Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-07-2019, 14:17   #11
Mother of Mafia [MoM]
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 59498 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Cassandra zgodnie z ustaleniami zebrała bezbronnych i słabych mieszkańców w jednym budynku. Wsparła ich na duchu ciepłym słowem i lekkim uśmiechem, pewnością że wszystko będzie dobrze i niedługo koszmar się zakończy. Shultz podszedł do niej kiedy stała przed karczmą. Pociągnęła go za rękę w alejkę tuż obok, dla pewności że będą sami. Nie zdążył nawet spytać o co chodzi, kiedy dziewczyna rzuciła mu się na szyję i przylgnęła kruchym ciałem do niego.
-Czemu znowu musisz tam iść? - spytała cicho łaskocząc wrażliwą jego skórę szyi swoim ciepłym oddechem.

- Martwisz się o mnie? - zapytał Rudiger zaskoczony eksplozywnością kobiety po chwili delikatnie obejmując ją w biodrach. Cassandra odnotowując jego reakcję, przycisnęła swoje ciało jeszcze mocniej i otarła się miękkim policzkiem o jego żuchwę, zbliżając usta bliżej ucha mężczyzny - Nie muszę, ale chcę pomóc tym ludziom. Naprawdę nieczęsto pomagam bezinteresownie, ale w trakcie tej bitwy obiecałem kilku osobom, że nie zostawię mieszkańców samym sobie. - wojownik westchnął. - Nie chodzi tu tylko o honorowe postępowanie, ale… chciałbym dostarczyć Ciebie bezpiecznie do matki, a oni lada dzień również wyruszą do Middenheim.

- Jeśli robisz to dla mnie to proszę przestań - cichy, kobiecy głos zabrzmiał nader blisko jego ucha. - A jeśli powodów jest więcej, to proszę nie walcz mieczem. Stanie ci się krzywda, nie zasługujesz na zło, które może Cię spotkać. Zostań ze mną.

- Cassandro, robię to nie tylko dla Ciebie, ale też dla tych ludzi, którym to obiecałem. - powiedział Rudiger. - Walka mieczem, tarczą, na pięści to większość posiadanych przeze mnie umiejętności. Nie potrafię opatrywać ran, nie potrafię podtrzymać nikogo na duchu, ale potrafię walczyć. Gdyby nie ta umiejętność byłbym nikim. - dodał Shultz po czym westchnął. - Czy będziesz spokojniejsza jak zapewnię Cię, że będę uważał? Walczę mieczem i tarczą co jest dość asekuracyjne. Nie mamy przewagi, ale z pewnością wszyscy zginą jak wojownicy szkoleni do walki jej nie podejmą… - widać było, że Rudiger był zmieszany, bo w zasadzie nawet przybrany ojciec od dawna się tak o niego nie martwił.

Cassandra nie znała się na walce i nie wiedziała, czy dodatek w postaci tarczy tak wiele zmieni w bitwie. Walczył już naprawdę dużo i dziewczyna nie chciała, aby ryzykował więcej. Z jednej strony może i było warto, bo cena jego życia za jej, ale z drugiej, mimo własnego ocalenia co później zrobi pozostawiona samej sobie w obcym świecie?
-Przecież zawsze uważasz na siebie - szepnęła ciepło do jego ucha na którym to po chwili złożyła skromny pocałunek. Otarła się o jego ciało i westchnęła cicho.
- Nie zawsze, ale przeważnie. - odpowiedział po chwili. - Wybacz, ale muszę już iść. Budowa pułapek, umocnień, stanowisk dla strzelców zajmie nam wiele czasu. Musimy się sprężyć aby zdążyć z przyjęciem powitalnym dla umarlaków. - ciężko mu było myśleć o zadaniu kiedy Cassandra była blisko. - Uważaj na siebie. - dodał po czym powoli się odsunął i zaczął odchodzić. Chciała go zatrzymać, jednak wiedziała, że ma on rację. Jej wpół otwarte usta zamarły wraz z wyciągniętą do przodu ręką, którą pragnęła go zatrzymać przy sobie. Był taki niewzruszony, że poczuła ukłucie w klatce. Zabolało ją to, jak łatwo potrafił ją opuścić, jak niewrażliwy był na wszystko, co starała się uczynić by go zatrzymać. Bolesna przeszłość podpowiadała jej zaburzonemu umysłowi, że to jedyny sposób, by ktoś wciąż chciał być przy tobie, by nie odszedł i nie zaczął cię ignorować. Cassandra czuła, że musi to zrobić, że musi starać się jeszcze bardziej. Kiedy Rudiger odszedł, łzy zaszkliły jej oczy, spowijając obraz mgłą i czyniąc go niewyraźnym. Opuściła uniesioną do tej pory rękę i dłonią zakryła drżące usta. Gdy zamknęła powieki, kilka głębszych wdechów pozwoliło jej zyskać trochę spokoju, ponowne kilkanaście sprawiło, że wycofała łzy i potrafiła wrócić do obowiązków. On chciał by zajęła się innymi, więc musiała to zrobić, aby był z niej dumny. Ale wiedziała też, że musi zrobić dla niego znacznie więcej, aby jej nie opuścił. Po stracie ojca, przeniosła swoje chore uczucia na mężczyznę, który jako pierwszy zechciał o nią zadbać. Troska jego była jednak nieporównywalna, do niezdrowej relacji, jaką Cassandra miała z ojcem, a o której nigdy nikomu nie powiedziała.

Zebrała w sobie siłę i uśmiechnęła się jak zawsze. Była znów czarująca, wspierająca, pełna nadziei i energii. To, co przedstawiała na zewnątrz, całkowicie zaprzeczało temu, co czuła wewnątrz. Była przerażona i miała czarne myśli. Ciężko było jej uwierzyć w to, że uda się wyjść cało z opresji, że kiedykolwiek ruszą dalej nie czując na karku oddechu Chaosu. Dziewczyna wciąż nie potrafiła pojąć jego ogromu, tego jaki lęk wzbudzał w innych, jak bardzo potrafił pożerać wszystko, co napotkał na swojej drodze. Chaos, czym on właściwie był? Ile zniszczeń jest w stanie jeszcze dokonać, nim w końcu ktoś go zatrzyma? W jakim celu pochłania świat i komu go zaoferuje, gdy już dokona zniszczenia? Kiedy czujesz, że nadchodzi koniec, marzysz o tym by spędzić ten czas z bliskimi, by ostatni raz móc ich dotknąć i powiedzieć, co czujesz. A mimo to tak wielu ludzi tego nie czyniło. Czy to oznacza, że to nie był jeszcze koniec? Ten koniec, który owił czarną chmurą myśli Cassandry?

Nie dała poznać po sobie ile kłębu zła kotłowało się w jej głowie. Do karczmy weszła z uśmiechem pełnym nadziei, niewinnym spojrzeniem i uroczym sposobem bycia. Oferowała pomoc najpierw starszym i ciężarnym, potem kobietom i ich dzieciom. Starała się być wsparciem dla każdego, kto tego potrzebował. Chciała zająć myśli tych ludzi czymś innym, jakąkolwiek czynnością, poczynając chociażby od posprzątania karczmy, aby przygotować ją na powrót “bohaterów”, praniu brudnych bandaży i ubrań, a kończąc nawet na próbie nauki szycia, zaczynając od prostego sposobu na zrobienie zabawki z worków po ziemniakach, nici oraz grochu. Myślała tez poważnie nad ustawieniem barykad ze stołów oraz zastąpieniem drzwi ale nie chciała nikogo martwić, siać paniki i odbierać nadziei jak i wiary w to, że Bogowie dopomogą. Wspólna modlitwa na pewno pomoże.
 
__________________
Ponieważ z dniem 18-10-2019 nie należę już do Obsługi Forum, wszelkie prośby i pytania proszę kierować do moderacji.
Nami jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-07-2019, 17:13   #12
 
Gerwazy's Avatar
 
Reputacja: 4792 Gerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputację
Wieści o kolejnej grupie zwierzoludzi nie zrobiły na młodym magu wrażenia. Wiadomo było, że jeszcze przez długi czas Imperium będzie się borykać z problemem pochowanych w lasach najeźdźców. W pewien zawrotny sposób cieszył się z nadchodzącej inwazji, gdyż oto przed nim pojawiała się okazja aby z całą wioską udać się do Middenheim, gdzie oczekiwał go jego mistrz. Stał więc na placu niby wsłuchując się w padające słowa, a tymczasem taksował wzrokiem stojącą przed nim Cassandrę. Jego wzrok powoli prześlizgiwał się tam i z powrotem po ponętnej sylwetce.

Trzeba w końcu wykonać pierwszy krok.”, pomyślał. Od dawna zastanawiał się nad tym jak zmienić ich znajomość na bardziej intymną. Był bardzo ostrożny i cierpliwy bo nie chciał zepsuć tak relacji z Cassandrą, jak i stosunków w ich małej grupce. Ale miał też dość czekania. Słyszał nawet tu i ówdzie, że brunetka wcale się nie wzdragała i dość łatwo można było od niej dostać to czego się chciało. Absolutnie mu to nie przeszkadzało, nawet wręcz imponowała mu otwartość i nietuzinkowość dziewczyny. Na pograniczu kislevsko-imperialnym z którego się wywodził ceniono kobiety które same decydował o swoim losie.

Z rozmyślań wyrwało go słowo “czarownik”. Parę kolejnych zdań otrzeźwiło zupełnie Gerwazego, który teraz z całą mocą wpatrywał się w przybysza. Żywe trupy, nieumarli, mroczny mag, jakby mało było problemów do tej pory. Do tego nie zanosiło się na to aby nieumarłe istoty pozwoliłyby całej zgromadzonej ludności w spokoju opuścić miasteczko. Nawet jeśli jakimś sposobem dotrwają do rana. Najbardziej jednak martwił go czarownik a raczej czarnoksiężnik jak poprawnie nazywano odszczepieńców parających się mroczną magią. Jako adept niewiele mógł zdziałać, parę elementarnych zaklęć które zdążył poznać były niemal bezużyteczne, chyba że …

- Wiele nie zdziałam - odparł na pytanie Eriki, która jakby czytała mu w myślach - jeśli to co ten chłop gada jest prawdą, to czarownik potężniejszy jest ode mnie. Nie zdzierżę mu w otwartej walce. Sama próba będzie samobójstwem. Może więcej uda mi się zdziałać sposobem niż siłą, ale najpierw muszę się do tego spotkania przygotować. Udam się w odosobnione miejsce przejrzeć księgę, może uda mi się znaleźć coś przydatnego. - wskazał na wybrzuszający plecak kształt woluminu. Nie czekając na koniec dyskusji udał się w już wcześniej upatrzone miejsce. Nie znał się specjalnie na taktyce czy pułapkach więc zostawił te ustalenia zbrojnym towarzyszom.

Sam ruszył do karczmy aby w jednej z jej izb w spokoju przestudiować księgę wiedzy w poszukiwaniu przydatnych informacji. Niestety o sztuce nekromancji znalazł jedynie parę nieprzydatnych wzmianek. Wcale go to nie zdziwiło. W końcu raczej kolegium ametystu na równi z morrytami walczyło z wrogami życia, jak szumnie nazywali wszelkie ożywione plugastwo. Zresztą był dopiero adeptem. Potrafił zaledwie parę podstawowych inkantacji. Mimo zniechęcenia sumiennie przypomniał sobie wszystkie niezbędne słowa, kilkakrotnie powtarzając te najtrudniejsze. Sprawdził też umiejscowienie podstawowych składników w które wyposażył się nim opuścił Altdorf. Dopiero gdy zakończył przygotowania opuścił miejsce osamotnienia. Karczma akurat się zapełniała ludźmi niezdolnymi do walki.

Gerwazy chciał znaleźć chłopa który przyniósł wieści o nekromancie. Miał zamiar ponownie go przepytać. Może tym razem na spokojnie mężczyzna będzie w stanie przypomnieć sobie więcej szczegółów. Dodatkowo Gerwazy miał zamiar zbadać magicznym zmysłem, czy mężczyzna nie został naznaczony spaczeniem lub innym znamieniem mrocznej magii. W końcu uczeń czarodzieja miał zostać hierofantą, a Ci mieli w obowiązku zwalczać chaos nawet tam, gdzie go się najmniej spodziewano.
 

Ostatnio edytowane przez Gerwazy : 23-07-2019 o 17:16. Powód: Zapomniałem o Indent i Justuj
Gerwazy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-07-2019, 07:34   #13
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 24023 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
WSZYSCY


Ustaliwszy plan działania, wszyscy zabrali się do roboty. Kapitan Schiller skrzyknął kilku dobrze zbudowanych mężczyzn, którzy złapali za łopaty i wyruszyli przed bramę, by przygotować wilcze doły. Łowczy Baumer i paru innych mieszkańców ostrzyli w tym czasie grube konary drzew zniesione z karczemnej piwniczki i okolicznych budynków gospodarczych. Co prawda nikt w miasteczku (łącznie z wami) nie był ekspertem od budowania pułapek, ale mieliście nadzieję, że posiadana wiedza i możliwości wystarczą, by odpowiednio przygotować miasteczko na atak i przerzedzić szeregi nieumarłych. Rudiger nie tylko nadzorował prace, ale i sam machał łopatą, dając dobry przykład. Erika i kilku miastowych ruszyło w ruiny południowej dzielnicy, skąd przytargali na taczkach sporej wielkości kamienie, które nadawały się do zrzucania z murów. W tym samym czasie Konrad pozbierał na jeden z wozów olej i oliwę, dostarczoną przez mieszkańców, po czym zebrał pół tuzina dużych sieci rybackich - połowa z nich była w dość średnim stanie, ale musiał sobie z tym jakoś poradzić. Cassandra natomiast koordynowała zbiórkę mieszkańców w "Szarym Zającu", dokładnie sprawdzając, czy aby nikt się nigdzie nie zapodział.

Uwijaliście się z robotą jak w ukropie, tak samo, jak miastowi. Choć pomysły odparcia martwiaków były teoretycznie łatwe do zorganizowania, przygotowanie wszystkich zabierało masę czasu, zwłaszcza, że momentami należało kierować tubylców do odpowiednich prac, gdyż bez odgórnego nakazu nie wiedzieli za bardzo, w co się zaangażować. Pracowali jednak wytrwale i nie odpuszczali. Balkon ze schodami nad bramą mógł pomieścić nie więcej, niż dziesięć osób, a dokładając do tego gruz do zrzucania z murów, robiło się bardzo ciasno. Doniesiono więc kilka drabin, na których mieli stać miastowi i wspomagać tych nad bramą. Gdy po kilku godzinach prac przed murami miasta wilcze doły zostały przygotowane i pracujący nad nimi wrócili, bramę wzmocniono beczkami i skrzyniami przytaszczonymi z karczmy. Pojawiło się też kilka stołów i ze dwie szafy wyniesione z pobliskich domostw. Każdy robił, co mógł, nawet ojciec Dietrich i Cassandra pomagali przy fizycznych pracach, choć poważnej postury nie byli. Liczyły się jednak każde zdrowe ręce, każdy wkład w obronę Untergardu. Tak, jak i te kilka dni temu, gdy walczyliście z bandą Khazraka. Gerwazy może w tym czasie nie był uznawany za najbardziej pomocnego, ale on również przygotowywał się do walki na swój sposób. Zgłębiwszy księgę i przygotowawszy czary, spotkał się z Rolfem w karczmie, a ten opowiedział mu dokładnie to samo, co Schillerowi. Młody adept wiatru Hysh nie wyczuł od wieśniaka niczego podejrzanego, co tylko utwierdziło go w ponurej prawdzie, że nieumarli nadciągają.

Czas przy pracy mijał szybko i nim się obejrzeliście, dzień ustąpił pola jesiennej szarówce, a ciemne chmury przyniosły ze sobą kolejne opady zimnego deszczu. Ci, którzy uczestniczyli przy pracach, otrzymali podwójną porcję kolacji i chociaż jedzenie było nędzne, musieliście mieć siłę na atak martwiaków. Po wieczerzy, Cassandra zabarykadowała się z kobietami, starcami i dziećmi w karczmie, oczekując na dalsze wydarzenia. Pozostali czekali przy murach w gotowości, choć pogoda nie pomagała, zlewając opady deszczu i ciemną masę lasu w jedno. Erika, Rudiger, Konrad i Gerwazy trwali jednak na murach, wypatrując zagrożenia z dwoma innymi mieszkańcami miasta, na których twarzach malował się strach. Czuliście już w mięśniach znój tego dnia, jednak musieliście zepchnąć to na dalszy plan, gdyż teraz nadchodził prawdziwy czas próby Nieopodal, po prawicy, na jednej z drabin stał Hans Baumer, niewzruszony, gotowy do użycia swego łuku. Choć wyglądał na zaprawionego w bojach, nie zgodził się wyjść przed bramę, by ostrzelać nieumarłych, a kolejnych kilku mieszczan, którzy jako tako posługiwali się łukami, również odmówiło pomysłowi Rudigera. Każdy się bał i nie było za co tych ludzi winić, zwłaszcza, że swoje już wcześniej przeszli. Gerhard Schiller i uzbrojeni w kosy, siekiery, łuki oraz inną prowizoryczną broń mężczyźni czekali na to, co się wydarzy. I to oczekiwanie w lejącym deszczu było chyba najgorsze, choć z drugiej strony wyostrzało wszystkie zmysły. Adrenalina już dawno robiła swoje, przygotowując was na najgorsze, choć mięśnie nie pozwalały zapomnieć o dzisiejszej wytężonej pracy. Inaczej było machać mieczem, a inaczej łopatą, czy taszczyć ciężkie kamienie oraz meble z okolicznych budynków.

Gerwazy jako pierwszy poczuł, że coś się zbliża. Omiotła go tak mocna magiczna aura zła, zepsucia, mroku i degeneracji, że ledwo utrzymał się na nogach, a kolację w żołądku. Przedziwna, czarna materia otaczała jego i towarzyszy, choć tylko on zdawał się ją dostrzegać. Zdołał unieść tylko rękę w powietrze, co dało sygnał kapitanowi Schillerowi, a potem poczuł jednak, jak posiłek podchodzi mu do gardła i zwymiotował za mury.
- ŁUKI I KUSZE! SZYKOWAAAAĆ SIĘ! - Warknął Schiller głosem, którego żadne z was by się nie spodziewało po człowieku w jego wieku.
A potem nadeszli nieumarli. Wychynęli zza załomu drogi niczym czarna, zbita, bezszelestna masa. Dopiero, gdy podeszli bliżej, słychać było ponury klekot kości przebijający się przez ulewny deszcz. Kościotrupy odziane w resztki pordzewiałych zbroi i uzbrojone w miecze kroczyły ku głównej bramie Untergardu niczym żywi ludzie, pełni wigoru i szybkości. Kilku z nich niosło ze sobą gruby kawał drzewa, który najpewniej miał stanowić taran.


Za nimi nadchodziły najprawdopodobniej ofiary z Eichdorfu - przemienieni w chodzące zwłoki, nie stracili jeszcze swej ludzkiej formy, a jedyne, co ich odróżniało od żywych, był powolny, niezdarny marsz i ziemista barwa skóry. Tego dla mieszczan umieszczonych na murach było za wiele - trzech mężczyzn po prostu odrzuciło łuki i zeskoczyło na ziemię, wprost w błoto, krzycząc i uciekając, jakby trupy już były w Untergardzie. Erika, Rudiger, Konrad i Gerwazy z trudem, ale jednak powstrzymali strach, pozostając na pozycjach. choć humory nie dopisywały. Deszcz ciął wszystkich po oczach, gdy nieumarli dzierżący taran wpakowali się na pierwszy z wilczych dołów. Pochłonął ich, nie pozwalając się wydostać, ale w ich miejsce pojawiło się kilka kolejnych szkieletów, którzy obchodząc wykopaną pułapkę, zaczęli dobijać się do bramy. I robili to ze sporo siłą, której żadne z was nie mogło się po nich spodziewać. Brama drżała po każdym kolejnym uderzeniem pnia drzewa.

W ruch poszły pierwsze ciężkie kamienie. Zrzucone, zmiażdżyły kolejne cztery szkielety, lecz chwilę później przy taranie pojawili się nowi nieumarli. Sieci zdały egzamin połowicznie, spowalniając kilka martwiaków, lecz ich towarzysze szybko ich oswobodzili. Łucznicy zwolnili cięciwy. Groty strzał wcześniej zostały owinięte materiałem, nasączone olejem i podpalone. Kilka pocisków trafiło w martwiaków, wyłączając ich z walki, kilka innych jednak minęło celu. W ponurym wieczorze, za ścianą deszczu, nigdzie nie było widać nekromanty pociągającego za struny nieumarłych. A ich szpaler zdawał się nie mieć końca. Pierwsza faza ataku wyłączyła z walki wielu martwiaków, ale przy taranie i za nim było ich wystarczająco, by zdobyć miasto.

Z każdym kolejnym uderzeniem słychać było, jak brama ustępuje. Kolejnych dwóch mieszkańców miasta uciekło z murów z krzykiem. Kwestią czasu pozostawało, aż żywe trupy wedrą się do Untergardu.
- Trzeba odnaleźć tego nekromantę i go zapierdolić, inaczej nie damy rady! - Krzyknął przez lejący deszcz Schiller, dopadając do Eriki, Konrada i Rudigera. - My z Hansem tu zostaniemy, a wy coś zróbcie... cokolwiek, co nam pozwoli przechylić szalę zwycięstwa! A ty, synu! - Wskazał palcem na Hierofantę. - Zostajesz z nami i jeśli cię czegoś na tym jebanym uniwerku w Altdorfie nauczyli odnośnie magii, to najlepszy czas, żeby to wykorzystać!!! - Kapitan spojrzał na Wołostowskiego hardym, acz pełnym nadziei wzrokiem. Spływający po jego twarzy deszcz nadawał mu ponurej determinacji.

Z dołu dochodziło natomiast miarowe ŁUP... ŁUP... ŁUP... Brama już zdążyła delikatnie puścić, kwestią czasu było, aż nieumarli wedrą się do miasta, A to zwiastowało rzeź, gdyż jak na wasze oko trupów wciąż było ponad trzydzieści sztuk. No i nekromanta, który gdzieś tam musiał się czaić i dowodzić tym wszystkim.

CASSANDRA


Ponury wieczór przyniósł ze sobą atak nieumarłych. Jako, że boczne okna karczmy wychodziły wprost na znajdującą się kilkaset metrów dalej bramę, widziałaś wraz z mieszkańcami poruszenie na murach, a potem uciekających z krzykiem ochotników. To wywołało niepokój wśród zebranych w gospodzie. Niemal wszyscy zaczęli między sobą szeptrać, kobiety mocniej tuliły swoje dziatki do piersi.
- Zginiemy, wszyscy zginiemy! Zobaczycie! - rzucił jakiś starszy, chudy mężczyzna. - Ulryk tylko raz pozwolił nam przeżyć, po tej bitwie ze zwierzoczłekami. Nic dwa razy się nie zdarza.
- Trza było nam uciekać dzisiaj, jak siem tylko dowiedzielimy, że trupki nadchodzom - dorzucił kolejny.
- Pewna śmierć, pewna śmierć - zawyrokowała jakaś kobieta, kręcąc głową.
Dzieci zaczęły płakać, wśród rannych mężczyzn i kobiet widać było poruszenie, które po chwili zamieniło się w przekrzykiwanie. Jeszcze tego brakowało, by w obecnej sytuacji w gospodzie wybuchła panika. Przyglądałaś się temu, zastanawiając, czy interweniować, czy jednak nie wtrącać się w ich kłótnie, które jednak z każdą kolejną chwilą nabierały intensywności.

 

Ostatnio edytowane przez Mroku : 25-07-2019 o 07:43.
Mroku jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-07-2019, 05:43   #14
Mother of Mafia [MoM]
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 59498 Nami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputacjęNami ma wspaniałą reputację
Cassandra, którą trapiły jej własne problemy, prócz tych oczywistych, początkowo nie zwróciła uwagi na pierwsze słowa pozbawione nadziei. Przeleciały gdzieś w tle, kiedy to rozmyślała o ludziach będących na polu bitwy. Martwiła się o każdego, z tych znanych jej osób jak i całkiem obcych. Nikt z mieszkańców nigdy nie zrobił jej krzywdy ani nawet nie próbował. Właściwie to byli mili i zawsze pomocni, potrafili się zjednoczyć i wspierać. Niektórzy mężczyźni nawet dali jej parę srebrników za chwile zapomnienia i przyjemności, jakie im zaoferowała. Niby nie musieli, bo nie krzyczała o zapłatę, a mimo to znaleźli się tacy, co zapłacili nie tylko miłym słowem, ale i garścią drobnych czy biżuterią. Czymkolwiek co miało wartość większą niż zniszczony, znoszony but.

Kobieta myślami była przy każdym z osobna i przy wszystkich jednocześnie. Myślała o Konradzie, który zawsze emanował spokojem i precyzją. Czasami była wręcz zaskoczona tym, jak to nigdzie mu nie jest spieszno, a i tak zdawało się, że zawsze trafi do celu jako pierwszy. Był bardzo zdystansowany i nie dał jej się bliżej poznać, jednak doceniała to, że nie traktował jej jak rzecz.
Gerwazy w jej oczach był młody i narwany, choć obawiała się, że to ocena nadinterpretowana. Zadziwiało ją to, jak potrafił na nią patrzeć i ile pokazywał poprzez ów spojrzenie. Był taki przystojny i dystyngowany. Czasami miała wrażenie, że jest dla niej zbyt mądry, a nie chciała, aby ten patrzył na nią jak na głupią dziewczynę. Wbrew pozorom zależało jej na tym, by ją docenił.
Podobnie sprawa miała się z Eriką, w oczach której Cassandra pragnęła być doceniana. Miała wrażenie, że kobieta nigdy jej nie polubi prawdziwie i będzie nią gardziła, choć ta nigdy tego nie okazała względem niej. Obawiała się jednak bycia źle odebraną przez tak wojowniczą kobietę. Podziwiała drogę, na jaką Erika wstąpiła i to, jak świetnie sobie na tej drodze życia poradziła. Była dla niej jak bohaterka, wzór do naśladowania, choć dziewczyna była wręcz pewna, że już za późno aby spróbować być taką, jaką była wojowniczka.
Z Rudigerem wiązały ją specyficzne emocje i o nim myślała najczęściej. Były to jednak myśli zbyt osobiste, aby w danej sytuacji były warte przemyśleń. A mimo to chodziły jej po głowie i przeplatały się, tworząc chaos podobny do tego na polu bitwy. Był dla niej prawdziwą enigmą, osobą która potrafi być i się troszczyć, ale w każdej chwili może zniknąć niczym dym. Co prawda nigdy jej nie opuścił na dłużej niż to było konieczne, ale miała ogromny niepokój, że pewnego dnia on po prostu zniknie. Tak bardzo bała się zostać sama, że próbowała jedynego znanego jej sposobu na zatrzymanie kogoś przy sobie, aby ten nie był na tyle zły, że po prostu sam pragnął od niej uciec. Seks zawsze działał, nie była sama, nie była bita, nikt wtedy nie był na nią zły, bo mężczyzna czuł się lepiej, był bardziej spokojny. Rudiger jednak ciągle tego unikał, sprawiając że Cassandra czuła się jak wyrzutek. Miała wrażenie, że on właśnie chce być tym wspomnianym dymem. Że ma zamiar w końcu ją opuścić i zniknąć, a przecież gdy zostanie całkiem sama… To kim będzie, jak nie zwyczajną dziwką, która jedyne co ma, to drogocenne błyskotki, do których może płakać, a one nigdy jej nie obejmą.


Cassandra w końcu otrząsnęła się. Wpatrzona dotąd w nieistotny kawałek uszczerbionej w podłodze deski, podniosła nagle głowę nadstawiając uszu. To, co do nich dotarło, było w tej sytuacji nie do pomyślenia. Tym bardziej, że przecież była tutaj, aby takich sytuacji unikać, a tutaj przez głupotę i zbędne myślenie o wyimaginowanych problemach doszło niemal do katastrofy! Jeśli tego nie powstrzyma, to zawiedzie wszystkich tych, o których właśnie myślała. Płacz dzieci zdawał się zagłuszać już wszystko, ale musiała się przez to przebić swoim wdziękiem osobistym, urokiem i charyzmą.

- Jak możecie wątpić w Bogów? - uniosła głos wstając na równe nogi, aby być nie tylko słyszalna, ale i widzialna.
- Nie mogę uwierzyć, że ludzie, którym tyle lat udało się cieszyć życiem nagle mają wątpliwości. Naprawdę ktokolwiek z was myśli, że nasi Bogowie pozwoliliby na takie plugastwo? Że są ramię w ramię z siłami, o których my sami niewiele wiemy? Zawsze dbaliśmy o wartości, jakie nam zsyłali Bogowie i wierzcie mi, że teraz nasi wojownicy, żołnierze, ochotnicy, mężczyźni, którzy nie zwykli do codziennych bitew, czerpią siły dane im z boskich mocy! Gdyby Bogowie nas skreślili, nie byłoby żadnej bitwy, żadnej walki ani żadnej nadziei, jednak siedzimy tutaj wszyscy razem, a bliscy naszemu sercu walczą w pocie i krwi o lepsze jutro. Mówienie takich rzeczy, jakie właśnie słyszę, to jak plucie tym wszystkim prosto w twarz i wmawianie im, że przecież pada deszcz! - z każdym słowem Cassandra czuła się coraz bardziej oburzona i wstyd jej było za takie osoby. Być może w tym momencie zabrakło jej empatii, a może po prostu potrzebowała wierzyć w to, że wszystko będzie dobrze. Pragnęła zapewne też wsparcia, aby i inni jej to mówili. Głosy całkowicie przeciwne od jej oczekiwań były jak cios prosto w serce, które i tak bolało. Płynny sposób, w jaki wyrażała swoje słowa, zgrywał się z delikatnością ciała jak i przyjemnym, pełnym ciepła głosem. Te same słowa płynące z innych ust mogłyby brzmieć jak pogarda i reprymenda, z jej jednak płynęła delikatność i prawdziwe pokrzepienie. To prawda, że starała się przemówić prosto z serca, ale i prawda, że nie chciała większej paniki - nawet jeśli ta była adekwatna do sytuacji, to nikomu nie pomagała. Musiała być dzielna. Musiała teraz stoczyć swoją własną walkę! Musiała być dzielna i odważna jak Erika, jej bohaterka walcząca mieczem, a nie słowem - ale od czegoś naukę walki trzeba było zacząć, prawda?

- Nie umrzemy ani dziś, ani jutro, ani przez kolejne lata! Tylko Morr ma prawo nas do siebie wezwać, żadne siły Chaosu żywych nas nie wezmą! Pomódlmy się razem i wesprzyjmy naszych najbliższych wiarą, jaka w nas drzemie. Może i na tym świecie jest wiele zła, ale nasi mężczyźni jak i waleczne kobiety pokazali nam właśnie, że dobra jest również wystarczająco. - dokończyła z lekkim uśmiechem, starając się nie schodzić z głośniejszego tonu, który mógłby się przebić przez wszystkich i być usłyszany. Na potwierdzenie wszystkiego co mówiła, przyjęła z szacunkiem pozycję do modlitwy, którą rozpoczęła na głos, mając nadzieję, że inni się do niej przyłączą.
 
__________________
Ponieważ z dniem 18-10-2019 nie należę już do Obsługi Forum, wszelkie prośby i pytania proszę kierować do moderacji.
Nami jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-07-2019, 10:23   #15
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 32097 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Najemniczka w skupieniu przygotowywała wszystko na nadejście ożywieńców. Kilku mężczyzn zorganizowało taczki, dzięki którym udało się w dość szybkim tempie przewozić znalezione w zrujnowanej części miasta solidne kamienie. Sama nie migała się od fizycznej pracy, bo była z nią za pan brat od dzieciństwa, gdy podróżowała z ojcem i jego oddziałem po całym Imperium. Stary wyga rzadko kiedy stosował wobec niej taryfę ulgową, dlatego szybko nabrała krzepy, parając się przeróżnymi pracami w obozie. Dzisiaj była mu za to wdzięczna, a i on - gdyby żył - byłby z niej na pewno dumny. Nie zamierzała jednak wracać do przeszłości, bo liczyło się to, co dzisiaj i co jutro. Na wspominki o starych dziejach nie było teraz czasu.

Po zwiezieniu kamieni i ustawieniu ich na murach, pomagała z czym trzeba było. Przenosiła wraz z innymi ciężkie szafy, komody oraz inne rzeczy, by zatarasować i wzmocnić bramę, po czym złapała za łopatę i wspomagała kopiących przy wilczych dołach. W końcu wszystko zostało przygotowane i można było się skupić na tym, co najważniejsze, czyli obronie miasta. Erika w milczeniu ostrzyła miecz siedząc na jednym ze stopni drabiny umieszczonej przy murze, a jej humoru nie poprawiał fakt, że przy wieczorze lunęło deszczem. Niezbyt dobra informacja dla strzelców, ale liczyła, że przygotowane pułapki zdadzą egzamin. Nie denerwowała się, nie czuła żadnego napięcia przed walką, po prostu w skupieniu czekała, aż wszystko się zacznie.

No i zaczęło się niedługo później. Trupy natarły na bramę i nie powstrzymały ich nawet wilcze doły. Erika była zaskoczona ich ruchliwością, zawsze uważała, że są zdecydowanie wolniejsze i ospałe. Zrzucała wraz z innymi kamienie z murów i uśmiechała się do siebie ponuro, gdy kolejne miażdżyły kości nacierających kościotrupów. Niestety, nie wszystko układało się po myśli obrońców, gdyż nieumarli zaczynali przebijać się przez bramę i trzeba było spróbować czegoś innego. Schiller też był takiego zdania, więc po wysłuchaniu kapitana, Erika złapała za swoją tarczę i kuszę, po czym skierowała się z pozostałymi w kierunku drabiny, którą mieli przedrzeć się przez mur i zajść nekromantę od tyłu. Miała nadzieję, że wszystko się powiedzie i uda im się powstrzymać zagrożenie. "Prowadź, Ulryku", pomyślała jeszcze, poprawiając chwyt na rękojeści miecza. Była całkowicie skupiona na zadaniu.
 
Tabasa jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-07-2019, 15:04   #16
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 54989 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Konrad od dawna wyznawał zasadę, iż podstęp i przemyślne postępowanie są ważniejsze od siły.
Przyjęty plan postępowania z umarłymi miał dużo wspólnego z tym ostatnim, a znacznie mniej z pierwszym czy drugim. To nie znaczyło jednak, że Konrad miał usiąść i patrzeć, jak jego pesymistyczne przewidywania się sprawdzają.
Cóż... gdyby mieli trochę więcej czasu i trochę więcej środków łatwopalnych, to można by coś zdziałać. Z pewnością morze ognia nie odstraszyłoby bezmyślnych truposzy, ale znacznie zmniejszyłoby ich liczbę.

Jak się okazało, truposze - same z siebie bezmyślne - potrafiły wykonywać polecenia swego pana, a ten z kolei wiedział, że skutecznym lekarstwem na bramę jest taran.
Lekarstwem na taran był ogień, ale... No właśnie.

- Trzeba zatarasować wrota - rzucił kolejną podpowiedzią. - Przewrócony wóz, kamienie... to ich powstrzyma na chwilę.

Chwila jaka była potrzebna, by dotrzeć do nekromanty i odesłać go do Ogrodów Morra, czy w objęcia demonów, bo tam zapewne trafiają takie plugawe dusze.
Bez chwili wahania Konrad ruszył za pozostałymi, by zrealizować ostatni z planów.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-07-2019, 17:08   #17
 
Gerwazy's Avatar
 
Reputacja: 4792 Gerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputacjęGerwazy ma wspaniałą reputację
Ponowne przepytanie chłopa który przyniósł wieści o nekromancie niewiele dało. Mag dodatkowo skupił się na odczuciach swoich magicznych zmysłów, lecz nie wykrył aby chłop był otoczony obcą aurą. Przez jedną straszliwą chwilę miał obawy, iż pod postacią przerażonego uciekiniera wpuścili pomiędzy siebie czarnoksiężnika. Obawy jednak okazały się bezpodstawne. Uspokojony tym Gerwazy ruszył w stronę bramy, aby stawić czoła nadciągającym wrogom.

Ulokował się na jednej z drabin. Miał stąd dobre pole widzenia i możliwość ewentualnego ostrzału umarlaków. Nie chciał jednak używać magii w początkowej fazie starcia. Jego moc miała być ich ukrytym atutem, możliwością której nie przewidział mroczny nekromanta. Tylko po co rzucili się wszyscy do rozpaczliwej obrony, jak i tak rankiem mieli opuścić miasto. Nie lepiej było uciec przed nadciągającą nawałnicą tak jak mieli to zrobić wobec hordy zwierzoludzi. Gerwazy nie miał wystarczająco dużo czasu aby rozwiązać ten problem, gdyż z rozmyślań wyrwało go wewnętrzne uczucie niepokoju. Dopiero po chwili uświadomił sobie, co zwróciło jego uwagę. Wewnętrznym okiem widział, jak powoli obejmuje ich gęsta niczym melasa czarna aura niosąca ze sobą odór zepsucia i rozkładu. Po raz pierwszy mag spotkał się z siłą tak bardzo odmienną od wiatru Hysh którym uczył się władać. Było to niczym zetknięcie się z tchnieniem śmierci. Wstrząs jakiego doznał sprawił, iż skulił się w sobie próbując opanować sensacje żołądkowe. Jedyne do czego był w stanie się zmusić to dać innym sygnał, że coś się zbliża.

Zwrócenie kolacji okazało się nadzwyczaj oczyszczającym doznaniem. Tak jakby mag pozbył się czegoś zatruwającego jego ciało. Nawet widok kroczącego oddziału nieumarłych nie był w stanie wywołać w nim niepokoju. Pierwsze minuty obrony były całkiem udane, lecz wiadomym było, że brama pod ciosami tarana w końcu upadnie. Trzeba było wymyślić coś innego. Pomysł kapitana był sam w sobie prosty ale jednocześnie ryzykowny. Gerwazy wiązał z nim jednak większe szanse niż z obroną murów. Do tego to młody mag czuł na sobie odpowiedzialność zmierzenia się z nekromantą. Zjeżył się też bardzo gdy kapitan rozporządził nim jak zwykłym żołnierzem. Szlachecka krew zawrzała w młodzieńcu. Nie miał zamiaru ścierpieć absurdalnego według jego pojmowania rozkazu.
 
Gerwazy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-07-2019, 19:57   #18
 
Lechu's Avatar
 
Reputacja: 22651 Lechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputacjęLechu ma wspaniałą reputację

Rudiger od samego początku prac nie zamierzał zostawać w tyle. Pierwszy rzucił pomysł wilczych dołów, przy których było od groma roboty. Wojownik machał łopatą czasem przerywając wysiłek aby poinstruować zebranych przez kapitana pomocników. Shultz pamiętał, że nic tak nie zagrzewało do walki jak pewność siebie osoby po tej samej stronie barykady. Rzezimieszek nie nawykł do bitew, ale miał już za sobą dziewięciodniowe starcie o most, w którym wykazał się nieugiętością i odwagą. Jako zabijaka Rudiger nigdy nie musiał ścierać się z siłami chaosu, ale ku jego zaskoczeniu większość spotkanych przez niego reprezentantów tej klasy padała pod ciosami mieczem niczym zwykli ludzie.

Mijały godziny, a wojownik zaczynał się męczyć. Dodatkowe siły przybyły jednak wraz z pojawieniem się w okolicy reszty załogi. Chwilę przed zakończeniem prac nad wilczymi dołami Rudiger widział Erikę pomagającą przy dole obok. Zabijaka zwiesił na moment oko na postaci wojowniczki dając sobie chwilę na napicie się i złapanie tchu.

- Byłoby jeszcze lepiej z rozpuszczonym prawym warkoczem… - powiedział do siebie Shultz.
- Coś mówiłeś, Herr Shultz? – zapytał jeden z mężczyzn.
- Jeszcze tam wyrównaj i będziemy kończyć ten dół. – pokazał ręką wojownik po chwili wracając do pracy.


Po zakończeniu prac nad wilczymi dołami przyszedł czas na umocnienie bramy. Rudiger nie pamiętał kiedy tak ciężko pracował nad czymś innym niż kolejne zadanie rodziny przestępczej Huyderman. Beczki i skrzynie noszone z karczmy nie należały do lekkich, ale dzięki temu zapewniały znaczące wsparcie dla skrzydeł bramy Untergardu. Pod koniec prac nad bramą zaczął siąpić kojący deszcz.

Kolacja nie należała do tych przyprawiających kubki smakowe o serię orgazmów jednak wojownik nie mógł narzekać. Porcje były dwa razy większe, bo tej nocy wszyscy musieli być zregenerowani na tyle, na ile to było tylko możliwe. Tej nocy miało okazać się kto był z jakiej gliny ulepiony. Świat miał zweryfikować czy Konrad Weber był tak spokojny i twardy na jakiego wyglądał. Miało okazać się czy Erika Kraus wraz z bliznami wyniosła z pola bitwy doświadczenie. W końcu bogowie mieli ujrzeć czy młody, krnąbrny szlachetka obdarzony talentem magicznym stanie dumnie u boku wojowników czy widząc hordę nieumarłych ucieknie z krzykiem i schowa się wśród kobiet, starców i dzieci. To, że Cassandra podoła swojemu zadaniu było dla Rudigera oczywiste. Wojownik ufał jej i wiedział, że kobieta da radę. Chociaż obok tej wiary w jej siły stała obawa o jej tak kruche i delikatne życie. Rudiger nie chciał aby Cassandra widziała w nim jakiekolwiek obawy, ale nie mógł wyjść z karczmy wcześniej niż jako ostatni człowiek, za którym drzwi zostały zabarykadowane.


Rudiger stojąc na murach nie bał się. Wiedział, że byli przygotowani do tego starcia. Jego jedyne obawy co do zbliżającej się bitwy pojawiły się kiedy przyjrzał się ochotnikom wyglądającym z trwogą zagrożenia. Ich strach był tak namacalny i żywy, że słowa otuchy ze strony wojownika nic by nie dały.
Korzystając z chwili spokoju Shultz odszedł na bok i oddał modły do Myrmidii. Zabijaka wierzył, że jego patronka nie da mu zginąć. Dlaczego miałaby na to pozwolić kiedy ratował niewinnych ludzi wcześniej pozwalając aby wychodził bez szwanku z karkołomnych misji opłacanych przez chciwych kupczyków?

Pierwszy zbliżanie się nieprzyjaciela wyczuł Gerwazy, który zaalarmował resztę uniesieniem ręki i wyrzyganiem większości ostatniego posiłku za mur. Shultz miał nadzieję, że nie było to wywołane strachem o życie tylko odrazą, którą wzmagało zbliżanie się nekromanty. Pierwszego człowieka tej profesji jakiego Rudiger miał spotkać.

Kapitan zaczął wydawać polecenia w tym samym momencie, w którym Shultz dostrzegł ogrom hordy nieumarłych. Mężczyzna jednak nie zląkł się czego nie można było powiedzieć o części ochotników, którzy po chwili wzięli nogi za pas. Żadne słowa i krzyki nie były w stanie sprowadzić ich spowrotem.
Wojownik uśmiechnął się do siebie kiedy kilka truposzy wpadło do dołów. Kolejne jednak z taranem dotarły pod bramę, gdzie czekała na nie salwa ciężkich kamieni. Nawet kiedy do roboty wzięli się łucznicy nieumarłych było dość aby zdobyć Untergard. Obrońcy nie tracili jednak zimnej krwi i nie widząc nigdzie nekromanty zaczęli kombinować. Kapitan wydał rozkaz, który był całkiem rozsądny. Grupa złożona z Konrada, Rudigera i Eriki miała namierzyć i uśmiercić czarnoksiężnika, a Gerwazy zostać na miejscu i pomóc przy obronie puszczającej już bramy. Rudiger słysząc wrzask kapitana spojrzał na Erike i Konrada.

- Nie znam się na podchodach… - rzucił Shultz. - Odejdźmy od bramy, przejdźmy na zewnątrz i poszukajmy tego nekromanty. Podejrzewam, że jest gdzieś blisko. Nie może przecież nimi kierować z Altdorfu, zgadza się? - zapytał wojownik i ruszył aby oddalić się od skupiska umarlaków i przejść na zewnątrz mieściny.

Erika skinęła Rudigerowi głową.

- Też o tym pomyślałam - rzuciła przez lejący deszcz. - Pewnie czai się gdzieś z tyłu, żeby nie narażać się na potencjalny atak. Tak, jak mówisz, przejdźmy przez mury i obejdźmy łukiem to skupisko pod bramą, a potem się rozejrzyjmy. Konradzie, ruszaj z nami!

- Tylko głupiec szedłby na czele takiej bandy - przyznał zagadnięty. - Jest duża szansa, że jak obejdziemy bokiem truposze, to na samym końcu tego ponurego pochodu znajdziemy tego, kto nimi kieruje. A wtedy wystarczą dwie, trzy celne strzały i dobry cios mieczem, by położyć kres temu najazdowi - powiedział, idąc wraz z pozostałymi.

- Bredzisz starcze. - donośny i władczy głos Gerwazego był pozbawiony cienia trwogi - Jeśli ktokolwiek w tym zapomnianym przez bogów miejscu ma unicestwić tego nekromantę, to tylko ja. Idę z resztą za mur. A w was niech zapłonie szał godny berserkerów Ulryka, gdyż chyba jesteście walecznymi ludźmi północy, czyż nie? - starał się zagrzać bojowego ducha ochotników na tyle ile umiał. - A jak już unicestwimy czarnoksiężnika to natrzemy na tych za bramą od tyłu. Wzięte we dwa ognie bez przywództwa pójdą w rozsypkę. Tylko na Ulryka, walczcie do końca i miejcie wiarę. - nie czekał na odzew. Nie było czasu. Jak najszybciej ruszył za resztą “wycieczki”.

Schiller szybkim krokiem znalazł się przy Gerwazym, gromiąc go wzrokiem.

- Starcze?! - Warknął. - Gdy ja odpierałem najazdy zwierzoludzi, ty jeszcze ssałeś cycka mamusi i na gówno mówiłeś "papu". Trochę szacunku do bardziej doświadczonych! A co do wyjścia za bramę... idź z nimi, może się czegoś nauczysz i przydasz!

Po tych słowach kapitan ruszył do ochotników na murach, by wesprzeć ich dobrym słowem.
 
__________________
[Samouczek] Szarpanie krawędzi obrazów by Lechu...
[Samouczek] Przezroczystość by Lechu...

---> Zapraszam do "Kuferka Skarbów"

Ostatnio edytowane przez Lechu : 29-07-2019 o 22:48.
Lechu jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-07-2019, 08:29   #19
 
Mroku's Avatar
 
Reputacja: 24023 Mroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputacjęMroku ma wspaniałą reputację
CASSANDRA

Twoje wystąpienie i przemowa zaskoczyły lokalnych. Tak bardzo, że nagle zapomnieli języka w gębie, a część z nich wyglądała na zdecydowanie zawstydzonych. Nagle ucichły wszelkie spory i wymiana zdań, niezręczną ciszę przerwała dopiero babunia Moescher.
- Dziewczyna ma rację, nie można wątpić! Pomódlmy się teraz do bogów o błogosławieństwo dla tych, którzy tam, na dworzu, ryzykują swoje życie dla nas. Wiara czyni cuda i sami powinniście to wiedzieć najlepiej!

Po tych słowach starowinka posłała ci ciepły uśmiech, po czym wykonała znak młota, a inni poszli w jej ślady. Odetchnęłaś z ulgą - przynajmniej jeden z problemów udało się rozwiązać. W mroku wieczora, za bramą, pozostawał jednak drugi, dużo poważniejszy...


WALKA Z NEKROMANTĄ


Erika, Konrad, Rudiger i Gerwazy ruszyli do jednej z drabin znajdującej się na skraju północnej części muru, po czym używając liny podanej im wcześniej przez Baumera, opuścili się po kolei w dół. Dobijająca się do bramy horda trupów nawet nie zwróciła uwagi, że kilka postaci znajdujących się jakieś pięćdziesiąt metrów po prawo od nich, przemyka pochylona do pogrążonego w mroku lasu. Lejący deszcz i szumiący w konarach wiatr skutecznie zagłuszał wszelkie odgłosy. Konrad szedł na przedzie, instynktownie wybierając drogę, by podejść na tyły wroga nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi.

Zatoczywszy spory łuk, udało wam się dotrzeć w miejsce, gdzie spomiędzy krzaków dobrze widać było błotnisty trakt wiodący do Grimminhagen i stojącą pośrodku niego postać w czarnym płaszczu i głębokim kapturze. Wysoki mężczyzna unosił w górę ręce, wykrzykując przez lejący deszcz słowa w niezrozumiałym dla was języku, a Gerwazy czuł zebraną wokół niego przenikliwą aurę zła i zepsucia. Mieliście do niego na oko dwanaście-piętnaście metrów w linii prostej, choć zdawaliście sobie sprawę, że przez lejący deszcz i półmrok, ciężko będzie z tej pozycji oddać dobry strzał z łuku, czy kuszy. Czarownik jak na razie niczego się nie domyślił, wciąż dyrygując bandą nieumarłych nacierającą na bramę.

Rudiger spojrzał po pozostalych bez ceregieli dobywajac miecza i tarczy. Nie bylo widac u niego żadnej broni dystansowej. Mężczyzna nie był porywczy spokojnie przygotowując się do starcia.
- Po pierwszych strzałach zacznę szarżę. - powiedział do pozostalych.
Gerwazy jedynie skinął wojownikowi głową popierając jego plan. Sam starał się uspokoić swój umysł i przygotować go do użycia magii.
- Szarżuję z tobą, Rudiger. Nie ma odpowiednich warunków do strzału, a nie zamierzam marnować bełtu, gdyby nie poszło - powiedziała szeptem Erika, przygotowując swój miecz i tarczę.
Konradowi ciemność nie przeszkadzała, a co do sposobu ataku miał nieco inne zdanie.
- Ja strzelę, a wy ruszajcie - powiedział. - Zaraz do was dołączę.

Przepatrywacz naciągnął cięciwę i wypuścił strzałę, jednak ta została poniesiona gdzieś w mrok wieczora, z dala od nekromanty, który na szczęście nie zauważył pocisku. Rudiger i Erika zaszarżowali, a rzezimieszek był przy zaskoczonym przeciwniku szybciej, uderzając swym mieczem w jego prawą, uniesioną rękę. Trysnęła ciemna jucha, gdy ostrze weszło powyżej łokcia. Szarżująca obok Erika również nie miała problemu, by oddać czysty cios, a ostrze jej miecza weszło gładko w lewą nogę nekromanty. Mężczyzna zawył z bólu i zwalił się w błoto, gdy dopadł do niego magiczny pocisk wystrzelony przez Gerwazego, który jednak nie zrobił na czarowniku wielkiego wrażenia. Mimo, iż przeciwnik mocno krwawił z obu ran, wciąż był w stanie walczyć i właśnie to udowadniał.
Jego ziemistą, paskudną twarz wykrzywiał grymas bólu, gdy zainkantował zaklęcie, a w jego dłoni pojawiła się sporej wielkości kosa utkana z czarnej, plugawej energii. Zamachnął się na Rudigera, jednak ten bez problemu przyjął impet ciosu na swą tarczę.

Rudiger był dość szybkim szermierzem, zarówno w boju jak i biegu. Shultz wiedział, że jako pierwszy będzie stanowił cel dla plugawego czarnoksiężnika. Bez słowa zaatakował wiedząc, że zawsze w zanadrzu miał okutą tarcze do parowania ciosów. Po pierwszym udanym bloku tarcza wojownik odetchnal z ulga. Nie mógł tracić skupienia. Przeciwnik stanowił zagrożenie póki żył.
Erika nie zamierzała pozwolić przeklętemu czarownikowi na rzucenie kolejnego zaklęcia, dlatego szybko uniosła miecz nad głowę i cięła z siłą oraz determinacją.
- Giń, skurwielu! - Krzyknęła, po czym opuściła ostrze.
Strzała chybiła, ale to nie znaczyło, że udział Konrada w walce się skończył. Przepatrywacz, z mieczem w dłoni, ruszył za towarzyszami, by włączyć się do ataku i zadać cios. Miał nadzieję, że stal skutecznie zakończy plugawy żywot nekromanty.

Gerwazy skupił kłębiący się wokół niego wiatr Hysh i cisnął magicznym pociskiem w czarnoksiężnika. Niestety nie wywołało to efektu jakiego się spodziewał. Prawdę mówiąc świetlisty wiatr został niemal wchłonięty przez otaczającą nekromantę aurę ciemności. Niezrażony niepowodzeniem młody mag ponownie splótł magiczny wiatr przygotowując się do przywołania kolejnego magicznego pocisku.

Schultz nie czekał, tnąc leżącego przeciwnika w nogę i korpus. Tamten krzyknął z bólu, gdy z obu ran strzeliła krew, a Erika dorzuciła swoje, zagłębiając ostrze w szyi nekromanty. Zabulgotał, plując juchą, jednak wciąż nie wyzionął ducha. To jednak były jego ostatnie podrygi, gdyż po chwili przy mężczyźnie pojawił się Konrad i poprawił uderzeniem w głowę. Ostrze miecza weszło przez gałkę oczną i przebiło mózg. Nekromanta dygotał jeszcze chwilę, po czym znieruchomiał, a Gerwazy zauważył, jak mroczna, plugawa aura rozwiewa się, zatem dla Hierofanty jasnym było, że nie ma sensu splatać kolejnego zaklęcia, gdyż Rudiger, Erika i Konrad zrobili, co trzeba.

Spojrzeliście w stronę bramy, gdzie wszyscy nieumarli dosłownie padli, jak stali w jednej chwili. Czyli prawdą okazały się plotki, że aby wyeliminować ożywieńców, należy pokonać tego, który tchnął w ich ciała namiastkę życia. Deszcz przybrał na sile, gdy staliście tak nad ciałem zakrwawionego czarownika, który swym wyglądem bardziej przypominał swe twory, niż normalnego człowieka.
- Jak przestanie już padać, proponuję spalić truchło tego skurwiela, tak dla pewności, żeby czasem jakimś sposobem nie wrócił z martwych. Albo odciąć łeb, cokolwiek tam chcecie. - Erika splunęła na zwłoki nekromanty, wycierając ostrze zakrwawionego miecza o pobliskie krzaki. Deszcz sporo ułatwiał, gdyż nie miała zamiaru dotykać posoki czarownika. Cholera wie, co mogłaby jeszcze złapać.
- Można spalić zwłoki, jeśli chcesz. - powiedzial Schultz. - Dobra robota. Dobrze walczycie. - dodał, po czym schował miecz do pochwy i ruszył z powrotem w kierunku bramy Untergardu.
Konrad wytarł ostrze w kawał materiału, oderwany od szaty ukatrupionego czarownika. Schował miecz, po czym spojrzał na Gerwazego, najwyraźniej zainteresowanego dobytkiem truposza.

Gerwazy patrzył, jak gęsta czerń wrogiej aury rozpływa się w powietrzu niczym drobiny sadzy. Samo ciało zostało nieźle zmasakrowane przez jego towarzyszy, ale ciekawski mag miał zamiar je przeszukać. Nie z zachłanności, ale aby zdobyć wiedzę która może mu się przydać w przyszłości. Krzywiąc się, przetrząsnął kieszenie płaszcza martwego nekromanty, znajdując w nich dwa flakony - jeden z bordowawą cieczą, która mogła być miksturą leczniczą, natomiast drugi zawierał coś w rodzaju białej maści, jednak pachniał paskudnie. Oprócz tego, na szyi czarownika Gerwazy odkrył wiszący na rzemyku mosiężny, zakrwawiony symbol trupiej czaszki. Flakony schował do kieszeni. Następnie z pomocą sztyletu wyciął z płaszcza nekromanty kawałek czystej płachty, a potem rzemyk i łapiąc tylko za pasek przeniósł amulet na przygotowany kawałek materiału. Jeszcze raz starał się wykryć magię, która mogłaby emanować od amuletu, jednak niczego nie wyczuł, wyglądało na to, że wisior był tylko dla martwego czarownika ozdobą. Dokładnie zawinął pakunek, uważając aby nie dotknąć metalu i schował do plecaka.


Gdy znaleźliście się blisko bramy, przechodząc z wolna między leżącymi w błocie i chłostanymi deszczem zwłokami i szkieletami, z murów podniosły się gromkie okrzyki aplauzu i zwycięstwa. Sama brama została niemal rozbita prowizorycznym taranem; jeszcze kilka uderzeń i martwiaki wtargnęłyby do miasta. Na szczęście to już była historia. Historia, którą wy napisaliście. Ledwo co pojawiliście się za bramą, a dopadli do was uradowani ochotnicy, klepiąc po plecach. Pojawił się też kapitan Schiller i Hans Baumer. Wyjaśniliście, co zaszło a Erika nadmieniła, że należy spalić ciało nekromanty.
- Zajmiemy się tym, gdy tylko pogoda się poprawi - powiedział wyraźnie ożywiony Schiller. - Untergard zawdzięcza wam wszystko, dziękuję za waszą pomoc i poświęcenie. Jestem pewien, że to sam Biały Wilk pokierował wasze drogi do naszego miasteczka, inaczej być nie może. Teraz chodźmy do karczmy, odpocznijcie, bo z rana musimy opuścić miasteczko. Ja i moi ludzie zajmiemy się resztą.

W gospodzie ludzie witali was jak prawdziwych bohaterów. Walka ze zwierzoludźmi to było jedno, ale pokonanie w czwórkę czarownika, który władał nieumarłymi, urastała dla tych prostych ludzi do rangi boskiej interwencji. Dziękowano zarówno tym, którzy starli się z nekromantą, jak i Cassandrze, która swoją przemową wlała w serca mieszkańców nadzieję i wiarę, że będzie dobrze. Schiller skrzyknął kilku ludzi, którzy mieli najpierw porąbać ciało martwego nekromanty, a potem znieść je do miasta, by spalić, gdy deszcz ustąpi. Wy natomiast po zapewnieniu kapitana, że jego ludzie będą całą noc pełnić warty na murach, udaliście się prosto do łóżek. Na dzisiaj mieliście już dość, a schodząca z was adrenalina sprawiała, że oczy zamykały się wam same. Nie mieliście nawet sił, by obmyć się przed snem, a jeszcze niedawno rozdawaliście ciosy władcy nieumarłych, czy wygłaszaliście płomienne przemowy.

Takie właśnie było życie tych, którzy codziennie zmagali się, by przeżyć kolejny dzień.


Porąbane na kawałki ciało nekromanty spłonęło na niewielkim stosie o świcie, gdy opuszczaliście Untergard. Wśród miejscowych wyczuwało się jednocześnie przygnębienie, gdyż musieli pozostawić swój cały dobytek jak i radość, że wczorajszy atak nieumarłych został odparty i że to nie był ich ostatni dzień na tym świecie. Na waszą piątkę wciąż patrzyli jak na ludzi naznaczonych ręką Ulryka bądź Sigmara, gdyż mieszkańcy byli podzieleni w tym względzie. Nawet ojciec Dietrich nazywał was bohaterami Untergardu z posłania Młotodzierżcy, wchodząc z kapitanem Schillerem, Ulrykaninem, w teologiczne dysputy, których żaden normalny człowiek nie chciał słuchać. Z samego rana Gerwazy złapał przed karczmą babunię Moescher i pokazał jej flakony zabrane nekromancie. Starowinka z całą pewnością stwierdziła, że jeden z nich zawiera miksturę leczniczą, a drugi maść do smarowania ran.

Do Middenheim, z tego, co mówił Hans Baumer, mieliście sześć dni drogi. Schiller zarządził, że miniecie zrujnowane Grimminhagen oraz Immelscheld, by trzymać się głównego traktu i nie przedzierać się skrótami przez Drakwald, który i tak was przecież otaczał.
- Biorąc pod uwagę, co się wydarzyło wczoraj i wcześniej, z pewnością nie ominiemy wszystkich niebezpieczeństw, ale postaram się, żebyśmy my, nasze dzieci i wnuki dotarli do Miasta Białego Wilka. Zwłaszcza, że są z nami ludzie, którzy znają się na wojaczce i w razie czego was ochronią! - Schiller próbował podnieść morale mieszkańców. Częściowo się to udało, jednak im dalej w spowity mgłą las się zagłębialiście, tym lokalni markotnieli.

Zaprzęgnięte woły poruszały się wolno wraz z załadunkiem i rannymi, a za nimi podążali mieszkańcy Untergardu. Kolumna składała się z czterech wozów, a na jednym z nich podróżowała babunia Moescher wraz z sierotami ocalałymi po dziewięciodniowej bitwie z siłami Khazraka i starszymi, którzy nie domagali. Część mieszkańców pchała cały swój dobytek w beczkach i taczkach, inni nieśli tobołki. Ledwo opuścili Untergard, a Schiller zmienił szyk przemarszu. Część ocalałej straży stanowiła awangardę, reszta osłaniała boki i zamykała pochód. Baumer i Konrad stanowili zwiad, pojawiając się od czasu do czasu z upolowaną dla grupy zwierzyną, na którą składały się króliki, jakieś ptactwo i sarny.

Część mieszkańców nie chciała jeść przyniesionych przez łowcę i przepatrywacza zwierząt, uważając, że skoro pochodzą z Drakwaldu, na pewno są splugawione Chaosem. Nikt ich więc nie zmuszał, zwłaszcza, że do wykarmienia było wiele gąb, a dzieciaki i starsi nie odmawiali pieczonego na postojach mięsa. To było coś, czego od dawna nie jedli. A gdy burczy w brzuchu, chcesz po prostu zaspokoić głód...


Pierwszy dzień podróży minął spokojnie, choć ze względu na starszyznę, dzieci oraz konieczność polowania, pochód posuwał się bardzo powoli. Nikt was nie niepokoił, nie minęliście też żadnych przejezdnych. Ścieżka prowadząca do Middenheim i lasy wokół wyglądały na wymarłe, jednak wszyscy doskonale wiedzieli, że takie nie są. Noc również nie przyniosła żadnych niespodzianek - wystawione na czuwanie straże nie miały właściwie nic do roboty. Drugiego dnia zbliżyliście się do Grimminhagen, jednak Hans bez słowa skierował kolumnę wokół miasteczka. Już z daleka dało się zauważyć, że miasto było w jeszcze gorszym stanie, niż Untergard - ze wschodnich i południowych murów została jedynie kupa gruzu, majaczące w oddali zniszczone domy nie nadawały się do niczego. Siły Archaona musiały doszczętnie złupić miasteczko, zabijając przy okazji wielu mieszkańców. Właściwie ciężko było uwierzyć, że ktokolwiek stamtąd uciekł.

Minęliście Grimminhagen i po kolejnych kilku godzinach marszu, kapitan Schiller zarządził rozbicie obozowiska na polanie przy drodze, a strażników posłał na warty. Krótko po zapadnięciu zmroku, w obozie podniosła się wrzawa wywołana przez sieroty - dzieci krążyły od jednego miejsca do drugiego, płacząc i zawodząc.
- Babciu, babciu... Babciu! Gdzie jesteś!
Po szybkim przeszukaniu obozu, okazało się że babunia Moescher rzeczywiście zniknęła.

Schiller zasępił się i stojąc mniej więcej pośrodku zbieraniny, rzucił:
- Na topór Ulryka! Niech to szlag! Nasza uzdrowicielka zniknęła. Trzeba ją odnaleźć. Kto się pisze?
W pierwszej chwili nikt się nie pisał. Chodzić nocą po lesie? To z pewnością zadanie dla bohaterów, albo głupców. Na pewno nie dla tych, którzy po prostu chcieli przeżyć. Może i kochali oraz szanowali babunię, ale swoje życie kochali bardziej. Nie można było im się dziwić, żadne z nich nie było wojownikami.
- Ja pójdę. Babunia kiedyś uratowała mi nogę przed amputacją, jestem jej to winny. - Z tłumu wystąpił Hans Baumer i rozejrzał się po ziomkach. - Co z wami? Nagle nikt nie chce sprawdzić, co z naszą uzdrowicielką? Ale jak odbierała porody, podawała wam lekarstwa na choroby i doglądała zwierząt, to ją ceniliście, tak? Wstyd! Co z was za ludzie! Zawsze będziecie polegać na innych?
- Nikt nie kazał jej się oddalać od obozu - powiedział ktoś w tłumie.
- Dokładnie, nie musiała nas opuszczać. Pewnie już nie żyje, głupia! - dodał inny.
- Niech nasi bohaterowie pójdą ją znaleźć. Skoro zabili czarownika, to znajdą i uzdrowicielkę - dorzucił trzeci, a część spojrzeń skierowała się na was.

Oczywiście każdy z mężczyzn mówił z ukrycia, nie pokazując swej twarzy. A dzieci coraz głośniej płakały, co w obecnej sytuacji nie było dobrym wyjściem. Hałas, zwłaszcza w mroku, zwabiał potencjalnych drapieżników i doskonale o tym wiedzieliście.
- Idę ją znaleźć, jebać was. A potem powiem jej, co o niej mówiliście - mruknął Hans, kierując się pewnym krokiem w stronę mrocznej zasłony lasu.
Po raz kolejny w czasie takich sytuacji wychodziło na wierzch, kto jest kim.

 
Mroku jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-07-2019, 17:46   #20
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 32097 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Szybko poszło z plugawym czarownikiem, co ją bardzo ucieszyło, choć tak naprawdę dopiero się rozgrzewała. Zdawała sobie sprawę, że element zaskoczenia odegrał tutaj ogromną rolę i gdyby wszystkie potyczki dało się tak załatwiać, pewnie większość jej towarzyszy z oddziału wciąż by żyło. Niestety, rzeczywistość nie była taka słodka i większość gościła już w Ogrodach Morra. Rudiger, z którym do tej pory jedynie gdzieś się przecinała podczas obrony mostu przed zwierzoludźmi teraz pokazał, że zna się na robieniu stalą, a Konrad pięknym ciosem w oczodół zakończył marny żywot władcy trupów.
- Dobra walka, oby same takie na naszej drodze - powiedziała, ruszając z pozostałymi do miasteczka.

Była zaskoczona i przytłoczona tym, jak witali ich mieszkańcy. Nie czuła się bohaterką, po prostu zrobiła to, co musiała. Dla siebie i tych, którzy sami nie potrafili się obronić, a tymczasem ludzie patrzyli na nią, jakby zrobiła Ulryk wie co. W sumie dla nich może tak to wyglądało, ale dla niej to był kolejny dzień walki. Kolejny dzień, kiedy trzeba się było mierzyć z wrogiem. Nic nowego w ostatnich latach jej życia. Dlatego nie wiedziała, jak zachować się, gdy ci wszyscy ludzie obejmowali ją, całowali w policzki i dziękowali. To było miłe, ale onieśmielało Erikę. Wysoka, dobrze zbudowana najemniczka uśmiechała się, ale w głębi serca chciała po prostu uciec od tych wszystkich uradowanych ludzi, wyrażających wdzięczność za uratowanie życia. Na szczęście Schiller poniekąd ją uratował, delegując do łóżek ich całą samozwańczą drużynę.


Świtem nie obudziła się wypoczęta, ale nie miała problemu, by zerwać się z łóżka, zrobić kilka pompek i brzuszków, by utrzymywać ciało w świetnej formie a potem zanurzyć głowę w wiadrze pełnym zimnej wody. To rozbudziło ją wyśmienicie i w mig wyostrzyło wszystkie zmysły. Upewniła się, że zabrała z karczmy cały swój dobytek i wyruszyła z pozostałymi w drogę do Middenheim. I była prawie pewna, że podróż ta nie obędzie się bez niespodzianek.

Maszerując mniej więcej po środku pochodu, rozglądała się czujnie po ścianie lasu. Untergardczycy byli przygaszeni faktem opuszczenia swego domu, ale życie nie lubiło stagnacji i musieli się do tego przyzwyczaić. Wiadomo, najlepiej było wieść stateczne, powtarzalne życie, aż do kresu dni, ale dla tych ludzi nadeszły czasy, gdy nic nie było pewne. Nie wiadomo nawet było, czy znajdzie się dla nich wszystkich miejsce w Middenheim, w końcu do stolicy Middenlandu mogły ciągnąć setki takich pochodów jak ten. Erika nie miała z tym problemu - zawsze sobie jakoś radziła, więc i teraz sobie poradzi, ale te dzieciaki, kobiety i starcy nie mieli alternatywy. Pozostawała wiara w to, że w mieście Pana Wilków odnają schronienie.

Na postojach, gdy zwykle siedziała gdzieś na skraju obozu, rozglądając się czujnie, czasami rozmawiała z Rudigerem, który zawsze wiedział, gdzie ją znaleźć. I choć była raczej typem mruka, to mężczyzna potrafił tak poprowadzić rozmowę, że się otwierała i opowiadała o różnych rzeczach ze swego życia. Pokazywała inną siebie. Kto wie, może tego potrzebowała? Może jednak nie była taką samotną, dziką wilczycą, za jaką brała ją większość tych, którzy nigdy nawet nie spróbowali jej poznać? Z drugiej strony nie dziwiła się - mężczyźni chyba bali się jej wyglądu i umiejętnośći, w końcu wysoka, dobrze zbudowana kobieta o hardym spojrzeniu nie może mieć uczuć i jest tylko "babochłopem". W większości przypadków to pomagało, bo nie chciało jej się strzępić języka na podpitych fircyków w karczmach. Dopiero ci, którzy chcieli poznać ją lepiej, dochodzili do wniosku, że ma coś więcej do zaoferowania, niż tylko umiejętności bojowe.

Tego wieczora, gdy zniknęła babcia Moescher i dzieciaki podniosły larum, siedziała przy ognisku, piekąc kolejnego ziemniaka, którego zamierzała zjeść na kolację. Nie zabierała głosu, gdy mieszkańcy miasteczka mówili, co im ślina na język przyniesie. Tylko obserwowała, bo znała takie zachowania doskonale z doświadczenia. W chwili zagrożenia, słabe jednostki dawały upust swoim lękom, zaszczepiając je przy okazji pozostałym, by myśleli tak, jak oni. Tak zdarzało się nawet w najemnych kompaniach, gdy ci, którzy mieli być twardzi, nie wytrzymywali ciśnienia w czasie ataku. Z jednej strony nie dziwiła się Untergardczykom, a z drugiej, biorąc pod uwagę to, o czym mówił Hans, powinno się znaleźć kilku lokalnych chłopów chcących ją odnaleźć. Nie znalazło się.

Gdy Rudiger i reszta ruszyła za Hansem, też się poderwała i odpalając latarnię podeszła do Cassandry.
- W lesie mogą dziać się paskudne rzeczy, lepiej będzie, jeśli zostaniesz tutaj i spróbujesz uspokoić dzieciaki, Cass. Wiem, że dasz radę. - Uśmiechnęła się do towarzyszki, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Wrócimy jak najszybciej się da. Gdyby panikowali, przywołaj ich do porządku.

Erika puściła jej oczko, po czym ruszyła szybko za oddalającymi się mężczyznami. Nie ręczyła za siebie, gdy babka się odnajdzie. "Stara, a głupia", to porzekadło idealnie pasowało do tej sytuacji.
 
Tabasa jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:43.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167