Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Science-Fiction Chcesz odkryć w eonach Kosmosu Zapomniane Światy? Walczyć z wszędobylskimi Korporacjami, bądź być małym cyber–trybikiem w ich złożonej Maszynerii? Ostrzem świetlnego miecza wyrąbywać sobie swoją ścieżkę Mocy? To czy odważysz się przejść przez Wrota Wymiarów zależy tylko od Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-06-2018, 08:52   #21
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
292015202SY
Jadalnia
Ponowne spotkanie z Louise było swoistą niespodzianką. Victor miał burzliwy sen, a gdy przyszedł na śniadanie, spotykając po drodze Eddiego i Karasu, trójka znalazła przy stole właśnie swoją kapitan. Białka w jej oczach dalej miały lekką niebieską naleciałość. Kobieta opierała się jedną dłonią, drugą grzebiąc w jakiejś papce. Obok niej stał robot trzymający czarne pudło. Widząc grupę, białowłosa zastukała w skrzynię łyżką. - Medalion.
Victor wyglądał na rozkojarzonego, lub też głęboko zaniepokojonego. Nawet jego ubiór nie był tak wyszukany jak zawsze. Miał na sobie biały bezrękawnik, niebieskie dżinsy i czarne półbuty. Jego długie włosy były spięte w niski kuc. Zasiadając do stołu, wlepił wzrok w jeden punkt na talerzu, nic nie mówiąc. Johanna nie odpowiadała na telefony, co było dość niespotykane. Zostawił z dwadzieścia wiadomości głosowych w jej skrzynce, mając nadzieje że odpowie. Dziwaczny sen który mu się przyśnił niespecjalnie zaprzątał mu głowę. Przynajmniej na razie.
- Przecież nie zostawię go dla siebie, zniszczyłbym całą zabawę - odparł, ściągając medalion. - Póki nie odeślesz go do jakiegoś skarbca, nie możemy z niego korzystać przy treningach? – zapytał, nachylając się nad stolikiem. Jego ciało było w zadziwiająco dobry stanie. Nie istniały na nim żadne widoczne blizny, a czarny bezrękawnik wydawał sihttp://lastinn.info/rekrutacje-do-sesji-rpg/ę opinać jego ciało dużo bardziej niż Lu mogła pamiętać.
- Co jest Victor? - spytał, nie oddając jeszcze medalionu.
- Nie mamy zielonego pojęcia jakie są skutki uboczne. - ostrzegła Lu, nie mogąc się zdecydować, czy ma apetyt na swoją paćkę, czy jednak nie.
- Dlatego wypadałoby go przebadać. Ten medalion mógłby zrewolucjonizować medycynę w całym cesarstwie. Wyobraźcie sobie, jakie stwarza możliwości. Warto byłoby rzucić na niego okiem, a i do moich kronik przyda się opis tej zabawki. Może udałoby się również znaleźć sposób, aby zmniejszyć skutki uboczne u Ciebie, Lu. - rzekł Karasu. Medyk nie miał nic do jedzenia, bo zwyczajnie nie potrzebował substancji odżywczych tego typu. Zamiast tego wyciągnął “strzykawkę” i przesunął nią w stronę Eddiego. Rzekł przy tym - Eddie, w wolnej chwili pobierz sobie krew proszę i dostarcz mi możliwie jak najszybciej. Nie mam pojęcia, czy pani admirał zostawi nam medalion, czy nie, ale pod jednym względem miała rację - ewentualne skutki uboczne. Chciałbym sprawdzić Ci krew, czy ta zabawka przypadkiem czegoś nie namieszała w organizmie, aby nie okazało się, że wybuchniesz nam za kilka godzin, czy coś w tym stylu. Może przy okazji dowiem się dzięki Twojej krwi czegoś więcej? Byłeś w końcu wystawiony na działanie amuletu przez dłuższy czas. - dodał syntetyk.
Nie odrywając oczu od talerza Corvus odpowiedział niebieskoskóremu.
- Johanna… Johanna nie odpowiada na telefony. To co najmniej niepokojące, nigdy nie było problemu się z nią kontaktować. - Uniósł w końcu wzrok i spojrzał po wszystkich.
-...Sho…? - Lu odezwała się do Karasu żując porcję paćki. - CO?! Ekh. - podniosła głos po czym natychmiast się zakrztusiła. Po kilku uderzeniach w pierś pożywienie spłynęło jak powinno. - Jakich kronik?! To tajna misja. - Louise patrzyła na Karasu szerokimi oczyma, pełna niedowierzania. - Ty głupi jesteś? Jak ktoś z was pisał pamiętnik to go spalcie, zanim wszystkich nas skreślą. - ostrzegła.
Kobieta odchyliła się na krześle i dała sobie moment na uspokojenie. - Nie będę ryzykować żadnej plagi czy eksplozji. - stwierdziła w końcu. - Na okręcie mi tego nie użyjesz, a poza nie dam ci wynieść. Pamiętaj o swojej reputacji. - odpowiedziała Eddiemu.
Karasu z niedowierzaniem pokręcił głową. Nie mógł wyjść z zadumy nad niekompetencją tej osoby. Nie dość, że Eddie do tej pory swobodnie korzystał z mocy amuletu, to ta wariatka kompletnie zapomniała, że medyk drużyny jest kronikarzem. Uzupełnienie spisu lub ewentualne znalezienie powiązań z innymi artefaktami, syntetyk traktował jak swój naukowy obowiązek. Najwidoczniej nadmierne korzystanie z książki miało negatywny wpływ na pracę mózgu pani admirał. Karasu uznał, że nie ma sensu wdawać się z nią w dyskusje.
Victor kompletnie zignorował wybuch przełożonej. Irracjonalne zachowania i impulsywne okrzyki kobiety mają genetycznie “ustawione”.
- Stacja skidów. Jaki mamy tam interes? - zapytał wyciągając z tylnej kieszeni piersiówkę. Pociągnął z niej łyka po czym podał Eddiemu.
- Odbieramy artefakt. Nie znam jeszcze daty. - wyjaśniła Lu. - Ale najpierw coś innego. W pobliżu jest stacja wojskowa na księżycu, która kompletnie ignoruje moje wiadomości. Wysłałam drony, znalazły kosmiczną biomasę. Sprawdźcie co się tam stało, a ja zatankuję okręt.
Deklaracja ta z perspektywy Victora była trochę specjalna. Wedle protokołów wojskowych, jeżeli jednostka natknie się na jakikolwiek skażony kompleks badawczy, ma za zadanie wysadzić go z orbity, zanim niepowołane osoby prz ejmą dane prowadzonych tam eksperymentów. Wyjątkiem od tej reguły były tylko te jednostki, których dowódcy mieli specjalne przyzwolenia.
Eddie jeszcze przed wzięciem czegokolwiek do ust wbił strzykawkę w jedną z żył w ramieniu, pobrał krew i oddał syntetykowi. Dopiero wtedy, z wyraźną ulgą na ustach, wziął większy łyk z piersiówki Victora.
- Lu… W takich przypadkach bombarduje się kompleks… skąd ta zmiana w metodologii? - Corvus uniósł podejrzliwie brew.
- Jesteśmy specjalną jednostką. Jeżeli prowadzono tam prace nad jakimiś artefaktami, priorytetem jest je odzyskać. - odpowiedziała.
- To nawet tego nie wiemy? - zapytał Karasu poddając pod wątpliwość sensowność przedsięwzięcia.
- Nie mogę znaleźć tego miejsca w bazie danych. - przyznała Lu. - W takim wypadku mógł to nawet być sabotaż. Poradzicie sobie.
- Jeszcz powiedz mi jedno moja droga. - Rzekł Victor wstając z krzesła. Z kieszeni wyciągnął kartkę z trzema zapisanymi słowami. Mute, Unmute oraz Detonate.
- Co oznaczają te frazy? - Zapytał patrząc w oczy Louise. W latach swojej służby nauczył się że nawet sekundowe odwrócenie wzroku przy odpowiedzi może oznaczać kłamstwo.
-Hm? - Lu podniosła brew patrząc na pilot. - ”Wycisz”, “mów prywatnie do”, i “zlikwiduj słuchawkę”. - wyciągnęła rękę po przedmiot. - Nie oczekiwałam po tobie, że będziesz grzebał mi w kieszeniach. - przyznała.
- Wypadło ci z kieszeni jak zemdlałaś. - Oznajmił Victor, rzucając pilotem tak by przesunął się po stole prosto do Lu. - Naprawde myślałaś że obmacywałbym nieprzytomną kobietę? Ubliżasz mi. - Żachnął się Victor. Sama wizja tego nie wydawała się taka zła, ale Corvus był dżentelmenem z krwi i kości.
- Masz jakieś informacje bądź przypuszczenia gdzie może znajdować się młoda? - spytał Eddie, wyraźnie zaintrygowany problemami szlachcica. Zgromadzonym mogło się wydawać, że aż zbyt zainteresowany. - Możemy wziąć szybszy statek i podrzucę Cię do niej na kilka chwil - zaproponował niebieskoskóry pilot. Co ciekawe, jego ręka ciągle trzymała amulet. Rekolektor wyraźnie był czymś zaintrygowany.
- Avalon-4 Sektor Perseus. Na planecie ma swój własny ośrodek badawczy. - Odpowiedział Victor niebieskoskóremu. - Czuł bym się lepiej jakbym zobaczył ją całą i zdrową. - Z tymi słowami zawiesił wzrok na Edwardzie.
- Nie będzie jej tam. - wtrąciła się nagle Lu. - Nie wiem gdzie będzie i nie mam upoważnień powiedzieć ci dlaczego. - dodała po tym.
Powieka Corvusa zadrżała.
- Wiesz gdzie ona jest? - były szlachcic wstał z krzesła. - Nie mówimy o jakimś pierdolonym piechurze tylko o mojej jedynej córce. - Skierował te słowa prosto do admirał.
-Nie wiem. - powtórzyła się Lu. - Ale nie masz o co się martwić. - zapewniła.
Inkwizytor usiadł z powrotem na krzesło. - Skoro tak mówisz. Dlaczego miałbym ci nie ufać. -. Powiedział jakoś bez przekonania, ale szybko zmienił temat.
- Daleko jest ta baza? -
- Kilka godzin. Zejdziecie jak będziecie gotowi. Albo mi kac zejdzie.
- Mamy coś jeszcze do obgadania? Chciałbym sprawdzić krew Eddiego. - rzekł Karasu znudzonym tonem. Tajemniczość Lu zaczęła wychodzić mu bokiem.
Kobieta wzruszyła ramionami. - Rób co chcesz.
Karasu nie miał nic więcej do dodania, po prostu wstał z próbką niebieskoskórego i udał się do labolatorium. Ciekawiło go, czy medalion ma jakiś wpływ na organizm Eddiego.
- Kurasu, mam jeszcze parę kwestii do omówienia, wpadnę jak tylko skończysz. - stwierdził niebieskoskóry, nakładając na talerz odpowiednią porcję zdrowego i zbilansowanego posiłku. Wyciągnął również przygotowany przez syntentyka koktajl.
- Nie pytałem wcześniej, ale co dokładnie wydarzyło się na mostku? - spytał.
- Mostku? - spytała Lu.
- Mostku nie mostku, czemu przez ostatnie sporo godzin nie było z tobą kontaktu, a teraz masz kaca większego niż świeżak po pierwszej imprezie w kompanii najemników - burknął, wsadzając do ust kawałek mięsa.
- Ah. Użyłam magii aby wspomóc Karasu podczas waszej ostatniej misji. Tego typu moc muszę potem odchorować. - wyjaśniła.
Eddie wstał od stołu, zostawiając część jeszcze niedojedzonego pocisku. - Podrzucę Ci medalion przed rozpoczęciem następnej misji, muszę jeszcze coś sprawdzić - stwierdził dość stanowczym tonem.
- Co takiego? - spytała zimnym tonem Louise.
- Jakby zależało mi na oszukaniu Cię albo ucieczce z tym medalionem, byłbym już na drugim końcu galaktyki pijąc Abhara-tan z pępka uroczej kurtyzany. Wszystkiemu towarzyszyłaby nieco kiczowa, a jednak nadająca się na wakacje muzyka i ogromne ilości kwasu. - odparł spokojnie. - I to nie takiego, w jakim nurkowaliśmy po ten artefakt.
- Co chcesz sprawdzić? - powtórzyła pytanie Louise.
- Mam pewien pomysł odnośnie efektów ubocznych. - stwierdził.
Gdy próbował wyjść z pomieszczenia, dwa roboty stanęły na jego drodze.
- Wyjaśnij mi swoją teorię i cel badań. - poprosiła. - Jeżeli uznam je za wartościowe, pozwolę ci je przeprowadzić w bloku więziennym pod nadzorem Victora. Jak chcesz mnie przekonać do ryzykowania jakiejś magicznej plagi, będziesz musiał się postarać. - Louise miała dość zimny wyraz twarzy. - Jeżeli to nie jest oczywiste, w tej załodze jesteś baterią od skoków nadprzestrzennych. - sprostowała.
- W galaktyce już panuje plaga - poprawił swoją przełożoną.
Po krótkiej ciszy Lu machnęła łyżką. - Rozwiń myśl.
- Wydaje mi się, że medalion może czerpać swoją siłę z żywota innych osób - stwierdził, pomijając większość szczegółów odnośnie rozmowy z Zacharym jak i samego treningu. - Jeden z moich informatorów wspomniał o osobach, z których bez powodu uchodzi prawie cały żywot. Ilość ofiar była dużo większa gdy piratka znajdowała sie w zabijającym ją bezustannie kwasie - wytłumaczył.
- I dlaczego sądzisz, że powinieneś to ‘wytestować’? - spytała Louise. - Masz ochotę na łatwy masowy mord? - podniosła brew.
- Nie, ale jeśli Kurasu przeprowadzi na mnie badania przed i zaraz po wykorzystaniu medalionu, będziemy mieć niemalże konkretną odpowiedź. - dodał.
- I prawdopodobnie ktoś umrze bez dobrego powodu. - uzupełniła Louise. - Ryzykujesz czyjeś morderstwo aby zaspokoić odrobinę niepotrzebnej ciekawości. Ta wiedza nie przyda się do niczego ani mnie, ani tobie. Odłóż medalion. - poprosiła ponownie.
Victor w końcu postanowił sobie nałożyć trochę papki i kawałek mięsa. Zanim jednak wziął kęsa posiłku ponaglił prośbę przełożonej.
- Eddie… -
-Ehh… jasne - stwierdził, rzucając medalionem w stronę Lu. Było to nie tyle wyrazem frustracji czy złości skierowanej na dowodzącą, co raczej niepewnością co do własnej sytuacji. Widać było, że rekolektor nie ma zbyt dobrego zdania o niedoszłej admirał floty, dużo lepiej czuł się wykonując polecenia Corvusa. Może dlatego, że łatwiej było mu go zrozumieć?
Przez kilka chwil niebieskoskóremu zależało, by zawieźć ten artefakt do Anne i zobaczyć jak jej ciało zareaguje na tego typu lekarstwo. Cóż, najwidoczniej będzie musiał wykorzystać Kurasu do stworzenia innej metody odwrócenia tej sytuacji.
W końcu wyszedł z pomieszczenia, odtrącając roboty na bok.
Louise odchyliła się na krześle z głośnym wydechem. - [i]Abra-ka Fuck[pierdol] You[się]. - Słysząc te obce słowa, Corvus odczuł pewną zaćmę przez krótkę chwilę. Zrozumiał je i nagle przypomniał sobie znaczenie wielu innych: battle, war, murder, rush, kill...cała sterta agresywnych i wojowniczych sformułowań przeszła mu przez myśli, choć nie pamiętał, aby spotkał się z tym tajemniczym językiem kiedykolwiek wcześniej.
- Dlatego nie mam dzieci. - zażartowała, czy też wyznała Lu szturchając palcem robota. Maszyna z skrzynią podeszła do stołu i schowała medalion do pojemnika, po czym opuściła pokój.
Na jej słowa wyobraził sobie ripostę Eddiego w stylu “A nie że cię nikt puknąć nie chciał?”. Mimowolnie się uśmiechnął, po czym nadal przeżuwając posiłek skontaktował sie z Albertem.
- Albert przygotuj H.E.S. potem zostaw koło niego butelkę whisky. Jak już wyrusze sprawdź w dostępnych bazach danych osoby czy wydarzenia związane z frazami: Hideki, March, Sych. - zakończył wydawać polecenia. Postanowił w spokoju dokończyć posiłek przed desantem.
Słysząc to Lu uśmiechnęła się, jednak nic nie powiedziała. Niechętnie skończyła swoją paćkę i zostawiła Victora samego sobie, który jeszcze odprowadził ją wzrokiem zawieszając oczy tam gdzie każdy dżentelmen podczas puszczania kobiet przodem.




292015204SY
Laboratorium
Karasu znajdował się w swojej bezpiecznej przystani. Nie musiał przejmować się Lu oraz jej kaprysami, a do tego pokrętnych tłumaczeń na temat misji. Ciekawił go medalion, a konkretnie sposób jego działania. Umieścił próbkę Eddiego w chłodziarce, ale wcześniej pobrał maleńki fragment krwi. Na szklanej płytce umieścił swoją szkarłatną zdobycz i dał ją pod mikroskop. Nie zobaczył nic dziwnego - krew jak krew. Czerwona, ma osocze, czerwone i białe krwinki, płytki krwi. Ot, standardowo. Problem w tym, że nazbyt standardowo. Stężenie białych krwinek było za niskie w stosunku do tego, co Eddie posiadał. Wychodziło zatem na to, że niebieskoskóry był poważnie chory. Z taką ilością leukocytów jego organizm byłby zupełnie niewydolny. Leukopenia wbrew pozorom jest niebezpieczna nawet dla jego rasy.

Medyk miał jednak ciężki orzech do zgryzienia. Eddie nie miał żadnych owrzodzeń, czy aft - podczas jedzenia narzekałby na nie. Nie zauważył również żadnych ropnych zmian na skórze, powiększonych węzłów chłonnych, czy zapalenia płuc. Towarzysz nie skarżył się nawet na nudności. Coś było nie w porządku. Czyżby medalion miał aż taki wpływ na ciało nosiciela? Niedobór białych krwinek jest śmiertelny, zwłaszcza dla tak aktywnej osoby jak Eddie, dlatego już dawno powinny pojawić się jakiekolwiek objawy.

Karasu dla pewności sprawdził w bazie skład krwi najemnika, którą pobrał podczas poprzedniego badania. Chciał się upewnić, czy rzeczywiście dobrze zapamiętał wyraźną różnicę między życiodajnym płynem u ludzi, a u rasy towarzysza. Zaskoczyło go to, co zobaczył. Okazało się bowiem, że aktualna próbka krwi Eddiego jest zupełnie inna od tego, co miał w systemie. Nie było mowy o żadnym błędzie w komputerze. Opcji jednak nie brakowało. Albo niebieskoskóry przekazał mu krew kogoś innego (mógł podmienić ampułkę) albo rzeczywiście krew w jego organizmie nie należy do niego. Medyk nie przypominał sobie jednak żadnej transfuzji w ciągu ostatnich dwóch dni, czy nawet tygodni.

Wątpił, czy medalion który miał leczyć nosiciela modyfikował jego krew w sposób negatywny. Karasu dla pewności przygotował zastrzyk odpornościowy, zawierający selen, cynk, witaminę A, C oraz te z grupy B. Do tego dodał żelaza oraz nieco magnezu. Taki preparat powinien przeciwdziałać ewentualnej leukopenii, jeśli Eddie rzeczywiście by na nią cierpiał. W innym przypadku wzmocni jedynie jego odporność. Zabrał ze sobą przygotowany specyfik, zabezpieczył wszystko w laboratorium i poszedł poszukać najemnika oraz Victora. Sądził bowiem, że tą rozmowę wypadałoby odbyć z drużyną. Lu z kolei niekoniecznie była potrzeba.
Za drzwiami laboratorium czekał na niego obiekt właśnie skończonych badań. Czarny bezrękawnik ustąpił miejsca ciemnozielonej, pokrywającej cały tors bluzie termoaktywnej. Na skroni Eddiego było widać kilka kropel cieczy – albo właśnie wziął prysznic, albo skończył trening.
- Czego się dowiedziałeś? - spytał.
- Ty to masz wyczucie czasu, właśnie Ciebie szukałem. Eddie, nie znasz przypadkiem strefy bez wszędobylskiego nosa Lu? Obawiam się, że okręt jest naszpikowany podsłuchami, a chciałbym przedyskutować coś z Tobą i Victorem przy okazji. - rzekł medyk to towarzysza.
- Myślę że najbezpieczniejsze będzie wnętrze statku któregoś z nas, przeważnie konstrukcja uniemożliwia bezstresowe podsłuchiwanie - stwierdził, wspominając wiele misji, w których ta właściwość poszczególnych jednostek okazała się aż nadto uciążliwa.
- Nie wiem czy mój się nada, nie znam się na tym, więc nie gwarantuję bezpieczeństwa rozmowy. Jak Opus wróci poproszę go o pomoc w sprawdzeniu maszyny na obecność urządzeń trzecich…-wymamrotał Karasu.
- Z czterech dokujących tu statków, nie będących w oficjalnej flocie cesarstwa, zapewne najlepszy okaże się mój Mother Trader. - stwierdził, ruszając w stronę hangaru. – Domyślam się, że wolisz o wszystkim powiedzieć dopiero tam? - spytał.
- Zdecydowanie tak, a do tego przydałby się Victor, o ile ufasz mu na tyle. Przy okazji wstrzyknij sobie to - Karasu podał Eddiemu strzykawkę z serum - To preparat wzmacniający odporność organizmu. Może, ale nie musi Ci się przydać. O szczegółach pogadamy u Ciebie. - rzekł medyk.
Niebieskoskóry wbił kolejną tego dnia strzykawkę w ramię. Tym razem jego krwiobieg został zasilony dziwną substancją. - Victor… jeśli coś stawia cesarstwo w złej pozycji, to lepiej przekazać mu to w nieco inny sposób - stwierdził, rozkładając ręce na boki. - Niestety jego światopogląd nie jest tak otwarty na nowości. – dodał.
Rozumiem, zatem przekażesz mu to, co uznasz za stosowne. - zakończył rozmowę syntetyk.
 

Ostatnio edytowane przez Fiath : 09-07-2018 o 17:13.
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-06-2018, 08:54   #22
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
292015204SY
Statek “Mother Trader”
Wnętrze jednostki “Mother Trader” nie wyróżniało się szczególnie. Wielka przestrzeń ładunkowa wskazywała na pierwotne zastosowania statku. Nim przeszedł wiele modyfikacji, musiał pełnić rolę handlową. W przeciwnym razie większość wolnych stanowisk zostałoby zastąpione bądź to ogromnymi silnikami, bądź też systemami zarządzania i uzbrojeniem per se. Wewnątrz jednostki niewątpliwie zmieściłoby się kilka bombo rozmiaru wystarczającego, by zagrozić pomniejszym bazom gwiezdnym. Jednak uchwyty w każdym, przeznaczonym na ładunek sektorze, wskazywały że Eddie przeważnie umieszcza tam bądź to kontenery, bądź też inne, służące do podróży wewnątrz atmosfery przedmioty. Cóż, kiedyś nawet przewoził nim jakichś zbiegów. Właściwie, to przewoził wszystko, za co mógł dostać pieniądze. Gdyby istniał kompletny wykaz transakcji, w których pośredniczył, niewątpliwie nie mógłby znaleźć się w tym zespole.
Szare ściany ładowni wypełnione były kilkoma różnymi monitorami i wskaźnikami. Karasu mógł zobaczyć, że wnętrze jest mniejsze, niż wskazuje na to kadłub okrętu. Najwidoczniej przestrzeń między zewnętrznym pancerzem a częścią właściwą była wyraźnie większa niż normalnie. Gdyby miał nieco więcej czasu, prawdopodobnie dotarłby to tego, że wbrew panującej wśród piratów i, najwidoczniej Opusa, modzie – nie zostało to wykorzystane do zapakowania tam kiloton super wytrzymałych metali. Tuż za podstawowym pancerzem znajdowały się setki układów scalonych oraz technologia maskowania zakazana przez kilka sektorów w galaktyce.
Większość ładowni była jednak pusta. Kilka dronów bojowych miało bardziej zagwarantować chociaż pozory bezpieczeństwa niż faktycznie pełnić funkcje bojowe. Na jednej ze ścian znajdował się sporych rozmiarów komputer.
Eddie stanął przy nim i wcisnął kilka guzików. Dopiero gdy wklepał odpowiednią sekwencję znaków, system operacyjny Mother Tradera aktywował się. Stojącej w nim dwójce zaczął towarzyszyć przyjemny, mechaniczny szum. Widać było, że statek nie musiał być cichy – jego domeną pozostawał transport w przestrzeni kosmicznej. Gdy kilka kolejnych świateł dało krótki, zielony sygnał, niebieskoskóry uśmiechnął się. – Zagłuszanie włączone, jeśli nie ma czegoś naprawdę wyjątkowego, to powinniśmy móc swobodnie rozmawiać - wytłumaczył.
- To fantastycznie, jestem bowiem przekonany, że ta fanatyczka zaraz by coś wymyśliła. I tak jak do tej pory nie dostaliśmy żadnej gratyfikacji za misje. Wracając do tematu, czy krew którą mi podałeś była na pewno Twoja? Nie posądzam Cię o nic, ale mogłeś chcieć czegoś uniknąć i podać mi materiał kogoś innego. - odezwał się Karasu, jak wszedł do środka.
- Pobierałem ją przy tobie w jadalni, ciężko byłoby mi nie trafić w rękę. - odparł dość prosto.
Syntetyk uśmiechnął się i rzekł - Jestem przekonany, że dałbyś radę wymienić ampułkę w mgnieniu oka i to tak, abym się nie zorientował. Widziałem cię w akcji Eddie. Skoro jednak to była Twoja krew, to musisz wiedzieć, że nie do końca. To, co mi dostarczyłeś nie należało do Ciebie i mam tego 100% pewność. - Karasu obserwował reakcję sojusznika.
Twarz niebieskoskórego na kilka długich chwil utknęła w wyrazie zdziwienia. - Kurwa - dopiero po chwili soczyście zaklął, jakby miało to pozbawić go przytłaczającego zamętu.
- Medalion nie leczy. On magicznie pozbawia kogoś funkcji życiowych. Najwidoczniej transportuje również jego krew do organizmu użytkownika - stwierdził w końcu, spoglądając na syntetyka.
- Miałem podobne obawy. W Twoim organizmie płynie krew kogoś obcego. O dziwo, działa jak Twoja własna, chociaż nie powinna. Zastrzyk, który dostałeś, miał pomóc wyrównać ilość białych krwinek w Twoim organizmie, bo masz ich strasznie mało. Normalnie było odwrotnie, ale krew którą aktualnie posiadasz nie powinna być wydolna. Jednak nie masz żadnych objawów choroby, dlatego podałem ci to zapobiegawczo. Pytanie tylko, z kogo medalion pobiera surowiec? Z losowych jednostek w cesarstwie? Na pewno nie dopasowuje ofiar po potrzebnym typie krwi. - zreferował medyk.
- Domyślam się, że nawet płeć denata nie ma zbyt dużego znaczenia dla tego procesu. - westchnął Eddie. Nie był pewien, czy syntetyk w ogóle rozumie ludzkie emocje, dla pewności jednak starał się ukryć grymas smutku.
- Czy mając moje poprzednie dane, jesteś w stanie odtworzyć krew i przetłoczyć właściwą? - spytał.
- Można zatem założyć, że ta piratka dokonała masowego ludobójstwa w tamtym kwasie. My również. To wstrząsające. Znaczy, ten medalion to swoista broń masowej zagłady, zdecydowanie nie może dostać się w niepowołane ręce. Lu z kolei nie powinna dowiedzieć się, jak działa, bowiem i Ciebie mógłby czekać sąd. Wojsko z kolei mogłoby tą zabawkę wykorzystać nader negatywnie. Wyobraź sobie sam, biorą jakiegoś szpiega, przykuwają go i zakładają amulet. Następnie wystarczy, że strzelają mu w serce, a populacja w kosmosie zaczyna maleć. Z jednej strony interesuje mnie, na czym bazuje medalion przy doborze swoich ofiar, ale zdecydowanie nie chcę dotykać tego tematu. Jakieś resztki humanitarności w sobie mam.- Karasu ewidentnie był zaskoczony sytuacją, nie zakładał bowiem takiego potencjału tego artefaktu.

Po chwili dodał - Tak, mam w lodówce Twoją krew z poprzednich badań. Powielenie jej trochę zajmie, a i sama transfuzja będzie dłuższym procesem. Obawiam się, że nie zdążymy przed następną misją. Niemniej zacznę już produkować Twoją krew na zapas. Przy okazji dodam aktualną ciecz z Twojego organizmu do nanobotów, aby nie było komplikacji. Co powiesz Victorowi? - dokończył syntetyk.
- Jest jeszcze coś… - Eddie nie był pewien, czy dzielić się wszystkimi znanymi informacjami. - Czy jeśli załatwię ci dane medyczne jednej z tego typu “ofiar”, które są podtrzymywane magią przy życiu, mógłbyś spróbować stworzyć metodę na odwrócenie tych efektów? - spytał.
- Hm, to zależy. Jeśli nie będę miał ciała osoby, o której mówimy, to same dane medyczne mogą okazać się niewystarczające. Dużo zależy od tego, co doprowadziło do uszkodzeń. Jeśli amulet, to potrzebuję medalionu lub ciała, które mógłbym dokładnie przebadać. Problemem może być również artefakt, czy iskra podtrzymująca przy życiu - jeśli przestanie działać na sekundę, obiekt może zwyczajnie umrzeć, zanim zostanie wyleczony. Mam za mało informacji. - poinformował syntetyk. Po chwili dodał również, jednak z wahaniem - Jest również inna opcja, mógłbym użyć swojego Anioła Śmierci, ale zapłaciłbym wysoką cenę za skorzystanie z tej możliwości oraz poniósłbym spore ryzyko. Musiałbym mieć zatem gwarancję, że podążałbyś za moimi instrukcjami bez żadnej dyskusji. Ta ostatnia opcja daje praktycznie 100% skuteczność, ale jest przy tym najbardziej niebezpieczna. Wymaga również kontaktu wzrokowego z poszkodowanym. I wyleczyłbym jedynie jedną, taką osobę. - zakończył Karasu.
- Myślę, że najpierw powinieneś przejrzeć same dane, może obejdzie się bez wykorzystania iskry. - odparł po dłuższej chwili spędzonej na wsłuchiwaniu się w mechaniczny szum aparatury Mother Tradera. - Jeśli coś będziesz w stanie załatwić technologią, łącznie z ewentualnym dostępem do medalionu, to stworzysz metodę przeciwdziałania efektom, o których wcześniej mówiłeś. - wytłumaczył, stukając kilka razy w ścianę statku. Widać było, że ewentualne decyzje przychodziły mu z wyraźnym trudem.
- Jeśli damy radę, to po następnej misji przemycę Cię do samej pacjentki - dodał w końcu, najwyraźniej dopiero z czasem odnosząc się do faktycznej treści słów Syntetyka.
- Jest to możliwe tak długo, jak powód uszkodzenia ciała jest logiczny/wytłumaczalny. Gdy będzie działał tak samo, jak czary Lu to zaczną się schody. Bądźmy jednak dobrej myśli i zacznijmy od tych danych. - odpowiedział Karasu.
- Jeśli zaś chodzi o Victora… - wydawało się, że napięcie wypełniające całe ciało niebieskórego delikatnie opadło. Zrobił kilka kroków by pomóc Anne i naprawić coś, co potencjalnie może okazać się wynikiem jego nadmiernej śmiałości. - Jeśli medalion wybiera osoby, które zaistniały niegdyś w życiu wskrzeszonego, to Corvus zwariuje - wytłumaczył, wspominając poranną wymianę zdań między szlachcicem, a dowódca tego statku. Gdyby Victor miał przesłanki do tego, że Johanna znajduje się na skraju śmierci i to z jego winy, sytuacja na statku byłaby możliwie daleka od bezpiecznej.
Z drugiej strony… Niewątpliwie zrobiłby wtedy wszystko, by znaleźć lekarstwo na jej chorobę.
- Zrobisz jak uważasz, znasz go, czego ja z kolei powiedzieć nie mogę. Obiecuję z kolei, że sprawę zostawiam Tobie, bo będziesz wiedział jak to załatwić. Jesteśmy przy tym zgodni, że Lu informować nie trzeba, prawda? - zapytał syntetyk.
- Tak, musimy to trzymać z dala od niej. To nie tak, że ona wychodzi w naszą stronę czy to z informacjami, czy też z nagrodami za prowadzoną pracę. - odparł, uśmiechając się ponuro.
- Nawet mi nie mów, wcześniej miałem co do niej opory, ale teraz kompletnie nie potrafię jej zrozumieć. Schodzi z pokładu, czaruje, zapada w magiczną śpiączkę, a potem focha się na cały świat. Ech, tego pewnie też Victorowi nie mówić? - dodał z uśmiechem Karasu.
- Tak długo jak coś nie dotyczy jego córki, raczej nie wpłynie na jego wiarę czy zdolności koncentracji - zaprzeczył, podchodząc do któregoś z monitorów. Wykorzystując graficzny interfejs przekazał kilkoma gestami parę poleceń systemowi. Monotonny dźwięk systemów zmienił nieco swoją barwę.
- Przekazałem Ci wszystko, co potrzebowałem. Czy chcesz coś jeszcze ode mnie? Mam krew do powielania, a zakładam, że zależy nam na czasie… - medyk szybko tracił zainteresowanie, zwłaszcza wtedy, gdy miał obowiązki do wykonania.
- Do zobaczenia później - stwierdził, odwracając się na chwilę od monitora.
- Trzymaj się. - odpowiedział Karasu i wyszedł z pojazdu. Udał się w stronę laboratorium, gdzie czekało go powielanie krwi swojego sojusznika.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-06-2018, 11:35   #23
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Życie człowieka można z łatwością ocenić za pomocą dwóch wyznaczników: czasu i pieniędzy. Każdy będzie żył określoną, choć jeszcze nieznaną ilość czasu, a w danym momencie posiada konkretny kapitał pieniężny. Korzystając z tych dwóch zasobów, człowiek podejmuje swoje decyzje na podstawie własnych preferencji. Zwyczajowo wykazuje on brak szacunku do tego, czego ma więcej: za młodu będzie marnotrawić czas, a na starość trwonić pieniądze.

Dzisiaj, w 292015208 godzinie wieku gwiezdnego lub jakby to pradawni ludzie określili, w roku 33335 kosmicznej ery, bogaci pieniężne mają również niemal nieograniczony czas. Z odpowiednią opieką medyczną zaawansowanych światów można żyć nawet dwieście, trzysta, a nawet czterysta lat. Daje to ludzkości szansę na spełnienie wszelkich marzeń — nawet wielokrotnie. Kiedyś jednak tak nie było, a na wielu mniej zasobnych światach, nigdy nie będzie.

Lata od dwudziestego, do czterdziestego czwartego wieku kalendarza chrześcijańskiego, nazywane są erą limitu ludzkiego. Ludzie nie dosięgnęli jeszcze gwiazd, a mimo prędkiego i nieprzerwanego postępu technologii, cały czas wydawały się one poza ludzkim zasięgiem. Plany kolonizacji Marsa poległy, a rakiety okazywały się znacznie gorszą metodą transportu gwiezdnego, niż wstępnie oczekiwano. Nauka stanęła przed pewną barierą, której nie mogła przebić. Niezbędny był jakiś skok technologiczny, który nigdy tak naprawdę nie nastąpił. Dopiero gdy mężczyzna znany jako Mark September opublikował sekrety istnienia artefaktów, potężnych magicznych narzędzi skrywanych przez ziemskie rządy, zobaczono postęp. To magia pozwoliła skonstruować pierwszą windę kosmiczną i w efekcie tego, zbudować okręt gwiezdny już w kosmosie, gdzie nie potrzebował on predyspozycji do wyrwania się z grawitacji planety.

Zanim to jednak nastąpiło, ludzie borykali się z coraz większymi problemami. Wraz z postępem automatyzacji, wartość życia człowieka spadała: było mniej pieniędzy do rozdania i trzeba było na nie dłużej pracować, efektem czego człowiek nie miał ani czasu, ani kapitału. Największym wynikającym z tego problemem był spadek w tempie narodzin dzieci. Ludzi nie było na nie stać. Problem ten należało jakoś naprawić.

Sierociniec był instytucją stworzoną z myślą o dzieciach, które utraciły rodziców i potrzebują opieki. Przez setki lat były to zaniedbane instytucje, pozbawione zarówno niezbędnych finansów, jak i miłosierdzia. Dzieci nie żyły długo, nie doczekiwały się adopcji. Ich przeciętny dzień polegał na monotonnej, choć prostej pracy ręcznej przy wytwórstwie, a dieta składała się z resztek jedzenia pozostałych w lokalnych restauracjach.

Dopiero w obliczu nowo powstałego zagrożenia wyginięcia białej rasy przedstawicieli klasy średniej, rządy zaczęły zmieniać oblicze sierocińców. Nazwane zerówkami, kompleksy zaczęły pracę na niewielką skalę. Kilka budowli z prostym zadaniem opieki i edukacji bezdomnych dzieci, pod kątem przygotowania ich do pełnienia konkretnego zawodu, wymagającego dopełniania na rynku pracy. Wychowane w ten sposób dorastały na zdrowych i zdolnych ludzi, gotowych do pracy. Uczciwych i bezmyślnie oddanych rządowi, który planował ich proces edukacji.

Zaraz po pierwszych sukcesach, sierocińce zaczęły się rozrastać, stając się niewielkimi miastami. W niektórych krajach rodzice mogli nawet dostać pieniądze w zamian za urodzenie dziecka dla sierocińca, a programy socjalne mające pomagać rodzinom wychować dzieci, samodzielnie zaczęły zanikać. Nowe pokolenia były znacznie bardziej uzdolnione i potulne. Wedle niektórych analityków, powstanie Cesarstwa było możliwe tylko i wyłącznie dzięki wyparciu typowych rodzin przez politycznie ślepe pokolenia sierot.

Na wielu planetach ta praktyka wciąż jest popularna. Jednak gdy zerówka znajduje się na zapomnianym księżycu, na drugim krańcu znanej galaktyki, sąsiadując tylko i wyłącznie z wojskowym kompleksem naukowym...ciężko nie mieć złego przeczucia.




Tym razem zbiórka miała miejsce na mostku. Grupa mogła osobiście zobaczyć umiejętności nawigacyjne Lu, która zręcznie manewrowała pomiędzy asteroidami, przeleciała przez na wpół otwartą bramę hangaru i zatrzymała statek w niemal kompletnej ciemności. Po wysłaniu kilku komend do automatycznej stacji rura paliwowa wysunęła się ze ściany budowli. Poruszała się powoli i ze zgrzytem. Udało się ją mimo wszystko przyłączyć, czemu towarzyszył dość głośny trzask blokad. Na tym się jednak skończyło, paliwo nie było pompowane. - Generatory od pompy muszą być nieaktywne. - westchnęła Lu. - Szczerze mówiąc, to paliwo nie jest nam potrzebne, po prostu darmowe. - przyznała się po chwili, odwracając fotel w stronę swojej trójosobowej załogi. - Jakbyście mieli okazje, możecie ją włączyć, ale nie jest to niezbędne. Chcę, żebyście po prostu zbadali sytuację na powierzchni. Zostajecie tam tak długo, jak chcecie. Po wyjściu z atmosfery zbombardujemy ten księżyc, więc drugiej takiej okazji nie będzie.
- Magiczny kac chyba przeszedł na dobre, bo pani admirał zdecydowanie wygląda lepiej. Nie zabiła nas na asteroidach, a nawet obiecała bombardowanie. Pytanie, czy coś, prócz satysfakcji oraz chwale cesarstwo, dostaniemy za tą ekspedycję? - zapytał Karasu.
- Hmm… - Lu zamyśliła się na moment. - To zaawansowany kompleks badawczy. Może znajdziecie coś, co przyda wam się w przyszłości...nie chcę obiecywać, że pozwolę wam zachować wszystko co tu znajdziecie: możemy się natknąć na coś pod ścisłą ochroną, jakiś sekret wojskowy godny naszego sejfu...ale mogą tu być rzeczy pożyteczne bez tak wysokiej rangi. Na podstawie mojego autorytetu mogę wam przyznać pieczę nad porzuconą własnością wojskową, w większości przypadków. - zaproponowała.
- Jaka jest szansa na spotkanie czegoś żywego, co nie jest xeno? Mamy eksterminować ewentualnych mieszkańców, czy łapać i liczyć na resocjalizację? Przyznaję, że przydałby mi się ktoś do eksperymentów, ale nie mam pojęcia jak patrzymy na to od strony humanitarnej - rzekł medyk. Mengele grywał w jego duszy słodką pieśń, gdy usłyszał o zamiarach syntetyka. Ten jednak chciał zwyczajnie przetestować coś na humanoidalnej istocie przed tym, jak poda swojemu zespołowi.
- Nie mam pojęcia czy coś tam żyje, moje droidy nic nie znalazły. Podobnie z pomaganiem ofiarom, wszystko zależy od tego czy są zarażeni czymś groźnym, i jak tajny był eksperyment na planecie...Samo eksperymentowanie na ludziach nie jest czymś na co się zapatruję zbyt przychylnie. Chyba aż tak nisko nie upadliśmy? - zachichotała. - Z jednej strony wszystko w imię cesarstwa, z drugiej jesteś syntetykiem o nieobliczalnej osobowości, więc możesz nam zaserwować jakąś katastrofę w stylu tej na powierzchni. Wiesz, że wszystkie moje roboty mają kamery? - puściła oczko w stronę Karasu. - Zostawię decyzję w tej sprawie Victorowi, choć na pewno nie pozwolę ci zniewolić połowy sierocińca w celu jakiś szalonych badań.
- Ja przynajmniej nie czytam do snu Necronomiconu i nie przywołuję Cthulhu czy nie robię Abra Kadabra… - powiedział bardziej do siebie Karasu. Szalone badania? Cesarstwo dla swej próżnej myśli o dominacji poświęciło tysiące istnień i powieka nikomu nie drgnęła. On z kolei pytał o możliwość badania dla dobra misji, nie chciał szczurów laboratoryjnych. Przydałyby się zapasy krwi, bo reprodukcja substancji jest długotrwałym procesem. Medyk uznał jednak, że nie wypada się odzywać. Wiedział bowiem, co o nim wszyscy sądzą.
Victor odziany w swój masywny pancerz przykucywał nad już prawie pustą butelką Whisky. Masywne rękawice delikatnie unosiły naczynie za szyjkę, by po chwili podać ją niebieskóremu. Cała drogę musieli robić tą butelkę na dwoje. Kopuła pancerza była otwarta ukazując tą samą minę szlachcica jaką obecni widzieli w jadalni. Może nawet miał dwa rumieńce pod oczami.
- Odkryć co się stało, Zabezpieczyć wartościowy sprzęt. Dowiedzieć się kto był odpowiedzialny za jakiekolwiek gówno jakie tam zobaczymy…. Na cesarzową. - Zakończył wywód. Miał bardzo złe przeczucia, nie jeden raz po walkach z jakimiś kseno w akompaniamencie biomasy naoglądał się takich obrazów że przez tydzień musiał pić.
- Chodźmy więc - stwierdził, dla odmiany milczący, Eddie. Widział stan Victora, ich dowódca ewidentnie miał inne rzeczy na głowie niż dowody na to, że cesarstwo jednak upadło TAK nisko. Niebieskoskóry stracił nawet ochotę na wytknięcie tych sprzeczności pani admirał. Whisky płynące w jego żyłach pozwalało się uspokoić. Podobny efekt odnosiła obecność jego ekwipunku – przypięta przy udach kabura ze starym rewolwerem, składana snajperka trzymana na plecach niczym miecz w niewiernych historycznie produkcjach medialnych. Równolegle do ziemi, gdzieś na wysokości nerek, znajdował się lekki karabin Pulsar-1.
Lu klasnęła w ręce. - Świetnie, życzę powodzenia. - Jedna z szaf przy ścianie otworzyła się, a owalna, lewitująca maszyna podleciała do trójki agentów. - Tym razem będę nagrywać wasze działania, a przede wszystkim, stan kolonii. - oznajmiła. - Ten robot ma też głośniki, więc to kolejny sposób na komunikację między nami.
- Nie lepiej wysłać go w inny rejon bazy? Skróci to trochę okres poszukiwań - zaproponował niebieskoskóry.
- Nie chcę żeby coś mi go zniszczyło. - odpowiedziała Lu.
Corvus dopił resztkę trunku, po czym w pancerzu zasunęła się czarna kopuła zasłaniając kompletnie szlachcica. Zniekształconym odrobinę głosem, przez pancerz przemówił.
-*hyp* Zaczynamy od Farmy słonecznej, sprawdzimy tam czy obiekt nie leci na zasilaniu awaryjnym. Potem czy w fabryce jest jakiś sprzęt lub broń do odzyskania, a na koniec kierujemy się do ośrodka badawczego. Ustalić co się stało. - Zarządził Corvus, stawiając ciężkie kroki w stronę wyjścia ze statku.
- Victorze, czy jesteś w stanie podejmować racjonalne decyzje? Ja wiem, jesteś dowódcą, ale te kilka procent alkoholu w organizmie może sprawić, że zadrży Ci ręka lub zareagujesz z opóźnieniem. - wyraził swoje wątpliwości medyk drużyny. Corvus nie wyglądał jak zawodowy alkoholik, ale z drugiej strony widać było pewną wprawę. Karasu wolał jedyna nie ryzykować.
- Alkohol w moim organizmie jest właśnie po to by nie drżała mi ręka i mógł podejmować racjonalne decyzje. Zbierać się. - Odpowiedział syntetykowi Corvus.
- Tylko potem nie wołaj o rosół. - odrzekł przełożonemu medyk.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-06-2018, 09:34   #24
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Godzina 292015158SY
Okręt gwiezdny Matryoshka
Jak można było się spodziewać po stanie awaryjnym, drugie piętro było zrabowanym bajzlem. Nawet zabezpieczone żelaznymi kotarami sklepy zostały powysadzane i ograbione: piraci korzystali z zamieszania, aby okraść jeden drugiego. Winę można było zrzucić na cesarstwo albo potrzebę ochrony życia i zdrowia kapitana.

Budowa tego piętra statku była dwuczęściowa: Na górze znajdowały się bardziej pokaźne sklepy, restauracje i miejsca rozrywki jak kino. Na dole były bary, salon gier, i inne bardziej przyziemne placówki. Mimo tego, co sugerowała mapa, cały ten pasaż był jednym ciągiem, a jego środek stanowiła kilkumetrowa dziura w podłodze, pozwalająca obserwować drugą połowę piętra. W obecnym stanie dawało to przewagę strzelecką i organizacyjną znającym okręt piratom. Była ona niewystarczająca, ponieważ już teraz przez tę dziurę Opus widział silnie zabarykadowany oddział cesarski w wąskim korytarzu, prowadzącym na mostek. Mieli dostęp do laserowych barier i automatycznych działek plazmowych. Nawet jeżeli z jakiegoś powodu nie mogli przebić się do przodu, wykurzenie ich było niesamowitym wyzwaniem.

Wyzwaniem, na które piraci zdawali się mieć odpowiedź. Opus znajdował się z Bobem na lewej górnej części piętra. Z kolei zaś na dolnej prawej była winda prowadząca do sal treningowych. Gdy dwójka spojrzała w jej stronę, ze środka wyszły cztery cesarskie maszyny eksterminacyjne, jednak wymalowane na nich symbole sugerowały, że pilotami są piraci. Niezależnie od tego, kiedy i jak ukradli oni ten sprzęt, była to koszmarna wiadomość dla cesarskich oddziałów. Maszyny te strzelały kalibrem wystarczającym, aby wyrządzić szkody w obecnym pancerzu Opusa. Dodatkowo było on zwykle podgrzewany w lufie wystarczająco, aby topić żelazne obudowy innych pojazdów bojowych. Jedyną jego wadą był praktyczny brak defensywy: ponieważ siła kosmitów, na jakich używano tego ekwipunku zwykle i tak była zbyt przerażająca, aby próbować ją wystać, postanowiono zadedykować wszystkie cechy pancerza sile i mobilności.
Opus przykucnął, ruchem ręki nakazując Bobowi zniżenie pozycji. - Niedobrze… - mruknął mechanik, widząc maszyny kroczące. - To pojazdy o dużej sile rażenia, zero pancerza, ot krocząca destrukcja. - wytłumaczył towarzyszowi. - Nie wiem ile byłbym w stanie cię osłaniać, raczej krótko i mało efektywnie. - mruknął unosząc wzrok.
- Jakiś plan? - spytał Bob.
Opus przygryzł wargi pod hełmem, przymykając na chwile oczy w zastanowieniu. - Czekamy, aż zbliżą się do tej dziury. -zadecydował w końcu. - Wtedy ty wystrzelisz rakiety, przynajmniej połowa z nich powinna od tego zejść, ja zeskocze i postaram się załatwić resztę. Jeżeli odpale silniki w powietrzu, może uderze w nich, nim zdążą zareagować. - zadecydował w końcu mechaniki. W normalnej sytuacji, czekałby aż zacznie się wymiana ogniowa z imperium, by wykorzystać element zaskoczenia. Jednak teraz czas oraz strata potencjalnych sojuszników działała na jego niekorzyść. Opus musiał ufać sile swego pancerza, oraz liczyć na to że piraci nie opanowali jeszcze w pełni obsługi tych maszyn.
- Dobra, działamy. - stwierdził Bob, wyciągając ręce w stronę ledwo widocznej windy. Niestety piraci wydawali się dobrze przeszkoleni ze sprzętem: po tym, jak wyszli z platformy transportowej, zaczęli bardzo płynnym zygzakiem sunąć w stronę końca pasażu. Opus wyskoczył, a Bob strzelił...
Z Aresa wyskoczyło wiele dział, z których każde zaczęło ładować albo gotowy do wystrzału, albo energetyczny pocisk rakietowy. Bob nie był do końca pewny co zrobił, ani jak. - Kurwa, moment. - zaklął kierując ręce i lufy w różne miejsca. - Przyznam, że nigdy w karabinach nie gustowałem... - wyznał nagle. Brak jakichkolwiek ćwiczeń z pancerzem tak zaawansowanym jak Ares mocno ograniczał kompetencje użytkownika. Ostatecznie bomby poleciały dość losowo. Wybuchła winda, jeden z eksterminatorów został rozwalony na strzępy, inny wpadł pod podłogę, na kolejnego zawalił się sufit, a potem poprawił pocisk niestabilnej plazmy - rozwałka szła na całego. Opus w swoim Rhino wylądował na ziemi z impetem, wbijając swój młot w nieosłoniętego pilota, po którym została tylko plama. Zaraz po tym Opus oberwał w ramię jedną z rakiet Aresa. Szczęśliwie tylko zaczerniła kolor naramiennika.

Eksplozje wystrzałów Aresa uszkodziły różne elementy statku, prowadząc do lawiny kolejnych wybuchów. Zapaliło się kilka sklepów, wystrzeliły jakieś przeciążone panele na statku, Bob spadł piętro w dół, bo jego platformę zgniótł spadający filar, choć szczęśliwie nie uderzył w niego. Ba, Opus zobaczył, jak otwiera się znacznie większa winda na to piętro, pełna piratów z karabinami i wyrzutniami rakiet. Niestety coś eksplodowało przy włazie i drzwi się kompletnie zacięły, po czym winda zaczęła spadać.

Gdy było po wszystkim, Opus stał na środku ogromnego pobojowiska, oblewany przez deszcz wariujących zraszaczy przeciwpożarowych. Siedzący kilka kilometrów za nim żołnierze cesarscy przyglądali się mu przez lunety i lornetki, bardzo mocno zdziwieni i zdezorientowani, ale też zachwyceni.
Opus wyprostował się, silny mruchem strzepując krew i odłamki czaszki pirata ze swego młota. Spojrzał na Boba, wzdychając głośno. - Następnym razem uprzedzaj przed wydaniem sprzętu… - zwrócił się do towarzysza, widząc pobojowisko. - Acz mam nadzieje, że mój wynalazek zrobił na tobie pozytywne wrażenie. -dodał, ruszając w stronę żołnierzy cesarstwa. Uniósł pancerną dłoń w geście powitania, a gdy był na tyle blisko ,by ci go słyszeli zadudnił głosem wzmocnionym przez system mikrofonów Rhino. - Spec od abordażu przybył pomóc wam w przejęciu tej latającej konserwy! Jak wygląda sytuacja?
- Nasz kapitan jest przy rdzeniu, nie wysadzi go póki nie musi. Za nami jest mostek, zablokowany przez tarczę energetyczną. - żołnierz pokazał kciukiem za siebie, na dość nowoczesną i wyjątkowo grubą barierę. Próbowali ją zakłócić różnymi urządzeniami EMP, ale przy tej głębokości Opus miał podstawy wątpić w ich szanse. - Podaj swoją jednostkę. - poprosił żołnierz.
- Rosomak to mój statek, ale raczej nic wam to nie mówi. Przyleciałem w czasie bitwy, w odpowiedzi na sygnał. Dostałem informację od jakiegoś generała o prowadzonym abordażu, więc podszyłem się pod okręt piracki i oto wraz z mym towarzyszem jesteśmy. - dodał wskazując Boba. - Jestem naukowcem, może uda mi się pomóc przy barierze. - dodał na zachętę.
- Zapraszam. - skinął głową żołnierz, odstępując od bariery.
Opus cmoknął kilka razy pod hełmem, obserwując barierę i starania żołnierzy. Pokiwał kilka razy głową na boki, po czym zwrócił się do osób obsługujących urządzenia EMP. - Jeżeli już macie tak coś zdziałać, trzeba celować w środek. Bariera wychodzi ze wszystkich ścian i zbiega się ku centrum, tam będzie najsłabsza. - wyjaśnił pokazując palcem na obramowanie pola siłowego. - Na razie jednak spróbujemy to zrobić inaczej, przestańcie napierać na barierę. Kapitanie… - zwrócił się do dowodzącego oddziałem. -[/i] Wiem, że to dziwne pytanie… ale macie tu jakichś poległych żołnierzy?[/i]
- Tam tych dwóch. - wskazał palcem na dwa truchła kawałek za barykadą, noszące te same uniformy. - Biedacy nie dobiegli jak ustanawialiśmy pozycję.
- Rozumiem, schowajcie się gdzieś tak by kamery tamtego ekranu was nie obejmowały. - powiedział, wskazując na urządzenie do komunikacji z różnymi częściami statku. Gdy żołnierze zajęci byli usuwaniem się z ewentualnej drogi “rażenia” kamer, Opus podszedł do jednego z martwych żołnierzy. “ Nie wierzę, że doszło do czegoś takiego…” - westchnął w duchu, delikatnie podnosząc ciało na swych rękawicach. Przeszedł do komunikatora, koło którego położył zwłoki, chwile dłubiąc przy urządzeniu, aby uzyskać delikatny efekt szumu w czasie transmisji - tak jak wtedy gdy przedostał się Rosomakiem za granice wrogich okrętów. Kiedy skończył wstukał koordynaty pozwalające na kontakt z mostkiem, gdy połączenie zostało odebrane nie czekał nawet chwili na wypowiedź osoby po drugiej strony, tylko od razu ryknął spod swego hełmu.
- CO TO Z KILKOMA ŻOŁNIERZYKAMI SE PORADZIĆ NIE MOŻECIE? zbliżył hełm do wizjera, jak gdyby był imbecylem nie umiejącym używać tego typu sprzętu. - MEGATON MÓWIŁA ŻE TU SAME LESZCZE! - dodał, schylając się do truchła żołnierza, i z bólem serca łapiąc głowę nieboszczyka wielka rękawicą. - JUŻ Z CHŁOPAKAMI SIĘ NIMI ZAJELIŚMY!! - wrzasnął, przytykając twarz martwego do ekranu, jak gdyby chciał ją przesłać na mostek przez szkło.
Gdy ryk Opusa ustał, starszy mężczyzna ze zdziwieniem spostrzegł, że osoba na ekranie komunikatora jest kobietą w średnim wieku noszącą bardzo pedancki mundur. Siedziała z świetną posturą i przyglądała się ekranowi z wyrazem twarzy pozbawionym emocji. - Dobrze, przeprowadzę skan i skieruję pana na następny region. Proszę poczekać. - odpowiedziała zimnym tonem.
- Co? - opancerzony mężczyzna wydał zdziwiony odgłos, i puknął kilka razy palcem w ekran, sprawiając że ten lekko pękł. - Miałem wam przynieść pakę. Megaton powiedziała, że się kapitan Raz ucieszy z takiej maszynki. - dodał, siląc się na najgłupszy śmiech na jaki było go stać.
- “Pakę”? - kobieta zmarszczyła brwi. - Proszę o detale.
- No jak żeśmy rozwalili kilku z imperium… - Opus zaciął się na chwile, jakgdyby składanie zdań sprawiało mu problem. Był wykładowca długie lata, odbył niejeden ustny egzamin, napatrzył się na studentów, którzy minęli się z powołaniem. To wielce pomagało udawać idiotę. - To mieli taką maszynkę. Robota no, takie, jak siem to mówi,chodzącego, kucające… o kroczącego! - Opus znowu się zaśmiał. - No to Megaton mówi wtedy. “Pójdź ktoś na mostek do tego pedała Raza. I tak siedzi tylko na dupie i nic nie robi, to równie dobrze może pomyśleć jak to otworzyć, a reszta za mną do rdzenia. No i tylko ja jestem na tyle silny by dopchać tu pakę! Więc go tu przytachałem, rozwaliłem tych żołnierzyków… - to mówiąc uniósł wesoło zakrwawiony od pirackiej posoki młot, tak by było go widać w obiektywie.-... i se teraz czekam z paką.
- Pan Kapitan jest teraz zajęty dowodzeniem bitwą….nie będzie on miał czasu zająć się pana paką. - wyjaśniła kobieta, wyglądając na mocno zdezorientowaną bezczelnością tego olbrzyma po drugiej stronie ekranu.
- TO CO JA MAM Z TYM ZROBIĆ! TACHAŁEM TAKI KAWAŁ!!! - Wielka pięść uderzyła w ścianę niedaleko monitora w czasie nagłego wybuchu Opusa, tak by nawet kobieta po drugiej stronie mogła usłyszeć potężny grzmot. - TY! - mówiąc to wskazał paluchem na rozmówczynię. - TY ją ode mnie weźmiesz! Wyglądasz na taką co to wi jak otwierać takie paki. A ja to pójdę wtedy pomóc Megaton z żołnierzykami!
- Może pan po prostu zostawić tą maszynę kroczącą tam gdzie jest… - poinformowała nieco speszona kobieta. - Poproszę jakiegoś oficera o nowe polecenie dla pana… - obiecała, wstając z miejsca i odchodząc na moment od ekranu.
- Paniusiu! Zostawić?! A co takie mróweczki jak wy ją wniosą?! Megaton kazała do Raza zanieść, to zanięse! - wydarł się za nią w monitor. Gdy kobieta zniknęła z ekranu, wysilił wzrok, starając się zarejestrować jak najwięcej szczegółów które teraz pokazywał mu obiektyw. Korzystając ze swego mechanicznego oka nagrywał otoczenia, z nadzieją, że trafi na monitorach tła na wykresy czy dane, które mogłyby mu pomóc sforsować bramę lub potem przejąć statek.
Na niewielkim ekranie komunikatora było widać bardzo mało. Zapełniały go przede wszystkim tyły głów innych operatorów mostku, siedzących przy przeciwległych panelach. Na jednym z monitorów Opus wypatrzył mapę statku z jakimiś oznaczeniami. Nie mógł doszukać się w tej rozdzielczości żadnych detali, ale na mapie oznaczony był rdzeń, mostek, oraz środkowy hangar. Cokolwiek to miało znaczyć.
W pewnym momencie kobieta wróciła, jednak tylko na moment. Podeszła do monitora, wcisnęła coś, po czym znowu odeszła.
Opus kręcił się jak student czekający na ocenę. Bolała go niemal głowa od zabijania swoich szarych komórek trwającym dialogiem. Jednak nie mógł teraz wyjść z roli. - To ja wam pakę ustawię przed tym barierem. - stwierdził w końcu. Miał nadzieję, że może wysłali kogoś po odbiór pancerza. Odszedł od ekranu zbliżając się do Boba w Aresie. Naukowiec zakładał, że jego krzyki słyszeli wszyscy. Nie chciał za wiele mówić, w obawie o lepszy niż mógłby się spodziewać nasłuch okolicy. Wskazał swojemu kompanowi miejsce przed Barierą. - Nieruchomo...jak wyłączony. - mruknął tylko do niego cicho, po czym by nie wypaść z roli w razie ukrytych w pomieszczeniu kamer zaczął pchać Aresa w stronę bariery. Oczywiście Bob musiał lekko mu pomagać, poruszając nogami i posiłkując sie wypuszczanymi z podeszw robota gąsienicami, ale powolnym tempem Opus w końcu ustawił maszynę przed barierą.
W ruchach Aresa dało się wyczuć pewną niechęć lub niezdarność Boba. Manekin został jednak w końcu usytuowany naprzeciw przejścia. Niedługo później, kobieta ponownie pojawiła się przy ekranie komunikatora. - Tsar będzie chciał się z panem zobaczyć. - poinformowała kobieta. - Prosi aby poczekał pan pięć minut, i w tym czasie zabezpieczył mostek.
- Z panienką to ja nie musiałbym się zabezpieczać hehehe. - odparł Opus znowu przysuwając hełm do ekranu. - W sensie mam se stać, tak?
Kobieta nie odpowiedziała. Zamiast tego, przerwała połączenie.
Opus musiał czekać pięć lub może nawet trochę ponad pięć minut. Po tym czasie, statek zaczął się wydłużać, zatrząsł i potem znów zatrzymał. Skok przestrzenny. Matriyoshka wycofała się z pola bitwy, przynajmniej tymczasowo. Dopiero po tym bariera prowadząca na mostek otworzyła się.
- Oh… - Opus był zdziwiony, zupełnie się tego nie spodziewał. Cały jego plan nagle obrócił się o 180 stopni, napluł mu w twarz i uciekł chichocząc. Był oddalony od pola bitwy, na obcym statku, otoczony masą piratów, a do tego byli z nim ludzie (oraz xeno) którzy, w pewnym sensie powierzyli życia w jego rękach. - To się porobiło… - mruknął, zerkając to na Boba to na żołnierzy. Najpierw zwrócił się do kosmity. - Dzięki za pomoc myślę, że tutaj możemy zakończyć współpracę. - stwierdził opierając młot na ziemi. - Nie chce wciągać Cię w dalsze zamieszanie spowodowane tylko moim zatargiem z piratami. Jeżeli chcesz możesz wziąć Rosomaka. - dodał, na chwile milknąc by się nad czymś zastanowić. - Tylko jeżeli się na to zdecydujesz, to zerknij jak już będziesz bezpieczny do komputera pokładowego. Jest tam adres mojej córki, podrzuć jej chociaż Gaudi.
-Jak wyłączę te całe twoje zabezpieczenia? - spytał Bob.
- Zaraz prześlę Gaudi informację by to zrobiła. - odparł naukowiec, jak gdyby nie był to większy problem. - Wprowadzę jej pakiet danych z informacją, że jesteś nowym kapitanem. - dodał, zerkając jeszcze na Aresa. - Potrzebujesz tej puszki ,czy chcesz pożyczyć któremuś z nich? -zapytał wskazując na żołnierzy.
- Jakoś muszę przetrwać spacer do hangaru. - zauważył, klepiąc Opusa w pancerny naramiennik. - Powodzenia. - pożegnał się.
- Dobra a wy chłopaki! - dodał do żołnierzy, ruchem ręki żegnając się z Bobem. - Kto chce niech idzie za ta wielka puszką, będzie z nim bezpiecznie. A kto dalej chce zatłuc kilku piratów, niech idzie ze mną. - dodał siląc się na pewny ton. Oparł młot na ramieniu, ruszając w stronę mostka.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-06-2018, 18:39   #25
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Godzina 292015160SY
Okręt gwiezdny Matryoshka
Gdy Opus wraz z załogą uderzeniową wpadł na mostek, zobaczył przed sobą ogromne, owalne pomieszczenie. Od ściany do ściany zastawione one było komputerami, przed którymi pracowali piraci w czarnych mundurach. Na środku pomieszczenia widoczna była też mapa statku oraz obraz z licznych kamer. Potyczki w dalszym ciągu rozbrzmiewały po całym okręcie, choć przy samym rdzeniu było dość spokojnie — obydwie strony wstrzymywały się przed działaniem.

Na środku tego pomieszczenia stał Tsar Raz. Był to wysoki, szczupły mężczyzna z krótką kozią bródką, ostro ściętymi wąsami i włosami do karku. Miał na sobie czarny mundur, z całej garderoby tylko czapka ze zdobnym guzikiem przedstawiającym jolly rogera odróżniała go od reszty umundurowanych piratów. Ponadto, miał on bladą skórę, równie jasną, co Louise.

- Tak z czystej ciekawości... Jesteś z cesarstwa, czy wojsk najemnych? - zapytał, zmęczonym głosem, choć dostojną manierą.
Opus krocząc korytarzem prowadzącym na mostek pogrążony był w rozmyślaniach. Sytuacja była ciężka, nawet jeżeli udałoby odbić im się mostek, powrót na pole bitwy mógł być problematyczny. Pierwotnie planował rozbić Matrioshke o inne okręty pirackiej floty, by uciec ze statku w Rosomaku, teraz musiał myśleć nad nową strategią. Z drugiej strony, krew buzowała mu w żyłach na myśl, o możliwości rozbicia załogi jednej z większych pirackich band. Kiedy wszedł do pomieszczenia, zachował spokój rozglądając się po komputerach. Nie chciał by trwająca tu walka zniszczyła zbyt wiele sprzętu, w obecnej sytuacji był on niemal niezbędny. Wygląd Tsara, jego ton i maniera były niemałym zaskoczeniem dla naukowca, który dość odruchowo odparł na jego pytanie.
- Właściciwe to...przelatywałem obok więc zajżałem.
Naukowiec stał przed członkami oddziału uderzeniowego, gotowy by osłonić ich tarczą energetyczną. Reszte dowodzenia zostawiał pók ico na głowie kapitana jednostki, wiedział że ten lepiej poradzi sobie ze swoimi ludźmi.
- Grabieżca? - zdziwił się Tsar. - Wobec tego sugerowałbym abyś opuścił ten okręt. Mające tu miejsce sprawy są związane z cesarstwem i gildią piracką. Nie będzie ani zasług do zdobycia, ani skarbów do wykradzenia.
Opus pokręcił głową na boki. - Jestem za stary by żyć dla zysku. - odparł Tsarowi. - To bardziej sprawa personalna, między mną a szumowinami twojego pokroju. - dodał, pewniej chwytając swój młot. - Zresztą...cenię sobie swój mózg, a rozmowa z waszym kontaktem ukradła mi kilka punktów IQ, więc czuje się poszkodowany. - dodał, uśmiechając się pod hełmem.
- Vigilante? - Tsar przejechał palcami po bródce. - Może coś z tego będzie... Chciałbyś może wesprzeć cesarstwo? - zapytał.
- Zdaje mi się, że właśnie to robię. - odparł, nie spuszczając gardy nawet na chwilę. - Czy zaraz mi powiecie że nie ten statek co trzeba zinfiltrowałem. -druga część zdania była skierowana do kapitana jednostki wspierającej Opusa. - Wiesz, o co chodzi blademu?
Mężczyzna z karabinem tylko pokręcił głową na boki. Tsar kontynuował:
- Nie, nie. Właśnie dobrze się składa. Potrzebuję kogoś, kto zabiłby tą załogę. Nie uszkadzajcie za to statku. Nakaz cesarski. - powiedział Raz, uśmiechając się. Zgromadzeni przy różnych wyświetlaczach piraci odwrócili się aby spojrzeć w jego stronę, niepewni sytuacji. - Może potem wyjaśnię ci o co chodzi, jeżeli formalnie będziesz chciał się pod cesarstwem podpisać...bez obrazy, ale póki co brzmisz na uparciucha.
- Ty z kolei brzmisz na starego krętacza. Nie przepadam za takimi. Aktualnie jedyne co mam ochotę uszkodzić to twoja facjata. - prychnął Opus. Jednak mimo gróźb był dość zdezorientowany sytuacją. Wcześniej na monitorze widział trzy zaznaczone punkty, miejsca gdzie według jego wiedzy były główne siły cesarskie. Działo się tu coś śmierdzącego. Naukowiec wiedział, że niektóre gierki sięgają nawet wyżej niż wpływy admirałów, ale obecna sytuacja podobała mu się coraz mniej.
Raz wzruszył ramionami. - Nie mylisz się, choć śmiem wątpić, czy aż tak bardzo musiałeś zgrywać pirata do tej pory… - Kątem oka spojrzał na monitor pokazujący transmisję z rdzenia, gdzie Megaton powoli traciła cierpliwość wpatrując się w jakiegoś nieznanego Opusowi admirała. - Słuchaj, jestem cesarskim specjalnym agentem. Moim zadaniem jest inwigilacja gildii, przejęcie kontroli, a następnie zniszczenie jej od środka. Matriyoshka musi ledwo wyjść z tej bitwy, abym mógł oczernić obecną liderkę...rozumiesz? - spytał Opusa, wyraźnie kwestionując jego samozwańczy intelekt. - Na mocy nadanych mi przywilejów cesarskich nakazuję ci pomóc mi w eksterminacji tej załogi pirackiej...To, czy będę cię musiał aresztować za znajomość cesarskich sekretów, zostawimy na potem.
- A ja jestem zaginioną córką cesarzowej, której klątwa przemieniła w siwego pryka, na mocy moich praw nakazuje ci wyleczyć moje hemoroidy. - Opus wyrzucił z siebie ripostę. - I który z nas ma rację co? - dodał, kiwając głowa na boki. - Jesteś mądrym gościem, więc wiesz że tylko idiota, uwierzy Ci na słowo, może tak brzmiałem przez komunikator ale...
-Moment. - dowódca drużyny z którą wtargnął do sali wraz Opusem przyłożył ramię do brzucha gigantycznego pancerza, sygnalizując naukowcowi, aby ten się odsunął. - Obelgi na imię cesarzowej, to trochę przesady. Chyba nawet on tak sądzi. - Raz zaczął spoglądać na Opusa dość krzywo, choć może nie aż tak nienawistnie jak otaczający go żołnierze. Wyraźnie popełnił faux pass. - Ale bez dowodów faktycznie ciężko ci zaufać. - powiedział dowódca w stronę Tsara. Tsar z kolei westchnął, po czym z niesamowitą prędkością pojawił się przy najbliższym pirackim załogancie, któremu rozłupał czaszkę uderzeniem z kolana.
- W ten sposób. - zademonstrował podejrzany kapitan. - Najpierw to sprzątnijmy, potem pogadamy. Póki jeszcze mamy rdzeń. - zasugerował.
Piracka załoga rozrzuciła się po pomieszczeniu, chowając się za komputerami i stołami wyjmując z kabur podręczne bronie palne, albo zmyślne choć niewielkie bronie białe. Cesarska załoga rozrzuciła się po pomieszczeniu w podobny sposób, aby mieć jakąkolwiek przesłonę między sobą, a lufami przeciwników.
Nigdy tego nie zrozumiem.” - westchnął w duchu Opus, który nie drgnął z miejsca. Jakoś nigdy nie przemawiała do niego tak wielka miłość i szacunek do cesarzowej. Człowiek był człowiekiem. Nie ważne jak potężnym, był niczym w obliczu nauki.
- Tak czy owak… -staruszek odchrząknął pod hełmem, niewzruszony wiszącą w powietrzu bitwą. - Twoje postępowanie nie ma po prostu logicznego sensu. -zwrócił się do Tzara. - Ani w kontekście bycia szpiegiem, ani piratem. W obu tych przypadkach optymalnym dla ciebie, byłoby postępować inaczej. - mówiąc to zaczął powoli iść w stronę centrum sali. - Wniosek. Raczej nie jesteś w pełni oddany gildii pirackiej, lub swej obecnej roli, ale jednocześnie nie wszystko co mówisz o twojej roli wobec imperium jest prawdą. - młot lekko podrygiwał na ramieniu naukowca. Opus cały czas obserwował podwójnego agenta, liczył na chociaż minimalną zmianę jego mimiki.
Tsar zmarszczył brwii. - Tak, tak, cały swój plan ci opowiedziałem, dotychczasową karierę, no i teraz wiesz lepiej. - zabrzmiał wyraźnie poirytowany. - Zdecyduj się w końcu. - poprosił, odzyskując opanowanie, po czym przyjął jakąś pozycję bojową z nieznanej Opusowi sztuki walki.
- Trudna sytuacja… -westchnął naukowiec. - Ostatnie pytanie. Czemu pozwoliłeś sobie na stratę rdzenia?
- Potrzebowałem powodu na opuszczenie pola bitwy. - spojrzał na swoją załogę. - Ciężko o masakrę w zasięgu nadajników.
- To mi rozjaśnia sytuację. - Opus uniósł swój młot, rzucając cień na okoliczne komputery. Po czym ciężko opuścił go na ziemię przy swoich stopach. - Nie powiem bym Ci ufał, ale argumenty i twoja postawa wspierają przedstawioną przez Ciebie wersje wydarzeń. - mówiąc to rozejrzał się. - Acz chyba nie przydam się w walce, która ma doprowadzić do małej ilości zniszczeń, bardziej przydam się przy rdzeniu…
Zakończeniu zdania Opusa towarzyszyła wiązka laseru, którą wystrzelił jeden z pirackich załogantów prosto w głowę Tsara. Ten delikatnie uchylił się do tył. - To za moment… - mruknął, po czym ruszył na swoich, gdy rozbrzmiała orkiestra wystrzałów.
Opus nie mógł pokazać w tej sali pełni swojej siły, by nie zniszczyć zbyt wiele sprzętu. Jednak skala bitwy była na tyle duża, że nawet szybkość Tzara nie pozwalała mu zakończyć jej w mgnieniu oka. Młot opadł na ziemię w centrum sali, niczym sztandar imperium, niewzruszony i milczący. Staruszek przesunął się w bok, by znajdowało się za nim jak najwięcej przyjaznych żołnierzy, po czym uniósł rękę w obronnej pozie.
- Chłopaki trzymajcie się za mną! - krzyknął gdy w lwiej głowie na jego ramieniu zabłysnęły oczy. Energia wylała się z generatora ukrytego w ornamencie, formując szeroką grubą tarczę, podobną do tej która blokowała wcześniej wejścia na mostek. Kilka laserowych wiązek uderzyło o tarczę, rozbijając się o nią z sykiem.
- Nie zostawiamy nikogo! - ryknął, pewnym krokiem ruszając w stronę największej grupki piratów, by zmusić ich do cofania się pod jedną ze ścian.
Strzelanina rozgorzała na całego. Tzar przemykał pomiędzy padającymi od ran piratami jak błyskawica. Drużyna Opusa parła do przodu rozstrzeliwują przeciwników na flankach oraz tych, którzy w obawie przed wiekowym naukowcem rzucili się w ucieczkę. Po kilku minutach było po bitwie, a drużyna mogła odetchnąć z ulgą. Żadnych strat.
- Dobra… - zadyszał Tsar opierając się o komputer. - Plan jest taki: Mówię Megaton, że okręt jest przegrany i ma uciekać. Wy gonicie na trzeci hangar, ten szczytowy. Pozostałe są już niefunkcjonalne. Musicie zlikwidować Megaton zanim opuści statek, abym miał wolną rękę do działania. Dalszy przebieg operacji ustalę z waszym admirałem. - wyjaśnił. - Jakieś pytania?
- Megaton ma mnie dalej za pirata, mogę wpaść na nią gdzieś na skrzyżowaniu dróg. Będę miał element zaskoczenia. - zauważył Opus, wyrywając z ziemi swój młot. - Powiedz tylko, którędy mam biec. Oraz na szybko, co wiesz o Megaton i jej mocach?
-Jej miecz może zmieniać swoją wagę, oraz wagę tego, w co jest wbity. - ostrzegł Tsar wciskając przycisk i pochylając się nad mikrofonem. - Megaton, Matriyoshka jest przegrana. Uciekam kapsułą, radź sobie sama. - chwilę po tej wypowiedzi można było zobaczyć Megaton krzyczącą w stronę kamery, a następnie wybiegającą z rdzenia. Zebrana w pomieszczeniu grupa chciała ją gonić, jednak piraci wysadzili za sobą drzwi.
- Jeżeli po wyjściu stąd wejdziesz na drugie piętro, to dojdziesz na piechotę. Jak nie, to zawsze jest winda po przeciwnej stronie korytarza na mostek. - Raz wcisnął kilka komend w swoją maszynę, po czym wyskoczyła z niej znana już Opusowi mapa.
Opus przesunął wzrokiem po mapie, zapamiętując jeszcze raz układ pomieszczeń. - Dobra… jak to skończe to wtedy przejdziemy do głębszej i spokojniejszej dyskusji. - stwierdził, nie uwzględniając w wypowiedzi faktu zniszczenia wspomnianej windy. Na tyle żwawo na ile pozwalała mu zbroja ruszył w stronę schodów. Chciał przejść przez zbrojownię by znaleźć coś o odpowiednio dużym kalibrze by przebić jedną ze ścian. Tylko takie podejście pozwalało mu odciąć Megaton drogę do stacjonujących w hangarze statków.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-06-2018, 22:41   #26
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
292015209SY
Zapomniana zerówka

Śluz i papka z bezkształtnych wnętrzności. Tylko tyle znajdowało się pod butami trójki
agentów Lu. Grupa ruszyła pustymi ulicami, spacerując po obmywającej ulice posoce.
Od czasu do czasu mijali jakieś szybko rozkładające się ludzkie truchło.
Jedynym dźwiękiem wydawanym przez miasto był skrzyp wywoływany przez ruch wiatru pomiędzy zaniedbanymi budowlami i porzuconymi maszynami. Kompleks był niewielki.
Być może nawet mniejszy od największych cesarskich okrętów wojskowych. Upaść musiał dość dawno. Lądowisko znajdowało się mniej-więcej w centrum kompleksu, z kolei farma słoneczna zaraz nad nim, na północy. Gdy grupa tam doszła, natychmiast zorientowała się, czemu nie ma dość energii, aby operować pompą.

Rak.

Biologiczny organizm będzie bezustannie umierał, to prawo natury. Tysiące razy dziennie musi on wymienić pojedyncze martwe komórki na nowe, żywe. Gdy proces ten zostanie zachwiany, nowe komórki mogą zostać tworzone bez opamiętania, jedna za drugą, nawet gdy są zbędne. Rak był chorobą, która trawiła ludzkość przez setki lat, jednak w końcu się jej wyzbyto. Przypadłość stała się ponownym zagrożeniem dopiero w erze gwiezdnej, podczas badań na kosmitach. Gdy zachoruje organizm ogromnej bestii lub całej kolonii kosmitów na raz, komórki zaczną się mnożyć i wić bez końca. Nie jest to groźne czy szkodliwe dla ludzi oraz zwykle bardzo łatwo temu zapobiec. Większość badań prowadzonych na kosmitach jest rakotwórcza, więc regularnie usuwa się nadmiarowe komórki z badanych obiektów...jeżeli jednak organiczne porosty zakryły całą bazę kosmiczną, to nadzór nad czymkolwiek musiał ustać miesiące temu. Przed oczyma trójki rozpościerała się funkcjonalna farma słoneczna, pełna wysokiej klasy modeli, jednak większość z nich była pokryta przez wici wyrośnięte ze zmutowanych, kosmicznych organów. Wyczyszczenie tego zajęłoby dni ręcznej pracy. Lu zaczęła latać swoim dronem badawczym nad panelami, skanując je. Nie miała jednak nic do dodania.
Reflektory z pancerza Victora rozświetlały sporą okolicę przed nim. Ze skrzwyioną miną przyglądał się biologicznemu świństwu.
- Karasu masz możliwość zidentyfikowania tego… cokolwiek to jest? - Wskazał palcem na najbliższą mu masę przypominającą wnętrzności.
- Na miejscu będzie ciężko, bo brakuje odpowiedniej aparatury. Niemniej pobiorę próbkę. Na ten moment mogę Wam tylko powiedzieć, że lepiej niczego nie dotykać. Zwłaszcza Ty, Eddie. Victora chroni pancerz, ale na Ciebie bakterie z tych komórek mogą okazać się zabójcze. - skwitował medyk. Po dłuższej chwili dodał - Wygląda to na zaawansowane stadium raka. Widocznie zrobili tu jakieś eksperymenty lub ktoś z sierocińca zachorował. Nieupilnowano na czas i zrobił się z tego komórkowy bajzel. Trzeba byłoby wypalić ogniem, bo z takiego gówna wszystko może powstać. - rzekł Karasu, oglądając skalę choroby. Nie chciał wiedzieć, co żywego znajduje się w tej masie. Przerażała go również myśl, że całość mogła być jeszcze żywa. Tak organizm nie pogardziłby ich białkiem.
- Nie mamy jakichś pestycydów czy innej bomby typu biogenocide? - Eddie szedł nieco wolniej od pozostałej dwójki, pozwalając im na pierwsze spotkanie z ewentualnymi zarodkami tej “wspaniałej” substancji. Nie wiedział jak funkcjonują czy rozmnażają się tego typu organizmy. Wystarczyły mu wskazania otrzymane podczas kilku pierwszych misji. Słowa syntetyka dodatkowo utwierdzały go w tym przekonaniu. “Nie dotykać. Najlepiej spalić z daleka.” Dwie proste wskazówki wystarczały, by Eddie wyszedł żywy z niemalże setki następnych misji.
Corvus nie widział potrzeby dalej tu siedzieć. Musiałby tu spedzic caly dzień paląc wszystko w zasięgu wzroku.
-[i] idziemy do fabryki. Musimy się obejść bez prądu.[i]- zarządził inkwizytor.
- Kto wie, może uda mi się uruchomić pompę z naszej strony. - głos Lu tym razem rozbrzmiał nie ze słuchawek, a towarzyszącego drużynie droida. - Bomby są, na pewno to zamieciemy na pożegnanie. - obiecała Eddiemu.
- Wolałbym spryskać je czymś teraz, lepiej zabezpieczać plecy, nawet przed jakimś gówno wirusem - odparł wyraźnie. - Acz jebać to, lećmy do tej fabryki. - westchnął niebieskoskóry. Na wszelki wypadek wypadek wyciągnął z odpowiedniej kabury swój karabin plazmowy.
- Teoretycznie mógłbym swoją toksyną potraktować organizm główny i liczyć na to, że cel sam się sparaliżuje dzięki powielaniu komórek. Problem w tym, że to coś mogłoby zostać wtedy sprowokowane. Prędzej czy później i tak pewnie da nam o sobie znać. - rzekł Karasu. Przerażała go wizja walki z tą masą. Nie bał się o siebie, w końcu był syntetyczny, ale nie bawiła go perspektywa zszywania sojuszników.

~*~

Drużyna skierowała się na zachód. Przechodzili tymi samymi uliczkami co poprzednio oraz kilkoma nowymi. Budynki były w dobrym stanie, a drogi pozbawione uszkodzeń. Całość wyglądała na zadbaną, nie licząc organicznych narośli, których ilość wzrastała, im bardziej zbliżali się do kompleksu badawczego. W pewnym momencie w oddali zaczął rozbrzmiewać warkot. Zbliżał się do nich, a oni do niego. Gdy przechodzili obok szeregów jednakowych jednostek mieszkalnych, zza rogu niedalekiej uliczki wyjechała ogromna maszyna. Posiadała ona niewielką, przeszkloną kabinę, wewnątrz której widać było wykrzywioną i drgającą ludzką sylwetkę, impulsywnie rzucającą kierownicą na boki. Kabina była osadzona na wąskiej ramie, do której na tyle przyłączony był duży silnik, a na przedzie światła. Rozświetlały one zgniataną przez dwa ogromne wały kosmiczną masę. Wały te stanowiły koła pojazdu. Maszyna ta, większa i wyższa nawet od opancerzonego Victora, zaczęła kierować się prosto na zgromadzenie.
- Rozproszyć się! - Krzyknął Corvus szykując swoje palniki termiczne. Gdy tylko oszklona kabina będzie w zasięgu, Victor zacznie traktować ją swoimi zamocowanymi na rękawicach miotaczami. Priorytetem jednak było zejście maszynie z drogi.
Karasu instynktownie zareagował na polecenie Victora. Zszedł z linii drogi pojazdu i ustawił się tak, aby móc strzelić nanobotem w sojuszników.
Eddie wykonał zaproponowany przez dowódcę manewr. Podobnie jak syntetyk zeskoczył z obrane przez pojazd pokoju trasy i odruchowo wystrzelił kilka pocisków w miarowo obracające się wały, czy inne elementy napędu maszyny.
Pociski Eddiego odbiły się rykoszetem od wałów. Dwójka bez trudu zeszła z toru pojazdu, który ostatecznie nie był zbyt prędki. Nawet Victorowi się to udało. Jego palniki ledwo sięgały obrzeży kabiny, ale było to wystarczające dla siły ognia aby ją stopić. Po niedługiej chwili środkowa część pojazdu wraz z jej pilotem stały się jedną, żelazną masą. Póki co, Victor nie sięgnął silnika maszyny, przez co ta się nie zatrzymała, powoli jadąc przed siebie i mijając trójkę agentów.
Corvus bez namysłu postanowił dobiec do silnika i uderzyć go z całej swojej wspomaganej pancerzem siły. Lepiej było unieszkodliwić pojazd, gdyż później nadal może być problematyczny.
Niebieskoskóry najwyraźniej uznał sprawę tego konkretnego pojazdu za załatwioną. Skoro szlachcic ruszył się w swoim pancerzu bojowym, można było uznać to konkretne zagrożenie za rozwiązane. Eddie skupił się na otoczeniu, starał się wychwycić inne źródła ruchu. Jeśli tylko coś znajdzie, wystrzeli kilka pocisków w jego stronę.
Masywny pancerz Corvusa uniósł się dzięki wystrzałowemu odrzutowi plecaka. Gigant uderzył z wielką siłą w silnik maszyny, który eksplodował pod naporem penetrującej jego obudowę pięści. Wybuch ten powalił z nóg towarzyszy Viktora, choć nic się im nie stało. Eksplozja pchnęła również walce. Ten z przodu pojazdu zaczął uciekać w siną dal. Ten z tyłu zaczął pędzić na Victora, który ledwo co osadził stopy na ziemi. Mężczyzna był zmuszony zaprzeć się w miejscu i przyjąć masę żelaza na bark. Uderzenie wydało dźwięk który rozszedł się po okolicy jak gong. Victorem ruszyło z miejsca, jego stopy zdarły asfalt i zagłębiły się w ziemi na kilka centymetrów. Walec jednak w końcu ustał, po czym zaczął toczyć się w przeciwnym kierunku.


Nie do końca tak sobie wyobrażał zatrzymanie pojazdu, ale to też działa. Spojrzał po pozostałych czy nic im nie jest, a następnie zarządził
- Idziemy zanim ta eksplozja zwali nam na głowę lokalnych z całej okolicy. - Kończąc te słowa zaczął maszerować w stronę fabryki.
- Znając nasze szczęście, oni i tak nas dogonią. Może lepiej wybić kilka setek teraz niż zostać później otoczonym? - spytał Eddie, ruszając za Victorem. Nie podważał jego rozkazów, poddawał się nim jak każdy żołnierz. Ostatnie wydarzenia sprawiły jednak, że wolał kilka razy przemyśleć podjęte decyzje.
Karasu był pod wrażeniem opanowania Victora. Właśnie pięścią rozwalił maszynę, prawo został rozprasowany, a on nic, tylko odwrócił się i zarządził dalszy marsz. Medyk zastanawiał się, czy alkohol może mieć aż tak dobry wpływ na niego. Wyobraził sobie przeprowadzenie badań na Corvusie - powoli by go upijał i sprawdzał koordynację. Z tymi myślami syntetyk ruszył za sojusznikami.

~*~

Po dłuższym i pozbawionym niespodziewanych wydarzeń spacerze trójka dotarła do bram kompleksu naukowego. Połączona z fabryką budowla posiadała dwa piętra, choć biorąc pod uwagę odległość od podłogi do sufitu, rozmiarem przypominała bardziej budynek czteropiętrowy. Jej ściany były żelazne i umocnione. Brak było na nich śladów zużycia czy uszkodzeń, nie licząc oczywiście porastającej ją materii organicznej. Tuby przypominające jelita wiły się wokół budowli jak bluszcz, okazjonalnie wypuszczając mięsiste, pulsujące wyrostki przypominające organy. Właśnie ta masa zarosła w drzwiach do budowli, przepychając się przez nie i forsując ich otwarcie, blokując jednak samo przejście.
Kapitan drużyny postawił krok naprzód, po czym wypalił z obu palników jednocześnie, prosto w poskręcane, oblepione śluzem świństwo.
- Miejmy nadzieje, że środek nie jest tym wypchany. - Starał się zachowywać odpowiednią odległość, gdyż nie wiedział jak narośl zareaguje na tak bezpośredni atak.
Niebieskoskóry ustawił się tyłem do Victora i zaczął analizować otoczenie. Nie szukał konkretnych elementów infrastruktury, raczej oczekiwał jakichkolwiek źródeł dźwięku. Zamierzał zidentyfikować mutantów, którzy prędzej czy później tutaj się pojawią i odstrzelić ich z bezpiecznej odległości.
Karasu z kolei miał wyjebane. Tak po prostu, jego receptory emocji postanowiły udać się na wypoczynek. Nie odczuwał strachu, tylko obserwował okolicę. Ustawił się pomiędzy sojusznikami i trzymał snajperkę w pogotowiu. Był gotów wykonać każdy rozkaz Victora.

Ogień palników rzucał czerwone światło i ogrzewał plecy Eddiego oraz Karasu. Dwójka, przyglądając się drodze, z której przybyli, co jakiś czas dostrzegała drobny ruch. Przy bliższych oględzinach, okazywało się to być kolejną pulsującą, mięsistą tubą. Victor musiał wypalać plugastwo przez dobre trzy minuty, robiąc krok w przód co kilka sekund. Jakiś większa teratoma zagnieździła się przy wejściu, a wyrastające z niej plugastwo blokowało wstęp do recepcji. Po jej wyczyszczeniu budynek stał otworem. Tym razem już permanentnie, ponieważ siła palników stopiła drzwi oraz część otaczającej je ramy.

Wnętrze kompleksu badawczego rozpoczynało się od obszernej recepcji. Pomieszczenie posiadało blisko sto miejsc siedzących oraz mnóstwo wolnej przestrzeni, w której można było zwyczajnie stać. W tym momencie była ona oczywiście wypełniona porostami. Jakoś miejsca znów była na wysokim poziomie, ściany były malowane prawdopodobnie jeszcze w tym roku. Na podłodze też nie było śladów pęknięć.

Rozglądając się po pomieszczeniu, w oczy rzucała się tylko dalsza droga: drzwi przy lewej ścianie zdobił zerwany plakat, z którego pozostał tylko górny napis "TITAN". Korytarz na prawo podpisany był tabliczką "Fabryka", zaś droga w przód była obszerna i znajdowała się tuż obok biurka recepcji. Wyżej, tuż nad tym środkowym korytarzem, znajdował się niewielki pokój. Przez szybę tego pomieszczenia widać było stojący w gablocie klejnot. Był to przepiękny, lśniący kamień. Nie wzbudził on większego wrażenia na Victorze, jednak Eddie i Karasu od razu poczuli konieczność jego odzyskania: była to najpiękniejsza rzecz, jaką w życiu widzieli.

Tuż pod nią widniał napis: "Dla grzecznych dzieci najlepsze nagrody".
- Co u licha? - Mruknął pod nosem, widząc świecący się punkt. To było naprawde dziwne miejsca na pozostawienie klejnotu. Zwłaszcza w takich okolicznościach.
- Karasu wejdź za recepcje i poszperaj w papierach, może uda ci się coś z nich wyciągnąć. Eddie, pilnuj perymetru. Lu, powiedz mi czy też widzisz ten klejnot i sprawdź czy mamy wiedzę o jakimś projekcie nazwanym “Titan”. Ja sprawdze te drzwi. - Zarządził Victor, po czym zbliżył się do wspomnianego wejścia i potraktował je frontalnym kopniakiem.
Karasu zbliżył się do dokumentów, ale kątem oka wpatrywał się w klejnot. - Victorze, koniecznie musimy zabrać tą błyskotkę. Jest mi niezbędna do badań. - rzekł medyk z entuzjazmem i z mniejszą werwą zabrał się za przeglądanie danych.
- Badań… Pfft - stwierdził zaskakująco oporny tego typu rozwiązaniom. Z drugiej strony… jeśli ten plastikowy lekarzyna weźmie ze sobą klejnot, jaki problem będzie uzyskać go dla siebie? A za nim zapewne stały nieskończone bogactwa.
Niebieskoskóry czekał na jakieś zmiany w otoczeniu, jednak jego uwaga nieproporcjonalnie często zmuszała go do sprawdzenia czy świecidełko dalej jest na swoim miejscu.
Przeglądając znajdujące się pod biurkiem dokumenty, Karasu znalazł tylko listy obecności oraz kilka niewypełnionych form. Znajdowały się na nich pola proszące o kod uczestnika, podejmowane badanie i godziny jego przeprowadzenia. Ogółem rzecz biorąc, minimalne i podstawowe rzeczy. Wszystkie bardziej interesujące dane musiały być trzymane na komputerach. Ten przy biurku recepcji niestety był w bezużytecznym stanie.

Trzask zwrócił uwagę drużyny, gdy but Victora wywarzył drzwi w lewej ścianie. Był za nimi wąski korytarz z równomiernie oddalonymi drzwiami do prywatnych pomieszczeń biurowych. Na jego końcu znajdowały się też schody do górnej części kompleksu.


- Chciałam zapytać bazę danych o TITAN, ale system prosi o wypełnienie formy. Zanim dostanę odpowiedź, minęłoby kilka dni. - przeprosiła. Jej lewitujący droid zaczął przyglądać się klejnotowi na prośbę Victora. W pewnym momencie maszyna po prostu podleciała pod samą szybę. - Momentami żałuję, że ten dziamdziak nie ma żadnych ramion. - odezwała się Louise przez głośniki maszyny. - Obawiam się, że będziecie musieli odzyskać ten artefakt. Pozwolę wam go za to zachować. - obiecała.
- Skupcie się na zadaniu, te świecidełko zabierzemy w drodze powrotnej. - Zakomunikował Victor przez radio, po czym postanowił zbadać najbliższe mu pomieszczenie.
- Zabezpieczę teren - zakomunikował Eddie, wystrzelając kilka pocisków w szybę dzielącą ich i pomieszczenie z gablotą. Wolał sprawdzić, czy jest przeciwpancerna, czy też pozwala na ewentualny atak z zaskoczenia.
- Trzy drogi, aż się prosi o rozdzielenie się. Wolałbym jednak tego uniknąć Victorze. Mam złe przeczucia co do tego. - rzekł Karasu. Próbował oszacować umiejscowienie klejnotu. Po chwili dodał - Ja bym się kierował lewym przejściem. - uzupełnij swoją wypowiedź.
- Chcesz się rozdzielać jak w horrorze klasy b? - Jakimś cudem Corvus posilił się o żart, lecz po tym szybko dodał. - Sprawdzamy biura…*hyp* - Zarządził.
Corvus bez trudu wywarzył drzwi pięścią. Kamery w hełmie szybko zaprezentowały na wyświetlaczu przed jego oczyma wnętrze pomieszczenia: pozbawione oznak zagrożenia, zarośnięte plugastwem, ciasne, ze zniszczonym komputerem, zarośniętą kamerą ochrony, oraz kilkoma szafami. Było to typowe biura robocze. Jego oględziny przerwał nagły trzask. Była to szyba, która pękła w pomieszczeniu głównym. Eddie bez trudu przestrzelił się przez gablotę chowającą klejnot.
- Czy przetrwał tutaj chociaż jeden komputer? Karasu za mną. - Pokręcił głową inkwizytor, po czym miał zamiar sprawdzić następny pokój. Będzie to robił aż do skutku. Słysząc ostrzał przemówił przez radio. - Eddie do czego strzelałeś? - zapytał niebieskoskórego.
- Potencjalny kontakt - odparł krótko. Spojrzał na pomieszczenie na wyższym piętrze jeszcze raz. Ocenił otoczenie i ewentualny rozbieg. Wystrzelił kilka kolejnych pocisków, tym razem celując w ścianę. Zamierzał stworzyć sobie kilka wgłębień pozwalających na odbicie się od ściany. - Zaraz was dogonię, u mnie spokój. Sprawdzam tylko zaułki - skłamał.
Victor nie był w stanie powiązać stwierdzenia “spokój” oraz słyszanych ostrzałów. Kiwnął jedynie ręką na syntetyka by sprawdził pokój naprzód od tego do którego wchodził inkwizytor.
Karasu spróbował wyważyć drzwi do pomieszczenia wskazanego przez Victora. Myślami wciąż uciekał jednak do klejnotu, przez co nie zwracał uwagi na to, co się dzieje dookoła.
Pociski Eddiego od ścian odbijały się z rykoszetem, zostawiając zaledwie niewielkie rysy. Kompleks zbudowany był z bardzo wytrzymałych materiałów. W międzyczasie Victor z Karasu zaczęli przeszukiwać pokoje. W korytarzu było ich pięć, pierwszy był zarośnięty. Drugi nie miał komputera w ogóle, trzeci był zrujnowany przez zawalone meble. Gdy Karasu otwierał drzwi do piątego, poczuł cudzą obecność na swoich plecach, gdy nie do końca ludzki cień pokrył się z jego. Był to Eddie, który przyszedł dopomóc w przeglądaniu pomieszczeń. To ostatnie biuro miało wewnątrz komputer, ale wokół niego owijało się coś nowego: tym razem organem było ludzkie ramię. Ktoś umarł korzystając z maszyny, a jego truchło przechyliło się na nią. Ciało od jakiegoś czasu już się rozkładało, miało jednak na sobie w dalszym ciągu skórę i mięśnie. Była to też chwila, gdy Eddie poznał jedną z zalet pancerza Corvusa, która bardzo by się tutaj przydała: maska gazowa. Ze śmiercionośnym, ocucającym szokiem z pokoju odrzucił ich zapach rozkładanego ciała, którego woń mieszała się z kosmicznymi zaroślami.
Bez jakichkolwiek ceregieli Victor oderwał od stanowiska resztę nieszczęśnika i rzucił go pod ścianę, traktując go małą dawką palnika. - Spróbujcie to uruchomić. - Wskazał na komputer.
- Ugh, capi bardziej niż na wypalaniu tłuszczowców na BLUCGIF-02. Nie ma opcji żebym tu zostawał. - stwierdził niebieskoskóry, zasłaniając usta dłońmi. Wyszedł z pomieszczenia i ruszył szukać windy bądź schodów.
Karasu przepuścił Eddiego i samemu spróbował uruchomić sprzęt. Miał nadzieję, że nie będzie musiał korzystać z duszy hakera, ale kto wie, jak mogło zostać zabezpieczone to urządzenie.
Te na szczęście znajdowały się tuż obok, zaraz na lewo od pomieszczenia, które właśnie odkryli. Schody kończyły korytarz, prowadzący na drugie piętro.
Komputer, po bliższych oględzinach, był niesprawny. Wijąca się po podłodze masa dostała się do środka obudowy maszyny i uszkodziła jej komponenty. Nie licząc komputerów wywróconych czy przygniecionych, był to główny powód, dla którego nie mogli uruchomić tych maszyn. Były to typowe, niskobudżetowe systemy robocze. Gdyby udało im się znaleźć bardziej pokaźną maszynę, może być lepiej.
- Victor, wchodzę piętro wyżej, będę informował o rozwoju sytuacji - zakomunikował, stawiając pierwszy krok na schodach. Początkowo jego tempo było wyraźnie zaburzone, szedł wolniejszym tempem. Wydawało się, że niebieskoskóry toczy bitwę ze sobą, albo robi coś nie będącego w jego naturze. Po chwili jednak kontynuował normalnym krokiem, zamierzał zacząć od ogólnych oględzin drugiego piętra.
Karasu czekał na dalsze rozkazy Victora. Miał bowiem mętlik w głowie. Przywykł do tego, że w jego umyśle panuje chaos. W końcu miał na pokładzie kilkoro pasażerów. Pojawił się również kielich, który był niczym latarnia w mroku. Medyk z kolei czuł się jak ćma, która pędzi do tego światła. Miał pełną świadomość, że blask go poparzy i pewnie całość skończy się źle, ale nie mógł się powstrzymać. Syntetyk wiedział, że to musi się skończyć. Odezwał się do dowódcy - Victorze, z tym klejnotem jest coś nie tak. Muszę go mieć, rozumiesz? Nie mogę przestać o nim myśleć. Miesza mi w głowie gorzej, niż inne dusze. Pierwszy raz coś takiego czuję. To pożądanie jest niemal namacalne. - dokończył z westchnieniem Karasu. Okazało się, że rozmowa o tym przedmiocie przynosiła ulgę i równocześnie jeszcze bardziej pobudzała chęć zdobycia go.
- Jakieś świecidełko ci miesza w głowie? - Słychać było wyraźną irytację dowódcy. Ciężkimi krokami zbliżył się do syntetyka i pochylił nad nim. Był tak blisko że Karasu mógł zobaczyć swoje odbicie w czarnej kopule pancerza.
- Znowu ci odbija? Więc powiem ci tak. Będziesz nad sobą panował jeśli uważasz się za wartościowego członka drużyny. Mówiłem że artefakt zabierzemy ze sobą w drodze powrotnej. Ale w razie czego mam celować gdzieś… - Palec rękawicy oparł się na splocie słonecznym Karasu. - Tutaj, zgadza się? - Dodał Victor, po czym przemówił do niebieskoskórego
- Eddie czy ty też masz maniakalną potrzebę posiadania tego przedmiotu? Lu? - Wywołał na koniec swojej wypowiedzi admirał.
- Nie, nie, nie maniakalną. - zaśmiał się robot głosem Louise. - Ale wiem co to jest. - przyznała. - Nie spodziewałam się tutaj takich rzeczy, ale to dobry test. Chcę zobaczyć, jak sobie z nim poradzicie. - zdecydowała.
- Najłatwiej będzie zniszczyć. - Oznajmił Victor prostując się, był ciekaw jaką odpowiedź usłyszy od przełożonej.
- Byle byście nie zrobili sobie nawzajem krzywdy. - poprosiła Lu. - Właśnie to mnie interesuje. Dacie radę to rozwiązać i nie wejść sobie w drogę? Mam nadzieję, że tak.
- Czy ja wiem.. - Eddie zaczął się zastanawiać, najwyraźniej niepewny czy jego pragnienie bogactwa powinno zostać siłą odsunięte na dalszy plan. Wziął kilka głębokich wdechów. - Skoro mamy informacje na temat tego klejnotu, czy zgodnie z istniejącymi procedurami nie powinniśmy zostać oświeceni przez coś innego niż to piękne świecidełko? - odparł sfrustrowany. Jego cierpliwość do przełożonych była dość duża. Przynajmniej, gdy ci wiedzieli czego chcą. Prosisz o zadanie, niebieskoskóry je wykonuje. Bawienie się w jakieś testy po drodze… Mniej wulgarni ze znajomych najemników stwierdziliby, że szkoda strzępić na to ryja. Słowa tych z bardziej ograniczonym słownictwem skomentowaliby to w jeszcze ciekawszy sposób. Najchętniej w tym momencie wysłuchałby teraz kilku soczystych bluzgów i wrócił do wykonywania misji. Nie miał jednak tej możliwości.
- Więc może podzielisz sie informacjami innymi niż “to na was wpływa”. - burknął w końcu, zatrzymując się na schodach.
-Karasu dajecie prowadzić na sobie badania, a mi nie? - zaśmiała się Lu. - Jeśli będzie to niezbędne to wam pomogę, spokojnie. Póki co nie ma tu śladu żywej duszy, ludzkiej bądź nie. - zdecydowała.
Eddie zaśmiał się cicho. Lu zwróciła uwagę na coś bardzo ciekawego. Zapłaciłby kilkaset kredytów by zobaczyć jej minę, gdy tylko zda sobie sprawę z faktycznego znaczenia jej słów. Tak, pozwalali Kurasu na eksperymenty. Jej nie.
Woleli zaufać jakiemuś syntetykowi, zlepce części ożywionej w nieznany Eddiemu sposób, niż ich przełożonemu. Tego typu motywacja z pewnością bardzo dobrze wpływała na ich oddanie dla misji, czymkolwiek ta miałaby być. Wszedł w końcu na wyższe piętro i zaczął oglądać kolejne pomieszczenia.
- Jakie znowu eksperymenty? Ja przynajmniej informuje wszystkich o tym co robię i jakie mogą być tego skutki. A Ty pozwalasz mieszać nam w głowie. Jeszcze schizofremikowi mojego pokroju. To nielogicznie. - parsknął Karasu. W jego duszy rozbrzmiewały niepokojące nuty od innych lokatorów. Nie byli bowiem zadowoleni obecnością klejnotu w świadomości zbiorowej syntetyka.
- Idziemy na górę, Eddie nie wybiegaj za bardzo naprzód. - Zarządził, Corvus kierując się w stronę schodów.
Eddie wbiegł na górne piętro. Po jego lewej była szklana ściana pomieszczenia biurowego, pełnego jednoosobowych stacji roboczych. Idąc wzdłuż niej, zobaczył też korytarz, pozwalający wejść do tego pomieszczenia lub drugiego naprzeciw, które wyglądało z zewnątrz identycznie. Korytarz ten ciągnął się do przodu, w głąb kompleksu naukowego. Ignorując go, Eddie mógł spojrzeć naprzeciw schodów, gdzie na końcu korytarza znajdowały się metalowe drzwi z cyfrowym zamkiem na kod. Jeżeli dobrze się orientował w przestrzeni, to właśnie tam znajdował się klejnot. Gdy nad tym rozmyślał, do jego uszu doszło silne łupanie. Najpierw spod a później zza niego, gdy Victor oraz Karasu w końcu go dogonili.
- Idziemy po ten zasrany klejnot. Rozglądajcie się za pomieszczeniem ochrony, może tam się cokolwiek uchowało. - Zarządził kapitan drużyny. Chciał mieć z głowy ten element misji i zająć się odkrywaniem co się tutaj stało i co ważniejsze kto był za to odpowiedzialny.
- Klejnot jest gdzieś za tymi drzwiami - niebieskoskóry wskazał lewą ręką na wzmocnione drzwi z cyfrowym zamkiem. Złapał silniej karabin, jakby wyraźny bodziec miał pozwolić mu na otrząśnięcie się z tego wszystkiego. Po kilku chwilach rozluźnił uścisk, wziął głębszy oddech i spojrzał w stronę korytarz ciągnącego się dalej w głąb budynku.
- Victor, jebać to. Zajebiście kusi mnie ten klejnot. Ale tak jak mówił Kurasu, to wykracza za naturalne pragnienie. - stwierdził w końcu, przyznając się do słabości. - Jeśli żyją tu jakiekolwiek gównomutanty, to zapewne rzucą się na niego gdy tylko znajdą się blisko - dodał, wyraźnie się krzywiąc, gdy tylko zrozumiał tego implikacje.
- Musimy to zostawić. Portfel mnie boli na samą myśl, ale jeśli Lu nie zrzuci nam czegoś co może stłumić te sygnały, nie potrzebujemy tego przy sobie.
- Z przykrością to stwierdzam, ale ja bym to zniszczył. Nie wyobrażam sobie współdzielenia tego z Eddim co już jest dowodem na irracjonalność tego przedmiotu. Jeśli szybko tego nie załatwimy, możemy dalej borykać się z różnymi problemami. - rzekł medyk, po czym dodał - Najlepiej, jakbyśmy tego z Eddim nie widzieli. Chociaż może sami musimy to rozwalić, aby czar prysł? - zastanowił się Karasu.
- Faktycznie… jeśli to wam tak miesza we łbach to z pewnością lokalnym zrobiło to samo a może nawet gorzej. - Victor w zamyśle chciał potrzeć brodę, lecz zapomniał że na drodze stoi mu kopuła pancerza. - Nie zbliżamy się do tego dopóki nie dowiemy się co to jest. Rozdzielamy się i przeczesujemy to piętro. Sprawdzić każde stanowisko. - Zarządził Corvus, samemu kierując się do wejścia po lewej w którym znajdowało się pomieszczenie biurowe. Miał zamiar zajrzeć pod każde stanowisko i do każdej szuflady.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-06-2018, 13:10   #27
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Godzina 292015160SY
Okręt gwiezdny Matryoshka
Jedną rzeczą, o której nie wiedział Tsar, była popisowość Akh'nura. Kosmita w pancerzu wspomaganym przypadkiem zniszczył drogę z pasażu sklepów do hangaru oraz windę do sal treningowych. Z tego powodu Opus musiał szybko myśleć i jeszcze szybciej biec. Naukowiec udał się przez korytarze z mostka do kwater specjalnych, następnie wbiegł do kwatery kapitańskiej, której drzwi otworzył mu będący na mostku Raz. Tam skorzystał z windy do rdzenia.

Rdzeń był okrągłym, szerokim pomieszczeniem z wielką kulą plazmowej energii unoszącej się w mechanizmie pośrodku pomieszczenia. Nie było tu już admirała i jego siły uderzeniowej, a wyłącznie pozostawiona przez niego mała grupa żołnierzy. Część z tych, którzy biegli wraz z Opusem, zatrzymała się, aby z nimi porozmawiać. Profesor nie miał czasu na tego typu przyjemności. Zamiast tego przeszedł do zbrojowni.

Tam bez większej troski zaczął wyrywać drzwiczki z wszystkich szafek i kufrów. Większość broni była już zabrana. Nie było karabinów, strzelb, ani nawet wyrzutni, których często używano przeciwko ludziom wekwipowanym tak, jak Opus. Jakkolwiek niewielka była grupa abordażowa, ich działania zasiały dość paniki na statku, aby zmobilizować wszelkie wojska. Szczęście jednak w końcu dopisało profesorowi: znalazł materiały wybuchowe. Tych w walce na własnym okręcie się nie używa, zwłaszcza jeżeli jest się optymistą.

Uzbrojony w eksplozywne pakiety naukowiec ruszył prędko w stronę sal treningowych. Korytarz był długi, ale pozbawiony przeszkód i pojemny, dostosowany do przeprowadzania grup ludzi. Dzięki temu opancerzonemu Opusowi biegło się bez trudu.

Sala treningowa była masywna, miała miękkie podłogi i ściany, oraz mnóstwo stojaków na drewnianą broń. Były tu oczywiście też kabiny do symulacji lotów oraz strzelnica. Na podłużnym przekroju okrętu służącym za mapę nie dało się tego zobaczyć, ale dzięki swojej głębi, sala ta mogła być jedną z największych na statku. Opus natychmiast dopadł do jej ściany, przywalił w nią młotem, robiąc w niej znaczne wgłębienie, następnie zapełnił je materiałem wybuchowym i oddalił się. Eksplozja rozerwała ścianę, odsłaniając wnętrzności okrętu: pełne rur i kabli. Mężczyzna przedarł się przez nie bez trudu, rozrywając je, jak leci, a następnie powtórzył swój trick młota i dynamitu na drugiej ścianie. W ten oto sposób wreszcie dostał się do środkowego hangaru. Grupa towarzyszących mu żołnierzy zatrzymała się w przestrzeni pomiędzy pomieszczeniami, aby Opus mógł sprawdzić możliwości swojej pirackiej persony.

Wewnątrz hangaru czekała go wizja ostatniej szansy: Megaton zabiła prawie całą swoją załogę w walce o ostatni wolny statek. Gdy Opus wszedł do wnętrza hangaru przez dziurę w ścianie, agresywna kobieta właśnie wyrywała swoje ostrze z przedostatniego żywego pirata. Oprócz niej był tu jeszcze jeden mężczyzna: dowódca drugiej drużyny, którą Opus spotkał, gdy lądował na statku.
Opus wyszedł z dziury w ścianie, pokryty odłamkami stali oraz kroplami smaru. Jego plan ataku na Megaton z zaskoczenia, raczej nie miał już szansy bytu. Nie przewidział braków w wyposażeniu ratunkowym statku.
- Cóż za spotkanie. - zagrzmiał spod hełmu, pewnie chwytając młot. - Czyli trzech dowódców spotyka się pod ostatnim statkiem, czyż to nie filmowe? - naukowiec spojrzał na umięśnionego kompana Megaton. - Mam nadzieje, że zdanie nie było zbyt złożone?
- Kurwa dowódców?! - zagrzmiała Megaton. - Pierwszy raz widzę twój ryj, taki z ciebie dowódca knypie. - splunęła na podłogę, po czym ruszyła w stronę statku. Niewielki pojazd mógł spokojnie zmieścić całą trójkę, więc najwidoczniej kobieta nie przejmowała się tymi, którzy jeszcze nie próbowali jej zdradzić.
- Chyba dałem się ponieść chwili, fajnie było po prostu dowodzić! - Opus ruszył w stronę okrętu, chwytając się kolejnej możliwości. Niestety wchodzenia na statek nie było mu na rękę, mała przestrzeń okrętu nie działała na korzyść gigantycznej zbroi. Musiał szybko wymyślić jak obrócić sytuację na swoją korzyść. - Kto pilotuje? - krzyknął w stronę kobiety.
-Ja. Zanim znowu ktoś coś dzisiaj spierdoli. - powiedziała, otwierając drzwi do kabiny pilota. Jej szeroki towarzysz szybko rzucił się na boczne drzwi dla pasażerów: nie spodziewał się, aby szefowa miała zamiar na kogokolwiek czekać.
Opus z marszu płynnie przeszedł w ciężki bieg, jednocześnie krzycząc do kobiety. - A czemu właściwie uciekamy?! - miał nadzieje, że potrzeba wywrzeszczenia frustracji, chociaż minimalnie opóźni jej reakcje, a tym samym start statku.
-NIE WKURWIAJ MNIE! - Megaton trzasnęła drzwiami za sobą. Opus się pomylił, reakcja kobiety była zupełnie odwrotna. W swoim tantrum natychmiast uruchomiła silnik, a jej towarzysz ledwo wdrapał się na statek, gdy ten od razu zaczął nabierać wysokości.
- Tak chyba będzie najbezpieczniej… - Opus mruknął, przenosząc ciężar na przednią nogę pancerza. Blachy lekko ugięły się gdy, pewniej chwycił rakietowy młot blisko głowicy. Skierował wizjer hełmu na silniki, a mechaniczne siłowniki wspomagające ramiona zazgrzytały z wysiłku. Naukowiec wziął szeroki zamach, wykorzystując pęd swego biegu by cisnąć nagle młotem niczym włócznią. Celował w silniki umieszczone z tyłu pojazdu. Model statku był stary, a młot ważył kilka ton. Trafienie powinno w najgorszym wypadku zdyskwalifikować pojazd z jakichkolwiek podróży, a w najlepszym wysadzić paliwo, a tym samym cały myśliwiec.
Statek zaczął ruszać w przód, gdy młot uderzył w jeden z silników, który eksplodował. Zniszczyło to tył statku i rozerwało spory kawałek kabiny pasażerskiej. Pojazd został wyłączony i opadł na ziemię. Niestety, był to niewielki transportowiec, przeznaczony do przesyłania personelu pomiędzy okrętami. Wobec tego nie miał na tyle potężnego napędu, aby pilot musiał się martwić o tego typu uszkodzenia. Drzwi odleciały na drugi koniec hangaru, a w ich miejscu widać było tylko but Megaton.

Kobieta wysiadła z kokpitu i spojrzała na hełm Opusa. - KURWA NIE ŻYJESZ. - wrzasnęła, unosząc swój miecz, który zaczął emanować jasnym światłem, prawdopodobnie energią magiczną. Na to wojownicze hasło, drużynowi Opusa wyskoczyli zza rozerwanej ściany i otworzyli ogień w stronę kobiety. Część ich pocisków została przecięta przez wymachy miecza, reszta odbiła się od tarczy energetycznej w stroju kobiety. Nie poprawiło to jednak jej humoru.
Opus zacisnął pancerne rękawice w pięści, w głowie przetwarzając wiele planów i scenariuszy. Według informacji od Raza, miecz kobiety potrafił zwiększać wagę tego w co się wbije. Nie była to pełna informacja, naukowiec nie wiedział, czy wystarczy mała rysa ostrzem, czy wymagane jest by ostrze utkwiło w materiale. Mógł więc założyć, że jedno trafienie jakiejś części pancerza sprawi, że ta stanie się zbyt ciężka do użytkowania. Ponadto jego młot leżał teraz wśród odłamków statku, więc naukowiec miał mocno ograniczony zasięg. Oczywiście jego broń nie była świetnym wyborem na artefakt kobiety, jednak na pewno ułatwiłaby starcie. Kolejnym czynnikiem był umięśniony wielkolud, Opus wątpił by eksplozja go zabiła, musiał być czujny. Jego jedyną przewagą było to, że Megaton nie miała pojęcia jakimi umiejętnościami dysponuje. Cała zbliżająca się potyczka zbiegała więc do wojny informacyjnej.
- Wydaje mi się, że nie jest to poprawnie zbudowane zdanie, wciąż bowiem dycham. -zadrwił naukowiec, chwytając w lewą dłoń ciężki, gruby metalowy pręt z jakiegoś transportowca. - Powiedz jakie to uczucie, gdy ktoś wodzi Cię za nos? Ja dobrze się bawiłem. - dodał ruszając biegiem w stronę kobiety. Chciał utrzymywać jej zdenerwowanie na stałym, wysokim poziomie. Krew buzująca w żyłach zazwyczaj utrudniała podejmowanie racjonalnych decyzji. Opus chciał zaatakować prętem od góry, tak by kobieta pewniej czuła się unikając w prawo. Zakładał, że wściekła piratka wyprowadzi szybki kontratak, na co czekał. Atak prętem był bowiem zwykłą zmyłką. Planem naukowca było aktywować tarczę energetyczną w prawej dłoni, by przy jej pomocy odbić miecz, a następnie silnym ruchem uderzyć energetyczną barierą w Megaton.
Opus zważył swoja broń w ręce po czym wykonał bardzo wyraźnie telegrafowany wymach. Sycząca przez zęby Megaton nie miała ani cierpliwości ani litości. Natychmiast ruszyła z krokiem w przód, robiąc szeroki zamach na Opusa, chcąc odciąć uzbrojoną rękę. Opus spodziewał się tego, właśnie to chciał zwabić. Na jego prawej dłoni aktywowała się tarcza, którą wykonał szeroki wymach, cofając jednocześnie lewą ręką. Uderzenie rozbiło nos Megaton, odrywając ją od ziemi i rzucając w tył, ta jednak wylądowała na ziemi niemal natychmiast. Zmieniona waga broni zniwelowała siłę pchnięcia, pozwalając kobiecie na odzyskanie równowagi. Bez zwłoki Megaton rzuciła się do ataku, szykując broń do szerokiego wymachu.
Opus wiedział, że jeden cios w główną część jego pancerza oznacza tak zwany “Game Over”. Mimo, że nie znał dokładnych właściwości miecza, zakładał że jest on w stanie obciążyć go na tyle, by nie mógł się ruszać. Nie mógł więc pozwolić sobie na tradycyjną wymianę ciosów, licząc na defensywne właściwości pancerza. Opuścił więc swój energetyczny pawęż by osłonić się przy jego pomocy. Była to teraz jego największa przewaga wobec kobiety - nie mogła ona zwiększyć masy czystej energii.
Miecz przeleciał błyskawicznie naprzeciw Opusa, zderzając się z tarczą energetyczną na chwilę po jej uziemieniu. Zaiskrzyło przy kontakcie, tarcza rozjaśniała i zaczęły po niej skakać iskry. W tym samym ruchu Megaton wykorzystała swoje momentum i okręciła się wraz z ostrzem, przesuwając się w bok. Ruch ten rozerwał tarczę, prowadząc do eksplozji energii. Ten nagły wybuch poparzył bok Megaton, kobieta jednak wyglądała na zadowoloną. Odpowiednio zmieniając wagę ostrza, zachowała zarówno momentum, jak i olbrzymią siłę uderzenia. Wystarczającą, aby przeciążyć maksymalny wypust energii generatora w zbroi. Nie były to stałe obrażenia, jednak generator będzie musiał ochłonąć, zanim Opus będzie w stanie ponownie go wywołać.
- Zaczynam łapać… - burknął Opus lekko potrząsając rękawicą by strząsnąć z niej iskry - Nie pozostaje mi więc nic innego niż… - zaczął, by nagle obrócić się i rozpocząć bieg w stronę rozbitego wraku. Wiedział, że Megaton jest od niego szybsza, dlatego ponownie liczył, że wciągnie ją w pułapkę. Mechanik chciał poczekać, aż kobieta będzie naprawde blisko jego pleców by uruchomić wtedy umieszczone w nich silniki rakietowe. Pozwalało mu to upiec dwie pieczenie na jednym, i to nie przysłowiowym, ogniu. Po pierwsze złapać Megaton w objęcia płomieni, a po drugie wystrzelić Opusa w stronę gdzie leżał jego młot.
Opus znajdował się bardzo blisko Megaton. Gdy tylko rzucił się w stronę wraku, ta natychmiast wyskoczyła w górę, chcąc opaść na naukowca ze swoim ostrzem. Opus zobaczył jej cień nad sobą. Odpalił silniki.

Megaton opadła w dół błyskawicznie. Kontrola, jaką miała nad swoim ostrzem, była wyjątkowa: gdy atakowała tarczę Opusa, waga jej broni był marginalna w trakcie wymachów, a niepojęta w ułamkach sekundy podczas kontaktu ostrza z celem. Teraz było podobnie. Waga broni zwiększyła się na tyle, że kobieta spadła i w biła się w Opusa, wpadając prosto w ogień jego silników, ale jednocześnie też wbijając się w plecy olbrzyma i przybijając go do żelaznej podłogi, która ugięła się pod siłą upadku. Zaćmiony od siły uderzenia profesor mógł tylko domyślać się, co zaszło dalej: Megaton, podpalona przez płomienie silnika odskoczyła do tyłu, puszczając wbitą w Opusa broń. Ta nietrzymana przez nikogo natychmiast straciła całą wagę. Rozbrzmiała też salwa wystrzałów broni energetycznych. Niewielka drużyna wsparcia, jaka towarzyszyła Opusowi, wykorzystała swoją szansę, aby podziurawić organizm pirackiej liderki, nim ta zdołała stłamsić płomienie.

Opus doszedł do siebie jakieś cztery minuty później. Był ranny, nie śmiertelnie, ale ciężko. Czwórka żołnierzy wyjęła z niego miecz i pomogła mu wstać. - Przerżnęła cię na wylot, nie mam pojęcia, co mogła trafić wewnątrz twoich bebechów. - ostrzegali.
- Uhhh… - jęknął Opus chwiejąc się na nogach. Cieszył się że pancerz miał systemy wspomagające utrzymanie stabilności. - Na szczęście jestem zapobiegawczy...i znam dobrego medyka. - dodał, w duchu dziękując za lecznicze kapsuły od Karasu. Pakiety zamontowane wewnątrz zbroi zostały aktywowane, jeden po drugim. Opus nie za bardzo wiedział ile musi ich sobie zaaplikować, więc zaczął od dwóch dawek. - Dorwaliście ją i miecz? Oraz czy ktoś sprawdził, czy ten drugi nie przeżył eksplozji? - jęknął jeszcze, poprawiając hełm.
- Mam miecz. - przytaknął dowódca drużyny, pokazując ostrze, które trzymał przez szmatę, po czym odwrócił się w stronę wraku. - Tam jeszcze nie zaglądaliśmy... - przyznał i machnął ręką. Czwórka żołnierzy zaczęła cichymi krokami obchodzić pojazd naokoło, aby stanąć z różnych stron.
- Tylko ostrożnie… ten typ wyglądał na takiego co potrzebuje nawet chwili, by do niego dotarło że nie umarł. - Opus stanął pewniej na nogach. Powoli zaczął iść w stronę wraku, by dobyć swego młota leżącego pośród odłamków. Środek Karasu zadziałał świetnie, jednak profesor wiedział, że nadmierny ruch mógł szybko spowodować otwarcie rany. Wolałby by mięśniak nagle nie wypadł wściekły ze statku.

Strzelcy zaczęli celować we wrak, gdy Opus podnosił swój młot. Gdy tylko naukowiec wstał, zobaczył dłoń wystającą pomiędzy metalowymi odłamkami. Kilka sekund później Opus zrozumiał, że to nie jest ręka pod stertami odłamków, to barbarzyńca ze stertą odłamków wbitą w ciało. Metalowe płyty, druty i pręty wystawały z różnych części jego półnagiego ciała. Wyglądał jednak na żywego. Leżał z otwartymi oczyma i zirytowanym wyrazem twarzy, wydając jakiś stłumiony dźwięk dezaprobaty pod nosem. Zobaczył Opusa, możliwe, że nawet zanim tamten podniósł swój młot, jednak nic z tym fantem nie robił.
- Nie strzelajcie póki nie musicie. - zakomendował naukowiec. - Nie zdziwię się, jeżeli jego iskra sprawia, że im bardziej zdenerwowany jest, tym bardziej odpornym się staje. - dodał profesor, patrząc góry na leżącego mężczyznę.
- A więc jak to z tobą jest? Umiesz mówić? Czy coś sprawiło, że twój mózg nadaje się tylko do podtrzymywania funkcji życiowych? - zapytał naukowiec, zręcznie obkręcając młot i zarzucając go sobie na ramię.
- Rrhhgn. - zawarczał barbarzyńca. - Zjadłbym i poruchał. - wykrztusił wreszcie. - Hujowy dzień.
- Rozumiem. - profesor odparł krótko, unosząc delikatnie głowę . - Zazwyczaj jestem zdania, że branie jeńców jest bardziej humanitarne niż egzekucja. - westchnął, a jego ręka lekko zadrżała na rękojeści młota. - To prawo miłosierdzia… ale przecież piraci są poza prawem, prawda? -rzucił pytanie w przestrzeń, dokładając drugą rękawice do trzonu. - Nie będę więc odbierał ci twego przywileju wolności, na który się zdecydowałeś. - dodał unosząc młot wysoko nad głowę. Palec aktywował silniki rakietowe wewnątrz broni, gdy ta ruszyła w stronę głowy barbarzyńcy w celu dokonania egzekucji.
- RAARGH - Barbarzyńca ryknął przez zaciśnięte zęby, jednym ruchem zrywając się i rzucając na młot. Uderzenie wywołało grzmot, gdy siła wbiła klęczącą, ranną postać jeszcze głębiej w podłogę, która zaskrzypiała i zerwała się, posyłając pirata piętro niżej, na wysadzony hangar. Wróg odleciał w przestrzeń kosmiczną jak szalona kometa. Widząc, co się dzieje, żołnierze rzucili bronie, wyjęli dyski energetyczne i rozstawili barierę na podłodze, aby odciąć pomieszczenie od dziury w przestrzeń gwiezdną. Z podziwem patrzyli zarówno na siłę urządzeń Opusa, jak i wytrwałość dobitego przeciwnika.
- To chyba wszystko… - Opus stwierdził beznamiętnym głosem, chwile patrząc za odlatującym w przestrzeni piratem. Oparł młot niedaleko wraku, ściągając z głowy hełm, był to pierwszy raz gdy żołnierze mogli zobaczyć jego twarz. Metalowe palce rękawicy przygładziły siwe włosy, ścierając nich pot. To co teraz? Gdzie porozmawiamy? - Opus spojrzał w górę, gdzie zapewne znajdowały się kamery, którymi obserwował ich Raz.
Zaszumiało, po czym z okolicznych głośników rozległ się odgłos klaskania. - Świetnie! Brawo! Wszystko zgodnie z planem. - ucieszył się Tsar. - Spotkajmy się w restauracji, albo raczej tym, co z niej zostało. Jeżeli nie wiesz jak tam trafić, to poszukaj grupy, która biegła was wesprzeć, doprowadzą was. - poinstruował.
- Raczej trafimy. - odparł naukowiec, kiwając dłonią na żołnierzy. - Zabieramy się chłopaki, wyłupaną dziurą powinno być najszybciej. - poinstruował, ostatni raz rozglądając się po hangarze. Rosomak został na najwyższym piętrze, lecz wątpił by jeszcze tam stał. Było wielce prawdopodobnym, że Bobowi udało się opuścić strefę zagrożenia i bezpiecznie leciał w tylko sobie znanym kierunku. Z tą pocieszająca myślą w głowie, profesor ruszył na spotkanie Tzara.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-07-2018, 18:13   #28
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
Godzina 292015160SY
Okręt gwiezdny Matryoshka
Restauracja była w dość katastroficznym stanie. Okoliczne potyczki zniszczyły dużą część umeblowania, a jakaś eksplozja połączyła budowlę z sąsiadującym sklepem odzieżowym. Mimo tego, zgromadzonym udało się ją zagospodarować. Gdy Opus dołączył do zbiorowiska, zobaczył połączone i nakryte stoły z mnóstwem gotowych przekąsek i napoi. Miejsca zajęte były przez Tsara, dziewięciu żołnierzy wliczając czwórkę, która towarzyszyła profesorowi, oraz admirał, który nimi dowodził.

Admirał był wysokim człowiekiem o szerokiej ramie i wyraźnej muskulaturze. Miał cerę przypaloną od słońca oraz jasne wąsy i włosy związane w pojedynczy warkocz.

Tsar skinął głową w stronę Opusa, witając go, po czym wskazał otwartą dłonią na admirała. - To Ad. Jan Rowen. - mężczyzna skinął głową w stronę Opusa. - Rozmawialiśmy o sytuacji i następujących planach, dosiądź się, to cię wprowadzę w szczegóły. - kontynuował Tsar.
- Zwabiłem tutaj admirała i umożliwiłem im abordaż, aby móc wycofać swój okręt z terenu ostrzału, a następnie zlikwidować załogę. Teraz żołnierze admirała zaczną pozować jako ostatki mojej służby, co pomoże mi w dalszej infiltracji piratów. Naszym planem będzie obarczenie obecnej liderki piratów winą za porażkę w bitwie, zastąpienie jej, a następnie zaprowadzenie gildii na pewną śmierć. Przez ostatnie kilka lat ciężko pracowałem nad tym projektem i mam wystarczająco wysoką pozycję w gildii, aby było to możliwe. - wyjaśniał Raz. - Gildia piracka szczyci się ich antycesarską misją. Zbierają najpotężniejsze artefakty z całej galaktyki, a następnie zakopują je po jej zakątkach, myśląc, że chronią tak ludzi przed cesarską tyranią. Mimo tego swoje sukcesy gildia zawdzięcza nadużywaniu artefaktów i potężnych iskier. Ta nieścisłość będzie wątkiem przewodnim naszych dalszych zmagań.

Następnie głos zabrał Admirał. - Jedyne co nam teraz wchodzi w drogę, to pana obecność. Wdrożyłeś się w tę akcję mimo bycia cywilem, co jest bardzo patriotycznym poświęceniem z pańskiej strony. Zna pan jednak teraz bardzo istotne dla cesarstwa informacje. Jak siebie widzisz w tym scenariuszu? - zapytał. Jego głos był bardzo doniosły, męski i chropowaty. - Jeżeli zgodzi się pan ze mną wrócić na okręt wojsk cesarskich, to możemy usunąć pana pamięć. Niestety obawiam się, że zakres działania leku ciężko kontrolować. - wyjaśnił spokojnie.
Opus słuchał obu mężczyzn w zamyśleniu, co jakiś czas podkręcając wąsa, czy też ocierając szorstką brodę palcami. Gdy w końcu oddano mu głos, westchnął ciężko. - Panie admirale, z całym szacunkiem, ale nie mogę się na to zgodzić. Jestem naukowcem, mój mózg i pamięć to moja największa siła. Nie pozwolę przy niej nikomu majstrować. - przedstawił swe stanowisko spokojnie, acz twardo. - Rozumiem jednak sytuację i fakt, że od tak nie wypuścicie mnie na dalszą kosmiczną tułaczkę. Więc wydaje mi się, że najmniej konfliktów wywoła… Uwzględnienie mnie w planie. - oznajmił z uśmiechem, wygodniej rozsiadając się na swym miejscu.
- Myśleliśmy o tym. - przyznał admirał. - Pytaniem jest, czy możemy panu zaufać? Chciałbym poznać twoją historię, panie…? - Zarówno admirał jak i Tsar zorientowali się, że nie znają nawet imienia mężczyzny w pancerzu.
- Opus Congitus, były rektor największej uczelni technicznej na Genetrix, obecnie emerytowany poszukiwacz artefaktów. - przedstawił się, nie kryjąc dumy w czasie wymieniania tytułów. - Co do mojej historii, długo by opowiadać wszystko. Ważnym jest, że piraci odebrali mi żonę, a mojej córce matkę. Nienawidzę ich i zrobię wszystko by gildia upadła. Dlatego wleciałem na ich statek, dlatego schowałam dumę pod koc, udając jednego z nich. Każda rana którą mogę im zadać jest tego warta. - odparł twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. - W tak krótkim czasie trudno mówić o zaufaniu. Jednak pokazałem swoją przydatność, a połączenie sił pozwoli każdemu osiągnąć cel i satysfakcję.
Jan i Raz spojrzeli na siebie - Licencjonowany poszukiwacz artefaktów? - zapytali, spoglądając z powrotem na Opusa.
- Czy ma pan legitymację rekolekcyjną? - spytał admirał. - Przede wszystkim aktualną.
- Oczywiście że tak! - obruszył się naukowiec. Po chwili jego legitymacja znalazła się na stole przed dwójką mężczyzn. - Jestem hobbystycznym zapaleńcem jeżeli chodzi o artefakty, ale nie na tyle szalonym by szukać ich bezprawnie. - dodał jeszcze.
- No to jest pan wojskowym. - wzruszył ramionami Tsar, mocno zdziwiony wcześniejszym postępowaniem Opusa.
Admirał wziął kartę ze stołu i przyłożył ją do niewielkiego komputera na swoim nadgarstku. - Jeszcze aktywna przez nieco ponad trzydzieści tysięcy godzin. Spokojnie możemy pana traktować jako żołnierza. - Stwierdził Jan. - Wobec tego nadaję ci rangę żołnierza specjalnego. Możesz wrócić ze mną na okręt i pomóc nam w bitwie, albo zostać z Tsarem i zająć się piracką inwigilacją. Jedno i drugie utrze nosa gildii.
- Nigdy nie mówiłem, że nie jestem. - zauważył naukowiec, przeciągnął się co wywołało grymas na twarzy - rana dalej bolała. - Straciłem sporo sprzętu, w tym swój statek. Chyba bardziej przydatny będę w czasie inwigilacji… zresztą da mi to większą satysfakcję. - odpowiedział, spoglądając to na Tzara to na Jana. - Chociaż nie powiem, ciekawi mnie też jaki jest przewidywany czas tej specjalnej misji. - dodał szczerze.
-Nawet kilkadziesiąt tysięcy godzin. - przyznał Tsar. - To długotrwałe zatrudnienie, choć na pewno zostaniesz za nie nagrodzony stosunkowymi honorami, jeżeli dotrwasz do końca. - wyjaśnił. - Jeżeli nie masz aż tyle czasu i chęci poświęcenia, lepiej udaj się z Janem. Zostaniesz zwolniony tuż po bitwie.
- Zasługi i medale to ostatnie na czym mi zależy. - Opus machnął dłonią, odpędzając niewidzialna muchę. - Starczy mi własna satysfakcja. Wchodzę w to. - dodał, w gwoli potwierdzenia. - Prosze tylko o dogłębne przedstawienie statusu, roli i tym podobnych. Muszę mieć jak najwięcej informacji, by dobrze wejść w rolę.
- Będziesz piratem ze statku Megaton, lancy longinusa. Głównie dlatego, że nikt cię wcześniej ze mną nie widział. Przeżyłeś i popisałeś się w walce o Matryoshkę, więc teraz będziesz moim bliskim podwładnym. Jak chcesz jakiś piracki kryptonim, to go sobie szybko wymyśl. Będziesz po prostu robił to, co ci powiem. Prawdopodobnie będziemy musieli wygrać resztki poparcia aby mieć pełne szanse w walce o dowództwo nad piratami. - wyjaśnił Tsar.
- Młot brzmi zwięźle i piracko. - odparł Tzarowi naukowiec, znowu pocierając brodę. - Ile mam czasu nim wrócimy do głównej floty? Muszę naprawić swoją zbroję… - westchnął, po czym rzucił okiem na zawiniątko, przygotowane przez kapitana żołnierzy.- Co z mieczem? - to krótkie pytanie, skierowane było w stronę Jana.
-Jeżeli Piraci na Matriyoshce wygrali bitwę o okręt, to miecz nie powinien zginąć. - stwierdził Rowen drapiąc się po podbródku. - Zostawię go tobie, Raz. - ten skinął w odpowiedzi.
- Więc wszystko wstępnie ustalone? - upewnił się naukowiec. Był wyraźnie zawiedziony, że miecz nie został przypisany jemu, ale nie czuł się na siłach na kłótnie. Jednak nawet zaleczona rana oraz zmęczenie walką i stresem, wciąż dawały się we znaki.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 13-07-2018, 19:16   #29
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
292015211SY
Zapomniana zerówka

Victor Corvus
Corvus udał się do najbliższych biur. Ogromne pomieszczenie o szklanych ścianach posiadało dziesiątki małych stanowisk z komputerem na biurku i krzesłem. Maszyny te były wszystkie jednakowe: tanie, produkowane masowo, i w obecnie niemożliwe do uruchomienia. Wobec tego Corvus zaczął spędzać swój czas przeszukując szafki pracowników placówki, szukając ich osobistych szpargałów, które rozjaśniłyby nieco sytuację. W tym procesie towarzyszył mu robot Lu, choć ta nie miała możliwości samodzielnego przeszukiwania.

- Może to, co teraz robię, jest lekko niebezpieczne, ale muszę dbać o przyszłość tej operacji. - odezwała się Lu za pośrednictwem maszyny, będąc teraz samą z Victorem. - Mam nagrania, wedle których Karasu zrzucił jeden z moich laptopów do kwasu. Był on podłączony do droidów, które podawały wam broń w oceanie. Jeżeli chce was pozabijać, pewnie teraz się to okaże, gdy ma ku temu magiczną wymówkę. - wyjaśniła się. - Sam klejnot niczego w nich nie wymusi, póki mają realną szansę go zdobyć, będzie on tylko gnił na końcu ich myśli. - dodała po chwili. - Tak więc przyglądaj im się. Jak teraz nic nie wykręcą, to raczej możesz im ufać na dłuższą metę. Jeden jest przestępcą a drugi wariatem, ale stanowią unikalne zasoby z obiecującym potencjałem.


Wertując szuflady w rytm tej dyskusji, Victor znalazł kilka zdjęć grupowych, niektóre przedstawiające dzieci, inne zespoły badawcze z placówki. Ten drugi typ zdjęć robot Lu natychmiast skanował, aby wyszukać je w bazie danych. To mogło jednak trochę potrwać, przyjmując, że ci osobnicy nie zostali z niej usunięci. Victor zauważył też kolejny plakat promujący placówkę przyklejony do jednej z kolumn. Był w nieco lepszym stanie niż poprzedni. Zerwana była tylko jego prawa część. Widać było połowę T, końcówkę AN, oraz mniejsze, niekompletne zdanie pod nim. Było ono jednak napisane w tym dziwnym języku, który Victor dopiero zaczynał kojarzyć.

Co ważniejsze, na plakacie było widać też kobietę. Była to młoda dziewczyna, dwadzieścia kilka lat. Miała na sobie brązową bluzę i czarne spodnie. Jasne włosy związane były w kok na tyle głowy. Lu przeskanowała tę postać, po czym zamilkła. Przynajmniej na chwilę. - Seditionist Cognitionis. Najdziwniejsze imiona na niektórych planetach nadają. - wytknęła Lu. - Musiałabym złożyć podanie o udostępnienie danych, a nie mamy setki zbytecznych godzin. Mam pewne teorie, ale nie jesteście w szlachcie, więc... Wedle protokołu nie będzie to naruszeniem, jak sami dojdziecie do tego, co się tutaj dzieje. A przynajmniej nie wprowadzę was w błąd zgadując. - stwierdziła w końcu.
- Wiedziałem że jest niebezpieczny kiedy go własnoręcznie pacyfikowałem. - Odparł Victor przyglądając się zdjęciom. Pewnie wszystkie osoby na tych zdjęciach były już martwe, co wywoływało u niego gniew. Chciał dopaść osobę odpowiedzialną za ten incydent. By nie oddawać się emocją postanowił o coś zapytać przełożoną.
- Miałem dziwny sen… Po którym zacząłem rozumieć poszczególne słowa. Związane z wojną, śmiercią i równie przyjemnych rzeczy. Co mi się stało? -
- Przebudzenie magiczne. - odpowiedziała Lu. - Niektórzy ludzie używając swoich iskr zaczynają śnić cudze wspomnienia, nie mam pojęcia jakie jest ich powiązanie z nami. Za to zastanów się, czy we śnie pojawił się jakiś rytuał? - spytała Lu. - Przykładem jest moja migrena. Nie mogę stosować leków podczas jej trwania. Jeżeli będziesz przestrzegał zasad swojego rytuału, twoja magia może się wzmocnić. - doradziła.
- Przelewanie krwi. Swojej, przed snem, gdy kogoś zamorduje. Był tam jakiś archaiczny wojownik, który rozmawiał z kimś kogo mi ciężko opisać słowami. Słyszałem też nazwy które wyłapałaś w jadalni. - Victor nie widział sensu dłużej tutaj zostawać. Postanowił przejść dalej w głąb, mijając równoległe pomieszczenia biurowe. Nagle usłyszał wołanie medyka, by się do niego udał.

Eddie, Karasu
Eddie i Karasu postanowili przejść w głąb placówki. Po przejściu obok biur natknęli się na otwarte pomieszczenie ze zmniejszoną obecnością zmutowanej tkanki. Było to nietypowe, ale po chwili Karasu zorientował się, co tutaj zaszło. Był to pokój do przerw. Oprócz kanapy i stołu znajdowała się tutaj lodówka i wysokiej klasy ekspres do kawy. Maszyna była zniszczona, spadła na ziemię najpewniej strącona przez wszędobylskie macki zarażonego organizmu kosmity. Spowodowało to jednak rozlew kawy oraz reakcję alergiczną na kofeinę. Było to dość znane, choć niepopularne zjawisko wśród kosmitów. Znał je też Eddie, który zajmował się przemytem wszystkiego. Niestety, było to schorzenie występujące u wyjątkowo groźnych gatunków kosmitów. Na myśl nasuwały się masywne behemoty z Arii, kart'ronny z Kretanii, oraz malhusy Erejskie. Na czymkolwiek prowadzono badania w kompleksie, nadmierna wysokość od podłogi do sufitu, która rzuciła im się w oczy na parterze, musiała być przystosowana właśnie pod problem transportu okazów do eksperymentalnych.

Spacerując dalej wzdłuż piętra, dwójka zobaczyła aż cztery pokoje spotkań. Były w nich rzutniki, nie podpięte, oraz typowe umeblowanie przeznaczone dla grup. Za nimi piętro kończyło się drzwiami z napisem "Sekretariat". Oglądając się z tego punktu w prawo, dwójka zobaczyła też drzwi do pokoju o nazwie "ochrona".
- Myślę że uzbrojenie jakie tam trzymają da nam trochę informacji o zagrożeniach szybciej niż przeglądanie całej dokumentacji. - stwierdził niebieskoskóry, wskazując wzrokiem na pomieszczenie. Niestety nie mieli dostępu do żadnej elektronicznej bazy danych. Właściwie, to pewnie mieli, ale Lu zwyczajnie nie fatygowała się nikogo o tym poinformować.
- Przeszukam zatem “Sekretariat”. - stwierdził medyk bez entuzjazmu. Cała ta wyprawa nie miała według niego sensu. Nawet nie dane mu będzie poeksperymentować. Ten cały nadmiar żywego organizmu zamiast go fascynować, wzbudzał przerażenie.

Karasu
Drzwi do sekretariatu otworzyły się bez problemu. Wnętrze było równie zniszczone co reszta placówki. Narośla dostały się do środka nawet przez otwory wentylacyjne, w dodatku pomieszczenie było niewielkie, więc mutacja miała łatwą robotę. Znajdowało się tutaj kilka szafek oraz stół należący do sekretarki. Na nim znajdowało się obrośnięte metalowe pudełko i nic więcej. Żeby je wziąć Karasu będzie musiał zdecydować się na przecięcie kilku pulsujących lian. Zresztą stoją mu one na drodze też wtedy, gdyby zamierzał dostać się do pokoju dyrektora drzwiami po lewej stronie sekretariatu.
Medyk z niesmakiem wyciągnął laserową katanę i ciął paskudztwo. Wolałby wszystko potraktować ogniem, ale chwilowo nie miał dostępu do Victora. Obawiał się również, że dowódca spopieliłby za dużo. Syntetyk uznał, że po utorowaniu sobie drogi, przeszuka szafki i stół, a następnie zajmie się oględzinami pudełka.
Na szafkach znajdowały się zabrudzone książki, głównie rozrywkowe. Była tam jakaś fantastyka, romanse i książki detektywistyczne. W biurku Karasu znalazł rysę papieru oraz długopisy. Ktoś musiał biurko wyczyścić, najpewniej za sprawą jakichś protokołów.


Pudełko było metalowe. Otwierało się je z góry rozsuwaną klapą na elektrycznym zamku. Po przetarciu wieka kashirą Karasu zdołał odczytać instrukcję:

"Utajnione dane cesarskie.
Wprowadzić kod awaryjnego dostępu A6-29 lub dostarczyć do punktu wojsk cesarskich. Nieuprawnione otwarcie karane śmiercią."


W wojsku Karasu był cywilem na służbie. Zajmował się sprawami teoretycznymi, opisywał artefakty. Nie miał wysokiego stopnia, ale poznał zasady działania tego typu procedur. Kodów typu A było około tysiąca, a im wyższą miało się rangę, tym więcej się ich poznawało. Karasu nie znał żadnych. Dostarczane mu tajne dokumenty miały zaledwie rangę C, zaś same artefakty przychodziły w pudełkach typu A0, dostępnych tylko admirałom i wzwyż, więc nigdy nie mógł ich samodzielnie otworzyć.
- Victorze, mam tutaj małą zabawkę z klasyfikacją kodową typu A. Łaskawie ktoś wygrawerował informację o karze śmierci przy otwarciu przez nieuprawnioną osobę, czyli np. mnie. Jako, że życie jeszcze mi miłe, nie tykam dziadostwa, zostawiam do Twojej dyspozycji. - rzekł Karasu przez komunikator, a po chwili dodał - Sprawdzę teraz pomieszczenie dyrektora. - dodał medyk, aby dowódca wiedział, co jego podwładny aktualnie robi.
Victor ciężkimi krokami przekroczył próg sekretariatu. Chwycił w dwa palce pudełko i podsunął pod “nos” droida którym kierowała Lu.
- Znasz ten, musisz. - odpowiedziała Lu. Victor spojrzał. A6-29. Faktycznie, znał go.
Victor Corvus był zawziętym łowcą kosmitów. Nigdy nie dostał wysokiej rangi. Nie miał znajomości ani nie wywodził się z szanowanej planety. Wobec tego zdołał wspiąć się zaledwie do najwyższej rangi przeciętnego żołnierza, nawet jeżeli wykazywał potencjał na więcej. Musiałby jednak zostać ponownie szlachcicem, a to był nie lada wyczyn w centralnym cesarstwie, tak więc również w wojsku. Mimo tego, za swoje zasługi dostawał wiele tak zwanych "przywilejów" oraz "rozszerzeń zakresu obowiązków". Były to pseudoawanse. Na ten moment Corvus znał wszystkie kody od rangi C-12 do A-5. Powyżej nie miał o czym marzyć, ale w tym wypadku to absolutnie wystarczało.

W tym czasie Karasu wszedł do pomieszczenia dyrektora. Pokój był równie zarośnięty i równie obrzydliwy co cała reszta. Wyróżniał się za to swoją dekoracją, był kompletnie czarny. Wszędzie znajdował się proch i ślady pożaru. Jedynym co zostało tutaj oprócz skażenia, był zamknięty sejf pod jedną ze ścian.

Gdy Corvus otworzył ogromne pudełko, znalazł wewnątrz zaledwie niewielki list:
“Laboratorium zajmowało się projektem TITAN. Asteroida uderzyła po drugiej stronie farmy słonecznej. Straciliśmy zasilanie i kontakt z cesarstwem.
Ludzie umierają od choroby, nie możemy znaleźć lekarstwa. Zostawiam dyski danych z projektu w sejfie dyrektora. Dyski są zakodowane hasłem A0-22.
Sejf jest zakodowany hasłem A5-99. Oddać dyski osobom upoważnionym.”


Karasu ponownie oczyścił co się dało z pętającego się plugastwa. Widząc sejf znowu uznał, że lepiej poinformować Victora i niczego nie ruszać. Widocznie placówka miała jakieś strategiczne znaczenie i wszystko było tu zakodowane. Patrząc na zachowanie Lu, syntetyk wolał się nie narażać. Medyk domyślał się również, że i Corvus potraktowałby ruszanie takich przedmiotów jako pogwałcenie przepisów. Dlatego nadał przez komunikator: - Victorze, tutaj również niespodzianka dla Ciebie. Tym razem sejf. - zakończył Karasu.
Winnym nie była jakaś zbyt wysoko postawiona świnia przy korycie lecz asteroida. Obecni tu ludzie musieli walczyć z tym bez wsparcia i żadnej możliwości posiłków od cesarstwa. Nieskończone pokłady pogardy i nienawiści do kseno Victora jeszcze bardziej się utrwaliły.
Corvus idąc w stronę syntetyka zakomunikował przez radio.
- Jakaś asteroida uderzyła w ich farmę słoneczną, odcinając ich od wszelkich posiłków od cesarstwa. Populację tutaj wybiła choroba. Zachowajcie szczególną ostrożność. - Po tych słowach zbliżył się do sejfu i wbił niezdarnie dużymi palcami rękawicy kombinację by go otworzyć.
Wewnątrz znajdowały się dwa dyski twarde.
Jako że pancerz Victora nie posiadał kieszeni zwrócił się do syntetyka.
- Karasu przechowaj te dyski. Ich bezpieczeństwo to twój priorytet - Rozkazał Corvus.
- Jeśli znajdziemy działający komputer, można byłoby sprawdzić ich zawartość. Wiesz dobrze, że może nas spotkać tutaj wszystko, dlatego chyba byłoby lepiej, jakbyś poznał jakąkolwiek zawartość. - rzekł medyk, po czym ulokował dyski w swoim płaszczu. Po chwili zapytał - Co teraz?
- Jak dotąd nie spotkaliśmy nawet jednego sprawnego komputera. Jeśli nadarzy się okazja to ją wykorzystamy. Na tą chwilę dołączymy do Eddiego. - Odpowiedział mu od razu Corvus.

Eddie
W tym czasie Eddie otworzył drzwi do gabinetu ochrony. Wewnątrz znajdował się naprawdę niewielki pokój z dwoma kanapami i stołem. Mógł służyć do przesłuchań, ale prawdopodobnie odbywały się tu głównie przerwy, biorąc pod uwagę karty do gry gnijące na blacie. Z tego pokoju można było przejść do dwóch innych: naprzeciw Eddiego było pomieszczenie podpisane „nadzór” z metalowymi drzwiami i panelem na kod. Z kolei po prawej znajdowały się drzwi do zbrojowni. Był to ten sam typ zabezpieczenia, choć tym razem wzdłuż ściany przebiegało pasmo szkła kuloodpornego. Nie dawało one wyraźnego obrazu, służyło do sprawdzania, czy ktoś nie jest w środku. Mimo tego Eddie był w stanie stwierdzić, że na ścianach zwisa broń.
Eddie postanowił przejrzeć znajdujące się na stole karty i inne, wyraźnie nadgryzione przez czas, przedmioty. Dla bezpieczeństwa nie dotykał ich dłońmi, a raczej trącał je lufą karabinu. Szukał czegoś, co mogło przypominać notatki bądź identyfikator. Znając ludzką głupotę, straż pewnie zostawiła sobie jakąś formę przypominajki. Wolał nie wołać od razu Kurasu, syntetyk pewnie miał coś innego do roboty.
Poza kartami i niedopalonym papierosem, na stole nie znajdowało się nic interesującego. Po głębszych oględzinach ścian dostrzegł na jednej z nich coś, co wyglądało na kalendarz albo plan służby. Był dosyć zniszczony i nieczytelny, ale wspominał coś o patrolach w laboratorium i przy klatkach.
- Kurwa - Eddie zaklął, wyraźnie niezadowolony z bezowocnych poszukiwań. Dopiero po chwili spędzonej na kontemplowaniu pomieszczenia przyjrzał się rozkładowi pracy strażników. Nie był pewny innych informacji, ale przynajmniej mógł w głowie zaznaczyć kilka bardziej niebezpiecznych miejsc na mapie.
- Czy mamy informacje gdzie znajdowały się klatki czy inne pierdoły tego typu? - przemówił do słuchawki.
- Nie. - odpowiedziała Lu. - Nie znalazłam działającego terminala, więc nie miałam okazji pobrać mapy tego miejsca. Jeżeli jednak trzymają się typowych procedur i standardów, to na drugim końcu kompleksu względem wejścia. - stwierdziła. - Z zasady składy niebezpiecznych organizmów mają być jak najdalej od centrów mieszkalnych.
- Przyjąłem - niebieskoskóry odparł krótko, służbowo. Po kilku chwilach dalszego, bezowocnego przeszukiwania pomieszczenia usłyszał swoich towarzyszy. - Kurasu, mamy tutaj dwa zamki do zhackowania - zakomunikował od razu.
Ciężkimi krokami kapitan drużyny przeszedł przez próg pomieszczenia ochrony. Widząc problem Eddiego, zacisnął pięść i uderzył w szkło z całej siły.
Za Victorem do pomieszczenia wszedł Karasu. Odezwał się do Eddiego - Nie ma problemu, ale znaleźliśmy sporo wojskowych danych. Nie dla osób niepowołanych, wliczając mnie. Dlatego lepiej, aby Victor zdecydował, czy mogę ruszyć ten sprzęt. Wolałby nie zostać przez niego spacyfikowanym, bo zhakuję coś, czego nie powinienem ruszać. - westchnął syntetyk.
Pięść pancerza wspomaganego Victora uderzyła w szybę z grzmotem. Szkło przeleciało do środka razem z częścią ściany. Zwisająca na suficie lampa fluorescencyjna zabujała się, zamigała i zgasła, wraz ze światłami w korytarzu. Bez ostrzeżenia grupa znalazła się w kompletnej ciemności...ale nie w ciszy. Do uszu zgromadzony zaczęło dochodzić powoli wzrastające w nasileniu szumienie i bulgotanie.
Victor natychmiast zwrócił się w stronę hałasu unosząc pięści z wycelowanymi palnikami. Gdyby nie fakt że jest pijany pewnie trzęsły by mu się ręce… i głos.
- Eddie zobacz co za broń tu mają, Karasu gotowość bojowa… chyba w końcu mamy kontakt. - Zarządził kapitan drużyny.
- To zaświeć w tą stronę, jak coś przyjdzie z zewnątrz to i tak wiemy gdzie strzelać - poprosił, przechodząc na drugą stronę. Zamierzał sprawdzić znajdujące się w pomieszczeniu bronie. W swojej burzliwej przeszłości nie całkiem legalnych transakcji biznesowych, zapewne nie raz przewoził broń kosmicznych kłusowników. Widział karabiny w wielu sektorach, potrafił całkiem dobrze określić ich wartość oraz potencjalne zastosowanie.
- Eddie… nie wziąłeś latarki? - Dobrze że nie widzieli miny Corvusa.
- Zluzuj, wolę mieć jasne całe pomieszczenie, nie tylko jego fragment - stwierdził, klikając odpowiedni przycisk na znajdującym się niedaleko lufy zewnętrznym module. Ten zaś okazał się standardowym oświetleniem bojowym.
- Zastanawiam się, czy to odpowiedni moment, aby powiedzieć Wam, że boję się ciemności. Żartuję, oczywiście - stwierdził swobodnie Karasu. Naszła go bowiem nagła zmiana nastroju i miał ochotę coś rozszarpać. Wyciągnął laserową katanę, wcześniej odmontowując latarkę od karabinu snajperskiego. Przyczepił ją sobie do ramienia, dzięki czemu nie zajmowała mu ręki. Sama katana również generowała lekkie światło, co w tej sytuacji mogło okazać się zbawienne. Medyk ustawił się plecami do Victora i obserwował teren.
Eddie wszedł przez nowy otwór w ścianie do magazynu broni. Znajdujące się tam karabiny i strzelby były typowym uzbrojeniem wojskowym w cesarstwie. Za jedną z szafek znajdował się nieco bardziej unikalny ekwipunek: pistolet na strzałki paraliżujące. Same strzałki miały wersję średnią, przeznaczoną dla dorosłych, oraz znacznie mniejszą. Otwierając jedną z większych, dolnych półek, Eddie znalazł też całkiem ogromną strzelbę ze strzałkami większymi od jego dłoni. Wersja dla kosmitów.
Szukając źródła bulgotu i szumu prowadziło wzrok Victora wzdłuż ścian. Najpierw podejrzewał otwory wentylacyjne, jednak dźwięk był zbyt czysty, aby odbijał się w ich wnętrzach. Zaskrzeczało i zaiskrzyło. Potem zamigotało. W końcu światło wróciło, generatory wyzwoliły się z czkawki. Victor obrócił się do drzwi do pokoju z kamerami. Szum był gdzieś blisko. Nagle słychać było krótkie, zwięzłe "tyk". Plastikowe stuknięcie stanowiące dzwonek Pavlova w większości społeczeństwa. Dźwięk czajnika, który właśnie przestał gotować.
Dopiero wtedy Victor, jak i Karasu zrozumieli, że dźwięk wynosił się z głośników na lewitującym robocie Lu.
- Lu… robisz sobie herbatkę? - Rzucił lekko zażenowany Corvus opuszczając ręce. Było to trochę nieprofesjonalne z jej strony.
Na odpowiedź Victor musiał poczekać około dwóch minut.
-Kawę, a co?
- Ja tutaj odwalam samuraja, a ona nas straszy. I to niby ja jestem ten pierdolnięty… - powiedział Karasu pod nosem.
- W tym wypadku zgodzę się z Karasu, wyciszaj proszę mikrofon gdy zajmujesz się czymś trywialnyn. - Oznajmił Victor, po czym zwrócił się do Eddiego. - Co tam znalazłeś? - Oświetlił reflektorami jego znaleziska.
- Raczej standard - westchnął, przez grzeczność nie komentując całego zajścia z ich wspaniałą admirał. Kobieta najwidoczniej bawiła się niesamowicie, raz za razem wykorzystując drona nie jako źródło dodatkowych informacji czy wsparcia, lecz powód dodatkowych testów. Dokładnie tak jak w przypadku wcześniejszego kamienia. Niebieskoskóry coraz bardziej wątpił w autentyczność tej misji.
- Z wyjątkiem tego, może się przydać - stwierdził, podnosząc ciężki dystansowy aplikator morfiny. - Tak jak większość jest na strzałki usypiające, zapewne eksponaty nad którymi prowadzono badania były zbyt wartościowe by je odstrzelić za złe zachowanie - dodał po chwili. Podszedł do odzianego w pancerz szlachcica. Czasem miał wątpliwości co do wyboru uzbrojenia Victora. Tym razem był jednak pewien.
Ich dowódca nie tyle chciał zwiększyć swe możliwości ofensywne. Za włożenie power-armora stała potrzeba fizycznej bariery między jego ciałem i tą zerówką.
- Równie dobrze możemy wziąć jedno czy dwa na statek - podsumował, wpychając Corvusowi strzelbę.
- Mogą się przydać. Za tak trafną ocenę sytuacji możesz Alberta poprosić o whisky… jedną.- Oznajmił Victor, a fakt że kopuła zasłania jego twarz utrudniał domyślanie się czy mówił serio czy, co się rzadko zdarza, żartował. Zaczął oglądać z każdej strony strzelbę, po czym oparł ją na naramienniku pancerza i przemówił. - Wracamy do holu, nic tu po nas. Tam udamy się w głąb placówki. - Zarządził Corvus.



-Czekaj, mamy jeszcze drugi pokój. Skoro całość nadal ma zasilanie, pewnie zobaczymy też kamery - stwierdził, wskazując wzrokiem na drzwi do pokoju nadzoru.
- *Hyp* Dwie… idziemy - Kiwnął ręką kierując się w stronę drzwi i postanowił użyć tej samej metody otwarcia jak w wypadku zbrojowni.
- Victorze, czy będziesz miał coś przeciwko, jak opróżnię jeden nabój z toksyny i wypełnię nią kilka swoich pocisków? Dodatkowo chciałbym zabrać drugi nabój do bazy, aby zanalizować skład i najwyżej ulepszyć swoje trutki. - rzekł Karasu. Był żywo zainteresowany możliwością ulepszenia skuteczności swojej toksyny. Kapitan jedynie skinął mu ręką dając pozwolenie, zanim wziął zamach w stronę drzwi. Pięść pancerza zderzyła się z drzwiami, które ugięły się od siły uderzenia. Kolejny cios, wyrwał je z zawiasów gdzie wylądowały na środku pomieszczenia.
Pokój nadzorczy był obszerny i czysty. Z wentylacji dochodził dźwięk obracającego się wentylatora, który musiał uniemożliwiać pladze rozprzestrzenianie się równie dobrze, co ogromne żelazne drzwi.
Przed grupą znalazła się ściana monitorów oraz dwa puste fotele. Niestety, nie każdy obraz był funkcjonalny: część była z jakiegoś powodu wyłączona, a kamery przypisane do innych zostały zarośnięte, prezentując w wysokiej rozdzielczości ociekające posoką pory pulsujących pasm nowotworowych.
Z tych funkcjonalnych, zgromadzeni mogli zobaczyć puste wejście do kompleksu, biura, które odwiedzili, oraz pokój z klejnotem. Oprócz plagi znajdowały się tam zwłoki jakiegoś osobnika, który usiadł pod ścianą przed wydaniem ostatniego oddechu. Zostawił on też otwarte drzwi do środka, od strony korytarza naprzeciwko schodów..
Kamery z dolnego piętra pokazywały drogę do toalet oraz dwa laboratoria, obydwa zadbane. Karasu nie rozpoznawał na stołach żadnych specyficznych środków. Jedynie fotele dla pacjentów jakkolwiek się wyróżniały, ponieważ wyjaśniały kto był operowany.
Nadzór miał też wgląd na fabrykę. Ograniczone zasilanie było za słabe, aby nią operować, więc była wyłączona. Znajdowało się w niej sporo sprzętu, elementów, które wyglądały albo na części dużego robota, albo przerośnięty pancerz. Nikt ze zgromadzonych nie był w stanie więcej z tego obrazu wyciągnąć.
W rogu jednego z pomieszczeń fabrycznych coś dygotało. Przybliżając obraz i przyglądając się tej postaci, drużyna zrozumiała, że jest to humanoidalny robot. Bardzo podobny do tych wykorzystywanych przez Lu. Maszyna ta miała uszkodzony system, najprawdopodobniej przez brak prac konserwacyjnych. Jej nieregularne ruchy były niesamowicie podobne do zachowania sylwetki za sterami walca drogowego, z którym zmierzyli się wcześniej.
Poza kamerami, w pokoju znajdowało się kilka szafek z dyskami, z których każdy podpisany był konkretną datą. Przeglądając półki i pojemniki, załoga natknęła się na dziennik, który wypisywał istotne wydarzenia z nagrań. Podane były daty dla "Kradzież uspokajaczy", "miłość toaletowa", "incydent ucieczki", "niewyjaśniony zgon", oraz sporo innych, na pewno nieistotnych, chociażby z uwagi na to, jak dawno miały miejsce.
Jedyne co z dziennika przykuło uwagę Victora było “incydent ucieczki” oraz “NIewyjaśniony zgon”. Corvus miał zamiar obejrzeć nagrania nawiązujące do tych tytułów. - Obejrzymy te dwa nagrania, potem wrócimy do głównego holu. Stamtąd udamy się do laboratoriów. - Zarządził, po czym mocno mu się odbiło czkawką.
- Jasne. - odparł medyk, nie mając nic więcej do dodania. Oczami wyobraźni widział masakrę w placówce i zastanawiał się, gdzie zmutowane coś grasuje. Przeczuwał bowiem, że istota nie padła z głodu i strzałki paraliżujące się im przydadzą.
Na pierwszy rzut ognia poszedł ‘incydent ucieczki’. Drużyna podpięła odpowiedni dysk, po czym uruchomiła nagranie.

Na ekranie pojawiło się ogromne pomieszczenie z grubych, metalowych ścian. Znajdowały się w nim dwie postaci. Pierwszą była nastoletnia dziewczyna posiadająca więcej wszczepów i mechanicznych protez niż faktycznego ludzkiego ciała. Dziesiątki drobnych części drgało i kręciło się, a diody migały rytmicznie.
Kobieta ta patrzyła na drugiego osobnika: Olbrzymiego kosmitę z planety zdominowanej przez dinozaury. Był to Behemot. Stworzenia te dorastają nawet do dwudziestu metrów. Posiadają muskulaturę zbliżoną człowiekowi, jednak znacznie bogatszą i silniejszą. Istota ta była obita żelaznymi płatami. Nosiła na sobie pancerz, który zasłaniał jej łeb. Prawdopodobnie była ślepa i niepełnosprawna. Nie licząc sapania z jej otwartej paszczy, kreatura nie ruszała się.
Po kilku minutach przyglądania się stworzeniu, dziewczyna uniosła dłoń, a kosmita zrobił to samo. Następnie stanęła na palcach, a monstrum podniosło się, dotykając głową sklepienia. W ten sposób dziewczyna sprawdziła swoją kontrolę nad bestią. Za każdym razem wykonywała swój gest mniej zamaszyście i mniej szczegółowo, jednak stwór odpowiadał na to pełnymi wymachami i krokami. W końcu przestała. Stanęła w miejscu na jakąś minutę. Na chwilę skierowała wzrok w stronę głośnika zawieszonego na suficie. Chwilę później odwróciłą się do kamery, a potem do niewidocznej pod tym kątem ściany. Moment później bestia ruszyła biegiem, a nagranie zostało urwane wraz z trzaskiem i szumem.

Grupa włączyła drugie nagranie. Tym razem “nieprzewidziana śmierć” zagościła na ekranie.
Ekran pokazał jakieś niewielkie biuro. Prawdopodobnie jedno z tych na dole, które drużyna eksplorowała na początku. Wewnątrz biura jakiś mężczyzna pracował przed komputerem. Wyglądał nieco blado i miał podkrążone oczy. Po kilku minutach pisania na komputerze, zaczął kaszleć. Najpierw lekko i sucho, potem coraz gwałtowniej i brutalniej. W końcu, w którymś momencie zerwał się z krzesła, a następnie zatoczył i padł na ziemię. Martwy.
Gdy mężczyzna upadał na ziemię, a jego krzesło odjechało do tyłu, nagranie zaoferowało też spojrzenie na jego ścianę. Ścianę sprzed katastrofy i porośnięcia biologiczną masą. Znajdował się na niej jeden z wielu plakatów propagandowych, które Corvus widział podczas swojej eksploracji placówki. Drużyna w końcu miała okazję spojrzeć na jeden w stanie nienaruszonym.
Podpisany był on:

TITAN
FOR BETTER FUTURE

Pod napisem widoczne były dwie kobiety otoczone przez gromadę dzieci z zerówki. Po prawej stała czarnowłosa, którą Lu wcześniej zidentyfikowała jako “Seditionist Cognitionis”. Po lewej stała ponętna, wysoka kobieta o rudych włosach. Johanna Corvus.
Nagranie skończyło się, a ekran zgasł.
- Johanna… - Wymamrotał ledwie Corvus. Przeszedł go dreszcz po plecach, na samą myśl że może tutaj przebywać. Co gorsza mieć coś wspólnego z całym tym bajzlem.
- Dajcie… dajcie mi chwilę, muszę zebrać myśli. - Kapitan przykucnął na moment, splatając palce i patrząc się w sobie znany punkt na podłodze
- Nie mogę ci mówić takich rzeczy...ale doszłam do wniosku, że masz prawo samemu je odkryć. - odezwała się Lu za pośrednictwem droida.
- Co się stało? Eddie, może Ty mi wyjaśnisz, co tak rozbroiło Victora? - zapytał Karasu, po czym zaczął się głośno zastanawia - Ten wirus, który rozłożył człowieka na drugim nagraniu jest zastanawiający. Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić, czy choroba zaatakowała natychmiastowo, czy ofiara była poddana jej działaniu przez dłuższy czas. Jedno jest jednak pewne - Wasza dwójka nie może czuć się tutaj bezpiecznie. Victorze, za cholerę nie możesz ściągać kopuły zbroi, a Ty Eddie postaraj się oddychać przez jakiś materiał. Nie wiem co tutaj panowało, ale być może nadal unosi się w powietrzu. - rzekł medyk, po czym zaaplikował nanobota niebieskoskóremu, dodając - Przyda Ci się, nie wiem czy coś pomoże, czy Twoja naturalna odporność zwalczy ewentualne paskudztwo w organizmie, ale wolę by moje nanoboty pobudziły Twoje ciało do działania. - zakończył syntetyk.
- Zobaczył córkę to wymięka. - odparł krótko niebieskoskóry. Nie było sensu odkrywać wszystkie szczegóły przed syntetykiem. Wyjawianie ich w środku misji wydaje się być jeszcze bardziej niedorzeczne. Victor właśnie patrzył na jedynego, żyjącego dziecica swej historii, swoich genów i wpojonych przez niego wartości. Zaskoczenie i roztrzęsienie Victora nie było niczym dziwnym.
- Jak eksperymentowała to na xeno czy innym gównie. Jeśli współpracuje, to nie wiem czego się spodziewałeś. - dodał, kładąc dłoń na znajdującego się w intergalaktycznym przykucu prawilności szlachcicu.
- A co do niewyjaśnionego zgonu, równie dobrze mogli kropnąć swojego. To nie jest szczególnie rzadka praktyka - dodał.
- Nie wychowywałem jej w ten sposób. Eksperymenty kosztem istnień ludzkich są poza moim marginesem tolerancji. - Były szlachcic nie czuł załamania. Po krótkiej chwili podniósł się i oparł opancerzoną dłoń na ramieniu Eddiego, doceniając jego gest. - Wracam do głównego holu i kieruje się do laboratorium, muszę wiedzieć czy Johanna, ma coś z tym wspólnego. - Oznajmił po czym dodał. - To już jest sprawa osobista i nie macie obowiązku iść za mną. -
Karasu powiedział do siebie, ale na tyle głośno, by reszta słyszała - Alkohol, emocjonalny problem oraz zaraz w powietrzu. Wybuchowa mieszanka, czego chcieć więcej? - medyk nie miał wątpliwości, że nie można Victora zostawiać samemu sobie. Ba, w ogóle nie powinno się rozdzielać.
- Sugeruję odebrać klejnot z tego piętra, póki tu jesteście. - odezwała się Lu. - Sam do was nie przyjdzie. - zauważyła.
- Ty nie, imperium… - niebieskoskóry nie zamierzał kończyć swojej wypowiedzi. Przynajmniej póki nie odstrzeli jakoś tej blaszanej puszki pełniącej rolę mobilnego konfidenta. Prawa dłoń mimowolnie zacisnęła się na uchwycie karabinu. Po kilku chwilach Eddie rozluźnił uścisk.
- Lu, w takim razie powiesz nam co dokładnie robi ten klejnot - spytał w końcu.
- Nie po to odmówiłam wam odpowiedzi, aby podać ją pół godziny później. - Zdziwiła się pytaniem Louise. - Chcę zobaczyć, czy jesteście w stanie rozpracować to samodzielnie.
- Eddie, widocznie musimy polegać wyłącznie na sobie. Nie wiem jak działa to ustrojstwo, ale obawiam się, że się pozabijamy. Normalnie zaproponowałbym oddanie broni Victorowi na tą chwilę, ale kij wie czy coś na nas nie zaskoczy. Masz jakąś propozycję, jak się do tego zabrać? No i, czy Victor poczeka…- dodał po chwili medyk.
- Nadal uważam że powinniśmy go zostawić. - odparł krótko niebieskoskóry. - Jeżeli nie wysadzimy całego ośrodka przez przypadek, nawet strata tej ewentualnej godziny poświęconej na powrót nie będzie tak straszna - dodał. W jego głowie szumiały informacje o jakimś czuciofilmie, martwi nie opowiadają historii, czy coś takiego…
- Jak mówiłem, idę do laboratorium. Jak stamtąd wrócę zabieramy klejnot i opuszczamy to miejsce. Możecie pójść ze mną albo tu czekać. Rozkazuje wam za to go nie dotykać bez mojej obecności. Wszystko jasne? - Nie czekając na odpowiedź, ruszył pośpiesznym krokiem we wcześniej wspomnianym kierunku. Musi mieć pewność czy Johanna, przeprowadzała jakieś niegodne człowieka eksperymenty. Nie uczył córki kłamać, ale wiedział że wszystkiego mu powiedzieć nie może. Chciał więc mieć jakieś dowody na swoje podejrzenia.
Karasu tak jak wcześniej zadeklarował, udał się za Victorem bez dalszej dyskusji. Podobnej decyzji dokonał niebieskoskóry. Nie zamierzał brać tego klejnotu w ciemno. Pieniądze były dla niego niesamowicie ważne. Coś jednak podpowiadało, że trupy nie zarabiają zbyt wiele.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-07-2018, 17:51   #30
 
Fiath's Avatar
 
Reputacja: 4676 Fiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputacjęFiath ma wspaniałą reputację
292015214SY
Zapomniana zerówka
Drużyna postanowiła cofnąć się na pierwsze piętro i pójść głównym korytarzem w głąb kompleksu badawczego. Przechodzili obok wielu pomieszczeń badawczych. Schowane za szklanymi ścianami pokoje były niewielkie, posiadały zaledwie kilka szafek na narzędzia i pojedyncze fotele dla pacjentów. Idąc wzdłuż nich, drużyna zwróciła też uwagę na narastające ilości materii biologicznej. Zdecydowanie zbliżali się do tego, z czego wyrastała. W końcu grupa doszła aż do końca: do ogromnej żelaznej ściany z dziurą wybitą przez coś wielkiego. To z głębi tej dziury wychodziły wszystkie pulsujące, podłużne wnętrzności. Była to też część kompleksu, w której znajdowały się cztery większe laboratoria. Stopień zniszczenia tego rejonu był największy z tego, co widzieli do tej pory.
Victor skrzywił się widząc tą dziurę. Mimo że się znieczulił dalej go to niezmiernie brzydziło. Bez namysłu odpalił palniki na rękawicach i zaczął wypalać sobie drogę. - Grupować się i pod żadnym pozorem nie rozdzielać. - Zarządził Corvus wchodząc w głąb wyrwanej dziury.
Otwór był na tyle porośnięty, że zanim Victor mógł do niego wejść, musiał zrobić dwa kroki do przodu, aby wepchnąć głębiej swoje miotacze. Ogień gorączkowo pochłaniał łatwopalną materię, która skwierczała i wyginała się. W pewnym momencie z wnętrza rozniósł się pisk. Chwilę później w głębi dziury, w cieniu poza zasięgiem światła generowanego przez płomień, pojawiły się małe, jasne oczka. Zaraz potem kolejne i kolejne. Dziesiątki, setki, a nawet nie widzieli wnętrza całego pomieszczenia. Na czole Victora pojawiła się pojedyńcza kropla potu.
- Kontakt. - Po czym ruszył w przód, nawet na chwile nie gasząc palników.
Karasu stanął nieco z boku, aby Eddie miał wolną linię do strzału. Wiedział bowiem, że jego możliwości bojowe są mocno ograniczone w stosunku do sojuszników. Przygotował laserową katanę i obserwował plecy. Obawiał się, że podczas wypalania przodu, na plecy może wleźć im coś innego.
- Gotowy do strzału - zakomunikował niebieskoskóry. Jego ciało błyskawicznie przybrało wręcz wzorową pozycję strzelecką. Owszem, jego mięśnie były wystarczająco silne, by odrzut ze zwyczajnej broni nie wpływał na szczególnie na celność.
- Kim jesteście - krzyknął głośniej. W zwiedzonych przez niego częściach galaktyki widział wystarczająco wiele dziwnych stworzeń, by nie naciskać spustu przy pierwszej możliwej okazji.
Po pewnej chwili świecące oczęta ruszyły biegiem na zgromadzonych. Z jednej strony ignorowały ścianę rozprzestrzeniającego się ognia, z drugiej wyraźnie w niej umierały. Co jakiś czas widać było dziób czy łapę, kreatury przetaczały się po swoich własnych truchłach, aby sforsować zaporę Victora. Cokolwiek przetaczało się przez wylew palników Victora, dostawało zaraz po tym w łeb od Eddiego. Ilość przeciwników była jednak przytłaczająca. W końcu z nawałnicy setek, jeżeli nie tysięcy stworzeń, kilkoro zaczęło przeskakiwać na drugą stronę dziury. Karasu błyskawicznie ściął pierwszy łeb lecący na przeładowywującego niebieskoskórego. Tymczasem coś ugryzło Victora w nogę, łamiąc sobie tym szczękę, tylko po to, aby zostać zgniecionym przez opancerzonego żołnierza. Jedna z kreatury wyleciała pod ramieniem Corvusa jak sprężyna, łapiąc w zęby robota Lu, którego przegryzła na pół, a następnie umarła porażona prądem.

W całej tej nawałnicy ciężko było przyjrzeć się atakującym. Myśli zgromadzonych były skupione na powstrzymywaniu jej, jak i pilnowaniu pleców, na które szczęśliwie nic nie wtargnęło. Kreatury w końcu jednak zaczęły spowalniać, rezygnować, albo wymierać. W każdym razie grupa mogła zebrać myśli. To, co ich atakowało, miało dwie nogi, podłużny dziób i owalny tors. Były to ścierwojady. Przedziwne istoty mieszkały kiedyś na planecie, która została przypadkowo wysadzona w trakcie bitwy gwiezdnej. W naturalnych warunkach są mikroskopijnymi stworzeniami. Gdy jednak asteroida będąca odłamkiem ich rodowitej planety uderzy w inną, biologicznie obfitą, te zaczynają na niej żerować. Wyjadają rośliny, a potem zwierzęta. W kilka miesięcy mogą urosnąć do rozmiaru psa, wtedy też ich rozwój się zatrzymuje. Mogły być fascynujące, ale przede wszystkim, były słabe. Stopień zagrożenia w tym momencie wynosił blisko zeru, przynajmniej jeżeli chodzi o same ścierwojady. Nie miały one możliwości nawet zadrapać Victora, a tak długo, jak Eddie i Karasu nie dadzą się przygnieść i zagryźć, nic im nie będzie.


Większym problemem był płomień. Rozprzestrzeniał się bezlitośnie i nie chciał wygasnąć. Rakotwórcze pędy musiały wydostawać się ze zwłok jakiegoś ogromnego kosmity lub kilku sztuk. Grupa wiedziała już, że w laboratorium eksperymentowano na behemotach. To na nich musiały żerować ścierwojady. Jeżeli jednak gigantyczne, kilkutonowe ciała rozkładały się w olbrzymim pomieszczeniu po drugiej stronie ściany, to ilość łatwopalnej materii mogła przerastać możliwości strażackie drużyny. Ciężko było też przewidzieć, co się stanie z ogniem. Ściany były stworzone z jakiegoś metalu, nie stopią się szybko, ale jeżeli nagrzeją się za mocno, to meble i materia organiczna w sąsiednich pokojach mogą zapłonąć. O ile bez ognia nie wybroniliby się tak dobrze, jak im się to teraz udało, o tyle dzięki niemu nabawili się nowych problemów.
Corvus wyłączył palniki dysząc ciężko. Dopiero teraz do niego dotarło jakich zniszczeń dokonał. W pożarze ciężko szukać jakichkolwiek ważnych zapisków. O ile jego kombinezon to zniesie, to nie rzeczy dookoła niego. - Wracamy po kryształ i opuszczamy to miejsce. - Zarządził Victor rozdeptując u swoich stóp dogorywającą bestie z widoczną nienawiścią, gdyż włożył w tę czynność więcej niż wystarczająco wysiłku. Na tą chwilę zaniechał używania palników i skupi się bardziej na wspomaganej sile pancerza.
Karasu był pod wrażeniem skuteczności dowódcy, równocześnie odczuwając zadowolenie na wspomnienie o krysztale. Bez zwłoki wykonał polecenie Victora, uważając przy tym, by nic na niego nie wyskoczyło. Po chwili przypomniał sobie o swych obowiązkach, więc rzekł do zgromadzonych - Czy ktoś z Was jest ranny? Nie bagatelizujcie zadrapań, czy ugryzień, bo kij wie co żarły te gówniaki. Mogą mieć syf, czy inne gendergówno i głupio byłoby dorobić się jakiejś odmiany wścieklizny przez nieuwagę. - powiedział medyk.
- Nie przesadzaj Wiktorze, możemy przecież zrobić drugie wejście z zewnątrz budynku i wysadzić część z bezpiecznej odległości, potem zobaczyć co tu było i po co - zaproponował Eddie, przeładowując swego migoczącego raz za razem Pulsara Mk-1.
- I mam uwierzyć że jesteś przygotowany na taką okazję? Proszę cię. - Przekomarzanie się z niebieskoskórym troche ostudziło zapał byłego szlachcica. Kolejna z bestii wyskoczyła w stronę Corvusa, ten jednak leniwie ją złapał w powietrzu i zgniótł na miazgę jej łepek, aż zawartość czaszki stworka przepłynęła mu przez palce.- Masz te ładunki czy nie? - Zapytał Eddiego.
- Mam coś, co działa lepiej niż działo nie jednego myśliwca - odparł przekornie niebieskoskóry. Jakby dla potwierdzenia swoich słów puścił jedną z dłoni trzymających Pulsara i poklepał karabin przymocowany do jego pleców. - Widzieliście przecież jak to wyglądało wtedy na wieży - dodał, robiąc krok do tyłu.
- Kurasu, póki co jestem nietknięty. - dodał, raz jeszcze przyjmując wyuczoną pozycję.
- Co zatem robimy? Stanie w miejscu nie działa na naszą korzyść.- rzekł medyk zniecierpliwiony.
- To całe miejsce zaraz spłonie. Zabieramy artefakt i opuszczamy planete. Prawdę skonfrontuje z Johanną osobiście. - Zarządził Victor truchtając ciężko w wymienionym kierunku. Wiele rzeczy ją nauczył, ale kłamanie nie było jedną z nich. Miał tylko nadzieję że będzie w stanie się z nią skontaktować.
Karasu nie był przekonany, co do tego pomysłu, dlatego wtrącił - Czyli zwyczajnie zabierzemy coś, co mąci nam w głowach? Kto wie, czy to w ogóle jest artefakt? Lu nic takiego nie powiedziała. Nie zabierałbym potencjalnie niebezpiecznego narzędzia ze sobą, wolałbym sprawę załatwić na miejscu. - rzekł medyk.
- To nie tak że znamy komplet informacji odnosnie któregokolwiek z przydzielonych zadań. Równie dobrze możemy wziąć ten klejnot i się stąd wynosić - odparł niebieskoskóry. Widać, że nie był zbyt przekonany co do swoich słów, jednak coś go powstrzymywało od przyjęcia innej postawy. Szacunek, który niegdyś nabrał do Corvusa, podpowiadał mu głośno i wyraźnie. To była sprawa ich rodziny.
-[i] Tylko żeby emocje nie stłumiły zdrowego rozsądku. Nie chciałbym, aby ten klejnot mieszał mi w głowie lub wywołał jakieś negatywne skutki. Poza tym wysadzanie planety tak od razu? Abyśmy potem tego nie żałowali…[/ii]- rzekł medyk z wątpliwościami. Nie podobała mu się cała sytuacja, ale z drugiej strony był przeciwnikiem podejmowania pochopnych decyzji.
- Mam wam powysyłać oficjalne zaproszenia? Ruchy! - Zarządził Corvus, kierując się w stronę kryształu, nawet nie czekając na ich odpowiedź. Chciał stąd już jak najszybciej odejść, ponieważ powoli odczuwał, że trzeźwieje.
Aby oszczędzić sobie drogi, po wejściu schodami na górę Victor zniszczył metalowe drzwi dwoma uderzeniami żelaznej pięści. Pomieszczenie było niewielkie. Poza dawno już rozłożonym truchłem znajdowała się tutaj tylko gablota, wewnątrz której leżał klejnot. Dla Victora był to zwykły brudny kamień, barwą przypominający pospolite gówno. Dla Eddiego i Karasu, pod niezabezpieczoną szklaną pokrywką leżał lśniący tęczowymi kolorami diament. Gdy dwójka znalazła się tak blisko kamienia, po tak długich debatach na temat jego pozostawienia, ich pożądanie względem przedmiotu niesamowicie wzrosło. Jedno było pewne: nie pozwolą sobie stąd wyjść bez niego. Przynajmniej nie, jeżeli mają jakiś wybór.
Victor spojrzał na klejnot i na swoich ludzi. Wziął głęboki oddech i przemówił.
- Weźcie sobie do serca co teraz powiem. Jeśli zacznie wam odpierdalać przez jakiś kawałek świecącej skały… Pogrzebie was. Dacie z siebie sto procent albo tutaj zdechniecie. Nie pozwolę sobie w oddziale na słabe umysły. Czy rozumiecie co powiedziałem? - Z tymi słowami roztrzaskał gablotę i wziął kamień w garść.
- Jasne, tylko nie oddalaj się z nim za daleko. Dla naszego dobra. - rzekł Karasu.
- Jeśli faktycznie dalibysmy z siebie sto procent, to nikt z nas by stąd żywy nie wyszedł - odparł Eddie. Widać było, że pragnienie w niebieskoskórym rosło coraz bardziej. Gdyby narratorem tej powieści był jeden z adeptów Disneya, zapewne w oczach rekolektora pojawiłyby się teraz migające symbole dolara.
- Niezależnie od tego ile chcesz zrobić na nim badań, chce dostęp do wszystkich danych oraz sam kamień najdłużej za kilka godzin
Corvus nie miał ochoty na dalsze dyskusje, po prostu z klejnotem w ręce zaczął się kierować w stronę statku na którym przebywała Lu. Chciał jak najprędzej opuścić to miejsce.
Drużyna czym prędzej ruszyła w stronę hangaru. Płonące laboratorium zostawili za sobą. Jeżeli ognia nic nie powstrzyma, pochłonie on cały księżyc. Obejmujące go plugastwo już nie dyszało. Parszywe, zmutowane, hibernujące resztki kosmity, z którego wydobywały się wszelkie tuby i wyrostki, musiały dawno spłonąć i umrzeć w męczarniach. Nic już nie pulsowało, nic się nie wiło. Było tylko obrzydliwe i martwe.

Na okręt trójka doszła bez żadnych problemów. Nic na nich nie wyskoczyło, nie zobaczyli nawet więcej ścierwojadów, choć najpewniej i te miały gdzieś swoje gniazda. Gdy drzwi do okrętu otworzyły się, w korytarzu czekała już Lu z założonymi rękoma. Kobieta zwyczajowo uśmiechała się, czekając na zbiórkę drużyny, tak jak i to robiła, gdy ci wracali statkami do hangaru. Przodem przeszedł trzymający klejnot Victor, potem Karasu i wreszcie Eddie. Gdy drzwi za Niebieskoskórym zamykały się, coś je zatrzymało w połowie. Wykrywacz ruchu, ktoś wstawił nogę w próg. Właz otworzył się ponownie. Za drużyną stała Louise.


Ta wersja kobiety wyglądała tak samo, jak poprzednia, nie licząc ubioru. Louise za drzwiami miała na sobie zapiętą niebieską koszulkę zamiast garnituru, plamy smaru na policzku oraz klucz francuski w prawej dłoni. Dwie kobiety spojrzały na siebie, patrząc nad ramieniem opancerzonego Victora, jednak nic nie powiedziały.
- Co to ma znaczyć? - Zapytał Victor przełożoną, widząc jak sobowtór nie wywarł na niej większego wrażenia. Zaczęły go powoli już męczyć gierki pani admirał.
-Nie wiem, ja jestem tylko jedna... - powiedziała Lu.
-Ktoś tu wlazł, jak odłączałam pompę... - odparła w tym samym czasie Louise, zaciskając dłoń na kluczu francuskim.
- Pani Admirał powinna być całkiem silna, więc raczej poradzi sobie z byle podróbką jej osoby - westchnął wyraźnie rozbawiony niebieskóry. Zastanawiało go jedynie, czy był to jeden z efektów tajemniczego kamienia, czy coś zupełnie innego.
- Tylko kiślu nie mamy. - dodał Karasu. Wizja admirał walczącej z samą sobą wydawała mu się nader ciekawa.
- Opowiedziałem dzisiaj sen. Słucham Panie. - kapitan drużyny ustawił się tak by mieć obie kobiety w zasięgu wzroku. Zła odpowiedź będzie się równała szybką pięścią wymierzoną w głowę.
- Śnił ci się marzec. - odpowiedziała Louise.
- A March dream. - odparła Lu jednocześnie. Louise skrzywiła się.
- Byłam na zewnątrz, żeby ręcznie odłączyć pompę paliwową. - wyjaśniła stojąca za drzwiami Louise. - Wtedy to musiało tu wleźć.
- Mam od tego roboty… - podważała Lu.
- Elektroniczne maszyny pracujące w szybie paliwowym, genialne. - parsknęła w samoobronie Louise.
- Drogie Panie, jakie Iskry posiada nasza trójka? - zapytał Karasu.
- Emisja skoncentrowanej energii cieplnej. - Lu wskazała na Corvusa.
- Skoki podprzestrzenne. - Louise wskazała na Eddiego.
- Inwazja świadomości. - Lu spojrzała Karasu w oczy.
Louise zamilkła na krótką chwilę, po czym powiedziała. - To nie iskra. To część artefaktu.
- Inwazja świadomości? Część artefaktu? Rozwińcie proszę - zaśmiał się medyk, oczekując dalszej odpowiedzi.
- Cesarstwo wie czym jest studnia dusz, choć niekoniecznie jak działa. - przyznała Lu.
- Można świadomość zastąpić konceptem “duszy”. - dodała Louise.
- Z mojej strony to tyle, rzeczywiście mało wiecie. Victorze? - Karasu liczył na bardziej rozbudowane wypowiedzi, chociaż różnice w konstruowaniu zdań były dla niego zastanawiające. Obie Panie składały myśli zupełnie w inny sposób.
- Kiedy dostaniemy pierwszą wyraźną wypłatę? - zapytał Eddie. Nawet jeśli któraś z kobiet faktycznie była tą “prawdziwą”, niebieskoskóry i tak nie cenił jej osoby szczególnie. Równie dobrze mógł zabić tą, która da im więcej. Albo ją, albo wersję Lu(ise) która zaoferuje cokolwiek.
- Poważnie mam ujawniać niespodzianki? - zapytała Lu.
- Będziemy odnawiać zasoby w bazie Skidów. Dostaniecie fundusz na ten cel. - odpowiedziała Louise.
- Jak dokładnie kontrolujecie wszelakie wychodzące połączenia oraz wszystko, co robimy wewnątrz tej misji? - niebieskoskóry zadał kolejne pytanie. Widać było, że przemytnikowi nieszczególnie zależy na odkryciu “pierwotnej” pani admirał. Wręcz przeciwnie, wykorzystywał tę okazję, by zyskać chociaż trochę informacji o ich położeniu. Jeśli to również jest test Lu(ise), to w którymś momencie zwyczajnie mu przerwie.
Dla Victora punktem zaczepienia była mimika Lu, gdy Louise przemówiła dziwnym językiem. Ustawił się przed Lu i przemówił.
- Purge my enemy. - Wskazał palcem na Lu i dodał. - Co powiedziałem? - Specjalnie pytał je pojedyńczo.
- Enemy to wróg. Nie znam całego języka. - odparła Lu.
- Słuchawki. - wzruszyła ramionami Louise. - Żadnych wszczepów nie dostaliście.
Victor podszedł do pobrudzonejj smarem kobiety.
- War, Carnage, Conflict, Death. - Pochylił się delikatnie, tak że mogła w kopule zobaczyć swoje odbicie.
- Wojna, na koniec śmierć. Zrozumienie tego języka zależy od czarownika z którym masz kontrakt. Twój to March, mój nie. - wyjaśniła Lu.
- Mogłybyście jeszcze raz, ale konkretnie i szczegółowo odpowiedzieć na pytanie Eddiego? To dotyczące kontrolowania. Przy okazji, powiedzcie proszę, o co chodzi z tym kryształem. Tylko bez wymijania i nie oszczędzajcie słów. Do tego nie mówicie jedna przez drugą, niech najpierw odpowie ubrudzona Lu - moja droga, odłóż również ten klucz na ziemię. - rzekł Karasu, którego sytuacja wyraźnie bawiła.
- Mam po niej powtórzyć? Mówię ci przez słuchawkę, co masz zrobić, a ty to robisz. Dla cesarstwa. - Odparła Lu. - Chyba, że nie rozumiem pytania. Z kryształem jeszcze się nie uporaliście?
Louise uśmiechnęła się w pewien czuły sposób. - Jak dotkniesz kryształu, to przestanie działać.
- Psujesz mi zabawę. - zawiodła się Lu.
- Próbujesz mnie zabić. - sprzeciwiła się Louise.
- Nie. To ty popełniasz samobójstwo.
- Dlaczego kryształ od początku nie działał na Victora? - spytał krótko niebieskoskóry.
- Spoglądał przez monitor. Pancerz nagrywa obraz i wyświetla mu go przed twarzą. Ta sama zasada co statki kosmiczne. - Wyjaśniła Louise.
- Mogę wyjąć aparat? Zanim zobaczycie kamień. - spytała Lu.
- Co zaparzyłaś w trakcie tej misji? Pytanie do obu. - Wtrącił Victor.
- Kawę. O co wam z tym chodzi? - spytała Lu.
- Zgadza się, kawę. - przytaknęła Louise.
- Na poprzedniej planecie użyłaś czarów, aby mnie wzmocnić. Prosiłbym o powtórzenie tej sztuczki. - rzekł Karasu.
- I znowu będziecie narzekać, że mam kaca? - spytała Lu.
- Chcesz ryzykować danie komuś księgi w ręce? - zdziwiła się Louise.
- Jak już mówiłem. Nie jesteśmy w sytuacji, w której to my mamy się wykazywać. - zauważył niebieskoskóry. Odłożył Pulsara na jeden z uchwytów na pobliskiej ścianie. - To nie my mamy problem z jakimś mimikiem czy innym ustrojstwem - dodał krótko. - Niezależnie od tego, czy obie jesteście jednym elementem faktycznej Lu, od początku na statku znajdowałyście się w takim stanie i teraz robicie sobie z nas jaja, czy może któraś jest efektem zmutowanego raka stykającego się z ciałem oryginału - niebieskoskóry zaczął ściągać z pleców karabin snajperski, wyraźnie nie przywiązując wielkiej wagi do tej niezwykłej sytuacji. Jego rutyna tylko na kilka chwil była zakłócona.
- To po waszej stronie leży udowodnienie, że któraś z was jest tą prawdziwą - podsumował.
Lu uśmiechnęła się. - Tak, to moja bliźniaczka. Ta planeta była na tyle niegroźna, że chciałam was trochę rozruszać przed odlotem.
Louise zamrugała kilka razy w ciszy. - Co? Łżesz. - Przecząco kiwnęła głową.
- Oh? Nie pójdziesz na kompromis? - Spytała Lu, po czym spojrzała na Eddiego. - To wy się musicie popisać. Ona ma wyraźnie te same wspomnienia co ja, więc nie mam jak się popisać. - stwierdziła.
- Skoro następnie lecimy na Skida, sam muszę załatwić trochę spraw. Spotkamy się dopiero tam - odparł, biorąc oba karabiny w dłoń i kierując się w stronę swojej kajuty. Po drodze klepnął tylko w kryształ będący jakże ciekawą pułapką. Ten natychmiast stracił swój blask. Stał się zwykłym, nie interesującym kamieniem, który w normalnych warunkach Eddie pewnie by przeoczył.
- Nie wiem jak wy, ale ja odstrzeliłbym tę, która powiedziała mi co mam zrobić bez dodatkowych bluzgów/ - odparł wyraźnie rozbawiony. Po tych słowach wyszedł z pomieszczenia. W samotności dodał tylko - Albo obie, po co ryzykować - zaśmiał się.. Zamierzał wziąć dłuższy prysznic, zjeść coś i zacząć zajmować się Anne Code.
Karasu poszedł w ślady Eddiego, imitując jego zachowanie w stosunku do klejnotu. Następnie popatrzył na Victora z uśmiechem i rzekł - Victorze, nie wierzę, by Lu grzebała przy statku osobiście, zamiast wykorzystać roboty - a przynajmniej ta Lu, która nami dowodzi. Niemniej rób co chcesz, osobiście wziąłbym je do laboratorium i przebadał, ale pewnie nie pozwolisz mi się pobawić. - zakończył medyk i również zaczął zbierać się do swojej kajuty.
- Załatwimy to tutaj, nie będziemy ryzykować by jakieś świństwo dostało się na statek. - Zarządził Corvus. - Chce zobaczyć nagrania z wnętrza statku. Od wylądowania do naszego przybycia. -
- Zgaduję, że mamy czekać w celach? - spytała Lu.
- Tak. - Odparł krótko kapitan drużyny. -[i] Zostaniemy nad księżycem póki się sprawa nie wyjaśni.
Drużyna postanowiła przechować kobiety w dwóch oddzielnych celach. Victor przejrzy, co Lu robiła na nagraniach, a Karasu porówna ich dane medyczne. Zarówno między nimi, jak i w porównaniu z oficjalną kartoteką Louise Cypher w danych Cesarstwa. Zadanie zabrania okrętu ponad atmosferę płonącego księżyca, przypadło na Eddiego. Nie było to dla chłopaka trudne. Pompa paliwowa faktycznie była odłączona. W dodatku widział wcześniej, jak Lu manewrowała pomiędzy okolicznymi asteroidami, więc dobrze wiedział, za co się zabiera. W dziesięć minut statek był na bezpiecznej wysokości pośród wyłącznie kosmicznej próżni. Tam niebieskoskóry go zostawił, zajmując się sobą.

Przemytnik nawiązał kontakt z Zacharamy. Postanowił zapytać go o stan Anny. Na szczęście udało mu się zastać starca, który natychmiast go przeprosił:
- Wybacz, powinienem być bardziej konkretny podczas naszej pierwszej rozmowy. Pewnie narobiłem ci strachu. - zauważył. - Anne miała iskrę. Jest w stanie wejść w maszyny, przenieść swoją świadomość do świata cyfrowego. Dzięki temu dalej żyje. Jej ciało niestety jest martwe. Jej serce przestało funkcjonować, a każde, którym chcieliśmy je zastąpić, nawet mechaniczne, natychmiast umierało. Ostatecznie wstawiliśmy jej ciało do lodówki. - wyjaśnił. - Mamy nadzieję na skonstruowanie jej mechanicznego zastępstwa, ale taka technologia jeszcze nie istnieje. Pospolite roboty są zbyt uproszczone, aby była w stanie poprawnie w nich funkcjonować.
 
Fiath jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166