Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 14-10-2010, 19:08   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
[Storytelling 18 +] Siedem oczu demona

Cichy szept rozcinał ciszę nocy... Cichy szept rozcinał mrok jaskini niczym ostrze miecza.
- Wiem, że nie chcesz mi nic powiedzieć. Wyczuwam twój gniew. Wiem, że niszczę to co budowałeś za życia. Lecz nie masz wyboru. Ujawnij sekrety. Pokaż mi to czego szukam.- starczy głos, gniewny głos dudnił w jaskini rozjaśnianej blaskiem płomieni. Głos triumfujący.- Pokaż mi co chcę zobaczyć. I tak nie masz wyboru!

***
Leśna dolina skryta mgłą, dogasające ognisko. Wczesny świt. Dwie sylwetki otulone kocami.
Jedna wyraźnie mniejsza od drugiej. Ta mniejsza śpi na leżąco, większa czuwa przy ognisku siedząc. Dwoje wędrowców.
Nagle z jednego z posłań odezwał się cichy szept.- Nadchodzą.
Reakcja czuwającego mężczyzny była natychmiastowa. Wstał. Obnażona ostrze katany błysnęło w świetle wschodzącego słońca. Kilka minut później leśną dolinkę wypełniły krzyki bólu i agonii... a na leśną ściółkę polała się krew.

***
Nagoja była pięknym miastem.
Nagoja była spokojnym miastem.


Kiedyś wieś rybacka, obecnie mały port. Nagoja miała przed sobą świetlaną przyszłość. Ostatnia wojna co prawda dokonała pewnym szkód w infrastrukturze miasta, ale powoli wszystko wracało do normy. Zniszczenia były odbudowywane, a ludzie żyli dostatnio.
Jinzo był więc dumny. Był dumny z miasta, jak i z tego, że jest jego namiestnikiem.
Nieoficjalnym co prawda, bowiem Jinzo był tylko bogatym handlarzem drewnem. Niemniej to właśnie dzięki jego staraniom Nagoja rozkwitała. To on sprowadzał rzemieślników, to on negocjował w imieniu miasta haracz za ochronę u pana Hizuke. Co prawda pan Hizuke nazywał ten haracz podatkiem należnym mu się z racji władania okolicznymi ziemiami. Niemniej kupiec miał inne zdanie na ten temat. Pan Hizuke bowiem nie zajmował się swym lennem. Jego dni wypełnione były polowaniami, ucztami oraz kłóceniem się z sąsiadami.
Dobrze przynajmniej, że jak na samuraja pan Hizuke, był osobą otwartą na uprzejmie sugestie Jinzo. I zdawał sobie sprawę, że i w jego interesie był rozwój miasta.
Tak więc Jinzo był dumnym kupcem. Dumnym zarówno z siebie, jak i z miasta.
Dumnym, ale nie zadowolonym.

Ostatnio ludzie zaczęli umierać, nagle i bez powodu. Wieczorem byli zdrowi, rankiem byli martwi, a ich ciała były wysuszonymi mumiami. Medycy mieszkający w Nagoi stwierdzili, że coś takiego nie jest naturalną chorobą. A świętobliwy i stary mnich opiekujący się świątynią w Nagoi, wyczuł złą emanację od zwłok. Ani chybi, zgony były sprawką złych duchów lub oni.
Jinzo więc udał się do pana Hizuke o pomoc. Ten jednak odmówił, twierdząc, że jego samuraje nie będą bawili się w strażników miasta. Niemniej zrezygnował z jednego z haraczy na rzecz ufundowania nagrody za upolowanie. Nagroda 200 ryo powinna skusić wielu chętnych.
Jinzo był pulchniutkim Japończykiem, o dość okrągłej twarzy i pulchnych palcach.
Krótkie wąsiki jakie nosił, sprawiał że marynarze przypływający do Nagoi nazywali Jinzo, Mongołem. Na co,dumny ze swej narodowości Jinzo, zwykł się wściekać. Gładko uczesane ciemne i jeszcze dość gęste włosy, czyniły go nadal dość...przystojnym czterdziestolatkiem.
Zwłaszcza, że zawsze był ubrany w dobrej jakości kimona w pastelowych kolorach.
Gdy był zdenerwowany, zwykł miętosić rąbki rękawów swych szat. Tak jak teraz...
Włożył bowiem tyle wysiłku, by wieść o demonach i nagrodzie za niej rozniosła się po okolicy.
I jaki był tego efekt?! W gospodzie do której mieli przybyć chętni łowcy, zjawił się póki co tylko jeden zainteresowany! Jeden! I to w dodatku młodzik.


Chudy wymoczek, którego nie stać było na całą zbroję, bo nosił tylko jej kawałki. Za to wszystko pomalowane w krzykliwą czerwień.
Co prawda całkiem sprawnie wymachiwał tymi swoimi trójzębami popisując się przed Jinzo.
Ale nie świadczyło to bynajmniej o sile młodzieńca. Po prostu drzewca trójzębów były wydrążone.
-Nie masz co się obawiać Jinzo-san. Kirisu, czyli ja, jeszcze nigdy nie zawiódł. Widzisz te monety nanizane na sznurku, na mej szyi? Każda z nich pochodzi z jednego ze zleceń, które udało mi się zrealizować. Każda moneta to jeden ubity potwór. Kirisu Płomień jest znany w wielu wioskach na północ stąd.-przechwalał się młodzik. A Jinzo jedynie potakiwał, mając nadzieję że zjawią się i inni, bardziej wiarygodni łowcy.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 14-10-2010 o 19:13.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-10-2010, 04:22   #2
 
Cytryn's Avatar
 
Reputacja: 439 Cytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetny
Plotka o domniemanych złych mocach w Nagoi dotarła do Sogetsu za pośrednictwem gadatliwych kupców na targu. Wiedział że wiele takich wieści okazuje się po prostu wyssanymi z palca przesądami, jednak nagroda 200 ryu piechotą nie chodzi więc postanowił to sprawdzić osobiście. Gdy dotarł do Nagoi postanowił wpierw zrobić rekonesans, posłuchać plotek i zapoznać się z topografią miasta. Miasto wydawało się nadwyraz spokojne, jednak dało się słyszeć o dziwnych przypadkach śmierci całkowicie zdrowych osób, czuło się niepokój. Sogetsu wiedział że jest to spokój pozorny ,jeszcze kilka takich przypadków niewyjaśnionych śmierci i w mieście może wybuchnąć panika, a wtedy oni będą ich najmniejszym problemem. Jinbei milczał co dodatkowo jeszcze mocniej zaniepokoiło Sogetsu, demon zazwyczaj nie dawał mu spokoju męcząc go ciągłymi rozkazami, groźbami lub innymi swoimi gierkami. Miał chwilę wytchnienia, jednak wiedział że jest to tylko chwila rozluźnienia przed ciosem, który na pewno nadejdzie jeżeli tylko na moment spuści gardę i da się zaskoczyć.
- „Zabiłeś chłopaka” - cios nadszedł, demon wiedział w jaki czuły punkt uderzyć .
-„To ty go zabiłeś” – Jinbei nie pierwszy raz próbował tej sztuczki, riposta była wręcz automatyczna.
-„ Ja ? Ja chciałem zabić ciebie, chłopakowi nic nie zrobiłem. To ty stałeś nad jego ciałem i zadałeś mu śmiertelny cios” – rzucił figlarnie.
-„Kiedyś wymyślę jak zabić ciebie, choćby to miałaby być ostatnia rzecz jaką zrobię” – w myślach wykrzyczał Kazama na co otrzymał jako odpowiedź śmiech demona.
Pogrążony w swoich myślach wędrowiec wszedł do karczmy gdzie miał dowiedzieć się szczegółów zlecenia jak i zobaczyć czy zgłoszą się inni łowcy. On wysoki, chudy wędrowiec o szarych oczach w lekko znoszonych prostych szatach wyglądał bardziej na włóczęgę niż na łowcę demonów. Jedyny szczegół jaki mógł go wyróżniać to przytoczone do pasa zdobione tachi, które jednak starał się ukrywać w połach szaty. Gdy wchodził do karczmy trafił akurat na rozmowę Kirisu z Jinzo, wiedząc że wiedza o przeciwniku jak i o konkurentach daje przewagę postanowił zamówić szklankę wody u karczmarza i zobaczyć jak sytuacja się rozwinie. Usadowił się w rogu karczmy gdzie mógł spokojnie obserwować całą sytuację, położył swój miecz na ławie tak żeby jak najmniej rzucał się w oczy , trzymał jednak ciągle jakby od niechcenia lewą dłoń na tachi.
- „ Wyzwij go na pojedynek, sprawdź czy nie kłamie, sprawdź czy jest dość dobry na łowcę. Taki mały test , przecież zawsze warto sprawdzić swoje umiejętności” – zaczął go podpuszczać demon.
-„Ten chłopak mógłby zginąć, albo ja mógłbym, nie ma co oceniać książki po okładce. Nie ma co marnować sił przed prawdziwym celem”
-„Ty zginąć ? Nie obiecuj…” - sarkastycznie rzucił demon
-„Poczekamy”
Sogetsu dalej zaczął całkowicie ignorować Jinbeia skupiając się na obserwowaniu sytuacji w karczmie.
 
__________________
I wiedzie nas siedem demonów, co nami się karmią...
Cytryn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-10-2010, 17:09   #3
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 454 Feataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetny
Miasto śmierdziało. Miasto przyprawiało o mdłości. Miasto przerażało. A przede wszystkim, miasto nienawidziło i pogardzało. Kohen snuł się ulicami Nagoi, starając się unikać ludzkich spojrzeń. Zawsze nienawidził miast. Były tłoczne, nieprzewidywalne i niebezpieczne. Nie to, co jego rodzinna wioska.
Starając się ignorować zniesmaczone spojrzenia pod swoim kierunkiem, przesuwał się pod ścianą, unikając promieni słońca. Ktoś kiedyś powiedział mu, aby częściej wystawiał twarz na światło słoneczne, jednak Takami uważał, iż to niepotrzebne. A wręcz nawet niewskazane. Kohen do tej pory nie wiedział, czy jego moce to dar, czy przekleństwo kami. Jego mentor, wielki Rennyo, powiadał, iż słońce jest zwierciadłem bogini Amaterasu, która dzięki temu spogląda na Krainę Bogów. Kohen wolał więc nie ryzykować i nie ściągać niepotrzebnej uwagi kapryśnej bogini.
Zarzucił płaszcz na ramiona, starając się ukryć swoją sylwetkę. Tak naprawdę jedynym, co wyróżniało Takamiego spośród innych eta i bezdomnych był zapach. Kohen nie śmierdział. Lecz również nie pachniał za dobrze. Jego swoista aura zapachu mieszała się na granicy swądu rozkładającej się roślinności, a zwiewnym aromatem… śmierci. Kto widział kiedyś dyndającego wisielca w środku lata, z pewnością rozpoznałby ten zapach. Przesycony jakby cynamonem, duszący odór zastygłego potu i rozpoczynającego się rozkładu ciała. Tak, Kohen śmierdział śmiercią. I chyba dzięki temu, do tej pory nikt go nie zaczepił.
Poprawił dwa krótkie ostrza przyczepione do obi, po czym ruszył dalej, w stronę sklepu niejakiego Jinzo. Zerknął na wschodzące nad zabudowaniami płaskich domostw słońce. Skrzywił usta w grymasie i poprawił włosy. Wydawało się, że był już na miejscu.
Kohen z ulgą wśliznął się do gospody. Jeśli wierzyć słowom ludności, to tutaj mieli spotkać się osoby chętne do polowań na oni. Łowcy, jak ich nazywano. Kohen niemal nie pękł ze śmiechu, słysząc to określenie po raz pierwszy. Czy on był łowcą? Pewnie ludzie powiedzieliby, że tak. Mimo, iż na niego nie wyglądał. Jednak Takami uważał inaczej. On nie polował, by zabijać. Polował, by przeżyć. Ta delikatna różnica tworzyła mur między zwykłymi ludźmi, a Kohenem. Mur, który ciężko było komukolwiek przebić. Chyba, że w momencie śmierci.
Takami rozejrzał się po wnętrzu i uśmiechnął się, szczerząc wystające ponad miarę zęby. Prócz dwójki cudaków oraz dziwnego jegomościa siedzącego z boku, gospoda była pusta. Krótki rzut oka na jednego z nich od razu dał do zrozumienia, że ma do czynienia z „łowcą”. Lub dzieciakiem podającym się za takiego. Z tego wynikało, że tym drugim musiał być Jinzo, kupiec, który wyznaczył nagrodę. Trzecia osoba na razie pozostawała tajemnicą, choć było w niej coś, co go niepokoiło. Kohen ruszył w ich stronę, ściągając na siebie dość jednoznaczne spojrzenia.
Kohen niepewnie stanął przy parze mężczyzn. Owinięty w płaszcz wyglądał niczym siedem nieszczęść.
- Ja przyszedłem w sprawie ogłoszenia - powiedział, niemal na granicy szeptu. Rozbiegane oczy przesuwały się od Jinzo na Kirisu i z powrotem – Jestem... łowcą. Zabijam oni.
Przekręcił lekko głowę na bok, jakby oczekując na salwę śmiechu. Niemniej, zza połów płaszcza wyciągnął zwitek pergaminu, z wypisanymi wcześniejszymi dokonaniami - łowami, jak już zwykli określać to ludzie. Wyciągnął chudą, szponiastą dłoń w stronę kupca, oczekując odpowiedzi.
- No to te 300 ryo należą do mnie - zaśmiał się Kirisu spoglądając na konkurencję.
A Jinzo pokiwał z rezygnacją głową, podreptał w kierunku Kohena i zaczął czytać, wędrując wzrokiem po kolejnych kanji.
- Imponujące...bardziej niż te...monety.
- Nie umiem czytać. Nie potrzebuję tego by zabijać - burknął w odpowiedzi Kirisu.
- Gdybyś umiał, wiedziałbyś że chodzi o 200 ryo - odgryzł się kupiec.
- Żadna różnica - wzruszył ramionami chłopak, a kupiec wzruszył ramionami z wyraźną dezaprobatą. Kirisu zaś kontynuował pytając Kohena – Jaką bronią się posługujesz, jaki styl walki opanowałeś?
Kohen przeczekał chwilę, aż kupiec skończy czytać. Docinki ze strony młodzika raczej nie robiły różnicy. Kiedy kupiec wspomniał o monetach, wzrok Takamiego prześliznął się po naszyjniku Kirisu. Tylko tyle?, pomyślał z dziwną satysfakcją. Nie spotkał nigdy innych łowców, ale sądząc po ilości monet, a jeśli oznaczały one jednego oni - wynik Kirisu nie był imponujący. Na pytanie kupca odpowiedział prosto.
- Władam maho ognia - głos zasyczał lekko, jakby nieprzyzwyczajony do wymawiania swoich zdolności. O kuchiyose, czyli nekromancji woilał nie wspominać. Rennyo dawno temu wyjaśnił mu, że maho śmierci bywa gorszym znamieniem niż bycie etaJestem youjutsusha.
- Czym? - Kirisu starał się dyskretnie spytać Jinzo o to, co mówił Kohen, by nie okazać się ignorantem. A Jinzo nie zwróciwszy uwagi na młodzieniaszka i jego pytanie rzekł
Tylko mi tu uważaj z ogniem. Cała Nagoja jest z drewna i papieru. Nie chcę tu pożaru.
- Nie używam ognia przeciwko ludziom, Jinzo-san - odparł Kohen, po czym dodał cicho – Przeważnie. Proszę się nie martwić. Kiedy tylko pozbędę się oni, wyruszam w dalszą drogę. Nie lubię miast.
Takami starał się uśmiechać, jednak groteskowy wyraz twarzy, jaki pojawiał się w tych momentach nie można było nazwać uśmiechem. Prędzej grymasem cierpiącego potępionego.
Cała sytuacja jednak bawiła go ze względu na wymalowanego na kolor czerwieni chłopaka. Wyraz jego twarzy, kiedy usłyszał profesję Kohena, był bezcenny. Takami widywał takie spojrzenia wśród wieśniaków, gdy przybywał z kolejnymi trofeami oni. Czyste niedowierzanie, czy może bezmyślna ignorancja połączona z wrodzoną głupotą. Czasami Kohen zastanawiał się, czy to dzięki temu, że ma słabe ciało, jego umysł jest silniejszy niż inne. Lecz wtedy przypominał sobie twarze i sylwetki mnichów z Joudo Shinshuu i stwierdzał, że w tych momentach to on jest ignorantem.
- Kiedy będzie można rozpocząć pracę?
- Och... nie podejrzewałem cię o to łowco - machnął ręką kupiec – Ale mówię o przypadkowym zaprószeniu ognia. Stwory zabijają ludzi w nocy, w domach... gdy śpią. Przeskakują najwyższe mury. Umykają oczu straży. Jest ich... początkowo był jeden. Teraz może być ich więcej.
Kilka?, pomyślał z radością Kohen. Świat od razu wydał mu się, może nie tak wspaniały, ale godny do egzystencji. Dłuższej egzystencji. Jednakże walka w mieście... Takami nie lubił miast nie tylko z powodów estetycznych i moralnych. W mieście wszystko płonęło zbyt szybko. Drewniane domy, sklepy, doki, świątynie... Wystarczył jeden nierozważny ruch, by cały obszar zamienił się w piekło.
- Zrobię co w mojej mocy - oznajmił – Czy oni atakują co noc? W jakich rejonach miasta działają? Czy istnieje tu coś w rodzaju cmentarza, gdzie chowani są ludzie inaczej, niż nakazuje Budda oraz shinto? Będę potrzebować tych informacji, jeśli mamy zamiar ograniczyć straty w ludziach i majątkach. O ile w ogóle jakieś będą.
- Hai... cmentarzyk dla gaijinów. Koreańczyków i Hindusów, głównie. Czasem okręty dopływają ze zmarłymi marynarzami. Ale ataki zdarzają się bliżej głównego cmentarza - odparł Jinzo, pocierając brodę – Wdowa Cho, stary Koun, Sato... i paru biedaków.
Przysłuchując się temu, Takami kiwał powoli głową. Wyglądało to na standardowe ataki demonów.
- Czy po atakach ktoś odwiedzał te cmentarze? Czy groby były naruszone? I na jaką odległość posunął się oni w mordowaniu ludzi?
- Cała dzielnica jest narażona na ich ataki. Są coraz śmielsze. Groby jednak... to problem. Znikło ostatnio kilka zwłok z grobów - Jinzo potarł podbródek rozmyślając, a Kirisu się włączył w rozmowę – Lubisz hazard? Może założymy się, kto ubije więcej oni?
Kohen z rozbawieniem spojrzał na Kirisu. Druga dłoń powędrowała do pasa, a dookoła rozległ się dźwięk monet. Takami wyciągnął dłoń, a na niej trzy złote monety.
- Jeśli wygram, zabieram twoją część nagrody, plus trzy złote monety z twojego naszyjnika - powiedział, a w jego oczach dało się zauważyć rozbawienie – Jeśli przegram... dostaniesz moją część oraz te trzy monety. Pasuje?
Wrócił do Jinzo i jego zamyślonej twarzy.
- Dałoby radę usunąć mieszkańców z okolic cmentarza na noc? Oni wtedy skupią się na łowcy, darując życie pozostałym.
- Możliwe... ale na niezbyt długo. To sporo ludzi i to bogata dzielnica [/i]- rzekł kupiec pocierając podbródek – Na jedną noc, może na dwie.
Po czym się wyraźnie zirytował.
- Nie wiem... czy nawet na jedną noc się uda, bez wywoływania paniki.
- Pozostawię więc to w twoich dłoniach, Jinzo-san - odparł Kohen, przekrzywiając lekko głowę – Na kiedy można wstępnie zorganizować tę prośbę?
- Na jutro... ale może uda wam się dziś upolować te kreatury? Wolałbym uniknąć zamieszania - słowa te były skierowane do całej trójki łowców.
Kohen zerknął na Kirisu oraz drugiego łowcę. Po czym wzruszył ramionami.
- Dla mnie im szybciej, tym lepiej - powiedział cicho – Po prostu nie chciałem, aby ucierpieli inni. W takim razie dziś w nocy wyruszę w te tereny. Za resztę nie mogę odpowiedzieć.
- Myślisz że dam ci fory? Zapomnij - odparł kpiąco chudzielec.
Kohen odpowiedział niezgrabnym uśmiechem.
- Nawet nie posądzałem cię o to, łowco - skłonił lekko głowę w stronę Kirisu – Niemniej, o tym poświadczą twoje czyny.
- Czyli wszytko ustalone - odparł kupiec zadowolonym tonem głosu.
Kohen skinął głową i ukłonił się lekko kupcowi. Wycofał się do cienia w kącie sali, siadając na tatami i przypatrując swoich niespodziewanym towarzyszą. Nie podobało mu się to… Lecz nic nie mógł na to poradzić.
 

Ostatnio edytowane przez Feataur : 18-10-2010 o 19:06. Powód: literówka ;)
Feataur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-10-2010, 03:42   #4
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=vkgZK8i9d04&feature=related[/MEDIA]


Sunęła powoli przez miasto z długim kimonem tańczącym u jej stóp. Powoli, nieśpiesznie. Zdawało się, że świat albo zwyczajny zbieg losu usuwał sprzed jej trasy wszelkie przeszkody mogące zakłócić jej spokój i zniszczyć harmonię jaką w sobie miała. Szła wyprostowana, chociaż zamiast wodzić spojrzeniem w około, miała je zawieszone nieco przed swymi własnymi stopami, jakby obserwowała każdy kolejny kawałek drogi na który zaraz nimi nastąpi. Nie był to jednak gest świadczący o nieśmiałości tej kobiety lub jej strachu przed otoczeniem. Skupiony, aczkolwiek nieco nieobecny wzrok widoczny w jednym odsłoniętym oku oraz nieznacznie rozchylone, lśniące soczyście wargi świadczyły o zadumie w jaką popadła. Sama twarz zaś była chłodna, nie w zimnym, negatywnym tego słowa znaczeniu, ale zwyczajnie chłodna, nie pozwalająca myślom i emocjom uzewnętrznić się na gładkich licach. Jaki artysta bądź po prostu człek o rozleglejszych horyzontach , gdyby tylko był w tej chwili obecny w okolicy, przyrównać by ją mógł do postaci z powieści romantycznej lub obrazu pełnego melancholii. Takie właśnie wrażenie sprawiała – figury wyciągniętej z nierzeczywistego świata i teraz niepomnej na ten do którego jej przyszło trafić.

Towarzyszył jej równomierny stukot o podłoże, którego źródłem były drewniane zęby czarnych geta. Dla większej wygody czarnowłosej, były one zaopatrzone w wiązania obejmujące jej łydki i tym samym uwydatniające zgrabność nóg, gdy tak stąpała delikatnie. Była jak motyl w czerni i fiolecie, jakby w każdej chwili mogła zakpić z praw rządzących światem, stać się jeszcze lżejszą i wznieść się w powietrze. Ale też i zwiewnym, wręcz eterycznym kroczeniem można byłoby nazwać jej chód. Kroczeniem, które bardziej przywodziło na myśl kocią grację niźli pysznego pawia roztaczającego na boki swój powab. A mogłaby, miała do tego warunki. Otulona była w kimono, jakże jednak odbiegające krojem i ciężarem od tych zdobnych, noszonych przez gejsze. Poły jego rozchylone tworzyły dekolt głęboki, odsłaniający zaledwie rąbek kobiecego ciała, niżej zaś rozchodziło się na boki, w ramy miękkiego materiału ujmując szczupłe nogi. Taki strój frywolny w oczach wielu mógłby sugerować jej rozwiązłe życie.. Ale czymże jej były plotki gawiedzi, które z taką łatwością ślina dlań na język przynosi? Niczym, ot co. Tylko słowami na wiatr posłanymi, których sens i brzmienie nikły wraz z pierwszym powiewem, jej samej w żadnym stopniu nie poruszając. Poddawanie kogoś ocenie tylko po samym wyglądzie było procederem iście naiwnym. Mimo wszystko Leiko przepadała za ludźmi. A konkretniej to za ich sekretami, szczególnie tymi brudnymi i wstydliwymi. Same umysły już były fascynujące, gdy tylko było się w stanie pociągnąć za odpowiednią dźwignię.

Odetchnęła głębiej.
W powietrzu roznosiły się zapachy wody, ryb i wilgotnego drewna, mieszanina odpowiednia dla portowego miasta tętniącego życiem. Jego codzienny gwar nie sugerował problemów z jakimi musieli sobie radzić mieszkańcy I tylko wprawiony lub zwyczajnie wcześnie powiadomiony o wszystkim obserwator był w stanie spostrzec drobne sugestie napięcia. Niespokojne spojrzenie u kogoś kto już stracił bliskiego w ostatnich wydarzeniach, bądź dopiero się obawia, że coś takiego może nadejść. Rozmowy prowadzone szeptem, jakby w obawie, że jaka siła nie z tego świata mogłaby je posłyszeć. Skrycie czynione gesty mające odganiać złe duchy. Tak.. Nagoja nie była spokojna, a wśród tak łatwo wyczuwanych woni, także i ta jedna charakterystyczna się znajdowała – strach. A skoro ubijanie oni dawało wystarczająco duże zarobki do przetrwania i rozpieszczania siebie od czasu do czasu, to i ona się znalazła pośród tego wszystkiego.

Wprawdzie słońce tego dnia nie dawało się zbytnio we znaki, ale i tak jego słabe promienie napotykały na swojej drodze parasolkę, której fioletowy materiał iskrzył się w ich blasku, nie pozwalając dotrzeć do jasnej skóry Leiko. I jakże jeszcze poprzez bezwiedne, wykonywane w zamyśleniu obroty drewnianą rączką, zwiększała radość płynącą z jej obserwowania, gdy to wręcz feerię migotliwych iskierek ponad sobą tworzyła. I temu zjawisku jednak nastał kres, kiedy kobieta odnalazła właściwy budynek i z trzaskiem złożyła parasolkę, po czym smukłą dłonią drzwi od gospody otworzyła.

W środku została powitana przez pustki większe niż spodziewała się zastać. Myśleć można by było, że w tak trudnym czasie ludzie będą szukać pocieszenia w trunkach i towarzystwie innych mieszkańców, a jednak gości było niewiele, do policzenia na palcach obu dłoni. Ciekawym było, że i tutaj sprawdzała się zasada zawsze zajętych najciemniejszych kątów, z których to zwykle jeszcze ślepia błyszczące spoglądały spod mroków kaptura. Czasami owych kątów nawet można było się doliczyć większej ilości niźli zostało przewidzianych w pomieszczeniu.. Leiko lubiła ironię związaną z tym, że wprawdzie takie postacie chciały tam się przecież ukryć, ale więcej zainteresowania na siebie ściągały niż ci nie okaleczeni w zachowaniach społecznych.
Lustrowała więc zgromadzonych, siedzących i stojących. Jednak nikomu nie poświęcała zbyt dużej ilości uwagi, skupiając się na poszukiwaniu konkretnego osobnika pasującego do jej znanego opisu. Z dwójki mężczyzn najpierw wręcz rzucił się jej w oczy ten ogniem malowany, bo i nie sposób było go nie dostrzec. Ściągał na siebie całe światło z gospody zostawiając w swym cieniu jakże niepozornego handlarza. Ten zaś.. cóż, nazywanie go Mongołem było wyjątkowo trafne. Zbliżyła się ku nim płynnie.
-Jinzo-san.. czy tak? – zapytała jedwabistym głosem i wzniosła wdzięcznie jedną brew. Może także i drugą, ale kurtyna stworzona z pasma włosów, których czerni pozazdrościć mógłby niejeden kruk, skutecznie przeszkadzała w zaobserwowaniu czegoś takiego. Niewątpliwie jednak zdołała sobą przekazać subtelne zainteresowanie. Może brzmiało to jak pytanie, ale i wyraźną nutę stwierdzenia miało w sobie. A i kobieta nie oczekiwała odpowiedzi.
W obrocie który wykonała spojrzenie krótkie rzuciła młodszemu, pstrokatemu mężczyźnie, a objęło ono całą jego sylwetkę i nie ominęło obu włóczni. Na jej ustach zarysował się cień dość enigmatycznego uśmiechu, którego znaczenie już na zawsze miało pozostać w ukryciu, gdzieś głęboko w naturze tej skomplikowanej, kobiecej kreatury.
Wprawdzie i ona była łowcą oni, jednakże nawet jeśli miała przy sobie jakąś broń do ich likwidowania, to nie obnosiła się z nią w żaden sposób. Dopiero gdyby się odwróciła i ktoś wzrok zawiesił na wysokości dolnej części jej pleców, tedy mógłby dostrzec jedną, niezbyt długą pochwę nieśmiało, ledwo co wychylającą się zza dorodnej kokardy śliwkowego obi ściskającego talię kobiety. Bądź wystarczyłoby poczekać, aż ta wypatrzy sobie miejsce i ręką jedną sięgnie do tyłu, aby ułożenie broni ku swej wygodzie zmienić. Jak i w tym konkretnym momencie, gdy czarnowłosa z głuchym brzdękiem przysiadła nieopodal. Wsparła podbródek o wierzch dłoni.
-Wieści donoszą, że pewien drażliwy problem w mieście macie i poszukujecie odpowiednich ludzi do pomocy. Zatem jestem – rzekła i wolną rękę przed siebie wyciągnęła. Ku mężczyźnie palec wskazujący skierowała, po czym pokiwała nim dodając do tego zacmokanie przez zęby - I niech Ci przypadkiem nie zaświta w głowie myśl, aby mnie zlekceważyć, Jinzo-san.
Jakaś taka figlarność jej gestów pozornie bagatelizowała sprawę, ale i tak czaiło się w Leiko coś takiego, co nie pozwalało myśleć o jej słowach w zbyt żartobliwym tonie.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 19-10-2010 o 12:00.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-10-2010, 13:54   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Pojawienie się „ronina” Jinzo przyjął z zaskoczeniem, ale i z ulgą. Kupiec był prostym człowiekiem oceniającym innych po wyglądzie. A wielki miecz Sogetsu robił wrażenie. Podobnie jak jego milkliwość. Wydawał się być samurajem o jakich opowiadano w opowieściach. I doświadczonym, w przeciwieństwie do gadatliwego oraz chełpliwego Kirisu.
Kolejny osobnik, wyglądał na żebraka bardziej niż na łowcę, ale gdy zaczął mówić...
Jinzo od razu zmienił zdanie. Tamten bowiem wiedział o czym mówi. To było widać w każdym wypowiedzianym przez niego zdaniu. A kupiec takie szanował osoby.

Następnie weszła...ona. Niewątpliwie robiąc wrażenie na każdym mężczyźnie przebywającym w tej gospodzie.
I nie pasowała tu. Była urodziwa, a choć nie krzykliwa w stroju...to nie pasowała tu w ogóle.
Przypominała delikatny kwiat śliwy. Uwodzicielkę, a nie łowczynię.
Mimo to...Jinzo jej nie wyprosił. Nie zdążył. Kobieta w kilka sekund stała się panią sytuacji. Spojrzeniem i słowami dominując na kupcem, który stracił rezon zafascynowany tym...zjawiskiem, które zawitało do gospody. Nie wierzył jej, ale też i nie potrafił zabronić udziału w łowach.
Jej zachowanie, z jednej strony figlarne, z drugiej strony pełne ukrytej drapieżności sprawiło że Jinzo nie wiedział jak traktować ową łowczynię oni.
Jedyne do czego kupiec był zdolny, to potakiwać kobiecie.
Co innego Kirisu, młody pewny siebie chłopaczek. W jego oczach błyszczała żądza przygód...i nie tylko.
Nic dziwnego, więc że ruszył w kierunku Leiko i usiadłszy blisko niej, rzekł pewnym siebie głosem.- Jestem Kirisu Płomień, słynny łowca oni, pewnie o mnie słyszałaś?
Nie czekając aż odpowie (a może obawiając się jej odpowiedzi), kontynuował.- Ukatrupiłem już wiele tych stworów, a ty pani?
Leiko przesunęła wzrokiem po chłopaku. Rzeczywiście był młody, nieco szczupły jak no osobę używającą dwóch trójzębów, ale ruchy miał szybkie, energicznie, pewne. Może i nie był doświadczonym łowcą. Ale z pewnością umiał walczyć. Typowy młody wilk, który zachłystywał się swobodą, swą siłą i młodością. Iluż takich wilczków wyprowadziła, w pole? Przestała już liczyć.
Gdy Leiko patrzyła na Kirisu, w myślach przeglądała całą drogę jaką przebyła w Nagoi w poszukiwaniu tej karczmy. Nie śpieszyła, skręcała w kolejne zaułki, niby to gubiąc się. Prawda była jednak inna. Chciała być zauważona i sama spostrzec coś. I spostrzegła. Mon klanu którego szukała.


Gdzie to było? Chwilka czasu zdobyta delikatnym uśmiechem i spojrzeniem, wystarczyła by sobie przypomnieć. Miejsce, jedna z uliczek portowych.
Mon był na kimonie samuraja, któremu towarzyszyli dwaj gaijini z Chin. Ta trójka wydawała się kogoś, czegoś szukać. Jeden z chińczyków, bynajmniej nie kupiec, trzymał w ręku wisiorek.
Nie mogła im się bliżej przyjrzeć. Nie wtedy. Nie bez wzbudzania podejrzeń.
Nie...tą partię go, trzeba rozegrać na spokojnie.
Nim Leiko zdołała odpowiedzieć młodemu łowcy, do gospody zawitał ktoś jeszcze.

Ktoś kto zwracał na siebie uwagę. Ponad dwumetrowy mężczyzna, z olbrzymim mieczami robiącymi za daisho. Nie nosił katany, miecz przy jego obi każdy inny bushi nosiłby na plecach.


Miał paskudną twarz, wielkie usta, wąski nos, głęboko osadzone oczy. Uśmiechał się, ale nawet jego uśmiech był...złowieszczy. Rozejrzał się zebranych w karczmie osobach, po czym swe spojrzenie skupił na Sogetsu. I uśmiechnął się jeszcze bardziej. Zupełnie jakby zobaczył... glinianą butelkę z sake.
Jinzo spojrzał na nowo przybyłego i spytał.-Samuraj-san też w sprawie łowów?
-Łowów?-
krótkie zdziwienie zarysowało się na twarzy nowo przybyłego. Szybko kiwnął dodają.- Taaak...w sprawie łowów. Genba Hario.
Jinzo skinął głową i rzekł.- Więc...chyba już nikt się nie zjawi. Gdyby jednak było inaczej byłbym wielce zobowiązany, gdyby któreś z was... eee ... powiadomiło mnie o tym. Youjutsusha-san, mogę na ciebie liczyć w tej sprawie?
Potem kupiec wyjął zwój zapisany po części drobnym pismem.


I zaczął trajkotać nerwowo przy okazji zabawnie ruszając swoimi wąsikami.- Na czas łowów na bestie ta gospoda „Szczęśliwa Brzoskwinka”, będzie waszym...domem. Dopiero co została wybudowana, więc na niewygody narzekać nie musicie. Przyznaję, jeszcze nie ma zatrudnionej obsługi, ale opłaciłem wdowę Chen. Będzie ona zajmowała się posiłkami dla was, sprzątaniem oraz praniem. Tak jak wspomniałem do zarobienia jest 200 ryo pomiędzy tych łowców którym się uda ubić Oni. Aczkolwiek jestem skłonny podzielić tą sumę, w sposób jaki uzgodnicie między sobą. Niemniej musicie się podpisać na tym dokumencie, potwierdzając przyjęcie zlecenia. To kwestia formalna. W innym przypadku mógłbym popaść w niełaskę Hizuke-sama.
Jinzo podał pędzelek youjutsusha, a ten wykaligrafował swoje imię. „Kohen Takami”.
Kolejnym był Sogetsu. Jego litery nie były tak zgrabne jak poprzednika. Jednak szybko naniósł swe imię „Sogetsu Kazama” na zwój.
Potem zaś litery szybko i nerwowymi ruchami pędzla naniósł olbrzym. ”Genba Hario”.
Ostatnim piszącym okazała się kobieta. Z gracją w ruchach i z wyraźnym doświadczenie, pięknie postawiła rządek znaków kanji. „Leiko Maruiken”
Ale gdy przyszła kolej na Płomień, ten z wyraźnym zażenowaniem rzekł.- Ja.. Ja nie umiem pisać.
-No pięknie.-
westchnął teatralnie Jinzo. Po czym spytał.- Czy ktoś z was będzie uprzejmy i wyręczy Kirisu-san w podpisie?

Po zakończeniu sprawy z podpisami, Jinzo wstał i rzekł. – To chyba tyle na obecną chwilę.
Skłonił się całej grupce łowców oni, po czym rzekł.- Zjawię się wieczorem, by się dowiedzieć jak planujecie polować na stwory i... czy będzie potrzebna w tym moja pomoc.
Spojrzawszy na Kohena spytał.- Takami-san, czy mógłbyś mi towarzyszyć w powrocie do mego domu? Dobrze by było, gdyby choć jedno z was, wiedziało gdzie mieszkam.
Kohen skinął głową na zgodę. To rozsądna sugestia, aczkolwiek mężczyzna miał wrażenie, że stoją za nią ukryte motywy.

Sogetsu tymczasem, zerkał na olbrzyma. Hario wydawała mu się znajomy. Tylko skąd go znał?
„-Baaaaka.-” ironiczny szept rozbrzmiał głośno w jego umyśle.- „Znasz go z dzisiejszego ranka. Obserwował cię i rozmawiał z niskim mężczyzną. Chyba masz wielbicieli w tym mieście. Ciekawe za co cię nienawidzą?”
Tak...demon miał rację. Gdy szedł tutaj, minął ich...tego olbrzyma i towarzyszącego mu, pucułowatego bushi.


I choć wtedy nie zwrócił na to specjalnej uwagi, to teraz Sogetsu był pewien. Ten niski pokazywał go palcem temu Hario. W jakim celu?
„A jakie ma to znaczenie? Zabij go i przed śmiercią wymuś prawdę.”- zarechotał ze śmiechu oni.- „On i tak ci rzuca wyzwanie.”

Gdy Jinzo i Kohen wyszli, Kirisu zbliżył się do Leiko i rzekł wprost.- Myślę, że moglibyśmy nawiązać współpracę w walce z oni. Co prawda zwykle walczę sam, ale... myślę, że będzie nam obojgu łatwiej. A i to miła odmiana, po samotnym boju... walczyć we dwoje.
Dwuznaczne były jego słowa. Ale dziewczyna musiała przyznać, że nawet gładko się temu młodemu wilczkowi ustach układały. Pewnie miał się za takiego samego zdobywcę kobiecych serc, co łowcę oni. Ta pewność siebie połączona z młodzieńczą naiwnością, czyniła Kirisu łatwym do sterowania pionkiem w doświadczonych kobiecych dłoniach.

Jinzo dopiero, gdy oddalił się od gospody rzekł do Kohena. Choć właściwie nie mówił, do niego. Raczej po prostu rzucał słowa na wiatr.- Dwa miesiące temu, mniej więcej. Gdy zima opuszczała już Nagoję, zjawił się okręt. Zwykły okręt kupiecki, nic niezwykłego. Chińczycy przywieźli ze sobą zwłoki. Kupiec zmarł im w drodze do nas. Chcieli, żebyśmy go pochowali.
To już było dziwne. Droga do portów chińskich nie jest, aż tak długa. Zwykle więc Chińczycy nie chowają u nas zmarłych. Niemniej hojnie zapłacili, więc zgodziłem się. Zwłoki jednak znikły, zanim poddano je obrządkowi pogrzebowemu. A wkrótce po zniknięciu zwłok, ludzie zaczęli zapadać na tą chorobę. Teraz już wiemy, że... to sprawka oni. To był mój błąd Takami-san. I zatruwa moją karmę. Jednak mam prośbę, co by moja pomyłka nie została ujawniona.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-10-2010, 12:09   #6
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 454 Feataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetny
Kohen z niejakim zachwytem oglądał wchodzącą do gospody kobietę. Mimo, że Takami był dość odpychający, nadal pozostawał mężczyzną. Kobieta wywoływała… pożądanie. Ale i budziła respekt. Kohen miał nadzieję, że nie powywraca ona myśli innym łowcom. Choć i to mogłoby się przydać.
Przez kilka minut obserwował zachowanie ludzi wokół kupca. Cóż… zachowania Kirisu można było się domyśleć.
Większy niepokój Takamiego wzbudził natomiast olbrzym, mianujący się Genba Hario. Od niego czuć było krew. Tak samo jak od człowieka, który siedział przy stole. Choć tamten bardziej śmierdział… oni? Niemożliwe, pokręcił głową Kohen. Oni nie przybierają ludzkich postaci, nie siedzą w karczmach, by polować na swoich braci, zapewniał się youjutsusha. Mimo to, czuł, że coś jest nie tak. Postanowił więc mieć się na baczności.
Gdy złożyli podpisy, Kohen poznał imię tajemniczego wojownika. Sogetsu Kazama. Nie słyszał o nim. Zresztą nie słyszał o żadnym innym łowcy. Rozbawiła go nieporadność Kirisu Płomienia, gdy nie potrafił się podpisać. Kohen miał zamiar zaproponować postawienie krzyżyka, co tak naprawdę stanowiło popularny sposób podpisywania się przez niepiśmiennych chłopów, jednak zaskoczyło go to, że Leiko pomogła chłopakowi. Takami wzruszył ramionami, domyślając się kolejnej intrygi. Cóż, niezbyt wierzył w dobroć innych ludzi względem towarzyszy. Szczególnie bezinteresowną.
Kiedy Jinzo zaproponował, że Kohen odprowadzi go do domu, Takami poczuł, że to coś więcej, niż zwykłe dotrzymanie towarzystwa. W takim przypadku on sam wybrałby Leiko lub Genba, by wzbudzić szacunek na ulicach miasta. Lecz towarzystwo Kohena raczej wiązało się z niejakim poniżeniem, na które kupiec najwyraźniej był skłony się narazić. Skinął więc głową i ruszył do wyjścia.
Jinzo dopiero, gdy oddalił się od gospody rzekł do Kohena. Choć właściwie nie mówił do niego. Raczej po prostu rzucał słowa na wiatr.
- Dwa miesiące temu, mniej więcej. Gdy zima opuszczała już Nagoję, zjawił się okręt. Zwykły okręt kupiecki, nic niezwykłego. Chińczycy przywieźli ze sobą zwłoki. Kupiec zmarł im w drodze do nas. Chcieli, żebyśmy go pochowali. To już było dziwne. Droga do portów chińskich nie jest, aż tak długa. Zwykle więc Chińczycy nie chowają u nas zmarłych. Niemniej hojnie zapłacili, więc zgodziłem się. Zwłoki jednak znikły, zanim poddano je obrządkowi pogrzebowemu. A wkrótce po zniknięciu zwłok, ludzie zaczęli zapadać na tą chorobę. Teraz już wiemy, że... to sprawka oni. To był mój błąd Takami-san. I zatruwa moją karmę. Jednak mam prośbę, co by moja pomyłka nie została ujawniona.
Kohen przez chwilę milczał, kontemplując historię o chińskim martwym kupcu. Nie podejrzewał, że oni mogli przybyć wraz z nim, lecz teraz taka opcja nie była od razu skreślona.
- Co masz na myśli, mówiąc, że nie chcesz, aby twoja pomyłka została ujawniona? - bardziej z uprzejmości niż zainteresowania spytał Jinzo. Nie obchodził go status kupca, jak i jego problemy z tym związane. Karma, pomyślał.
- Przypuszczam, że to... właśnie owe zwłoki, zapoczątkowały problemy z... oni - odparł nieco zafrapowany Jinzo, potarł się po karku mówiąc cicho – Wolałbym, żeby nikt nie dowiedział jednak o tym, że... być może moje błędy doprowadziły do... tej sytuacji?
- Więc po co mi mówisz o tym, Jinzo-san? - odparł z uśmiechem Kohen, jednak od razu zapewnił – Nie martw się. Nic nie wspomnę o twoim udziale w tej sprawie. Jednak wątpię, czy to właśnie ciało Chińczyka mogło sprowadzić demony bezpośrednio.
Kohen milczał przez chwilę, zastanawiając się nad czymś.
- Powiem ci jedną prawdę, jakiej nauczyłem się podczas polowań na oni - powiedział wreszcie – Oni zjawiają się z reguły tam, gdzie w barbarzyński sposób chowani są zmarli. Ludzie o tym nie wiedzą, lecz jedynie dzięki prawdziwej wierze i obrządkowi Buddy oraz Nipponu, można powstrzymać oni. Czerpią siłę ze śmierci, a ta zostaje na zawsze wśród pól, gdzie odbyły się walki, wśród cmentarzy gaijinów oraz biedoty. Chowaj zwłoki wedle tradycji, Jinzo-san, a twoje problemy się nie powtórzą.
- Te zwłoki... były dziwne. Znikły tuż przed pochówkiem. A marynarze, którzy opłacali ich pogrzeb - zaczął tłumaczyć kupiec, przypominając sobie przeszłe wydarzenia – Wydawało mi się, że... bali się ich. Wtedy jednak myślałem, że to... że nadmiernie interpretuję sytuację.
Takami zatrzymał się, a jego czarne oczy zaczęły świdrować postać kupca.
- To wiele tłumaczy, Jinzo-san - odparł Kohen, otulając się szczelnie strzępami płaszcza. Miał złe przeczucia – Cała ta sprawa zaczyna mi brzydko pachnieć, niczym ryba pozostawiona na skwarze dnia. Posłuchaj mnie, Jinzo-san. Jeśli został ktoś z tego statku w Nagoja, chciałbym z nim porozmawiać. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale to wygląda na specjalne podrzucenie tego ciała. Zwłoki nie wstają ot tak. A robią to tylko, gdy ktoś je wezwie. Na przykład, youjutsusha parający się nekromancją.
- Nikt z tego statku nie został. Odpłynęli do Chin zaraz po zostawieniu zwłok i przekazaniu ładunku… na inny statek. Gdzie ów statek płynął? - kupiec zatrzymał się i zamyślił szukając w pamięci odpowiedzi – Gdzieś blisko, mały port nadal w prowincji w Owari.
- Chyba więc wiemy, gdzie pojawią się kolejne oni - odparł Kohen, a jego głos brzmiał niczym zapowiedź kolejnego najazdu Kubilaja na Japonię – Jinzo-san, nie możemy dopuścić, aby jacyś gaijini plugawili naszą Krainę Bogów swoimi demonami. Proszę cię, zawiadom radę w Owari i pobliskich portach, aby nie wpuszczali do portów żadnych statków, które chcą pochować zmarłych. Jeśli zaś ci będą nalegać, niech miasta uszykują stosy, zanim Chińczycy zostawią ciało na brzegu. To da pewne bezpieczeństwo. A ja, gdy tylko zajmiemy się oni panoszącymi się w twoim mieście, ruszę wzdłuż brzegu.
- Nie mam takich możliwości - rzekł w odpowiedzi Jinzo i wzruszając ramionami dodał – Jedynie lord Hizuke może coś takiego zarządzić, a zamknięcie portów na gaijińskie towary i statki... byłoby stratą wielu ryo. A lord Hizuke, ma spore potrzeby w związku z konfliktem z lordem Hacchi, który włada ziemiami na wschód od Nagoi. Zresztą ziemie prowincji Owari na zachód stąd, są we władaniu klanu Hachisuka i ponoć... już mają problemy z różnorakimi oni.
- Problemem nie są same oni, Jinzo-san, lecz ich ilość - powiedział Kohen, ruszając dalej – Ja pierwszego demona spotkałem mając trzynaście lat. A on, w porównaniu z tymi, które zabiłem do tej pory, był słabeuszem. I oczywiście nie proszę o zamknięcie portów dla wszystkich statków. Jedynie o niedopuszczenie do pozostawiania zwłok w kraju. Czy lord Hizuke wie o sytuacji z oni?
- Mogę posłać posłańców i poinformować kupców w innych miastach, ale... - Jinzo wzruszył ramionami – Co zrobią kupcy, to już ich sprawa. Lord Hizuke oczywiście, wie o oni. To dzięki jego wspaniałomyślności - nie trudno było zauważyć, że "wspaniałomyślność" zabrzmiała w ustach kupca ze szczyptą gorzkiej ironii w tonie głosu.- ...mam na nagrodę dla was. Niemniej nasz pan jest bardziej zajęty polityką niż... sprawami swych heiminów.
Kohen pokręcił głową z rezygnacją. Zawsze było to samo. Wśród chłopów, kupców czy nawet pośledniejszych samurajów. Ci najbiedniejsi zawsze cierpieli od planów lub obojętności tych możnych. Taka była ich karma.
- Może kiedyś sytuacja się poprawi - odparł lakonicznie Takami – A do tego czasu będziesz miał nas, łowców - skrzywił się, wymawiając to słowo – do zabijania oni. Niektórzy zrobią to dla pieniędzy, inni z samej chęci zabijania demonicznego pomiotu, a jeszcze inni... Mają swoje powody.
- Swoją drogą bushi Hachisuka ostatnio często kręcą się po Nagoi, albo eskortując towary zamówione przez swego daymio, albo szukając łowców oni, albo... - zamyślił się przez chwilę Jinzo, pocierając podbródek.- ...zawsze mają jakieś powody. Najważniejsze jednak, że płacą złotem. To musi być bogaty klan.
- Który ma podobne problemy - dokończył Kohen – Szukają łowców, bo oni sieją spustoszenie pewnie u nich również. Nie znam się na handlu i polityce, Jinzo-san. To domena kupców, nie moja.
Przez chwilę szedł w milczeniu, podziwiając dla przyjemności towarzyszącego mu kupca miasto.
- Piękny port. Widać, włożono w jego urodę mnóstwo pracy.
- Hai... Moja duma. Wiele wysiłku włożyliśmy w odbudowę Nagoi, po ostatniej wojnie - odparł Jinzo – Może tego nie widać teraz, ale połowę miasta stanowiły zgliszcza. Na szczęście obecny daimyo słucha argumentów, bez względu na to kto je wypowiada - uśmiechnął się kwaśno – Oczywiście lord Hizuke ma pod opieką nie tylko Nagoję, ale i inne ziemie klanu. No i priorytety jego rodu są najważniejsze. Szkoda tylko, że obejmują konflikt z lordem Hacchi...Przez co wschodnie trakty są zwykle zamknięte i kupcy muszą wybrać dłuższą drogę, przez prowincję Eizen. A to odbija się na cenach.
Kohen udawał, że słucha, jednak niewiele z tego, co mówił teraz kupiec interesowało Takamiego. Konflikty ludzi były dla niego niepotrzebne, bo nie dawały realnych szans na spotkanie oni. A walcząc z nimi nic nie zyskiwał. Przeżył to podczas wojny Onin, u boku Rennyo. Od tamtej pory starał się unikać konfliktów z ludźmi. Cóż, nic tak nie śmierdzi, jak palone ludzkie mięso. Szczególnie, gdy ofiara wciąż żyje.
Takami zmarszczył nos na samo wspomnienie smrodu. W ułamku sekundy jednak na jego twarz wrócił normalny grymas.
- Więc jednak Hachisuka stanową szczęście w swoim nieszczęściu, prawda? - zagadnął Jinzo, starając się przedłużyć rozmowę.
- Kto wie... szczęście dla Nagoi, bo na nich zarabiamy i są hojni. Szczęście dla żyjących na ich ziemiach chłopów? Może... - wzruszył ramionami dodając – ...niewiele wieści płynie z ich ziem. Natomiast bushi Hachisuka, sam wiesz Kohen-san. Na trzeźwo nie ma problemu. Ale pijany samuraj, to kłopot.
- Doskonale to rozumiem, Jinzo-san - potwierdził Kohen, jednak mając w pamięci tylko widok mordowanych pijanych bushi przez członków Joudo Shinshuu. To była nauczka, by nie pić. Każdy jeden trzeźwy mnich mógł stawić czoło dwójce czy nawet trójce bushi jednocześnie. Rennyo nigdy nie tykał sake. Kohen wziął sobie do serca jego słowa i robił to samo – Ale rozumiem, że strażnicy Nagoja nie pozwalają im na zbyt wiele?
- Tak... zresztą i Hachisuka i ich goście sami starają się nie rozrabiać- odparł Jinzo kiwając głową, by potem wzruszyć ramionami – Zazwyczaj w każdym razie.
- Czasami kami plączą nam języki i mącą w głowach - odparł Kohen, kiwając głową – Cieszę się, że mimo tych nieprzyjemności, życie w Nagoja upływa dość spokojnie. Nie martw się, Jinzo-san, i przyjmij doczesne problemy, jako karmę. Kami być może okażą się łaskawe i przywrócą równowagę dzięki naszym dłoniom.
Takami rozważnie nie pokazywał swoich dłoni. Wątpił, czy ich widok mógłby dodać otuchy kupcowi.
Dotarli do sporego domu zbudowanego tuż przy składzie drewna. Widać Jinzo wolał osobiście doglądać swoich interesów. Kupiec spojrzał na dom i rzekł
- Tu mieszkam. Niestety będę musiał cię opuścić Kohen-san, ale... zapraszam w gościnę. Moja żona przygotuje posiłek.
- Być może po tej nocy będę potrzebował odpoczynku i porządnej strawy, Jinzo-san, więc wtedy zawitam w twoje progi. Lecz teraz muszę skupić się na przygotowaniu planu na walkę z oni - odparł uprzejmie Kohen, składając ukłon – Zobaczymy się nad ranem, kiedy ostatnie z oni będą rozpływać się we wschodzącym obliczu bogini Amaterasu.
- Jeszcze zawitam wieczorem do waszej gospody Kohen-san - zaprzeczył Jinzo i dodał – By poinformować co udało mi się zrobić w sprawie, opróżnienia dzielnicy.
- Zatem do wieczora, Jinzo-san - zgodził się Takami – Przekaże twoje informacje reszcie. Oczywiście pomijając część o twoim udziale - dodał przezornie.
- Hai... będę wdzięczny Kohen-san - odparł kupiec na pożegnanie.
Kohen odprowadził wzrokiem Jinzo, po czym odwrócił się na pięcie i przesunął pod zadaszenia pobliskich budynków. Spacer z Jinzo, mimo uzyskanych informacji, był istną mordęgą. Takami nie był przyzwyczajony do poruszania się po mieście, gdzie musiał lawirować między przeróżnymi bushi i zamożnymi kupcami, dziesiątkami palankinów i konnych. Teraz, gdy był sam, mógł wracać w swoim tempie, bez zwracania uwagi na swoją osobę. Dość szybko przemierzył odcinek z domu kupca do jego gospody. Zastanawiał się, czy wkraczać teraz, czy poczekać do wieczora. Wybrał drugą opcję, dlatego też powędrował w stronę obrzeży miasta. Chowają się w cieniu drzewa, opatulił się płaszczem, spod którego wyciągnął kilkanaście zwojów. Rozwijał każdy z nich dokładnie czytając. Zamykał oczy, recytując bezgłośnie kolejne wersy, jak gdyby były to mantry Prawdziwej Czystej Ziemi. Następnie, już bez słów zaczął wykonywać gesty, które w połączeniu ze słowami miały wywoływać potężne ogniste zaklęcia. Nie używał natomiast oka. Szkoda mu było na nie energii, mimo, że dziś zamierzał uzupełnić jej zapasy. Przejechał językiem po wyschniętych wargach. Szykował się czas kolacji…
Kohen wrócił do karczmy, gdy słońce chyliło się ku horyzontowi. Wśliznął się do środka, obserwując resztę. Zastanawiał się, czy rozpocząć rozmowę teraz, czy zaczekać aż zjedzą kolację. Postanowił, że najpierw napełnią żołądki, a później omówi nowiny.
 

Ostatnio edytowane przez Feataur : 22-10-2010 o 12:22. Powód: poprawki kosmetyczne :D
Feataur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-10-2010, 01:40   #7
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Leiko Maruiken.
Lśniącą, atramentową czernią opadły kolejne litery. Tak piękne i zgrabne, a przecież tylko bezwiednie, bez zbędnego starania napisane na zwoju. Przy tym jednak zbyt wyzywające w jej oczach.
Bez pytania bądź choćby słowa wyjaśnienia, wyciągnęła pędzelek spomiędzy bezradnych palców ognistego łowcy. Miała swe cichutkie podejrzenia, że każdy jeden z reszty obecnych prędzej by go pozbawił życia niż pomógł w tak trywialnej czynności. Kilkoma płynnymi ruchami podpisała się za Płomienia. Tym razem jednak znaki nie były tak urodziwe i wyglądem zupełnie odbiegały od tych nakreślonych wcześniej przez nią. Miały w sobie więcej.. roztrzepania i niedokładności w kolejnych muśnięciach, ponieważ kobieta chciała je dopasować do młodego łowcy. I w ewentualnej przyszłości nie mieć z tym nic wspólnego.
Po zakończeniu formalności zaś miała zamiar wybrać się w miasto w celu poznania go bliżej, ale niekoniecznie już mając w myślach wizję nocnych łowów.
Jednakże..

Gdy Jinzo i Kohen wyszli, Kirisu zbliżył się do Leiko i rzekł wprost.- Myślę, że moglibyśmy nawiązać współpracę w walce z oni. Co prawda zwykle walczę sam, ale... myślę, że będzie nam obojgu łatwiej. A i to miła odmiana, po samotnym boju... walczyć we dwoje.
-Z przyjemnością – odparła czarnowłosa z lubością, która przeciągnęła jej słowa w rozkoszny dla ucha pomruk. W podobnym, chociaż już trochę cichszym tonie kontynuowała, nie chcąc najwyraźniej aby jakie osoby trzecie niepotrzebnie zbyt dużo słyszały -Będę mogła się przekonać, czy tylko nazywasz i malujesz się płomieniem, czy może i prawdziwy ogień masz w sobie… Ki-ri-su-kun.
Język zatańczył po jej zębach i podniebieniu, gdy tak pieszczotliwie wręcz zwróciła się do swego towarzysza.
-Zapewniam Leiko-san, że...- wzrok młodzieńca wędrował po ustach kobiety, prowadzony jej językiem. Przy czym Kirisu gubił własny język, bowiem kolejne słowa ledwo wydukał cicho.- ...mam ...ognia, mam dość ognia... by rozgrzać... nas oboje. I w dzień i w nocy.
Było to urocze. Kiedyś będzie pewnie niezłym flirciarzem. Obecnie był jednak młodym niedoświadczonym kogucikiem, któremu brakowało opanowania w odwiecznej grze pomiędzy kobietą, a mężczyzną.
Ale nie inicjatywy. Bo w końcu zapanował nad sobą i rzekł.- Może przejdziemy się po Nagoi i... poznamy bliżej. By nasza przyszła współpraca była, bardziej przyjemna i udana?
Mogłaby się spłoszyć jak dziewczę niewinne i czmychnąć z gospody ze łzami w oczach. Mogłaby też zachichotać idiotycznie i zatrzepotać rzęsami. Albo zacisnąć dłoń w pięść i wyrżnąć nią w twarz bezczelnego chłopaczka. Nic jednak takiego nie miało miejsca, a i rumieniec nawet się nie zbliżył do jej porcelanowych lic. Ale za to rozświetlił je wyćwiczony uśmiech kryjący w sobie obietnic wiele.
-Będę o tym pamiętała, kiedy łowy już się skończą, a nocy nie będę chciała samotnie spędzić.. – szepnęła wpatrując się wymownie w oczy łowcy, w potrzask swych własnych starając się go schwytać.
Potem zaś, niczym w przypływie nagłej fali zawstydzenia całą ich wymianą zdań, rękę uniosła i rękawem kimona przesłoniła swe usta. Aby zakryć ten uśmiech, którego znaczenie się nieco zmieniło i już mniej czarujące było. Bądź co bądź już dawno nie miała do czynienia z kimś tak.. tak.. prawie płochliwie reagującym na jej słowa. Ucieszne to było, zaprawdę. Jednakże nie byłaby tym.. kim była, gdyby nie panowała nad swą własną mimiką. To i nic dziwnego, że wargi swe na powrót odkryła, przy okazji opuszką kciuka dolną musnąwszy w geście zaintrygowania.
-Znamy się dopiero od kilku chwil, a Ty co rusz masz dobry pomysł – odpowiedziała mu beztrosko, sięgając ku swej parasolce – Chodźmy na spacer, najchętniej to w kierunku portu. Pasuje Ci, czyż nie Płomieniu?
I znowu. Czy to było imię, czy po prostu przezwisko, każde z nich kobieta wypowiadała w specyficzny, dziwnie dodający temu pikanterii sposób.
-Za tobą w każdy ogień.-odparł Kirisu znów stosując dwuznaczności. Pewny siebie uśmieszek zdobił jego lico. Młodzian był przekonany, że właśnie osaczył ofiarę, nie zdając sobie sprawę, że to on został osaczony. Wstał, by podać jej dłoń, na której mogłaby się oprzeć sama wstając.


***






Port w Nagoi był pełen życia. Na przycumowanych okrętach panował spory ruch, marynarze rozładowywali ładunki ze statków, lub na odwrót. Rybacy przeładowywali złowione ryby i kałamarnice z porannego połowu. Tragarze przemierzali swe drogi tam i z powrotem przenosząc na plecach pakunki. Ale wielu mężczyzn zerkało na rzucającą się w oczy parę, zwłaszcza na Leiko. Nie było w tym nic dziwnego. Tak piękne i wystrojone kobiety, zwykle nie zapuszczają się w rejony portu, pasują bowiem do innych dzielnic Nagoi. Zaś sam Kirisu zabawiał Leiko opowieściami o swych zwycięstwach nad ożywionymi trupami, bakemono czy samotnym kappa. I nad niektórymi roninami. Wspomniał też, że monety z jego naszyjnika mają specjalne znaczenie. Że każda oznacza, jedno wykonane zlecenie. Chwalił się...Był jak kogut prezentujący swój ogon, przed kurami w nadziei na zyskanie ich aprobaty i zachwytu.
A Leiko wykazywała zainteresowanie. Może nie było ono nadmierne, na pewno nie przesadzone, ale było na tyle widoczne, aby młodzian nie mógł się pogniewać na jego brak. Szczególnie, że kobieta jeszcze go zachęcała do raczenia jej dalszymi opowiastkami. Właśnie tak, zachęcała już i tak wyjątkowo pewnego siebie Płomienia do puszenia się jeszcze bardziej i rozkładania swych barwnych piórek. Robiła to subtelnie i w taki sposób, aby on jak najwięcej mówił o sobie, z jak najmniejszym jej własnym wkładem. Kiwała głową w zrozumieniu, posyłała mu uśmiechy słodkie, rzucała spojrzenia, których znaczenie z łatwością można było uznać za pełne podziwu. A gdy zdarzało mu się zamilknąć na dłużej, tedy dłonią delikatnie dotykała jego ręki łącząc to z niewinnymi pytaniami o dalsze wyczyny. Dzięki tym wszystkim zabiegom każde z nich mogło się skupić na tym co ważne, Płomień na sobie, a ona zaś na poszukiwaniach. Bo ona słuchała, jak to się mówi, jednym uchem. Rzucając na siebie cień parasolką, obserwowała miasto niby to zaciekawiona jego życiem i wyglądem. Ale i w tak zwyczajnym zachowaniu czaiło się drugie dno, które lustrowało uważnie każdą mijaną uliczkę i przechodzącego człowieka. Wprawdzie były to tylko drobne ruchy oczu, czasami przechylenie głowy, ale to jej wystarczyło i Leiko tym samym nie zwracała na siebie uwagi.. większej niż samym wyglądem. Zaś głośne i swobodne zachowanie jej towarzysza z góry skreślało ich dwójkę z listy osób mogących być podejrzewanymi o szpiegowanie lub chociaż większe zaciekawienie sekretami mieszkańców niż było to dopuszczane. Toż to był po prostu spacer, czyż nie?

-Tyle osiągnięć jako łowca.. – pozwoliła sobie w końcu przerwać monolog Kirisu, gdy dotarli do portu -W takim razie tutejsze polowanie na oni nie powinno stanowić dla Ciebie dużego wyzwania, a tamte chłystki konkurencji. Oglądanie takiego ognia w walce musi być... fascynujące.
-Będziesz miała się okazję przekonać podczas naszej wspólnej nocy.- rzekł z wyraźnym zadowoleniem Kirisu bawiąc się tą dwuznacznością z wyraźną lubością. Po czym dodał.- Kiedy wyruszymy na łowy, trzymaj się blisko mnie. A gdy spotkamy oni, to...pokażę ci co potrafią moje trójzęby.
-Nie zamierzałam nigdzie się oddalać od Ciebie.

Zaśmiała się. Krótko, niezbyt głośno i bynajmniej nie dlatego, że rozśmieszyła ją w ogóle możliwość nie trzymania się go. Ale fakt, że Kirisu był tak przezabawnie pewny siebie i wyraźnie dawał znać, że opanował zawiłości stosowania dwuznaczności wolała zachować dla siebie. Skoro jednak młodzian był tak skory do wyręczenia jej, jeśli nie w całych łowach to przynajmniej w sporej ich części, to ona nie miała nic przeciwko i ze spokojem kontynuowała swoją grę. Kwestia tego co będzie później już jej się klarowała w czarnowłosej głowie.
-Oczywiście, jeśli tylko te Twoje trójzęby zapewnią nam nagrodę. Bo jeśli nam się nie uda to.. – zamilkła na moment i głowę zwróciła w przeciwnym kierunku niż znajdował się młody łowca. W strapieniu skubnęła ząbkami dolną wargę - ..będę zawiedziona. Bardzo zawiedziona.
-Ja nie zawodzę...Nie powstał jeszcze oni, który by... był w stanie mnie pokonać.-odparł z wyraźną pewnością w swoim głosie Kirisu. I Leiko była pewna, że w jednym miał rację. Płomień nie napotkał jeszcze oni, z którym by przegrał. Jego pewność siebie i wyraźne lekceważenie przeciwnika świadczyło o tym, że nie zaznał jeszcze goryczy porażki.
-Zatem nadal jesteśmy umówieni na noc, mój Płomieniu- powiedziała ponownie ku niemu się obracając. Dla efektu ukazania ulgi jaką właśnie przeżyła po jego słowach, dłoń na swej klatce piersiowej złożyła i odetchnęła. A dodatkowo jeszcze zamarła, chociaż to z poczuciem ulgi już niewiele miało wspólnego. Przesunęła kilka razy opuszkami w okolicach obojczyka, a potem mostka. I tylko to jedno widoczne dla reszty świata oko rozszerzyło się trochę bardziej, gdy nie wyczuła czegoś, co bezsprzecznie powinno się tam znajdować.
-Oh, Kirisu-kun.. –zaczęła nieco urywanym głosem -Chyba.. chyba.. gdzieś po drodze zgubiłam mój naszyjnik..
Wzniosła na niego spojrzenie wypełnione bólem z powodu domniemanej straty. Dla wzmocnienia swych słów przetańczyła szczupłymi palcami po długości, i to pełnej długości głębokiego dekoltu ukazującego jej jasną skórę – Czy mógłbyś…?
Przez chwilę na twarzy Kirisu pojawiło się zdziwienie. Przez moment wpatrywał się w szczupłe palce kobiety, bynajmniej nie z powodu zachwytu. Płomień się zastanawiał, próbując sobie przypomnieć, czy miała rzeczywiście naszyjnik. Niemniej, tylko przez chwilę. Zwłaszcza, że wędrówka jej palców po dekolcie, powodowała, że z czasem zapomniał o podejrzeniach. Poza tym Kirisu bowiem dostrzegł szansę przypodobania się Leiko. Więc zapomniawszy o swych wątpliwościach uśmiechnął się i rzekł pozwalając sobie na sporą poufałość. - Oczywiście Leiko-chan. Zaraz go znajdę. Nie oddalaj się zbytnio.
Po czym pognał niesiony skrzydłami wiatru, albo skrzydłami miłości jakby ujął to poeta, albo skrzydłami smrodu patroszonych ryb... jakby ujął to pijaczek zza rogu. Tak czy siak zaczął się oddalać wypatrując, zagubionego naszyjnika i wykazując się doskonałą pamięcią, jeśli chodzi o trasę którą przebywali.
Może ten płomyczek miał w sobie coś więcej, poza wielkim ego i wielkimi trójzębami?
Leiko odprowadzała młodziana dość zadowolonym wzrokiem, którego źródło można byłoby przypisać do tej jakże udanej sztuczki jaka przed chwilą miała miejsce. Ale też i dlatego, że zwyczajnie miło się na niego patrzyło. Był słodki, nawet ona nie mogła temu zaprzeczyć. Właśnie dzięki temu swojemu chłopięcemu, beztroskiemu czarowi mógłby sobie zjednać niejedno serce. Głównie młode i niedoświadczone, ale pewnie też i te nawet sporo starsze od niego, ale preferujące towarzystwo jędrnych ciał takich młodzików. Niejako miała pewność, że Kirisu z dziką chęcią opowiedziałby jej, co jeszcze ma wielkiego. Nie omieszkałby pewnie też zasugerować jej prezentacji.. umiejętności tego czegoś.
Odczekała aż łowca jej zniknie z oczu, a następnie ruszyła pośród uliczki okalające port. Była perfidna. Ale przecież zamierzała mu to potem wynagrodzić kolejnymi dawkami nadziei na „coś więcej”. Oraz jakąś historyjką dotyczącą jej zniknięcia i zawierającą w sobie zaczepiających ją nieokrzesanych marynarzy.


***


Uliczka była pusta, bliźniaczo podobno do każdej innej wijącej się przy porcie. Jedyną atrakcją na jaką się czasami pomiędzy nimi natrafiało, byli dość mocno podpici jegomoście. Zwykle wyjątkowo dobrze się kamuflowali w otoczeniu wszelkich skrzyń, szmat, rybnych resztek i ogólnego kolorytu tych mało reprezentacyjnych miejsc. Oczywiście, była tam też i Leiko, tak obraźliwie wręcz się wyróżniająca, niczym barwny, rajski ptak wśród szarego krajobrazu. Ale też i zagubiona w tym labiryncie miasta, będąca tak łatwym celem dla potencjalnego złodziejaszka. Pozornie, naturalnie . Może powodem była jakaś taka aura drapieżności ją otaczająca, negująca istnienie w niej wewnętrznej potulności i bezbronności. Może fakt, że zdołała szybkim i sprawnym ruchem pozbawić na dłużej czucia w palcach jakiegoś nazbyt ciekawskiego człowieczka. A może była po prostu tak nienaturalnym zjawiskiem w tym otoczeniu, że wszystkim się zdawała być tylko słodką marą. Obojętne co było przyczyną ważne było tylko to, że mogła względnie bez przeszkód sunąc okolicami portu w poszukiwaniu tego jednego, wcześniej dostrzeżonego miejsca. Ale czy naprawdę spodziewała się tutaj cokolwiek zastać? Była to tylko poszlaka, wprawdzie nie niosąca niczego wartościowego za sobą, ale nie mogąca zostać zignorowaną. Zaledwie iskierka, ale czyż z takiej drobinki nie mógł się zrodzić prawdziwy płomień?
Zerknęła na ściany okalających ją budynków, potem za siebie, aż w końcu w niebo, jakby, dla potencjalnych obserwatorów, poszukując swojej orientacji w terenie. W końcu cichy szelest kimona i stukot geta obwieścił jej dalsze ruszenie w drogę.

Normalne, codzienne życie Nagoi mieszało się z szemranym światkiem i tak razem w niej koegzystowały. Ale tak się zawsze działo, prawda? Każde miasto musiało mieć swoje lewe interesy i przymykać na nie oczy. Dlatego bez zbytniego zaskoczenia dostrzegła różnokolorowe tatuaże zdobiące ciała co poniektórych robotników w porcie, dzięki czemu z góry mogła dopasować ich do Yakuzy. A jeszcze tuż obok strachu przed śmiercią ze szponów oni, całkiem ładnie sobie działał hazard, polegający na zakładaniu się kto kolejny padnie ofiarą. Było to typowo ludzkie zachowanie – przystosować się do nowej sytuacji i jeszcze ją wykorzystać do czerpania zysków. Typowania kolejnych szczęśliwców były jednak dość losowe, zwykle kierowane jakimiś osobistymi zwadami. Nie, nie.. tutaj nie miała znaleźć swego źródła informacji wszelakich. A jakież miejsce było główną kolebką, zarówno matką jak i roznosicielką plotek? Targowisko, naturalnie, więc to tam skierowała swoje kroki.

Na miejscu zastała gąszcz wielobarwnych straganach i powietrze wypełnione gwarem krzyków, rozmów i śmiechów. Przejścia pomiędzy kramikami były ciasne i zatłoczone, wymarzone dla drobnych złodziejaszków i.. cóż.. jej samej. Też kradła, ale nie rzeczy materialne. Łupami Leiko padały pogłoski unoszone na skrzydłach ludzkich głosów, głównie szeptów o różnym stanie poufności. Jeśli człowiek potrafił się naprawdę skupić, to był w stanie spośród tak wielu nieważkich rozmów wyłuskać prawdziwe smaczki. Czasami ich właścicielami były osoby nieuważne i nieświadomie dzielące się swoimi informacjami z resztą przechodzącego obok nich świata. Zdarzało się też, że ten czy ów czerpał radość z opowiadania historii większej grupce, często zupełnie obcych postaci. W taki oto sposób kobieta usłyszała rubaszną, acz tragiczną w skutkach opowieść, w której główne role odegrali ronin i samuraj z klanu Hachisuka. Oraz alkohol, a raczej jego nadwyżka. A potem jeszcze katany, z czego pod ostrzem jednej z nich padł ten pierwszy. Owszem, nie było to jej zbyt przydatne, ale takie wydarzenia zawsze były popularne wśród ludzi, a Leiko przecież nie mogła przepuścić tak chętnie wpadającej do jej uszu historii.
Wiadomość o przybyciu łowców oni chyba dość szybko obiegła miasto. Mówiono o nich i to dość otwarcie. Byli jednym z tych tematów, który z łatwością przychodzi ze śliną na język i równie łatwo zostaje podchwycony. Mniemanie o ich zespoliku było .. różne i niekoniecznie pochlebne. Choć co poniektórzy mieszkańcy widzieli w nich szansę na ocalenie przed złymi duchami, to zawsze też była zwarta grupa tych wątpiących, dla których to był zwykły żart i trwonienie pieniędzy Nagoi. Gdyby ona sama przedstawiła się jako właśnie łowca.. a raczej kobieta podająca się za kogoś takiego, to z całą pewnością zostałaby zlekceważona i wysłana do jakiejś pracy odpowiadającej przedstawicielce płci pięknej. Ale przynajmniej ludzie nie kryli się ze swoimi opiniami, a każdy jeden chciał pochwalić się swoją wiedzą dotyczącą oni. A wiedza ta była.. niewiarygodna i w swej niewiarygodności także szczerze nieprawdziwa. Jeśli jednak się nią kierować, to nocne zmory tego miasta były olbrzymimi bestiami.. albo pokracznymi karłami o lodowym oddechu, którego smoki mogłyby pozazdrościć. Przybierały też postacie ponętnych kobiet i w czasie aktu wysysały życie z mężczyzn. Były wszystkim tym, co w danej chwili wydawało się być najbardziej przerażające.

Uśmiech nie znikał z warg Leiko, chociaż był tylko nieznaczny. Powodem jego powstania nie było przesuwanie palcami po delikatnych chustach prezentowanych na straganie przy którym stała. Źródłem były te wszystkie opowiastki, w których słowem kluczowym było „podobno”. Czasami przewijało się też dość znane twierdzenie, że znajomy danej osoby był świadkiem jakiegoś wydarzenia.. a później się okazywało, że wprawdzie tyle ludzi miało takich specjalnych znajomych, ale jakoś nikt nie kwapił się do podania konkretów. Żaden znajomy osobiście też nie zabierał głosu, więc wygląd i ilość demonów miały pozostać owiane tajemnicą, aż do nastania nocy.
Odstąpiła od handlarza, który już zaczął jej zachwalać swoje produkty i kroki kolejne zaczęła stawiać przez targowisko. Nieopodal wpadła jej w oko znajoma postać Jino rozmawiającego z jakimś samurajem. Gdy ją dostrzegł, tedy z cienia rzucanego przez parasolkę skinęła lekko głową w pozdrowieniu jemu.. oraz jego towarzyszowi. Niewinnie i kulturalnie, by zaraz potem pozostawić tylko wspomnienie po sobie i popłynąć dalej pośród ludzi. Aby napawać się i karmić ich sekretami. Całą resztę popołudnia.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-10-2010, 16:01   #8
 
Cytryn's Avatar
 
Reputacja: 439 Cytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetny
Sogetsu spokojnie obserwował jak reszta łowców zjawiała się w gospodzie. Youjutsusha władający maho ognia, kurtyzana, młodzik i olbrzym. „Iście doborowa trupa cyrkowa” szybko przeszło mu przez myśl. Każdy z postaci wydawała się ciekawa na swój sposób. Youjutsusha ubrany jak żebrak był ciekawostką sam w sobie, zawsze mu się zdawało że cenią oni swoje usługi i żyją w luksusach. Zdawał się on ciekawostką swego rodzaju ale nie miał wyglądu mordercy, demon nie skomentował jego przybycia co oznaczało dla Sogetsu że może on okazać się wartościowym sojusznikiem. Kobieta mogła być problemem, wydawała się znacznie nie na miejscu w tej obskurnej gospodzie z daleka od dworskiego blichtru. Szybkość z jaką opanowała sytuacje od razu po zjawieniu się wydała się naprawdę zadziwiająca, pokazująca duża pewność siebie ale nie takich towarzyszy Kazama spodziewał się na polu walki. Jinbei za to aż się gotował od złośliwych komentarzy gdy tylko przekroczyła próg karczmy „Ciekawe czy nadal byłaby tak zgrabna gdyby jej uciąć nogę” - rechotał złośliwie oni.
Nawet demon jednak umilkł na chwilę gdy w progu pojawiła się ostatnia postać, uśmiech olbrzyma wcale nie zwiastował niczego dobrego. Ponure myśli przerwało mu nagłe podekscytowanie i trajkotanie Jinzo, który pod koniec nalegał na podpis formalnego dokumentu. Podpis dla Sogetsu był zobowiązaniem zakończenia łowów, w chwili złożenia stawał się już nie obietnicą schwytania oni a obowiązkiem. Wolałby się wstrzymać przed podpisaniem do chwili rozwiązania tajemniczego uśmiechu Genba Hario, ale nie mógł go odmówić przez nalegania kupca prócz tego nie miał na razie żadnych dowodów że olbrzym ma złe intencje.
Chwile po złożeniu podpisu usłyszał głos Jinbeia-Baaaaka.-” ironiczny szept rozbrzmiał głośno w jego umyśle.- „Znasz go z dzisiejszego ranka. Obserwował cię i rozmawiał z niskim mężczyzną. Chyba masz wielbicieli w tym mieście. Ciekawe za co cię nienawidzą?
Tak...demon miał rację. Gdy szedł tutaj, minął ich...tego olbrzyma i towarzyszącego mu, pucułowatego bushi. I choć wtedy nie zwrócił na to specjalnej uwagi, to teraz Sogetsu był pewien. Ten niski pokazywał go palcem temu Hario. W jakim celu?
A jakie ma to znaczenie? Zabij go i przed śmiercią wymuś prawdę.”- zarechotał ze śmiechu oni.- „On i tak ci rzuca wyzwanie.”
Wyzwanie, tak... Zapytać, sprowokować, zaatakować, zabić. Szybko i efektywnie póki olbrzym jest w gospodzie nie będzie tak skuteczny jak na otwartym polu, zwłaszcza z tak dużym mieczem” – szybko przebiegło Kazamie przez myśl. Jednak podpis i obowiązek dotrzymania danego słowa skutecznie powstrzymały czyny. Sprowokowanie walki w gospodzie równałoby się wykluczeniem go z łowów a nawet oskarżeniem o zabójstwo i szybką ucieczką z miasta.
Głupcze ! Drugi raz już nie będziesz miał takiej szansy” – oni nie dawał za wygraną, starając się sprowokować walkę. „ Nie mogę, dobrze wiesz że nie złamię raz danego słowa, tak jak i ciebie będę pilnował do końca swojego żywota” - spokojnie odparł jounin na co demon tylko zasyczał niczym atakowany wąż.
Sogetsu zdawał sobie dobrze sprawę że Ganba Hario był tylko narzędziem, mieczem wysłanym by zadał cios. Nie wiedział kto ani czemu ten miecz został skierowany w jego stronę. Nie spuszczając oczu z olbrzyma, sporym łukiem wyminął go kierując się w kierunku wyjścia z karczmy. Wychodząc skinął mu lekko głową, uśmiechając się półgębkiem i cały czas trzymając rękojeść swojego tachi. Chciał tym gestem zasiać niepokój u olbrzyma, by ten zdawał sobie sprawę że wie czemu został tu przysłany. Przed karczma spokojnie obserwował jak reszta rozchodzi się w swoje strony, wiedział co należy zrobić. Znaleźć drugiego bushi z którym rozmawiał olbrzym i dowiedzieć się czemu został on na niego nasłany. Mając jednak w perspektywie nocne łowy na oni nie miał czasu na rozwiązywanie zagadek, postanowił na razie poczekać na to jak sytuacja się rozwinie i unikać Hario do czasu zakończenia sprawy z oni. Najważniejsze było teraz odnaleźć równowagę i harmonię przed nadchodzącą walką. Morze pozwalało odnaleźć naturalną harmonię, więc resztę popołudnia Sogetsu postanowił poświęcić treningowi i medytacji na plażach Nagoji. Miał nadzieję że tam olbrzym nie będzie go szukał.
 
__________________
I wiedzie nas siedem demonów, co nami się karmią...
Cytryn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-10-2010, 12:37   #9
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Część 1.- Narada

Wdowa Chen okazała się pulchną czterdziestolatką, upinającą ciemne, acz lekko rudawe włosy w tradycyjny sposób. Również kimona nosiła tradycyjne, barwione na śliwkowy kolor, bez żadnych haftów. Nie patrzyła w oczy, prawie się nie odzywała. Widać łowcy oni wzbudzali w niej lekki strach. Może poza dziecięcym w swej hałaśliwości Kirisu, i Leiko, o której kobieta nie potrafiła sobie wyrobić opinii.
Zresztą...nieważne jak się zachowywała. Ważne jak gotowała. A przyrządzała posiłki całkiem sprawnie.
Na kolację łowcy dostali węgorza grillowanego w całości w słodkim sosie, oraz specjalność kulinarną Nagoi...dengaku.


...kawałki tofu opiekane i nadziane na patyczek. Oczywiście, do tej uczty także sake.
Jinzo przyglądał się jedzącej grupce z ciekawością. Kupiec nie przeszkadzał grupce w jedzeniu, choć zdawał się mieć coś do powiedzenia.

Leiko nie jadła wiele. Wprawdzie wcześniej uszczknęła trochę węgorza, ale głównie skupiała się na skubaniu specjału z tofu. Mylnym byłoby twierdzenie, jakoby nie miała apetytu. Figura sama się magicznie nie utrzymywała, a zaś poczucie obciążenia w czasie polowania byłoby co najmniej zbędne. I tylko sake ani razu nie tknęła, poza odsunięciem jej od siebie z podziękowaniem już na samym początku kolacji.
-Panowie.. -zaczęła nieco przeciągając to jedno słówko i przerywając w końcu błogość płynącą z pysznego jedzenia. Drewniany patyczek obracał się pomiędzy jej długimi palcami – Chyba wypadałoby się już zająć sprawą łowów. Ktoś chętny do podzielenia się swym błyskotliwym pomysłem co do spędzenia najbliższej nocy?
Kirisu rzekł spoglądając na Leiko.- Może popracujemy parami?
Zjadał kolejne dengaku wymownie patrząc na dziewczynę i będąc w pozycji półleżącej. Natomiast Hario wymownie pokiwał głową mówiąc głębokim tonem głosu.- Ja mogę...pracować sam.
Uśmiechał się, gdy patrzył na Kazamę. Uśmiechał się, gdy patrzył na Leiko. A choć te uśmiechy były nieco inne w zależności od tego, na kogo patrzył...to wywoływały u ich adresatów, te same zimne ciarki na grzbiecie.

Kobieta widziała kiedyś taki uśmiech u mężczyzny. Uśmiech kogoś lubiącego krzywdzić innych, czasem tylko w komnatach sypialnych, czasem i ...poza nimi. Uśmiech sadysty.
Taki wyraz niezaprzeczalnie wątpliwej sympatii ze strony rosłego mężczyzny wywołał w niej pokrętne emocje, których szał uzewnętrznił się w postaci nieznacznego drgnięcia brwi. Dlatego też zaraz ją uniosła chcąc tym samym zatuszować to drobne zdarzenie. Na dokładkę jeszcze na jego uśmiech odpowiedziała swym własnym, jakże odmiennym w znaczeniu, bowiem jednocześnie czarującym i kryjącym w sobie ostrze -To.. szkoda. Wielka szkoda, Hario-san. Liczyłam na wyjątkowo przyjemną i owocną współpracę między nami.
Usta mówiły jedno, umysł zaś drugie. Coś takiego miejsca nie miało od dawna w jej życiu, ale oto właśnie kobieta odkryła postać, którą bardziej obawiałaby się spotkać samotnie w uliczce niż stadko demonów. A przecież noc dopiero miała nadejść.
On się jednak nie bał, choć odczytał jej intencje. Uśmiech jakim Hario obdarzył Leiko był... ironiczny. Wydźwięk jego głosu też.- Może następnym razem Leiko-san. Niewątpliwie liczę, że nadarzy się okazja.

Kohen również nie jadł za dużo. Zresztą, z jego posturą i organizmem, zjedzenie czegoś więcej, niż kilku kęsów, byłoby niemal samobójstwem. Zamiast sake, wolał pić wodę. Siedząc cicho, obserwował jak inni jedzą, lub udają, że to robią. Niemniej cieszył się, że nie przyciąga on zbyt dużo uwagi. To było jego zaletą od czasów dzieciństwa. Lecz, gdy nadchodził czas łowów... Cóż, Kohen wtedy czuł nienasyconą żądzę pożerania.
Kiedy odezwała się kobieta, Takami drgnął. Nadszedł czas, pomyślał i chrząknął cicho, zwracając na siebie uwagę pozostałych.
- Szanowni łowcy i ty, Jinzo-san - powiedział do zebranych - Pozwólcie, że podzielę się kilkoma uwagami, jakie odkryłem po rozmowie z naszym gospodarzem - tu ukłonił się lekko Jinzo - Otóż wydaje się, że mamy do czynienia z oni innego rodzaju, niż na naszych ziemiach. Tutaj, w Owari no kuni, demony powstawały w inny sposób niż na pozostałych ziemiach Nipponu. Z tego, co szacowny Jinzo-san zdołał mi wyjaśnić, oni pojawiły się zaraz po zadokowaniu statku z Chin i zniesieniu ciała jednego z kupców na pochówek. Otóż ciało zniknęło, a zaraz po tym demony zaczęły pustoszyć to piękne miasto.
Takami zaczerpnął nieco powietrza. Długie przemowy nie należały do jego specjalności, lecz w tym wypadku musiał jak najdokładniej opisać sytuację.
- Jednak tak, jak nasze demony, oni z Chin posługują się truchłami zmarłych w zabijaniu ludzi - przesunął wzrokiem po każdym z łowcy - Nie wiem, jakie są wasze dokonania, czy z jakimi demonami walczyliście, jednak chyba każdy z was zdołał zauważyć, że poczwary te pojawiają się z reguły w miejscach, w których zostali pochowani zmarli. Takich miejsc jest na szczęście mało, gdyż wiara w kami i Buddę każe nam palić swoich krewnych. Więc do takich miejsc należą z reguły cmentarze gaijinów i biedoty oraz wioski eta.
Kohen upił nieco wody z leżącej na stoliku czarki.
- Z tego co mówił Jinzo-san, demonów może być więcej niż jeden. Dlatego plan jest potrzebny, jak wspomniała szacowna Maruiken-san. To, czy ktoś z was będzie chciał zabijać osobno - droga wolna. Lecz każdy głupiec wie, że walka z przeważającym przeciwnikiem to samobójstwo. I to nie takie, za które będą was chwalić pokolenia i duchy przodków.
Zamilkł, czekając, aż jego słowa w pełni dotrą do zebranych.
- Moją propozycją jest udanie się za chwilę na cmentarz, na którym zaczęły pojawiać się oni. Z tamtego miejsca będziemy mogli z łatwością określić ilu jest przeciwników i jak silni oni są. Jinzo-san - zwrócił się do kupca - jak poszło przesiedlenie tej części miasta?

-Eeee...tylko domy najbliżej cmentarza i te w okolicy ataków. Niestety ludzie bywają uparci.- odparł Jinzo mówiąc ze smutkiem w głosie. Potarł głowę dłonią.-Przykro mi.
- A jeśli nie kryją się na cmentarzu? Co wtedy?-
wtrącił Hario z uśmiechem popijając sake.
Takami zastanowił się nad słowami Hario. Po czym wzruszył ramionami.
- Będziemy wtedy kierować się wrzaskiem mordowanych ludzi - powiedział po prostu, jednak przezornie opuścił wzrok, nie chcąc krzyżować ich ze spojrzeniem olbrzyma. Wiedział, że póki co, nie jest bezpieczny. Lecz, gdy tylko rozpocznie się polowanie... Podniósł znów głowę, tym razem nie zatrzymując spojrzenia na nikim konkretnym.
- Ktoś ma jeszcze jakieś pytania?
-Wrzaskiem mordowanych ludzi. To mi odpowiada.
- uśmiech rosłego Hario zrobił się jeszcze...szerszy.
-Zabiję je zanim dopadną kogokolwiek.- odparł Kirisu i uśmiechając dolał sake do czarki. Spojrzał w kierunku Kohena mówiąc.- Zamierzam wygrać ten zakład.
Leiko westchnęła sobie cicho w odpowiedzi na.. cóż.. ogólnie rzecz biorąc to na wszystko. Tacy żywiołowi, tacy gwałtowni i niezachwianie pewni siebie. Zupełnie jak.. mężczyźni, więc i zdziwieniem to zbytnim dla niej nie było, a tylko niejakim potwierdzeniem reguły.
-Skoro tak, to może najlepszym wyjściem będzie poczekanie sobie tutaj w cieple, aż oni już zaczną swoją ucztę na mieszkańcach? Przynajmniej byśmy nie musieli biegać niepotrzebnie do miejsc, gdzie mogłoby ich nie być, a wrzaski rozdzierające noc byłyby jednoznacznym sygnałem ich obecności. Jakże łatwe.. – powiedziała nadając swemu głosowi dość znużony ton, wzrok zaś zawieszając na trzymanym przez siebie patyczku, którym bawiła się z nonszalancją -A czyż nie lepiej byłoby się trochę porozdzielać, aby chociaż dwie osoby mogły czuwać nad dzielnicą? Nie ma powodów do podejrzewania, że jakiś inny punkt w mieście mógłby się stać ich celem, jeśli dotąd podobno tylko tamta okolica ucierpiała..
Kohen po raz kolejny wzruszył ramionami.
- Jest nas piątka, Maruiken-san - odparł Takami - Jak dotąd jedynie Genba Hario-san i Kirisu-san wypowiedzieli swoje zdanie na temat metod ich pracy. Jeśli ci to odpowiada, możesz przyjąć ofertę Płomienia. Ja w takim układzie, wybrałbym się na polowanie z Sogetsu Kazama-san. Jeśli on nie ma nic przeciw.
Spojrzał w kierunku Sogetsu, a zaraz potem znów na Leiko.
- Odpowiada ci takie coś, pani? - zapytał, po czym dodał - Specjalnie zaś zaproponowałem cmentarz jako miejsce, od którego zaczniemy polowanie, gdyż stanowiło ono centrum, wokół którego odbywały się ataki na mieszkańców. Lecz jeśli twierdzisz, że mogą pojawić się gdziekolwiek i zaatakować, dajmy na to port, droga wolna. Każdy z was polował już na oni i powinien znać ich zwyczaje na tyle, aby dobrać odpowiednią taktykę do ich liczebności i siły. Więc jak będzie?
-Gdziekolwiek? –
parsknęła krótkim śmiechem, który jednak bardzo szybko zamilkł w jej krtani -Nie, tego nie powiedziałam. Podzielenie się na dwie pary, jedną okupującą cmentarz, a drugą zajmującą się jego okolicą nie zalicza się do zbyt trudnych rozwiązań. Czy to nie wtedy wszystko będziemy mieć pod większą kontrolą? Co zaś się tyczy ich ilości i siły.. to nie mamy przecież dokładnych informacji. Chyba, że ktoś w niezwykły sposób przetrwał spotkanie z tutejszymi oni i tym się z nami podzielił…?
Całej jej wypowiedzi wtórował kurtuazyjny uśmiech wznoszący jej kąciki ust. A o ile niektórzy mieli specjalne spojrzenia, które się zmieniały względem tego na kogo były kierowane, o tyle u niej podobnie się działo właśnie z uśmiechami. Tedy nic dziwnego, że i ten stał się bardziej uroczy, gdy uwagę przeniosła na młodego łowcę i słówko pojedyncze, wyrwane z kontekstu ku niemu posłała -Partnerze...
-Będzie niewątpliwą przyjemnością towarzyszyć ci tej nocy, jak i każdej innej Leiko-san.-
rzekł w odpowiedzi młodzieniec z wesołym uśmiechem na twarzy. Kirisu bawiła go dwuznaczność słów, jak i ekscytowały potencjalne możliwości rozwoju sytuacji. Widać było to na jego twarzy. Kirisu opanował już grę słów, ale nie potrafił panować na mimiką. Leiko mogła czytać w nim jak w księdze. Co innego Hario, poza żądzą mordu skrywaną pod głupawym, acz złowróżbnym uśmieszkiem... nie dało się nic wywnioskować. Mruknął tylko.- W takim razie... dwóch na cmentarzyku, zakochane ptaszki połażą po mieście. Ja też wybieram miasto.
-Co do ofiar wrzasków, nie słyszeliśmy...-
wtrącił nieśmiało Jinzo.- Właśnie dlatego, tak późno odkryliśmy, że śmierci do sprawka oni. Ofiary umierały we śnie. Ale... klan Hachisuka zainteresował się wypadkami w Nagoi. Ich łucznicy, wspomogą łowy, patrolując dzielnicę. Sześciu bushi z klanu patroluje dzielnicą. Nie są oni jednak łowcami demonów.
Decyzja Hario skwitowana została kolejną falą dreszczu przechodzącego wzdłuż kręgosłupa kobiety. Niewypowiedziane myśli zaś domagały się odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego? Nie było nowością, że wydawał jej się podejrzany. Chociaż do reszty też nie pałała olbrzymimi dawkami zaufania, o tyle on po prostu śmierdział.. w metaforycznym tego słowa znaczeniu, na szczęście.
-I właśnie dlatego my tu jesteśmy, Jinzo-san zwróciła się uspokajająco do ich gospodarza, rozważania swe zachowując tylko dla siebie, a skupiając się na tych nowych informacjach związanych z klanem. Interesującym klanem -Jeśli mają nas wspomagać, to będąc na miejscu poinformuję kogoś z nich o naszej obecności. Nie chcemy przecież w ciemnościach nocy zostać pomyleni z oni.
-Och..oni już wiedzą.-
rzekł w odpowiedzi kupiec. Podrapał się za uchem.- I są bardzo wami zainteresowani.
-Pewnie o nas słyszeli...przynajmniej o niektórych z nas.- wtrącił Kirisu. A kupiec skinął głową na potwierdzenie.- Zapewne.

Sogetsu jadł spokojnie, nie miał w zwyczaju opychać się ale umiał docenić kunszt kuchenny wdowy Chen. Widział jak reszta stara się unikać sake, sam jednak popijał powoli. Sake w małych ilościach powodowało stan pobudzenia, przyspieszone bicie serca, rozszerzenie źrenic, zaprzestanie odczuwania zmęczenia, pozwoli mu to zachować czujność podczas „polowania”. Zmęczenie spowodowane brakiem snu mogło się okazać bardziej zabójcze niż sake. Spokojnie słuchał wypowiedzi reszty, szczególnie obserwował Hario, niepokoił go, widział już taki typ ludzi, typ mordercy. Nie chciał walczyć z nim ramię w ramię, prędzej stanąłby naprzeciwko niego. Demon miał rację, czuł że walka z olbrzymem będzie nieunikniona, podczas polowania na oni będzie trzeba szczególnie na niego uważać. Ale nie tylko olbrzyma wolałby uniknąć podczas polowania, nie ufał też kobiecie, mimo że wypowiadała się z sensem to jej zdania zawsze miały jakiś podtekst, drugie dno Prędzej jej było do dworskich intryg niż do zabijania oni.
„-Młody zginie, wygląda jakby mógł oddać życie za tą kobietę. A takie życzenia często się spełniają” – odezwał się nagle w jego głowie głos demona. Kazama się nie uśmiechał, uśmiechy były sztuczne, usypiały czujność a brak czujności mógł go zabić szybciej niż obce oni. Podział na grupy jaki dokonał się przy stole wydawał się całkiem sensowny, ale jednak pozostawiał kilka pytań.
- Powiedz mi Kohen-san Sogetsu wtrącił się nagle do rozmowy – jeżeli mamy razem udać się na cmentarz, czy mogę ci zaufać ? –wypowiadał się powoli, spokojnie cedząc słowa - Jaką mam pewność że nie skończę z nożem w plecach po zakończeniu polowania ? – pytanie skierował do Kohena jednak obserwował reakcje reszty towarzyszy, na zakończenie zdania rzucił wymowne spojrzenie w kierunku Hario, który nie przejął się specjalnie jego słowami. - Cmentarz wydaje mi się sensowniejszą opcją niż miasto, więc nie będziemy wam przeszkadzać. Sześciu łuczników i trójka łowców chyba skutecznie zapobiegnie tam dodatkowemu rozlewowi krwi. Jest też kwestia nagrody, zabiera ją zabójca oni ? Grupa która zabije ? A w wypadku większej ilości oni dzielimy się od liczby zabitych ? Mości Jinzo-san jako nasz pracodawca, jak to zaplanowałeś ?

Kupiec był nieco zaskoczony słowami, spojrzał po zebranych łowcach, wyraźnie się zamyślając.
-Podzielona zostanie pomiędzy tych, którzy zabiją oni.- stwierdził Jinzo, pocierając podbródek.- Tak chyba będzie najbardziej sprawiedliwie, prawda?

Kohen spojrzał Sogetsu w oczy. A przynajmniej miał taki zamiar. Przerwał mu Jinzo, lecz gdy skończył, Takami zwrócił się do Kazamy.
- Masz taką samą pewność, jak ja, Sogetsu-san - powiedział krótko - Zresztą dobór par był przypadkowy. Kwestia zaufania jest tu zupełnie zbędna. Polujemy na oni, nie na siebie nawzajem.
Chociaż Kohen mówił, że nie polowali na siebie, zerkając na Hario nie miał już takiej pewności. Z jednej strony cieszył się, że nie musi być w parze, czy choćby pobliżu tego człowieka. Chyba, że byłby on na odległość ognistej kuli.
- Mi taki podział pasuje - powiedział do kupca - Wydaje mi się to najbardziej sensownym rozwiązaniem. Chyba, że ktoś chce dorobić i założyć się z Kirisu-san?
Hario jedynie wzruszył ramionami uśmiechając się kpiąco. Widać pieniądze nie miały dla niego znaczenia.
Kobieta cmoknięcie ciche przez zęby wydała. Dołączyło do niego jeszcze machnięcie od niechcenia dłonią w powietrzu, ukazujące jej.. cóż.. posiadanie tego pomysłu w dość głębokim poważaniu. Następnie zaś melancholijnie i z utęsknieniem powiodła wzrokiem w stronę okna, mając nadzieję na zobaczenie już nocy w jej pełnym majestacie. Albo przynajmniej jej zalążek.
- Niech tak będzie- rzucił Sogetsu w stronę Kohena po czym kiwnął Jinzo głową, że akceptuje ten podział nagrody.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-10-2010, 18:58   #10
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Część 2.- Łowy

Są takie noce, które budzą strach nawet w tygrysie, niekwestionowanym władcy leśnych ostępów.
Są takie noce, podczas których śmiertelnicy czują zew krwi i mordu.
Są takie noce, podczas których oni tańczą obłędnie w krwawych orgiach.
Są takie noce, podczas których lepiej nie wychodzić z domu.
Są takie noce, podczas których księżyc wydaje się mieć barwę... krwi.


I tak się pechowo złożyło, że to była jedna z tych nocy. Wpatrująca się księżyc Leiko podziwiała jego barwę. Taki księżyc zdarza się raz.. dwa... może trzy razy do roku.
I ponoć zawsze zwiastuje brutalną śmierć. Ale wielu bierze to za bajanie starych bab. Starych i tchórzliwych. Co one mogą wiedzieć, ne?
Przecież tak piękny księżyc nie może być złowróżbny? Chociaż... piękno i groźba mogą w jednej istocie, ne?

Póki co narada się zakończyła.
Kohen i Sogetsu ruszyli wraz z Jinzo na cmentarzyk. Kirisu i Leiko ruszyli patrolować ulice.
Podobnie Genba Hario. A przynajmniej tak można było sądzić.
Kupiec nieco nerwowymi kroczkami przemierzał miasto, będąc przewodnikiem dla dwóch łowców oni. Prowadził on ich właśnie w kierunku cmentarza.
Czyż mógł go spotkać bardziej przerażający sposób spędzania nocy? Jinzo nie był głupcem. Wiedział że bardziej bezpieczny już być nie może. Bowiem w mieście w którym grasują oni, wędruje z dwoma mężczyznami, które na owe oni polują. Mimo to, przechodziły mu ciarki po plecach.
Było cicho. Potwory grasujące po nocach, sprawiły, że wraz z zapadnięciem zmroku miasto cichło i ulice pustoszały. Przerażenie wkradało się do serc mieszkańców w miejsce przedsiębiorczości panującej za dnia.

Powoli dochodzili na miejsce. Cmentarzyk otoczony był prowizorycznym płotkiem.
Przy samym cmentarzu, stała niewielka chatka, w której to eta przygotowywali zmarłych do uroczystości pogrzebowych. Na samym cmentarzu również panowała cisza, wręcz grobowa cisza.
-To tutaj, -rzekł kupiec starając opanować nerwowość głosu, gdy już cała trójka weszła na cmentarz. Po czym chciał dodać.- To ja teraz...- przerwał spoglądając na bramę cmentarza przez którą przeszli. Jinzo patrzył na nią i zbladł, uświadamiając sobie, że musiałby wracać sam. Westchnął smętnie po czym usiadł zrezygnowany na ziemi.- To ja poczekam z wami.
Załamany tym, że nie przewidział takiego obrotu sprawy, siedział na ziemi wyraźnie markotny.
A łowcy robili swoje... A czas mijał. Dopiero półgodziny od dotarcia na cmentarz coś się zaczęło dziać. Na dach budynku w którym trzymano zwłoki coś wpełzło...Nie... Gdy łowcy się przyjrzeli dokładniej zorientowali się, że stwór wydostał się z chatki przebijając dach.

Wyprostował się i obaj łowcy ujrzeli wychudzone zwłoki w pogrzebowych szatach, który zaczął węszyć w powietrzu, niczym pies. Robiło to tym większe wrażenie, że księżyc na którego tle stał truposz zdał się trupioblady. Zupełnie jakby bestia wyssała i z niego życie.


Potwór wyszczerzył kły i... skoczył w ich kierunku, w jednym skoku pokonując 10 metrów.
Jego celem był Kohen, który zresztą szybko rozpoznał jakim przeciwnikiem się mierzy. Jiang Shi... to tłumaczyło wysuszone zwłoki. Jiang Shi wszak pożera nie krew, a Chi ofiary.
I ten tutaj był nowo „narodzonym” Jiang Shi... szybkim i niebezpiecznym, acz niezbyt potężnym oni.
Potwór w dwóch skokach dopadł całą grupkę, jego szponiasta łapa próbowała chwycić youjutsusha za gardło. Chybił o parę centymetrów, spóźnił się o kilka sekund. Kohen odsunął się szybko. Dość szybko by uniknąć chwycenia za gardło, nie dość szybko by,...
Kohen poczuł ból gdy pazurzasta opadając w dół, rozcięła mu branie szponami ostrymi jak sztylety. Poczuł ból, gdy te pazury rozorały klatkę piersiową, niezbyt głęboko, niezbyt groźnie... tym razem.
Łowcy usłyszeli pisk przerażenia Jinzo, który był tego obserwatorem. Widok bestii i strug krwi, nie były czymś, do czego kupiec był przyzwyczajony.
Co innego Sogestu... Ledwo Jiang Shi znalazł się w zasięgu ciosu, jego dłonie płynny ruchem sięgnęły po tachi. I przy wtórze triumfującego ryku Jinbei’a „brzmiącego” w jego umyśle, zadał cios szybko i płynnie... zbyt wolno jednak. Stwór zdążył od skoczyć. Zanim tachi dosięgło jego szyi.
Stwór zdążył odskoczyć dziesięć metrów w tył. Był szybki i zwinny... i głodny. Ale nie był głupi. Przykucnął gotowy to kolejnego skoku, czekał na okazję i węszył za odpowiednią ofiarą. Za kimś wolnym, za kimś kto nie ma w dłoni oręża zdolnego dokonać dekapitacji.
Obaj łowcy zorientowali się za kim węszy Jiang Shi. Za przerażonym Jinzo.

Tymczasem Leiko i Kirisu wędrowali pogrążonym w mroku nocy uliczkami miasta.
Było cicho i... romantycznie. Ona szła osłaniając się parasolką, choć nie było ni słońca ni deszczu. Za to parasolka świetnie się nadawała do ukrywania twarzy, lub puszczania zza niej zalotnych spojrzeń do Kirisu. A ten starał się zza wszelką cenę uwieźć Leiko-chan, komplementując jej urodę, odwagę, poczucie smaku i gust, wierząc że z każdym słowem jest coraz bliżej do zdjęcia z niej odzienia i figlowania razem.
Co jakiś czas mijali patrole składające się z dwóch samurajów uzbrojonych w hankyū, każdy. Łuków mniejszych, ale za to wygodniejszych w użyciu, gdy przeciwnik atakuje z zaskoczenia.
W przeciwieństwie do Leiko, Kirisu wydawał się być całkowicie pochłonięty flirtem.
Jego oczy błyszczały, krok był sprężysty i nieco wojskowy, od czasu do czasu machał swymi trójzębami, próbując pokazać Maruiken jak to upoluje dla niej oni. I radośnie reagował na każdy objaw jej zainteresowania swą osobą. Był jak mały szczeniaczek próbujący zainteresować swą panią. Wydawał się taki pocieszny i nieporadny. Nie był jednak taki.

Oboje prawie równocześnie zauważyli, cień przeskakujący po dachach.
- Rzucę ci jego głowę u stóp Leiko-chan.- rzekł buńczucznie Kirisu, pobiegł w kierunku budynku i używając swego trójzębu niczym tyczki wskoczył na dach i zaatakował postać skrytą w cieniu, szybko i błyskawicznie. A japonka z uśmiechem przyglądała się jego walce, w której łatwo było podziwiać grę mięśni gibkiego „Płomienia”. I łatwo było przyjrzeć się jego technice walki, prostej acz efektywnej. Jeden trójząb służył do przyszpilenia wroga, drugi Kirisu wymierzał zamaszyste ciosy unieruchomionemu przeciwnikowi, próbując rozłupać głowę. Póki co, w walce był impas. Stwór nie mógł dosięgnąć Kirisu, „Płomień” nie mógł przyszpilić wroga... ale też nie pozwalał mu uciec. Tylko kwestią czasu, było zwycięstwo młodego łowcy. Jednak jego przechwałki nie były tylko przechwałkami.

Tymczasem Leiko przyglądała się tej walce, nie zdając sobie pozornie sprawę „kim wydawała się być”. A była przecież delikatną drobną kobietą, w pięknej szacie, w długiej szacie... w stroju który utrudnia poruszanie się i uciekanie. Idealną ofiarą... a tak przynajmniej zdawało się stworowi który zamierzał ją napaść. Mylił się.

Potwór skoczył wprost na kobietę z dużej odległości, ale gdy doskoczył do celu, już jej tam nie było. Leiko zauważyła także i jego obecność, i płynnym ruchem doświadczonej akrobatki uskoczyła w bok, tuż przed jego lądowaniem na ulicy.
Kobieta uskoczyła i przyczaiła się, w prawej dłoni mając złożoną parasolkę. Podczas gdy w drugiej dłoni błyszczało krwawym blaskiem ostrze tanto.

Łowca...stał się zwierzyną. Rozpoczęły się krwawe gody.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 02-02-2011 o 11:23.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167