Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-07-2016, 18:46   #1
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 
[D&D 4.0, FR] Oda do Nowego Świata [18+]



Akt I
Pierwszy Wstrząs

24 Eleasias 1479RD
Królewski Las
Wieczór


Biegł przed siebie. Otaczał go rzucający niepokojące cienie las. Powietrze było ciężkie i miało słodkawą woń. Jego buty zagłębiały się głęboko w wilgotną glebę, zdradzając swą lokację wszystkim okolicznym zwierzętom. Dyszał ciężko, ponieważ uciekał już dobre kilka minut, a drzew nie było końca. Jego pokryta drobnymi rankami skóra lśniła potem. Uparcie przeskakiwał nad wystającymi korzeniami chcącymi powalić nieproszonego gościa. Grunt pod jego nogami zdecydowanie z nimi współpracował - poślizgnął się, gdy miał odbić w lewo i, wypowiedziawszy siarczyste przekleństwo, padł jak długi na ziemię, sunąć po niej przez dwa szybkie uderzenia serca jak po lodzie.

Przewrócił się na brzuch i wstał. Czuł wszechogarniający strach. Widział przemykające wśród ciemnych pni cienie, czemu gościł złowrogi szelest liści. Jeszcze raz przeklął swój los i popędził dalej, wcześniej zbierając swój rashemicki topór z ziemi. Chciał ostrzec mieszkańców Eveningstar o mieszkającym w Królewskim Lesie potworze.

I o tym, jak samotnie pokonał jego towarzyszy.

Było ich sześcioro - wszyscy gotowi na nową przygodę i podążeniem za plotką mówiącą o tajemniczych, ponoć starożytnych ruinach, które pojawiły się znikąd. Nie podzielał jednak ekscytacji swoich przyjaciół, a kiedy ich ostrzegł przed niebezpieczeństwem - wyśmiali go. Choć miał złe przeczucia, to nie zamierzał ich porzucać. A teraz Shaumar, bowiem tak się nazywał, uciekał w hańbie przed nieznanym niebezpieczeństwem.

Jednak bezpieczeństwo osady było ważniejsze.

Zatrzymał się gwałtownie, gdy przed sobą ujrzał młodą dziewczynę o dużych, szarych oczach i gęstych złocistych włosach kojarzących się z kolorem dojrzałego zboża. Stała w środku lasu całkiem sama mając na sobie jedynie białą prostą szatę. Wymienili zaskoczone spojrzenia, lecz jej wyraz twarzy nagle stał się bardzo dziwny.
- Uciekaj! - krzyknął do niej Shaumar - Tu coś…
- Nie! - złapała się za głowę, a w jej oczach skupionych na czymś za mężczyzną wymalowało się żywe przerażenie.

Rashemita odwrócił się za siebie...
… i po chwili leżał martwy na ziemi z rozoraną twarzą.


Kilka dni później…


Masywne, dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się przed nią, nim ta w ogóle zdążyła ich dotknąć. Wzdrygnęła się mimowolnie, choć wiedziała, iż Mistrz wyczuje jej obecność w tym miejscu gdziekolwiek by nie stała. Potrząsnęła głową, sprawdzając czy raport dalej się znajduje w jej rękach po czym przeszła przez próg.
Była to mała sala audiencyjna przeznaczona tylko dla niej. Czekało na nią wygodne krzesło zaraz przy stoliku noszącym na sobie zwyczajową miskę z ciasteczkami oraz butelkę doskonałego wina. Naprzeciw siedział już oczekujący na nią mężczyzna. Jego wzrok uważnie przyglądał się jej idealnej, elfiej figurze, a wygięte wargi zdecydowanie świadczyły o tym, iż podoba mu się to, co widzi.
Uśmiechnęła się w samozadowoleniu. Wiedziała, że była piękna, ale nie miała zamiaru świecić jedynie urodą - miała wrodzony talent do zbierania informacji. Dlatego została wybrana przez swego mistrza. Była nieco niespokojna w jego obecności, choć była jego kochanką. Jej wyczulone na magię zmysły zawsze krzyczały, gdy się do niego zbliżała. Otaczała go aura tajemnej mocy - temu nie dało się zaprzeczyć. Ukłoniła się lekko i usiadła na przeznaczonym dla siebie miejscu. Przełożyła za ucho niesforny kosmyk swych kasztanowych włosów, a następnie położyła na stole raport.
Mistrz wcale nie wziął go do ręki, jedynie na niego spojrzał. Pojawiły się przed nim dwa kielichy i nalał do nich wina. Jeden z nich podał elfce.
- Wyślij nowych rekrutów - powiedział spokojnie mężczyzna po długiej chwili ciszy.
Kobieta aż się zachłysnęła.
- Ale… To wbrew zasadom! - wydusiła z siebie nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
- Daję ci rozkaz - położył nacisk na ostatnie z tych trzech słów - Postaw Radę przed faktem dokonanym. Akcja jest potrzebna w tym momencie.
- Rozumiem. W takim razie ruszam natychmiast - rzekła, choć nie potrafiła ukryć zdziwienia. Postanowiła mu jednak zaufać.

Tak jak to zawsze czyniła.



16 Eleint 1479RD
Burzowe Rogi
Wieczór


Promienie zachodzącego słońca radośnie rozjaśniały zachodnie niebo barwami fioletu, różu i czerwieni, tworząc w ten sposób zapierający dech w piersiach obraz inspirujący artystów do tworzenia wspaniałych dzieł. Był to również znak dla zwykłych ludzi zwiastujący koniec dnia roboczego oraz dla podróżników, by zaczęli rozglądać się za schronieniem, ponieważ niezamieszkane tereny, zwłaszcza pod osłoną nocy, bywały niebezpieczne.


Karawana złożona z czterech solidnych drewnianych wozów zaprzężonych w zdrowe sembijskie konie wytoczyła się leniwie zza kolejnego wzniesienia zdobiącego nieco zaniedbany trakt przez Burzowe Rogi. Wysokie skalne iglice pięły się wzdłuż ścieżki jak obserwujący przybyszów potężni strażnicy, gotowi zareagować na każdy przejaw wrogości wobec Cormyru. Trzeszczenie kół odbijało się od nich i wracało ze zwielokrotnioną siłą, potęgowaną przez wydłużające się cienie, przez co panowała pewna atmosfera niepokoju.
Taeghen Laelithar, właściciel karawany wiozącej “towary wszelakie i nietypowe”, jak to często raczył określać, siedział cały spięty na koźle pierwszego wozu. Jego szpiczaste uszy zdawały się być gotowe wychwycić każdy nawet najcichszy szmer niepasujący do dźwięków należących do niego pojazdów czy wynajętych ludzi. Długie czerwone włosy rzucił za siebie, by mu nie przeszkadzały w przeczesywaniu okolicy swymi wściekle niebieskimi oczami. Lewą dłonią kontrolował ruch zwierząt, a prawą trzymał na schowanej za sobą naładowanej kuszy.
Mimo możliwości ataku bandytów lub innych stworzeń, nie nosił na sobie pancerza. Był bowiem tylko zwykłym kupcem podróżującym na trakcie handlowym z Wrót Baldura do Suzail, co podkreślało jego porządnie wykonane, prawdopodobnie szyte na miarę ubranie. Od walki miał wynajętych we Wrotach najemników z kompanii Krwawego Kła. Wzdłuż wozów szło kilkunastu zbrojnych, każdy wyposażony w broń, którą walczył najlepiej. Cenił ich przede wszystkim za całkowitą, choć kosztowną lojalność oraz doświadczenie w walce. Elf nie miał jednak pojęcia, że wśród strażników znajdują się znacznie lepiej wyszkoleni agenci Paktu Czarnej Krwi, co zdecydowanie działało na ich korzyść, ponieważ ich pierwsza misja miała być przeprowadzona incognito.
Szczegóły zadania wydawały się proste - przeprowadzić rozpoznanie i rozwiązać nękający mieszkańców Eveningstar problem. Zdawałoby się, że nie będzie potrzebny nikt wyższy szczeblem przy wykonywaniu tego zlecenia, a jednak podróżował z nimi Lander Stormwind. Jego naznaczona bliznami twarz zdradzała napięcie, co idealnie podkreślał mocno ściskany w jego rękach oręż - długi miecz oraz topór. Pod tabardem z symbolami mającymi znaczenie tylko dla niego cicho grzechotała kolczuga, która uratowała mu życie już w wielu bitwach. Czerwona peleryna oraz długie włosy w kolorze blond powiewały na dmącym przez dolinę wietrze. Wyglądał jak ktoś ważny - i faktycznie taki był, ponieważ przewodził całej grupie najemnej i był przełożonym całej czwórki agentów podróżujących razem z nim. Szedł na przedzie pochodu, zaraz obok koni. Miał sprawdzić zdolności współpracy podlegającej mu grupy, a następnie udać się do Arabel, by przeprowadzić kontrolę tamtejszej siedziby Paktu. Niepokoiło go coś, czego nie potrafił nazwać? Przeczucie? Intuicja potrafiła być jednocześnie zbawieniem, jak i zgubą, a wiedział o tym każdy wojownik.
Cała Arteria została przydzielona do eskortowana pierwszego wozu wiozącego kupca oraz jego najcenniejsze towary. Sven, zwany “Chudziejem”, ciężko stawiał kroki, powoli tracąc siły na dalszą wędrówkę. Pancerz zaczął przyciągać go do ziemi, a jego półtorak oraz tarcza zdawały się stawać coraz cięższe. Dziękował wszystkim bogom za to, że powoli nadchodził zmierzch i przeklinał pod nosem swój wiek. Thalakos Focar, który kazał na siebie mówić “Karmazynowy Książę”, przedstawiał sobą obraz zupełnie odwrotny. Był młody i pełen energii, dumnie maszerował w godny wojskowego dowódcy sposób, nie dając po sobie pokazać jakiejkolwiek słabości wobec innych najemników, choć w głębi też powoli zaczął odczuwać cień zmęczenia. Jednak bez względu na to wszystko - obaj uważnie obserwowali drogę oraz tereny nad sobą. Mieli przed sobą obraz przytulnych kwater, bowiem według zapewnień Taeghena, powinni dotrzeć do Twierdzy Wysoki Róg w ciągu najbliższej godziny, dlatego też nie zatrzymywali się w Orlim Gnieździe leżącym przed Burzowymi Rogami, nieopodal głównej drogi.
W całej grupie były tylko dwie kobiety - i tylko jedna z nich była człowiekiem. Pierwszą była złotowłosa łuczniczka z całym arsenałem różnorakich strzał, która na ramieniu miała przepaskę medyka. Drugą była Clove Sharp. Zmiennokształtna często czuła, jak zatrzymują się na niej pożądliwe spojrzenia mężczyzn idących za nią, przez co nie jeden raz wywracała oczami w irytacji. Sytuacja trochę się zmieniła, kiedy w środku podróży dopadła ją gorączka. Nie będąc zdolna do poruszania się o własnych siłach, zrobiono jej miejsce na pierwszym wozie, by odpoczęła. Przez długi czas majaczyła i dużo spała, przyprawiając Landera o kilka nowych zmartwień. W tym czasie zajmowała się nią mająca nie więcej niż czternaście wiosen córka elfa będąca… człowiekiem. Clove dopiero niedawno poczuła się lepiej, jednak Taeghen był zgodny z Lialdą (bo tak miała ta dziewczynka na imię), że powinna zostać na wozie i odzyskiwać siły. Upór strażniczki nie pozwalał na taki stan rzeczy, jednak argument, że to zaszkodzi nie tylko jej, ale również wszystkim pozostałym, postawił ją do pionu. Pozwalając sobie pójść na kompromis, siedział na tyłach pojazdu i obserwowała już przebytą ścieżkę, mając oczywiście broń w pogotowiu.
Minęła krótka chwila. Wysłany naprzód w celu przeprowadzenia zwiadu Sarian Thann wracał truchtem w stronę karawany, by złożyć raport. Niesione przez niego złe wieści malowały na jego twarzy ponury wyraz. Jego nastrój udzielił się to również Taeghenowi oraz Landerowi, którzy popatrzyli po sobie najpierw w konsternacji, a później w zrozumieniu.
- Zawalona głazami droga i kotlina w poblizu? - mruknął jakby do siebie elf.
- Zbyt dobre miejsce na zasadzkę, zwłaszcza że ponoć ludzie przejdą po tym po prostej wspinaczce, a wozy będą musiały zostać - skwitował weteran Paktu.
- Jednak rozłożenie obozu na gościńcu to głupota. Rozbijemy go w tej kotlinie… I podwoimy straże - wydał komendę do pozostałych - A następnie albo zrobimy nawrót do Orlego Gniazda, albo wyślemy kogoś do Twierdzy, by się jakiś mag tym zajął.
Wątpiący w słuszność decyzji elfa Lander nie odpowiedział nic.


Kotlina, o której wspomniał Sarian, była całkiem duża - wystarczająco, by pomieścić na swoim terenie spory batalion żołnierzy. Prowadziła do niej wąska gardziel o szerokości stanowiąca bardzo dobry punkt obronny. Strzegło jej teraz ośmiu ludzi. Korona skał i iglic okalała skalistą polanę, nie dając jednak żadnej ochrony przed deszczem czy wiatrem. Wybrano ją jednak, ponieważ słyszało się, że nocami jakieś dziwnie bestie przemykają gościńcem wychodząc na żer.
Rozpalono trzy ogniska, by odgonić mrok goszczący w ich tymczasowym schronieniu. Na skalnych ścianach w groteskowy sposób tańczyły cienie siedzących przy ogniu podróżników. Atmosfera z niewiadomych powodów była ciężka, przypuszczalnie spowodowana podejrzeniami wobec dziwnej lawiny. Każdy trzymał broń w pogotowiu i był w stanie gotowości bojowej.
Taeghen oraz Lialda siedzieli wśród niewielkiej, otaczającej jedno z ognisk grupy najemników. Jeden z nich, wysoki mężczyzna z długą siwą brodą przywodzącą na myśl czarodziejów, właśnie opowiadał różne historię ze swych rodzinnych stron, ku uciesze pozostałych. Było to ich typowe zajęcie, kiedy nie mieli nic do roboty. Można było to określić również jako rytuał. Oczywiście mogli jeszcze ostrzyć broń, ale to dało się robić również w trakcie słuchania.
Agenci Paktu wraz z Landerem zebrali się przy innym ognisku by móc odpocząć w jego cieple. Przypadła im ostatnia warta obozowa, więc przynajmniej chwila snu zawsze była wskazana. Stormwind obserwował ich zmęczone twarze przed dłuższą chwilę, po czym potrząsnął głową, by odgonić przyjemną wizję spoczynku. Musiał coś przedyskutować ze swoimi towarzyszami i uznał, że jest to najodpowiedniejszy moment. Nachylił się konspiracyjnie i zniżył głos.
- Według informacji, które otrzymaliście w Gnieździe Feniksa, w Arabel powinna być siedziba naszej organizacji - powiedział im - Problem polega na tym, że od jakiegoś czasu nie otrzymujemy meldunków ani z siedziby, ani od pozostałych Arterii na terenie Cormyru. Jeśli wszystko dobrze pójdzie w Eveningstar, to waszą kolejną misją będzie zbadanie sprawy w Arabel.
- Zaś co do aktualnego zlecenia - kontynuował nieco żywiej - W twierdzy oraz w samej osadzie powinniście znaleźć wystarczająco dużo plotek, by zainteresować się sprawą. Sugeruję najpierw udać się do tamtejszego burmistrza, sołtysa, radnego, cokolwiek tam mają - machnął ręką, zbywając temat zastanawiania się nad nazwą przywódcy jakiejś zwykłej osady - A później zacząć dochodzenie. Prawdę mówiąc uważam, że rzucili was na głęboką wodę, ale ufam, że sobie poradzicie.
- Macie jakieś pytania? Nie licząc oczywiście tego, że ta lawina, dajcie bogowie, bym się mylił, nie była naturalna?
 

Ostatnio edytowane przez Flamedancer : 05-07-2016 o 18:52.
Flamedancer jest offline  
Stary 10-07-2016, 12:42   #2
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Wędrówka była mniej uciążliwa co nużąca. Takie było życie podróżnych. Pomimo widoków oferowanych przez Burzowe Rogi, pomimo zachodu słońca świetliście złocącego brzegi postrzępionych szczytów rutyna pięknego krajobrazu ustępowała powszedniejszej rutynie drętwiejących mięśni i pęcherzy na stopach i ciężaru niesionego oręża i odleżyn od spania prawie że na skalistym podłożu.

Na tle obrazu jednostajnego zmęczenia zdecydowanie wyróżniali się członkowie Paktu. Przewodzący im, najbardziej doświadczony blond włosy wojownik o latach doświadczenia wyżłobionych na twarzy orężem jak dłutem był niewątpliwie pierwszy widokiem, ze swoją powiewającą na górskim wietrze peleryną. Ironicznie, nie był w tym jedyny.

Na pewno kunsztowna peleryna – jedyny zadbany element wyposażenia i wystroju Karmazynowego Księcia – miała wpływ na jego miano... przydomek? Brzmiało to jak stary żart, albo może świeży żart i na pewno znał go każdy, kto w przeciągu ostatniego roku był w Gnieździe Feniksa. Tylko sam wyszydzony patetycznym przezwiskiem nie chciał się śmiać i obrał je z dumą, każdemu przedstawiając się jako Karmazynowy Książę. Imię jego znali chyba tylko przełożeni z Paktu.

Wyniosłe i lakoniczne zachowanie były tylko kolejnym z dziwnych elementów układanki, jaką mógł być mężczyzna. Łuskowa zbroja i zasłaniający twarz prawie całą hełm bez przyłbicy były wykute na wschodzie, skąd mężczyzna pochodził, wnosząc po akcencie, materiale również karmazynowej tuniki i czarnych nogawic i jego śniadej, orzechowej cerze. Dla kogoś kto wiedział więcej, widziane przy postoju przekłute uszy, gdy leżał nonszalancko na boku (jak gdyby z przyzwyczajenia od leżenia na poduszkach) i wpatrywał w ognisko lub bezmiar gór prawie czarnymi oczyma – wszystkie te rzeczy jasno wskazywały, że pochodził z Thay...

Wydawał się nie zainteresowany swoimi towarzyszami i karawaną, a cała jego bytność emanowały głęboko zagrzebaną pychą i zniechęceniem wszystkim. Szczęśliwie, nie przelewało się to do dyskusji, ilekroć był w jakikolwiek sposób zaczepiony czy zapytany. Sam Książę nie inicjował konwersacji.

W pierwszych dniach bystrzejsi mogli za to spostrzec, że czas pewien, każdą jedną osobę z Paktu przez pewien czas bardzo intensywnie obserwował.

Była to już jednak przeszłość pierwszych dni. Wędrówka była bardziej uciążliwa niż nużąca...
Wówczas napotkali osuwisko, lecz jako tylko podróżni, pomimo widoków oferowanych przez Burzowe Rogi, w rutynie rozpalili ognisko i rozwinęli obozowisko, by zapomnieć o drętwiejących mięśniach i pęcherzach na stopach i ciężarze niesionego oręża i odleżynach od... Nie, odleżyny dopiero miały wrócić.

Jeśli, nieświadomi zagrożenia wędrowcy, nie dołączą we śnie do ciał, pośród których nieopatrznie legli...
 
__________________
Nikt nie traktuje mnie poważnie!
-2- jest offline  
Stary 12-07-2016, 21:40   #3
INNA
 
Nami's Avatar
 

Podróżująca wraz z liczną grupą dzielnych mężczyzn, wyróżniała się aż nadto. Nie była to wyłacznie różnica na tle płci, ale również i rasy. W tłumie ludzi różnice w wyglądzie uwypuklały się nadmiernie, nie dając żadnych wątpliwości co do odmiennego pochodzenia kobiety. Kobieta miała smukłą, trójkątną twarz jak i duże, wilcze i ciemne oczy z czarną obwolutą i długim wachlarzem rzęs, osadzone między płaskim nosem rozszerzającym się ku nasadzie oraz ciemne, krzaczaste brwi od linii wewnętrznego kącika oka do zewnętrznego, ułożone po skosie, biegnące ku skroni. Jej włosy były nadzwyczaj gęste i długie, niespięte sięgały do talii. Ich brązowy odcień w świetle promieni słonecznych zyskiwał kasztanowych, rudawych blasków, którymi się mienił. Pod płaskim noskiem usadowione były pełne i wyraziste usta, koloru ciemnej brzoskwini. Zza krągłych warg wyłaniały się wiecznie widoczne, białe kiły, które nadawały wyrazowi jej twarzy odrobinę zwierzęcej dzikości i uroku. Były najbardziej charakterystyczne, tuż obok nienaturalnie dużych oczów i spłaszczonego nosa.
Clove była kobietą o średnim wzroście, lekko przewyższając metr siedemdziesiąt. Jej budowa ciała była silna i umięśniona, co nadawało jej wagi do ponad sześćdziesięciu kilogramów. Miała średniej wielkości, raczej niewielkie acz okrągłe piersi, płaski brzuch i brak wyraźnie zarysowanej talii. Jej uda i łydki były wystarczająco umięśnione, aby podczas wysiłku był widoczny ich zarys. Podobnie sprawa miała się z ramionami. Cera dziewczyny była ciemniejsza, śniada. Ogólnie Clove robiła wrażenie silnej i nieokrzesanej osoby, cichej, dzikiej i wiecznie warczącej, szczerzącej zwierzęce kły. Momentami jej postawa ciała była lekko pochylona ku przodowi, a górna szczęka zdecydowanie wysunięta na przód.
Ubrana była lekko, w futrzaną, lekką zbroję, długie skórzane buty do połowy łydek oraz przepaskę przez biodra, długości do połowy ud. Uzbrojona była w długie ostrze w pochwie przy boku oraz ciężką, potężną tarczę, z symbolem księżyca. Co bystrzejsze oczy mogły odczytać w tym symbol religijny lub po prostu jakieś wilkołacze upodobania. Likantropka czasami pachniała jak ostra przyprawa, zaś innym razem jak zmokły pies. Tak czy owak, osobom nielubiącym zwierząt, ciężko było ją zaakceptować, a sama oryginalność wśród tłumów, przyciągała ciekawskie spojrzenia.

Przez pierwsze dni Clove szła blisko Landera. Początkowo nie wzbudzało to żadnego zaciekawienia, gdyby nie fakt, że ukradkowo na niego spoglądała. A może jednak po prostu rozglądała się po otoczeniu? Była czujna i co chwila poruszała noskiem chłonąc zapachy z każdej strony. Wielkie oczy wszędzie zatrzymywały swe badawcze spojrzenie, wszystko ją ciekawiło, jakby po raz pierwszy ujrzała świat. Jej zachowanie było nietypowe, dziwne, nieludzkie i… Całkowicie odmienne. Gdy nie szła obok Landera, pilnowała tyłów pochodu, wiecznie czujna, z uszami postawionymi na sztorc, których płatki nierzadko drgały podczas nasłuchiwania. Po paru dniach Clove zaczęła odczuwać duszności oraz dręczyła ją wysoka temperatura. Każdego ranka rozmawiała z Landerem, czym nie zyskiwała zaufania wśród innych członków Paktu. Kiedy zachorowała, zapewne wielu z nich wzięła irytacja, na samą myśl o tym, jak ulgowo jest traktowana. Opiekun Pakcich-Dzieci nie chciał ustąpić jej uporowi i siłą oraz rozkazem zatrzymał na wozie. Clove drżała bardzo często, gdyż napadom gorąca towarzyszyły zimne dreszcze. Jej oczy były zmrużone, a uszy nie sterczały już tak wysoko, jak zawsze. Kiedy zasypiała, budziła się już po godzinie, zlana potem i przerażona. Nie rozmawiała z nikim, prócz Landerem. Bez wątpienia coś jej dolegało, coś trapiło i coś zdecydowanie było nie tak. Nie każdy tylko mógł mieć pewność, co się działo.
Rzekoma choroba ustąpiła po niecałej dobie. Nikt jeszcze nie widział, by ktoś ozdrowiał w tak krótkim czasie, co też znowu nasuwało parę pytań.

Wędrówka była naprawdę długa, lecz dla Zmiennokształtnej całkiem przyjemna. Zwiedzanie świata, jakiego jeszcze nie znała, zaspokajało jej wrodzoną ciekawość. Wszystkie zniszczenia, suche ziemie, nowe pędy roślin, przerażona zwierzyna, zasnuty ciemnymi chmurami księżyc, miliony gwiazd… Czuła się, jakby widziała to pierwszy raz w życiu, jakby bardzo dawno temu jej zwierzęca, zakończona pazurami stopa, stąpała po tej ziemi. Tej, ale mimo wszystko bardzo odmiennej. Gdy tylko powstała na nogi, nie zagaiła do Landera ani razu, nie podeszła do niego, nie zbliżyła się od tej strony, po której on stał. Jej zupełnie różne zachowania, całkiem sobie przeczące, nasuwały różne porównania, niektóre prześmiewcze, a właściwie - takie w większości. W jej oczach iskrzyło coś, co widoczne bywało wyłącznie u dzieci stawiających pierwsze kroki. Jej usta śmiały się bezgłośnie, wystawiając na pokaz zwierzęce kły. Wydawała się być miła, sympatyczna… zagubiona? Niedookreślenia.

Obóz w kotlinie był tylko kolejnym przystankiem w drodze do celu. Mimo wszystko, niespodziewane zdarzenia wywoływały niepokój i nie pozwalały zmęczonym powiekom pogrążyć umysłu we śnie. Clove usiadła przy ognisku wraz z innymi członkami Paktu, choć słuchem była przy innym skupisku ludzi, gdzie starszy człowiek opowiadał historie. Kobieta zdawała się być tym bardzo zafascynowana, póki Lander nie przerwał ciszy swoją konspiracyjną przemową.
- Władza często zataja niewygodne dla siebie fakty - zaczęła Clove, siedząc po turecku i speszyła się lekko, gdy spojrzenie innych spoczęło na niej. Odchrząknęła cicho - Wystarczy, że jedna osoba do niego zajrzy, taka która wzbudza zaufanie i widać na niej życiowe doświadczenie oraz trudy życia. Reszta bez większego trudu zakręci się na targu, w karczmie a nawet w klasztorze - zrobiła pauzę, a na jej dolnej wardze spoczął lewy kieł, wystający z jej szczęki. Nie przejmowała się tym za specjalnie, po prostu zamyśliła na chwilę pocierając palcem o płaski nos.
“Doświadczenie oraz trudy życia, ta?” pomyślał sobie Sven, obrzucając wyznaczoną mu przez nowe zwierzchnictwo towarzyszkę drogi spojrzeniem, z którego nawet najlepszy śledczy nic by nie wyczytał “Ciekawe bardzo, kogo masz na myśli.”.
Milczał jednak, nie przerywając brązowowłosej. Nie był człowiekiem, który lubił wdawać się w próżne dyskusje. Póki co nikt nie powiedział wprost, że to on ma zająć się przepytaniem sołtysa, więc nie było sensu się oburzać ani samemu poruszać tej kwestii. Jeśli faktycznie ktoś go zaproponuje do tego zadania, wtedy grzecznie odpowie, że może i doświadczenie oraz trudy są na nim aż nadto widoczne, lecz szczerze wątpi by taki stary, zgięty ciężarem walk i mordu najemnik nadawał się do ciągnięcia za język lokalnych władz. Z pewnością Krasny (jak w myślach nauczył się nazywać mężczyznę, który kazał się nazywać Karmazynowym czymśtam) poradzi sobie z tym zadaniem dużo lepiej.
- Co do Arabel…. - kontynuowała dalej Clove - To to już jest bardziej niepokojące. Zdrada, albo zgładzenie. Mimo wszystko, obydwa zadania mogą być ze sobą powiązane - wzrok kobiety począł błądzić po zgromadzonych, jakby starała się wymusić na nich jakąś inicjatywę lub po prostu sprawdzić reakcję.
- Nie sądzę, żeby ktoś był na tyle głupi, żeby zdradzić pakt… Każdy wie jak to by się dla niego skończyło - Powiedział Sarian nie przerywając czyszczenia swojego miecza. - Coś się musiało stać. Jak długo nie otrzymujemy od nich żadnych raportów? - Spytał dowódcy.
Lander aprobująco kiwnął głową w stronę Clove, po czym podrapał się po kilkudniowej brodzie, zastanawiając się nad pytaniem tropiciela.
- Dobry miesiąc, jeśli nie dłużej. Raporty składane są co dwa tygodnie, najczęściej wraz z pieniędzmi za wykonane zlecenia - odpowiedział - Zdrada nie wchodzi w grę, ponieważ wedle moich informacji była to jedna z najlojalniejszych komórek, jakie mieliśmy. Zgładzenie... nie wierzę w to. Mieliśmy zezwolenie na działanie na obszarze Cormyru. Zastanawiam się nad tym, co tam się mogło wydarzyć. Musiała zajść jakaś dziwna okoliczność, która doprowadziła do tego stanu rzeczy.
“Lojalność… naprawdę w nią wierzy?” zdziwił się w myślach Sven, spoglądając na swego dowódcę, w którym widział przecież doświadczonego żołnierza. Nie w jego gestii leżało podważanie słów zwierzchnika, lecz Chudziej dobrze wiedział, że ludzi naprawdę nieprzekupnych jest niewielu. Większość z tych, którzy są za takich uważani, po prostu nie spotkała się jeszcze z wystarczająco hojną ofertą.
Zwiadowca zamyślił się.
- A czy ostatnie raporty mówią o czymś niepokojącym? Na pewno wspomnieli by o tym. Nie wierzę, że cały oddział znika ot tak... - dopytał Sarian
- Nigdy nie można wykluczyć żadnej opcji, czasami dzieją się rzeczy nie do przewidzenia - odparła jedynie likantropka, nie wdając się w żadne szczegóły. Jej ramiona uniosły się kiedy brała wdech, a przyszło jej to z trudem. Bez większego zainteresowania otaczającymi ją ludźmi, wzniosła głowę w górę, aby spojrzeć na niebo.
- Właśnie to jest ten problem, Sarianie. Był długi czas spokoju, a nagle się urwał kontakt. Na razie wszystko wskazuje na to, że zniknęli bez śladu, chociaż, tak jak Clove powiedziała, mogła się stać dowolna inna rzecz. Wszystko jest możliwe - odparł Lander wpatrując się w płomienie ogniska.
- Dlategoż dokładnie - melodyjnie a ironicznie odezwał się Karmazynowy Książę, nonszalancko leżąc na boku, jak wszyscy odpoczywając i wpatrując w płomień ogniska przed nimi - gdybanie w tej chwili nie przyniesie nam nic ponad suchotę języków. - dokończył, po bardzo krótkiej pauzie, która miała też posłużyć przyciągnięciu uwagi. Jakkolwiek mówił to mimochodem, z przyzwyczajenia jego słychać było wpojone krasomówstwo, i oczywiście jego egzotyczny akcent o odmiennej intonacji.
Clove dźwignęła się na nogach i wyprostowała. Rozglądając się po niebie w poszukiwaniu księżyca, znalazła wiele jasnych gwiazd. Zaraz potem jednak jej wzrok krążył po otoczeniu, a duże uszy wsłuchiwały się w odgłosy poza rozmową. Dała krok poza obręcz ogniska, odwracając się do niego plecami i patrzyła w przestrzeń rozpościerającą się przed nią. Potrzebowała trochę odosobnienia, małego oddalenia się. Jej wielkie oczy potrafiły dostrzegać nieco więcej, niż te ludzkie.

Nie musiała długo czekać, na to, aż ktoś przerwie jej rozmyślania. Silna, męska dłoń spoczęła na ramieniu Zmiennokształtnej, nie musiała się nawet oglądać za siebie, aby wiedzieć kto podszedł. Płatki jej nosa poruszyły się, delektując się przyjemnym zapachem, który takowym był dzięki zaufaniu, jakim darzyła Landera.
- Jak się czujesz? - spytał ze spokojem w głosie, stając tuż obok niej. Wzniósł głowę nad nieboskłon, aby utkwić wzrokiem tam, gdzie ona. Księżyc przysłonięty był przez chmury, podobnie jak gwiazdy. Clove początkowo zamruczała pod nosem coś niezrozumiałego i przechyliła łeb raz w prawo, raz w lewo.
- W porządku - odparła krótko, aby kontynuować po wzięciu wdechu - Ale jednak się martwię. Trochę - zerknęła na niego ukradkiem, a kącik jej ust uniósł się lekko.
Lander nic nie powiedział, jedynie odwzajemnił jej spojrzenie i mruknął wyczekująco.
- Nie pozwolę by coś ci się stało. I wiem, jak głupio to brzmi, zważywszy na twoją siłę, umiejętności, doświadczenie… Po prostu, nie zniosłabym gdybyś ucierpiał, a ja nie dałabym rady nic na to zaradzić. Czułabym się z tym bardzo źle, byłabym zła. Na siebie. Rozumiesz? - westchnęła bardzo ciężko i spojrzała ukradkiem za siebie, czy aby inni wokół ogniska ich nie obserwują. Wątpiła, by nie zerkali. Uderzyła więc jedynie czołem o ramię mężczyzny i przymknęła oczy - Nie pozwól bym siebie znienawidziła - dokończyła unosząc głowę by spojrzeć na niego, by zajrzeć w głębie oczu, odtworzyć ponownie każdą szramę i bruzdę na jego twarzy.


Lander i Clove
pół roku wcześniej

Było już późno. Z nieboskłonu spływała kurtyna wody, przepędzając z ulic pijaczyny oraz inne mniej lub bardziej szemrane typy, skrywające się w ciemnych zaułkach Gniazda Feniksa. Większość osób kładła się już spać, by zebrać siły na kolejny ciężki dzień pracy, w celu zebrania środków na swe dalsze życie. Dla niektórych jednak ta pora stanowiła idealny czas do oddawania się swym zajęciom.
Głuche uderzenia drewna wypełniały olbrzymią, prostokątną, wyłożoną drewnianymi panelami salę treningową. Wzdłuż dłuższych ścian, pomiędzy małymi kwadratowymi oknami, były przymocowane pochodnie oświetlając lśniące potem ciała dwojga trenujących tam osób. Clove, trzymając w swych rękach dużą drewnianą tarczę oraz drewniany sejmitar, uważnie przyglądała się swemu przeciwnikowi. Lander dzierżył dwa długie miecze ćwiczebne, trzymał postawę defensywną, by się uchronić przed atakiem ze strony swej przeciwniczki. Jego naznaczona bliznami z dawnych czasów umięśniona klatka piersiowa unosiła się i opadała w rytmie powolnych kroków będących odpowiedzią na okrążające ruchy dziewczyny. Zewnętrzne drzwi były zamknięte, więc wiedząc, że nikt im nie przeszkodzi, mogli w pełni oddać się swemu zajęciu.
Lander zaatakował jako pierwszy. Clove sparowała pierwszy cios tarczą, a drugi odbiła bronią z nieprzyjemnym trzaskiem. Następnie wyprowadziła kontrę w postaci płaskiego cięcia na odlew, przed którym wojownik musiał odskoczyć, by nie zostać trafionym. Nastąpiła kolejna chwila przerwy w postaci ruchu po kole. Ich spojrzenia skrzyżowały się, mówiąc swemu przeciwnikowi, że na pewno nie będzie mu łatwo. W mgnieniu oka dopadli do siebie i wymienili serię zaciekłych zamachów i parowań mających za zadanie trafić w ciało przeciwnika, by zdobyć kolejny punkt.
Zmiennokształtna uśmiechnęła się niezauważalnie, gdy ujrzała ledwie widoczną lukę w obronie Stormwinda. Odepchnęła jeden miecz tarczą, pod drugim zgrabnie się uchyliła i z impetem uderzyła w bok swego przeciwnika, który skrzywił się z bólu i odskoczył. Odłożył broń i zaczął rozmasowywać trafione miejsce.
- Pięć do czterech dla ciebie - zaśmiał się i pokręcił głową - Całkiem nieźle ci idzie.
Kiedy Clove uśmiechnęła się na te pochwałę, spod jej górnej wargi wyłoniły się dwa, nieco dłuższe kiełki. Zazwyczaj często były widoczne, gdyż jej górna szczęka była odrobinę bardziej wysunięta, przez co dwa dłuższe zęby wychodziły na zewnątrz. Dziewczyna opuściła tarczę oraz odłożyła oręż. Podczas ataku i tak nie wykorzystała całej swojej siły, więc uderzenie nie powinno aż tak boleć, choć musiała przyznać, że często zdarzało jej się nie panować nad swoją siłą. Uśmiech zszedł w niedługim czasie, ustępując wyrazowi zmartwienia. Jej usta lekko się nadęły, a oczy zmrużyły wraz z zakrzywieniem grubych brwi do wewnątrz. Odrzuciła tarczę nie bacząc na hałas jaki ta wywoła, po czym dała parę kroków w kierunku mężczyzny. Jej głowa przekrzywiła się na bok jak łeb ciekawskiego psa, powieki szybko mrugnęły, kark zgiął się ku przodowi i dołowi, aby wzrok lepiej mógł dojrzeć wyraz twarzy Landera. Jej ruchy były ciche i ostrożne jak u drapieżnika.
- Ale chyba nie uderzyłam zbyt mocno? - odezwała się w końcu, a jej wciąż przechylona głowa badawczo wbiła nienaturalnie wielkie, ciemne oczy w jego osobę.
- Czasami nie wiem ile siły używam. Po prostu mi nie wychodzi panowanie nad tym. - przyznała szczerze - Kiedyś szło mi to lepiej - słaby uśmiech zagościł na jej smukłej buzi.
- To minie - uśmiechnął się w odpowiedzi i położył jej rękę na ramieniu - A Notika nie będziesz pytać o to, czy za mocno uderzyłaś. Najlepiej walczyć zawsze najlepiej, jak potrafisz. Nawet na treningu.
Mężczyzna zebrał oręż swój oraz Clove i ułożył go na stojakach ustawionych wzdłuż ścian. Była na nich cała gama różnej broni, wliczając w to nawet tą egzotyczną. Następnie podszedł do jednej ze znajdujących się w kątach beczek wody i obficie się nią ochlapał.
- Jak się czujesz? - zapytał, gdy zerknął na obserwującą go Clove. Ta w odpowiedzi początkowo wzruszyła ramionami.
- Bywalo lepiej. Chyba - półuśmiech odsłaniający lewy kieł pojawił się na jej twarzy jakby chciała pocieszyć sama siebie. Stała na środku w bezruchu, wzrokiem błądząc po sali, choć najdłużej zatrzymywała się na mężczyźnie. Jej piersi uniosły się w chwili westchnienia
- Z jednej strony chciałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło, ale z drugiej… Jestem wdzięczna za pomoc.
- Uważam, że w naszym obowiązku jest pomaganie ofiarom Czaroplagi, choć wielu w naszych szeregach twierdzi inaczej. Poza tym twój los i tak jest całkiem niezły. Ona tknęła wielu… Przemieniając ich w to, z czym dziś musimy walczyć. Większość z nas w jakiś sposób doświadczyła jej okropieństw pod koniec ubiegłego stulecia lub już w tym. Zakon Niebieskiego Ognia stał się ostatnio wyjątkowo aktywny w szerzeniu tego spaczenia… Nie jest dobrze
- westchnął ciężko, gdy obserwował reakcję Clove - Pewnie wolałabyś żyć w innych czasach. Świadomość pobudki w zrujnowanym świecie na pewno nie jest przyjemna.
- Owszem
- odparła powściągliwie i westchnęła nerwowo. Palcami gładziła wierzch drugiej dłoni, chwile stojąc w bezruchu i skupieniu. Dopiero po chwili dala kilka twardych kroków w jego kierunku. Mimo tej pewności w ruchach, zatrzymała się gwałtownie na odleglość wyciągnięcia ręki, zupełnie jakby zatrzymała ją jakaś niewidzialna ściana. Lander przez moment patrzył jej prosto w oczy zastanawiając się nad tym, co Clove chciała zrobić. Uniósł prawą dłoń i palcem musnął jej policzek.
- Wiem, że nie do końca z własnej woli tu jesteś. Czy na pewno chcesz dalej walczyć? - zapytał cicho, niemal szeptem. Słysząc to ciche pytanie i czując niespodziewany dotyk, drgnęła niepewnie. Jej stopa odruchowo powędrowała w tył, jednak dziewczyna nie zrobiła cofającego kroku. Jej wzrok co ruch spoglądał na niego i w podłogę, jej uszy jakby drgnęły, nozdrza uwypukliły się, a szczęka wysunęła jeszcze bardziej. Z każdą sekundą przypominała coraz bardziej humanoidalnego likantropa, a w ciszy nawet bicie jej serca, zdawało się być szybsze.
- Chcę - wydusiła z siebie, a gdy przełknęła ślinę dało się zauważyć jej wędrówkę przez przełyk. Wszystkie mięśnie kobiety spięły się, a jej ciało znieruchomiało jak kameleon próbujący wtopić się w otoczenie. W jej głowie przewijały się obrazy, były świeże jakby z paru dni, a minęło już tyle lat. Wspomnienia wywołały poruszenie w jej ciele, ucisk w gardle i przyspieszony oddech, co nie mogła ujść uwadze mężczyzny. Wypuszczane nosem powietrze było gwałtowne i głośne, choć wdechy bardzo płytkie. Oczy Clove zaszkliły się nagle, kiedy ponownie spojrzała na jego twarz, a kąciki ust wygięły się w smutku.
- Ale nie z tobą… - dokończyła zduszonym głosem i gwałtownie przylgnęła głową do jego klatki piersiowej. Jej dłonie oplotły go w pasie, zaś policzek mocno przyległ do torsu. Ramiona zwierzęcej kobiety zadrżały, tak samo jak plecy. Przycisnęła się najmocniej jak mogła, do ciepłego ciała mężczyzny, który opiekował się nią odkąd tylko się obudziła. Poza nim nie czuła, by miała tutaj kogokolwiek. Po chwili poczuła, jak silne męskie ramiona czule ją otaczają, chcąc ją odrobinę pokrzepić. Wiedział, że rzeczywistość dla Clove jest teraz wyjątkowo ciężka i obca, jednak zdecydował, iż jej nie zostawi, póki nie będzie musiał. Nie mówił nic. Nie było to konieczne. Jedna dłoń powędrowała w kierunku głowy i poczęła gładzić jej włosy w uspokajający sposób. W tych gestach było wystarczająco dużo słów. Ona po prostu chciała wrócić do domu, żyć jak dawniej, mieć przyjaciół, znać otaczający świat. Czy mogła zmienić coś w rzeczywistości, w której się znalazła? Wciąż lękała się, że gdy znajdzie swoje stado, nie zdoła go obronić. Mimo okrutnych myśli Clove szybko doszła do siebie, jak zawsze dusząc wewnątrz siebie znaczną część emocji.
- Zostaniesz dziś ze mną? Chciałabym wrocić do siebie, do pokoju - mówiąc to była wciąż przyciśnięta do jego ciała. Prośba jednak nie dawała pocieszenia, gdyż kobieta po wybudzeniu z letargu, wegetowała długimi tygodniami w swoim łóżku. Lander nie chciałby, żeby sytuacja się powtórzyła. Delikatnie i niespieszni odsunął kobietę od siebie, tak aby móc spojrzeć na jej twarz. Starł kciukiem łzę, po czym objął ją jednym ramieniem i razem ruszyli w kierunku kwater. Chwiejność oraz emocje, jakie targały zmiennokształtną, były do naprawienia, potrzebowali jedynie na to trochę więcej czasu. Nie każdy jednak był tak wyrozumiały dla Clove jak Lander. Trafiały się osoby, dla których dziewczyna była jedynie kłodą. Większość jednak wiedziała, że gdy tylko dojdzie do siebie, stanie się wartościowym członkiem Paktu, najwierniejszym i zdolnym do poświęceń, gdyż taka była jej stadna natura.
Lander uchylił drzwi od jej pokoju i przepuścił przodem. Clove czuła się już lepiej, lecz mimo to jej ruchy były wciąż apatyczne i niezbyt żwawe. Leniwie poczęła się rozbierać, przeciągając bluzkę przez głowę. Odwrócona plecami do mężczyzny, złożyła zdjętą część garderoby i ułożyła na fotelu. Następnie leniwie ściągnęła obuwie, układając je równolegle względem siebie, potem spodnie, które złożyła w kostkę tak samo jak wcześniej zdjętą część osłaniającą klatkę piersiową. Jej ciężkie westchnienie dało się słyszeć nawet stojąc tuż przy drzwiach. Likantropka niespiesznym ruchem wspięła się na łóżko i wsunęła pod koc. Obserwujący ją Lander zamknął drzwi i obszedł łóżko z drugiej strony. Usiadł na podłodze, opierając się o niego plecami. Przez niedługą chwilę w pokoju zapanowała cisza. Przerwało ją dopiero skrzypienie łóżka, kiedy to Clove przysunęła się na jego drugą stronę, aby być bliżej towarzysza.
- Chciałabym kiedyś przeczytać dużo książek. Poświęcić ich treści każdą wolną chwilę, chłonąć wiedzę lub zawarte w nich historie i wyciągać wnioski - zaczęła cichym, delikatnym kobiecym głosem. Ułożyła ręce na brzegu materaca i oparła na nich głowę, którą zwróciła w kierunku siedzącego na podłodze Landera. Jej wielkie oczy w skupieniu obserwowały jego poharataną twarz. Jego brew najpierw uniosła się w zdziwieniu, a chwilę później w jego oczach pojawiło się zrozumienie. Niemal parsknął głośnym śmiechem, ale zdołał zakryć usta dłonią. Poprawił się nieco na swoim miejscu, szukając znacznie więcej wygody w swej aktualnej pozycji.
- Mamy tutaj bibliotekę, ale jest wiecznie oblężona przez "uczonych" z wyższych sfer, więc chyba się nie nada - odpowiedział jej równie cicho, choć jego głos wciąż był donośny, zwłaszcza w panującej ciszy zakłóconej jedynie szmerem ulewnego deszczu.
- Książki w tych czasach to drogi towar, zwłaszcza te dostarczające wiedzy, ale jeśli dobrze pójdzie, to kiedyś się przejdziemy do Candlekeep. Cała ta forteca to jedna wielka biblioteka, będziesz zachwycona - uśmiechnął się do niej i pogładził ją czule po włosach - Sam chciałem się tam kiedyś udać.
Jej policzek spłaszczył się na spoczywającej dłoni, przez co wyciągnięta w górę warga odsłoniła jeden kieł. Przyglądała mu się z bliska i widziała bardzo wyraźnie każdą najdrobniejszą zmianę w mimice, a ciemność pomieszczenia oświetlanego tylko jedną świecą, wcale jej tego nie utrudniała.
- Ale czemu się ze mnie śmiejesz? - spytała całkiem poważnie, a w jej głosie dało się słyszeć odczucie przykrości spowodowane jego początkową reakcją. Nie wiedziała, co dokładnie go rozbawiło, ale dostrzegała problem w swojej osobie, choć jego późniejszy gest przeczył nieprzyjemnym myślom, jakie przetoczyły się przez jej zdezorientowany umysł.
- Bo przypominasz trochę mnie. Kiedyś chciałem być uczonym czarodziejem studiującym księgi. Wiesz, młodzieńcze marzenia. Tak więc nie śmieję się z ciebie - odpowiedział jej równie poważnie, ale z uśmiechem na twarzy. W jego tonie nie dało się słyszeć nawet cienia złośliwości. Nigdy się nawet się silił, by okazywać inne niż te, które miał akurat na myśli. Był po prostu prostym człowiekiem.
Na jej buzi wykwitł tylko subtelny i lekki uśmiech. Krótkim ruchem przysunęła się bliżej niego, choć jej policzek wciąż spoczywał na ułożonym na kancie materaca przedramieniu. Jej ciemne oczy w słabym świetle przypominały głęboką i ogromną ciemną kulę, jakby w spojrzeniu zagościło zaćmienie słońca. Była wystarczająco blisko, aby obraz najbliżej znajdującego się obiektu przed oczami był niewyraźny i lekko zamazany. Clove czuła ogromną pustkę wewnątrz swojej duszy, która w jednej chwili z silnej i stonowczej, potrafiła zamienić się w rozdzierający się kawałek papieru, jak teraz. Brakowało jej świata, który znała sprzed czaroplagi. Tęskniła za stadem, wsparciem i zaufaniem, jakim mogła darzyć każdą osobę w grupie. Ta kobieca, ludzka bestia czuła się rozdarta, zdezorientowana i wahała się ciągle między złością, rozpaczą a samotnością, wciąż nie wiedząc czego tak naprawdę chce. Pragnęła wielu rzeczy, marzyła o nich tuż przed snem, ponieważ gdy śniła, świat jej zamieniał się w koszmar, po którym pozostawał strach i lęk. Dłuższa chwila jaka nastała między nimi nie była krępująca, gdyż dostrzegł w jej spojrzeniu to, co widział już wielokrotnie - zagubienie.
- Boję się spać sama - wydusiła z siebie półszeptem, drażniąc jego ucho swoim oddechem, a jej głos załamywał się. W spojrzeniu zabłysł lęk, który potwierdzał wypowiedziane słowa. Oparła czoło o skroń mężczyzny, zaciskając powieki i cofając gromadzące się łzy. W duszeniu emocji była coraz lepsza. Chwilę później poczuła szorstką, nawykłą do pracy dłoń na swoim policzku i kciuk ścierający wilgoć z jej oczu. Nie miał zamiaru się odsuwać, wręcz przeciwnie, miał zamiar ją wesprzeć, póki go potrzebowała.
- Mam z tobą zostać? - zapytał szeptem, nie chcąc zakłócać jej myśli. Wszystko przychodziło jej z trudem, a skołowany umysł nie zawsze podejmował przemyślane decyzje. Chciała mu odpowiedzieć, kiedy poczuła silny ucisk przy wcięciu mostka. Słowa stanęły w jej gardle, więc zastąpiła je twierdzącym kiwnięciem głową. Czoło kobiety otarło się o jego skroń gdy skinęła głową w dół, a kiedy ta wracała unosząc się ku górze, Clove zaledwie musnęła wargami policzka tuż obok kącika ust mężczyzny. Jej oddech był drżący i niepewny, tak samo jak czyn, którego się dopuściła. Mimo niezrozumienia, powtórzyła go, tym razem składając pocałunek na jego ustach. Był on niezwykle delikatny, a im bliższa była obecność dziewczyny, tym silniej dało się wyczuć od niej woń zmokłej sierści psiopodobnego stworzenia. Kontrasty jakie otaczały tę subtelną osóbkę były niezwykłe i zadziwiające, choć sam zapach sugerował, w jak wielkim musi być stresie, że jej zwierzęce cechy zaczynały dominować. Zapewne gdyby nie słabe światło, potrafiłby również dostrzec zmiany w jej rysach twarzy, które wyostrzyły się zauważalnie. Clove czuła jak jej serce uderza w żebra, a skóra twarzy ściąga się pod wpływem stresujących zmian. Kiedy ich pocałunek zaczął się pogłębiać i nabierać na namiętności, kobieta przestraszyła się. Gwałtownie oderwała wargi od przyjemnej czynności, która ją zahipnotyzowała i cofnęła się znacząco na środek łóżka, opierając na materacu zgięte kolana, a pośladkami usiadła na piętach. Jej duże oczy stały się jeszcze większe, a skrząca się w nich dzikość obserwowała Landera, kiedy to kobiece dłonie zakryły tors kołdrą, przyciskając ją mocno do klatki piersiowej.
- Tylko nie odchodź - uniosła się nerwowo, a jej usta wykrzywiły się w obawie, że przez własną głupotę mogłaby stracić jedyną, bliską osobę - Nie wiem czemu to zrobiłam - tłumaczyła się, a wysunięta w przód, górna szczęka wyraźnie odsłoniła rząd zębów oraz kłów, kiedy to jej usta wygięły się w smutku - Zostań. Proszę - coraz cichsze słowa łamały serce. Mógł sobie jedynie spróbować wyobrazić, jak ona się czuje, jednak było to tylko namiastką burzy emocji, jaka gotowała się w jej duszy. Jeszcze miesiąc temu nie odezwałaby się słowem, warcząc na każdego i rzucając przedmiotami, teraz wściekłość przerodziła się w rozpacz, tak głęboką, że nawet własne czyny potrafiła potępić. Jej zagubienie i niezrozumiałość tego, co robi, wzbudzały współczucie i żal ze względu na sytuację, w jakiej się znalazła.
- Boję się… Boję się, że nie będę umiała sama się obudzić. Że ta siła znowu mnie zamknie
Na twarzy mężczyzny zagościł uspokajający uśmiech, jednak nie wykonał żadnego ruchu w jej stronę, ale też się nie odsunął. Obserwował ją z tego miejsca, gdzie się poprzednio znajdował, opierając się łokciami o miękki materac. Z jego oczu dziewczyna mogła odczytać zrozumienie - coś, czego by pewnie nie zaznała u innych osób. Już zdołała się przekonać, że miał niemal anielską cierpliwość do wielu rzeczy, a przede wszystkim do niej.
- Nie odejdę - powiedział jej kojącym tonem - Obiecałem ci przecież, że zostanę, prawda? - I po tych słowach jego uśmiech zniknął, zastąpiony cieniem smutku.
- Blizna ci doskwiera, prawda? Słyszałem plotki, że to da się wyleczyć - nie wiedział tak naprawdę, co mógł powiedzieć. Nie rozumiał tego, chociaż się starał. Takie rzeczy zawsze zostawiał znawcom, czyli kapłanom i magom. Nie to, żeby ona coś z tego rozumiała, choć naprawdę chciała móc pomóc samej sobie. Kobieta rozluźniła się po jego spokojnej reakcji oraz tonie, w jakim się do niej zwracał. Nogi przesunęła w bok, aby pośladkami spocząć na białym prześcieradle. Wciąż zakrywała nagie ciało kołdrą, lecz nie ściskała już jej tak kurczowo, jak na początku.
- Trochę… Chyba tak - odparła niezdecydowanie, mrużąc oczy - To znaczy jak wyleczyć? Już słyszałam na korytarzach szmery o wyleczeniu poprzez zabicie. Nie ma nosiciela, nie ma problemu - wzruszyła jednym ramieniem, a jej mina nie wyrażała już żadnych emocji. Poczuła pustkę wewnątrz i jedynie westchnęła płytko.
- Ponoć jakaś potężna magia czy coś… Tylko plotki słyszałem, ale trzeba być dobrej myśli, prawda? - spróbował ją pocieszyć - Ponoć Xar’Anthel jest w stanie leczyć takie przypadłości… Lub za zarobione w przyszłości pieniądze opłacić kogoś z mocą wystarczającą, by to z ciebie zdjął? Bo kto wie, co przyniesie przyszłość? Zabicie to najmniej skuteczny sposób leczenia - przelał odrobinę czarnego humoru w ostatnie słowa.
- Często ci, co tak gadają, najwięcej przeżyli. Lepiej nie zwracać uwagi na ich słowa, ponieważ nie kieruje nimi rozsądek.
- A niby co kieruje?
- spytała niekoniecznie zainteresowana, a po prostu lekko zirytowana. Bez żadnych delikatności przechyliła ciało na bok i padła na łóżko, wprawiając materac w kołysanie, któremu towarzyszyło krótkie skrzypienie. Od tej plątaniny i niestabilności rozbolała ją głowa, ze zmęczenia więc zamknęła oczy.
- Nie jest to tak poważne, aby leczyć. Nic mi jest. - skłamała z nieco uniesionym tonem głosu. Leżała tak chwilę w milczeniu, naburmuszając policzki jak dziecko, które pragnie zwrócić na siebie uwagę. Dopiero po kilku przedłużających się sekundach ciszy, otworzyła szeroko oczy, aby zobaczyć, czy on tu jeszcze jest. I owszem - był. Siedział oparty plecami o łóżko ze zwieszoną głową na tors, chcąc zasnąć w tej niewygodnej pozycji. Zdecydowanie nie zamierzał nigdzie odchodzić, nawet po to, by mieć gdzieś swoją broń w pogotowiu. Clove zdawała sobie sprawę o jego przekonaniu na temat bezpieczeństwa tego miejsca, co musiał jej wyjaśniać bardzo długo, by w ogóle chciała gdzieś zostać na dłużej. Niewielu osobom mogła ufać w tym świecie, a przecież komuś powinna. Jej nastrój unormował się, kiedy zdała sobie sprawę, że mimo swojego zachowania, nie została sama.
- Możesz położyć się obok mnie - zaproponowała cicho, jakby bała się, że głośniejszym tonem go wystraszy - Ja się przesunę. I zabiorę kołdrę…i… nie podglądaj! - zafrasowała się lekko przesuwając ciało na drugi koniec materaca. Nie chciała, aby się dotykali, więc przeciągnęła cała, puchatą kołdrę na swoją stronę i nie tylko się nią zakryła, ale i ogrodziła, aby w razie gdyby mężczyzna przez sen się przysunął, to zatrzymał swoje ciało na dużej ilości puchu i przypadkiem nie naruszył jej przestrzeni osobistej. On ją w tym czasie obserwował badawczym spojrzeniem, próbując uchwycić z tej twarzy jak najwięcej emocji. Mógł spostrzec wielkie zaangażowanie oraz skupienie, podczas czynności przekopywania kołdry i budowania z niej ściany. Zachowywała się jak szczeniak uklepujący sobie miejscówkę i widać było, że wkłada w tę czynność całą swoją koncentrację, nie dostrzegając nawet, że jest obserwowana. Uniósł lekko brew zastanawiając się cóż powinien zrobić, a moment później wdrapał się na łóżko, zupełnie nie przejmując się brakiem przykrycia.
- Oj, dziewczyno... - westchnął i podłożył sobie dłonie pod głowę. Nie rozwinął jednak swojej myśli, a po prostu zamknął oczy. Wsłuchiwał się jedynie w oddech Clove i jej chwilowy, cichy śmiech stłumiony przez poduszkę.
- Dobranoc - powiedziała spokojnie i przekroczyła ciałem linię pierza, aby ucałować Landera w skroń i szybko cofnąć się na swoje miejsce - I dziękuję - zakończyła tym samym, zarzucając rękę na mur z kołdry, a powieki zasłoniły oczy, zabierając umysł do snów.
 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest offline  
Stary 12-07-2016, 21:41   #4
INNA
 
Nami's Avatar
 

Przy obozie wszystkim zamykały się oczy. Noc była długa, wart było kilka i choć dało się złapać drzemkę, była ona na tyle krótka, że nie dawała dostatniego wypoczynku. Oczy jednak otworzyły się szerzej, kiedy nastąpił niespodziewany atak. Umarli zaczęli powstawać, ich ręce przebijały się przez warstwy ziemi i wspierając na niej dłońmi dźwigali spod gleby kościste ciała. Co sekunda ich liczebność przybierała na sile i tak jak z początku szkieletów było kilkanaście, tak w ostatecznym rozrachunku wyłoniło się ich ponad trzy tuziny! Członkowie Paktu stali odwróceni do siebie plecami, obserwując całe to zamieszanie. Clove nie miała zamiaru dać wrogom się zaskoczyć. Od razu po dojrzeniu dużego skupiska przeciwników zaszarżowała w ich stronę z dzikim warknięciem. Zamachnęła się tarczą, a jej metal rozkruszył szkieleta na drobny mak. Kobieta przysunęła się, aby dać pozostałej grupie ożywieńców do siebie podejść. Nie musiała czekać długo, gdyż już po paru sekundach była przez nich otoczona. Osiem ciosów w jednym momencie pomknęło w jej kierunku. Likantropka włożyła w obronę wiele trudu, osłaniając się tarczą i sejmitarem jednocześnie, robiąc uniki całym ciałem, jednak jedno łapsko szarpnęło głową paliczka w jej policzek, zostawiając na nim krwawiącą ranę. Szkarłatny płyn ściekał po lewym boku jej twarzy, a ona jedynie uśmiechnęła się pod nosem. W przeciągu paru chwil ziemia wokół niej zaczęła się unosić, szron okrył jej tarczę, zbroję a nawet i broń. Jej włosy zalśniły sprószone śniegiem, zaś oczy nabrały szaleńczego spojrzenia. Potężne, wyrwane kawałki gleby stanowiły trudną przeszkodę, kiedy to dodatkowo pokryły się grubą warstwą śniegu. Dwóch przeciwników zdążyło osunąć się po krawędziach, reszta została poharatana przez ostrze Clove, która obróciła się wokół własnej osi tnąc wszystko w zasięgu ręki.
Gdy większość ze szkieletów rozsypała się, kobieta postanowiła wycofać w kierunku Landera, nie zauważyła jednak zamachu jaki wykonał ocalały szkielet i została draśnięta w odsłonięte przedramię. Dalsza potyczka potoczyła się niezwykle szybko. Wokół ich dwojga zbierała się chmara przeciwników, wykorzystująca swoją przewagę liczebną. Clove niszczyła jednego za drugim, w chwili kiedy to Lander potrafił wykonać więcej ataków niż ona. Przez chwilę miała wrażenie, że naraża on własne życie, aby tylko ocalić jej, jednak szybko odrzuciła te myśli, kiedy oberwała od dwóch szkieletów jednocześnie. Rzuciły się na nią z obydwu stron, szarpiąc za ramiona i raniąc dogłębnie, co spowodowało rozlanie się krwi oraz głośny warkot wydobywający się z jej gardła.


Gdyby wydobyło się to z ust człowieka, nazwano by to krzykiem, jednak w wykonaniu Clove brzmiało to jak ryk zwierzęcia. W przeciągu kilku sekund jej szczęka wysunęła się do przodu, wystawiając całe kły na wierzch, jej nos przypominał ten wilczy, był spłaszczony i wydłużony w stosunku do twarzy, nie wykraczając jednak poza jej oś czołową. Uszy nabrały bardziej spiczastego wydłużenia, źrenice rozszerzyły się, a oczy otworzyły jeszcze szerzej. Włoski na jej skórze najeżyły się wyraźnie, a z ciała uchodziła woń zmokłego psa. Postawa jej ciała stała się bardziej pochylona, jakby zgarbiona. Obydwu napastników, którzy sprawili, że upuściła o kilka kropel krwi za dużo, padli pod wpływem ataków Landera, zaś sama Clove jedynie warknęła i wyszczerzyła kły w geście groźby. Głowa zmiennokształtnej z dziką szybkością odwróciła się w kierunku ożywionej Lialdy, a potem szał ogarnął całe jej ciało. Szarżą rzuciła się na zmartwychwstałą dziewczynę, ze zwierzęcym okrzykiem wbijając sejmitar w jej trzewia. Zaraz za nią atak zapuścił Lander, raniąc blondwłosą, a potem jeszcze dwóch najemników rzuciło się na nią z okrzykiem. Ożywioną wstrząsnęło kilkakrotnie, ale nie sprawiło, że przestała się ruszać, bynajmniej. Tyle zranień jednocześnie spowodowało, że jedynie poczuła się osaczona i zdenerwowana. Ożywiona z szałem zaatakowała każdego wokół siebie, zabijając przy tym dwóch najemników i poważnie raniąc Landera, który krwawiąc z boku brzucha aż zgiął się w pół. Na ten widok Clove zareagowała gwałtownie, oddając Lialdzie cios w ten sam bok, rozcinając tym samym jej ubranie oraz skórę, spod której nie sączyły się płyny.
- Wycofuj się stąd, ale już! - warknęła w stronę Landera, a zza jej pleców dobiegł krzyk, niewiele różniący się od rozkazu, który wydał Thalakos. Zmiennokształtna nie wiedziała, co może kryć się pod tą komendą, a w zwierzęcym stanie dzikości, w jakim się znalazła, nie potrafiła też nad tym myśleć. Proste komendy działały na nią jak na wyszkolonego psa, toteż oddając dwa szybkie ataki, celowała w nogi zombie. Uderzenia były silne, jednak nie powstrzymały blondynki. Lander zaatakował po raz ostatni, a potem wycofał się za plecy Wardenki. Ostatnie cięcie sejmitara powstało na policzku przeciwnika, jednak zabawa skończyła się od razu, kiedy Sven podbiegł. Jednym, jedynym celnym i skupionym ruchem ostrza, pokonał dziewczynę, a walka dobiegła końca.


- Przestań w końcu mnie bronić! - warknęła szczerząc kły i spoglądając przez ramię na Landera zakrywającego dłonią paskudną krwawiącą ranę. Jej zwierzęce sapanie było głośne i wyraźne, a każdy wdech unosił jej klatkę piersiową. Dzika iskra w oczach i zwierzęcy pysk pomału ustępował miejsca bardziej humanoidalnemu wyglądowi. Po kilku głębszych wdechach, Clove uspokoiła się.
- Chodź, odpoczniesz. Zajmę się tobą - zakomunikowała łagodnym kobiecym głosem i spojrzała na pozostałych członków Paktu porozumiewawczo kiwając głową i dając do zrozumienia, że sobie poradzi.
- Powinniście zaopiekować się kupcem. Dla niego to na pewno był koszmar - dodała wzdychając smutno i opierając Landera o swój bark, zabrała go na bok, tam gdzie jeszcze tliło się ognisko obozowiska. Usadowiła mężczyznę na kocu, nachylając się nad nim na tyle nisko, ile było potrzeba do jego spokojnego siadu. Przez jego twarz przeszedł grymas bólu, który przeszedł z prędkością błyskawicy. Pokręcił jedynie głową i spojrzał na Clove z wyrażającym wdzięczność uśmiechem całkowicie przeczącym jego aktualnemu stanowi.
- Przynajmniej to ścierwo tu już nie wróci. Ale by ożywiać dziecko? Nekromanci to najgorsze szumowiny na naszym świecie - wyrzucił z siebie z mieszaniną odrazy i wściekłości, odrzucając na twardą ziemię swój oręż - Zginęło zbyt wielu ludzi. I po co był ten atak? Przecież musiał czemuś służyć - przerwał napotykając rozbiegane spojrzenie likantropki badającej jego rany.
- Bandaże i inne środki medyczne są w trzecim wozie. Szybko się stąd nie ruszymy - powiedział ostatnie słowa całkowicie beznamiętnie.
- Jak to? - wyrwało jej się natychmiastowo, kiedy obok niego przykucnęła. Przecież powinni stąd wiać, a nie się opalać wieloma dniami. Choć może nie o to mu chodziło?
Clove pobiegła do wozu nim zdołał jej odpowiedzieć, zabierając potrzebne rzeczy i wracając.
- A to co się stało… Pewnie ma związek z innymi nietypowymi rzeczami. Nieszczęścia chodzą parami… Ponoć - cichy głos nie starał się przebić swoich racji. Kobiecą dłoń zakończoną szponami, o owłosieniu od strony grzbietowej bardziej obfitym niż u przeciętnego człowieka, przyłożyła do jego czoła sprawdzając temperaturę. Następnie zaczęła oglądać bandaże i butelkę z płynem, jaką przyniosła. Były to medykamenty stanowiące bardzo dobrą pierwszą pomoc dla poszkodowanych w wyniku cięć mieczy, zadrapań i tym podobnymj. Wiedziała jednak, że nie były w stanie wyleczyć choroby, jeśli jakaś się wdała w rany zranionych. Sam mężczyzna akurat nie gorączkował w tym momencie, nie wiadomo było jednak co z nim będzie później, a jego rana nie wyglądała najlepiej.
- Tym miejscem powinni się zająć kapłani. A na nekromantę powinniśmy zapolować… w swoim czasie. No i… zauważ, że konie chyba zrezygnowały - wskazał na zaszlachtowane przez szkielety truchła parzystokopytnych i wyraźnie się skrzywił na ten widok - Taeghen pewnie bez wozów nie ruszy. No i ta lawina… Ech - machnął ręką, co wywołało jedynie falę bólu przechodzącą przez jego ciało jak błyskawica.
- Leż spokojnie… Proszę - mruknęła cicho, przegryzając dolną wargę, przez co kieł odznaczył się na niej bardziej wyraźnie. Nie mogła nic poradzić na zaistniałą sytuację, ale mogła pomóc osobie, która to zawsze pomagała jej. Czuła się odpowiedzialna za zdrowie osób, którym mogła zaufać, za tych, którzy tak jak ona związani byli z Paktem. Obwiniała samą siebie za rany Landera, bo przecież gdyby była silniejsza, nie powstałyby, prawda?
- Być może zmierzaliśmy w kierunku i w celu, który zagrażał jego interesom. Prawdopodobnie osłabił nas, abyśmy nie zdołali dokonać tego, co planowaliśmy. Nekromanta to podła istota, bez serca, uczuć, empatii… Ale nie można odmówić mu umiejętności posługiwania się wiedzą, inteligencji, bystrości. Najgorsze co moglibyśmy zrobić, to nie docenić przeciwnika, unieść się na niego gniewem i pozwolić by nas zaślepił - Clove nabrała na policzkach rumieńców. Ilekroć ją spotykał taki ślepy szał? Nie potrafiła nawet zliczyć, ale dzięki temu doświadczeniu wiedziała, jak bardzo jest on niekorzystny. Mówiąc niespiesznie swym ciałem manewrowała nad leżącym Landerem, zalewając ranę odkażającym środkiem nawet nie zwróciła uwagi, jak syknął. Nie chciała, aby czuł się słaby w jej towarzystwie, sądziła, że mogło to godzić w jego dumę. Szanowała go.
- Jeśli stanie ci się coś, kiedy będę w pobliżu, pamiętaj, że przyczynisz się do moich łez i poczucia winy. Jesteś jedyną osobą, która opiekowała się mną odkąd zostałam przebudzona, utrata ciebie to jak strata kawałka duszy, a w poprzednim życiu już jeden straciłam - zakleiła ranę sporym opatrunkiem i zabrała się za inne, mniejsze. Robiła to w pełnym skupieniu, a jej mimika twarzy jakby zastygła w wyniku koncentracji.
- No chyba, że mnie nie lubisz - rzuciła półżartem, a jeden z jej kącików ust uniósł się lekko, jednak tylko na chwilę. Wzrok kobiety utkwiony był w ranach, nie jego twarzy
- Prędzej bym Pakt porzucił, niż bym powiedział, że cię nie lubię - lekko uśmiechnąwszy się do niej, wypowiedział słowa szeptem, by nikt inny tego nie usłyszał, ale nie wykonał w jej stronę żadnego ruchu, by uniknąć destabilizacji drużyny z powodu plotek o romansie. Gdyby byli sami, to pewnie by ją pogładził po policzku swą szorstką dłonią.
- Nie bój się, przeżyłem więcej niż powinienem, więc dzięki tobie wyjdę również z tej sytuacji - krótko się zaśmiał z beznadziejną nutą - Więc nie będziesz płakać. Bo kim jest mężczyzna doprowadzający kobietę do łez?
Usta poszerzyły się znacząco, ukazując spoczywające na dolnej wardze zęby, te przednie jak i kły. Nic nie odpowiedziała, bo też nie wiedziała, co mogła. Po prostu w ciszy i ze spokojem na sercu dokończyła opatrywanie jego ran. Pomału dopadało ją zmęczenie, kiedy poziom adrenaliny zszedł do minimum, co dało się dostrzec po opadających powiekach. Miała ochotę położyć się obok niego i zasnąć z policzkiem spłaszczonym na torsie, jednak widok pobojowiska i rannych co rusz ją pobudzał. Nie była medykiem, na leczeniu znała się jak przeciętna osoba, jednak zastanawiała się, czy i inni nie chcieliby, aby opatrzyć ich rany. Z ciężkim westchnieniem wstała na równe nogi, prostując się. Kiwnęła głową do mężczyzny, porozumiewając się tym samym. Odebrał od niej sygnał i o własnych siłach podniósł się do siadu, a w tym czasie Clove wróciła do grupy mężczyzn z Paktu, aby zaoferować im swoją pomoc w bandażowaniu ran.

- Wiem, ze zabrzmi to okrutnie, ale powinniśmy je spalić - usłyszeli zza swoich plecach po kilkunastu minutach. Clove wracała z zarzucona na ramieniu, medyczna torba
- Jeśli mamy do czynienia z nekromantą, to pozostawienie tych ciał lub pochowek, skończy się źle. Skoro wskrzesił czterdziestu, to pewnie i setkę może, kto wie? - westchnęła potężnie i obchodząc mężczyzn przyglądała się ich ranom. Jak się okazało, sama miała ich znacznie więcej, jedynie Sven był słabszych sil, jak ona. Podeszła wiec do wojownika i spytała nieśmiało
- Opatrzyć ci rany?
- Powinienem wytrzymać, póki tu nie zrobimy porządku.
- Chudziej wysyczał przez zęby, gdy w końcu i z niego opadła adrenalina i zaczął docierać ból odniesionych obrażeń. Czuł się źle, ale nie chciał za nic tego okazywać. Jeszcze dziesięć lat temu nie dałby się tak załatwić podrzędnym ożywieńcom, a dziś nawet nie wiedział, skąd właściwie tak krwawi. Zapewne najrozsądniej byłoby dać się opatrzyć towarzyszce, bał się jednak uznania za zbyt starego. Zbędnego. Niezdolnego do dorównania im kroku. Podróżowanie z Paktem było jego ostatnią drogą ratunku, a musiał spełnić swój cel. Po prostu… musiał.
Clove kiwnęła głową na znak zrozumienia, jednak wcale nie odeszła. Stała tak przez chwilę, jakby zbierając się w sobie. Nie lubiła być natarczywa, nawet nie potrafiła, jednak według jej opinii, rany wymagały choćby dobowego opatrunku.
- To zajmie mi tylko chwilę, dobrze? - dopytała ze spokojem w głosie i niepewnie przysunęła się do mężczyzny. Zastanawiała się początkowo za co najpierw powinna się zabrać, ale chyba lewe ramię wyglądało na najbardziej poharatane. Niby drobne i niegłębokie rany, a tyle szkód.
- Oczyszczę, zabandażuję.. I pójdę sobie. - westchnęła bardzo ciężko, kiedy jej szczupłe, zakończone pazurami dłonie dotknęły ramienia Svena. Nie chciała robić nic na siłę, więc jeśli i tym razem by ją zbył lub co gorsza na nią nakrzyczał, po prostu by odeszła.
- Och, z pewnością ich spalimy… - odpowiedział kobiecie, trochę za cicho, oddalony Thayańczyk gdy przeciągał jedno z ciał za nogi - Jedynie… nie bez ostatniego pożegnania. - chociaż słowe użyte do krótkiej modlitwy za umarłych zdawałyby się świadczyć o wrażliwości na los poległych, obojętny ton mężczyzny takiej możliwości przeczył.
Sven syknął, kiedy dziewczyna dotknęła jego ramienia. Poczuł, że nie jest z nim najlepiej i najwyraźniej nie ma innego wyjścia, musi skorzystać z jej pomocy. Zerknąwszy na Krasnego, który mijał ich ciągnąć jedno z ciał, skinął dziewczynie głową i gestem głowy wskazał jeden z wozów, sugerując aby udali się za niego. Nie wszyscy jego towarzysze musieli widzieć, jak mocno oberwał, za nic nie mógł dać im powodów do zostawienia go w tyle.
Kobieta westchnęła głośno, a brzmiało to jak ulga. Udało jej się przekonać choć jedną osobę do tego, że tak naprawdę chce po prostu pomóc. Pokornie udała się za wojownikiem, tam gdzie chciał. Nie obawiała się go, ani nie podejrzewała o nic złego, toteż nie odczuwała najmniejszej nawet obawy czy lęku. Co prawda wciąż nie było można nazwać tego zaufaniem, ale przynajmniej było jego namiastką.
- Zacznę od odkażenia - poinformowała, kiedy znaleźli się już w wybranym przez niego miejscu. Polała ranę dużą ilością alkoholu i tak samo jak w przypadku Landera, nie pokazywała po sobie, że zwraca uwagę na syk bólu lub zaciśnięte zęby. Po obmyciu zranienia nałożyła opatrunek i okrężnym ruchem poczęła bandażować ramię, w całkowitej ciszy, gdyż nie wiedziała co mogłaby powiedzieć.
- Dziękuję - wyszeptał, spoglądając na dość fachowe działania likantropki, mające mu przynieść rzekome uśmierzenie bólu, choć póki co przynosiły głównie pieczenie i szczypanie. Nie odpowiadała mu ta sytuacja. Nie chciał tracić twarzy, jeden członek drużyny który ogląda go w tym stanie, to o jednego za dużo - zwłaszcza, że nie znał jej i nie wiedział, czy nie będzie rozmawiała o nim z innymi. Niepotrzebna mu była powtórka z sytuacji z Kolankiem i innymi. Posłusznie jednak dał się opatrzyć, czując że niewiele z tym może zrobić. Gdy obwiązywała go bandażem, próbował zmienić temat.
- Jak z Landerem? Wyliże się z tego?
Clove zdziwiła się, że mężczyzna w ogóle zechciał z nią rozmawiać. Początkowo czuła raczej niechęć, niż sympatię czy chociażby obojętność. Uśmiechnęła się subtelnie pod nosem, że może jednak się myliła.
- Będzie dobrze, poradzi sobie. Jest bardzo wytrzymały, znosił gorsze rzeczy - “na przykład mnie”, dodała w myślach, starannie zakładając bandaż. Zastanawiała się, czy nie przekonać Svena do opatrzenia innych ran, choć te były zdecydowanie mniejsze, więc pewnie by ją zbył.
- Świetnie walczysz - rzuciła krótkim komplementem, nabierając na twarzy słabo widocznych rumieńców. Głowę spuszczoną miała lekko w dół, a na obwiązywane ramię patrzyła spod grzywki.
- Dobrze, że udało nam się zakończyć to szybciej, choć nie spodziewałam się tak potężnej nekromanckiej mocy… I takiego okrucieństwa, aby wskrzesić akurat ją. - zakończyła cicho i zawiązała supełek, aby opatrunek się trzymał. Kiwnęła głową na znak, że gotowe.
- Muszę… - mruknął najemnik w odpowiedzi na niespodziewany komplement Wilczycy, jak nie do końca poprawnie zaczynał ją określać w myślach. Istotnie, musiał, nie wytrwałby tylu tak długich lat w zawodzie, gdyby nie nauczył się po drodze tego i owego. Nie czuł jednak, żeby popisał się w tej walce, robił tylko to co musiał a i tak przyszło mu to z trudem. Nie miał jednak zamiaru odstraszać kasztanowłosej jakimiś bzdetami w stylu “Piętnaście lat temu to ja bym…!” Wydała mu się dość dobrą osobą, zwłaszcza po tej uwadze o okrucieństwie nekromanty. Dostrzeżenie takich rzeczy i wyrażenie z ich powodu żalu wymagało od człowieka przynajmniej śladowej ilości jakiegoś moralnego ukierunkowania, a towarzystwo takiej osoby zawsze było przydatne w tym wynaturzonym, pełnym ludzkiego zbydlęcenia świecie.
- Dzięki - powtórzył raz jeszcze, osłaniając na powrót opatrzone rany kolczugą i skinąwszy przyjaźnie głową dziewczynie, ruszył pomóc Krasnemu z ułożeniem stosu.
Thann w tym czasie odnalazł ciało Aethala, pomimo, iż nie znał elfa zbyt długo w jakiś sposób polubił jego charakterystyczny styl bycia i wiedział, że będzie mu go brakowało w dalszej wędrówce. Bez słowa zarzucił sobie zwłoki jego zwłoki przez ramię i opuścił kotlinę. Elfy posiadały specyficzną więź z naturą i miał wrażenie, że jego towarzysz nigdy nie zgodziłby się na spalenie jako sposób pochówku. Po drodze zgarnął jeszcze łopatę z wozu, całkowicie ignorując spojrzenia wszystkich.
- Wrócę za chwilę. - Powiedział tylko.
Walka wykończyła go niemal doszczętnie, jednak dzięki sile woli i poczuciu obowiązku, w końcu udało mu się odnaleźć małą polanę, gdzie jak miał nadzieję, żaden nekromanta nie znajdzie ciała i nie użyje go ponownie. Wziął się za powolne kopanie prowizorycznego grobu. Ciężka praca pomagała zebrać myśli i uspokoić szalejące wewnątrz emocje. Sarian widział już wiele śmierci, jednak kiedy odchodzili jego towarzysze zawsze odzywało się w nim wewnętrzne poczucie winy. Już raz zawiódł swoich ludzi i ta świadomość zżerała go od środka niczym najgorsza trucizna.
Po złożeniu elfa w dole i zasypaniu go, uklęknął na jedno kolano i wypowiedział parę słów pożegnania.
- Niech teraz wiedzie ci się lepiej - Powiedział na koniec cicho i położył na wierzchu łuk Aethala, po czym powrócił do obozu.
Clove odchodzącemu Svenowi kiwnęła głową, natomiast na poczynania Sariana spojrzała z dezaprobatą. Nie było to mądre, takie sentymenty, ale to nie ona tutaj rządziła. Nie miała zamiaru rozkazywać innym, zasugerowała najrozsądniejsze według niej rozwiązanie. Skoro wszyscy już zaczęli działać sami, ona udała się za przeszukiwaniem wozów, a potem z jednego z nich miała zamiar wywalić rzeczy, aby zrobić sobie i innym miejsce na spoczynek. W końcu wyruszą dopiero rano.
 
__________________
Discord podany w profilu

Ostatnio edytowane przez Nami : 16-07-2016 o 22:12.
Nami jest offline  
Stary 14-07-2016, 22:52   #5
 
Sither's Avatar
 
Krok za krokiem, mila za milą, karawana wciąż posuwała się naprzód ospale. Sven zwany Chudziejem, pochudły, siwowłosy mężczyzna maszerujący przy toczącym się wozie, ze znużeniem obserwował swoje własne stopy, gdy te machinalnie już wręcz pokonywały coraz to kolejne odcinki drogi. Na jego pooranym starczymi zmarszczkami obliczu wypisane było wyraźnie zmęczenie, lecz wiedział, że do najbliższego postoju czeka ich jeszcze conajmniej godzina wędrówki. Z ukłuciem żalu wspomniał czasy swej młodości, gdy raźno pokonywał długie mile podczas marszu z grupami drwalskimi na tereny kolejnych wycinek. Mógł wtedy chodzić tak godzinami, i całkiem to lubił. Dziś, gdy jego stopy miały w pamięci niezliczoną ilość pieszych wędrówek, miał już tego dosyć. Wiedział jednak, że nie może sobie odpuścić, pozwolić sobie na spokojną emeryturę w tym czy innym ludzkim osiedlu. Wciąż nie osiągnął swojego celu. Wciąż nie odnalazł dziewczyny o szarych oczach.
No, i dopiero co przeszedł pod rozkazy nowego pracodawcy, a pierwsza misja po kilkumiesięcznym przeszkoleniu to nienajlepszy moment na stwierdzenie, że tak w sumie, to jemu się nie chce i dziękuje bardzo, ale nie ma ochoty już walczyć ani nigdzie wędrować.
Ubiegłego lata, prawie rok temu, za radą swego krasnoludzkiego przyjaciela Sven postanowił odnaleźć organizację, która znana była pod nazwami Straż czy też Pakt Czarnej Krwi, oraz się do niej zaciągnąć. Uczynił to niechętnie, lecz przyparty do muru swoim postępującym wiekiem, musiał podjąć tę decyzję. Samodzielne poszukiwania, które prowadził od tylu lat, wciąż nie dawały żadnych rezultatów, a z wiekiem coraz trudniej było mu stawiać czoła życiu najemnika, które to ułatwiało podejmowanie tychże poszukiwań. Licząc na możliwe wsparcie Paktu w spełnieniu jego prywatnych celów, mężczyzna oddał więc swój miecz sprawie Straży. Mimo swoich obaw, że nie wykaże dla organizacji żadnej wartości i zostanie odesłany z niczym, Sven został przyjęty w szeregi służących Paktowi i poddany ichnim rozmaitym szkoleniom. Obietnice pomocy w poszukiwaniach jakie otrzymał w zamian, choć mętne i niewiele dające, wciąż były czymś więcej niż uzyskałby utrzymując swój dotychczasowy kurs.
I dlatego był tutaj dzisiaj, jako część obstawy kupieckiej karawany, której ochrona była chwilową przykrywką dla działań jego oraz pozostałych obecnych tutaj członków Paktu. Było ich w sumie czworo, nie licząc ich dowódcy Landera, którego Sven dość szybko zaczął szanować, jako doświadczonego w boju i wykazującego przejawy inteligencji, która wbrew złośliwym językom nie jest wcale przeszkodą w karierze najemnika. Ich prawdziwym zadaniem było zbadanie sytuacji w Evergreen, które...
Toczone właśnie rozmyślania najemnika nad celem ich podróży przerwał powrót zwiadowcy, który także należał do podkomendnych Landera. Wieści które posiadał nie należały do pozytywnych - dalsza droga została zawalona przez lawinę. Sytuacja zdawała się śmierdzieć na milę podstępem, lecz wobec nadchodzącego zmierzchu odwrót nie wchodził w grę. Musieli zatrzymać się w pobliskiej kotlinie. Sven w myślach przeklął krótko własną niecierpliwość, teraz istotnie wolałby przemaszerować jeszcze choćby i trzy godziny, niż zakładać obozowisko w tak odsłoniętym miejscu. Nie on jednak tutaj rozdawał karty. Przypuszczalnie nie czynił tego nikt z nich.
Godzinę później ogniska obozu płonęły już w kotlinie, która zaczęła tętnić swoistym, lekko ponurym życiem strudzonych wędrówką ludzi stali. Posiłki były przygotowywane, konie osprawiane i karmione, noclegi szykowane. Gdzieś od któregoś ogniska niósł się głos toczonej opowieści, a wsłuchujący się w nią najemnicy ostrzyli swoją broń. Sven patrzył na to ze swoistym zaciekawieniem, nie wiedział bowiem czym zdążono już ją stępić, tego ranka widział bowiem na własne oczy jak ci sami ludzie ostrzyli ten sam oręż. Widocznie nie chodziło o stan ekwipunku, a o zwykłe zajęcie czymś rąk w tej sytuacji o dość niepewnej, napiętej atmosferze.
Wraz z pozostałymi członkami Straży, Landerem, Sarianem, Thalakosem i Clove, Chudziej odbywał właśnie przy jednym z ognisk coś w rodzaju tajnej narady. Weteran Paktu snuł przed nimi wizję najbliższych działań.
- W twierdzy oraz w samej osadzie powinniście znaleźć wystarczająco dużo plotek, by zainteresować się sprawą. Sugeruję najpierw udać się do tamtejszego burmistrza, sołtysa, radnego, cokolwiek tam mają - ciągnął Lander, machniękiem ręki zbywając temat zastanawiania się nad nazwą przywódcy jakiejś zwykłej osady - A później zacząć dochodzenie. Prawdę mówiąc uważam, że rzucili was na głęboką wodę, ale ufam, że sobie poradzicie. Macie jakieś pytania? Nie licząc oczywiście tego, że ta lawina, dajcie bogowie, bym się mylił, nie była naturalna?
- Władza często zataja niewygodne dla siebie fakty - ten głos należał do Clove, jedynej kobiety w ich skromnej kompanii. Wszyscy zwrócili ku niej swoje spojrzenia, co zdało się ją lekko peszyć, lecz po odchrząknięciu kontyniowała- Wystarczy, że jedna osoba do niego zajrzy, taka która wzbudza zaufanie i widać na niej życiowe doświadczenie oraz trudy życia. Reszta bez większego trudu zakręci się na targu, w karczmie a nawet w klasztorze.
“Doświadczenie oraz trudy życia, ta?” pomyślał sobie Sven, obrzucając wyznaczoną mu przez nowe zwierzchnictwo towarzyszkę drogi spojrzeniem, z którego nawet najlepszy śledczy nic by nie wyczytał “Ciekawe bardzo, kogo masz na myśli.”.
Milczał jednak, nie przerywając brązowowłosej. Nie był człowiekiem, który lubił wdawać się w próżne dyskusje. Póki co nikt nie powiedział wprost, że to on ma zająć się przepytaniem sołtysa, więc nie było sensu się oburzać ani samemu poruszać tej kwestii. Jeśli faktycznie ktoś go zaproponuje do tego zadania, wtedy grzecznie odpowie, że może i doświadczenie oraz trudy są na nim aż nadto widoczne, lecz szczerze wątpi by taki stary, zgięty ciężarem walk i mordu najemnik nadawał się do ciągnięcia za język lokalnych władz. Z pewnością Krasny (jak w myślach nauczył się nazywać mężczyznę, który kazał się nazywać Karmazynowym czymśtam) poradzi sobie z tym zadaniem dużo lepiej.
- Co do Arabel…. - kontynuowała dalej Clove - To to już jest bardziej niepokojące. Zdrada, albo zgładzenie. Mimo wszystko, obydwa zadania mogą być ze sobą powiązane - wzrok kobiety począł błądzić po zgromadzonych, jakby starała się wymusić na nich jakąś inicjatywę lub po prostu sprawdzić reakcję.
- Nie sądzę, żeby ktoś był na tyle głupi, żeby zdradzić pakt… Każdy wie jak to by się dla niego skończyło - Sarian pieczołowicie czyścił swój oręż, uwagą tą jednak udowodnił, że nie puszcza dyskusji mimo uszu. - Coś się musiało stać. Jak długo nie otrzymujemy od nich żadnych raportów?
- Dobry miesiąc, jeśli nie dłużej. Raporty składane są co dwa tygodnie, najczęściej wraz z pieniędzmi za wykonane zlecenia - odpowiedział Lander, drapiąc się po zaroście- Zdrada nie wchodzi w grę, ponieważ wedle moich informacji była to jedna z najlojalniejszych komórek, jakie mieliśmy.
“Lojalność… naprawdę w nią wierzy?” zdziwił się w myślach Sven, spoglądając na swego dowódcę, w którym widział przecież doświadczonego żołnierza. Nie w jego gestii leżało podważanie słów zwierzchnika, lecz Chudziej dobrze wiedział, że ludzi naprawdę nieprzekupnych jest niewielu. Większość z tych, którzy są za takich uważani, po prostu nie spotkała się jeszcze z wystarczająco hojną ofertą.
- Zgładzenie... nie wierzę w to. Mieliśmy zezwolenie na działanie na obszarze Cormyru. - Lander kontynuował, nieświadom niewypowiedzianych uwag Chudzieja - Zastanawiam się nad tym, co tam się mogło wydarzyć. Musiała zajść jakaś dziwna okoliczność, która doprowadziła do tego stanu rzeczy.
- A czy ostatnie raporty mówią o czymś niepokojącym? Na pewno wspomnieli by o tym. Nie wierzę, że cały oddział znika ot tak... - zdanie wypowiedziane spokojnym głosem Sariana zaczęło tonąć gdzieś w odmętach umysłu zmęczonego najemnika, który rozłożony uspokajającym ciepłem ognia zaczął przysypiać. Nie chciał jednak się kłaść, starał się pozostawać czujny, zwłaszcza w takim miejscu, w tej sytuacji. Dzień był jednak długi, męczący, a on nie miał już dziś sił, co jakiś czas odpływał więc w krótkie, niespokojne drzemanie...
Później, oceniając tę sytuację z perspektywy czasu, cieszył się z tego że choćby na te kilka chwil wyrywał od niegodziwego świata przynajmniej odrobinę snu. Dzięki temu czuł się choć trochę lepiej, gdy przyszedł czas z męcząco znajomym zgrzytem stali wysunąć z pochwy swój półtoraręczny miecz. A czas ten nadszedł, gdy lśniąca księżycowym blaskiem noc zgwałcona została podziemnym, nagłym rumorem, po którym nagle rozległ się dziewczęcy, agonalny krzyk.
To była Lialda. Ukochana córka Taeghena, właściciela karawany. Widząc jej młode, drgające ciało zbroczone krwią z wylotowej rany dokonanej pordzewiałą włócznią, Sven zdusił w gardle mimowolny, żałosny jęk. Nie można było jej już pomóc, zawiedli. Może gdyby nie był tak śpiący, może gdyby ją zauważył wcześniej i jakoś powstrzymał elfią córę od nocnych wędrówek... Przełknął jednak pełne goryczy myśli, czujnie obserwując wyrastające spod ziemi wokół nich szkielety. Nie było żadnych wątpliwości, że ożywieńce nie mają wobec nich przyjaznych zamiarów, zwłaszcza po tym jak zamordowały Lialdę. A więc znów przemówić miała stal, zagłuszając złowróżebny śmiech niosący się nad kotliną.
Pierwszy do ataku rzucił się Lander, rzucając im głośny rozkaz:
- Zrównać tych sukinsynów z ziemią!
"Nie wygląda na to, żeby ziemia ich powstrzymywała..." zauważył w myślach Chudziej, lecz posłusznie zajął miejsce w utworzonym szyku. Nie na długo, bowiem gdy masakrujący któregoś szkieleta na brudny pył Krasny wydał z siebie krzyk "Nie rozdzielajmy się!", Sven szybko podzielił ten rozkaz przez okoliczności i pomnożył przez rozsądek. Wiedział, że ludzie - i elf, rzecz jasna - wyszkoleni przez Pakt dadzą sobie radę z otaczającymi ich przeciwnikami, widział jak ożywieńce padają z ich rąk jak muchy. Nie dawał za to funta kłaków za umiejętności pozostałych najemników, którzy skupiali się wokół Taeghena, widział z oddali jak kilku z nich ginie od szybkich ciosów szkieletów.
W ciągu wielu lat przesłużonych w różnych kompaniach najemnych, Sven nauczył się rozróżniać dwa typy najemników. Jeden z nich stanowili ci, którzy bardziej od słowa czy umowy cenili sobie własne korzyści. To był ten typ który porzucał swego pracodawcę gdy sytuacja robiła się nadto gorąca jak na oczekiwaną zapłatę. Ten sam typ, który skuszony wyższą kwotą potrafił dokonywać grabieży twierdzy czy osady, którą niedawno podejmował się bronić. Ten typ, którego honor był na sprzedaż.
Sven cieszył się, że należy do najemników tego drugiego typu.
Gdzieś w jego umyśle drugorzędną rolę grała stara, najemnicza zasada "Nie ma pracodawcy - nie ma zapłaty", jednak powód dla którego ruszył na ratunek Taeghena, był jednak cokolwiek bardziej idealistyczny. Sven zobowiązał się bronić kupca i jego karawany, nie miał więc innego wyboru. Pochyliwszy się nisko runął na żywy mur ożywionych kości, przebijając się przez ich szyk i ignorując zadawane przez nich rany. Na ile mógł, popędził w stronę zbliżających się do czerwonowłosego elfa szkieletów, odruchowo wpadając w poślizg na wilgotnym podłożu aby uniknąć pędzącego ku niemu, szerokiego cięcia, po czym podnosząc się płynnym półpiruetem, przepłynął pomiędzy dwoma ożywieńcami wykańczając je szybkimi ruchami miecza. Szybko pożałował tych akrobacji, które były bardziej reakcją wyćwiczoną do poziomu instynktu, niż przemyślanym działaniem. Poczuł bowiem nagły ból w plecach, który na moment przesłonił mu spojrzenie ciemną mgłą. Gdy odzyskał zdolność widzenia i rozejrzał się bacznie, ujrzał w oddali młodziutką Lialdę. W pierwszej chwili myślał, że ma zwidy lub śni. W drugiej, zwodniczo szczęśliwej i boleśnie krótkiej chwili był naprawdę pewien, że córka elfa wyżyła. Potem jednak zrozumiał, że gdzieś w tej kotlinie krąży magia czarniejsza niż się spodziewał. Nie dane mu było jednak myśleć o tym spokojnie, gdy w stronę kupca już nacierały kolejne szkielety. Paroma susami Chudziej zagrodził im więc drogę, unosząc wysoko tarczę aby osłonić pracodawcę - oraz także i siebie - przed strzałami. Obrona ta nie na wiele mu się zdała, gdy ożywieńcy dopadli go w dwóch naraz, zasypując gradem skorodowanej stali. Oberwał ciężko mimo zbroi, nie spodziewał się takiej siły u czegoś, co praktycznie rzecz biorąc nie ma nawet mięśni. Zdarzyło mu się walczyć z ożywionymi szkieletami i nie zapamiętał by...
Cóż, to było dawno, bardzo dawno. Na pewno był wtedy wytrzymalszy. Silniejszy.

Lepszy.

Wiedziony nagłą wściekłością na własny żałosny stan, Sven poderwał się nagle i osłaniając się przed jednym napastnikiem tarczą, drugiego przeciął płaskim cięciem w poprzek kręgosłupa, sprawiając że kruche kości rozsypały się uderzając o ziemię. Wykorzystując pęd ostrza, ciął skośnie od dołu drugiego z nich, również posyłając go tam, skąd przybył. Szybkim rzutem oka za ramię dostrzegł, że kupiec stoi pośrodku kotliny w oszołomieniu, przykrym i zrozumiałym, lecz całkowicie teraz zbędnym.
- Zabierzcie stąd Taeghena, u licha! - krzyknął z wściekłością do najemników z Kompanii Kła. O dziwo, ci posłuchali go, ciągnąć pracodawcę za jeden z wozów, zbrukanych krwią zarżniętych zwierząt. Kupiec szarpał się i wyklinał ich, lecz tak było lepiej. Nie pora była, aby dołączył do swojej córki.
Szkielety padały dość łatwo, zdając się rozsypywać przy każdym ciosie który nie był lżejszy od przelotnego kopnięcia. Obróciwszy w pył kolejne dwa, które chciały się na niego rzucić, Sven rozejrzał się ponownie po polu bitwy. Z tego co widział, pozostali Strażnicy radzili sobie nie gorzej - a właściwie to nawet lepiej - od niego, niszcząc ostatnie z kruchyc ożywieńców. Na polu walki pozostał tylko jeden, który był z pewnością najcięższym przeciwnikiem, i to wcale nie z powodu przerastającej resztę siły czy wytrzymałości. Główną trudnością była tutaj potrzeba walki z czymś, co patrzy na ciebie oczami młodziutkiej, niewinnej istoty.
“Cokolwiek zabiło i ożywiło tę dziewczynę, zapewne ją teraz kontroluje…” Pomyślał, rozglądając się w mroku, rozpaczliwie starając się dostrzec możliwe miejsca pobytu ewentualnego maga, który sprowadził na nich to wszystko. Bezskutecznie, cokolwiek skrywała noc, nie zdradziła przed nim swych sekretów.
- Tyle że jak na razie mamy tutaj poważniejszy problem, bo to coś nie chce ustąpić! - krzyknął do Svena Lander, jak gdyby czytając w jego myślach, po czym zaszarżował w stronę ożywieńca, gdzie byli już także pozostali jego podkomendni. Chudziej poczuł podziw dla Landera, za jego hardość i opanowanie, które pozwoliły mu stanąć do tej walki bez wahania. Był naprawdę twardy... Co często mówiono również o Svenie, lecz on nie był taki, nie tak naprawdę. Był po prostu utwardzony życiową koniecznością i zbiorem ciężkich doświadczeń, lecz wewnątrz często pełen był rozterek i ponurych wątpliwości.
- Kurwa... - zaklął krótko, gdy cały pozyskany u niego podziw do dowódcy wyparował w jednej chwili, gdy ten tak szaleńczo i nierozważnie wystawił się na atak wskrzeszonych zwłok Lialdy. Nie wyglądało to dobrze, Sven wiedział już że nie może dłużej przypatrywać się temu z boku. Rzucając ostatnie, rozpaczliwe spojrzenie w stronę wozów, zastanawiając się nad tym czy nekromanta do czynienia takich czarów musi zachować kontakt wzrokowy, Swen puścił się biegiem w stronę dowódcy, chcąc odsłonić jego odwrót. Na szczęście szybciej niż on osłoniła go lykantropka. Chudziej mógł więc spowolnić nieco swój pęd, zaoszczędzić siły których nie miał już wiele. Uspokoił oddech, próbując się skupić na tym, co konieczne, choć była to ostatnia rzecz na jaką miał ochotę. Musiał zapomnieć o Lialdzie, pamiętać zaś że cokolwiek stawia im teraz opór wykorzystując jej ciało, może być wszystkim - ale nie jest Lialdą. Przymykając oczy i wygłuszając się na dźwięki toczącej się wciąż walki przystanął na chwilę, wziął głębszy oddech i oczyścił myśli.
Gdy otworzył oczy, pędził już prosto na żywe zwłoki. Nie widział już w nich żywej istoty, która podczas tej podróży dała się poznać jako osóbka troskliwa i ciekawa świata. To było nędzne, obmierzłe i niemiłe wszelkim bogom widowisko sztuki nekromanckiej, coś co nie miało prawa istnieć. Coś, co należało nie tyle zabić, bo życia w sobie nie miało. Należało to wyeliminować.
Wpadając pomiędzy swych towarzyszy wyminął Clove od lewej flanki i opadając na jedno kolano ciął poprzecznie przez nogę stwora, przecinając ją w połowie. Sam się później zastanawiał, dlaczego akurat tak zaatakował. Chyba po prostu nie uchronił się od emocji tęsknoty za kimś najbliższym przyjaciela, kogo miał w ostatnich latach, krasnoludem Gunnarem i jego zwyczajem uszkadzania komuś kolana w każdej walce...
W tej sekundzie Sven jednak nie myślał o tym. Operując wprawionym w ruch ciężarem swego długiego miecza, podbił go ku górze i ciął drugi raz, czysto i szybko dekapitując przewracającą się poczwarę. Głuchemu łupnięciu ciała towarzyszył cichszy stukot turlającej się głowy, która szybko straciła pęd za sprawą długich, jasnych włosów. Nim jeszcze ustały drgawki zwłok przywróconych do ich należnego stanu, Sven już odczuwał negatywne skutki swego dzieła. Był obolały, chyba ranny, kurewsko wręcz zmęczony - najgorszym było jednak to, że gdy tylko jego ostrze sięgnęło szyi ożywieńca, przestał widzieć w nim tylko ofiarę sztuki nekromanckiej. Jakkolwiek irracjonalne by to nie było, czuł się jakby właśnie zabił Lialdę, z zimną krwią. Minęła dłuższa chwila, nim odważył się odwrócić w stronę wozu i przekonać się, czy jej ojciec widział to zajście. Gdy w końcu zebrał na to siły, nie zauważył go tam. Lecz czy na pewno elf uchronił się od tego przykrego widoku? Tego Sven nie wiedział.
 

Ostatnio edytowane przez Sither : 17-07-2016 o 20:22.
Sither jest offline  
Stary 15-07-2016, 19:36   #6
 
Sirion's Avatar
 
Sarian tej nocy nie mógł zasnąć. Cała ta lawina wydawała mu się zbyt podejrzana, aby mogła być dziełem przypadku i musiał zbadać całe miejsce jeszcze raz - poprzednim razem miał na to za mało czasu, gdyż musiał szybko powiadomić o wszystkim karawanę. Westchnął ostentacyjnie i zerwał się ze swojego śpiwora. Powoli rozciągnął się, zmierzwił dłonią jasnobrązowe włosy i ruszył zebrać swój sprzęt.

Sarian był wysokim i szczupłym mężczyzną przed trzydziestką. Pomimo całej całej sytuacji na jego twarzy rysował się lekki grymas uśmiechu, jak gdyby sama możliwość stawienia czoła kolejnemu wyzwaniu bardzo go podniecała. Sprawnie przypasał oba swoje miecze i zgarnął na drogę pochodnie - było jeszcze dość ciemno i jeśli miał coś dostrzec, musiał zapewnić sobie źródło światła. Po chwili bez słowa ruszył w stronę miejsca, gdzie lawina blokowała dalszą drogę - musiał dostać odpowiedzi na pytania, które pałętały się w jego głowie.

Na samym skraju obozu natknął się na siedzącego na ziemi zamyślonego ciemnowłosego elfa, który wpatrywał się w nocne niebo. Atheal - bo tak się nazywał mężczyzna - był jednym z najemników zatrudnionych przez karawanę i uznawany za jednego z najlepszych łuczników w całej kompanii. Pomimo swojego wysokiego wzrostu, potrafił się poruszać niemal bezszelestnie i był prawdziwym mistrzem jeśli chodzi o tropienie czegoś w dziczy. Sarian w związku z tym, że często była przydzielana mu rola zwiadowcy, zdążył już nieco poznać elfa.

- Widzę, ze tylko ja nie mogę zasnąć - Stanął obok niego i również spojrzał w rozgwieżdżone niebo, czekając w milczeniu na odpowiedź udzielonej mu w formie spojrzenia, którym się obdarza idiotę.

- Elfy nie śpią - odparł zgryźliwie, nie siląc się na mówienie czegokolwiek więcej. Nie zwykł strzępić języka, kiedy nie jest to wymagane. Zawsze oczekiwał konkretów czy też przejścia w samo sedno tematu, co uwidocznił swoją aktualną postawą.

Człowiek prychnął tylko w odpowiedzi.
- To dlatego są takie drażliwe...A z resztą… Nieważne - Westchnął zrezygnowany, na co Atheal uniósł brew - Ruszam zbadać tą lawinę i rozejrzeć się po okolicy, to wszystko jest zbyt podejrzane i przydałby mi się ktoś, kto lepiej widzi w ciemności bo ja niezbyt sobie z tym radzę - Wskazał na trzymane przez siebie pochodnie - Zainteresowany spacerem, czy dalej będziesz się wpatrywał jak krowa w księżyc?

- Oglądanie gwiazd jest ciekawsze niż bezczynne siedzenie na tyłku - powiedział beznamiętnie, po czym podniósł się z ziemi i odebrał jedną z pochodni - A oglądanie skał nie brzmi zachęcająco, ale jakoś przeżyję. Poza tym w ciemności nawet elfy są ślepe jak ludzie.

- Czyżby to miał być komplement?

- A czy jesteś kobietą, bym miał ci prawić komplementy?

Sarian machnął ręką zrezygnowany.
- Ech, elfy i ich dobre maniery… - Ruszył powoli w stronę wyjścia z kotliny - A ty będziesz tak stał czy może ruszysz swoje chude cztery litery? - Rzucił nie odwracajac się.

- Przykro mi, jestem za tobą - usłyszał Sarian prawie że nad uchem, gdy się na chwilę zatrzymał zdziwiony - Rusz się, do cholery, bo do świtu nie dotrzemy do tej lawiny.

- Cholerni spiczastouszy… - Powiedział cicho.


***


Spokojnym krokiem dotarli w końcu do miejsca, które wczoraj widział człowiek. Drogę wśród panującej wkoło ciemności udało mu się odnaleźć bez większego problemu - od zawsze przejawiał talent do orientacji w terenie.
- Nasze pochodnie nie będą świeciły wiecznie, więc lepiej się pospieszmy. Poza tym mam jeszcze wartę przed sobą... - Rzucił - Widzisz coś podejrzanego?

Sam podszedł do rumowiska i przyświecając sobie pochodnią rozpoczął poszukiwania jakichkolwiek śladów, które mogłyby naprowadzić ich na dobry trop.

Nie udało mu się niestety dowiedzieć, kiedy dokładnie spadła lawina, jednak ocenił, że nastąpiło to nie później niż tydzień temu. Ciekawe… Czyżby rzeczywiście ktoś na nich czekał i wcześniej to zaplanował? Zmotywowało go to do jeszcze skrupulatniejszego zbadania terenu i po dłuższej chwili poszukiwań udało mu się odnaleźć stosunkowe świeże ślady stóp.
- Atheal! - Zawołał towarzysza a sam przykucnął przy śladach oświetlając je sobie pochodnią - Co sądzisz? Wygląda na to, że ktoś tutaj niedawno był.

Elf oderwał się od swego zajęcia będącego badaniem osuwiska i powolnym krokiem podszedł do Sariana. Szybko dostrzegł trop i nachylił się nad nim z zainteresowaniem. Pokiwał głową z uznaniem.
- Tutaj chodzi sporo podróżnych. Myślisz, że te ślady są powiązane z tym, co się tu wydarzyło? - zapytał już normalnym tonem, jeśli porównać go do tego sprzed kilku chwil.
- Wydają się świeże i nie sądzę, żeby w okolicy szlajał się w międzyczasie ktoś inny - Zbadał znaleziony trop palcami - Ślady mężczyzny, są za duże, żeby należały do kobiety. Zwykli bandyci czy może ktoś zaplanował tą zasadzkę wcześniej? - Wstał powoli.

- Jeśli zasadzka była planowana, to została zaplanowana genialnie. Jesteśmy w tym miejscu jak na talerzu... Ale jaka banda by się zdecydowała na atak karawany, której większość załogi stanowi zbrojna eskorta? - elf zawiesił pytanie w powietrzu chcąc, by w Sarian się jakoś doń ustosunkował.

- Na pewno taka, która będzie w stanie się im przeciwstawić. Pytanie tylko po co to robią? Czy może nasz pracodawca ma jakichś wrogów? A może przewozi coś cennego? Chyba będę musiał renegocjować swoją stawkę… Takie atrakcje nie były ujęte w kontrakcie - Westchnął. Udało mu się ocenić, że wszystkie ślady prowadzą w stronę twierdzy - Głupotą było by udawać się tam tylko we dwóch, trzeba ostrzec resztę i przygotować się na atak. Nie sądzę, żeby zwlekali z nim za długo. Wracajmy.

Kiedy byli już w drodze powrotnej coś zwróciło uwagę Thanna.
- Zobacz! - Powiedział do elfa i podbiegł w kierunku znaleziska.

Okazało się, że lawina odkopała przy okazji kości, które najwyraźniej przebywały zakopane pod ziemią od bardzo długiego czasu - rozkład był już bardzo wyraźny. Od razu dało się poznać, że należały do co najmniej kilku nieszczęśników, a gdy lekko odgarnął ziemię natknął się na kolejne znaleziska.
- Wygląda na to, że musiała się tutaj odbyć jakaś bitwa… Rzadko widzi się tyle kości w jednym miejscu. Ciekawe czy jakiś miejscowy, mógłby powiedzieć nam coś więcej na ten temat. - Zamyślił się - Co sądzisz?

Atheal jedynie podrapał się po głowie, po czym wzruszył ramionami tak, jakby to była rzecz mało istotna.
- Jak znam życie to w Twierdzy ci powiedzą na ten temat wszystko, jeśli to faktycznie była jakaś bitwa, a nie masowy grób nieszczęśników próbujących chronić się przed wydarzeniami przed stu lat.

Sarian przytaknął.
- Ruszajmy. Nie ma czasu do stracenia.


***


Sarian był czujny jak zawsze i nie dał się zaskoczyć w momencie ataku, ponadto miał przeczucie, iż wcześniej znaleziony grób sprowadzi na nich nieszczęście, jednak nawet nie przypuszczał, że będzie to cały oddział chodzących szkieletów. Obecni członkowie paktu dość szybko sformowali okrąg obronny, który znacznie zwiększał ich szansę na przeżycie.

Zwiadowca na chwilę wstrzymał oddech i spróbował namierzyć kierunek z które dobywał się niemal maniakalny śmiech rozbrzmiewający po całej kotlinie, jednak jedyne co zdołał ustalić to to, iż jego źródło musiało znajdować się gdzieś poza nią. Zrezygnowany dobył obu swoich mieczy.

- Nie rozdzielajmy się! - Usłyszał głos Karmazynowego Księcia, jednak pomimo tego za chwilę obserwował Clove, która zaszarżowała dziko na przeciwników. Zmełł w ustach przekleństwo, musiał się teraz skupić na innych rzeczach, jeśli chciał przeżyć.

Bez chwili zastanowienia dobiegł do pierwszego szkieleta i wyprowadził niskie cięcie, po czym bez chwili zastanowienia odskoczył na bok, aby zmylić swojego przeciwnika. Pomylił się minimalnie. Szkielet wyprowadził szybki kontratak, który jednak udało się człowiekowi sparować.

Wszystko działo się naprawdę szybko i zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli się nie pospieszą to w końcu wrogowie ich przytłoczą, musieli ich wyeliminować zanim się lepiej zorganizują. Po chwili poczuł jak ktoś wypycha go do przodu w stronę Clove.

- Pomóz jej! - Krzyknął książe, a Sarian w pełnym biegu zrobił wypad celujac w żebra przeciwnika, który stał przed nim. Jednak ponownie chybił o włos, kiedy szkielet odchylił się lekko do tyłu, a w odpowiedzi wyprowadził on cięcie, które musnęło ramię Sariana. Rana nie była głęboka i bardziej irytowała niż przeszkadzała w dalszej walce, jednak pozwoliła zwiadowcy odzyskać koncentrację.

Ponownie powtórzył ruch z szybkim wyskokiem i odskokiem i tym razem jednak cios dosięgnął jego wroga i po chwili szkielet rozpadł się na jego oczach. Z uśmiechem na ustach zatoczył młynek oboma ostrzami i spojrzał wyzywająco na pozostałe szkielety. Uniknął jednego ataku, sparował następny, wyprowadzajac dwa szybkie ciosy w odwecie, niszcząc obu swoich przeciwników.

W końcu miał chwilę, aby złapać oddech. On i inne osoby z paktu zniszczyły wszystkie szkielety w pobliżu, a najemnicy pomimo potężnych strat również pozbyli się swoich wrogów. Walka toczyła się jedynie przy jednym z wozów, gdzie grupka najemników walczyła z... Dziewczynką?

- Lialda... - Powiedział cicho i żal mu się zrobiło dzieciaka. Nie było jednak czasu na sentymenty, gdyż ożywieniec masakrował walczących z nią ludzi.

Gdy w końcu właczył się do walki Clove rozkazywała Landerowi, aby się wycofał. Sarian chcąc kupić mu trochę czasu zmienił sposób uchwytu swoich broni, tak, że jego ostrza były skierowane teraz do dołu, ciął jednym po twarzy ożywieńca i wykorzystując siłę pędu przeturlał się, aby wbić drugie ostrze w odsłonięte plecy przeciwnika, jednak pomimo otrzymanych obrażeń jego przeciwnik wciąż stał na nogach.

- Szlag by to... - Powiedział wydobywając ostrze z ciała przeciwnika. Nekromancja od zawsze go przerażała, gdyż jej twory potrafiły być nienaturalnie wytrzymałe, dlatego nie był zdziwiony, gdy dziewczyna wciąż trzymała się dobrze po kolejnych dwóch cięciach. Stworzenie poległo dopiero, kiedy Sven pozbawił ją głowy.

- Dobra robota... - Rzucił, po czym wbił dwa miecze w ziemię, oparł się na nich rękoma i pochylił się do przodu, aby chwilę odpocząć.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."
Sirion jest offline  
Stary 17-07-2016, 19:15   #7
Konto usunięte
 
Flamedancer's Avatar
 

Mijały kolejne godziny pod rozgwieżdżonym niebem, a jasno lśniący księżyc wcale nie wskazywał na to, że coś mogłoby się w najbliższym czasie wydarzyć. Ogniska trzaskały wesoło. Wokół nich siedzieli najemnicy Krwawego Kła nie będąc w stanie zmrużyć oka. Nie lepiej było z agentami Paktu oraz samym elfem i jego córką. Dodatkowo doniesienia o masowym grobie zaraz przed kotliną pogłębiły wyczuwalną ciężką atmosferę.
Przebudziwszy się, Lialda odeszła od miejsca, gdzie siedział jej ojciec, i skierowała się do pierwszego wozu.
- Nie oddalaj się za bardzo! - krzyknął za nią elf, oglądając się za siebie dość niespokojnie.
- Spokojnie ojcze, ja tylko... - urwała, gdy wszyscy nagle usłyszeli jakiś ruch w ziemi.
Jeśli ktoś zaczynał być senny, to właśnie teraz stracił jakąkolwiek ochotę na sen. Wszyscy dobyli broni i zaczęli rozglądać się po sobie, szukając jakiegokolwiek źródła zamieszania. Nagle usłyszeli głuche stęknięcie poprzedzone gwałtownie rozrzucaną ziemią.
Nastała grobowa cisza.
Lialda znajdowała się w powietrzu, przebita włócznią z paskudnymi zadziorami służącymi to szybkiego wydzierania życia z wrogów. Z ziemi wygrzebywał się szkielet, który zrzuciwszy brązowooką dziewczynę ze swej broni za pomocą gwałtownego, rozrywającego trzewia szarpnięcia, skierował swe puste oczodoły w stronę pozostałych obozowiczów. Nieumarłych zaczynało być więcej... I więcej... I więcej... Zaczynali ich otaczać w ciasnym pierścieniu, a w wąskiej gardzieli służącej im za wjazd do tego miejsca kotłowało się więcej żywych trupów.
Taeghen stał jak sparaliżowany, nie mogąc podjąć jakiejkolwiek akcji poza spoglądaniem na truchło swojej adoptowanej córki. Lander widząc to przełknął przekleństwo i podrzucił topór w swej lewej ręce.
- Zrównać tych sukinsynów z ziemią! - krzyknął komendę do swoich ludzi i rzucił się do ataku, na co szkielety odpowiedziały szarżą.
A nad tym wszystkim poniósł się głośny, maniakalny śmiech jakiegoś mężczyzny.
Walka była wyjątkowo szybka i okrutna. Pół setki żywych trupów zdołało zaszlachtować zwierzęta pociągowe i zabrało się za najemników będących w niemal beznadziejnej pozycji. Każdy z nich walczył mężnie, lecz prawie wszyscy zakończyli swój żywot z kościstych rąk żywych trupów oraz ciosów ożywionej przez niewidocznego przeciwnika Lialdy. Jej wytrzymałość była niemal przerażająca. Opierała się cięciom lepiej niż ściana drewnianego domu. W milczeniu szerzyła swoje dzieło zniszczenia, kiedy pozostali nieumarli powoli padali pod potężnymi ciosami Paktu Czarnej Krwi.
Lander widział już wiele. Takie rzeczy go niezbyt ruszały. Czuł jedynie gniew wypełniający jego umysł w każdy możliwy sposób. Nie baczył na swoje rany, po prostu miał ochotę to wszystko zniszczyć, by zginęło jak najmniej osób. Stracił w przeszłości już wystarczająco wiele. Jego topór oraz miecz szalały na polu bitwy roztrzaskując kolejne czaszki, aż wreszcie skierowały się w stronę zombie pragnąc ją jak najszybciej skrócić o głowę, co z imponującą skutecznością uczynił Sven.
A wszystko to trwało nie dłużej, niż minutę.


Zwrócony plecami do reszty Lander, wcześniej opatrzony przez Clove, w milczeniu przysłuchiwał się rozmowom pozostałych członków Paktu. W ten sposób sprawdzał czy są w stanie współpracować ze sobą i z efektów wydawał się być zadowolony, jednak wiedział, że nie należy tak szybko oceniać ludzi. Niegdyś, będąc jeszcze szeregowym, jego dowódca się na tym skaleczył, więc nie zamierzał popełnić podobnego błędu wobec swoich przełożonych. Zamierzał prowadzić obserwację, póki uzna, iż się całkowicie zgrali.
W jego lekko wyciągniętej ku ognisku dłoni, leżała przeźroczysta kula wielkości zaciśniętej pięści. Melancholijne refleksy światła płomieni gotowe były zauroczyć każdego, kto na nie spojrzał, ale to nie była byle zabawka. Ten artefakt niewiadomego pochodzenia o nazwie Bańka Duszy, przeznaczony został do przechwytywania dusz konających nieszczęśników i wykorzystywania ich energii witalnej do innych celów bądź do wskrzeszania za pomocą potężnej magii.
Tak przynajmniej mówili.
Organizacja wykorzystywała je do zamykania dusz swoich ofiar, by dostarczyć je do Gniazda Feniksa jako dowód wykonania zadania. Był to dość niemoralny proceder, ale kto by się przejmował losem jakichś potworów? Wojownik schował Bańkę do przeznaczonej na nią pojedynczej sakwy, wpierw szczelnie owijając ją cienką jedwabną szmatką. W tym momencie frasowała go zupełnie inna sprawa, a dokładniej pytanie brzmiące następująco:
Jakim cudem nekromanta sobie radośnie hasa po górach, kiedy w pobliżu powinien być cały batalion zbrojnych?


Dłuższą chwilę później ciała poległych strażników zapłonęły jasnym światłem oświetlającym całą kotlinę. Gryzący swąd palonego mięsa poniósł się do nozdrzy otaczających go w milczeniu podróżników, obserwujących z wisielczym humorem swe dzieło. Pełne melancholii gwiazdy błyszczące na nocnym niebie zdawały się płakać nad losem poszkodowanych w czasie tego okrutnego wydarzenia, raz po raz skrywając się za tumanami gęstych chmur, jak gdyby nie chcąc tego oglądać.
Taeghen zdawał się być najbardziej nieobecny w trakcie tego pochówku. Patrzył na trawione przez płomienie ciało swojej córki przemienionej przez nieznanego sprawcę w obrzydliwego zombie. Zdawał się zastygnąć w miejscu. Trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje z jego elfiej twarzy. O jego stanie świadczyła jedynie nieregularnie unosząca się klatka piersiowa, co zaobserwowały wprawne oczy Clove.
Dopiero gdy było już po wszystkim, podjęto decyzję o dalszej podróży. Elf dość długo oponował, mając na uwadze zebrane w wozach dobra, ale w końcu, ku uldze pozostałych, się zgodził. Przez moment sprawiał wrażenie gotowego pozostać w kotlinie na dobre i złe z powodu cholernych wozów lub być może miejsca pochówku Lialdy. Sporządzono listę ofiar, po czym opuszczono miejsce okrzykniętym przez najemników jako “Czarcie Oko”.

Niebo całkowicie już przesłoniły ciemne chmury znacznie ograniczając widoczność. Podróżowano z pochodnią mając nadzieję, że odstraszy ona potencjalnych napastników. Wędrówka trwała niemal godzinę, nim ujrzeli inne, dość odległe światła ewidentnie oświetlających ich cel. Twierdza Wysoki Róg była naprawdę imponująca. Ułożona była wzdłuż drogi, wrastając w znajdujące się za nią skały. Wnętrza strzegły wysokie, grube mury i jeszcze wyższe wieże, na których powiewały oświetlone flagi Cormyru. Do środka prowadziła potężna brama zdająca się być niemal nie do przejścia w przypadku ewentualnego szturmu. Czujni strażnicy na blankach uważnie wpatrywali się w podróżników. Zdecydowanie nikogo się nie spodziewali o tej porze.
Po wyjątkowo długich pertraktacjach cała ósemka znalazła się wreszcie w środku. Wnętrze Twierdzy było wyjątkowo praktyczne. Oświetlony, wydeptany plac rozciągał się na sporej powierzchni. Tu i ówdzie porozrzucane stały tarcze strzeleckie oraz manekiny treningowe. Na prawo od wejścia znajdowała się kamienna, zamykana stajnia, a za nią bardzo duża zbrojownia. Na lewo rozciągały się prawdopodobnie koszary gotowe pomieścić olbrzymią ilość wojska oraz niewątpliwie kolejna zbrojownia. Nie były to jednak budynki, które ich interesowały, a to, co znajdowało się na wprost.
Olbrzymia budowla kojarząca się z przerośniętą basztą stała zespojona z pionową ścianą. Boczne ściany przytrzymywały wbite w ziemię kamienne wsporniki kunsztem zdecydowanie kojarzące się z robotą krasnoludów z powodu swojej masywności i widocznej wytrzymałości. Duża ilość niewielkich okien stanowiących idealne stanowiska strzeleckie nieregularnie zdobiły “wieżę” na całej swej wysokości, a masywne, mosiężne, dwuskrzydłowe drzwi z herbem Cormyru stały przed członkami Paktu zamknięte. Thalakos, jako osoba całkiem nieźle znająca się na wojnie, szybko zdołał ocenić walory obronne tego budynku dochodząc do wniosku, że wolałby nie być w skórze atakujących, gdyby doszło tutaj do jakiejś batalii. Była ona zaprojektowana tak, by mimo zajęcia zewnętrznego kręgu, można było się z powodzeniem bronić od środka.
Ośmioosobowa grupa stała na podwórzu nie wiedząc, co teraz mają ze sobą zrobić. Z pomocą chwilę później przyszło dwóch żołnierzy w kolczugach z nałożonymi nań purpurowymi tabardami. Jeden z nich zaprowadził Landera do środka w celu złożenia raportu w sprawie incydentu na drodze, a drugi poprowadził resztę do koszar ze względu na “pewne problemy z kwaterami mieszkalnymi”, jak to pozwolił sobie określić.
Ich pokoje przedstawiały się niezwykle skromnie. W każdym z nich znajdowały się cztery prycze, kilka stojaków na oręż oraz pancerze, jak i również szafa. Przez wychodzące na zewnątrz okna wpadało odrobinę nocnego światła sprawiając, że w pomieszczeniach nie było całkowicie ciemno. W jednym z nich znaleźli się razem Sven, Taeghen, Thalakos oraz Sarian. W drugim siedzieli obaj najemnicy i tam również miał udać się Lander. Osobno zaś przebywała Clove z powodu dziwnych “odgórnych zaleceń dyscyplinarnych”. Strażnik jedynie wzruszył ramionami, pożyczył wszystkim dobrej nocy i odszedł do swych obowiązków.

Był środek nocy i nie zostało im nic innego, niż odpoczynek. Było jednak coś, co wyjątkowo rzuciło im się w oczy. Garnizon fortecy był naprawdę niewielki. Być może było to spowodowane późną nocą, któż to wiedział?
 
Flamedancer jest offline  
Stary 23-07-2016, 11:33   #8
INNA
 
Nami's Avatar
 
Opuszczenie kotliny było dobrą decyzją, tym bardziej jeśli mieli pewność alternatywnego noclegu. W sumie, jak bardzo głupie było nocowanie tutaj, skoro dwie godziny marszu od tego przeklętego miejsca, było bezpieczniejsze? Nie musieli przecież wtedy przekraczać murów, mogli i spać nieopodal nich, ale nie w tej kotlinie. Dziwne zdawało się to jednak dopiero po fakcie, a nie w chwili, gdy podejrzanym być to powinno.
Po wstąpieniu do twierdzy ocalałych, zostały wyłożone im proste zasady oraz przydzielone kwatery. Clove zdecydowanie zesmętniała i nie mogła się powstrzymać, przed zaczepieniem strażnika, który ją odprowadzał.
- Czemu muszę być sama? - spytała strażnika ściszonym głosem wyraźnie przygnębiona.
- Zalecenia odgórne, że kobiety nie powinny spać z mężczyznami, ponieważ to demoralizuje - w jego tonie zdecydowanie brzmiało powątpiewanie co do tej decyzji.
- A gdybym nie spała? - dopytała poważnie, choć zdawała sobie sprawę, jak głupio mogło to brzmieć, a podkreślił to fakt, że uderzył swą dłonią o pomarszczone czoło. Westchnął głośno i przeciągle, nim się odezwał.
- Nie sądzę, by to pomagało - odpowiedział jej.
Clove skrzywiła się lekko
- A od której pory można tam być wspólnie? Czy w ogóle nie mogę tam wejść? - jej szczęka z kłami pomału zaczęła wysuwać się do przodu.
- Po świcie. Wiem jak durnie to brzmi, ale nikt z nas w tym miejscu nie miał na to wpływu. To podobno ci goście w Suzail coś kombinowali. Cholera wie - wzruszył ramionami, po czym zlustrował ją od stóp do głów. Nie komentował jednak nic.
Kobieta jedynie spuściła głowę w dół patrząc na swoje zwierzęce stopy, których palce zakończone pazurami wystawały z czubków obuwia, w których wnętrzu po prostu nie czuły się komfortowo. To było specjalne obuwie dla likantropów podobnych jej. Idąc w ciszy przez chwilę zastanawiała się, co jeszcze mogłaby powiedzieć. W kamiennym korytarzu dało się słyszeć bijące ze strachu serce.
- Odwiedzać też nie można? - wypaliła już z przymusu, choć może i nadziei, której mimo to na próżno było szukać w głosie. Kumulował się tam jedynie lęk i smutek.
- Chyba musielibyście rozmawiać na korytarzu, a tutaj dźwięk się niesie... No sama słyszysz - powiedział jej kwaśno, kierując na nią współczujące spojrzenie i klepnął po ramieniu - Nie no, wytrzymasz do rana. Tu cię nikt nie skrzywdzi.
- Nie znasz mnie. Nie wiesz, co się dzieje - odparła tajemniczo, bo co mogła więcej rzec? To nie miało najmniejszego sensu. Dopiero po chwili dotarło do niej, że być może jej słowa są zbyt niejasne i mogą doprowadzić do nieprzyjemnego nieporozumienia lub domysłów skierowanych w tę złą stronę. Zatrzymała się, kiedy on przystanął przy prawidłowych drzwiach
- Dziękuję. Może faktycznie nie będzie tak źle - wymusiła uśmiech spoglądając na strażnika dosłownie na chwilę. Kiedy zetknęła się z jego spojrzeniem zawstydziła się, co potwierdził jej wycofujący się wzrok oraz ciało, które dało krok w tył, a plecy przylgnęły do drzwi.
- Dobranoc. - westchnęła płytko i po omacku wyszukała dłonią gałkę, aby ją przekręcić i wejść do tymczasowego pokoju. Szybko zamknęła za sobą drzwi, dopychając je plecami. Clove osunęła się nagle w dół, jakby straciła siły w nogach. Ukryła twarz w kolanach, które objęła mocno rękami. Nic już nie mówiła. Kobieta w takiej pozycji poczęła kiwać się na boki. Czuła jak przewraca jej się w brzuchu, jak jest jej niedobrze i zaczyna boleć ją głowa. Jej czoło stało się bardziej ciepłe niż u zdrowej osoby. Kiwanie się nabrało na sile, a oddech dziewczyny był bardzo ciężki, acz płytki i przyspieszony. Kobieta całkowicie straciła poczucie czasu, a ten dłużył się nieznośnie. Strach narastał, a niespokojne myśli atakowały ją z każdej strony. Była przerażona, roztrzęsiona, a im więcej godzin mijało, tym gorzej się czuła. Jej myśli długo krążyły wokół Landera. Doskonale wiedziała, jak mogło wyglądać to z boku, ale nie przejmowała się opiniami, póki nie zostały wypowiedziane na głos. Inni nie rozumieli ich relacji, byli zbyt płytko myślący, a ich umysł napełniony ignorancją przesłaniał wiele opcji. Clove było przykro, kiedy słyszała lub widziała niewybredne, jednoznaczne gesty, chichotanie i dziecinne zaczepki. Nie mogła nic na to poradzić, że od chwili przebudzenia uzależniła się od tej jednej osoby, a rozłąka z nią napawała ją irracjonalnym, chorym lękiem. Lękiem separacyjnym. Po wielu minutach kiwania się i cichym uderzaniem plecami o drzwi, Clove usłyszała krzyki z innych pokoi. Były to nawoływania do broni, rumor związany z chwytaniem swych ostrzy, a następnie szczęk oręża. Kobieta słyszała jęki bólu i agonii, cierpienie wielu wojowników, przecinanie miękkich ciał, rozlew krwi. Kiedy cała przerażona wybiega z pokoju, korytarz ścieliły już zwłoki poległych strażników i krwawe plamy na posadzce. Zdezorientowana, z sercem podchodzącym aż po same gardło, Clove pognała do pokoju Landera. Drzwi niemal wyważyła, nie kontrolując swojej siły. W jej dłoni lśniła stal sejmitara, a postawa ciała była przygarbiona. Ramiona unosiły się z każdym, dzikim wdechem, kiedy dojrzała jego - osuniętego przy ścianie pomieszczenia z mieczem wbitym w trzewia. Otumaniona patrzyła, jak Lander umiera, a ona nic już nie może poradzić.
Clove otworzyła oczy, a jej głowa uniosła się gwałtownie. Jej oddech był głośny, a nabierane powietrze pochwytywane łapczywie, jak gdyby wcześniej się dusiła i nadrabiała niedobór tlenu. Zerwała się na równe nogi nie bacząc na porę dnia, choć ewidentnie był już świt. Jedyne co zdążyła zrobić to chwycić swoja broń. Kiedy wyrwała się biegiem w stronę pokoju Landera, nie zastanawiała się nad tym, co robi. Po prostu otworzyła gwałtownie drzwi, omiatając wzrokiem pomieszczenie. Od przyspieszonego tętna czuła ból w klatce piersiowej, serce chciało uciec z więzienia zbudowanego z żeber, jej usta posmutniały, oczy zaszkliły się, a stojąca w progu Clove, niespodziewanie rzuciła się biegiem na łóżko Landera. Nagle zaczęła płakać, wtulając się w jego ramie, chowając tam twarz i obejmując go bardzo ściśle. Jej rozpacz była głośna i wyraźna choć stłumiona przez bark, do którego się przycisnęła. Drzwi pozostały otwarte, zaś kobieta drżała cała przerażona i zalana łzami, których etiologii nikt nie potrafił odgadnąć. Nikt, prócz niego. Mężczyzna siedzący na swej pryczy objął ją drugim ramieniem, pozwalając jej w ten sposób płakać w jego klatkę piersiową. Umieścił jej głowę pod swoim podbródkiem, a ręką gładził po plecach, chcąc ją uspokoić i bezsłownie przekazać, że wszystko już w porządku. Minę miał wyraźnie strapioną, co nie uszło uwadze dziwnie spoglądających na nich dwoje najemników. Łypnęli jedynie wzrokiem po sobie jak gdyby przekazując sobie jakąś wiadomość i czym prędzej wyszli, zamykając za sobą drzwi. Cisza w pokoju była przerywana jedynie stłumionym łkaniem likantropki. Jej ciało całe drżało, przywarte mocno do ciała Landera. Przez jej piersi czuł przebijające się łomotanie przerażonego serca, a strumień łez zamoczył jego nagi bark. Nie było żadnej wątpliwości, jak mocno rozstanie wpłynęło na jej umysł, mógł jedynie domyślać się, co ona teraz czuje, choć niekoniecznie to rozumieć. Choć stabilna emocjonalnie, wciąż miała fobie, trawiące ją od wewnątrz.
- Umarłeś - wydusiła w końcu z siebie, między jednym haustem powietrza a drugim.
- Nie było cie! - wyłkała po chwili oskarżycielskim tonem - Zostawiłeś mnie - uderzyła go lekko piąstką w ramię, a z jej gardła wydobył się rozżalony pisk zbliżającego się wybuchu rozpaczy, kiedy usta zacisnęły się w wąską kreskę. Dziewczyna poczuła, jak jego ciało lekko drgnęło po jej słowach. Czy był to efekt tonu, jakim je wypowiedziała? A może drgnęła jakąś strunę, której tknąć nie powinna? Niemniej jednak bardzo szybko posmutniał. Przytulił ją nieco mocniej.
- Jestem tu, żyję i przez całą noc się zastanawiałem czy wszystko z tobą w porządku - powiedział jej po krótkiej ciszy wymaganej dla niego do krótkiego namyślenia się, a w trakcie gładził ją po włosach - I byłbym z tobą, gdybym mógł. I ty dobrze o tym wiesz.
- Ale umarłeś… - wyszeptała z osłabieniem w głosie, przekręcając głowę nieco na bok, aby móc pobierać świeże powietrze, którego brakowało jej kiedy była zbyt przyciśnięta do barku. Zaślepiona we własnym bólu nie potrafiła jeszcze przyswoić, że rzeczywistość trwa w tej chwili, a to, co widziała wcześniej, było tylko koszmarem. Płakała przez jakiś czas, jednak jego kojąca natura niespiesznie ją uspokajała. Dłonie gładzące włosy dawały poczucie bezpieczeństwa, zaś ciepło żyjącego ciała oraz bijące serce, upewniły ją jedynie, że umysłem wciąż trwa w złym śnie, który przywiodła jej klątwa.
- Nie chcę już tutaj spać - powiedziała cicho, choć już stosunkowo stabilnym głosem, choć wciąż była bardzo zrozpaczona. Lander przeczuwał, że jej zły stan będzie teraz utrzymywał się przez znaczną część dnia, jeśli nie zdoła sprowadzić jej myśli na inny tor.
- Boję się - wyszeptała pieszcząc jego ucho ciepłym oddechem.
- Będę przy tobie - powiedział jej tak samo, jak ona wypowiedziała swe ostatnie słowa - I nie wrócimy tu już. Mieliśmy tu być tylko jedną noc, a teraz idziemy do Eveningstar - starał się zmienić jej tor myślenia, by nie wracać już do jej koszmaru.
- Będzie dobrze. Musimy w to wierzyć - zaczął jeździć wierzchnią częścią palca po jej policzku, by otrzeć jej łzy.
Clove uspokajała się. Nie miała już nawet sił na to, by dalej płakać. Lała łzy przez wiele minut, a samo to było męczące. Czuła się bardziej śpiąca, niż kilka godzin wcześniej, a sen wcale nie zregenerował jej sił. Otępiała kiwnęła głową twierdząca, nie zastanawiając się nad tym co mężczyzna mówi, ponieważ wszystkie słowa byłyby dla niej dobre. Żył, w co jeszcze nie do końca potrafiła uwierzyć. Naprawdę tutaj był?
- Przepraszam za to, jaka jestem - pierwsze poczucie winy wślizgnęło się do jej skołowanego umysłu. Pozostawienie jej na noc samotnej w pustym pokoju było najgłupszym pomysłem, na jaki ktokolwiek mógłby wpaść. Jej psychika została poważnie zachwiana i tylko inne bodźce mogłyby ją odciągnąć od otumanienia. Clove drżącymi ustami musnęła jego policzek. Zakryła się kołdrą, pod którą i on był, nie obyło się bez wiercenia i ocierania ciała, choć jej przynajmniej było odziane w lekki ubiór, bez pancerza. Wargi kobiety były bardzo blisko jego podbródka, a wielkie oczy wpatrywały się z bliska w twarz Landera. Przełknęła głośno ślinę, serce pomału zwalniało swój bieg.
- Przeze mnie inni będą mieli o tobie złe mniemanie… - wydusiła cicho, spuszczając nos na kwintę.
- Nie masz za co przepraszać - uśmiechnął się do niej pocieszająco. Z jego twarzy można było wyczytać szczerość. Clove sama zresztą wie, że należał on do prostolinijnych ludzi starających się doszukiwać pozytywów we wszystkim - Przeżyłaś wiele złego, takie rzeczy po prostu się zdarzają.
- Wiesz, niech mówią, co chcą - powiedział jej, być może w jakimś impulsie lub nie. Nie dało się tego stwierdzić. Kobieta pociągnęła nosem i kiwnęła twierdząco głową. Gwałtownie przetarła mokre policzki przedramieniem, leżąc wygodnie na ciele mężczyzny. Puls zwolnił zdecydowanie, powracając do swojego standardowego tempa, zaś mokre oczy zamknęły się szybko. Płytki oddech ledwo co unosił jej piersi. Ręka, która zaciskała się na drugim ramieniu Landera, zwolniła swój uścisk jakby stała się bezwładna. Zdawało się, że Clove zasypia, a on ją obserwował, jak to miał dotychczas w zwyczaju. Objął ją delikatnie ramionami i po chwili jego powieki również opadły. Co prawda miał coś do zrobienia, ale to mogło chwilę poczekać. Clove początkowo zbudziła się po kilkunastu minutach, kiedy ktoś zapukał do pokoju. Lander podniósł się, przez co zaburzył jej czujny sen. Likantropka przeraziła się, że być może jej sen się spełni i obcy przybysz wbije mężczyźnie miecz rozrywając skórę i wypruwając wnętrzności. Uspokoiła się słysząc znajomy głos i przezornie schowała się pod kołdrę, aby przypadkiem Karmazyn jej nie dojrzał. Słyszała całą rozmowę i nawet zrobiło jej się przykro, gdy została nazwana “jego kobietą” a potem coś o “problemach”, jakie mogłaby przysporzyć. Kiedy tylko Lander wrócił do łóżka, Clove wtuliła się w niego jeszcze mocniej i ciaśniej przylegając do ciała. Jej serce ponownie przyspieszyło rytmu, a cała ona była znowu zestresowana.
Obudziła się kilka godzin później, gdy świt dawno przeminął i zbliżało się południe. Tym razem sny miała spokojne i nie odczuwała już takiego zmęczenia, co o świcie. Kiedy otworzyła oczy, ujrzała twarz Landera. Uśmiechnęła się spokojnie na myśl o bezpieczeństwie, jakie jej zapewnił przez ten krótki czas.
- Dzień dobry - powiedziała cicho nieco onieśmielona tą bliskością. Zazwyczaj nie spała z nim, a tylko w tej samej lokalizacji jak pokój czy namiot. Teraz mogłaby dłonią wyczuć każdą bruzdę na nagim torsie, a ciepło ludzkiego ciała nigdy nie było tak wyczuwalne, jak teraz. Poczuła się nieswojo, więc schowała twarz w ramieniu, aby jej nie widział. Uszy kobiety nabrały spiczastości, co sugerowało, że sytuacja wpływa na nią stresująco.
- Przepraszam, nie powinnam - dodała tylko i zaczęła się podnosić, aby wstać. Mężczyzna jej nie zatrzymywał, chcąc zapewnić jej pewien komfort. Już przyzwyczaił się do części reakcji jej ciała i tą akurat potrafił podsunąć prawidłowo pod pewne uczucia.
Odpowiedział jej na powitanie i usiadł na pryczy zaraz obok niej. Przyjrzał się jej uważnie będąc już całkowicie rozbudzonym. Na jego twarzy widoczne było zatroskanie.
- Gdybyś nie powinna, to bym ci o tym powiedział kilka godzin temu - zaśmiał się cicho, sam nie wiedział w sumie z czego - Poza tym jak mógłbym cię tak zostawić, kiedy ze łzami w oczach wpadasz do pokoju mając wyraz przerażenia na swym obliczu?
Clove odwróciła głowę w drugą stronę, gdyż czuła się coraz bardziej nieswojo. Nie z powodu niego, a tego, że mając tyle lat, jej zachowania były bardzo dziecinne, tak samo jak irracjonalne lęki. Nie potrafiła jednak wyrwać się z okowów strachu, jaki zaszczepiła w jej sercu czaroplaga. To właśnie z tego powodu próbowała ochronić się przed zawieraniem znajomości, jedynie Lander był kimś więcej, ponieważ dbał o nią od samego początku, jak o cenną rzecz.
- Bo te ich zakazy były idiotyczne, mogłam przecież spać tutaj na osobnym łóżku i nikomu bym tym nie zrobiła krzywdy - poczuła przymus tłumaczenia się, choć przez mężczyzna dobrze o tym wiedział. Clove nie była złą osobą, choć jej wygląd momentami mógł temu przeczyć. Wojownik pokręcił jedynie głową na znak, że nie musi mówić, o co chodzi. Prawdopodobnie dobrze wiedział.
- A tak musiałam spać z tobą, pewnie wszyscy będą teraz głupio na ciebie patrzeć - skrzywiła się, jednak ściana z rozpuszczonych, brązowych włosów, wyraźnie zasłoniła jej twarz.
- Już i tak wystarczająco się na mnie dziwnie patrzyli w moim życiu. Chociażby przez mój tabard - wzruszył ramionami i wbił wzrok w ziemię pod swymi stopami. Jego wargi zwęziły się w wąską linię, jakby próbując zatrzymać coś, co chciał powiedzieć. Pokręcił ostatecznie głową i westchnął głośno. Widocznie mu przeszło. Ona jednak z zaciekawieniem przekręciła lekko głowę, aby mimo zasłaniających widok włosów, móc choć odrobinę zerknąć na jego twarz. Może za dużo swoich problemów na niego zrzucała.
- Ja tam lubię na ciebie patrzeć - rzuciła chcąc go pocieszyć i uśmiechnęła się szczerząc kły. Ciężko było zrozumieć, co mogło to oznaczać w jej głowie - No i cieszę się, że jesteś i że żyjesz. Dlatego bez względu na wszystko, zawsze dbaj o siebie, bo gdyby nie ty, wolałabym już na zawsze pozostać w krysztale - spauzowała na chwilę, aby wzrokiem omotać go od stóp do głów
- A jak twoja rana? Nie paskudzi się? Może zmienię opatrunek i wyjdziemy do reszty? Pewnie już dawno zbudził ich świt - dopytała się z powagą wciąż się w niego wpatrując i oczekując odpowiedzi.
- Chyba wszystko w porządku. Gdyby to było coś poważniejszego, to bym pewnie musiał tutaj poleżeć dłużej - uśmiechnął się do niej, nie chcąc komentować już tego, co powiedziała wcześniej. Bardzo go ucieszyły jej słowa, ale na jego twarz chwilę później wypełznął cień, który prawie równie szybko zniknął.
- Weźmy nasze rzeczy. Kapitan zapewniał, że o świcie wozy zostaną bezpiecznie przetransportowane do twierdzy. No cóż... Przed południem ruszamy w dalszą drogę - powiedział jej żywo wstając i przeciągnął się - Ci żołnierze tu ciężko mają. Strasznie niewygodne te prycze.
- Ja miałam wygodny materac - zażartowała, wstając z łóżka na równe nogi i schyliła się po swoją leżącą obok broń. Przez chwilę patrzyła na jej ostrze i rękojeść, a jej mina wyrażała skupienie. Przez jej głowę przewinęło się wspomnienie z dzisiejszego koszmaru. Clove potrząsnęła głową wyrywając się z myśli.
- Pójdę się odziać w pancerz, zabiorę swoje rzeczy i zobaczymy się później - zakończyła zerknąwszy na niego tylko na chwilę, po czym opuściła pokój. Najpierw musiała udać się do swojej kwatery, a po zabraniu całego ekwipunku, udać się na zewnątrz, aby sprawdzić czy wozy są już na placu, zgodnie z obietnicą.

 
__________________
Discord podany w profilu
Nami jest offline  
Stary 23-07-2016, 21:36   #9
 
Sirion's Avatar
 
Sarian obudził się jako pierwszy w pokoju, dyskretnie obmył się, ubrał i przypasując jeden ze swoich mieczy wyszedł z pokoju. Postanowił zostawić swoją skórzaną zbroję na stojaku, decydując się na białą luźną koszulę. Pomimo stosunkowo krótkiego snu czuł się wypoczęty i zadowolony z tego, iż udało im się spędzić noc w ciepłych czterech ścianach a nie na trakcie. Pomimo, iż dręczące go pytania niemal zżerały go od środka od jego przybyli do twierdzy, zdecydował, że lepiej na początku będzie złapać nieco snu, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieprzespaną ostatnią noc i trudy wędrówki. Poza tym nie sądził, że uda mu się uzyskać odpowiedzi o tak późnej porze.

Plotki, które słyszał na temat swojej ojczyzny nie nastrajały go optymizmem. Pomimo, iż nie był w Tethyrze od długiego czasu nie zmieniły faktu, iż dalej odczuwał bardzo mocną więź z tym krajem i często zastanawiał się nad losem swoich towarzyszy. To życie jednak pozostawił za sobą. Czasami zastanawiał się czy kiedyś uda mu się wrócić do starego życia, jednak nigdy nie był pewny, czy od tak mógłby porzucić to wszystko… Pomimo, iż wstąpił do organizacji z bardzo samolubnych powodów, dostrzegał słuszność w jej działaniach i w końcu jej cele, stały się również jego własnymi.

W końcu udało mu się odnaleźć siedzibę magów wojennych, którą wskazali mu żołnierze z twierdzy. Abz do niej dotrzeć, musiał przejść kilkaset stopni "przerośniętej baszty" usadowionych pomiędzy klaustrofobicznie wąskimi ścianami, by w końcu znaleźć się przed odpowiednimi drzwiami. Wziął głęboki wdech i zapukał mocno do kunsztownie zdobione drewno. Miał nadzieję, że nie spali jeszcze pomimo wczesnej pory.

Drzwi uchyliły się, zapraszając w ten sposób tropiciela do środka. Jakkolwiek było to pomieszczenie wykonane, to namacalna wręcz magiczna aura przesycała powietrze od podłogi aż do stropu. Iluzje olbrzymich okien wychodzących na zewnątrz twierdzy całkiem skutecznie przepuszczały światło, choć pokój nie znajdował się przy zewnętrznych murach budynku. Wzdłuż ścian porozrzucane były regały z grymuarami oraz słoikami z odrażająca zawartością, stół z aparatują alchemiczną, jakiś drewniany pulpit z księgą magiczną, więcej regałów i wielkie stosy książek po kątach. Na samym środku zaś stała przeźroczysta kula na platynowym stojaku, prawdopodobnie kula wieszcząca.

W pobliżu kuli krzątał się… gnom. Miał długą siwą brodę i włosy umodelowane na porażenie piorunem. Zmarszczki na jego twarzy i okrągłe okulary dodawały mu powagi kontrastującej z jego niskim wzrostem. Ubrany był w kunsztowne, purpurowo-złote szaty mające na lewej piersi cormyrski herb. To na pewno był jeden z ów magów bojowych.... Chyba.

Czarodziej podniósł swój wzrok znad kupy książek pod jego stopami i przeniósł go na nieproszonego gościa. Bardzo powoli zmierzył go od stóp do głów, a odezwał się dopiero po tym:
- Kim jesteś i czego tu szukasz? - powiedział głosem kojarzącym się z beczącą kozą.

- Eee… Dzień dobry - Powiedział zaskoczony i przeszedł niepewnie przez próg - Nazywam się Sarian Thann i przybyłem w nocy wraz z ostatnią karawaną. Poszukuję osoby, która mogłaby pomóc skontaktować się z magami z Tethyru… - Ciężko było mu skoncentrować się patrząc na swojego dziwnego towarzysza. Zawsze uważał gnomy za osobliwe stworzenia, jednak ten… Ten zdecydowanie się wyróżniał. Z trudem powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem.

- Sugeruję przewoźnika. Albo innego maga - odpowiedział opryskliwie i zaczął już iść w stronę księgi zaklęć, ale zatrzymał się w pół kroku - Zaraz, ja jestem magiem.

Szybkim jak na takiego starca krokiem podreptał, by stanąć przed tropicielem i gestem zaprosić go do środka.
- Rondell Blackrock, profesor historii, Mag Wojenny Cormyru - przedstawił się - Jestem zbyt zajęty, by przedstawiać całe swoje drzewo genealogiczne, a na pewno słyszałeś o mojej rodzinie mieszkającej nieopodal Suzail we wspaniałym domku, do którego zjeżdżają się wspaniali ludzie ze wspaniałych krajów ze wszystkich wspaniałych stron świata, więc na pewno nie muszę o tym wspominać. Zwłaszcza że wspiera nas wspaniały król, a mój wspaniały brat jest wspaniałym doradcą na jego wspaniałym dworze.

Tak prowadził przez chwilę swój monolog, od którego Sarian dostawał białej gorączki, ale w końcu stało się coś dziwnego.
Nastała chwilowa cisza.
- No, to czego chcesz?

Sarian zawahał się wyraźnie zmieszany.
- Bo ja… - Szybko oprzytomniał i przypomniał sobie z czym przyszedł - nie chciał zmarnować sytuacji, kiedy został dopuszczony do głosu - Chciałem poprosić o informację z mojej ojczyzny, słyszałem straszne plotki na temat Tethyru i martwię się o swoich… - Zawahał się na moment - bliskich… Czy tamtejsi magowie przesyłali może jakieś informacje?

- Tethyr nie Tethyr, Tethyr - powiedział głośno i doskoczył do kuli wieszczącej na środku pomieszczenia. Zastukał w nią palcami trzy razy i zaczął czekać. Oczekiwanie przedłużało się, póki gnom nie pokręcił głową.
- Nic. Mój wspaniały przyjaciel z Tethyru nie odpowiedział - oznajmił mu.

Thann spuścił zawiedziony głowę.
- A jakie były ostatnie wieści? Czy naprawdę jest tak źle jak mówią? - Zapytał po chwili, na co czarodziej jedynie wzruszył ramionami.
- Coś ty myślał, że gadam z nim codziennie? A może jeszcze herbatkę z nim bym miał pić? - pretensjonalny ton w jego głosie sugerował, by nie kontynuował tej rozmowy.
- A teraz opuść mój pokój, ponieważ właśnie jestem w trakcie ważnego eksperymentu magicznego - zażądał wskazując palcem na stos ksiąg leżący na stole.

Mężczyzna spojrzał hardo na gnoma. Pomimo nikczemnego wzrostu wiedział, iż przedstawiciele tej rasy są znacznie bardziej niebezpieczni niż może się to wydawać.
- Naprawdę mi zależy na tej informacji… - Powiedział cicho i jego spojrzenie złagodniało - Tam znajdują się jedyni przyjaciele jaki kiedykolwiek miałem… Jestem pewny, że jakieś informacje do was dopłynęły… - Wyraźnie nie chciał dać za wygraną.

- Gdybym był w stanie coś zrobić, to bym ci o tym powiedział, a teraz wynocha! - wykrzyczał do niego ponownie w stylu kozy i wypowiedział jakieś zaklęcie, które wypchnęło Sariana za drzwi i zamknęło je za nim.

Sarian zacisnął pięści w gniewie i upadł sfrustrowany na kolana. Nic nie mógł zrobić. Przypuszczał, że dałby radę magowi, ale do czego by go to doprowadziło? Cały zamek prawdopodobnie obróciłby się przeciwko niemu. W końcu udało mu się uspokoić oddech i wstać.

- Skurwysyn! - Rzucił tylko i uderzył ręką z całej siły w drzwi. Nie wiedział jeszcze jak, ale postanowił się odegrać na tym wrednym stworzeniu. Snute plany zemsty pozwoliły mu w jakiś sposób odsunąć na bok dręczące go myśli. Wiedział, że i tak nic nie może na razie zrobić, być może po ukończeniu tej misji uda się mu zdobyć przydział w Tethyrze… Jednak na razie miał swoje problemy. No i miał do wyrównania rachunki z pewnym knypkiem.


***


Kiedy Sarian wrócił rano do pokoju zastał Thalakosa, który nie spał już pomimo porannych godzin.
- Czy nasza księżniczka się wyspała? - Rzucił z uśmiechem, a sam rzucił się na swoją pryczę.

Thayańczyk, bez zbroi jeszcze, za to już w karmazynowej tunice Oghma wie kiedy w nocy wypranej w balii, siedział na łóżku z niewielką misą wody obok, goląc się pożyczoną brzytwą. Brunatna łysina perliła się potem dusznego pomieszczenia. Przez chwilę nie reagował i dopiero po chwili zorientował się, że Sarian do niego mówi.
- Nie zachodzę do állat tak wcześnie, ale idź ją zapytać, faktycznie jako stajenny sprawdzisz się lepiej niż wczoraj. - skwitował, nie przerywając starannego przycinania zadbanej, otaczającej usta bródki.

- Ktoś tu ma bardzo cięty język - Prychnął tylko rozciągając się na posłaniu.- W ogóle to dziwne, taka duża twierdza, a taki mały garnizon. Ciekawe gdzie podziała się cała reszta żołnierzy…

- Nie widziałem ich zbyt wielu - cicho włączył się do rozmowy Sven, powracając do sypialni. Nie spał dobrze w nocy, wciąż budziły go nieprzyjemne sny, wstał więc już z pierwszym brzaskiem aby poćwiczyć trochę szermierkę na placu. Czuł się źle z tym, jak niewiele wczoraj zdołał zrobić, zwłaszcza w porównaniu z tym jak go chwalono, wykorzystał więc chwilę spokou do tego by utrwalić w kościach ruch, nie dopuścić do ich zgnuśnienia. Teraz, przejęty lekkim porannym chłodem który dał mu się w znaki przez lekką koszulę, z przyjemnością powrócił do zdecydowanie cieplejszego wnętrza. - Najwyżej dwa tuziny w sumie, do placu w tę i z powrotem, a nie dam głowy czy niektórych nie policzyłem dwa razy. Przynieśli jakieś śniadanie? - spytał cicho na koniec, siadając na swoje pryczy i rozcierając dłońmi ramiona, które z wiekiem coraz dotkliwiej odczuwały chłód.

- To garnizon, nie oberża… - skwitował tylko Książę, nie odrywając wzroku od swego odbicia w misie z wodą - Będziemy mieli szczęście, jeśli jak się upomnimy, cokolwiek dla nas znajdą. - wykonał ostatnie pociągnięcie, wymuskał podbródek lewą dłonią i wypłukał brzytwę, kończąc rytuał każdego poranka, którego był możliwy.

Tak, bo żołnierze w garnizonie jeść nie dostają…” - pomyślało się Svenowi, lecz powstrzymał się od wypowiedzenia tej uwagi. Bardzie zajęło go teraz spoglądanie na brzytwę w dłoni Thayańczyka. Pierwszą, bardzo przelotną i odruchową myślą było, w jaki sposób mógłby się teraz obronić, gdyby Krasnemu nagle odbiło i narzędziem cyrulika usiłował poderżnąć mu gardło. Druga jednak, mniej płocha i ulotna, dotyczyła stanu jego zarostu. Podrapał się lekko po twarzy, która już zaczynała porastać kłującymi igiełkami posiwiałej brody. Zastanawiał się, czy nie powinien się ogolić, lecz przypomniał sobie chłód tego ranka. Lato dobiegało powoli końca, czas powrócić do brody. No, i były istotniejsze problemy na tę chwilę, takie jak brak jedzenia.
- Przecież oni też coś muszą jeść… - Westchnął cicho - Poza tym sądzę, że to dobry moment, żeby nasz egzotyczny uraczył nas jakąś domową kuchnią - Uśmiechnął się sam do siebie i nie czekając na odpowiedź zapytał pozostałych - W ogóle jaki mamy dalszy plan dnia? Ktoś coś wie?

- Idę znaleźć kogoś, kto wskaże nam drogę do śniadania - Sven narzucił na koszulę tunikę i wstał na powrót ze swojego posłania, kierując się jednak najpierw nie do wyjścia, lecz do swoich juków. Wydobył stamtąd jakiś mały pakiet, po czym dopiero ruszył w stronę drzwi - Skoro nas tu przyjęli, powinni liczyć się z potrzebą nakarmienia tych paru gąb więcej.
Po tych słowach wyszedł, uprzednio rzucając Sarianowi znaczące spojrzenie w stronę Taeghana. Miał nadzieję, że rozsądny zwiadowca pojmie sugestię, aby uważać na dziwnie milczącego elfa, który zwyczajnie nie miał prawa czuć się dobrze na psychice.

Sarian odwzajemnił spojrzenie i kiwnął dyskretnie głową. Elf dalej nie dał żadnych znaków życia i nawet nie chciał wyobrażać sobie jak aktualnie się czuł.

Bardziej dręczyło go to, iż pomimo, iż wszyscy należeli do jednej organizacji nie dało się ukryć, iż ten cały książę, był co najmniej… Specyficzny. Być może nie wbije mu przy pierwszej okazji sztyletu w plecy, ale coś mu mówiło, że nie miałby oporów, aby poświęcić ich wszystkich, aby osiągnąć własne cele. A może tak mu się tylko wydawało i źle ocenił mężczyznę? Tego jeszcze nie wiedział, ale wolał mieć się na baczności.

- Ja szczerze powiedziawszy również zgłodniałem, idziesz? - Rzucił w stronę towarzysza - Pomimo tego, iż znajdujemy wewnątrz bezpiecznych murów, lepiej będzie chyba trzymać się razem.

- Lękasz się cormyrskich zaciężnych, przyjacielu? - zapytał Thalakos z krzywym uśmieszkiem - Może udam się później. Może okażę wdzięczność, jeżeli jednak czymś raczy się garnizon podzielić. Na tę chwilę myślę raczej, czy nasza towarzyszka nie przysporzy kłopotu teraz, gdy ma Landera do którego mogłaby się łasić.

Zwiadowca uśmiechnął się lekko.
- To kobieta, pytanie brzmi nie ‘czy’, ale ‘co’ zrobiła i że nie wpakuje to nas w żadne kłopoty. Jestem tylko ciekaw dlaczego zamknięto ją oddzielnie?

Thayańczyk patrzył na Sariana przez przeciągłą chwilę spojrzeniem, jakim się obdarza wioskowego głupka.
- Barbarzyńskie kraje, barbarzyńskie obyczaje. - syknął poirytowany - Myśl tak dalej o niewiastach, a jedna będzie końcem ciebie gdy się tego nie spodziewasz. Kwestię osobnego kwaterunku litościwie pominę.

Mężczyzna wstał, zostawiając starannie oczyszczony rynsztunek. Przetarł lnianą chustą łyso ogoloną czaszkę, schował chustę do kieszeni. Znalazł rękawiczki, założył rękawiczki na dłonie.
- Nie, panie Thann, problemem nie są jej przyrodziny, a istotna kwestia czym jest. Nie wiem jak się zachowa bez Landera, nigdy też nie widziałem by nasz bohaterski lider doznał takich obrażeń.

- Musisz się więc wiele nauczyć o miejscowych kobietach… - Powiedział tylko - Sądzę, że różnią się one od tych z twojego kraju… - Zakończył kwestię - Po prostu mam wrażenie, że oni się w jej jakiś sposób… Boją. Inaczej nie odegraliby tej całej szopki ze ‘względami dyscyplinarnymi’. Clove jest żołnierzem…

Thalakos parsknął śmiechem. Po chwili zorientował się, że Sarian mówił szczerze.
- I przywykła do życia na trakcie i raczej nie przeszkadzały by jej takie niewygody… Tu chodzi o coś innego.

- Jakie? Takie, że musiałaby prosić czterech mężów o wyjście gdy chciałaby zmienić tunikę? - uniósł oczy Thalakos, nie dowierzając, że jego rozmówca mówi poważnie - Szczęśliwie, nie wszyscy są tak nieokrzesani jak ty, przyjacielu.

- Znajdujemy się w środku misji, a nie na dworze - Wzruszył ramionami - Nie zawsze można pozwolić sobie na takie luksusy jak prywatność.

- Opowiedz mi o jednej sytuacji, kiedy przyszło ci szczać przed kamratami, nie boś leniwy pchlarz co lubi podglądać kobietę dowódcy, tylko bo… nie można było sobie pozwolić na luksusy. - spokojnie poprosił o wyjaśnienie Książę, powstrzymując eskalację pobłażliwego uśmieszku na twarzy.

Sarian zamyślił się i uśmiechnął ignorując intencje towarzysza.
- Przyznam, że zdarzyło się zobaczyć to i owo ‘przypadkiem’... - Rozciągnął się zadowolony - To jest najlepsza praca jaką kiedykolwiek miałem...A co z nim? - Wskazał na śpiącego elfa - Sądzisz, że wyjdzie z tego, pomimo wszystkiego co przeżył poprzedniej nocy?

Książę prychnął, nawet nie spoglądając na elfa.
- W Waszych krainach nikt nie jest przyzwyczajon do straty. Ale zgaduję, że ten tu za wiek nie będzie nawet o niej pamiętał. - Thayańczyk wstał i ruszył do wyjścia, obacając się i opierając łokciami jeszcze w wąskiej framudze
.
- Czy masz coś jeszcze ważnego, co byś chciał omówić?

Thann wzruszył ramionami.
- Chyba nie - Podszedł ostrożnie do leżącego elfa - Chodź, pora coś zjeść - Powiedział zdecydowanie potrząsając jego ramieniem - Rozumiem twój ból, ale uwierz mi, zamartwianie się niczego nie zmieni i nie poprawi ci nastroju. Już poranek i trzeba obmyśleć co robimy dalej.

Elf w odpowiedzi jedynie mruknął coś niezrozumiałego, po czym warknął, prawdopodobnie sam na siebie. Wzruszył gwałtownie ramionami leżąc plecami do tropiciela i spojrzał jeszcze raz na coś, co trzymał w dłoniach. Coś na złotym łańcuszku.
- Dołączę do was później - rzekł do nich cicho po krótkiej chwili, nie zaszczycając ich spojrzeniem.

Sarian westchnął i oparł się jedną nogą o pryczę nachylając się przy tym przy elfie.
- Długo zamierzasz tak się nad sobą rozczulać? - Powiedział twardo.

Thalakos uśmiechnął się złośliwie.
- Dołączę do was później. - i z tymi słowy opuścił kwaterę.

Kupiec po słowach Thanna napiął wszystkie mięśnie jakby smagnięty batem. Zgrzytnął zębami i zaczął się nieco sennie zrywać z łóżka. Przewyższał wzrostem Sariana, gdy stanęli przed sobą twarzą w twarz. Jego mimika nie wyrażała emocji typowych dla rodzica tracącego dziecko... Przynajmniej nie ludzkiego rodzica. Jedynie co to tropiciel zauważył złość w jego oczach.
- Nie płacę ci za to, byś udzielał mi jakichś rad - zaczął wyjątkowo spokojnie - A nim się odezwiesz do swojego pracodawcy w ten sposób, to zastanów się, czy twoja pensja jest tego warta.

Mężczyzna odsunął się i spojrzał hardo na towarzysza.
- To zacznij zachowywać się jak pracodawca i przestań się nad sobą użalać. Płacisz mi za ochronę i właśnie to robię, więc weź się w garść - Obserwował w napięciu reakcję elfa..

Kupiec uniósł brew na chwilę i splótł ręce na piersi.
- Ciekawe jak ty byś zareagował, gdyby ci zginęła córka. Z twojej własnej winy, ponieważ chciałeś, by obejrzała Cormyr. Nawet jeśli była adoptowana - kontynuował dalej tym samym tonem.

Mężczyzna rozluźnił się nieco i spuścił wzrok.
- Z mojej winy zginęła większość moich przyjaciół… - Powiedział po chwili. - Nie jest łatwo, ale… Trzeba nauczyć się z tym żyć. Bo co innego ci pozostało? Załamać się? Poddać się? Tego pragniesz…?

- Nie. Elfy mają nieco inne spojrzenie na to wszystko. Porównywanie kultur w tym wypadku niewiele da - skwitował krótko.

- Więc powiedz mi co planujesz teraz zrobić? - Naciskał Sarian.

- Pewnie wrócę za jakiś czas do Wrót Baldura - odparł mu po krótkiej ciszy - Muszę poinformować kogoś o śmierci Lialdy.

Thann kiwnął głową.
- A teraz? Zamierzasz spędzić cały dzień w łóżku?

- Trudno nazwać tę pryczę łóżkiem.

Thann uśmiechnął się.
- A więc trochę wrócił ci humor - Prychnął. - W każdym razie mamy trochę do zrobienia i szkoda tracić tutaj czas. - Elf w odpowiedzi jedynie wzruszył ramionami.

- Czyli… Nic sobie nie zrobisz? - Spojrzał na niego badawczo.

- Nie wiem co ty sobie pomyślałeś, ale pozwolę sobie nie wziąć tego za obrazę - splótł ręce na piersi wyraźnie oburzony, co również Sariam usłyszał w jego głosie.

- Ej! Nie patrz tak na mnie - Powiedział z wyrzutem. - Inni też się martwili. Czy tego chcesz czy nie, jesteś naszym pracodawcą i towarzyszem. To naturalna reakcja z naszej strony. Z resztą nieważne… Idziemy? Śniadanie czeka.

Elf westchnął głośno z rezygnacją i wyszedł pierwszy z pokoju nie komentując ostatnich słów człowieka, a Sarian po chwili również opuścił pokój.
 
__________________
"Przybywamy tu na rzeź,
Tu grabieży wiedzie droga.
I nim Dzień dopełni się,
W oczach będziem mieli Boga."
Sirion jest offline  
Stary 24-07-2016, 19:00   #10
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Już na zewnątrz, przeciągnął się, witając słabo dochodzące zza mglistych szczytów słońce. Mężczyzna roztarł dłonie w rękawiczkach, jak gdyby przy obecnej pogodzie było mu bardzo zimno. Wzrokiem odszukał najbliższego wartownika, który po czymkolwiek wnioskując, choćby lokalizacji, mógłby wiedzieć cokolwiek o nich jako gościach w twierdzy i ich sytuacji. Podszedł, unosząc dłoń w geście powitania.
- Szukam naszej towarzyszki podróży. Otrzymała… przeznaczono jej odrębne lokum do prześnienia nocy. - powiedział kwieciście, językiem, jakim nikt normalny nie mówił. Doborem słów i intonacją, bardziej niż ukrytym już akcentem zdradzał, że nie mówi w ojczystym języku.
Co było oczywiste, gdy tylko spojrzeć na śniadego, orzechowej cery mężczyznę.
Natrafił na pewnego chuderlawego młodzieńca o piwnych oczach siedzącego na pniaku zaraz przy koszarach. Książę pamiętał go jeszcze z nocnej zmiany. Z jego miny można było wyczytać efekty zjedzonego nieświeżego jedzenia i nieprzespanej nocy. Opierał się na zwróconej grotem w stronę ziemi włóczni wyglądając tak, jakby na coś czekał. Pewnie na pawia, jeśli zwrócić pod uwagę pewne wiaderko leżące nieopodal. Nie nosił na sobie zbroi ani barw Purpurowych Smoków - zapewne nie chcąc go pobrudzić, co było okazaniem szacunku wobec swej ziemi.
Zmierzył on niepewnie Thalakosa od stóp do głów... I o mało nie zwymiotował na niego. Powstrzymał się niemal w ostatniej chwili, prawdopodobnie jedynie siłą swojej woli. Postanowił z tego powodu zwrócić swą twarz w stronę wiadra i już nie odgrywać od niego spojrzenia.
- Tego czegoś? Nikt jej nie widział - powiedział słabo - Bogowie, gdybyśmy ją ujrzeli, to każdy by o tym wiedział. Tak bardzo się w oczy rzuca.
Thalakos zmrużył brwi, stojąc tak, że przesłaniał siedzącemu młodzieńcowi słońce.
- Tak, w rzeczy samej. Zabraliście ją dokądś. Jeśli nikt jej nie widział, zapewne wciąż tam jest. Gdzie? - wyjaśnił, jak dziecku i zapytał.
- Pewnie gdzieś niedaleko. Być może komnatę obok, może dwie - wzruszył lekko ramionami, po czym znowu zbladł z powodu wstrząsu w żołądku.
- Jak zawsze pomocni. - zerknął z przekąsem na żołnierza - Niech się Talona nad tą zlituje. - odparł, i za wskazówkami, a raczej przyzwoleniem, jak wczoraj byli prowadzeni i pamiętał ruszył na poszukiwania kwatery Clove. Znalazł ją po dłuższej chwili. Był tam niemal cały sprzęt dziewczyny pozostawiony w całkowitym nieładzie. Co ciekawe - jej samej tam nie było.
Thalakos wszedł do pomieszczenia, rozglądając się uważnie i szukając poszlak dotyczących jej bytności. Z pewnym stwierdzeniem spostrzegł jej ekwipunek. Wpierw wzrokiem poszukał jej plecaka i wszystkich rzeczy poza może ubraniem, które miała na sobie, zastanawiając się, czy nie pozostało w pomieszczeniu coś, co widział w dotychczasowej podróży, że nie pozostawiłaby nawet na czas zwiedzania twierdzy, gdyby nie musiała. Zauważył jedynie brak broni - jej sejmitara. Po wszystkim opuścił pomieszczenie by znowu odnaleźć w twierdzy współsługę Paktu - tym razem Landera, o ile jego odprawa już się zakończyła. Ich dowódca znajdował się w pomieszczeniu zaraz obok, przynajmniej tak podpowiadała logika. Nie pomylił się, bowiem drzwi choć zamknięte, to nie blokował ich zamek przekręcony kluczem. Ze środka dało się słyszeć stłumiony przez drewno regularny oddech prawdopodobnie śpiącej osoby. Pytanie brzmiało: czy powinien wchodzić do środka?
Thalakos wnet udowodnił wyższość thayańskiego intelektu nad oporami matrii na codzień, rozwiązując gordyjski węzeł poprzez zapukanie do drzwi. Wpierw grzecznie, potem na tyle silnie i głośno, by zbudzić choćby umarłych. Uchyliły się one nieco dopiero po dłuższej chwili, a stał w nich nie kto inny, jak Lander. Miał na sobie jedynie spodnie, dzięki temu jego szeroki, umięśniony tors poznaczony wieloma bliznami i owinięty bandażami był doskonale widoczny.
Mężczyzna popatrzył na Księcia nieco zmęczonym wzrokiem i wyglądał tak, jakby nagłe najście z czyjejś strony niespecjalnie mu się podobało, tak więc nie silił się na szersze otwarcie drzwi.
- Potrzebujesz czegoś, że mnie budzisz? - zapytał grzecznie.
- Ja niekoniecznie, lecz ty możesz chcieć usłyszeć, że po osobnym wczoraj kwaterunku twoja kobieta zniknęła. - odpowiedział Landerowi Thalakos, również z grzeczną manierą, choć mało uprzejmym… ciężko było powiedzieć. Thayańczyk zawsze zdawał się drwić.
- Nie wiem, czy mogą być z tego kłopoty. Ważniejsze, że wciąż nikt nie zda dalszych rozkazów.
Wojownik uniósł brew na znak zdziwienia, gdy usłyszał wzmiankę o Clove. Niemniej jednak pozostał spokojny mimo tonu swego rozmówcy.
- Nie wiem po co jej szukałeś, ale jest bezpieczna - odpowiedział mu spokojnie. Nie miał ochoty na sprzeczki słowne.
- Ruszamy koło południa. Trochę wcześniej wymienimy monety i damy do sprawdzenia glejty. Wozy Taeghena podobno miały być o świcie.
Thalakos patrzył na dowódcę krzywo przez chwilę, jak by miał do czynienia z osobą nie w pełni trzeźwą. Nie powiedział jednak nic więcej, tylko na te informacje skinął głową (wciąż z powątpiewającym wzrokiem) i bez słowa ruszył szukać pozostałych kompanów, by przekazać najświeższe informacje.
 
__________________
Nikt nie traktuje mnie poważnie!
-2- jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168