Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-01-2014, 19:13   #1
 
Wojan's Avatar
 
Wąpierz - Sekrety Modeny


Pałac Agrypy
Słońce ledwo, co zaszło za horyzont. Świat począł pogrążać się w mroku, a wraz z nim na powierzchnię wypełzały wszystkie dzieci nocy. Wieczór zapowiadał się na dość chłodny. Kończył się październik i w powietrzu czuć już było zbliżająca się zimę. Chłodny wiatr niósł coraz bardziej mroźne powietrze z północy.
Na dziedzińcu pałacu doży stała zaprzężona w czwórkę karych ogierów, arka. Jej ściany zdobił rodowy herb Agrypy, a subtelne zdobienia kolejny raz udowadniały, jak wyszukanym smakiem charakteryzuje się dożą Wenecji.
Tuż obok karety stał woźnica, ubrany w grubą szubę i filcowy kapelusz. Aparycja mężczyzny jasno ukazywała, że już dawno przestał on być człowiekiem. Jego błyszczące ślepia wskazywały, że doża lub któryś z jego synów nakarmił właśnie ghoula. Jego nerwowe ruchy zdradzały, jak bardzo jest on podniecony i naładowany energią.
Trwały właśnie ostatnie, gorączkowe przygotowania do podróży. Grypa mająca udać się do Modeny, uważnie doglądała służbę. Pod arkadami stała reszta lokalnych wampirów i prowadziła ciche rozmowy.
Wszystkie one ucichły, gdy na placu pojawił się doża w otoczeniu dwóch zbrojny. Zatrzymał się przy arce i rzekł do stojącej tam grupy Kainitów
- Panowie bądźcie ostrożni. Ta cała sprawa wygląda nie tylko na bardzo poważną, ale i niebezpieczną. Dotyczy ona całej naszej społeczności, więc na czas podróży i waszego zadania, zawieście proszę klanowe animozje i osobiste utarczki. W tej chwili liczy się tylko to, aby wyjaśnić całą sprawę i ją rozwiązać. Nie wiemy, co możecie zastać na miejscu, ale na wszelki wypadek napisałem parę słów do księcia Rolanda. Jeżeli go znajdziecie wręczcie mu ten list. Możecie go także przekazać innym jego zaufanym ludziom, gdyż nie zawiera on żadnych tajnych informacji, a jedynie ogólne uwagi i pytania. Zapewne będziecie musieli zatrzymać się na dłuższy popas, coby dać koniom odpocząć. Wysyłam, więc z wami Remigiusa. To mój zaufany człowiek, który jest do waszej dyspozycji i spełni wszelkie wasze rozkazy. Pomoże też zorganizować kryjówkę, czy to na trasie, czy już w Modenie. Polecam zatrzymać się w zajeździe Paulita. To miejsce, która często służy za kryjówkę dla Kainitów w podróży. Prowadzi go od lat ten sam człowiek Thresu. To znachor, zielarz i pogański kapłan. Łączą nas już długoletnia współpraca, więc możecie mu zaufać. Jeżeli powołacie się na mnie, zapewne nawet nie będzie chciał zapłaty. Liczę, że szybko uporacie się z zadaniem i rychło będę mógł znowu was ugościć w mym progach. Niech los wam sprzyja - zakończył Agrypa i uścisnął dłoń każdego z członków wyprawy.
W tym momencie zaczął kropić deszcz.
- Pora ruszać panowie - odezwał się Remigius, który podszedł do grupy - Drogi i tak są w kiepskim stanie po ostatniej ulewie, a jeśli deszcz się utrzyma to będzie jeszcze gorzej.
- Bywajcie zatem - pożegnał się Agrypa.
Członkowie wyprawy kolejno wsiadali do arki i zajmowali miejsca w środku. Remigius wskoczył na kozła i strzelił z bata. Konie głośno zarżały i ruszyły wolno przed siebie. Wiatr rozgonił na chwilę deszczowe chmury i wychylił się za nich księżyc, który zbliżała się do pełni. Zapewne, gdy grupa dojedzie do Modeny księżyc będzie można podziwiać w całej krasie. Wielu poczytało to za dobry omen, ale nikt nie miał pewności co przyniosą kolejne dni.

W drodze
Droga była nierówna i podmokła. Konie musiały być ostro poganiane przez Remigiusa, aby nie stanęły w miejscu. Arka kołysała się i podskakiwała na nierównościach. Mimo więc, że wnętrze karety było luksusowe, to podróż do takich nie należała. Przez pierwsze godzinę siedzący w arce Kainici wymieniali się informacjami na temat Modeny oraz omawiali wstępny plan działania. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że do zadania trzeba podejść metodycznie, aby rozwikłać tajemnicę Modeny. Co prawda nie można było ułożyć perfekcyjnego planu, gdyż dokładna sytuacja w mieście nie była znana. Trzeba było jednak przynajmniej w zarysach zaplanować pierwsze kroki.
Minęły dobre pięć godziny podróży, gdy Remigius zwolnił, a następnie całkowicie zatrzymał powóz.
- Panowie - rzekł wychylając się z kozła - O ile mnie węch nie myli, to czuję w pobliżu psie ścierwa.
Szybki rekonesans pozwolił faktycznie stwierdzić, że pobliskim lasu przebywało kilku Lupinów. Ślady wskazywały, że ruszyli oni w głąb lasu. Trudno było stwierdzić, czy ich obecność była tylko zwykłym przypadkiem, czy też może była związana z podróżującymi wampirami.
- Nie myliłem się panowie, co - zagadał Remigius - Te ścierwa wyczuje z dwóch stai. Cuchną okrutnie. W tych lasach ponoć ich całkiem sporo się kryje, ale co miesięczne polowania na wilki organizowane przez dożę, trzymają je w ryzach. Lada moment panowie, będzie skręt do zajazdu Paulita. Trza podjąć decyzję, czy zatrzymujemy się tam, czy jedziemy dalej?
 
__________________
"Amnestia to jest dla złodziei, a my to jesteśmy Wojsko Polskie" mjr. Dekutowski ps. "Zapora"
"Świnie noszą koronę, orzeł w gównie tonie,
a czerwono białe płótno, porwał wiatr" Hans

Ostatnio edytowane przez Wojan : 22-01-2014 o 11:43.
Wojan jest offline  
Stary 13-01-2014, 21:20   #2
 
malkawiasz's Avatar
 
Na dziedziniec pałacu doży przybył jako ostatni z biorących udział w ekspedycji. Nie spóźnił się, co to, to nie. Spóźnianie było w złym guście. Po prostu przybył tu bezpośrednio ze schronienia ojca odbierając jeszcze ostatnie rozkazy. Nie miał nawet czasu się przebrać. Gdyby jeszcze jego ciało potrafiło odczuwać chłód trząsłby się z zimna w mroźnym październikowym powietrzu. Był już jednak Kainitą zbyt długo by pamiętać jak to jest mieć ciepłe ciało. Przyzwyczajenia jednak ponoć są drugą naturą i z przyzwyczajenia otulił się cieplej płaszczem, spod którego wystawał czarno - biały habit dominikański.

Zdążył na czas i dołączywszy do zbieraniny, jak ją na pierwszy rzut oka nazwał, wampirów stojących na placu. Czas był najwyższy bo pojawił się doża. Zsunął kaptur bo nie godziło się stać z okrytą głową przed suwerenem i skłonił się lekko. Nie rzekł ni słowa bo i niby po co. Zajął miejsce za wszystkimi stając skromnie w ich cieniu i wysłuchał słów odprawy. Jeśli zrobiły one na nim jakieś wrażenie, nie dał po sobie poznać. Choć gdy doża poprosił o zaniechanie klanowych animozji uniósł do oka kraj habitu, jakby mu coś do niego wpadło, choć z drugiej strony można by sądzić, że może się wzruszył. Oczywiście gdyby ktoś w tej chwili na niego patrzył.

Po chwili byli już przy karocy wydając rozporządzenia służbie, jak ma rozmieścić ich bagaż. Młody dominikanin podróżował często i umiał się pakować. Tym razem miał przemieszczać się w iście królewskich warunkach, więc pozwolił sobie zabrać ździebko więcej bagażu. W jego przypadku, oprócz tego co miał na sobie sprowadzało się to do sakwy i skrzyni. Jak na dominikanina i tak było tego sporo.

Wyruszyli w pośpiechu i Kainita z zadowoleniem skinął głową. Cenił sobie dobrą organizację, a wręcz nie cierpiał gdy ktoś marnował jego czas. Pierwszy krok podróży dobrze wróżył. Nie żeby był przesądny, po prostu umiał się cieszyć drobiazgami.

Mimo przestronnego wnętrza arka wypełniona drapieżnikami, z których każdy próbował zaznaczyć swoje terytorium zdawała się zbyt mała. Dominikanin pobieżnie przyjrzał się każdemu z podróżnych. Pobieżnie nie znaczyło niedbale. Zawód, który wykonywał sprawił, że siłą rzeczy nabył umiejętności czytania w ludzkich charakterach. Z kainitami nie szło jednak tak samo łatwo. Nie trzeba było jednak mieć jego talentów by wyczuć w powietrzu buchające ambicję i nieufność. Cóż, Pan stworzył owce i Pan stworzył wilki. On miał tą przyjemność, że podróżował w towarzystwie samych wilków. Pozostawało mu tylko dziękować Panu.

Uśmiechnął się pogodnie do towarzyszy i postanowił się odezwać. Ktoś musiał to zrobić i równie dobrze mógł to być on.

- Pozwólcie Panowie, że się przedstawię. Jestem Bruno Savolino z Klanu Lasombra. Jestem synem Domenico Contarini. Obecnie w służbie Świętego Oficjum. – Spuścił skromnie oczy, a wszystkim rozmówcom musiało to wystarczyć za ukłon. – Wybaczcie moją bezpośredniość, ale sytuacja do tego zmusza. Co panowie myślicie o naszej sytuacji i bagnie, do którego trafiliśmy?

Na jego szczerym obliczu odbiła się autentyczna ciekawość. Gdy przemawiał wszystkie uczucia miał wypisane na twarzy. Co ciekawe nie gestykulował przy tym wcale. Od początku obie dłonie miał ukryte w złączonych rękawach habitu. Dobra rzecz taki habit, w rękawach można by bez trudu schować ze dwa sztylety lub Pismo Święte. Oczywiście, jeśli ktoś lubił wałczyć Pismem Świętym.
 

Ostatnio edytowane przez malkawiasz : 13-01-2014 o 21:24.
malkawiasz jest offline  
Stary 13-01-2014, 22:37   #3
 
Narib's Avatar
 
Czekał przed pałacem doży jako jeden z pierwszych, a za towarzyszki w chwilach oczekiwania obrał sobie kilka ślicznych Toreadorek, poznanych moment wcześniej. Gdy wyjął nóż, jedna z nich podniosła upierścienione palce do ust by stłumić krzyk, lecz śmiejący się szczerze Giacomo szybkim machnięciem ręki, znanym tylko sobie sposobem przemienił sztylet w małą chmurkę opadających powoli płatków róży i uśmiechnął się zalotnie. Zlustrował surowe spojrzenie jednej z Ancillae, przez którą omal nie został wyrzucony z karczmy, za zbytnie spoufalanie się z przedstawicielkami klanu Artystek. Giacomo starał się podeprzeć wówczas chęcią głębszego zrozumienia sztuki, lecz tylko podkopało to jego sytuację. Dlatego, póki Ancillae nie zajęła się rozmową z jednym ze starszych Ventrue, mężczyzna na nowo zwrócił uwagę dziewcząt, tym razem, z niebywałą zręcznością kręcąc małym, zrównoważonym metalowymi fragmentami patyczkiem. Zabawka zdawała się być repliką w mniejszej skali gimnastycznej laski, którą Giacomo się podpierał - misternie zdobiona, okuta na końcach i misternie zdobiona wypalanymi, kwiecistymi wzorami na drzewcu sprawiała wrażenie masywnej, ciężkiej lecz jednocześnie smukłej i poręcznej.

Giacomo zaś, wyglądał podobnie jak owa tyczka. Szczupły i smukły, lecz ręce znaczone były wypukłościami sprężystych i silnych mięśni, podobnie jak szeroka klatka piersiowa i długie nogi, które zdawały się nieść całe ciało z lekkością i gracją kota. Całości postaci młodziana dopełniała gładka, podłużna twarz młodzieńca z której błyszczały piwne oczy zaś spod filcowego beretu wychodziły nieco nieuporządkowane, lecz dodające młodzieńczego uroku poplątane kasztanowe loki.

Młody wampir był gotowy do drogi - u jego nóg leżała wypełniona bagażem torba. Kontrabanda składała się z dodatkowego ubrania, przyborów do pisania i papieru, kilku kuglarskich zabawek i innych wysoce przydatnych w nieżyciu przedmiotów.

Wysłuchał przemówienie Doży i gdy całe ograniczone etykietą formalności miał już za sobą, rozsiadł się w karocy i powiódł wzrokiem po towarzyszach. Zachowywał neutralny wyraz twarzy, lecz nie powstrzymał delikatnego wykrzywienia kącika warg gdy spojrzał na zarośniętego, nietutejszego (najprawdopodobniej) wojaka w kolczudze, lecz natychmiast, niezauważalnie powiódł kącikiem ust w górę tuszując chwilowe zawahanie uśmiechem w kierunku brodacza.
- Witajcie, Panowie, moja godność - Giacomo Tito - możliwe, że widzieliście któryś z moich gimnastycznych występów - dawałem przedstawienia w każdym chyba Elizyjum w Wenecji - przerwał na chwilę - wybaczcie niezamierzoną pychę, miałem nadzieję, że być może ktoś z was kojarzy mnie z pobytów w Elizjach, to i ja przypomnę sobie wówczas kim owy jegomość jest.

Gdy usłyszał opowieść Remigiusza, razem z pozostałymi okrążył teren wokół karocy, ściskając lagę, nerwowo, jakby gotując się do ciosu. Jakby wilkołaki miały już teraz, patrzeć swoimi głodnymi ślepiami na nieszczęśników na trakcie. Poruszał się szybko, zdawał się być w kilku miejscach na raz.

-To bez sensu. Nie wątpię, że dzielni z panów mężowie, i z odwagą bronilibyśmy się przed atakiem, lecz jak dobrze wiemy, pchlarze o honorze wiedzą niewiele, więc napaść całą hordą na drużynę wampirów nie byłby niczym zaskakującym, jak na nich. Oszczędźmy sobie ryzyka szkód i ran już na samym początku wyprawy, i udajmy się do zajazdu gdzie nasz dzielny i rezolutny woźnica nas doprowadzi i kontynuujmy podróż z mniejszym ryzykiem ewentualnego szwanku na zdrowiu, czy taż nie daj boże liczebności naszej ekipy. Optuję za zajazdem.
 

Ostatnio edytowane przez Narib : 13-01-2014 o 23:07.
Narib jest offline  
Stary 13-01-2014, 22:46   #4
 
TomBurgle's Avatar
 
-W takim razie, czerpiąc odwagę z przykładu z brawurowych towarzyszy, także pozwolę sobie na tą przyjemność. Girardino, za życia z rodu Volterra, obecnie już bez nazwiska. Mam nadzieję że godność żadnego z Panów nie została urażona tą śmiałością. Nie wydawało się żeby tak było, ale pewne formy były czymś więcej niż tradycją.
-Co najmniej na dworze Doży. Szczególne miejsce w mojej pamięci ma mina przybocznego ochroniarza Doży, któremu byłeś łaskaw wręczyć jego sztylet.-Po chwili puścił oko do Giacomo i uśmiechnął się do brodacza. Ucichł na chwilę, i kiedy uwaga przeniosła się na dwójkę pozostałych jedynie na ułamek sekundy spojrzał prosto w oczy Bruno. Pytająco. A potem, nie kryjąc zainteresowania, też dołączył do czekania na reakcję pozostałej dwójki.

Już od pierwszych chwil podróży Girardino dał się poznać jako żywy młodzik. Jak nie zagadywał towarzyszy podróży(czy to o nich samych czy to o ich opinię), to jego kruczoczarne włosy znikały za drzwiami gdy wdrapywał się na dach. Godzina odpoczynku dla ludzi na dole oznaczała godzinę pobrzękiwania arabskiej lutni dla woźnicy. A przynajmniej oznaczałaby, gdyby nie usłyszał śpiewu z dołu. Wtedy umilkł. Bynajmniej nie był irytujący czy natrętny, jego głos był nadzwyczaj miły uszom, ale...był nietypowo pełny wigoru jak na wampira. Strojem też odstawał. Biało-pomarańczowa cotehardie ostro kontrastowała z ubiorem pozostałych. Leżący obok karmazynowy chaperon obiecywał że to nie przypadek. Co bardziej ciekawi otoczenia zauważyli że w momencie wyjazdu został obdarowany tasakiem, skórznią i skrzynią bardziej..terenowego ubioru. Intensywność podziękowań sugerowała, że prezent dawał ktoś kogo darzył wielką estymą. A rzeczona skrzynia jechała razem z nimi na arce.

W czasie nieuchronnych rozmów o zbliżającym się zadaniu młodzieniec pozornie niechętnie odkrywał swoją wiedzę o Modenie. Kilkakrotnie wspomniał o osobistych spotkaniach z obywatelami, a zwłaszcza z Augustusem De Vitis, Lucianą(którą z jakiegoś powodu pomimo niskiego stanu tytułował Panią) i przede wszystkim Claudio Fabretti, którego utwór chciał natychmiast przytoczyć. Wiedza którą przedstawił była bogatsza od wiedzy pozostałych jedynie o okazjonalne anegdotki i praktyczną znajomość rozkładu miasta.

Kiedy arka napotkała opór ze strony traktu, tak jak pozostali wyszedł na zewnątrz. Zręcznie wymawiając się pierwszeństwem doświadczenia przed entuzjazmem, jedynie krążył po błotnistym trakcie dookoła arki i podziwiał sprawność w zwiadzie pozostałych członków wyprawy. W chwilach kiedy wydawało mu się że nie będzie przeszkadzał zagadywał osobno każdego z podróżnych o jego własne zdanie co do dalszej podróży. Ostatnim był Remigius, dopiero przy którym pozwolił sobie na nieco głośniejszą rozmowę. Z jakiegoś powodu, być może przez wzgląd na pana, traktował woźnicę jak ulubionego sługę.

-Moglibyśmy zapewnić sobie bezpieczniejszy szlak na czas kiedy będziemy podróżowali z powrotem. Lub rozrywkę, zgadując zapatrywania niektórych. Niemniej, też byłbym za kontynuowaniem podróży. Z pobudek zarówno wyższych, jak i tych bliższych grzesznemu ciału.-
Niezamierzona pycha wydaje się być znacznie mniejszą przewiną niż fałszywa skrucha
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 18-01-2014 o 21:42.
TomBurgle jest offline  
Stary 14-01-2014, 12:10   #5
 
Porando's Avatar
 
Po pożegnaniu się z grupką młodych ludzi do karety wsiadł ubrany w elegancki brązowo-czarny płaszcz i czarną czapkę chudy, siwy sześćdziesięciolatek. Towarzyszyła mu młoda piękna kobieta, która pomagała mu wnieść jego bagaże. Z pierwszej torby wypadło narzędzie do wyrywania zębów, które szybko podniosła i odłożyła na miejsce między bandażami a przypominającym korkociąg narzędziem do trepanacji. Z drugiej torby wystawały gęsie pióra i zwoje papieru a z trzeciej pędzle i płótno. W czwartej były ubrania, można było zobaczyć wystającą togę jaką nosili profesorowie wykładający na uniwersytetach. W piątej, najwidoczniej należącej do kobiety, były suknie i instrumenty. Starzec niósł też ze sobą długi łuk i kołczan (w końcu jest Anglikiem), chociaż nie wygląda żeby miał na tyle siły by móc go jeszcze używać. Miał jeszcze podręczną torbę którą zabrał ze sobą do wnętrza karocy. Usadowili się w rogu.
-Noble Kindred, I am honored to introduce my master, sir Charles Wortham, Philosophy doctor at University of Padva, progeny of John Bentley from London, clan Toreador... - powiedziała dziewczyna, lecz Charles uciszył ją gestem. - I doubt that they can speak our language. Witam wszystkich - rzekł po włosku bez cienia angielskiego akcentu - Jestem Charles Wortham, pochodzę z Anglii i pracuję jako wykładowca astronomii na uniwersytecie w Padwie. I nie tylko tam. To jest Emily, niestety nie zna ona języka włoskiego. Możecie mówić mi po imieniu i nie musicie być tak grzeczni, mówcie konkrety, nie owijajcie w bawełnę.
Charles rzadko bawił się w uprzejmości. Środowisko uniwersyteckie miało dużą autonomię i było w małym stopniu zależne od kasy miasta czy kościoła. Szacunek zdobywało się za dokonania naukowe, nie za urodzenie czy wiek. Całe lata spędzone w takim środowisku oduczyły go specjalnego traktowania feudalnych seniorów czy dostojników kościelnych. Teraz w sztywnym społeczeństwie Spokrewnionych, mimo że Charles jest młodym (a to dobre!) wampirem również nie ma zamiaru specjalnie się płaszczyć przed starszymi tylko dlatego że mają 300 lat. Poza tym był już stary, a starzy ludzie nie zmieniają swoich przyzwyczajeń. Jak na prawdziwego badacza przystało interesowały go głównie fakty, choć i ciekawą opowieścią nie pogardzał, nie lubił lania wody. Cisza wcale nie była dla niego niezręczna.
Rozejrzał się po towarzyszach.
Wiking? Prusak? a może jeszcze starszy i plądrował rozpadające się Imperium Romanum? Ciekawie, może uda się dowiedzieć czegoś więcej o upadku cesarstwa i skonfrontować wiedzę z ksiąg z tą żywą skamieliną...
Inkwizytor? Charlesowi przeszła przez chwilę myśl żeby wysiąść z karety i wrócić do domu. Mam nadzieje że to nie jest jeden z tych co lubi palić księgi i rozpalać stosy, a mnie miałby za co spalić. Przypomniały mu się te wszystkie sekcje zwłok, które mimo zakazu przeprowadzał podczas zarazy, te śmiałe debaty na uniwersytecie które z łatwością można by podciągnąć pod herezję... Na szczęście wiedział że w Oficjum pracują też ludzie ze zdrowym rozsądkiem.
Dwóch młodych artystów. Żeby tylko nie zakolegowali się zbytnio z Emily...
Gdy zaczęto planowanie, wyciągnął z torby podręcznej przerysowaną mapę Modeny, z zaznaczonymi ważniejszymi miejscami. Rozłożył ją tak by wszyscy widzieli i oddał do dyspozycji towarzyszy.
- Co do Lupinów, to moją bronią jest wiedza a nie miecz, więc wolałbym uniknąć potyczki. Słyszałem że jeden z nich jest w stanie wybić całą koterię wampirów, a oni przeważnie polują w stadach. Z drugiej jednak strony, jeśli czujecie się na siłach, możemy spróbować pochwycić kilku z nich żywcem i uczynić niewolnikami krwi. Tacy słudzy pomogliby nam rozprawić się z zagrożeniem w Modenie...
 
Porando jest offline  
Stary 15-01-2014, 19:20   #6
 
Smirrnov's Avatar
 
Na miejscu był już "przed świtem", o ile można tak nazwać słońce niemalże skryte za widnokręgiem, nadal przerażające swym płomiennym widmem, ale już nieszkodliwe dla kogoś spędzającego późne warty wśród straży i trzaskającego ogniska. Owszem, co do ogniska, to nieco dalej niźli bydło, lecz nie na tyle by odkryć swą naturę. W razie pytań zawsze wskazywał na okrycie umiejętnie zlepione z wilczych i króliczych skórek.
Wystarczyło więc wykorzystać cień rzucanych budynków by nie narażać się na promienie zachodu. Zwłaszcza, że z pomocą "wtyczki" udało mu się na ten jeden dzień znaleźć schronienie o rzut kamieniem od pałacu. Towarzystwo szczurów, beczek z winem i stęchłego od wilgoci jadła umiejętnie skryła niemartwe ciało w ciemnym kącie.
Siedząc na jednej z wyższych gałęzi miał dość dobry widok na obszar spotkania. Kilka minut nim wszyscy się zbiorą pozwoliło mu przeanalizować wszystkie za i przeciw, oraz podyktowane doświadczeniem najlepsze opcje w obliczu nagłego ataku na powóz. Dokładnie widział krzątających się ghuli, bez cienia strachu przerzucających "towary" z rąk do rąk, nawet tuż pod nienaturalnie bladą postacią nadzorującą całe zamieszanie. Gdy tylko na placu swe kroki postawił doża, przybywszy oglądać ostatnie zapinane guziki, skald zręcznie zsunął się po gałęzi zeskakując około metr od pnia.
Podszedł do woźnicy i stojących w spokoju koni. Ich zachowanie w obliczu tyluż żadnych krwi kłów było wyraźnym dowodem na manipulację ich zwierzęcymi umysłami i/lub specjalną karmazynową dietą.
Zaledwie kilka ziaren spadło przez lejek klepsydry, a na placu pojawili się inni. Oklepanie po karku każdego z kopytnych pozwoliło zbudować wrażenie, że Wszegniew przybył równocześnie z innymi. Po wysłuchaniu peanu doży na temat swych możliwości politycznych i banalnie błahych przestróg, które każdy szanujący się podróżnik miał w małym palcu, mistrel z północy wsiadł do powozu. Jako jeden z pierwszych, czując się niczym pies puszczony przed mury grodu, poświęcając swe życie w wilczym dole dla sukcesu podboju.
Siadł przy oknie przymykając jedno oko w drzemce. Widział każdego kto wchodził do obszernej karety lecz i tak wszyscy siedzieli jak w łodzi załadowanej po brzegi łupami.

Ktoś spoglądający nań z boku mógłby stwierdzić, że w obliczu tyluż dostojników jego obecność jest nie na miejscu.
Kolczuga połatana z kawałkami usztywnionej skóry, długie słomiane włosy w mokrym odcieniu, postarzająca jego twarz broda spleciona w warkocze, zmarszczki przy oczach i kilka blizn po krótkich acz głębokich ranach.
Do tego spodnie z biednego wołu, obrobionego pod wprawnym okiem i palcem garbarza, utwardzone pszczelim woskiem buty i płaszcz, sięgający do łydek z futrzastym obszyciem na ramionach i plecach.
Kawałki żelastwa wystające z pochew to tu czy tam, oraz krótki łuk z refleksem w kołczanie zawieszonym na karniszu kotary okiennej, nie przekonywały do łagodności i cierpliwości osoby właściciela owego oręża. Resztę potrzebnych, według skaldowego osądu, do wyprawy klamotów znalazło się w skrzyni na tyłach powozu, w tym przytroczona do sporej torby tarcza czy dwa razy większy i grubszy niż przeciętne koc.

* * *

Łacinę znał dobrze, spędził półwiecze na doszkalaniu tegoż języka, dzień w dzień łamiąc język i zmiękczając go z twardej grudy w majestatycznie płynny strumień głosek. Świszcząca nadbałtycka mowa swego ojca oraz talent pieśniarza pozwoliły mu poznać arkana cesarskich rozmów właśnie jako przygotowanie na te "tereny", aczkolwiek wolał posługiwać się swoją odmianą saskiego.
Dlatego z uśmiechem powitał przemowę kobiety i starca zajmujących miejsce na przeciwko. Emily, jak przedstawił ją Charles. Saski w tej wyspiarskiej odmianie był bardzo charakterystyczny dla kogoś kto posługiwał się mową śpiewaną. Dlatego spoglądając na wyspiarzy skinął głową.

- Nice to meet You Emily, Charles. My name Wszegniew - odparł tnąc sylaby i łacząc je w specyficznie śpiewny sposób. Bardzo niski ton głosu sprawiał wrażenie, że dźwięk emituje z samej jego postaci, a nie wyłącznie strunami głosowymi. Siedzący obok wampir mógł poczuć drżenie oparcia z powodu rezonansu - Wszegniew, skald i powiernik opowieści - dodał już w łacinie na tym jednak konwersacja się zamykała.

Spędził podróż w ciszy lub nucąc całym sobą Wieszczbę Wölwy. Słuchał jednak co inni mają do powiedzenia i analizował całą sytuację. Niektóre frazy czy sformułowania były mu obce, prosił wtedy Charlsa po sasku o wyjaśnienie. Na pytanie o znajomość łaciny odparł, że chciał poznać więcej pieśni i opowieści co nie było kłamstwem. Niedopowiedzeniem prędzej ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Zachęcony nieobecnością lutniowego grajka zanucił na czyjąś prośbę starą legendę z czasów Cesarstwa Rzymskiego. Tylko kilka linijek gdyż dopiero tyle przyswoił i opracował w pieśń. Burczący głos był mocnym kontrastem dla żywiołowych nut od strony woźnicy. Nieprzerwanie i powoli ciągnął się od jednego zdania do drugiego niczym budzący się do życia ocean witając łodzie grzebieniami fal.

Na wieść o wilkach odruchowo zaciągnął się zapachem swego odzienia. Suche więc to nie od niego ten swąd. Chociaż zapach psa otaczał jego postać aurą. Cóż, futro zawsze pachnie futrem. Wyszedł za pozostałymi z samej przyjemności rozprostowania nóg. Szturchnął Remigiusa dając mu znać, że idzie się rozejrzeć. Na komentarz o bezpieczeństwie uśmiechnął się i poklepał toporki wetknięte za pas, po czym zniknął wśród drzew i księżycowej poświaty.
 
__________________
Kto lubi czytać, ten dokonuje wymiany godzin nudy, które są nieuchronne w życiu, na godziny rozkoszy.
Smirrnov jest offline  
Stary 15-01-2014, 22:15   #7
 
Ratkin's Avatar
 
Kiedy poszczególni pasażerowie żegnali się z członkami swoich świt i zajmowali miejsca w powozie, Hubert spokojnie czekał na zakończenie tego przedstawienia.
Oparty o beczkę z wodą, stał w cieniu pod zadaszeniem jednego z zabudowań pobliskiej stajni. Jego podróżne pakunki, zawinięte w koc i związane na końcach długim skórzanym pasem, wisiały na haku obok. Rosłego mężczyznę okrywał ciężki płaszcz wraz z zaciągniętym na głowę kapturem, którego ogon owijał szyję. Mimo że był wysoki i dobrze zbudowany jak na swoje ewidentnie grubo ponad trzy krzyżyki na karku, za sprawą zielono-brazowego splotu wełny, z jakiego wykonano jego wierzchnie odzienie, ciężko go było dostrzec, przynajmniej dla ludzkich oczu.

Kiedy nadszedł czas, zdjął swoj bagaż i przerzucił przez ramię. Nie śpiesząc się, zbliżył się do powodu pewnym krokiem, nie zatrzymywany przez nikogo. Śmiertelnicy i sługi innych wampirów ustępowali mu drogi nie za sprawą jakiejś czarnej magii, lecz z racji na jego pewność siebie i wrażenie jakie sprawiał.
Konie, choć i tak przywykłe do wożenia wampirów, spokojne dotychczas, zareagowały przyjaźnie na jego gest i dotyk, kiedy je mijał. Kiedy wrzucił swój tobół na dach powozu, poły płaszcza odchyliły się, ukazując na moment rękojeść wiszacego u okutego rycerskiego pasa miecza. Pas, choć był drogo zdobiony w typowo chrześcijańską ornamentykę, trzymał na miejscu broń o rodowodzie raczej wschodnim - ewidentną pamiętkę po krucjatach...

Wszedł do powodu lekko uchylając głowę i zdejmujac kaptur, pod którym jak okazało się, miał jeszcze założoną niedużą czapę. Zasiadając na pozostawionym dla ostatniego pasażera miejscu, ukłonił się tylko lekko ale wyraźnie pozostałym, nie odzwając się jednak wiele, gdyż rzucił tylko -Do waszych usług wielmożni panowie. Wołajcie na mnie prosto - Hubercie. Kiedy osiadł na siedzisku, chcąc niechcąc zawadził nieco najmłodszego, przynajmniej z wyglądu, ze wspóltowarzyszy. Krótkie -Wybacz., bez żadnego tytułu, zakończyło chyba jego zainteresowanie innymi wampirami wewnątrz powozu...

***

Rozmowy jego współtowarzyszy bawiłyby go niezmiernie, gdyby nie fakt, że był z nimi chcąc czy nie chcąc, zobowiązany do współpracy. Wiedział jednak, że dla dobra sprawy, zmuszony jest trzymać swój język za zębami, przynajmniej narazie. Przez reszte podróży starannie omijał wszelkie zaczepki mające na celu wciągnięcie go w rozmowę. Decyzja o tym, gdzie zdecydują się na sen pozostali, mało go obchodziła. Dopiero banialuki padające z ust mądrej głowy rodem z Padwy, spowodowały, że z jego ust wyrwało się drwiące parsknięcie.
Widząc reakcję pozostałych na tak nietaktowne zachowanie, zmuszony był albo przeprosić, a na to sobie pozwolić zwyczajnie nie mogł, lub - iść za ciosem.

-Widzę, że pomimo wieści o lupinach, vis comica nas nie opuszcza...- uśmiechnął się w stronę wyspiarza z klanu róży, jednak tylko delikatnie, by nie odsłonić nie do końca schowanych kłów...
 
__________________
-Only a fool thinks he can escape his past.
-I agree, so I atone for mine.


Sate Pestage and Soontir Fel
Ratkin jest offline  
Stary 18-01-2014, 19:57   #8
 
Porando's Avatar
 
Charles zerknął na swoją śmiertelną towarzyszkę i szepnął jej do ucha: - Emily my dear, please take care of the Charioteer. Make sure he does not eavesdrop us. - Dziewczyna wyszła na zewnątrz, usiadła obok woźnicy i robiąc minę damy w opałach zaczęła swą słodką gadkę. Zagadując tymi kilkoma włoskimi słowami jakie znała, próbowała pochwycić całą jego uwagę, tak by nie podsłuchiwał siedzących w karocy Kainitów. Po paru Wortham chwilach zwrócił się do Kainitów:
- Z racji zagrożenia ze strony Lupinów odczytam ten oto list i go zniszczę, gdy tylko pojawią się wilkołaki, by w razie naszej śmierci nie dostał się w ręce wroga. Gdy odszukamy księcia Modeny zacytuje mu go z pamięci. Myślę że w tej sytuacji doża nie będzie miał nam tego za złe, i tak wiemy co w nim jest. Ktoś jest przeciw?-
nikt nie oponował
Starzec złamał pieczęć wyjętego zza pazuchy listu i odczytał na głos:

LIST DOŻY WENECJI DO KSIĘCIA ROLANDA
Drogie Rolandzie
osoby, które wręczą ci ten list przybywają do Twego miasta z mojego polecenia. Dziwne plotki dochodzą do nas na temat tego, co się dzieje w Twojej domenie. Plotki na tyle niepokojące i groźne, że wraz ze starszymi wszystkich klanów postanowiliśmy sprawę zbadać samodzielnie. Z informacji jakie posiadamy wynika, że na Twoim terytorium działa śmiertelnie groźny łowca. Wiemy o kilku potwierdzonych ostatecznych śmierciach Kanitów. Sposób w jaki tego dokonano sugeruje, że łowca nie tylko czuje się bezkarny, ale i rzuca nam wyzwanie.
Jeżeli nie radzisz sobie z problemem, który wszak może dotyczyć już wkrótce także nas wszystkich, nie ma nic złego w tym, aby zwrócić się o pomoc lub choćby radę. Twoje miasto znajduje się na ruchliwym szlaku, więc łowca stanowi potencjalne zagrożenie także dla przyjezdnych Kainitów, a przecież Twoja rolą jest dbanie o bezpieczeństwo w mieście.
Jeżeli masz jakiekolwiek informacje na temat łowcy przekaż je proszę wysłanym przez nas ludziom. Są to osoby zaufane i wyznaczone do tego, aby sprawę dogłębnie zbadać i rozwiązać w należyty sposób.
Nie traktuj tego jako ingerencję w Twoją domenę, czy też naruszenie interesów. Nasze zainteresowanie wynika tylko i wyłącznie z troski i świadomości zagrożenia, jakie może nieść ze sobą lekceważenie tak poważnej sprawy.

Z poważaniem Agrypa
doża Wenecji.


Oddał list Gerardino.

- Moim zdaniem ci Lupini nie zjawili się tutaj przypadkowo. Powinniśmy rozważyć dwa warianty działania:
pierwszy - jedziemy tak jak mieliśmy jechać, zatrzymujemy się w zajeździe, wpadamy w pułapkę i walczymy z Lupinami. Obijamy im mordy, wiążemy ich krwią i dowiadujemy się kto ich nasłał. Później sami nasyłamy ich na zleceniodawcę. A jak nikt ich nie nasłał to wyślemy ich na to zagrożenie w Modenie. Dobry plan, tylko jest jeden problem. Moją bronią jest pióro, nie miecz. Nie widzę siebie walczącego z wilkołakiem. Umiem strzelać z łuku, każdy Anglik musi umieć, ale co zrobię takiej bestii naostrzonym patykiem? Me klanowe dary, wejrzenie w duszę i wpływ na nią też są bezużyteczne wobec ich pełnej gniewu natury. Mamy naturalną broń, moc krwi i kły, ale oni również je mają i są dużo lepiej wprawieni w ich używaniu. Jeśli uważacie że dacie rade kilku wilkom, bo ja wiem że nie dam, to możemy spróbować.
drugi wariant - olewamy karczmę, jedziemy do Bolonii albo Parmy, oba miejsca są oddalone od Modeny o mniej niż noc drogi pieszo. Zatrzymujemy się tam, czekamy do zmierzchu i maszerujemy do Modeny, dostając się do miasta poprzez wspinaczkę na mury. Tak tak, olewamy tego książęcego pachołka. Rozsądek wskazywałby na Bolonię, studiowałem i wykładałem na tamtejszym uniwersytecie i swego czasu znałem tam wszystkie zaułki. Było to jednak dawno temu, gdy mogłem jeszcze nauczać medycyny za dnia. Teraz wykładam tylko astronomię, gdyż każdy wie że w gwiazdy można się gapić tylko w nocy. Ciągle tam bywam, ale profesorowi nie wypada szlajać się po zaułkach, a na uniwerku ciężko będzie ukryć aż tylu Kainitów. Zresztą myślę że istnieje prawdopodobieństwo, małe ale wciąż duże na tyle by brać je pod uwagę, że nasz wróg kimkolwiek jest, to przewidział i może czekać na nas z zasadzką w Bolonii. Doba dłużej nie zrobi nam różnicy, dlatego proponuję pojechać okrężną drogą, przez Weronę, Brescię, Cremonę i Parmę, zatrzymując się na noc, przepraszam dzień w każdym z tych miast. W mieście, nie w lesie czy zajeździe. Wejdziemy do Modeny wtedy, gdy nasi, powtarzam nasi nie książęcy, śmiertelni słudzy przygotują nam tam schronienie. Rozumiem że macie kogoś takiego?
Gdybym miał tyle mocy w swoich rękach, wybrałbym pierwszy wariant. Niestety nie mam, więc jestem za drugim. A wy? -


Charles jako uczony zawsze przed podjęciem decyzji miał nawyk przeanalizowania i przedyskutowania wszystkich "za" i "przeciw", starał się też myśleć kilka kroków do przodu. Często urządzał podobne dyskusje ze swoimi studentami na uniwersytecie. To jednak nie byli posłuszni studenci a wampiry, w niektórych przypadkach niczym dojrzewający nastoletni młodzieńcy mocno podkreślające swoją niezależność. Nie miał nad nimi żadnego autorytetu, nie doczekał się też zbytniego odzewu. Nie było też czasu na dyskusje - Wszegniew wrócił i opowiedział im o liczbie Lupinów. Wortham poczuł strach, ale ku jego zdziwieniu bardziej o życie Emily niż o swoje. Już miał wygłosić wykład o tym że najrozsądniej byłoby ukryć się w najbliższej wiosce, o tym że wilkołaki zaatakują w dzień i przewrócą karocę oraz że karczmarz-pogański kapłan pewnie jest w zmowie z wilkami, jednak ugryzł się w język. Zdał sobie sprawę, jak bardzo zaczyna popadać w PARANOJĘ. Dopadało go szaleństwo. Nie mógł na to pozwolić! Dała też o sobie znać jego wrodzona naukowa ciekawość - nigdy nie widział wilkołaka, a z chęcią by zobaczył, pomierzył, porobił testy i dokładnie wszystko poopisywał.

- Po namyśle stwierdzam jednak że powinniśmy odwiedzić ten zajazd. All in favor?
 

Ostatnio edytowane przez Porando : 18-01-2014 o 20:08.
Porando jest offline  
Stary 18-01-2014, 21:34   #9
 
TomBurgle's Avatar
 
-Szacowny Charlsie, po co nam tyle hazardu? I kłopotów? I trudów? Moglibyśmy wjechać do miasta razem z przyczepionym nam ogonem, bo pewnie faktycznie jakiś mamy. Tak jak zaplanowali to ludzie Doży, nie narażając nikogo z kompanii, na skakanie przez mury. A także panienki i bagaży. Pożegnajmy drogiego Remigiusa dobrym słowem i kompletem bajań, coby umilić żmudną pracę temu kto będzie go przesłuchiwał. A potem starannie wyszczotkujmy swój ogon z ciągnących się włókien i dopiero skontaktujmy z naszymi sługami. [/i]- Girardino z lekkim uśmiechem poddawał pod rozwagę coraz to nową propozycję.
-Inną kwestią jest czy obawiamy się kogoś od razu po wyruszeniu. Myśl że ktoś ma wobec nas nie najlepsze zamiary jest dość naturalna. Mimo to, wpadanie w paranoję jest niewskazane- tutaj mówca złożył lekki ukłon w stronę Huberta
Po kolejnych minutach i tak przedłużającej się rozmowy wrócił Wszegniew. Po krótkim meldunku nieświadomy złożył własną propozycję. Jego pomysł pozostanie w zajeździe był w smak wszystkim podróżującym którzy raczyli przedstawić swoje myśli. Nawet Charles z jakiegoś powodu porzucił chęć zwiedzania całej okolicy. Girardino pozostało jedynie doprecyzować ustalenie i mogli ruszać.
-Może zatrzymajmy się w zajeździe do poranka?. Zaczekamy tam na ewentualnych gości, a rankiem wyruszymy do Modeny. Jeżeli zdążylibyśmy akurat przed zamknięciem bram, to zatrzymamy się akuratnie o zmierzchu-

Sprawa poszła tak jak chciał; prawdopodobnie jechali prosto w zasadzkę. Teraz pozostała jedynie ta bardziej rozrywkowa cześć. Wiedzieli że mają się jej spodziewać i mieli kilka typów kto mógł ją przygotować. Pozostało jedynie dopilnować żeby być tym, kto po starciu będzie mógł zadawać pytania.
Władza nad światem zawsze spoczywa w rękach ludzi ograniczonych, za to z niezachwianym poczuciem własnej słuszności.
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -

Ostatnio edytowane przez TomBurgle : 18-01-2014 o 21:41.
TomBurgle jest offline  
Stary 19-01-2014, 14:42   #10
 
Wojan's Avatar
 
Wszechgniew
Wszechgniew jako jedyny postanowił sprawdzić, jak dokładnie ma się sprawa z obecnością Lupinów w okolicy. Nos Remigius, to jedno, a fakty i rzeczywistość to drugie. Próżne gadanie niczemu nie służyło dopóki nie stwierdziło się należycie jak wygląda obraz sytuacji.
Ostrożnie zbliżył się do lasu i powoli wszedł w jego skryte w mroku podwoje.
Nie bał się. Strach był dla niego uczuciem już bardzo rzadkim. Czuł jednak że wkracza na teren wroga i że musi zachować ostrożność. Sam był drapieżnikiem, ale ci których mógł mieć ewentualnie za przeciwników byli od niego o wiele silniejsi, zwinniejsi i sztuczniejsi, a na dodatek na pewno mieli przewagę liczebną.
Las o tej porze wcale nie był ciszy i spokojny. Co i rusz z oddali dochodziły odgłosy puchacza lub jakiś tajemniczy szelest liści.
Wszechgniew rozejrzał się wokół, ale już od momentu gdy wkroczył w obręb drzew czuł, że woźnica się nie mylił. Lupini byli blisko. Zdawało mu się nawet przez chwilę, że czuje na sobie ich wzrok. Na szczęście to mu się tylko zdawało.
Upewniwszy się, że jest sam mógł się spokojnie zająć szukaniem śladów. Nie trudno je było znaleźć, gdyż wilkołaki które tutaj były należały do wyjątkowo dużych osobników i zostawiały wyraźne tropy. Było ich czterech. Wszyscy przybrali formę bestii i w tej formie się poruszali. Szli zwartą grupą i na pewno przez jakiś czas obserwowali ich powóz, gdyż przez większość czasu ślady szły równolegle do drogi. Kilkanaście minut zajęło Wszechgniewowi prześledzenie ich trasy.
Wszystko wskazywało na to, że wilczy kwartet pojawił się jakiś pół mili stąd. Pojawił to było dobre słowo, gdyż ślady po prostu w pewnym momencie sę urywały. Podobnie było na drugim końcu ich ścieżki. Kończyły się one niespodziewanie kilkanaście metrów za miejscem, gdzie Remigius zatrzymał powóz.
Wyglądało, więc na to że Lupiny wyszły z Umbry przez jakiś czas obserwowały powóz, po czym ponownie zniknęły w świecie duchów. Wszystko to wyglądało bardzo podejrzenie i Wszechgniew za nic nie mógł uwierzyć, że to spotkanie były li tylko czystym przypadkiem.
Nie mogąc zrobić nic więcej wrócił do grupy, która niecierpliwie czekała przy powozie.

WSZYSCY
Spostrzeżenia, jakich dokonał Wszechgniew dały do zastanowienia wszystkim. Obecność Lupinów na pewno nie była przypadkowa, a przynajmniej takie panowało przekonanie pośród większości grupy. Nie było sensu w tym miejscu roztrząsać, co się dzieje i dlaczego wilkołaki też zainteresowane są tematem. Na pewno więcej informacji zdobędą, gdy przybędą do Modeny.
Remigius ponownie siadł na koźle i pogonił konie. Powóz ruszył wolno naprzód. Wiatr wzmagał się zwiastując, że deszcz się rychło wzmoże.

Powóz toczył się powoli po drodze, a siedzący wewnątrz Kainici mimo wszelkich podejrzeń o zasadzce, postanowili skorzystać z propozycji doży i zatrzymać się w zajeździe “Paulita”
Gdy Remigius otrzymał nowe rozkazy niebawem skręcił w boczną drogę, której stany był jeszcze gorszy niż głównego traktu.
Krople deszcze coraz częściej i mocniej uderzały o dach arki. Stłoczeni na niewielkiej przestrzeni Kainici odczuwali coraz większy dyskomfort podróży. Nie znali się dobrze, a jako drapieżniki nie ufali sobie. Zadanie jakie ich połączyło zaczynało być coraz bardziej tajemnicze i niepokojące. Łowca, który grasował w Modenie musiał być niezwykle mocny, że udał mu się oczyścić miasto z potomków Kaina.
Nagle zmysły wszystkich Kainitów wyostrzyły się, gdyż do ich nozdrzy dotarł swąd, świeżego, ludzkiego ścierwa.
- Czujecie? - krzyknął woźnica - Zbliżamy się do alei wisielców. Tu miejscowy wójt kazał wieszać wszystkich przestępców. Tutaj łączą się dwa ważne szlaki i ponoć to ku przestrodze mają tu wisieć.
Konie zarżały niespokojnie, ale się nie spłoszyły. Remigius panował nad nimi doskonale.
Gdy powóz mijał wysoki dąb, sługa Agrypy specjalnie zwolnił, aby Kainici mogli przyjrzeć się z bliska wisielcom.
Była ich czwórka. Trzech mężczyzn i kobieta. Młoda niewiasta o niecodziennej urodzie. Na jej twarzy panował kompletny spokój, jakby ani kat, ani okoliczności śmierci nie robiły na niej wrażenia. Umarła całkowicie pogodzona z losem. Dwaj mężczyźni wyglądali na braci, albo bliski kuzynów. Sądząc po ich aparycji i stroju byli zwykłymi złodziejami lub rzezimieszkami. Musieli wisieć tutaj już kilka tygodni, gdyż kruki wydziobały im już ponad połowę twarza, a i w klace piersiowej mieli już znaczne ubytki mięśni.
Ostatni mężczyzna najbardziej zainteresował Kainitów. Był to człowiek w średnim wieku o bujnej blond czuprynie i elegancko przystrzyżonej brodzie. Jako jedyny został obdarty z szat i koszuli. Wisiał jedynie w podartych kalesonach, które raczej nie były jego własnością, gdyż były zdecydowanie za duże, jak na niego.
Nie to jednak wzbudziło czujność i uwagę wampirów z arki. Ich wzrok skupił się na jego piesi, gdzie wypalone było piętno o runiczny kształcie.
Ochrony run miał kumulować na sobie wszelką negatywną energię, czary i klątwy. Jak widać nie za bardzo pomógł on mężczyźnie i nie uchronił go przed wisielczym sznurem.


Zajazd “Paulita”
Powóz zatrzymał się w końcu przed zajazdem. Kainici czekali, aż Remigius wszystko sprawdzi i przygotuje dla nich kwatery. Stojąc na dziedzińcu przed budynkiem karczmy, wszyscy członkowie wyprawy rozglądali się wokół z wielką uwagą. Nie dostrzegli nic niepokojącego, ale wcale nie poprawiło im to humorów. Poza nimi w zajeździe było około sześciu podróżnych. Jeden kupiec z trzyosobową rodziną oraz dwóch młodych kawalerów, którzy wyglądali na szlachetnie urodzonych.
Remigius wrócił po krótkiej chwili z niezbyt radosnymi wieściami:
- Panowie - zaczął niepewnie - Okazuje się, że Thresu gdzieś wyjechał. Ponoć parę dni temu. Jego sługa Alberto mówi, że był strasznie czymś zaniepokojony. Ponoć miał go odwiedzić jakiś bliski przyjaciel, ale nie przybył na czas. Thresu bardzo się tym zaniepokoił i ruszył go odszukać. Alberto to dobry człowiek, niestety nie jest tak wtajemniczony, jak Thresu ale za odpowiednią zapłatę nie będzie zadawał pytań. Już wszystko załatwione i kwatery już są przygotowywane.
Będę czuwał przez dzień, coby nikt panów nie niepokoił.

Kainici sprawdzili jeszcze raz teren, po czym udali się do przygotowanych na poddaszu pokoi. Okna były w nich zamurowane, a drzwi zamykane na solidny skobel. Wystrój był surowy i bardzo spartański, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. Wszyscy zajęli swoje pokoje, a Remigius zszedł na dół, aby pilnować spokoju i aby mieć baczenie na wszystko.


***

Pierwsze tchnienie zmierzchu
Dzień minął spokojnie. Gdy tylko słońce poczęło chować się za horyzont i mrok zaczął spowijać ziemię, Remigius miał zamiar ruszyć na górę, aby zbudzić swych tymczasowych panów. Nie dane mu to było, gdyż na jego drodze stanął wysoki, barczysty mężczyzna. Ostre rysy twarzy, gęsty zarost, długie kręcone włosy, a przede wszystkim zapach jaki wokół siebie roztaczał wskazywały jasno, że nie jest on w pełni człowiekiem.
- Przekaż swoim panom, że chce się z nimi spotkać. I niech się nie boją, nie mam złych zamiarów chce tylko porozmawiać - tutaj zawiesił głos i rozejrzał się czujnie wokół i dokończył cicho - o Modenie.
Sługa doży Wenecji zmierzył go od stóp do głów i bez słowa ruszył na górę.
- Będę czekał na majdanie - krzyknął za nim mężczyzna - Niech nic nie kombinują.

Wiadomość, jaką przyniósł Remigius zelektryzowała Kainitów. Jednak logika podpowiadała, że to nie może być zasadzka. Gdyby Lupini faktycznie chcieli ich zaatakować, zrobiliby to w ciągu dnia, a nie o zmierzchu.
Cała grupa wyszła, więc na zewnątrz, aby stanąć twarzą w twarz ze swym największym wrogiem.

Lupin ukłonił się dworsko przed grupą Kainitów.
- Witajcie - rzekł sucho - Schowajcie kły i posłuchajcie, co ma do powiedzenia. W Modenie dzieje się, coś nie dobrego. I dla was i dla nas. Wieść głosi, że w mieście nie ma ani jednego wampira, a ulice i okolice miasta patrolują specjalne oddziały. Nie wiem kto za tym stoi, ale wszystko wskazuje na to, że to potężny człowiek, który ma dalekosiężne plany. Wasz przywódca zignorował nasz apel. Zapewne uznał, że nie ma co dyskutować ze zwierzętami. Wierzę, że wy będziecie mieli więcej rozumu. Chcę, żebyście wiedzieli, że ja i moja sfora jesteśmy skłonni wam pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba. Jest to niejako w naszym wspólnym interesie. Zapewne musicie się naradzić. Rozumiem to i szanuję. Niezależnie od waszej odpowiedzi mam wam przekazać to.
Lupin wyciągnął z kieszeni prosty, drewniany gwizdek.
- Gdybyście chcieli jeszcze porozmawiać lub potrzebowali nas, zagwiżdżcie. Ktoś z naszych na pewno przybędzie. Bywajcie.
Lupin skłonił się nisko i ruszył w stronę lasu.


Przed bramami Modeny
Podróż do Modeny minęła już bez większych atrakcji. Remigius zwolnił jakąś milę przed miastem i zapytał:
- Panowie chciałem zapytać, jak wjeżdżamy do miasta. Na północnej bramie powinien stać znajomy patrol. Wystarczy go przekupić i będziemy mogli wjechać. Możemy też czekać do otwarcia bram i wjechać wraz ze wszystkimi innymi podróżnymi. Oczywiście wtedy już będzie świt i to może stanowić dla panów problem. Co mam w takim razie zrobić?
 
Wojan jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:30.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168