Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-09-2008, 18:00   #1
Konto usunięte
 
Carnal Grief's Avatar
 
[WFRP] Objawy Zła

OBJAWY ZŁA

16 Braunzeit (wrzesień), 2523 Anno Sigmari

Było niemal południe, gdy dotarliście do jednego z zajazdów w L'Anguille – stolicy cesarstwa o tej samej nazwie w Bretonii. Nieopodal, kilka dni drogi na południe niemrawie toczyła się wojenka o spadek po Adarhaldach. Do książęcej korony zgłaszało pretensje wielu elektorów, a król Bretonii Louen Lwie Serce pragnął włączenia części ziem cesarstwa Mousillon do Lyonesse. Od dwóch lat przez te ziemie przetaczały się więc rycerskie zagony, oblegano miasta i zamki, ścierali się dowódcy i armie. Na ogół jednak niewiele się działo, zaś jedynym widocznym efektem zmagań były puste skarbce książąt i spalone przez nieopłaconych zaciężnych wioski.

Niewiele to jednak obchodziło zgromadzonych przy waszym stoliku jak i w całym zajeździe „Pod Strzaskanym Kompasem” gości. Karczma znajdowała się tuż przy nabrzeżu wielkiego portu L'Anguille i obecnie bawiło w niej naprawdę wielu podróżnych. Arabowie, Norsmeni, Kitajczycy – w lokalu można było dostrzec żeglarzy z całego świata. A dla nich liczyły się jedynie ciepła strawa i bezpieczne miejsce do spędzenia nocy. Wy zaś przybyliście do karczmy kilka minut temu, każdy z was z różnych, znanych tylko sobie powodów. Ze względu na panujący tłok i wielojęzyczny gwar, zrządzeniem losu zasiedliście przy jednym ze stolików w kącie sali. Zresztą, ostatnio przebyliście tyle kilometrów przez pastwiska, pola uprawne, część lasu Arden i dziewicze tereny L'Anguille, że jedyne o czym teraz marzyliście, to odpoczynek w przytulnej izbie, z dala od końskiego grzbietu.

Karczma do której trafiliście, nie różniła się zbytnio od innych tego typu przybytków. Parter zajmowała zatłoczona obecnie sala jadalna z kilkunastoma stolikami, na piętrze znajdowały się zapewne pokoje do wynajęcia. Kontuar mieścił się przy ścianie naprzeciw wejścia, w rogu znajdowała się scena dla śpiewaków, gdzie elfi bard przygrywał jakąś melodię (choć raczej mało kto go słuchał). Ściany ozdobione były myśliwskimi trofeami i obrazami przedstawiającymi okręty na morzu. Między stolikami uwijali się gospodarz i posługacze donosząc napoje i posiłki, a także zbierając zamówienia. W tłumie dostrzegliście też trzech potężnie zbudowanych, wygolonych na łyso mężczyzn, którzy zapewne chronili zajazd.

Najdziwniej z całego zgromadzenia wyglądał jednak stolik, przy którym zgromadziły się chyba największe indywidua: smukły, przystojny mężczyzna śniadej cery – ktoś, kto bywał w świecie powiedział by że to Estalijczyk, jednak mało kogo chyba to interesowało. Obok niego zasiadał potężnie zbudowany krasnolud o siwej brodzie. Dalej przystojny, smukły mężczyzna w bogatych szatach i dostojnym obliczu. W końcu okrutnie brzydki mężczyzna, który z kamienną twarzą przyglądał się otoczeniu.

Tak zanotowałby sobie was w pamięci postronny obserwator. Natomiast jak wy postrzegaliście otoczenie? Wasze wierzchowce odpoczywały w przyzajezdnej stajni. O tej porze roku paszy był dostatek. Przynajmniej o to jedno nie musieliście się martwić.

Elfi minstrel przygrywając na lutni nucił słowa pieśni:

Stary mężczyzna wpatruje się w horyzont
Z morskim wiatrem na twarzy
Wyspa targana burzami
Pory roku takie same
Kotwicowisko nienamalowane
I statek bez imienia.

Morze bez brzegu dla wygnanego po cichu
Rozpala latarnię morską, światłem na krańcu świata
Pokazując oświetloną drogę nadziei w ich sercach
Tych, podróżujących w stronę domu z daleka.


Z zamyślenia wyrwał was głos karczmarza. Solidnej postury brodata postać o czarnych, kręconych włosach, zwinnie toczyła się w waszym kierunku.

- Ech, ci grajkowie. Siędzie taki, brzdąka na tej lutni, a śpiewa że niewiastom z wrażenia w głowach się przewraca…- rzucił w bretońskim i roześmiał się serdecznie. - Gaston d'Aberre, właściciel 'kompasu' – ukłonił się lekko. - Pierwszy raz chyba goszczę państwa, więc witam w moich skromnych progach. Czegoś trzeba? Piwa pod dostatkiem, moje własne w zajeździe warzone, pensa za kufel. Wino młode, jesienne z tutejszych winnic niezgorsze, z Ulthuanu też mamy, trzy denary za lampkę. Gorzałka z kislevu sprowadzana… Z mięsiwa polecam drób i wieprzowinę z sałatkami w sosie słodko-kwaśnym. Palce lizać! Z zupek mamy rosołek, pomidorową i żurek... Do tego chleb, micha fasoli albo o! Kasza ze skwarkami! Pyszności, moja żona robi.
Gaston zamyślił się trochę.
- Pokoje dwu osobowe, ecu za dobę. Jeszcze trzy jeno zostały... Zastanówcie się, a ja wracam za chwilkę…Zostawże tą belkę parszywcze! Dom mi chcesz zawalić?... - to rzekłszy Gaston poleciał uspokoić jakiegoś marynarza co i rusz zataczającego się na podtrzymujący werandę filar.

Przy sąsiednim stoliku jakiś szlachcic i towarzyszący mu dwaj rycerze rozmawiali w nieznanym wam, dźwięcznym języku. Towarzyszący im najemnicy obgadywali w bretońskim przeróżnych hrabiów, książąt oraz ich siostry i matki z użyciem licznych niegodnych przytaczania przymiotników.
Tymczasem gospodarz, nie zważywszy na szanse poszczególnych pretendentów oraz polityczne układy zrobił porządek z pijanymi i powrócił do waszego stolika.
- To co podać panie i panowie? - spojrzał badawczo po waszych twarzach.


[* pensy - odpowiedniki imperialnych miedziaków
* denary - srebrników
* ecu - koron

W pierwszym poście proszę o dokładny opis wyglądu Waszych postaci - tak jak je widzą towarzysze przy stoliku. We wstępie opisałem wygląd tylko tak, jak widzi Was ktoś przechodzący obok.

Kości zostały rzucone...zaczynamy!
]
 
Carnal Grief jest offline  
Stary 19-09-2008, 19:00   #2
 
homeosapiens's Avatar
 
Brodacz, który ludziom znany był jako Grom leciutko przytupywał jedną nogą. Był zdenerwowany. Pochodził z Middenheim. Całe życie mieszkał wysoko w mieście wybudowanym na Górze Ulryka. Jako stworzenie z natury stworzone do życia w tunelach, nadto nie potrafiące pływać nie czuł się tutaj, w porcie, zbyt pewnie. Oczywiście tych emocji po twarzy nie było widać - w "kamienną twarz" grał z rówieśnikami... Ha! Jeszcze zanim broda mu wyrosła! Zdradzał go tylko nerwowy ruch nogą.

Z racji wzrostu mógłby uchodzić za człowieka. Niskiego, ale zawsze. Jak na Khazada był bardzo ludzko... zbudowany. Nie szeroki jak piec, jak większość pobratymców. Części ciała miał proporcjonalne, a węzły jego mięśni dawały się zauważyć nawet z pod kolczugi. Nie wyglądał na groźnego, taka sylwetka nie kojarzy się z zabijaką, raczej z człowiekiem ciężko pracującym. Coś jednak było w jego oczach, coś drapieżnego. To coś sprawiało, że rzadko kiedy ktoś go zaczepiał w karczmie by umilić sobie czas bójką. Dziwny? A to jeszcze nie koniec! Na twarzy nie miał ni znamienia, ni blizny. Jakby całe życie siedział pod kloszem, z dala od niebezpieczeństwa. Ponadto przez pas miał przewiązaną czerwoną szarfę.

Grom trzymał rękę na rogatym hełmie, który zabrał na pamiątkę z poprzedniego miejsca pracy. Pieniędzy nie zostało mu wiele. Nie wiedział w którą stronę się udać. Jego postanowienie było dość dziecinne. "To jak szukać wiatru w polu", pomyślał. Z ciekawości zerknął na pozostałych zebranych przy stole.

Panie majster, daj mnie pan piwa, byle nie... z importu pan daj, no! Więc ja jestem Grom i zawodowo zajmuję się obsługą topora bojowego. A wyście kto?
 

Ostatnio edytowane przez homeosapiens : 21-09-2008 o 16:16.
homeosapiens jest offline  
Stary 20-09-2008, 03:14   #3
 
Gob1in's Avatar
 
Twarz zdradzającą rysy człowieka pochodzącego z południa rozjaśnił nagły uśmiech.

- Wina, karczmarzu, a żywo! Dwie butelki trunku i puchary jakoweś! Ptactwo jakie jeszcze przynieście, tylko żeby dobrze wypieczone było! - radość w głosie przybysza wskazywała, że podróż dała mu się we znaki - I chleba świeżego dołóżcie, bom znużony wielce podróżą i posilić rad byłbym - słowami zabarwionymi nietutejszym akcentem potwierdził to, na co wskazywał stan jego ubioru. Cudzoziemiec musiał ostatnio przebyć szmat drogi - jego ubranie, mimo iż z całkiem dobrych materiałów uszyte, było poplamione i pokryte pyłem z gościńca.

Skórzane juki leżące przy nogach Estalijczyka wskazywały, że do gospody przybył konno. Na ławie, tuż obok lekko podniszczonych długich skórzanych rękawic, leżał kapelusz ozdobiony szeroką klamrą, i zapewne niegdyś fantazyjnym piórkiem. W tej chwili jednak stan piórka nie odbiegał od reszty ubioru. Właściciel nakrycia głowy przywiązywał zbyt dużej wagi do wyglądu, gdyż najwidoczniej zupełnie mu nie przeszkadzało, że poszarpane i brudne pióro przedstawia dość żałosny widok.

Gdy ten około trzydziestoletni mężczyzna poprawił dłonią niesforne, długie niemal do ramion jasnobrązowe włosy, dało się zobaczyć zmęczone, choć skrywające jakąś niespożytą wewnętrzną siłę, ciemnobrązowe oczy. Jego nawet przystojną twarz okalał niedbały zarost, przystrzyżony pierwotnie na estalijską modłę, teraz jednak stanowczo domagał się balwierza. Ani zarost, ani też włosy nie skrywały wystarczająco kilku szram szpecących oblicze podróżnika.
Blizny wyglądające jak cienkie blade kreski mogły zostać zadane bronią podobną do tej, którą nosił przy boku. Był to rapier o dość niecodziennym kształcie, gdyż oprócz jelca miał pleciony ze stalowego drutu kosz całkowicie chroniący dłoń szermierza. Była to zresztą jedyna ozdoba tej oszczędnej, żeby nie powiedzieć surowej w swym wyglądzie broni. Dla wprawnych oczu szczegóły tego ostrza zdradzały jego świetne wykonanie. To była broń przeznaczona do fechtunku, pozbawiona niepotrzebnych ozdobnych elementów, którym hołduje tak wielu arystokratów. Widać było, że to broń do walki, a nie do parady.

Solidnie wyglądający rapier nie był jedynym uzbrojeniem Estalijczyka. Za pasem miał zatknięty pistolet z zamkiem skałkowym. Również pozbawiony ozdób, obiecywał brutalną skuteczność. Dopełnieniem wyglądu caballero był przewieszony przez ramię pas na ładunki, przypominający pasy noszone przez rajtarów, pozwalający trzymać pod ręką wszystko niezbędne do przeładowania broni. Przybysz wyglądem i zachowaniem przypominał raczej żołnierza, niż szlachcica, co jednak sugerował sygnet noszony na palcu. Jednak dla osób nie znających estalijskiej heraldyki nie mówił nc więcej o jego właścicielu.

- Przez takich, jak ci tam, ten piękny kraj obraca się w ruinę - mruknął do siedzących przy stole mężczyzn, odwracając głowę od siedzących nieopodal szlachetnie urodzonych ze swoją obstawą. - Jestem Eduardo Hamirez del Velaro - tutaj puścił do słuchaczy oko w reakcji na ich marsowe miny - Ale bez obaw, możecie Panowie mówić do mnie Hamirez - uśmiechnął się. - Wygląda na to, że przyjdzie nam dzisiaj biesiadować w tym zacnym gronie, więc proponuję wznieść toast... - przerwał, by nalać wina do cynowych pucharków - za zdrowie wszystkich pięknych niewiast, które zdołamy jeszcze poznać w tym naszym tak krótkim życiu! - spojrzał po biesiadnikach - I za zdrowie tych, które poznaliśmy i chcemy o tym jak najszybciej zapomnieć! - Hamirez wybuchnął śmiechem, pokazując ładne i zdrowe zęby, dość rzadki widok w Starym Świecie.
[IMG]http://[/IMG]
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 20-09-2008, 10:11   #4
 
homeosapiens's Avatar
 
Grom przyglądał się Estalijczykowi. Miał podobną broń, jak ci, z którymi miał już okazję walczyć. Nazywał ją "dziabalcem". Nie lubił walczyć z jej posiadaczami. Ciężko było unikać ciosów zadanych tą szybką bronią. Z drugiej strony ciosy nie były silne. Zazwyczaj kończyło się na kilku draśnięciach, kiedy to jego topór z wrodzoną sobie brutalnością kończył "taniec z bronią" wąsiastych jegomości. Eduardo Hamirez del Velaro miał w sobie jednak coś, co wzbudzało w nim szacunek. Nie był samochwałem, a ponadto wyglądał na bardziej doświadczonego niż tamci dwaj wojownika. Przekonał się nie raz w swoim długim, jak na Staroświatowe standardy życiu, że lepiej mieć kogoś takiego po swojej stronie. Szczególnie gdy ludziom odbije z głodu i zaczną się wyżywać na nieludziach. Na arenie nigdy nie przegrał, ale w walce z czterema obwiesiami z miasta był bliski śmierci. Ocalił go nieznajomy, któremu weteran areny nigdy nie miał okazji podziękować. Powiedział "Może kiedyś i ty mnie poratujesz, póki co nie potrzebuję niczego, dopóki są piękne kobiety, dobre wino i wystarczająco złota w sakiewce".

Karczmarz tymczasem przyniósł zamówione napitki i człowiek zaproponował toast. Krasnolud uniósł swój kufel i zgodnie z tym, co nauczyła go matka o toastach, wypił do dna. Piwo pochodziło zdaje się z Marienburga. Karczmarz boczył się trochę na niego za pogardzenie jego własnym wyrobem, ale pogarda dla Bretońskiego piwa była tak powszechna, że nie sądził by to było coś poważnego. Zdecydował się zagadać do południowca. W końcu był w karczmie, pił piwo, z dala od domu i bratnia dusza by się przydała.

-Wyglądasz na człowieka wojennego. Miałem ja już południowcami do czynienia, ale ty wyglądasz na bardziej doświadczonego. Słyszałem, że tutaj można nieźle zarobić idąc w kilku jako najemnicy dla lokalnego lorda, załatwiać jakieś sprawy, o których rycerze na tyle wstydliwie gadają, że sami nie pójdą. Poza tym przydało by się mieć jakichś towarzyszy. Zgnuśniał żem podróżując samemu jeno przez cały rok. Spojrzał po pozostałych. Co wy na to poznani w karczmie ludzie? Proponuję w tej naszej codziennej walce o przetrwanie połączyć siły!

Grom zasłyszał takie zawołanie w innej karczmie i stwierdził, że teraz przydało by się z niego skorzystać. Nie był zanadto gadatliwy, ale piwo, niczym wprawny mężczyzna stanik, rozwiązało mu język.
 
homeosapiens jest offline  
Stary 20-09-2008, 14:01   #5
 
Mroku's Avatar
 
„Nareszcie na miejscu”, rzekł w myślach dworzanin i zsiadł ze swego zmęczonego rumaka tuż przed „Strzaskanym Kompasem”. Wiele dni temu wyruszył z rodzinnego Bordeleux i zmęczony podróżą wreszcie miał szansę na jakiś odpoczynek w poważniejszej karczmie. Te na szlakach zupełnie nie nadawały się na nocleg dla kogoś o jego pochodzeniu – wszędzie szczury, insekty i ogólny brud. Jean-Pascal wzdrygnął się na samą myśl o tym, gdzie musiał nocować w przeciągu tych kilku dni, zaprowadził konia do przyzajezdnej stajni (i dopilnował, nie żałując chłopcu stajenemu pensa by ten napoił i dokarmił rumaka) po czym przekroczył drzwi lokalu.

W środku było tłumnie, co niezbyt spodobało się szlachcicowi. Z dziwnym grymasem na swym wyniosłym obliczu rozejrzał się po zatłoczonej sali szukając wolnego stolika. Niestety, prawie wszystkie były zajęte, choć w końcu Jean wyłowił wolne miejsce przy jednym ze stołów. Kierując się tam niemal został przewrócony przez jakiegoś zataczającego się pijaczynę. Dworzanin klepnął go w plecy odsuwając od siebie z odrazą i szybkim krokiem dotarł na miejsce. Zlustrował najpierw zebranych przy nim jegomościów – siwobrody krasnolud, mężczyzna wyglądający na Estalijczyka i jakiś typ o niezbyt miłym obliczu zamierzało być jego towarzystwem na resztę popołudnia.„Cóż, zawsze mogłem trafić gorzej”, westchnął w myślach i skłonił się uprzejmie.

- Ma godność Jean-Pascal Mignot. Czy szanowni panowie pozwolą bym dołączył do tego jakże zacnego towarzystwa? - uśmiechnął się delikatnie.

Gdy przytaknęli, zasiadł przy stoliku i skinął głową nowym towarzyszom. Mógł mieć nie więcej niż dwadzieścia sześć lat, a przystojne oblicze i bogato zdobiony strój od razu zdradzały, iż musi pochodzić z wyższych sfer. Miał na sobie ciemnobrązowy zapinany pod szyją płaszcz z kapturem oraz czarny, przetykany złotą nicią aksamitny czarny kaftan ze stójką, spod którego wyzierała biała koszula. Utrzymane w podobnej tonacji przepasane w talii zdobnym pasem zamszowe obcisłe spodnie wpuszczone miał w wysokie brunatne buty do konnej jazdy. Za pas zatknął skórzane rękawiczki. Po obu stronach bioder mężczyzny wisiała szpada i lewak. Gdy do stolika dotarł karczmarz, Jean złożył zamówinie.

- Poproszę dobry człowieku o coś wykwintnego, z nutą ostrości, jednocześnie wybitnie smakowitego i lekkiego. – widząc że karczmarz nie wie za bardzo o co chodzi, dworzanin uśmiechnął się szeroko odkrywając białe równe zęby po czym rozbawiony rzekł. - Po prostu podaj mi specjalność zakładu, mości Gastonie. Do tego flaszka dobrego wina, trzeba wypić zdrowie towarzyszy przy stole...O pokoju porozmawiamy później.

Gdy karczmarz poleciał zrealizować zamówienia, Jean spojrzał na niezbyt przystojnego mężczyznę, który odkąd młody dworzanin pojawił się przy stoliku nie zaszczycił go żadnym spojrzeniem czy słowem.

- Jak cię zwą, podróżniku? I dlaczego żeś taki chmurny? Przyniosą zaraz wina to się napijemy i z pewnością humor ci się poprawi. - miał dodać coś jeszcze, ale wtedy odezwał się Grom, ze swoją propozycją połączenia sił. - Mnie nigdzie nie spieszno, więc mogę przystać na twój pomysł, mości krasnoludzie. Myślę, że to może być nawet ciekawe doświadczenie... - uśmiechnął się zadziornie po czym skrzywił się lekko, gdy żołądek zaczął dopominać się swych praw. Oczekując na karczmarza przysłuchiwał się temu, co mają do powiedzenia towarzysze przy stole.
 

Ostatnio edytowane przez Mroku : 20-09-2008 o 14:04.
Mroku jest offline  
Stary 20-09-2008, 17:21   #6
Banned
 
Hektor siedział spokojnie przy stoliku, jakby nigdy nic. Ze spokojem przysłuchiwał się karczmarzowi, który ze smakowitymi szczegółami opisywał ofertę lokalu. Nie był jednak głodny, więc pozwolił innym zamówić to, na co mieli ochotę. Sam zamówił tylko piwo. Nie bretońskie, wzorem krasnoluda. Te to były same szczyny.

Racja, Hektor wyglądem nie przedstawiał nic wartego podkreślenia. Był brzydki jak noc. Głowa łysa, brwi nawet nie ma. Na twarzy ma śladów po ospie i pełno blizn, zupełnie jakby nic innego w życiu nie robił, tylko dostawał po mordzie za swój wygląd. Ucho jedno ledwo się trzyma kupy, na drugim zaś wisi kilka pozłacanych kolczyków. Nawet pachnie inaczej, jednak nie tak jak żebracy, czy podobni im. Po prostu dziwnie.

Tylko ciemno brązowe nieruchomo siedziały u niego w oczodołach. Chociaż jakby się im przyjrzeć, można by zobaczyć jak wiele przeszedł ten człowiek. A przeszedł wiele więcej niż ma blizn na ciele. Nie chcecie wiedzieć, ile ich ma.

Ubrany był, jak na podróżnika przystało. Podróżnika, który zazwyczaj chodzi w jedynkę, a więc standardem jest posiadanie większej broni niż kozik i to w postaci kilku sztuk. Po obu stronach pasa miał zatknięte w pochwach dwa miecze, których rękojeści były owinięte rzemieniem, dla lepszej pewności chwytu. Na plecach, a właściwie teraz obok krzesła, stała kusza. I to nie byle jaka kusza, bo z magazynkiem, samorepetująca. Z pewnością przyciągała wzrok, rzadko takie wynalazki widywało się w Bretonii.

Miał na sobie pełną kończą zbroję. Na wierzchu jednak przykryta kurtą, na nogi naciągnięte skórzane nogawice. Widać, nie często ją zdejmował, to znaczy, że był w ciągłym ruchu. No i zbroja nie zardzewieje mu, kiedy będzie lał deszcz. Przez klatkę przeciągnięte dwa pasy, na których miał pozaczepianych kilka flakoników i kołków. To już z pewnością zdradzało jego profesję. Na głowie, dla niepoznaki miał kapelusz z szerokim rondem. Wypisz, wymaluj…

- Zwą mnie Hektor. Poluje na licha. – odparł.

Nie wyglądał poważnie. Nie taki niski mężczyzna, brzydszy niż niektóre zakazane mordy powywieszane na słupach z napisem „Ścigani”, i ci, którzy siedzieli w ciemnych kątach w karczmie. Z zaciekawieniem przyjrzał się wszystkim przy stoliku, a gdy ten Jean-Pascal coś do niego powiedział, uśmiechnął się. Dziwny to był widok na jego poharatanej twarzy.

- Nie chcesz wiedzieć. – odpowiedział mu. Ręką w skórzanej rękawicy, niczym z kocim refleksem, złapał w przelocie muchę. Potem pstrykną nią, aż poleciała na sąsiedni stół. Przez ten jego specyficzny zapach, owady się go nie imały. Przydatne w podróży.

- Z miłą chęcią bym się do was przyłączył, panowie, ale robotę mam swoją. I nie wiem, czy sprostalibyście temu zadaniu, więc, póki pracy swej nie znajdę, mogę z wami podróżować. To było by czysta przyjemność, podróżować w tak zacnym towarzystwie. – odparł po bretońsku, prawie jednostajnym tonem. Głos jego brzmiał niesamowicie oschle, i brzmiał jak posykiwanie węża.
 
Revan jest offline  
Stary 21-09-2008, 16:06   #7
 
Gob1in's Avatar
 
Hamirez z ciekawością przyjrzał się Hektorowi.
- Na licha polujesz? Czyli stwory jakoweś? - zagadnął - To interesujące - Estalijczyk spuścił nieco głowę, a gdy ją podniósł, wyraz jego oczu i zaciśnięte szczęki wskazywały na burzę myśli, niedobrych wspomnień szalejących w jego głowie. - Nie widziałem dotąd bardziej okrutnych istot i gorszych potworów, niż sami ludzie - ruchem ręki wykonał gest, który mógł oznaczać otaczających ich gości gospody, jak i cały świat.
- Najgorsi z nich na co dzień są szanowanymi obywatelami lokalnych społeczności, uwielbianymi duchowymi przywódcami, kochanymi mężami swoich żon, troskliwymi ojcami swoich dzieci. Przynajmniej tak twierdzą wszyscy wokół. Jednak w końcu złuda pryska, a zło ujawnia swoje prawdziwe oblicze... - zawiesił głos na chwilę. - Wtedy tacy jak ja mogą zarobić kilka monet i kopnąć zło tam, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę! - zakończył wesoło.
- Jeśli to nie tajemnica, to podziel się, waszmość, jaką historią z polowania na potwora. Zaraz jadło podadzą, a nic lepiej nie doprawia posiłku, jak dobra opowieść. No dalej, nie dajże się prosić. Jestem pewien, że wszyscy umierają z ciekawości.
 
__________________
I used to be an adventurer like you, but then I took an arrow to the knee...
Gob1in jest offline  
Stary 21-09-2008, 19:33   #8
Banned
 
Hektor uśmiechnął się okrutnie.
- Nie jestem pewien, czy którakolwiek z moim przygód, jakkolwiek by się one nie kończyły, nadają się do opowiadania przy jadle. I masz rację, drogi… Hamirezie.. Ludzie bez wątpienia są potworami, jednak są stwory, które są od nich znacznie groźniejsze. Choćby z powodu, że same kiedyś były ludzmi. – zagadnął dość.

- Wampiry, panie, to moja specjalność. Widzieliście kiedyś takiego? Namiastka, skończona, wyssana do szpiku kości namiastka człowieka. Albo jego „ulepszona” forma, jak zwykły mawiać o sobie. Rozumiecie? Istoty, które nocą potrafią bezpardonowo zakraść się do czyjegoś domu, domu rodziny, kiedy wszyscy śpią. Owszem, nie wszystkie może są takie, ale widok potem nie jest przyjemny. – w pewnym momencie jego głos zaczął narastać, ale uspokoił się szybko.

- Ba, opowiedzieć wam mogę. Nie mam nic do ukrycia. – i jakby na potwierdzenie swoich słów zdjął prawą rękawicę. Skóra na jego ręce była cała poparzona, zupełnie, jakby wsadził ją w żywy płomień, który trawił ją przed dość długi okres czasu. Z trzaskiem wyłamał palce nad stołem. Potem założył rękawicę.

- Ale nie teraz, kiedy jadło idzie. Historie te nigdy nie kończyły się zbyt przyjemnie, by można było w spokoju zjeść. – uśmiechnął się swoim zwyczajem. Na pogotowiu wysupłał z sakiewki kilka monet, by wręczyć je zaraz karczmarzowi za kufel piwa.
 
Revan jest offline  
Stary 22-09-2008, 14:05   #9
Konto usunięte
 
Carnal Grief's Avatar
 
Gospodarz odpowiedział uśmiechem na spisane zamówienia i zniknął po chwili na zapleczu. Posiłki, które niebawem otrzymaliście, choć proste, były obfite, ciepłe i wyglądały apetycznie. Kasza ze skwarkami była naprawdę pyszna a pochodzące z tutejszych winnic wino przyjemnie połechtało podniebienia tych, którzy je zamówili.

Spożywaliście posiłek w milczeniu a bard przygrywał zawsze aktualną pieśń opowiadającą o wojnach religijnych w Starym Świecie, o dawnych i zamierzchłych czasach. Dwóch pijanych biesiadników zatoczyło się nagle koło waszego stolika omal nie wpadając na dworzanina. Jeden z nich zatrzymał się i spojrzał w waszą stronę mętnym wzorkiem.

- Heej, Claude! – krzyknął do towarzysza, wskazując palcem na Hamireza. - czy to nie czasem jego rysopis i list gończy wisiał w Couronne? Jakiś takiś podobny mi ten do tamtego...
- Ostaw, pijanyś! - kompan trzepnął go w wyciągniątą rękę. - We łbie ci się namieszało? Co by miał tu robić? Głupiś jak cep, zbrojnych zaczepiać – popchnął do przodu towarzysza i zatoczyli się gdzieś w stronę szynku nim Hamirez zdążył cokolwiek odpowiedzieć.

Nie zwracając dłuższej uwagi na podpitych miejscowych skupiliście się na posiłku. Po jakimś czasie usłyszeliście jednak wzmożony hałas z zewnątrz, przebijający się wyraźnie przez południowy gwar jaki panował w zajeździe. Dopiero po chwili zrozumieliście, iż jest to szum wzbierającego przyboju, przerywany głośnymi trzaskami zamykanych drzwi. Nagle do karczmy wdarła się z impetem morska woda zalewając podłogę i mocząc wasze obuwie powyżej kostek.



W sali podniósł się jeszcze większy szum, raz po raz słyszeliście przeróżne przekleństwa w różnych językach, a gospodarz, brodząc w wodzie, wrzeszczał trzymając się za głowę:

- To już drugi raz w tym kwartale! Znowu ten cholerny przypływ! I kto to teraz do diabła posprząta. Przeklęta woda... Henry, Ribas, łapcie za stoły i wynoście na piętro, nie będę znowu kupował wyposażenia...

Gaston biegał się po całym zajeździe dyrygując ochroniarzami i służbą, podczas gdy pozostali goście albo uciekali na piętro, albo wybiegali na zewnątrz, gdzie chyba nie było lepiej. Wody nie było dużo, jednak dostrzegliście iż powoli, acz systematycznie jej przybywa.
 

Ostatnio edytowane przez Carnal Grief : 22-09-2008 o 14:15.
Carnal Grief jest offline  
Stary 22-09-2008, 14:40   #10
 
homeosapiens's Avatar
 
Kurwa! Pomyślał zdruzgotany nagłą sytuacją krasnolud. Był mokry, ale póki co mógł jeszcze chodzić. Przy jego zdolnościach pływackich i ciężkiej zbroi był jednak pewien, że jeżeli woda go przykryje to utopi się z pewnością.

Noż kurwa by wzięła to morze i wsadziła se w dupę! Ale nie moją do cholery!

Krasnolud błyskawicznie poderwał się z miejsca przy stoliku i wybiegł z karczmy na tyle szybko na ile pozwalał poziom wody. Nie cierpiał wody, przez to tez nie cierpiał tego miejsca, ale w tym miejscu i sytuacji nie można było okazywać słabości. Przecież tutaj byli inni ludzie, być może niektórym mógł pomóc. Może i na pływaka się nie nadawał, ale przed zmoczeniem i tak nie było już ucieczki. Jego ciężar chociaż gwarantował, że prąd nie porwie go łatwo. Jeżeli zaś woda podejdzie zbyt wysoko zawsze można się na coś wspiąć. Wóz, chata, cokolwiek byle ocalić skórę.

Chodźcie! Trzeba im pomóc!

Krasnolud w wodzie. Dla niektórych to już oksymoron. Zaś pływający krasnolud, to już jest komedia. Będę miał mokrą brodę, będzie trzeba zadbać o topór by nie zardzewiał, o zbroję... Co ja takiego do kurwy zrobiłem, że mnie tak każesz Valayo? - pomyślał.
 
homeosapiens jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172