Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror i Świat Mroku Zmierzch rozlewa atrament rodząc upiorny nocny pejzaż, a wszelki cień staje schronieniem dla przeróżnych stworzeń nocy. Wielkie miasta drzemią, nieświadome mrocznych sekretów skrytych w ich labiryntowych zakamarkach. Ciche i odludne tereny stają się repozytorium przedwiecznych tajemnic i azylem dla niepojętych koszmarów. Zajrzyj za zasłonę, wkrocz w cień spoczywający między wymiarami, odkryj co spoczywa w ciemnych zakątkach świata.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-08-2023, 11:55   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 1 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
[Wampir] Martwe Wody: Sezon 2


Była przykuta do tego miasta. Tak jak Lukrecja. Nowy Jork wrył się w jej ciało. Naznaczył ją jakoś bardziej niż krew Cyrila. I tęskniła do niego, mimo że wiązało się z bólem, strachem, poniżeniem. Mimo że było zimne i nieprzyjemne dla niej. Tu w Nowym Jorku, była tylko caitiffem, dziewczynką na posyłki Cyrila. Co takiego dało jej to miasto, że nadal trzymało na uwięzi? Że tęskniła za nim tak samo jak za swoim protektorem? Może nawet więcej?


Nowy Jork był zimny tej nocy. Nic w tym jednak dziwnego. Ostatnio padał tu śnieg. Był wszak koniec listopada.


Niemniej bycie wampirem dawało tę przewagę Ann, że nie odczuwała temperatury. Przydatna cecha, gdy się przebywało całymi nocami przed neogotyckim budynkiem należącym do klanu Tremere. Ann znała to miejsce. Znała kamienne gargulce nieruchomo czuwające nad spokojem przebywających tam Kainitów. Kiedyś Ann zdarzało się tam wchodzić, ale to były dawne czasy. Teraz była persona non grata w budynkach Nowego Jorku kontrolowanych przez ten klan. Póki jednak kręciła się po okolicy, to była… tolerowana.
W końcu była dla nich nikim.


Ann przyjeżdżała tu zawsze gdy mogła, La Bella użyczała jej pokoju w należącym do klanu Toreadorów hotelu. Nie zawsze miała dla niej czas, ale zawsze była życzliwa.
Zresztą pokój służył Ann, tylko jako spoczynek na jeden dzień. Noce spędzała tu, przed więzieniem Cyrila, siedząc, stojąc… zawsze czając się w mroku, zawsze szepcząc do siebie, a może do cieni otaczających ją?
Obserwując. Część z wchodzących i wychodzących znała, ale tylko z widzenia. Szybko zorientowała jak niewiele wiedziała o nowojorskim klanie swojego Mistrza. Jak wiele tajemnic kryli przed innymi Kainitami. Zupełnie jak Giovanni.

- A więc to prawda. Tremere mają nową fankę. - głos był znajomy, choć wydobywał się spod puchatej kurtki zakrywającej górną część kobiecej sylwetki. Bo to była dziewczyna pod tą kurtką.
- Słowo daję, nie wiem co ty widzisz w tych antykach. - mruknęła zerkając na budynek przed nimi. Ann zaś próbowała odgadnąć z kim ma do czynienia, ale… choć głos już kiedyś słyszała to… nie potrafiła skojarzyć twarzy. A że naciągnięty na głowę kaptur i szalik owijający pół twarzy utrudniał identyfikację, to Ann pozostawała w metaforycznych ciemnościach, co do tożsamości rozmówczyni.
Ta chyba jednak dobrze wiedziała kim jest Ann.
- Nieważne. Mamy interes do sfinalizowania, więc proponuję pójść do pobliskiej knajpki. Nie ma co odmrażać sobie tyłka.

Ann nie umiała powiedzieć czy bardziej nienawidzi wampirów, które sprowadziły wyrok na Cyrila, samego skazanego czy może całą nienawiść kieruje w swoją stronę. Wiedziała, że musi być winna położenia Tremere. W końcu go przed tym losem nie uchroniła. Ale jednocześnie pogardzała nim. Wszystkim co jej uczynił. I kochała to.
To było takie ciężkie...

Jej standardowe oczekiwanie przed siedzibą Tremere przerwało nagłe zainteresowanie nią. Była tak przyzwyczajona do bycia ignorowaną w mrozie, że nagłe poświęcenie uwagi wybiło ją z myśli. Obdarzyła dziewczynę wzrokiem pełnym beznamiętnego oczekiwania, który nie miał w sobie ni grama udawanego życia. Był naprawdę martwy.
- Dobrze.
Słowa Ann były prawie automatyczne, pozbawione jakichkolwiek uczuć, które kiedyś tam się kryły. Nie wydawała się ani zaciekawiona, ani znudzona. Ani podekscytowana, czy wystraszona. Jedynie można było wyczuć...
Apatię.


Trafiły do miejscowego pubu, typowej mekki hipsterów, urządzonej gustownie ale bez polotu, ot ładne meble, śliczny bar . Było tu sporo silenia się na oryginalność, ale czuć było brak celu. Nie wiadomo co właściwie chciano tu osiągnąć, poza tym, by wyróżniał się na tle innych pubów. Cóż… nie wyróżniał się na tle innych modnych barów Nowego Jorku. Wszystkie szczyciły jedynymi w swoim rodzaju detalami jednocześnie kopiując te same schematy. W tym to co podawały.
- Ty sobie usiądź gdzieś, a ja zamówię sobie latte. - stwierdziła tajemnicza towarzyszka wampirzycy.
Ann usiadła przy wolnym stoliku i czekała. Minęło parę chwil, nim rozmówczyni wróciła z dużym kubkiem gorącej kawy. No i Ann wiedziała, czemu… jej towarzyszka była śmiertelniczką. Teraz kaptur został zsunięty i Kainitka rozpoznała w niej znajomą magiczkę. Blondynka zasiadła naprzeciw Ann i napiła się kawy z lubością.
- Chwila.- rzekła i wyciągnęła smartfona, musnęła palcami kilka razy uruchamiając jakąś aplikację i popłynęła smutna melodyjka, która choć ładna, była jakoś dziwnie nieprzyjemna.
- No… teraz możemy bezpiecznie gadać.- wyciągnęła spod kurtki dużą papierową kopertę. - Trochę zajęło nam grzebanie, ale w końcu dotarliśmy do dna tego szamba. Trzeba przyznać, wykopaliście się w niezłe gówno. I to takie którego się nie spodziewałam… serio… odkryliśmy całkiem nowy problem w tym świecie. Tu są szczegóły… nudne, nawet jeśli znasz się na finansach, spółkach, etc. Bo tu jest zapis jak zdemaskowaliśmy kolejne warstwy zasłony dymnej. Zdecydowanie wolą ukrywać się w cieniu i działać po cichu. A wy zostałyście zauważone, bo mam wasze zdjęcia… twoje i twojej koleżanki.-
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 28-03-2024 o 19:52.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-08-2023, 16:10   #2
Edgelord
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 1 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację




************************************************** *************************************************
JAKI OPIEKUN, TAKIE DZIECKO
************************************************** **************************************************

Przez cały początek rozmowy wampirzyca nie wydawała się poruszona. Jeżeli odczuła jakiekolwiek zaskoczenie tożsamością osoby to go nie okazała. Magiczka zobaczyła że część ubrań Ann była przemoczona, co nie było zaskakujące jako że dziewczyna ostatni czas spędziła czatując przed miejscówką Tremere. Nie sprawiło jej to jednak żadnego dyskomfortu.
Prawdę mówiąc wampirzyca już całkowicie zapomniała o zleceniu jakie opłacił William. W miasteczku działo się naprawdę sporo, a wyrok jaki spadł na nią i Cyrila skutecznie odciągnął myśli Ann od mniej ważnych, przynajmniej według niej, spraw. Czym w końcu było to mało interesujące zlecenie w kontraście do straty jaką cierpiała?

Nagle skupiła spojrzenie na zbuntowanej magiczce, gdy ta zaczęła opowiadać sprawę.
- Jakie szambo, co się dzieje? I o jakiej koleżance mówisz? - zapytała jakby przebudzona z letargu.
- Ooch… duże moja droga, duże… - magiczka sięgnęła do koperty i pogrzebała wyciągając zdjęcia z niej. Podała je Ann. Były to jej własne fotki, Nadii… fotki zrobione podczas wspólnej akcji z Tremere. Fotki na których widoczne były one, oraz czarny wilkołak… na jednej widoczny w połowie… z dolną partią ciała rozmytą.
- Nie wiem kto pilnował waszych tyłków, ale był dobry. Musiałam sięgać po magyię i pomoc, by wyostrzyć zdjęcia i wydobyć wasze twarze. Firma, mam nadzieję, nie dysponuje takimi możliwościami jak ja.- stwierdziła magiczka.
- Ale zakładasz, że mogą to być magowie? - zapytała przeglądając zdjęcia.
- Szczerze? Sądziłam że cała ta kopalnia jest laboratorium Technokracji. Wszystko to śmierdziało mi Iteracją X i Progenitorami. I byłam pewna, że znajdę jakieś powiązania. Ale nie… Na nic nie natrafiłam.- zdziwiła się blondynka.- Jeśli już, to w drugą stronę. Możliwe że skorumpowali jakoś niektórych prominentnych Technokratów, którzy dostarczają im technologię za plecami szefów. Poszukałabym głębiej, ale mi nie pozwolono… i bez tego, żeśmy stąpali po kruchym lodzie.
Napiła się latte dodając.- Te typy są bardzo zakonspirowane jeśli chodzi o swoje cele i prawdziwe struktury. Totalna paranoja. A wiesz co jest najdziwniejsze? Nie stoją za tym magowie… ani Tradycji, ani Technokracji. Nie stoją za tym wampiry, ani zachodu ani wschodu, nie stoją mumie… nikt z nas nie stoi.
- Czyli twierdzisz, że to najzwyklejsi śmiertelnicy? - zapytała zaskoczona - Jak głęboko dotarliście w tych strukturach?
- Tak. I to jest najdziwniejsze. Ogólnie pod całą tą maską spółek córek, fałszywych firm, spółek zakładanych na Bahamach kryje się firma będąca w teorii Funduszem Inwestycyjnym. Nazywa się Pentex. Jest światowa korporacja o bogactwie i wpływach bliskich takim funduszom jak Blackrock, ale… mało kto o nich słyszał.- stwierdziła blondynka. - Nie sprzedają swoich akcji na żadnej z giełd i nie pakują pieniędzy w spółki bezpośrednio, tylko poprzez różne podejrzane firmy z adresami na Bahamach.

- Jak niebezpieczni są? Bo jeżeli podglądali naszą dwójkę i czarnego wilkołaka to nie mogą być zwykłymi Smithami którzy po pracy siadają przed telewizorami i chłoną propagandę korporacji. Czemu w ogóle podglądali nas? Czy w ogóle zdawali sobie sprawę czym jesteśmy i czym jest ten pies?
- To są fotki z kamer ochrony. Chyba nie sądzisz, że ta fabryczka nie miała kamer ochrony? Właściwie miała chyba kilka niezależnych od siebie podsystemów.- wyjaśniła blondynka.- Szczerze powiedziawszy ten wilczek był kluczem do rozwiązania zagadki. Bo ten Fundusz nie koncentruje się na tym, na czym powinien, na zarabianiu. Funduje wiele dziwacznych projektów nie dbając w ogóle o normy środowiskowe. Wręcz lubią je łamać. A wiesz czemu… bo to nie firma… a kult. Kult Żmija.
Ann westchnęła z irytacją.
- Kolejny kult... Ile tych mamy w Stillwater...? - przetarła oczy - dopiero jednego kultu pozbyliśmy się z miasteczka. Bawili się w krwawe rytuały i poświęcanie innych na ołtarzu. Aztecki vibe.
- Tak twierdzi Szczękościsk. Niemniej to nie jest tego typu kult. I jest bardziej światowy. Wasza kopalnia, to jest jeden z wielu wielu wielu assetów. I nawet nie najważniejszy. Pewnie nie uznali waszego wtargnięcia za coś istotnego. Niemniej… gdyby dowiedzieli, że zaczęliśmy… grzebać na ich temat. - uśmiechnęła się kwaśno i upiła nieco latte. - Nie dziwię że Nosfki odmówiły wam pomocy.

- William już wie?
- No nie. Uznaliśmy, że czegoś takiego lepiej nie przesyłać przez sieć. Zważywszy, że Pentex ma ta swoich agentów. Więc wszystko jest staromodnie analogowe.- magiczka postukała palcem w kopertę.- Tutaj… masz szczegóły, drogę jaką dotarłam do tych informacji. Adresy, logi, hasła… masz, ale radzę z tego nie korzystać. Na końcu adres skrzynki pocztowej. Tam należy wysłać czek z resztą zapłaty.
- William będzie zadowolony z takiej staromodnej formy zapłaty. - stwierdziła szczerze - Mieliście w sumie szczęście, że tym razem mnie znaleźliście. Nie jestem już zbyt często w Nowym Jorku. Chyba, że to jakąś magią ogarnęliście?
- Taaa… a poza tym mamy swoich szpiegów. A twój wzorzec podróżowania łatwo było rozpracować.- odparła ironicznie blondynka. - Nie praktykuję entropii by polegać na tak czymś ulotnym jak fart.
Wampirzyca wzruszyła ramionami.
- Nie przeczę, że wzorzec był łatwy. - odparła bez przyjęcia.
W porównaniu do wcześniej poznanej pyskatej dziewczyny tym razem zaszła zmiana w Ann.

- Nie wiem zupełnie co widzisz uroczego w gapieniu się na siedzibę czarowników. Chcesz poznać ich sekrety, czy co?- zażartowała blondynka i upiła nieco latte.
Ann zapatrzyła się w swoje dłonie leżące na stoliku.
- Ich siedziba wyrokiem Księcia jest jednocześnie więzieniem dla kogoś... - zawahała się - mi bardzo bliskiego.
- Wiem… prominentnego Tremere, który namieszał wraz z magami… chyba tymi z Loży Czarnej Róży. - zadumała blondynka. - Nie wyjdzie stamtąd przez następne… kilkadziesiąt lat?
- Czterdzieści... a ja mogę być tu tylko cztery noce w miesiącu.
- Nie lepiej je spędzać bardziej konstruktywnie? I tak nie wyjdzie przynajmniej przez następną dekadę… potem… kto wie… może go uwolnią warunkowo?- wzruszyła ramionami blondynka.
- Konstruktywnie... - mruknęła - Nie zrozumiesz tego wszystkiego. Raczej nigdy nie byłaś w takim związku z wampirem?
- Nie. Nie mam czasu na takie zabawy. Rebelia sama się nie poprowadzi, zwłaszcza gdy do pomocy mam stetryczałych magów z głowami tak głęboko we własnych dupach że widzą swoje migdałki. - odparła z przekąsem magiczka.

- Te staruchy co pomagały mojemu Tremere... to obrzydliwe perwersy. - fuknęła.
- Wygląda z boku na robotę Loży Czarnej Róży… tak na… 70%?- oceniła magiczka.
- Spotykali się kolonialnym klubie dla dżentelmenów. - sarknęła - Możesz sobie wyobrazić.
- Brzmi jak Czarna Róża.- zgodziła się z nią blondynka.- To bardzo stara Fundacja, jeszcze z czasów kolonialnych. Loża masońska na wierzchu, a pod nią fundacja magów z wielkim szyldem na drzwiach: “Kobietom wstęp wzbroniony”. Są bardzo tradycyjni i niestety… bardzo bogaci i potężni.
- I bardzo niekompetentni. - parsknęła.
- Nooo… chciałabym że tak było, ale nie… nie bywają niekompetentni.- oceniła blondynka popijając latte. - Co w ogóle planowali?

- Mój opiekun chciał stworzyć Avatara dla siebie. Ponoć i za życia go nie miał... najwyraźniej coś stworzyli chociaż myślał, że nic. Jakieś stworzenie z Umbry. Ono bez wiedzy mojego opiekuna, zaczęło zabijać wszystkich, którzy jakoś urazili go.
- Że co?!! - i Ann została opryskana latte, po tym jak magiczka się zakrztusiła nagle. Po chwili jednak złapała oddech i zaczęła mówić. - Ty nic nie rozumiesz. To przełomowe odkrycie by było, gdyby się udało… to… by było coś niesamowitego, taką procedurę... Pół biedy wampiry, ale gdyby się udało procedurę przenieść na ludzi… implikacje…- gadała chaotycznie i gorączkowo. -... byłyby niesamowite. Pomyśl tylko. Nie musielibyśmy czekać cierpliwie, aż któryś z naszych protegowanych śmiertelników łaskawie się przebudzi, albo że będziemy mieli szczęście i natrafimy na Przebudzonego zanim zrobi to Technokracja. Moglibyśmy produkować własnych magów. - westchnęła ciężko. - Gdyby oczywiście się udało, ale… będę szczera, nie dziwię się że nie wyszło. W teorii jest to niby możliwe, ale… tylko teoretycznie. Niemniej chciałabym dostać w swoje ręce schemat rytuału.
- Nie martwisz się, że takie stworzenie robiłoby to samo czyli mordowało? - zapytała bez uczucia - Cienie są niby z Umbry, ale to było coś więcej. Sporo silnych wampirów prawie poległo próbując to zniszczyć.
- No… tak. Tyle, że to był błąd w procedurze. Wypadek przy pracy. Prawdziwy awatar nie wpływa w żaden sposób na świat fizyczny. Jest widoczny i słyszalny tylko dla maga z nim powiązanego. Tego chciał twój mistrz, tego i dostępu do magyi. - wyjaśniła blondynka. - Więc nie należy mylić efektu porażki z efektem docelowym.
- Za czterdzieści lat mogę zapytać. - ironizowała.

- Szkoda, że Tremere i Loża są podobni. Ufają pergaminom. Nie mają bibliotek cyfrowych, do których mogłabym się włamać. - odparła wyraźnie zasmucona tym faktem blondynka.
- Mówisz prawie jak ta moja znajoma ze zdjęcia.
- To musi być bardzo mądra znajoma. - stwierdziła mentorskim tonem magiczka.
- Tremere, co woli swoje komputery chociaż też księgi ma. I ma fioła na punkcie liczb i matmy. - mruknęła cicho.
- Dziwne… nie powinna być tradycjonalistką jak reszta tych starych pryków?- zapytała zaskoczona tym faktem blondynka.
- Nie powiedziałam, że reszta jej klanu ją lubi. Może też jej zazdroszczą, bo była magiem. - odparła - A teraz szuka jakiejś Boskiej liczby.
- Brzmi jak coś z podręcznika Niebiańskiego Chóru. - zastanowiła się głośno blondynka i spojrzała na zdjęcie dodając. - Młodo wygląda. Myślałam, że jeśli już Tremere skuszą jakiegoś maga, to takiego co jest na łożu śmierci.
- Umarła mniej więcej jak ja, wczesna dwudziestka. Doświadczyła jak fatalnie jest być szlachcianką podczas rewolucji październikowej w Rosji. - wyjaśniła.
- Noo… peszek. - wzruszyła ramionami blondynka.- Ponoć tamten okres w Europie jest jednym wielkim chaosem, nad którym nikt nie panował.
- Może nawet byście się dogadały, jeżeli matematykę lubisz... i wredne, zgorzkniałe Tremere.
- Nie bawię się już w liczenie… wędruję po cyfrowej rzeczywistości. Dosłownie wchodzę do internetu. - odparła dumnie rozmówczyni Ann dopijając latte. - No… miło się gadało, ale muszę wracać do roboty. Jakbyście jeszcze mieli jakieś ciekawe zlecenia, to wiecie gdzie nas szukać.-
Spojrzała na kopertę, w której przyniosła materiały. - A i… nie pokazujcie jej zawartości na prawo i lewo. To niebezpieczny towar.
Ann jedynie skinęła głową chowając kopertę do kurtki.



Dziewczyna stała pod ścianą przy stróżówce strzeżonego parkingu, który przetrzymywał na swoim terenie samochody części ghuli Tremere. Wampirzyca miała jakąś niechęć do opuszczania zbyt daleko miejsca odosobnienia Cyrila. Była to dość standardowa miejscówka spotkania Ann z Williamem.
Odruchowo schowała się w cieniach, gdy zauważyła Oldsmobille Toronado Thorne’a przejeżdżające szybko. Być może nawet z Quentinem ”na pokładzie”. Nie zauważyli jej, albo nie zwrócili nawet uwagi. Pojazd ją minął. I musiała jeszcze czekać piętnaście minut zanim czerwony pickup Blake’a w końcu się pojawił i zatrzymał obok niej.
- Twój rydwan czeka milady.- rzekł ciepło Toreador.
Toreador szybko zauważył, że sama ani nie przejmowała się pogodą na zewnątrz. co tu nie mówić - była po prostu przemoczona. Nie miało to większego znaczenia dla niego, wszak byli wampirami. Zapalenie płuc już im nie groziło.

- Stillwater ciągle stoi? - zapytała wchodząc niefrasobliwie do pickupa. Nawet nie obchodziło ją, że ma przemoczone od śniegu włosy.
- Lukrecja z Larrym jeszcze nie zdołali go rozwalić. Może… następnej nocy. - odparł ciepło Toreador uruchamiając samochód.- U Tremere… wszystko po staremu?
- Niestety... - mruknęła i objęła się rękoma wciskając plecy w siedzenie.
- Wbrew temu co myślisz… czterdzieści lat dla Kainity to mgnienie oka. No i przynajmniej teraz krew dostajesz regularnie.- odparł William ruszając powoli I kierując się ku głównej drodze wyjazdowej.
- Przecież wiem, zdaję sobie sprawę! - Ann uniosła głos w jakiejś irytacji, aż sama się zdziwiła - Przepraszam... Po prostu... to jest czas całego mojego istnienia... - burknęła.
- Ból… to też uczucie. - odparł Toreador ze smutnym uśmiechem.- Nie umiera wraz z biciem serca. Jak tam twoje… obrazy?
Ann patrzyła podejrzliwie na Williama.
- Czy to miało zabrzmieć prześmiewczo?
- Nie… szczerze.- wzruszył ramionami mężczyzna. - Choć przyznaję, że nie przepadam za nowoczesną sztuką. Wolę klasyki.
- To po prostu samo przychodzi. Nagle... potrzebuję tego. - schowała szczękę w kołnierzu kurtki - Teraz ilustruję to co widzę podczas snów…
- Twoja twierdza, twój wystrój wnętrz.- przyznał z uśmiechem Kainita.- Niemniej twój ghul przychodzi co dwie noce po kolejne pożyczki do mnie.
Uniosła głowę.
- Przychodzi po pożyczki? - zapytała zdziwiona - I mu je dajesz?
- Czasem.- przyznał po chwili wahania Kainita. I dodał. - Ghule wymagają pewnej tresury.
- Co przez to rozumiesz? To przecież dorosły facet. - odparła.
- Krew nasza wpływa na śmiertelników, tak jak na nas.- przypomniał jej William.- Dorosły facet powinien nauczyć się swoich obowiązków, swojej roli… i tego czego robić nie powinien.
- Wyciągał kasę od śmiertelnych, chce wyciągać teraz od wampirów. - przetarła oczy - Niczego się nie nauczył. Od kiedy to trwa? Czy kiedyś powoływał się na mnie?
- Od kilku tygodni. Tak, powoływał się na ciebie. - potwierdził Toreador. - Nie twierdzę, że mu uwierzyłem, ale… mam miękkie serduszko niestety.
- Przecież wiesz, że nawet wcześniej nie ciągnęłam od ciebie kasy. - burknęła - Jeżeli to tyle trwa to dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś?
- Długo nie byłaś w nastroju, by dbać o swoje nieżycie. - odparł Toreador.

- Wiedziałam, wiedziałam, że posiadanie ghula to będzie bardzo zły pomysł! - warknęła zeźlona i zacisnęła pięści - Nastawał też na inne wampiry?
- Nie wiem. Nie sądzę. Nie jest aż tak głupi.- przyznał ze śmiechem blondyn. - Może… na Clyde’a?
- Zabiję tego kretyna! I nie mówię o Clydzie. - dziewczyna była wyraźnie rozzłoszczona - Już cię nie będzie więcej tak kłopotał. Będzie miał większe problemy na głowie.
- Nie przesadzaj z surowością. Ciężko o w miarę kompetentnego ghula.- dodał z ciepłym uśmiechem Kainita.
- Ten cholerny hazardzista. - wampirzyca zmrużyła oczy - Nie można mu tak pozwolić nami pomiatać, to niedopuszczalne. Kim on myśli, że jest? Jest tylko śmiertelny. Nijak mu do nas. Nie chce pójść do więzienia to się ogarnie. - uśmiechnęła się do Williama trochę niepokojąco - Cyril dość porządnie nauczył mnie jak postępować z tym co uznajesz za własność, a ja przecież nie byłam śmiertelna. Niech człowiek się cieszy, że otrzymał szansę. Teraz chyba już rozumiem czemu od ludzkich ghuli preferujesz zwierzęce sługi. Niedopuszczalne... I jeszcze miał czelność powoływać się na mnie. - sytuacja najwyraźniej rozbudziła Ann z letargu.
- Jak Lukrecja wytrzymuje z tyloma ghulami? Nie dość, że to karmić trzeba to jeszcze zachowuje się jak rozwydrzone gówniarstwo. Może też powinnam zacząć stosować kary jak Cyril... - mruknęła pod nosem.
- Lukrecja ma córki, nie sługi. Długo wybiera kandydatki na swoje ghule, długo je tresuje przed pierwszym łykiem i jest cóż… dobra w ocenie ludzi. - przyznał William.
- Naprawdę? Uważa ghule za coś więcej niż sługi? - zapytała zdziwiona.
- Tak. Za inwestycję w swoją przyszłość.- wyjaśnił z uśmiechem Kainita.
- Nie wiem czy sama bym chciała ghula za Potomka... - wyjaśniła z niechęcią - Choć szczerze to nie widzi mi się kogokolwiek na zostanie kundlem skazać.
- Lukrecja ma plany… dalekosiężne plany. Czy realne… to już inna kwestia.- uśmiechnął się ironicznie Toreador.

- Są wyniki od magów, co mieli kopalnię badać. - odparła nagle - Joshua będzie zły.
- Czemu? Co ma do tego Joshua?- zapytał zaskoczony Blake.
- Bo to się dzieje na jego terenie. Kolejny problem... już rozumiem czemu wilki są tak zainteresowane miejscem. - pokręciła głową - Czy za twoich czasów Stillwater też było rojowiskiem nieszczęść i kłopotów?
- Kopalnia jest pod nowym zarządem od lat siedemdziesiątych… a może osiemdziesiątych. I nigdy nie było z nią problemów. Teraz też z nią nie ma.- przypomniał jej Blake.- Wilkołaki mają z nią zatarg, ale żadna ze stron nie zgłasza skarg lokalnym władzom. Wasz mały włam na teren kopalni… nie został zgłoszony miejscowej policji. Oficjalnie, nic się nie wydarzyło tamtej nocy.
- Mają zatargi, bo to kolejny, cholerny kult. Tym razem Żmija. - dodała.
- Żmija? Co ma z tym wspólnego… Żmij? - zamyślił się Kainita. - Gdzie już słyszałem to
miano?
- Wilki nazywają nas jego sługami czy coś... To ma coś wspólnego z zanieczyszczeniem środowiska i robieniem zła naturze, jak rozumiem.
- Aaaa tak… u Garry’ego coś takiego słyszałem. Żmij… jedna z obsesji wilkołaków.- potwierdził Toreador i dodał.- Jakkolwiek chciałbym usunąć tych kultystów z kopalni, to jednak to przekracza nasze możliwości. Nie jestem aż tak bogaty.
- Mam dokumenty, jakie ta magiczka znalazła. Chcesz zobaczyć czy od razu Joshui oddamy?
- To nie jest pilna sprawa. - przyznał z uśmiechem Toreador.- Chętnie zobaczę, ale nie podczas prowadzenia samochodu.
- Nawet bym nie śniła, aby narażać twoją buzię na obrażenia. - stwierdziła i wróciła do swojego "letargu".
- Moja buzia jest śliczna. - potwierdził tą oczywistość Blake. Przez chwilę jechali w milczeniu, po czym Toreador włączył miejscową stację radiową.

Ann nie zdążyła się tym znudzić, bo wiem dojeżdżali już do jej siedziby. Tu Blake się zatrzymał, a ona wysiadła.
- Ja już wracam. Niewiele czasu nam zostało do świtu. Do jutra Ann.- odparł i ruszył powoli.

***


Ann przez chwilę patrzyła tępo za odjeżdżającym Williamem. Nie przejmowała się pogodą nie tylko temu, że nie musiała jako już martwy, ale po prostu nie miała na tyle nastroju, oby dbać za bardzo o siebie.Informacje o działaniach jej ghula ją jednak rozbudziły na tyle, że czuła jak cała w środku chodzi ze złości. Zapewniła mu schronienie, mogła też spróbować ogarnąć jego sprawę sądową (była w końcu Lukrecja i jej wpływy oraz William ze swoimi pieniędzmi), a on postanowił wykorzystać jej niedomaganie i w imieniu swojej pani wyciągać pieniądze od innych wampirów?
Coraz bardziej wściekła na samą myśl szybko stawiała twarde kroki w kierunku swojej siedziby, idąc jako nadciągające zagrożenie.



Connor Miles nie spodziewał się powrotu Ann w tym nastroju. nie była tak jak zawsze podatna na cokolwiek nie zrobił, zupełnie odrzucająca przejmowanie się sobą samą. Wręcz była inna niż ją poznał. Zupełnie jakby odzyskała stracony rezon... A to zapowiadało kłopoty.

Zrozumiał jak wielkie w momencie, gdy siłą bezwładu uderzył w ścianę korytarza niewielkiej letniej rezydencji. Całkowicie nie spodziewał się takiego obrotu wydarzeń!
- A więc teraz postanowiłeś robić długi w moim imieniu? - syknięcie okrytej cieniem Ann trzymało w sobie groźbę - Naciągać innych Kainitów jak to robiłeś wcześniej ze śmiertelnikami?
Człowiek nie umiał wyjaśnić powodów, ale otaczające Ann cienie nadawały silniejszego wydźwięku jej słowom... groźniejszego.

Miles odruchowo skulił się w sobie, gdy wściekła wampirzyca stanęła nad nim. Instynkt mówił mu, że musi chronić brzuch.
- Myślałeś, że nie dowiem się o tym? Czy może postanowiłeś wykorzystać moją niechęć do zajęcia się problemem? Zajęcia się tobą?
Connor chciał odpowiedzieć, jakoś spróbować udobruchać wampirzycę, ale nie znał się na tyle dobrze na Kainitach, aby rozumieć w jakiej sytuacji się znalazł.
Ann pokazała jak bardzo nie rozumie.

***


Wampirzyca patrzyła bez grama sympatii na zwiniętego w pozycję embrionalną człowieka. Jego jęki bólu nie robiły na niej żadnego wrażenia. Wiedziała, że musiała mu złamać żebro czy kilka, ale zupełnie jej to nie obchodziło. Zasłużył.

- Nie myśl nawet o udaniu się do szpitala. - zagroziła - Dzięki mojej krwi wyleczą się te ranki same. Nie będziesz teraz robił więcej zamieszania. Pamiętasz co ci mówiłam o Maskaradzie? - zapytała, ale tak naprawdę nie oczekiwała żadnej odpowiedzi - Nigdy, ale to przenigdy nie waż się jej złamać.- podeszła w stronę skulonego pod ścianą - Pamiętaj że to nie było nic wielkiego, a coś wielkiego będzie jeżeli chodź naruszysz Maskaradę.
Nachyliła się ku Connorowi, przysuwając twarz bliżej.
- Jutro udasz się do Nadii i wykonasz dokładnie moje polecenia. Udasz się także do Williama, aby uprościć go o wybaczenie swoich niedopuszczalnych czynów. - zniżyła głos - nie będziesz więcej nastawał na moją władzę nad tobą. Mogę cię zniszczyć i ty o tym wiesz. - wyprostowała się gotowa ruszyć na spoczynek - Ale na razie o krwi możesz zapomnieć.
Rzuciła na odchodne i udała się ku piwnicy pozostawiając swojego ghula z myślami o swoich czynach i ich konsekwencjach.



 
__________________
Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

Ostatnio edytowane przez Zell : 16-08-2023 o 17:18.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-08-2023, 18:37   #3
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 1 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację

Pobudka… w domu. Jej domu. Willa podarowana przez Blake’a… była po prostu dużym domem letniskowym. Za życia Ann mogłaby się oburzyć, na sugestię by mieszkać tu cały rok. Ale to było w innym życiu. Teraz, Kainitka po przebudzeniu mogła się cieszyć faktem, iż posiada własną siedzibę i ghula który się nią opiekuje.
A propo ghula… gdzie on się podział? No tak, posłała go wczoraj do Nadii, do Williama. Pewnie jest u jednego z nich.
Telefon odezwał się, gdy ogarniała się po przebudzeniu. No tak, Nadia proponowała aby spotkać się u Róży. A więc Connor wpierw pojechał do niej.


Zima zagościła w Stillwater, utrudniając nieco przemierzając drogi motorem. Aczkolwiek władze miasteczka, pilnowały by jezdnie były przejezdne. Dotarcie Ann do “Pąsowej Róży” zajęło nieco czasu w związku z tym że mieszkała na obrzeżach miasta. Jak najbliżej Nowego Jorku. Jak najdalej od jeziora.
Miasto tonęło w śniegu, chłód obdzierał ciało z resztek ciepła. Nie miało to znaczenia dla ciała Kainitki, która mogła się skupić na jeździe. Przemierzając lasy, dostrzegła ruch. A potem stworzenia… wilki. Zwyczajne wilki… ewentualnie wilkołaki w zwierzęcej formie. Tak czy siak, żadne zagrożenie. Od czasu do czasu Ann napotykała je w okolicach Stillwater, wilki unikały jej… wilkołaki z miejscowego plemienia szanowały umowę z Garry’m. I ignorowały zazwyczaj. Czasem zagadywały pamiętając o tym, że wykonała robotę dla plemienia. Wilkołaki w tej okolicy nie stanowiły zagrożenia dla miejscowych Kainitów. Więc Ann nie poświęciła temu spotkaniu uwagi.


Podczas zimowych miesięcy Pąsowa Róża robiła się tak jakby bardziej pusta. Mniej śmiertelników ją odwiedzało. Stillwater, będąc mimo wszystko miejscowością wypoczynkową, zamierało podczas zimowych miesięcy.
Ann po wejściu rozejrzała się, napotykając kilka znajomych twarzy. Z tych ją interesujących było kilka, ale brakowało najważniejszej. Nadia jeszcze się nie pojawiła. Była za to Miracella za kontuarem baru. Wyraźnie podekscytowana. Możliwe że młodą Ventrue czeka wyprawa do Nowego Jorku. Lukrecja posłała ją już tam z dwa razy jako swoją wysłanniczkę. Był Garry z czarnym “psem”, który z pewnością był wilkiem. Gangrel na kogoś wyraźnie czekał. Był też czarownik tutaj. McElroy czytał jakąś księgę siedząc w kącie. Był też Clyde flirtujący z Miracellą… z marnym skutkiem. Niestety zauważył Ann i ruszył ku niej… co za nie do końca fortunne spotkanie. Clyde nadal bywał namolnym wielbicielem Ann, zwłaszcza tuż po kolejnej porażce w uwodzeniu Miracelli.

 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-08-2023, 19:00   #4
Edgelord
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 1 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację



************************************************** *************************************************
ZAWIŚĆ
************************************************** **************************************************


Młoda wampirzyca zastanawiała się czy jej ghul przeżył spotkanie z Nadią, czy może ona go zamknęła w lochu. Oba były możliwe.
A do tego Córka Lukrecji. Ann miała ochotę jej zmyć ten uradowany uśmieszek z gęby. Żeby ją dawni znajomi Lukrecji potraktowali w Nowym Jorku jak zasługuje jej matka w oczach Księcia.
Ach, i Clyde...
- Znowu ci nie wyszło z Miracellą. - stwierdziła ironicznie, gdy Brujah do niej podszedł.
- Wiesz jak to jest. Niestety ma dziś dużo obowiązków. Biedaczka. Ale następnym razem. - odparł z uśmiechem Brujah. Nieco kwaśnym i bardzo nieszczerym.
- A czym niby taka zajęta? - mruknęła Ann.
- Eeeem…. obowiązkami. Jest teraz prawą ręką Lukrecji.- odparł Clyde, wyraźnie niezadowolony tym, że rozmowa schodziła z jego ulubionego tematu. Jego samego.
- Na pewno to wielki zaszczyt być prawą ręką burdelmamy w tej wiosce. - syknęła cicho.
- No cóż… lepiej być prawą ręką Księcia.- odparł dumnie Clyde, mając na myśli… oczywiście siebie.
- Jego ghulica na pewno nie narzeka. - odparła Ann.
- Ehmm…- Brujah zamilkł. Śmiertelna rodzina Księcia Stillwater była delikatnym tematem. Ann, choć wiedziała kim jest ghulica Joshui, to nie miała okazji spotkać jej osobiście. Trzęsła Stillwater za dnia.

- Czegoś ode mnie chciałeś? - zapytała niewinnie.
- Możemy pogadać o świecie i obejrzeć jakiś film… w kinie. Może poplotkować o Nowym Jorku? - zaczął swój flirt młody Brujah.
- Ty w ogóle kiedykolwiek byłeś w Nowym Jorku? - zapytała ze zmrużonymi oczami, jakby samo w sumie tego miasta budowało w niej złość.
- Tak… czasami. Joshua posyłał mnie jako posłańca, zanim się ty zjawiłaś.- przyznał Clyde.
Nie wiedziała czy bycie członkiem społeczności ci Stillwater cokolwiek zmieni. Czy dzięki temu zdoła zakaz tamtego Księcia przebić, czy w ogóle Joshua byłby chętny to zrobić?
- To ciekawy pomysł. - niespodziewanie pochwaliła Clyde'a i poklepała go po ramieniu - Widziałeś dziś Nadię? - niespodziewanie ponownie zmieniła temat.
- Eeee… nie… zresztą wiesz jak z nią jest. Nie wyściubia nosa, ze swojego leża jeśli nie ma powodu. A odkąd ma osobistego pomagiera, ma jeszcze mniej powodów niż zwykle. - zaśmiał się Clyde.
- Czekam tu na nią. - stwierdziła wprost - Ciekawe czy zabiła mi ghula. - odparła całkowicie nieprzejęta możliwością śmierci śmiertelnika.
- Nadia? Wątpię. Za dużo z tym roboty.- zaśmiał się Kainita. Wzruszył ramionami.- Musiałaby się oderwać od swojego hobby.
Ann przerzuciła chwilowo spojrzenie na Miracellę.
- Czy to prawda że będzie się udawała do Nowego Jorku? - w jej pozornie spokojnym głosie skrywała się gorąca złość i irytacja.
- Lukrecja załatwiła sobie taką możliwość. - przyznał Clade.- Nie wiem jak.
Ann ponownie skierowała spojrzenie na Ventrue, ale tym razem nie można było pomylić tego z niczym innym jak spojrzeniem czystej wściekłości.
- Po tym wszystkim co Lukrecja chciała zrobić Księciu? - wywarczała - Po tym wszystkim?!
- Sama Lukrecja jest nadal na wygnaniu. - wzruszył ramionami Clyde i podrapał się po karku.- Jestem w tym wszystkim nowy, ale… szef mówił mi, że sytuacja polityczna jest płynna. Śmiertelny wróg wczoraj może być przydatnym sojusznikiem jutro. Gdyby Lukrecja nie była Księciu potencjalnie przydatna, spłonęłaby na dachu, jak reszta.
Nawet Clyde zauważył jak złość coraz bardziej buzuje w Ann. Wszystkie cienie obecne w pomieszczeniu przesunęły się w stronę wampirzycy, jakby przyciągane magnesem jej osoby.
- A mi zabrania tam być? - warknęła wściekle.
- Kto? Książę?- podrapał się po karku Clyde.- Przecież tam jeździsz.
- Rzadko... - zniżyła głos - Boi się, że co zrobię? - zaśmiała się nieprzyjemnie i znowu spojrzała na barmankę - A Potomkowi Lukrecji pozwala? - można było mieć wrażenie, jakby jeden z cieni przybrał formę kłapiącej paszczy, która skierowana była na Miracellę.

- Uspokój się. Robisz widowisko. Wolisz stracić w ogóle prawo do wyjazdu ze Stillwater? - zimny i cierpki, kobiecy głos. Nadia podeszła bardzo cicho i spoglądała na oboje. Ubrana jak zwykle w stylu… bibliotekarki. Aczkolwiek Ann miała wrażenie, że jej sposób ubierania przybliżał się bardziej ku fantazjom snutym na czatach przez nerdów.
Ann odwróciła się do Nadii, a otaczające ją cienie rozwiały się na swoje naturalne miejsca.
- Nic przecież nie robię. - fuknęła, ale już spokojniej niż przed chwilą.
- Tak. Z pewnością.- Nadia wskazała dłonią pobliski stolik i ruszyła ku niemu.

***

Młodsza wampirzyca ruszyła za Nadią.
- Mój ghul żyje? - zapytała jakby od niechcenia, ignorując Clyde'a, który na widok Nadii uznał że powinien być gdzieś… indziej.
- A dlaczego miałby nie żyć?- zapytała Tremere siadając przy stoliku.
- Bo mógł cię rozzłościć z głupoty. - wzruszyła ramionami.
- To źle świadczy o twoich wyborach.- przyznała Nadia i skupiła wzrok na Ann.- To o czym porozmawiamy?

- Myślałam, że podczas akcji w kopalni wyłączyłaś wszystkie systemy, jak kamery. - zaczęła.
- Wprowadziłam trojana, który miał namieszać w ich systemach… - przyznała Kainitka.- Wyłączenie od razu wzbudziłoby alarm, byłam trochę bardziej kreatywna. Po prostu obraz zacinał się w miejscu, gdy my wchodziłyśmy w pole widzenia kamer. Długo by tłumaczyć.
Ann wyciągnęła z torby kilka zdjęć, które położyła przed Nadią.
- Najwyraźniej nas obserwowano cały czas.
- Niemożliwe…- oceniła spokojnie i chłodno wampirzyca.- Jak je zdobyłaś?
- Jedna magini je wyciągnęła, gdy szukała informacji o kopalni na zlecenie Williama. Te obrazy były zapisane. - wyjaśniła. - Więc musiano na nas mieć oko. Magini też miała problem, aby polepszyć obraz, a w komputerach siedzi.
- Interesujące… co to za magini. I co odkryła? - zamyśliła się Kainitka i skrzywiła się. - Eeech… i jeszcze mój gorszy profil uchwycili.
- Z miasta. Wchodzi do Internetu... cokolwiek ma to znaczyć. - wzruszyła ramionami - A odkryła jakieś duże bagno. Ale jasne czemu wilki takie cięte na to. Ponoć to ma coś wspólnego ze Żmijem czy coś…
- Aaaacha… wilki i ich… obsesje mitologiczne.- zadumała się Nadia i zamyśliła.- Hmm… czyli co… jakiś… wilkołaczy wrogi klan? Bo to co nas omal nie zabiło, było wilkołakiem.
- To jest... dziwne. Bo to bardziej coś jakby kult. Kult Żmija. Taki o światowym zasięgu. - pokręciła głową - Mówię ci to, bo byłyśmy w tym obie. Więc wypada nie taić.
- Hmmm… wiesz, wilkołaki mają te swoje ekologiczne obsesje i teorię o matce Ziemi.- machnęła ręką Nadia. - Nie wygląda jednak na to, byśmy były w centrum zainteresowań. Monitoruję w sieci wszelką aktywność dotyczącą Stillwater i nas w szczególności. Nie zauważyłam… niczego niepokojącego. A nasz wypad nie był pierwszym aktem sabotażu na terenie kopalni. Wilkołaki często ją atakują… z różnym skutkiem. - zamyśliła się wampirzyca i podrapała po karku.- Lukrecja zna bardzo blisko szefa kopalni. Ale to bardziej figurant i zasłona dymna, niż osoba decyzyjna. Niemniej… hmmm… sama nie wiem. O co by go można było spytać.
- Magini odradzała w to bardziej wchodzić. Według niej to śliskie bagienko. - powiedziała Ann - A czyżby ciebie to zainteresowało?
- Skoro mają moje fotki… hmmm… nawet niewyraźne. - zadumała się Nadia i podrapała po karku. - Cóż… pomyślę nad tym.
- Czemu aż tak cię to poruszyło? - zapytała zdziwiona.
- Wysoko cenię swoje umiejętności i nie lubię
jak ktoś… lub coś ośmiela się je podważyć.- wyjaśniła Tremere.

Ann chwilowo zamilkła.
- Czy Tremere nie eksperymentują cały czas? Nie doskonalą swojej Sztuki? - zapytała nieoczekiwanie.
- No tak… eksperymentuję. - machnęła ręką Kainitka.- Ale Sztuka wampirów jest sztywna w porównaniu z magyią. A postępy w niej następują w żółwim tempie.
Francuska spojrzała Nadii w oczy.
- To czemu Palafox chciał ukarać Cyrila właśnie za to?
- Wiesz za co tak naprawdę się karze? - zapytała Nadia spoglądając w oczy Ann. - Nie za to, że popełniasz zbrodnię, ale za to, że dałaś się przyłapać. A Cyril został ukarany za to, że popełnił porażkę, która kosztowała klany kilku ważnych członków. Niech się cieszy, że uniósł cało głowę z tej afery… bo mógł ją stracić. Błędy nie są tolerowane w Camarilli.
- To jaka była w tym moja wina? - zacisnęła palce - Robiłam co chciano. Książę mnie przypisał do Cyrila, a on mnie opił krwią, ale to nie ja popełniłam zbrodnię, za którą i tak ponoszę karę. Czy nie wystarczyło odseparowanie od Cyrila? To nie było wystarczające? - w głosie wampirzycy złość mieszała się z rozżaleniem.
- Dostajesz nadal od niego listy i krew? Służysz mu? - zapytała retorycznie Nadia.
- Jego listy są sprawdzane, więc nie zawrze w nich sekretnych rozkazów, a ja nie zburzę tego więzienia, by go uwolnić. - parsknęła - Czego się boją? Czego chcą uniknąć? Żebym nie rzuciła się wygryźć gardło Palafoxowi na rozkaz Cyrila? - sarknęła.
- A czemu ci tak zależy na Nowym Jorku? Tam będziesz nikim. Ot jednym z cienkokrwistych wałęsających się po ulicach, desperacko uczepionym czyjegoś patronatu.- wzruszyła ramionami Nadia i dodała. - Skoro tak nisko cenisz intelekt Cyrila, to widać nie znasz go dość długo. Przyznaję, jako mag nie był szczególnie się wyróżniający, ale nadal był dobrym mentorem i jeszcze lepszym intrygantem. Niemniej utracił wiele pionków i assetów, dlatego zapewne ty… jesteś pod szczególną uwagą. No i… moja naiwna Ann… - Nadia spojrzała wprost w oczy Kainitki.- Jest wielu, którym nie podoba się wyrok Księcia. Wielu, których uznało go za zbyt łagodny. Nie mogą zemścić się na Cyrilu, bo siedzi pod kluczem i Palafox odpowiada za jego bezpieczeństwo… ale co innego jego pomagierzy. Zawsze to jakaś satysfakcja nieprawdaż, rozciągnąć flaki jego pomocnicy na dwie, trzy ulice?
- To czemu tego jeszcze nie zrobili, co? Nie ukrywam się. - mruknęła nieprzekonana - A co mnie tu czeka? Bez szans na ugranie czegokolwiek czy nawiązania znajomości.
- No tak. Bo bycie na ty z miejscowym księciem czy wpływowym Toreadorem cenionym w Nowym Jorku, to żadne osiągnięcie. - zakpiła Nadia i wzruszyła ramionami.- W Nowym Jorku wcale ci łatwiej nie będzie. Tam jest dużo Kainitów takich jak ty… zdesperowanych jak ty. Łatwych do zmanipulowania. - spojrzała wprost na Ann. - I może dlatego, że sprawa jeszcze świeża, a może dlatego, że miałaś szczęście, to dotąd wracałaś z wielkiego jabłka żywa. Lecz szczęście to waluta, która prędzej czy później się kończy, więc dla swojego dobra… zacznij być ostrożna. Dowiem się co prawda, kiedy w ShreckNecie wystawią cenę za twoją główkę. Ale już wtedy może być za późno.

Ann skrzywiła się i spojrzała na swoje dłonie.
- Czy gdyby Cyril miał zasądzony wtedy wyrok śmierci... To byś mnie też zabiła?
- Nie. Zginąłby zanim byś się dowiedziała oficjalnie o jego zgonie. Pewnie coś byś poczuła w związku z jego śmiercią, ale…- wzruszyła ramionami Nadia. - Po co miałabym cię zabijać?
- Nie wiem. Czemu nie? Palafox jest suczysynem, mógłby chociaż z bycia łajzą ci zlecić. - nie kryła swojej pogardy dla Regenta.
- Nie masz pojęcia kim jest mój szef, więc cóż… - wzruszyła ramionami Nadia.- … sprostuję twoje wyobrażenia. Nie. Palafox nie zabija bez powodu. Nie wnioskował o uśmiercenie ciebie, gdy odbywał się proces, choć z pewnością wiedział, że będziesz jednym z niewielu kontaktów jakie Cyril będzie miał ze światem zewnętrznym. Tremere nie są ci wrodzy… po prawdzie, niewiele ich obchodzisz. Bardziej bym się obawiała na twoim miejscu Nosferatu, Ventrue i Brujah.
- Jeżeli by mi coś zrobili, to nastanęliby na odcisk Primogenki Toreadorów. - sprostowała.
- Nie liczyłabym aż tak bardzo na protekcję Eleny, moja droga. Nie jesteś aż tak znacząca.- odparła z ironicznym uśmiechem Nadia. - Co jest i klątwą i błogosławieństwem. Niemniej nie czuj się zbyt pewnie, tylko dlatego, że ona cię lubi. Ona wielu lubi.
- Ciebie to bawi, co? - mruknęła z irytacją.
- Twoja naiwność. Odrobinkę. Twoja niecierpliwość natomiast trochę rozczarowuje. Tak, Cyril wylądował w izolatce na cztery dekady. Nie oznacza to, że tyle odbębni. Polityczny krajobraz ulega częstym zmianom. Powinnaś cierpliwie czekać i wypatrywać okazji, zamiast…- wzruszyła ramionami Tremere. - … użalać się nad sobą jak byle śmiertelniczka.
- Wybacz, że nie mam takiego spojrzenia na czas, jak ty i dla mnie nawet kilkadziesiąt lat to jest okres, jaki mi robi różnicę.
- Wybaczam. - łaskawie stwierdziła Nadia. - A teraz zacznij zachowywać się jak należy. A nie jak… Clyde.

- Mój ghul był grzeczny? Zadowolił zachowaniem? - zapytała unikając dalszego tematu.
- Płaszczył się. - wzruszyła ramionami Nadia. - Nie wsłuchiwałam się szczególnie w jego paplaninę.
- Dobrze. - odparła Ann z wyraźnym zadowoleniem w głosie - Uczy się.
- I co dalej… przerobisz go na Kainitę?- zapytała Nadia.
Ann spojrzała zdziwiona na Nadię.
- Ty tak serio? - pokręciła głową - Nie ma mowy bym tego hazardzistę w cokolwiek lepszego niż ghul zmieniła.
- Więc wiele do nauki nie ma. Posłuszeństwa i paru prostych reguł. - wzruszyła ramionami bibliotekarka.
- Podpadł, to teraz go mocno tego uczę. - stwierdziła - Zabawnie będzie jak przyjdzie do Williama. - zaśmiała się na myśl - Musi go ubłagać o wybaczenie. Ciekawe jakie kroki poweźmie.
- To nie jest dobry pomysł. Wiesz dobrze, że Blake ma słabość do przystojnych mężczyzn i fatalny gust jeśli chodzi o kochanków. Jak dla mnie, twój ghul idealnie wpasowuje się w tą rolę. - odparła beznamiętnie Tremere.
- Uświadomię Williama, że ma łapki precz trzymać od mojej własności. - fuknęła - Jest mój i póki nie oddam, póty nie ma mowy.
- Taaa… zobaczymy czy to pomoże. - odparła bez przekonania Nadia.

- Jesteś złośliwa bez celu, szlachciurko. - odparła Ann.
- Raczej obiektywna i przewidująca. - stwierdziła krótko Nadia i spojrzała wprost w oczy Ann.- Nigdy nie machaj smakołykiem Toreadorowi, Gangrelowi czy Brujahowi przed twarzą. Te klany nie słyną z samodyscypliny.
- Więc Tremere można machać? - uśmiechnęła się słodko.
- Do pewnego czasu. Bądź co bądź, okazałam się wyrozumiała, gdy mnie zaatakowałaś. A mogłam zabić. - przypomniała jej Nadia.
Ann zaśmiała się radośnie.
- To kiedy powtórka? - zapytała półgębkiem.
- Nie powinno ci się to znudzić? Już minęło sporo czasu odkąd ostatni raz karmiłam. Romantyczna mgiełka powinna wyparować ci z głowy. - oceniła Tremere.
- Przynajmniej coś ciekawego w tym nudnym istnieniu bez Cyrila... - odparła smutno - I o tym... ataku... myślałam.
- Mhm… cóż… Przyda mi się przerwa od ciągłego przeliczania liczb. - zastanowiła się Kainitka. - Może… jutro?
- Dobrze. - zgodziła się cicho Ann - U ciebie?
- U ciebie nie ma akcesoriów. Ubierz się tak jak lubię. - odparła po namyśle Nadia.

Zadowolona Ann pokiwała głową.
- Mam teraz trochę jeszcze do załatwienia, ale jutro będę wolna.
- I pamiętaj. Poinformuj mnie o ewentualnej zmianie planów. Nie lubię takich… niespodzianek. - przypomniała jej chłodno Kainitka.
- Pamiętam, pamiętam. Ty też pomyśl co chcesz dalej zrobić z kwestią zdjęć.
- Przyjrzę się im. I tej firmie. Dyskretnie. Mam trochę… zobowiązań u Nosferatu.- zamyśliła się Nadia.- Czas pociągnąć za sznurki. Tylko te zdjęcia dostałaś?
- Więcej o tych poszukiwaniach... ale w końcu to do Williama należy i trzeba Joshui dać, bo jego domena. - odparła niepewnie.
- Niby tak. - zamyśliła się Kainitka .- Ale międzynarodowe korporacje, przerastają nawet kompetencje książąt.
- Nawet ta magini wolała w to dalej nie wchodzić i odradzała. - zamyśliła się - Z Joshuą chcę pogadać teraz, to i mogę go przycisnąć, aby zgodę dał. W końcu tylko ty możesz się tym zająć... Z jego zgodą będzie wszystko ładnie przyklepane.
- Bez przesady… nie zamierzam głęboko grzebać. Ot, parę plotek tu, parę tam.- odparła z ciepłym uśmiechem.- Cokolwiek ten kult tu robi, nas zostawiają w spokoju. Kopalnia nigdy nie sprawiała nam kłopotów.
- Oby tylko nie zaczęła, jak będziemy patrzeć…
- Nieźle cię ta magiczka nastraszyła, co? - zapytała Nadia z uśmiechem.
- Są silni, więc jak oni się czegoś obawiają to raczej ma sens się obawiać, prawda?
- Może… jest jednak bezpieczne źródło informacji do którego… cóż, Garry ma dostęp. Indiańskie wilkołaki.- przypomniała jej Nadia i potarła czoło.- I to.. co… utknęło mi w głowie.
- Co utknęło?
- Nie wiem… od czasu całej tej akcji, zdarzają mi się… sny. Dziwne… mistyczne…- machnęła ręką Kainitka. - Nieważne.

- Może odnośnie tych snów do czegoś dojdziemy teraz. - zasugerowała.
- Nie sądzę. Nie zapisuję ich. - wyjaśniła Kainitka. - Staram się nie pamiętać ich.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona - Czemu je odrzucasz?
- A czemu mam zapamiętywać. To fragmenty wiedzy… często niekompletne i pomieszane. Fragmenty niepotrzebne mi do niczego. - wyjaśniła Nadia.
- I umiesz z nimi walczyć? Sprawić by cię nie męczyły? - zapytała zaciekawiona.
- Ignoruję je… i są coraz słabsze. I rzadsze.- wzruszyła ramionami Tremere. - To tylko… sny.
- Ale czy nie warto sprawdzić dogłębnie ich znaczenia? Może mają coś wspólnego z magią.
- Nie… ze wszystkim poza magią. To nie mistycyzm… to plany, schematy, projekty finansowe… raporty środowiskowe. - machnęła ręką Nadia.
- A może po prostu zapisały ci się prawdziwe dane! - odparła podekscytowana.
- Przestarzałe… bo sprzed paru miesięcy. - przypomniała jej Tremere.
- Ale wciąż mogą być istotne.
- To są sny… dobrze je pamiętasz, gdy śpisz… ale nie zapamiętasz szczegółów po przebudzeniu. - przypomniała Kainitka.
- Ty naprawdę nie chcesz się nimi zająć w żaden sposób, prawda?
- Są bez znaczenia… -odparła Nadia i potarła policzek. - I nie zacytuję ci ich z pamięci. Może… następnym razem spróbuję zanotować coś po przebudzeniu.
Ann uśmiechnęła się.
- Ja cierpię na koszmary każdego dnia. - westchnęła - ostatnio czasem po przebudzeniu... czuję nagłą ochotę... wręcz przymus, aby zilustrować.
- To nie są koszmary… w moim przypadku. Są bardziej męczące… niż przerażające i nie są każdego dnia.- wyjaśniła Nadia.

- Czy jako mag nie powinnaś przykładać większej wagi do snów?
- Tak… gdybym była prymitywną szamanką z zasranego zadupia Syberii. Ale nie jestem. - stwierdziła dumnie Nadia. - Jestem arystokratką. Nie wróżę z fusów, flaków i snów.
- To inni magowie nie zważają na sny? - zdziwiła się.
- Inni magowie tak. Ja nie. - wyjaśniła krótko Nadia, westchnęła głośno i dodała.- Magowie bardzo różnią się metodami czarowania. I bardzo są przywiązani do swojego paradygmatu.
- Ta magini była zaskoczona tobą. Nawet stwierdziła że jesteś mądra. - przypomniała sobie - Mądra, bo nie polegasz jedynie na papierze. Chyba byłaś jedyną Tremere, którą mogłaby podziwiać.
- Magowie ogólnie traktują nasz klan… protekcjonalnie zazwyczaj. I niestety mają ku temu dobry powód. - odparła Nadia.
- Nadia... A może byś chciała dostać namiary na tą magiczkę? Wiesz, by móc z nią porozmawiać... - zaryzykowała - Oczywiście o ile chcesz. - od razu dodała.
- Nie jestem osobą która lubi gadać po próżnicy. - odparła Nadia i zamyśliła się. - Ale skoro jest tak dobra… jak twierdzisz… hmm… ten kontakt może się przydać na później do wykorzystania.
- Warto zawsze spróbować. - wzruszyła ramionami - Ze mną spróbowałaś i chyba tak źle nie wyszło, co? - zapytała lekko drocząc się.
- Nie interesują mnie pogaduszki z magami czy też komputerowymi nerdkami. Używam komputera, ale ta maszyna mnie rajcuje. To narzędzie.- wyłożyła swoje stanowisko Tremere.
- Nie posądzam cię o chętną na babskie wieczorki w piżamach. - zaśmiała się - Choć chciałabym zobaczyć.
- Nie zobaczysz. Piżamy to ciuchy plebsu. Ja noszę koszulę nocną… czasami.- wzruszyła ramionami Kainitka. Przeciągnęła się i dodała.- To chyba omówiłyśmy już wszystko?
- Tak. - spojrzała w stronę Miracelli - Mam inne rzeczy teraz…
- Zachowuj się właściwie. Jeśli nie chcesz wylądować w moim loszku na dłużej niż byś chciała.- odparła Tremere wstając i dodała na pożegnanie. - Znajdź sobie bezpieczne hobby.

***

Po rozmowie z Nadią Ann ruszyłem i niespiesznym krokiem w stronę Miracelli.
- Skąd taki idealny nastrój u ciebie? - odezwała się gdy już była blisko.
- Idealny? Nie rozumiem?- zdziwiła się młoda Ventrue.
- Wyglądasz jakbyś czuła się w tym momencie niesamowicie szczęśliwa. Jakbyś coś wygrała. - oparła się na barze.
- Doprawdy? No może… Clyde się odczepił, więc jestem zadowolona.- odparła z uśmiechem Miracella.
- A może... Tak bardzo cię raduje podróż do Nowego Jorku, hmm?
Miracella zamyśliła się i stwierdziła. - Bardziej przeraża. Lukrecja pośle mnie tam z konkretnymi oczekiwaniami i misją do wykonania. Wolałabym jej nie zawieść.
- Nie wiem czemu dostałaś zgodę. Nie powinnaś. Nie po tym co Lukrecja odwaliła. - nie trudno było zobaczyć, że wampirzyca po prostu... zazdrości. I musi mieć problem z poradzeniem sobie z tym uczuciem.
- Ty też jeździsz tam.- zdziwiła się barmanka. - Nieprawdaż?
- Od łaski. Dwa razy w miesiącu. - burknęła - A do tego najwyraźniej będą próbowali mnie zabić za nie moje winy.
- Nie sądzę bym jeździła częściej od ciebie. - odparła Ventrue czyszcząc kieliszki szmatką.- To nie tak, że będę tam mogła wpadać co noc. Nie jestem członkiem tamtej Domeny, a częsty gość łatwo staje się natrętem.
- Nie podoba mi się, że wobec Lukrecji zastosowano jakieś łagodne traktowanie.
- Lukrecja odsiedziała już sporo ze swojego wyroku. Może… planowany jest jej powrót. Kilku kompetentnych Ventrue ostatnio napotkało ostateczną śmierć. - przypomniała jej barmanka. - Chętnych do władzy może być wielu, ale jeszcze trzeba mieć odpowiednie umiejętności.
- To bynajmniej nie poprawia mojego spojrzenia na tą sytuację. - dziewczyna nie wydawała się zadowolona z możliwości uwolnienia Lukrecji w tej sekundzie.
- Wiesz może kim była Lukrecja zanim ją tu zesłano?- zapytała Miracella.
Ann spojrzała z prawdziwym zdziwieniem.
- Nie powiedziała ci tego twoja Stwórczyni?
- Ja wiem… a ty chyba zapomniałaś. Ona była skarbniczką Księcia. Opiekowała się skutecznie jego finansami. - przypomniała jej Ventrue. - I nie zatraciła swoich talentów na zesłaniu. A kilku wpływowych finansistów Klanów… cóż… zginęło ostatnio. Są więc wolne wakaty.
- To niech podziękuje Cyrilowi. - odparła z wyraźną złością na sytuację.
- Kto wie… może to zrobi.- odparła Miracella.- Tak czy siak… sytuacja w dużym mieście się zmieniła. I cóż… moja Mistrzyni z pewnością planuje na tym fakcie skorzystać. Jakoś.
- Widziałaś kasetę z prezentem od Księcia? - zapytała nagle.
- Tak. - przyznała Miracella.
- Nagrał jej jak pięknie palą się wampiry na słońcu?
- Taaa… bardzo długie wideo.- westchnęła barmanka. - Bardzo monotonne i bardzo przerażające.
- Też na to patrzyła?
- Nie, była… była w ostatniej trumnie. Słońce zaszło tuż przed jej spaleniem.- wyjaśniła Miracella. - Ostatnie promienie słońca zahaczały o brzeg jej trumny.
- A z tobą oglądała?
- Nie. Ale z pewnością oglądała sama… kilka razy.- przyznała Miracella.
- Ciekawe... - mruknęła.
Ventrue zajęła się czyszczeniem blatu nie komentując jej słów.
Ann odwróciła się bez słowa i wyszła na zewnątrz wybierając numer do Joshui.

***

- Cześć Ann. O co chodzi?- zapytał książę, gdy już odebrał.
- Potrzebuję z tobą porozmawiać, Książę. - odparła - Jeździsz w terenie?
- Oczywiście. Mam pracę. I nocne patrole są jej istotną częścią.- odparł Kainita.
- Zapytaj innych Książąt czy tak samo myślą. - podśmiała się.
- Wbrew temu co sądzisz, pozycja księcia to przede wszystkim obowiązki. - odparł Smith ze śmiechem.

- Wiesz jaki jest nałożony na mnie zakaz. - przeszła w końcu do meritum - Tylko zastanawiam się... czy to będzie nakładało się także na moje obowiązki jeżeli zostanę wysłana przez ciebie do Nowego Jorku?-
- Jeśli wyruszysz z mojego polecenia, to nie będziesz sobą, a przedłużeniem mojej woli… moją wysłanniczką. I nie jest to wliczane w twój limit. Prywatnie możesz być dwa razy, po dwie noce… służbowo, cóż… tyle ile będzie trzeba. - wyjaśnił książę.
- Nie martwisz się, że Książę Nowego Jorku będzie miał coś przeciw?
- Nie sądzę by miał coś przeciw. - odparł Kainita.
Jakoś radość zawitała w jej głosie.
- Może udałabym się z młodą Lukrecji, aby chociaż upewnić się, że nie będzie nic kombinować?
- Myślę, że dobrze by było gdybyś była jej przewodniczką po mieście i dopilnowała żeby nic złego jej się nie stało.- zgodził się Joshua.
- Dostanę twoje błogosławieństwo na podróż? - zapytała radośnie - Czy to będzie znaczyć, że atak na mnie to jak atak na Stillwater?
- Miracella pojedzie z polecenia Lukrecji, nie mojego. - odparł Joshua. - Nie wiem czy ten wyjazd będzie tak potraktowany przez miejscowych.
- Damy radę. - zawyrokowała radośnie.
- Tak. Z pewnością.- przyznał Smith.

***

Ann szybko wróciła do Miracelli.
- Kiedy jedziemy do miasta? - zapytała od razu bez pauzy.
- My? - zdziwiła się Ventrue.
- Jadę z tobą.
- Acha. A po co? - zdziwiła się Miracella. - I z czyjego polecenia?
- Będę twoją przewodniczką po mieście i upewnię się, że nic cię po drodze nie zje. - odparła - Joshua dał zielone światło.
- Acha... Lukrecja się ucieszy.- odparła ironicznie Kainitka.
- A ty wolałabyś z Nadią iść?
- Jakoś wątpię by zdołał wyciągnąć Nadię ze Stillwater. Przecież ona tu czegoś pilnuje. - przypomniała jej Miracella.
- Jak na razie nic nie wydaje się próbować uciec i raczej bez Nadii by nie spróbowało. - wzruszyła ramionami - Nie będziesz osamotniona. - spojrzała oceniająco na młodą - No nie dąsaj się, pozostaw to Lukrecji. Nie będę stała ci nad głową i przeszkadzała w misji. Wykażesz się przed Matką. Możemy teraz przekazać jej radosne nowiny. Niech nie będzie zaskoczona w ostatniej chwili.
- Nie dąsam się. Jestem raczej zaskoczona.- odparła Ventrue. Tymczasem pojawiła się Lukrecja w wyraźnie dobrym nastroju. Pojawiła się z miejscową Ravnoską, szły razem i rozmawiały ze sobą.
Ann patrzyła z zaskoczeniem na obie kobiety.
- To ciekawy obrazek. Chyba przepowiedziała jej stołek Księżnej.
- Możliwe. Trudno powiedzieć. Negocjuje z nią od kilku nocy. - przyznała Miracella przyglądając się jak kobie kobiety szły ku stolikowi, przy którym siedział miejscowy czarownik.
- Może powinnam powiedzieć teraz Ravnosce co ona mówiła o niej jakiś czas temu..
- Jeśli jest z niej taka potężna wróżbitka za jaką się uważa, to już pewnie wie. - stwierdziła kwaśno MIracella obserwując Jaine Love.
Ann stanęła tak, aby słyszeć jak najwięcej z ich rozmowy.

Niestety… na to było już za późno. Kobiety wymieniły uprzejmości i pożegnały się Jaine wraz z swoją ludzką eskortą ruszyła do wyjścia. Lukrecja sięgnęła do cygaretki wyjmując papierosa i umieszczając go w fifce. Podeszła do baru i nakazała swojej potomkini.
- Zapal.-
Co ta uczyniła od razu.
- Serio? - Ann podeszła kręcąc głową - Aż tak jesteś leniwa?
Lukrecja spojrzała na Ann i pokręciła głową. - Nic moja droga nie rozumiesz. Jak zwykle zresztą, nie potrafisz wyczytać podtekstów z tego co widzisz. Nie umiesz czytać między wierszami.-
Zaciągnęła się dymem, przymykając oczy.
- Umiem i nie podoba mi się to co widzę. Pewnie niedługo przestanie i innym. - oparła się o kontuar - Dobrze, że nie jesteś już żywa. W innym wypadku poradziłabym ci sprawdzić czy nie była trucizny w papierosie. Chyba, że to tylko ja bym zrobiła. - na krótko spojrzała na Miracellę.
- Dzieciak z ciebie. - odparła ironicznie Lukrecja i dodała małpując ton głosu caitifki. - Nie podoba mi się. Nieetyczne. Niemoralne. W polityce to wszystko są głupie ograniczenia. -
Spojrzała na Ann mówiąc. - Czas dorosnąć dzieweczko. Albo się chowaj przed światem jak Garry czy William, albo odrzuć skrupuły i zacznij robić i mówić to co konieczne, a nie to co lubisz. Nie możesz mieć ciasteczka i go zjeść. To niemożliwe.
- Nie chcesz bym robiła to, co uważam za konieczne. - mruknęła - A, miałam zapytać. Kiedy z Miracellą jedziemy do Nowego Jorku?
- Wy? A po co ty miałabyś jechać do Nowego Jorku?- zapytała Lukrecja zaciągając się dymem. Nieco zdziwiona… ale daleko jej było do zszokowania.
- Zaopiekuję się nią, jako przewodnik i opiekun. Zadzwoniłam do Joshui i to przyklepał.
- Powtórzę pytanie. Po co ty byś miała jechać do dużego miasta. By znowu wzdychać przed siedzibą Tremere całą noc? - zapytała Lukrecja przyglądając się badawczo Ann.
- Żeby robić dokładnie to co powiedziałam. - wampirzyca wyglądała na zirytowaną.
- Doprawdy? Jak szlachetnie z twojej strony. - odparła z zadziornym uśmiechem Lukrecja. i wzruszyła ramionami. - Hmmm… za dwie noce, trzy jeśli… cóż… za dwie lub trzy noce. Zostawię wiadomość twojemu ghulowi.

- Nie rozumiesz mojej relacji z Cyrilem. - dodała z irytacją - A i ty powinnaś być mu wdzięczna teraz.
- Skarbie. Nie myśl sobie, że twoja relacja z tym Tremere jest jakaś wyjątkowa. Więź krwi to powszechna taktyka starszych na kontrolowanie potomstwa. I wygląda to mniej więcej podobnie w każdym przypadku. - stwierdziła Lukrecja wydmuchując dym.- Doskonale to rozumiem, jak niemal każdy Kainita. Bo przechodziłam przez to też.
- Jak długo cię karmił Stwórca?
- Cóż… niech policzę… dawno to było.- Lukrecja skupiła się na palcach swojej dłoni.- Trzy gdy byłam ghulem i pięć jak już byłam Kainitką.
- Jak to jest,gdy przestajesz? - Ann wyraźnie była zaciekawiona - To musi być okropne.
- Jest… bardzo okropne i bardzo bolesne. To chrzest ognia. Albo przez niego przejdziesz, albo do końca swojego nieżycia będziesz sobie wmawiała, że jesteś wolna i szczęśliwa.- odparła Lukrecja wspominając.
- A traktował cię zawsze tak, że byłaś szczęśliwa?
- Nie. - odparła krótko Lukrecja nie wchodząc w szczegóły i najwyraźniej nie miała ochoty rozwodzić się na ten temat.

- Czy jest szansa, że ktoś z Nowego Jorku będzie chciał skrzywdzić twoją córkę? - zapytała zmieniając temat.
- Tylko jeśli przypadkowo wpadnie na osiłków Grozy.- odparła Lukrecja.
- Czyli norma. - stwierdziła - Gdzie w ogóle ma się udać?
- Dowiecie się przed wyprawą. Po co psuć niespodziankę.- odparła enigmatycznie Kainitka.- Będzie to jakiś nocny klub lub dyskoteka. Więc strój dobrać należy do takiej okazji.
- Aż ciekawi mnie jak ty byś się ubrała na dyskotekę.
- Odpowiednio i gustownie. - stwierdziła krótko Ventrue, a Miracella dodała z uśmiechem.- Zjawiskowo.
- Ciekawe czy spodobałabyś się dzisiejszej młodzieży.
- Jestem na bieżąco z modą, acz… - spojrzała na siebie.- Umarłam zbyt staro, by udawać młodzież.
- Zbyt młoda śmierć pozostawia w sobie gorzkie doznanie niespełnienia. - mruknęła.
- Cóż… miło się gada, ale ja mam sprawy do załatwienia. Telefony do obdzwonienia.- rzekła Ventrue po długiej chwili milczenia i ruszyła na górę, ku swojemu nocnemu leżu… znanemu powszechnie jako jej gabinet.

***

Odkąd zaczęła mieszkać sama w Stillwater zaczęła rozumieć dlaczego to miasto jest uważane za tak nudne. Gdy mieszkała z Williamem to ta nuda nie była tak uciążliwa. Wszystko zmieniało się gdy miała pozostać sama w swoim domu towarzysza mając co najwyżej uśpionego Ghula i brak perspektyw na ekscytujące wydarzenia dnia następnego. W Nowym Jorku nawet pod batem starszego wampira zawsze było coś do roboty. Zawsze było coś do osiągnięcia, a nawet pozornie ważkie sprawy były jak wielkie czyny w porównaniu do spraw w sennym miasteczku.
Dlatego gdy po wyjściu z Elysium dzwoniła do Williama poczuła się naprawdę szczęśliwa.

- Hej… gdzie jesteś? Stało się coś? - usłyszała głos Blake’a. Kainita był niewątpliwie w dobrym humorze.- Connor właśnie opowiadał…-
No tak. Ghul się rozgadał.
- Ile już od ciebie pieniędzy wyciągnął? - Ann zapytała niskim głosem.
- Wyciągnął? Nie wiem… kilka stówek? A wiesz, w sumie nie wyciągnął niczego. Po prostu wspomniał o wypadku i obrażeniach. Uznałem że trzeba mu, wam pomóc. - odparł Toreador.
- Will... Jesteś naiwny, wiesz? - przetarła oczy - Obrażenia to wczoraj mu zrobiłam, ale to GHUL - wysylabowała - MÓJ ghul. Nie twój przyszły potomek. On cię wrabia. To naciągacz.
- Przystojny… jak Adonis. - wyrwało się cicho z ust Toreadora. Po czym dodał.- Oczywiście, że wiem o tym. Ale mały zastrzyk finansowy wam nie zaszkodzi.
Ann westchnęła ciężko.
- A ty się dziwisz, że miałeś tyle zniszczonych romansów... jeżeli w taki sposób wybierasz ukochanych to nic dziwnego.
- Ale… on jest taki uroczy… - odparł cicho Blake i dodał.- Może nie będziemy o tym mówić przez telefon?
- Dobrze. Ma on wracać do mojego domu.
- Musi? No… dobrze… powiem mu.- westchnął cicho Toreador.
- Jak ci kogoś tak brakuje to załatw sobie własnego ghula. - burknęła.

***

Po kilku minutach usłyszała. - Już go odprawiłem.
- Dziękuję. - westchnęła po chwili - A teraz jesteś na mnie zły.
- Nie. Nie jestem… wcale. - odparł Kainita pospiesznie. - Skąd ten pomysł ?
- Bo ci zabrałam zabawkę.
- Nie przejmuj się tym. - odparł łaskawym tonem Toreador.

- Nie wiem jak ty możesz w takiej samotności ciągle mieszkać na tym odludziu. - mruknęła.
- Łatwiej mi tworzyć poezję. Poświęcam się dla sztuki.- odparł z dumą Blake.
- Wierzę. Ja tego nie czuję. Ja lepiej czułam się w Nowym Jorku.
- Każdy ma swoje miejsce na świecie. Może twoje jest w Nowym Jorku. Moje z pewnością nie.- odparła ze śmiechem Kainita.
- Na razie jest tutaj. - mruknęła niezadowolona.
- Nie mów mi, że ci źle tutaj.- zdziwił się William. - Może to nie Nowy Jork, ale Stillwater ma swój urok.
- Brakuje mi... - urwała.
- Rozumiem.- potwierdził Blake. I po chwili milczenia. - Przesyła teraz regularnie, nieprawdaż?
- Tak... dba bardzo o to... - zacisnęła palce - Czuję fałsz w jego listach.
- Cyril… cóż, jest kim jest. Ma swoje wady… i zalety… - odparł niezbyt przekonująco Toreador.
- Zależy mu tylko, abym ciągle mu służyła... - odparła ze zrezygnowaniem.
- Tacy są Tremere… nie miej mu tego za złe. Taka jest natura dziedzictwa jego krwi. - odparł William spokojnie. - Niemniej to dobrze, że pozbywasz się złudzeń.
- Ale to nie zmienia, że czuję okropną samotność…
- Ale przecież nie jesteś sama. Pomijając już ghula, masz mnóstwo znajomych w Stillwater.- przypomniał jej Toreador.
- To nie jest to samo, co byłoby w Nowym Jorku. Tam zawsze są na ulicach ludzie.
- O tak… urocza mieszanina ludzi. - odparł żartobliwie Kainita.- Obawiam się, że za tym to akurat nie tęsknię.
- Jesteśmy inaczej stworzeni. - westchnęła - Jak mój ghul się zachowywał gdy przyszedł do ciebie?
- Bardzo uprzejmie i grzecznie. Był uroczy. - odparł optymistycznie Kainita.
- Jak szybko cię przebłagał?
- Nie jestem szczególnie mściwy. - odparł Toreador sugerując, że Connorowi poszło szybko.
- A to mnie strofowałeś, że muszę wychować ghula…
- No i… no… wyszło ci. - odparł niemrawo Toreador.
- Żalił się na mnie? - zapytała.
- Hmmm… nie wydaje mi się.- zamyślił się wyraźnie Blake.



Ann znowu nie była w humorze, gdy wchodziła do swojego domu. Miało i nie miało to wiele wspólnego z jej własnością... choć może to był główny powód zapalny.

Jeżeli ktoś niezaznajomiony by wszedł do środka znalazłby się w bardzo przekładnie urządzonym pomieszczeniu muzealnym... lub może bardziej na wystawie sklepowej. Wampirzyca absolutnie nie dbała o nadanie jakiegoś osobistego charakteru części wspólnej. Wiedziała, może bardziej by interesowało ją to w Nowym Jorku, nie zaś na peryferiach by zapomnianym przez wszystkich miasteczku. W Stillwater czuła się nie na miejscu. William miał rację, byli zbudowani z czego innego. Jemu odpowiadało to miejsce. Dla niej jawiło się jako izolatka.
Na którą nie zasłużyła.

- Connor! - krzyknęła od wejścia zagłębiając się korytarzem.
Ghul przybiegł od razu z szerokim uśmiechem i gnąc się w pokłonie.
Ann ściągnęła brwi, gdy ten się pojawił.
- Znowu wyciągnąłeś kasę z Williama.
- Ależ skąd.- zaprzeczył od razu mężczyzna. - Mogłem mu wszak wspomnieć o naszych problemach finansowych, ale na nic go nie naciągałem. Ot, mógł wspomóc nas niewielką kwotą. Niemniej utrzymanie budynku kosztuje. Paliwo kosztuje. Prąd kosztuje.
- Nie mamy żadnych problemów finansowych. - odparła zirytowana dziewczyna.
- Doprawdy? To te rachunki które zbieram na stoliku w korytarzu… nie są problematyczne? Nie mamy szczególnie stabilnego źródła dochodów, moja pani. - odparł Connor.
Wampirzyca chciała wszystkiemu zaprzeczyć.
- Mam stabilne wystarczająco! - zirytowała się - Paliwo zawsze dostaje od Larry'ego!
- W Nowym Jorku nie ma Larry’ego. - przypomniał jej Connor.- No i częste wyjazdy pani, czynią te stabilne dochody… bardzo… no… niestabilne.
- Nie masz prawa mnie pouczać. - syknęła - To przez ciebie te wszystkie opłaty!
- Mam jednak obowiązek zajmować się domem i… cóż moja pani, nasz miesięczny budżet często ledwo się dopina.- odparł mężczyzna usłużnym tonem.
Ann fuknęła.
- Nawet o tym nie chcę słuchać. Nie potrzebujemy wydawać na ogrzewanie. - burknęła.
- Ty pani nie potrzebujesz. Ale budynek źle znosi zimno… i ja też. - odparł nadal pochylony Connor.

Ann chciała mu coś odpowiedzieć, ale nie była w stanie.
- To pracuj jak nie potrafisz zarobić na to mieszkanie.
- Jestem… o ile dobrze pamiętam, zbiegiem nieprawdaż? Gdzie znajdę zatrudnienie? Nie wspominając, że w takim miasteczku… ktoś mógłby na mnie donieść federalnym. No i… jeśli będę pracował, to kto się zajmie domem? Bynajmniej nie pouczam cię pani. Tylko uprzejmie zapytuję. - Connor był jak piskorz. Śliski w wypowiedziach.
- Zajmę się twoim problemami prawnymi... ale dopiero jak zasłużysz. - wysyczała.
- Jestem za to wdzięczny moja pani, ale… póki co nie zasłużyłem najwyraźniej. I nie bardzo mogę legalnie pracować. - Connor udawał zmartwienie tym faktem.
- Jesteś ciągle tym samym niegodnym zaufania hazardzistą. - odparła - Ja musiałam mieszkać w pozbawionej jakiegokolwiek luksusu piwnicy w Nowym Jorku. W środku zimy. - syknęła najwyraźniej przeżywając swoje własne traumy, które przenosiła na śmiertelnika.
- To ciekawa opcja moja pani. Z pewnością da się ją załatwić w tym mieście. Jestem pewien, że ten stary wampirzy hippis ma jakąś szopę, która będzie idealna na takie lokum. A zamieszkanie tam z pewnością przyniesie nam spore oszczędności. - odparł uprzejmie mężczyzna.
To był krok za daleko dla dziewczyny. Kopnęła człowieka z wielką siłą prosto w twarz.
Mężczyzna jęknął, zatoczył się do tyłu i upadł.
- Jesteś gorszy, jesteś niczym, zwykłym śmiertelnikiem! - głos młodej wampirzycy wyrażał odrazę oraz... długo skrywany strach? Czy może niewyzwolone poczucie wartości?
- Tak pani.- odparł cicho mężczyzna nie ruszając się.

Zdenerwowana odwróciła się na pięcie i ruszyła do piwnicy.



 
__________________
Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-09-2023, 18:47   #5
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 1 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację


Ciemność. Ciasnota. Głód… wieczny i pożerający. Odbierający rozum, odbierający człowieczeństwo. Nie dający się zaspokoić.
Skrob, skrob, skrob…
Pazury drapią kamień. Godzina, po godzinie. Noc po nocy. Skała jest uparta, skała jest cierpliwa. Ona też… ona musi. Uwięziona w tym mroku, w tym ciasnym więzieniu, w tej skalistej trumnie. Nie ma nic innego do roboty, poza powolnym kruszeniem skały. Głód szarpie jej ciałem, ale… ona musi być cierpliwa. Musi nie poddawać się szaleństwu, nie poddawać się głodowi. Musi być cierpliwa i skrobać skałę. Musi, bo nie ma innego wyboru.
Przez dni, tygodnie, lata… musi być cierpliwa i kruszyć ścianę swojego więzienia.



Wczorajsza noc zakończyła się dość cierpką rozmową z ghulem. Nic dziwnego, że pobudka nie była przyjemna. Podobnie jak koszmar, nieco odbiegający od standardowego zestawu Ann. Odrobinę tylko. Czego dotyczył? Tego nie wiedziała.
Niemniej czy miała czas na rozważania na ten temat? I z kim mogła rozważać? Garry czasem miał takie koszmary i wizje, ale to Jaine Love była miejscową wróżką. Niemniej jeśli prawdziwa była teoria, że to miejscowy potwór śpiący w sąsiednim wymiarze to… czy można tym wizjom ufać? Z drugiej strony, to mogła być tylko kolejna wariacja na temat jej własnych wampirzych traum.


Zima bywała ciężka u podnóża Appalachów.


A noce ciemne… Ann musiała się więc przerzucić z motora na.. ech, pożyczony stary pickup, którego Larry nie potrafił opchnąć nawet po obniżce. Maszyna charczała jak gruźlik i dymiła jak nałogowy palacz. Ale był to jedyny pojazd na jaką Ann było stać.
Nie był zbyt szybki, ale to mogło być błogosławieństwem.
Zwłaszcza gdy mijała rozbity o drzewa samochód, który z pewnością jechał zbyt szybko. Nie musiała tego wypadku zgłaszać. Joshua już tam był i straż pożarna też. I karetka. I Clyde.


U Nadii nic się nie zmieniało. Także procedura, którą musiała przejść, by do niej dotrzeć. Dzwonek, domofon, decyzja… drzwi się otwierały.
Przed Ann były schody prowadzące w dół. Do leża wampirzycy. Tremere spędzała tu większość nocy, za monitorami komputerów zajmując się algebrą powiązaną ze świętymi tekstami. Trudno było powiedzieć, czy to była obsesja wampirzycy, czy raczej coś czym zabijała czas. Jej własne hobby.
Nadia siedząca za komputerem była opanowana i spokojna. A przecież jak dotąd nie osiągnęła żadnego sukcesu. Kolejne noce, kolejne próby okazywały się porażkami. Gdyby jej naprawdę zależało, to czyż… nie była furiatką? Ann wiedziała, że Kainitka potrafi nagle wybuchać gniewem. A tu nic, kolejne porażki nie budziły frustracji.
Nadia nie oderwała się od roboty widząc wchodzącą Ann, skinęła jedynie głową dając znać że ją zauważyła. Nie odezwała się pierwsza. Jak zwykle zresztą. Nadia nie była zwolenniczką koleżeńskich pogaduszek. Zresztą, trudno ją było nazwać duszą towarzystwa.
Inicjatywa leżała więc po stronie Ann. Jak zwykle.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-09-2023, 18:00   #6
Edgelord
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 1 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację



************************************************** *************************************************
SAMOTNOŚĆ
************************************************** **************************************************

Wampirzyca podeszła do Nadii, rozpinając i zdejmując kurtkę po drodze. Położyła ręce na ramionach Tremere i wyszeptała jej do ucha:
- Jak bardzo ci mnie nie brakowało?
- Naprawdę chcesz usłyszeć odpowiedź, która ci się nie spodoba? Nie jestem… emocjonalna. To przywilej Toreadorów. - westchnęła ciężko Nadia nie odrywając się od “pracy”.
- Przecież wiem. - odparła lekko - Mnie też nie brakowało. - powiedziała szczerze - Wolałam siedzieć przed waszą siedzibą.
- Każdy ma swoje hobby. Ja tam nie uważam naszej siedziby za szczególnie… ciekawą. Z drugiej strony architektura nigdy mnie nie pociągała… ani kłębowisko żmij.- oceniła kwaśno Tremere.
- Ja po prostu bardzo tęskniłam... Za Cyrilem.
- Nie wątpię. - odparła spokojnie Nadia i wzruszyła ramionami. - To zrozumiałe zachowanie. Nielogiczne, ale… zrozumiałe.

Ann zastanawiała się nad czymś głęboko.
- Czy gdybym więcej piła z ciebie, to Regent dałby się przekonać aby znieść ze mnie ten głupi wyrok?
- Wątpię. Przede wszystkim musiałabyś przestać pić Cyrila. I to nie jest tak, że Regent mógłby wtedy znieść sam ten wyrok. Mógłby jednakże zaproponować ponowne rozważenie sytuacji. Poza tym pozostaje kwestia tego, czy chciałabym cię uzależnić od mojego ichoru.- odparła beznamiętnie Nadia.
- A czemu byś nie chciała? - zdziwiła się.
- Nie jestem w nastroju na romanse. - stwierdziła cierpko Nadia.- Poza tym… obawiam się, że z czasem sytuacja by się skomplikowała.
- Dlaczego? Piję krew Cyrila od... w sumie odkąd jestem martwa. Nie szukałam z nim romansu…
- Doprawdy?- zerknęła za siebie Kainitka i spytała.- Ty nie szukałaś, czy może on okazał się całkowitym impotentem nie zainteresowanym łóżkiem i tobą jednocześnie?
- Marzyłam o relacji i uczuciu jakie dziecko ma z rodzicem. Uczuciu opieki. - wyjaśniła smutno - Poczucie bycia dla kogoś istotną... ale nie seksualnego spełnienia z nim!
- Doprawdy sądzisz, że osoba taka jak ja jest… zdolna do czułości? Nie czułam jej nawet wtedy, gdy biło moje serce. - westchnęła Nadia. - Dlatego nigdy nie byłam zainteresowana inwestowania mej cennej krwi w Potomka.
- A sądzisz, że Cyril jest zdolny? - zapytała ze smutkiem.
- On może nie. Ale Garry, William, Lukrecja nawet…- oceniła Kainitka.
- Ci dwaj się bunkruja w Stillwater. - machnęła dłonią - A ona... - skrzywiła się - Burdelmama o nadętym ego.
- Och… no tak…- zaśmiała się Nadia i spojrzała w górę.- Niemniej ja też bunkruję się tutaj. I w przeciwieństwie do nich… niemal dosłownie.

- Czemu w sumie to robisz? Czy tylko dla pilnowania tej piramidy cię tu wrzucono?
- Piramidy? Piramidy nie trzeba pilnować. Jak ktoś jest na tyle głupi, by tam wejść, to sam jest sobie winny. - westchnęła sarkastycznie Nadia.
- Więc na co ty w Stillwater?
- Tajemnica klanu. - odparła Nadia krótko.- Mogłabym ci powiedzieć, ale potem musiałabym cię zabić.
- Tajemnica klanu... - zaironizowała - Ciekawe czy to taka sama tajemnica jak miał Cyril i będzie też opłakana w skutkach.
- Cyril zaryzykował i przegrał. Zdarza się. - oceniła Kainitka.

- Więc sądzisz, że Palafox by nie poszedł na to? - mruknęła zirytowana.
- Nie wiem. Nie uznaję tego za pewnik.- wzruszyła ramionami Nadia. - Może i by poszedł, ale… wątpię.
- Czyta listy Cyrila, więc zobaczyłby niepokojące sygnały. - fuknęła - Czemu i mnie karze?
- Jesteś w Stillwater… daleko poza zasięgiem jego dłoni. I jeśli pytasz, czemu nie kazał mi cię zabić to…- Nadia spojrzała w górę dodając ironicznie.- Nie wiem czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo ale… najwyraźniej uważa, że próby zabicia cię nie są warte zachodu. Albo… że twoje życie czy śmierć… nie mają znaczenia dla jego rządów.
- Więc czemu mnie karać wraz z Cyrilem? - widać było, że ciężko znosi, że znowu ją za nic mają.
- To prewencyjne środki. Jesteś zbyt… mało znacząca by cię karać. - wyjaśniła beznamiętnie Nadia.
- Nadia, to jest kara! - uniosła głos - Ja tęsknię do bycia w Nowym Jorku, budowania jakichkolwiek znajomości jakie mogłabym!
- Twoje uczucia nie mają znaczenia. Moje nie mają znaczenia. Ani Lukrecji. Ani Larry’ego.- wzruszyła ramionami Nadia. - Jesteś pionkiem, czy tu, czy w Nowym Jorku. Przesuną cię tam gdzie chcą, użyją do zbicia innego pionka jeśli nadarzy się okazja. Uczucia pionków nie mają znaczenia, baa… nie mają znaczenia uczucia figur. Liczą się się tylko posunięcia graczy. Przestań być taka sentymentalna… to ci nie pomaga.

To było za dużo dla Ann. Zamachnęła by spoliczkować Nadię.

Tremere chwyciła za dłoń, pociągnęła do przodu z wprawą… po chwili… Ann nagle została obrócona i wylądowała plecami na biurku i klawiaturze Tremere, trzymana za dłoń i za szyję drugą ręką. Przyciśnięta i bezbronna.
Nadia nachyliła się i wbiła kły w pieś Kainitki. Boleśnie… szybko jednak odsunęła głowę unikając posmakowania krwi.
- Jesteś emocjonalna… nawet Toreadory wiedzą, że emocje są kulą u nogi. Nazywają to wadą klanową. - odparła beznamiętnie nie puszczając Ann.
Ann skrzywiła się na ugryzienie.
- Bez nich nie ma smaku istnienia. - szarpnęła się - Dzięki krwi Cyrila trwanie nie jest tak mdłe i bez celu.
- Jesteś niewolnicą swoich emocji i Cyrila. Jesteś też dużą dziewczynką. Czas nauczyć się panować nad nimi, nieprawdaż?- Tremere trzymała ją zaskakująco mocno, jak na tak szczupłą sylwetkę. I z pewnością czerpała satysfakcję z obecnej sytuacji. - Jak długo masz zamiar być dzieckiem? Jesteś starsza od Miracelli, a ona potrafi już zachowywać się dojrzale.
- Mamusia ją ukształtowała. - warknęła - Jest jeszcze młoda, pamięta uczucia. Odczuwa jeszcze ich wspomnienia bez krwi. Nie wie jak to jest być pustym w środku. Choć może Lukrecja tłumaczyła. - syknęła z tłumionym poczuciem niesprawiedliwości. Można było zgadnąć, że wychodziło to z zazdrości. Pytanie tylko... czy bardziej chodziło o brak uczuć czy... wsparcia Stwórcy?
- To nie ma znaczenia… jaka jest Miracella. Tylko jaka jesteś ty. - odparła Tremere ironicznie. - Jak na kogoś… pustego w środku, strasznie impulsywna z ciebie kobietka.
- Wiem jaka byłam. I wiem, że bez krwi czuję się pusta i samotna. Może dla ciebie to nic, więc ciesz się.
- Skończyłaś się nad sobą użalać? Mogę cię puścić? - zapytała Nadia beznamiętnie.
Ann wyglądała na rozeźloną.
- Ty musisz lubić zrażać każdego do siebie, niezależnie jak cierpliwego.
- Nie dbam o zdanie innych o mnie.- stwierdziła ironicznie Kainitka.- Za stara jestem na tolerowanie słabostek innych osób. Nie mam już tyle cierpliwości.
- Wątpię by było inaczej wcześniej. - prychnęła.
- Możliwe.- Kainitka poluzowała uścisk podciągnęła Ann w górę sadzając na pulpicie. Spojrzała jej wprost w oczy dodając. - Niemniej nigdy nie udawałam innej, niż jestem, więc nie mów mi że jesteś zaskoczona.
- Chcę być empatyczna w stosunku do twojej straty bycia magiem, ale nie ułatwiasz tego. - mruknęła poprawiając się.
- NIe płaczę po moim awatarze, ani nie opłakuję mojej śmiertelności. Przeszłam piekło…- odparła Nadia poprawiając okulary na nosie.-... piekło, przy którym utrata Magyi jest drobnostką. Musiałam walczyć o istnienie, wydzierać szanse na kolejne noce kłami i pazurami. Czasem dosłownie. Opłakiwanie utraconej śmiertelności jest w porównaniu z tym trywialne.
- Przynajmniej twój Stwórca cię stworzył dla lepszego powodu niż zginąć ponownie.
- Szczerze ? Nie stworzył mnie z powodu miłości. Potrzebował sojuszniczki, by się wyrwać z Moskwy. Reszta jego klanu zginęła w taki czy inny sposób… podobnie jak wielu Magów.- machnęła ręką dodając.- William może sobie przeistaczać kolejnych kochanków, ale poza Toreadorami, Kainici tworzą potomków z wyrachowania bardziej niż z miłości.
- Miałaś dla niego przeznaczenie. Ja miałam zginąć po wyjściu z grobu. - prychnęła - Pierwszy dzień był straszny, bo nikt nie raczył mnie ostrzec przed słońcem czy o jedzeniu krwi powiedzieć.
- Nie jesteś za dużo na kompleks tatusia? Kogo obchodzi jakie przeznaczenie miał dla ciebie stwórca, sama wybierz swoje.- wzruszyła ramionami Kainitka.
Młoda wampirzyca ciągle pamiętała wszystkie te słowa jakie przypominało jej o nic nie wartym skundleniu jej osoby.
- Nikogo nie obchodzi. - zeszła z biurka i założyła na nowo kurtkę - A tych co obchodzi muszę unikać.
- Znowu się nad sobą użalasz. - westchnęła Nadia.
Ann nie odezwała się znowu. Bez słowa ruszyła do wyjścia.



Dotarcie do przybytku Lukrecji nie zajęło Ann długo. Leżał on o rzut beretem od biblioteki. W zimie ilość gości wyraźnie spadała. Ale nadal było tu kilku śmiertelników i Clyde.
Sama spojrzenie na wyraz twarzy Ann dawało rozeznanie, że jest ono bardzo zirytowana. Tylko kiedy podeszła do Miracelli, od razu zadała jej pytanie.
- Lukrecja w biurze?
- Jak zwykle. Zajęta.- wyjaśniła uprzejmie Ventrue.
Ann bez słowa skierowała się ku biurze wiecznie zapracowanej Lukrecji.

***

- Nie przeszkadzać. - usłyszała władczy ton poprzez drzwi.
Powiedzieć, że dziewczyna była zirytowana to nic nie powiedzieć. Powstrzymała się jednak przed wyładowaniem frustracji i w milczeniu oparła się o ścianę przy drzwiach. Dość szybko Jednak okazało się, że jej cierpliwość ma swoje granice, które nadwyrężyła Nadia. Zawsze mogła rozładować się na Clydzie... ale...

Po prostu weszła do biura.

- Mówiłam nie przeszkadzać.- odparła wampirzyca siedząca za biurkiem i sącząca krwawą marry, coś tam oglądała na ekranie komputera. Z niechęcią oderwała się od swojego zajęcia i spojrzała na Ann. - Co tu robisz?
- Weszłam drzwiami. - odparła.
- To wiesz jak wyjść. - odgryzła się cierpko Lukrecja.
- Skorzystam później z wiedzy. - dodała - Notowania na giełdzie Stillwater stabilne?
Lukrecja spojrzała na Ann i spytała. - Po co właściwie tu przyszłaś?
- Ustalić jakie masz oczekiwania co do wyprawy do Nowego Jorku. Gdzie mamy pójść, czy mam się spodziewać jakiś oczekiwanych zagrożeń i tak dalej.
- Miracella dostanie takie instrukcje i ty pójdziesz z nią i dopilnujesz reszty. Wiesz dobrze czego się spodziewać po Nowym Jorku. Byłaś nawet u Papy Roacha, aczkolwiek tym razem tak daleko nie zejdziecie. No i… Joshua podrzuci wam Clyde’a do niańczenia. Oficjalnie jako ochroniarza. - odparła z krzywym uśmiechem Ventrue.
- Czy jest spodziewane pojawienie się jakiś twoich wrogów? - patrzyła uważnie na reakcje Lukrecji.
- W mojej sytuacji, nie ma już wrogów, których bym obchodziła.- odparła melancholijnie Lukrecja. - Wypadłam już z obiegu i całkowicie straciłam znaczenie.
- Obchodzisz wystarczająco, aby pozwolono twojemu dziecku wejść do Nowego Jorku i robić interesy za ciebie.
- Ja jestem starą historią… niemal zapomnianą.- wzruszyła ramionami Lukrecja. - Spisek, w który miałam nieszczęście zostać wplątana, nikogo już nie obchodzi.

- Ciągle jesteś na mnie obrażona? - zapytała nagle.
Ventrue zmrużyła oczy i dodała. - Może… ale przede wszystkim nie mam powodów, by cię lubić. By być uprzejma i radosna wobec ciebie. Nie udawajmy, że wszystko między nami poszło w niepamięć i jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami.
Machnęła ręką. - Niemniej nie jestem na ciebie zła i nie mam powodu by cię skrzywdzić. Może być?
Ann zaśmiała się.
- Może i w taki sposób byłabyś do mnie okrutna. Może gdybyś była zagrożeniem dla mnie, to trwanie w Stillwater nie byłoby takie nieznośnie nudne.
- Obawiam się, że to miasteczko nie znajduje się w polu moich zainteresowań. I nie lubię marnować zasobów na małostkowe akty zemsty. - odparła na wpół żartobliwie, na wpół ironicznie Lukrecja.
- Ale niemniej uważam, że trzeba zawiązać w Stillwater lepsze relacje. W końcu obie tutaj utknęłyśmy, prawda?
- Joshua za jakiś czas urządzi pewnie kolejny wieczorek towarzyski, nazywany dla niepoznaki zebraniem. - machnęła ręką Kainitka. - Wtedy możemy pogadać o lepszych relacjach. Bo chyba na randkę nie próbujesz mnie namówić, co?
- A byłabyś zainteresowana? - zapytała wprost.
- Nie. Nieszczególnie. Nie. - machnęła ręką Lukrecja. Potarła czoło dodając. - Na pewno nie teraz.

- Czy na tych spotkaniach będą osoby... które nie zadowoli widok kogoś od Cyrila? - dopytała.
- Ann, większość Kainitów nie ma pojęcia że jesteś od Cyrila, podobnie jak większość nie wie czyją córką jest Miracella. Może paru Nosferatu wie, może spotkasz znajomych Brujah… może… - wzruszyła ramionami Ventrue.- Na spotkanie idzie zresztą tylko Miracella, załatwia sprawę sama. Wy na nią czekacie i wracacie.
- Tylko tyle? Żadnej większej zabawy? - westchnęła - Tylko ona się rozerwie?
- Pojedziecie do nocnego klubu. Więc macie okazję się rozerwać. - machnęła ręką Lukrecja.
Ann uśmiechnęła się ukontentowana.
- Poniańczę twoje dziecko. Wróci całe.
- Na to liczę. Clyde… niekoniecznie musi wrócić cały. - uśmiechnęła się złowieszczo Ventrue.
- Jest duży. I Brujah. Musi sobie poradzić. - wzruszyła ramionami.
- Będzie miał okazję się sprawdzić.- przyznała z uśmiechem Ventrue.
- Może spotkamy pieski Grozy, to będzie miał rodzinną atmosferę by się sprawdzić. I z nimi tylko gadką nie zakończy sporu.

Spojrzała z ciekawością na monitor, przed którym Lukrecja siedziała - Co oglądasz?
- Nieważne… - wampirzyca pospiesznie uśpiła komputer. Ann zdążyła jedynie dostrzec logo Netflixa.
Ann zachichotała.
- Oj, nie kryj się tak. Przynajmniej nie oglądasz w kółko staroci jak William. To akurat zrozumiałe, bo co tu robić innego?
- House of cards. - stwierdziła krótko Lukrecja i wzruszyła ramionami dodając ciszej. - I różne… tam romansidła z Bollywoodu.
Ann pokiwała głową.
‐ Nie jestem zaznajomiona z tym co w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci wyszło. Tylko kawałki na telefonie widziałam.
- William z pewnością ma… no tak… on ma swoje wiersze. - westchnęła ciężko Kainitka.
- Dokładnie. - potwierdziła - Czy będę mogła z tobą oglądać?
- Jeśli będziesz cicho i nie będziesz przeszkadzać.- odparła Lukrecja spokojnie. I uruchomiła komputer. House of Cards na nim leciał. Tylko…

… Ittefaq, kryminalny thriller hinduski.

Wyraźnie Ann nie miała nic przeciwko. Przysunęła bliżej krzesło i wtulona w siebie oglądała w milczeniu.



 
__________________
Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-09-2023, 18:43   #7
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 1 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację

Kolejna pobudka. Żebrzący o krew ghul. Obrażenia zadane mu ostatnio jeszcze się nie zagoiły. A pigułki przeciwbólowe się skończyły. Przyniósł jednak coś więcej niż swoje błagania. Lukrecja powiadomiła przez swoje ghule, że dziś Miracella wyrusza do Nowego Jorku. I że Ann ma się stawić na parkingu za Różą.
Dobre wieści, mogły wprawić caitifkę w dobry humor, tym bardziej że koszmary z których się wybudziła nie były szczególnie męczące i wpisywały się w dobrze już jej znany zestaw lęków.


Miracella już tam czekała, ubrana na “urzędniczo”, z dużą aktówką pod pachą. Czekała zarówno na przyjazd Ann, jak i na przybycie ich szofera. Clyde przyjechał po nie białym terenowym nissanem.


Zapewne wypożyczonym od Larry’ego. Podobnie jak uzi w schowku na rękawiczki. Był przynajmniej elegancko ubrany i rzeczywiście sprawiał wrażenie wynajętego bodyguarda. Może nie będzie aż tak źle…
Tym bardziej, że jak się okazało, jechali do “Dotyku Dekadencji”. Był to nocny klub dla wybranych. Jedynie ci którzy mieli zaproszenie i byli na liście mogli tam wejść. Ann nie wiedziała jak się je zdobywało. Nie dostała się ani za życia, ani po śmierci. Choć będąc wampirzycą dowiedziała się co nieco o samym klubie i jego właścicielu. Przybytek prowadził Lucien S. Beauregard, Toreador otoczony nimbem tajemnicy. Nie wiadomo było, czy jest członkiem Camarilli, czy anarchem… możliwe że i jednym i drugim, w zależności od tego kto pytał. Na pewno miał mocne plecy, które pozwalały mu prowadzić przybytek będący nieoficjalnym miejscem dla tajnych negocjacji pomiędzy Kainitami Camarilli i… cóż, innymi frakcjami Świata Mroku. Dotyk Dekadencji zapewniał zazwyczaj spokój podczas negocjacji i dyskrecję. Zazwyczaj. Nie było to bowiem Elizjum, a szeryf Nowego Jorku czuwał i pewne pogaduszki nie uchodziły nikomu na sucho. Lucien co prawda zapewniał dyskrecję i bezpieczeństwo, ale tylko do pewnego stopnia. Nie chciał wszak podpaść Księciu i utracić dochodowy interes oraz wygodny stołek na jakim siedział. Tym bardziej że był potrzebny… przybytki takie jak Dotyk Dekadencji były bowiem złym koniecznym, tolerowanym do pewnego stopnia. Niemniej o tym co się działo w tym przybytku krążyły legendy.


Przejazd przez miasto odbywał się spokojnie. Nikt nie zaczepia trójki Kainitów w Nissanie. Gangrele siedzący przy żarniku zignorowali ich obecność na swoim terenie, skoro trójka Kainitów była dosłownie przejazdem. Para Ventrue polująca na posiłek w restauracji spojrzała na nich beznamiętnie przez okna, gdy ich mijali. Podobnie jak gangrel lub wilkołak grzebiący w śmietniku owej restauracji. Wedle Miracelli był to bowiem wilkołak, opierając swoją pewność na wielu likantropach których zdołała zobaczyć. Cóż… nie zatrzymali się by rozstrzygnąć ten spór. Nie zatrzymali się na widok gangu ulicznego obserwującego ich przejazd a dowodzonego przez dwójkę Brujah. Banda szykowała się na jakąś akcję, ważniejszą od nissana pełnego obcych Kainitów. I pewnie dlatego ich zignorowała.

W końcu dojechali na miejsce. Budynek z czarnego granitu ozdobionego czerwonymi żyłkami innego materiału i wybudowany w industrialnym stylu był pełen dyskretnej elegancji.
Z perspektywy ulicy bardziej przypominał klub jazzowy niż prawdziwy nocny klub. Niemniej do drzwi ustawiała się kolejka, a rosły łysy wykidajło był z pewnością Kainitą. Większość osób była odprawiana z kwitkiem. Mężczyzny nie dało się przekupić, a tym bardziej zastraszyć. Ann na moment zwróciła uwagę na pewien element otoczenia. Oldsmobile Thorna stał wśród innych wozów. Pusty.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-09-2023, 11:10   #8
Edgelord
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 1 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację




************************************************** *************************************************
KUNDEL SZCZERZĄCY ZĄBKI
************************************************** **************************************************


Gdy patrzyła na Connora błagającego ją o krew uchwyciło ją nieprzyjemnie znane uczucie. Była w stanie siebie samą postawić na jego miejscu. Tak samo zachowywała się ona w stosunku do Cyrila. Choć nie udobruchało ją to porównanie to jednak coś zmieniło. Nie wiedziała czemu, ale poczuła pewną litość w stosunku do człowieka. Może to dlatego, że sytuacja otoczona była wieloma pozytywami?

Nie odzywała się, gdy przegryzała swój nadgarstek, aby nakarmić swojego ghula. Nie umiała określić jak się czuje w tym momencie. Jakie to było uczucie? Duma? Okrutna satysfakcja? A może smutek?
Czemu nie mogła określić?

Wciąż zastanawiała się nad sytuacją z Conorem, gdy wjechali do Nowego Jorku. Szybko jednak atmosfera Wielkiego Jabłka zmyła inne troski. Ponownie znalazła się w metropolii i nic nie było w stanie tego przebić. Niezależnie co widziała na ulicy, kogo udało się ominąć. Ona czuła się naprawdę w domu...

A z tyłu głowy miała myśl, iż tutaj znajduje się Cyril.



Oldsmobile wyraźnie zaniepokoił Ann.
- Z kim ty masz rozmawiać? - mruknęła do Miracelli.
Ventrue zaskoczona wyraźnie tym pytaniem spojrzała na Ann, a następnie rzekła. - To… tajemnica. Nie mogę powiedzieć.
- Jeżeli to ten gówniarz Księcia, to naprawdę bym widziała posłanie go jako policzek. - zaśmiała się.
- A jak ma na imię gówniarz?- zapytała Miracella.
- Quentin Ellsworth. - odparła.
- Nigdy o nim nie słyszałam.- zamyśliła się Ventrue. - Jest ważny?
- Bynajmniej. To idol ghuli i wampirów poziomu ulicy.
- Acha. - Miracella wskazała palcem wolne miejsce do zaparkowania.- To nie masz się czym martwić. Lukrecja nie marnuje czasu na nieważnych gówniarzy.
Ann nie skomentowała. Ona mogła nie marnować czasu, ale to nie znaczy, że by jej czegoś takiego nie zrobiono.

Clyde zatrzymał wóz, gdzie mu kazano. I cała trójka wyszła. Miracella oczywiście szła dumnie przodem, niczym wódz prowadzący oddziały do bitwy. Była trochę sztywniejsza niż zwykle, trochę bledsza… niewątpliwie czuła tremę.
Ann chwilę patrzyła na zestresowaną dziewczynę, nim przed ochroniarzem klubu lekko stuknięcie palców dała znać Miracelli żeby działała, sama wychodząc przed nią i zwracam ci do ochroniarza.
- Mamy umówione spotkanie na rzecz pani Borgii. - powiedziała i usunęła się trochę w bok odsłaniając młodą.
Wykidajło obojętnie spojrzał na Ann, a potem na Miracellę. Sięgnął do notanika w kieszeni, przekartkował.
- Kto miał przybyć w jej imieniu?-
- Ja… to znaczy, pani Tepes. - wtrąciła niemrawo, a potem dodała głośniej.- Tepes.-
- Słodko. Możesz wejść. On czeka.- dodał zerkając w notatnik.- Trzecia prywatna alkowa na lewo.-
Miracella skinęła głową i ruszyła, mężczyzna pozwolił jej przejść ale zablokował drogę Ann i Clyde’owi.
- Hej… co jest człowieku.- zareagował gniewnie Brujah.
- Oni są ze mną. - rzekła Miracella, a wykidajło rzekł. - Dobrze, mogą wejść i pójść z tobą, ale tylko do drzwi kwatery. Dalej możesz wejść tylko ty.-
Ventrue przytaknęła głową i ruszyła do drzwi.
Ann spojrzała na zirytowanego Brujah i ruszyła bez słowa za Miracellą.

Weszli do środka, wystrój był… “biblijny” z nutką perwersji. Relief nad wejściem przedstawiał z prawej strony Adama, z lewej Ewę, po środku rogatego węża owiniętego wokół drzewa tak jak bywał przedstawiany na symbolu hipokratesa. Adam miał wzwód godny satyra, a Ewa trzymała dłoni w owoc. Nie jabłko, a podłużną gruszkę, którą… łatwo było pomylić z męskim przyrodzeniem.
- Ktoś tu ma jakieś prywatne porachunki z Kościołem. - ocenił Clyde na ten widok.
Ann wzruszyła ramionami.
- Może. Osobiście nigdy nie byłam bardzo stronę kościoła.
- Ja jestem ateistą.- stwierdził dumnie Clyde, a Miracella pokręciła głową dodając.- To jesteście głupcami. Całe nasze istnienie najstarsi wywodzą ze starotestamentowych opowieści.-
Weszli dalej, uderzyła w ich uszy… głośna i niepokojąca muzyka techno. Sam wystrój klubu, był mroczny i czerwony. Było tu dużo… ludzi, ładnych i łatwych panienek w seksownych kieckach i bogatych i wpływowych szczeniaków z wyższych sfer. Były też wampiry, z tych które Ann znała jedna osoba rzuciła się Ann w oczy. I nie był to Quentin. To była ciemnowłosa wampirzyca.
Ann wyszczerzyła się na widok przydupaski Szeryfa.
- Przynajmniej jesteś witana z pompą. - szepnęła do młodej.
- No nie wiem… nie czuję się tak witana. Znajdźmy te prywatne pokoje.- zastanowiła się Ventrue, a Clyde spytał. - A co my potem mamy robić?
- Nie wiem. Nie naróbcie tylko kłopotów.- stwierdziła lekko rozdrażniona Miracella.
- Postaram się być grzeczna. - powiedziała Bezklanowa - choć co ty będziesz miała coś ciekawego tutaj. - mruknęła.
- Pilnuj Clyde’a.- stwierdziła Miracella rozglądając się, a Brujah.- A co ja dziecko, że potrzebuję niańki ?
- Czasem można się zastanawiać... - mruknęła Ann.
- Nieważne…- machnęła ręką Miracella, gdy cała trójka zauważyła idącego w ich stronę mężczyznę.

Kainita był to z pewnością i to ubrany ekstrawagancko.
Sama Ann mimo że ubrała się porządnie, to nie wchodziła w styl Miracelli. Utrzymywała tyle, aby Lukrecja nie narzekała.
- Ach… droga miss Thompson. Jakże dobrze widzieć cię po naszej stronie.- mężczyzna podszedł do Miracelli i cmoknął ją w dłoń. - Zakładam że droga Lukrecja miewa się dobrze?
- Och… eeem… ja jakoś… nie przy…pomi…- zaskoczona tą sytuacją Ventrue straciła rezon i zaczęła mamrotać, ale wampir nie zraził się tym.- No tak, mogłaś mnie zapomnieć, byłem tylko raz i to lata temu, ale ja nie zapominam twarzy. Pozwól że się przedstawię. Lucien S. Beauregard, właściciel tego skromnego przybytku. Więc czemu zawdzięczam twoje zjawienie się.-
- Ja przybyłam tu z polecenia Lukrecji… na nazwisko Tepes.- wydukała już z większą pewnością siebie Miracella.
- Och… no tak, że też nie przyszło mi to do głowy.- zaśmiał się ciepło Lucien i wskazał palcem.- Tam trzeba się skierować, przez drzwi. Korytarz prowadzi do prywatnych kwater wynajętych na dzisiejszą noc. Ufam że Reggie podał szczegóły?
- Tak.- odparła z ulgą Ventrue.
Ann ze spokojem przysłuchiwała się wymianie słów tej dwójki.
- To dobrze… bawcie się dobrze. Drinki będą na mój rachunek. A teraz wybaczcie. Mam interes do dopilnowania. - tymi słowami Lucien pożegnał się z trójką młodych wampirów.
- Nie stresuj się tak, młoda. - Ann wyszeptała Miracelli na ucho.
- Łatwo ci mówić.- odetchnęła głęboko Miracella. - No to… eeem… ja idę, a wy… no wiecie co robić, a właściwie czego nie robić.
- Niestety, nie mogę się z tobą zamienić. - westchnęła Ann - Bądź Ventrue... cokolwiek to by nie znaczyło.
Miracella uśmiechnęła się tylko i poszła zmierzyć ze swoim przeznaczeniem, zostawiając Brujaha pod opieką Ann.

Caitiffka spojrzała na Clyde'a.
- Nie rób niczego czego nie chcą byś robił w Róży. Podrywy wliczam. I boostowanie ego. Jesteś za cienki, by to robić przy tych tutaj. Nie zawstydzaj swojego Ojca.
Clyde naburmuszył się słysząc te słowa.
- Niech ci będzie.
- Ta czarnowłosa babka, co na scenę patrzy - opisała kobietę. - To przydupaska Szeryfa. - pociągnęła Clyde’a w stronę baru - Popij sobie, coś dla mnie weź. Ja do niej pójdę. - uśmiechnęła się i skierowała do kobiety.

***

- Służbowo czy korzystasz z benefitów pozycji? - Ann odezwała się, gdy podeszła do czarnowłosej kobiety.
- Wybierasz sobie wyjątkowo niefortunne miejsca na spotkania. Nie wiem po co tu jesteś, ale lepiej zrobisz jak opuścisz to miejsce. Wkrótce będzie tu jatka.- stwierdziła krótko kobieta.
- Tutaj? - zdziwiła się Ann - Chyba nie w tym budynku? I nie, nie mogę opuścić tego miejsca. Nie zostawię młodej Lukrecji, z którą tu jestem.
- W tym budynku, w tej sali. - potwierdziła wampirzyca obojętnym tonem.- Zrobisz co chcesz, siebie tylko będziesz mogła winić jak traficie między młot a kowadło.
- Są jeszcze inne osoby, które będę mogła winić. - stwierdziła - Czy to ma coś wspólnego z tym gangiem na mieście? Mijaliśmy jakiś.
- Nie… to bardziej egzotyczna kwestia. - przyznała z niechęcią Kainitka. - Islamiści.
Ann patrzyła bez zrozumienia.
- Znaczy... Śmiertelnicy?
- Nie tylko… renegaci klan Assamitów, czasami za bardzo… przesiąknięci wiarą którą praktykowali za życia i pozostają jej wierni po przemianie. - wyjaśniła wampirzyca niechętnie. Anarchowie wywodzący się z tego klanu mają problemy z dyscyplinowaniem swoich potomków i czasem… zwłaszcza u świeżo przemienionych, marzy się walka z niewiernymi.
Ann wydawała się podekscytowana.
- i będziecie przeciw nim walczyć?
- Zlikwidujemy ich… i ich ludzkich kompanów. Nie potrzebujemy tu kolejnego 9/11 z wampirzym dodatkiem.- odparła Kainitka.- To młode wampiry, mało doświadczone. Na dłuższą metę nie mają szans.

- Mogę się do was przyłączyć? - zapytała radośnie - Jeżeli mała i tak będzie zajęta…
- Z tego co wiem, niespecjalnie z ciebie użyteczna wojowniczka. Bardziej specjalizujesz się w zwiadzie.- odparła Kainitka.
- Głównie zabijałam śmiertelnych... - zamyśliła się - Ale wampiry też nie będą radosne jak ich przywitam z moim krwiopijnym sztyletem. A do tego jest tu też Syn Księcia Stillwater. Brujah.
- Raporty… potwierdzają jego… bezużyteczność na polu walki.- machnęła ręką wampirzyca. - Twoją w sumie też. Problem w tym, że za dużo myślisz… zamiast działać. Bitwa to nie czas na planowanie, tylko na skorzystanie z insty…-
- No… młoda z niej kózka… nauczy się używać się rogów… w końcu.- głos który był znajomy. Rudowłosy wampir przysiadł się do nich uśmiechając się.
- Fajny fryz, co? - rzekł poprawiając czarne lustrzanki. - Lorens, duch który mieszka w rurze obok mi go zasugerował. Powinienem być dziś incognito. Więc tak się do mnie zwracajcie. Jestem Incognito Gorgon.-
Ann wygląda na zadowoloną z obecności Gorgona.
- Ten duch ma gust, to muszę przyznać. - pokiwała głową - A i tak się przyda aby panicz pokazał wreszcie, że jest Brujah. - postarała się zignorować opinie o sobie.
- A gdzie on jest?- spytał zaciekawiony Locarius/Incognito. A następnie spojrzał na Kainitkę w garniturze.- Uśmiechnij się Rose.-
- Na twoim pogrzebie.- odparła Rose obojętnym tonem i upiła nieco krwawej Mary.
Ann wskazała kierunek baru.
- Tam go zostawiłam. - powiedziała do Malkavianina. Spojrzeli oboje i nie dostrzegli Clyde’a. Brujah gdzieś wywędrował.
Ann rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu zaginionego. I nie dostrzegła ich ochroniarza. Clyde gdzieś znikł w tłumie gości przybytku Luciena.
- Umie znikać. Może to tak Nosferatu udający Brujaha?- zadumał się Locarius.
- Nieważne, nie potrzebujemy nie sprawdzonego w boju bękarta Joshui. Tylko by zawadzał. - machnęła ręką Rose.
- Może się pojawi. Jako dystrakcja, krótko istniejąca. - mruknęła dziewczyna.
- Nie mamy powodu czekać na jego pojawienie.- Rose spojrzała w kierunku wejścia do sali. Tam stała drobniutka ciemnowłosa wampirzyca. Piękna, osobisty ogar Księcia.
- Ruszamy. Loc..
- Incognito.- wtrącił rudy wampir.
- Incognito. Nowa jest pod twoją opieką.- rzekła wampirzyca wstając od stolika. Wraz z nią kilku innych Kainitów znajdujących się w różnych miejscach sali poderwało się na nogi.

Ann spojrzała na Gorgona wyczekująco.
Ten uśmiechnął się, a Rose ruszyła dzwoniąc telefonem. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem.
- Wszyscy na ziemię. Policja! - odezwały się wpadające do środka osoby w strojach SWAT, wywołując oczywistą panikę. Część ludzi padła grzecznie na ziemię, reszta próbowała się rozpierzchnąć. A młodzieńcy o wyraźnych arabskich rysach, przy kilku stolikach sięgnęli po broń i zaczęli strzelać w kierunku policjantów, na co ci odpowiedzieli ogniem.
- To nasz cel… musimy się przyczaić i poczekać, aż ghule wypłoszą ich na tyły lokalu. Mniej świadków. - wyjaśnił Gorgon cicho.
Ann nie trzeba było mówić więcej. Ustawiła się otoczona cieniem i zastygła. Czekała.
Wymiana ognia trwała chwilę, kilka kul dosięgło celów po obu stronach. Niemniej nagle coś zaczęło się dziać. Jeden po drugim islamiści zaczęli padać na ziemię, krztusząc i się i dusząc od krwi która wypełniła ich płuca.
- Zdrajca… zdrajca…- krzyczęli między sobą, zwracając broń palną przeciw sobie nawzajem. Po czym rzucili się do ucieczki. W małych grupkach, nie ufając sobie nawzajem. Ghule w policyjnych mundurach nie ruszyli za nimi. Za to Rose i jej ludzie tak. No i Gorgon z łobuzerskim uśmiechem.



Podekscytowana Ann ruszyła za Gorgonem, w lewej dłoni trzymając pistolet otrzymany od Larry'ego, a na wyciągnięcie prawej mając u boku schowany w sztylet.
Wpadli na siłujące się dwa wampiry… jeden w garniturze, zapewne członek świty Rose. Drugi, ubrany nieco bardziej bojowo, starał się wbić kły szyję tego drugiego. Obaj zataczali się po korytarzu, próbując zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Ich pistolety leżały na podłodze, a gdzieś w pobliżu słychać było strzały z broni palnej.
W pierwszym odruchu Ann strzeliła w glowę wampira chcącego zjeść drugiego.
Pistolet od Larry’ego miał kopa. Dłonią Ann szarpnęło. Ten odrzut jednak był dowodem siły ognia broni. Z bliskiej odległości, renegat nie miał szans. Jego głowa pękła jak krwawy arbuz, a ciało zwiotczało. Z takiej rany młody wampir nie mógł wykpić się regeneracją. Locarius w ogóle się nie zatrzymywał, tylko ruszył dalej.
Młoda wampirzyca na chwilę się zawahała, aby zerknąć czy ten drugi wampir nie został ubity przypadkowo.

Biegli w kierunku odgłosu strzałów, wpadli na zakrwawionego wampira z nożem wojskowym w dłoni, zakrwawionymi ustami, kurtkę z wojskowym kamuflażem i szaleństwo w spojrzeniu. Rzucił się na Locariusa, ten podniósł okulary w górę. Wampir zamarł w bezruchu, a Locarius wepchnął lufę dużego rewolweru w usta Kainity… strzelił, rozwalając mu mózg. Ciało opadło martwe na innego Kainitę, w garniturze i z rozerwanym gardłem… pozbawionego krwi… i prawie głowy.
Gorgon nie przejął się tym, tylko ruszył dalej opuszczając patrzałki na swój zabójczy wzrok.
Ann kopnęła martwego tak, aby jego krew spływała do ust pozbawionego krwi i pognała za Locariusem.

Wkrótce dotarli do celu, mijając po drodze kilku zarżniętych jak bydło śmiertelników i kolejnego garniturka przepołowionego na pół. Jak się okazało tyły przybytku rozkoszy, jakim była knajpka Luciena zostały zastawione przez vany należące do szeryfa NY. Renegaci i ich ludzcy sojusznicy zostali schwytani w pułapce i rzucili się do walki z ślepym fanatyzmem.
Część schowana za śmietnikiem ostrzeliwała Rose i jej ludzi. Część uzbrojona w kindżały i poruszająca nadnaturalnie szybko rzuciła się na Rose, licząc zapewne na to, że jej śmierć zniszczy morale wroga. Przeliczyli się, uzbrojona w dwa podrasowane Desert Eagle, wampirzyca poruszając się równie szybko, jeśli nie szybciej niż oni, unikała ciosów szerokich zakrzywionych ostrzy trzech atakujących ją Kainitów. Poruszając się między nimi przystawiała lufę broni, do ich torsów, twarzy, ramion. Bum, bum, bum… jeden Kainita stracił rękę, jeden dosłownie twarz (i sporą część głowy), a jeden otrzymał sporą dziurę w miejscu serca.
Ann spojrzała w stronę skrytych za śmietnikiem Kainitów, którzy wciąż stanowili zagrożenie. Chciała coś z nimi zrobić... może...
Ann " rozciągnęła" cień śmietnika, aby ten zakrywał większą przestrzeń. Mogła mieć tylko nadzieję że ta młodziutka grupka nigdy wcześniej nie widziała "ożywionych " cieni.

Efekt przeszedł oczekiwania dziewczyny.

Nie stało się tak jak planowała. Miejsce obok śmietnika jak i jego okolice zostały oplecione gęstym czarnym... cieniem? Jakby cienista kostką w przestrzeni. Nie wydobywał się z niej żaden dźwięk i nic nie było widać... Choć zważając na reakcję zdziwionej Ann mogło to coś dać.

- Co do licha… - ocenił Locarius i podobnie zresztą jak Rose. - Co do cholery?!
Po czym celnymi strzałami dobiła konających Assamitów wokół siebie.
- Wystrzelajcie ich! - krzyknęła Ann i zaczęła strzelać do wroga w cieniu.
- Kogo…- odezwał się jeden z garniturków. A Rose potarła czoło w irytacji. - Mamy granaty?
- No kilka na wypadek…- zaczął inny wampir.
- To jest ten wypadek. Zużyć wszystkie.- zadecydowała Rose.
Granaty poleciały w ciemność. Pięć… co się potem stało… nie wiadomo. Słychać było tylko przytłumione eksplozje.
Cień nagle zaczął zanikać, a zmęczona nowym doświadczeniem Ann zachwiała się na nogach.

Gdy ów mrok zniknął widać było… jatkę, stłoczeni razem ludzie i Kainici zostali poszatkowani granatami odłamkowymi, że trudno było pośród tych fragmentów ciał ocenić, które należało do wampira, a które do śmiertelnika.
- Pozbierać kawałki i spalić.- zadecydowała Rose chowając pistolety.
Ann wyprostowała się i z uśmiechem patrzyła na efekt. Wyraźnie była zadowolona.
- Jeszcze mi tak nigdy nie zrobiło. - odezwała się do Locariusa.
- Nooo… wygląda… dziwnie…- wzruszył ramionami Malkavian.- Ale ja tam nigdy nie rozumiałem sztuki nowoczesnej. -
Patrzył jak ghule i niżej postawione wampiry zabrały się za zbieranie szczątków i ciał, pakowaniem ich do plastikowych worków. A te były zanoszone do stojącej za rogiem śmieciarki.

Ann podeszła w stronę Rose i odezwała się do niej.
- Dwóch w garniakach leży na drodze tutaj i chyba wciąż istnieje.
- Się sprawdzi.- mruknęła Rose zmieniając magazynki w pistoletach. I rozglądając się dookoła.- Będzie trochę sprzątania i trzeba będzie przygotować wystąpienie prasowe. Na szczęście Książę ma ghuli w FBI. Oni się zajmą zasłoną dymną tej akcji.
- Czy zasłużyłam na choć niewielkie podniesienie rangi w moich aktach? - zapytała zadowolona z siebie młoda Caitiffka.
- NIe wiem… zobaczy się. - odparła enigmatycznie Rose i sięgnęła po smartfona. - Tu Wilmowsky. Operacja zakończona, sir. Komórka terrorystów zlikwidowana, oczywiście nikt nie przeżył. Zabieramy się za porządki tu na miejscu. Niech PR przygotowuje odpowiednie wrzutki dla pismaków. I niech nasi w FBI zabiorą się do pracy.
Ann coraz bardziej żałowała, że nie znajduje się tu na miejscu, w Nowym Jorku. Tu się przecież tyle ciągle działo! A ona musiała w tym nudnym miasteczku przesiadywać...
- Zazdroszczę ci. - odezwała się do Rose, gdy ta przestała rozmawiać.
- Nie wiem czego… to jeden wielki śmietnik, a ja robię za śmieciarza.- wzruszyła ramionami Rose.
- Lepiej być śmieciarzem niż umierać z nudów.
- Cóż… nie myśl, że takie akcje zdarzają się codziennie. - Rose Wilmowsky wzruszyła ramionami spoglądając na Locariusa rabującego poszarpany ludzki korpus z portfela.- Przez większość czasu robię, to co robiłam przy naszym pierwszym spotkaniu. Użeram się z pompatycznymi wampirami uważającymi się za coś lepszego niż są.
- To i tak ciekawsze od mieszkania w malutkim miasteczku. - stwierdziła.
- No nie wiem… co byś ty robiła tutaj? Twój opiekun siedzi w pierdlu, ty niby masz wolność, ale nie masz mieszkania. Będziesz wałęsała się po mieście i prowokowała oprychów Grozy?- zapytała retorycznie Rose.
- Poszukałabym kogoś kto by mi zapewnił opiekę za służbę. - wzruszyła ramionami.
- Ty i reszta nieszczęśników w przytułku.- przypomniała jej Rose wzruszając ramionami.- Teraz jest ich więcej, bo paru prominentnych wampirów poszło wąchać kwiatki od spodu, a uczepieni ich Kainici szukają nowych opiekunów.
- Nadal mnie nie zniechęciłeś. - odparła bez przejęcia.
- Nie planuję. Po prostu mówię jak jest. - stwierdziła podwładna szeryfa. I zwróciła się do jednego z garniturków.- Zrób sobie małą przebieżkę po budynku i policz nasze straty. Carlo chyba nie żyje, bo akurat jego trupa widziałam. Chcę wiedzieć co z resztą.-
-Sie robi. - rzekł pospiesznie wampir i wrócił do klubu.
- też wrócę bo dziecinki się stęsknią. - mruknęła Ann.
- Hej!- Gorgon nagle wrzasnął i pognał ku caitifce. Zatrzymał się przed nią i uśmiechnął.- Uff! Dobrze że sobie przypomniałem. Widziałaś but?
- But? - zapytała zdziwiona - Jaki but?
- But Marge oczywiście.- równie zdziwionym tonem odparł Malkavian.
- Och... nie. Nie było go przy jej ciele.
- Hmm… dziwne. -wzruszył ramionami Gorgon i podrapał się po policzku.- Chcesz pięćdziesiąt trzy dolary dwadzieścia dwa centy? Ja ich nie potrzebuję.
- Chętnie. Ale jeżeli ich nie chcesz to czemu je brałeś?
- Były w portfelu, mi są niepotrzebne.- odparł Locarius z uśmiechem podając dziewczynie pieniądze.
- Dzięki. A znalazłeś coś dla siebie?
- Całą resztę, poza kartami kredytowymi. Te są bezwartościowe dla mnie. - rzekł w odpowiedzi Locarius, gdy szli ku tylnym drzwiom lokalu.
- A co ciekawego znalazłeś?
- Skarby…- odparł z uśmiechem Malkavian nie wdając się w szczegóły.
- Fajno. - odparła radośnie.
- No…- odparł równie radośnie Locarius.



Wkrótce weszli do klubu, na jego zapleczu już zaczęło się sprzątanie. Na głównej scenie zaś.. ludzi było mniej i wampirów też, ale zabawa powoli zaczynała się rozkręcać. Jakby niedawnej strzelaniny nie było.
Ann zaczęła rozglądać się za Clydem i Miracellą. W końcu dostrzegła Clyde’a w towarzystwie pijanych panienek. Miracelli jeszcze nie wypatrzyła.
Ann podeszła zirytowana w stronę potomka Joshui.
- Dobrze się bawisz, słonko?
- Pomijając całą tę akcję policyjną… całkiem dobrze. - potwierdził z uśmiechem Brujah.- A ty?
Przesunęła się do ucha Brujah.
- W przeciwieństwie do ciebie ja byłam zajęta taką akcją.-
- To znaczy że wplątałaś się w miejscową strzelaninę?- zdziwił się Clyde. - Po co? To ich sprawy, nie nasze.
- Żeby się trochę rozruszać. - mruknęła - Tobie by się przydało w końcu.
- Jestem kochankiem, nie wojownikiem… nie walczę za darmo. - odparł z uśmiechem Clyde.

Tymczasem do obojga podeszła Miracella. - Fajnie że sobie tu tak gruchacie. Sprawa załatwiona możemy wracać.
- Daruj. Ja mordowałam Assamitów. - przewróciła oczami.
- Dla każdego coś dobrego.- wtrącił Clyde, a Ventrue zignorowawszy jego słowa.- Czyli możemy już wracać?
- Ale opowiesz wszystko? - zapytała Ann.
- Lukrecji. To było tajne spotkanie. Jeśli Lukrecja ci coś zdradzi, to… cóż, ona może. Ja nie.- wyjaśniła młoda wampirzyca.
Ann spojrzała z irytacją na Miracellę.
- Serio?
Ventrue westchnęła ciężko. - Serio. Zapewne zauważyłaś, że ten przybytek nie służy jawnym negocjacjom.
- To może powiesz z kim gadałaś? - mruknęła.
- Tego też nie mogę zdradzić.- odparła Miracella krótko. - Zapytaj Lukrecję.
Ann spojrzała zimno i bez słowa ruszyła do wyjścia.


 
__________________
Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-09-2023, 18:17   #9
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 1 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację

Powrót do domu po triumfalnym boju, był cichy i ponury. Ann była rozdrażniona faktem, że Lukrecja nie wtajemniczyła jej w swoje intrygi. A Miracella opanowała sztukę dyskrecji. Sama początkująca Ventrue była zamyślona i się nie odzywała. A Ann była obrażona na nie i na świat. Jedynie Clyde wydawał się zadowolony z tej wycieczki. Która niestety się skończyła. I dla Ann była to ostatnia wyprawa do Nowego Jorku w tym tygodniu. Było coraz zimniej gdy jechali w głąb lądu ku Stillwater.


Noc była piękna i cicha. Gwiazdy wypełniały cały nieboskłon. A droga ciągnęła się w nieskończoność. Caitiffka miała więc czas na przemyślenia. A miała nad czym myśleć. Mogła się obrażać i na Miracellę i na Lukrecję. Ale było to bezcelowe. Foch Ann nie obchodził młodej wampirzycy i tym bardziej nie przejmie się nim jej stwórczyni.
Podczas jatki w klubie, Ann pokazała swoją użyteczność i zaliczyła kilka punktów u szeryfa Nowego Jorku. A przynajmniej u jego podwładnej i starła nieco kiepskie pierwsze wrażenie jakie wywarła na Rose, przy ich pierwszym spotkaniu.
Niemniej… teraz czekała ją zima Stillwater, nudna i monotonna. Bowiem miasteczko i okolice, pomimo licznych “atrakcji” które poznała, było ciche i spokojne. Mimo upiornej natury szpital, nawet w księżycowe noce, nie sprawiał kłopotów. Upiorna piramida, była tylko straszakiem… mało skutecznym, bo groźnym jedynie dla głupców którzy tam weszli. A wilkołaki… trzymały się swoich ziem.



Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.
- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.
Nagły pisk hamulców, nagły wstrząs, pasy bezpieczeństwa napięły się gdy Ann szarpnęło do przodu. To nagłe hamowanie wyrwało Ann z rozmyślań. Powód tego nagłego zatrzymania leżał na środku ulicy. Ciało. Bezgłowe ciało, poszarpane… przysypane śniegiem. Męskie zwłoki. Clyde wysiadł pierwszy, z uzi w dłoni rozglądając się dookoła. Niewątpliwie podejrzewał, że trup… może być przynętą w pułapce na nich. Tylko kto ją zastawił?
Ann na jego polecenie usiadła za kółkiem… ot, tak na wszelki wypadek. By ruszyć z kopyta, gdyby kłopoty się pojawiły. Ale nic nie wyłaniało się zza drzew. I Clyde przyglądając się ciału dał znać dziewczynom, że można podejść. Co uczyniły.
Z blisko łatwo było ocenić, że ciało należało do motocyklisty… członka jakiegoś gangu. Głowa została… urwana z wielką siłą. A samo ciało nosiło ślady głębokich cięć pazurów.
I nie zbyt wielu było śladów krwi.
No i był tatuaż na ramieniu. Głowa psa w wojskowym hełmie.
- Psy wojny.- mruknął Clyde.
- Psy wojny. -potwierdziła Miracella.
Ann spojrzała na oboje pytająco.
- Psy wojny?
- Gang Brujah i jego ghule. Anarchy mieszkające na południe od nas. Sąsiedzi w zasadzie.- wyjaśniła Miracella.- Nie ma z nimi kłopotów. Trzymają się swojego terytorium i jeśli już tłuką, to z innymi gangami motocyklowymi.
- Wygląda na psią robotę. - stwierdziła Ann.
- Ktoś go załatwił. I to brutalnie. Tzimisce może?- zapytał retorycznie Clyde.
- Po co Tzimisce miał go zabijać. Nie mają oni sporu z nimi, ani Sabat. Przynajmniej nic poważnego.- odparła Miracella oglądając zwłoki.
- Może ten czarny wilkołak, co go z Nadią widziałyśmy…
- Może…- stwierdziła Miracella spoglądając w górę. - a może… księżyc jest w pełni… a szpital bisko.-
- To jednak nie zmienia faktu, że jego tu być nie powinno. To nie ich teren, tylko nasz.- obruszył się Clyde.- Trzeba będzie dać cynk szeryfowi.-
I sięgnął po komórkę.
Ann przysunęła się do Miracelli.
- Na pewno nic o spotkaniu nie powiesz mi? - zapytała błagalnie.
- Nie mogę. Lukrecja może, jeśli uzna że powinnaś wiedzieć. Ja nie mogę.- odparła Ventrue, podczas gdy Clyde dzwonił.
- Daj spokój, no... Lukrecja jest wredna. Tylko z tego powodu nie powie. - mruknęła rozżalona Ann.
- A mnie wiąże krew i polecenia… więc sama rozumiesz.- wzruszyła ramionami Ventrue.
Ann burknęła tylko coś i spojrzała na dzwoniącego Brujah.


Joshua przyjechał z całą ekipą śledczą. Koroner zgarnął trupa, a policjanci zabrali się za zabezpieczanie nielicznych śladów. Tych nie było zbyt wiele, zadymka śnieżna sprzed kilku godzin zatarła większość z nich. A i sami Kainici nie mieli zbyt wiele czasu. Noc się kończyła i trzeba było się ukryć przed promiennym zabójcą. Nie było więc wiele czasu na badania, sprowadzenie Larry’ego z jego zwierzęcymi pomocnikami czy Williama z jego pieskami.
To niestety musiało poczekać na następną noc.
Ann więc wróciła z Clydem i Miracellą, do siedziby Lukrecji. I tam spoczęła na dzień w jednym z pokoi tego “hotelu”.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-10-2023, 17:31   #10
Edgelord
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 1 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację



************************************************** *************************************************
GDZIE SĄ ANARCHY?
************************************************** **************************************************


Ann poczłapała w stronę głównej sali. Wyraźnie nie była w najlepszym humorze, ale nie odnosiła się nieprzyjemnie do nikogo. Usiadła przy barze chcąc nie zwracać na siebie uwagi.
Przy barze dyżurowała jedna z ghulic. Nie widziała żadnych Kainitów, ani gości ani stałych bywalców. Pojawił się na jej telefonie SMS od Joshui: “Pilne zebranie o godzinie 22. Sprawa pilna i ważna do omówienia.”
Czyli za dwie godziny.
Ann domyślała się powodu takiej sytuacji. Niewątpliwie wczorajszy trup rozruszał miejscową społeczność wampirów. Wszak nic nie ożywia sytuacji tak dobrze jak trup.
Tymczasem na salę weszła Nadia, wyraźnie rozdrażniona. Rozejrzała się dookoła, westchnęła. I przysiadła przy jednym ze stolików.
Młoda Bezklanowa wstała i powoli podeszła do Nadii.
- Reszta chyba jeszcze śpi. - odezwała się przysiadając do Tremere.
- Albo zajmują się swoimi sprawami. Tak jak ja powinnam. - burknęła Tremere przeczesując palcami swoje włosy. - No… ale głupia, biorę na poważnie autorytet księcia, nawet takiego lokalnego.
- Przecież jest jeszcze czas. - zauważyła Ann - A ty masz rzut beretem.
- Tak. Mam. I pewnie spodziewałaś się że wpadnę zdyszana na ostatnią chwilę… jak Larry lub Garry. Niemniej jako Primogenka mojego klanu, reprezentuję jego splendor. Dlatego wolę przybyć wcześniej.- westchnęła ciężko Kainitka.
- To na pewno byłby ciekawy widok. - stwierdziła - Ale nie pasujesz na miss mokrego podkoszulka.
- Żadna z nas nie pasuje. Zabawna sprawa… cycate wampirzyce najczęściej pojawiają się w różnych horrorach klasy B. - zadumała się Nadia.- Najwyraźniej nawet Toreadorzy mają dobry gust.

- Jesteś znawczynią takich filmów? - zaśmiała się cicho.
- Byłam scenarzystką paru i konsultantką przy paru innych… zanim uciekłam z Los Angeles.- wyjaśniła Nadia.- Z czegoś trzeba żyć.
- Och... Nadia w branży filmowej! - Ann wychyliła się bardziej do Tremere - Szkoda że tego nie widziałam. To naprawdę byłoby ciekawe. A powiedz mi więcej o sobie podczas czasów w Los Angeles. - poprosiła.
- W Los Angeles rządziły anarchy. I miałam okazję zakosztować ich wolności. To był chaos w najgorszym znaczeniu tego słowa. Obecnie jest tam opactwo mojego klanu, ale wtedy było nas tylko paru… oni luźno związani z klanem i knujących przeciw sobie i porządkowi. Opuściłam miasto po zabiciu ostatniego z nich. - machnęła ręką Nadia.- Bez wsparcia struktur klanu musiałam zarabiać na życie, więc pisałam scenariusze… pełne seksu, perwersji i gore. Takie kino klasy B w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
- Po tym znalazł cię Palafox?
- Mniej więcej…- wzruszyła ramionami Nadia.

- Jak się po raz pierwszy spotkaliście?
- Znałam go jeszcze, gdy byłam śmiertelniczką.- zaśmiała się Nadia.- Palafox utrzymywał kontakty z oświeconymi szlachetnego urodzenia. Listowne co prawda, ale to zawsze coś…-
Machnęła ręką.- W sumie to… nie było nic nadzwyczajnego w tym pierwszym spotkaniu oko w oko. Ot, rozmowa przy kominku w gabinecie regenta w Nowym Jorku.
- Mówisz jakby to wszystko było niczym. Ot spotkałaś się z szefem swojego klanu. Poczęstował cię swoim ghulem, czy jak?
- Regentem klanu w Nowym Jorku. To żaden szef, to…- wampirzyca zamyśliła się szukając określenia.-... coś jak miejscowy dyrektor fabryki. Prawdziwe władze klanu siedzą w Wiedniu.
- Nazwijmy go Primogenem Tremere w mieście, ale jednak. - określiła - Jak zaczęłaś dla niego sprzątać innych?
- Po pierwsze mam w tym doświadczenie, a po drugie to w końcu jest Primogen. Wydaje polecenia wszystkim w klanie i dopasowuje zadania do osób. Cyril jest nauczycielem, ja cynglem… ktoś innym badaczem.- wyjaśniła Tremere.
- To miejsce nie wydaje się dobre na twoje możliwości. - odparła Ann - Pilnowanie projektu Regenta? Bez sensu.
- Daj spokój. Ile osób według ciebie zabiłam w Nowym Jorku? Trzy… może cztery. - machnęła ręką Nadia.- Żaden z nich nie był śmiertelnikiem. Nie zajmuję się płotkami. Od tego są najemnicy. Najczęściej nie mający pojęcia o Świecie Mroku. Ja zajmuję się tymi, których śmiertelny pionek nie jest w stanie zabić, czy banda wynajętych Brujah lub Gangreli.

- To na kogo tu masz oko?
- Na nikogo. Myślisz, że ktokolwiek tu jest warty mej uwagi. Larry to mięśniak… brutalny i prosty. Potężny jak na Brujah, ale niezbyt bystry. William? Pfff… potężny ale pozbawiony zębów ambicji. Joshua… zajęty swoją domeną, żadne zagrożenie dla innych. Lukrecja to buchalterka. Garry dziecinny… Ravnoska, tak…- tu zamilkła i zamyśliła się. - Nieważne. Nikt tutaj nie stanowi zagrożenia dla Tremere. Nikogo pilnować nie muszę, poza Charliem.
- Cokolwiek jest w Piramidzie jest problemem. - wzruszyła ramionami - I nie chciałabym by wyszło poza nią.
- To prawda. Ale na razie nic nie wychodzi.- przyznała Kainitka.

- To masz choć określony czas, w jakim masz tu siedzieć i się nudzić?
- Do czasu aż zaczną zbierać się pozostali?- westchnęła Nadia.- Może się od nich dowiem, co sprawiło że Joshua narobił w spodnie ze strachu.
- Chodzi mi o całe miasto, ale powód spotkania to podejrzewam.
- Tyle ile mi każą. Może nawet całe … moje istnienie. Nowy Jork oznacza powrót do opactwa… nie lubię opactwa. Wolę tu być na swoim i wzywana od czasu do czasu, niż tam być cegiełką w piramidzie Palafoxa i… być ciągle obserwowana. - machnęła ręką Rosjanka. - Nie tęsknię za wielkim miastem.
- Dlaczego aż tak cię nie lubią? - zapytała.
- Moja moc… jest dla nich podejrzana. Panowanie nad technologią to domena odszczepieńców Tremere. Domena Sabatu. Nawet nie wiesz jak bardzo mój klan boi i się nienawidzi odszczepieńców. I słusznie zresztą. Magia Krwi wymaga samokontroli…- machnęła ręką Nadia.- … każda magyia wymaga. W innym przypadku łatwo może wymknąć się spod kontroli. Tego się uczysz w klanie. Tacy jak Charlie to chodzące bomby… za taką bombę uważają mnie i ich nie winię. Nie ufają mi i się boją.
- Przecież różne są ścieżki magii. Niemożliwe, że w klanie nie istnieją inni z Camarilli z podobnymi umiejętnościami.
- Dlatego tylko mi nie ufają, a nie próbują zabić. Dlatego ty jesteś tolerowana, a nie martwa.- odparła Tremere uśmiechając się sarkastycznie.

- To istnieją Lasombra w Camarilli? - zapytała z ekscytacją głosie.
- Nie.- zaśmiała się Kainitka i dodała.- Istnieją wampiry w Camarilli które posługują się ich klanową dyscypliną. Jak ją zdobyły to już inna kwestia. Niemniej niech cię nie zmyli ten sztuczny podział na klany. Prawda jest taka, że każdy z nas może opanować każdą dyscyplinę… teoretycznie.
- Możemy to sprawdzić. Spróbujesz mnie nauczyć Thamaturgii. - uśmiechnęła się słodko do Nadii.
- Nie. I jeśli spróbujesz namówić Charliego na coś takiego, zabiję was oboje.- odparła stanowczo Tremere.
- Ale czemu? To byłby idealny eksperyment. - dodała Ann.
- Każdy klan. Każdy… strzeże swoich sekretów zazdrośnie. A Tremere szczególnie pilnują swoich. Zwłaszcza Taumaturgii. Nie będzie żadnej nauki, żadnych eksperymentów.- ucięła sprawę Kainitka.
- Czyli Lasombry by mnie chciały ubić?
- Jesteś teraz Camarilla… oczywiście że chcą cię ubić.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.
- Czy będą chciały z powodu tej dyscypliny.
- Nie…- machnęła ręką Kainitka.- Jesteś Camarilla, więc jesteś trup. Oni chcą zniszczyć nas, my ich… Reszta to semantyka.

Tymczasem do przybytku Lukrecji zawitał Garry, rozglądnął się dookoła. Uśmiechnął i ruszył ku dziewczynom.
- Tooo… co się właściwie stało, że się zbieramy?- zapytał na powitanie.
- Może chodzi o tego trupa Anarchów, którego znaleźliśmy na drodze. - zgadywała Bezklanowa.
- Trup Anarchów? Tutaj ? - zainteresowała się Nadia, a Garry przysiadł. - Dziwne, że pofatygował się tutaj umrzeć. Zwykle… załatwiają takie sprawy między sobą.
- Wyglądało mi na robotę jakiegoś wilkołaka…
- No… mogę popytać Dave’a czy jakieś nowe wampiry naruszyły ich terytorium. - zastanowił się Gangrel, po czym dodał żartem.- Albo posłać jedną z was. Od czasu tej misji dla nich, tolerują waszą egzystencję.
- Sądzisz, że to dobry pomysł? - zapytała Gangrela i spojrzała na Nadię.
- Nie… - machnął ręką Garry dodając po chwili.- Ale pewnie ucieszy cię fakt, że Uktena z północy nie zabiją cię na miejscu, jakby to zrobili z innymi wampirami.-
- Mnie nie cieszy.- wtrąciła beznamiętnie Tremere.
- Chcesz być zabita? - mruknęła Ann.
- Nieszczególnie mi zależy na wdzięczności futrzaków.- stwierdziła obojętnym tonem Tremere. - Ani na ich łasce.
- Więc pójdziemy. - zwróciła się Ann do Garry’ego - Skoro ona marudzi to warto.
- Nie mnie o tym decydować. To zależy od naszego szefa.- zaśmiał się Gangrel, tymczasem szef się pojawił. Joshua wszedł ze swoim potomkiem i Larry’m. Na widok trójki Kainitów, sięgnął po smartfona i zadzwonił.
Ann spojrzała na Nadię.
- Dzwoni po Willa?
- Nie czytam z ruchów warg. Może Garry potrafi?- zapytała ironicznie Tremere zwracając się do Gangrela.
- Nieee… przynajmniej nie wtedy, gdy nie wypiję jednej z moich wyznawczyń na początek nocy.- odparł ze śmiechem Garry.
- Może to coś na nas. - zaśmiała się.
- Może…- stwierdziła Nadia, a Joshua zakończył rozmowę przez telefon. Po czym podszedł do nich.- Witam. Lukrecja już przygotowała miejscówkę. Reszta już obecna. Poza Charlie’m i Williamem. Blake zjawi się później, a Charlie…-
- Zrobi co mu każę. Nie musi uczestniczyć.- burknęła Tremere.
Joshua westchnął ciężko.- Już o tym rozmawialiśmy. Przestań mi utrudniać.-
Następnie zwrócił się do Clyde’a.- Idź po Charliego.
- Jesteś zazdrosna o niego. - mruknęła do Nadii - Że ktoś inny może się nauczyć tej dyscypliny.
- Nie.- machnęła ręką Kainitka, gdy Clyde ruszył wykonać polecenie.- On nie jest częścią Camarilli i nie powinien traktowany na równi z nami.
- Chyba stał się. - zaprotestowała caitifka.
- To wszystko to był zgniły układ. Nic więcej. On był członkiem Sabatu, świadomym… członkiem sfory. - burknęła Nadia. Wstała od stołu wraz Garry i Ann. Ruszyli za Joshuą i Larrym.
- Przecież nie jest jedyny. - fuknęła do Nadii.
- Jedyny który przeżył. A nie powinien. On nie odwrócił się od Sabatu. On prostu miał szczęście i trafił tu… W Nowym Jorku, po prostu by go unicestwili.- syknęła Nadia w odpowiedzi, gdy szli na zaplecze.
- W takim razie coś ci nie wychodzi ubicie go. - Ann mruknęła wrednie.
- Ja trzymam się reguł Maskarady i decyzji mojego regenta. Nawet jeśli mi to nie pasuje. Z łamania reguł rodzi się chaos, z chaosu rewolucja… z rewolucji… cierpienie i ból.- odparła Kainitka.
W znanej Ann salce była już Lukrecja i Miracella, była też Jaine Love siedząca za stolikiem i tasująca karty. Uśmiechnęła się uprzejmie do wchodzących.
Ann usiadła obok Nadii i czekała w milczeniu.

Joshua poczekał aż Charlie się zjawi i rzekł.
- Wczoraj Ann, Miracella i Clyde znaleźli zwłoki. Te należały do wampira z Fortu. Anarch był zmasakrowany i pozbawiony głowy. Nie wiadomo co go zabiło, ale z pewnością nie było to zwierzę. Anarchy z Fortu na Wzgórzu nigdy nie sprawiały nam kłopotów i nigdy nie wchodziły nam w drogę. To że jeden z nich został zabity na naszym terenie jest więc niepokojącym omenem. Podobnie jak fakt, że nie mieliśmy z nimi kontaktu od ostatniej zimy. Co prawda rzadko w ogóle nawiązujemy z nimi kontakt, ale w świetle tego co się wydarzyło… - westchnął Joshua.- Musimy sprawdzić co u nich. Kto się podejmie?
O dziwo, Larry zgłosił się pierwszy.
- Dobra, a kto pojedzie dopilnować by Larry nie narozrabiał?- westchnął Joshua.
- A będę mogła go w razie czego zakołkować? - zapytała Ann.
- Możesz spróbować, ale nie radzę. - Larry uśmiechnął się złowieszczo zerkając na Ann. A Joshua wzruszył ramionami dodając. - Mógłbym mu zakazać, ale chyba nie wierzysz że posłucha?
- Więc niech ktoś jeszcze pójdzie z nami... Nadia będzie świetna w tym. - wyszczerzyła się.
- Nie jestem zainteresowana.- odparła kwaśno Tremere, a Joshua spojrzał na nią z lekko irytacją. Garry się wtrącił.- Ja mogę jechać. Ostatnio chyba za bardzo… no… zasiedziałem.

- Dobra… niech będzie Larry, Garry i Ann.- zgodził sięBrujah.- Powiadomicie miejscowych że mamy zwłoki jednego z nich. Nie wszczynajcie zbyt wielu bójek i nie eskalujcie sytuacji. Wiem że anarchy z Fortu to gang motocyklowy, ale nie przesadzajcie z brataniem się z nimi.
- Czyli żadnych prób przyłączenia się do nich? - zażartowała Bezklanowa.
- Co robisz w czasie wolnym to nie moja sprawa.- odparł żartem Joshua. Lukrecja spytała zaś.
- Czy to wszystko?
- Niezupełnie. William jak przyjedzie to lepiej objaśni sytaucję, niemniej niedawno dostał dokumenty z których wynika że kopalnia… chce zabrać się stare chodniki, te z czasu sprzed zawału 1880.- rzekł Joshua.
- Minęło tyle czasu… nie powinni nic znaleźć, prawda?- zapytał Garry ostrożnie.
- No… właśnie… w tym rzecz… nie wiem. Ogólnie uznaliśmy, że Nosferatu po prostu zginęli przygnieceni skałami. Niemniej jeśli któryś wpadł w torpor.- zastanowił się Joshua.- Szczerze powiedziawszy w dokumentach wspominano coś o jakiś zaginięciach i to jest powodem tego, że kopalnia zwróciła uwagę na tę część chodników kopalnianych.
- Co z tym zamierzamy zrobić?- zapytała Nadia.
- Trzeba spróbować zajrzeć do starych szybów. Mam ich mapę, pewnie lepszą od tych z kopalni. - zamyślił się Joshua.- Zbierzemy ekipę i zajrzymy tam którejś nocy.
- Przydałby się specjalista speleolog. -wtrąciła Jaine układając karty na stoliku.- To nie będzie bezpieczna wyprawa.
- Ktoś z nas zginie? - zapytała Ann.
- Nieeee wiem… nie widzę po prostu szczęśliwego układu. Raczej… neutralny.- oceniła wampirzyca.
Ann jedyne skinęła głową.
- To tyle ode mnie.- rzekł Joshua i spojrzał na Garry’ego, Larry’ego i Ann. - Wyjeżdżacie jutro o zmierzchu. Jak ktoś jest ciekaw raportu, to niech poczeka aż Blake się zjawi. Ja mam patrol.-
Po tych słowach dodał z uśmiechem. - Możecie się rozejść.
I sam ruszył do wyjścia.
Ann spojrzała na Lukrecję i podeszła do niej.
- Pogadajmy.
- O czym niby?- spytała Ventrue przyglądając się jak Garry, Nadia a potem Larry opuszczają pomieszczenie. Clyde wyszedł tuż za nimi, po tym jego zaczepki zostały zignorowane przez Ravnoskę.
- O tym co wczoraj osiągnęłaś przez Miracellę. - stwierdziła dziewczyna.
- Nie widzę powodu. - stwierdziła obojętnym tonem Lukrecja.
- Bo cię o to proszę? - odparła Ann.
- Ile ty masz lat Ann? Ile lat spędziłaś w skórze krwiopijcy?- zapytała retorycznie Ventrue spoglądając na caitifkę.- Nie wyjawia się sekretów swoich politycznych posunięć komuś tylko dlatego, że o to prosi. Polityka to także sztuka dyskrecji i nie ujawniania przedwcześnie atutów. Nawet moja córka to rozumie.
Ann przewróciła oczami.
- Jak chcesz.
- Tak chcę.- odparła Lukrecja uśmiechając się kwaśno. A tymczasem zjawił się Wiliam z teczką i uśmiechem.
- Wybaczcie spóźnienie. Miałem nieoczekiwany, acz jak się okazało, ważny telefon. Zakładam, że… Joshua wtajemniczył was w sytuację?- zapytał na wstępie.
- Dobrze zakładasz. - mruknęła Ann.

- No dobra… to… sytuacja jest taka, że wedle raportów z kopalni wysyłanych do centrali, kilkoro ludzi zaginęło w nieznanych okolicznościach w pobliżu starej… nieużywanej od lat, części kopalni. Jakiś czas temu, w 1880 był tam poważny zawał górniczy. Kilka chodników zostało zasypanych, kilkoro ludzi zginęło. Los sześciu nosferatu którzy mieli tam swoje leże jest dotąd nieznany. Nie było możliwości odkopania tych chodników i sądziłem, że zostaną pozostawione w spokoju. Niemniej wygląda na to, że firma próbuje je odkopać.. dlatego my… powinniśmy się przynajmniej przyjrzeć sytuacji z drugiej strony. - wyjaśnił Blake.- Od dawna nikt z nas nie był, więc nawet nie wiemy jaka jest obecnie sytuacja.
- Brzmi interesująco. - odezwała się Ann z niezdrowym zaciekawieniem.
- Nie jest… - wtrąciła Jaine Love chowając karty.- To sie raczej będzie sprowadzać do chodzenia po opuszczonych i potencjalnie grożących zawaleniem chodnikach kopalnianych. W dodatku w zimie. W okresie, w którym nie chodzi się po jaskiniach. I bez moich kart wiem, że może to być niebezpieczne w najbardziej nudny sposób.
Ann się to nie spodobało się, ale milczała.
- Tak. Zdaję sobie z tego sprawę. - przyznał Toreador. - Zamierzam zaplanować taką wyprawę. Zajmie to kilka nocy, niemniej wolałem uprzedzić zawczasu.
- Zobaczymy czy będziesz miał okazję ją poprowadzić. KIlka nocy to dużo okazji, na zmianę sytuacji.- przyznała Lukrecja po namyśle.- Co będzie jeśli znajdą jakieś ślady Nosferatu przed nami?
- Zawartość raportu sugeruje, że wszystko utajnią. To nie jest firma, której zależy na rozgłosie. Ann może potwierdzić. Była u nich.- rzekł William.
Ann pokiwała głową.
- Nie będą chcieli rozgłosu za nic.
- Więc problemu w zasadzie nie ma.- zamyśliła się Lukrecja.- Chyba… trzeba by poinformować o tej sytuacji Nowy Jork? To w końcu dawna odnoga tamtejszych Nosferatu. Znajomi ich obecnego Primogena?
- Chyyyba… już nie pamiętam. Dawno to było.- przyznał William ze wzruszeniem ramion.
- Może mogłabym Primogen Toreadorów zapytać... - spojrzała na Williama - Co sądzisz?
- Spytać o co?- zdziwił się Blake.
- O sytuację z Nosferatu. Czy ich Primogena opłaca się w ogóle o tym informować.
- Kurtuazja tego wymaga, bez względu na to czy to go obchodzi czy nie.- odparł uprzejmie wampir, a Lukrecja się wtrąciła ironicznie.- Bez względu na to czy istnieje czy nie.
- Więc co zamierzamy z tym zrobić? - zapytała Ann.
- Na razie sami zbadamy sytuację. Na szczęście mamy czas… stara kopalnia to niebezpieczny rejon. Od planów firmy do ich realizacji jest długa droga.- odparł z uśmiechem Toreador.
- Coś jeszcze zostało do omówienia. Ja mam interes do poprowadzenia. A Jaine Love audycję.- rzekła primogenka Ventrue. A Ravnoska wstała od stołu.
- Nie. Chyba nie.- zadumał się Toreador.- Hmm.. na pewno nie.
Wampirzyce zaczęły się powoli rozchodzić. Love kierowała się na zaplecze, zapewne do auta stojącego na tyłach. A Lukrecja i Miracella w głąb budynku, do swoich obowiązków.

Ann za to podeszła do Williama.
- Jak ci mieszkać samemu znowu?
- Jakoś sobie radzę. Przywykłem do samotności. - odparł z uśmiechem Toreador patrząc to na Ann, to ostatniego tutaj Charliego, który również wychodził.- A ty?
- Nie wiem. - odparła - W Nowym Jorku ciągle sama mieszkałam, ale... tam zawsze coś się wokół działo. Ktoś był w okolicy. - stwierdziła.
- Ja jestem w okolicy, Garry jest… Larry nawet. I Nadia. Oczywiście tu okolica jest… nieco… większa.- wyjaśnił Toreador.
- No właśnie. Mnie chodzi o okolicę... w sensie miejskim. Wiesz. Piętro w bloku, jedna ulica.
- Nie przyzwyczajaj się za bardzo do tego. Będziesz żyła dłużej niż człowiek, jeśli będziesz miała dość rozumu. I przekonasz się wtedy, że miasto nie jest tak… statyczną istotą jak ci się wydaje. Moje miasto, Nowy Amsterdam, i obecny Nowy Jork to dwa różne miejsca.- poradził William.

- Nigdy też nie sądziłam, że kiedyś będzie mi brakować nudnego życia w mojej rodzinie pomiędzy nudnymi biznesmenami, co sztukę widzą przez pieniądz.
- Sztuka i pieniądz zawsze szły w parze.- zażartował Toreador i dodał smutno.- Jaką cenę płaci się za nieśmiertelność, tak naprawdę dowiadujemy się po jej uzyskaniu.
- Temu masz swój majątek?
- Nie. Inwestowałem w nieruchomości i jestem cierpliwy. - przyznał bez wstydu William.
- I dość naiwny. - stwierdziła wprost.
- Wolę to nazywać wiarą w dobrą naturę człowieka.- wzruszył ramionami Kainita.

- Ten jebany hazardzista miał czelność próbować mnie pouczać, wyobrażasz sobie? - parsknęła.
- Cóż… będąc wampirem łatwo zapomnieć na czym polega życie.- stwierdził enigmatycznie Toreador.
- Nie jestem tak stara... - zamarudziła.
- Na pewno nie wyglądasz staro.- przyznał z uśmiechem Toreador.
- Więc ciągle pamiętam!
- Skoro tak mówisz. - Blake westchnął ciężko i dodał.- Ann… nie masz powodu gniewać się na ghula. Oni dbają o nasze bezpieczeństwo za dnia.
- Skąd mam wiedzieć co on tak naprawdę robi za dnia? - mruknęła.
- Tym lepiej więc, jeśli nie jest do ciebie nastawiony negatywnie prawda? Zdarzało się że inne wampiry upijały swoją krwią ghule służące swoim wrogom, by… cóż… przekonać ich do zdrady swojego pana. - westchnął William wspominając.- To trudne, ale możliwe do wykonania.
- Chyba nie twierdzisz, że powinnam być dla niego miła? - parsknęła.
- Powinnaś być z pewnością… bardziej znośna i opanowana. Jak Lukrecja czy… Cyril. On cię karał, ale rzadko pozwalał sobie na wybuchy gniewu nieprawdaż?- zapytał retorycznie William.
- Ale to śmiertelnik, ktoś gorszy od wampira. Dlaczego ma być traktowany tak jak ja byłam?
- Ghul to twoja własność, jak dom, samochód, telewizor. Nie musisz go rozpieszczać, ale wypada o niego dbać, aby poprawnie spełniał swoje obowiązki.- tłumaczył Blake.
- Mówisz tak, bo lubisz jego buzię. - burknęła.
- Nie. Wcale nie. To… nieprawda.- zaperzył się William. - Po prostu dbam o twoje dobro.
- I wcale byś nie chciał by z tobą mieszkał?
- Nie. Ja już dostałem nauczkę od świata. Kilka razy.- westchnął smętnie Toreador.
- Źle wybierasz. - pokręciła głową.
- Ja? To twój ghul.- obruszył się Kainita.
- Mówię o twoich wyborach Potomków.
- Tak. Nie mogę… być z nich dumny.- przyznał melancholijnie Blake.
- Opowiesz mi kiedyś o nich? - zapytała Ann.
- Nie. Wspomnienia są bolesne i bez znaczenia. Nie żyje żaden z nich.- machnął ręką Toreador.
- To dawne sprawy?
- Tak. Ale nadal bolą.- przyznał Kainita.

Ann westchnęła.
- Dobrze, postaram się być milsza dla niego. Nawet mogę mu powiedzieć, że zawdzięcza to twojemu wstawiennictwu.
- Nie… to nie jest konieczne. Poza tym ja się za nim nie wstawiam.- odparł pospiesznie Toreador.- To moje porady dla ciebie. Ja dbam o moje pieski. Garry o swoich wyznawców, Lukrecja o swoje “córeczki”, ba nawet Larry o swoich dwóch osiłków.
Ann skinęła głową przyjmując do wiadomości. Inna sprawa, czy popierała.

***


- Jaki motyw tobą kierował, że tak szybko się zgłosiłeś? - Ann od razu zapytała, gdy tylko podeszła do Brujah siedzącego w sali przy stoliku - Liczysz na bijatykę?
- Między innymi. - odparł z uśmiechem Larry. - Anarchy z Fortu są bardziej rozrywkowe… i mniej sztywne niż… wszystkie wampiry jakie widziałaś w swoim życiu.
- Ale mamy unikać burd, słyszałeś co Joshua mówił. - stwierdziła poważnie.
- Pfff… politycznych burd. Przyjacielskie wybijanie zębów się do tego nie wlicza. - machnął ręką Larry.- Ja tam lubię anarchów z mojego klanu. Być może kiedyś takim zostanę.
- Chcesz zmienić sektę? - zapytała zdziwiona.
- Anarchy… to niezupełnie Sekta… to raczej wolne duchy. Każda grupka rządzi się po swojemu. Tam gdzie ich więcej, budują jakieś struktury. Ale mniejsze grupki… nie potrzebują tej całej biurokracji. - wzruszył ramionami Larry i spytał. - Zdziwiłabyś się gdybym zmienił?
- Nie... - westchnęła - Prędzej byłabym zawiedziona.
Larry uniósł dłoń i potarmosił jej wlosy. - Chyba tylko ty jedna. Poza tą i tutejszymi nikt by tego nie zauważył.
Zaśmiał się głośno pocierając swój kark. - Nie planuję żadnych zmian. W sumie gdy nie jest tu nudno, jest… fajnie. A i u Anarchów… ileż można rozbijać te same łby zanim stanie się to rutyną. Tam też bywa nudno.

- Ale i tak planujesz porozbijać trochę łbów teraz, co?
- Nudzę się.- odparł z uśmiechem Kainita. Ze złowieszczym uśmiechem. A następnie wzruszył ramionami.- Anarchy z Fortu to gang motocyklowy. Nie szanują cię, jeśli nie powybijasz trochę zębów z ich pysków.
- To rzucą się na mnie i Garry'ego?
- Nie. Rzucą się na mnie. Ja zaczynam bójkę, to dlaczego mieliby się rzucać na was?- zapytał retorycznie Kainita.
- Bo będziemy dla nich gorsi? Nic co zasługuje na poważanie? - odparła Ann.
- Gang motocyklowy to kultura macho… trzeba wyglądać na silnego. Garry to podstarzały hipis, a ty…- spojrzał na Ann.- Drobna lalunia. Powiedz mi. Wyglądacie na silnych?
Ann wyraźnie się nadęła.
- Nie jestem lalunią... - burknęła.
- Ale wyglądasz na taką. Tak jak Lukrecja nie jest damą, ale na taką wygląda. - odparł z uśmiechem Larry szczerząc kły.
- Abyś się nie zdziwił... - burknęła ponownie.
- Nie słuchasz mnie Ann. Nie mówię kim jesteś, tylko na kogo wyglądasz. I nie nadymaj się tak, bo ci spuszczę powietrze. - odparł żartobliwie Brujah.

- Czyli nie będziesz grzeczny? U anarchów?
- Jestem grzeczny tutaj? - zapytał retorycznie i uśmiechnął.- To chyba najwyraźniej zmiękłem. Za dużo kosmicznych wibracji Garry’ego w powietrzu.
- Jesteś grzeczny przy Joshui. - pokazała mu język.
- Widzisz tu gdzieś Joshuę?- odparł ze śmiechem Larry i wzruszył ramionami. - Nie zawsze… różnica między Joshuą, a starym z Nowego Jorku polega na tym, że… tamten sobie nie poradził. Joshua, jak na razie, radzi sobie za każdym razem.
- A ty ciągle z nimi próbujesz...
- Z kim? - zapytał Larry.
- Z tymi u władzy.
- Nie…- machnął ręką wampir. - Po prostu się nimi nie przejmuję. A poza tym… mnie klątwa klanu szczególnie mocno dotknęła i łatwo tracę panowanie nad sobą. A wtedy nikt kto jest w pobliżu… nie będzie bezpieczny.
- i wtedy trzeba improwizować... jak chociażby z kołkiem. - zaśmiała się.
- Nie radzę ci powtarzać tej sztuczki. - odparł ponuro i złowieszczo Brujah.
- Czy to ma być wyzwanie? - zaśmiała się.
- Nie. To ostrzeżenie. - Larry się nie śmiał patrząc z poważną miną na Ann.
- Dobrze, dobrze. - machnęła ręką - Będę grzeczna.
- No… bo mogę cię rozpruć jak wieprzka i w takim w stanie wrzucić do trumny. - stwierdził filozoficznie Larry. - Dopóki przeżyjesz, dopóty Joshua nie będzie się czepiał… za bardzo.
- Dlaczego zakładasz, że nie będzie się czepiał?
- Jest Brujah… cierpi na tę samą przypadłość co ja.- przypomniał jej wampir.
- A jeżeli by powód to była obrona konieczna, żeby cię powstrzymać?
- Zastanawiasz się czy… jeśli byś mnie zabiła, to czy by Joshua… hmm… ja bym ci pogratulował, zza grobu.- odparł z uśmiechem wampir, wzruszył ramionami.- Niemniej o to się pytaj naszego księcia, nie mnie.
- Ale byłbyś wściekły gdybym cię zakołkowała w obronie. - wytłumaczyła.
- Ostatnio wbiłaś mi zdradziecko w plecy… to nie to samo, co uczciwa walka. - wyjaśnił jej Larry.
- Nie każdy jest w stanie bić drugiego po pysku. - mruknęła - W miłości i wojnie wszystkie chwyty dozwolone.
- Zdradę… my Brujah karamy śmiercią i w miłości i na wojnie.- wzruszył ramionami wampir.
- To nie była zdrada, tylko wykorzystanie sytuacji. - pokazała mu język - Choć spokojny byłeś.
- To była twoja zdrada mojego zaufania, że moją kumpelą jesteś. - odparł Larry wystawiając język.

- To będzie ciekawa wyprawa. Do Anarchów.
- Ano… acz nie spodziewaj się zbyt wiele po nich. To coś… wypad do… no… domu bractwa uniwersyteckiego. Takiego do którego należą karki na stypendiach sportowych. Tyle że… na sterydach.- Larry próbował wyjaśnić cały koncept, choć przychodziło mu to z trudem.
- Damy radę. Mam ciebie i Garry'ego w końcu.
- Taa… nie martw się. Anarchy nie będą chciały nas zarżnąć. Nie zależy im na wojnie ze Stillwater i Nowym Jorkiem.- zaśmiał się Brujah.
- Jesteś im znany?
- Paul mnie znał. Ale nie wiem czy jeszcze żyje. Jakoś szybko dochodzi tam do przetasowań. To całkiem brutalny gang… i wszelkie spory między sobą rozwiązują krwawo. Doszły mnie więc pogłoski że nie żyje. Inni zaś mogli o mnie słyszeć. Parę ich łbów obiłem, jak wpadli do Róży, pijani od krwi alkoholików. - wyjaśnił Larry szeroko się uśmiechając. I znowu się zamyślił.- Dziwne… dawno żadnego u nas nie było.
- Paul? - zapytała - I oni często się zjawiali?
- Ich szef. - wzruszył ramionami Brujah. - Nie… nie zjawiali się zbyt często. Ale zdarzało im się jednak wpaść czasem. Ostatnio zaś, w ogóle. Czy to nie dziwne?
- Może ich tak zniechęciłeś? - zaśmiała się.
- Może… - zgodził się z nią Larry, ale bez przekonania.
- Albo ich coś utłukło, jak nasz Tzimisce.
- Brzmi prawdopodobnie.- przyznał po namyśle Larry.
- Muszę wrócić do domu i tego ghula do pionu ustawić... - mruknęła.
- Miłej zabawy. - odparł z uśmiechem Brujah.



Ann weszła do swojego domu w tym samym nastroju, w którym z niego wyszła - zirytowanym. Nie uśmiechało jej się zmieniać czegokolwiek w traktowaniu człowieka... ale musiała.
- Connor. - uniosła trochę głos, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi.-
- Tak szefowo?- zapytał ghul starając się trzymać… dystans od caitifki.
- Musimy porozmawiać. - wypowiedziała przerażające zdania - Chodzi o to, jak czujesz się pod moją władzą. - odparła sucho i skierowała się do "salonu".
- Czuję się dobrze… żebra chyba prawie się zrosły. - odparł ostrożnym tonem ghul podążając za wampirzycą.
Dziewczyna nagle się zatrzymała i odwróciła w stronę ghula.
- A sądzisz, że miałam rację łamiąc ci je?
Ghul nie odpowiedział od razu.
- Może… deczko przesadziłaś z karceniem. Tak… odrobinkę?- bardziej zapytał niż stwierdził.
Dłuższy czas Ann wpatrywała się w Connora.
- Podważanie moich działań w tak błahych sprawach... - skrzywiła się i odparła spokojniej, trochę jak nastolatka przyznająca się do czegoś, do czego nie chce - Pieniądze to nie problem…
Oblicze Connora przez chwilę nawiedził ironiczny uśmieszek. Niemniej szybko znikł, a on sam rzekł.
- Oczywiście że nie są.
- Nie sądzisz tak. - stwierdziła wprost.
- Oczywiście, że się z tobą zgadzam.- zapewnił Connor.- Nie umknęło mi jednak to, że pan Blake jest znaczącym właścicielem nieruchomości, a pani Borgia dobrze prosperujący burdel. Nawet pan Dukes ma własny warsztat i pokątnie handluje bronią. Oczywiście że pieniądze to nie problem… dla nich.
- Dla mnie też nie jest. - fuknęła siadając na fotelu - jestem bogata, zawsze byłam... - mruknęła jakby odcięta od rzeczywistości.
- Skoro tak twierdzisz. - odparł uprzejmie acz bez przekonania ghul.
- Baudelaire są bogaci!
- No tak. Ale czy ty szefowo jesteś jeszcze Baudelaire? Wedle prawa to ty jesteś… denatką. - przypomniał jej ghul.
- Nie udowodniono tego oficjalnie! - zaprotestowała.
- Nie jestem prawnikiem. Nie mnie o tym decydować. Zresztą prawnicy też nie pracują za darmo. - wzruszył ramionami Connor.
- Nie powinieneś chcieć mojego bogactwa? To by było dla ciebie na plus.
- Ależ chcę… odmrażając sobie tyłek w tej willi, chcę bogactwa i luksusu.- odparł ghul po namyśle.
- Przecież dostałeś pieniądze od Williama. I tak ci zimno?
- Nie.- przyznał Connor.- Dlatego, że dostałem pieniądze od Williama.
- Wyłudziłeś je jak ostatnio robiłeś.
- Tak. Choć nie nazwałbym tego wyłudzeniem.- odparł ghul.
- Zagrałeś na jego emocjach. - zawahała się - W sumie... dobra robota.
- Dziękuję.- odparł Connor z uśmiechem.
- Ale pilnuj się. - mruknęła - I nie pożyczaj na moje imię.
- Tak szefowo. - rzekł potulnie mężczyzna z wyraźną ulgą w tonie głosu.


 
__________________
Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172