziałeś je wszystkie. Piękne, jak i okrutne miejsce, które prawdziwie rozumiał. Obdrapane mury, sączące się ścieki i szumowiny, teraz kryjące się przed nocnymi koszmarami. Pośrodku tego on, Krieg - zaprawiony w bojach weteran walki z ulicą.
Słowa zostawionego za sobą Edmunda błysnęły mu w myślach.
- Ta dzielnica nocą potrafi być bardziej niebezpieczna niż niejeden zakazany las, zwłaszcza ostatnio, a ludzie czasem potrafią błądzić nieoznakowanymi ulicami przez wiele godzin.
Jeżeli to miejsce było lasem, to on był tu pieprzonym myśliwym.

Alkohol wciąż szumiał mu w głowie, kiedy ważył wydarzenia dzisiejszej nocy. Niewątpliwie potrzebował tych pieniędzy, jednak cała sprawa go przerastała. Uśmiechnął się pod nosem. Zwykle on był tym, który ucieka, zamiast gonić. Zaginięcia biedoty, bestię polujące po zmroku, wojny gangów. Splunął siarczyście. Czuł w trzewiach, że pakuje się w pieprzone bagno. Nagle zakoliła, przypominając o sobie jeszcze świeża rana na klatcę. Chyba jednak nie miał wyboru.
Wbił dłonie głębiej w kieszenie, próbując chronić je od mrozu. Zima dawała biedocie się we znaki, nie będąc ani trochę łaskawsza dla Kriega. Przez chwilę pomyślał by zawrócić do Trzech Koron na spotkanie ze swoimi nowymi towarzyszami, jednakże szybko porzucił tą myśl, widząc zapraszającą poświatę dochodzącą z jednego z zaułków. Skierował swoje kroki w tamtą stronę, kładąc na wszelki wypadek dłoń na długim sztylecie. Za zakrętem, przy dużym płomieniu siedziało dwóch, przeraźliwie cuchnących bezdomnych. Dookoła czekając na łakomy kąsek krążyły, nie bojąc się ludzi szczury. Jedna z szumowin - kaleki mężczyzna, chyba już z przyzwyczajenia wyciągnął rękę w stronę Kriega. Ten zmierzył go tylko niechętnym wzrokiem przysiadając się jednak obok.
- Nie mam. - rzucił niedbale.
Kaleka bez emocji opuścił dłoń wracając do obojętnego wpatrywania się w ogień.


- Nie majemy nawe żarcia, eee…? - Zapytał drugi ze słabo ukrywaną chciwością. Krieg zaprzeczył ruchem głowy. Przykryty brudną peleryną, mógłby uchodzić za jednego z nich.
- Niewiele wogle majemy. - Odparł z przekorą. - Potwór jebana jego mać grasuje... Dobrych chłopaczyn w ciemnicę porywa. Nie boicie się tak po nocy siedzieć?
- Niewiele wogle się bojemy. - Powiedział bezdomny, szczerząc połamane zęby. - Bestyja i jest, to pewne, bo kilku już zabrała ale nas nie rusza. My bronieni. Nie, Syman?- Kaleka pokiwał głową na potwierdzenie słów kamrata. - Syman znał… yyyy, nawet takiego, co nas nie chciał słuchać, śmił sie tylko, to go nad ranem znaleźli z łbem rozpieprzonym. Bestyja go rozpieprzyła, eee...
- A co to za magia was broni? - Odparł Krieg z przekąsem.
- Choliba, może nie wierzyć skurwlańcu, możesz mi nie wirzyć, a będziesz później darł i ryczał, jak cie rozdzirać bedzie zwierz! - Mimo tego brudas, sterczącymi paluchami zaczął szukać czegoś w brudnych łachmanach. W końcu znalazł, zbliżając śmierdzący zgnilizną przedmiot pod oczy Kriega. Niedbale ucięta łapa jakiegoś zwierzęcia, chyba psa dyndała przed nim na długim rzemieniu. Mężczyzna słyszał o tym, ulicznej magii przesądów, które mają przynosić szczęście ich właścicielowi. Ucięta łapa psa o trzech nogach, niektórzy byli w stanie za nie nawet zapłacić. Znajomy Kriega nawet kiedyś takie sprzedawał. Cztery z jednego bezdomnego kundla. Kilka lat temu szły mu jak złoto.
- I pomaga, co? - Zapytał chichotając.
- Toć dalej dychamy - skrzywił się. - więc niechybnie pomaga, no? A ty pewnie skórasie w nic nie wierzesz, eee...? - Krieg zadumał się przez chwilę. Powoli trzeźwiał, a smród dobijał się do jego trzewi. Wstał i odszedł bez słowa. Właściwie była to odpowiedź na pytanie bezdomnego.

Ciepło ogniska szumowin jeszcze nie zdążyło wyparować, gdy Kriega nawiedziły czarne myśli. Jeżeli to co wzięło sobie na cel biedotę, teraz jest tu gdzieś przypatruje mu się z cienia gotując się do skoku? Musiał zawalczyć sam ze sobą, by się nie odwrócić. Uśmiechnął się krzywo. Mógł zabrać żebrakowi łapkę, byłoby raźniej. Mimo swojego kiepskiego żartu prawie podskoczył, kiedy wychodząc zza rogu dostrzegł niewyraźne światło latarni.

Stało przed nim dwóch opatulonych grubymi ubraniami i kapturami mężczyzn. Pierwszy, będący nieco bliżej Kriega trzymał zapaloną latarnię, zaś drugi nieco za nim, ciągnął za sobą jakiś niewielki wózek.
- Kto idzie?! – zawołał piskliwie ten stojący z przodu.
Krieg spiął się, gotów w każdej chwili wyszarpnąć tasak i odskoczyć w tył. Nieprzyjemne uczucie ścisnęło mu żołądek.
- Zmora! - Krzyknął, wydawało się zbyt głośno, jak na uśpioną o tej godzinie stolicę. - Która daję Ci jeszcze szansę zawrócić. - Dodał mało przekonywująco.
Słowa mężczyzny rozniosły się po ulicy głuchym echem. Jednak na szybko sklecione zdania były bardziej bliższe wywołania sobą groma śmiechu niż strachu. Mężczyźni popatrzyli na siebie nieco zdezorientowani, a po chwili na twarzy dzierżącego latarnie pojawił się krzywy uśmieszek. W świetle latarni jego krzywa, powleczona błotem i kilkudniowym zarostem twarz zdawała się bardziej przerażająca niż słowa Kriega.
- Zmora, co? Zobaczymy, czym będziesz, po tym jak Ci rozkwaszę łeb!
Krieg mocno uścisnął za tasak. Wziął głęboki oddech, obserwując jak tamci zbliżają się w jego stronę krzycząc i wymachując pałkami. Czas dla niego zwolnił, a on sam mógłby przysiąc, że słyszy tylko wolne uderzenia serca. Strach znikł zastąpiony zimną obojętnością. Pierwszy cios pałki wymierzony wprost w jego szczękę. Krieg lekko odchylił się, rzucając do ucieczki. Obuch świsnął tuż przy jego nosie.
- Biegnij, biegnij suczy synu! - Wydyszał przeciwnik ruszając w pościg. Krieg dobiegł do wąskiego zaułku, zręcznie wyhamował i przylgnął do ściany, czekając z obnażonym ostrzem na swoją ofiarę.
- Pasza, Pasza! - Wydyszał drugi męt, ledwo nadążając za swoim kompanem. - Cz… Czekaj, kurwa twoja mać! - Tamten jednak nawet się nie odwrócił, wbiegając w zaułek. Towarzyszący mu mężczyzna oddychając ciężko oparł się o ścianę budynku. Gwałtowny kaszel wstrząsnął jego ciałem, rzucając go na kolana. Krwawa plwocina zabarwiła śnieg. Krótki krzyk postawił go natychmiast do pionu.
- Pasza…? - Zapytał przerażony. W jego stronę powłócząc nogami szedł jego przyjaciel. Światło księżyca oświetlało ogorzałą, teraz zachlapaną krwią twarz.
- Zabił mnie… - Wycharczał dziwnym głosem. - Zabił mnie skurwiel. - Upadł na kolana, siedząc w powiększającej się kałuży krwi. Błyszczące w świetle księżyca trzewia przelewały mu się przez zaciśnięte dłonie. Jego kompan obserwował oniemiały makabryczną scenę, gdy zza winkla wychyliła się sama Zmora. Ostrze broni błysnęło w zapraszającym geście. To było dla szumowiny zbyt dużo. Wyjąc z przerażenia rzucił się do ucieczki.
Krieg podniósł tasak w geście zwycięstwa. Adrenalina i strach rozsadzały mu żyły.
- Uciekaj, uciekaj przed Zmorą, ty suczy synu! - Wykrzyczał.
Gdy w końcu ustało echo jego własnego głosu, Krieg upadł na śnieg, chowając twarz w trzęsących się dłoniach. Padające płatki śniegu roztapiały się jeszcze na jego leżącej obok ofierze.

Kiedy w końcu ruszył przed siebie nigdzie nie mógł już dostrzec drugiego mężczyzny, który uciekł w popłochu zostawiając na środku ulicy taskane taczki. Całość przykryta była szarym kocem. Odwinąwszy go na bok, rozwiał również mgłę tajemnicy okrywającą obu napotkanych mężczyzn. Albowiem na taczkach leżało w nienaturalnej, skrzywionej pozie ciało brodatego mężczyzny. Połączywszy odnalezione zwłoki z narzędziami, które widział przy ciele zabitego, Krieg od razu zrozumiał, że miał do czynienia z porywaczami ciał. Zdeprawowanymi łajdakami, wynajmowanymi wbrew prawu przez zdeprawowanych studentów, czy wykładowców na uniwersytetach medycznych lub nikczemne organizację, których cele z pewnością nie wiązały się z niczym dobrym. Spojrzał jeszcze raz na bogatę szaty, w których został pochowany zmarły. Krieg uśmiechnął się sztucznie. Miał szanse jeszcze zarobić na tej szalonej nocy.

Kilkanaście przecznic dalej, trzęsąc się z zimna wszedł w ulicę, w której Noma prowadził swój lombard. Splunął, naciągając kaptur jeszcze mocniej na głowę. Sklep znajdował się w brudnym zaułku w samym centrum terytorium terytorium Nakrapianych Sów. Krieg przyspieszył przedzierając się przez zaspy. Nagle zamarł, przylegając do lodowatej ściany.
- Kurwa... - Wyszeptał. Coś było nie tak. Nigdzie nie widział czujek gangu, nie słyszał nawołujących klientów ulicznic. Ulica zawsze, nawet w późnych godzinach nocnych tętniła życiem. Przy rozpalonych naprędcę paleniskach biedota robiła co mogła by zapomnieć miniony dzień i sprawić następny odrobinę bardziej znośnym. Teraz panowała tu kompletna cisza, a miejsce wyglądało na wymarłę. Głośno przełknął ślinę i położył rękę na zadziwiająco uspokajającej rękojeści sztyletu. Nagle dostrzegł upragniony ruch. W stronę sklepu kierował się niski krasnolud. Światło paleniska wyciągnęło z ciemności jego ogorzałą twarz. Mężczyzna trzymał dłoń na krótkim, złowieszczo wyglądającym toporku. Kopniakiem otworzył drzwi i wszedł do środka. Krieg również ruszył w tamtą stronę, szybkim krokiem.
- Na Grimnira… - Stłumiony głos krasnoluda dobiegł go z cichego budynku. Krieg minął zabite deskami okna i wszedł do środka. Oczy rozszerzyły się z przerażenia, a żołądek podszedł mu do gardła.

Godzinę później otworzył drzwi karczmy Trzy Korony. Lodowaty wiatr brutalnie wtargnął do środka, przygaszając tlący się płomień. Siedzący przy stole nowi towarzysze, spojrzeli na niego niechętnie zza opróżnionych kufli.
- Zamknij drzwi, sukinkocie! - Wyrwany z drzemki karczmarz pogroził mu pięścią. Kułak zamarł jednak, gdy oberżysta spojrzał na Kriega. Mężczyzna stał na progu ciężko dysząc. Jego poszarpane ubranie, jak i dłonie pokrytę były krwią. Twarz zastygła w przerażającym grymasie. Przybysz podszedł do kontuaru, złapał butelkę z podłą gorzałą i bez słowa przechylił połowę. Przeciąg trzaskał okiennicami, a śnieg raz za razem wdzierał się do środka. Krieg przysiadł na rezklekotanym krześle bojaźliwie wpatrując się w ciemność panującą na zewnątrz.
- To… - zaczął zachrypłym głosem, wypijając resztę alkoholu i łapiąc za kolejną butelkę. - To zabiło Nomę. - Pozostali wpatrywali się w niego bez słowa.
- Wszystkich ich zabiło.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 17-09-2015 o 22:25.
Lost jest offline  
Stary 18-09-2015, 09:05   #5
 
Gob1in's Avatar
 
Reputacja: 10632 Gob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputacjęGob1in ma wspaniałą reputację
Postawny, mierzący niemal sześć stóp wzrostu i dysponujący słuszną, acz nieprzesadną wagą brodaty mężczyzna mierzył wzrokiem tych kilkoro, których pod Trzy Korony sprowadziła ta sama sprawa. Oczekujący na pojawienie się pracodawcy mężczyźni i jednak kobieta nikczemnego wzrostu, która niziołkiem zwać się kazała, tworzyli z jednej strony ponurą, a z drugiej barwną grupę. Każdy inny, każdy z inną historią, ale wszyscy złączeni jednym celem - gotowizną, jaką mieli otrzymać za wykonanie nieznanego jeszcze zlecenia.




Dobiegający czterdziestki mężczyzna miał ciemnobrązowe, krótko przystrzyżone włosy poprzetykane siwizną, którą można było znaleźć również w gęstej, acz niezbyt długiej brodzie. Mahoniowe oczy spoglądały bystro i emanowały pewnością siebie, jak i cała sylwetka mężczyzny. W jego postawie próżno było jednak szukać agresji, czy szukania okazji do zaczepki. Nosił się zwyczajnie - pod wierzchnim zimowym ubraniem w postaci grubego, podszytego wełną skórzanego płaszcza z kapturem miał na sobie miękko wyprawione skórzane spodnie, czarno barwioną płócienna bluzę oraz mocne skórzane buty z cholewami, w których ginęły nogawice spodni. Choć nie było tego widać, to można było założyć, że miał również na sobie jakieś gacie i onuce - a brak przykrego dla zmysłu powonienia zapachu sugerował, że przynajmniej od czasu do czasu bielizna trafiała do balii z gorącą wodą i dużą ilością mydła. Czy osobno, czy też właściciel miał ją na sobie - to, przynajmniej na razie pozostawało jego sekretem. Obrazu brodacza dopełniały krótki miecz spoczywający w pochwie przy pasie oraz nóż, którym niekiedy posługiwał się podczas posiłku. Czy potrafił się nimi posługiwać w walce - tego nie wiedział nikt poza nim samym.

W Altdorfie przebywał od niedawna, przybywając z południa na jednej z rzecznych barek. Zacumował w jednej z wielu portowych tawern i niemal od pierwszego dnia zaczął kręcić się po okolicy, jak gdyby kogoś lub czegoś szukał. Karczmarza interesowało jedynie to, że pokój opłacił z góry na dwa tygodnie, nie wszczynał awantur i nie odstraszał miejscowych. On sam natomiast zwykle znikał na całe dnie i wracał wraz z zapadnięciem zmierzchu, najczęściej wychylając do kolacji kielich, czy dwa we wspólnej izbie i znikając w pokoju na górze. Wczoraj jednak, mimo nieudawanej rozpaczy karczmarza "Syreny", gdzie dotąd przebywał, zabrał swoje rzeczy i przeniósł się do "Trzech Koron" - stało się tak na skutek propozycji złożonej w imieniu nieznanego dotąd pracodawcy przez umorusanego i zziębniętego ulicznika. Jeśli był zainteresowany dobrze płatną robotą, to miał zgłosić się następnego dnia do "Trzech Koron". I tak też się stało.

Cały swój majątek przenosił w plecaku oraz okutej żelazem skrzyni z solidnym zamkiem. Po opłaceniu kwatery na nadchodzący tydzień i przygotowaniu pokoju tak, jak wymagała jego wyuczona ostrożność, resztę dnia spędził na odpoczynku, na co nieczęsto sobie ostatnio pozwalał. Kolejnego dnia pojawił się we wspólnej izbie na krótko przed umówioną porą.

Nie był pierwszy. Oczekując na zleceniodawcę przypatrywał się konkurentom, czy też sprzymierzeńcom - to się miało okazać za chwilę.

Wreszcie do izby wkroczył mężczyzna w towarzystwie wirujących płatków śniegu i skierował od razu w ich stronę. Zaraz okazało się, że to nie oczekiwany pracodawca, tylko umyślny przysłany z listem od niego. List, z którym Lothar nie omieszkał się zapoznać, nie czyniąc jednak z umiejętności czytania wielkiego wydarzenia, tak naprawdę nie wyjaśnił nic ponad imię posłańca oraz inicjały pracodawcy, który oczekiwał ich w swoim domu. Widać dupska nie chciało mu się ruszać w taką pogodę, co w sumie zrozumiałe było, choć wcale Lotharowi nastroju nie poprawiało.

Edmund, jak miał nazywać się zaufany ich przyszłego pracodawcy, poprosił wszystkich o przedstawienie się. Personalia i pseudonimy zaczęły padać wokoło, a Kuhn próbował je wszystkie zapamiętać.
- Lothar. - Powiedział, kiedy Edmund spojrzał pytająco na niego, jak zwykle dbając o to, aby nazwisko pozostało znane wyłącznie jemu.

Wyszli na zewnątrz.

Droga do posiadłości zleceniodawcy dłużyła się niemiłosiernie. Jednostajne skrzypienie mrozu pod ciężkimi butami usypiało i wprowadzało umysł tęskniący za wiosną, a jeszcze lepiej - latem w otępienie. Była to także metoda by ignorować zimno. Można było zająć czymś myśli lub wręcz przeciwnie - przestać myśleć. Stupor okazał się jednak nienajlepszym pomysłem. Idący najbardziej z prawej Lothar niemal przewrócił się o zamarznięte ciało. Słowa przewodnika ujawniły smutną prawdę o mieszkających w okolicy biedakach, którzy często padali ofiarą zimna. Widok otwartych, matowych oczu trupa wstrząsnął Kuhnem - jakże łatwo było znaleźć się w miejscu jednej z ofiar bezdusznej pogody. Zakutał się mocniej grubym płaszczem, wciskając głowę w ramiona. Przyśpieszył kroku, by nie stracić przewodnika i grupy z oczu.

Na miejscu okazało się, że ich zleceniodawca jest jednym z przywódców lokalnych organizacji przestępczych. Czy ograniczało się to do wymuszania haraczów i rozbojów na ulicach - tego jeszcze nie wiedział, ale oceniając po zaproponowanej sumie złota za wykonanie pracy, jak i stylizowanie swojego domu na szlacheckie posiadłości można było przypuszczać, że Herr Holst miał wyższe aspiracje.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 18-09-2015, 22:35   #6
 
Gerappa92's Avatar
 
Reputacja: 949 Gerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwuGerappa92 jest godny podziwu
 Rozmowa z Grabarzem


[...]

- Powiedz mi co wiesz.


- Tyle co wszyscy, a może nawet mniej. Ludzie znikają w tajemniczy sposób – nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy. Mam ostatnio sporo pracy z tymi zamarzniętymi biedakami, których przynoszą mi kapłani Morra, więc nie mam czasu wysłuchiwać najnowszych wieści – odparł niziołce Ludo, wzruszając ramionami. – A czemu pytasz?

- Nie martwisz się, że pewnego dnia i Ty znikniesz?- Odpowiedziała pytaniem na pytanie i zrobiła krótką przerwę, którą wypełniła groza. - Puff! I cię nie ma. To miasto mnie przeraża ale z drugiej strony ta zagadka... Nie daje mi to spać. Zresztą nie tylko mi. Są ludzie, którzy wysoko cenią sobie życie. Dlatego potrafią też słono zapłacić by dowiedzieć się kto za tym wszystkim stoi.

- A co mi da zamartwianie się? – odpowiedział w ten sam sposób co ona - pytaniem. – Nie stać mnie, by się stąd wyprowadzić, a już na pewno nie mam na to sił. Zamykam się na rygiel i mam pod poduszką broń. Jeżeli to nie jest żadną przeszkodą, dla tego czegoś, to czy jest w ogóle sens z tym walczyć i się o to martwić? Lepiej nie zawracać sobie głowy takimi sprawami. A poza tym, Morr czuwa nad tym miejscem. A co to za ludzie, którzy płacą za takie informacje? Tylko mi nie mów, że znalazłaś jakąś prace.

- Powiedzmy -
Przełknęła kolejny kęs kaszy - Takie małe zleconko. Nie martw się, na pewno znajdę dla Ciebie pieniądze. Doceniam to, że pozwalasz mi tu nocować. A jak to nie wypali zawsze mogę iść do zamtuzu, tam pracy nigdy nie brakuję. - Uśmiechnęła się, zadziwiająco bo można by stwierdzić, że nawet szczerze.

- A skąd mam wiedzieć, że mnie nie bujasz i nie znikniesz zaraz po tym jak znajdziesz innego naiwniaka, który zaoferuje Ci mieszkanie? Nie miej mi tego za złe mała, bo Cię lubię, ale pieniądze, które dostaje z tej lichej pracy są… no właśnie, liche. Więc zatrzymam Cię tu na noc, tylko pod warunkiem, że dasz mi coś wartościowego w zastaw. Zostałem oszukany w swoim życiu już zbyt wiele razy, by teraz ryzykować.

- A co ja mogę Ci dać w zastaw Ludo? Buty? Płaszcz? - Wstała i zaniosła miskę na blat kuchenny. Wskoczyła na niego zwinnie i założyła nogę na nogę. Oparła się o brzeg blatu tak, że była nieco pochylona a jej małe piersi wydały się nieco większe. - Zrozum, że przybyłam tu z niczym. Jestem włóczęgą, nie mam rodziny, bliskich, nikogo. Tylko dzięki Tobie nie jestem teraz kawałkiem lodu, który przynieśliby Ci kapłani Morra. Może tego nie rozumiesz, bo jesteś człowiekiem, jednak gwarantuję Ci, że się za to odwdzięczę. - Uśmiechnęła się dziewczęco. - Będziesz miał swoje złoto, albo nie jestem Halflingiem.

Ludo przewrócił oczami i parsknął.

- Czasami się zastanawiam, czy nie jesteś przypadkiem człowiekiem, tylko że wyjątkowo niskim – westchnął. - Niech Ci już będzie, ale to ostatnia noc bez płacenia. A jutro chce widzieć albo pieniądze, albo coś o ich wartości – powiedział, po czym wrócił do konsumowania gulaszu.

Liapola zeskoczyła z blatu, wyjątkowo z siebie zadowolona. Zrobiła sobie i towarzyszowi gorącej herbaty. Przyniosła parujące kubki do stołu.

- Masz to jak w grobie -
Zapewniła go dziewczyna z uciechą - Wracając jeszcze do tematu nieboszczyków. - Wtrąciła beztrosko - Sam ostatnio wspomniałeś, że kapłani Morra ostatnio często tu przychodzą. Jak myślisz, czy jest wśród nich ktoś, kto mógłby wiedzieć coś więcej na temat tych ostatnich zaginięć?

- To milcząca banda – odparł Ludo. – A to, co żywe ich raczej mało obchodzi. Co najwyżej stary Jarosch, może coś wiedzieć. Podobno był kiedyś kapłanem Ranalda, tu w dzielnicy ubogich, ale pięć lat temu przybrał ciemne szaty Morra. Słyszałem, że z zimną krwią zabił w czasie jednego nabożeństwa jakiegoś bezczelnego rzezimieszka, który postanowił wyciągać haracz w jego świątyni. Po tym incydencie już nigdy nie przemówił do wiernych, dlatego chyba służba dla Morra mu odpowiada. Dziwny i milczący z niego facet. No, ale chyba każdy z nich taki jest…

Dziewczyna pogrążona w myślach, dopiła powoli swoją herbate. Ludo był zwykłym grabarzem, cóż mógł wiedzieć. Za to ten sługa Morra, mógł wiedzieć coś więcej. Najpierw jednak Liapola miała zamiar udać się do Nomy.

- Dzięki Ci Ludo. Idę już spać. Jutro czeka mnie długi dzień. - Niziołka odsunęła krzesło od stołu ale nie zeszła z niego. - Doceniam to co robisz dla mnie ale... Nie porównuj mnie już nigdy do was, do ludzi.
Nie czekała na reakcję. Poszła do łoża, okryła się kocami i pogrążyła się we śnie.

Podróżowanie w licznych kompaniach nauczyło ją wczesnego wstawania. Dlatego, wczesnym rankiem ruszyła w stronę Trzech Koron na spotkanie z Kriegiem.
 
__________________
"Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia."
Albert Einstein
Gerappa92 jest offline  
Stary 19-09-2015, 19:35   #7
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 785 Szarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwuSzarlej jest godny podziwu
Świątynia była dużym marmurowym budynkiem, stała w pewnym oddaleniu od centrum Altdorfu ale i równie daleko od slumsów. Jej pana nie obchodziły różnice społeczne. Wielkie, dębowe wrota były zawsze otwarte, kopce śniegu przy nich świadczyły, że nikt ich nie zamykał na noc. Tak samo jak zawsze otwarte były podwoja do krainy Morra. W środku panował mrok ledwo oświetlany przez latarnię oliwne. Jedynym większym skupiskiem światła były świece pod ołtarzem. Część z nich zgasła przez wiatr, poświata ciągle była spora. W tych ciężkich czasach wielu umierało, bliscy ich nie zapominali.
Jedynymi ozdobami był potężny kamienny portal ustawiony na środku. Na jego górnej krawędzi przycupnęły rzeźbione kruki, gdyby ktoś rozjaśnił świątynie mógłby dostrzec pojedyncze pióra. Tak jakby były to żywe ptaki zaklęte przez jakiegoś czarodzieja. Kolumny zdobiły motywy róż, całość surowa w prostocie zdumiewała wykonaniem. W środku było zimno, nie tylko przez otwarte drzwi ale przez wszechobecny kamień. Nieliczni o tak wczesnej porze wierni modlili się skryci w cieniu. Nie zważając na siebie, każdy pogrążony w własnej żałobie.

Do środka wszedł mężczyzna odziany w zielony płaszcz. Zdjął kaptur zrzucając płatki śniegu na podłogę. Długie czarne włosy, chyba nie dawno przycięte okalały przystojną twarz mężczyzny. Wydawało się, że liczył sobie jakieś trzydzieści wiosen, może wyglądał na trochę starszego niż w rzeczywistości przez poważny wyraz twarzy? Intensywnie niebieskie oczy wydawały się jedyną żywą częścią posągowej twarzy. Parodniowy zarost okrywał policzki i szczękę mężczyzny, z wyjątkiem niewielkiej blizny, obecnie nie widocznej w mroku świątyni Morra.
Nowo przybyły rozwiązał płaszcz, pod nim nosił ciepły, niebieski kaftan i czarne spodnie. Nie miał przy sobie widocznej broni. Czy to przez pacyfistyczną naturę czy przez szacunek dla gospodarza. Postury nie był okazałej. Przeciętnego wzrostu i szczupły jednak o pewnych ruchach.
Przyklęknął na oba kolana nie zważając na śnieg i opuścił pokornie głowę, zmówił krótką modlitwę za wszystkich zapomnianych zmarłych i powstał. Przemierzył całą świątynie aż znalazł się przy świecach. Do skarbony wrzucił cztery monety, zabłyszczało srebro i odpalił cztery świeczki. Gdy ostatnia z nich zapłonęła przyklęknął ponownie, tym razem modląc się dłużej za tych, których już nie było między żywymi.

Rozmowa z pracodawcą

Holst zebrał pokaźną menażerie. Opisać wszystkich jednakowo było ciężko. Wśród mężczyzn był kobieta, wśród ludzi niziołek, wśród uzbrojonych nieuzbrojona. Nie tylko jednak Liapola wyróżniała się. Wysocy i niscy, obwieszeni stalą i tylko z nożami przy pasie. O zakazanych facjatak i szlachetnych rysach. Każdy z nich był inny. Każdy z nich miał swoją historię, a wydarzenia w które się wspólnie wplątali były tylko epizodem. Dla niektórych ostatnim epizodem ich opowieści.

Krieg wlał w siebie haust wina rozkoszując się jego pobudzającym smakiem. Przez chwilę wpatrywał się w mężczyznę oceniając jego opieszałe gesty.

- Ile? - Zapytał sekundę po tym, gdy ten skończył mówić. Nie należał do tych, którzy mają w zwyczaju tracić swój, bądź kogoś czas.

W odpowiedzi na pytanie, mężczyzna przeszył Kriega rozbawionym spojrzeniem i uśmiechnął się podstępnie. Bez pośpiechu sięgnął po kielich i przez kilka sekund zdawał się delektować szkarłatnym napojem, podtrzymując wszystkich w napięciu. Znad kielicha jego oczy dalej przyglądały się gościom niczym jubiler oceniający autentyczność przedstawionych mu kamieni.
Kiedy spora część kielicha została już opróżniona, Gotthard odstawił go na bok i w końcu przerwał milczenie:

- To zależy ile dostarczycie mi informacji, panie Krieg. No ale, żeby nie wodzić was za nos, na wstępie jestem w stanie zaoferować osiemdziesiąt złotych koron na głowę. Cena oczywiście może być większa w zależności od efektów waszych działań, a za przyprowadzenie mi sprawcy żywego lub martwego dostaniecie dwa albo nawet trzy razy tyle. Z pewnością wystarczy na spłacenie wszelkich długów i spokojne życie przez wiele lat.

- Kim są dla ciebie ci zabijani?

Ludwig wystudiowanym gestem uniósł kielich w górę. Naczynie zniknęło w wielkiej dłoni, a chlupoczący weń szkarłatny trunek spłynął przez gardło zwalistego mężczyzny. Bezczelnie spojrzał w oczy Holsta i uśmiechnął się. Bardzo nieszczerze. I bardzo, bardzo nieładnie.

- Kim dla ciebie są? - powtórzył, bezczelnie bębniąc sękatymi palcami w pięknie wygładzony blat biurka. Wychylił się do przodu. - Czujesz się odpowiedzialnym panem chroniącym swych poddanych? Robisz to w imię Ranalda, który w sercu nosi prośby najuboższych? A może obawiasz się o własne życie i miast roztaczać wokół siebie niewidzialne mury wolisz przebiegle zaatakować.

- Zaginieni. Nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Nie mamy żadnych dowodów, że porwani nie żyją – Holst zaczął wymijająco. Splótł palce, podpierając się łokciami na biurku. Zdawać by się mogło, że przez chwilę zastanawia się nad odpowiedzią. A może to tylko pozory?

– W każdym pańskim przypuszczeniu znaleźć można ziarnko prawdy, panie Ludwigu. Z pewnością nie jestem ich panem, jednak czuje się w pewien sposób za nich odpowiedzialny. Randala obdarzam szacunkiem ale nic poza tym. Zaś któż z nas nie czuje lęku przed nieznanym? Prawdą jest jednak, że nie to nie tylko bezdomni żebracy giną bez śladu. Przez ostatni miesiąc dostaję zgłoszenia, że kilku z moich ludzi również zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. Wprawdzie nikogo na smyczy nie trzymam, ich wolą jest rezygnować ze współpracy ze mną, ale zasady dobrego wychowania, które kultywuję nakazują by wcześniej poinformowali mnie o tym. A jeżeli taka odpowiedź pana nie satysfakcjonuję, to może wystarczy, jeśli powiem, że zapewnienie spokoju wśród biedoty jest w interesie moim i osób, z którymi współpracuję.

- Ta odpowiedź w pełni mi wystarcza. - Olbrzym rozparł się wygodnie na krześle i smutnym wzrokiem zlustrował puste już wnętrze swojego kielicha. Największą bolączką Ludwiga było to, że szybko kończył mu się alkohol. Ruchem głowy dał swojemu rozmówcy do zrozumienia, że lepiej mu się gwarzy, gdy ma w naczyniu trunek. Kątem oka zerknął na Edmunda zbliżającego się grzanym winem i wciągnął nosem zapach wina, korzeni i goździków.

Grzane wino rozlało się przyjemnie po gardle i żołądku mężczyzny, hochlandczyk żałował, że gospodarz nie zaproponował czegoś mocniejszego, ale dobre i to. Lang słuchał całej rozmowy, obserwując pozostałych. “Zaiste, ciekawa kompania się zebrała” - myślał przypatrując się reszcie ekipy. Kiedy Ludwig przerwał rozmowę z Holstem, postanowił się wtrącić: - Z tego co mówiłeś, znikają tylko w dzielnicach biedoty, ale w jakichś konkretnie miejscach? Znaczy są okolice, gdzie zniknięcia są częstsze, niż gdzie indziej?

Kruk stał z Wróblem na uboczu, uważnie lustrował wszystkich swoimi niebieskimi oczami, chwilę dłużej przypatrując się niziołce lekko marszcząc brwi, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Zaraz jednak zwrócił uwagę ponownie na gospodarza. Co raz brał łyk wina, rozpoznawał je. Odezwał się niegłośno, coś w jego tonie jednak przyciągało uwagę:
- Stirlandzkie z winnicy pod Halstedt? Rocznik dziewięćdziesiąty siódmy jak mniemam? Doceniam gust gospodarza. Zadania oczywiście się podejmę jednak podobnie jak Ludwig chciałbym usłyszeć więc o zaginięciach. Nie tylko o miejscach a i wydarzeniach powiązanych. Nie wątpię, że ktoś o pana pozycji przeprowadził śledztwo na własną rękę.

Uwagę Kruka na temat wina, Holst przyjął bez większych emocji. Zdawać by się mogło, że jakaś pogardliwa nuta zagościła przez sekundę na jego twarzy, ale natychmiast została stłumiona.

- Wiem tylko o zaginięciach w dzielnicach biedoty, ale myślę, że gdyby przydarzyło się coś komuś z wyższych sfer, to straż miejska już dawno zaczęłaby działać. I niestety nie posiadam informacji na temat jakichś konkretnych ulic czy nawet dzielnic gdzie ludzie giną częściej. Od tego mam przecież was. Jako pomoc mogę za to podać wam miejsce, gdzie nie dalej jak dwa dni temu zaginął jeden z moich ludzi. Miał się on spotkać w pewnym opuszczonym magazynie na Liepoldstrasse przedstawicielem podległej mi gildii, w celu załatwienia pewnej wymiany handlowej. Od tego czasu ślad po nich zaginął, dlatego przypuszczam, że coś przydarzyło się im właśnie tam, a nie po drodze.

Stirlandczyk ciągle spokojnym głosem podjął temat:
- Co to była za gildia i jak się nazywał jej przedstawiciel? Również zaginął?

- Czy tą gildią nie jest Gildia Robotników? - Ludwig ukierunkował pytanie ciemnowłosego szermierza ku konkretnej organizacji. Ten spojrzał z zaciekawieniem na wielkoluda, który beznamiętnie upił z kielicha łyk rozgrzewającego trunku.

- Pozwolisz, że zapytam, ilu ludzi z twojej organizacji wiedziało o tym spotkaniu? Raczej się z tym, panie Holst - dodał grzecznościowo, choć niechętnie - nie obnosiłeś, jesteś pewien, że nikt z twoich podwładnych nie miał zbyt długiego języka? Niejeden już sobie swoim przydługawym ozorem, własne gardło poderżnął - podstawił puste naczynie Edmundowi, który w mig zrozumiał potrzebę Langa. Karminowy trunek znów napełnił kielich.

- Niestety nie o takiego rodzaju gildię mi chodziło – odpowiedział rozbawiony Holst na pytanie Ludwiga. – Może użyję innej terminologii. Ostatnimi czasy rzadko mam okazję rozmawiać z kimś spoza swojej branży. Osoba, z którą spotkać miał się mój człowiek była członkiem gangu, noszącego nieco śmieszną nazwę – Nakrapiane Sowy. Była, bo również zaginęła. Niestety nie wiem o nim nic więcej, poza tym, że był Niziołkiem. Pewnie Noma – jego szef - będzie wiedział na jego temat więcej.

Na tą uwagę w krześle niespokojnie poruszył się Krieg, przechylając już drugą lampkę wina.

Następnie spojrzał na Langa i rzekł:

- Nie jestem tu szefem od wczoraj. Znam swoich ludzi i wiem, że nie można im w pełni ufać, a w tej sprawie zachowałem szczególną dyskrecję. Mój człowiek, Hellmut… jak mu to było?

- Remlinger – podpowiedział Edmund.

- Ach tak. Miał on odebrać pewną szczególnie ważną dla mnie skrzynkę. On sam, ani nikt z Nakrapianych Sów nie wiedział co w niej było i bez użycia siły, z pewnością nie zdołaliby jej otworzyć. Kiedy Remlinger długo nie przychodził, wysłałem w to miejsce swoich ludzi. Nie muszę chyba Panom mówić, że nie było śladu po nich, ani po mojej skrzynce.

- Czyli o tym zadaniu, wiedział tylko pan i Remlinger? Nie wliczając Nakrapianych Sów? - gorący trunek przyjemnie relaksował.

Kruk odstawił pusty kielich i gestem odmówił dolewki. Chciał mieć jasny umysł.
- Czy dysponujesz - porzucił formy grzecznościowe. - jeszcze jakimiś informacjami mogącymi nam pomóc?

- Poza nimi jeszcze osoba, od której dzień wcześniej Nakrapiane Sowy odebrały pakunek, ale jego możecie wykluczyć z grona podejrzanych – odparł Langowi. Nim odpowiedział Krukowi, na chwilę zawiesił się w rozmyśleniach.

- Jest taki jeden. Harro Wernicke się nazywa, podobno od tygodni również szuka przyczyny zaginięcia ludzi. Świr i paranoik, jak mówią. Ale może coś wiedzieć. Z tego co wiem większość czasu spędza łażąc po dzielnicach biedoty i szuka guza. A jak tam go nie ma, to siedzi w swojej kamienic w nieco zamożniejszej dzielnicy. Edmund wytłumaczy wam później jak tam trafić.

- Będę również wdzięczny za informacje jak trafić do szefa Nakrapianych Sów. Nomy o ile dobrze zapamiętałem.

- Myślę, że w tej kwestii pan Krieg będzie mógł wam pomóc – gospodarz posłał rozbawione spojrzenie w stronę wspomnianego mężczyzny.

Krieg nie mówiąc nic podniósł tylko wino w geście toastu uśmiechając się przy tym szpetnie.

- Kim jest ten Wernicke? - wtrącił się Ludwig i skrzyżował ramiona na piersi. - Kupcem, bogatym rzemieślnikiem? Odziedziczył może skądś bogactwo swe?

- Poborca podatkowy – wycedził Holst. – A przynajmniej był nim do zeszłego tygodnia. Middenlandczyk z pochodzenia. Niestety nic więcej o nim nie wiem, ale nie pewnie nie trudno będzie znaleźć na ulicy kogoś, kto miał z nim wcześniej do czynienia.

- Czy zaginieni mogli należeć do jednej organizacji, czy są wśród nich przypadkowi ludzie? - milczący dotąd i przysłuchujący się rozmowie Lothar zapytał gospodarza. - Może ktoś z zewnątrz próbuje przejąć teren albo interesy? - zasugerował. - Wiadomo, ilu zaginęło do tej pory?

- Wydaje się, że giną całkiem przypadkowi ludzie. A ilu? Ciężko oszacować. Może coś ponad stu odkąd to się zaczęło miesiąc temu – gospodarz wzruszył ramionami.

Szermierz ponownie się odezwał:
- W dużej mierze to biedota. Bezdomni. Nie wiem czy sprawy są powiązane ale i oni “znikają”.
Slowa Lothara dały mu jednak sporo do myślenia. Wcześniej traktował zaginięcia i rzezimieszków i biedoty jako jedną sprawę. Teraz nie był tego taki pewien.
- Który z przedsiębiorców jest twoim największym konkurentem?

- Być może to, co zabija bezdomnych i begardów nie kieruje się logiką, ani żadnego rodzaju kluczem. - wtrącił Ottovordemgentschenfelde i odstawił kielich na blat biurka. - Jeśli to jakaś bestia, to może mordować powodowana instynktem.- dodał, choć była to tylko jedna z kilku ewentualności i rozwiązań problemu, jakie nasunęły mu się po wysłuchaniu jednego z możnych altdorfskiego światka. “Obdarzam Ranalda szacunkiem”, też coś.

- Bestia, albo bestie, może nawet w ludzkiej skórze - dodał Eckhart do wypowiedzi Ludwiga - nie o takich abominacjach już się słyszało.Wskazywałoby na to to, że polują tylko w dzielnicach biedoty, gdzie jest dużo żebraków, teraz zimą zwłaszcza, to łatwy łup. Wybierają też cele, które nie ściągną uwagi straży miejskiej. - “Kto się przejmię paroma żebrzącymi, czy rabusiami, komendant pewnie zaciera ręce” - pomyślał, ale nie wypowiedział tych słów na głos. Nie chciał obrażać przysłego pracodawcy. Cały czas po głowie chodziła mu kwota, którą oferował każdemu z nich. Był to sporo majątek, na który w kompanji najemniczej musiałby pracować ze trzy albo nawet i cztery lata. Dlatego też nie miał zaufania do intencji Holsta, podejrzewał, że nie jest sam w tych przypuszczeniach. - To może być zorganizowana grupa, poza tym, nie wiadomo co ze “znikniętymi” się dzieje, mogą być martwi, ale równie dobrze mogą być towarem? - rzucał kolejne hipotezy.

- Waść się tak nie rozpędzaj, na hipotezy i teorie pora przyjdzie. - Ludwig uśmiechnął się, jakby dosłyszał z oddali przedni żarcik. - W oberży na przykład. Ale jeśli już zacząłeś i swe różne przypuszczenia uargumentowałeś słusznie - tutaj pielgrzym nie wspomniał, że i jemu podobne przemyślenia do łba wpadły. - to zauważę, że może być to jakiś kult krwiożerczy. W końcu niejeden żart jest okrutny bądź nieudany. - zakończył ni z gruszki ni z pietruszki olbrzym i zachichotał, jakby właśnie opowiedział nowym towarzyszom wyborną anegdotkę.

Holst rozparł się wygodnie na krześle, najwyraźniej zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie Kruka.

- Panie… - na jego twarzy zagościł niecny uśmiech – Kruku. Wbrew powszechnemu przekonaniu, struktura gangów w Altdorfie już od kilku lat nie opiera się na ciągłych walkach o panowanie i jest stosunkowo dobrze poukładana. Doprawdy, w niektórych aspektach jesteśmy o wiele bardziej cywilizowani i uczciwi niż gildie kupieckie i rzemieślnicze. Mogę pana zapewnić, że żadna z większych ani mniejszych znanych mi gildii raczej nie ośmieliłaby się zakłócać ustalonego porządku. Gra jest po prostu nie warte świeczki.

Następnie skomentował wypowiedzi Eckharta i Ludwiga:

- Przypuszczenia przypuszczeniami, ale ja potrzebuję konkretnych informacji. Jak widzicie, możliwości jest wiele, a każda kolejna zdaje się jeszcze bardziej zawiła i straszna. Jednak liczę, że wspólnie uda wam się rozwikłać tą tajemnice.

Szermierz, krótkim skinięciem głowy pokazał, że zrozumiał. I to co zostało powiedziane i to co nie zostało. Podobnie Ludwig, odłożywszy kielich po ostatnim łyku, odmówił dolewki, co w jego przypadku było równoznaczne z zakończeniem rozmowy. Miał kilka przemyśleń względem ich pracodawcy, ale o tym wolał pogadać z kompanami, na względnej osobności w jakiejś oberży. Lang również nie miał więcej pytań, musieli zacząć działać, a do tego potrzebowali planu i to takiego, który niekoniecznie musiał być znany ich pracodawcy.

Duzi chłopcy dyskutowali a ona siedziała w milczeniu. Rozwinęła długi szal i zsunęła kaptur z kędzierzawej głowy. Sączyła swe wino powoli aż w końcu zdawało się że się skończyło. Wydawało się, że dyskusja też miała się ku końcowi.

- Ekhm. - Kalsznęła zwracając na siebie uwagę - Jeszcze jedno pytanko jeśli pozwoli Pan, Panie Holst. W magazynie w Liepoldstrasse były jakieś ślady? Dwa dni to długi okres czasu a Pan wydaję się być człowiekiem dbającym o swoje interesy. Chociaż widzę że los Pana ludzi, też Panu nie jest obojętny - dodała na końcu z nutą pogardy w głosie. Wszakże chciała dać jasno do zrozumienia, że los ludzi nikogo tu nie obchodzi.

Holst spojrzał zaskoczony na milczącą dotychczas niziołke, jakby jej obecność całkowicie zatarła się w toku dyskusji.

- Wysłałem tam trójkę swoich ludzi następnego dnia, ale niczego nie znaleźli. Może wy będziecie mieć więcej szczęścia.

Liapola uśmiechnęła się pod nosem. Patrzyła mu głęboko w oczy.

- Nikogo Pan nie trzyma na smyczy, lecz to zapewne szalenie niewygodne w Pańskiej branży kiedy ktoś znika, prawda? Szczegónie jeśli ktoś za dużo wie. A pozostali? Wszakże ten z magazynu nie był pierwszym na Pana zlecenie, który “przepadł bez śladu”. Też żadnych poszlak? Żadnej krwi?

Wróbel od początku spotkania nie zabierał głosu, na pozór wydawał się wręcz znudzony całą tą rozmową. Bystrzejszy jednak obserwator zauważyłby że przysłuchiwał się on każdemu słowu oceniając zarówno treść rozmowy jak i osoby które się wypowiadały. W korzystaniu z poczęstunku młody mężczyzna zachowywał podobny umiar jak w wypowiadaniu się, wziął jedynie łyk wina by uniknąć obrażenia gospodarza. Większość istotnych pytań padła, być może nawet padło ich zbyt wiele zważywszy na to że osoba ich pracodawcy niekoniecznie była godna zaufania jednak nie Wróblowi było to oceniać. Z przyszłych towarzyszy z którymi przyjdzie mu prowadzić śledztwo swą uwagę koncentrował głównie na dwóch osobach: Kriegu któremu prawdopodobnie będzie musiał uważnie patrzeć na ręce oraz milczącej przez większą część spotkania niziołce.

- Może i wiedzą dużo, jednak nie ośmieliliby się podzielić tymi informacjami z kimkolwiek, zapewniam – odparł gospodarz, racząc się winem. – A tamci to jeszcze gorsze przypadki. Remlingera przynajmniej wiedzieliśmy gdzie szukać. Tamci od tak zniknęli, nie wiadomo kiedy i gdzie. Zwykle moi ludzie orientowali się dopiero po kilku dniach, że coś jest nie tak.

- Ehem - Liapola, potaknęła lekceważonco i zeskoczyła z zydelka. Holst dał zlecenie, powiedział co miał do powiedzenia a dziewczyna miała już dość jego gęby. Ruszyła w strone wyjścia zarzucając swój szal na szyję, obwijając się nim szczelnie. Zatrzymała się.
- Możesz mnie zaprowadzić do Noma? - Spytała wyjątkowo grzecznie po dość aroganckim zachowaniu. Patrzyła mu w oczy jednak bez emocji oczekując reakcji.

Szermierz przeniósł spojrzenie na niziołkę i typa o paskudnym licu.
- Sugeruję, że powinniśmy się naradzić. Oczywiście jeśli nikt więcej nie ma pytań. - spojrzał na Kriega i Lothara. - Najlepiej usiąść w karczmie, podzielić się pomysłami i ustalić miejsce zbiórki. Dzięki temu łatwiej skoordynujemy nasze dzialania czyniąc śledztwo skuteczniejszym.

Liapola odwróciła na chwilę wzrok od Kreiga. Z niecierpliwością spojrzała na sufit. Chodzenie po karczmach z bandą dryblasów było jej nie w smak. Podzielić się pomysłami znaczy tyle co upić się na umór i pierdolić głupoty trzy po trzy. Dziewcznyna pijacką gadkę znała aż za dobrze. Słowa smukłego erudyty pozostawiła bez komentarza. Wróciła wzrokiem na Kriega, tym razem uśmiechając się dziewczęco. Być może trochę na siłę ale ciężko było to ocenić.

- To jak będzie, idziemy?

- Ach, jeszcze dwie sprawy – odezwał się spokojnym tonem Holst, nim ktokolwiek zdążył wyjść. – Oficjalnie ta rozmowa nie miała miejsca. Dla dobra waszego, jak i mojego, lepiej będzie, jeżeli nikt się nie dowie, dla kogo pracujecie. A raporty z postępów waszego śledztwa chcę otrzymywać codziennie. Oczywiście wy nie będziecie musieli się tu fatygować, Edmund za to będzie regularnie składać któremuś z was wizytę.

- Tak więc miejsce zbiórki ustalone - Rzuciła krótka Liapola. - A pomysł z bestią jest chyba niekwestionowany - Dodała z nutą drwiny w głosie i drobnym uśmiechem pod zadartym noskiem.

- Bestia rozszarpałaby ofiary na miejscu, co nijak pasuje do tajemniczych zaginięć. To nie bestii będziemy szukać. - Rzekł Lothar, patrząc z dezaprobatą na pyskatą dziewkę. Najwyraźniej dotąd nie spotkała żadnego z tych, którym zrażanie do siebie wpływowych i niekoniecznie wzbraniających się przed przemocą ludzi nie wyszło na dobre. Może dlatego, że na spotkania z takowymi zwykle należało udać się nad kanał ściekowy, którędy nieśpiesznie dopływali do rzeki. Tak po prawdzie to jej życie - jej sprawa.

- Do zobaczenia - rzucił Krieg biorąc na odchodnę ze srebnej tacy karafkę wina i wlewając w gardło resztę jej zawartości. Przez chwilę zastanawiał się trzymając zdobione naczynie w ręku, kiedy napotkał gromiący wzrok Edmunda.
- Nie śmiałbym - powiedział odkładając ją na miejscę i ukłaniając się karykaturalnie. - Będę nad ranem w Trzech Koronach - dodał mierząc się z chłodem zimy. Miał jeszcze z kimś do rozmówienia.

Kruk skłonił się płytko gospodarzowi i również opuścił salę kierując się do przedsionka.

Lang podziękował za trunek skinieniem głowy ich gospodarzowi i wyszedł do przedsionka, również był ciekaw jak dość do domu poborcy, co miał im wyjaśnić wspomniany Edmund. Sam Edmund wydawał mu się interesującym osobnikiem, który był zapewne czymś w rodzaju “szarej eminencji” i “prawej ręki” albo “lewej dupy”- znając upodobania reiklandczyków. Zapewne wiedział więcej, niż pokazywał na zewnątrz. Stanął obok Wróbla czekając.

Ludwig obrócił się na szerokiej pięcie. Przed opuszczeniem budynku chciał wywiedzieć się więcej o poborcy podatków, choć powodowane było to, ni mniej, ni więcej, grzeszną ciekawością. Znał kogoś, kto biedaków mógł znać, a sprawę zarysować mu z innej perspektywy. Był to ktoś, kto mógł go również poprowadzić prostą drogą do cennych kontaktów. Kawałkiem węgla naskrobał na ułożonej na kolanie kartce kilka słów, zagiął dwukrotnie świstek i wcisnął go w smukłą dłoń Edmunda.

- Daj szefowi, jak wyjdziemy. - burknął i zmierzył go wzrokiem. - Dla ciebie też to może być rada. Jedyny kierunek, jaki może obrać prawy człowiek.
- Ostatnia rzecz, Herr Holst. - Kuhn zatrzymał się, nim wyszedł. - Oferowana suma za rozwiazanie problemu, nie wspominając o dodatku za sprawcę, jest niemała... - przerwał na moment, jakby zastanawiając się nad doborem kolejnych słów. - Co powstrzyma Was przed pozbyciem się wszystkich lub części z nas, gdy sprawę załatwimy i upomnimy się o nagrodę? - Powiedział wreszcie, a w jego tonie próżno było szukać emocji innych, niż ciekawość.
Dosłyszawszy pytanie Lothara, Holst zatrzymał na nim swe spojrzenie, twarz jego przyjęła apatyczny wyraz. Rozważywszy coś w myślach, w końcu otworzył usta, z których wypłynęły się starannie dobierane słowa, jakby rozmówca nie chciał przypadkiem powiedzieć zbyt wiele:

- Suma, którą oferuję zaprawdę może wydawać się wam bardzo wygórowana, jednak mogę państwa zapewnić, że nie jest to rozrzutność, a tym bardziej oszustwo z mej strony. Jak wspominałem, na początku rozmowy, nie tylko w moim interesie jest zapewnienie bezpieczeństwa biedocie. Owi… współpracownicy, choć wolą zachować anonimowość, również dołożyli swoje trzy pensy w tej sprawie. Prawda mógłbym, zaoferować każdemu z was po dziesięć koron na głowę i pewnie równie chętnie byście się tą sprawą zajęli. Jednak każdy średnio zamożny mieszczanin byłby w stanie przebić tą sumę i nakłonić któregoś z was do zmiany frontu, a na takie ryzyko nie mogę sobie pozwolić. Mówią, że wierność najemnika mierzy się w wielkości wynagrodzenia, a nie ukrywam, że jesteście dla mnie niczym więcej jak najemnikami. A co do pozbycia się was po załatwieniu sprawy… oczywiście, mógłbym to zrobić bez problemu. Szczerze mówiąc nie mam nawet pomysłu, jakbym miał zapewnić was, że tego nie zrobię. Mogę złożyć wam obietnicę, że uczciwie dopełnię swoją części umowy i w żaden, pośredni czy bezpośredni sposób was nie tknę. Jednak zapewne moje obietnicę wartę są dla was tyle, co pusty mieszek, tak więc w tej kwestii jesteście zdani jedynie na swoją intuicję.

W połowie drogi do przedsionka Kruk się zatrzymał i odwrócił, żeby wysłuchać odpowiedzi ich gospodarza.
- To proste. To - gestem wskazał na dom. - mnie przekonuje. Prowadzisz przedsiębiorstwo, sądząc po tym domu dobrze prosperujace, a zabijając podwykonawców straciłbyś renomę. Tajemnicę czasem ciężko utrzymać. Dlatego nie martwię się o zapłatę i to proponuję reszcie.

Gospodarz skinął głową na wypowiedź Kruka.

- Dobrze, skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, to możecie już odejść. Z niecierpliwością będę czekać na raporty z waszych postępów.

Tymi słowami Holst zakończył rozmowę, zaś Edmund zamieniwszy z nim jeszcze jedno słowo, ruszył za awanturnikami. Ciekawskim wzrokiem zmierzył liścik od Ludwiga i w odpowiedzi ograniczył się jedynie do skinienia głową. Zaś zaraz potem odezwał się do reszty:

- Odprowadzę was pod Trzy Korony. Ta dzielnica nocą potrafi być bardziej niebezpieczna niż niejeden zakazany las, zwłaszcza ostatnio, a ludzie czasem potrafią błądzić nieoznakowanymi ulicami przez wiele godzin. Po drodze wytłumaczę wam też, jak trafić do tego całego Wernicka.

I to były ostatnie słowa wypowiedziane przez ich pracodawcę. Jego nowi ludzie opuścili budynek w towarzystwie Edmunda.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 19-09-2015, 20:00   #8
 
Blacker's Avatar
 
Reputacja: 2202 Blacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputacjęBlacker ma wspaniałą reputację
Zakon, okolice Ravenstein

Brat Volans, furtian w zakonie Vereny od dziecka odznaczał się czułym słuchem. Nawet teraz, gdy wiele już lat upłynęło a jesień jego życia podobnie jak aktualna pora roku powoli przechodziła w zimę wielu młodych mogło pozazdrościć mu czułości zmysłów. Wilgotny opar idący od pobliskiej rzeki Lud zasnuwał okolicę opactwa a szarówka przedświtu mamiła wzrok jednak Volans bez trudu wnioskując z odległego jeszcze dźwięku kopyt ocenił że w stronę furty zmierza pojedynczy lekkozbrojny jeździec na długo nim dostrzegł go na wąskiej ścieżce. O tej porze mógł to być tylko posłaniec, gość dość niezwykły. Owszem, posłańcy przybywali od czasu do czasu nawet do tak skromnego zakonu jednak zwykle wiadomości powierzane były braciom pielgrzymującym. Wynajęcie konnego posłańca nie było rzeczą tanią więc albo wiadomość była pilna, albo pochodziła od kogoś bogatego. Większość akolitów poza tym że nie mogła utrzymywać kontaktu z rodzinami to na dodatek nie pochodziła ze zbyt bogatych rodzin więc adresatem posłannictwa mógł być albo opat Alberich Falkauge, weteran wielu walk z chaosem którego sława może i nie zataczała szerokich kręgów wśród prostego ludu jednak była dość rozległa wśród tych parających się eliminowaniem plugastwa albo Wróbel.

Volans westchnął ciężko i rozkaszlał się odsuwając skobel w furcie. Ostatnio napady kaszlu odzywającego się bólem w klatce piersiowej zdarzały się coraz częściej i nie pomagała na nie nawet ziołowa nalewka produkowana przez zakonników. Ataki trwały coraz dłużej i coraz trudniej było się po nich pozbierać jednak stary zakonnik nie zamierzał rezygnować ze swojej funkcji tak długo jak tylko będzie w stanie sprawować swe obowiązki. Nim porzucił swe świeckie życie by dołączyć do zakonu był klucznikiem w majątku ziemskim arystokraty więc doskonale rozumiał że powierzenie komuś kluczy jest oznaką największego zaufania. Posłaniec nawet jeśli był zdziwiony faktem że furta czekała już otwarta nie okazał tego w żaden sposób, wprowadził wierzchowca na dziedziniec i przywiązał do słupa. Stary zakonnik otaksował spojrzeniem przybysza jednak nie był w stanie ocenić do kogo z dwóch potencjalnych odbiorców miał dostarczyć swoją wiadomość; nie było to jednak problemem. O tej porze obydwaj mężczyźni jak zwykle zajęci byli treningiem

- Znajdziesz go na małym dziedzińcu.
- Nie powiedziałem jeszcze do kogo przybyłem
- w głosie posłańca dało się usłyszeć zdziwienie
- I nie musiałeś. Kieruj się odgłosami walki

***

- A więc Kruk… Jeśli dobrze pamiętam to poznałeś go w trakcie śledztwa w Worlitz, tak?

W refektarzu pachniało grzanym winem z korzeniami którym dwójka mężczyzn raczyła się po treningu. Co prawda zahartowane ciała zakonników tak łatwo nie poddawały się przeziębieniu jednak ostrożności nigdy nie było za wiele a połączenie rozgrzania walką z lodowatym porannym wichrem stwarzało pewne ryzyko. Starszy, opat Alberich, był wysoki i potężnie zbudowany a czarne włosy i ostre rysy dodatkowo poznaczone bliznami nadawały mu srogi wygląd. W sztywnych ruchach dało się poznać doświadczonego żołnierza a ton głosu wskazywał że nawykł do posłuchu. Młodszy, Wróbel, z dwójki był jeszcze wyższy, jednak prawdopodobnie ważył mniej niż jego towarzysz. Szczupły, by nie powiedzieć chudy wydawał się zbudowany z samych mięśni i ścięgien a potargane bure włosy nadawały mu niechlujny wygląd. Szaroniebieskie oczy patrzyły jednak na świat z uwagą a gdy odpowiedział jego głos okazał się dość cichy

- Owszem, pomogliśmy sobie nawzajem. Działa na rzecz Vereny nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, chociaż czasem cechuje go niepotrzebna litość
- Litość?
- Zgadza się. Czasem pomaga tym, którym pomóc nie można. Tym, którzy nie potrafią pomóc sobie sami
- Litość nie jest słabością Wróblu. Czasem w ten sposób próbujemy udowodnić samym sobie że jesteśmy lepszymi ludźmi. Uważaj na tych, którzy są litościwi bo nigdy nie wiesz jakie skrywają za tym intencje ale nie uznawaj tego za słabość. Czy mogę zobaczyć tą wiadomość?
- Oczywiście


Opat rozwinął pergamin i odczytał

Cytat:
"Drogi towarzyszu. Mam nadzieję, że list ten zastanie Ciebie w Ravenstein. Obecnie znajduję się w Altdorfie i natknąłem się na sprawę, która może Ciebie zainteresować. Będę niezmiernie wdzięczny jeżeli niezwłocznie przybędziesz i po zapoznaniu się z nią podzielisz się swoimi spostrzeżeniami. Pytaj o mnie w gospodzie "Czerwony dyliżans".
Niechaj Sigmar prowadzi Twe ramię a Verena rozświetla drogę.
Kruk"
- Zamierzasz jechać, prawda?
- Tak. Duma Kruka nie pozwoliłaby wysłać takiej wiadomości gdyby sprawa nie była poważna
- Jedź zatem, niech prowadzi Cię mądrość Vereny


Trzy korony, Altdorf

Droga powrotna zdawała się być jeszcze dłuższa i bardziej zawiła, niż kiedy szli ulicami godzinę wcześniej. W tym czasie, od drużyny odłączył się Krieg, który bez podania powodu, zniknął między ciasnymi zabudowaniami ulicy biedoty. Podobnie postąpiła Liapola, która skręciła na ulicę prowadzącą na niewielki cmentarzyk. Reszta drogi minęła bez przeszkód i cała szóstka bezpiecznie znalazła się pod Trzema Koronami.

Pożegnawszy się z Edmundem, awanturnicy przekroczyli drzwi karczmy. Słaby płomień jarzył się jeszcze w palenisku, zaś spasiony karczmarz Eugen drzemał na ladzie. Jednak jedno czuje oko, niemrawo łypnęło na awanturników spod powieki. Reszta niewielkiej sali wydawała się równie senna. Walące się po podłodze kufle i ochłapy jedzenia nie zostały jeszcze uprzątnięte, zaś dwójka cherlawych bywalców rozmawiała dyskutowała o czymś półgłosem przy stoliku na środku sali.

- Chceta czego? – zapytał karczmarz, unosząc się niezdarnie znad blatu. – W antałku została resztka piwa. Jak chcecie tu siedzieć to dołóż ta któryś drwa do ognia. I nie hałasować mi tu.
- To nalej nam wszystkim.

Kruk podszedł do kontuaru. Większość gotówki zostawił w swoim pokoju, chodzenie z brzęczącym mieszkiem było głupotą ale spokojnie mógł sobie pozwolić na postawienie kolejki. Eugen leniwym ruchem pozbierał monety od Kruka, po czym nieśpiesznie napełnił pięć kufli. Szermierz zapłacił zabrał swoje piwo i usiadł w pewnym oddaleniu od dwójki gości. Poczekał aż reszta się dosiądzie i wzniósl toast:

- Za powodzenie w naszym przedsięwzięciu
- Za powodzenie
- po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwał się Wróbel

Eckhart uniósł kufel ku reszcie, dołączając do toastu.

- Za powodzenie! - gromko zawołał Ludwig i upił z kufla długi łyk. - Nie owijajmy w bawełnę, do rzeczy przejdźmy. Co myślicie, panowie mili, o naszym pracodawcy?

Kruk również się napił i odpowiedział:

- Płaci i ma zamiar dorwać to coś co poluje na jego ludzi. A to czym się zajmuje na codzień nie wiele mnie obchodzi. Bardziej mnie interesuje jak dzielimy się obowiązkami?
- Mam znajomego, który o zaginięciach biedoty miejskiej wiedzieć coś może z pierwszej ręki. - Otto wzruszył ramionami. - W Altodrfie mam też dwóch braci, ale mnie nie wiedzieć czemu nie lubią. No i do niczego się nie przydadzą, chyba, że na zanętę dla tej… bestii. Jeden landsknechtem bywał, ale na psy zszedł i do rynsztoka wpadł - objaśnił. - A drugi jest żakiem, filozofem, a wiadomo, że ci z przyrodzenia ino do chlania się nadają. W każdym razie, popytam wśród biedoty.
- Moim zdaniem to dobry pomysł. Ale czasy niespokojne i w pojedynkę lepiej nie chodzić. Ja poszukam tego pobory podatków. Jeśli zaś chodzi o sprawdzenie magazynu, chociaż Sigmar jeden wie co za ślady mogą tam ciągle być, to nie znam do tego nikogo lepszego od Wróbla.
- Zaryzykuję - Ludwig machnął lekceważąco dłonią. Być może rzeczywiście nic nie ryzykował, albo miał podstawy, by być pewnym swego bezpieczeństwa. - A kim jesteś Wróblu, że tak sobie oko wprawiłeś? - zwrócił się do kompana Kruka.
- Kruk znacznie przesadza Ludwigu - Wróbel uśmiechnął się delikatnie - Jestem tylko sługą w świątyni Vereny a przez wzgląd na różnice pomiędzy nami zdarzało mi się wyciągać inne wnioski niż jemu przychodziły do głowy.
- Chętnie, któremuś z was mogę po towarzyszyć, jeśli towarzystwo prostego żołnierza nie będzie wadzic?
- wtrącił Lang.
- Towarzystwo żołnierza będzie mile widziane - odpowiedział Wróbel - zwłaszcza że sama okolica magazynu może nie należeć do najbezpieczniejszych.
- Czyli postanowione - uniósł kufel w kierunku Wróbla - odwiedzimy magazyn. Rozumiem, że pójdziemy tam z rana? - chciał się upewnić co do intencji kompana.
- Zgadza się. Nie ma co marnować dnia
- I ja pójdę. - Odezwał się wreszcie milczący dotąd Kuhn. - To jedyne do tej pory potwierdzone miejsce zaginięcia. Na dodatek zaginieni nie byli anonimowi - ich… współpracownicy - zaakcentował to słowo - mogą przekazać jakieś wieści na ich temat. Może mieli wrogów, chadzali do jednego burdelu, albo pospołu chcieli wyrolować swoich szefów? Powodów mogło być mnóstwo. - Stwierdził. - Albo i żadnego. - Dodał po chwili.
- To powodzenia wam życzę. - Ludwig odchylił się na krześle. - Spotkajmy się jutro wieczorem, tu, gdzie teraz jesteśmy. Wymienimy informacje i ustalimy, co dalej.
 
__________________
Make a man a fire, you keep him warm for a day. Set a man on fire, you keep him warm for the rest of his life.
—Terry Pratchett
Blacker jest offline  
Stary 19-09-2015, 22:01   #9
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 2942 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Altdorf wydawał mu się ogromny, bywał w stolicy Hochlandu, ale to co widział w głównym mieście Imperium przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Przez kilka dni przebywał w gościnie u Grakha, ale nie chciał nadużywać gościnności krasnoluda. Który notabene okazał się całkiem znośnym kompanem, zarówno do rozmowy jak i kielicha. Eckhartowi imponowała jego wiedza dotycząca broni palnej, w końcu był terminatorem u rusznikarza, warsztat starego Firehanda, był jednym z lepszych w stolicy. Jednak żołnierz chciał znaleźć jakąś pracę i ustawić się w mieście, załapać jakieś znajomości i kontakty, bo bez tych nie ciężko było się dostać w szeregi kompanii najemniczych.

Zamieszkał w gospodzie “Trzy Korony”, nie było to może lokum o najwyższym standardzie. Lang przypuszczał, by miało wogóle jakikolwiek standard. Nie przeszkadzało mu to, na tyle było go stać i nie narzekał. Jedzenie było znośne, człowiek który całe swoje dorosłe życie spędził w wojskowych obozach, nie miał prawa narzekać na jakikolwiek prowiant. Jedynym mankamentem było piwo, które karczmarz chrzcił bez zachowania żadnej przyzwoitości. To jednak przestało być problemem, kiedy Eckhart przeniósł swoje alkoholowe zainteresowanie na całkiem znośną jabłkową brandy.

Posłaniec od tajemniczego pracodawcy, zastał go przy kontuarze szynkfasu, kiedy kończył wieczorny posiłek. Robota była mu potrzebna, więc nie wybrzydzał i zgodził się na propozycję spotkania. W zasadzie nie musiał sie nigdzie ruszać, bo owo miejsce zbiórki mieściło się w “Trzech Koronach”.

Oczom pozostałych ukazał się krępy, muskularnej budowy ciała mężczyzna o ciemnych jak smoła włosach. Ogorzała od słońca i wiatru twarz miała ostre rysy a oczy bystre spojrzenie. W ruchach był oszczędny i sprężysty, przez co każdy łatwo mógł rozpoznać w nim wojaka, który służył w regularnej armii. Ubrany był skromnie ale schludnie, raczej prosto i funkcjonalnie. Jedynie ciężki sukienny płaszcz i kapelusz z szerokim rondem, były lepszej jakości.

Pas obciążał mu sztylet o długim i cienkim ostrzu i szeroki kord, oraz rożek z prochem i mieszek z ołowianymi kulami. Przez pierś zwisał mu bandolier z małymi skórzanymi kieszonkami na patrony. Tarczę i plecak zdecydował się zostawić w pokoju na górze, zbędne obciążenie nie było mu teraz potrzebne. Ze skórzni jednak nie zrezygnował, wyprawiona z bydlęcej skóry kurtka i karwasze, nie były może tyle skuteczne co kolczuga czy półpancerz, ale on wolał lżejszą ochronę. Na plecach miał podłużny pokrowiec, którego zawartość dla reszty na razie była niewidoczna. Przywitał się z pozostałymi skinięciem kapelusza i ruszył z resztą kompanii za Edmundem.

 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 20-09-2015, 15:34   #10
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5576 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację
30 Urliczeit 2511 KI
Mglisty poranek


Długa, mrożąca krew w żyłach noc, w końcu ustąpiła nieubłagalnemu upływowi czasu i odeszła na zachód, przeprowadzając swoją inwazję na innej części globu. Blade promienie słońca skrytego za białymi obłokami z trudem przebyły swą wyczerpującą drogę, uderzając w pokryte śniegiem zabudowania stolicy, budząc do życia jej mieszkańców. A ci drapali się z dezaprobatą po głowach, spoglądając przez chude okna, pozornie oddzielające ich od zewnętrznego świata. Ujrzeli bowiem biel spowijającą ich miasto. Najczystsza z barw już nie tylko zalegała na ulicach i dwuspadowych dachach domostw, ale osiadła również w powietrzu, zarzucając ślepy całun na miasto.

Mgła. Gęsta i nienaturalna, zdradziecko podkradła się nocą, gdy wszyscy spali, niczym cichy morderca i oplotła swym jestestwem całą stolicę. Żyjący na piętrach, starych kamienic i domostw mieszkańcy Altdorfu mogli napawać się widokiem, przemykających po ulicach ludzi, którzy stanowili jedynie nikłe sylwetki, przedzierające się przez morza widmowej zasłony. A tych, których poranek wzywał do swych codziennych zajęć w mieście, nieraz wzdrygał lęk, kiedy to z naprzeciwka niespodziewanie wyłaniali się równie przestraszeni i zaskoczeni ludzie, których skurczone od zimna sylwetki, przypominały czasem nawiedzające ich mary nocne. W otchłaniach tego atmosferycznego fenomenu, dało się wyczuć coś podejrzanego, a z pewnością złego.

Taki właśnie poranek powitał zaspanych awanturników, którzy niespełna kilka godzin temu na swe barki przyjęli los setek nieszczęsnych i biednych dusz, żyjących pośród nędzy i ubóstwa. A drogę ku ich wybawieniu, miała od dziś spowijać mgła tajemnicy i niepojętego zagrożenia.


Wróbel i Eckhart

Sługa Vereny i żołnierz, odziani w ciepłe futra i płaszcze, ruszyli w stronę Liepoldstrasse, gdzie znajdować się miał ów stary magazyn, będący świadkiem tajemniczej zbrodni. Idąc tak w milczeniu, zatłoczonymi ulicami Altdorfskich slumsów, usilnie starali się przebić wzrokiem przez mleczne powietrze. Przez kilka minut ośmioramienne płatki śniegu tańczyły i wirowały na tle mgły, wywołując wręcz mistyczne i święte wrażenie. Liczni ludzie przemykali obok nich, nierzadko zderzając się ze sobą i wywołując nikomu nie potrzebne awantury. A żebracy co krok rzucali się im pod nogi, prosząc o łaskę. Wyrażaną najlepiej w formie brzęczących monet. Awanturnicy zaś z niepokojem stwierdzili, że mgła z upływem czasu wcale nie ustępuje.

Po niemalże półtorej godziny wędrówki w białej toni, dotarli w końcu do celu. We mgle mogli dostrzec już niewielki fragment starego, piętrowego, na wpół kamiennego, na wpół drewnianego magazynu. Nagle ich uwagę przykuło jakieś zamieszanie przed budynkiem. Słyszeli tłumione przez biel okrzyki, rozkazy jak im się zdawało. Kiedy podeszli bliżej, już wyraźnie mogli dosłyszeć zachrypnięty, jednak wciąż donośny głos mężczyzny.

- Dobratz, Eicke zabezpieczcie tyły! Jak wam się wywinie, to obiecuje, że obaj skończycie na nocnej warcie na murze! Huntemueller już jest?! Zdążyłbym samodzielnie postawić tu schody prędzej, niż on przytaska tu tą pierdoloną drabinę! Weźcie się w garść ludzie! On jest tam jeden, a nas ośmiu! Kapitan utnie mi jaja, jak się dowie, że mieliśmy z nim problemy! No! Który odważny, by się tam pierwszy wdrapać?!

Okrzyki zdawały się nie mieć końca, a z każdym krokiem coraz mocniej kuły w uszy. Dwoje awanturników postawiło niepewnie jeszcze dwa kroki przed siebie, gdy z przed nimi mgły wyłonił się szary punkt. Oboje niemalże odskoczyli na bok, kiedy spostrzegli, że punkt ten stanowił grot bełtu, nałożonego na ciężką kuszę.

- Stać! Sierżancie, mamy intruzów! – zapiszczał młodzieńczy głos, który należał do właściciela pierwszej kuszy. Podszedł bliżej i oboje dostrzegli twarz blondwłosego chłopca, z pewnością nie mającego jeszcze nawet dwudziestu wiosen, która starała się (z mizernym skutkiem) przybrać groźny wyraz. Jego ręka drżała, a palec nerwowo spoczywał na spuście kuszy.

- Jakich znowu intruzów, Ingwer?! Przecież, kurwa, kazałem Martensowi i Schemmanowi, by pilnowali ulicy!


Nim awanturnicy zdążyli poczynić jakieś kroki, zza pleców chłopca wyłonił się siwowłosy, wysoki mężczyzna ze srogą twarzą, ozdobioną bujną brodą oraz starą raną w jej centralnym punkcie. Barczystą posturę opinał gruby, czarno-biały uniform oraz czerwona peleryna. Strój ten zdradzał niewątpliwą przynależność do straży miejskiej.

Przyjrzał się uważnie przybyłym.
- Ingwer odłóż te broń, nim zrobisz komuś krzywdę. Skocz lepiej powiedzieć Martensowi, by znalazł sobie dodatkową parę ciepłych ubrań, bo dzisiaj nocuje na murze – zganił młodzieńca, po czym zwrócił się do Wróbla i Eckharta. – Sierżant, Ralph Siegeler. Proszę wybaczyć Panowie, ale jesteśmy w trakcie bardzo ważnej akcji. Przez tą mgłę musieliście nieświadomie ominąć moich wartowników. Nie mam pojęcia, co was sprowadza w tą zapomnianą dzielnicę, ale musicie ją opuścić do czasu zakończenia naszych działań – wygłosił swe słowa oficjalnym tonem.


Kruk


Kruk samotnie wymaszerował z Trzech Koron. Jego płaszcz w kolorze startych ziół falował w takt jego kroków, gdy skierował się w stronę dzielnicy średnich klas. Choć mgła nie opadła, śnieg mozolnie spadający z niewidocznego nieba w końcu ustał, co pachołki odśnieżające ulice musieli przyjąć z niewysłowioną ulgą. Zaś on, samotny przemierzał zatarte we mgle zabudowania i nie spostrzegł nawet kiedy krajobraz starych, zniszczonych budynków dzielnicy biedoty zmienił się w krajobraz mniej zniszczonych i odrobinę bogatszych budynków klas średnich. Mieszkali tu rzemieślnicy, kupcy, handlarze, urzędnicy i wiele innych osób, którym szczęście trochę bardziej dopisało.

Kruk mijał wysokie budynki, których szczyty tonęły we mgle, przez prawie godzinę, szukając tego jednego, będącego jego celem. Wypytawszy kilku przechodniów, okazało się, że kamienica Wernicke znajduje się tuż za zakrętem. Skierował nieśpiesznie swe kroki w tamtą stronę, gdy jego oczą ukazała się wąska budowla o barwie startego żelaza, pokryta białym puchem. Nawet we mgle Kruk mógł dostrzec, niedający wątpliwości stan kamienicy. Zdawać by się mogło, że fasada tylko dzięki swej sile woli jest w stanie utrzymać się w jednym kawałku, a odrapane drzwi wejściowe łypały smutno, tęskniąc za dawnym blaskiem.

Żadna brama, ani płot nie strzegły wejścia, toteż Kruk bez przeszkód wkroczył na posesje i wszedł do środka. Klatka schodowa tworzyła jeszcze gorsze wrażenie niż zewnętrzna elewacja. Lamperia ze starego, zmurszałego, ciemnego drewna odpadała miejscami odsłaniając zimną, szarą skałę, a warstwa stęchłego kurzu osiadła możliwie na każdym elemencie pomieszczenia. Żaden dozorca czy odźwierny nie strzegł tego miejsca, wiec Kruk został zmuszony zapukać do pierwszych drzwi, by dowiedzieć się, w którym pokoju mieszka były poborca podatkowy.

„Ten wariat”, jak pieszczotliwie określiła go kobieta zamieszkująca parter, mieszkał na poddaszu. Wspinając się po niepewnych schodach, Kruk w końcu stanął pod drzwiami na ich końcu. Zapukał. Z wnętrza dosłyszał, jakby ciche jęknięcie i dźwięk upadającego na ziemię metalu. Po kilku chwilach dziwnej szamotaniny po drugiej stronie, usłyszał ciche stąpania po skrzypiących panelach. Osoba ta podeszła pod drzwi, lecz zamiast szczęku zamka, do uszy Kruka doszedł tylko zlękniony głos.

- Kto tam?


Ludwig

Masywny mężczyzna podrapał się po głowie z irytacji, kiedy wkroczył do zadymionej tawerny „Pełny Kufel”, położonej nieopodal brzegu rzeki Reik. Nawet w środku Ludwig mógł wyczuć stęchły zapach ryb, który od wieków towarzyszył tej dzielnicy i zdawał się wsiąknąć w każdy jej fragment, łącznie z mieszkańcami. Samo wnętrze Pełnego Kufla zdawało się zawierać w sobie całą idee słowa „obskurny”, a gawiedź w zorganizowany sposób swoim wyglądem podkreślała ów odpychające wrażenie, dotykające każdego, kto tam zawitał.

Ludwig miał jednak swój cel i wygląd tawerny nie był w stanie odsunąć go od niego. Nie po to bowiem od rana wędrował po całym Altdorfie, przerzucany od siedziby gildii robotników, przez północną dzielnicę gdzie remontowano jakąś starą kamienice, aż w końcu po ów tawernę na południowym zachodzie. Oczywiście całą winę za to ponosił Sven Scholz, który z niewiadomych powodów postanowił zrobić sobie tego dnia wolne od pracy. Scholz siedział teraz na swoim stałym miejscu w centrum sali, gdzie Ludwig mógł go dostrzec mimo unoszącego się w powietrzu dymu i wdzierającej się drzwiami i oknami mgły.


Przedwcześnie posiwiały mężczyzna siedział wygodnie wsparty, o niestarannie wykonane krzesło, które kiwało się na boki z powodu źle wymierzonych nóg. Brudne i miejscami poszarpane ubrania zdawały się być nieco za małe jak na człowieka takiej postury, choć Sevenowi to z pewnością nie przeszkadzało. Siedział przy stoliku razem z kilkoma, wyglądającymi jeszcze gorzej niż on ludźmi.

Ludwig westchnął ciężko wchodząc w głąb tawerny.


Liapola, Krieg i Lothar


Karczmarz znowu rzucił krzywe spojrzenie w kierunku Liapoli, kiedy ta przekroczyła drzwi jego posesji. Przyszła do karczmy o świcie. Nie miała przy sobie nawet złamanego grosza. Być może schludne ubranie i niewinna buzia, powstrzymywały właściciela przed wypędzeniem biedaczki za próg. Z drugiej strony, był dopiero wczesny poranek i karczma była jeszcze niemal pusta. Oprócz niziołki, krzątały się tylko karczmareczki sprzątające sale po nocnej libacji. Jednak w najdalszym kącie pokoju Liapola spostrzegła dwie znajome twarze. Ruszyła w ich stronę bez zastanowienia.

Postawny brodacz z apetytem wsuwał poranne śniadanie przygotowane przez żonę karczmarza. Przepijał je świeżym piwem, które - jak na standardy karczm w tej dzielnicy - było całkiem niezłe. Naprzeciw niego siedział mężczyzn o nieco mizerniejszej postawie, który błędnym wzrokiem spoglądał na własny kufel. Zmęczone powieki zamykały się same z siebie, a on sam z trwogą wspominał wydarzenia minionej nocy.

Liapola dosiadła się do stolika Lothara i Kriega, wbijając swoje spojrzenie w tego drugiego.
 
Hazard jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166