Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Science-Fiction Chcesz odkryć w eonach Kosmosu Zapomniane Światy? Walczyć z wszędobylskimi Korporacjami, bądź być małym cyber–trybikiem w ich złożonej Maszynerii? Ostrzem świetlnego miecza wyrąbywać sobie swoją ścieżkę Mocy? To czy odważysz się przejść przez Wrota Wymiarów zależy tylko od Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-01-2021, 21:47   #1
 
Micas's Avatar
 
Post [MechWarrior] Hearth & Home

Link do komentarzy. ([Hangar] MechWarrior - Hearth and Home)

Link do materiałów. ([Sztab] MechWarrior - Hearth & Home)




Hearth & Home
The Minutemen of Amerigo


Czwartek, 14 marca 2999 A.D.
Godzina 7:48 czasu terrańskiego
Newport, New Vermont Republic
Planeta Amerigo
Głębokie Peryferia


Pod wieloma względami Amerigo było rzeczywiście wyjątkową planetą. Blisko dwukrotnie większa od Terry, a zarazem posiadająca rdzeń o stosunkowo niewiele większej gęstości, zachowywała warunki nadające się pod terraforming. Atmosfera funkcjonowała prawidłowo, powietrze nie obfitowało w toksyny, podobnie woda. Wód słonych było zadziwiająco mało - w zasadzie tylko Morze Chłodne (zwane również Morzem Bieguna Północnego) było zasolone. Szereg różnych jezior i rzek było słodkowodnych, podobnie jak wielkie (wręcz olbrzymie w niektórych miejscach) pokłady głębokich wód gruntowych. Idealne warunki, ktoś by pomyślał. Idealne, gdyby nie to cholerne pole magnetyczne, pieprzące wszystkie słabsze bądź nazbyt dalekosiężne sygnały bezprzewodowe. Intranet tak powszechne na wielu planetach Sfery Wewnętrznej czy nawet co lepiej prosperujących peryferyjnych, na Amerigo był ograniczony do kabli światłowodowych bądź starszej daty, ekranowanych, grubych kabli miedziowych (na szczęście miedzi na Amerigo było dużo, być może nawet więcej niż żelaza i cyny, niezbędnych do produkcji stali). W ostatnich latach pojawiały się kolejne, eksperymentalne i wciąż dopracowywane rozwiązania, jak wiązki laserowe odbijane od przekaźników i balonów meteorologicznych, bądź podobne (i niezbyt udane) próby z silnymi radiowymi sygnałami wi-fi. Ponadto klimat, choć znośny i pozwalający (a nawet promujący) życie, był gorący. Prawie całą planetę pokrywały sawanny, pustynie skaliste oraz wielkie lasy deszczowe. Większą część prawie czterystudniowego roku planetarnego dominował ciągły taniec między dwoma porami roku: mokrą i suchą, a średnia temperatura całoroczna przekraczała 30 stopni Celsjusza. Przy Morzu Chłodnym dominował bardziej przyjemny klimat śródziemnomorski - jeden z powodów dla których Ojcowie Założyciele wybrali ten rejon na rdzeń Ziaren. Tam też wybudowano drugie z kolei miasto, a obecną stolicę - Newport.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=9aPM4XZUbO4[/MEDIA]

Krótkofalowe radio miejskie puszczało klasyczną muzykę terrańską sprzed wielu wieków, a naczelna telewizja, Kanał 4, puszczał powiązany z nią antyczny dokument. Pytanie wydawało się uporczywie wisieć w powietrzu.

Who Will Save The World?

Nikt ze słuchających bądź oglądających nie przypuszczał, że to pytanie mogło być skierowane do nich. Julian Jackson, uznany doktor inżynier, dziś jeden z najbardziej utalentowanych pilotów IndustrialMechów na Amerigo, operator WI-DM DemolitionMech. Victor Heisenberg, dawniej chyba najlepszy chirurg na Amerigo, dziś całkiem odmienna persona: pilot pierwszego z dwóch CON-1 Carbine ConstructionMechs. Hadrian Spencer, student architektury i "złote dziecko" jednego z szefów naczelnej firmy budowlanej na Amerigo, pilot drugiego Carbine'a. Wreszcie Jane Doe, przodowniczka pracy, brygadzistka pierwszej amerygańskiej drużyny IndustrialMechów, pilotująca maszynę typu Buster XV HaulerMech. A nieco dalej, poniekąd na uboczu i - wydawałoby się - całkiem niezwiązaną osobą była Iroshizuku Asagao, podporucznik NVDF (New Vermont Defense Force).

Wszystkie te osoby myślały, wręcz przeczuwały, że czeka je świetlana przyszłość. Że wezmą udział w wyjątkowych wydarzeniach.

Jakże... zgodne z tym, co pisał im Los.


Na Amerigo ostatnimi czasy działo się całkiem sporo, w porównaniu do ostatniego dwudziestolecia. Już ponad rok minął od zakupu, dostarczenia i wyremontowania sekcji używanych IndustrialMechów, które trafiły do Stern Heavy Construction Co., czołowej firmy budowlanej na planecie, i niewiele mniej czasu od utworzenia grupy specjalnej SHWAT (Super-Heavy Weapons And Tactics) Newport Police Dept, dysponującej drużyną zmodyfikowanych PoliceMechs typu Kruger. Obydwie grupy sprawdzały się nad wyraz dobrze. Rząd już kilkanaście tygodni temu ogłosił chęć zakupu kolejnych podobnych maszyn i podjął negocjacje z potencjalnymi dostawcami. Dzięki tym machinom projekty dotyczące bezpieczeństwa i rozbudowy kolonii, snute jeszcze dziesięciolecia wstecz przez Ojców Założycieli, dziś nabierały rumieńców - a jutro miały być realizowane w przyroście wykładniczym. Prawo Moore'a nie kłamało.

Była też modernizacja i rozbudowa skromnych, ale całkiem nieźle wyposażonych i wyszkolonych sił NVDF. Od quasi-rządu (a raczej czegoś na wzór ichnego MSZ) Society of New St. Andrews reprezentującego planetę o tej samej nazwie, a będącej relatywnie "niedaleko" zakupiono szereg maszyn bojowych mających zastąpić wyeksploatowane sztuki z oddziałów pancernych i piechoty zmechanizowanej - trzonu Gwardii Republikańskiej, "Green Mountain Boys", czołowych sił zbrojnych Nowego Vermontu. Inne podobne wozy zamówiono u korporacji Quikscell oferującej masowo produkowane, tańsze wersje powszechnych wzorców - w sam raz dla peryferyjnej kolonii. Kontrakty zrealizowano dosłownie przed chwilą: przed paroma dniami ostatni transport postawił swą płozę na głównym lądowisku w Newport i wyładował ostatnią machinę. Teraz były przygotowywane do wielkiej parady wojskowej, która miała przejechać ulicami stolicy.

Parada była zaplanowana na dzień jutrzejszy. Dzień nie byle jaki, bo święto Fundacji (zwane również Dniem Założycielskim), przypominające mieszankę antycznych świąt niepodległości i Dziękczynienia obchodzonych w Starej Ameryce. Tak się akurat złożyło, że był to piątek - więc populację Nowego Vermontu czekał długi weekend.

Nikt nie wątpił, że przyspieszona realizacja kontraktu miała nie tylko wymiar świąteczno-propagandowy, ale także miała podbić morale i pokazać pazury republiki. Na południu, w słabo zaludnionym i w wysokiej mierze zmilitaryzowanym rejonie Pogranicza (lub potocznie "No Man's Land", "Ziemia Niczyja") rozpościerającym się od rejonu przygranicznego aż po nieprzebyte pustkowia Bariery, znów doszło do tarć z plemionami Bandytów. Ta półdzika swołocz rządzona przez krwiożerczych kacyków i złożona z potomków wyrzutków, kryminalistów oraz piratów - ta sama banda, którą kiedyś zgromili legendarni Minutemen i inni ochotnicy - raz jeszcze zaczęła podgryzać granice Republiki Nowego Vermontu. Jak prawie co roku. Tym razem jednak walki trwały ponoć długo i były intensywniejsze. Rzecz niesłychana od ponad dwudziestu lat, by takie starcia trwały dłużej niż dwa tygodnie. Teraz trwały już ponad miesiąc. Ci, którzy mieli kontakt z Rangersami - formacją zawodowo-ochotniczą NVDF pilnującą granic republiki - siali defetystyczne plotki, jakoby na Pograniczu ciągle trwał dalekosiężny ostrzał z kaemów, broni wyborowej, a nawet moździerzy, lekkich rakiet i dział bezodrzutowych, a Bandyci wykonywali częste rajdy uzbrojonymi i dopancerzonymi technicalami, bądź próbowali infiltrować granice. Ponoć patrole Rangersów praktycznie codziennie toczyły potyczki spotkaniowe z podobnymi grupami od nieprzyjaciela. Media podchwyciły te plotki, ale po pierwszym zaskoczeniu, sensacji i pesymizmie (a potem optymizmie podsycanym propagandą) rzecz spadła na drugi plan, raczej jako coś, co działo się w tle i ciągle się tliło. Ludzie nawet i do tego się przyzwyczajali (a przynajmniej nie Rangersi i ich rodziny). Pogranicze było daleko. Tu był rejon Ziaren. Serce amerygańskiego prosperity.

Inne, bardziej wybujałe i wyssane z palca plotki głosiły, jakoby rząd i wojsko planowały zakup używanych MilitiaMechs (zwanych także eufemistycznie "bardzo lekkimi BattleMechs") typu Quasit do sił zbrojnych, stworzenie sił aerospace i podobne bzdury.

Ale to były plotki, kłamstwa, prawdy i półprawdy będące tak naprawdę daleko i w tle. Dziś był przeddzień Fundacji. Praca miała być dzisiaj krótsza. Rodziny miały przygotowywać się do jutrzejszych świąt, do wystawnych obiadów, do rodzinnych spotkań, do hucznych festiwali w każdym z Dziesięciu Ziaren - miast Republiki. Pogoda miała dopisywać - gorąco i słonecznie, jak to w porze suchej, ale od strony Morza Chłodnego miała nadejść bryza.

Zapowiadał się piękny dzień i równie piękne jutro.
 
__________________
Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet rzucę broń
Przeskoczę każdy mur

Ostatnio edytowane przez Micas : 09-07-2021 o 08:26. Powód: Korekta miejsca akcji.
Micas jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-01-2021, 21:20   #2
 
Stalowy's Avatar
 

- Od kiedy industrial-mechy pojawiły się w naszym parku maszynowym znacząco zwiększyła się nasza wydajność. Projekty budowlane które kiedyś zajmowały kilka miesięcy teraz spokojnie kończymy w kilka tygodni. Niesamowite przyspieszenie. - uśmiechając się od ucha do ucha elegancki dyrektor mówił z wielką ekscytacją - Jeżeli nie napotkamy znaczących trudności wyrobimy się przed harmonogramem. Z takim wyposażeniem może nawet projekty architektoniczne Ojców Założycieli będą dla nas osiągalne.

Kamera przeskakuje do niedużej sali w której zgromadzono w gablotach różnego rodzaju pamiątki, na ścianach natomiast zawieszono fotografie ludzi i scen z placów budowy. Dyrektor szerokim gestem zaprasza do wnętrza.

- A to nasza izba pamięci. Pionierzy Nowego Vermontu przekazali nam fotografie i przedmioty związane z pierwszymi pracami jakie wykonywano podczas powstawania naszej kolonii. Było to zaledwie kilkadziesiąt lat temu, uważamy jednak że warto jest pamiętać o wielkim poświęceniu wcześniejszych pokoleń dzięki którym nasza mała ojczyzna zawdzięcza swoją świetność.

W trakcie wypowiedzi kadr przejeżdża wzdłuż ściany, po chwili pokazując fotografie ludzi wznoszących pierwsze huby mieszkalne, fabryki, elektrownie.

Kadr znów wraca do izby pamięci. Dyrektor z wielce uniesioną miną pokazuje kolejny zbiór fotek.

- Jednym z największych przedsięwzięć było wykopanie tuneli pod Newport. Tereny jakie zamieszkujemy nie są łatwe w pracach podziemnych i głębinowych. Nasi poprzednicy wykazali się wielką determinacją by ukończyć podstawową infrastrukturę. - dyrektor wskazuje na gablotę pod zdjęciami - Zapisany w tamtym czasie projekt zakładał, o ile kolonia wejdzie w posiadanie odpowiednich zasobów, wydrążenie tuneli łączących wszystkie miasta Nowego Vermontu. Miały one spełniać wiele funkcji, zarówno transportowych jak i przesyłu mediów. Teraz kiedy mamy industrialmechy bardzo optymistycznie patrzę w przyszłość i na nasze możliwości w tej kwestii.

Obraz przechodzi na plac budowy. Narrator pokrótce opisuje ile mechów zakupiła kolonia oraz przybliża pobieżną charakterystykę każdej z maszyn. Kadr pokazuje ludzi pracujących w pocie czoła i uchodzących spod nóg przemieszczających się mechów i krążących wokół nich klasycznych pojazdów budowlanych. Widać że prace odbywają się na obrzeżu któregoś z miast. Mechy przenoszą ładunki, równają teren, wygrzebują ziemię pod fundament. Na skraju placu mech wyposażony w kulę i gigantyczną piłę łańcuchową rozbija głazy na drobne. Kadr obiegł jeszcze parę razy cały obszar. W następnej scenie wszyscy piloci mechów ubrani w lekkie kombinezony robocze ustawili się do wspólnego zdjęcia. Po chwili kolejny kadr. Szczupły, wysoki mężczyzna, najpewniej tuż przed trzydziestką uśmiecha się do kamery. Podpis na dole ekranu głosi “Julian Jackson. Pilot WI-DM DemolitionMech. EngD”.

- Moim marzeniem było pilotowanie mecha. - powiedział rozpromieniony - W ramach doktoratu skonstruowałem pod opieką profesora Hartmanna symulator mecha. Jestem dumny że nasz projekt dzisiaj stanowi jedno z podstawowych narzędzi szkolenia przyszłych pilotów, ale gdy go zaczynaliśmy nie sądziliśmy że zostanie on wykorzystany w naszej kolonii tak szybko. Podjąłem po studiach inną pracę, ale gdy tylko się dowiedziałem że potrzebni będą piloci, zgłosiłem się. Teraz robię to co lubię i pomagam budować przyszłość naszej ojczyzny.

***

Zdjęcie ekipy budowlanej wisiało na ścianie w pokoju Juliana. On sam stał w tylnym rzędzie przewyższający wzrostem pozostałych kolegów. Był szczupły, nosił okulary i z samej twarzy wyglądał na inteligenta nie zniszczonego ciężką harówką. Widok tego zdjęcia jak zawsze napawał dumą Juliana. Jego życie było pełne. Dotąd niejasna przyszłość stała się iście świetlana. Stała, dobrze płatna i prestiżowa praca. Jedyne czego brakowało to znaleźć sobie żonę, kupić dom i założyć rodzinę.
Julian mieszkał z rodzicami w jednym z mieszkalnych hubów Newport. Była to decyzja podyktowana czystym pragmatyzmem - po studiach wrócił do rodzinnego domu by móc w pierwszej pracy maksymalnie oszczędzać pieniądze. Nigdy nie był rozrywkowym człowiekiem, z kobietami nie radził sobie za dobrze, a z rodzicami dogadywał się świetnie - czemu miał przepierdalać całą swoją pensję tylko po to by mieć własne mieszkanie? Wywoływało to u jego rówieśników uśmieszki politowania, acz zawsze wtedy Julian się pytał jak tam ich kredyciki, czy starczy do pierwszego jak wyjdą napić się do baru czy gdy pójdą do lekarza. Gdy kolonię zakładano nikt nie myślał o takich rzeczach, teraz natomiast gdy rozwinęły się pierwsze miasta i aglomeracje, jej obywateli dotknęły te same problemy co obywateli wielu innych światów. Oczywiście taki model życia miał swoje minusy, ale Julian Jackson nie narzekał - gdy inni wypruwali żyły i wyginali się jak głupi, niszcząc sobie zdrowie i podkopując życie rodzinne, on powoli odkładał na swoje. Po chudym okresie studiów przybrał na wadze (choć wciąż był dość szczupły), nauczył się od swojej matki dobrze gotować, pochłaniał książki jedna za drugą (powieści ale także książki historyczne i reportaże), a po pracy w biurze największego przedsiębiorstwa budowlanego na planecie chodził na długie spacery lub jeździł rowerem. Co tydzień odwiedzał strzelnicę i grupy sportowe do których uczęszczał na studia.
Wszystko się zmieniło wraz z pojawieniem się industrialmechów. Choć pracował w biurze i kadry skierowały do pilotażu dotychczasowym operatorów maszyn budowlanych Julian zgłosił natychmiast swą chęć aplikacji na stanowisko pilota. Gdy kierownictwo zaatakowało go sceptycznymi spojrzeniami pełnymi politowania pomachał im pewnym papierem od którego niektórym oczy omal ze zdziwienia nie wyszły z orbit.
Minął rok od tamtego czasu. Miał pensję która równała do zarobków kolonialnych elit, wykonując pracę którą naprawdę kochał. Pomimo tego bardzo się pilnował żeby nie odbiła mu od tego amba, z resztą widać było to po oszczędnym życiu jakie prowadził.
Jego pokój urządzony był trochę w starym stylu. Było w nim pełno szpargałów z dawnych czasów - książek, opracowań, notesów i skarbów związanych z mechami i historią kolonii. Na ścianie wisiała mapa Amerigo, obok starego i postrzępionego plakatu na którym upamiętniono Minutemanów, którzy uratowali kolonię kilkadziesiąt lat temu. Gdy inni zastanawiali się czy była to prawda Julian był tego pewien - część pieniędzy wydał na zbieranie różnych pamiątek po bohaterach. Po pracy w której codziennie wracał do domu, jadł obiad, a potem spędzał czas z rodzicami lub zamykał się w tej swojej pustelni. Co prawda przez parę miesięcy po zostaniu pilotem nachodzili go dziennikarze, a nawet jacyś nadgorliwcy dronem przez okno strzelili mu fotę jak w slipach zaspany wstaje rano z łóżka, lecz po wydaniu solidnej sumki na adwokata i wygraniu sprawy w sądzie takie incydenty się urwały (pieniądze z zadośćuczynienia przekazał na cel charytatywny), a on także nie robił niczego by nabrać większego rozgłosu (wystarczyło że był dobrze rozpoznawalny w sąsiedztwie). Sława przysporzyła mu też powodzenie u kobiet, które nagle z “maminsynkowatego dziwaka” zaczęły go postrzegać jako “inteligentnego i mądrego faceta”, lecz póki co Julianowi żadna nie wpadła w oko. Przez całe życie znosił docinki, od dzieciaka po dorosłego, odnośnie swojego hobby, chudzielstwa i nieśmiałości. Dzisiaj był kimś, a jednocześnie był sobą. Ilekroć widział kogoś z przeszłych czasów, kto patrzył na niego z zazdrością przypominał sobie powiedzenie że najlepszą zemstą jest sukces i bycie szczęśliwym.
I spełnienie swoich marzeń.

Było późne popołudnie gdy Julian zapatrzył się na ścianę pełną plakatów, a dokładnie na ten zrobiony ze zdjęcia ciężkiego mecha, modelu WHM-6R. Z głośników laptopa sączyły się stare piosenki w których wyjątkowo gustował. Pisał ze swoim bratem Ethanem, architektem, mieszkającym w Burlington. To ostatnia wiadomość przesłana przez brata wprawiła Juliana w głębokie zastanowienie.

“Zaprzęgnięto nasze biuro do jakiegoś poważnego projektu. Nie wiem o co chodzi ale szef pojechał do Newport na cały tydzień i codziennie słał do nas w cholerę maili z przeróżnymi pytaniami. Wrócił cały podjarany, powiedział że na dniach dostaniemy konkretne wytyczne. Kto wie, może za jakiś czas będziecie coś działać pod Burlington? Gdyby co to chętnie byśmy cię ugościli.”

Koledzy z pracy zwykle nie przejmowali się przyszłymi projektami lub tym co kolejne inwestycje oznaczają dla firmy i całej kolonii. Julian starał się patrzeć w szerszej perspektywie. Czuł dumę mogąc pokazać komuś budowle wzniesione w ostatnim czasie i powiedzieć “wznieśliśmy to naszymi rękami”. Informacja że pojawiają się kolejne ambitne projekty tylko potwierdzały to co Julian czuł - nie będzie musiał się o nic martwić poza tym by dobrze wykonywać swoją robotę. Z głośników komputera zaczęła się sączyć jedna z jego ulubionych melodii.


Jackson bezwiednie wstał z fotela i zaczął powoli tańczyć w rytm muzyki. Tancerzem był przeciętnym, ale wyczucie rytmu miał całkiem niezłe. Leżący dotąd bez ruchu na łóżku kot Winston uniósł głowę i spojrzał na Juliana, zafrasowany “co znów jego człowiek odczynia?”. Jego jasne, iście piaskowe umaszczenie sprawiało że zlewał się z jasną narzutą łóżka. Widząc nie pierwszy raz pląsającego człowieka znów położył łeb i zamknął oczy. Choć w pracy Julian był małomówny i sztywniacki. Zawsze mówił oficjalnym tonem, bez przekleństw czy spoufalania się. Na imprezach firmowych zjawiał się, ale nie zostawał do późna ani nie upijał się. Lecz w komfortowym otoczeniu rodziny lub przyjaciół stawał się dużo bardziej ekspresyjny. Lubił tańczyć do muzyki. Lubił wzruszyć się na filmie. Lubił marzyć o tym jak będzie wyglądać jego przyszłość. Lubił usiąść z kotem na kolanach i patrzeć w rozgwieżdżone niebo.
W domu mógł być taki jaki był i nie musiał niczego udawać.


***

Po kolacji usiadł z rodzicami, Marthą i Jonathanem, w salonie. Otworzyli sobie po chłodnym piwie i rozsiedli się w fotelach oglądając wieczorne wiadomości. Kot Winston usiadł na kolanach swojej pani. Do wielkiej wojskowej defilady z okazji Dnia Fundacji pozostał już tylko tydzień, acz w wiadomościach mówiono głównie o przedłużającym się konflikcie. Julian podzielił się informacją od brata, na co rodzice się bardzo ucieszyli. Rzadko była okazja by udać się w dłuższą podróż do Burlington w odwiedziny. Mama od razu zaproponowała że Julian mógłby zawieźć bratu paczkę z prezentami dla niego i jego rodziny. Miłą atmosferę zepsuły trochę kolejne wiadomości z frontu, a dokładniej krótki reportaż zaraz po wiadomościach. Starszy Jackson patrzył z ponurą miną patrzył na ekran telewizora. Ojciec choć był tylko zwykłym elektrotechnikiem w miejskiej elektrowni to chłonął informacje ze świata niczym wytrawny analityk. Patrząc na zdjęcia z południa i wypowiedzi wojskowych, po dłuższej chwili milczenia prychnął z dezaprobatą.

- Od razu widać że coś jest nie tak. - mruknął - Chyba sobie z czymś nie radzą i udają głupich.

Zapowiadała się kolejna długa dyskusja z ojcem więc Julian przyniósł drugie piwo. Wiedząc że obaj mogą długo rozprawiać nad tym co się właściwie dzieje, Martha przewróciła oczami, zdjęła kota z kolan (ten od razu wskoczył z powrotem na fotel i zwinął się w kłębek) i poszła przygotować sobie drugie śniadanie do pracy.

***

Krótki dzień pracy. Julian zbierając się rano do roboty cieszył się perspektywą tego że zanim robota się rozkręci to będzie zmierzać już ku końcowi.
Wszyscy u Jacksonów wstali punkt szósta rano i tak ten poranek nie wyglądał jakby miał się czymkolwiek różnić od jakiegokolwiek dnia pracującego w tym roku. Wychodząc z domu pożegnali się ze sobą, zostawiając mieszkanie pod opieką Winstona, który siedząc w przedpokoju obserwował wychodzących ludzi. Jonathan pojechał poszedł na stację metra, Martha poszła na piechotę do przedszkola gdzie była opiekunką, a Julian wsiadł do starego samochodu zaparkowanego pod ich mieszkalnym hubem. Była to zwykła osobówka z powiększonym bagażnikiem, który młody Jackson odkupił od kuzynostwa. Auto miało już swoje lata, ale sprawdzało się całkiem dobrze do jazdy po mieście (szczególnie że żadna linia nie pozwalała spokojnie dojechać do jego zakładu pracy). Mógłby co prawda pojechać rowerem, ale wracając z roboty miał zamiar zrobić zakupy na jutro.

Dzień przepiękny, więc Julian opuścił szybę i jechał niespiesznie ciesząc się pogodą i widokiem Newport którego mieszkańcy szykowali się do Dnia Fundacji.

***

Praca tak na dobrą sprawę skończyła się zanim zaczęła. Może nie dosłownie, ale po przygotowaniach, odpaleniu maszyn popracowali właściwie tylko parę godzin po czym trzeba było zbierać się, sprzątać i szykować do fajrantu.
Julian nie poszedł na przerwę. Praktycznie cały czas jaki był wyznaczony dzisiaj do pracy spożytkował na wykonywanie swojej roboty. Skoro dzień pracy był skrócony, chciał być za sterami najdłużej jak mógł. Cieszył się każdą chwilą pilotowania DemolitionMecha, od momentu kiedy wsiadał, a zimny kobiecy głos ogłaszał gotowość systemów, aż do czasu kiedy musiał wyjść, a ten sam beznamiętny głos oznajmiał wyłączenie maszyny.
DM był bardzo trudną do operowania maszyną. Jego mech do wykonywania prac wyburzeniowych wykorzystywał lekki laser, potężną piłę łańcuchową oraz kulę na łańcuchu. Operując w terenie zabudowanym i zindustrializowanym konieczna była precyzja i wyczucie w używaniu tych narzędzi. Jackson zawsze wyróżniał się wielką łatwością w przyswajaniu sobie nowych zagadnień i umiejętności. Gdy coś robił, zawsze potem zastanawiał się czy może to zrobić lepiej. W pierwszych tygodniach obowiązkowego szkolenia mając już opanowane podstawy dzięki symulatorowi, skupił się na "wyczuciu maszyny" - świadomym jej poruszaniu i zaznajomienia się jej zachowaniem i balansem. Pamiętał jak coś takiego ćwiczył sam w trakcie studiów na zajęciach sportowych. Wybrał szermierkę, gdyż był to sport nietypowy, a jednocześnie dostarczający czegoś czego zawsze mu brakowało - adrenaliny, rywalizacji i walki, której zawsze unikał. I choć nie umywał się do sportowców to wyczucie rytmu, równowagi i dystansu bardzo mu się przydawało - umysł szybko tworzył mosty między niezwiązanymi ze sobą dziedzinami i czerpał co już miał by szybciej opanować nowe umiejętności.
Dzięki temu ani razu przez rok pilotowania DMa nie zdarzył mu się wypadek, rozwalenie czegoś przez przypadek czy wykonanie pracy nie tak jak trzeba. Julian był z tego wyjątkowo dumny.

To skupienie na własnej pracy sprawiło, że nie przejmował się tak relacjami z pozostałymi ludzi z ekipy. Wykonywał swoją pracę świetnie, utrzymywał poprawne koleżeńskie stosunki. Obecność doktora Heisenberga w dziwiła Juliana - czuł do tego wykształconego człowieka sympatię jako do osoby własnego pokroju, lecz w Victorze był jakiś chłód. Julian nie wiedział czy był to profesjonalizm czy jakieś ciężkie przeżycia. Nie chciał wbijać się nikomu z buciorami pytając o ich własne sprawy. Hadrian był synem jednego z rządzących polityków i wnukiem jednego z "królów" ich korporacji (swego czasu Julian próbował rozgryźć rzeczywistą hierarchię dziobania w firmie ale porzucił ten próżny trud) więc przejawiał wobec niego pewną rezerwę. Nie wiedział dlaczego członek kolonialnej elity został włączony do ekipy budowlańców. Kaprys? Jakiś ukryty cel? Zapytał o to kiedyś ojca, który tylko machnął ręką "Julian, przecież rodzina tego chłopaka to bogacze, a jego ojciec to polityk. Oczywiście że to jakiś polityczny czy propagandowy cel. My może się temu dziwimy, ale pewnie masy ludzi rozpuszczają się z zachwytu że ktoś taki tyra jako oni... oczywiście w lepszych warunkach i za lepsze pieniądze". Trzecią wyróżniającą się osobą była Jane. Robiła na Jacksonie piorunujące wrażenie swoją bezpośredniością, pracowitością oraz praktyczną znajomością kwestii budowlanych i konstrukcyjnych. Jednocześnie jednak szorstkość kobiety zawsze wprawiała go w zakłopotanie kiedy musiał z nią rozmawiać. Starał się to uczucie, które też czuł w kontaktach z innymi ukrywać. Maska spokojnego, uśmiechniętego i profesjonalnego doktora inżyniera Juliana Jacksona dobrze sprawdzała się w rozmowach z tymi ludźmi.
Choć maska to chyba było złe określenie. Raczej chodziło o dualizm. O te wszystkie sprzeczne cechy w człowieku które sprawiały że był hipokrytą czy tego chciał czy nie chciał. I o zdolność eksponowania tylko tych cech, które chciał by widzieli inni.
Nikomu nie dał poznać, że jadąc samochodem z tą samą lubością słuchał muzyki symfonicznej, country i rocka, choć w pracy zwykle to on prosił o ściszenie radia. Nikomu nie wygadał że jego ulubiony sport polega na tłuczeniu w innych ludzi kawałkiem zaostrzonej stali, choć był pierwszą osobą, która w razie sprzeczki starała się załagodzić emocje. W pracy na emocje innych i przekleństwa tylko uśmiechał się uprzejmie, a kiedy w domu przed telewizorem słuchał wiadomości lubił rzucić sobie siarczystą "kurwą" na durnych polityków czy ludzi, ku wielkiemu zbulwersowaniu swojego taty (mama też lubiła sobie czasem zakląć, uważała bowiem że lepiej rzucić brzydkim słowem niż coś rozwalić czy komuś przywalić). Gdy rozmawiał z przyjaciółmi i rodziną potrafił mówić niezwykle otwarcie na wszelakie tematy - w pracy zaś wstrzymywał się od wygłaszania opinii chyba że ktoś pytał go o coś bezpośrednio. Z czasem maska profesjonalizmu, stała się rolą profesjonalisty. Zdobyta wiedza i zdolności dały mu z czasem pewność siebie która sprawiła że co co kiedyś było fasadą stało się po prostu rolą, którą wypełniał w firmie.

Julian wracając z pracy do domu rozmyślał o tym jak to wszystko się zmieniło w ciągu ostatniego roku. Z odtwarzacza leciała odprężająca muzyka, a on pogrążony w tych myślach zajechał przed market spożywczy. Odetchnął by odtrącić egzystencjonalne rozmyślania o niczym i skupił się na zrobieniu zakupów.

- Kurwa mać... - wyrwało mu się gdy wyłączał samochód, skapnął się bowiem że zapomniał co właściwie rano uzgodnił z matką odnośnie rzeczy do kupienia.

Zaczął macać się po kieszeniach spodni i koszuli w poszukiwaniu kartki z listą zakupów. Mógł przysiąc że była gdzieś tutaj. Ostatecznie znalazł ją między siedzeniem, a tunel konsolą tuż obok ukrytej kabury z rewolwerem. W New Vermont od jakiegoś czasu wzrastała fala przestępczości i po cichu Julian zamontował w swoim wozie to małe cudo na wszelki wypadek... choć miał nadzieję, że nigdy nie będzie musiał go użyć.

Uzbrojony w listę zakupów i płócienną torbę ruszył do warzywniaka by zdobyć zaopatrzenie do domu. Tak naprawdę to nie było tego dużo - gdy innym zwyczajnie odpierdalało na punkcie Święta Fundacji oni po prostu mieli się cieszyć dniem wolnym, ciastem, solidną pieczenią i spokojem.

W środku Supermarketu oczywiście było dużo ludzi. Julian musiał się skupić na liście by nie zacząć kluczyć - wtedy nie wróciłby przed wieczorem. Szybko zgarnął owoce, warzywa, pojemnik z mięchem (strasznie go wkurwiło, że musiał przekopywać się przez lodówkę sklepu by znaleźć sztukę z jakąś solidną datą przydatności), masło... Pracownicy trochę za mocno podkręcili chłodzenie, więc wiało tutaj zimnem i Julian był pewien że jak dłużej będzie tu przebywał to jak w banku będzie miał zapalenie zatok. Potem poszedł po sztangę srajtaśmy. Obok jakaś kobieta wybierała ręczniki papierowe, dzieciak którego trzymała za rękę gapił się na Juliana. Wziął więc co miał do wzięcia. Gdy odchodził widział, jak dziecko szarpie matkę i pokazuje go palcem.
Musiał się pospieszyć. Raz już jeden dzieciak zrobił awanturę mamuśce by ta zdobyła dla niego autograf pilota mecha. Gówniarz w pewnym momencie zaczął wyć jak pieprzona syrena strażacka. Od tamtego incydentu szybkość robienia zakupów przez Jacksona wzrosła znacząco.
Karton soku, dwie paczki kaszy... Lawirował między klientami z gracją jednego z najgorszych rodzajów klienta.
Pieprzonego człowieka z listą i jasnym celem.
Były chyba tylko dwa gorsze rodzaje klientów: pieprzony człowiek z listą, jasnym celem i do tego najedzony oraz klient który chodzi, wkurwia wszystkich i nic w ogóle nie kupuje.
Tacy z listą to nic dodatkowego nie kupią, a przebiegle ustawione stojaki i display z "małym co nieco" w zasięgu ręki, które można bezwiednie wziąć po prostu dla nich nie istnieją. Batony, pojedyncze ciastka, gumy do żucia i pierdyliard innych drobiazgów... bezczelnie ignorowane obniżały obroty sklepu.
Wszak gospodarka sama się nie napędzi!

Rozmyślania o niepatriotycznej postawie jaką było nietrwonienie pieniędzy wypełniły głowę Juliana. Często rozmyślał o rzeczach na które w sumie miał niewielki wpływ. Przyszłość kolonii, nowo podpisywane umowy, polityka i wiele wiele innych. Ostatni raz kiedy myślał o obrocie pieniądza w kolonii doszedł do wniosku, wcale nie nowego, że najgorszym rodzajem obywatela... po prostu bezczelnym chujem, skurwysynem i zdrajcą narodu jest biegacz abstynent i do tego wegetarianin.
Taki oto bowiem skurwiel nie dosyć że odżywia się po kosztach zieleniną nie zwracając pieniędzy do obrotu, to jeszcze nie żre w restauracjach i knajpach (pieprzony nie tworzy nowych miejsc pracy w branży gastronomicznej), nie płaci podatków zawartych w cenie paliwa, nie płaci za samochód, ubezpieczenia do samochodu oraz za naprawy. Go gorsza, rzadko choruje więc i lekarz nie ma jak zarobić, podobnie apteki, bo taki rzadko kiedy kupuje leki i inne wyroby medyczne. No i na pewno o ile nic po drodze się nie stanie to jeszcze swoje pożyje na emeryturze odbierając świadczenia (z własnych odłożonych pieniędzy) które rząd kolonialny chętnie by sobie przytulił w wypadku śmierci denata.

Na samoobsługowej kasie Julian kasował następne produkty przypominając sobie ten ciąg myślowy który do prowadził go do tych wniosków. W sumie z tego punktu widzenia sam był dość kiepskim patriotą. Mając pieniądze nie wymienił samochodu na nowszy, z tego który miał korzystał i tak dość rzadko (a i to w taki sposób by jak najdłużej mu posłużył)... odżywiał się raczej zdrowo, a i dość sporo się ruszał. Chwilę zawiesił wzrok na grubym babsztylu który kasował obok całą zgrzewkę dwulitrowych butelek słodkiego napoju gazowanego.

- Mamo, mamo! Ale to na pewno ten pan z filmu który oglądał wczoraj tata! - głos dzieciaka tylko zmotywował Juliana do jak najszybszego zakończenia zakupów.

Cyknął kartą przy czytniku i ruszył do bramki.

- Widzisz widzisz! A nie mówiłem!? - wołał dzieciak triumfalnym głosem.

Julian nie oglądając się raźnym krokiem szedł do wyjścia torbę trzymając mocno w prawej dłoni. Był pewien że gówniarz pokazuje go palcem, matka gapi się zdumiona (kto wie, może nawet otworzyła usta ze zdziwienia), a część klientów zaczyna się rozglądać "zaalarmowana" dziecięcymi pokrzykiwaniami. Przekroczył rozsuwane drzwi i ruszył do samochodu. Załadował zakupy do bagażnika, zamknął go, otworzył drzwi...

Skrzywił się wsiadając. Ile nerwów go kosztowało by przejść do samochodu szybko, ale nie zbyt szybko, by nie wyglądało że przed kimś ucieka. Tak jak przybranie zamyślonej miny, takiej która nie wyglądała jakby specjalnie ignorował uwagi ludzi tylko jakby po prostu ich niedosłyszał. Rok temu przez dwa bite tygodnie odwiedzał kolegę, który studiował psychologię i jakieś tam PRowe bzdety, po tym jak zdał sobie sprawę, że nie ucieknie przed ludźmi i byciem rozpoznawanym. Nie ma tak dobrze. Kumpel opowiadał mu masę rzeczy o mowie ciała, wizerunku i takich tam. Dowiedział się że nie zdoła się ustrzec przed ludźmi, ale mógł zawsze po prostu nie zwracać na siebie uwagi. Wymagało to jednak panowania nad sobą, elastyczności i naturalności. Pewnego... talentu aktorskiego i zdolności wcielania się w pewną rolę.

Odpalając wóz Julian wrócił myślami do tamtych rozmów i tego jak potem się wszystko potoczyło i ile już roli stworzył by funkcjonować we własnym życiu.
Doktor Inżynier Julian Jackson, pilot mecha i akademik.
Julian Jackson, kolejny szary obywatel Newport.
Młody Jackson, uprzejmy i pomocny sąsiad.
Samym Sobą.

Julian nie mógł się doczekać aż dojedzie do domu, przekroczy jego próg i stanie się Samym Sobą.

 

Ostatnio edytowane przez Stalowy : 31-01-2021 o 20:29.
Stalowy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-01-2021, 15:27   #3
Elitarystyczny Nowotwór
 
Zombianna's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=z-DO6fXqWmI[/MEDIA]
Naturalnym kierunkiem działania w wielu środowiskach jest chęć przywrócenia tego, co znane. Budowaniu kraju towarzyszy upowszechnienie zdobyczy państwa i narodu. Wszelkie sukcesy, rzeczywiste, a niekiedy i fikcyjne, są kierowane do wiadomości publicznej z wykorzystaniem wszystkich możliwych kanałów transmisji. Dbałość o zachowanie ciągłości w przekazie informacji wyłącznie pozytywnych konstruuje i upowszechnia obraz sprawnych rządów i sielanki życia codziennego. Propaganda systemowa w pierwszym okresie tuż po szarpaninach na Pograniczu koncentrowała się na działaniach legitymizujących nową ideę Założycieli. Uszczelnienie barier nastąpiło z czasem i służyło wzmocnieniu władzy oraz kształtowaniu nowej Ojczyzny. Odbywało się to w warunkach początkowo z jednej strony euforii, z drugiej strony ludzie wracali do „normalności”, którą trzeba było zdefiniować na nowo, wracali do niej dotknięci dramatycznym doświadczeniem. Należy podkreślić, że w pewnych okresach amerygańska mowa ku pokrzepieniu serc była realizowana codziennie, nie tylko od święta. Mijały lata, czasy pozornie się zmieniły. W nowych warunkach państwowych zaszła zmiana w polityce społecznej. Drastyczne wydarzenia przeszłych konfliktów stały się przyczynkiem do wprowadzenia zmian. Organy sprawujące władzę realizowały potrzeby społeczne, sygnalizowane jeszcze przed hekatombą. Zmiany miały mieć charakter ewolucyjny, nie rewolucyjny. Ich wymiar rzeczywisty odpowiadał z reguły potrzebom rządzących z odstępstwami na czas eskalacji napięcia społecznego. Podstawową zdawało się potrzebą w warunkach powracającej normalizacji kraju było uregulowanie kwestii poczucia bezpieczeństwa wśród obywateli.

Komunikaty w środkach masowego przekazu, wystąpienia przedstawicieli władzy w zakładach pracy, edukacja szkolna - każdy z tych elementów obliczony jest na dotarcie do szerokiego grona odbiorców oraz wypromowanie konkretnego, pożądanego przez władze przekazu. Było to możliwe, bowiem wszystkie funkcjonujące na planecie w oficjalnym obiegu informacji środki masowego przekazu znajdowały się pod kuratelą władzy, bądź ściśle z nią współpracowały. Nie stanowiło to jednak wystarczającego zabezpieczenia. Dlatego też upowszechniane z ich wykorzystaniem treści poddawane były wcześniejszej cenzurze. Jak choćby ostatnie niepokoje na pograniczu, zarysowane dość ogólnikowo, bez wchodzenia w niewygodne detale i szybko zakryte propagandą sukcesu. W rozszerzaniu określonych przekazów wykorzystywano także nadarzające się okazje w postaci jubileuszy, świąt narodowych, upamiętniających ważne wydarzenia historyczne oraz ówcześnie aktualne „wiekopomne” zdarzenia. Dzień Założycielski wpisywał się idealnie w schemat - konglomerat antycznych zwyczajów zmieszany z nowoczesnym duchem personifikowanym olbrzymimi sylwetkami z metalu i śmiercionośnej techniki, a wszystko ku chwale wspólnoty i jednego, uniwersalnego dobra, czy gwaranta obfitości. Wszystko jest pod kontrolą, New Vermont bez strachu spogląda w przyszłość, jednocześnie łaskawym okiem spoglądając na najmłodsze pokolenia - gwarant ciągłości społeczeństwa idealnego.

W wychowaniu młodzieży nie zrezygnowano całkowicie z kształtowania postaw ideowych, do czego chętnie wykorzystywano zarówno program szkolny jak i rocznice oraz święta. Pomimo ciągłej pracy na kierunku ideologicznego dokształcania nauczycielstwa, władza dostrzegała osłabienie ideowe w szkołach oraz coraz mniejsze zaangażowanie środowiska szkolnego w rozwój ideologiczny i samokształcenie, a także odpływ nauczycieli ze szkół do innych zawodów. Poważne zmiany w celach nauczania i kształcenia związane były z koncepcją przekształcenia struktury szkolnej i wprowadzeniem dziesięcioletniej szkoły. Na tym etapie zmianie uległy także cele nauczania historii. Za ważne cele uznano zaznajomienie uczniów z historią Amerigo, a także przedstawienie rozwoju cywilizacji oraz przyczyn aktualnych stosunków społeczno-gospodarczych, politycznych, ustrojowych i kulturalnych. Wiedza w tym obszarze miała na celu przygotowanie młodego człowieka do realnej oceny przeszłości, oczywiście zgodnej z oficjalną ideologią. Ponadto nauczanie nowożytnej historii miało opierać się na dobrych przykładach z przeszłości, takich wzorach i postaciach, które przez uprzednie dekady były pomijane, co w opinii władz amerygańskich nie pozwalało podkreślić tego, co w narodzie było najcenniejsze i postępowe. Z pokrytego kurzem mroku dziejów wrócili zapomniani bohaterowie, część z nich dostała nowe życie, a czasem zupełnie nowe twarze. Zupełnie jakby tuba propagandy nałożyła na ich szkaradne, diabelskie i zroszone krwią pyski, gładkie oblicza dobrodusznych świętych. Lecz nie samą przeszłością naród żyje. Kreowano więc na szybko całkiem nowych bohaterów - jednostki ze skrajnych wręcz terenów społecznych, różniące się praktycznie każdym detalem, jednak współpracujące ramię w ramię, ku chwale Ameryganów i nowego, lepszego świata; przekrój poprzez społeczeństwo Amerigo, gdzie każdy mógł odnaleźć swoje miejsce, nieważne skąd pochodził. Liczył się hart ducha, zaangażowanie oraz chęć, aby przysłużyć się New Vermont i dorzucić cegiełkę do budowy wspaniałego jutra.
Być może z tego powodu industrial-mecha typu Buster XV HaulerMech oddano w ręce emigranta bez przeszłości, rodziny, czy wysokiego wykształcenia. Zwykłego, szeregowego zjadacza chleba, na co dzień ciężko pracującego w sektorze budowlanym i choć pierwszy lepszy zaczepiony na ulicy przechodzień od ręki wymieniłby kopę bardziej nadających się do tej zaszczytnej roli osób, padło na Jane Doe - idealny produkt propagandowy.

Przez pierwsze tygodnie po nominacji na pilota, media na podobieństwo chmary sępów opadły na ofiarę, z gracją padlinożerców rozszarpując prywatne życie, a jego krwawiące ochłapy wyrywały sobie publicznie z pysków ku uciesze, złości i konsternacji opinii publicznej. W porównaniu z pozostałymi członkami oddziału Jane Doe zaniżała średnią. Daleko jej było do szanowanego, statecznego chirurga Victora Heisenberga. Nie miała w sobie za grosz gracji i odpowiedniego rodowodu jak Hadrian Spencer, a stojąc obok Juliana Jacksona gołym okiem szło dostrzec kto jest tym wykształconym pasjonatem. Nie budziła sympatii, zachowywała się oschle, na pytania odpowiadając krótko i konkretnie, zbywała też korowody pytań z przysłowiowej dupy.

Doe był specyficzna. Można ją było porównać do pozornie zwykłych ludzi, którzy dopiero przy bliższym poznaniu okazują się wyjątkowi. Tych, którzy nigdy nie opuszczają dnia w pracy, nigdy nie narzekają i nigdy nie proszą o więcej, niż dostają. Do nich należą ci dziwni bibliotekarze, sprzedawcy samochodów, czy kelnerki, którzy z zasady doskonale wypełniają swoje obowiązki i wykraczają poza rutynę, gdyż kochają to, co robią. Wiedzą, do czego zostali w życiu powołani, i dążą do wypełnienia tego wyjątkowo sumiennie. Niektórzy wygrywają nagrody albo robią duże pieniądze. Większość nie jest przesadnie doceniana. Sprzedawcy w sklepach. Bankowi doradcy. Mechanicy samochodowi. Matki. Świat zwraca uwagę na odmieńców i hałaśliwych, bogatych i wyrachowanych. Nie poświęca uwagi tym, którzy zwykłe rzeczy robią w sposób niezwykły. Jane była zwykłym robolem. Prostym, szczerym i skupionym na wymaganej od niej pracy. Może w tym tkwiło sedno: odnalazła swoje miejsce. I wypełniała swoje powołanie, by uczynić New Vermont miejscem lepszym dla wszystkich, którzy w nim się pojawili. Szła własną ścieżką, bez niczyjej łaski, bez zlitowania. Na wszystko zapracowała sama, dając z siebie przysłowiowe trzysta procent.

Nie pamięta skąd pochodzi, ani kim byli jej rodzice. Przyleciała na Amerigo w transporcie więźniów odbitych z rąk handlarzy ludźmi. Jak się tam znalazła też nie pamiętała: znaleziono ją w stanie krytycznym, opatrzono, a potem trzy miesiące spędziła w śpiączce. Po przebudzeniu trafiła na oddział psychiatryczny ze względu na całkowitą amnezję, obejmującą najprostsze funkcje motoryczne. Pierwsze dwa lata po wyjściu ze szpitala spędziła w ośrodku socjalnym, ucząc się od nowa poruszania, mówienia, pisania. Z czasem, z pamięci mięśniowej, zaczęły wychodzić zagrzebane tam odruchy; z zakamarków okrytego niepamięcią umysłu wyłaniały się strzępki informacji, choć nie o rodzinie czy przeszłości, tylko czysto techniczne dane. Miała talent do mechaniki, konstruowania przeróżnego elektryczno-metalowego badziewia. Lepiej czuła się wśród maszyn i elektroniki, niż wśród ludzi. Ponad dekadę pracowała w szeregu fabryk, zaczynając od stricte cywilnych, po projekty militarne chociaż o niskim stopniu utajnienia. Po czasie przeniosła się z bycia przodownikiem pracy, wyrabiającym w fabryce 300% normy, na doglądanie swoich dzieł w praktyce. Fabryczne hale zmieniła na plac budowy, chcąc stworzyć podwaliny pod nowy, lepszy świat, gdzie ludziom będzie się żyło lepiej.

Dla niej samej, mimo upływu roku szkoleń, sama idea bycia pilotem mecha wciąż pozostawała abstrakcją. Snem wariata, z którego mimo sapiącego w kark fatum, nie chciała się budzić. Niestety znała fundamentalną zasadę, iż każdy sen, ten cudowny i piękny, zbyt długo śniony przechodzi w koszmar, z którego przychodzi budzić się z krzykiem. Nie pozostawało nic więcej, jak chwytać dzień, wyciskając z niego podarowaną szansę do ostatniej kropli. Wreszcie była zadowolona ze swojego miejsca, które jej wyznaczyło przeznaczenie i łańcuch genomów. Przestała tonąć w siedemdziesięciu litrach własnej trującej wody, zdefektowany dwunożny ssak stał się na powrót człowiekiem, a ten nie marzył już o odzyskaniu czegoś, czego odzyskać nie mógł. Mając na horyzoncie kompletnie nowy cel, tęsknota za przeszłością przeszła. Podskórny lęk czy da radę też przejdzie. Wszystko przechodziło. Ponoć nie było gorszego snu jak życie.
I też przechodziło.


Chociaż często umyka to uwadze, świat ma swoją symetrię, pewien rzeczywisty układ. Dane jednostki są ze sobą powiązane w pewien mistyczny, nieuchwytny sposób, o którym niewiele wiadomo, nawet jeśli przy pierwszym spotkaniu nie pojawia się absolutnie żadna chemia, o szacunku czy zaufaniu nie wspominając. Zobowiązania socjalne generalnie są do dupy, przynajmniej na początku. Uczenie się siebie nawzajem jest koszmarem, lecz pozostając z kimś dostatecznie długo, szło się z czasem przyzwyczaić… komfortowa rzecz. Kiedy już człowiek zadomowi się w komforcie, a później spróbuje się z niego wydostać, nawet jeśli to piekielnie trudne i niezdrowe, to jest tak, jak by starać się wywalić wielką kanapę z salonu, żeby mieć więcej przestrzeni życiowej. Niby normalna rzecz, jednak bez tej pieprzonej kanapy egzystencja wydawała się niepełna.

Z tego też powodu powieszenie wspólnego zdjęcia z resztą operatorów mechów budowlanych zajęło Doe tylko cztery tygodnie. Wpierw przyjęła je i po powrocie do domu wrzuciła do szuflady na pierdoły, ale czas mijał, aż wreszcie dojrzał do momentu, gdy fotka zyskała antyramę i zawisła w głównej części starego magazynu, zamienionego na lokum mieszkalne. Jane widziała je za każdym razem, gdy przechodziła z aneksu kuchennego do kącika majsterkowicza, aby odpocząć po ciężkim, owocnym dniu w pracy, nawet jeśli w duchu zżymała się na skrócone godziny jak dziś. Wigilia wielkiego święta państwowego rządziła się swoimi zasadami, nie do przeskoczenia mimo gorących chęci. Pozostawało przyjąć dopust Boży w pokorze i z karnie pochylonym karkiem korzystać z nadprogramowych godzin wolności przed wiekopomnym wydarzeniem. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie, aby zostawić robocze graty i pojechać do pobliskiego baru, jednakże mając w pamięci jutrzejsze obowiązki, Doe postawiła na wyciszenie. Prywatnie nie przepadała za ludźmi, unikała imprez, spotkań masowych i promocji eventów, bo kurwa z jakiej paki?

Zamknięta bezpiecznie za wzmocnionymi drzwiami, zasuniętymi żelaznymi roletami w oknach ozdobionych solidnymi kratami, w końcu poczuła się swobodnie. Z kubkiem kawy i nieodpalonym papierosem w zębach minęła fotkę w antyramie, posyłając jej dość neutralne jak na nią spojrzenie - diametralnie różne od tego, którym częstowała ze zdjęcia. Stała tam z boku, bokiem zwrócona do obiektywu i z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Głowa w czarnej czapce i skrzywioną kwaśno twarzą w otoku jasnych loków spoglądała prosto na widza, dając mu do zrozumienia, iż cyrk z pozowaniem nie jest czymś, co wysoka, żylasta kobieta lubi.

Teraz też prychnęła pod nosem, ruszając do telewizora stojącego obok potężnego terrarium zajmującego pół ściany. Rezydujący weń legwan otworzył leniwie jedno oko, a rozpoznając znajomego człowieka, zamknął je z powrotem, oddając letargowi trawiennemu pod mocnym światłem lamp. Zaraz zaskrzeczał syntetycznie odbiornik TV, gdy kobieta przeskakiwała kanały, szukając czegoś nadającego się do słuchania w tle. Lubiła, gdy coś do niej gadało, ciszę kojarząc z czymś negatywnym. W jej pracy oznaczała ona awarię. Albo nieuchronną, nieprzebłaganą śmierć gdzieś w dalekiej perspektywie.

Trzy łyki później znalazła wreszcie coś obiecującego. Ekran pokazywał statecznego, siwego gościa w okularach, kojarzącego się z Viktorem. Siedział na kanapie z ciemnej skóry, za plecami mając palmo podobnego drapaka i cichym, spokojnym głosem prowadził prelekcję.
- „Nie zabijaj” – ta fundamentalna zasada we współczesnym świecie wydaje się niewiele znaczącym przykazaniem. - nawet jego głos przypominał Heisenberga. Jane uśmiechnęła się blado i odłożyła pilota patrząc na obraz - Łamie się ją nagminnie, a świat beztrosko przechodzi nad tym do porządku dziennego. Mamy szacunek dla lekarza, bo to człowiek wykształcony i jego zadaniem jest ratowanie ludzkiego życia. Ale co z takim, który przeprowadza zabieg aborcji? Dlaczego nie dostrzegamy na jego rękach krwi niewinnych dzieci? Wręcz przeciwnie, świat walczy o zalegalizowanie tego procederu. W obliczu prawa, pod hasłem walki o wolność kobiet, dokonuje się seryjnych morderstw. Czym różni się lekarz dokonujący aborcji od zabójcy, który morduje swoją ofiarę, ćwiartuje jej ciało, a następnie wyrzuca do śmieci? Zgodnie z definicją sformułowaną przez Stevena Eggera w 2390 roku z morderstwem seryjnym mamy do czynienia wtedy, kiedy jedna lub więcej osób popełnia drugie lub kolejne morderstwo; są one dokonywane w innym czasie i nie mają widocznego powiązania ze sobą. Kim więc jest lekarz wykonujący aborcję? Jaka powinna być odpowiedź,w związku z przytoczoną definicją, na powyższe pytanie? Kim jest seryjny zabójca? Czy jest nim płatny morderca lub najemny żołnierz? Czy jest nim zwyczajnie ktoś, kto zabija więcej niż jedną osobę?

- Ujdzie -
blondynka kiwnęła sakramentalnie głową, odkładając pilota na miejsce i siorbiąc kawę przeszła pod swój wysłużony stolik, będący jedynym miejscem w domu gdzie panował chaos, choć kontrolowany.

Doktorek z TV cały czas zaś nadawał:
- We współczesnej cywilizacji seryjne morderstwo staje się coraz bardziej niepokojącym i przerażającym zjawiskiem. Niewątpliwie jest ono przestępstwem dokonanym przez osobę, która przejawia głębokie zaburzenia w systemie wartości, postawach społecznych oraz rozwoju uczuć wyższych. - jego głos miał w sobie coś kojącego, uspokajającego wręcz. Skubaniec musiał być terapeutą, albo innym behawiorystą, czy jak się to teraz modnie nazywało - W świetle coraz częściej odnotowywanych seryjnych zabójstw rodzą się pytania: jakie społeczne i psychologiczne uwarunkowania decydują o seryjnych morderstwach? Jakimi motywami kierują się seryjni mordercy? Jaki jest ich portret psychologiczny? Co sprawia, że zabijają? Czy przypadkiem przystojny, zwyczajnie wyglądający, młody student nie okaże się seryjnym mordercą?

Parsknięcie Doe zlało się w jedno ze stukotem stawianego na drewnianym blacie kubka. Od razu pomyślała o Hadrianie, pasującym idealnie do opisu produkującego się starucha. Młody, przystojny student, ponoć czarujący i jeszcze bogaty, a jak wiadomo nadmiar pieniędzy potęguje urok osobisty. Byłyby jaja, gdyby okazał się zeschizowanym zwyrolem… ale nie. Po coś tyrano pilotów testami psychologicznymi.

- Czy niektóre dzieci te po prostu rodzą się złe? - głos starca dolatywał jakby z oddali - Samo środowisko nie może wyjaśnić takiego zachowania, ponieważ wiele wykorzystywanych i zaniedbywanych dzieci wyrasta na przestrzegających prawa obywateli. Jeżeli istnieje genetyczne wytłumaczenie, to jest to delikatna, dyskretna mutacja. Nie spotykamy całych rodzin seryjnych morderców. Nie istnieje takie pojęcie jak „gen zabijania”, ale badania ujawniają pewne genetyczne tendencje do brutalnego zachowania. Badania nad bliźniętami, które były wychowywane osobno, przeprowadzone przez Yoon‐Mi Hur i Thomasa Boucharda w 1997 roku, ujawniły silne powiązanie między impulsywnością a zachowaniem nastawionym na szukanie sensacji. Takie zachowanie wydaje się niemal całkowicie zależne od czynników genetycznych. Znacznie silniejsze cechy szukania sensacji i impulsywności stwierdzono u osób uzależnionych od narkotyków, przestępców i psychopatów niż u osób bez tego typu zaburzeń.

W międzyczasie Jane odsunęła proste, drewniane krzesło i usiadła na nim z wyraźną przyjemnością wyłamując palce. Rozejrzała się po zawalonym żelastwem i narzędziami stole, a ponura twarz złagodniała. Ciemne oczy spoglądały czule na niedokończoną, podłużną zabawkę. Palce o stwardniałych opuszkach pogłaskały żelazny walec równie niepozorny co morderczy.
Bomby rurowe zaliczano wszak do improwizowanych konstrukcji zamkniętych ciężkich o oddziaływaniu odłamkowym, a dzięki zdolności do skutecznego rażenia na znaczne odległości dochodzące do kilkuset metrów, także ekonomicznych biorąc pod uwagę stosunek zużytych materiałów do stopnia stwarzanego zagrożenia. Były również proste w budowie, łatwe w transporcie. Niezawodna, śmiercionośna energia zamknięta w obudowy miedziane, żeliwne, stalowe, czy aluminiowe - wystarczyło się przejść do sklepu budowlanego aby odnaleźć odpowiednią mufę hydrauliczną albo fragment rury który uczynni pracownicy docinali na miejscu do odpowiednich rozmiarów.

Czas zaczął płynąć gdzieś obok, kobieta ocknęła się na dźwięk suchego kaszlu wydobywającego się z telewizora.
- Typowo męskim chromosomem jest chromosom Y, powszechnie uznany za czynnik odpowiadający za pojawianie się u osoby agresji i przemocy. - doktorek przeskoczył na nowy temat, wciąż nie zmieniając tonu głosu - Obrońca prawny masowego mordercy Richarda Specka, twierdził, że ma on genetyczny układ XYY. Analiza zachowań mężczyzn z genotypem XYY wskazuje na zależność między taką strukturą genową, a skłonnością do agresji i przemocy. Aberracja ta, według badaczy, miała występować bardzo rzadko i wiązać się w sferze behawioralnej z impulsywnością oraz brakiem panowania nad sobą, natomiast w sferze somatycznej z wysoką i szczupłą sylwetką oraz zmianami trądzikowymi skóry.

- Ciekawe czy Jackson miał za szczyla trądzik...
- mruknęła z przekąsem upijając kawy nim na dobre przystąpi do pracy. Patrzyła przy tym w bok, gdzie w drewnianej skrzynce, postawionej na krześle na prawo od stołu odłożyła poprzednio sześć gotowych muf hydraulicznych, zaślepionych obustronnie fabrycznymi nakrętkami z dołączonymi różnorodnymi elementami pobudzającymi. Nie ukrywała dumy z wykonanej pracy. W pierwszej kolejności jako obudowy fragmentujące zastosowała dwucalowe mufy hydrauliczne o średniej pojemności 157 cm3 zaślepione obustronnie korkami. Średnica wewnętrzna mufy wynosiła 60 mm, jej długość około 65 mm, zaś grubość ścianki 3 mm. Wkręcane korki zmniejszały objętość wypełniającego mufę materiału wybuchowego, stąd wyznaczone gęstości ładunków korygowały znacznie ryzyko błędu. We wszystkich przypadkach elementem pobudzającym były wojskowe zapalniki elektryczne typu ERG. W tych konkretnych urządzeniach użyła jako wypełniacza mieszaniny pirotechnicznej składającej się z azotanów, siarki i węgla. Klasyka: elegancka, niezawodna. Ponadczasowa.

Po drugiej stronie blatu, w karnym rządku, stały pojemniki i słoje różnej wielkości, opisane odpowiednimi etykietami, by nie pozostawiać wątpliwości co zawierają oraz zniwelować ryzyko niepotrzebnej pomyłki. Uszeregowane w zależności od wyzwalanej energii, czekały na swoją kolei. Zaczynając od zwykłego szklanego pudła z Ba(NO3)2 / PAM / S, czyli azotanem baru, stopem magnezu z glinem Al3Mg4 i siarki, będącymi standardowym wypełniaczem petard; poprzez proch nitrocelulozowy 4/1; stare, poczciwe TNT; Trotyl łuskany; azotan amonu ANFO; sproszkowane aluminium; aż po proch czarny KNO3 z węglem drzewnym i siarką w stosunku 75/15/10. Obok nich ustawiono puszki z gwoździami, kawałkami metalowych okruchów. Nieco bliżej kobiety stała niewielka elektroniczna waga, wraz z pipetami i łyżeczkami do odmierzania odpowiednich ilości poszczególnych materiałów. Przy tego rodzaju pracy należało zachować ostrożność, graniczącą wręcz z paranoją, lecz Doe to odpowiadało. Uwielbiała precyzyjną robotę, odprężała ją.

- W publikacjach poświęconych przypadkom dzieci z XYY są one opisywane jako zagadkowe, jeśli chodzi o rozwój osobowości, wrażliwe na zwyczajne zagrożenia i stres, z których większość osób nic by sobie nie robiła, samotnicy i izolacjoniści. Dzieci z XYY, które dorastały w dobrych domach, w pewnej mierze różniły się od swojego rodzeństwa, były one bardziej impulsywne,niespokojne, porywcze, nadpobudliwe i cierpiały na brak kontroli impulsów agresywnych. Co do kombinacji XYY zdaje się prawie pewne, że dodatkowy chromosom Y tworzy szczególne ryzyko rozwinięcia się zachowania antyspołecznego. Wszystkie te odkrycia przywodzą na myśl epizody i cechy spotykane u większości seryjnych zabójców.

Siorbiąc kawę jednym uchem Doe słuchała o medycznym uwarunkowaniu spierdolenia umysłowego, odpływając do krainy zgoła innej niż kozetka terapeuty. Zastanawiała się jaki konkretny efekt chce osiągnąć tym razem, przy kolejnej bombie, ot estetyczna fanaberia.
Wiadomo, że już wstępne oględziny miejsca wybuchu bomb rurowych pozwalały na odróżnienie, czy sprawca użył w konstrukcji jako wypełniacza kruszącego materiału wybuchowego czy też mieszaniny pirotechnicznej. Świadczył o tym sposób fragmentacji obudowy po wybuchu. Charakterystyczną cechą, właściwą dla większości mieszanin pirotechnicznych, było rozerwanie obudowy na duże elementy o nieregularnych kształtach. W nieznaczny sposób lub prawie nienaruszone pozostawały elementy o zwiększonej masie lub grubości, np. korki hydrauliczne, elementy łączenia, wzmocnienia żeberkowe ścianek. W przypadku elaboracji podobnej konstrukcji materiałami wybuchowymi kruszącymi następowało rozdrobnienie obudowy na odłamki o zróżnicowanej wielkości. Była ona uzależniona od wielu czynników. Decydujący wpływ miały: rodzaj i ilość materiału wybuchowego, miejsce i sposób pobudzenia, właściwości wytrzymałościowe obudowy (kruchość, plastyczność) oraz jej masa i kształt. Reakcja mieszaniny wybuchowej na bodziec inicjujący zależała od rodzaju i wielkości bodźca, średnicy ładunku oraz typu otoczki ładunku.

- Koncepcja ta wywołała burzliwą dyskusję w środowiskach badaczy zajmujących się tym tematem i nie została dotychczas ostatecznie rozstrzygnięta. Do czynników przyczynowych osobowości antyspołecznej zalicza się również czynniki neurologiczne, związane z kontrolą poziomu serotoniny w mózgu. Jest ona neuroprzekaźnikiem szczególnie istotnym dla regulacji zachowań agresywnych o różnym nasileniu, od agresywności po gwałt. Szczególną ciekawość budzi testosteron w połączeniu z serotoniną. W rzeczy samej wysoki poziom testosteronu we krwi nie jest niebezpieczną rzeczą, ale gdy jest on połączony z niskim poziomem serotoniny, rezultaty mogą być zabójcze. Testosteron łączy się z potrzebą dominacji. Wielu popularnych kulturystów i biznesmenów ma wysoki poziom testosteronu. Dopóki w organizmie jest odpowiedni poziom serotoniny, zachowanie agresywne nie ujawnia się, ponieważ powstrzymuje ona wzrost napięcia i uspokaja. Według badań Paula Berhardta, kiedy poziom serotoniny jest nienormalnie niski, frustracja może jednak prowadzić do agresywnych, nawet sadystycznych zachowań, budząc gniew i niepohamowaną agresję. Według danych statystycznych, osobowość agresywna występuje od 3 do 10 razy częściej u mężczyzn niż u kobiet, natomiast wśród więźniów odsetek ten wynosi od 20% do 70%. Częstsze występowanie agresywnych i antyspołecznych zaburzeń osobowości u mężczyzn jest związane z właściwościami biochemicznymi organizmu, które podlegają prawom dziedziczenia. Podstawowy czynnik to występowanie u mężczyzn dużo wyższego poziomu testosteronu w plazmie, przy czym u przestępców używających przemocy jest on jeszcze bardziej podwyższony. Wysoki poziom testosteronu wyznacza wysoki próg pobudzenia i poszukiwanie tak zwanych „mocnych wrażeń”.

Kubek kawy został w połowie opróżniony, pobudzający posmak arabici przenikał kubki smakowe blondynki, przyspieszając procesy myślowe. W szczególności niezbędne było oszacowanie zdolności miotających wypełnień wybuchowych stosowanych w urządzeniach improwizowanych, co umożliwi prognozowanie prędkości odłamków i stref rażenia. Łatwość dostępu do obudowy w formie rurowej i stosunkowo prosty sposób jej elaboracji mają niewątpliwie decydujący wpływ na szerokie zastosowanie tego rodzaju rozwiązań konstrukcyjnych w domowych pieleszach.

Sprawne dłonie ujęły wąski nożyk i kawałek kabla, przykładając część tnącą do niebieskiej izolacji. Jeden precyzyjny ruch w dół przeciął otulinę, pozwalając wydobyć miedziany przewód na światło dzienne… i wtedy perfekcyjną harmonię popołudnia zburzył głośny, natarczywy pisk domofonu. Wiercił w uszach, nie dając się zignorować. Wzdychając ciężko Doe odłożyła narzędzia na blat i powlokła się pod główne wejście. Ciągnęła się noga za nogą, mijając kanapę zgarnęła stary, wysłużony karabin. Tak na wszelki wypadek. Lubiła mieć solidny argument w ręku gdy przychodziło do konfrontacji z kolejnym pismakiem, albo oszołomem chcącym jej uzmysłowić że jako słaba płeć nie nadawała się do powierzonego zadania i najlepiej gdyby odeszła z zespołu robiąc miejsce komuś lepszemu.

Szczekanie było jedynym co podobnym idiotom zostawało, do samego magazynu nie mogli już podejść. Jane się o to postarała, zaminowując cały tył posesji, a od przodu robiąc wybieg dla pary olbrzymich Kaukazów i żeby nikt się potem nie przypierdolił że nie ostrzegała, wywiesiła odpowiednie tabliczki. Drony też już nie latały nad jej królestwem, gdyż każdy którego dojrzała kończył przestrzelony.
- Czego? - spytała, wpierw odpalając komunikator, a dopiero potem ekranik z podglądem na bramę.

Wpierw pojawił się obraz szczerzącej zęby do kamery młodej kobiety, ubranej w krótką czarną sukienkę. Długie ciemne włosy nosiła rozpuszczone, a oczy osłaniała lustrzanymi okularami.
- Szczęścia, dobra społecznego i powszechnej równości . Słyszałam twój motor, więc nie udasz że cię nie ma - padła ironiczna odpowiedź, uśmiech petentki poszerzył się - Nie pierdol tylko rozkluczaj klapę bo się czuję jak jehowa.

Doe bez słowa wcisnęła guzik otwierający bramę i otworzyła drzwi. Z ponurą miną obserwowała jak Christine, jej sąsiadka z drugiego końca ulicy przechodzi śmiało przez podjazd i trawnik, pod drodze witając się z dwoma ponad stukilogramowymi brytanami oraz jednym pokracznym kundlem wielkości trzech puszek po piwie. Zdradziecka gromada ją lubiła, bo często to właśnie Chris je karmiła, gdy Doe musiała na dłużej wyjechać w sprawach służbowych.
- Czego? - powtórzyła uprzejme pytanie, odstawiając broń pod ścianę.

- Też się cieszę że cię widzę - młodsza kobieta nic sobie nie robiła z nader ciepłego powitania. Jak gdyby nigdy nic wskoczyła lekko na schody i przecisnęła do środka.
- Skończyłam na dziś robotę, a skoro jutro święto należy to opić. Lecę do Forzy, a ty lecisz ze mną.

- Już skończyłaś?
- Jane również cofnęła się do wnętrza mieszkania, zamykając drzwi zanim psiska uwidzą sobie przypuścić zmasowany atak na próg.

- Zaskoczona? - Chris odwróciła się na pięcie, zakładając ręce na piersi - Skoro nawet robole z fabryki azbestu dziś wcześniej odbijają karty i zapierdalają do domu, to czemu ja nie mogę? Kurwa też człowiek, należy mi się zasłużony odpoczynek od orania kieratu w pocie dupy, no nie? Poza tym… kurwa, co ty oglądasz? - dopiero teraz zwróciła uwagę na grający w dalszej części magazynu telewizor. Przewróciła oczami - Wiadomości byś obejrzała.

- Po chuj, wszędzie ta sama śpiewka dziś
- Doe oparła się plecami o ścianę, przyjmując bliźniaczą pozę i łypała na brunetkę spode łba - Święto, wspólne dobro, Założyciele tacy wspaniali i jako społeczeństwo winniśmy uhonorować ich pamięć poprzez wspólną pracę ku chwale naszej oraz przyszłych pokoleń…

- A pierdolisz
- Chris jej przerwała - Na Kanale 8 mówili w wiadomościach o kolejnej rozróbie w obozach dla uchodźców…

- Migrantów
- gospodyni weszła jej w słowo - Jebanych…

-... brudasów
- dokończyła za nią Christine, a blondynka kiwnęła sakramentalnie głową. Niby uchodźcy zawsze się zdarzali, Doe była tego przykładem, jednak od czterech lat problem masowej migracji zaczął przekraczać wszelkie normy tolerancji. Niestety ostatnie wybory wygrała partia lewacka i zaczął się cyrk z polityką pojednania. Zaczęto ich witać transparentami, otwartymi ramionami oraz udami. Pompowano w pierdolonych nierobów socjal przez co żyło się im lepiej niż niektórym rodowitym obywatelom New Vermont, a to jeszcze mocniej zaogniało stosunki między obiema frakcjami. Sam pomysł na papierze, jak to pomysły lewaków, nawet miał sens: asymilacja społeczna poprzez zapewnienie edukacji, kursów pracowniczych… a wyszły z tego obozy-getta z własnymi prawami, gdzie przestępczość hulała jak pchły na bezpańskim kundlu i miejsca te omijała nawet policja. Zamknięte enklawy mentalnego spierdolenia, finansowane z pieniędzy podatników, nie dziwota że nienawiść eskalowała. Z jednej strony leciały teksty o rasizmie, z drugiej posądzenia o terroryzm, gdyż nie było tygodnia, by pokurwielce komuś nie ożeniły kosy.

- I ty się dziwisz, że nie oglądam wiadomości - Doe prychnęła krótko, obserwując jak sąsiadka wyłącza telewizor.

Ta rzuciła okiem na stanowisko saperskie i teatralnie załamała ręce.
- Wypierdalasz stąd w trybie natychmiastowym - stwierdziła i uniosła dłoń widząc rodzący się sprzeciw - Sklej dupę i mnie nie wkurwiaj. Wszyscy się o ciebie pytają, a ja już nie mam nowych ściem żeby cię usprawiedliwiać. Jebniesz browara albo cztery…

- Jutro muszę być trzeźwa, zresztą nie chce mi się z wami gadać…

- Bo uwierzę
- Chris prychnęła zirytowana, wracając pod front gospodyni - Myślałam że zaminowałaś już całe podwórko, na cholerę ciągle w tym grzebiesz?

- Lepiej mieć i nie potrzebować, niż nie mieć i potrzebować
- rzuciła filozoficznie, zżymając się w duchu na sąsiadkę. Jebaniutka miała rację, browar albo dwa nie zaszkodzą. Wkrótce zaczynali powazny projekt i Bóg jeden raczył wiedzieć czy Doe nie zamieszka na dłuższy czas w robocie. Sapnęła głucho, przecierając kciukiem czubek nosa.

- Dwa piwa i spierdalam do siebie - poszła na kompromis, dla siebie zostawiając fakt, iż dobrze będzie zobaczyć znajome gęby barmanki i ochroniarza z ich ulubionej speluny.

Na te słowa Christine rozpromieniła się momentalnie.
- Widzisz Jane? Jak chcesz umiesz mówić jak człowiek - zaśmiała się, zgarniając blondynkę pod ramię i nakierowała je obie w stronę wyjścia. - Ale broń zostaje tutaj.

Tym razem Doe przewróciła oczami.
- I tak wszystkich nie zabiję… ale mogę spróbować. Nie przekonam się, póki tego nie zrobię - mruknęła w miarę pogodnie, zdejmując kurtkę z kołka przy wyjściu. Cudowny plan na wieczór uległ gruntownemu re-modelingowi, lecz słysząc wesołe pieprzenie Chris i mając w planach zobaczenie zakazanych mord Lilly i Briana, szło się samemu uśmiechnąć. Ledwo zamknęła drzwi i uzbroiła zamki, od razu zapaliła papierosa. Wciąż miała czas, na wszystko. Tyle czasu, by jeszcze srogo się rozczarować. Robiąc dobry uczynek zawsze się za niego płaciło.
Za głupotę zawsze się płaciło.
 
__________________
Jeśli w sesji strony tematu sesji przybywają w postępie arytmetycznym a strony komentarzy w postępie geometrycznym, prawdopodobieństwo że sesja spadnie z rowerka wynosi ponad 99% - I prawo PBFowania Leminkainena
Zombianna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-01-2021, 03:01   #4
 
Arvelus's Avatar
 


Sielanka trwała w najlepsze. Alicja krzątała się po kuchni z wnukiem w uprzęży na sobie. Małym Nicolasem. Była bardzo młodą babcią. Ledwie 43 lata, ale jakoś wyszło, że i ona i jej syn Thomas nie czekali z dziećmi na dojrzałość emocjonalną. “Gdyby tak wszyscy zawsze czekali aby być absolutnie gotowym ludzkość dawno by wymarła” mawiała czasami a syn przyjął powiedzenie jako swoje.

Alicja Heisneberg przygotowywała lazanię. Słuchała wiadomości, z innego odbiornika leciała muzyka. W pewnym momencie wiadomości przeszły na monolog starszego faceta. Alicja rzuciła na niego okiem próbując sobie przypomnieć nazwisko. Znała tę twarz, chyba był to jeden z kolegów-po-fachu Viktora.
- „Nie zabijaj” – ta fundamentalna zasada we współczesnym świecie wydaje się niewiele znaczącym przykazaniem. Łamie się ją nagminnie, a świat beztrosko przechodzi nad tym do porządku dziennego. Mamy szacunek dla lekarza…
- Ano tak. Nie lubimy cię tutaj - powiedziała do siebie wciąż nie przypominając sobie imienia, ale już kojarząc kim on jest i ogólną antypatię jaką solidarnie do niego czuła z mężem i zmieniła kanał. Wiadomości, wiadomości, znów o dniu założycieli...
- O!
Cofnęła się o kanał odnajdując program plotkarski nie mówiący o tym co wszyscy powtórzyli już na różne sposoby przynajmniej trzy razy dzisiejszego dnia. Akurat zaczęli segment z “przepisem na dziś”. Zostawiła by leciało w tle. Kończyła układać ostatnią warstwę w brytfance gdy Nicolas zaśmiał się do niej przezachwycony. Odpowiedziała mu czułościami i gilgotkami gdy dotarł do niej zapach krzyczący “Pielucha! Natychmiast!”. Uśmiechnęła się besztając się w myślach o to, że zignorowała to delikatne ciepło na udzie które niby gdzieś tam bokiem czuła, ale przy nadmiarze bodźców i skupieniu na kilku czynnościach na raz bezwiednie to zignorowała.

~ * ~

- Po prostu martwię się o twojego ojca, Thomas. To wszystko
- Daj spokój Sylvie. Jest dorosły i wie co robi.
- Nie była…
- Sylvie. Dość.
Młody chłopak/mężczyzna uciszył swoją żonę ostrzejszym nieco tonem i wpisał kod który otworzył drzwi.
- Jesteśmy! - zakrzyknął do środka
- O! Tak szybko? - odpowiedział im głos z wnętrza- wchodźcie! Przewijam Nicolasia!

- Papo wyszedł? - zapytała Sylvie niewinnie po krótkiej rozmowie o latorośli i lazani, ale atmosfera momentalnie pociemniała
- Siedzi na górze u siebie - odpowiedziała babcia jej syna. Nie musiała dodawać “nie chce aby mu teraz przeszkadzać”
- Znowu? - ciągnęła temat Sylvie rzucając Thomasowi spojrzenie jakby przyłapała go na kłamstwie i… przez moment. Przez jeden ułamek sekundy nie powstrzymała uśmieszku. Nie powstrzymała tryumfu. I Thomas nienawidził tego. Przez ten krótki moment nienawidził jej… bo miała rację. A przynajmniej część racji.
- Może rzeczywiście powinniśmy z nim porozmawiać o jakiejś terapii? - zaproponował Thomas słowami swojej małżonki… a gniew, irytacja i… upokorzenie? Nadały wypowiedzi ton o który przez cały dalszy wieczór miał do siebie pretensje.
Oczy Alicji raziły pretensją w synową gdy odpowiadała “porozmawiamy o tym innym razem”, a “inny raz” w tym kontekście oznaczał “BEZ Sylvie w pobliżu”, co cała trójka doskonale rozumiała.

~ * ~

Viktor ściszył na chwilę muzykę. Utwór starożytnego kompozytora przycichł na żądanie pokrętełka magnetofonu. Beznamiętnie upchał farsz do trzeciego już skręta i zlepił go na ślinę. Odpalił i wziął głęboki narkotyczny wdech licząc, że może uda mu się jeszcze przehandlować ze swoją wątrobą i nerkami “spalenie na smutno” na “spalenie na wesoło”, albo przynajmniej “na nieprzytomnie”. Dziś był kolejny udany dzień. Maszyna propagandowa wciągnęła go w swoje tryby. Wszyscy zachwalali go, wszyscy chcieli z nim wywiadu a od góry wywierano na niego delikatne parcie aby jednak ich udzielał. Wykonał swoją pracę perfekcyjnie. Uwielbiał czuć pod swoimi dłońmi mecha. Dawało to poczucie mocy. Władzy? Jakąś imitację wielkości, gdy mógł się chować w jego kokpicie? Sam jeszcze rozpracowywał swoje uczucia go tyczące, a narkotyczny haj zwodził go na manowce i pchał daleko w ich głąd.

- “Głąd” - zaśmiał się ze słowa które jego umysł przekręcił. Tym samym na krótką chwilę osiągając swój cel i rozweselając się z tej małej głupoty. Absurd sytuacji tylko poprawiał efekt.

Wyłożył się wygodnie na leżance do złudzenia przypominającą te w gabinetach behawiorystów. Zaklął… usiadł, podgłośnił muzykę i znów się położył.

***

- Doktorze Heisenberg, bo jest pan doktorem, prawda? - jego myśli uciekły do wywiadu srzed kilku dni
- Zgadza się - przytaknął mając ochotę zadrwić z fałszywości tego pytania. Oczywiście, że prowadzący wiedział, że jest doktorem. Jego ludzie zrobili już pełen research i złożyli raport, a to była publiczna informacja - nauk medycznych - dokończył - byłem chirurgiem w Szpitalu Pamięci Kolonistów, drugorzędnie anestezjologiem.
- Ale ostatnie 10 lat siedział pan w budowlance operując maszynami ciężkimi. Dosyć drastyczna zmiana w karierze, prawda?
Dyskusja trwała. Była przeciągana i zręcznie manipulowana przez doświadczenie wesołej gęby prowadzącego. Padło wiele pytań drobnych i dużych, kilka mądrych i wiele głupich
- Ma pan w sobie też nutę tajemniczości. Research mówi, że skończył pan pracę w szpitalu w marcu 2988, a na budowie podjął się pan pracy dopiero w maju 2989. To jakaś tajemnica wojskowa i będzie mnie musiał pan zabić jak mi na to odpowie, czy…

Victor odpowiedział, ale widać było, że to pytanie odebrało mu swobodę. Urządził sobie urlop. Miał odłożone pieniądze i chciał je wykorzystać. Zrobić sobie wakacje. I patrząc na minę swojego hosta nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ten tego nie kupił. Następne pytanie było gorsze.
- Moje źródła mówią o pana ostatniej o…
- Nie będziemy o tym dyskutować - przerwał mu w pół zdania pochmurniejąc do stopnia gdy zaczął wyglądać… groźnie. Jakby właśnie narodziła się w nim zdolność do okrucieństwa i niepotrzebnej agresji.
Prowadzący nie zrozumiał, albo nie chciał zrozumieć. Wywiązała się niezręczna dyskusja o prywatności, która, szczerze mówiąc, mogła być zrozumiana jako atak na profesjonalizm hosta (i jak najbardziej tym była). Odebrało mu to na chwilę rezon i odruchowo kontratakował rzucając tekstem o publicznych pieniądzach które zostały wydane na mecha, sugerując, że Heisneberg jest teraz “tak jakby” urzędnikiem państwowym. Viktor przerwał wywiad po prostu wstając, zapinając marynarkę i wychodząc ze studia. Jak dotąd nie słyszał aby wyemitowano tę rozmowę. Może w ogóle z tego zrezygnują? Byłby zadowolony. Ten wywiad poszedł mu zdecydowanie najgorzej.
***

- O czym ja myślałem wcześniej? - zapytał sam siebie.
Po coś wspominał ten wywiad.
- Aaa… no tak.
Analizował. Próbował zrozumieć. Jego plączące się procesy myślowe zaprzężone były do zadania pod tytułem “Cały dzień był dobry. Śmiałem się z Julisem, dwa razy młodsza dziewczyna chyba ze mną flirtuje co, choć jest zupełnie bezcelowe, wciąż sprawia satysfakcję. Szef zaczyna mówić coś o podwyżce, jestem zdrowy, rodzina szczęśliwa, mam wnuki, majątek, dwa samochody i szacunek… to czemu tak nagle się posypałem gdy Alicja zapytała jak minął dzień? Co takiego tak we mnie uderzyło? Co skruszyło we mnie… wszystko? Do takiego stopnia, że nawet upalam się na smutno?”
- Cóż… to na pewno nie ten wywiad - stwierdził arbitralnie rezygnując, przynajmniej na razie, z kolejnego bucha. Nie miał pewności czy nie jest już na tyle wstawiony by za chwilę zacząć żygać na nieprzytomnie… a nie chciałby aby Alicja go znalazła zadławionego żygowinami. Nie zasługiwała na to. Na pewno nie… Więc wziął tego cholernego bucha, ale rozważnie, czując, że jednak zaraz może utracić świadomość, zszedł z leżanki i położył się na ziemi w pozycji bocznej. Był dosyć wstawiony aby nie była dla niego ani trochę niewygodna.

Niepamięć nie nadeszła. Kolejne kilka godzin leżał zamknięty w swojej samotni, obok puchatego dywanu na podłodze (bo wiedział, że jeśli go zarzyga to całe tygodnie zajmie mu zanim się zbierze aby go wyprać) gdy jego spalony-na-smutno umysł pogrążał się w coraz mroczniejszych miejscach.

~ * ~

- Ał… ał ał ałał… - jęczał rano gdy jego stare stawy przeklinały go za to, że śmiał zasnąć na podłodze. Potrafiły się odezwać czasem nawet gdy nie spał w tej jednej właściwej pozycji, a teraz? Noc na twardej ziemi. Dwóch minut potrzebował aby powoli zwlec się na leżankę. Skręt leżał na ziemi. Sam się dopalił do końca. Znów się zbeształ, że ryzykował pożar.
- Raz, dwa, trzy… - policzył miejsca na plecach gdzie czuł, że ból się utrzyma dłużej. Kark też bolał jak jasna cholera, ale to powinno przejść za godzinę. Sięgnął pod materac leżanki i wyciągnął ketonal. Łyknął tabletkę i schował pudełeczko z powrotem.

Po kwadransie poczuł się gotów wyjść ze swojej samotni.
- To jak? - zapytał sam siebie - dziś się trzymasz staruszku? Nie możesz ich zawieść.
Ale ku swojemu zadowoleniu stwierdził, że dziś chyba nawet nie będzie musiał nic udawać (jak tylko ten ból głowy przjedzie). Czuł się dobrze.
- Chędorzeni Grecy i ich jebane katharsis - warknął niby-gniewnie, ale tak na prawdę rozbawiony i zadowolony.

Podszedł do swojego komputera i skasował historię przeglądania. Nie zamierzał ryzykować aby Alicja znalazła, że naiwnie szuka w artykułach typu "Kontrolowana entropia, spowalnianie upadku"... w zasadzie, że w ogóle przychodzi mu do głowy je czytać.

 

Ostatnio edytowane przez Arvelus : 30-01-2021 o 12:25.
Arvelus jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-01-2021, 10:10   #5
 
Lynx Lynx's Avatar
 
Wieczór przed Dniem Fundacji był z jednej strony spokojny z drugiej pracowity dla dziedzica Spencerów. Hadrian siedział w fotelu w swoim spokojnym komputerowym zakątku w mieszkaniu znajdującym się w apartamentowcu stojącym niedaleko kampusu politechniki. Ot taki tam specjalny "akademik" dla studentów, których na niego stać. Młody Inżynier leniwie przeglądał wszelkie wiadomości przesłane od Dziadka, Ojca, czy speców od wizerunku zatrudnianych przez jego rodzinę. Można powiedzieć iż spotkał go nie lada zaszczyt. Miał wygłosić przemówienie przed budynkiem rodzimego przedsiębiorstwa z okazji święta. Ot taka drobnostka, życzenia dla pracowników i kontrahentów, oraz szczypta patriotycznych frazesów dla wizerunku firmy i rodu. Zwykle robił to Dziadek jednak tym razem postanowił dać się wykazać następnemu pokoleniu. Ojciec za to jako jeden z czołowych polityków partii rządzącej formalnie niepowiązany z biznesem (rzeczywistość jest trochę inna) zbytnio nie wypada, by przemawiał. Tak więc ta przyjemność spadła na Hadriana, któremu oddelegowana do pomocy młodsze rodzeństwo siostrę Teodorę i brata Marka. W gwoli ścisłości był jeszcze Julius, ale więzy zerwano już obustronnie jakiś czas temu. Do dziś słowa Ojca z tamtego dnia obijają się Hadowi po głowie. “Twój brat uchyla się od obowiązków więc Ty będziesz musiał go zastąpić, a o nim samym najlepiej zapomnij”.

Po przemowie miał dołączyć wraz z rodzeństwem do Ojca i Matki na paradzie i odbywającym się bezpośrednio po niej przyjęciu. Przyjęcie jak przyjęcie, a święto świętami, a biznes to biznes interes musi się kręcić. Według instrukcji od Dziadka ma puścić parę plotek o intratnych kontraktach tam o złotej okazji i niezłej działce pod wykup, tam wypytać kogoś o parę rzeczy itp. Wbrew temu co sobie niektórzy myślą to nawet wysoko usytuowani nie mają aż tak lekko. Robi w święto plus musi nosić ten trochę dziwaczny strój z kapeluszem. Może i trochę wygodniejszy od standardowego garniaka jednak trochę za bardzo wyróżniające się jak dla Hadriana. Niestety taki dress code zarządził Ojczulek. Tak się noszą mieszkańcy prowincji naszej wspaniałej republiki w której każdy ma prawo głosu, a obecny rozkład sił w dużych miastach dawał prowincjuszom praktyczną siłę przebicia decydującą o zwycięstwie w wyborach. Oczywiście by ktoś sobie nie myślał. Strój dziedzica Spencerów jest wykonany w odpowiedni sposób.

Przeczytawszy wszystko odchylił się na fotelu i przeciągnąwszy się rzucił okiem po mieszkaniu. Przeszła mu myśl iż będzie trzeba niedługo je zwolnić i oddać Teodorze. W końcu sama ruszy na uczelnie za jakieś dwa lata. Najlepiej poszukać czegoś bliżej miejsca pracy. Projekty w jakich bierze udział trochę potrwają, więc zakup mieszkania niedaleko pozwoli mu zaoszczędzić czas, a poza tym to dobra inwestycja. Po zakończeniu prac możliwe, że ceny w okolicy podskoczą, więc możliwa będzie niezła przebitka. Zawsze też można dać takie na wynajem jak się z niego wyniesie na kolejne bliżej następnej budowy. Plan ten powstał w głowie Hada jakiś czas temu, by uzyskać jakąś niezależność od rodzinnego biznesu.

Myśli o pracy naturalnie przyciągnęły też myśli o współpracownikach. Matka Hada ostrzegała “Z biedą ostrożnie” i dotychczas doświadczenia życiowe pokazały iż większość osób ma swój interes do zrealizowania, dlatego dotychczas młody Spencer wiódł żywot samotnika. Obecnie jednak każdy pilot mecha był praktycznie równo popularny (Oczywiscie Ci od heavy trochę bardziej, ale to drobiazg), oraz zarabiał całkiem niezły pieniądz. Dodatkowo nie posiadali jakiś powiązań polityczno rodowych, które mogły stwarzać zagrożenie Spencerom. Choć z Doktorem Heisenbergiem występuje, sporo różnica wieku, a Jane Doe wyglądała i zresztą zachowywała się na taką co to jest w robocie i robi swoje, a inni mogą sobie być, lub nie ich sprawa. Mimo to Hadrian zachowywał się przyjaźnie i koleżeńsko utrzymując przy tym zawodowy dystans. Z Julianem dzieliło go chyba najmniej, choć i tak trochę by się uzbierało. Had nawet go polubił. Może ze względu na imię powiązane z starszym bratem? Może nauki dziadka, iż młody zdolny zajawkowicz z odrobiną pomocy ma szansę dokonać cudów na którym osoby udzielające mu pomocy mogą również zarobić?

Wyrywając się zamyślenia ruszył do kuchni zrobić sobie drinka. Miodowa, whiski z sokiem bananowym. Trochę dziwaczny, ale Hadrianowi nawet smakował. Choć nigdy nie był zupełnie sam, bo zawsze w pobliżu czai się ktoś z ochrony, czy inny człowiek rodziny to czuł samotność. Najgorzej było jak się przemieszczał. Ulicami przemykał w zamkniętych pojazdach zawsze z kimś. Dziedzic fortuny Spencerów i syn polityka to trochę niebezpieczne połączenie dla kogoś chcącego szwendać się po ulicy. Tym bardziej, że rozwój przyciągał migrantów, a co połączyć z obecnym chaosem w rządzie było mieszanką niebezpieczną. Ojciec przewodził frakcji libertariańskiej wchodzącej w skład obecnej koalicji rządzącej. Problem jest taki, że takowa koalicja składa się z więcej niż jednego podmiotu. Łączy wszystkich niby idea założycieli jak wolność i republika, ale każdy inaczej widzi ową wolność i republikę. Rozwijająca się kolonia potrzebowała ludzi do pracy, a socjaliści w rządzie uparli się na specjalne projekty socjalne mające pomóc uchodźcą w ich trudnej sytuacji. W ten sposób osiągnięto kompromis. Migranci nie trafili do Vermońskich zakładów pracy, ponieważ pracować za taki pieniądz to lepiej siedzieć na dupie i nic nie robić i dostawać socjale prawie porównywalne z potencjalnymi zarobkami, a osiedla domków socjalnych budowano po kosztach i na odpierdziel, że finałowo okazały się slumsami ledwo zdatnymi do życia i siedliskami przestępczości. Zadowolone były jedynie najwięksi gracze, którzy przy okazji kompromisu pozałatwiali sobie licencje i kontrakty państwowe. Tak więc wszystko szło ku prosperity republiki i rodu Spencerów. Hajs się zgadzał.

W całym tym poczuciu rosnącego zniechęcenia do otaczającego świata trafił się promyk nadziei. Chłopak dostał swojego mecha do pilotowania. Paradoksalnie zamknięty w tej blaszanej puszcze czuł się wolny jak nigdy.

Uchhh… Had przebudził się na fotelu. Przysnął sobie tonąc w myślach.
-No nic czas do łóżka, a wiadomości sprawdzi rano, by mieć wszystko na świeżo.- powiedział sam do siebie. Po czym poszedł się przebrać i do lulu do łóżeczka.
-Dobra noc- rzucił w przestrzeń dla agenta Dziadka, który z pewnością jakoś gdzieś go obserwował.
 
Lynx Lynx jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-02-2021, 22:17   #6
 
Azrael1022's Avatar
 
Newport
Koszarowy kompleks sztabu dywizji
Gabinet generała Brada Dennala


- Raport oraz rekomendacje oparłam na moim doświadczeniu bojowym oraz na tym, co zaobserwowałam podczas oblotów pogranicza. Wszystko jest w dokumentacji. Jeżeli ktoś będzie tworzył flotę powietrzną do rozwiązania problemów rozwijających się na Amerigo, to działając według tego, co napisałam otrzyma skuteczne narzędzia do walki z wrogiem. Obecnym i przyszłym - jakiejkolwiek formy by nie przyjął. Należy przeforsować wniosek o wyposażenie. Potrzebne są bombowce, myśliwce rozpoznawczo-szturmowe, drony obserwacyjne i uderzeniowe oraz VTOALe - z ładowniami do transportu jak i te przeznaczone do niszczenia celów naziemnych.
- Obecnie potyczki są prowadzone w stylu hit and run - krótki ostrzał z broni dalekosiężnej i odwrót. Warto zauważyć, że jeden samolot z bombami o korygowanej trajektorii współpracujący albo z wysuniętym nawigatorem naprowadzania lotniczego albo z dronem obserwacyjnym skutecznie ukróciłby samowolę bandytów. Potrzebne są drony z dobrymi kamerami dziennymi i VN, nie tylko bazujące na podczerwieni. Ze względu na specyfikę działań bojowych i ukształtowanie terenu na pograniczu, wrogowie często będą kryć się pod kocami termicznymi pomalowanymi w kamuflaż pustynny. Termowizja będzie miała problemy z wyłapaniem sygnatur cieplnych. A jak je wykryje, to nie klasyfikuje jako ludzkie.
Siedzący za biurkiem stary generał uważnie słuchał słów Iroshizuku. Mimo wielu lat na karku, ostatnie trzydzieści lat spędził w sztabie przerzucając papiery i jego znajomość realiów pola walki była co najwyżej słaba. Adiutant generała od czasu do czasu coś notował, ale nie przerywał. - A co pani oficer sądzi o the Workmen? Są przydatni przy wygaszaniu konfliktu na pograniczu? Dostali dość lukratywny kontrakt, niestety z dziurami formalnoprawnymi. I wykorzystywali to. A wspomagali ich członkowie rządu, lobbujący za daniem im wolnej ręki i przedłużeniem kontraktu.
- Obecnie kontakty z nimi przejęła armia - uzupełnił adiutant.
- Niech zgadnę, nikt nie ma zamiaru przedłużać współpracy a lobbyści nie lobbują, bo kontra dobrała się im do dupy?
Generał nawet nie mrugnął, ale jego adjutant wyraźnie się spiął. Niewiadomo czy dlatego, że oficer domyśliła się działania służb wywiadowczych, czy też dlatego, że użyła przekleństwa.
- The Workmen dostają lukratywne kontrakty z całego systemu. Mają tu bazę i choćby z tego względu opłacałoby się im nawet dozbrajać bandytów, aby eskalować konflikt i legitymizować swoją obecność na tym terenie. Ale to już pewnie też rozgryzają służby informacyjne, więc niedługo powinniśmy poznać prawdę. Czy są jeszcze jakieś pytania?

Generał Brad Dennal był usatysfakcjonowany raportem z pogranicza jak przygotowała Iroshizuku podczas dwutygodniowych oblotów tych terenów. Mimo swojego wieku, był człowiekiem postępowym i wciąż ambitnym. Zdaje się chciał, żeby nowe siły powietrzne noszące obecnie kryptonim aerospace zostały nazwane jego imieniem. Dlatego postawił na wielu konsultantów, a Iroshizuku miała na swoim koncie sporo sukcesów, więc jej rady były szczególnie cenne. Oczywiście, podczas składania wniosku o finansowanie, generał zamierzał przedstawić jej pomysły jako swoje, jednak taki już był urok pracy w służbach mundurowych. Ktoś inny spijał śmietankę, jednak po jakimś czasie można było poprosić go o przysługę. A życzliwa osoba na wysokim stanowisku zawsze mogła się przydać.

Newport
Hangar jednostki wojskowej 77 Batalionu OPL


Projekt aerospace był nazywany ‘częściowo tajnym’. Czyli nie można było o nim rozmawiać. Nie można było opuszczać terenu bazy bez przepustki. Był zakaz kontaktów, a przynajmniej solidne ograniczenie. Na uwagę zasługiwał sprzęt, jaki dostali do ćwiczeń. Były to najlepsze, najnowsze symulatory. Iroshizuku dostała maszynę mogącą przewieźć w ładowni ponad czterysta ton, co z miejsca zasugerowało jej jakiego rodzaju ładunek będzie przewozić. Dodatkowo latadełko było nieźle opancerzone i solidnie uzbrojone. Pewnie jakiś projektant nie lubił idei transport osobno i wsparcie osobno, tylko zrobił jeden pojazd od wszystkiego. Jak miał się sprawdzić w boju? Czas pokaże.
Zajęcia na symulatorach były prowadzone od świtu do nocy, więc mało komu chciało się wychodzić wieczorami na miasto na balety. Oprócz Iroshizuku na symulatorach latało kilku innych pilotów, asów lotnictwa cywilnego. Towarzyszyła im też obsługa techniczna, kilku szeregowych do pomocy przy wszystkim oraz pułkownik Ariann Black i podpułkownik Jeff Macbride. Ta ostatnia para zawsze przebywała blisko przy pilotach - byli nawet skoszarowani w tym samym budynku, zawsze chodziła w lekkich pancerzach taktycznych i wszyscy pozostali żołnierze wyraźnie się ich bali. Coś było na rzeczy.
Od czasu do czasu zjawiały się inspekcje generalicji czy jakichś polityków, ale Asagao nie zwracała na nich uwagi. Chciała robić to, co kochała. Latać. Choćby na symulatorze.
Iroshizuku usiadła na fotelu pilota i zablokowała go. Następnie włączyła zasilanie. Jej dłonie błyskawicznie przesuwały się po konsoli, bezbłędnie odnajdując wszystkie przełączniki. Inwerter, generatory, pompy, układ dostarczający tlen, paliwo plazmowe, dodatkowy moduł zasilający. Zielone kontrolki potwierdziły gotowość maszyny do startu. Iroshizuku włączyła kondensator rozruchowy, sprawdziła zapłon i obrotomierz a następnie odpaliła silniki. Symulator zawył dźwiękiem do złudzenia przypominającym ciąg, zaczął też wyraźnie drżeć. Przyszła pora na sprawdzenie kolejnych przyrządów. Nawigacja. hud taktyczny, komunikacja, RWR, flary, chaffy, wyświetlacz wielofunkcyjny, ciśnienie oleju hydraulicznego, system TADS. Wszystkie parametry były w normie. Iroshizuku pociągnęła przepustnicę i maszyna ‘wystartowała’.

Późnym wieczorem Asagao odwiedziła jeszcze pustą i zakurzoną salę treningową. Po całym dniu trwania na siedzeniu pilota trochę ruchu działało odprężająco. Wyjęła z magazynku manekina do trenowania judo i prawie godzinę trenowała rzuty. Lubiła pozostawać sprawna. Od dziecka potrafiła walczyć kataną, celnie rzucać nożami i wykorzystywać ju jitsu w walce wręcz. Przez lata dbała, aby te umiejętności nie zanikły. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy przeszłość się o nią upomni. I nastąpi spotkanie z egzekutorami Yakuza. Patrząc z perspektywy jej domu rodzinnego, Amerigo znajdowało się na drugim końcu znanej galaktyki, gdzie uciekła prawie cztery lata temu. Bezpieczne miejsce, ale lepiej było na siebie uważać. Gang Yamaguchi-gumi miał w końcu mnóstwo zasobów i maczał palce w działalności przestępczej w niejednym systemie.

Podczas powrotu do baraku spotkała Ariann Black. Po wymianie salutów Iroshizuku dowiedziała się, że jutro dostaje przepustkę i będzie na wojskowej paradzie jako widz. Wolałaby zostać i poćwiczyć, ale rozkaz to rozkaz.
 

Ostatnio edytowane przez Azrael1022 : 16-04-2021 o 09:19. Powód: justowanie
Azrael1022 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-02-2021, 22:30   #7
 
Micas's Avatar
 
Post

Reszta czternastego marca 2999 roku minęła spokojnie - a przynajmniej relatywnie spokojnie. Względem tego, co miało się wydarzyć już dnia jutrzejszego, była to znajoma rutyna i strefa komfortu, jakkolwiek by nie wyglądała.

Julian Jackson

Tym razem udało się bez incydentu, tłumaczenia i styku z rozochoconą gawiedzią za grosz nie szanującą cudzej prywatności. Praca zrobiona na 101%, wszystko pozostawione w należytym porządku na czas święta (i, prawdopodobnie, przerzutu IndustroMechów do Burlington), zakupy wykonane bez incydentu... z grubsza. O mały włos brakowało, by po raz kolejny w przeciągu ostatniego roku zaliczyć "wstydliwy" i po prostu głupi epizod styku z roszczeniowymi, całkiem obcymi ludźmi. Poza tym w tym całym zaaferowaniu i stresie Julian zapomniał parę rzeczy z listy - ale nic, czego nie można było na szybko uzupełnić w lokalnym, osiedlowym detalu. Resztę wieczoru spędził z rodzicami, przygotowując jutrzejszą ucztę.

Mniej więcej gdzieś od godziny dwudziestej wydarzyło się coś dziwnego - telewizja przestała odbierać. Nawet "niezawodna czwórka", najpopularniejszy z amerygańskich kanałów TV, miał problemy. Bez słowa wyjaśnienia przerwał program i do odbiornika dochodził tylko przerywnik.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=39BH0CHibbI[/MEDIA]

Z radiem też były problemy, ale to akurat nie dziwota. Nawet miejskie krótkofalowe nie zawsze dobrze działało, nawet w porze suchej - a ta za niecały miesiąc miała się zakończyć. Taki los na tej planecie. Niemniej jednak to, że kablówa nie działała... bardzo dziwne. Nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Nie ze wszystkimi kanałami na raz, nie na tak długo - bo cały wieczór, noc i poranek, aż po paradę i dalej. Linie telefoniczne też miały problemy. Po rozmowie z sąsiadami dowiedzieli się, że problem ten nie był ograniczony tylko do jednego mieszkania, piętra czy budynku. Czyżby jakaś ogólnomiejska awaria?

Jane Doe

Wypad z Christine udał się. Musiał się udać, skoro Doe prawie nic nie pamiętała. Zapomniała porządnie i tłusto zjeść przed piciem (vel "nawpierdalać się") i, jak to prawie zawsze bywało, na dwóch piwach się nie skończyło - tym bardziej, że tłuszcza w Forzy dopisała - zwalili się sami stali i sprawdzeni bywalcy z ew. osobami towarzyszącymi wprowadzanymi w temat w należyty sposób (bo świeża krew w barze to było zawsze coś pożądanego - póki potrafiła uszanować klimat miejscówy). Świąteczna atmosfera udzielała się każdemu. Magia długiego weekendu swoje robiła. Nie było skrzywionych mord, nie tym razem. Nawet Jane na te krótkie parę godzin (szczególnie tak po pierwszych dwóch kwadransach) zapomniała o problemach, sprawach, pierdołach i w zasadzie całe Amerigo i resztę miała daleko w dupie. A znajomym babom i chłopom dopisywał humor jak nigdy dotąd, jakby na przekór niepokojącym czarnym chmurom zasnuwającym (w przenośni, bo była piękna, gwiaździsta noc) Newport. Wszak te wszystkie problemy z telewizyjnego pudła były bardzo, bardzo daleko. Nie było żadnej szansy, by mogły zaistnieć w tym zwyczajnym, cywilnym życiu.

Prawda?

Poranek dał o sobie znać koszmarnym bólem głowy i gardłem zdartym do cna fajami, whisky i przekrzykiwaniem hardrocka/h.metalu. W powietrzu wisiał jeszcze (oprócz charakterystycznego smrodu ciuchów, które przeszły siekierą z mieszanki tanich i nie-aż-tak-tanich szlugów) delikatny zapach odbytego w nocy (czy raptem przed świtem?) stosunku. Bo, jakżeby inaczej, obok na łóżku pochrapywała jeszcze umięśniona, zwalista sylwetka Briana - barowego goryla. W przenośni i dosłownie goryla. Najwyraźniej gdzieś w trakcie tej suto zakrapianej przedświątecznej nocy stwierdzili, że fajnie będzie uskutecznić te "chujwieco", co było między nimi.

Spojrzała na zegarek. Dwie godziny do dziesiątej, dwie godziny do początku tej wielkiej parady wojskowej, ich tam. Przez moment myślała, by tak typowo "pierdolić to" - ale nie. Ciekawość ją jednak trochę podżarła. Chciała zobaczyć te nowe zabawki. Podobno mieli pokazać nawet tego wielkiego skurwysyna. Trza było obudzić (albo i nie) swojego (?) goryla i ruszyć dupę. Ale najpierw prochy, zimny prysznic i fińskie śniadanie...

Victor Heisenberg

Alice nie komentowała zachowania swojego męża. Zdążyła już się na nie kilka razy napatrzeć - może nawet więcej niż kilka razy. Była kobietą starszej daty. Potrafiła znieść wiele, bardzo wiele. Czy była to właściwość starszych pokoleń, że potrafiły pozostawać ślepe na prawdziwe (bądź wydumane) problemy, akceptować rzeczywistość taką jaka jest? Czy może to było też tylko złudzenie, confirmation bias wynikający z małej próby statystycznej? Bo tak znowu super wielu kobiet w jej wieku Heisenberg nie pytał o zdanie. Żadnej nie pytał. Dochodziły do niego tylko słuchy ze strony młodszej części rodziny.

Kiedyś pewni naukowcy zaobserwowali, a psycholodzy skorelowali z podobnymi zachowaniami u ludzi, że młode terrańskie szympansy potrafiły zachowywać się w bardzo prowokujący, "chamski" sposób wobec starszych członków stada - szczypać, obrzucać kamykami, trącać kijem, szturchać, takie tam. Najpierw 'przypadkowo' i w trakcie zabaw lub zwyczajowych czynności dziennych, potem przeszkadzały we śnie i innych prywatnych chwilach. Badały reakcje. Uczyły się cudzych i własnych granic - tak twierdzili optymiści. Bo pesymiści wskazywali, że to właśnie zdrowe, silne młodzieńce obalały starszyznę stada i przejmowały władzę jako samce i samice alfa.

W gorszych momentach Victor miał wrażenie, że młodzi byli jak takie małpy. Na szczęście dziś, 15 marca, w Dzień Fundacji, nie miał gorszego momentu. Po ogarnięciu się i zignorowaniu tego charakterystycznego spojrzenia ze strony kobiety jego życia, był gotów dotrzymać danej przed dwoma tygodniami 'obietnicy' - zabrać rodzinę na paradę a potem na obiad. A późnym popołudniem był rejs do Vergennes, gdzie czekały na nich pokoje wynajęte w jednym z kurortowych hoteli na zachodniej, wypoczynkowej stronie wyspy.

Hadrian Spencer

Znacząca część Newportczyków i zaiste innych Vermontczyków mogła się z czego cieszyć - nie dość, że święto Fundacji zrzeszało rodziny i przyjaciół oraz było świetną okazją do hucznych imprez, to jeszcze ta parada z rzadko spotykanym nowym sprzętem wojskowym. Pomijając służby i świąteczną zmianę niezbędnych i niezbywalnych stanowisk pracy, cała nacja kończyła przygotowania do fiesty (a w wielu przypadkach już tą fiestę uskuteczniała przez całą noc). W tym wielu kolegów i koleżanek ze studiów na które Hadrian uczęszczał - ale jak to mawiają, nie dla psa kiełbasa. Czy raczej, paradoksalnie, odwrotnie: byle kiełbasa dla takiego czempiona była niegodnym i niezdrowym posiłkiem. Jemu pozostało ciągłe śrubowanie wyników i sprostanie wymaganiom swoich dobroczyńców. Całkiem gorzka myśl, która towarzyszyła mu jeszcze na długo przed zaśnięciem.

Spał krótko i wstał szybko, pozbawiony resztek snu. Kortyzol buzował w żyłach. Doprawił go kawą i śniadaniem, ale raczej z próby zadośćuczynienia rytuałom i przeświadczeniu, by nie iść z pustym żołądkiem. Stresował się. On, młody student, któremu jeszcze trochę zostało do osiągnięcia pełni standardu starego systemu bolońskiego, miał już bajerować kontrahentów, brylować między salonowymi lwami, sprawiać dobre wrażenie i cyganić podgatowkę pod biznes. Zastanawiał się, czy Dziadek i Ojciec nie wymagali od niego zbyt wiele i czy przypadkiem nie mogliby się na 5 minut odwalić. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze będą mu dawać polecenia podczas nocy poślubnej z "wybranką" (wybraną oczywiście przez nich, a nie przez Hadriana). Wszystko dla rodziny.

Niemniej jednak nie mógł się nad sobą rozczulać. Na to miał swoje chwile. Teraz trzeba było, jak to mawiał jeden z kolegów-studentów, pochodzący z rodziny robotniczej, "skleić pizdę i ruszyć dupę". Tak też zrobił. Przynajmniej sobie popatrzy na ciekawostki na tej paradzie.

Iroshizuku Asagao

Pilotka-migrantka, niedawno (re)mianowana podporucznikiem NVDF i personelem pomocniczym 77 Batalionu OPL, miała przypływ dumy, siły i pozytywnych emocji. Wszystko przez dobrze spełniony obowiązek. Nie byle poczucie, tylko właśnie w czasie przeszłym dokonanym. Pewność. Potwierdziła to później plotka, scuttlebutt, mówiąca o zadowoleniu szefostwa powoli kreowanych sił aerospace NVDF.

Tu jej grało. Matryca oczekiwań wobec rzeczywistości spinała się z reakcją tejże rzeczywistości na poczynania zgodne z matrycą. Symfonia psychologii. W nagrodę zastrzyk dopaminy. Z czymś takim aż się chciało dalej trenować - więc trenowała, tak na symulatorach jak i później na siłowni. I to wszystko razem spinało się w kupę nie tylko kompetentnego żołnierza NVDF, ale też sięgało do starszych, bardziej ukorzenionych w psychice systemów wartości. Bushido. Może i była roninem wobec swojej starej ojczyzny, może i była "zdrajczynią" dla yakuzy, ale tu i teraz, w dzisiejszych czasach, była przykładnym samurajem dla swojego przybranego domu.

Stąd też zdziwko, że ją wysyłają na paradę. Przez chwilę nurtowało ją, dlaczego. Doceniali jej osiągnięcia? Chcieli jej dać jakieś R&R? Podejście psychologiczne: nakaz oglądania parady wojskowej jako katalizator dumy narodowej, wiązany ze starymi zwyczajami DCMS (wszak Kombinat też lubił parady i ustawianie samurajów w szeregu). Potem odkryła, że wszyscy piloci mieli podobne przepustki. Najwyraźniej akcja ogólnoprojektowa.

Miała chwilę czasu na dłuższy sen, który jednak nie nadchodził tak łatwo. Podekscytowanie wciąż gdzieśtam się czaiło i nie dawało zasnąć. Dlatego dumała przez pewien czas nad specyfiką maszyn, które były reprezentowane w symulatorach. Największymi były polowe, bojowe DropShips do przerzucania lanc mechów i plutonów pancernych - Gazelle i Leopard. Było też sporo mniejszych maszyn - aerospace i konwencjonalnych atmosferycznych, w tym nawet znane jej maszyny z czasów nauki pilotażu: atmosferyczne Inseki I i II czy aerospace'owe SL-15 Slayer, SL-17 Shilone i SL-21 Sholagar. Czyżby NVDF rozważał zakup maszyn nawet z odległego Kombinatu?

Tak czy inaczej to była pieśń przyszłości. A teraz czekał ją sen sprawiedliwych - i długi weekend zaraz po nim, zapoczątkowany paradą.

Wszyscy

15 marca, 2999 A.D.
Volunteers Avenue, Newport
Godzina 10:45 czasu terrańskiego


Mijał już trzeci kwadrans przedstawienia, które przyciągnęło istne tłumy. Jedna z najszerszych i największych alei Newport, położona w Dzielnicy Kapitolowej Volunteers Ave. zahaczała o wiele z najbardziej prominentnych obiektów miasta - pierwszych zborów i kościołów, najstarszych budynków rządowych i parlamentarnych, pałac prezydencki, ambasady pozaświatowych sił politycznych i organizacji komercyjnych (jak Society of New St. Andrews, Argondale, Interstellar Expeditions czy od niedawna - co ekscytowało wielu, wszak Amerigo mogło na tym sporo ugrać, w tym wczepienie w extranet HPG - ComStar). U jednego krańca zwieńczona wielkim Town Square, bijącym sercem miasta, a z drugiej Parkiem Zwycięstwa i starym, granitowym monolitem zawleczonym z Terry przez Ojców Założycieli - pomnikiem upamiętnienia Fundacji. Rokroczny pochód upamiętniający to święto kończył się właśnie tam przemówieniem prezydenta. Czy też dziś miała być to pani prezydent Londa. Lydia Londa z Reformist Party, określanej czasem mianem spadkobierców staroamerykańskich Demokratów/liberałów.

Zabawne. Zanim liberałowie i socjaldemokraci nie wygrali wyborów, to Londa była czołowym orędownikiem, wręcz gołębicą pokoju. Pojednanie z Bandytami, program resocjalizacyjny dla uchodźców z Bariery, socjal dla najuboższych... Za kulisami oczywiście zmiana systemu podatkowego na progresywny i całkowity wzrost hara... danin do ok. 30% pensji z mniej niż połowy tegoż. I odkąd masa pamięta (czyli wcale, bo masy pamiętają politykę max do 2 lat wstecz), Londa i jej towarzyszki i towarzysze byli zagorzałymi przeciwnikami kontraktów na modernizację wojska. Woleli "zachować pokój" i przeznaczyć te pieniądze na "sprawiedliwość społeczną" (przy okazji ucinając dla puchnącej armii lojalnych biurokratów i ich rodzin suty procent "opłat manipulacyjnych" i "kosztów utrzymania administracji"). Coś dziewczynie nie wyszło. Być może za kulisami porozmawiało z nią paru doradców, wywiadowców i wojskowych i przemówiło do rozsądku. Po inauguracji jej prezydentury temat upadł z siłą najebanego grubasa o beton - i równie nagle. Dziś to ona miała się wić jak piskorz, karkołomnie starając się usprawiedliwić dysonans poznawczy pomiędzy swoją dotychczasową polityką a tymi zbrojeniami.

Zasługę w tym utarciu nosa lewicy miała prawica - a konkretnie obecny wiceprezydent, Norman Osberger. Sam podobno czarna owca i dość śliski typ, którego oskarżano o to, o co się oskarżało "top one percent". Illuminat, depopulator, sekciarz, pedofil, oligarcha military-industrial complex. To ostatnie nawet było prawdziwe. To Osberger i jego "przyjaciele" rozkręcali w ostatnich latach ciężki przemysł, zbrojeniówkę oraz wydobycie. 'Brudne', 'ciężkie' przynoszące olbrzymi szmal, absolutnie strategiczne gałęzie przemysłu. Ba, one były przemysłem. Stanowiły go. Reszta to były konsumenckie pierdoły. Był też w orbicie potępionych pariasów, skorumpowanych polityków z uprzednich dwóch kadencji zdominowanych przez Constitutionalist Party (określanej spadkobiercą staroamerykańskich konserwatystów, Republikanów, vel GOP). To, że dochrapał się wiceprezydentury i był w stanie domknąć kontrakty zbrojeniowe w takiej aurze dawało sporo do myślenia - jak potężny był ten śliski, okopcony ropą i gazem węgorz?

Ale polityka polityką, a pokaz pokazem. Wzdłuż obstawionej istnymi tłumami gawiedzi Volunteer Ave szedł pochód policji, wojska i innych służb. Prezentowali swe barwy, mundury i kombinezony, klasyczną i nowoczesną broń palną (oczywiście niezaładowaną i zabezpieczoną), starsze i nowsze pojazdy, w tym najnowsze nabytki zrealizowane u rodzimych producentów (m.in. nowe wozy dla służb lekarskich, policyjnych i przeciwpożarowych) i u pozaświatowych - Quikscell Company i fabryk New St. Andrews. Te ostatnie sprzedały NVDF całe kompanie czołgów: lekkich typu Scorpion i średnich typu Vedette, nowiuśkich spod prasy, z zapasem części zamiennych... a nawet z pełnym offsetem. Problemem było uzbrojenie - były to wersje znacznie okrojone, gdzie autodziała zastąpione zostały klasycznymi czołgowymi armatami gwintowanymi a broń wsparcia stanowiły klasyczne cekaemy. Mimo to sama ich "świeżość" i offset łagodziły ten problem i stanowiły skok naprzód, tym bardziej, że było ich więcej niż potrzeba do wymiany wyeksploatowanych maszyn. Czyżby znak chęci utworzenia nowych batalionów pancernych? Quikscell natomiast sprzedał NVDF szereg nowych transporterów opancerzonych - tak klasycznych gąsienicowych, jak i kołowych i antygrawitacyjnych, oraz różne wersje z bronią wsparcia piechoty. Dość, by powymieniać stare i prymitywne modele, i by zostało trochę zapasu. Nawet i tutaj Osbergerowi udało się utargować offset. Kto wie, może za parę lat NVR zacznie eksportować własne czołgi i bewupy/kot-y na całą okolicę?

Było też parę co ciekawszych wozów używanych zakupionych za pośrednictwem Quikscell. Między innymi potężny LT-MOB-25 "Mobile Long Tom" - "pociąg kołowy" złożony z kilku wagonów: potężnego ciągnika, trzech przyczep amunicyjnych, dwóch przyczep technicznych... i łożyska z potężną, długą jak drzewo armatą artyleryjską tytułowego typu Long Tom.

Spiker prezentował i opisywał kolejne formacje i machiny wojenne ku uciesze, dumie i zdumieniu tłumu. W kluczowych momentach były nawet fajerwerki, na które praktycznie nikt jednak nie zwrócił uwagi. A może powinien był.

Kto do cholery odpala fajerwerki o dziesiątej rano?

Mobile Long Tom przejeżdżał właśnie środkiem, dominując aleję i skupiając na sobie uwagę wszystkich. Stanął wreszcie w miejscu, oparł płozy o asfalt i zaczął lekko unosić i chyba kalibrować lufę. Mechanizm ładujący zaczął pracować.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=ThYyGUFUFTI[/MEDIA]

Jakiś pokaz. Pewnie huknie kolejnymi fajerwerkami albo wielką flarą, a może kolorowym dymem z kasetowego pocisku typu airburst. Zdarzały się takie rzeczy na paradach. Lepiej zatkać uszy!

W samą porę. Potężny huk pozrywał ludziom czapki z głów, paru doprowadził na skraj zawału i wstrząsnął okolicą. Problem w tym, że nie było ani fajerwerków, ani flary, ani dymu. Nie był to też ślepak. To był prawdziwy pocisk HE-F, który walnął prosto w monolit Fundacji i rozwalił go w drobny mak, kosząc całą okolicę w promieniu stu metrów, rozpierdalając w drzazgi drewniane podium-mównicę... i szereg pracujących jeszcze tam ludzi.

Nikt nawet nie panikował. Ciężka cisza zapadła pośród wszystkich zgromadzonych, jakby niedowierzanie, konsternacja. Jakiś pokaz, kiepski żart, co nie? Cisza, przerywana pękaniem fajerwerków... i czymś jeszcze. Głuche rumory unoszące się ziemią i powietrzem, kłęby ognia i dymu w różnych stronach Newport. Wreszcie wariacki okrzyk dosłownie wypluty razem z płucami i na wpół załamanym z ekscytacji, młodym głosem:

- Śmierć grabieżcom!

Muzyka

Zawtórowały mu bojowe okrzyki. Gwałtowne zamieszanie pośród części widzów - oraz części uczestników parady. Krzyki bólu. Z początku nie wiadomo było o co chodzi, ale nie można było ciągle taplać się w błogiej nieświadomości horroru, jaki rozgrywał się wokół nich. Losowi ludzie dźgani nożami lub o podrzynanych nimi gardłach. Huki skrywanej broni palnej. "Żołnierze" z wcale nie tak nie-nabitą i zabezpieczoną bronią, na jaką pozowali. Co więcej, część miała granaty. A w dwóch miejscach pośród tłumów cywili pierdolnęły srogie detonacje, w brutalny sposób kończąc życie kilkudziesięciu mężczyzn, kobiet... dzieci pewnie też. I ciężko raniąc kolejnych.

Potajemnie uzbrojeni, fałszywi żołnierze otworzyli ogień, "systematyzując" masakrę. Pruli też po swoich "towarzyszach" - prawdziwych żołnierzach republiki, którzy może i mieli broń, ale 'załatwioną' regulaminowo. Przykładni chłopcy i dziewczęta. Zaciągnęli się po to, by zostać rozstrzelanymi na ulicy jak kaczki przez zdrajców-infiltratorów. I tyle po szkoleniu, organizacji i dyscyplinie.

Nóż zdrajcy bolał najbardziej.

Karabinowa palba czterotaktowców i półautomatów Long Rifles przypominała obsceniczną, obrzydliwą machinę do przemiału ludzi, a każda salwa była jak machnięcie kosą pośród łanów zboża. Krwawe żniwa pokładały się po asfalcie i brukowej kostce. To było o tyle straszne, co surrealistyczne. Jak takie coś mogło przydarzyć się tu, teraz, dzisiaj, w Newport, IM?!

Gwoździem do trumny był fakt, że wszystkie pojazdy - nie tylko mobilny Long Tom - były opanowane przez tych skurwieli, a ich broń gotowa do użycia. Cekaemy dołączyły do machiny krojenia żyć, a armaty i rakiety zaczęły walić w okoliczne budowle, skupiając się na tych prominentnych i rządowych. To była kompletna katastrofa, prawdziwa wojna, koncert śmierci.

Symfonia koszmaru rozwijała się w pełni na oczach członków drużyny IndustroMechowej, porozrzucanej w różnych częściach widowni parady, u boku różnych ludzi. Ich ludzi - przyjaciół, rodziny, współpracowników. A potem panika rozszalała się na dobre, zamieniając w istną falę, która porwała ich ze sobą. A koszmar się tylko pogłębiał.

+++

Stara Dzielnica, Newport
Godzina 11:20 czasu terrańskiego


To nie był pojedynczy zamach. W całym mieście huczało od wystrzałów, policyjnych syren, trzepotu skrzydeł helikopterów, panicznych krzyków, detonacji.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Jks04z60RDA[/MEDIA]

Z tego co się zdołali rozeznać, co najmniej kilka lokacji w Newport i na jego obrzeżach zostało zniszczonych w zamachach bombowych. Tu i tam biegały grupki bądź pojedyncze osoby uzbrojone po zęby, prujące, rąbiące, dźgające i obrzucające granatami kogo popadnie. Łączyło ich jedno: czerwony kolor. Wstążki zawiązane na czołach, nadgarstkach, ramionach bądź pasach. I slogany typu "śmierć ciemiężcom", "planeta jest nasza", "zemsta za krew pokoleń" i 'takie tam'. To, plus spalone słońcem twarze mogły oznaczać tylko jedno - i było to tak oczywiste, że aż nieprawdopodobne - to byli ludzie pochodzący z Bariery.

Newport było atakowane przez Bandytów.
 
__________________
Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet rzucę broń
Przeskoczę każdy mur

Ostatnio edytowane przez Micas : 02-02-2021 o 11:59. Powód: Odpis dla Azraela i rozbudowa zamachu na paradzie.
Micas jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-02-2021, 12:06   #8
 
Lynx Lynx's Avatar
 
-... niech Bóg błogosławi Amerigo!- tymi słowami zakończyła się przemowa Hadriana. Nagrodzona została brawami od zebranych pracowników, czy kontrahentów firmy, lecz ludzie szybko zaczęli obracać się ku zbliżającej się paradzie. Nic dziwnego każdy chciał zobaczyć na co poszły ich podatki.

Młody Spencer zszedł z podwyższenia, a jego miejsce zajął szybko jego młodszy brat Marek chcący popatrzeć z wysoka na czołgi i wozy pancerne itd. co tam miało jechać. Siostra już zniknęła w siedzibie firmy, a Had miał udzielić wywiadu jakiemuś pismakowi. Coś tam pytał, a w odpowiedzi dukane było co tam mu dzień wcześniej przysłano. Ot taka formalność dokładnie zaplanowana i wykonywana. Za to nikt nie zaplanował tego co zaraz miało się wydarzyć.

-Tak mogę zapewnić Państaa...- nie dane było dokończyć Hadowi zdania, bo jeden z ochroniarzy rzucił go na ziemie. Słychać było strzały i krzyki. Leżąc widział padającego człowieka z czerwoną opaską na ramieniu i pistoletem w ręce. Więcej nie dał ujrzeć ponieważ wielkie BOOM! się rozległo i scena z której przemawiał wyleciała w powietrze. Siła eksplozji, aż go obróciła. Nie był jednak ranny i zerwał się w miarę szybko.
- Marek!!!- tyle zdążył krzykną zanim ochrona go porwała i zaprowadziły do budynki firmy i zamknęła w pokoju ochrony vipów. Agenci porwali za broń i resztę wyposażenia z zbrojowni. Część została obstawiając pomieszczenie z ochranianymi obiektami, a reszta ruszyła zabezpieczyć budynek i okolice.

Przed zamknięciem rzucono im kamizelki i hełmy dla ochrony. Had zaczął się opancerzać. Teodora za to siadła w skulona w kącie łkając i szepcząc imię młodszego brata.

Szok i nieprawdopodobieństwo tego co się wydarzyło pochłonęła młodziana. Jako dziedzic Spencerów winien coś zrobić, lecz nie wiedział co. Budynkiem co jakiś czas wstrząsało. Na szczęście byli na poziomie podziemnego garażu. Eksplozje im niestraszne, choć może być gorzej jak ich zasypie, ale nawet tu słychać było odgłosy wystrzałów i walki dziejącej się na ulicy
W końcu jednak Had pozbierał się na tyle by podjąć jakieś działanie. Wziął swojego tableta i podpiął go kablem do sieci chcąc nawiązać kontakt z Dziadkiem, Ojcem, kimkolwiek kto widział co robić i co tu się odpierdziela.
W rachubę wchodziła też próba podpięcia się do monitoringu firmy i próba rozeznania się w sytuacji.
 
Lynx Lynx jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-02-2021, 18:54   #9
 
Stalowy's Avatar
 
Huk.

Szaro-szkarłatny rozbryzg.

Głowa sąsiada z trzeciego piętra rozpryskująca się jak trzepnięty młotkiem owoc. Krew, mózg i drobinki kości plamiące Juliana.
Mrugnięcie kognitywne.

Julian czytał o mrugnięciu kognitywnym. W książce o psychologii i wojnie. Mrugnięcie było pewnym zwierzęcym odruchem - momentem zawieszenia. Tak jak kiedy słyszysz jakiś hałas którego nie powinieneś słyszeć tam gdzie jesteś. Automatycznie lekko się pochylasz, a umysł stara się wyłapać potencjalne niebezpieczeństwo i zrozumieć z czym ma do czynienia. Żołnierzy stara się wyszkolić tak by mrugnięcie trwało jak najkrócej i nastąpiła jak najszybciej reakcja na bodziec który go uruchamia. Dlatego niekończące się musztry mają wpoić pamięć mięśniową i natychmiastową reakcję - uniesienie broni, padnięcie na ziemię, skok za osłonę, strzał…

Potem szok.

O tym natomiast czytał że szok na śmierć i przemoc najskuteczniej paraliżuje ludzi wyrosłych w komfortowych warunkach otoczonym ideami poszanowania życia. Najmniej tych wychowanych w biedzie i warunkach skrajnie niesprzyjających i otoczonych przez “śmierć”. Dlatego przez całe dzieje ludzkości każda prosperująca nacja która chciała by jej żołnierze byli skuteczni musiała ostro ich tyrać, a i tak często nie byli oni gotowi na koszmar wojny. To co pokazują filmy nie było zbyt prawdziwe… Nawet u zwierząt pewne mechanizmy w mózgu wzbraniają mu uśmiercenie rywala z którym walczy - chodzi o zachowanie gatunku, oczywiście o ile w grę nie wchodziło rozmnażanie lub kompletny brak terytoriów do zajmowania.

Reasumując… by uczynić człowieka skutecznym narzędziem walki trzeba było mu zrobić solidne pranie mózgu w którym nienawiść, nie poszanowanie cudzego życia i wyższość nad innymi ludźmi, grały główną rolę.
Oczywiście były także wyjątki… ten procent ludzi z wrodzonymi predyspozycjami do przemocy dla których “stan walki” był bardzo pożądany.
Jednak zdecydowana większość obywateli Vermontu żyjących w Ziarnach nie miała ani predyspozycji, ani wyszkolenia, ani prania mózgu które pozwalałoby na natychmiastową reakcję (bojową rzecz jasna) na nagłe zagrożenie.
Poza tym… jaki normalny obywatel nosi broń podczas święta państwowego na paradzie wojskowej?

Prawdopodobnie Jacksonów uratowało to że stali z tyłu tłumu i weszli na murek otaczający jedno z drzew zdobiących główną aleję. Tłum ludzi oddzielał ich od prowadzących ogień karabinowy terrorystów. Samego Jacksona uratował z resztą nie tylko sąsiad, który stał na drodze kuli, ale także ojciec który pociągnął go i matkę do tyłu i poprowadził w głąb ulicy.
W ciągu paru sekund tłuszcza ruszyła biegiem starając się oddalić jak najszybciej od zagrożenia.
Wrzaski, wystrzały i wybuchy mieszały się w ogłuszającą kakofonię.

Bandyci - Ludzie Pogranicza i Bariery, w przeciwieństwie do Vermontczyków, żyjący w skrajnie niesprzyjających warunkach permanentnej wojny, przepełnieni nienawiścią do prosperujących obywateli Ziaren, nie mieli oporów przed mordowaniem ludzi.

***

Jonathan Jackson kochał swoją rodzinę.
Bezpośrednie zagrożenie dla najdroższych mu osób było tym co wyrwało go z szoku i pchnęło do działania. Zachował na tyle przytomność umysłu by pociągnąć syna i żonę w boczną uliczkę, by potem kluczyć między budynkami. Dzięki temu uniknęli skoszenia serią z cekaemów czołgu który ustawił się na wprost odchodzącej od alei ulicy i otworzył ogień do biegnącego tłumu. Biegnąc trzymał ręce na ramionach bliskich i krótkimi szarpnięciami kierował nimi dzięki czemu ucieczka szła sprawnie. Instynktownie kierował się na rodzimą dzielnicę. Na dom.
Chociaż początkowo planowali zostać u siebie to ciekawość i chęć ruszenia się sprawiły że poszli na paradę. Szli wraz z sąsiadami ze swojego hubu, którzy plotkowali i dalej dywagowali nad tą dziwną awarią która ogarnęła całe miasto. Gdy dotarli do alei Jacksonowie stanęli z tyłu na murku okalającym jedno z rosnących tam drzew. Dzięki czemu nie musieli przepychać się przez tłum, a widzieli praktycznie wszystko. To uratowało im życie. Możliwe że również krótki okres bycia w wojsku który Jon odbył dobre już trzydzieści lat temu.
Bardzo rzadko opowiadał o tym synowi. Wszelkie gadki o tym że służba wojskowa powinna być powszechna i obowiązkowa bo “to szkoła życia”, kwitował stwierdzeniem że ciekawi go czy “te zasrane pięknoduchy”, które non stop o tym nadają same poszły do wojska, szorowały kible szczoteczką przez parę tygodni, wjechali na minę lub zobaczyli jak wartownik wali sobie w łeb z karabinu to byliby do tego wszystkiego tacy chętni. Czasem podczas wieczornych dyskusji ojciec wyskakiwał z jakimiś rzeczami związanymi z wojskiem, lecz i to było sporadyczne. Julian wiedział tylko że był sierżantem w Border Patrol i po pewnym czasie odszedł. Po dziś dzień Jonathan miał awersję do wojska i wyraźnie dawał do zrozumienia młodszemu synowi że “to nie jest miejsce dla niego”, a już na pewno “nie dla inteligentów takich jak on”. Julian jak sięgał pamięcią, to zawsze ojciec wykazywał spokój, rezerwę i nadludzkie opanowanie. I myślenie pod prąd, coś czego zdecydowanie się w wojsku nie lubi na niższych stopniach.

Teraz Jonathan kierował rodziną poprzez boczne uliczki by zachować życie swoje i ich. Niestety kiedy uciekinierzy zostali skoszeni, maszyny zaczęły rozjeżdżać się po głównych ulicach, a terroryści pojedynczo lub w niewielkich grupkach ruszyli za tymi, którzy zdołali umknąć do budynków lub tam gdzie czołgi nie mogły wjechać.

Dobra passa w ucieczce w końcu się jednak skończyła. Dotarli do placu na którym wybuchła już strzelanina. Tym razem ktoś zdołał stawić opór szaleńcom z Bariery.

***

Chociaż Martha Jackson w gospodarstwie domowym była osobą decyzyjną (głównie dlatego że większość inicjatyw do zmian wychodziła od niej) to tym razem całkowicie zdała się na męża. Początkowa panika ustąpiła gdy Jonathan chwycił ją i Jacksona i poprowadził. Była jednak wciąż przerażona. Tyle śmierci, tyle krwi… miała wrażenie że wkroczyli w jakiś koszmar.
Ale to nie był koszmar. To była brutalna rzeczywistość.
Jak się okazało część widzów parady jednak przyszła na widowisko z bronią. Plac na który wybiegli składał się z deptaka i ronda, pośrodku którego znajdowała się spora fontanna. Deptak mógł się poszczycić kilkoma skwerami na których zasadzono drzewa otoczone murkiem i ławkami by przechodnie mogli się schronić w cieniu roślin. Teraz za tymi murkami chowało się kilku ludzi z bronią krótką którzy, gdy tylko pojawili się Bandyci, otworzyli do nich ogień. Wymiana była brutalna - padło kilku zaskoczonych bandytów, lecz zaraz odpowiedzieli ogniem automatycznym który skroił paru samozwańczych bohaterów, a resztę przycisnął do ziemi. Marta rozejrzała się wciąż pochylona i wskazała bliskim wejście (a właściwie rozbitą szybę) do biurowca który okalał plac i przechodząc przez niego można by wyjść od strony ich domu. Zaraz tam ruszyli, gdy rozległo się donośne dudnienie.
Na plac wkroczyło pięć potężnych maszyn kroczących.

- To Krugery ze SHWAT! - szept Juliana utonął w ogólnym harmiderze.

Pięć maszyn policyjnych wkroczyło na plac. Poleciała seria po wpadających z przeciwnej strony Bandytach. Biegnąc przez przeszklony parter biurowca Jacksonowie widzieli jak tamci padają pod naporem kul, choć żaden nie “rozbryzgnął się” tak efektownie jak ludzie zmasakrowani w alei na samym początku. Jasne było że Krugery pomimo wszystko nie miały załadowanej ostrej amunicji.
W odpowiedzi na ogień Krugerów rozległa się seria broni podobnego kalibru, lecz tym razem pociski.. były wymierzone w policyjne maszyny zrywając z nich kawałki pancerza. Chwilę później ściana jednego z budynków eksplodowała kiedy przebił się przez niego kolejny Kruger siepiąc z ckmów w pozostałe jednostki policyjne ostrą amunicją.
Martha nie musiała być obeznana z maszynami by zrozumieć że bandyci zdołali przejąć jednego z mechów. Policjanci nie byli jednak nic w stanie zrobić bez odpowiedniej amunicji. Rzucili więc swoje maszyny w szarży na osamotnionego mecha. Jacksonowie właśnie dotarli do tylnego wyjścia biurowca, lecz wszystko co się działo na placu było widoczne przez przeszklony front. Jon z Julianem szarpali się z drzwiami, które zaraz wybili metalowym koszem, Martha tymczasem obserwowała walkę, która przybrała zły obrót.
Bardzo zły obrót.
Trzy maszyny policyjne rzuciły się na przeciwnika i wydawało się że w walce wręcz będą w stanie go zmiażdżyć przewagą liczebną. Gdy jednak siłowały się z Bandytą dostały kolejną serię z broni wielkokalibrowej.
Dwa pozostałe policyjne Krugery otworzyły do nich ogień. Martha patrzyła jak sparaliżowana.

- Oni… zaatakowali swoich. - powiedziała przykładając dłoń do ust.

Mąż i syn obejrzeli się. Przystanęli, patrząc na ten jawny akt zdrady. Szóstka mechów walczyła między sobą w zażartym melee. Policjanci zdołali w końcu powalić przeciwnika którego zaatakowali na samym początku, lecz odniosły poważne uszkodzenia przez atak zdrajców. Na drugim końcu placu zbierała się już grupa w mundurach z czerwonymi przepaskami, która korzystając z tego że SHWAT skupili się na zdrajcach, ostrzelała maszyny policjantów z granatników. Nie trwało długo jak ich mechy zostały powalone, a “piechota wskoczyła na Krugery i zaczęła dobierać się do kokpitów.

- Chodźmy. - ponaglił swoją rodzinę Jonathan przeciskając się przez rozbite szklane drzwi.

***

Odgłosy wystrzałów, ryk silników i wrzaski mordowanych ludzi niosły się po mieście. Jacksonowie zdołali wyjść poza ścisłe centrum Newport które stanowiły głównie przeszklone biurowce i apartamentowce. Weszli w bramę żelbetonowego hubu mieszkalnego i schowali się w jego studni. Wszystkie dźwięki z zewnątrz były tutaj wytłumione, lecz poza tym panowała niepokojąca cisza, jakby wszyscy mieszkańcy zaszyli się w mieszkaniach i bali wyjrzeć przez okno. Przerywali ją tylko pojedynczy uciekinierzy wbiegający przez bramę i pędzących dalej przez kolejne segmenty hubu, nie oglądając się za siebie.
Cała trójka dyszała... z nerwów, z nagłego wysiłku i ze strachu. Byli ubabrani krwią, pyłem i tynkiem.

- Co tam się stało?! - zapytała w końcu Martha łapiąc się za serce - Jak?!

Jej jasnoniebieskie oczy były szeroko otwarte. Czarne farbowane włosy sterczały w nieładzie, a na smukłej, choć już mającej swoje lata twarzy malował się strach. Długą jasną suknię zdobiła nie tylko czerwień kwiatów ale także krwi. Słomkowy kapelusz z szerokim rondem zgubiła gdy na samym początku uciekali z alei. Mąż i syn obaj ubrani w krótkie spodnie, koszulki i papierowe kapelusze nie wyglądali wcale lepiej.

- To teraz nieważne. Musimy znaleźć bezpieczne miejsce. - wysapał Jonathan trzeźwo.

- Dom. Nasz hub jest oddalony od centrum. - Julian przełknął ślinę patrząc na rodziców - Możemy się schować w piwnicy... i poczekać aż nadejdzie pomoc.

Patrzył z troską na rodziców. Oboje mieli już ponad pięćdziesiąt lat i cudem było że zdołali uciec z masakry na alei. Gdyby nie szybka reakcja ojca...

- Tak. Dom. To na początek. - pokiwał głową ojciec - Gdybyśmy się rozdzielili tam się spotkamy.

Martha tymczasem patrzyła po oknach skierowanych na studnię. Nikogo nie widziała. Jakby wszyscy się rozpłynęli. Albo uciekli. Albo się schowali.

- Gdzie właściwie jesteśmy? - zapytała ledwie słyszalnie, jakby nie chciała zmącić panującej w hubie ciszy.

- Hub 9 przy Sterlinga i Hutchkinsa. - odparł Jon - Wiem, to daleko na piechotę. Ale nie mamy innego wyjścia, samochody będą ściągać ich uwagę.

- Jest inne wyjście. - Julian przełknął ślinę i spojrzał na rodziców - Mogę nas tam przeprowadzić.

- Jak?
- zapytał ojciec patrząc się i nie rozumiejąc o czym może mówić jego syn.

Julian machnął ręką gdzieś na lewo od siebie.

- Tam. Dwie ulice stąd zaczyna się moja firma i park z ciężkimi maszynami. Wezmę DMa. W kokpicie będziecie musieli się uczepić mojego fotela, ale będziemy chronieni przed byle postrzałem i odłamkami.

- I ściągniemy na siebie uwagę całej okolicy!
- odparował natychmiast Jonathan.

- Tak. Oczywiście. Dopóki nie będziemy się ładować głównymi ulicami by nas widzieli… w mieście prawie w ogóle nie można polegać na sensorach.

Ojciec jednak patrzył ponuro na swojego syna. Julian nie był w stanie zrozumieć o co mu chodzi… wyglądało to tak jakby ojca coś gryzło.

- Atakują nie tylko centrum. Nie mamy szans z nawet pojedynczym terrorystą. - powiedział Julian poważnie.

Ojciec już chciał coś odpowiedzieć, ale ubiegła go matka.

- Julian. Wiesz co robisz. Prowadź.

Julian przełknął gulę która już mu się zebrała w gardle na myśl o spięciu z ojcem. To była prawda, że DM ściągnie wszystkich drani z okolicy, Julian wiedział jednak że nawet między bandytami komunikacja nie jest możliwa… inaczej nie użyliby fajerwerków na paradzie. Skinął głową i wyprowadził rodziców z hubu.

***

Obywatele Newport powoli otrząsali się z szoku. Przynajmniej w tym kawałku miasta. Kakofonia wrzasków, wystrzałów i ryków silników nie cichła. Część ludzi próbowała uciekać autami, część się kryć, część uciekać na piechotę. Byli też tacy którzy postanowili walczyć. Na Amerigo dostęp do broni był powszechny, lecz relatywny spokój panujący w Ziarnach sprawił że ludzie nie mieli manii robienia domowych arsenałów. Pomimo tego gdy na ulicy pojawiali się Bandyci, to czasem dostawali postrzał od jakiegoś krewkiego weterana, maniaka czy kogoś kto z obywatelskiego obowiązku chciał chronić sąsiadów i swoje miasto.
Gdy przemykali się Julian widział jak jakiś otyły facet z rewolwerem słusznego kalibru wali do wychodzącego zza węgła Granicznika. Normalnie Jackson pomyślał by jakąś kąśliwą uwagę, ale w tym momencie ten facet był bohaterem. Czy strzelał bo nie chciał się chować? A może wiedział że nie zdoła? Zginął może minutę później gdy przyszli koledzy upolowanego zbira, ale Jacksonowie już tego nie widzieli.
Julian ze zgrozą uświadomił sobie że być może popełnił błąd. Z kierunku w którym zmierzali dochodziła ostra strzelanina, a i napastnicy wydawali się zmierzać w tą samą stronę. Najwyraźniej atakowali siedzibę ich firmy… tylko że napotkali opór. Co do jednego Jackson był pewien - o ile właściciele korporacji byli chujami to o swoją własność dbali. Przypomniał sobie narzekania jednego z ochroniarzy że nawet w Święto Fundacji będą musieli siedzieć na zakładzie i pilnować. Pilnować czego…? Firmy? Sejfu? Czy może...
Tak… zdał sobie sprawę w chwili kiedy zobaczyli wzdłuż ulicy zbierających się Bandytów i… ludzi w mundurach the Workmen kryjących się na rogach budynków i strzelających w kierunku zakładu. Bandyci i Workmenowy Kruger nie zniszczyli tych policyjnych. Terrorystom zależało na maszynach kroczących.
Nagle zdobycie DMa do wyrwania się z matni stało się bardzo złym pomysłem.
I jedynym, bo słyszał strzelaninę zbliżającą się do nich. Spojrzał w oczy rodziców. O ile matka patrzyła się na niego z nadzieją, to spojrzenie ojca było nieodgadnione.
Julian poprowadził ich wzdłuż budynków, kiedy napastnicy próbowali przeprowadzić szturm na bramę zakładu. Zostali odparci zajadłą salwą broni krótkiej. Bandziory wycofały się szybko, jeden podbiegł do stróżówki, ale paru zostało na ulicy barwiąc asfalt swoją krwią. Jacksonowie od budynku do budynku wzdłuż ogrodzenia Stern Heavy Construction. Tamci jak tylko zbiorą się większą kupą zaczną flankować firmę, a ochroniarzy nie starczy by ochronić zakład z każdej strony. Gorączkowe poszukiwania wyjścia pozwoliły namierzyć porzuconą ciężarówkę tuż przy płocie… i bocznym wejściu. Bramka obrotowa na kartę. Julian miał w portfelu kartę dostępu.
Powietrze rozdarł dźwięk wybuchu. Eksplodowało pod jedną ze ścian budynku administracyjnego z którego ostrzeliwali się ochroniarze. Bandziory przypuściły kolejny szturm. Julian pociągnął rodziców, przebiegli do ciężarówki i do bramki. Wydobytym z kieszeni portfelem cyknął raz i podał go ojcu. Dwa razy powtórzyła się procedura. Od bramki do najbliższego budynku było zaledwie dziesięć metrów. Pobiegli. Tuż przed tym jak dopadli drzwi ktoś puścił za nimi serię z karabinu.

- Niedobrze. Dojrzeli nas. - pokręcił głową Julian.

Byli w korytarzu. Białe kafle, ściany, plakaty i rozporządzenia. Po bokach drzwi do szatni i pomieszczeń gospodarczych.

- Tędy. - mruknął.

Rozległ się strzał. Pocisk przywalił w sufit nad nimi przez co od razu się skulili.

- Jackson? To ty!? Jezu Chryste, omal cię nie zastrzeliłem. - rozległ się niski głos - Chodźcie tutaj szybko.

Zza uchylonych drzwi na końcu korytarza wyszedł facet w uniformie SHC i kamizelce flak. W ręce miał jeszcze dymiący pistolet.

- Joseph? - zapytał Julian, podbiegając do ochroniarza - Musicie się stąd ewakuować. Oni idą po mechy. Jak ich odeprzecie to ściągną tutaj czołg albo Krugera.

- Krugera?! O czym ty człowieku mówisz?
- zapytał ochroniarz.

- Na paradzie… - odezwał się ojciec - W pojazdach pancernych byli Bandyci. Ostrzelali tłum, zrobili rzeźnię. Jak uciekaliśmy widzieliśmy jak SHWAT rusza do walki… Ale dwa z nich strzeliły pozostałym w plecy. Jednego przejęli Workmeni.

- To moi rodzice. - wyjaśnił Julian - Policyjnym Krugerom rozwalili kokpity. Pewnie będą je chcieli wywieźć z miasta. Po to też atakują SHC.

Joseph patrzył przez moment na całą czwórkę po czym skinął głową. Podszedł do intercomu, nacisnął przycisk i zaczął zdawać raport. Po drugiej stronie było słychać stłumione odgłosy wystrzałów dochodzące do pokoju dowodzenia ochroną. Jo zdał raport. Po chwili rozległ się głos szefa zmiany.

- Po co tu jesteście? - zapytał.

Julian przełknął ślinę. Zapomniał o ochronie. Przecież formalnie miał zamiar ukraść własność firmy by ratować siebie i rodziców. Zamiast niego odezwał się Jonathan, głos miał pewny, rozkazujący.

- Mówi starszy sierżant Jonathan Jackson, Border Rangers. Chcieliśmy się tu schronić. Gdy się zorientowaliśmy że jesteście atakowani mieliśmy już odciętą drogę ucieczki. Jeżeli zostaniecie w tamtym budyneczku rozwali was jedna salwa z czołgu. Do hangaru nie będą strzelać, jest dla nich zbyt cenny

Po drugiej stronie zaległa cisza. Przerwał ją jakiś stłumiony głos, chyba raport. Dało się słyszeć jednak jedno słowo bardzo wyraźnie “Kruger”.

- Wycofać się do hangaru, natychmiast. - padł rozkaz.

***

Julian nie zdawał sobie sprawy jak blisko prawdy są jego przypuszczenia.
Pojawienie się Krugera w barwach Workmenów pchnęło zgraję do kolejnego ataku, dzięki któremu zajęli budynek administracji. Rozeszli się po nim, ale nie napotkali żadnego ochroniarza. W sali w której znajdował się monitoring zniszczono komputer, więc najemnicy nie uzyskali dostępu do kamer. Tymczasem bandyci z pogranicza zaczęli szabrować uznając że najwyraźniej tamci uciekli. Szybko jednak zostali przywołani do porządku. Im zależało tylko na rozlewie krwi i łupach, lecz najemnicy mieli w tym wszystkim konkretny biznes. Jak najszybciej zabezpieczyć industrialmechy z hangaru SHC. Był to jeden z priorytetowych celów, dlatego oficer pilotujący Krugera natychmiast rzucił wszystkich do zabezpieczenia hangaru.
Gdy zbliżyli się do przesuwnej bramy broniącej wejścia do niego z okien otwarto ogień. Padło kilku napastników, reszta wycofała się za osłony. Bandyci szybko chwycili za granatniki, bomby i wyrzutnie, lecz dostali wyraźny rozkaz wstrzymania ognia. Mechy miały być nietknięte. Bandytom “lecenie sobie w kulki” nie spodobało się, podczas ataku na SHC to głównie oni poginęli od odstrzału i byli spragnieni krwi “tych pieprzonych sukinsynów”.
Najemnicy mieli jednak wyraźne rozkazy - choć wobec Nowego Vermontu nie dopełniali zawartych umów to jeżeli chodziło o własne wytyczne byli wobec nich całkowicie karni.
Kilka chwil później ich siły zmniejszyły się o kilkanaście jednostek “wywrotowego elementu”. Workmenom nie robiło to wielkiej różnicy. Pistolety nie mogły nic zrobić Krugerowi, a i w ich stronę jechał już jeden z przejętych czołgów typu Scorpion. Według intelu poza ochroną z kamizelkami i bronią krótką nikogo nie miało być na zakładzie. Antyczne działa fabryczne zamontowane na starych budynkach firmy zostały dawno temu rozmontowane i wyrzucone na złom. Tym lepiej dla najemników.
Ci rozpierzchli się po terenie otaczając hangar by nikt nie zdołał uciec. Czołg który zmierzał w ich kierunku jedną z ulic przedarł się przez ogrodzenie i zajechał przed hangar by ubezpieczać maszynę kroczącą. Lufę skierował do tyłu mając w pogotowiu zamontowany w korpusie karabin maszynowy.
Kruger posiekał serią z zamontowanych w rękach cekaemów płytę bramy po czym ruszył na nią.
Odgłos dartego metalu przeszył uszy najemników gdy Kruger wszedł w bramę praktycznie zrywając jedno skrzydło z suwnic… a potem z głośnym hukiem poleciał do tyłu i padł na ziemię przygniatając czołg i wstrząsając całą okolicą. Straszliwy wizg dołączył nagle do całego panującego harmideru
Przez powstałe przejście przeciskał się DemolitionMech z rozkręcającą się piłą do kruszenia skał. Za sobą ciągnął kulę wyburzeniową z której sprzedał przed chwilą powalający cios Krugerowi, a teraz zamachnął się drugi raz wbijając podnoszącą się maszynę w ziemię. Przywalony nią czołg próbował wyjechać, ale DM zamachnął się po raz trzeci tym razem trafiając prosto w wieżę pojazdu pancernego.
Zszokowani najemnicy w moment odpowiedzieli ogniem skupiając się całkowicie na industrialu, ten jednak nic sobie z tego nie robił okładając czołg i Krugera na przemian kulą i kruszarką skał, poprawiając gdzieś pomiędzy strzałem z lekkiego lasera. Nagła zmiana na polu walki sprawiła że dopiero po chwili zdali sobie sprawę że są ostrzeliwani przez ochroniarzy korzystających z zamieszania. Pilot DMa nie miał oporów przed kompletną dewastacją wrogich maszyn, które na oślep waliły z cięższego kalibru - jedynej broni która prócz granatów przeciwpancernych mogła coś zrobić walczącej z nimi maszynie. W końcu DM wymierzył jeden konkretny cios swoją piłą prosto w kokpit Krugera roztrzaskując go i uśmiercając pilota. Czołg był w nielepszym stanie - rozbita wieża była wbita w korpus, lufa była rozdarta a gąsienice poruszały się niemrawo. Najemnicy chwycili za granatniki i posłali kilka pocisków które rozbiły się o ściany hangaru i zerwały część pancerza z mecha. Z krzykaczki zamontowanej na DMie poniósł się dziki okrzyk kiedy maszyna ruszyła na piechociarzy zamachując się szeroko kulą wyburzeniową z lekkim obrotem korpusu. Kilkutonowy kamień na końcu łańcucha przeleciał tuż nad ziemią kosząc kilka słupów, kawałek budynku administracyjnego, róg magazynu i paru żołdaków którzy nie dość szybko zaczęli uciekać. Ten szaleńczy manewr sprawił że DM omal się nie przewrócił, ale prawie wszyscy najemnicy zaczęli się wycofywać. Jeszcze jeden próbował nakierować na DMa granatnik, lecz został zdjęty przez kilka celnych strzałów ze strony ochroniarzy. Nie minęła chwila jak zza budynku administracyjnego w niebo poleciała charakterystyczna dymna flara w kolorze czerwonym. Wychylające się zza budynku postacie mech postraszył jeszcze wiązką lasera która przeorała cały róg.
Krótkofalowe radio w industrialu zaskrzeczało.

- Wzywają posiłki! Wracaj! - pośród trzasków ciężko było dosłyszeć kto mówi.

DM powoli wycofał się tyłem do bramy hangaru.

***

Do hangaru wycofało się kilkunastu ochroniarzy z dwójką rannych. Szef ochrony Franklin Stout nie krył nieufności wobec cywili, ale ta została stłumiona kiedy jego zastępca i jeden z podwładnych rozpoznali Marthę Jackson, która uczyła ich dzieci. W ochroniarzach zawrzało gdy usłyszeli o tym co się zdarzyło na paradzie - ich rodziny były tam, a teraz nie było wiadomo czy wciąż żyją czy nie. Jacksonowie dowiedzieli się też że ochrona wezwała wsparcie, ale nie było żadnej odpowiedzi. Zostali pozostawieni sami sobie.
Gdy ochroniarze rozstawiali się w hangarze Julian bez słowa wspiął się na platformę, założył hełm, kombinezon roboczy i zaczął sekwencję startową swojej maszyny. Obok niej stały w rzędzie pozostałe industriale. Na krzyki ze strony szefa ochrony odpowiedział tylko głośnym “Kruger”. Nikt inny się o nic więcej nie pytał. Nim wsiadł jeszcze do kokpitu podszedł do niego ojciec. Dostał kamizelkę i broń. Spojrzał synowi w oczy i położył mu rękę na ramieniu. Matka klęczała przy rannym ochroniarzu i zajęła się opatrywaniem mu ran.

- Julian… Synku… całe życie modliłem się by żadne z nas nie musiało nigdy być bohaterem. - powiedział z grobową miną po czym uśmiechnął się niewesoło - Ja i matka wierzymy w ciebie, dasz sobie radę.

Julian odwzajemnił uśmiech i objął mocno ojca.

- Wiem tato, wiem. Dziękuję.

Miał wrażenie że ojciec chciał powiedzieć coś więcej, dużo więcej, ale nie było na to czasu.
Wchodząc do kokpitu zdał sobie sprawę co dotąd znaczyło jego ciężkie spojrzenie. Ojciec chciał oszczędzić Julianowi tego czym była wojna. Już sama deklaracja pójścia po DMa wyrażała chęć podjęcia walki.
Uruchamiając mecha Julian zdał sobie sprawę, że jego ojciec nie tyle obawia się o zdrowie i życie syna. Tylko o to czy przetrwa traumę jaka go czeka.
Widok śmierci to jedno… zadawanie jej to coś innego.
Gdy maszyna wykonała pierwszy krok Julian przywołał wspomnienie ludzi na paradzie zabijanych przez pogrążonych w krwawym amoku Bandytów. Na wykrzywione w złowieszczym ni to uśmiechu ni to grymasie opalone twarze upajające się śmiercią znienawidzonych przez nich ludzi.

***

W ciągu następnych paru minut od wystrzelenia flary w kierunku SHC zaczęły zmierzać czołgi i drużyny najemników ze wsparciem Bandytów. Kolor czerwony oznaczał pojawienie się twardego oporu. Ochrona obiektu po zmuszeniu przeciwników do wycofania ujrzała szansę na ucieczkę. Nie dostali żadnej informacji o wsparciu, ani wytycznych. Najbliższa takiej sytuacji procedura zakładała włączenie zraszaczy w całym kompleksie, by zniszczyć dokumenty i komputery, co też zrobiono “na odchodne”. Dane były przechowywane w podziemnym serwerze, do którego mało kto miał dostęp (choć plotka głosiła że prawdziwy serwer jest gdzieś daleko w biurowcach założycieli firmy). Załadowali się do dwóch potężnych transporterów przystosowanych do przewozu mechów wraz z Jacksonami. Julian pozostał w DMie by ich osłaniać. Wydostali się przez tylną bramę i ruszyli na skraj miasta w kierunku koszar drugiego stołecznego regimentu wyciskając ile tylko się dało z silników by zgubić pogoń. Pierwotny plan by przedostać się do domu musiał zostać zmieniony.
Martha jadąc na tylnym miejscu dla pasażerów obok męża przytuliła się do niego. Jonathan rzadko okazywał uczucia ale objął żonę i pocałował w czoło patrząc uważnie przez okno.
Za ciężarówkami ociężale biegł DemolitionMech pilotowany przez ich młodszego syna. Zdarty przypadkowymi seriami i kontaktowymi granatami pancerz odsłaniał strukturę śmiercionośnej maszyny. Jon widział przez okno jak kruszarka kamienia przebiła kokpit Krugera uśmiercając pilota. Jak kula wyburzeniowa zmiotła strzelających do niego najemników. Po tym jak widział bezwzględność tych ciosów miał problem żeby patrzeć na Juliana jak na dziecko jak robił dotąd. Bał się też że patrząc mu w oczy dojrzy teraz kogoś innego niż widział jeszcze kilkanaście minut temu na platformie w hangarze.
 
Stalowy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-02-2021, 21:29   #10
 
Arvelus's Avatar
 


Poszli całą rodziną. Trzy pokolenia. Victor z Alicją. Thomas z Sylvie i trójką swoich dzieci. Ghunter, bliźniak Thomasa ze swoją rodziną Cała szczęśliwa gromadka, wszyscy uśmiechnięci a dzieci nawet na poranne fajerwerki reagowały jak na czary. To miał być dobry dzień. Matias, najmłodszy z wnuków szedł z dziadkiem za rękę i zadawał milion pytań z których co trzecie brzmiało “a ten budynek ty dziadku zbudowałeś?”
- Oj nie, ale ten za nim, ten większy już tak.
- Łaaaaaał...


Niedługo potem się zaczęło. Thomas szybko przejął inicjatywę. Uciekali. Wszystkie dzieci wylądowały na rękach dorosłych. Zbyt duże ryzyko byłoby się zgubiły i zostały stratowane w panikującym tłumie. Nie było czasu myśleć. Nie było czasu rozważać. Nie było czasu czekać na pomoc. Trzeba było uciekać. W honorze dzikiemu instynktowi przetrwania.

Wpadli w tłum i krótko po tym… Victor zorientował się, że został oddzielony od reszty z płaczącym Matiasem na rękach. Jego serce biło jak oszalałe a kolejna eksplozja, tym razem dalej, wlała mu w żyły kolejną porcję adrenaliny i pozwoliły zmusić mięśnie do wysiłku który nie był dla niego możliwy od lat… łatwo uciekać gdy człowieka gonią strzały.

Następne momenty zlewać się miały w jego pamięci w a-chronologiczną, niekonsekwentną paplaninę. Nie był pewny jak znalazł się w ślepym zaułku. Trzy inne osoby wokół niego leżały martwe, a jedna kobieta starała się nie topić we własnej krwi wlewającej jej się do płuc przez trzy otwory postrzałowe. On żył… szczęściem. Matias nie płakał, on wrzeszczał. Terrorysta przeładowywał magazynek. Był za daleko. Victor nie mógł do niego doszarżować nim ten przeładuje (nawet wtedy nie wierzył by wygrał w zwarciu). Kanonada strzałów rozgrywała się wokół zagłuszając myśli. Rozejrzał się i uderzył barkiem w tylne drzwi jakiejś knajpy. Nie drgnęły. Nie miały prawa. Otwierały się na zewnątrz, nie do środka. Bark przeszył ból starej kontuzji, ale nie ważne. Uderzył jeszcze raz i jeszcze błagając aby go wpuścić do środka… ale nikt nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Nie miało to sensu. W ostatnim akcie desperacji rzucił się… do rogu i zacisnął oczy i zęby czekając na kule mające rozorać mu plecy rozpaczliwie modląc się do jakichkolwiek chcących go wysłuchać bogów aby nie dotarły one do Matiasa.

Czas prawie stanął w miejscu gdy wyczekiwał momentu. Nawet Matias przestał krzyczeć. Victor zaciskał zęby aż go szczęka rozbolała, ale strzały nie nadeszły.
- Żyjecie tam?! - gdy usłyszał zapytanie nieśmiale spojrzał kto je zadał, wciąż kryjąc wnuka swoim ciałem. Zobaczył innego żołnierza. Ubranego tak samo jak terrorysta, ale wyraźnie lojalista, bo stał nad powalonym i zastrzelonym mężczyzną który przed chwilą rozstrzelał trzy inne osoby w tej alejce.
- Możecie iść?! Chodźcie za mną! Ochronię was jak będę w stanie.
Victor miał ochotę go ucałować.
- Jesteście ranni!
- Co? Ja nie… - nie czuł bólu. I potem miał stwierdzić, że wyraźnie był w szoku i nie myślał racjonalnie. Odsunął Matiasa od siebie i zobaczył krew. Wiele, wiele krwi wyciekającej z jego przestrzelonego boku. Kula przeszła na wylot. Tak dużo krwi. Zakrwawił całego Matiasa na czerwono.
- Do środka! - warknął żołnierz wyważając kopnięciem drzwi jakby były ze spróchniałego drewna w pokazie iście herkulesowej siły napędzanej adrenaliną w jego pierwszej sytuacji bojowej.
Victor pobiegł za nim rzucając ostatnie spojrzenie dogorywającej kobiecie którą zostawiali w alejce z dwoma innymi ofiarami. Odprowadziła go ćwierć przytomnym wzrokiem. Nie wiedział czy rzeczywiście to dostrzegł, czy sobie wyobraził, ale… jej spojrzenie pytało… “Czemu mnie zostawiacie?”.
Ale nawet gdyby znajdowała się teraz na stole operacyjnym z zespołem chirurgów byłoby bardzo trudno ją uratować. W tych warunkach nic się nie dało zrobić.
Nie prawda. Potem, gdy wracał myślami do tej chwili, mógł jej pomóc. Dałby radę utrzymać ją przy życiu przynajmniej jeszcze kwadrans, a w tym czasie może ktoś by przyszedł pomóc… musiał wtedy przyznać sam ze sobą, że zostawił ją bo ratunek jej życia zbyt narażał życie Matiasa i jego…
Victor wszedł do środka, a bezimienny żołnierz zatrzasnął za nim drzwi i zawalił jedną z półek magazynowych aby je zablokować. Coś gryzło Victora z tyłu głowy. Coś nie dawało mu spokoju gdy szedł w głąb magazynu. Coś przeoczył...
- Pokaż pan.
Heisenberg przesunął wnuka na bok aby obejrzeć ranę
- Nic mi nie jest. Śmierdzi kałem. Doszło do perforacji jelita grubego. Brudna sprawa ale zabija ogólnoustrojowym zakażeniem, nie przez utratę krwi. Mam dwa tygodnie życia w tym momencie a chwilowo ból jeszcze nie dociera.
- W porządku, dziadku. Młody chyba zemdlał. Możesz go nieść?
- Tak - kiwnął głową
- Trzymaj się trzy kroki za mną. Jak pokaże ten gest - zaprezentował wznosząc pieść w górę jako “stop” - zatrzymujesz się i nie drgniesz, nie oddychasz, jak dzieciak zacznie się wiercić to go uciszasz, rozumiesz? Dobrze. Chodźmy.
Coś było nie tak. Coś było kurwa nie tak. Jakby tuż na skraju świadomości. Jakby wręcz wypierał to… jakby nie chciał jeszcze zauważać.




Nie docierało to do niego. W żadnym momencie. Nawet gdy pół godziny później Matias wciąż się nie poruszył. Zemdlał. Na pewno. Albo zasnął wymęczony sytuacją. Przedłużał to… Victor porcjował sobie zrozumienie. Porcjował sobie tragedię, bo podświadomie wiedział, że jeśli przyjmie ją na raz to nie wytrzyma. Albo psychicznie, albo serce mu wysiądzie. Ten strzał… który przebił mu bebechy trafił Matiasa. Może nawet wtedy tak krzyczał. Może to było z bólu a nie ze strachu.
- Hej, dziadku. Ten dzieciak...
- Później - uciął dyskusję nim się zaczęła, a gdy David spojrzał na to co się działo z jego twarzą… po prostu kiwnął głową. Wiedział, że on wie. Victor wiedział, że Dawid wie, że on wie… ale póki się tego nie powiedziało na głos mógł udawać, że tak wcale nie jest.
- Jeszcze dwa kilometry. Na Greenwick jest posterunek policji, mały. Na pewno nie główny cel, a solidnie zabezpieczony po zamieszkach 20 lat temu. Tam na pewno się nie wdarli - zapewnił żołnierz nie do końca szczerze. Nie miał pojęcia jak głęboko sięga konspiracja. Jak wysoko stoją zdrajcy ani co udało im się zinfiltrować, ale to była teraz ich najlepsza opcja.




Mieli szczęście. Posterunek pozostał pod kontrolą policji.
Pielęgniarka zabrała Matiasa od Victora
- Doktorze Heisenberg - spojrzał na nią zdziwiony, że ktoś go rozponał. Ale kojarzył tę twarz… ten dzieciak. To ktoś dla pana ważny?
Kiwnął głową rozstrzęsiony
- Mój wn-wnuk.
- Przykr…
- Nie. On śp-śpi. On t-tylko śpi - zaprzeczył nim dokończyła zdanie, a w jego oczach tańczyły błyski szaleństwa
Pielęgniarka spojrzała na niego z bólem który niemal zmusił go by się złamać… by złamać tę maskaradę. Wiedziała. Widziała już ludzi w takim stanie i rozumiała, że im trzeba dać samodzielnie zaakceptować rzeczywistość. W normalnych sytuacjach pilnowało by się jeszcze aby nie zrobił nic głupiego, ale sytuacja nie była normalna i cały czas przychodzili nowi ranni. Już teraz tych dwóch lekarzy co tu było i tak musiało już decydować kto przeżyje.

~ * ~

- I jak? Pomoże? - zapytał Edgar, jeden z dwóch lekarzy na posterunku
Sara, pielęgniarka która przyjęła Victora pokręciła głową
- Nie jest w stanie psychicznym na to. Wygląda, że wnuk zmarł mu w ramionach.
- Kurwa. Potrzebujemy pomocy.
- Wiem.

~ * ~

- Nie musisz powtarzać mi tego po raz kolejny!
David nie wierzył, że dał się wyciągnąć temu dziadowi. Byli już bezpieczni na posterunku! A teraz?! Maszerowali ukradkiem gdy w tle wciąż słychać było strzały i krzyki. Jakby to była strefa regularnej wojny na starych filmach.
- To jest strefa wojny - powiedział do siebie dopuszczając wreszcie do siebie tę myśl i przyspieszył, bo dziadek znów go wyprzedził.
- Wolniej stary. Szwy zaraz ci puszczą. Sterydy nie są odpowiedzią na wszystko.
- Już zaraz będziemy.
I miał rację. Chwilę potem stanęli Stern Heavy Industries. Firmą budowlaną w której pracował Victor
- Tam jest mój carbine. Z nim będzie można narobić bigosu i wspomóc naszych. Jak mi pomożesz z radiem to z naszymi może się skontaktujemy. Mech nie jest opancerzony per-se, ale i tak powinien wytrzymać ostrzał ręcznego kalibru.
David kiwnął głową. Sam mógł sobie wyobrazić przynajmniej 3 bardzo skuteczne zastosowania mecha, nawet budowlanego, we wsparciu chłopaków z jego jednostki.


- To nie nasi - pokręcił głową David - chyba ci skuwiele Workmeni. Yup. To oni.
- Co to znaczy? Oni są opłacani przez rząd! Więc nasi!
- Teoria. Patrząc na nich bym polemizował.
- To co robimy?
- Ja się wycofuję na posterunek, dziadku. Plan miałeś dobry. Nie twoja wina, że nie wypalił. Przyda się tam dodatkowa para rąk i karabin. Tobie radzę iść ze mną.

Kordon był szczelny i nie miał szans się przedrzeć. Z Davidem też by nie dał rady, więc nawet nie mógł mieć do niego pretensji, że go zostawia. Więc poszedł z nim. A po powrocie niemal natychmiast przywdział na siebie fartuch chirurgiczny i zabrał się do pracy, by ratowaniem życia przedłużyć czas gdy mógł wypierać myśli o Matiasie.
 

Ostatnio edytowane przez Arvelus : 06-02-2021 o 00:04.
Arvelus jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168