Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-11-2020, 13:15   #1
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Złowieszczy Klejnot Sakkary i inne opowieści z Pogranicz | ACKS | Role Gate

(Uwaga do Czytelników: Tekst pisany przez Mistrza Podziemi jest na ogół odróżniony kursywą.)

[media][/media]
Mapa Znanego Świata

Wojna! Nadchodziły ponure czasy dla imperium Aury, cesarstwa gnębionego przez wrogów zarówno zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Dwa lata temu tarkaun Valros Valuin odpowiedział na wezwanie imperatora Somirei. Wysłano statkami na zachód siły stacjonujące dotąd na wschodniej granicy, aby wspólnie stawić czoła siłom zagrażającym cywilizowanemu światu. Siłom barbarzyńskich hord Skysostańczyków - doskonale posługujących się łukami pół ludzi, pół koni. Wschodnia część Magerum Menotürum - “nieprzerwanej linii” pięćdziesięciu sześciu imperialnych fortów - nagle opustoszała. Z trzydziestu trzech tysięcy legionistów został zaledwie ułamek tej potęgi, która, choć imponująca, nigdy nie była w stanie zapewnić Pograniczom całkowitego bezpieczeństwa. Pozbawiona armii prowincja stawała się z dnia na dzień niebezpieczniejsza. Trakty coraz bardziej zaniedbane, forty odizolowane, a granica - porowata. Kiedy zwierzoludzie napływający z eks-zaharańskich Pustkowi zdobywali i grabili jeden pograniczny fort po drugim, Jutlandzcy najeźdźcy i Celdoreańscy piraci przeprawili się przez morze Ammasaurëan, paląc i łupiąc imperialne wybrzeża. Niedawno pojawiły się pogłoski o okrążeniu aurańsko-somireańskich sił przez Skysostańczyków i ich ostatecznym unicestwieniu. Śmierć imperatora wciąż nie została potwierdzona, ale władza powoli przepływała w ręce lokalnych dygnitarzy i prywatnych armii, kładąc na imperium kolejny groźny cień - cień wojny domowej. Po brutalnych atakach potworów na wioski i karawany podjęto kroki na tyle stanowcze, na ile osłabione Pogranicza były zdolne. Między innymi legat fortu Turos Tëm, Ulrand Valerian, obiecał wysoką nagrodę dwóch tysięcy aurańskich złotych słońc temu, kto stłumi w zarodku najazdy goblinoidów. Motywowani przez imperialne złoto lub z dowolnie innych pobudek, właśnie tutaj rozpoczynaliście swą opowieść…

Poznaliście się w Cyfaraun, niegdyś stolicy elfiej Argolli, dziś - imperialnej prowincji, zarządzanej w imieniu tarkauna przez prefekta Justiriusa Tavicusa Basilio. Dawniej Pogranicza były jednym wielkim lasem rozciągającym się pomiędzy górami Meniri - domem krasnoludów - a morzem Ammasaurëan. Elfów już dawno tu nie było, z wyjątkiem tych, którzy zamiast odpłynąć na północ do swego ostatniego królestwa, zostali w nielicznych, ukrytych wśród drzew enklawach, zwanych pogardliwie rezerwatami. Lasu zresztą też było o wiele mniej niż kiedyś. Imperialni drwale nie wprawili w ruch siekier jedynie tam, gdzie drzewa rosły tak gęsto, że nawet za dnia było tak ciemno jak podczas bezgwiezdnej nocy. Te miejsca nazywano "ciemną stroną" lasu. Dawne legendy o argollańskich skarbach wciąż kusiły śmiałych poszukiwaczy skarbów do podejmowania niebezpiecznych wypraw do samych serc starożytnych puszcz Viaspen, Istrith, Lusaun i Naungolle. Często wracali oni z niczym więcej niż z przerażającymi historiami o tym, co spotkali wśród drzew.

Wy jeszcze na koncie nie mieliście ani jednej historii, za którą jakiś awanturnik byłby skłonny postawić wam po kuflu piwa w "Jedwabnym Kucyku" czy w "Norce", najsławniejszych cyfarauńskich karczmach. Zamierzaliście to jednak prędko nadrobić. Właśnie opuszczaliście cywilizowane strony, kierując się imperialnym traktem do zaopatrującego forty miasteczka Siadanos, skąd już zamierzaliście dostać się na granicę, do granicznej strażnicy Turos Tem.

[media][/media]
Mapa Południowej Argolli, również znanej jako Pogranicza

Kolejnym przystankiem na waszej pieszej drodze była wieś zwana w aurańskim Grzędami Mityary. Zwana tak od klasztoru kapłanek tej bogini. Mityara, Szlachetna Pani, Matka Litości, była patronką cnót obywatelskich, działalności charytatywnej i lokalnych społeczności. Posągi jej kuto zwykle z alabastru, a przedstawiano ją z pochodnią w smukłej dłoni, w towarzystwie gołębi i jednorożców. Wam jednak osada ta prędzej niż z boginią kojarzyła się z... wiśniówką, jaką można było dostać nawet w stolicy. Niebawem zauważyliście w oddali sady owocowe doglądane zarówno przez miejscowych, jak i kapłanki. Byliście już blisko.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=fGRh_hIpDt4&t=1415s[/media]

Wtedy niespodziewanie zaskoczył was deszcz. Szliście pospiesznie aby się schronić, kiedy monotonny szum przeciął krzyk. Pełen przerażenia krzyk dobiegający z lasu rozciągającego się po waszej lewicy. Odwróciliście wszyscy głowy w stronę pędzącego w waszym kierunku zbladłego chłopa wołającego o pomoc. Kiedy was zauważył, potknął się o własne nogi i przewrócił w leśne poszycie.

Dopiero wtedy zauważyliście sylwetkę majaczącą za nim… Zakutą w zbroję ciężką niczym klibanariusz, a sprawiającą wrażenie lekkiej jak piórko. Po lśniącym napierśniku, kształtu jakiego w tych stronach już dawno nie widziano, spływała struga deszczu. Nad wysokim hełmem unosił się miecz zakrzywiony niczym jatagan. Wojownik stąpał miarowo, powoli, wcale się nie spiesząc za uciekającym przed nim chłopem. Wasz krasnoludzki kompan wymamrotał tylko jedno słowo... Elf!


Grim od wypadku w kopalni nie pamiętał za wiele, ale wiedział, że elfy to samo zło. Często się myły, mowiły jak niewiasty, nie piły piwa i żadne z nich nie miało brody. Nigdy. A weź odróżnij samca od samicy. Stąd podejrzenia, że lubią chłopców równie mocno co dziewczynki. Znając te fakty Kamień nie dziwił się biedakowi wijącemu się w błocie. Na jego miejscu też by uciekał. Wyciągnął topory i oparł je o ramiona w oczekiwaniu na towarzyszy.

Wątły, acz zwinny Jutlandczyk o imieniu Karl widząc poczynania Grima wziął w ręce swoją kuszę i zapytał towarzyszy: - Ubijamy tego elfa? Czy najpierw negocjujemy? - zadając to pytanie zaczął mierzyć w postać z jataganem.

- Jak do niego mierzysz, to raczej nie będzie skłonny rozmawiać. - Kurtis był dobrze zbudowanym młodym mężczyzną, z akcentu można wnioskować, że z okolic stolicy. Miał niecałe metr osiemdziesiąt wzrostu, brodę i dłuższe ciemne włosy przepasane lekką siwizną dodającą mu co najmniej dziesięć lat.

Nie lubił walk, chociaż swoją część śmierci w życiu musiał zadać. Nie był skory do atakowania nieznajomych. Szczególnie uzbrojonych i opancerzonych.

Widząc przerażenie chłopa i gotowość elfa do walki, Lucjusz złapał swój łuk i strzałę, którą posłał w stronę elfa. Jedna go nie zabije, nie chciał jednak widzieć, jak miecz opada na leżącego człowieka. Nie zamierzał też czekać, aż chłop wstanie i zasłoni swojego oprawcę własnym ciałem, pozbawiając ich być może jedynej szansy na uratowanie go. Gdy cięciwa zabrzękła wypuszczając strzałę, Lucjusz krzyknął: - Schowaj miecz, bo poślę następną! Co tu się dzieje?!

Strzała Lucjusza świsnęła tylko koło hełmu elfa. Przykuliście uwagę smukłego ciężkozbrojnego, dając tym samym chłopu czas niezbędny do poderwania się z ziemi i ponowienia ucieczki. Schował się za waszymi plecami. Wciąż z uniesionym mieczem, wysoki wojownik bez wydania z siebie żadnego, nawet najmniejszego dźwięku zaszarżował prosto na krasnoluda.

Kurtius wyciągnął krótki miecz schodząc z drogi szarżującemu elfowi. Jeśli nieludzie zamierzali się powybijać, tym lepiej dla niego. Korzystając z okazji, zaszedł przeciwnika od tyłu próbując wbić mu miecz w odsłonięte miejsce. Karl nacisnął dźwignię kuszy, ale syknął tylko jutlandzkie przekleństwo pod nosem. Takie pudło, że aż wstyd.

- Ratunku, dobrzy ludzie! Z drzewa na mnie wyskoczył! - Krzyczał schowany za wami chłop.

Grim widząc szarżującego elfa ruszył na niego. Wielkie mięśnie krasnoluda wystrzeliły go z miejsca jak z procy, topory zataczały młynki zwiastujące śmierć. Potężny zamach jednego z toporów strącił z głowy elfa stożkowaty hełm. Waszym przerażonym oczom ukazała się wyschnięta jak u mumii blada skóra, w której osadzone były ślepia pulsujące słabo chorym, bladym światłem. Zakrzywione elfie ostrze z niepamiętnych czasów ciężko raniło krasnoluda, rozrywając jedną z licznych run wyrytych na jego skórze. Bicie serca później ciężkozbrojny wojownik sparował podstępny gladius Kurtiusa nawet nie odwracając się w jego stronę. Karl szybko upuścił kuszę i dobył włócznię, a następnie naśladując manewr Kurtiusa zaszedł zbrojnego elfa od tyłu i wymierzył cios plecy. Szybki unik sprawił, że grot włóczni ześlizgnął się tylko po zbroi elfa. Dopiero z bliska zauważyliście, że poszczególne części jego opancerzenia przerdzewiały. Plugawa istota, która dawniej była elfem, nie była jednak w stanie odpierać takiego grodu ciosów wiele dłużej. Swoim ostatnim pchnięciem Karl odwrócił uwagę od śmiertelnego zagrożenia, jakim było cięcie wymierzone przez Kurtiusa. Gladius ściął wysoko osadzony, trupi łeb. Bezgłowa, zakuta w rdzewiejące blachy sylwetka zachwiała się i upadła ciężko na plecy, wypuszczając z dłoni zakrzywiony miecz. W całej tej walce z wysuszonych zwłok nie uroniła się nawet kropla elfiej krwi. Stanęliście nad pokonanym w jednostajnym szumie deszczu i waszych oddechów. W świetle błyskawicy - zbierało się na burzę - zauważyliście na napierśniku znak. Herb. Przedstawiał symetrycznie drzewo - kwitnące drzewo wiśni.

- D-dz... dziękuję! - Zdołał wydusić uratowany z opresji chłop. Niewysoki, przy sobie, jeszcze z oczami wytrzeszczonymi od tego, co dane mu było dzisiaj oglądać.

Lucjusz spojrzał na lekką ranę krasnoluda i odezwał się: - Wybaczcie, że zignorowałem zasadę demokracji, ale miałem bardzo złe przeczucie. Na przyszłość nie będę się tak wyrywał.

Gdy Karl zauważył herb wskazał na nie go ręką i zapytał wieśniaka: - Widziałeś go kiedyś?

Chłop przez chwilę bał się podejść do trupiego wojownika, ale w końcu się odważył. Podrapał się w głowę niepewnie. - Widzieć nie widziałem, ale to najlepiej naszych kapłanek pytać, one księgi i papirusy gromadzą... Pokazać za to wam mogę, gdzie mnie zaatakował! Myślał ja, że drewno przed deszczem jeszcze zbiorę, patrzę, a tu dąb piorunem uderzony. - Opowiadał przejęty. - Coś mi błysnęło w tym drzewie niby błyskotka czy stal. Wziąłem więc siekierkę, kilka razy uderzyłem i nagle... to! - Gestykulował, przy ostatnim słowie wskazując na elfa. - Jak się naprężył, to aż pień dębu pęknął! Wyszedł z drzewa, zaczął na mnie iść... a jak uniósł, o, ten miecz do góry, to co mi pozostało jak brać nogi za pas! Głupi ja siekierkę tam zostawiłem. Będę musiał po nią wrócić, ale to może jak deszcz minie. - Splunął na trupa... i cofnął się krok, jakby jeszcze obawiał się zemsty.

[media][/media]
Obraz wyłaniający się z opowieści chłopa Otho

Karl zrobił zamyśloną minę i rzekł: - Spokojnie! On ci już nic nie zrobi! - Następnie kucnął przy trupie i z zainteresowaniem wziął do ręki jatagan i jął mu się przyglądać: - A dopóki pada deszcz trochę odpoczniemy i zastanowimy się co dalej. - Miecz - podobnie jak zbroja - z powodu upływu czasu nie prezentował sobą już wiele wartości bojowej, co najwyżej historyczną.

- Ano, do karczmy chodźcie, jak powiem jak mi życie uratowaliście to pewnik, że Fullo za darmo takim bohaterom wiśniówki poleje.

- Jak przestanie padać proponuję, abyś zaprowadził nas do tego rozbitego drzewa. Tam narąbiesz sobie czego tam potrzebujesz, a my się przyjrzymy co tam właściwie się stało. A jak już doprowadzisz nas do tej karczmy to pokierujesz nas do tej twojej kapłanki co by można się zapytać o ten herb.

- Się-wie, mówcie mi Otho.

- Dobrze Otho! A teraz przyjrzyjmy się co my tu mamy. - Rzekł Karl i ostrożnie zaczął zdejmować zbroję, z zamiarem położenia go na grzbiecie muła.

Chłop przyglądał się z uniesionymi brwiami i wyraźnym obrzydzeniem temu, co Jutlandczyk zaczął wyprawiać z trupem.

- Martwemu się nie przyda, trudne czasy mamy. Często tniecie drzewa w tym lesie? - Pytając chłopa, Lucjusz przyglądał się ciału, czy nie ma na nim żadnych nietypowych śladów bądź cech, poza herbem.

- Czy często... chyba tyle, ile akurat komu trzeba. Przy czym za głęboko w las staramy się nie zapuszczać. - Odpowiedział Otho, a w jego głosie słychać było strach i szacunek do starożytnej puszczy.

Lucjusz jeszcze przyglądał się ciału. Pulsujące światło już dogasło w ślepiach. Skóra elfa wydawała się biała jak kreda. Ze srebrnych, długich włosów zostały pojedyncze pasma. Dawniej musiał sprawiać wrażenie dumnego wojownika, dzisiaj - upiornego.

Grim gapił się tępo na trupa. Martwy elf to dobry elf - rozmyślał - ale ten i tak był martwy i do tego zły. Jak to możliwe? Cóż za zagadka, aż Grima zaczęła boleć głowa od tego mędrkowania. Na szczęście usłyszał słowa, które wytrwały go z zadumy. - Wiśniówka? Karczma? Za darmo? Prowadź!

- A was jak nazywają? - Zapytał, gotowy poprowadzić was do karczmy.

- Ja jestem Karl.

Kurtius wytarł z lekkim obrzydzeniem swój gladius i przyjrzał się zwłokom przewracając je nogą. Zardzewiała zbroja skrywała nieumarłe szczątki. - Chcesz samemu iść po siekierę samemu po takim spotkaniu?

Otho spojrzał niepewnie na Kurtiusa. Bił się z myślami. - No, solidna była panie, szkoda tak w lesie zostawiać. Kiedy ja się nowej dorobię...

- To chodź, pójdziemy po nią, a potem możesz nam się odwdzięczyć dachem nad głową.

Otho przetarł dłonią czołą z deszczu. - No to tędy! - Pokazał palcem i ruszył w głąb lasu. Wkrótce doszliście do miejsca, gdzie znajdowały się resztki uderzonego piorunem dębu. Chłop podniósł siekierkę i zatknął sobie za pas. Myszkując, zauważyliście dziurę. Dużą dziurę. Nie byłaby widoczna, gdyby drzewo nie zostało naruszone wpierw błyskawicą i później siekierką Otho. Ciemny tunel prowadził gdzieś pod ziemię.

- Tego to ja wcześniej nie widział… - Otho chodził dookoła dziury, drapiąc się ręką po mokrej łysinie. - Wy chyba... nie zamierzacie tam wchodzić?

- Daliśmy sobie radę z jej lokatorem to możemy poszukać jego skarbów.

- Niech Ammonar wam przyświeci w takim razie... - wykonał trwożliwie znak Pana Światła - no i najlepiej jakaś pochodnia. Mieć nic przeciwko nie będziecie, jak wrócę już do swoich? Siekierkę mam, wchodzić tam nie zamierzam, a sam z mułami tutaj też nie będę zostawać. Mogę wam przy okazji odprowadzić zwierzęta do karczmy.

Grim zmarszczył brwi, miał zamyślony wyraz twarzy. - Nie. Chwila. On mówił, że idziemy do karczmy. - Wskazał palcem trzęsącego się już z zimna chłopa.

- Ano, miło by było się wreszcie ogrzać i coś wypić… - Odparł rozweselony, ale i zakłopotany uwagą, jaką obdarzył go krasnolud.

- No dobra... umówmy się tak, my tylko zajrzymy czy tunel daleko się ciągnie i wtedy będziemy wiedzieli co powiedzieć waszym kapłankom jak pokażemy im zbroję tego nieumarłego elfa.

- W porządku... ale zostanie tu ze mną ktoś? - Zaniepokojony i mokry Otho spojrzał po kolei na każdego z was oczami okrągłymi od strachu. Nie uśmiechało mu się zostawać w tym miejscu dłużej, niż było to konieczne.

Karl badawczo spojrzał na Grima i rzekł: - Zostałeś raniony...

Ten spojrzał na swoje ramię. - Trzeba zdesyfikować... To gdzie idziesz? Po siekierkę czy po wiśniówkę?

Otho poklepał się po tkwiącej za pasem siekierce, którą znalazł przed chwilą, co mogło ujść uwadze krasnoluda. - Siekierka jest, teraz naturalnie pora na wiśniówkę.

- To o co tyle krzyku? Prowadź!

Zachęcony przez krasnoluda chłop ruszył z powrotem w stronę wioski. Może obawiał się, że nie może odmówić.

- No to chłopaki przygotujmy jakąś pochodnię! - Gdy chłop i Grim ruszyli do wioski Karl wziął w dłonie swoją włócznię i zaczął bacznie wpatrywać się w kierunku wlotu tunelu.

Grim podążył za niedoszłą ofiarą gwałtu przez elfa. Zatrzymał się jednak widząc, że towarzysze nie podążają. - Co jest, po co Wam pochodnia? On stawia, tak?

- Przybędziemy zanim Otho zdąży się osuszyć i wtedy nam postawi! - Odkrzyknął ze śmiechem Karl.

Grim podrapał się po pomarańczowej grzywie wyrastającej z łysej czaszki. W tym deszczu nawet niedźwiedzi łój nie był w stanie utrzymać irokeza w pionie. - Nie rozumiem. Po co on ma się suszyć?

Kamień stał w miejscu. Nadal nie rozumiał co może być lepszego od napicia się po zabiciu elfa. - Po co chcecie iść do dziury? Tylko elf wypadł z drzewa jak ten rąbał. Takie rzeczy się zdarzały, nic wielkiego. - Podrapał się po swojej pomarańczowej brodzie. - Ten był suchy, bo długo czekał, aż ktoś będzie rąbać.

Latarnia Lucjusza rzuciła nieco światła na dziurę. Tunel biegł w dół, załamując się co jakiś odstęp, tworząc coś w rodzaju naturalnych schodów. Jaskinia sprawiała ogólnie wrażenie nie dotkniętej ręką elfa czy innego inteligentnego stworzenia. Karl widząc co się kryje w głębi odłamał gałąż z dębu, a następnie uważnie badając nim podłoże powoli wszedł do jaskini. Po chwili Lucjusz wraz z Karlem zniknęli w dziurze.

- Dziwni jacyś. Chodźmy. - Podsumował krasnolud.

Dziesięć stóp, dwadzieścia, trzydzieści... Po co liczyć, tunel był naprawdę długi. Cały czas prowadził w dół, zakręcając przy tym stopniowo w prawo. Aż w końcu doszliście do niewielkiego rozwidlenia. Dalsza droga wprost prowadziła wciąż w dół, ale dwa nowe tunele prowadziły odpowiednio w lewo i w prawo. Rozszerzały się, prawdopodobnie w dwie jaskinie.

- No dobra! Widać, że szybko tego nie spenetrujemy, a przy okazji możemy się dać zaskoczyć jakiemuś lichu. Najpierw trzeba się wypytać całe te kapłanki czy czegoś nie wiedzą na temat tego elfa i czy nie wiedzą czegoś na temat jaskiń tego typu.

[media][/media]
mapa Karla i Lucjusza

Pod butem Lucjusza zachrzęściła... filiżanka. A raczej, filiżaneczka. Bo, sądząc po rozmiarze, była tylko częścią większego zestawu, takiego do zabawy dla dzieci. Niewiele herbaty mogłoby się do niej zmieścić. Tego typu ceramikę widzieliście w Cyfaraun jedynie u handlarzy, którzy obracali elfimi zabytkami. Szkoda, że ta akurat miała pęknięte ucho. Zachowana w idealnym stanie byłaby warta kilka monet. Dopiero kiedy ją podniosłeś, zauważyłeś, że z drugiej strony pokrywa ją zaschnięta krew…

[media][/media]
Mapa wioski Grzęd Mityary

Lucjusz i Karl nie spędzili pod ziemią wiele czasu. Dogonili Kurtiusa i Grima jeszcze zanim ci doszli do wioski mimo że spieszyli się schronić przed deszczem. Grzędy Mityary były niewielką osadą, nad którą rozmiarem dominował klasztor kapłanek, w przeciwieństwie do innych budowli wzniesiony z kamienia. Ludzie mieszkali blisko rzeki Mirmen i starożytnego lasu Viaspen. Sądząc po liczbie domów, mogło tu żyć łącznie góra kilkadziesiąt rodzin. Tam, gdzie nie rosła puszcza, przez wiele akrów ciągnął się w symetrycznych rzędach wiśniowy sad z jednej strony, a pola uprawne z drugiej. Jako że brakowało ryneczku, mieszkańcy przy lepszej pogodzie niż obecna handlowali dobrami bezpośrednio ze swoich domów. Niedaleko od klasztoru rozciągał się bardzo stary cmentarz. Pewnie elfi, jako że w imperium powszechną, w sumie jedyną dopuszczalną praktyką była kremacja zwłok. W świetle błyskawicy zauważyliście coś jeszcze. Z niewielkiego wzgórza nieopodal puszczy zrujnowana, zarośnięta posiadłość pochylała się nad Grzędami Mityary. Chłop Otho dla podniesienia nastrojów opowiadał wam po drodze o trwającym cały tydzień Festynie Kwitnięcia Wiśni, podczas którego do największych atrakcji należały zawody w piciu wiśniówki i w jedzeniu ciasta wypiekanego z tymi owocami. W deszczu zauważyliście szyld niewielkiej karczmy. "Czerwonego Uśmiechu." Skąd ta nazwa? Po tutejszej wiśniówce usta i zęby przybierały krwistoczerwoną barwę, a uśmiech kwitł od ucha do ucha. Oddaliście muły rudemu stajennemu i rozgościliście się w skromnych progach. Szybko wzbudziliście powszechne zainteresowanie. Nie tylko tym, czego dokonaliście, ale również samymi sobą. Szczególnie krasnolud, jako że przedstawicieli tego ludu rzadko widywano poza górami Meniri.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=KecVJnJcSI4&t=872s[/media]

- Otho opowiedział moim siostrom o waszym bohaterstwie. - Mimowolnie uderzyło w was klasyczne piękno jasnowłosej, nieśmiałej Mityarianki o niebieskich oczach i wysokich kościach policzkowych. Piękno te w większości skrywała niestety długa, biała szata, a gibkie ciało i młode piersi chronił celibat, którego naruszenie groziło surową karą i naruszającemu, i kapłance. - Nazywam się Aurëlyn. Słyszałam, że zaciekawił was herb przedstawiający kwitnącą wiśnię. Tym znakiem posługiwał się niegdyś argollański, to znaczy elfi ród. Lirasel. Rządził tymi ziemiami dawno, dawno temu, jeszcze przed nadejściem naszego imperium, ale już wtedy tutejsze wiśnie były słynne...

- Rządzili tymi ziemiami. To może ten porzucony zamek co widzieliśmy w okolicy należał do nich? Powiedz kapłanko przy okazji co mogło spowodować, że ten elf uległ plugawej przemianie i jakim cudem dotarł z swojego miejsca spoczynku do tego nieszczęsnego dębu, gdzie spotkał Otha. Tu Karl zwrócił się do obojga rozmówców: - Wiecie coś na temat miejscowych jaskiń?

- Ta posiadłość na wzgórzu? - Siostra wyraźnie spoważniała. - Należała... Poddani elfiego lorda Lirasel spalili jego dom. Posądzano go o praktykowanie czarnych sztuk i ofiary z krwi. Może ta plugawa przemiana jego rycerza była jednym z owoców mrocznej magii elfiego czarnoksiężnika...? - Zadała to pytanie szeptem, nie chcąc popsuć wesołego nastroju panującego w płynącej wiśniówką karczmie. Chłop Otho wyszedł cało z opresji i dla tutejszych to było dzisiaj najważniejsze.

- Może ja wtrącę swoje trzy miedziane asy. - Przemówił stentorowy głos. Zbliżył się do was postawny, brodaty mężczyzna w zielonej tunice, który usłyszał pytania wypowiedziane przez Karla. Leśniczy Gundus.

- To drzewo... Ten dąb... Takie rosną tylko w najgłębszych partiach lasu Viaspen. Po ciemnej stronie puszczy... Tego drzewa nie powinno tu być. Nie tak blisko. Elfowie nie pozwoliliby zwykłym śmiertelnikom oglądać, obcować z takimi cudami natury. - Gundus ściągnął brwi i podrapał się po gęstej, ciemnej brodzie. - Z tych jaskiń nie może wyniknąć nic dobrego. Zablokowałbym czymś ciężkim dziurę. Może jak przestanie padać, wzięlibyśmy kilku ludzi i nazbierali dużych głazów.

- Jeśli nasze podejrzenia są słuszne to źródło zła znajduje się na cmentarzu przy posiadłości, a wtedy zablokowanie wlotu pod dębem załatwi tą sprawę tylko na krótką metę.

- Nie wiem, skąd takie podejrzenia, skoro ja i moje siostry pielęgnujemy ten cmentarz od lat. Znamy każdy nagrobek. Zmarłym, czy to obywatelom imperium, czy elfom, czy komukolwiek innemu, należy się przecie szacunek. Dlatego też matka naszego zakonu chciałaby pochować elfa, z którym dzisiaj walczyliście, zgodnie z argollańskimi obrzędami. W pełnym rynsztunku, jak na szlachetnie urodzonego Argollańczyka przystało.

- Jutro wrócimy do tej jaskini i spróbujemy wyplenić zło.

- Dalej nie rozumiem, o jakim to źle mówicie? Uratowaliście Otho, wszystko się przecież dobrze skończyło...

- Właśnie, jak coś wiecie, to lepiej powiedzieć to teraz i wspólnie się naradzić. Siostry doradzą, my radę zwołamy, pomożemy.

- Sami niewiele wiemy... Lucjusz znalazł tylko zabytkową filiżaneczkę. - Tu Karl gestem wskazał Lucjusza i dał znak, aby pokazał znalezisko.

Lucjusz wyjął z plecaka filiżankę i postawił ją na stole. Palcem wskazał też ślady krwi, po czym przemówił: - Leżała rozdeptana na ziemi niedaleko wejścia, na rozdrożu idącym w cztery strony. Diabli wiedzą jak duży kompleks jest pod ziemią, ale bardzo prawdopodobnie gdzieś są dodatkowe wyjścia. Jak nie na cmentarzu, to w posiadłości. Całość mogła służyć za awaryjną drogę ucieczki. Ciało lorda Lirasel kiedykolwiek odnaleziono? Patrząc po krwi na filiżance, tunele mogą być dalej w użytku. Przy najbliższej okazji dobrze, gdyby przeprowadziła nas pani po cmentarzu. Sprawdzić, czy jakiś z grobów nie był ostatnio naruszony. Na wszelki wypadek. Jeżeli to nie sam Lirasel, to ktoś może eksperymentować z pozostałościami jego pracy. - To powiedziawszy, Lucjusz odchylił się do tyłu na oparciu krzesła, krzyżując ręce na piersi. Zamyślił się chwilowo, szukając w odmętach swojej pamięci czegokolwiek na temat tych ziem, nekromancji lub samego lorda Lirasel. Niestety, niczego sobie jednak nie przypomniał.

- Możemy się mylić, bo naszą wiedzę o elfach czerpiemy tylko z tego, co znajdziemy i przeczytamy, ale lord Lirasel najprawdopodobniej spłonął żywcem w swojej posiadłości. - Siostra odpowiedziała na pytanie, usiłując przypomnieć sobie fakty o tutejszych Argollańczykach.

- Elfiej roboty. Taka mała, jak dla dziecka. - Powiedział leśniczy, obracając filiżaneczką w ręku. - Krew zaschnięta, ta plama może mieć wiele lat, stuleci... Dalej jestem zdania, że powinniśmy zawalić tą dziurę. Groby też możemy sprawdzić, skoro tak mówicie, choć siostry z pewnością by zauważyły taką anomalię. Ale co do posiadłości... Jeśli miłe wam życie, trzymałbym się od niej z daleka. Podobno klątwy i czary wciąż chronią pracownię czarnoksiężnika.

Siostra skinęła twierdząco głową. - Tak elfowie pisali w swoich pieśniach.

- No dobrze! Szybko nie zbierzecie głazów na zawalenie wlotu, a w tym czasie trochę się rozejrzymy po tych jaskiniach. A potem będziemy mogli pójść swoją drogą.

Gundus skinął brodatą głową na znak aprobaty. - Powiem radzie i zbiorę kilku ludzi, będziemy czuwać przy dziurze na wszelki wypadek.

Siostra zaś nieśmiało położyła na stole pękatą sakiewkę. - Przyjmijcie to jako nagrodę od naszego zakonu za wasz wysiłek.

- Wspomniałaś coś o pogrzebie. Możemy wam przekazać elfa i jego rynsztunek w dowolnym dla was momencie, tylko powiedzcie jak chcecie to zorganizować.

- Pozwól siostro, że pomożemy. - Gundus kiwnął na kilku swoich znajomych, których do karczmy ściągnęło trajkotanie o bohaterach. Dzięki temu sprawa przeniesienia zwłok i pogrzebu miała zostać wkrótce załatwiona. Widać było w tym wszystkim, że maślanookiemu leśniczemu ciut za bardzo zależało na tym, by przypodobać się młodej kapłance.

Grim przestał słuchać kapłanki kiedy ta zaczęła gadać coś o elfach. Wolał zająć się tutejszym rarytasem. Otworzył podarowaną butelkę i wlał zawartość do gardła. Po grymasie ciężko było stwierdzić czy mu posmakowało. Sięgnął po kolejną butelkę z zamiarem powtórzenia poprzedniej czynności jednak przypominał sobie o ranie po elfim koziku. Polał więc szramę na ramieniu nie żałując darowanego alkoholu po czym wrócił do smakowania trunku. - Macie tu coś żryć? - Zadudnił basem krasnolud.

Rozweselony wiśniówką Otho spojrzał na krągłego karczmarza żeby ten wyręczył go w odpowiedzi. Temu na widok pojemności krasnoluda aż oczy zalśniły jakby znalazł żyłę złota. - Fullo daje fula, przyjacielu! I nie tylko! - Grim miał w czym przebierać. Kaszanka z jajkiem, cebulą i papryką. Świeżo gotowane, pikantne kiełbaski wieprzowe. Smażona barwena z mirmeńskiej rzeki. Jajka sadzone z solą i pieprzem czy na twardo z sosem rybnym. Gotowana soczewica z migdałami. Suszone figi z miodem. Warzywa gotowane w garum, podawane z pszennymi grzankami i oliwkami. Pszenne biszkopty z wiśniami. Prócz wiśniówki trzymał jeszcze w piwnicy kryseańskiego grzańca i tireneańskie wino miodowe.

Może Fullo i "dawałby fula", gdyby się tak nazywał. Przyglądałeś się karczmarzowi nieco uważniej niż pozostali, bo byłeś pewien, że już gdzieś go widziałeś. Pytanie tylko, gdzie? A gdzie indziej, niż w Cyfaraun... Tak naprawdę nazywał się Scaevola. Był niegdyś wysoce postawionym siepaczem Rodziny Argollańskiej, największego w stolicy przestępczego syndykatu, który urósł w siłe na monopolizacji nielegalnego handlu elfimi artefaktami. Od tamtego czasu obrósł wyraźnie w tłuszcz, ale wciąż mógł być niebezpieczny dla swoich wrogów... Zauważył twoje spojrzenie. Odpowiedział na nie tylko zimnym uśmiechem. Swój pozna swego. Ciekawe, co robił tak daleko od stolicy, na wygodnej posadce karczmarza.


- Ja też bym w sumie zjadł coś ciepłego! Byle nie za drogo! - Odkrzyknął Karl w kierunku karczmarza.

- Byle nie za drogo? Widziałem tą sakiewkę! - Roześmiał się łysy jak kolano karczmarz. - A jak jeszcze wam mało… - Nachylił się i zniżył głos. - elfie skarby czekają na prawdziwych śmiałków! - Wskazał przez okno na wzgórze, na którym wznosiły się ruiny posiadłości lorda Lirasel. Ciemne niebo rozświetliła nagle błyskawica.

Tymczasem krasnolud żarł, kiedy korpulentna siostrzyczka Celena opatrywała jego ranę, nie bacząc na gniewne pomruki, gdy maść zaczynała piec. Znała się na swoim fachu. Z taką posturą wyobrażaliście sobie, że bez trudu wyrywała zęby, piłowała kości i przytrzymywała niesfornych pacjentów. Grim wyglądał przy niej jak dziecko u lekarza.

Karl naprawdę już robił się głodny: - Już was, karczmarze, znam! Dawaj cennik!

Fullo spojrzał drwiąco na Karla. - Cennik... Za krzesło z czterema nogami i oparciem - pięć srebrników. Za kubek - kolejny. Łyżka, widelec - będą dwa. Szczypta soli, szczypta pieprzu i już mamy aureliusa! - Jak już się pośmiał ze stałymi bywalcami z wioski, zaproponował: - Kładź złotą monetę na blat, to i się najesz, i będziesz miał gdzie spać, a Fullo i mułami się zaopiekuje. Twój krasnoludzki kompan zapłacił i nie narzeka! Fullo daje fula!

Kurtius, który do tej pory milczał trapiony był wspomnieniem. Czuł wiercenie w tyle czaszki. Coś chciało się wydostać, ale nie był w stanie stwierdzić co. Patrzył się ukradkiem to na karczmarza, to na piękną siostrzyczkę, a myśl z uporem godnym lepszej sprawy nie chciała wychylić się ani o jotę ze swej jaskini. Gdyby Kurtius był nieco bystrzejszy i przykładał się do edukacji, to znałby techniki pozwalające mu skupić się i z pewnością obecność młodej kobiety w tym nie pomagała. Koniec końców, czoło rozpogodziło się, a na twarzy zagościł cień błogości gdy udało mu się uchwycić myśl. Kojarzył Fullo. Z innego życia, z innego imienia. Wnet sposępniał. Wymienili z karczmarzem suche i zimne uśmiechy.

- Ja również poproszę twoje specjały mistrzu Fullo. Zanim ta burza nie przejdzie… - wyjrzał przez okno - napijmy się i nacieszmy suchym kątem. - Przy monecie Karla zatańczyła złota moneta Baxa.

Połechtany karczmarz zaczął tłumaczyć, że to nie jego specjały, tylko zasługi kucharza Pery i kucharki Silo, choć zażartował, że ta druga ostatnio nie w formie, kiedy zamiast spać nastoletnią córkę musi nocą pilnować, by na schadzki pod most się nie wymykała.

W miarę jedzenia i picia burza ustępowała, zaczęło się wypogadzać, a że wieczór był jeszcze młody, szkoda by go było całego w karczmie zmitrężyć. Grim w trakcie wieczoru uzyskał sporo znajomości. Niektórzy bywalcy zarzekali się, że pójdą pomagać mu w odzyskiwaniu skarbów, inni że w noszeniu, a kolejni, w wydawaniu. Jak się również okazało karczma to dobre miejsce do robienia interesów. W przeciągu godziny, jedząc, pijąc i nie wstając od stołu, krasnolud zakupił sporo sprzętu na wyprawę do jaskini. Krasnolud słyszał między innymi, że stary Luscus za wiśniówkę to zrobi wszystko! Ostatnio synowie Pennusa przekonali pijaka, żeby uderzył się w dłoń młotem kowalskim, wyobrażacie to sobie? Ktoś powinien pogadać z tymi łobuzami zanim wpadną na jeszcze gorszy pomysł... Wracając do Luscusa, dawniej miał zostać wyświęcony na Rycerza Skrzydlatego Słońca w Cyfaraun, ale nałóg wygrał. Co miał z tamtych czasów, to przepił. Chyba ostał mu się jeno sztylet. Wciąż potrafi nim wymachiwać, a i celnie rzucać!

Lucjusz również delektował się ze swoimi kompanami. Uśmiechnął się na widok poprawiającej się pogody.

- Dwór, Cmentarz i Dziura. Tunele raczej na jutro, więc co chcecie oglądać dzisiaj? Dwór, żeby siostry nie męczyć?

- Nieznana jaskinia z której wyszedł trup, cmentarz, czy nawiedzony dwór? Ciekawy wybór na spędzenie wieczoru.

- Widzę, że zaczyna cię rozpierać energia! Może po prostu rozejrzymy się po wiosce? A potem zdecydujemy.

Grim słysząc to i owo zaprosił Luscusa do wspólnego picia i omówienia szczegółów ewentualnej współpracy. Luscus nie mógł nie skorzystać z okazji do napicia się wiśniówki za darmo. Wyglądał jak ktoś, kto dawniej wyszkoleniem i fizycznym przygotowaniem mógł dorównywać aurańskim legionistom, ale został zniszczony przez nałóg. Postawny, wysoki, krótko ścięty, z zębami i ustami czerwonymi od wiśniówki i bielmem na oku. Za pasem miał sztylet, którego jeszcze nie zdążył przepić. Przysiadł się i słuchał, co macie do zaoferowania... no i polania.

- Siadaj człeku, napij się! A jak się napijesz to opowiadaj co umiesz i ile za to chcesz.

- Dobra panowie, to sprawdźmy co możemy kupić i potem przejdźmy się na ten cmentarz. Lucjusz zdaje się chciał popatrzeć na trupy, a Grim w tym czasie przepije swoją dolę. - Kurtius odstawił pustą miskę i rozparł się na krześle. Musiał poluzować nieco pasa żeby wszystko ułożyło się jak należy.

- Skoro chcesz dla nas pracować to może na początek porobisz tu za przewodnika... Oprowadzisz nas po wiosce i poopowiadasz o stanie tutejszych spraw? - Zaproponował Karl Luscusowi.


Pijaczek Luscus

- A co miałbym dla was robić? To jest dobre pytanie. Niektóre usługi są tańsze, niektóre droższe, sami wiecie skoro z miasta… Za przewodnika, oczywiście! Rada na początek, no i jedyna taka za darmo... łapy precz od żonki młynarza!

- Żona to świętość, się wie.

- Lucjusz przyglądał się Luscusowi z lekkim zamysłem. Czy tak by skończył, gdyby było dane mu żyć w świętym spokoju? W porównaniu z pijakiem był lepszym okazem człowieka i znacznie bardziej ambitnym. Czas pokaże, czy szczęśliwszym. - Tak, ciekawi mnie czy groby nie będą naruszone, choć pewnie ciężko byłoby się do nich dobrać pod okiem kapłanek, chyba, że od dołu... ale niepotrzebnie wybiegam do przodu. Głównie obawiam się, że może tam być kolejne zejście do podziemi. Szybki transport dla okazów, którymi prawdopodobnie bawił się ten dawny, elfi plugawca.

- Świętość, ale w tym wypadku cholernie nieszczęśliwa… Nie przyjechaliście tu jednak chyba, żeby w cudze gacie zaglądać po tym, co słyszę, nie? Na cmentarzu stoi, pośród nagrobków, z tuzin elfich krypt! - Poklepał Lucjusza w ramię zranioną, jakby zmiażdżoną dłonią i się do niego nachylił mówiąc te słowa. Wyraźnie poczułeś aromat wiśniówki.

Lucjusz zapatrzył się w swój napitek. - Jeżeli są tu ślady jakiegoś plugawego okultyzmu, mogę rozbić obóz na cmentarzu i sprawdzać krypty jedną po drugiej, acz pewnie szybciej będzie przebyć te podziemia. Jeżeli czas będzie was gonił i zechcecie pominąć tę tajemnicę, będę musiał posłać list do kogoś innego, kto się tym zajmie.

Pijaczek wyczuł okazję na zarobek. - Za odpowiednią dniówkę, no i udział w łupie, mogę w tym sprawdzaniu pomóc. Nie tylko na cmentarzu! Ale... - Zaczerwieniony wiśniówką uśmiech rozszerzył się nieprzyjemnie, a w jedynym zdrowym oku pojawił się paskudny błysk. - Co się stanie pod ziemią, zostaje pod ziemią.

- Hmmm... nawet jeśli będziemy szukali tego cmentarza od dołu to przydałoby się wiedzieć, gdzie jest od góry. Zgadzacie się? Jeśli tak to warto go odwiedzić. - Tu Karl spojrzał w kierunku okiennicy: - I tak do nocy w jaskiniach wiele nie zdziałamy, a przydałoby się odpocząć przed wyprawą.

Trochę popiliście i zaczęły się negocjacje z Luscusem. Cena zaproponowana przez pijaczka wydawała się krasnoludowi za wysoka: aurelius na dzień i równy udział w łupie.

- I Ty z tym chcesz skarbów szukać? - krasnolud wskazał swoim grubym paluchem na sztylet pijaczka. Broni Ci trzeba. Nauczę Cię fachu, a jak się sprawdzisz dostaniesz równy udział.

- No dobra, umowa stoi. Jeszcze zobaczymy, kto kogo będzie fachu uczył, jak sobie przypomnę kilka sztuczek... To od czego zaczynamy? Komu lub czemu trzeba porachować kości?

Grim uśmiechnął się szeroko pokazując poważne braki w uzębieniu. Bez słowa polał tutejszego napitku i ponownie poczęstował pijaczka.

- Jeśli się uprzecie pójść do tego dębu i rozbić tam obóz to chciałbym pójść na ten cmentarz i załapać w jakim kierunku go szukać. Grimie możesz poprosić Luscusa, aby pokierował mnie jak do niego dojść?

Luscus nie omieszkał wypić z nowym pracodawcą za wspólne powodzenie w poszukiwaniu przygód. Jako że nie znał umiaru, mógł tak pić i pić do rana zamiast faktycznie się do czegoś przydać. Krasnolud będzie musiał mieć uwagę na jego nałóg.

Pomocny pijaczek wyjaśnił też Karlowi jak dojść do cmentarza. Wielkiej filozofii w tym nie było, był zaraz koło klasztoru Mityarianek, najbardziej charakterystycznej budowli w tej niewielkiej wiosce.


- W takim razie idę na cmentarz z tobą. To będzie dobre zajęcie, na spokojny początek.

Wyszliście z karczmy i skierowaliście się w stronę elfiego cmentarza w towarzystwie kilku gadatliwych miejscowych. Siostrzysko o imieniu Celena, które opatrywało w karczmie ranę Grima, otworzyło kunsztownie wykonaną bramę cmentarną. Wielka posturą kapłanka wpuściła tylko was, każąc ciekawskim z wioski poczekać przed ogrodzeniem albo rozejść się do domów. Z wilgotnej od niedawnego deszczu ziemi wystawało blisko sto wysokich nagrobków z jasnego marmuru, pokrytych argollańskimi inskrypcjami - nagrobków nadgryzionych przez czas, ale widać, że zadbanych. Nie widzieliście nigdzie świeżego grobu dla zdekapitowanego przez Kurtiusa elfiego wojownika. Zakonnica wskazała jednak na największą z tuzina krypt, z portalem przyzdobionym płaskorzeźbą w kształcie herbu kwitnącej wiśni. Mityariankom udało się ustalić, że zwłoki należały do Aodana, wiernego rycerza w służbie lorda Lirasel. Dlatego też zostały złożone dzisiaj w rodowym grobowcu.

- Piękną pracę tu wykonujecie. A Aodanowi wyświadczyłyście ostatnią przysługę. - Najpierw skomplementował Mityariankę, a następnie przyglądając się misternemu grobowcowi zaczął wypytywać: Jak ustaliłyście, że to był Aodan? I co wiecie jeszcze na jego temat? Macie może jakąś hipotezę na temat przyczyny, że został przemieniony w mumię?

- Niewiele wiemy, a i o przyczynie trudno się wypowiedzieć. Aodan to przypuszczenie, bo tylko ciała rycerza Aodana i lorda Lirasel brakuje w tej krypcie... Odpowiedziała korpulentna kapłanka niskim, ciepłym głosem. Po czym poprawiła się: - ... oraz jedynego syna lorda, Eadana. - Ściszyła głos, spochmurniała. - Czarnoksiężnik na czarną sławę zasłużył sobie porywaniem dzieci! To z nich składał mrocznym potęgom krwawe ofiary aby władać czarną magią.

- Rozumiem... - Przytaknął Karl i jął dalej drążyć: - Jest w coś w waszych kronikach na temat Aodana, lorda i jego syna? Może są tu jakieś tajne tunele używane do przygotowywania plugawych praktyk, o których wspomniałaś?

- Żadnych tuneli nigdy nie widzieliśmy. Możemy wejść do grobowca, jeśli chcecie się upewnić. - Siostrzysko zastanowiło się. - Na temat Aodana najmniej, a raczej prawie nic. Nie odegrał chyba żadnej istotnej roli na kartach lokalnej historii. O lordzie słyszeliście już chyba wszystko co wiemy. A o synie wiadomo tyle, że zniknął, zaginął czy został porwany. Przekazy nie są jasne. Zachowała się wzmianka, że lord przeprowadzał poszukiwania w lesie Viaspen... - Kontynuowała. - ... ale czy poszukiwał tam syna, czy pomocy w jego odnalezieniu od mieszkańców starożytnego lasu, czy czegoś innego, nie wiadomo. Gdyby posiadłość lorda nie spłonęła, wiedziałybyśmy więcej. Za mało źródeł...

- I sami nie wierzymy, żeby nieumarli mogliby się wydostać tędy. Grobowiec jednak chętnie zobaczymy dla jego misternego piękna.

Celena otworzyła ciężkie drzwi krypty. Lucjusz rozpalił latarnię. Zeszliście po krótkich schodach do pojedynczej, gołej, surowej w ozdobach komnaty z wnękami na ciała wykutymi w ścianach. Niektóre puste, niektóre nie, ze zwłokami przykrytymi białymi, lnianymi całunami, kto wie jak wiekowymi. Grobowiec swoim ascetycznym wyglądem narzucał nastrój powagi i kontemplacji.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 05-11-2020 o 23:32.
Clutterbane jest offline  
Stary 15-11-2020, 08:54   #2
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Lucjusz postarał się przyswoić nowe fakty: Czyli prawdopodobnie lord i jego prawa ręka uciekli tunelami z posiadłości w trakcie pożaru i z jakiegoś powodu akurat rycerz tam został... w wyjątkowo plugawym stanie. Zaginięcie syna mogłoby być motywacją do parania się okultyzmem. Wie siostra, czy plotki na temat lorda zaczęły pojawiać się przed czy po zaginięciu jego syna? - Mówiąc to Lucjusz przesuwał latarnią wzdłuż wnęk, szukając poszlak, zarówno nietypowych elementów, jak i charakterystycznych cech wspólnych między zmarłymi.

Grim przyglądał się ścianom krypty. Co jakiś czas zatrzymywał wzrok na dłuższą chwilę, żeby przyczepić się do detali i skomentować - według niego - lichą konstrukcję, którą wykonałby lepiej każdy krasnolud. - Oni to po szybkości robili. Widać tu. I tu. Byle jak i na odpierdol, typowe dla elfów.

Kurtius przyglądał się "robocie" krasnoluda, tego z jaką gracją pozyskuje najlepszych z najlepszych. Szczerze mówiąc, to zaoszczędzony brzdęk można zdecydowanie lepiej spożytkować. Za to nie odmówiłby sobie siostry Aurëlyn. Nie była żoną młynarza. Gdyby tylko śluby zakonne nie przeszkadzały. Choć z drugiej strony... na co konkretnie nie pozwalały? Gdy udało się zebrać chętnych na wieczorny spacer Kurtius wyruszył w kierunku cmentarza. Tak jak się spodziewał, niczego ciekawego nie zobaczyli, ale mogli zwiedzić stary elfi cmentarz. Może gdyby Kurtius bardziej uważał na lekcjach historii i sztuki potrafiłby docenić piękno zaklęte w starożytnych kamieniach, ale niestety. Nie był zbyt uważnym uczniem woląc gołe dziewczyny, od nagich kamieni. Co nieco jednak z tych lekcji wyniósł, bowiem spojrzał na krasnoluda wytykającego prace elfów... Niemal można było usłyszeć przewracanie oczami. - Daj spokój Grim. Wszyscy wiemy, że krasnoludy są najlepsze w rzeźbieniu w kamieniu. - Skoro już tu wszedł, to należało coś zrobić. Lekko znudzony Kurtius starał się przeczytać kto leży w kryptach. A nóż, przyda mu się kiedyś ta wiedza? - Jak nic tu nie ma, to chodźmy się wyspać. Jutro mamy jeszcze dwa miejsca do obskoczenia. - Powiedział pozostałym. Sam miał jeszcze ochotę skoczyć pokręcić się po okolicy, zobaczyć czy nikt nie ma schadzki pod mostem, oraz czy w okolicy nie ma samotnej i zaniedbanej młodej niewiasty, którą mógłby uratować od samotności.

- Przed czy po zaginięciu jego syna… - Zastanawiała się głośno Celena, trawiąc słowa Lucjusza. - Wiecie, to wszystko wydarzyło się wiele wieków temu, dwadzieścia jeśli nie więcej przed nastaniem rządów pierwszego tarkauna, Audariusa Valeriana! Ciężko wypowiadać się z precyzją o tak dawnych czasach.

Kiedy krasnolud i Lucjusz weszli w głąb krypty, a za nimi pozostali, skromny na pierwszy rzut oka grobowiec ożył. Tam, gdzie akurat czyniliście ruch, niezrozumiałe dla was argollańskie inskrypcje i wzory dawno zaklęta magia rozświetlała na niebiesko, nadając prostym, białym ścianom misterność tak charakterystyczną dla elfiej kultury. Zmarłych zawinięto od stóp do głów w biały len i niewiele bylibyście w stanie o nich wywnioskować bez zniżania się do czynów godnych hien cmentarnych czy porywaczy zwłok. Jednak to nie oni przykuli najbardziej uwagę czujnego Karla i Grima. A coś znacznie bardziej prozaicznego. Mianowicie, karaluch. Jeden, pojedynczy karaluch. Wyszedł... zza ściany. Dokładnie zza płaskorzeźby, w miejscu, w którym dzieło murarskiej sztuki przedstawiało koło wozu, koło o siedmiu szprychach. Był to symbol Calefy - Pani Fortuny i Matki Żałoby, patronki szczęścia, bogactwa i pogrzebów - czczonej już tysiąclecia temu przez elfów, tyle że pod imieniem Cailleach.

Skoro karaluch wyszedł zza płaskorzeźby to znaczy, że jest w nim jakaś dziura albo nawet zasłania jakąś pustą przestrzeń czy zasłania jakiś mechanizm. Idąc za tym tokiem myślenia Karl podszedł do podejrzanego miejsca, aby uważniej mu się przyjrzeć.

- Mówiłem, partacze. - Krasnolud zaczął obmacywać zdobioną ścianę szukając przycisku do jej przesunięcia.

Naciśnięcie przez Grima innej płaskorzeźby na tej samej ścianie, płaskorzeźby przedstawiającej zaćmione słońce - drugi ze znanych od wieków symboli Pani Fortuny i Matki Żałoby - sprawiło, że ściana za symbolem koła delikatnie odskoczyła, ukazując po drugiej stronie ciemny, długi tunel naturalnej jaskini. Kilka karaluchów rozbiegło się po białej, kamiennej posadzce grobowca, przyprawiając o paniczny strach i nerwy dużą Celene.

- Mordo ty sprytna! - Pijaczek Luscus był wyraźnie pod wrażeniem bystrości jego nowego pracodawcy. Aż klasnął.

- Dołożyłyście Siostry wszelkich starań, aby zachować spokoju leżącym tu ciałom, ale jak widać nie na wszystko miałyście wpływ. A w obliczu tego czego właśnie staliśmy się świadkami wnioskuję, że najlepiej żebyśmy porozmawiali z Siostrą Przełożoną... chodzi o to, żebyśmy pozyskali jak najwięcej informacji przed ekspedycją, którą jutro planujemy. No i potrzebujemy jakiegoś miejsca na rozbicie obozu tak, aby nie naruszyć godności tego miejsca.

- Świetna robota krasnoludzie. Symbol bogini żałoby, tak? W takim razie trzymam się swojej teorii, choć nie, żeby motywacja usprawiedliwiała kogokolwiek, kto para się plugawą magią.

Wystraszona karaluchami wielgachna Celena nawet nie wysłuchała do końca wypowiedzi Karla. Ruszyła czym prędzej do klasztoru, wracając po dłuższej chwili z siostrami - piękną Aurëlyn, ale także drugą, jeszcze wam nieznaną z imienia, najstarszą z trzech i o surowym wyrazie twarzy otoczonej czarnymi, siwiejącymi lokami, który stał się jeszcze surowszy na widok mężczyzn, szczególnie pijaczka Luscusa i hałaśliwego krasnoluda. Przedstawiła się imieniem Istria. Prowadziły niską, wiekową staruszkę w śnieżnobiałej szacie - przeoryszę Zeodarë. Przełożona klasztoru zeszła powoli po schodach, wspierając się o ramię Celeny.

- Jeszcze jedna tajemnica, a może tylko inna nić tej samej pajęczyny...? Powiedziała do siebie, zerkając w ciemność odkrytego przez was tunelu. - Musimy zamurować przejście. Tak będzie najrozsądniej. Do tego czasu macie moje pozwolenie na zbadanie, co kryją te jaskinie, jeśli wasze działania zapewnią spokój tu spoczywającym, a mnie i moim podopiecznym - bezpieczeństwo.

- Dziękujemy przeoryszo. Najpierw chcielibyśmy dowiedzieć się jak najwięcej o pajęczynie tajemnic, o której wspomniałaś. No i musimy gdzieś przenocować... w miejscu, gdzie zachowamy godność tego miejsca, a będziemy mieli łatwy dostęp do tego tunelu.

Sędziwa przeorysza usiadła na kamiennej ławce przeznaczonej dla odwiedzających grobowiec i powtórzyła mniej więcej te same informacje, które już słyszeliście, snując powoli opowieść. Lord Lirasel. Herbu kwitnącej wiśni. Praktykujący czarną magię. Może w zmowie z czarnymi siłami zamieszkującymi starożytny las. Zaginiony syn Eadan. Spalenie posiadłości czarnoksiężnika przez elfów, kiedy zaczęły znikać inne dzieci. Wiele więcej nie dało się powiedzieć. Brakowało źródeł.

Miejsce, w którym możecie przenocować - została wskazana wam... karczma. Sądząc po ostrym wyrazie twarzy siostry Istrii ta kwestia nie podlegała dyskusji.

- Oczywiście. Teraz jeśli przeorysza pozwoli zamkniemy te przejście i udamy się na spoczynek. - Odrzekł Karl i zaczął się uważnie rozglądać za mechanizmem zamykającym. Po zorientowaniu się, że płaskorzeźbę po prostu się przesuwa Karl wykonał gest sugerujący, że chce ją zasunąć.

- Po co jutro? Założę się o flaszkę wiśniówki, że dziura prowadzi do spalonej chałupy. Chyba, że skręca... To wtedy nie. - Grim podrapał się po głowie, dawno tak dużo nie myślał.

Karl rozejrzał się po towarzyszach: - Na pewno nie chcecie się najpierw wyspać?

- Albo się rozwidla. - Przytaknął Kurtius hamując się przed bardziej grubiańskim określeniem sytuacji przy pięknej siostrze Aurëlyn. - Tak, czy siak, możemy tam zajrzeć teraz, skoro i tak tu jesteśmy i zobaczyć jak daleko się ciągnie. Nie ma sensu odkładać tego na jutro, jeśli cokolwiek to jest ma ledwie kilka metrów w głąb. Dajcie latarnię.

- Załatanie dwóch dziur nie oznacza, że nie ma trzeciej, a potem może i czwartej lub piątej. Tunele trzeba zbadać i unieszkodliwić. Potem można łatać albo i zagospodarować ale na to przyjdzie czas. Jestem prawie pewien, że kolejne wejście jest w ruinach posiadłości. Tam tunel by się zaczynał, a pod zrujnowanym drzewem kończył. Wobec tego to wejście prowadzi do odrębnego fragmentu podziemia. Sugerowałbym zacząć wędrówkę idąc od wejścia lub wyjścia. Wchodząc od środka łatwiej będzie się nam zgubić. Przemyślcie to, dostosuję się. - Mówiąc to, przetarł oczy w zamyśleniu. Lucjusz był pracoholikiem, gdy tego typu tajemnica stanęła przed nim, po głowie chodziło mu tylko to, jak może się nią dalej zająć, mając do dyspozycji karczmę i wiele godzin przerwy przed samą wyprawą w głąb. - Poczekam, aż skończycie oglądać tunel, aby przysłużyć się lampą. Potem planuję przejść się po mieście, poszukać opuszczonych chałup czy suchych studni, na wypadek, gdyby było więcej wejść... może uda mi się zrobić szkic możliwego rozkładu podziemia, choć mamy na to dość mało informacji... O reszcie pomyślimy rano.

Kurtius wzruszył ramionami. - Moim zdaniem g... nic w ten sposób nie znajdziesz, ale nie zamierzam ci zabraniać spacerów. Dawaj latarnię.

Powietrze w tunelu było raczej stęchłe niż świeże. Nawet po zrobieniu kilku kroków w głąb z latarnią, jaskinia ciągnęła się dalej w ciemność. Tu i tam zauważyliście kilka karaluchów, które przegoniło światło.

Kurtius poświecił do środka tunelu robiąc kilka kroków w przód. - Śmierdzi. - Stwierdził nasłuchując ewentualnego echa. Podniósł latarnię wyżej przyglądając się ścianom. - Czyli raczej nie prowadzi nie wiadomo gdzie.

Kurtius nic szczególnego na ścianach nie zauważył. Co jakiś odcinek strop tunelu wsparto kasztem podobnie jak w kopalni. Niektóre były poważnie nadwyrężone. Z punktu widzenia krasnoluda robota była licha, ale w miarę stabilna. Skoro klamka zapadła Karl także podszedł do otworu biorąc w rękę włócznię zaczął się szykować do wstąpienia do tunelu, a następnie ruszył z towarzyszami w jego głąb.

Po pewnym czasie, cały czas podążając prosto przed siebie, doszliście do miejsca, w którym tunel był wyraźnie zawalony. Aby przejść dalej, musielibyście wspiąć się na stertę i przecisnąć na drugą stronę albo cierpliwie i powoli odgruzować korytarz. W świetle latarni niesionej przez Kurtiusa błysnęło złoto. To spod załamanego kasztu wystawała koścista dłoń. Błyszczał sygnet znajdujący się na paliczku palca wskazującego. Oczko ozdobiono znajomym już wam herbem kwitnącej wiśni. Dłoń przywalonego masą ziemi, drewna i kamieni szkieleta trzymała niewielką, drewnianą szkatułę ozdobioną brązem, który zdążył zaśniedzieć. W środku pudełka znajdował się zapisany po argollańsku, oprawiony w skórę dziennik oraz fiolka z jakąś zielonkawą miksturą.

- Wygląda na to, że jest Eadan… - Mruknął Karl, a następnie pozostałych: - Powiadomimy o tym siostrzyczki? - Gdy powiedział co miał do powiedzenia zainteresował się zawartością fiolki. Karl niewiele mógł powiedzieć o przeznaczeniu zawartości fiolki. Czuł płatki róży, piołun, len i piwonię. Zastanawiając się nad zawartością fiolki wziął ją do ręki i postanowił pokazać ją zakonnicy, która zajmuje się takimi sprawami.

- Chuj wie kto to, ale warto sprawdzić co tu się stało. Macie więcej światła?

- Trzeba by odgruzować przejście... Może zawołamy kogoś do pomocy?

- Grim, ty się znasz na tym. Co tu się stało i czy da się to odgruzować? - Krasnolud bez trudu stwierdził, że tunel musiał zawalić się podczas pożaru, który miał tu miejsce dawno temu. Dało się odgruzować bez ryzyka.

Przyjrzawszy się znaleźnemu, Kurtius wspiął się na gruzowisko i przyświecał latarnią przez szczelinę w gorze. Skierował latarnię tak, by oświetlać punktowo i sprawdził co jest dalej. Tunel ciągnął się jeszcze trochę dalej i kończył zamkniętymi drzwiami z drewna. Światło lampy przepędziło kilka karaluchów.

- Widzę przysporzyło nam sporo szczęścia. Mógłbym przejąć tę księgę? Jeżeli chcecie odgradzać przejście, to równie dobrze moglibyśmy zapuścić się w głąb dzisiaj. Jeżeli nie, mamy łatwiejszą drogę wejścia pod drzewem. Ten tunel będzie najpewniej prowadził do posiadłości oraz drugiej trasy, właśnie pod drzewo. Między jednym a drugim mogą być jakieś plugawe pracownie.

- Daj powiedzieć Kurtiusowi co tam widzi! - Karl powiedział na tyle głośno, aby Kurtius usłyszał.

- Widzę... widzę jakieś drzwi. Grim, idziemy w kierunku dębu, czy bardziej w stronę dworu? Jesteś w stanie to określić? - Kurtius zszedł na dół. Krasnolud stwierdził, że znajdowaliście się dokładnie pod ruinami posiadłości lorda Lirasel. - Proponuję przegadać co powiemy na zewnątrz. Pierścień jest sporo wart, dziennik pozwoli nam sporo zrozumieć i na pewno ma wartość dla siostrzyczek. Ten pierścień to z ćwierć tysiąca może być wart, to jakbyśmy dostali ostatni łup z karczmy na głowę, a nie do podziału. - Przeliczył na tyle szybko, na ile umiał bez użycia palców.

- Sugerujesz zatem, aby sygnet zachować dla siebie... Wtedy nie powinienem pokazywać tej mikstury zakonnicom. - Zamyślił się Karl, a następnie sięgnął po pudełko, aby włożyć do niego fiolkę, a następnie rzekł: - Wrzuć tu sygnet i pokażmy im tylko księgę.

- Lepiej jak pokażemy im dziennik w tym pudełku.

Karl delikatnie przechylił pudełko, aby fiolka sturlała się do brzegu dna i rzekł: - Zatem schowajmy sygnet do worka.

Kurtius podszedł bliżej, na tyle na ile pozwalał mu wąski korytarz. Spojrzał w oczy Karlowi. - Czyżbyś mi nie ufał?

- Nie o to chodzi... jeśli będziemy chcieli go sprzedawać zakonnicom to okrzykną nas hienami cmentarnymi i nici z interesów.

Kurtius odetchnął z wyraźną ulgą. Nie chciał nieporozumień w gronie towarzyszy. Nie na początku przygody, nie z powodu dup, czy pieniędzy. - Dlatego musimy go sprzedać gdzieś indziej. Przepraszam, tak to zabrzmiało. Mam go w sakiewce, jak wrócimy do karczmy, to postanowimy co z nim zrobimy i kto go będzie trzymać. W porządku?

- Mi wszystko jedno... byle przyjaciel miał na niego oko. - Odrzekł Karl i wyciągnął rękę na zgodę.

- Przekopmy to, może być więcej skarbów niż z wierzchu.

- Nie prościej nie wezwać paru chłopa do pomocy?

- Już jednego mamy. Chyba, że boicie się brudu, to ktoś mi się jeszcze przyda.

- Jeśli za tymi drzwiami czeka jakaś mumia to powinniśmy być wypoczęci.

- Łopaty nie mam ale jeśli chcecie odgarniać gruz od razu, może to się przyda. - Widząc, że krasnolud jest najsilnieszym ze zgromadzonych, Lucjusz podał mu łom. - Jeżeli jesteśmy zaraz pod posiadłością, to brakuje mi przejścia, które łączyłoby nas z drzewem. Może w krypcie są jeszcze jedne ukryte drzwi?

Karl widząc, że reszta towarzyszy oparła się przeć naprzód zakasał rękawy i rzekł: - Strasznie się wam spieszy do tej fortuny. - A następnie zaczął odrzucać co większe kamienie na bok. Gdy zaczął już pracować powiedział: Za jakiś czas ktoś powinien nas zmienić przy tej robocie.

Rozebraliście stertę gruzu tak, żeby wam nie przeszkadzała w poruszaniu się po tunelu. Resztki wiekowego szkieletu zmiażdżonego w wyniku zawalenia stropu nie miały przy sobie nic więcej co by wzbudziło waszą ciekawość.

- No i chuj. Tyle pracy na nic

Pozostawały drzwi. Krasnolud obejrzał futrynę, gdy już nacieszył swoje oczy pociągnął za klamkę. - Ostatni stawia kolejkę!

- Prędzej nagrobki. - Powiedział Kurtius przepuszczając chętnych.

Wieki nieużytkowania odcisnęły swe piętno na kondycji zniekształconych, drewnianych drzwi, więc potrzebowaliście trochę siły, by je otworzyć, ale w końcu ustąpiły, głośno skrzypiąc i szurając. W świetle lampy olejnej - jedynego waszego źródła światła - dostrzegliście piwnicę służącą kiedyś elfim mieszkańcom tej posiadłości za jakiegoś rodzaju laboratorium alchemiczne. Masywne drewniane stoły i ławy pokryły się grubą warstwą kurzu, który nie ominął butelek, fiolek, słoików i innych pojemników różnego kształtu, w których mimo upływu lat coś jeszcze się znajdowało. Korytarz po przeciwnej stronie drzwi prowadził gdzieś dalej w podziemia.

Karl wkroczył do pomieszczenia, a następnie zrobił gest w stronę Lucjusza: - Chodź przyświecić. - I zaczął ostrożnie się zbliżać do regionu objętego ciemnościami.

Grim podpalił pochodnię od latarni towarzysza po czym podał ją pijaczkowi. - Świeć.

- Dobra, szefie, postaram się nie przypalić ci brody. - Pijaczek Luscus wziął płonącą pochodnię w lewą dłoń. Prawą zaciskał na wysłużonym sztylecie.

Podpity brodacz uśmiechnął się na uwagę powiernika pochodni. - Lepiej na włosy uważaj, bo idziesz za mną. - Uzbrojony w topory krasnolud udał się w stronę ciemnego korytarza.

Lucjusz przytaknął i podążał za towarzyszem, przyświecając. Rozglądał się po stołach i aparatach w sali, starając się wydedukować, jakie konkretnie badania bądź jaką produkcję prowadzono w tym laboratorium.

Przesuwaliście się ostrożnie po zakurzonej i zagraconej piwnicy, rozglądając się nie tylko za potencjalnym łupem, ale przede wszystkim w obawie przed zagrożeniami, jakie mogą tu na was czyhać. Niespodziewanie, spod jednego ze stołów, na myszkującego w miksturach Karla zaszarżowało monstrum w pancerzu z lśniącej, czarnej chityny. Karaluch, lecz nie taki zwykły, tylko przerośnięty stwór, wyhodowany na toksycznej mieszance pozostawionych tu eliksirów i niezużytych składników. Czujny Jutlandczyk uniknął ugryzienia w ostatniej chwili, odskakując do tyłu, prosto na inny stół zastawiony najróżniejszego rodzaju pojemnikami z gliny czy szkła. Komnatę wypełnił hałas nie tylko zaskoczonych okrzyków, ale również tłuczonych fiolek i butelek, z których zaczął unosić się podejrzany opar…


[media][/media]
wielki karaluch

Dwa Topory Grima spadły na wielkiego karalucha, kiedy ten dalej próbował bezskutecznie dopaść Karla, w unikach strącającego kolejne fiolki i mikstury z laboratoryjnych stołów. Karl chwycił włócznię i zszedł z linii, po której mógłby zostać zepchnięty na szkło, eliksiry i inne nieprzyjemne rzeczy, a następnie przepuścił atak na potwora. Grot włóczni Jutlandczyka przeszedł przez czarną chitynę. Od wysokiego pisku ciężko ranionego owada, z którego wyciekała czarna jucha, aż włos się jeżył. Z gniewnym okrzykiem Luscus zeskoczył z ławy wprost na wielkiego karalucha, usiłując przyszpilić go do ziemi długim sztyletem, ale mimo odniesionych ran atramentowe, sześcionogie owadzisko było wciąż szybsze. W pierwszej chwili Kurtius odskoczył na ławę. Nienawidził wszelkiego rodzaju robactwa, jednak chwilę później wyjął gladiusa i doskoczył do boku robaka próbując ściąć mu nogi. Awanturnik rąbał odnóża owadziska jedno po drugim, aż w końcu wielki karaluch znieruchomiał w rosnącej kałuży ciemnej krwi. Zapanowała cisza.

- Chłopaki, chodźmy stąd! Te zapachy nie wróżą niczego dobrego. Dajmy im czas na rozwianie się.

Kurtius skinął głową. Nie uśmiechało mu się umierać w jakimś zapomnianym laboratorium.

- Jak będziemy mieli pecha, to trujące lub łatwopalne. Do jutra się przerzedzi. Na dziś wystarczy. - Mówiąc to Lucjusz zaczął prowadzić przez korytarz którym weszli, przyświecając lampą.

W powietrzu istotnie unosiła się ostra, nieprzyjemna woń ze stłuczonych w trakcie walki przyborów alchemicznych. Karaluchów już nie widzieliście, nawet tych małych, choć wystraszone zmysły płatały wam figle na granicy światła rzucanego przez latarnię i pochodnię.

Widząc w jakim kierunku zmierza Lucjusz Karl zapytał: - Skoro wracamy to pokażmy ten dziennik, wtedy dowiemy się więcej co się tu działo za czasów lorda Lirasela. Pokażę też ten eliksir może, któraś z nich będzie wiedziała co to jest.

- Zgoda, ale o pierścieniu nic.

- Ze spieniężeniem pierścienia może nam pomóc spaślak Fullo. W środku tej łysej dyni tkwi jakiś talent do interesów i kilka znajomości. - Poradził pijaczek.

- Hmmm… - Mruknął Karl zastanawiając się czy karczmarz może być paserem.

Karl po krótkim namyśle doszedł do wniosku, że najlepsze miejsca dla paserów to gildie złodziejskie w miastach i takie karczmy na ruchliwych traktach, a z takiego właśnie zeszli. - Masz na myśli, że ma on dojścia do gildii złodziejskich?

- Nie. Po prostu szybciej obraca monetami niż obracałby swoim tłustym kadłubem w walce. Byłby wolniejszy niż ten karaluch. Chociaż… Czasami w karczmie na dłużej zatrzymują się jakieś podejrzane, nieprzyjemne typki, chyba jego znajomi. A może wierzyciele. Nie wnikałem, bo wyglądali niebezpiecznie.

- No dobra... jeśli chłopaki zgodzą się wejść w ten interes już tutaj to się przekonamy jak z to nim jest.

- Śmierdzi tu elfią magią, chodźmy zanim ktoś się zmieni w robaka.

- W takim razie krasnoludy przodem!

Wróciliście do elfiego grobowca. Czekała na was tam tylko siostra Celena. Ucieszyła się na wasz widok. Pewnie nie chciała spędzać w krypcie ani chwili dłużej niż było to konieczne.

- Siostro możemy się ponownie spotkać z przeoryszą? Znaleźliśmy cenną pamiątkę, która rzuca więcej światła na historię lorda Lirasel. - Powiedział napotkaniu siostry Celeny Karl, a następnie otworzył pudełko znalezione w tunelu i pokazał jej elficki pamiętnik.

- Późno już… - Zauważyła ziewająca siostra, kartkując dziennik. Przeorysza do najmłodszych już nie należała i potrzebowała więcej odpoczynku niż kapłanki. Celena zatrzymała się dłużej na stronie przedstawiającej szkic ciemnowłosej piękności siedzącej pod rozłożystym dębem rosnącym nad wodą. - W staroargollańskim to wszystko spisane. Przetłumaczenie tych zapisków może zająć nam trochę czasu.

[media][/media]
szkic z pamiętnika elfiego lorda Lirasela

- To kto wszedł ostatni do tamtej ciupy? - Ostatni do laboratorium jak dobrze krasnolud zapamiętał wchodził Lucjusz, więc to on dzisiaj powinien postawić kolejkę. - Masz jakąś flaszkę? - krasnolud spytał się Luscusa w obawie przed zbliżającym się kacem.

Pijaczek poklepał się po sztylecie. - Czy ja wyglądam jakbym miał jakąś flaszkę? Jak legionista na warcie, tylko broń!

Siostra Celena widząc karczemny humor krasnoluda i pijaczka was do wyjścia z krypty. Opuścilicie cmentarz. Kapłanka zakluczyła za sobą bramę. - Pokażę dziennik przeoryszy, kiedy się obudzi. Jeśli dalej was interesuje ta historia, powinnyśmy niebawem ją przetłumaczyć.

Wyszli z cmentarza. Na dworze było już ciemno gdy skierowali się do karczmy. Kurtius zgarnął chłopaków na bok posyłając pijaczka do karczmy celem zamówienia kolacji. Gdy ten oddalił się, zagadał konspiracyjnie do chłopaków: - Z Fullo to prawda. Znam go z innego życia i choć nabrał tłuszczu, to niebezpieczny człowiek. Trzeba na niego uważać. - Kurtius zawahał się na moment. Czy mieli inne wyjście? Paser i tak weźmie pewnie niewiele mniej niż imperium.

- W takim wypadku twoja decyzja. Myślę, że raczej możemy zaryzykować, bo jesteśmy wiosce potrzebni w sprawie nieumarłych.

- Myślę podobnie.

- Pozbądźcie się tego i dzielimy się po równo. A teraz przepraszam, muszę się napić.

Przekroczyliście próg „Czerwonego Uśmiechu”. Bywalcy zresztą już się was spodziewali, zostaliście więc głośno powitani. Nie wiedzieliście, czy to dobrze, czy źle. Przy rozgadanym Luscusie pijącym darmową kolejkę wiśniówki zebrała się grupka słuchająca o dzisiejszej wyprawie na cmentarz, z karczmarzem Fullo włącznie. Wyglądało na to, że wasz kompan nie umiał trzymać języka za zębami albo to tutejsza wiśniówka potrafiła rozplątać każdy język.

Karl uważnie się przysłuchiwał temu co papla Luscus i czekał w gotowości na wypadek, gdyby niebezpiecznie zbliżał się do tematu sygnetu Liraselów i był gotowy delikatnie kopnąć pod stołem w kostkę, aby dać mu znak, żeby się opamiętał.

- Luscus, Ty łajzo! Sam zaczynasz świętować? Po tym jak zapomniałeś o flaszce na drogę?

- Wiedziałem że będą z nim same kłopoty.

- Miej Ty chociaż w sobie godność człowieka i polej mi w końcu. - Grim nie zważając na swoje rozmiary przepchał się przez zebranych w stronę nowego kompana. Rozgonił przy tym sporą część towarzystwa, by w końcu móc usiąść do upragnionego kieliszka.

Karl wykorzystując bezceremonialny manewr krasnoluda przyspieszył podchody do stołu, gdzie siedział Luscus. Zamierzał przy nim usiąść i zająć pozycję, gdzie ewentualny kopniak w kostkę pijaka byłby ukryty przed oczami gapiów. Kopnięty w kostkę Luscus zagonił jęzor do dziurawej zagrody zębnej, co nie uszło uwadze rozbawionego karczmarza.

- Spokojnie, starczy dla każdego... kto przy monecie, rzecz jasna. Bo kto wchodzi bez groszy, kij go wypłoszy! A wy nie dość, że przy monecie, to jeszcze słyszałem, że z interesem… - Dodał ciszej oberżysta.


Karl z zdziwieniem spojrzał na Luscusa i Kurtiusa, po krótkich poszukiwaniach śladów reakcji szepnął: - Poczekajmy aż towarzystwo się rozejdzie!

- ... ale to nie ma co na głodnego i o suchym gardle rozmów o pieniądzach zaczynać.

- Zgadzam się z Tobą, polej no gospodarzu.

Skoro cicha narada zeszła na temat kolacji co powinno rozrzedzić mieszkańców wioski skupionych wokół bohaterów Karl to wykorzystać i powiedział na głos: - Moi gospodarze chyba wszyscy chcemy, żebyśmy mieli siły do przeganiania maszkar, które czają się u Lirasela! Karczmarzu przygotuj nam posiłek.

W trakcie wieczornego posiłku usłyszeliście od miejscowych jeszcze kilka plotek, nie wiedzieć na ile prawdziwych i dokładnych. Tutejszy kowal potrafił ponoć nawet najgorszemu ostrzu nadać nowy blask. Siostrzysko Celena znała się nie tylko na leczeniu ran i chorób, ale również o uprawach wiedziała więcej niż którykolwiek z chłopów - na skwerze dzięki niej rosło wiele roślin sprowadzonych nieraz z dalekich stron. Młodych chłopców straszono wiedźmą, która żyła głęboko w lesie Viaspen i potrafiła zauroczyć każdego mężczyznę, aby został z nią tam na wieki… Robiło się już późno, w karczmie zostali tylko nieliczni ci, którzy zamierzali spędzić tu noc.

Kiedy zrobiło się już w głównej sali karczmy luźno Karl mruknął do Kurtiusa: - Proponujemy mu ten sygnet? Jeśli tak to takie interesy najlepiej robić w pokoju.

- Możemy, chyba że wam pieniądze niepotrzebne. Wtedy można zatrzymać na przyszłość. Słyszę jednak, że może być warto zostać tu na dłużej. - Lucjusz rozejrzał się na boki i lekko pochylił nad stołem. - Zainteresowały mnie te plotki o wiedźmie. Jeżeli będziemy mieli czas i siły po oględzinach tych podziemi, moglibyśmy jej poszukać. Choć nie jestem pewien, czy to przeciwnik na nasze umiejętności.

- Szukasz partii dla siebie Lucjusz? Zostaw biedną kobietę w spokoju. - Kurtius odwlekał rozmowę o sygnecie. Niechętnie patrzył na perspektywę wymiany z Fullo, ale zapewne nie mają zbyt dużego wyboru. Po pierwsze szukanie pasera w tym miejscu było ciężkie… - A może siostrzyczki byłyby zainteresowane? Dowiemy się ile są w stanie zapłacić za pamiątki, może więcej niż dostaniemy od Fullo?

- Okrzykną nas hienami cmentarnymi i będziemy mieli przechlapane. Jak ci Fullo nie pasuje to możemy poszukać pasera w Siadanos, a jeśli z kolei brakuje ci kasy to możemy sprzedawać wyposażenie eliksiry i wyposażenie labolatorium.

- Hmm, to najpierw zapytamy czy zbierać takie błyskotki, a potem z tym do nich przyjdziemy.

- Za zabicie tego suchego sukiennice nam zapłaciły - krasnolud odezwał się w końcu po intensywnym myśleniu - a ja się tylko kolejki w barze spodziewałem. Oddajmy te kółko kobiecinom i tak jest gówno warte.

- Gówno? To już lepiej rzucić je po prostu w krzaki!

Pijany brodacz powoli puknął się w czoło. - Skoro leśniczy był za darmo i tyle dostaliśmy to za błyskotkę będzie tak dużo, że... - zamilkł, w ciszy liczył na palcach. Doliczył się. - No dużo będzie…

- Problem jest taki, że wtedy nie wiedzieliśmy, że one chowają tych elfów w pełnym rynsztunku…

- Elfy mają być chowane z całym dobytkiem. Zabiorą trupa spod gruzu i zakopią go razem z pierścieniem i księgą. Dostaniemy za to najwyżej miejsce w pierwszym rzędzie na ceremonii. Zakonu w zapomnianej wsi nie będzie stać na skupowanie wszystkich błyskotek. Wyposażenie mamy, dojdziemy z nim do Siadanos jak będzie trzeba.

- Trzy czwarte wartości tego, o czym tam rozmawiacie. Niech stracę, ale takiemu główkowaniu to aż miło się przysłuchiwać, jak pieśni barda jakiego! Słychać, że myślicie, a nie tylko żelastwem machacie. Płatne dzisiaj w aureliusach, więc będziecie mogli zasnąć spokojnie... i z pełnymi sakiewkami. - Krzątający się po pustoszejącej sali karczmarz Fullo zasłyszał, a raczej może podsłuchał waszą rozmowę. "O czym tam rozmawiacie" sugerowało, że nie wiedział, w jakiego to elfiego skarbu posiadaniu się znaleźliście, ale pijaczek może zdążył już się wygadać…

Widząc, że w końcu Fullo sam wyszedł z propozycją interesu poczuł się zadowolony i odrzekł: - W taki razie chodźmy do pokoju, abyśmy mogli robić interesy z dala od ciekawskich oczu. A poza tym zapewne słyszałeś o laboratorium Lorda Lirasela. W związku z tym jesteś zainteresowany jakimiś truciznami albo coś w tym stylu?

- Ja? Truciznami? - Parsknął śmiechem, jakby nie dowierzając w propozycję Karla.

- Jak nie trucizny to może co innego? W labolatorium alchemicznym różne rzeczy można znaleźć…

- Ja tylko pomagam dobrym ludziom połączyć popyt z podażą innych dobrych ludzi. Za odpowiednią prowizją. Od ciemnych sprawek to się trzymam z daleka. - Oznajmił poważnie, zakluczając drzwi do karczmy. Sala była pusta. - To pokażcie, co tam macie dla Fullo. - Obracający w dłoni pierścień karczmarz wyraźnie sposępniał. Odłożył sygnet na porysowany szynkwas i przesunął palcami w waszą stronę. Przełknął głośno ślinę. - Obawiam się, że nie będę wam w stanie pomóc z tym cackiem. Trzy czwarte... przy dwóch trzecich ceny wciąż bym za wiele ryzykował.

- Układ wygląda na uczciwy. A swoją drogą gdybyś miał jakieś dojścia do handlarzy starzyzną to moglibyśmy po oczyszczeniu tych podziemi dostarczyć trochę mebli... stoły, krzesła i takie tam.

- Tylko jak traficie na coś naprawdę wartościowego, to wtedy przychodzicie do Fullo. Szkoda mojego i waszego czasu na drobne sumki. Dwie trzecie… - Podrapał się w łysą głowę niepewnie. - Niech będzie, zaryzykuję! - Otrzymaliście sakiewkę. Przeliczyliście złote monety. Sto siedemdziesiąt aureliusów.


Kolejny dzień miał się rozpocząć naprawdę ponuro. Nie była to tylko kwestia zgniłej pogody - mgły i mżawki. Obudził was krzyk. Kobiecy krzyk. Pełen matczynej rozpaczy. - Nauri! - Imię to wkrótce miało być na ustach całej wioski. - Nauri! - Słyszeliście przez okna powtarzane nawoływania. - Nauri!

- Karl po tej przykrej pobudce się zerwał z łóżka i ubrawszy się na tyle ile wymaga kultura szybko zbiegł do sali głównej, gdzie zamierzał zapytać pierwszą napotkaną osobę o przyczyny tych bolesnych okrzyków.

Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Fullo rozwiązał dylemat Kurtiusa i sakiewka mężczyzny stała się miło ciężka. Wypiwszy wiśniówki poszedł spać. Poranek zbudził go w fatalnym hałasem. - Co do chuja? - Mruknął wciągając na siebie koszulę. Zbiegł z mieczem w ręku. - Co się dzieje?

Grim wstał z łóżka, ale to nie krzyki go wybudziły. Potrzeba wypróżnienia się okazała się silniejsza. Wybiegł z pokoju w samych spodniach wprost na tył karczmy.

Słysząc hałas na temat jakiejś tragedii, Lucjusz podniósł się z łóżka i wyjrzał przez okno, patrząc, czy coś się nie dzieje przed karczmą.

Przez okno karczemnej izby widać było wielu mieszkańców, w grupach czy indywidualnie poruszających niebo i ziemię w poszukiwaniu zaginionej dziewczynki.

- Dobrze, że już wstaliście. Miałem was właśnie budzić!

Kurtius wbiegł z powrotem na górę ubrać się i ponownie zbiegł na dół. - Fullo, co się dzieje? - Spytał karczmarza.

- W nocy zaginęła bez śladu córka jednego z tutejszych chłopów.

- Dokładnie tak jak Fullo mówi! Córka sąsiada przepadła jak kamień w wodę! A że wczoraj życie mi uratowaliście, w pierwszej kolejności pomyślałem, żeby do was się o pomoc zwrócić.

- A Gundus nie szukał wokół jej domu jakichś śladów?

- Nie było żadnych śladów. - Odpowiedział leśniczy, który akurat wszedł do karczmy.

- W tych okolicznościach, że można przyjąć, że przyczyną tego nieszczęścia jest część tego przed czym uratowaliśmy Otha… Ta dziewczynka mieszka niedaleko cmentarza elfów albo posiadłości Liraselów? - Zapytał Karl Gundusa, Otha i Fulla.

Zapytani pokręcili głowami, zaprzeczyli. - Zupełnie po przeciwnej stronie, niedaleko pól.

- Od dębu to też daleko. Przyjmując, że nie miała głupiego pomysłu, aby przed świtem wyjść się pobawić, to do jaskiń może być dodatkowe wejście gdzieś w mieście. Sprawdźcie studnie i najstarsze domy. Planowaliśmy zbadać podziemia tak czy siak, więc jeżeli coś ją tam zabrało, znajdziemy ją.

- Dobry pomysł... jak pójdziemy na ten cmentarz to możemy się zapytać zakonnice czy nie znalazły w pamiętniku czegoś co by nie pomogło w poszukiwaniach.

- Od dębu... wczoraj z chłopami zablokowałem odkrytą dziurę kilkoma dużymi głazami. - Poinformował leśniczy. - Sprawdzimy studnie i najstarsze domy.

- Lucjusz, zniknęła dziewczyna, a ty chcesz nadal iść badać podziemia? Ja pierdolę. Gdzie mogła zaginąć? W jakim była wieku? Gadajcie.

- Kurtius, dopóki nie pojawią się nowe tropy zakładamy, że dziewczyna została porwana właśnie do tych podziemi.

- Założenie złe jak każde inne. Jak nas proszą o pomoc, to ja pomogę w poszukiwaniach. Opiszcie dziewkę.

- No dobra... Ty koordynuj akcję na górze, a jak znajdziecie coś podejrzanego leć do nas… Będziemy pozostawiali ci znaki.

Chłop Otho, któremu udzielała się wasza nerwowość, usiłował opisać Nauri najlepiej jak umiał. - No taka mała, drobna, piegowata, włosy ciemne i długie, oczy zielone… Ile ona mogła mieć lat, co? - Podrapał się po głowie, szukając odpowiedzi w oczach Gundusa i Fullo.

- Z dziesięć? Wątpię, że więcej. Raczej mniej. Gdzie mogła zaginąć, dobre pytanie. - Zastanawiał się Gundus. Gdybyśmy chociaż mieli jakiś ślad… Wyparowała jak woda.

W tle było słychać głośno defekującego krasnoluda. - Ale ulga…

Kurtius spojrzał na swoich niedawnych towarzyszy z niedowierzaniem. Pokręcił glową. - Nie wiem jak można być tak… - Ugryzł się w język. Nie było rozsądnym zwyzywać ludzi z którymi się podróżuje. Nadal nie mieściło mu się w głowie z jakimi nieczułymi chujami podróżuje, nie dawał bowiem wiary by dziewczyna została porwana akurat do laboratorium. To najbardziej nieprawdopodobny scenariusz jaki przychodził mu do głowy. Na pewno chcą napchać swoje mieszki kasą mając w dupie losy dziewczyny. - Róbcie jak chcecie. - Mając opis dziewczyny wyszedł z karczmy w poszukiwaniu Nauri. W pierwszych krokach skierował się do jej domu. Nie miał wątpliwości, że wszystkie ślady zostały już zadeptane, jeśli jakiekolwiek były, ale należało zacząć od źródła.

Lucjusz wzruszył ramionami. - To my chodźmy w naszą stronę. Chcecie szukać najpierw sióstr? Wątpię, aby już teraz mieli gotowe tłumaczenia, ale jeszcze jest wcześnie.

Stanąwszy na progu karczmy, Kurtius zauważył pośród mgieł białą sylwetkę siostry Aurëlyn zmierzającą pospiesznie w waszą stronę, na skróty przez łąkę rozciągającą się między wiśniowym sadem a wioską. Skinęła głową na powitanie. - Ten dziennik, który wczoraj znaleźliście... Możemy porozmawiać? Tylko może nie tutaj. - Spojrzała zakłopotana na Fullo, Gundusa i Otho. Nie chciała mówić przy wszystkich, żeby nie dawać miejscowym powodu do plotek i domysłów.

- Właściwie jesteśmy jeszcze nie przygotowani do poszukiwań... Zatem może Siostra pójdzie z nami na górę? - A następnie ściszył głos: - Teraz najważniejsza wiadomość to potwierdzenie albo zaprzeczenie, że laboratorium Lirasela może mieć coś wspólnego z zaginięciem Nauri.

Poszliście na górę. Siostra przeczytała dziennik jeszcze wczoraj przy blasku świecy. Według niej mogła zacząć powtarzać się historia sprzed wieków. Kiedy Grzędy Mityary były jeszcze elfią osadą, dzieci jej mieszkańców zaczęły znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Zbrojne patrole, godzina milicyjna i zbiorowe modlitwy do argollańskich bogów - wszystko to zorganizowane przez Lirasela, lokalnego lorda - nie przyniosły żadnego skutku. Aż w końcu syn samego władyki zaginął. Zdesperowany, wybrał się na wyprawę do lasu, aby zwrócić się o pomoc do jego starożytnych mieszkańców. Tam spotkał driadę o imieniu Kalyke. Zdradziła mu recepturę eliksiru, dzięki któremu miał posiąść moc konieczną do pokonania... Dzieciokrada. Przepis niestety nie został przepisany do dziennika. Ostatni wpis zaś brzmiał następująco…

Cytat:
Napisał Lord Lirasel
Opuścili mnie wszyscy moi słudzy z wyjątkiem Starego Piernika. Obawia się o moje życie i prosi żebym dzisiejszej nocy uciekł z wioski. Niech błogosławią ją wszyscy znani i nieznani bogowie za te wszystkie lata, które spędziła wychowując mnie jako chłopca, ale nie mogę tego zrobić. Nie, dopóki jest jeszcze szansa. Mogę uratować Eadana i inne dzieci. Eliksir już niedługo zostanie uwarzony. Piszę te słowa w oczekiwaniu na gotową miksturę. Mogę mieć tylko nadzieję, że…
- W tym miejscu dziennik się kończył. - Niestety nie mamy ani eliksiru, ani przepisu… A wyprawa do niebezpiecznego lasu, w poszukiwaniu tej całej Kalyke, to przerażająca perspektywa…

- I dużo straconego czasu. A co do eliksiru... to możliwe, że go znaleźliśmy.

- Jak to? - Zapytała się zaskoczona siostra.

Tu Karl szybko wszedł do pokoju i wyjmując szkatułkę z worka na łupy pokazał Aurëlyn fiolkę znalezioną w labolatorium: - Dajcie to siostrze znającej się na alchemii i zapytajcie się jej czy to nie może być jakiś nieznany rodzaj eliksiru.

Siostra spojrzała na ciebie nieufnie, pewnie zastanawiając się, co jeszcze wynieśliście z laboratorium, a ukryliście przed oczami kapłanek. - Dlaczego dajecie to nam dopiero teraz?!

- Nie wiedzieliśmy wtedy, że to ma znaczenie.

- Wczoraj było już późno… - Próbował usprawiedliwić się.

- Lucjusz ukłonił się lekko. - Nazywam się Lucjusz, jestem zwiadowcą na usługach Cohors Auxilaria Arcana. Jeżeli to niepotrzebne, wolę trzymać magiczne przedmioty z dala od rąk niewinnych. Chronienie was przed nimi to jeden z moich obowiązków. Niestety, jak widać, w tym momencie potrzebujemy pani wsparcia.

Dzięki kurwa. Pomyślał Kurtius. Mogłeś to powiedzieć zanim próbowałem nas wytłumaczyć. Bax posłał piorunujące spojrzenie Bluźniercy.

- Teraz rozumiem… - Wzięła fiolkę z eliksirem do drżącej ręki i spojrzała na zielonkawy płyn. - Takie badania siostrze Celenie mogą zająć nawet wiele tygodni. Wolę nawet nie wyobrażać sobie, ile dzieci jeszcze ucierpi przez ten czas... - Puknęła nerwowo białymi, smukłymi palcami w dziennik. - Dzieciokrad... - Zaczęła tłumaczyć resztę historii. - Według dziennika żyje w jaskiniach pod dębem. Do tej pory był uśpiony, ponieważ lord Lirasel otrzymał od driady Kalyke magiczny żołądź i zasadził zaklęte drzewo w wejściu do jego legowiska. Zanim dąb wyrósł, jeden z jego najwierniejszych rycerzy - Aodan - poprzysiągł na swoje życie pilnować tych jaskiń. - Otarła pojedynczą łzę. - Tak długo myliliśmy się co do charakterów lorda Lirasela i jego sługi. To byli prawdziwi bohaterowie, ale osamotnieni i niezrozumiani w swoim czasie. Takich osób już nie ma… - Podniosła się ze stołka i bez pożegnania wyszła z izby z dziennikiem i fiolką zanim się rozpłakała.

Karl, gdy upewnił się, że są sami najpierw zwrócił się do Lucjusza: - Naprawdę jesteś zakonny? I tak z lekką ręką pozwoliłeś na opylenie tego pierścienia? - A następnie: - Teraz mamy nowe informacje, zatem co proponujesz?

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 23-11-2020 o 22:26.
Clutterbane jest offline  
Stary 19-11-2020, 08:14   #3
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
- To tylko kawał kruszcu, kto go ma i kto go nosi, mnie nie interesuje. - Lucjusz skrzyżował ramiona w zamyśleniu. - Albo idziemy do lasu szukać kobiety z księgi, żeby dostać nowy żołądź i upewnić się co do eliksiru, albo schodzimy do podziemi i próbujemy zlikwidować to zło na dobre. - Lucjusz wzruszył ramionami. - Chciałbym, aby to plugastwo zniknęło z cesarskich ziem. Jak to zrobimy, jest mniej istotne, dostosuję się do waszych preferencji. Oczywiście, prosiłbym też, abyście nie rozpowiadali o moich powiązaniach, gdy to niepotrzebne. Nie chcę dawać poganom ostrzeżenia, gdy pojawiam się w ich okolicy.

Grim wszedł do pomieszczenia mijając rozpłakaną zakonnicę. - Coście jej zrobili?

- Nie my, tylko okoliczności… Gdybyś nie szwendał się nie wiadomo, gdzie to byś wiedział o co chodzi… Nie widziałeś tego tłumu przed karczmą? Jak to zapewne też nie wiesz, że jakaś pradawna istota porwała dziewczynkę! Gdy Karl powiedział do Grima co miał do powiedzenia zwrócił się do Lucjusza:

- Moja propozycja to namówienie tego kto tu rządzi, aby wysłał delegację do Siadanos, aby się zapytali o tą historię, a mamy przeszukamy labolatorium czegoś co nam pomoże na tego Dzieciokrada. A następnie ruszymy na jaskinię pod dębem… Możemy też nocami pilnować jego okolic.

Krasnolud podrapał się po głowie próbując przypomnieć sobie coś o dziewczynce. Nie znajdując jednak odpowiedzi zrobił zdziwioną minę. - Ja tam srałem w krzakach to nikogo nie widziałem. Tylko coś mordy darli, ale taki bełkot, że zrozumieć nie szło. Skoro szykuje się robota to trzeba cusik podjeść. Idę po żarcie, wam też wezmę.

Podjeść nie było w sumie co, bo kucharze za zgodą karczmarza również zaangażowali się w poszukiwania Nauri. Krasnolud był chyba jedynym we wiosce, który obecnie myślał o jedzeniu. Fullo spławił go jakimiś zimnymi przekąskami - oliwkami, serem, kiełbasą… Poza tym pijaczka Luscusa nie widzieliście od rana. Chyba jeszcze nie wstał.

- Dobry pomysł Karlu. Początkowo spodziewałem się, że laboratorium i drzewo będą połączone, w tym jednak wypadku mogą to być dwie oddzielne wyprawy. W każdym wypadku, jeżeli to wina dzieciokrada, to mówimy o jakiejś skomplikowanej magii. Dziecko mieszkało z daleka od dębu, który zresztą był zastawiony kamieniami. Im szybciej się tym zajmiemy, tym lepiej.

- Hmm... Może i racja, ale ja na miejscu Lirasela trzymałbym rękę na pulsie i zbudowałbym jakieś tajne dojście do jaskiń. Ponadto bym się zbroił, czyli gromadziłbym wszystko co można zastosować przeciwko temu Dzieciokradowi. - Karl na chwilę zamilkł: - To, że przechodzi przez głazy sugeruje, że to jakaś zjawa czy co... a wtedy musimy rzeczywiście szukać jakiejś magii, bo inaczej nic nie wskóramy.

Karl na chwilę zamilkł: - To, że przechodzi przez głazy sugeruje, że to jakaś zjawa czy co... a wtedy musimy rzeczywiście szukać jakiejś magii, bo inaczej nic nie wskóramy.

Kurtius milczał. Jego umysł nie był stworzony do takiej ekwilibrystyki myślowej. - Skoro drzewo chroniło jaskinię i ten elfi strażnik, to powinniśmy zbadać jaskinie. - Powiedział po chwili. - Lub poszukać tej driady.

- No dobra... zanim odgruzują to wejście będziemy mieli czas spenetrować labolatorium. A co do tej driady to już mówiłem, że wioskowi mogliby wysłać delegację z tym pytaniem do Siadanos. Jak się zgadzacie z moją propozycją to powinniśmy iść z nią do władz wioski i klasztoru.

Propozycja Karla nie spotkała się z wielkim odzewem kapłanek i rady, do której oprócz leśniczego Gundusa należeli karczmarz Fullo i wcześniej wam nieznani kowal Vulso, młynarz Klaudiusz i najzamożniejszy włościanin - zasłużony legionista Decymus. Wszystkim udzielał się ponury, pełen beznadziejności nastrój matki okradzionej z dziecka przez nieznaną, pradawną istotę. Nikt z miejscowych nie zamierzał ryzykować niebezpiecznej i długiej, trzydziestomilowej podróży do Siadanos - woleli w tych trudnych dniach zostać z rodzinami i przyjaciółmi. Nie wiadomo było przecież, które dziecko będzie następne. Zresztą poważnie wątpiono w to, żeby ktoś wiedział więcej o tutejszych ziemiach od Mityarianek, prowadzących tu klasztor od kiedy południowa Argolla stała się imperialną prowincją. Jeśli one nie wiedziały, gdzie żyje driada Kalyke, w Siadanos czy Cyfaraun tego pewnie też nikt nie wiedział. Nie była to pewnie jedyna driada wciąż żyjąca w tych starożytnych lasach. By nie zakładać niczego z góry, wraz z kolejną przejeżdżającą karawaną zostanie wysłane stosowne ogłoszenie. Bezinteresownych mędrców jednak ze świecą szukać - nierzadko wyceniali swoje usługi w setkach aureliusów i kazali sobie długo czekać na owoce ich prac. Kapłankom bardziej zależało na znalezieniu śmiałka, który wypije znalezioną miksturę i stawi czoła Dzieciokradowi, skoro lord Lirasel tak zamierzał, jeśli wierzyć dziennikowi. Zaproponowano wam, żebyście takiego odważnego znaleźli, chyba nie bardzo wierząc, że sami do takich należycie. Siostra Celena mogła póki co potwierdzić, że eliksir emanował magią i nie był trujący, jego właściwości jednak pozostawały nieznane. Zostaliście ponownie wpuszczeni na cmentarz i do grobowca, w laboratorium na końcu sekretnego przejścia nie znaleźliście jednak wiele więcej poza pleśniejącymi, rozlatującymi się księgami i wybrakowanymi przyborami alchemicznymi. Znaleźliście też przywalone wyjście prowadzące z laboratorium na powierzchnię, jednak w ruinach spalonej posiadłości nie ostało się nic godnego zainteresowania, co było do przewidzenia - stulecia deszczy i wiatrów odcisnęły swe piętno na strawionych ogniami resztkach niegdyś wspaniałego dworu...

Kiedy okazało się, że już w tym miejscu nie wskórają Karl zaczął denerwować: - Pozostaje nam iść pod dąb i sprawdzić czy dalej są tam głazy! A co jeśli to naprawdę zjawa? Odważy się ktoś wypić ten eliksir i z nią walczyć?

- Sam to zrobię, jeżeli będzie taka potrzeba. Niespecjalnie jednak ufam przypadkowej, kilkusetletniej fiolce. Spróbowałbym najpierw zjawę zranić o suchym pysku. Możemy zgarnąć po drodze drwala, żeby pomógł otworzyć pień. Dziecko i tak zniknęło, więc gruz na wiele się nie zdaje.

Krasnolud zezował na swoje topory myśląc intensywnie. - Po co nam drwal? Ja sobie z tym pniakiem poradzę. A tego bym nie pił. Elfy to robiły, a skoro wiadomo, że piwa nie umieją robić, to to nie może być dobre.

Karl sceptycznie spojrzał na sprzęt krasnoluda: - Pewnie długo ci to zajmie…

- Ha! Ścinanie drzew idzie mi równie dobrze co zabijanie goblinów! Idę po Luscusa, a potem po te przeklęte drzewo. Gdzieś wczoraj uciekł przy ostatniej flaszce… Cienias.

Minęło pół dnia, a Luscus jeszcze spał w karczmie, nieświadomy nawet tego, co się działo we wiosce. Krasnolud musiał niemal wytargać skacowanego pijaczka za ucho z izby i wsadzić mu w dłoń sztylet. Byliście w komplecie, gotowi do poszukiwania przygód... no, przynajmniej czterech z was.

- Mówią: na kaca najlepsza jest praca - mruknął niezadowolony Luscus.

- Oj chłopie, Tobie to się przyda dużo pracy. - Rozbawiony Grim wręczył pijusowi jeden ze swoich toporków.

Luscus wziął trzonek w dłoń. Popatrzył, pomrugał, trochę nieprzytomnie. W końcu podniósł ramię za głowę i podrapał się ostrzem po plecach. - ... i dużo wody. - Dodał zmęczonym głosem.

- Masz za co płacisz.

Mimo gęstniejącej mgły udało wam się odnaleźć miejsce w lesie, w którym piorun trafił zaklęty dąb - drzewo zasadzone tu wieki temu przez lorda Lirasela z magicznego żołędzia otrzymanego od driady Kalyke… Towarzyszyło wam w tej niedalekiej wyprawie kilku chłopów. Może odważniejszych w porównaniu do pozostałych mieszkańców, ale nie nieustraszonych. Leśniczy Gundus, również tu obecny, zwerbował ich do pilnowania wejścia do jaskini, jeśli zamierzaliście tam wejść. Wspólnie odsunęli głazy przysłaniające czarną dziurę ziejącą spod korzeni powalonego dębu.

- W tych podziemiach cz-czai się jakieś zło... Czuć to już tutaj! - Wydusił z siebie Grzędzianin o pucołowatej twarzy lepkiej od potu.

- Żadnych innych wejść nie znaleźliśmy, czy to w studniach, czy w domach. - Zapewnił leśniczy.

Słowa leśniczego tylko potwierdziły obawy Karla: - Cholera by to wzięła! - A następnie spojrzał na Lucjusza: - Kawałek jaskiń już znamy, a zatem możemy ruszać! - Mówiąc to starał się wlać w serca wieśniaków chociaż odrobinę otuchy.

„Zaraza”, mruknął Kurtius. Jak walczyć z czymś, co nie miało problemów z przejściem przez skałę? - Musi być inne wyjście. Grim, dawaj pochodnię. - Kurtius wziął też od pucołowatego chłopa kawałek kredy, którym zamierzał oznaczać drogę pod ziemią, abyście się nie zgubili.

Krasnolud zastanawiał się czy ludzie pomylili drzewo z kamieniami, czy to jednak on gdzieś zgubił wątek i z rozpędu chciał coś porąbać. A może już Ci chłopi ich wręczyli? Widocznie zmęczony od myślenia podał bez słowa pochodnie dla Kurtiusa i Luscusa.

Pochodnie rzuciły nieco światła na dziurę. Tunel biegł w dół, załamując się co jakiś odstęp, tworząc coś w rodzaju naturalnych schodów. Jaskinia sprawiała ogólnie wrażenie nie dotkniętej ręką elfa czy innego inteligentnego stworzenia. Zeszliście w podziemia. Dziesięć stóp, dwadzieścia, trzydzieści… Po co liczyć, tunel był naprawdę długi. Cały czas prowadził w dół, zakręcając przy tym stopniowo jak kręcone schody. Aż w końcu doszliście do niewielkiego rozwidlenia. Dalsza droga wprost prowadziła wciąż w dół, ale dwa nowe tunele prowadziły odpowiednio w lewo i w prawo. Rozszerzały się, prawdopodobnie w dwie jaskinie.

Skręciliście w lewo, według krasnoluda mniej więcej w kierunku wioski, rozświetlając pochodniami niewielką jaskinię. Coś chrzęściło pod butami. Miejsce zasłane było... kośćmi. Kośćmi niewielkimi. Dziecięcymi? Zupełnie ogołoconymi ze skóry i mięsa. Pośród makabrycznych szczątek dawnych ofiar Dzieciokrada widniały gnijące resztki ubrań i zepsute zabawki…

- Obrzydliwe.

Pijaczka Luscusa wyraźnie wezbrało na wymioty, które ledwo powstrzymał. - Naprawdę zamierzacie grzebać w tych kościach jak kury jakie? - Szepnął Luscus obrzydzony tym, co zaczęli robić Karl i Kurtius.

- Zamierzamy znaleźć potwierdzenie, że nie ma tu zaginionej dziewczyny.

- No tak, poznacie ją przecież po kształcie czaszki…

Kurtius przerwał poszukiwania biorąc stare zgniłe ubrania i podszedł do pijaczka. Miał ochotę mu jebnąć. - Upewnimy się, że nie ma tu świeżych ubrań. - Wysyczał przez zęby rzucając zgniłą szmatą w twarz Luscusa. Nie czekając aż tamten się ogarnie, Kurtius wymierzył cios w szczękę pijaka.

Uderzona szczęka odskoczyła w bok, a znokautowany Luscus obkręcił się i upadł cieżko przykrytą gnijącą szmatą twarzą prosto na jeden ze stalagmitów. Karl doskoczył do sługusa Grima, aby go przygwoździć do ziemi. Widząc jednak, że jest nieprzytomny jął sprawdzać czy nie stała mu się zbytnia krzywda. Nie zapowiadało się, żeby Luscus szybko odzyskał przytomność. Celny cios Kurtiusa pozbawił go kilku zębów, a upadek głową na skałę okazał się wyjątkowo niefortunny. Będzie potrzebował, żeby ktoś dzisiaj na to spojrzał i to lepiej szybciej niż później.

- Hmm... Nieżle go załatwiłeś. Szybko się nie podniesie.

- Kurwa, nawet oberwać nie umie.

Lucjusz zauważył, że krasnolud nie zamierzał tego puścić płazem Kurtiusowi i miał dosłownie jedno bicie serca aby zapobiegnąć hałaśliwej bójce na pięści w samym środku legowiska śmiertelnie niebezpiecznego i nieobliczalnego potwora, jakim był Dzieciokrad. Lucjusz bardzo się zeźlił, widząc, co się wydarzyło. - To BARDZO źle wróży na wyprawę. - Zaciskając dłoń, spróbował szybko wymyślić rozwiązanie. - Wynosimy go do chłopów na zewnątrz, żeby się nim zajęli. Powiemy, że się poślizgnął i źle poleciał. Pilnujcie emocji przez resztę wyprawy. - Dla Bluźniercy dopadnięcie magicznego potwora było ważniejsze od sprawiedliwości dla podrzędnego pijaczka ze wsi.

Grim nie posłuchał Lucjusza i rzucił się z pięściami na Kurtiusa. Grim nie widział nic złego w zachowaniu Luscusa, za to Kurtius zdenerwował go swym czynem. Spróbował uderzyć go tam gdzie miał najbliżej - w krocze. Może nie trafił akurat tam, ale na Aurańczyka spadł niego niejeden mocny cios. Po kilku biciach serca chaotycznej szamotaniny tylko krasnolud stał na nogach.

Od strony jedynego wyjścia z tej groty niespodziewanie usłyszeliście jakiś podejrzany szelest. Mogliście przysiąc, że wątłe światło upuszczonych przez Kurtiusa i Luscusa pochodni odbiło złowieszczy blask pary małych, ale złowrogich ślepi. Szybko znowu zniknęły w ciemnościach. Możliwe, że było już za późno na spokojny odwrót i że nie mieliście innego wyboru, jak wyrżnąć sobie mieczami drogę na powierzchnię…

Karl widząc co się święci uzbroił się we włócznię i chwycił pochodnię i krzyknął: - A teraz jeszcze doszły te maszkary. Towarzysze, do broni!

Zostawiając za sobą nieprzytomnych kompanów i niedokończoną eksplorację, stanęliście z przygotowaną bronią i w ustalonym szyku - Grim z przodu, Karl w środku, z tyłu Lucjusz - u wejścia do zasłanej dziecięcymi kośćmi groty, wypatrując w wilgotnym mroku zagrożenia. Czuliście, że coś się czai poza zasięgiem światła, tylko... co? Nie rzuciło się na was z pazurami, kłami, mackami, czy czymkolwiek innym, co podsuwała wam wyobraźnia. Słyszeliście tylko mrożące krew w żyłach, maniakalne mamrotanie nieludzko piskliwych głosów.

"Grombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombyl grombylgrombylgrombyl…"


Lucjusz napiął łuk i zaczął przyglądać się w oczekiwaniu. Gdy cel wyłoni się z mroku na tyle, aby wiedział, że faktycznie strzela w jego stronę, wypuści strzałę. Karl widząc, że wróg widząc woli trzymać się w cieniu kucnął i uważnym, lekkim ruchem rzucił pochodnią, starając się, aby nie wirowała w powietrzu, w okolice z których słyszał odgłosy potwora. Krasnolud był kilka razy w podobnej sytuacji gdy jeszcze walczył z goblinami w kopalniach. Wiedział, że trzeba wykonać pierwszy ruch zanim przyjdzie ktoś z jajami i poprowadzi atak tych tchórzy. Widząc pochodnię przelatującą nad jego głową ruszył z wściekłym wrzaskiem naprzeciw potworom. Karl widząc reakcję Grima ruszył za nim do ataku.

Rzucona pochodnia odbiła blask głodnych dwóch par głodnych ślepi kryjących się za skałami. Światła wystarczyło, by Lucjusz mógł posłać strzałę. Wylatując zza pleców szarżującego krasnoluda, świsnęła tylko w ciemności. Pochodnia całe szczęście nie zgasła. Kiedy upadła, Grim zwany Kamieniem ujrzał potwory czyhające na wasze mięso i krew w całej okazałości. Topory opadły bez litości na przysadziste, podobne do gnoma szaroskóre paskudztwo. Pierwszy opadł na głowę, odcinając guzowaty róg. Straszliwie ranione upadło i jeszcze próbował zasłonić się długim, wątłym ramieniem, piszcząc żałośnie, kiedy drugie ostrze wbiło się prosto w bulwiasty nos. Pogrążonego w krwawym szale krasnoluda nie obchodziło, gdzie trafiały jego topory. Stalagmity, stalagnaty, stalaktyty - wszystko im ustępowało. Aż w końcu trafiły na kryjącą się za nimi kreaturę z tej paskudnej rasy, gasząc raz na zawsze jej świecące ślepia. Zapadła napięta cisza, ale wydawało się, że tylko na bicie serca.

"Grombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombyl grombylgrombylgrombyl..."

Złowrogie mamrotanie zaczęło dobywać się z tunelu prowadzącego w głąb jaskiń. Tym razem nie były już to jakieś piskliwe głosiki, a potężne dudnienie basowego głosu. Był cholernie blisko.


Krasnolud wyrwał się na chwilę z szału bojowego. Z jego ust toczyła się piana. - Zabierzcie ich! Ten duży jest mój!

Karl posłuchał Grima i biegiem wrócił do Kurtiusa. Wziął go na plecy. Nie widząc jeszcze potwora, Lucjusz zawachał się przed strzałem. Wróg był na tyle spokojny, że Bluźnierca postanowił poczekać, aż cel podejdzie i przynajmniej częściowo się pokaże.

[media][/media]
Dzieciokrad

W wątłym świetle leżącej między stalagnatami pochodni pojawił się on. Dzieciokrad. Plugawy przedstawiciel tego samego czarciego rodu, z którym przed chwilą zmierzył się Grim, lecz o wiele większy i potężniej zbudowany. Lucjuszowi zadrżała ręka. Grot strzały świsnął przy spiczastym, szarym uchu. Potwór roześmiał się tylko, ukazując ostre kły. Grim i Dzieciokrad zwarli się w ręcznym boju. Na hardej twarzy krasnoluda szybko zagościło wcześniej nieznane uczucie - przerażenie. Każda zadawana rana goiła się szybko, tylko rozśmieszając złą istotę niemocą Grima.

Widząc nieskuteczność siekier krasnoluda, Lucjusz zdał sobie sprawę z ich braku przygotowania na tą walkę i wziął nogi za pas. Lucjusz zniknął w tunelu prowadzącym na powierzchnię, a Karl wraz z Kurtiusem na plecach właśnie biegł za nim. W ślepiach Dzieciokrada pojawił się przebiegły, morderczy błysk, kiedy uświadomił sobie, ilu was jest. Zamiast walczyć z krasnoludem, który zszedł do defensywy, nabrał powietrza w płuca. Wypuścił i wtedy wilgotne powietrze jaskini przeszył nienaturalnie wysoki pisk, od którego pękały głowy. Grima aż zamroczyło. Nie słyszałeś już uciekających kompanów. Jeszcze długo ci piszczało w uszach. Otarłeś krew cieknącą obficie z nosa.

Upuściłeś topór. Chwyciłeś za butelkę z naftą i rozbiłeś ją na leżącej pochodni, odgradzając się od Dzieciokrada ścianą ognia. Podpierając się o ścianę jaskini ruszyłeś ku powierzchni. Chyba znalazłeś sposób na Dzieciokrada. Zobaczywszy ogień, zawahał się. Ogień go ranił. Nie zamierzał cię jednak wypuścić stąd żywego. Syczał z bólu, ale przedarł się przez płomienie i dopadł Grima, obkładając go pięściami jak małpa. Nierówne, naturalne schodki jednak zagrały w tym dramatycznym momencie na twoją korzyść - potwór wywrócił się podczas wściekłego natarcia. Miałeś szansę uratować może jednego z kompanów, choć i tak wiele przy tym ryzykowałeś.

Zaniepokojeni odgłosami wieśniacy pochowali się między drzewami. Wszyscy nerwowo wpatrzeni w ciemną dziurę pod powalonym dębem, z której dobył się przeszywający czaszkę pisk. Nagle, niespodziewanie, z jamy wypadł krasnolud. Krwawiący z wielu ran, z obłędem w oczach. Na plecach miał nieprzytomnego kompana. Odbiegł jak najdalej starczyło mu sił i dopiero wtedy się zatrzymał. Dzieciokrad nie rzucił się za Grimem w pościg. Słychać było tylko jego maniakalny śmiech…

Krasnolud spojrzał w kierunku z którego przybiegł. Minęły trzy bicia serca zanim zrozumiał, że to już koniec pościgu. Ułożył Karla na ziemi. Zobaczył krew wydobywają się z uszu i nosa towarzysza. - Po zakonnice - wymamrotał zdyszany - Biegnijcie po zakonnice! On tu zaraz zginie!

Kapłanki mogły nie zdążyć, więc zamiast po nie biec, wzięto Karla i Grim popędził z Grzędzianinami w stronę klasztoru. Każda sekunda była teraz cenna. Siostra Celena na widok Karla była prawdziwie przerażona. Już dawno nie widziała kogoś w tak złym stanie. Ułożono Jutlandczyka na wygodnym posłaniu. Zachmurzona kapłanka oceniła, że przeżyje, ale będzie musiał spędzić wiele dni w klasztornym łóżku. Może nawet miesiąc. Krasnolud został natychmiast wzięty na języki. Wszyscy byli ponuro zafascynowani tym, co wydarzyło się w podziemiach. Co prawda łaknęli słowa wsparcia i nadziei, ale nie miałeś niczego, co mogłoby ich pocieszyć w tych trudnych chwilach. Siostrzysko opatrzyło twoje rany podobnie jak wczoraj, ale kazało ci przyjść jeszcze jutro. Pozbawiony kompanów zastanawiałeś się, co począć dalej, wpatrując się w gęstą mgłę...

W normalnych okolicznościach Grim zorganizowałby stypę, jednak czas naglił. Miał wiele pomysłów jak pomścić towarzyszy, ale nie był pewny czy któryś z nich zadziała, zwłaszcza jeżeli będzie działał sam. Musiał dogadać się z tubylcami w sprawie ewentualnej pomocy, a nie znał lepszego miejsca niż karczma. Tam już zebrali się nie tylko zapijający smutki i strachy Grzędzianie, ale także rada wioski - leśniczy Gundus, karczmarz Fullo, kowal Vulso, młynarz Klaudiusz i ziemianin Decymus. Twoje bohaterstwo zostało docenione darmowym posiłkiem - kaszanką z jajkiem, cebulą i pieprzem - oraz niejedną kolejką wiśniówki. Wspólny wróg potrafił zjednoczyć nawet najbardziej odmienne ludy i kultury.

Grimowi po kilku głębszych było łatwiej myśleć i rozmawiać, także darmowych kolejek nie odmawiał, aby było mu jeszcze prościej przedstawić plan i sytuację. W końcu odezwał się przerywając szepty i rozmowy zebranych. - Opowiem Wam co widziałem człeki! - zadudnił basem na całą gospodę. - ...ale uprzedzam, ci którzy chcą dziś dobrze zasnąć niech lepiej wyjdą.

Zapadła cisza. Nikt nie wyszedł.

- Dobrze! - Krasnolud wszedł na stół tak by go każdy widział. - W tej jamie znaleźliśmy dużo kości. Dużo małych szkieletów, mniejszych od gnoma. Zaatakowały nas stwory, ale to nie one były problemem. Tam żyje gigant, którego nie rani stal, a samym krzykiem potrafi powalić na ziemię. Ale znalazłem sposób! Żeby się od niego odgrodzić podpaliłem tunel. Dzieciokrad przeszedł przez ogień, ale słyszałem jak syczy z bólu. Zwątpił i tylko dlatego udało mi się wynieść Karla. Inni nie mieli tyle szczęścia. - Głos krasnoluda załamał się trochę przy ostatnim zdaniu. - Mam plan jak go pokonać, ale sam nie dam rady. Wypłoszymy go stamtąd ogniem i dymem. A gdy już wyjdzie, spotka go dół z palami, pełen oliwy. A ja będę czekać by go spalić żywcem. Kto jest ze mną!?

Plan krasnoluda spotkał się z hucznym entuzjazmem, który zgasił jednak jeden kobiecy głos. - A co z moją córką?! Z Nauri?! Jeśli wciąż tam jest, udusicie ją!

Grim pokręcił przecząco głową. - Obawiam się, że już jej tam nie znajdziemy.

- Skąd wiecie, że jej tam nie ma? Nie mogliście w tak krótkim czasie zajrzeć do każdej jaskini, w każdy kąt! Moja biedna Nauri...! Musi tam gdzieś być! Czuję to!

- A ja czuję, że już nie żyje, jak moi towarzysze! Jeżeli macie coś lepszego, proszę! Zamieniam się w ucho!

Zapadła pełna zakłopotania cisza. Grzędzianie patrzyli na radnych, mając nadzieję, że ci znajdą odpowiedź. Wściekły Grim zszedł ze stołu i nalał sobie kolejkę. Wypił, po czym polał kolejną.

- Kwestia ceny... - Zaczął krótko ścięty mężczyzna w sile wieku. Przez jego twarz przebiegała niejedna blizna. Eks-legionista, to pewne. - To kwestia ceny i tego, czy jesteśmy gotowi ją zapłacić… i kto ma o tej gotowości zadecydować. Gdyby to nie była Nauri, a Tyberiusz, mój syn, chciałbym o tym zadecydować sam. Służyłem w legionie i jestem pełen podziwu dla twojego planu, krasnoludzie. Również dla twojego bohaterstwa, waleczności i ofiarności, ale nie mogę w tej sprawie decydować za Albę, matkę Nauri. A jej zdanie już znamy. Zastanówmy się, co innego możemy zrobić. - Oczywiście nie omieszkano wspomnieć o elfiej miksturze, którą wczoraj znaleźliście.

- To głęboka jaskinia, rozwidla się na trzy tunele. Na końcu jednego jest pełno kości, w pozostałych musi być leże potwora. Ktoś odważny może tam ze mną zejść, ukryć się w jamie ze szczątkami. Ja zaś zajmę olbrzyma tak długo na ile starczy mi sił. A tą fiolką śmierdzącą szyszkami możecie poczęstować brzydala z jaskini!

Usłyszałeś szuranie krzesła. Ktoś się podnosił. - Możesz na mnie liczyć. - Zapewnił barczysty, krzepki chłop o piwnym brzuchu i twarzy pokrytej bliznami po jakiejś paskudnej chorobie. Siedział tuż koło Alby, zrozpaczonej matki. - Jestem ojcem Nauri. Mówcie mi Pollio. Nie będę siedzieć tu bezczynnie, kiedy narażacie życie dla mojej córeńki.

- Z tego co mówisz krasnoludzie, ryzyko jest duże. - Powiedział mężczyzna siedzący nieopodal wejścia. Był wysoki, barczysty. Miał na sobie znoszony i noszący ślady walk, ale całkiem sprawny napierśnik, zaś o stół oparty był ponadmetrowy miecz. Twardy akcent zdradzał przybysza, równie dobrze jak atletyczna postura i ekwipunek zdradzały wojskowe wyszkolenie. - Ryzyko duże, a szanse małe. - Pozwolił by słowa wybrzmiały. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach , więc nie nazwał tematu wprost. Przeczesał ręką krótkie, ale bujne blond włosy zaczesane do tylu i pogładził brodę. Przydałoby się jakieś zlecenie, a to wyglądało na właściwe dla jego umiejetnosci. - Jeśli chcecie uratować dziewczynę, to trzeba tam wejść, nie wystarczy go udusić. Trzeba przygotować się na ten jego krzyk, wejść z olejem, pochodniami. Znaleźć dziewczynę i spalić bestie. Jestem Frank i mogę wam pomoc... jeśli ryzyko będzie opłacalne.

- Będzie opłacalne, rada i klasztor o to już zadba! - Zapewnił radny Decymus, zaciskając pięść. - Ponadto będziecie mogli zachować wszystko, co tam znajdziecie. Nie martwcie się też podatkami, jakimi imperialni poborcy obciążają elfie znaleziska i podobne skarby.

Grim słysząc to wszystko wstał od stołu wraz z kieliszkiem. Chciał by odważni widzieli więcej niż jego pomarańczowy czub, a sam też wolał im się lepiej przyjrzeć. Rozejrzałeś się po stołach. Niektórzy z zebranych wieśniaków jeszcze rękoma sobie pokazywali i się zastanawiali szepcząc, ile wzrostu może mieć "gnom", o którym wspomniałeś w swoim przemówieniu. Szacunki były najróżniejsze, bo nikt gnoma na żywe oczy chyba nie widział.

- W porządku, to opowiadaj krasnoludzie, jak duży był ten Dzieciokrad i jego poplecznicy? - Powiedział basowym głosem Frank. Podniósł się i sięgnął po broń. Podszedł bliżej zajmując krzesło obok. - Nie pomijaj żadnych szczegółów. - Za oknem już się ściemniało. Jeśli to wszystko prawda, to ludzie powinni się zaraz rozejść pilnować dzieci. - W szczególności, jak taki olbrzym może niezauważony kraść dzieci?

Chłop Pollio wysłał żonę do domu i również się przysiadł do krasnoluda, strzygąc uszami. Zmieszany Grim nie wiedział czy usiąść, czy stać. Może ochotnicy chcieli zejść do jego poziomu i dlatego usiedli? Uznał, że jeszcze postoi. - Aye, wszystko powiem, ale najpierw, napijmy się. Jestem Grim zwany Kamieniem.

Frank spojrzał badawczo na krasnoluda, oceniając pewnie sytuację, po chwili uniósł swój kieliszek: - Frank.

Kamień napił się po czym zaczął mierzyć Franka i siebie. - Ten brzydal jest z dwa razy jak Ty, a te jego pomioty są jak połowa mnie.


Pirora

Pirora, weszła do karczmy i zapłaciwszy parę miedziaków jednym uchem przysłuchiwała się opowieściom o “Dzieciokradzie”. Kiedy była mała też bała się tej postaci... a teraz uważała to za bujdy mające usprawiedliwić potwora. Sakiewki przybyłych do karczmy natomiast nie były zmyślone. Były na wyciągnięcie ręki.


Alieena bint Malikr

Grzędy Mityary, kolejny przystanek na długiej drodze do zemsty na zamaskowanym napastniku. Teraz jednak nagliły ją sprawy ważniejsze, bardziej przyziemne sprawy. Zaczynało zmierzchać, znój wlewał się w strudzone członki, z kolei wysuszone gardło prosiło o łyk zacnego trunku. Smagłolica kobieta pośród chat szybko dostrzegła szyld, znamionujący karczemny przybytek. Wkroczyła pewnym siebie i pełnym gracji krokiem, rozwierając zdecydowanym ruchem skrzypiące drewniane odrzwia. Światło latarni, bądź świec oświetliło z nagła jej atrakcyjną, acz niekruchą i delikatną, a utwardzoną wojaczką sylwetkę. Orientalnie ubrana i uzbrojona po zęby, o uderzająco pięknej twarzy i bujnych, kruczoczarnych włosach wypływających falami spod narzuconego na głowę białego kaptura o złocistym oblamowaniu. Alieena bint Malikr spojrzała przelotnie na zgromadzone chłopstwo i brodatego, krępego awanturnika, po czym skierowała się do szynku, by zamówić jadła, wina i opłacić nocleg. - Szynkarzu, jadła i napitku. I wolną izbę na nocleg.

- Cieszy mnie, że ktokolwiek chce jeszcze nocować w "Czerwonym Uśmiechu". Z dalekich stron? Tutaj? Musi stać za tym ciekawa opowieść… - Zażartował rozbawiony, łysy grubasek stojący za szynkiem, zerkając nieco zakłopotany na krasnoluda i jego nowych, barczystych kompanów, siedzących pochylonych nad stołem w naradzie jak awanturnicy przed kolejną niebezpieczną wyprawą.

Przyglądałaś się karczmarzowi nieco uważniej niż pozostali, bo byłaś pewna, że już gdzieś go widziałaś. Pytanie tylko, gdzie? A gdzie indziej, niż w Cyfaraun... Tak naprawdę nazywał się Scaevola. Był niegdyś wysoce postawionym siepaczem gildii, do której należałaś, Rodziny Argollańskiej, największego w stolicy przestępczego syndykatu, który urósł w siłe na monopolizacji nielegalnego handlu elfimi artefaktami. Od tamtego czasu obrósł wyraźnie w tłuszcz, ale wciąż mógł być niebezpieczny dla swoich wrogów... Zauważył twoje spojrzenie. Odpowiedział na nie tylko zimnym uśmiechem. Swój pozna swego. Ciekawe, co robił tak daleko od stolicy, na wygodnej posadce karczmarza.


Karczmarz przedstawił ci, co miał do zaoferowania. Kaszanka z jajkiem, cebulą i papryką. Świeżo gotowane, pikantne kiełbaski wieprzowe. Smażona barwena z mirmeńskiej rzeki. Jajka sadzone z solą i pieprzem czy na twardo z sosem rybnym. Gotowana soczewica z migdałami. Suszone figi z miodem. Warzywa gotowane w garum, podawane z pszennymi grzankami i oliwkami. Pszenne biszkopty z wiśniami. Prócz wiśniówki, z której słynęły Grzędy Mityary, trzymał jeszcze w piwnicy kryseańskiego grzańca i tireneańskie wino miodowe…

- Jak już polewasz to tutaj jest jeszcze jeden spragniony człowiek. - Młoda kobieta podeszłą do szynku.

- Panie razem podróżują? - Zapytał, polewając lokalnej wiśniówki. Dopiero kiedy rozlał, zrozumiał, że może preferujecie coś lżejszego… - Nie zapytałem. Może jednak wina? Grzańca? Dzień taki mglisty i deszczowy…

Blondynka wzruszyła ramionami. Ale sięgneła po wiśniówkę. - Cokolwiek do sączenia do wieczornej gawędy tego tam się nada.

- A dlaczegóż to nikt nie miałby poważyć się tu nocować? Czyżby wasze usługi nie były dość dobre? Muszę rzecz, że dziwne to powitanie dla nowego klienta… - Shebateanka zaraz jednak podążyła za jego wzrokiem i zadumała się. Czyżby awanturnicy sprowadzili do osady kłopoty? A może sami je stanowili… Po wysłuchaniu oferty szynkarza poprosiła o suszone figi z miodem i smażoną barwenę, po czym sięgnęła po sakiewkę. W międzyczasie do szynku podeszła druga kobieta prosząc o napitek. Alieena skierowała nań krótkie, badawcze spojrzenie. W międzyczasie nieroztropny karczmarz posądził je o wspólne podróżowanie. - Mosterdzieju, jej skóra i akcent nie znamionują, by uświadczyła widoku wybrzeża Wąskiego Morza. Zresztą, była w środku, zanim wkroczyłam do tego przybytku. Przeto nie mam z nią żadnego powinowactwa. Podróżuję samotnie... I tak, moja historia może zdawać się ciekawa, ale na razie nie mam nastroju, by nią dzielić. - Na dalsze słowa szynkarza odparła. - Tak, wieczór paskudny... W moich stronach nie ma dżdżu, ni słoty. A do picia możesz polać tirneańskie wino. Przy okazji też rzeknij mi, do czego sposobią się ci zbrojni? - Wskazała ruchem głowy krasnoluda i jego kompanów. - Macie jakieś kłopoty w okolicy?

- Jak jesteście ciekawi, ten poturbowany krasnolud wszystko wam wyjaśni. Stracił dziś wszystkich kompanów, dysponuje więc wakatami. - Faktycznie, po baczniejszym rzuceniu okiem widać było, że zebrał trochę paskudnych siniaków i zadrapań. Odzienie miał usmarowane krwią, nie tylko własną. - Niedobrze to wróży interesom... Kto będzie chciał przyjechać na Grzędy i zatrzymać się u starego Fullo…

- Dobrze więc, rozmówię się z nim. Niech moje zamówienie na mnie poczeka. - Po tych słowach skierowała się do Grima. Jej krok gibki i elegancki krok znamionował pewność siebie. - Mości krasnoludzie, zdaje się, że szukacie wprawnych w wojaczce, by poradzić z jakimś problemem. Co byście powiedzieli na wsparcie służki Ianny? O ile w sakiewkach macie dość złota, by opłacić usługi samej wybranki bogini Wojny.

Wejście dziewczyn nie umknęło uwadze Franka, który jednym uchem słuchał relacji Grima, oczami zaś wodził za dziewczynami od progu do szynkwas. - Dwa razy jak ja? To spory kawal skurwysyna. - Spojrzenie padło na Alieenę. Przesunął swój miecz robiąc jej miejsce. - Miejscowi twierdzą, że nie będziemy stratni.

Mości krasnolud odwrócił się do przybyłej wojowniczki. Zmierzył ją zwrokiem, co było dość imponujące zważywszy na fakt, że zezował na Franka. - Walecznych i odważnych, ale ja nie płacę. Ja się jedynie dzielę tym co znajdziemy. Równo, wedle zasług.

Pirora przemknęła cicho w stronę krasnoluda. I wtrąciła swoje trzy grosze. - A przynajmniej jest się czym dzielić? Bo mości krasnoludzie nie wyglądacie jakbyście się obłowili ostatnio.

Grim beknął porządnie i długo. Pomiział się po brzuchu wycierając tłuste paluchy. - Nie narzekam. A żeby się przekonać, będziecie musiały się z nami przejść do jaskini. - Uśmiechnął się szelmowsko ukazując szachownicę, którą nazywał zębami. Musiał to być jakiś pospolity tekst na podryw wśród brodatego ludu. Zmarszczył jednak brwi jakby coś mu się przypomniało. - Mówiłem dwa razy jak Ty? Chyba bardziej trzy…

Tancerka Ostrza zignorowała pokaz ordynarności ze strony krasnoluda. W końcu nie zamierzała się zająć sprawą dla przyjemności obcowania z tymże osobnikiem. A dla chwały i złota. Spodobała się jej uwaga Pirory, sama pomyślała coś w tym samym duchu. Zwróciła się do Franka i Grima. - Zaiste, wygląda jakbyście zarobili jeno kuksańce, mości brodaczu. A to rodzi pytanie o to, z czym przyszłoby nam się mierzyć. Gwiazda o dziewięciu strzałach mi świadkiem, że odwagi ci u mnie dostatek, ale nie nadstawiam karku na próżno i lekkomyślnie. Skoro nie starczyło wam sił, to albo wątłe są wasze ramiona, albo wróg liczny, czy też budzi prawdziwą trwogę. Jeśli zaś ostatnie, co rzekłam, jest prawdą, to czy na pewno tutejszych stać, by zadośćuczynić za pozbycie się takiej rangi zagrożenia?

- Nie słyszałaś? Bestia trzy razy większa ode mnie. Postaw mu kolejkę, to pewnie wzrośnie jeszcze dwukrotnie.

- Słyszymy. Ale dla małej osoby świat potrafi być wielkim miejscem. - Powiedziała blondynka robiąc aluzje do niższego wzrostu krasnoludów.

- Może tak być. - Przytaknął dziewczynie Frank.

Chłop Pollio, ojciec porwanej dziewczynki, posiedział cicho, posłuchał i przeprosił, nie chcąc się mieszać w dyskusje takich profesjonałów. Może poczuł się zbędny przy takiej liczbie poszukiwaczy przygód. Pewnie poszedł pocieszyć Albę, matkę zaginionej Nauri.

- Potrzebujemy rozpalić ognisko przed jaskinią i rozstawić warty.

Grim zerknął na swoje wytatuowane ramiona, grubsze niż udo karczmarza. Uśmiechnął się na uwagę o wzroście. Zazwyczaj po czymś takim żartujący zwijał się na ziemi trzymając okolicy krocza. - Ha! Dobrze, dobrze niedowiarki. Jutro się przekonacie co to znaczy walczyć z pomiotem trolla, którego nie ima się stal. On chętnie posłucha Waszych żartów. Lubi się śmiać. Trzeba pilnować wioski, nie dziury. Była zasypana głazami, a dziewczynka i tak znikła.

Alieena zadawała sobie sprawę, że karczemne opowieści często bywały przejaskrawiane. Niehonorowi wojownicy próbowali wzbudzić tym sposobem szacunek innych, czy też wytłumaczyć się ze sromotnej porażki. - Cóż, jeśli to naprawdę pomiot trolla, to bez ognia lub kwasu się nie obędzie. Głupiego to robota bez ich wsparcia zamierzać się na taką istotę. I nie słyszałam coście prawili. Dopiero, z łaski Ianny, przybyłam w te strony. Poza tym zajęta byłam dobijaniem interesu z niejakim Fullo, tutejszym karczmarzem. - Zakapturzona Shebateanka wskazała ruchem głowy szynkarza. - Jeśli monstrum naprawdę porwało pacholę, to widocznie istnieje inne wyjście z jego pieczary.

- Bez ognia lub kwasu się nie obędzie, a może też i bez mikstury, którą ten dzielny krasnolud odnalazł w ruinach posiadłości elfiego lorda, niegdyś rządzącego tymi ziemiami… - Do waszego stolika zbliżyła się jasnowłosa kapłanka Mityary - Szlachetnej Pani i Matki Litości - której piękno skrywała w większości długa, śnieżnobiała szata. Siostra zakonna była obecna w karczmie podczas emocjonującej przemowy krasnoluda, choć nie zabrała wtedy ani razu głosu i stała raczej z boku. Widząc jednak, że nowi przybysze byli zainteresowani tym, co się działo we wiosce, pozwoliła sobie podejść i przytoczyć im opowieść wyłaniającą się ze starych stronnic dziennika lorda Lirasela, znalezionego przez Grima i jego świętej pamięci kompanów. Według niej porwanie Nauri zeszłej nocy mogło rozpocząć na nowo historię sprzed wieków. Kiedy Grzędy Mityary były jeszcze elfią osadą, dzieci jej mieszkańców zaczęły znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Zbrojne patrole, godzina milicyjna i zbiorowe modlitwy do argollańskich bogów - wszystko to zorganizowane przez Lirasela, lokalnego lorda - nie przyniosły żadnego skutku. Aż w końcu syn samego władyki zaginął. Zdesperowany, wybrał się na wyprawę do lasu, aby zwrócić się o pomoc do jego starożytnych mieszkańców. Tam spotkał driadę o imieniu Kalyke. Zdradziła mu recepturę eliksiru, dzięki któremu miał posiąść moc konieczną do pokonania... Dzieciokrada. Tą właśnie miksturę odnalazł Grim zwany Kamieniem wczorajszego dnia. Obecnie była przechowywana w klasztorze Mityarianek i badana. Póki co udało się zaledwie ustalić, że emanuje magią i nie jest trująca, ale jej dokładne właściwości pozostawały nieznane. Nie znalazł się jeszcze śmiałek, który gotów był wypić eliksir i stawić czoła Dzieciokradowi.

- Moment. Moment. Momencik. Mówimy o trollu. TROOOOLLU. Wielkie bydlę zielone które raczej nie nasuwa na myśl słów: cichy, ostrożny. I coś takiego po prostu niezauważone skrada się i porywa dzieci?

- Słuszna uwaga.

- W dzienniku lorda Lirasela nazwano go złym duchem, nie trollem… - Zauważyła nieśmiała siostra głosem cichszym niż którykolwiek z waszych.

- O trollu prawił mości krasnolud… I jak to się stało, że zdobył on eliksir i go nie użył? Nie wiedział w czego posiadaniu jest?

- Czyli jest troll, na likwidację którego pomysły są, i ducha z którym pewnie nikt nie miał doczynienia… z którym raczej nikt nigdy nie walczył....

Ta wzruszyła tylko ramionami, niepewna. Nie znała odpowiedzi. W elfim dzienniku nie wspomniano o trollu, tylko o Dzieciokradzie, złym duchu.

- W takim razie trzeba będzie się upewnić, czy oba zagrożenia są tym samym, czy nie. Spędziłam większość życia w świątyni, więc co nieco o duchach wiem. Z kolei trolla powinna powalić odpowiednia dawka żrącej lub palnej substancji.


Ignasius Vis

Drzwi do przybytku otworzyły się i wkroczyła dość wysoka postać. Szara obszerna peleryna i zarzucony na głowę kaptur skrywał osobę pod nią. Postać dzierżyła w dłoni kostur, ciężki plecak z widocznym zwiniętym grubym kocem, oraz dwoma zwisającymi bukłakami po bokach. Nieznajoma osoba przystanęła i poczęła się rozglądać. Chwilę później zdjęła kaptur, ukazująć dość młodą twarz nieznacznie uśmiechniętego mężczyzny. Ruch rąk odkrył fałdy materiału peleryny ukazując brązowe szaty uczonego przepasane solidnym skórzanym pasem, oraz dwoma solidnymi pojemnikami u nigo i sztyletem u boku.

- Proszę o wybaczenie, ale słyszeć o zjawiskach ephermatywnych w takim miejscu jest nadzwyczaj niesłychane. - Powiedział łagodnie uśmiechając się przepraszająco. - Jeśli Państwo szukają, mógłbym z chęcią zaoferować moje usługi. Możliwość bliższej analizy kolejnej anomalii z pogranicza mieszania się sfer jak najbardziej do mnie przemawia.

- "Ephermaty...Co?" - Kobieta nawet nie szeptała, raczej niemo powtórzyła słowo patrząc pytająco po najbliżej zebranych.

- Na trolla trzeba krzepkiej drużyny wojów, zaś do wypędzenia ducha kogoś obeznanego ze sprawami duchowymi, co mogę rzec o sobie. A cóż nam z uczonego i jego akademickiego bredzenia?

Na widok siostry Aurëlyn Frank mimowolnie wciągnął brzuch. Chwile później wypuścił powietrze prostując się nieco. Spojrzał na dziewczynę. Była naprawdę ładna.

Mężczyzna spojrzał na wątpiącą kobietę z czułym uśmiechem. - Nigdy nie wiesz co spotkasz. - Wzruszył niedbale ramionami mówiąc. - Ephermaty... w skrócie to niematerialni nieumarli. Duchy, zjawy, upiory…

- A zatem nie jest to żaden troll, ale jakiś efemeryczny duch? To ma więcej sensu. - Powiedział ni to do siebie, ni to do innych Frank.

- Jeśli wierzyć dziennikom lorda Lirasela… Jemu współcześni spalili jego posiadłość, posądzając go o czarnoksięstwo i krwawe ofiary z dzieci.

- Czy w dzienniku opisano w jaki sposób ów elf pokonał tego... Dzieciokrada? - Spytał siostry.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 23-11-2020 o 22:25.
Clutterbane jest offline  
Stary 22-11-2020, 23:53   #4
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
- Nie pokonał. Zginął w pożarze swojego domu. Zdążył tylko ukończyć miksturę potrzebną do pokonania Dzieciokrada, którą odnalazł wczoraj Grim. Mamy tą miksturę. Lord Lirasel pokonał ducha, ale tylko pośrednio. Driada Kalyke oprócz receptury ofiarowała mu coś jeszcze. Żołądź zaklętego dębu. Kiedy drzewo wyrosło w wejściu do legowiska Dzieciokrada, przez wieki spał w jaskiniach niczym niedźwiedź.

Mężczyzna pokręcił smutno głową. - Ah, cudowne piękno ironii losu... walczysz z potworem, ale to Ciebie biorą za potwora…

Siostra kontynuowała. - Dąb ten został niedawno trafiony piorunem i jego ochronna moc chyba na zawsze ustała. A Dzieciokrad znów zaczął polować…

- Nooo, to wystarczy zejść do legowiska i użyć mikstury na tym elephancie... nic prostszego?

- Albo ktoś sam musi ją wypić.

- Zatem można wykluczyć trolla jako dzieciokrada, to tylko jedna z paskudnych kreatur zamieszkujących okolicę. Prawdziwe zagrożenie stanowi ta nadnaturalna istota, zwana "Dzieciokradem".

- Warto byłoby udać się na tereny dawnej posiadłości. Sprawdzić czy coś ocalało. Może podziemia i spróbować znaleźć wskazówkę odnośnie eliksiru.

- Krasnolud Grim i jego świętej pamięci towarzysze już tam byli. A miksturę należy wypić. Tak mówi dziennik. - Zapewniła siostra.

- Troll... może być w komitywie z Dzieciokradem, Lub, Dzieciokrad może zamieszkiwać ciało trolla…

Frank jakby dopiero teraz zobaczył piękną Alieenę. Spojrzał jej głęboko w oczy, nieco dłużej niż powinien. - Usiądźcie, obgadajmy temat. Widać nie ma się co porywać na urrra do jaskini.

- Możliwe, choć odrobinę niedorzeczne. - Odparła na słowa Ignasiusa. Potem spojrzała na Franka, dobrze zbudowany mężczyzna był nawet przystojny. Usiadła na jednym ze wskazanych krzeseł i uśmiechnęła się do niego.

- Wszystko jest możliwe. Kiedy Magia i Bogowie raczą ruszyć Wichry Losu i Nici Przeznaczenia. - Odpowiedział spoglądając na Alieene.

Frank zastanawiał się przez chwilę. Jeśli na dole są trupy towarzyszy Grima, to może jest tam tez ich ekwipunek, w tym brzdęk. Warto to sprawdzić.

- Prawisz tak, jakbyś był człekiem pobożnym. A nie wyglądasz. Widzisz tę gwiazdę o dziewięciu strzałkach? - Wskazała na misterny i kunsztowny symbol religijny, jaki miała przy pasie. - Jestem Tancerką Ostrza bogini Ianny. Spędziłam większość życia w Świątyni Ostrza w Bahiri, położonym w Shebatei.

Uczony przechylił głowę. - Wszak, nic nie wyklucza pobożności, bez szczególnej wiedzy o bogach, nieprawdaż? Miło poznać. Aurański Kolegialny Wiedzący. Do usług.

- Frank. - Mężczyzna ponownie przedstawił się nowym gościom.

- Owszem, choć tedy winni nie wyrokować o ich zamiarach. Bo tchnie to próżnością.

Uczony skinął głową nowo poznanemu z imienia, Frankowi. - Ignasius Vis.

- Alieena bint Malikr ibn al-Abbas ibn Raszid ibn Hammad. W skrócie Alieena bint Malikr. - Wyrecytowała kobieta, powstając na moment. Po wypowiedzeniu formuły ukłoniła się lekko i usiadła ponownie.

- Pirora… - Dziewczyna powiedziała krótko, pełna wrażenia nad pełnym tytułem drugiej kobiety.

- No dobrze, to jaki mamy plan? Rozumiem, że z dziennika wiadomo, że pilnowanie wioski nic nie dało, ale magiczne drzewo już tak…

- Może drewno tej cudownej rośliny by nam jakoś pomogło?

- Skoro więc pilnowanie wsi nie zadziałało, nie mamy nic do stracenia jeśli wystawimy straże przed jaskinią

- Stróż winien mieć ze sobą eliksir, jakby jednak napotkał owego "Dzieciokrada".

- Tak... ale jak ten eliksir działa?

- Z kolei zastanawia mnie jakby zareagował na święty symbol mej bogini, albo Mityary… - Zerknęła znacząco w kierunku siostry Aurëlyn.

Zadawaliście z Ignasiusem pytania, na które siostra nie znała odpowiedzi. Wiedzę czerpała tylko z kilkusetletniego, pisanego w pośpiechu dziennika.

- Nie wiem i warto za to wypić. Zgłodniałem, zaschło mi w ustach. Jeśli nic przeciwko nie macie to zaraz wrócę ze wspomożeniem.

- Prawda li to. - Zgodziła się z Ignasiusem po czym zawołała gestem karczmarza Fullo, by przyniósł jej wcześniej zamówione jadło i napitek.

- Eliksiru nie zostawiałbym byle komu. Halo, karczmarzu! Przynieście tu nową flaszeczkę i coś tłustego do zagryzienia!

- Z pewnością nie omieszkam tego zbadać, tak samo jak magicznego drzewa, jego nasion i owoców. Mogą okazać się przydatne.

Kiedy już wszyscy ucichli w oczekiwaniu na jadło krasnolud przywitał się z nowo przybyłymi. - Jestem Grim, a na dzisiaj mi starczy. Idę spać, jutro pogadamy.

- Bywaj. - Pożegnała lapidarnie krasnoluda.


Chłop Pollio, ojciec porwanej przez Dzieciokrada Nauri, zaprowadził was tego mglistego wieczoru do lasu, pod powalony piorunem dąb, u którego korzeni znajdowała się ciemna dziura prowadząca w podziemia. - To tutaj…

Frank szedł z tyłu oświetlając drogę dziewczynom i skrybie. Z tej perspektywy mógł dobrze przyjrzeć się obu kobietom. Gdy doszli na miejsce poświecił na wejście do jaskini. Szukał jakichkolwiek śladów jakie mógł zostawić ktoś dwa razy większy od niego. - Gdzieś wam przyświecić drogie panie?

Po dotarciu na miejsce Shebateanka przyjrzała się jamie i zwalistej roślinie, którą obaliło uderzenie potężnego gromu. Ciężko jej było sobie wyobrazić żywioł, który wyrwałby z korzeniami takie drzewo. "Być może sama burza, która wyzwoliła ducha nie była prozaicznej natury?" zadumała się kobieta. Gdy zwrócił się do niej Frank, odparła. - Najpierw obejrzałabym drzewo, potem dopiero wejście do jamy. - Wydobyło się spod kremowo-złotego hidżabu wieńczącego jej płaszcz. Smagłolica szatynka postanowiła dokładnie obejrzeć okolice drzewa. Zabierając ze sobą przy okazji fragment korzenia, oraz żołędzie, jeśli trafiła na ich ślad. Starała się nie przeoczyć zarówno żadnych okolicznych tropów, jak i odpowiednio przyjrzeć się ich kształtowi, szukając wszelkich odstępstw od normy. Poza tym miała zamiar obejrzeć stan rośliny oraz miejsce, w które trafił piorun. W tym wnikliwie zbadać znamię po nieszczęsnym uderzeniu.

Żadnych śladów Dzieciokrada nie było. Drzewo poza trafieniem piorunem było porąbane siekierką i rozerwane od środka, ale nie było to dla chłopa Pollio nic nowego. Przedwczoraj Grim zwany Kamieniem uratował zbierającego drewno chłopa Otho przed Aodanem, rycerzem elfiego lorda Lirasela, który według dziennika poprzysiągł na życie strzec wejścia do legowiska Dzieciokrada. Przysięga okazała się trwalsza niż życie. Wyszedł z trafionego piorunem dębu i zaatakował naruszającego drzewo Otho. Pokonany przez krasnoluda, został pochowany przez kapłanki w elfim grobowcu razem ze swoim panem.

Kiedy zebraliście żołędzie i korzenie, niespodziewanie ciszę przeciął krzyk. Dobiegał z ciemnej dziury. Krzyk małej dziewczynki. Nie miał końca. Zdesperowanej tak, że prawie zdzierała sobie gardło tym krzykiem. Wołała płaczliwie mamę i tatę o pomoc, żeby ją stamtąd zabrali. Przerażony chłop Pollio padł na kolana, jak trafiony piorunem. - M-moja Nauri! Ona... żyje...! Dajcie mi pochodnię, idę po nią! - Zdecydował, wstając z kolan.


- To może być pułapka. - Powiedział Frank łapiąc Pollio gdyby ten chciał się bezmyślnie rzucić do jaskini. - Nigdzie nie idziesz. Na pewno nie sam. Jak masz, to daj nam wszelkie źródło ognia i leć do wioski. Nie jesteś wojownikiem, nie przydasz się w środku. Dzisiaj zginęło tam trzech dorosłych mężczyzn zaatakowanych przez potwora, a dwóch ledwie uszło z życiem. Myślisz, że taki krzyk jest tam naturalny?

Ignasius uśmiechnął się delikatnie. - Oczywiście, że najpewniej jest to pułapka. - Zaśmiał się. - Wybacz, ale mam lecieć do wioski... po co? Z tego co wiem jesteśmy praktycznie jedynymi, którzy są zainteresowani tą sprawą.

- Po ogień. I po kapłankę, na ostatnie namaszczenie.

- Przecież to moja Nauri! - Szarpał się barczysty chłop o piwnym brzuchu i twarzy poznaczonej bliznami po ospie. Płakał. - Własnej córki bym nie poznał!? Puszczajcie, ona mnie potrzebuje! - W miarę jak rosły krzyki Nauri, w podziemiach rósł też drugi głos. Coraz głośniejszy. Nienaturalnie niski, maniakalny śmiech, od którego włos się jeżył. Brzmiał jakby żywił się strachem dziewczynki…

- Te… - Zwróciła się do największego mężczyzny o imieniu Frank. - Weź to no wiesz… - Pokazała na ojca dziewczynki i wykonała gest by dać mu w łeb by sobie poszedł lulać.

Uczony podszedł do Polio, położył mu dłonie na barkach i powiedział. - Krzycząc ostrzegasz stwora o naszej obecności. Nie mamy eliksiru. Nie pokonamy go. Możemy co najwyżej spróbować odbić Nauri. Jesteś ojcem. Na łzy przyjdzie pora później. Radości, czy smutku. Święto, czy zemstę. Weź się w garść. - Spojrzał po zebranych. - Jestem niemal pewny... ale dowiem się jak zobaczę. Nie miejcie strachu. Wątpliwości. Bólu. Nawet gniewu. Najpewniej to coś... się tym żywi i rośnie w siły.

Pollio wysłuchał Ignasiusa. Słowa uczonego przemówiły mu chyba do rozumu, bo się uspokoił. - Tu krasnoluda Grima potrzeba. To prawdziwy bohater.

- To leć po niego. Chyżo!

- Ranny jest przecież. A beze mnie się zgubicie w tym lesie. - Brakowało, by popukał się w czoło.

- Sam powiedziałeś, że go potrzebujemy. Leć, zanim coś się tam stanie!

Ignasius warknął cicho. - Cisza. Nie wiem w co grasz Frank, ale zaczynam mieć wątpliwości. Schodzimy w dół. Cicho, profesjonalnie, walczymy w ostateczności. Cel odbić dziewczynkę i się ewakuować. Żadnych heroizmów… Pytania?

- Pirora uniosła rękę, jak w czasach zanim uciekła z sierocinca, by poprosić o głos. Coś w tym Vis-nie przypominało jej główna opiekunkę z tego czasu.

- Chuj mnie obchodzą twoje wątpliwości. - Po usłyszeniu "chuj mnie obchodzą” dziewczyna opuściła rękę. - Nie będę osłaniał twojej dupy jak cokolwiek nas tam napadnie. Nie jesteśmy przygotowani by walczyć, a cokolwiek tam jest wie, że jesteśmy tu i ciągnie nas w dół.

- Coś tam na dole zabiło trzech dorosłych mężczyzn śmiertelnie raniło dwóch, w tym hardego krasnoluda. Jak myślisz skrybo, jakie masz szanse tam wejść? Bez heroizmu.

Ignasius spojrzał łągodnie na Franka i powiedział cicho. - Rozumiem Twoje wątpliwości. Twój strach. Obawy. Zwykłą ludzką potrzebę przetrwania kosztem innych... Jednak tutaj chodzi o życie. Życie które nie zasługuje na to by zostało zgaszone na długo przed jego czasem. Chce być szczery. Uczciwy. Chcę Ci ufać... i chcę uratować to dziecko. Nawet najbardziej potężna grupa chłopa polegnie jeśli będzie się sprzeczać między sobą, lub gdy jest niezorganizowana, czy każdy sobie po swojemu. Nie wiemy jak było z nimi. Jeśli zachowamy zdrowy rozsądek. Jeśli będziemy się trzymać razem. Jeśli będziemy myśleli o przetrwaniu nas wszystkich, o celu i ewakuacji. Najpewniej damy radę. Zaufaj mi Frank. Zaufaj mi tak jak ja pragnę zaufać Tobie, a teraz... w piątkę. Mamy niezłe szanse nie tylko wyjść cało, ale i uratować młodą, oraz dowiedzieć się więcej o zagrożeniu. Taki zwiad z bonusem. Zawsze jest ryzyko. Zawsze, ale tylko od nas zależy czy je zminimalizujemy. Rozsądkiem i opanowaniem. Działaniem jak jeden organizm.

Frank prychnął. - Nie stosuj na mnie sztuczek socjotechnicznych Ignasiusie, bo w dupie byłeś i gówno widziałeś. Czynisz za dużo założeń, żeby to się udalo. Z jednym się jednak zgodzę. Kłótnia to proszenie się o śmierć. - Frank przyłożył palec do ust i kiwnął głową w przeciwną stronę niż było wejście do jaskini. - Chodźmy stąd, nic tu po nas. - Powiedział teatralnie głośno jednocześnie dając znak by wycofać się poza obręb wejścia do jaskini. Nie było sensu kłócić się tuż przed leżem potwora. Musieli to obgadać i potrzebowali do tego trochę prywatności. Dodatkowo, ciekaw był, czy z jaskini nie dobiegnie ich jeszcze bardziej piskliwy głos "Nauri".

- Powątpiewam, że to pułapka. Ale nic uczynić nie możemy. Nastawać na magicznego potwora bez przygotowania, to pewna mogiła. Zawierzam legendzie, przeto bez cudownego napitku nie powalimy tego koszmaru.

- Nie idziemy go ubić, ale by zrobić zwiad i wykraść dziewczynkę. Walka jest ostatecznością. Unikamy jej jak tylko się da. Idziemy, zbieramy informacje, podejmujemy próbę odzyskania dziecka i się wycofujemy. Idziecie, o wielcy wojownicy, czy trzęsiecie portami?

Alieenie nie spodobały się uwagi mola książkowego. Widocznie z lektury wyciągnął wiedzę, miast roztropności. - Jeśli tak serce ci się rwie do eksploracji, to ruszaj kędy wola. Ja głupoty z odwagą nie mieszam. Wojownik musi być roztropny. No ja wojaczą się nie zajmuję, ale zostawiać tak dziecko? Nie będziemy się mierzyć z mężem z krwi i kości, tylko jakimś koszmarem. Na nic tu stal i silne ramię. Więc może zamiast wojów których stopy ciężko i hałaśliwie stąpają po ziemi wejdą ci co chyżo nimi przebierają w ucieczce?

Ignasius przymknął oczy i westchnął cicho, by je otworzyć i spojrzeć na zgromadzonych. Powiedział spokojnie. Spokojnie i cierpliwie. - Nie idziemy walczyć, tylko się wkraść. Walka jest ostatecznością. Ostatecznością. Zwiad, rozeznanie terenu, poznanie wroga, wykorzystanie rozsądnej możliwości odzyskania dziecka jeśli się nadarzy i ewakuacja. Tyle i tylko. Nie daję gwarancji, że uda nam się uratować Twoją córkę. Mam na to nadzieję, ale wyszystko pokaże to co zastaniemy na dole. Dletego proszę, nie szarżuj na wroga i zachowaj zimną krew. To może być bolesne iść tam na dół. Proszę, zastanów się. Jeśli jedno z nas zrobi błąd. Wszyscy możemy przypłacić życiem. Jeśli jednak wrócimy cało, będzieli mieli broń wiedzy która ułatwi pokonanie Dzieciokrada raz na zawsze. Jeśli bogowie dadzą, ocalimy Nauri.

- Jeśli tam schodzicie, idę z wami. - Zapewnił ojciec porwanego dziecka.

Frank zgadzał się całkowicie z piękną Alieeną. Doświadczenie w walce przekładało się w ostrożność, a gryzipiórkowi brakowało jednego i jak widać drugiego. Naczytał się opowiadań o bohaterach i zgrywa takiego. Oddał mu pochodnie. - Idź na zwiad. Nie ma sensu żebyśmy wchodzili tam wszyscy, nie wiadomo jak szerokie są tunele i czy pomieścimy się wszyscy. W przypadku próby ucieczki możemy się zblokować, lub stratować. Jedna osoba na zwiad będzie miała największe szanse.

- Mogę ubezpieczać wejście razem z Frankiem.

Frank skinął głową potwierdzając słowa Alieeny. Nie był najlepszą osobą do skradania się. Zresztą, im więcej osób tym trudniej podejść potwora.

Pirora na wszelki wypadek zdjęła z pleców swój łuk. Za słoniła się swoją ciemną peleryną i zajeła miejsce na końcu szyku. - Gotowa!


Dziesięć stóp, dwadzieścia, trzydzieści... Po co liczyć, tunel był naprawdę długi. Cały czas prowadził w dół, zakręcając przy tym stopniowo w prawo, niczym kręcone przez naturę schody. Aż w końcu doszliście do niewielkiego rozwidlenia. Formacje skalne tutaj były poznaczone obuchem czy jakimś ostrzem. Śmierdziało spaloną naftą, leżała zużyta pochodnia. W kącie leżała złamana strzała. Na posadzce zastygły dwie kałuże gęstej, czarnej substancji. Wszystko to ślady walki, jaką stoczył Grim. Dalsza droga wprost prowadziła wciąż w dół, ale dwa nowe tunele prowadziły odpowiednio w lewo i w prawo. Rozszerzały się, prawdopodobnie w dwie jaskinie. Przeraźliwe krzyki i towarzyszący im złowieszczy śmiech były tu głośniejsze niż na zewnątrz. Dochodziły z tunelu na wprost. Złamałyby serce każdej matki.

Nie widząc nic niepokojącego ruszyła za resztą w głąb korytarza, z którego dobiegały wrzaski dziecka. Ignasius czuł się źle słysząc te krzyki... ruszył skąd pochodziły mając oko na Pollio. Szepcząc do niego cicho z nutami troski i ponurej stanowczości. - Cokolwiek zobaczysz... musisz przetrwać. Musisz opowiedzieć o tym co zobaczysz. Tylko Tobie zaufają, uwierzą mieszkańcy Grzęd. Zasługują na to by wiedzieć, by się przygotować, by chronić. Wiem, że dasz radę.

Zachmurzony Pollio kiwnął tylko głową aby nie czynić hałasu. Ruszyliście dalej tym tunelem idącym coraz głębiej pod ziemię. Żadnych rozwidleń już nie uświadczyliście. Zatrzymały was w końcu drzwi, których się tu nie spodziewaliście. Solidne, z ciemnego drewna, jakby wyjęte z domu jakiegoś patrycjusza. Musiały skrywać wykutą w skale komnatę, w której odbywały się te tortury. Dzieciokrad i Nauri musieli być po drugiej stronie.

- Psss... dajcie mi przejść… - Dziewczyna chwyciła klamkę i delikatnie ją nacisnęła sprawdzając czy da się otworzyć drzwi. Zamknięte. Nie było możliwości, żeby w tej kakofonii śmiechów oprawcy i krzyków ofiary śmiertelnik usłyszał ruch klamki czy skrzypienie drzwi. Mieliście cichą nadzieję, że Dzieciokrad nie miał nadnaturalnych zmysłów. Pirora wyciągnela spod tuniki pęk dziwnie pozaginanych wytrychów i zaczeła grzebać w zamku. Trochę ci to zajęło, ale usłyszałaś w końcu przyjemne dla ucha kliknięcie zapadek. Dziewczyna uśmiechneła się do siebie. Wstała z klęczek, schowała swoje wytrychy spowrotem pod tunikę blisko jej serca i poraz drugi otworzyła drzwi. Ignasius przyglądał się z zaciekawieniem temu co robi dziewczyna... uśmiechał się nieznacznie, zadziornie. By zrobić wielkie oczy gdy sięgnęła po klamkę! Sięgnął dłonią w jej kierunku by ją powstrzymać!

Uczony chwycił ją za ramię i dał znać przecząco głową. Wskazał na nią, na łuk i miejsce z tyłu. Spojrzał na ojca. Pokazał na niego i na siebie. Następnie na drzwi i wykonał gest wprowadzający dłonie dalej, do przodu by skrzyżować ręce i kręcić przecząco głową. Wskazał na ich broń, na miejsce przed drzwiami i oczy. Pirora zrozumiała... chyba. Przygotowała swoją broń i zajęła miejsce jako czujka. Mieli nie wchodzić, gryzipiórek chciał sam wejść, więc nie zamierzała mu przeszkadzać w byciu bohaterem. Plus zawsze jest to miejsce z którego lepiej uciekać do wyjścia.

Ignasius uchylił drzwi. W świetle pochodni rysował się fragment pokoju, w pełni umeblowanej sypialni dziecka z zamożnej rodziny. Zabawki, ubranka, nie brakowało tu niczego. Pochodnia oświetlała jednak zaledwie nogi ogromnego łóżka z baldachimem - źródła dziecięcego szlochu. - Tato, pomocy! - Krzyknęła jeszcze niewidoczna Nauri, skulona gdzieś w zacienionym w łóżku, widząc wasze światło.

[media][/media]
Dzieciokrad w akcji

Ręka Ignasiusa zablokowała drogę Polliowi. Spojrzał mu w oczy. Palcami wskazał na niego, potem na swoje oczy i skroń. Pokręcił przecząco głową. Wiedzący uklęknął nisko i nisko przyłożył do ziemi pochodnię starając się zajrzeć światłem pod łóżko. Iluzje... nie wierzył, by to coś urządziło tutaj taki domek, ale każda iluzja ma swoje pęknięcia i nieścisłości... tym bardziej, że minęły stulecia. Właśnie je chciał dostrzec, lub chociaż potencjalne zagrożenie. Niestety, zrezygnował z planu. Może by i dostrzegł ślepia odbijające się od nikle docierającego światła, ale i tak ledwo co widział łóżko. Chwycił więc dwie pochodnie i odpalając po kolei jedną od drugiej cisną po jednej w lekką odległość od łóżka na lewo i prawo. Podłoga prawda, był lekko zajęta przez zabawki i ubranka, ale raczej nie na tyle by wzniecić pożar... czego by nie chciał.

Zanim wszedłeś głębiej, po swojej prawej stronie zauważyłeś kolejne drzwi - tam, gdzie w takiej sypialni byłyby drzwi do schowka czy szafa. - Już go nie ma, rozpłynął się w powietrzu! - Powiedziała z ulgą dziewczynka. Wygramoliła się z łóżka i ruszyła w waszą stronę. Rozświetlenie pochodniami potwierdziło, że w sypialni nie czaiło się żadne zagrożenie. Chyba.

Ignasius nie był przekonany... spojrzał na Pollio i powiedział do niego cicho, szeptem. - Nie daj się oszukać. To może być iluzja. Bądź ostrożny, czujny… - Sam chwycił w drugą rękę kolejną pochodnię. Czujnie obserwował dziewczynkę i okolicę. Cienie, powietrze, dźwięki, drobne nieścisłości które docierały do zmysłów. Cokolwiek co pomogłoby przełamać możliwą, i z tego co widział, najpewniej cholernie dobrą iluzję…

Pochodnie zresztą lepiej było zgasić, bo, okiem awanturnika, elfie gobeliny tu wiszące były wiele warte, acz ciężkie i nieporęczne. Nauri podbiegła do ojca i utuliła go z całych sił. Dla tego pięknego widoku warto było zaryzykować tą wyprawę.

Uczony przegryzł wargę, walcząc sam ze sobą. - Pollio, nasza koleżanka zajmie się młodą na chwilę. Chodź, szybko zwiniemy po gobelinie. Skoro tu jesteśmy… - Spojrzał na Pirorę. - Kochana? Popilnujesz młodej i będziesz mieć oko na tyły? Dostaniesz płomyczek światła i nadziei jako dodatek! Przyjacielu, mamy Nauri. Pora trochę zarobić. Część zysku jest Twoja, ale bądźmy ostrożni. Wchodzę pierwszy?

- Nie. - Zwróciła się do chłopa. Po odmowie gryzipiórkowi. - Bierz córkę i biegniemy na górę. Po nią przyszliśmy i z nią wychodzimy. Szybko.

Uczony spojrzał na dziewczynę. - Dobra, ale daj mi sprawdzić ten schowek, w końcu to zwiad i zadanie poboczne jest wypełnione. Jak coś uciekajcie, jak nic się nie stanie, biorę swoją dolę, choćby sam i spierdalamy na górę. Stoi? - Uśmiechnął się przepraszająco i wręczył pochodnię chłopowi. - Wybacz droga, ale badania magiczne i zgłębianie wiedzy jest cholernie kosztowne. Poza tym, jestem tak jakby znawcą elfiej kultury i mam do niej słabość… - Po tych słowach wkroczył do środka ostrożnie badając pomieszczenie i szukając śladów zagrożeń... Chowając parę lalek do pasowej torby tak przy okazji... Jeśli tu było czysto. Planował szybko oszacować ilość gobelinów, oraz ich gabaryty, oraz pogazić rzuconą pochodnię, zabrać, chwycić drugą i sprawdzić co się kryło w schowku... po wcześniejszym nasłuchiwaniu.

- Hiena. Chodź ojczulku wychodzimy.

- Nie zostawiaj mnie tu nim sprawdzę co jest w schowku. Zresztą, kogo to był pomysł i upór by tu zejść?

Pirora zaczęła wycofywać się tam skąd przyszli. Ona nie miała nic przeciwko przywłaszczaniu sobie kosztowności, ale wolała mieć przed sobą jakieś barczyste plecy które ściągały uwagę i ciosy wkurzonego gospodarza. - Ruszyłeś tu po córkę, nie ryzykuj jej życia za parę błyskotek. - Powiedziałą Pirora do chłopa. Koniec końców to jego decyzja, ale ona nie zamierzała zostać w tym miejscu dłużej niż powinni. Jej zdaniem czas się skończył i należało wracać.

Ignasius był... niezadowolony. Ledwo sprawdził pomieszczenie. skosił kilka lalek... ale o sprawdzeniu schowka? Zapomnij! A to była część zwiadu! - Daj mi chwilę towarzyszu… - Chwycił jedyną palącą pochodnię w pomieszczeniu w zęby i zaczął pośpiesznie ściągać jeden z najbliższych, może i nawet mniejszych z gobelinów. Tak czy inaczej, taki który oporządzi do drogi szybko. O ciężar się nie martwił, bo i tak nic nie niósł. Zerkał jednak przy tym na Polliosa... jakby zdecydował się odejść? Miał nadzieję, że go powiadomi. Zysk... kusił, ale samemu nie miał szans i będzie musiał się ewakuować. Tylko z lalkami.

Ojciec razem z córką ruszyli za Pirorą. Nie zamierzali zostać tu ani chwili dłużej. Niezadowolony, uzbrojony w sztylet i pochodnię, Ignasius zostawił leżący już na podłodze gobelin i ewakuował się za odchodzącymi chroniąc ich tyły.

Podróż w górę była bardziej męcząca niż w dół. Tak męcząca, że ojciec wziął córkę na ręce. Dziesięć stóp. Dwadzieścia. Trzydzieści. Czterdzieści… Nie dobiegliście do rozwidlenia, kiedy drogę zagrodził wam obłok gęstej mgły.

- Kurwa… - Przeklnął Ignasius siarczyście... z wielkim niezadowoleniem. - Nie wchodźcie w mgłę... to... ryzykowne... dajcie mi spróbować coś zrobić… - Słychać było jak przełyka ślinę i staje przed mgłą. Schował sztylet, zgasił pochodnię... mruknął cicho zdecydowanie do siebie… - Teraz pora umrzeć… - I zaczął inkantować jakieś słowa, formy i kształty kreśląc w powietrzu, jakby modły. Pirora zatrzymała się i zmieniła miejsca. Skoro chciwiec coś robił, ona zaczęła ubezpieczać tyły.

Zauważyliście wszyscy, że mgła porusza się pod wpływem słów i gestów Ignasiusa. Żaden opar nie zachowywałby się tak naturalnie. Wiedzący jednak zaczynał być nie do końca zadowolony z rezultatu. Mimo że dotrzymał wszystkich formalnych wymogów ceremonii, coś było nie tak. Zamiast rozganiać się na boki, mgła skupiała się. Skupiała się w kształt. Humanoidalny kształt. Kształt, któremu towarzyszył... maniakalny śmiech. Dzieciokrad stanął na waszej drodze ku powierzchni. Przerażona Nauri wybuchła krzykiem.

- Uciekać! Do wyjścia!

Widząc co się dzieje przed nią Pirora krzyknęła do Ignasiusa. - Użyj peleryny! - Rzuciła sugestię o pelerynie do mężczyzny, kiedy koło niego przemykała już szykując swoją do zarzucenia na stwora robiąc pewnego rodzaju dywersję. Miała nadzieję że mężczyzna zrobi to samo.

Odważna Pirora zarzuciła swoją pelerynę na rogaty łeb Dzieciokrada. Ten jednak nawet nie zamierzał się szamotać. Peleryna upadła na ziemię, a wylatujący spod niej obłok mgły ponownie uformował się w humanoidalną sylwetkę kilka stóp dalej. Przebiegła kreatura błysnęła ostrymi zębami.

“Grombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgromb ylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgromby lgrombylgrombyl…”

Ignasius rzucił w kierunku Pollio. - Zatrzymamy go, uciekajcie jak tylko nadarzy się okazja. - Plan był prosty. W jednej ręce dzierżył palącą się pochodnię do odganiania Dzieciokrada, gdyby chciał uciec na boki, lub za ojcem i córką. W drugiej swój płaszcz, by 'pojmać' go i przy użyciu walnych palców drugiej dłoni i nóg przygwoździć do podłogi. Jak nie da, to zająć go 'wymykaniem się i formowaniem na nowo'.

Ignasius długo i nieskutecznie próbował powtórzyć manewr Pirory. Dzieciokrad uderzył go pięścią wielką jak bochen chleba prosto w brzuch. Uczony zwinął się z bólu.

Pirora podbiegła do Pollio i wyciągnęła ręce po dziecko. - Daj ją i biegnij głupcze.

Pollio nie zamierzał oddać swojej córki już nikomu. Próbował znaleźć odpowiedni moment, by przedrzeć się przez Dzieciokrada. Kiedy Dzieciokrad zajęty był tłuczeniem Ignasiusa, nastał ten moment. Chwila bicia serca wcześniej, czy później, a chłop Pollio nie prześlizgnąłby się przy Dzieciokradzie, ryzykując życiem swoim i swojej córki. Mamrotanie złej istoty zmieniło się w przepełnione furią warczenie, kiedy zauważył, że ucieka mu upolowane dziecko.

Zła istota wyładowała swą furię na uczonym. Wielka pięść powaliła Ignasiusa, który stoczył się nieprzytomny w dół tunelu. Przerażona Pirora podziękowała bogom za stalagnat, który znalazł się na drodze pomiędzy nią a łapą Dzieciokrada. Pirora już nie słyszała kroków chłopa. Był coraz dalej. Niestety sama była w śmiertelnym potrzasku. Dzieciokrad zacisnął pięści, szczerząc kły. Wprawił te pięści w ruch, a tobie już nie starczyło sił, żeby dalej skutecznie unikać kolejnych ciosów. Złączone pięści Dzieciokrada spadły z góry na twoją głowę z takim impetem, że aż ujrzałaś w tych podziemiach wszystkie gwiazdy.


- Jakie im dajesz szanse? Znajdą coś? - Spytał opierając się plecami o skałę i nasłuchując odgłosów ze środka.

Shebateanka odprowadziła wzrokiem gromadkę wkraczającą do mrocznej jamy. Nie podzielała optymizmu uczonego. Nie była z tych lekkomyślnych, co lubią pakować szyję na katowski pieniek. Brawura kroczy przed upadkiem. W jej świątyni uczono walki honorowej, ale taktycznie rozsądnej. Ciężko było powiedzieć, że Tancerki Ostrza rezygnujące z używania zasięgowej broni i innego nieuczciwego oręża są trwożliwe, czy niechętne do ryzyka i poświęceń.

- Ianna raczy wiedzieć. Jeśli trafią na ducha, to pozostanie im jeno ucieczka. A w takim wypadku lepiej by nie wypadła im z dłoni żagiew, ni zwężenie tunelu nie okazało się za wąskie. Bestia niewątpliwie trzyma pachole pod ręką, niechętna by je wypuścić. O ile to nie zwykła zasadzka, jak powiadasz.

Mężczyzna skrzyżował ręce na piersiach przyjmując dość luźną posturę. Spojrzał na rozgwieżdżone niebo. - Mam nadzieję, że nic im się nie stanie. Nawet jeśli będzie trzeba znosić tego gryzipiórka. Alby jakby mu coś na dole nogę ujebało nie miałbym pretensji. - Uśmiechnął się do dziewczyny. - Rozluźnij się, co jesteś taka spięta?

- Nie spięta, raczej czujna. Wolę być gotowa na wszystko. - Poprawiła Franka. - I racja, może drobny uraz nauczyłby moresu tego mola książkowego. Pouczać o odwadze ludzi, którzy widzieli wiele śmierci... Jedynie ludzie bezwartościowi przejawiają agresję i szukają za wszelką cenę sławy.

- Tak, ale jak zabije tego giganto-trollo-ducha, to... - Nie dokończył. Uśmiechnął się patrząc na figlarnie na dziewczynę.

- Taka piękna pogoda, a my stoimy przed jaskinią jak kutasy w burdelu. - Przysunął głowę nasłuchując dźwięków z jaskini, ale póki co było cicho.

- Malownicze porównanie, nie ma co - Skwitowała komentarz wojaka. - A bestii bez eliksiru nie powalą, lepiej nasłuchujmy czy nie ściągają na nas nieprzyjaciela. - Wyjaśniła.

- Zbyt wulgarnie? Póki co nie wiemy czy z tym eliksirem to prawda. I czy Dzieciokrad i ten "troll" to ta sama istota. Tak sobie teraz myślę, że nie wiadomo czy ten eliksir w ogóle będzie działać. Wszak został zrobiony, ale nigdy nie użyty, a jednak Dzieciokrad został uwięziony.

- Ależ nie, skądże… - Zaprotestowała Shebateanka. - Chyba zapominasz, druhu, że masz przed sobą wojowniczkę. A nie jakąś wypomadowaną damę z seraju. - Dla zaakcentowania tych słów kobieta błyskawicznie dobyła swój szamszir i wykonała nim kilka efektownych młyńców. Następnie schowała płynnym i jednostajnym ruchem broń z powrotem do pochwy. - Świątynia Ostrza nie wypuszcza na świat kobiet delikatnych. Ale Ianna nie jest wyłącznie boginią wojny. Jest bóstwem dualistycznym, symbolizującym nienawiść i miłość. Kreację i zniszczenie. Pasję i pożądanie oraz złość i anihilację.

- Ha, pokaż mi to jeszcze raz!

- Jeden jedno jej oblicze patronuje miłości, we wszystkich jej aspektach. Cielesnym i duchowym. Od matki układającej niemowlę do snu, po wyuzdaną ulicznicę, parzącą się za drobne. Byłam przez pewien czas w Świątyni Woalu, która przyucza przyszłe święte kurtyzany i doradczynie możnych rodów.

Frank uśmiechnął się zalotnie.

- Może kiedyś pokażę ci parę sztuczek, których się tam nauczyłam... Jeśli zasłużysz. - Dodała, wykonując pohamowujący gest w stronę wojaka.

- Hahaha. - Uniósł ręce do góry w geście poddania.

- Przeto nie straszne mi rynsztokowe odzywki. Jako wojownicze, jak i wyznawczyni opiekunki... kurew.

- Masz mnie.

- Oczywiście, mogę ci zaprezentować jeszcze raz mą biegłość. Skoro tak cię zafascynował pokaz moich umiejętności. W zasadzie mym obowiązkiem jest reprezentować wspaniałe rzemiosło Tancerek Ostrza. - Tym razem dobyła obu zakrzywionych ostrzy. Jednego wąskiego, długiego szerokiego. Następnie wykonując szereg ciosów wirowała, niczym orientalna tancerka. Każdy zamach był wykonany z nadzwyczajną gracją i znamionował śmiertelnie groźny cios. Żadnego kroku nie postawiła daremnie, czy żadnym ruchem nie odsłoniła się na tyle, by dać ewentualnemu oponentowi dobrej okazji do ataku. Po krótkim pokazie ponownie w efektownym stylu schowała broń. - Myślę, że tyle wystarczy. Nie ma co oddawać się przesadnym swawolom, gdy wróg może na nas opaść w każdej chwili. Jeszcze co do tego "Dzieciokrada"... Wszystko to może być plebejską mrzonką. Ale podczas podróży z karawaną Farouka ibn Hameeda widziałam dość dziwactw i słyszałam dość opowieści, by nie powątpiewać w te bajania do samego końca. Zresztą, na ostrożności nic nie stracimy. A kwestia natury i zagrożenia ze strony obu istot, winna się wyjaśnić w swoim czasie. Serce me chciałoby jednak, by wróg był materialny. Jeśli by krwawił, można by go powalić. Nie ma nic lepszego niż stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem i dojrzeć strach w jego oczach, oznaczający świadomość zbliżającej się śmierci. Czuć broń wgryzającą się w jego ciało i opór powietrza przy wykonywaniu zamachu, słyszeć karminową krew chlustającą szerokim strumieniem, oraz ostatni agonalny jęk ofiary... Azaliż nic gorszego być nie może, aniżeli bestia z innego wymiaru, której nie ima się żadne stalowe ostrze. Ianno dopomóż, bodaj tak nie było!

Frank, którego styl był oszczędny, czasem wręcz niechlujny, mógł jedynie nacieszyć oczy płynnym i tanecznym stylem dziewczyny. - Jestem pod wrażeniem - Powiedział w końcu szybko przechodząc jednak szybko w swój niefrasobliwy styl wypowiedzi.

- Aż boję się teraz wyjmować swojego. - - Dodał dwuznacznie.

Kobieta uśmiechnęła się do mężczyny. - A szkoda, chętnie bym zobaczyła jak nim pracujesz.

Zrobił krok do przodu. - Myślisz, że długo im jeszcze zejdzie?

- Nie mam pojęcia, lecz każda kolejna minuta wlewa w me serce kroplę niepewności. Jeszcze trochę poczekajmy. Ale potem wypadałoby chociaż wstępnie się za nimi rozejrzeć. Niech ich zaraza, jeśli tam skonali! - Po tych słowach nerwowo zacisnęła dłonie na rękojeściach obu szabli.

- Spokojnie, na pewno im nic nie będzie. - Podszedł bliżej dotykając zaciśniętych na rękojeści dłoni. Lekko, nieśmiale… - Poczekamy jeszcze chwilę i sprawdzimy co się dzieje.

Szatynka odwróciła głowę na bok. - Nic mi nie jest. Po prostu... wolałabym być z nimi. Robić coś, cokolwiek. A nie stać tak bezczynnie. Zarazem jednak... nie chcę się narażać w głupiej kabale. Ginąć nadaremno. Po prostu mam potrzebę działania.

- Hej, mamy coś do poświecenia tam na dole.

- Zdałoby się paru mężów do bitki. Kilka roztrzaskanych łbów zaraz osłodziłoby to niekończące się oczekiwanie...

Frank przesunął dłoń wzdłuż ręki dziewczyny w kierunku łokcia. - Mnie też irytuje to czekanie. Możemy za nimi ruszyć, mam w plecaku lampę. - Szepnął.

Kobieta nie oponowała wobec śmiałych poczynań mężczyzny. Dotyk silnej ręki Franka był dlań nawet miły. Ale jej myśli znajdowały się w zupełnie innym miejscu… - Opuszczenie posterunku też nie zdaje mi się dobrym pomysłem. Ale możemy zejść nieco w dół jamy, nasłuchać odrobinę. Może posłyszymy cokolwiek.

Z ciemnej dziury nagle wypadła sylwetka. Nie był to Ignasius. Nie była to Pirora. Tylko chłop Pollio. Do jego piersi przytulona była mała dziewczynka. W oczach obojga nie widać było nic innego niż obłęd i przerażenie.

- ON... DZIECIOKRAD... ON JUŻ PO NAS IDZIE! UCIEKAJMY! ILE SIŁ W NOGACH!

Alieenę na chwilę zamurowało, ale zaraz potem położyła rękę na ramieniu chłopa i delikatnie pchnęła go, zachęcając do biegu. Potem pobiegła razem z nim w kierunku wioski. Celowo trzymając się nieco za nim, by chronić go w razie czego. Frank puścił dziewczynę samemu przyglądając się jaskini. Puścił chłopa przodem, zaraz za nim Alieenę, samemu zamykając grupę ucieczkową.

Mimo mgły i ciemności dobiegliście do drogi, następnie do mostu i w końcu do wioski. Wydawało wam się, że niebezpieczeństwo zostało daleko za wami. Nic was nie ścigało. Mieliście wreszcie czas, by złapać oddech.

- Chyba się udało. Nie słyszę by cokolwiek nas goniło.

- Nie wiemy, czy za nami nie podąża. A co jeśli wciąż chce dorwać to dziecię? Może pójdę po krasnoluda, a Ty z chłopem i jego córką po kapłankę?

Frank spojrzał na chłopa i radość wymalowaną na jego twarzy. - Przepraszam. Przepraszam, że nie wierzyłem.

- Kto wierzył… - Zapytał, nie skrywając żadnej urazy.

Frank z ulgą odebrał odpowiedź chłopa.

- Diabli nadali.

- Trzeba postawić straże na nogi, a my faktycznie. Biegnijmy do kapłanek. - Zgodził się z dziewczyną.

Następnie ruszyła w stronę oberży. Gotowa wyciągnąć krasnoluda i jego cudowny flakonik z łoża, choćby siłą.

- Chodź Pollio, niech kapłanki sprawdzą, czy z córką wszystko w porządku.

Dla ojca najważniejsza była teraz żona i córka. Starczyło mu na dzisiaj przygód. Nie zamierzał spędzić w Grzędach ani chwili dłużej niż było to konieczne. - Zawołajcie tedy kapłankę i przyjdźcie do mnie.

Frank kiwnął głową. Odczekał aż ojciec odbiegnie stojąc na moście niczym strażnik na jedynej drodze oddzielającej napastnika od ofiary, po czym rzucił się pędem do kapłanek.

Niedługo potem pod drzwi izby chrapiącego krasnoluda wbiła zdyszana Alieena bint Malikr. Zaczęła dobijać się głośno do zakluczonych drzwi. - Wstawaj! Nie śpij jak ten tłusty wieprz! Dzieciokrad może tu być lada chwila, przyprowadziliśmy porwane dziecię wprost z jego leża! Może być nam potrzebny magiczny wywar i twój oręż!

Wyrwany ze snu brodacz przetarł oczy. Usiadł, zamlaskał, zacharkał i splunął w kąt pokoju. - Że co kto zrobił?

- Podobno krasnoludy słyną z sowiego słuchu. Wyjdźże, miast kryć się jak lis w norze. Ledwie zbiegliśmy Dzieciokradowi z jego niedoszłą ofiarą, pewności nie ma iż nie depcze nam po piętach, a tylko ty masz likwor zdolny go powalić. - Dobiegł podniesiony, acz stłumiony głos zza drzwi.

- I jeszcze coś... możesz zacząć szukać nowych śmiałków.

- Cicho tam, bo po karczmarza pójdę! - Dobiegł krzyk z innego pokoju.

Bint Malikr przełknęła soczystą obelgę. Nie chciała wszczynać awantury pośrodku nocy, ale cisnęły jej się na usta ostre słowa. Czekała dalej aż krasnolud otworzy drzwi.

Kobieta o zbyt długim imieniu do zapamiętania w końcu się doczekała. W progu pojawił się Grim z rozczochraną grzywą, w przepasce biodrowej i uzbrojony w topór. Nie wyglądał na zadowolonego. - Trzeba nam ognia, stal tu nic nie zadziała. Gdzie inni chojracy?

- Nie wiem, czego nam trza. Pewnym jest jednak, że reszty już nie ujrzysz. Bowiem nikt więcej jamy Dzieciokrada nie opuścił. A czuliśmy na plecach oddech bestii. Można więc uznać, że skonali. Pozostałam tylko ja... i Frank. Pospieszajmy na główny plac wioski, może koszmar nie odpuścił pogoni i wkrótce się zjawi. Gotów wydrzeć nam swoją niedoszłą ofiarę. To córka chłopa Pollio, on też się ostał żyw.

- Chodźmy, weź pochodnię. Przyda się. - Grim nie oceniał i nie zadawał zbędnych pytań. Zmarszczył tylko czoło i wziął wiązkę wspomnianych pochodni. Alieena skinęła i ruszyła na zewnątrz wespół z krasnoludem.

Wyszliście z karczmy i doszliście do zamglonego, trawiastego placu, który miejscowym służył do pikników, festynów i tym podobnych rozrywek. Liczne brukowane ścieżki ozdabiały egzotyczne krzewy, rośliny i kwiaty, pielęgnowane przez siostrzysko Celenę. Wysoki posąg w fontannie przedstawiał Mityarę jako patronkę wszystkiego, co kwitnie. Nikogo tu nie było i panowała zaklęta cisza. Byliście jak dzieci w mgle, niepewni kolejnego posunięcia Dzieciokrada.

- Gdzie jest ten duży? I ten ojciec porwanej? Nie ma ich... Pewnie zaprowadził ich do kapłanek, chodźmy sprawdzić. - Wskazała głową na północ, w kierunku klasztoru Mityarianek.

Nie oponował. Przez drogę doprowadzał swojego irokeza do ładu ziewając w przerwach.


Frank biegł na przełaj nie oglądając się za siebie. Mgła nie wydawała się naturalna i może to był powód dla którego nikt nie widział Dzieciokrada, a dzieciaki ginęły? Tak czy siak, niezależnie od słuszności swoich podejrzeń należało działać. Dopadł do drzwi łomocząc w kołatkę. W kilku prostych zdaniach zreferował problem. Potrzebowali siostry do obejrzenia córki Pollio, oraz pochodni i fiołek oleju w największej liczbie jaką siostry mogą zorganizować. Chwilę później usłyszał kroki. Dwie postacie biegły od strony miasteczka. Jedna chyba niska lub ciężka sądząc po odgłosach. Po chwili zobaczył Alieenę i krasnoluda w samej przepaskę biodrowej. Stłumił uśmiech. - Co wy tu robicie? Mieliście pilnować wioski.

Alieena zwróciła wzrok z oczu zaspanej kapłanki na Franka. Nawet ucieszyło ją, że mężczyzna był w pełni sił. Istniało ryzyko, że nadnaturalne monstrum mogło dorwać go w tym czasie gdy udała się do Grima. - Dobrze cię widzieć. Przybyliśmy tu, bowiem nie zastaliśmy was na placu. Byliśmy ciekawi co z tobą, Pollio i jego córką.

Frank uśmiechnął się. - Tez się cieszę, że cię widzę. Pollio postanowił wrócić do domu, a ja chce sprowadzić kogoś kto obejrzy dziewczynę.

- Zatem poczekajmy wspólnie.

- Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 26-11-2020 o 21:33.
Clutterbane jest offline  
Stary 26-11-2020, 20:51   #5
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Przekładające obowiązek nad dobry i długi sen siostry Mityarianki rozumiały powagę sytuacji i waszą w tej sytuacji rolę, mimo że nie były wszechwiedzące i wszechmocne, jak to często się prostemu ludowi wydawało, kiedy któregoś z nich lub czyjeś zwierzę złożyła choroba lub inne paskudztwo. Wysłały jedną ze swoich, znaną Grimowi z fachowych opatrunków kapłankę Celenę, aby zajęła się Nauri i przy okazji pocieszyła słowem całą rodzinę w tych naprawdę trudnych chwilach. Otrzymaliście od przepięknej Aurëlyn dziewięć pochodni i sześć butelek oliwy z oliwek, w czym pomógł pomarańczowy czub krasnoluda Grima, uważanego w Grzędach za nieustraszonego bohatera i jedyną nadzieję zdesperowanych rodziców. Zapytano, czy potrzebujecie skorzystać z eliksiru lorda Lirasela, choć zakonnice nalegały, by jego wypicie nastąpiło w ich obecności - był zbyt cenny, by go tak po prostu oddać w ręce przypadkowych poszukiwaczy przygód, którzy równie dobrze mogli go przehandlować w Cyfaraun za kilka monet… A Karl? Jego stan nie zmienił się za bardzo w ciągu tych kilku godzin. Nadal dochodził do siebie i ta rekuperacja zajmie mu jeszcze wiele dni i nocy. Siostrzysko Celena wątpiło, że kiedykolwiek zdoła wymówić jeszcze choćby jedno słowo, tak czarna magia Dzieciokrada zdeformowała jego usta i język, który, zgniły i sczerniały, musiał zostać amputowany… To, że wciąż żył, samo w sobie było cudem zesłanym przez Matkę Litości. Słyszącemu o losie zaufanego kompana Grimowi zwanego Kamieniem pozostało w tą bezksiężycową, mglistą noc unieść ku ciemnemu niebu i zacisnąć pięść, przysięgając na Wielkiego Ojca krasnoludów i wszystkich przodków krwawą zemstę na sprawcy tej okrutnej zbrodni. Na Dzieciokradzie… Jednak przysięgi były w dużej mierze na nic, skoro wciąż nie wiedzieliście, gdzie tej nocy uderzy, a mógł wybrać dowolne domostwo spośród około sześćdziesięciu rodzin zamieszkujących Grzędy Mityary. Wiedzieliście zaś, gdzie znajdowało się leże tej plugawej bestii, gdzie można było uderzyć, jeśli starczało konceptu odwagi…

Frank podziękował za "dary" w postaci pochodni i oliwy, i ruszył w kierunku domu Nauri. Im szybciej się tam znajdą, tym lepiej. - Nie wiemy, gdzie uderzy, może warto obstawić wejście do jaskini?

- W sile ludzi i z eliksirem mogę się tam udać. Nie zamierzam powtarzać błędów pozostałych. A co do ów likworu... Siostro Aurëlyn, znalazłaś więcej informacji o driadzie Kalyke w dzienniku lorda Lirasela? Sam fakt znajomości uwarzenia takiego wywaru sugerowałby, że owa istota zaznajomiona jest doskonale z naturą naszego przeciwnika. Roztropnym byłoby zasięgnąć jej rady.

W pisanym w pośpiechu dzienniku nie przetrwało o tym spotkaniu więcej niż to, co już słyszeliście. Driadę Kalyke trzeba byłoby odnaleźć na własną rękę w starożytnym lesie Viaspen, budzącym trwogę w sercach Grzędzian. Jeśli w ogóle wciąż żyła, bo zapiski lorda mogły mieć nawet ponad dwa tysiące lat.

- Czas nagli kobieto, a Ty chcesz szukać jakichś wróżek. Chcecie to pijcie te szczyny, ja już mam broń na tego skurwysyna. Dziewczynka żyje, czyli nie zjada ich od razu. Teraz będziemy pilnować wioski. Jeżeli nie zniknie żadne dziecię to wypłoszymy go tak jak mówiłem. W innym wypadku będziemy mieli gotową pułapkę jak znowu wyjdzie na polowanie.

- Załatwimy to w dzień, teraz trzeba pilnować dzieci. Biegiem!

Grimowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zabrał otrzymane dary i ruszył z powrotem do wioski.

Alieena bint Malikr skinęła głową. W drodze odezwała się jednak do Grima. - W pełni ufam w twe mocarne ramię, mości krasnoludzie. Imponuje mi twa wrażość i zapał. Ale ów ponura sprawa ma bardziej złożoną naturę. Nie mamy tu do czynienia jeno ze zwykłym przeciwnikiem, tylko jakąś nadnaturalną kreaturą. Roztropność jest więc niezbędna, coby go pokonać. Dlatego sugerowałabym, abyśmy zebrali jak najwięcej informacji oraz siłę stronników. A ów czarodziejski likwor wcale nie musi być "szczynami", jak powiadasz, prędzej niezbędnym elementem do unicestwienia stwora. Nie sądzisz, że dość już ludzi wyprawiłeś na tamten świat? Nie ma sensu iść im w sukurs. Powtarzać tych samych błędów. Nie miej mi tego za złe brodaczu, li upraszam was. Tym razem zadziałajmy z głową. - Na koniec uśmiechnęła się przyjacielsko w jego kierunku. - Jeśli chcesz porobić toporem, to w lesie Viaspen pewnikiem będzie ku temu zacna okazja. Zaś zapoznanie się z tropem prowadzącym do driady Kalyke może dać nam znaczną przewagę w zbliżającym się starciu z "Dzieciokradem".

- Znając życie ta mikstura pewnie jest na jakimś samogonie. - Dodał Frank maskując sarkazm.

- Jak na samogonie, to pewnie zasmakuje naszemu towarzyszowi. - Powiedziała do Franka mrugając porozumiewawczo okiem.

- Grim nie odzywał się przez chwilę. Po minie było widać, że bije się z myślami. W końcu się odezwał: - Tym razem Ci odpuszczę, ale jeszcze raz mi powiesz, że z mojej winy zginął towarzysz... To przekonasz się na własnej skórze co te ramiona potrafią. Nie mam wścieklizny. Mam za to cel i wiem jak do niego dotrzeć. Chcesz błądzić w lesie, Twoja sprawa. Ja się skupię na zemście.

- Niech bogini ustrzeże, żeby ta zemsta nie zaprowadziła cię do mogiły...


Armis Carnius

Usłyszeli jak wrota klasztoru się otwierają i wychodzi z niego jeszcze jedna osoba, lecz odziana w płaszcz wojskowy i rozświetlająca mroki pochodnią. Jakiś mężczyzna w skórzanej zbroi i mieczem u pasa coś mówił z uśmiechem zamykającej wrota siostrze, by ruszyć za nimi. Obrazu dopełniał plecak, krótki łuki i bardzo charakterystyczna torba zarzucona przez ramię. Mniej więcej w tym momencie dołączył do nich nieznajomy... wtrącając luźno: - Zależy jaki rodzaj to zemsty... i ile jest się w stanie poświęcić, aby jej dopełnić. Czasami się nie opłaca. Więc… - Mężczyzna z torbą medyczną przeciągnął słowo... i przeszedł do konkretnego pytania. - Jaki macie plan?

- A ty kto, że się tu po nocy kręcisz?

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. - Armis Carnius. W sumie mógłbym zadać to samo pytanie i uzyskalibyśmy tą samą odpowiedź.

- Wątpię. Nie nazywam się Armis.

- To dobrze. Dwóch medyków to już byłby tłok.

- Ale jak już jesteś i masz pochodnie, to zapraszamy do wioski. Trzeba poświecić i popilnować dzieciaków.

- To to jest ten plan?

- W takim razie wypierdalaj, mamy już siostrę Celenę. - Frank ruszył za siostrą do wioski.

Armis się zaśmiał nie robiąc sobie nic z jakże subtelnej uprzejmości. Nadal krocząc w kierunku wioski.

Grim złowrogo łypał na nieznajomego. Nie był w najlepszym humorze. Zmielił w zębach przekleństwo. - Siostro, prowadź do domu Pollio, nie mamy czasu na pierdoły.

Armis się zaśmiał nie robiąc sobie nic z jakże subtelnej uprzejmości. Nadal krocząc w kierunku wioski.

- Towarzystwo Armisa może wam tylko pomóc, ars medica mu nie obca. - Powiedziało siostrzysko, starając się załagodzić bezsensowną sprzeczkę. - Walczył z trucizną i musiał spędzić u nas trochę czasu w szpitalu jak Karl, ale już jest w pełni sił. Wie, co się dzieje w Grzędach i jaka wasza w tym rola.

- Możemy mniej gadać, a więcej przebierać nóżkami? Nie jesteśmy tu po to, żeby sobie gaworzyć przy świetle gwiazd. - Upomniał siostrę Celenę Frank. - Będzie czas na poprawne przedstawienie się jak uporamy się z problemem Dzieciokrada.

- Zaiste, nie ma co mleć ozorem. Poszukajmy monstrum.

Poczekaliście przed domostwem Pollio. Nie trwało to długo. Siostrzysko diagnozą potwierdziło, że dziewczynce nic nie będzie, choć koszmarne przeżycia ją wycieńczyły. Jako zalecenie wystarczyło kilka ogólnych rad jak ruch, ciepłe posiłki, dużo snu i pospolite zioła na wzmocnienie. Kapłanka podziękowała wam za pilne powiadomienie i zamierzała już wybrać się w drogę powrotną do klasztoru. Rodzice porwanego dziecka ze łzami w oczach jeszcze raz wyrazili wdzięczność za to, czego dzisiaj dokonaliście. Celena dołączyła się do tych wzruszających serce podziękowań. Ojciec Pollio przedstawił bieg wydarzeń w najmniejszych detalach i wspomniał z należytym szacunkiem tych, którym nie udało się uciec przed Dzieciokradem. Nigdy w raczej nudnych, jednostajnie płynących żywotach Alba, Pollio i Nauri nie widzieli takiego aktu bohaterstwa. Nie zapomną go do końca życia.

Gdy Grim usłyszał historię Pollio, poklepał go po plecach i pogratulował odwagi. Zmęczony i znudzony czczym gadaniem ludzi, którzy woleli wysłać chłopa do jamy zamiast mu pomóc, wrócił bez słowa do karczmy.

- To co to za historia z tobą w klasztorze? Nie byłeś jednym z drużyny Grima. Co tu robisz?

- Jestem wędrownym medykiem. Słyszałem o pewnych ciekawych ziołach w tych lasach, to przybyłem. Niestety miałem pewną przygodę i trochę mną sponiewierało. Ciężko się leczyć samemu, ale na szczęście przygarnęły mnie siostry.

- Przy okazji posługi lekarskiej, a wiedzcie, że nie jest wcale taka powszechna, trochę handluję i takie tam. W końcu trzeba dbać o własne interesa, nie? A jak jest z wami?

Alieena bint Malikr z mieszanymi uczuciami wysłuchała opowieści chłopa. Czuła trwogę przed magicznym stworem, mogącym się zmaterializować z czystego powietrza, odpornym na potęgę stali i zdolnym powalić jednym ciosem człeka (nawet jeśli nie wojownika), niechęć do lekkomyślnego Ignasiusa, który zmarnował cenne minuty mogące ocalić wszystkich oraz szacunek do poległej Pirory, która wespół z chłopem Pollio wykazała się największą ostrożnością i roztropnością. A także radość, że udało się uratować młode dziewczę i jej ojca a zarazem zdradzić nieco informacji o naturze koszmarnego oponenta.

- Jestem Frank, najemnik i obecnie poluję na Dzieciokrada, ale to pewnie już wiesz.

Frank wysłuchał historii chłopa. - Durny ten gryzipiórek. - Skonstatował. - Ale dziewczynie należy się godny pochówek.

- Zaiste. Ich ofiara nas jednak wiele nauczy. Następne starcie będzie ostatecznym dla maszkary.

Frank skinął głową. - Jeśli ta bestia boi się ognia, należy rozpalić ogień dzień i noc przed wyjściem z jaskini, dopóki nie znajdziemy driady i nie przygotujemy więcej samogonu. Kamienie jej nie powstrzymały, bo zamieniała się we mgłę, ale nie uchroni go to przed ścianą ognia.

- Trzeba będzie przekazać to wieśniakom.

- Sprawdźmy czy gdzieś nie kręci się dzieciokrad pod postacią mgły. Może powinniśmy ustawić jakieś warty tej nocy?

- W drodze powrotnej możemy się rozejrzeć. Myślę jednak, że do tej pory usłyszelibyśmy jakieś krzyki, gdyby raczył wrócić. Bestia chyba dała sobie spokój na tę noc. Siostro, czy wiesz gdzie znajduje się las Viaspen? - Postanowiła zapytać, zanim się rozdzielą. Po usłyszeniu odpowiedzi skinęła głową kapłance.

Armis wzruszył ramionami. - Trzeba przyznać, odważna to była ta dwójka... szkoda ich, ale ich imiona zostaną zapamiętane. Pewnie ktoś zmówi modlitwę za ich dusze, ja ich nie znałem. - Spojrzał na Franka i nieznajomą kobietę... z cycuszkami na wierzchu. - Odpuściłbym tej nocy. Lepiej odpocząć. Po tej rekonwalestencji chcę się napić, bo… - Wskazał kciukiem za siebie w kierunku klasztornego szpitala i dodał cicho. - Przymusowa abstynencja. - Medyk przewrócił oczami dodając niemy komentarz do swoich słów, ale zaraz potem spojrzał na Siostrę Celenę i puścił jej ukradkiem oczko.

Choć było coś pociągającego w nieśmiałych zalotach muskularnego Franka, to z kolei wzrok Armisa na jej dekolcie i jego gest w kierunku kapłanki wzbudził silne obrzydzenie w Tancerce Ostrza. Wykrzwiła na moment brwi, po czym odwróciła z niesmakiem twarz. - Ja chyba złożę głowę do snu. Dość mi na dzisiaj wrażeń.

Kiedy kładliście się do karczemnych łóżek, wydawało się, że nadejdzie lepsze jutro. Po wczorajszej mgle nie było prawie śladu, nie dokuczała też mżawka, od której wasze ubrania były wilgotne, a niewiele mieliście przecież na zmianę; jedynie dzień wstawał trochę pochmurny. Niespodziewanie powstającą z kolan nadzieję powalił krzyk. Kobiecy krzyk. Pełen matczynej rozpaczy. Koszmar senny czy déja vu, Grim zwany Kamieniem zastanawiałby się... gdyby tylko znał takie słowa. - Ria! - Imię to wkrótce miało być na ustach całej wioski. Kolejna dziewczynka została porwana zeszłej nocy. Nie było co do tego wątpliwości. Mogliście głowić się i troić z wartami i tym podobnymi środkami ostrożności, ale podobnie jak dwadzieścia wieków temu, zbrojne patrole i godziny milicyjne nie mogły powstrzymać okrucieństw Dzieciokrada. - Ria!

Krasnolud zszedł do izby w pełnym rynsztunku. Wyglądał bardziej ponuro niż wczorajszego dnia. - Fullo! Zbierz chłopów. Mamy robotę do wykonania. - Łysy, okrągły karczmarz widząc twoją determinację wytarł ręce o fartuch i poszedł spiesznym krokiem po kilku chłopa.

Tymczasem koło wyjścia z izb sypialnych Alieena złapała Franka i Armisa. - Krasnolud chce zrobić kipisz razem z chłopami. Wykurzyć potwora z nory, co pewnie skończy się nie lepiej niż ostatnio. Wy wyglądacie na mniej raptownych. Może udalibyście się ze mną do lasu Viaspen? Poszukać śladu tej driady z dzienika Lirasela?

Słysząc że Kraś chce wykurzyć coś co... no, nie żyje w normalnie rozumiany sposób... uśmiechnął się krótko i drwiąco. - Geniusz. - Skomentował krótko zachodząc w głowę ile jeszcze osób umrze... i jak długo ludzie będą go słuchać, aż go spalą na stosie jak biednego Lorda... tylko Lord akurat był bez winy i był tym co ogarniał. - Jasne. Tylko walczymy w ostatecznej ostateczności samoobrony, nie? Ja ten od składania, mnie raczej nikt nie poskłada w terenie. Żeby nie było.

- Rzecz oczywista.

- Musimy wiedzieć gdzie znaleźć tą driadę. To oznacza wizytę w klasztorze. Pewnie dwór jest już przeszukany i nic tam nie znajdziemy, ale puszcza jest olbrzymia. Szukanie tam driady może zająć całe życie. - Frank nie skomentował zachowania krasnoluda. Od początku wyglądało na to, że matka musiała upuścić Grima głową na twardy kamień. Kilka razy. Pomyślał chwilę przy jedzeniu. - Powinniśmy w pierwszej kolejności odbić dziewczynę. Wiemy już gdzie ją przechowuje. Może warto byłoby spalić ten pokój? Może wraz z Dzieciokradem? Hej, Grim, co o tym sądzisz?

- Nie gadam z tchórzami.

- Jak chcesz. Ty tu jesteś bohaterem.

Grim powiedział zebranym czego potrzebują do wykonania jego planu. Gdy już wszyscy zebrali potrzebne materiały i narzędzia wyruszyli przed jamę wykopać wilczy dół. Wyłożyli go słomą, którą polali oliwą i smołą. Leśniczy naciął kilka drzew tak by jednym ciosem można było je powalić w kierunku dziury. Na koniec przykryli dół chrustem i liśćmi. Pozostało dogadać kwestię wywabienia potwora ze swego leża.

- Uparty pokurcz. - Frank zastanawiał się przez chwile: co dalej? Jak znaleźć driadę w lesie? Jak się nie zgubić w puszczy? Gdzie jej szukać? Zgadzał się, że to może pomoc, ale nie wiedział jak się za to zabrać. - Powinniśmy odbić dziewczynę. Dopóki Dzieciokrad ma dziewczynkę, dopóty ta pułapka krasnoluda będzie bezużyteczna. W zasadzie będzie bezużyteczna również później.

Zauważyłaś jarzącą się jaskrawą zielenią, niematerialną nić. Chyba tylko ty ją widziałaś. Wychodziła przez okno karczmy i prowadziła wśród chmur w stronę zachodniego brzegu lasu Viaspen. Znak od bogów, którym służyłaś, czy podstęp duchów zamieszkujących starożytny las...? Tego nie wiedziałaś.


- Kapłanki nie znają lokalizacji driady. Pytałam je już wcześniej. Na ten temat dziennik Lirasela milczy jak zaklęty. Ale już wiem gdzie iść. Musimy się tylko przygotować i poprosić brodacza o jednego muła. A to może być zadanie nie trudniejsze od powalenia Dzieciokrada.

Frank myślał przez chwilę. Byłby skłonny pójść, ale na dole pozostawało dziecko. Dziecko, które należało uratować. Gdyby tylko Grim miał trochę oleju w głowie, można było mieć nadzieję, że je uwolni, ale ten wolał kopać dół. Z drugiej strony w nocy zniknie kolejne dziecko. - Martwię się o to dziecko.

- Będą kolejne jak nie zrobimy czegoś konkretniejszego, niż wyciąganie ich, raz za razem, z pieczary, kosztem wielu żywotów. Musimy załatwić to raz na zawsze, miast kluczyć w kółko. Moja bogini nienawidzi stworów nocy i odnoszę wrażenie, że wskazała mi drogę do driady. Wynajmijmy muła od chłopów i ruszajmy, zanim krasnolud ziści swój szalony plan.

- Chyba, że zatłuklibyśmy drania w jego norze. - Frank nie podzielał entuzjazmu kobiety.

- A jeśli nie? Wtedy co?

- Wtedy to już nie będzie nasz problem. Nie znam się na skradaniu, ani nie znam się na tropieniu, na naturze. Pójdę z tobą, ale jak długo nam to zejdzie?

- Nie ma armii dość dużej, by zdołała podbić znany nam świat. Lecz sama wiara może wywrócić do góry nogami cały wszechświat. Udamy się ku zachodniemu krańcowi lasu Viaspen, gdy tylko skończymy przygotowania. Ale oby jak najrychlej.

- Karczmarzu, da radę wypożyczyć muła?

Karczmarz poradził, że może któryś z chłopów będzie skłonny wypożyczyć jakieś zwierzę juczne pod zastaw.

Armis robił to co należy.. pił piwo i sobie siedział. - Dwie sprawy. Pierwsza, nie wiemy jak głęboko trzeba się zapuścić by znaleźć driadę, a na puste słowo... ciężko mi uwierzyć w takie przyfarcenie losu. Druga, rozumiem, że macie coś sensownego w zastaw, bo ja niestety tylko to co widzicie i nie, nie za bardzo mam zamiar się rozstać. Nawet jeśli, to niewiele by z tego było. - Napił się piwa w namyśle…

- Może łatwiej byłoby rozmówić się z Krasnoludem...?

- Nie wiem, czy łatwiej. Chociaż pewnie by mniej sobie zażyczył. Tyle, że poszedł wykonać swój wielki plan.

- A jeśli nie chcesz spróbować, to udaj się pomóc krasnoludowi.


Grim zwany Kamieniem

Przed jaskinią wszystko szło zgodnie z planem krasnoluda. Pułapka na Dzieciokrada była wkrótce gotowa. Spojrzałeś na zachmurzone twarze leśniczego Gundusa i chłopów, w te oczy pozbawione nadziei. Wszyscy w duchu modlili się do znanych i nieznanych bogów o powodzenie twojego pomysłu. Spoglądaliście w czarną dziurę. Ktoś musiał wywabić potwora.

- Macie się schować i miejcie pochodnie w gotowości. Wrzucicie je jak skurwiel wpadnie, nie wcześniej. Potem reszta zbije drzewa i oby więcej nie wyszedł.

Leśniczy Gundus potwierdził i życzył ci powodzenia tam na dole.

Krasnolud zamoczył porządnie ostrza swoich toporów w smole. Jeden z nich podpalił, a drugi zawiesił przy pasie nie zważając na ubranie. W drugiej ręce ściskał gliniane naczynie wypełnione naftą. Po kilku chwilach zniknął w mrocznej czeluści. - Hej, hej, hej! - zadudnił basem krasnolud - Gdzie się ukrywasz skurwysynie? Mam dla Ciebie niespodziankę!

Tylko cisza odpowiedziała na twój krzyk. Póki co. Doszedłeś już ci znanym, krętym tunelem do rozwidlenia, gdzie stoczyłeś ponurą walkę z Dzieciokradem i jego karłowatymi sługusami... czy też dziećmi. Leżał tu jeszcze twój toporek, którym w szale bojowym poznaczyłeś niejedno miejsce w formacjach skalnych. A także rozbita butelka nafty, wypalona pochodnia i złamana strzała Lucjusza... Ze zwłok pokonanych potworów zostały jedynie dwie kałuże zastygłej, czarnej mazi, jakby po śmierci kreatury rozpuściły się w substancję z nieznanych pierwiastków.

Krasnolud zabrał zagubioną broń, przypomniał sobie również o drugiej w jamie pełnej kości, ale miał teraz inne priorytety. Odpalił pochodnię od toporka i zostawił na skrzyżowaniu.

- Chodź tu! Muszę rozpłatać Ci łeb i zobaczyć co masz w środku! Założyłem się, że jest pełen gówna i muszę się upewnić!

Wciąż odpowiadała ci tylko cisza. Schodziłeś coraz niżej i niżej, kiedy niespodziewanie coś rozmiaru goblina skoczyło na twoje plecy i ugryzło cię w szyję. Nie minęło bicie serca, a jakieś stworzenie, może szczur, próbowało wtopić kły prosto w twoją kostkę. Poznałeś po piskach, że podeszły cię od tyłu karłowate, szaroskóre pomioty Dzieciokrada. Ten przy nodze zdołał w końcu przegryźć się przez grubą cholewkę buta. Poczułeś promieniujący ból, ale zacisnąłeś zęby, gotów odpowiedzieć na krzywdę toporami. Próbowałeś odpędzić się od gnomowatych, niemożliwie agresywnych stworów, ale chwilowo nie mogłeś zdobyć nad nimi przewagi. Kiedy wciąż próbowały przegryźć żyły pulsujące pod twoją stwardniałą od magicznych run skórą, wreszcie topór spadł celnie i rozpołowił żądnego krwi stwora przyssanego do twojej rozkrwawionej kostki. Ten drugi jednak nie zamierzał tak prędko odpuścić. Może w ogóle nie znał strachu. Jednak zanim zdażył się zemścić, przycisnąłeś go plecami do ściany jaskini. Jęknął z bólu, kiedy impet uderzenia zmiażdżył jego miniaturowe członki. Nie dogorywał długo. Przycisnąłeś go butem i zakończyłeś toporem ten plugawy, niegodziwy żywot.

- Wyjdź tchórzu, te Twoje pomioty nie są dla mnie wyzwaniem!

Schodząc coraz niżej usłyszałeś za ścianą po twojej prawicy szum wody. Podziemna rzeka...? Możliwe. Mógłbyś skręcić w tą stronę, gdyby nie kupa kamieni zostawionych tutaj tak, jakby zawalił się tunel. Jakby, bo na twoje krasnoludzkie oko tunel nigdy się nie zawalił, ale sterta gruzu mogła zmylić niedoświadczonych grotołazów. Może była to kolejna sztuczka przebiegłego Dzieciokrada, tłumacząca w jaki sposób pojawił się nagle przed uciekającymi poszukiwaczami przygód… Odgruzowałeś przejście i ruszyłeś dalej w dół nowo-odkrytym, krętym tunelem. Doszedłeś do miejsca, w którym mogłeś albo wejść do obszernej jaskini, gdzie płynęła podziemna rzeka albo iść innym korytarzem w górę, najprawdopodobniej w tą samą stronę, gdzie znajdowała się nibysypialnia dla porwanych dzieci. Niedaleko od ciebie, u wejścia do groty, leżała głowa porcelanowej dziewczynki. Gdy przechodziłeś koło niej, oczy zabawki wydawały się śledzić twój każdy ruch. Dalej widziałeś więcej części lalek, koników, koralików...

Ruszyłeś przyjrzeć się wartkiej rzece. Interesowało cię, gdzie może wypływać. Zanim zdołałeś to chociaż w przybliżeniu ustalić, podejrzany szelest ostrzegł cię przed śmiertelnym niebezpieczeństwem. Byłeś w legowisku Dzieciokrada. Czaił się gdzieś w ciemnościach, zaalarmowany twoimi krzykami i światłem pochodni. Wilgotne powietrze jaskini wypełnił straszliwy pisk, od którego mogła pęknąć głowa. Zapomniałeś o tej taktyce Dzieciokrada. Od pulsującego bólu w skroniach aż zgrzytałeś zębami. Z nosa zaczęła ciec krew, szybciej nawet niż płynęła podziemna rzeka, jednak ustałeś na nogach. Nikczemna kreatura pozostała w ciemnościach, ale czułeś, że się do ciebie zbliżała. Ciężko ranny podobnie jak w poprzednim spotkaniu z tym przeciwnikiem rozlałeś naftę i uciekłeś w górę odkrytego tunelu. Nie słyszałeś pogoni, ale Dzieciokrad mógł przecież poruszać się bezszelestnie. Zostając w podziemiach ryzykowałeś śmierć.

- Za mną Ty głupi chuju! Na co czekasz?!

Dobiegłeś do rozwidlenia niedaleko od wyjścia z podziemi. Zaczaiłeś się, obserwując zostawioną na skrzyżowaniu pochodnię. Nagle żagiew otoczyła chmura jakby mgły. Sprawiła, że płomień zgasł. Teraz kierowała się w twoją stronę.

- Ty skurwysynu!

Płynęła w twoją stronę wolno. Nie było to w ogóle bliskie tempa, z jakim Dzieciokrad ścigał cię w tym miejscu ostatnim razem. Syknąłeś przekleństwo. Rzucony toporek uderzył o stalaktyt. Mgła dalej pełzła w twoją stronę, ale rzuciłeś się do ucieczki. Wybiegłeś na powierzchnię. Leśniczy Gundus i chłopstwo wydało z siebie okrzyki zaskoczenia, widząc twój ciężki stan. Czekaliście w napięciu, mając nadzieję, że Dzieciokrad wpadnie w pułapkę. Nic takiego jednak się nie stało. Nie opuścił legowiska. Może jak gobliny, z którymi miałeś trochę doświadczenia, nie znosił światła słonecznego.

Grim był wściekły nie na żarty. Ze złości uderzył kilka razy toporem w drzewo. Gdy już ostygł opuścił głowę i odwrócił się do zebranych. - Musi bać się światła, to oczywiste. Będę czekał na niego w nocy. Znalazłem jego leże i jest tam rzeka, ale nie wiem gdzie wypływa.

- Podziemna rzeka? - Zapytał zaskoczony leśniczy, drapiąc się po brodzie w zamyśleniu. - Na pewno nigdzie blisko... Może w lesie?

- Krasnolud pomyślał chwilę, obejrzał swoje rany i odezwał się ponownie. - Nie widziałem i nie słyszałem dziewczynki. Nie wiem co mógł z nią zrobić.

Brak informacji o porwanej Vali nie pocieszał. - Nie traćmy nadziei...

- Gdzie Ci najemnicy? Poszli już do lasu?

Gundus wątpił, żeby zdążyli wyruszyć.


Jakiś czas później, kiedy przygotowywaliście się do wyprawy w sam środek starożytnej puszczy, próbując zorganizować muła albo inne zwierzę juczne, usmarowany krwią krasnolud wrócił z jaskiń w towarzystwie leśniczego Gundusa i chłopstwa, które pomagało przy pułapce na Dzieciokrada. Wszyscy byli ciekaw ich przygód.

- Na Iannę, mówże! Podołałeś?! Nalej mu piwa, co żywo! Pewnie wielce spragniony.

Grim z początku unikał wzroku. Było mu wstyd, że nie zginął tam na dole w walce z Dzieciokradem, a do tego rozmyślał czy nie wypić tej elfiej mikstury. Przeklęty niech będzie po trzykroć ten stwór i jego ród, przez którego wypije coś co stworzył elf. A co jeżeli to będzie wino? Skrzywił się jeszcze bardziej na tą myśl.

Alieena bint Malikr przyglądała się krasnoludowi w napięciu. Jego wymowne milczenie jednak karmiło jej najskrytsze obawy.

- Nie dałem rady. Zaskoczyły mnie te jego pomioty, ubiłem i znalazłem jego leże. Jest tam rzeka pod ziemią, pewnie prowadzi do lasu, a przynajmniej tak leśnik mówił. Mądry jest, chyba ma rację.

- A dziecko?

Chwycił za kufel, który podał mu Fullo. Wychylił na jeden haust, nie trwało to nawet pięciu sekund. Otarł pianę z wąsów i beknął porządnie. Chyba poprawił mu się humor. - Nie widziałem, nie słyszałem. Jego leże było ukryte za gruzem przed tą, tą, no... tym pokojem dziecka. Skurwiel znowu piszczał, podpaliłem to dojście i znowu mnie gonił. Nie wybiegł na zewnątrz. Światło go razi to jest pewne, musi się go bać. A Wy? Znaleźliście tą wróżkę? - krasnolud gestem poprosił o dolewkę. Widząc wymowne spojrzenie karczmarza wygrzebał monetę i położył ją na blacie.

- Właśnie mieliśmy się udać w drogę, ale skoroś wolny, to może dołączysz?

- Aye, dołączę. Może znajdziemy ujście tego źródła.

- Zatem ruszajmy. Musimy udać się w kierunku zachodniego brzegu lasu Viaspen. Droga do driady wiedzie w tamtym kierunku.

- Jedzenie jedzeniem, woda ważniejsza. No i jakieś namioty by się zdały.

Wyruszyliście w stronę zachodniego lasu Viaspen, prowadzeni przez kapłankę, która podobno dostrzegła znak od swojej bogini... albo dobrze blefowała. Starożytną puszczę stanowiły wiekowe cisy, cedry i dęby, a w bardziej podmokłych częściach, bliższych przecinającym las bagnom Viamir wierzby. Nieba prawie nie było widać przez korony drzew.

Krasnolud Grim wspomniał o plotce, którą słyszał w Grzędach. Młodych chłopców straszono wiedźmą, która żyła głęboko w lesie Viaspen i potrafiła zauroczyć każdego mężczyznę, aby został z nią tam na wieki… Ciekawe, czy opis ten czasem nie odnosił się do poszukiwanej przez was driady Kalyke. Zanim ruszyliście, słyszeliście też kilka innych ciekawostek, nie wiadomo jak prawdziwych. Między innymi... Kazano wam uważać na śmiertelnie jadowite pająki. Te żyjące w najgłębszych partiach "ciemnej strony" lasu, gdzie drzewa rosły tak gęsto, że nawet za dnia było tak ciemno jak podczas bezgwiezdnej nocy, osiągały podobno rozmiary koni.

Najgorszym było to, że nie były jedynymi drapieżnikami. Coś podobno polowało na owce, wyżerało im wątroby i piło ich krew. Może to był wilk, może lew, może coś gorszego... Wiedzieliście, że wątroby były powszechnie stosowane w haruspicji. Może stała za tym jakaś złowieszcza, okrutna inteligencja. Przestrzegano was też, żebyście nie podążali za usłyszanym w lesie radosnym śpiewem, bo inaczej nigdy go nie opuścicie.

Żeby nie było tak ponuro, było też kilka humorystycznych historii. Podobno pijaczek Luscus, kiedy jeszcze żył, trafił kiedyś w lesie na ogromnego muchomora. Miał drzwi, okna, a w środku krzesło i stół oraz piecyk, z którego buchał ogień. Pijaczek miejscowym opowiadał, że najadł się tam najróżniejszego jadła, zostawionego jakby dla oczekiwanego gościa.

Nikt mu oczywiście nie wierzył.


Spędziliście trzy czwarte dnia na czujnej wędrówce. Nic nie wskazywało na to, że byliście coraz bliżej celu. Po prostu szliście przed siebie, prowadzeni przez Alieenę. Kiedy nagle Frank zatrzymał ją, kładąc dłoń na ramieniu. Przed wami rozciągał się rozległy, okrągły dół, przykryty grubą i gęstą pajęczą siecią. Przykleiły się do niej złamane gałęzie, opadłe liście, kamienie, ale także resztki zwierząt, a może i ludzi, przez co zakamuflowanej dziurze było bliżej do zamaskowanego, wilczego dołu. Na samym środku tej pajęczyny leżał biały kokon. Długości mniej więcej człowieka. Wzdrygnęliście się, kiedy obrócił głowę w waszą stronę. Na tyle ruchu pozwalała mu sieć. Mężczyzna jeszcze żył. Poruszał ustami, jakby chciał prosić o pomoc, ale nie pisnął ani słowa, przerażony.
Może pająk czaił się gdzieś w pobliżu?

Zdawało ci się, że gdzieś już widziałaś tą twarz. Tak... Aż zacisnęłaś pięść na to wspomnienie. Mężczyzna ten należał do hordy bandytów, która rozbiła karawanę Farouka ibn Hameeda w drodze między Siadanos a fortem Turos Tem, biorąc wielu z was do niewoli. Był jednym z popleczników zamaskowanego herszta. Nie poznał cię. We wspomnieniach błysnęła ci straszliwa, ołowiana maska zaharańskiego demona…


- Znam tego psa. Chętnie zostawiłabym go na żer bestii… ale może mieć informacje, których poszukuje. Pomożecie mi go wydobyć z pułapki?

Poprosiła. Zastanawiała się, czy przy pomocy swojego spetum dałaby radę sięgnąć kokonu. Może jakby jej towarzysze ją przytrzymali? Musieli się też spieszyć, bo właściciel mógł zechcieć się upomnieć o swój łup.

Grim rozejrzał się po koronach drzew wyciągając swe topory. Nie miał zamiaru skończyć jak mucha w jego pokoju. Wśród koron drzew Grim nie zauważył niczego, co byłoby zdolne do utkaniania takiej sieci i polowania na ludzi jak na muchy. - Aye, tylko gdzie ten pająk? E, Ty. Gdzie to się chowa?

- Pal licho pająka, ściągnijmy tego durnia. Jeśli wieśniacy nie przesadzają, to nie chcę mierzyć się z jadowitą bestią wielkości konia. - Sięgnęła po spetum i próbowała sięgnąć, by odciąć nici krępujące uwięzionego w kokonie mężczyznę. Gdyby miała z tym problemy, gotowa była poprosić o pomoc kompanów. - Przytrzymasz mnie dla równowagi? Powinnam dać radę go odciąć z twoją pomocą.

Owinięty w kokon mężczyzna bezsłownie i bezgłośnie próbował was uciszyć, po czym oczami, ustami i ruchem głowy starał się skierować waszą uwagę ku dołowi, pod gęstą pajęczynę… Niestety panowała tam ciemność, przez którą niewiele widzieliście.

Armis przyglądał się sytuacji, by po chwili cofnąć się parę kroków z dala dołu. Spojrzał na Menirczyka. I pokazał na dół, ten który skrywała pajęczyna. Następnie przyłożył palce do ust robiąc symboliczną imitację żuwaczek. Po tym, sięgnął po miecz.

Grim zmarszczył brwi. O co chodziło zielarzowi? Czy to coś na dole miało wąsy? Chciał puknąć się w głowę, ale miał zajęte ręce.

Frank skinął głową. Wyjął dwie pochodnie, które podpalił i wetknął obok siebie. Pająki, jak większość stworzeń powinna bać się ognia. Być może uda się go odstraszyć, lub zniechęcić do ataku. - Uważajcie, pająk czai się na dole. - Ściszył głos, by mężczyzna w kokonie nie mógł go usłyszeć i dodał: - Nie wiem, czy dla niego nie jest już za późno.

Alieenie udało się dosięgnąć kokonu ostrzem spetum. Rozcięcie grubej warstwy kleistej sieci nie należało do najłatwiejszych, biorąc pod uwagę niewygodną pozycję, w której musiałaś stać, jak i ostrożność, którą należało zachować przy manipulowaniu bronią, aby przypadkiem nie wysłać niedoszłego obiadu pająka na tamten świat. Niestety nie dało się uwolnić uwięzionego w kokonie mężczyzny bez pobudzenia sieci do choćby minimalnej wibracji. Co zwróciło uwagę potwora. Tancerka Ostrzy kątem oka dostrzegła przemykający w dole cień i spięła się instynktownie do uniku... Gigantyczna, czarna wdowa, z krwistoczerwoną plamą w kształcie klepsydry po stronie brzusznej, rozerwała skrawek sieci włochatymi nogami i wypadła z ciemnej dziury, gotowa bronić swej zdobyczy.

Frank pociągnął Alieenę odsuwając ją od pajęczyny, po czym wykorzystując pęd zwinął się kładąc obie ręce na rękojeści, skręcił biodra i wyprowadził cios. Precyzyjne cięcie wbiło się mocno w ciało wdowy od miękkiego podbrzusza ścinając i wyrzucając w powietrze część odciętych odnóży. Frank napiął mięśnie prowadząc czubek ostrza mocniej przez ciało pająka. Mięśnie rwały, ale udało się dokończyć obrót wyrywając ostrze z cielska pająka. Trysnęła jucha i zielonkawa maź, lecz czerwone ślepia jeszcze nie zgasły! Jad kapał z ohydnej paszczęki, a pająk łypał złowieszczo na Franka, gotów się krwawo zemścić na wojowniku. Alieena wycofała się za Franka, ustawiając się tak, by stał on między potworem a nią. Potem wykonała atak przy użyciu spetum. Długość broni pozwalała z łatwością wykonać taki manewr. Długi grot wdarł się głęboko w odwłok bestii. Zielona posoka trysnęła strumieniem ze straszliwej rany, a spomiędzy szczękoczułek monstrum wydobył się głośny pisk.

Po wyjęciu spetum ze stłumionym, mdlącym chrzęstem przebite ścierwo odrażającej bestii spadło w ciemną dziurę. Przerażone wielkim pająkiem muły rozbiegły się po lesie, każdy w inną stronę.

- Zaraza. - Mruknął Frank widząc uciekające muły.

Niedoszły obiad potwora próbował już na własną rękę uwolnić się z pociętego ostrzem kokonu, choć nie szło mu to najlepiej. - Uważajcie! Jeszcze jest drugi taki, ale obecnie poluje gdzieś w lesie!

- Diabli nadali. Możemy poczekać, aż któryś z mułów da głos. To pozwoli nam zlokalizować potwora. No, chyba że chcemy je wszystkie uratować, w takim razie musimy ruszyć razem, w szeregu. By nie dać się zaskoczyć. - Powiedziała, wycierając broń ze wstrętnej juchy.

Frank kopnął resztki truchła z powrotem do jamy. - Zależy nam na ekwipunku, a i muły tanie nie są. - Odpowiedział dziewczynie.

- Nieźle się spisałeś, ale mieliśmy trochę szczęścia. Nie chcę wpaść w zasadzkę takiego potwora.

- Nieźle nam poszło. I nie wierzę w szczęście.

- Jednakoż racja, muły mają nasze dobra. Będzie trzeba je odnaleźć... byle nie rozpierzchły się zbyt daleko.

- W szczęście jako ślepy traf także nie wierzę, ale jako łaskę pomyślności darowaną od bogów, owszem. I gdybyś nie zaskoczył potwora tak mocarnym atakiem, to nie mogłabym go wykończyć. Zasługa za zwycięstwo zatem przypada tobie. - Uśmiechnęła się, przy okazji mrugnąwszy okiem. - Ale lepiej zajmijmy się sprawą mułów, niż roztrząsaniem, kto więcej dokonał.

Zanim odeszliście, zauważyliście, że pochodnie rozpalone przez Franka nad krawędzią dziury rzuciły więcej światła na to, co znajdowało się na samym dole, jakieś kilkanaście stóp pod pajęczyną. Widać było wyloty pięciu tuneli prowadzących gdzieś pod ziemię...

Frank wyczyścił i schował miecz, po czym wziął pochodnie i upewniwszy się, że anonim opuścił kokon, spalił całą pajęczynę.

Grim był zawiedziony. Wszystko działo się tak szybko, że nie miał okazji nawet zranić pająka. Za to nabrał nieco szacunku do nowych towarzyszy. Okazali się skuteczni w walce, chociaż do ich odwagi nadal miał wątpliwości.

Armis spojrzał w dół na pająka i przechylił głowę w zadumie. - Wiecie, jeśli to poluje na ludzi i inne zwierzęta. To może być tam całkiem nieźle ciekawostek i drobnostek na dole. Plus jaja, a te przydałoby się roztłuc, lub sprzedać. - Chwila ciszy i ściszył głos konspiracyjnie. - Chyba nawet mam kupca, ale to na drugim krańcu Imperium.

Medyk mruknął przeciągle. - Postarajcie się nic nie zniszczyć za bardzo, dobra? Chyba widzę jak złoto się wykrwawia... ale będę musiał zejść. To jak? Penetrujemy tunele?

- Muły. Najpierw muły.

- Fakt, chodźmy po nie.

Alieena nie miała czasu, aż mężczyzna sam wydostanie się z sieci, więc zanim odeszła z towarzyszami, ponownie zaczęła go odcinać. Potem pozwoliła Frankowi spalić pajęczynę.

- Ty, niemowa. Mój kumpel też stracił język i ten... Nie wiem czy się z nim dogadam. Chodź no tu. Pogadamy trochę.

Alieena uśmiechnęła się tylko ponuro. Słyszała co nieco o krasnoludzkiej sile perswazji.

Widząc, że uratowany kochanek kobiety o zbyt dlugim imieniu do zapamiętania wije się bezsilnie na ziemi, Grim zdecydował podejść samemu. Mógł się jedynie domyślać dlaczego ona go ściga, ale kojarzył sytuację w której ten biedak się znajdował. Też musiał płacić alimenty. Podniósł to co wykluło się z kokonu jedną ręką chwytając za lewe ramię. Nieznajomy już nie leżał, lecz klękał na obu kolanach. - To idziemy z nim, czy chcesz tu zostać?

Armis westchnął ciężko. - Obawiam się, że jeszcze trochę czasu nie będzie z niego pożytku. Sprawdzę jego stan, potem możemy iść szukać poczwary. Lepiej by nam nie skoczyła na kark, ale przydałoby się by ktoś został z naszym ocaleńcem.

- Nie chcę nikogo zostawiać z tyłu. Jego także... dopóki wszystkiego mi nie wyśpiewa.

Armis spojrzał na nią zrezygnowanym wzrokiem typu "naprawdę". - Dobra, dajcie mi robić to, co umiem. - Rzekł od niechcenia podchodząc do mężczyzny. - To zajmie chwilę. Będę pytał, więc odpowiadaj na moje pytania tak jak możesz. Ruch oczami też ujdzie, stoi?

- Co mi chcecie zrobić!? Dajcie mi lepiej broń! Pomogę!

Medyk spojrzał na towarzyszy. - Cóż, chyba jednak paskuda go nie ugryzła. - Spojrzał na człowieka. - Miałeś farta stary. Jak o mnie idzie, to zrozumiałe, że chcesz wpierdolić pajączkom. Tak jak ja.

- Nie dawajcie temu psu broni. Niech się cieszy, że w ogóle dycha.

Armis warknął nisko i spojrzał na kobietę… - Dobra, nieważne, ale jest więcej paskud w okolicy, a kurewsko chcę zejść do tych podziemi po łupy, bo wiecie... cierpię na braki w kasie. - Mruknął coś cicho do siebie patrząc na truchło pająka w dole. - Tak czy inaczej, dajta mu sztylet, albo ja mu dam. - Spojrzał na gościa groźnie i mruknął ściszonym głosem… - Wystaw mnie, a zawlokę twoje ledwo żywe truchło pewnym 'ludziom' co się interesują procesami z pogranicza życia i śmierci, zrozumiano?

- O, jednak gada. - Grim podrapał się wolną ręką po głowie. - To co w końcu, bo muły już daleko.

- To jak będzie? - Rzucił w kierunku ocalonego gościa medyk z szerokim, naiwnym uśmiechem wyciągając w jego kierunku szytylet. Tylko coś w oczach, pomimo równie cieszącego się, pogodnego polotu... było nie tak. Być może również to, że w bieglejszej prawej dłoni ściskał krótki miecz... dość solidnie i pewnie... i jakoś tak trzymał to ostrze pod jakimś dziwnym kątem...

- Dałeś broń bandycie, głupcze! - Uniosła się z początku Tancerka Ostrza. Po chwili jednak uspokoiła się. - Ale jak sobie chcesz, będziesz szedł plecami do niego... Skoro pies zdrowy, to chodźmy już po te muły. Zbój idzie z tyłu z Armisem.

Frank westchnął. Gdyby to od niego zależało, to by go przywiązał do drzewa i zostawił dopóki nie sprowadzą mułów z powrotem. Nie zamierzał się jednak mieszać. Zło zostało wyrządzone, odbieranie sztylety tylko poróżniłoby ich, a tego w tym miejscu nie chciał.

- Bandytą tam od razu... - Przyglądał się uważnie Alieenie. Chyba jej nie poznał. Zbiory nie dopisały, a zimę trzeba przecież jakoś przeżyć. Różne rzeczy się robiło. - Odciął się uratowany mężczyzna o twardym spojrzeniu, biorąc w brudną, spracowaną dłoń zaoferowany sztylet. Włosy miał skołtunione, a wielokrotnie cerowaną skórznię jeszcze pokrytą lepką wydzieliną czarnej wdowy. - Wy chyba również gdybyście mogli, wiedlibyście po prostu komfortowe i stabilne, nudne życie.

Grim puścił nieznajomego, juz nie miał zamiaru się wtrącać.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 28-11-2020 o 15:45.
Clutterbane jest offline  
Stary 30-11-2020, 07:05   #6
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Odnalezienie dwóch z trzech mułów nie sprawiło wam wiele trudności, zwierzętom zresztą nic się nie stało, jedynie trzeci przez przypadek wbiegł w gęstą sieć uwitą pionowo pomiędzy dwoma dębami. Próbował się z niej oswobodzić, rżąc przy tym głośno.

Medyk sięgnął po łuk i nałożył strzałę na cięciwę. Rozglądał się na boki i ku górze. Szczególnie starał się śledzić nici pajęcze... po nich pajączek będzie szedł w stronę zwierzaka w końcu. Ośmionogie poza, czy z dala od sieci? Rzadkość! - Paskudztwo gdzieś tu jest... wypatrujcie i dajcie mi znać. Może przystrzele gnoja nim się do nas, lub muła zbliży. - Zerknął na chłopa, co miał pecha w loterii darów natury tego sezonu. - Osłaniaj mnie, moje tyły.

Rudobrody przedstawiciel starszej rasy podszedł powoli w stronę zwierzęcia. Gestem ręki zachęcał towarzyszy by poczynili to samo.

- Na razie zamilcz durniu. Później opowiesz mi wszystko, co wiesz o łotrze w ołowianej masce. Bardzo dokładnie… - Alieena nie zamierzała zdradzać mężczyźnie, co planuje zrobić z nim potem. W danej chwili skupiła się na osłanianiu tyłów krasnoluda, w czym wspierała się swoim spetum. - Pilnuję twojej rzyci, ty spróbuj mu pomóc. W końcu mocarz z ciebie. - Powiedziała mając na myśli wyciągnięcie muła z pułapki.

Przegapiliście go. Czaił się za kilkoma blisko rosnącymi, oblepionymi siecią drzewami. Kiedy zwęszył okazję do ataku, zaszarżował jak odyniec na ośmiu grubych, włochatych nogach prosto na Alieenę. Mimo wieloletniego treningu w świątyni kapłanka Ianny nie uniknęła kłapiących szczęk sprytnego i szybkiego potwora. Padła w poszycie nieprzytomna, a może martwa...

Żądny zemsty za los Alieeny Grim rzucił się do walki i zaczął rąbać toporkami poczwarnego drapieżnika. Ciął strasznie, aż ostrze odrąbało jedną z włochatych nóg. Czarny potwór łypnął złowieszczo czworgiem płonących ślepi na krasnoluda.

Armis widząc sytuację niemalże rozkazał niedawno uratowanemu. - Osłaniasz mnie! - I po tych slowach rzucił się w kierunku Alieeny, kładąc broń obok i sięgając po torbę medyczną. Wpierw, zatomawać upływ krwi. Potem diagnoza czy ją zatruło...

Życie Alieeny zależało od najbliższych dwudziestu czterech godzin. Nie wyglądała, jakby jej ciało trawił od wewnątrz jad pająka. Jednakże... Kilka kropel trucizny kapnęło na jej oko, paląc je jak krople płynnego ognia i powodując trwałe uszkodzenie.

Zostawiony z tyłu mężczyzna nie mógł nie wykorzystać nadarzającej się okazji. Rzucił się biegiem do ucieczki. Zabierając ze sobą sztylet Armisa.

Krasnolud wiedział, co oznacza złowieszcze spojrzenie czarnej wdowy. W ślepiach zranionego pająka czaiła się straszliwa inteligencja. Przeturlałeś się w bok, kiedy czarny potwór natarł, kłapiąc sucho powietrze szczękami pokrytymi pianą.

Frank doskoczył do pająka jednym susem wymierzając potężny cios znad głowy. Spiął mięśnie prowadząc cios szeroko i spuścił miecz na bok pająka rozcinając dziurę od chitynowego pancerza na gorze, po nieco miększe podbrzusze. Olbrzymi pajęczak zatańczył przedśmiertnie, jucha wypłynęła przez bok, ale Frank nie skończył. Z mieczem nisko przy ziemi ciał brudno, od dołu w bok odcinając cztery odnóża. Pozbawiony równowagi pająk przewrócił się rozpadając na dwie części.

Frank nie czekał aż kurz opadnie. Dopadł leżącej Alieen. - Przeżyje?

Widząc co się święci, Grim czym prędzej zabrał się za uwalnianie muła.

Armis uśmiechnął się lekko i krzywo. - Nic jeszcze nie jest pewne. Teraz potrzebuje odpocząć. Oswobodźcie muła i zabierzcie ją w okolice dziury. Tam zobaczę co da się więcej zrobić. - Zerknął na zmasakrowane truchło gigantycznej czarnej wdowy. - Oj, mało z tej ślicznotki zostało… - Medyk spojrzał na Franka. "Jutro dla pewności rozejrzę się za ziołami, teraz zbiorę co się da z tego pajęczaka, potem opieka nad dziewojką i drugi pajęczak, a wy skoczycie sprawdzić tunele?" Uśmiechnął się cwano. - Coś musiały paskudy przygarnąć z fantów nieszczęśników. Kły dzika? Poroże jelenia? Błyskotki? Broń? Wiecie co mam na myśli…

Frank skinął głową i zabrał się za palenie pajęczyn. Nienawidził ośmonogich skurwysynów, nawet jak byli normalnego rozmiaru. - W takim razie musimy znaleźć miejsce na obóz i zrobić dla niej nosze.

Armis spojrzał na blondyna. - Daj spokój tym pajęczynom. One nam na rękę. Co w nie wpadnie to darmowe żarło dla nas. - Po tych słowach wrócił do swoich zajęć.

Grim podrapał się po głowie. - Gdzie ten chudzielec? I co z nią? Chyba musimy wracać.

Wystające z torby u pasa żuwaczki i części odnóg pająka stukały o siebie, gdy Aris wstawał znad operowanej Alieeny. - Jej stan nie pozwala na podróż. Jutro wszystko pokaże, ale muszę ją najpierw postawić na nogi. Popołudniu... tak, raczej wtedy będzie już dobrze. Proponuje jutro wracać z młodą do Grzęd. Tam upłynnimy łupy. Te części pajęczaków są warte dobrą setkę złociszy... pod warunkiem, że się nie spierdolą, bo nie są właściwie przechowywane. - Uśmiechnął się zawadiacko. - No, i wiecie, wracamy jako bohatery co rozgromiły śmiertelne zagrożenie dla wioskowych, nie? Dziewczyna stanie na nogi to ruszymy szukać tej driady. W końcu to jej bogini dała jej znaki, nie nam.

- Zostanę tu z młodą. Sprawdzicie te tunele?

- Jakie znowu? Nie słyszałeś o Dzieciokradzie? Wracamy i w dupie z tą wiedźmą. Jedne szczyny elfa nam starczą. Duży! Chcesz sprawdzać te dziury?! - Widząc obrzydzenie malujące się na twarzy Franka na samo wspomnienie o legowisku pająków wystarczyło, by Grim domyślił się odpowiedzi. Wzruszył ramionami, chłopak umiał walczyć, ale brakło mu jaj. - Dobra, sam sprawdzę, czy to ostatni. - Krasnolud rozpalił pochodnię i sam zszedł do dziury. Grimowi eksploracja legowiska nie zajęła wiele czasu, chyba nawet nie godzinę? Po tym czasie wspiął się po linie i do was wrócił, potwierdzając brak zagrożenia. - Rozbijmy tu obóz, jakoś mniej komarów lata.

Kolejnego dnia wyruszyliście we dwójkę nazbierać żywokostu, aby przynieść ulgę rannej Alieenie. Pogoda dopisywała, a dzień upływał spokojnie, przynajmniej do pewnego dziwnego momentu. Natknęliście się na niewielkie wzgórze porośnięte lasem. Nie zwróciłoby waszej uwagi, gdyby nie wołanie o pomoc dochodzące z ciemnej jamy. - Hej, jest tam kto? Bogowie, pomocy! Nazywam się Laeliusz i jestem z rodu Egnatuleiuszów z Cyfaraun. Zostałem tu uwięziony przez podłą wiedźmę zwaną Kalyke! Szczodrze wynagrodzę wasze trudy!

- Jak uwięziony? Co Ci ta baba zrobiła?

- Uwięziła mnie w zaklętej płycie z zielonego szkła! Zrobiła to, kiedy wzgardziłem jej zalotami. Zamierza mnie tu trzymać, aż "nie zmądrzeję"! - Syknął wściekle.

- Co zrobiła z tym zielonym, że to takie zaczarowane jest?

- Skąd mam wiedzieć...!? Wymówiła kilka słów, zrobiła kilka gestów i zanim się obejrzałem, byłem wewnątrz zielonkawej bryły.

Armis rozglądał się po okolicy kiedy jego towarzysz prowadził rozmowę z nieszczęśnikiem. Miał pewne przeczucia i podejrzenia... - Grim… - Powiedział ściszonym głosem. - Powiedz, że były jakieś błyskotki, nie wiem, klejnoty, coś ładnego w tym leżu pająków... Kalyke to kobieta. Mam plan jak uwolnić chłopa i zyskać recepturę, ale muszę jej dać podarek... albo i kilka, bo Laeliusz ją wzgardził... nie chcesz znać gniewu wzgardzonej kobiety. - Uśmiechnął się czarująco. - Wierz mi, zwróci się w cholerę. Daj mi tylko mówić. Przede wszystkim schowaj broń, nic nam z jej strony nie grozi jeśli będziemy się zachowywać. Myślę... to kobieta, nie?

- A gdzie jest ta latawica?

- Nigdzie blisko całe szczęście.

Armis szepnął cicho do Krasnoluda. - Grim... jeśli chcesz go uratować i zyskać recepturę, która da bogactwo, musisz mi pomóc. To nie miejsce na morderstwo.

- Wiem, gdzie rośnie jej dąb. - Kontynuował uwięziony w szkle patrycjusz. - Jego ścięcie oznaczałoby dla niej śmierć!

Grim zignorował słowa towarzysza. Podszedł w stronę magicznego więzienia, co by się lepiej przyjrzeć. Armis spojrzał z pogardą na odchodzącego Grima i ruszył za nim.

Krasnolud rozpalił pochodnię i wszedł do płytkiej jaskini. Zauważyłeś zieloną bryłę szkła. Nie była idealnie przejrzysta. Z racji nieprzejrzystości i załamywania się we wielu nieoczekiwanych miejscach, mężczyzna wyglądał bardziej jak duch niż istota z krwi i kości.

A na oko Armisa miał złamany kark, choć to też mógł być efekt załamania nieregularnej bryły w akurat tym miejscu.



Medyk przyjrzał się uważnie uwięzionemu mężczyźnie. - Nie będzie żadnego tchórzliwego, pozbawionego honoru morderstwa. Mamy do niej też inną sprawę. Lepiej opowiedz coś więcej o sobie. Nie znam Twojego rodu... wybacz.

- Słuchaj, podejdź bliżej, dobra? Ledwo co Ciebie widzę.

- Ty, kiedy to się stało? No i jak żeś z nią w łóżku wylądował skoro taka brzydka.

- Nie wiem, czy jest to najlepszy moment na długie rozmowy. Driada Kalyke może nas w każdej chwili podejrzeć jak przez szklaną kulę!

Patrycjusz podszedł bliżej. Oparł się wręcz dłońmi o zielone szkło. Jednak wciąż był niewyraźny.

- Ej... ja chyba skądś... masz może kuzyna, lub kogoś w Harifhal? Znam takiego młodszego kupca, Ilasa. Robi u starego Decilusa? Rodzina? Nie widzę dokładnie, ale widzę podobieństwo...

Wzruszył ramionami jakby Armis mówił o czymś oczywistym. - Dokładnie! Jest tak jak mówicie! Jaki ten świat mały!

Armis uśmiechnął się szeroko. - Grim. To swój gość, ale nie możemy uszkodzić tej tafli. Kalyke musi być potężną czarnoksiężniczką skoro z taką łatwością barierę postawiła. Poza tym, lepiej jej nie alarmować. Kto wie jakie magiczne pułapki tu się kryją. Musimy ściąć jej dąb. Jej moc pryśnie, a krewny moje dobrego kumpla będzie wolny. Dostaniemy dość złota, podwójnie! Ha! - Spojrzał radośnie na Laeliusza. - Dobra, to gdzie ten dąb?

- Sami tam nie traficie! Musi wam towarzyszyć ktoś, kto zna drogę, kto już został zaproszony przez Kalyke do jej gaju. Zbijcie to szkło i się nią wspólnie zajmiemy!

- Nie! Nie będę ryzykować śmierci od magiczniej pułapki. Zabijemy driadę i wrócimy po Ciebie, nawet teraz może nas obserwować! Nie przedłużaj! Powiedz kierunek! Nie narażaj nas wszystkich!

- Powtarzam, nie dojdziecie tam sami. A jedyna pułapka to ta, w której się znajduję... Zniszcz ją krasnoludzie!

- A skąd to możesz wiedzieć? Magiem jesteś? Może sam się uwolnisz? - Armis stanął między Menirczykiem a taflą szkła i spoglądając na niego powiedział. - Nic tu po nas. Nie ma co ryzykować dla kogoś kto stawia tylko żądania. - Po czym dodał w języku brodacza szeptem. - To jebany pozbawiony honoru oszust i morderca. Do tego martwy, ma złamany kark. Lepiej stąd iść i skazać go na zapomnienie. Kto wie co to za zniewolony diabeł i jaką mocą dysponuje.

- To gdzie to drzewo? - Krasnolud zadziwiony znajomością starszej mowy, odezwał się również w tym dialekcie do medyka. - Jak to? To co on jest duchem? Skąd to wiesz?

Armis uśmiechnął się delikatnie i odpowiedział nie zmieniając mowy. - Jestem medykiem, odpowiem w szczególne na zewnątrz?

Grim podrapał się po głowie, nie wiedział co z tego wszystkiego miał wywnioskować. - No dobra, prowadź.

Uzdrowiciel skinął głową i wyprowadził ich na zewnątrz i ciągle idąc mówił cicho w języku Synów Kamienia i Żelaza. - Potrafię rozpoznać śmiertelną ranę. Dlatego kazałem mu podejść bliżej. Rana nadal była gdzie była pomimo zmiany zagięć szkła. Ten znajomy o którym mówiłem nie istnieje. Podobnie jego pracodawca, a przytakiwał, że ich zna i to rzecz oczywista. Co więcej, usilnie chce się wydostać i zabić driadę tylko za to, że został zamknięty za szkłem? Serio? To jakiś zły byt Grim. Pełen nienawiści do życia. Ja bym się trzymał od tego z daleka… - Prychnął rozbawiony. - Dobra, wróciłbym ubić gnoja za jakiś dłuższy czas i z posiłkami, oraz odpowiednim sprzętem, oraz wsparciem magicznym. Takie zło lepiej zdławić, a kto wie? Składniki alchemiczne z tego czegoś mogłyby nieźle stać na rynku... ale do tego dobry alchemik potrzebny by był. Wiesz, Grim... im silniejsze emocje, tym czystsza energia. Im czystsza energia, tym więcej złota się dostanie. Ja nie jestem alchemikiem. - Stanął trochę od jaskini i spojrzał na niego. - Poszukajmy tych ziół, Alieena raczej bez nich nie przeżyje, a czas się kurczy. Swoją drogą, coś ciekawego było w tym leżu pająków? Widać, że jesteś Menirczyk wielkiego Honoru. Wiem, że byś sprawiedliwie okazał co wszystkim z nas należne. W końcu razem w tym siedzimy i wszyscy skóry narażamy i umiejętnościami wzajemnie służymy. Towarzysze Broni... można powiedzieć.

- Dobra, zajmijmy się zielskiem. I tak, znalazłem kilka kamyków, ale to obgadamy po powrocie. Wolę kłócić się o podział łupów w karczmie z piwem, niż w lesie jakiejś zjawy.

- Nie nazwałbym tego kłótnią. Po prostu usiądziemy i wycenimy. Proponuję zachować je jako dary dla Kalyke. Wiesz, jeśli mój zmysł biznesowy dobrze mówi... na formule tego eliksiru zarobimy grube tysiące, jak nie dziesiątki tysięcy... kuszące, nie? Poza tym, do podziału mamy te części z pajączków. Tylko modlić się do wszystkich bogów by się nie spierniczyły do tego czasu... Zresztą, mam już zalążek planu biznesowego. Tak jak mówiłeś, w karczmie przy piwie!

- Tak, tak, w karczmie pogadamy. Z czarownicą też, o ile na nią trafimy. Trzeba nam wracać czym prędzej do wioski.

Armis pokiwał głową ciągle rozglądając się za ziołami. - Pierwej zioła dla Alieeny.

Kiedy się oddalaliście w stronę obozu, jeszcze długo słyszeliście zdesperowane krzyki Laeliusza. - Nie! Nie możecie mnie tu tak zostawić! Nie odnajdziecie sami tej wiedźmy! Ani nie wyjdziecie z tego lasu! Nigdy! Będziecie po nim błądzić, błądzić po kres swoich dni! - Wybuchł maniakalnym śmiechem. - Zajrzyjcie do jamy pod dębem Kalyke, a przekonacie się o losie waszych poprzedników! Głupcy!


Upłynęło pół dnia od momentu, w którym krasnolud i lekarz ruszyli po zioła dla rannej kapłanki. Wrócili z nietęgimi minami. Nie dlatego, że nie znaleźli żywokostu, bo mieli tyle, ile Alieena potrzebowała, ale natknęli się chyba na coś jeszcze...

Tancerka Ostrza po zaaplikowaniu ziół odzyskała w końcu przytomność. Rozpogodziło się.

Armis uśmiechał się pogodnie przyglądając przebudzającej się Alieenie. - Witamy piękną w krainie żywych…

Alieena skrzywiła się. Nie trafiła do raju, nie widziała bowiem pięknych i drapieżnych hurys uzbrojonych w ostre jak brzytwa miecze. Ani samej Ianny. Spośród rozrzedzającej się mgły wyłoniła się wyłącznie twarz Armisa. Skrzywiła się z niesmakiem. Ostatnie co pamiętała, to szarżującą na nią włochatą kulę z długimi chelicerami. Potem ciemność… - Co z Frankiem? I resztą? Jeniec ci nie zbiegł?

- Wszyscy żyją. Zbieg spierdolił, ale spoko, dorwiemy skurwiela. Teraz musisz odpocząć, więc wycofamy się do Grząd.

- Do diabła z odpoczynkiem! Beze mnie nie traficie do driady, a dzieci z Grząd będą ginąć. A poza tym, to odpoczynek byłby stratą czasu. Chcę mieć jaja tego drania na talerzu. I ty mi je dostarczysz! Jaki diabeł kazał ci wręczyć mu broń? - Kobieta uniosła się tak wielce, że niemal zemdlała, gdy odezwała się jej rana.

Armis położył dłonie na jaj ramionach i delikatnie docisnął do podłoża. - Cóż, wystraszył się pajączka. Też mi zbój... w sumie co takiego zrobił? - Spojrzał na nią łagodnie. - Zalecałbym jednak odpoczynek. Najbliższy tydzień jesteś jak jajeczko i zapomnij o czymś więcej niż snuciu się. W walce byłabyś niemal jak dziecko.

- Wracamy do wiochy, jeszcze brakuje żebyś skończyła jak Karl. Mamy miksturę, więcej nam nie trzeba. Kto wie, ile już dzieci nakradł ten krowi placek.

Carnius zerknął na Grima. - Cóż, możemy spróbować z jedną fiolką, ale to ryzykowne. Lepiej jakbyśmy mieli co najmniej dwie, dla dwóch osób. Tak czy inaczej, zdobyć recepturę trzeba. To czysty zysk. No i przydałoby się, by eliksir był pod ręką na wszelki wypadek, gdyby Dzieciokrad powrócił. Uzdrowiciel spojrzał na Tancerkę. - Co nie?

- Nie jestem jakąś delikatną dziewką z seraju. Pewnie dam radę iść. To wystarczy, by was poprowadzić do tej drzewnej wiedźmy. Nie na darmo żeśmy wyruszyli, by teraz nazad wracać z pustymi rekoma. Nie zamierzam też popuścić temu uciekającemu, psiemu synowi. Jak dostaniemy likwor od Kalyke, to wtedy wrócimy. Przy okazji zabierając głowę tamtego głupca... Zatem nie traćmy czasu. - Kobieta postanowiła powoli się podnieść.

Uzdrowiciel mruknął przeciągle w zadumie. Zmienił ułożenie ciała tak że praktycznie siedział obok niej, a jego dłonie co spoczywały na jej ramionach tak się poprzesuwały, że asekurował ją w próbie usiądnięcia. Praktycznie ni to ją obejmując ramieniem, ni przytrzymując. - Hmmm... no tak. Tylko minął niecały dzień, więc wiele nie straciliśmy, a możemy stracić jakieś sto sztuk złota jeśli się nie pośpieszymy z powrotem do Grząd... wiesz, nie mamy metamphor by przechowywać specjalne składniki magiczne. Takie to potrafią bardzo szybko się spierdolić jeśli są luzem. Jutro mogą być już bezużyteczne. Wrócimy, zdamy części pajączków, kupimy słoki i ruszymy szukać Kalyke? Ze słoikami mamy pewność, że nam złoto nie ucieknie. Ten bandyta z kolei to nie uciekał do lasu, lecz w kierunku wioski. No i najważniesze, kapłanki dadzą ocenę stanu Twojego zdrowia?

- Zrozum babo, że nie będę Cię niańczył na tym zadupiu! Od tego są zakonnice.

- Jak daleko jest ta driada?

- Zawsze mogło trafić na ciebie, stałeś w końcu obok mnie. I ja bym ci wtedy oszczędziła takich słów. - Powiedziała z wyrzutem. - Nie wiem jak daleko, ale wiem doskonale w którym kierunku. Jesteś pewien, że uciekał w kierunku wioski?

Frank spochmurnial. Nie podobała mu się ta sprzeczka. - Grim, odpuść sobie kozaczenie. Nie masz tu nikogo na kim zrobiłoby to wrażenie. Pomyślmy nad tym jak rozwiązać problem.

Armis uśmiechnął się łagodnie i zapytał. - Gdzie indziej się uda? Bez grosza przy duszy? Zaledwie z sztyletem? Chyba nie w czeluście ciemnego lasu? Pozwólmy mu na odrobinę rozumu. - Przyglądał się jej oczom będąc dość blisko niej, a przez chwilę w jego oczach malowało się zwątpienie, lub troska. - Jak się czujesz?

- Nasze siły bojowe są uszczuplone do dwóch wojowników i dwoje, których musimy ochraniać. To oznacza, że albo będziemy bardzo ostrożni i podejmiemy walkę tylko jeśli będziemy mieli przewagę. Drugą opcją jest powrót do Grzęd i próba powstrzymania Dzieciokrada dopóki Karl i Alieena nie wydobrzeją. - Frank spojrzał na Alieenę. - Jak się czujesz? Nieźle cię łupnął.

- Dość dobrze, żeby coś zrobić, chociażby wskazać wam drogę. Ale nie dość, żeby przygrzmocić Armisowi za umożliwienie ucieczki mojemu jeńcowi. - Uśmiechnęła się słabo.

- Masz dwóch zdrowych wojów, wystarczy poprosić.

Uzdrowiciel sięgnął po bukłak i otworzył go zębami. Podał go kobiecie. - Przygrzmocisz jak się ogarniesz? Proponuje wrócić do Grząd sprzedać pająkowate, kupić metamphory, sprawdzić co tam, normalnie zjeść, uzupełnić zapasy i ruszyć szukać Kalyke. Albo iść spróbować pokonać Dzieciokrada jednym eliksirem... ale to nie najlepszy pomysł. Bo nie wiemy, czy jego przykurcze też nie są odporne na broń.

- Przydupasy da się zabić.

- Prawda li to. Grim rzekł, że powalił dwójkę. A krasnoludy są z reguły honorowe, więc w takich kwestiach nie łgają.

- Zatem... propozycja moja taka. Wróćmy na wieś, a potem zobaczymy. Może kapłanki będą miały jakieś swoje sposoby by przywrócić Alieenę Tańcu szybciej. Jakby nie było. Jeśli się uda, to to działka dla każdego z nas za sprzedaż tych pajęczych cząstek to miesiąć życia w zdrowiu. Chyba się opłaca choćby po to, nie?

Grim dziwił się ludziom i ich archaicznemu myśleniu. Już wiedział dlaczego z nimi nie obcował przed wypadkiem, w którym ucierpiała jego głowa. Uznał, że nie będzie przeszkadzać samcom w zalotach, skoro i tak poparli jego decyzję. - Aye, zabiłem dwóch. Dwa razy. Krasnolud przeliczył dla pewności na palcach - Czyli cztery, razy. Chodźmy póki widno, nie traćmy czasu.

- Ech... dobra, wróćmy do tej wioski, bo prędzej zejdę od słuchania utyskiwań Armisa, niż od ran. Uratowałeś mi rzyć, więc jesteśmy kwita za tego zbiega. Ale już więcej nie zachowuj się jak głupiec.


Było już po południu następnego dnia. Na widok wioski Grzęd Mityary wyłaniającej się spośród drzew odetchnęliście z ulgą, mimo że przez ciężką ulewę zdążyliście przemoknąć do suchej nitki.

- Idę do "Czerwonego Uśmiechu". Odstawię muły i nadrobię zaległości w pi... pogłoskach. Tak. Potem przyjdę do sukiennic i idziemy po dzieci.

Alieena bint Malikr poprosiła towarzyszy, by odstawili ją do klasztoru Mityarianek. A dalej co dalej zrobią, to już ich wola. Póki są w wiosce wolała się odkurować.

Armis Carnius, wędrujący medyk zaoferował Alieenie swoje pomocne w przemieszczanu się ramię. Sam miał interes do duchownych kobiet... i modlił się cicho w duszy by poszło gładko...

Krasnolud nie czekał na odpowiedź towarzyszy. Wiedział gdzie będą się znajdować. Jak powiedział, tak zrobił. Poszedł prowadząc muły.

Przekazaliście Alieenę pod opiekę troskliwych Mityarianek. Siostrzysko Celena widziało już niejedno, dlatego na widok ran Tancerki Ostrza zachowała stoicki spokój i pocieszyła dającym nadzieję słowem. Zakonnice zasmuciły się jednak słysząc o daremności waszej wyprawy do lasu Viaspen.

Armis od ręki sprzedał szczęki tylko jednego z pokonanych wielkich pająków, ale akurat podróżujący przez Grzędy awanturnik - czarnowłosy Niceańczyk o imieniu Kalikalides i bystrym spojrzeniu - powiedział, że wróci po resztę w przeciągu tygodnia, kiedy będzie jechał ze Siadanos z powrotem do Cyfaraun. Musiał mieć ciekawe znajomości... Na lepszą ofertę tutaj nie mogłeś liczyć, a sprawę pogarszała dostępność metamfor. Odkupić od kapłanek dzisiaj można było tylko jedną, druga zwolni się dopiero jutro.

W “Czerwonym Uśmiechu” z powodu ulewy zebrało się wielu Grzędzian. Wszyscy byli ciekawi waszych przygód. Przy darmowej kolejce lokalnej wiśniówki dowiedzieliście się przede wszystkim, że Dzieciokrad nie zdążył porwać kolejnego dziecka. Niestety nikt w okolicy nie widział bandyty, który wam zbiegł podczas leśnej wyprawy. Może obrał inny kierunek, może zabłądził w lesie, a może zginął? Na wspomnienie o herszcie ukrywającym się pod ołowianą maską chtonicznego demona pokazano list gończy, jaki miał ze sobą imperialny posłaniec. List wystawiony przez legata fortu Turos Tem zawierał podobiznę groteskowej maski. Za wszystkie zniewagi wobec cesarstwa, jakich Maska się dopuścił, a te były liczne - morderstwa, porwania, napady na karawany, podpalenia - wyceniono obojętnie żywego czy martwego na siedemset pięćdziesiąt aureliusów. Nagroda była do odebrania u kwatermistrza fortu.

Krasnolud Grim udał się do Mityarianek. Rozmówił się z samą przeoryszą. Miał ze sobą argumenty, które przekonały opiekunkę klasztoru do odprawienia ceremonii w sprawie okaleczonego kompana. Jeszcze tego samego dnia dręczony koszmarami Karl wyszedł ze szpitala. Na jego zaciętej twarzy nie było widać śladu po paskudnej ranie, a i w gębie miał język. Mówił tak sprawnie jak dawniej.

Na uczczenie targu Armis postanowił postawić kolejkę, czy kilka swojemu nowemu partnerowi w biznesie... Ponieważ miał świadomość, że nie pomieści jednych odnóg w metamforę którą miał nabyć, a czekać na drugą to szaleństwo i ryzyko miał propozycję dla Kalikalidesa. On da mu jedne z odnóg jako zaliczkę, a on za ich sprzedaż przywiezie mu dwie, większe metamfory na cenniejsze zdobycze. Koszty te same, a przy okazji okazywał zaufanie. Jakże rzadkie na trakcie. W ten sposób, Uzdrowiciel szacował po cichu, że będzie miał dość 'podstawowej przestrzeni magazynowej'. Oczywiście, dodatkowym złotem co utargował nie miał zamiaru się dzielić... interesy zawsze prowadził po cichu, a swoją 'opłatę manipulacyjno-administracyjną' pobrać wypadało. Taka forma 'ukrytej prowizji'. Oczywiście, zaciągnął informacje u swojego nowego 'przyjaciela' o jego zainteresowania towarem i w czym mógłby mu pomóc na swej drodze awanturniczej. Standardowe rozmowy o miłostkach, rynku, plotach i tym podobnych pierdołach. Pierdołach dla każdego, ale nie dla kupca. Zapytał też czy coś słyszał o rodzie Egnatuleiuszów z Cyfaraun. Tak z czystej ciekawości.

Grim uradowany z powrotu towarzysza do zdrowia wypił na raz butelkę wiśniówki, którą wyniósł z karczmy. Poklepał Karla po ramieniu, streścił co się działo przez ostatnie dni. Jednak radość po chwili ustąpiła miejsca strachowi i obrzydzeniu. Grim wiedział co musiał zrobić, czuł to w kiszkach od powrotu z lasu. Poprosił zakonnice by przyniosły elfią miksturę.

Stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Zapijający elfią miksturę lokalną wiśniówkę Grim zwany Kamieniem, nieustraszona krasnoludzka furia, zaczął gwałtownie... kurczyć się w oczach. Zatrzymał się dopiero na wzroście dziecka, dziesięcioletniego Menirczyka. Nie zmienił się tylko metraż, ale również i metryka, co widać było po gęstszym irokezie, mniej bujnej brodzie, młodszej skórze, braku zmarszczek i wyższym głosie, jeszcze sprzed mutacji. Biorąc do ręki topory nie czułeś się tak silny jak przedtem, ale kurwa - taki szybki to ty nigdy nie byłeś.

- Skurwysyny! Wiedziałem, że to się źle skończy! Zamieniły mnie w pokurcza! I jak mam walczyć z tym trollimsynem? - krasnolud zakrzyknął barytonem, który w porównaniu do wcześniejszego dudnienia basem, brzmiał jak pisk dziecka.

Armis... patrzał w osłupieniu na przemianę... oj tak, mając recepturę tego dekoktu... w pewnych kręgach zarobiłoby się dobre, zdrowe złoto sprzedając odpowiednim osobom, organizacjom, czy przybytkom... Uzdrowiciel był pewnien, że dobrowolnie nie miałby najmniejszej ochoty rozstawać się z recepturą. - Cóż, w tym szaleństwie musi być metoda. Nic tylko pójść i sprawdzić, nie? - Nachylił się do Alieeny i szepnął cicho. - Myślisz, że tak mu zostanie?

- Jeśli to pomoże nam rozgromić Dzieciokrada to bogowie muszą być szaleni. Ale za to widok skarlonego krasnoluda – bezcenny. Spójrz na to z dobrej strony. Teraz pewnie upijesz się szklanicą półtoraka, jakaż to oszczędność! Z pewnością ta mikstura może zwieść monstrum, skoro zmieniła brodacza praktycznie w pacholę. Ale czy przydała jakichś mocy, które pozwoliłyby go powalić? Miejmy nadzieję, że Dzieciokrad porywa młode ze względu na wiek, nie urodę. Bo wtedy krasnolud przepada w przedbiegach.

Karl też wpienił: - Miejmy nadzieję, że ta cała driada powiedziała Liraselowi, że o to chodzi i że trzeba załatwić Dzieciokrada ogniem... a nie, że była to jakaś pierdolona zasadzka!

- Leśne duchy bywają kapryśne.

- Albo to my nie wiemy co robimy i działamy po omacku... No cóż! Idziemy przypieniczyć Dzieciokradowi, ale lepiej by każdy w drugiej ręce miał pochodnię.

- Gdyby nie ten podstępny, włochaty ośmionóg, do tej pory wydarlibyśmy odpowiedzi z tej drzewolubki. Ale zawsze możemy zaryzykować.

- Mogę nieść nawet pochodnie w obu rękach... ale powiedzcie jak uniknąć tego koszmarnego ryku.

- Możemy zasadzić się na monstrum w pobliżu jego leża. Krasnolud udając dziecię będzie idealną przynętą. Jeśli eliksir nie okaże się pomocny, to wycofamy się z powrotem.

- Jeśli Grim ma robić za przynętę to musimy go umieścić w domostwie, w którym będzie mógł udawać dzieciaka gospodarzy.

Widać było, że Armisem bije się z myślami zachodząc o coś w głowę. - Ta i jaka szansa, że akurat Dzieciokrad pójdzie po niego? Niech lezie do dziury. Kto wie, może to śmiech dziecka może pokonać Dzieciokrada? - Uzdrowiciel prychnął ni to w rozbawieniu, ni w irytacji. Podszed do 'Cute, zawanego Otoczkiem', uklęknął przed nim, spojrzał na niego nieprzychylnie i powiedział coś cicho.

Zdenerwowany krasnolud obdarował groźnym spojrzeniem Tancerkę Ostrzy. Zwiedziony wyglądem Grima zielarz popełnił błąd traktując go jak dziecko. Po chwili tego żałował, gdy dostał czołem w twarz. - Jeszcze kilka słów, a będziecie zbierać zęby!

Uderzony Armis upadł z kolan na plecy. Cios Grima był całe szczęście markowany. Mimo drastycznego odmłodzenia w wyniku wypicia elfiej mikstury krasnolud gdyby chciał, mógłby wybić kilka zębów albo wyrządzić nawet większą krzywdę. W wyniku tej zamieszki zostaliście wyrzuceni z klasztoru przez ciętą na agresywnych samców siostrę Istrię.

- Idę do jamy. Kto chce niech dołączy.

Frank przyjrzał rzuconym niczym psu ochłapy trzem złotym monetom. Wynagrodzeniu za narażanie życia w walce z pająkami. - Czemu tylko tyle? Tak krzyczałeś, żeby zbierać te resztki i tylko tyle z tego mamy? - Całe zajście z krasnoludem zignorował. Miał już dosyć obchodzenia się jak z jajkiem i znoszenia humorów pokurcza. Dopóki jednak ich charaktery się nie ścierały postanowił nie ingerować.

Karl zawsze wiedział, że Grim miał niewyparzoną japę, ale tym razem przegiął pałę: - Świetnie! Teraz mamy w klasztorze przesrane! No dobra... tak czy siak trzeba wykombinować, gdzie będziesz najlepiej robił za przynętę. Może Fullo będzie wiedział?

- Zbierzmy dzieciaki w klasztorze na noc i Grimciontko zwane Kamyczkiem w dowolnym z domów. Może się nabierze?

- Pytałeś się przeoryszy co myśli o takim pomyśle? Jak nie to może być teraz problem...

- Nie, jeszcze chwilę temu nie wiedzieliśmy jak działa ten eliksir. Siostrom leży na sercu dobro dzieci. Myślę, że nie będą miały żadnych problemów z przenocowaniem dzieci. Bardziej martwiłbym się tym, jak długo ten eliksir będzie działać?

- Frank masz nawet dobry pomysł. Da się go przeprowadzić przez radę wioski, a zatem powiedzmy o tym Fullo... on już powinien wiedzieć co robić.

- Czas ucieka panowie, chodźmy lepiej do tej jamy póki dekoktu starcza.

Doprowadzony do frustracji krasnolud poszedł bez słowa w stronę jamy potwora.

- Nie myśl, że wymigasz się od rozliczeń.

- Mistrz zasadzek w akcji! - Wściekle mruknął Karl, a następnie pognał za Grimem i zagrodził mu drogę: - Zaraz, zaraz! Co ty wyprawiasz?

Armis spojrzał na Franka znudzonym spojrzeniem. - Sprzedałem jedno bo tylko na to był kupiec, jedno się zepsuło, kupiłem metamfory by reszta się nie zepsuła. Zaaranżowałem dostawę metamfor, by więcej się nie zepsuło na przyszłość. Te co mamy i mieć będziemy to i tak na są na drobnicę, bo im cenniejsze tym solidniejsze muszą być pojemniki do przechowywania. Jak źle przechowujesz magiczne składniki, to tracą mocy i stają się bezużyteczne. Jeśli uważasz, że metamfory są bezużyteczną inwestycją spoko, dostaniesz kasę, ale każda przyszłościowa forsa za specjalny składnik z ubitego stwora Ciebie mija przyjacielu skoro nie dokładasz się do jego właściwego przechowywania. Zainwestowałem w pojemniki, by nam kasa nie uciekała z dodatkowego zysku który i tak spotkamy po drodze. Tak, żeby nie było, potrzebujemy więcej, solidniejszych na cenniejsze części potworków albo złoto przelatuje nam przez palce. Czysty zysk. Grzech śmiertelny nie skorzystać na darmowym dochodzie po porównywalnie drobnej inwestycji, prawda?

Frank skrzywił się słysząc tłumaczenie Armisa. - Wolałbym, żebyś uzgadniał takie zakupy przed ich dokonaniem. Potrzebujemy się dozbroić do walki z Dzieciokradem, a za nagrodę za niego planować kolejne zakupy. Nadal nie mamy wystarczająco oleju by zabić dziada, a za trzy monety kupię ledwie fiolkę.

- Rozumiem, przyjacielu. Niestety, rozumiesz, że niewiele mogłem zrobić. Staram się ocalić jak najwięcej ile się da. Mogę dołożyć się na jedną fiolkę, choć naszym zadaniem raczej wybić przydupasy. Niech Grim zajmie się Dzieciokradem. - To powiedziawszy spojrzał z niechęcią na Grima, którego aktualnie w myślach nazwywał Cutem, zwanym Otoczkiem. - Prawda jest taka, że w sumie nic o Dzieciokradzie nie wiemy. W sumie... to działamy na ślepo i coś czuję, że czeka nas przymusowa wizyta u Kalyke. Nieszczęśliwie, wygląda na to, że atut pozwalającym nam wkraść się w jej łaski został już wydany.

Frank schował pieniądze bez słowa i wyszedł. Widać było, że nie podobało mu się to co się stało, ani wytłumaczenie. Zabrał swój sprzęt i ruszył w kierunku wsi. Musiał dobrze zainwestować te resztki pieniędzy jakie mu zostały, a było to zdecydowanie poniżej tego co oczekiwał.

- Mam dosyć tego człowieczego pierdolenia. Idę ubić gada, a kto chce się kłócić o pieniądze niech lepiej zejdzie mi zdrogi, bo zabije!

- Rozumiem cię i nie zamierzam się wykłócać o pieniądze... zresztą nie moje. Ale tak się składam, że to co zamierzasz to czyste samobójstwo, a bez ciebie sobie z tym Dzieciokradem nie poradzę. Nie mam nawet po co tam wchodzić, bo przy lada okazji padnę trupem... przecież wiesz jak tam jest.

Wciąż lało. Przemoczeni do suchej nitki, w minorowych nastrojach, stanęliście przed powalonym dębem, który skrywał ciemną dziurę - wejście do legowiska złego ducha zwanego Dzieciokradem.

- Chłopaki! Zanim tam znowu wejdę muszę wiedzieć jak zamierzacie załatwić tego Dzieciokrada?

- Mamy nadzieję, że nasze dziecko będzie w stanie go zranić. Jak nie, to możemy go spalić. Z historii wiemy, że jest podatny na ogień.

- Tego i sam się domyśliłem... ale jak chcecie go spalić i przy okazji uniknąć jego wrzasku? Nie widzę przecież, żebyście mieli nie wiadomo ile paliwa...

- Ano nie mieliśmy kasy na zapas oleju.

- Zajmiecie się jego bachorami, a ja go ukatrupię.

- Co to za krzyk Dzieciokrada?

- Jak ostatnio spotkałem Dzieciokrada to on się wydarł czy co... i to zabiło prawie całą naszą poprzednią paczkę. Przeżyliśmy tylko ja i Grim.

- Mając wosk i trochę materiału moglibyśmy zatkać sobie uszy. - Wytłumaczył Frank.

- Hmmm... Dobry pomysł. Ale trzeba założyć te zatyczki w ostatniej chwili, abyśmy nie dali się zaskoczyć. Grim! Wiem, że jesteś twardzielem, ale teraz mógłbyś jednak tej rady posłuchać.

- Aye, jak byłem sam to też piszczał. Jak masz wosk, to ja mam ucho do zatkania. Jak nie to chodźmy. Głodny się robię...

W podziemiach towarzyszyła wam tylko cisza. Doszliście znanym Karlowi i Grimowi krętym tunelem do rozwidlenia, gdzie krasnolud stoczył ponurą walkę z Dzieciokradem i jego karłowatymi sługusami... czy też dziećmi. Formacje skalne były poznaczone toporem Grima. Leżała tu rozbita butelka po nafcie, dwie wypalone pochodnie i złamana strzała świętej pamięci Lucjusza... Ze zwłok pokonanych potworów zostały jedynie dwie kałuże zastygłej, czarnej mazi, jakby po śmierci kreatury rozpuściły się w substancję z nieznanych pierwiastków. Woda skapywała z waszych ubrań na skały, a przemoczone buty wydawały charakterystyczny dźwięk przypominający ściskanie mokrej gąbki.

- Grim wskazał toporem środkowy korytarz. - Tam jest jego leże, ale nie wiem co jest w tej odnodze. Możemy ją sprawdzić.

Widząc, że Frank zatkał swoje uszy Karl poszedł jego tropem i dał znak Grimowi, aby prowadził.

Frank rozejrzał się na rozwidleniu. Drużyna weszła w jeden tunel. Frank zatrzymał się rozglądając. Szedł ostatni, więc na nim spoczywał obowiązek pilnowania pleców. Zajrzał do pozostałych dwóch odnóg sprawdzając czy jest tam bezpiecznie zanim ruszył za drużyną. Na pierwszy rzut oka w pozostałych tunelach nie było widać żadnego zagrożenia.

Zanim zdążyliście skierować się w miejsce wskazane przez Grima, wybiegł stamtąd tłusty szczur, który przebiegł wam między nogami, szukając drogi ucieczki. Przez zatyczki nie słyszeliście jego pisku, ale musiał być przerażony. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale gryzoń nie miał ogona i z tego powodu zostawiał za sobą krwawy ślad. Coś musiało ten ogon odgryźć, ale cudem zwierzę wymknęło się z ciemnej jaskini żywe...

Gdy Karl zorientował się, że szczur ma odgryziony ogon mocniej ścisnął dłonie na włóczni i wzmógł czujność. Frank przyjrzał się szczurowi, a potem skierował pochodnię w kierunku, z którego poleciał szczur.

Korytarz rozszerzał się w najeżoną naciekami jaskinię, która poza pierwszymi kilkoma stopami niknęła w ciemności. Krasnolud Grim i Jutlandczyk Karl pamiętali, że karły Dzieciokrada idealnie stapiały się z terenem przez wrodzoną zdolność kamuflażu. Ciężko było je odróżnić od stalagmitu czy stalaktytu. Wchodzenie tam mogło być niewiele mniej ryzykowne od wejścia do paszczy lwa. Zresztą pewnie już zauważyły światło waszych pochodni. Nikt czy nic nie zamierzało gonić uciekającego szczura, kiedy szło tu tak świeże mięso…

- Chodźmy w tamtą stronę. - Grim wskazał niezbadaną część jaskini - jeżeli to poczwarki poraniły tego szczura, to będziemy na nie gotowi.

Frank wzruszył ramionami. Był tu dla złota i dzieci ze wsi, nie dla krasnoluda i jego mądrości.

Dlaczego Armis miał bardzo złe przeczucie wchodząc w to miejsce? Bardzo złe, tak czy inaczej potrójnie upewnił się, że woskowe zatyczki były solidnie osadzone w uszach. Głupio by było umrzeć od krzyku czy coś, nie? Jedna ręka ściskała pochodnię, druga miecz.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 04-12-2020 o 14:44.
Clutterbane jest offline  
Stary 04-12-2020, 14:47   #7
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Stawialiście niepewne kroki w przemoczonym obuwiu po skrawkach dziecięcych ubranek i czarnych odchodach porozrzucanych między stalagmitami, wchodząc coraz głębiej w jaskinię rozbrzmiewającą mlaskaniem i... odgłosami wściekłej bójki. W rogu na samym końcu groty osiem szaroskórych karłów walczyło między sobą o resztki schwytanego szczura. Wiedzieliście, że drugi zdążył uciec, dlatego walka stała się jeszcze bardziej zaciekła. Spiczaste uszy dwóch ze stworów poruszyły się. Wyrwane z amoku, w którym jeszcze tkwiła reszta karłów, zauważyły zagrożenie. Piszcząc wściekle rzuciły się na niewiele wyższego krasnoludka.

Karl poczekał za plecami Grima na szarżę karzełków, a następnie sam przepuścił atak swoją włócznią. Frank upuścił pochodnię i ruszył w kierunku nacierających przeciwników. Minął zaskoczonego Armisa i atakującego włócznią Karla, wywijając lekkiego młynka mieczem ciął na odlew rozcinając jednego z przeciwników na pół. Zrobił pół kroku w przód kontynuując cięcie, ale przeciwnik był zbyt szybki na tak oczywisty ruch. Udany unik gremlina wyprowadził go wprost pod ostrza toporów Grima, które rozczłonkowały małe monstrum. Armis widząc że nie ma wroga w pobliżu i dostrzegając, że towarzysze dobrze sobie radzą, zdecydował się osłaniać tyły i flankę.

"Grombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombyl …"

Kreatury przestały bić się o resztki szczura, kiedy w ich legowisku pojawiło się tyle świeżego mięsa. Karl i Grim rzucili się na karły skupione w kącie jaskini. Jutlandczyk nabił jednego na drzewiec i bez ściągania go z włóczni ranił drugiego, wciąż patrząc kątem oka na dogorywającą kreaturę próbującą zejść z broni przebijającej jej ciało. Frank ruszył za towarzyszami, jednak w przeciwieństwie do krasnoluda zamiast celować w tłum, zaszedł ich z boku, jednak brak dobrego oświetlenia nie pozwalał mu wykonać śmiertelnego ciosu.

Szaroskóre spiczastouche karły oblazły całego krasnoluda tak, że spod ich masy widać było tylko pomarańczowy czub Grima. Kąsały go ostrymi ząbkami w łydki, uda, palce, kark - wszędzie, gdzie się dało.

"Grombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombylgrombyl …"

Ciało krasnoluda, krwawiące z tuzina ran, w końcu musiało się poddać. Grim upadł pod naporem sługusów Dzieciokrada.

- Szykuj ogień!

Karl i Frank nie mogli zdobyć przewagi nad szybkim, zwinnym i niewielkim przeciwnikiem, jakim były żądne krwi karły. Nie był to koniec złych wieści. Straciliście drogę ucieczki. W wejściu do jaskini zmaterializował się on... Dzieciokrad. Zły duch nabrał powietrza w płuca. Gwałtownie wypuścił. Karl wiedział, czym to grozi. Nic się jednak nie stało. Wosk w uszach skutecznie wytłumił pisk, od którego mogła pęknąć głowa.

Karl widząc smutny los Grima postanowił się odrobinę cofnąć z nadzieją wciągnięcia karła w pułapkę i dania okazji kompanom, aby wzięli z jego ciała olej do spalenia Dzieciokrada. Jutlandczyk Karl upadł jako drugi, gdy karzeł odbił się od podłogi niczym wystrzelony ze sprężyny i wylądował prosto na jego twarzy, gryząc i drapiąc zaciekle. Kolejne już zaczęły obłazić Franka.

Armis widział co się dzieje... i oczywiście odezwała się w nim zwykła, najwyklejsza ludzka potrzeba... Ocalenia własnej dupy wszelkim kosztem! Wiedział, że znalezienie nafty którą ponoć mniał Grim w stercie leżącego ciała graniczyło z cudem... nie mógł posłuchać prośby Franka. Korzystając zatem z okazji, że karły były zajęte akurat nie nim zaczął się wycofywać pod ścianę rzucając gniewnie rozbawione słowa w kierunku Dzieciokrada w jakimś dziwnie obym i złowieszczo brzmiącym języku. Zalety bycia kupcem? Zna się języki! Dzieciokrad pognał niczym wściekła małpa na Armisa. Małpy nie przypominał tylko w ruchach, a chyba i w inteligencji. Ostatnią myślą Armisa przed straceniem przytomności było to, że to coś raczej nie rozumiało żadnego języka…

"Grombylgrombylgrombylgrombylgrombyl..."

Frank zrzucił z siebie atakującego stwora wprost na nadbiegającemu pokurcze i widząc lukę w wejściu ruszył pędem. Nie rozumiał co się stało, ale dzieciokrad nie stał na drodze ku wolności. Potknął się, omal nie upadł gdy wypadł w kierunku wyjścia z jaskini. Wolną ręką zgarną pochodnie, którą zostawił na początku walki i wybiegi wąskim tunelem. Miecz obijał się o skały gdy biegł krętym korytarzem obijając się co i raz barkami o ściany. Dwa razy ledwo uniknął uderzenia w głowę, które niechybnie zakończyłoby jego ucieczkę i żywot. Wreszcie poczuł świeże powietrze. Nie słyszał czy ktoś za nim biegnie, czy nie. Słyszał deszcz, coraz głośniej, wreszcie zobaczył promienie światła. Wypadł na zewnątrz przeskakując przez przygotowaną przez Grima pułapkę. Padł na ziemię, przeturlał się gotowy do desperackiej obrony, ale nikt go nie gonił. Opadł głową na wydeptaną ściółkę. Uśmiechnął się. Śmiał się jeszcze przez jakiś czas, głośno, rozpaczliwie aż śmiech przeszedł w płacz.

Wreszcie zmęczony podniósł się ruszając z powrotem do wioski. Samotny, pokonany.


Shebateanka przeklinała w myślach samobójcze zapędy wszystkich swoich kompanów. Ginęli jak muchy, nie osiągając większych postępów, niepomni jej uwag i ostrzeżeń. Szczególnie ganiła Franka, z którym zdążyła się nieco zżyć, a który wyruszył drugi raz tego samego dnia na śmierć i więcej nie powrócił. Z pewnością nie zamierzała opuszczać Grząd Mityary. Pomoże mieszkańcom, choćby Dzieciokrad miał pochłonąć kilka tuzinów nieroztropnych awanturników. Zobowiązała się. Z przyczyn osobistych także pragnęła pomsty na bestii. Jeśli dołączy do czeredy głupców przed nią, to niech ją Ianna. Ale nie odpuści. W danym momencie jedynie z trudem posilała się strawą i niezbyt otchoczo raczyła alkoholem. Dumała nad treścią ogłoszenia, które napisze, by przyciągnąć kolejnych poszukiwaczy przygód do jej krucjaty przeciw monstrum.

Przed wyruszeniem w drogę do starożytnego lasu Viaspen zebrałaś drużynę. A raczej zbieraninę poszukiwaczy przygód, którzy mieli szansę przekuć się w prawdziwą drużynę... albo zginąć tak jak ich niezliczeni poprzednicy, jeśli im się nie uda ta trudna sztuka. Nie wiedziałaś o nich prawie nic poza tym, że kręcili się przez ostatni tydzień po wiosce, zwabieni listem gończym i ostatnimi plotkami. Czy kierowało nimi obiecane w liście gończym złoto, czy wyższe ideały, czy też bardziej złowieszcze pobudki - nie było za bardzo wiadomo. Musiałaś jednak komuś zaufać, jeśli nie chciałaś zostać sama w nierównej walce z Dzieciokradem.

Podróżowaliście prowadzeni przez Alieenę. Towarzyszyły wam dwa objuczone muły. Kiedy pierwszy dzień podróży dobiegał końca i nadchodził najwyższy czas, aby rozbić obóz, natrafiliście niespodziewanie pośród drzew gęstej, wiekowej puszczy na wybrukowaną ścieżkę, wijącą się w kierunku... muchomora. Wielkiego muchomora. Wielkiego, znaczy się rozmiaru mniej więcej chłopskiego domu. Miał kominek, drewniane drzwi i dwa okrągłe okna, za którymi buchał wesoło ogień pieca.

Silas spojrzał zaintrygowany na Alieenę: - Alieeno, można tam się spodziewać przyjaznego przyjęcia?

- Zgodnie z gminnymi wieściami to jest chata wiedźmy. Jeden mąż znalazł tam podobno niezmierzone ilości jadła. Może będzie wiedziała coś o Driadzie? O ile nie rzuci na nas uroku. Więc lepiej mieć oręż w pogotowiu. - Kobieta ruszyła w kierunku chaty-muchomora, zachęcając do tego towarzyszy.

Andreas ruszył w ślad za towarzyszką, trzymając rękę na rękojeści miecza.

- Prostsza od klątwy byłaby trucizna w tym jadle co jest go nie wiadomo ile. - Mruknął Silas, ale posłuchał przewodniczki i zanim poszedł jej śladem uzbroił się w bijak.

- No to nic nie jedz. Nie idziemy tam na schadzkę, a jeno zapytać o Kalyke.

Andreas nacisnął klamkę. Ku twojemu zaskoczeniu drzwi nie były zakluczone… - Dziwne - otworzył szerzej drzwi. - Halo, jest tu ktoś?

W środku było przyjemnie ciepło od buchającego ognia. Była to przyjemna odmiana od towarzyszącej ci cały dzień mżawki, no i można było wysuszyć zwilgotniałe odzienie. W środku wielkiego muchomora nie uświadczyłeś jednak nikogo. Za to stół był nakryty. Jakby w oczekiwaniu na gości. Ktokolwiek tu mieszkał, karmił lepiej niż karczmarz Fullo.

- Plotki wspominały o tak zacnej gościnie?

- Alieena przecież wspominała, że jakiś mąż znalazł całe mnóstwo jedzenia. - Odpowiedziawszy Andreasowi Silas zwrócił się do Alieeny: - A te legendy wspominają co dalej działo się z tym kolesiem?

Sol wszedł głębiej do izby, przyglądając się dokładnie całemu pomieszczeniu.

- Niestety nie wspominają. Ale jest to dość podejrzane, by nie tykać tego jadła. - Alieena ustała w progu.

- Silas podszedł do stołu i pochyliwszy się nad nim zaczął się badawczo przypatrywać jadłu, którym był zastawiony.

Musiał się dosyć mocno pochylić, bo wszystkie meble były wykonane dla kogoś wzrostu karła czy liliputa. Od zapachu mięsa zbierała się ślina w ustach. Było też czym popić - wina dla was w ten wieczór nie zabraknie. A nic nie wyglądało podejrzanie. Całość otoczenia sprawiała wrażenie izby skromnej, ale przytulnej, jakby wyjętej z jakiegoś obrazka o szczęśliwej, wiejskiej rodzinie.

- Ten kto przyrządzał ten posiłek wie jak zachęcić do jego zjedzenia... Pachnie naprawdę apetycznie. Jednak dla pewności sprawdźmy czy tu nie ma czegoś czym można go zaprawić. Ktokolwiek to robi nie nosi raczej takich rzeczy zbyt daleko. - Silas odstąpił od jedzenia i zaczął się przyglądać konstrukcji wnętrza w poszukiwaniu czegoś podejrzanego. Uwagę krasnoluda przyciągnęły trzy rzeczy. Regalik na książki. Stojący zegar, który tykał. Fresk na ścianie przedstawiający chłopów pracujących w polu.

- Może te posiłki je ktoś bogaty? Tak przynajmniej można wnioskować z drogiego wyposażenia… - Rzekł Silas wskazując na biblioteczkę, zegar czy fresk. A następnie podszedł do fresku, aby mu bliżej się przyjrzeć.

Na fresku pomiędzy chłopami grasowały niewidoczne na pierwszy rzut oka małe... diabły. Skutecznie utrudniały pracę w polu na najróżniejsze sposoby. Jeden udawał kamień, o który się potknął pracujący. Inny płoszył zwierzęta. Trzeci kradł narzędzia. I tak dalej, i tym podobne.

- Róbcie, co chcecie, choć dla mnie to wionie na milę. Pamiętajcie, co rzekłam przed wyruszeniem w drogę. Nikt rozsądny nie osiedla się w środku lasu pełnego pająków wielkości sporego ogiera. Nie mówiąc o sutym zastawianiu stołu różnymi delicjami.

- Słyszałem o duchach, które tworzyły takie iluzje do robienia żartów. Nieciekawie kończyły się te historie.

- Normalni w takich miejscach nie urządzają sobie też w takich miejscach czytelni. - Odpowiedział kobiecie Silas podchodząc do regaliku zainteresowany czy zdoła przeczytać tytuły książek w niej umieszczonych. - Mów dalej Solu... Jakie były to historie?

Andreas otworzył zegar w celu zapoznania się z mechanizmem. Zegar tykał, ale żadna ze wskazówek zegara się nie przesuwała. Tykanie sobie, a wskazówki sobie - te dwie rzeczy nie były w ogóle ze sobą połączone żadnym mechanizmem.

- Duchy zmieniały się w przedmioty i robiły coś niemiłego, gdy ktoś ich dotykał. - Rzekł grzebiąc w urządzeniu, które ewidentnie miało jakiś defekt.

- Ciekawa perspektywa, która była chyba inspiracją tego obrazu.

- Zegar nie działa, a i tak tyka. Ciekawe.

Odpowiedział Silas Solowi, a następnie mruknął ni to do siebie ni to kogoś: - Natrafiliśmy na konesera elfiej literatury… - A usłyszawszy rewelacje o zegarze z podszedł do niego z ciekawością.

- Masz, zerknij. Coś tu nie pasuje, bardziej niż jedzenie na stole.

- Obejrzyj go zewnątrz... może jest częścią czegoś więcej, na przykład tajemnego przejścia?

Młody wojownik usłuchał przedstawiciela starszej rasy i takoż uczynił.

Nic na to nie wskazywało. Podszedłeś następnie do fresku, tylko by stwierdzić, że jest ładny.

- Chyba nie ma tej wiedźmy. Chodźmy stąd. Podziękuję za gościnę.

- Nie ma wiedźmy, to możemy ruszać dalej.

Przenocowaliście pod gołym niebem, wzgardzając smakołykami zgromadzonymi w chacie przypominającej muchomora. Następny dzień zaczął się od deszczu. Ślizgając się w błocie ruszyliście przed siebie... aż dalszej drogi nie zagrodziło wam powalone drzewo. Jako że szliście środkiem wąskiego i wysokiego wąwozu, a w dodatku z mułami, musieliście się albo jakoś uporać z pniem, albo wycofać i nadłożyć kilka godzin drogi.

Alieena wraz z Andreasem Solem ustaliła, że przywiąże muły liną do pniaka i z ich pomocą odciągnie przeszkodę z drogi. Do czego realizacji zaraz zakasała rękawy. Woj o złotych oczach pełnych determinacji, wyciągnął linę z tobołka i podszedł do powalonego pnia. Chciał obwiązać nią spróchniałe drzewo przy jednym z końców, po czym uczynić to samo ze stelażem na łupy jednego z mułów Tancerki Ostrzy.

Andreas podszedł do drzewa i... w porę zauważył pośród błota wijący się kształt! Jadowity wąż już szykował się do ukąszenia! Silas zorientowaszy się w zagrożeniu szybko uzbroił się w arbalest i posłał bełt. Pudło!

- Odsuńcie się od niego, jest jadowity! - Zabrzmiał melodyjny elfi głos maga. Eadan sięgnął po łuk celując w węża. Nie strzelał nie chcąc trafić nikogo postronnego.

Czarnowłosy wojownik uniknął agresywnego gada. Odskoczył do tyłu i wyciągnął łuk. W mgnieniu oka posłał strzałę w kierunku wijącego się węża, ale trafił jedynie powalone drzewo. Trafienie niewielkiego, jadowitego węża strzałą w taką ulewę i z Alieeną krążącą wokół stworzenia z mieczami było zadaniem wielce trudnym, ale nie niemożliwym. Kapłanka raniła gada na tyle ciężko, by opadł z chęci zapolowania na któreś z was. Syknął tylko wściekle, zamierzając uciec pod pień. Jeszcze krasnolud dopadł do węża, tłukąc go bijakiem kiścienia. Ledwo żywe zwierzę straciło wszelką wolę walki.

Elf opuścił łuk. Zwierzę nie było zainteresowane tym posiłkiem, a zatem nie było sensu go zabijać.

- Zostawcie gada. No, chyba że jesteście bardzo głodni. - Skomentowała Shebateanka, wycierając bułat i chowając go razem z szamszirem do pochew. Wąż zniknął wam z oczu. - Dobrze, teraz dokończmy to co zaczęliśmy. - Zachęciła Andreasa Sola do ponowienia wcześniej ustalonego planu.

W ten wyłonił się z zieleni Sparkus. Zbrojny miecznik co się do nich dołączył. - Brawo... człowiek idzie się odlać, a tu takie cyrki… - Dobył miecza i tarczy. Rozglądał się w koło.

Korzystając z mułów odciągnęliście przewalone drzewo i kontynuowaliście dalej podróż. Blisko zmierzchu trafiliście na stary, rozłożysty dąb. Jego korzenie wrastały pomiędzy skały, z których biło źródło, otaczające drzewo głęboką wodą. Pod koroną drzewa schroniła się przed deszczem samotna kobieta, jednak zupełnie inna od tych, które dotychczas widzieliście. Jej skóra była jasnozielona, włosy koloru jesiennych liści, a oczy złote jak słońce. Powieki, usta, paznokcie, wreszcie sutki - bo była zupełnie naga - jakby z kory drzewa. Spojrzała na was, delikatnie się uśmiechając.

[media][/media]
driada Kalyke według szkicu lorda Lirasela

- Chwała Iannie! Znaleźliśmy ją. Czy tyś jest driadą, którą zowią Kalyke? - Zapytała stworzenie dla pewności.

Silas do tej pory nie miał z do czynienia z driadami, a zatem wolał zostawić rozmowę bardziej obeznanym w leśnych tematach.

Elf podszedł bliżej by przyjrzeć się istocie. Była częścią przyrody, personifikacją życia, przyrody. Fascynujące… - Jestem Eadan Mag Aofan Ui Lirasel. Szukam driady Kalyke, która ongiś spotkała mojego dalekiego krewnego, Lirasela, pana okolicznych ziem. - Powiedział w elfim.

Sparkus nic nie powiedział tylko stanął w luźnej pozycji z rękoma założonymi na piersi i tak przyglądał się szelmowsko zielonej kobiecie.

Andreas ukłonił się ładnej pani. Starał się patrzeć jej tylko na twarz, pomijając wyeksponowane atuty. Silas mimo, że zdecydował się nie wtrącać powtórzył gest Andreasa.

Smagłolica czekała na odpowieść leśnej niewiasty.

Smukła, wysoka driada nachyliła się w waszą stronę i zmrużyła oczy, próbując przez chwilę zrozumieć Alieenę. Dopiero kiedy Eadan odezwał się w argollańskim, podjęła rozmowę w tym języku. - Kalyke to ja, a twój praprzodek jest mi znany. Stąpał po tej ziemi, kiedy świat był jeszcze młody i nie spłynął krwią tylu istot, a lasy były wielkie, potężne i wibrujące od pradawnej magii. Był prawdziwym bohaterem i nie zasłużył na okrutną śmierć, którą zgotowali mu jego poddani, nie zrozumiawszy zamiarów lorda… Wiem o waszej misji. Wasza towarzyszka musi być w szczególnej łasce Nuadhaina, skoro do mnie trafiliście. - Zanurzyła koniuszki palców stopy w zielonkawej wodzie otaczającej wiekowy dąb. - Zaczerpnijcie wody z tego źródła. Wymieszajcie z płatkami róży, łodygą lnu, nasionami piwonii i korzeniem piołunu. Wystawcie w nocy naczynie, aby tak sporządzoną miksturę pobłogosławiło światło wschodzącego słońca. Wypijcie, a wtedy zdołacie pokonać grombyla, złego ducha zwanego Dzieciokradem. To wszystko, co mogę dla was zrobić. - Driada wydawała się pomocna i przyjazna, ale u podnóża dębu ziała czarna dziupla, która instynktownie napełniła was znanymi z plotek obawami przed wiedźmą porywającą mężczyzn na całe stulecia.

Widząc, że mowa Alieeny nie przemówiła do Driady, Sparkus przybliżył się do niej niebezpiecznie blisko i szeptem tłumaczył jej słowa zielonoskórej.

- Jak nam to pomoże w pokonaniu tego upiora?

- Staniecie się tym, czego najbardziej obawia się Dzieciokrad… Dziećmi. Tylko one są w stanie go zranić. Zauważywszy, że jakieś dziecko się go nie obawia, straci rozsądek i zacznie walczyć w najprymitywniejszy sposób z możliwych, nigdy nie wycofując się z walki. Dla porównania, ogień czy magia tylko go wystraszą. Rozmyje się w mgłę, ucieknie wsiąkając w szczeliny jaskini, nawet znajdzie nowe legowisko, pozostając na zawsze nieuchwytnym zagrożeniem dla młodych waszego ludu.

Sparkus nadal tłumaczył, aż powiedział sam w języku długouchego ludu. - Długo ten eliksir zachowuje moc? Jak długo działa?

- Dla mnie zaledwie chwilę. Dla was dłużej niż życie...

- Czyli raz przygotowany... jest zdatny do użytku przez lata, tak? - Dociekał Sparkus. Kiwnęła głową Sparkusowi na znak aprobaty, przymykając przy tym oczy okolone długimi, zielonymi jak trawa rzęsami.

- Dziękujemy o Pani. - Młody łowca, wylał zawartość swojej menażki i zaczął do niej zbierać zielonkawą wodę.

Silas niecierpliwie czekał koniec audiencji, aby zasypać rozmówców Kalyke pytaniami o Dzieciokrada i eliksir co miał być na niego sposobem.

- Zapytajcie, czy jest jakiś sposób na jego sługi. I jak długo działa ten cudowny płyn. Nie zamierzam zostać pacholęciem do końca żywota. Mogłaby też coś rzec o chatce w muchomorze oraz o bestii pożerającej wątroby.

Po przetłumaczeniu pytań Alieeny, driada odpowiedziała: - Tylko dorosłe grombyle odporne są na miecze i strzały, a te sposoby doskonale znacie. - Wzruszyła ramionami słysząc o zamiarach czy braku zamiarów kapłanki. - Za każdym zwycięstwem w walce z pradawnym złem kryje się wielkie poświęcenie. - Natomiast o napotkanych dziwach lasu Viaspen dodała tylko: - Las ten zamieszkuje wiele różnych istot.

- Czym możemy odwdzięczyć się za Twą pomoc?

- Mnie wystarczy, że nie uczynicie temu lasu ani jego mieszkańcom niepotrzebnej krzywdy.

Enigmatyczna istota nie okazała się zbyt informatywna. Smagłolica piękność pozwoliła sobie zadać ostatnie dwa pytania. - Zapytajcie ją, czy jest w stanie mnie uleczyć. I w jaki sposób powstają młode grombyle. Mam co do tego mroczne podejrzenia…

Pytania przetłumaczono.

- Zdejmij z siebie opancerzenie i odzienie. Zanurz się w wodzie tego źródła, a będziesz uzdrowiona.

Andreas schował napełnione naczynie, ukłonił się i wycofał rakiem. Przetłumaczył towarzyszce co ma zrobić, po czym odwrócił wzrok.

Alieena zignorowała ewentualne spojrzenia towarzyszy. Wzruszyła ramionami i bez wstydu zrzuciła z siebie szaty. Spędziła nieco czasu w Świątyni Woalu, no i poza tym była służką Ianny, a to ogółem uwalniało ją od wszelkiej pruderii. Zresztą, jej ciała mogłoby jej pozazdrościć wiele zadbanych księżniczek. Nie bez powodu Tancerki Ostrza były ziemskimi awatarami bogini. Musiały być zabójczo piękne i zabójczo mordercze. Tak też Shebateanka po chwili weszła do wody.

- Widywałam ładniejsze... - Rzekła znudzonym tonem driada.

Silas widząc, że Alieena zaczyna się rozbierać z szacunkiem odwrócił się od jej nagiego wizerunku, ale dla pewności przybliżył dłoń do bijaka, aby w razie czego być gotowym do odparcia zagrożenia.

Woda była przyjemnie ciepła. Kiedy Alieena się spod niej wynurzyła, nic już nie dolegało jej wzrokowi. W czasie kąpieli driada wytłumaczyła reszcie, że młode grombyle rosną na dorosłym niczym guzy, kiedy są karmione strachem dzieci, aż w końcu się odrywają od karmiciela.

- Na Iannę! Ja widzę normalnie! To cudowne źródło! - Dziewczyna pokłoniła się pokornie i z wdzięcznością leśnej istocie, a potem ubrała.

- Wspaniale! Ale przyjęło się zachowywać takie widoki dla kochanków! Nie wątpię, że są wspaniałe!

- Przekażcie jej moje podziękowania, jeśli możecie.

- I możecie powiedzieć, że może żądać czegokolwiek.

- Czego zażądać?

- Czego tam pragnie, jestem po prostu bardzo wdzięczna.

- Jak ubijemy tego Dzieciokrada to zarobię dość, aby nie umrzeć z głodu przez dłuższy czas. Wychodzi, że ja też mam powody do wdzięczności. - Mruknął do siebie cicho Silas.

- Nasza towarzyszka zapewnia Ci swoją dozgonną wdzięczność o Pani. Jej ostrze jest na Twoje usługi.

- Masz naszą stokrotną wdzięczność. Nigdy nie zapomnimy o Twej szczodrości. - Tancerka Ostrza zawtórowała Solowi.

Driada Kalyke skinęła głową, jakby pomoc była dla niej oczywista i niewymagająca podziękowań z waszej strony.

- Znałaś Lirasela, opowiedz mi o nim, jego walce z grombylem. Dlaczego z nim walczył? Awanturnicy znaleźli nieużytą miksturę, a mimo to przez lata był spokój. - Eadan przysłuchiwał się pytaniom ludzi pozwalając tym krótko-żyjącym istotom wypowiedzieć swoje myśli i swoje pragnienia. Nie odwrócił wzroku od nagiego ciała Alieena, choć ludzkie ciało nie było aż tak atrakcyjne, choć na ludzkie standardy było na czym zawiesić oko. Gdy pytania się wyczerpały mógł zadać pradawnej sile swoje prośby i pytania. Póki co driada Kalyke powtórzyła mniej więcej to, co już wiedziano na podstawie dziennika lorda Lirasela i co wasi pechowi poprzednicy przekazali Mityariankom.

- Nie znałam twojego praprzodka za dobrze. Spotkaliśmy się tylko raz, kiedy do lasu Viaspen wybrał się, aby znaleźć pomoc w poszukiwaniu jedynego syna, po którym nosisz imię, i innych zaginionych dzieci. Wiem, że wywodził się z lasu Istrith, ze starożytnej stolicy Argolli, miasta Cyfandiir, zdobytego wiele wieków po jego śmierci przez wielką smoczycę Aisoth i nigdy nie wydartego z jej pazurzastych łap.

- Czyli to nie działanie Lirasela spowodowało pojawienie się tego... Dzieciokrada?

- Nie. On był bez winy.

Eadan odetchnął z ulgą. - Dziękuję. - Odpowiedział z wyraźną ulgą. - Dlaczego Lirasel nie użył mikstury tylko zasadził magiczny żołądź?

- W wyniku podejrzeń o praktykowanie czarnych sztuk został spalony żywcem przez swoich poddanych zanim zdołał użyć eliksiru.

- To jest jeden z powodów dla których tu jestem. Szukam dowodów na to, że mój krewny parał się jedynie białą magią. Podobno odnaleziony dziennik rzuca nowe światło na tamte czasy… - Zamilkł. Driady pewnie nie interesowały rodzinne sprawy śmiertelników. Nawet tak długowiecznych jak elfy.

- Nie dostrzegłam w nim skazy, ale to wciąż tylko jedna kropla w morzu zepsucia, w jakim pogrążyła się Argolla...

- Czy efekt tego eliksiru da się odwrócić? Lub przynajmniej spowodować normalny upływ czasu, starzenia się ciał dla każdego z nas? - Zmienił temat. Nie miał zamiaru do końca życia być elfim dzieckiem.

- Dałoby się, gdyby Wielki Las nie ucierpiał tak od siekier śmiertelników. Nie mogę wam bardziej pomóc, nawet gdybym chciała.

- Ludzie… - Powiedział z pewnym obrzydzeniem. - Nie zatrzymamy ich pędu. Możemy nauczać o naturze, może ograniczyć ekspansję, ale nawet dla nas jest to krótkotrwałe. Dla ciebie będzie to niezauważalne. Za sto lat, nikt z nich nie będzie pamiętać dlaczego nie mają ponownie karczować lasów.

Alieena wydobyła żołędzie i liście drzewa, które powalił piorun i które to strzegło wejścia do pieczary Dzieciokrada. - Zapytajcie, czy te fragmenty starczą na eliksir odczarowania. A co z nasionami drzewa, które wyrosło z żołędzia danego Liraselowi?

- Nic to nie da.

- Możemy przynieść te żołędzie. Może pomogą tobie?

- Przecież mam je tutaj. W rękach. - Zdziwiła się Alieena gdy przetłumaczono jej pytanie elfa.

- Nic już z nich niestety nie wyrośnie…

Sparkus patrząc rzekł poważnie. - Ile wypić trzeba z mikstury by podziałała jak trzeba by Dzieciokrada pokonać?

- Pół twojego bukłaka wystarczy. - Driada odpowiadała na pojawiające się pytania.

Elf przetłumaczył słowa driady. Skinął jej w podziękowaniu. Nadal nie był pewien co z tym eliksirem zrobić. - Wydaje się, że nie istnieje sposób, by odwrócić moc eliksiru. - Powiedział do reszty drużyny.

Po uzyskaniu informacji i narzędzi niezbędnych do pokonania Dzieciokrada wszyscy pożegnali się w ponurych, acz ciepłych nastrojach. Ktoś musiał się poświęcić i pozostać dzieckiem na wieczność.

Do roli wiecznego dziecka zgłosił się Silas, który z racji bycia zwiadowcą cenił drobne rozmiary.


Następnego dnia ruszyliście w drogę powrotną. Alieeny już nie prowadzili bogowie. Również spoglądając do tyłu nie widziała znaków, które jeszcze wczoraj ją kierowały do driady Kalyke. Andreas przejął więc jej rolę. Podróżowaliście w półmroku pierwotnej puszczy, której wieczystą ciszę przerwał w końcu... grzmot. Zbierało się na burzę. Wodząc wzrokiem w poszukiwaniu schronienia wypatrzyliście w oddali skaliste wzgórze. Na jego szczycie znajdowały się alabastrowe ruiny. Pozostałości argollańskiej cywilizacji. Mimo że ze ścian dawnej budowli nie zostało za wiele, może było tam jakieś zagłębienie, w którym można było osłonić się przed silnym wiatrem i zacinającym deszczem, przed piorunami i spadającymi konarami.

- Sprawdźmy tą ruinę, może ostał się w niej suchy skrawek ziemi.

Może kiedyś ta zrujnowana budowla była jakiegoś rodzaju akademią, klasztorem czy świątynią - ciężko było to obecnie określić, ale kiedyś musiała imponować rozmiarem. Niezawalona przetrwała zaledwie jedna, niewielka część, wychłostana przez stulecia wiatrów i deszczy. Zaglądając przez portal pod dach Andreas zauważył schody prowadzące w dół. W ciemność.

Silas poszedł śladem Andreasa i gdy ujrzał zejście w ciemność odezwał się do reszty towarzyszy: - Widać jakieś schody, które schodzą na dół! Żeby tu nocować będziemy musieli sprawdzić co się tam kryje!

Shebateanka ustała pod zadaszeniem, ale po jej minie było widać, że nie jest zbyt chętna, aby zagłębić się w czeluść, do której prowadzą schody. - To ziemie twoich przodków. Wiesz co to za budynek?

- Podziemia to Twoja domena - łowca zwrócił się do brodacza spoglądającego w dół schodów - Prowadź, będę tuż za Tobą.

- No dobra. Przygotuj ktoś światło! - Odrzekł Silas uzbrajając się w bijak. Andreas już rozpalił latarnię. Ujął ją w lewą dłoń, a prawą ręką wyciągnął miecz. Gdy światło zaczęło docierać wgłąb tajemniczej przestrzeni Silas uważnie do niej zajrzał gotowy zaprowadzić za sobą grupę.

Przemoczeni zeszliście ostrożnie po stopniach długich schodów do wilgotnych podziemi wykutych w jasnym, białym kamieniu. Po prawicy, na całej długości zejścia, wykuto w ścianie ciąg słów w języku argollańskim. Układały się w modlitwę. Prośbę o dary mądrości, rozumu, rady i umiejętności. Nie dało się wywnioskować, do jakiego bóstwa kierowane były modły, bo akurat ten fragment ściany już dawno temu popękał, skruszył się i odpadł, jakby uderzony jakimś ciężkim obuchem. Na podstawie znajomości elfiej kultury można było założyć, że adresatem modlitwy był Taliesin, argollański bóg wiedzy, nauczania i magii, ale całkowitej pewności mieć nie mogliście… Ze zbudowanej na planie kwadratu hali prowadziły dwa korytarze, wkrótce rozwidlające się w cztery różne strony. Niegdyś mozaika na posadzce układała się w purpurowy okręg, ale obecnie była cała popękana i porysowana, a żywa barwa niemal wyblakła i zatarta. W ścianach jeszcze tkwił rząd przerdzewiałych, żelaznych haków umożliwiających zawieszeszenie odzienia wierzchniego. W panującej ciszy słyszeliście jedynie dochodzące z powierzchni deszcz, wiatr i coraz częstsze grzmoty.

- To klasztor. Prawdopodobnie Taliesina. Jeśli nie został splugawiony, powinniśmy bezpiecznie móc przeczekać ulewę. - Eadan przyglądał się dawnej architekturze i ruinom jakie zostały z jego dawnej cywilizacji. Wszedł do środka czując aurę tego miejsca. Elf rozpalił pochodnię przyświecając sobie gdy schodzili na dół. Przyglądał się wszystkim szczegółom budowli. Jeśli było to faktycznie miejsce kultu magii, być może zostały ukryte pradawne moce, które zostały ukryte, może nawet zapomniane i niezrabowane przez wieki.

Silas wskazał na napisy na ścianie i zapytał: - Elfie możesz przetłumaczyć?

Sparkus zaśmiał się gardłowo. - Na co czekacie! Ah! Klasztor! To pewnie jakieś świecidełka tu mieli, nie?

- Nie waż się kraść świętych przedmiotów.

- Jaka tam kradzież... po prostu odzyskamy i przekażemy w ręce które należycie się nimi zaopiekują i okażą właściwy im szacunek... a nie, że tak sobie będą leżeć w pogardzie zapomnienia…

- Czyli moje? Chyba nie ma właściwszej osoby niż elfi mag i spadkobierca tych ziem. - Uśmiechnął się wskazując na napis na ścianie.

Najemnik się uśmiechnął krzywo. - Nie ważne jakim jesteś dupiem, ale skoro nazywasz się spadkobiercą... to oczekuję należytej zapłaty za moje usługi. Nie płacisz? Biorę swoją część z tego co się trafi, bo takie prawo. Panocku. Czas elfów przeminął.

- Jeszcze nie pokonaliście przeszkód stojących na drodze do tych rzekomych skarbów, a już się kłócicie.

- Zaiste, jak durnie dzielą skórę na niedźwiedziu.

- Upewnijmy się, że jesteśmy bezpieczni. Potem zajmiecie się tą dysputą. - Słysząc nadal kłócącego się elfa z rycerzem, Andreas skorzystał z okazji i przetłumaczył zachowany tekst dla swych rządnych wiedzy towarzyszy.

Gdy już Andreas skończył tłumaczenie sensu napisu na ścianie, Silas podszedł do pierwszego z lewa odgałęzienia: - No to jak? Idziemy?

- Nic nie dzielę. Wyjaśniam temu durniowi, żeby nie kradł skarbów ze świątyni. Jako córa Ianny powinnaś to zrozumieć, szczególnie gdyby to był klasztor twojej bogini. - Eadan nie miał ochoty wchodzić w idiotyczną dyskusje z "Czarnym". Poziom zrozumienia ludzi jeśli chodziło o wtargnięcia i domaganie się za to zapłaty był powszechny do tego stopnia, że nie było sensu dyskutować. W końcu i tak za kilkadziesiąt lat nie będzie go na świecie, o ile swoją postawą nie ściągnie na siebie śmierci wcześniej. - Prowadź Silasie.

- Jakby splądrował świątynię Ianny to rozpłatałabym mu czaszkę. - Szatynka wyraziła się krótko i dosadnie.

Elf uśmiechnął się jedynie. Ludzie byli niczym liście na wietrze.

Podążając wiekowym korytarzem, stanęliście przed ciężkimi drzwiami z drewna zniekształconymi od upływu czasu na tyle, że do ich otwarcia będzie potrzeba trochę siły zaaplikowanej z rozpędu albo kilka porządnych uderzeń siekierą lub podobnymi narzędziami. Na wysokości oczu widniał na ścianie argollański napis. Po lewicy zauważyliście niedaleko kolejne, podobne drzwi. Po prawicy korytarz znikał w ciemności. Argollański napis informował, że za drzwiami znajdowała się zbrojownia.

Silas ujrzawszy napis podrapał się po głowie: - O ile znam się na podziemiach to nie na języku elfów. Przydałby się na czele, u mego boku, jakiś tłumacz.

Sparkus przetłumaczył napis: "Zbrojownia".

- Hmm... Broń nie wchodzi raczej w skład świętych przedmiotów, więc Lirasel Sparkusie powinien pozwolić ci ją zgarnąć, ale lepiej z tym poczekać, bo przy otwieraniu tych drzwi narobimy hałasu i nie wiadomo co tu ściągniemy. Na razie zobaczmy co mamy po lewej. - Przemówił Silas i następnie zainteresował się czy przy tamtych drzwiach też nie ma jakiegoś napisu.

Był. "Pracownia". Drzwi w podobnym stanie. A korytarz prowadził dalej i się rozwidlał.

Silas wzorem wszystkich zwiadowców, którym i sam był, wolał nie wzbudzać hałasu bez powodu i poprowadził grupę dalej ku rozwidleniu.

Alieena skinęła głową. Eksplorowała wnętrze jedynie z braku lepszego zajęcia i by zadbać o zdrowie towarzyszy. Sama nie miała ochoty ani plądrować, ani szukać bez powodu niebezpieczeństw.

Zaciekawiony pracownią Eadan zatrzymał się chwilkę przyglądając napisowi i samym drzwiom. Jakaż to pracownia mogła się kryć za tymi drzwiami? Dlaczego są zamknięte? W ruinach klasztoru? Czyżby faktycznie nikt tu nie zaglądał? Widząc, że reszta ruszyła dalej, czym prędzej podążył za nimi. Pod ziemią było przynajmniej sucho i w miarę ciepło.

Kiedy przestaliście tyle mówić, mogliście skupić się wreszcie na dźwiękach otoczenia. Zza rozwidlenia, w stronę którego zamierzał iść krasnolud, dobiegał stukot jakby pracujących górników.

Silas odwrócił się do towarzyszy i gestem nakazał ciszę, a następnie ostrożnie stąpając zaczął wieść grupę w kierunku hałasu. Shebateanka pokazała najzwinniejszemu z drużyny by poszedł na rozpoznanie i zidentyfikował źródło hałasów. Silas skinął kobiecie głową i dał sygnał Solowi, aby towarzyszył mu w tym zwiadzie.

Jakby pracujących górników, bo pracowały tylko narzędzia, unoszące się w powietrzu. Wysiłek lewitujących, autonomicznych kilofów, młotów i innych narzędzi miał na celu odgruzowanie zawalonego tunelu. Nie wiadomo, czy przedmioty w ogóle były świadome waszej obecności. Nie przerwały pracy nawet na ułamek sekundy. Idąc rozwidleniem w drugą stronę korytarz łączył się z halą wejściową. Mniej więcej w połowie tunelu znaleźliście trzecie drzwi, podobne wyglądem i stanem do dwóch poprzednich, na które się natknęliście. Było to według argollańskiego napisu na ścianie "laboratorium".

Po tym co zobaczył Silas zaczął myśleć na głos: - Świątynie, w których zachodzą takie zjawiska muszą być wyjątkowe. - A następnie zwrócił się do osób, które mogły się na tym znać, czyli do Lirasela, Alieeny i Sola: - Naprawdę nie słyszeliście kiedyś, żeby w świątyni występowały takie zjawiska? Te prace w tamtym tunelu i te drzwi, które solidnie wyglądają, wskazuje na to, że tu bytuje świadomość.

- Mnie to wygląda na zaklęcie, które ktoś rzucił nieopatrznie, zapominając je przerwać albo narzucając niedokładny limit działania. Ale może to być też robota duchów.

- Na to wygląda, że trzeba znaleźć jakieś zapiski kapłanów… A to oznacza, że musimy penetrować świątynię dalej. - Podsumował krasnolud i zaczął się szykować do prowadzenia drużyny w stronę najbliższego niezbadanego korytarza.

- Bzdura, magia i tyle. Ktoś tu jest, a nam nic do tego. Bierzmy co cenne i spadajmy stąd.

- A skąd pomysł, że ten ktoś nas puści wolno z łupami?

- A skąd pomysł, że w ogóle puści nas żywych jak się zorientuje, że tu jesteśmy?

- Jak zaczniesz hałasować to zorientuje się na pewno, ale wolna droga… - Odrzekł Silas i uczynił ręką gest zapraszający do drzwi laboratorium.

Eadan westchnął jedynie cicho tłumiąc w sobie niechęć do rabusiów, licząc po cichu na sprawiedliwy gniew dawnych budowniczych. Przyjrzał się magicznym samopracujacym narzędziom. Gdzie tak kopali?

Najemnik sarknął. - Nic tu po nas. Idźmy tunelem na Laboratorium, a potem w prawo.

- Chodźmy Silas, sprawdzimy inne odnogi.

Andreas poklepał niskiego towarzysza i pokierował go w stronę niezbadnych rejonów podziemi. - Idziemy, nie ma co tracić czasu.

Sparkus prychnął, sarknął i splunął żółtą śliną na bok.

Idąc dalej korytarzem natknęliście się na drzwi w podobnym stanie co wszystkie poprzednie. Tym razem brakowało napisu na ścianie. Został zniszczony w wyniku uderzenia jakiegoś obucha.

- Prawdopodobnie zbliżamy się do obszaru, gdzie ingerencja tych narzędzi nie sięga… Idziemy dalej szukać jakiś otwartych drzwi czy zaczynamy kombinować jakoś inaczej?

- Najpierw pełne rozeznanie w terenie w gotowości bojowej. Potem się zobaczy.

- I ja jestem tego zdania. Zatem chodźmy dalej! - Odrzekł Silas szykując się do dalszego zwiadu.

Doszliście do długiej hali zdominowanej przez masywny posąg dwunożnej, złowieszczej ropuchy wykuty z marmuru. Wokół rzeźby rozłożono szkarłatne poduszki, jakby do medytacji czy modlitwy. Czas jeszcze nie zdążył się na nich odcisnąć. Musiały tu zostać przyniesione niedawno.

Posąg przedstawiał Wielkiego Szachraja, zwanego również Trucicielem, jedno z niezliczonych chtonicznych bóstw, które powinno być zwalczane w imię Ianny i innych bogów Wiary Siedmiu. Wygląda na to, że założyciele klasztoru zboczyli ze ścieżki wyznaczonej przez Prawo. Poczułaś gniew widząc kamiennego idola. Najlepiej byłoby go przewrócić i roztrzaskać.



[media][/media]
Posąg Galmorma, Wielkiego Szachraja zwanego również Trucicielem
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 08-12-2020 o 07:50.
Clutterbane jest offline  
Stary 07-12-2020, 20:04   #8
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
- Interesujące. Wydaje się, że ktoś się tu zadomowił. - Skonstatował oczywistość elf. Podszedł bliżej szturchając kosturem poduszki. Mięciutkie. Spokojnie przyjrzał się pomnikowi dwunożnej żabie.

- Lirasel? Nie bardzo wyznaję się na waszych bóstwach... ale nie sądzę, żeby ten stwór do nich należał.

- Nie kojarzę takiej istoty. - Odpowiedział ostrożnie, przyglądając się pomnikowi z każdej strony. - Wiekiem zdaje się pasować do reszty, a przynajmniej nie odstaje... dziwne.

Korytarz dalej prowadził w ciemność, ale po prawicy zauważyliście kolejne, podobne do poprzednich drzwi.

- Chodźmy dalej, a spotkamy mieszkańców.

- To raczej nieuniknione. Prowadźcie.

Czarny się zaśmiał. - Ta, klasztor mądrego elfiego boga psia jego mać! Kurwa, dobre! To co? Mogę plądrować do woli, co nie?

- A co rzekniesz elfie, jeśli zasugeruję, że tu doszło do profanacji?

Eadan wzruszył ramionami. - Stało się tu coś dziwnego. Trzeba odnaleźć notatki przeora, może z nich dowiemy się czegoś więcej.

- A gdzie byś zaczął poszukiwania tych notatek?

- W takich klasztorach powinien być gabinet, choć jeśli to jest to co myśle, to pracownia, którą mijaliśmy wydaje się równie dobrym tropem. Magia mogła trzymać te kilofy aktywne przez wieki, ale wtedy dokopałyby się... ni zdecydowanie dalej niż są teraz. Poduszki zdają się potwierdzać, że to miejsce nie jest opustoszałe. - Elf poświecił na ściany, sufit i podłogę. Szukał śladów bytności, odcisków butów na wiekowym kurzu, zerwane pajęczyny i inne ślady mogące świadczyć o czyjejś obecności.

- W takim razie przed nami rysują się dwie opcje... Albo staramy się jak najszybciej dowiedzieć co tu się dzieje i nie zważając na ryzyko dekonspiracji idziemy wprost do pracowni albo kontynuujemy rekonesans.

- Idźmy dalej.

- Dobra! O ile się nie mylę to idąc tak jak szliśmy niebawem zawrócimy w kierunku schodów, którymi zeszliśmy do tych podziemi.

Alieena bint Malikr skrzywiła się, dostrzegając coś po prawej stronie pomieszczenia. - To miejsce już dawno nie jest świętą ziemią elfów. Zalęgli się tu kultyści jednego z bogów podziemia. - Powiedziała ściszonym głosem do towarzyszy. - Jest tu jeden z ich bałwanów. Z chęcią bym go roztrzaskała. Ale jeszcze nie teraz... nie chcę, by plugawcy zorientowali się, że tu jesteśmy.

- Może uda nam się zaskoczyć kultystów. Poukrywajcie się tu. Sprawdzę czy są gdzieś za tamtym korytarzem. Spróbuję określić ich siły i ewentualnie zwabić w naszą pułapkę.

- Dobrze.

- Pewne dane o liczebności dostarczą nam te siedziska. Policzmy je. Solusie jestem równie sprawny jak ty, a do tego potrafię się skradać, więc ci pomogę.

Zwiadowcy doszli do skrzyżowania korytarzy. Kolejne drzwi, kolejna odnoga. Coraz więcej możliwości, coraz więcej niepewności. Obrano za kierunek północ.

- Stać! Dobrze... A teraz dwa kroki do tyłu i nigdy was tu nie było! - Zwiadowcy - duet w postaci Andreasa i Silasa - zaskoczył warkotliwy głos dobiegający z ciemności. Groźny mówca posługiwał się prymitywnym, złowieszczym językiem.

Łowca natychmiast zasłonił latarnię plaszczem. Chwycił mocniej miecz i przylgnął do ściany, zgarniając krasnoluda przedramieniem.

Silas po przypadnięciu do ściany wyjął spod pazuchy metamforę, aby w razie czego mógł ją rzucić dla zmylenia strażnika.

Zrobiło się nerwowo. Zamiast wykonać wykrzyczany w plugawym języku rozkaz i wycofać się do kompanów woleliście ukryć źródło światła oraz chwycić za miecz czy inne przedmioty, co wzbudziło podejrzenia. Brzęknęła cięciwa. Ostrzegawcza strzała świsnęła koło ucha krasnoluda. Wystarczył centymetr w lewo i mogło się to naprawdę paskudnie skończyć. - Alarm! - Po korytarzach elfiej akademii rozniósł się echem ostrzegawczy krzyk stwora czającego się w ciemnościach.

Silas widząc, że walka jest nieunikniona szybko upuścił metamforę na podłogę i podbiegł w kierunku, skąd przyleciała strzała, aby zaatakować strzelca bijakiem. Krasnolud rzucił się do ręcznego boju z arcyprzeciwnikiem jego rasy, jakim były gobliny. Andreas Sol spochmurniał, kiedy cięciwa brzęknęła drugi raz i Silas zachwiał się w biegu, ciężko raniony. Światło lampy odbiło się od bijaka, kiedy krasnolud brał nim zamach. Mimo że nie było widać dobrze jego przeciwnika, uderzenie spadło na goblina. Stwór syknął wściekle, nie zamierzając puścić tego Silasowi płazem.

- Głupcu! Miałeś szansę się stąd wynieść! A tak niedługo będę ucztować z braćmi na twych zwłokach!


Spiczastouche, zielonoskóre stworzenie uniknęło cięcia mieczem wymierzonego przez Andreasa. Atakowany przez Silasa i Andreasa goblin dał krok w tył i ponownie naciągnął cięciwę. Oślepiony światłem lampy nie był w stanie jednak skupić się na celu i haniebnie spudłował. Tunel, w którym walczyli zwiadowcy, zakręcał wkrótce w prawo i rozszerzał się w komnatę. Przełknęliście głośno ślinę przerażeni, kiedy usłyszeliście tupot licznych goblinów.

W powietrzu rozbrzmiał melodyjny zaśpiew w pięknym, elfickim języku. Magiczne światło pojawiło się w dłoniach Eadana i spłynęło na bronie tancerki. - Powodzenia. - Szepnął jej.

Pół tuzina tych podłych kreatur, odzianych w skóry upolowanych zwierząt czy pokonanych przeciwników, rzuciło się do walki. Cztery czerwonookie gobliny z włóczniami i tarczami zamierzało szybko uformować szyk, za którym schowałoby się dwóch łuczników. Bezlitośnie dźgały was prymitywnymi, ale ostrymi grotami osadzonymi na długich drzewcach. Silas padł ciężko na posadzkę po otrzymaniu kolejnej rany. Zaczęła rosnąć pod nim kałuża krwi…


zadźgany goblińskimi włóczniami krasnolud Silas

Alieena podbiegła do skrzyżowania korytarzy, wyjrzała za róg i krzyknęła. - Wycofajcie się!

[media][/media]
Mapa elfiego klasztoru odkryta przed haniebną ucieczką
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 07-12-2020 o 20:16.
Clutterbane jest offline  
Stary 19-12-2020, 16:49   #9
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
[media][/media]
Dzieciokrad

Wilgotne powietrze jaskini wypełnił straszliwy, pełen bólu wrzask. To miecz Andreasa spadł na łeb Dzieciokrada, odcinając jeden z wieńczących go rogów. Odmłodzony miksturą driady Kalyke Nobirańczyk nie poprzestał na tym ciosie. Zadawał kolejne raz po raz, siekąc i rąbiąc z wszystkich sił. Dwunastoletnie serce waliło młotem, a małe płuca pracowały jak miechy. Kiedy ze zmęczenia już ledwo trzymał teraz o wiele za ciężki miecz, ostrze utkwiło na moment w kości. Małpowaty olbrzym złapał wtedy dwunastolatka za gardło łapami wielkimi jak bochny chleba, ale piekielny ogień w jego ślepiach jednak powoli gasł. Powoli, ale wystarczająco szybko, by nie zabrać duszonego ze sobą do grobu. W końcu puścił bezwładnie. Andreas wyszarpnął skrawione ostrze, a potwór runął na pysk. Chłopczykowaty awanturnik osłabiony natychmiast oparł się o ścianę i odetchnął łapczywie pełną piersią. Zacięta mina i oczy doświadczonego życiem mężczyzny dziwnie kontrastowały z dziecięcą fizjonomią. Obserwowaliście, jak pokonany Dzieciokrad rozpuszczał się w czarną ciecz z nieznanych temu światu pierwiastków.

To był koniec. Koniec koszmaru, w którym żyli mieszkańcy Grzęd Mityary od piętnastu dni. W tym czasie nawiedzający pobliskie jaskinie zły duch zwany Dzieciokradem porwał dwie dziewczynki - Nauri i Valę. Bohaterskim wysiłkiem uratowano tylko pierwszą z nich, płacąc za to życiem duetu awanturników - Ignasiusa Visa i Pirory. Od porwania drugiej minęły już dwa tygodnie, podczas których wielu śmiałków próbowało najróżniejszymi metodami pokonać starożytne zło, ponosząc za każdym razem klęskę. Wszyscy we wiosce utracili nadzieję na ratunek Vali prócz kochającej matki. Niestety słusznie. Pół tuzina szaroskórych, spiczastouchych karłów żywiło się jej resztkami, kiedy chwilę temu wpadliście do jaskini, masakrując je płonącą naftą, strzałami i mieczami. Dalej nie dowierzaliście w to, czego udało wam się dokonać.

Zanim opuściliście to przeklęte miejsce, przeszukaliście legowisko Dzieciokrada, natrafiając na wiele ciekawych łupów… Kryjący portrety rodu Lirasel srebrny sekretnik w kształcie kwitnącej wiśni - herbu tego elfiego rodu. Gobeliny przedstawiające elfów w towarzystwie driad i innych leśnych stworzeń, które widzieliście pierwszy raz na oczy. Inkrustowaną srebrem i złotem szczotkę do włosów. Posrebrzany bączek. Porcelanową lalkę elfiego rzemiosła, która mogła być wiele warta dla kolekcjonera. Hebanową figurkę nacierającego smoka z oczami inkrustowanymi onyksem. Dwadzieścia kilka różnych argollańskich monet. Srebrne lusterko, jakiego nie powstydziłaby się dama z imperialnego rodu. A także złoty sygnet, również zawierający herb rodu Lirasel…

Nie tak źle, jak na pierwszą wspólną wyprawę przypadkowych awanturników, którzy poznali się kilka godzin temu w Grzędach Mityary, będąc tu przejazdem lub ściągnięci plotkami czy listem gończym na Dzieciokrada. A obok konkretnego łupu towarzyszyło wam poczucie, że dokonaliście czegoś dobrego, co nie zawsze szło ze sobą w parze. Mogliście liczyć, że jeszcze dziś zostaniecie ogłoszeni przez miejscowych prawdziwymi bohaterami.


[media][/media]
Kompletna mapa legowiska Dzieciokrada

- No, no... jak tam wszyscy żywi? - Młoda łuczniczka zaczęła odzyskiwać swoje strzały ze zwłok. Nieprzyzwyczajona do łupów i nagród takiego pokroju jak ten znaleziony w jaskini, z przywyczajenia odzyskiwała strzały kiedy tylko mogła.

- T-tak. - Młody wojownik otarł pot z czoła, po czym zaczął ładować łupy do worka z zapasami. - Podzielimy się w wiosce?

Andreas podziękował w duchu Skrzydlatemu Słońcu. Koszmar Dzieciokrada dobiegł końca. Tylko za jaką cenę? Mężczyzna, którego zdołaliście poznać przed wyprawą został uwięziony w ciele dziecka. O tym, kim kiedyś był, mogło świadczyć jedynie twarde spojrzenie jego złotych oczu. Gdy już upewniliście się o braku zagrożenia Andreas schował miecz i chwycił latarnię. Westchnął ciężko po czym odezwał się w końcu swoim dziecięcym głosikiem. - Żyw i chyba zdrów - odchrząknął i pogładził się po gardle, które nosiło ślady uścisku stwora. - Tak, dogadamy resztę na powierzchni. Sprawdźmy dokładnie tę jaskinię. Nie chcę żeby ktoś musiał powtarzać naszego wyczynu.

Arimnestos skinął głową, nie przerywając pakowania skarbów. - Masz rację, jak skończę to możemy ruszać.

Dziewczyna, po wszystkich dobrych do użytku strzał pomogła w pakowaniu zdobyczy. Parę razy też stanęła koło odmłodzonej wersji ich towarzysza by porównać po cichu ich wzrost by ocenić czy będzie mogła pozwolić sobie na określenie "knypek" jako forma żartu. - Chyba mamy wszystko. Zabierajmy sie stąd ino chyżo.

- Możemy spróbować odnaleźć jakiegoś mędrca, może ktoś będzie wiedział czy można odczynić magię nimfy. - Kryseańczyk z jednej strony kija powiesił tarczę a z drugiej torbę z łupami. Na próbę założył kij na barki aby stwierdzić czy da radę tak nieść, po czym zdjął swój bagaż i czekał na pozostałych gotowy do drogi. - To jaki kierunek? Grzędy Mityary?

Iwo rozejrzał się jak już było po wszystkim. Nie było tego dużo jak na niziołka - nie miał nawet okazji dobyć miecza. Zakradł się tylko, dał znak do ataku i niedługo potem było po wszystkim. Wyobrażał sobie, że pomoże łatając jakoś rannych - choć nie widział w jaki sposób, bo dysponował niewiele ponad ciemnym płaszczem i skórzanym pasem w charakterze bandaży - tymczasem wyszli z tego zupełnie bez szwanku. Ktoś pakował łupy, ktoś magicznie odmłodniał, a Iwo po prostu stał. I nie miał nawet zajebanej w rzyć fajki. - Um... te rzeczy to jakieś elfie są? Może jakiś elf by to odkupił? Są tu w pobliżu jakieś...?

- Elfy? Słyszałem że kiedyś to była ich kraina, zanim przybyli tu ludzie. Nie wiem czy jakieś elfy mieszkają jeszcze w tych okolicach.

Lauga i dzieciak w za dużej kolczudze wymienili się spojrzeniami. Swego czasu podróżowali razem przez tereny leśnego ludu. Trudno było dogadywać się z ich mieszkańcami, a co dopiero z nimi handlować. - Nie w najbliższych, to pewne. Za to mieszkańcy wioski obiecali nam sprzedaż antyków bez podatku. Podobno ktoś z rady potrafi to zaaranżować.

Do wyjścia towarzyszyła wam już tylko cisza, choć w głowach wciąż słyszeliście złowieszcze, monotonne mamrotanie pokonanych kreatur. "Grombylgrombylgrombyl (…)" Opuściliście legowisko Dzieciokrada, mając nadzieję, że już nigdy w wilgotnych tunelach nie rozlegnie się krzyk żadnego dziecka. Natura jednak nie znosiła próżni, więc prędzej czy później w tych jaskiniach mogło zalęgnąć się inne zagrożenie… Na leśnej polanie mimo deszczu czekało kilku odważnych chłopów zebranych przez jednego z pięciu radnych wioski, leśniczego Gundusa. Były to w większości te same osoby, które pomagały poprzednim, pechowym poszukiwaczom przygód w zastawianiu pułapek i organizowaniu zasobów. Wśród nich znajdował się również Pollio, ojciec porwanej Nauri. Chyba jedyny miejscowy, który stanął z Dzieciokradem twarzą w twarz. Spojrzeli na was z zapartym tchem. Wszyscy byli złaknieni dobrej nowiny.

- Moja Vala, czy ona...? - Zapytał drżącym głosem siwiejący, patykowaty gospodarz.

- Przykro nam, ale nie znaleźli w środku żadnego żywego dziecka.

Ojciec spuścił w milczeniu głowę. Barczysty brodacz - leśniczy Gundus - położył rękę na jego ramieniu. - A Dzieciokrad… Czy dalej nam zagraża?

- Czyn został dokonany. Dzieciokrad i jego pomioty nie będą Was więcej niepokoić.

Nie wszystkim zebranym było to na rękę, o czym poinformowało was wysyczane przekleństwo. Ktoś z zebranych właśnie przegrał zakład, obstawiając, że podzielicie los blisko tuzina poprzedników.

- Młyny bogów mielą powoli, ale sprawiedliwie… - Rzekł Gundus, nie zważając na głośne porachunki przejezdnych hazardzistów. Spojrzał w rozpogadzające się niebo z ulgą na brodatej twarzy, po czym zwrócił się do towarzyszących mu chłopów: - Zakryjmy tą przeklętą dziurę głazami i wracajmy czym prędzej do wioski. Nareszcie z dobrymi wieściami!

Przestawało padać. Kiedy wspólnymi siłami uporaliście się z wejściem do jaskiń, ruszyliście z powrotem do wioski. Miał was tam przywitać cud. Kiedy w "Czerwonym Uśmiechu" rozpoczęło się świętowanie waszego sukcesu lokalną wiśniówką, z fontanny przedstawiającej Szlachetną Panią i Matkę Litości zaczęła wypływać różowa woda. Doniosły o tym akolitki pielęgnujące skwer.

Iwo nie czuł się za pewnie w tym świętowaniu - jeszcze by go kto nadepnął - więc chętnie wymknął się zobaczyć, co to za różowa woda była. Czy miało to oznaczać różaną? A z drugiej strony, kolor kojarzył się z kubłem pomyj po piątym myciu starej ciotki, gdy znów zaczęła widzieć pająki i zapomniał jej założyć rękawiczki. Popatrzył. Powąchał. Na wszelki wypadek napełnił też taką bukłak.

Wysoki posąg w fontannie przedstawiał Mityarę jako patronkę wszystkiego, co kwitnie - otoczoną przez kwiaty, a nie z pochodnią w ręku i w towarzystwie jednorożca czy gołębia, jak sobie zwykle ją wyobrażano. Wody fontanny faktycznie przybrały barwę różowego wina, ale pachniały różami, a do tego mieniły się nadzwyczajnie, nawet kiedy chmury zasłaniały słońce. Kilkorga dzieci bawiło się przy wodzie, a niejeden dorosły z nabożnym szacunkiem nabrał wody w dłonie i po odmówieniu krótkiej modlitwy napełnił nią usta.

- Cud, prawdziwy cud… - Westchnęła jasnowłosa i niebieskooka kapłanka, której piękno skrywała w większości długa, śnieżnobiała szata.

Młody wojownik przyglądał się wodzie. Po chwili zwrócił się do Andreasa. - Może się napij? Może to odczynić czary? - Po czym podszedł do sadzawki i odłożywszy bagaż pod nogi, sam nabrał wody w dłonie i wypił. Woda smakowała orzeźwiająco. Nic nadzwyczajnego się jednak nie stało.

- Ale....dlaczego jest różowa? - Zapytała nadal podejrzliwie patrząc na ciecz.

Młodzieniec usłuchał towarzysza i uczynił to samo co on. Wyglądało na to, że Andreasowi w wyniku wypicia różowej wody z fontanny dedykowanej Mityarze też nie miało się nic stać. Kiedy nagle zaczął rosnąć... Rosnąć i dojrzewać, czy też się starzeć w naprawdę szybkim tempie. Aż pożyczona od chłopskiej rodziny tunika, szyta na miarę ich dwunastoletniego syna, przestała wystarczać. Rozeszła się w szwach, ukazując tym samym wszystkie wdzięki Nobirańczyka. Nagi Andreas usłyszał okrzyki zaskoczenia, śmiechy, ale też i rozmarzone westchnienia młodych Grzędzianek.

Zaskoczony mężczyzna oglądał swoje ciało. Stałby tak pewnie do wieczora, ale zimno zaczęło mu doskwierać. Nie okazując nawet rumieńca na twarzy wyjął wełniany, zielony płaszcz z plecaka, ktorym przykrył swoje przyrodzenie. Spojrzał na posąg z fontanny i przybliżył pięść do piersi. - Dziękuję łaskawa bogini.

Kryseańczyk uśmiechnał się do towarzysza, po czym skłonił przed posągiem.

Lauga za to zakryła oczy. Speszona widokiem i tym że zapatrzyła się na nagiego mężczyznę. Dodatkowo odwróciła się jeszcze do niego plecami. - Ja nie mogę... naprawdę?! Wstydu nie masz pokazywać to twoje stare dupsko wszystkim?

Po widowisku zafundowanym przez Andreasa fontanna została prawdziwie oblężona. Szczególnie przez chłopców, którzy zakładali, że stanie się z nimi to samo, co z Nobirańczykiem. Chcieli jak najszybciej dorosnąć i podobnie jak awanturnik ratować swoich bliskich od zła.

Arimnestos spojrzał na niebo, starając się orientacyjnie określić porę dnia i to jak daleko byliby w stanie dojść z wioski gdyby teraz wyruszyli. Po czym zwrócił się do towarzyszy. - To jakie dalsze plany? Połączyła nas wyprawa na Dzieciokrada, ale jego już nie ma. Przyznam wam, że w te okolice nie kierował mnie tylko ślepy traf. Od pewnego czasu mam sny. Dziwne i złe, widzę w nich bijące serce w podziemiach, otoczone jeziorem krwi. Czuję, że ma to związek z atakami zwierzoludzi w lesie Viaspen. Chciałbym popytać czy ktoś tu coś o tym wie i co wy o tym sądzicie.

- Kiedy przeorysza była w moim wieku, a było to wiele lat temu, pomagała podobnej wam drużynie nieustraszonych bohaterów. - Zaczęła opowiadać siostra, zaniepokojona słowami Arimnestosa. - Zwalczali zwierzoludzi, którzy obrali sobie jaskinie w lesie Viaspen na legowisko. Nazywano to miejsce… - Przełknęła głośno ślinę. - Jaskiniami Chaosu… Mimo ogromnego wyzwania pokonali, tak jak wy dzisiaj, zagrażające nam potwory.

Ściągnęła brwi w zamyśleniu. - Wielu chciwców, hien cmentarnych i oportunistów, co czaili się na resztki nieodkrytych skarbów i ekwipunek bardziej pechowych poszukiwaczy przygód kierowało się w późniejszych latach stąd na wspomniane podziemia, ale cały ten kanion, najeżony jaskiniami potworów, został pochłonięty przez potężne trzęsienia ziemi, jakie miały miejsce w całej Południowej Argolli jakieś dwa lata temu. Nie skryje się tam już żadna podła kreatura. A teraz, niedawno temu legat granicznego fortu Turos Tem ogłosił hojną nagrodę dla tego, kto zdusi w zarodku najazdy zwierzoludzi zagrażające jego domenie i szlakowi handlowemu między linią fortów a miasteczkiem Siadanos. Może niedobitki z tamtych ponurych czasów kryją się gdzieś w innej partii lasu...? Może znowu rosną w siłę...?

Piękność służąca Szlachetnej Pani po chwili milczenia obdarzyła Arimnestosa opiekuńczym spojrzeniem niebieskich oczu. - Siostra Celena może przygotować zioła na spokojny sen jeśli wciąż dręczą cię koszmary, dzielny wojowniku.

- Towarzysze, siostro Aurëlyn. Udajmy się w miejsce, w którym będziemy mogli spokojnie porozmawiać i znaleźć dla mnie spodnie.

Kapłanka skinęła głową. Oczywistym miejscem wydawała się karczma „Czerwony Uśmiech” prowadzona przez oberżystę i zarazem radnego wioski grubaska Fullo. Przed wyprawą zostawiłeś tam swoje ubranie, za wielki dla dwunastolatka długi łuk i inne niepasujące rzeczy.

- Ta ruszmy się. Przy okazji będzie szanska porozmawiać jak dzielimy 'fanty'. - Lauga nie czekała i ruszyła przodem do budynku karczmy.

Arimnestos spojrzał na kapłankę. - Dziękuję, wielebna za informacje. Dziękuję także za ofertę ziół, sądzę jednak że te sny... sądzę że powinienem je widzieć takimi, jakimi są. Moi towarzysze mają rację, w karczmie porozmawiamy co dalej i uzgodnimy jak podzielić znalezione przedmioty. - Po czym skłoniwszy się kapłance podniósł swój przydział bagażu i ruszył za tropicielką.

Dołączyliście do świętujących w karczmie, którzy już na wejściu powitali was lokalnym specjałem - wiśniówką. Radny Decymus, eks-legionista i włościanin, podziekował wam w imieniu całej rady i przekazał nagrodę obiecaną w liście gończym - sto czterdzieści aureliusów. Natomiast karczmarz Fullo przypomniał, że może pomóc w zaspokojeniu podatków związanych ze znalezionymi elfimi artefaktami.

Niziołek kojarzył, że oberżysta dawniej nazywał się Scaevola i był ślepym siepaczem Rodziny Argollańskiej - organizacji przestępczej z Cyfaraun, stolicy prowincji, która wzbogaciła się na przemycie elfich artefaktów. Mimo że się zestarzał i obrósł w tłuszcz, wciąż mógł być niebezpieczny dla swoich wrogów. Ciekawe, co porabiał tak daleko od miasta na ciepłej, wygodnej posadce karczmarza.



Andreas zszedł do izby, tym razem ubrany czym zasmucił lokalne dziewki. Przysiadł się do stołu przy którym biesiadowali jego kamraci. Przy karczemnym stole można było usłyszeć rozmaite plotki. Niektóre budziły ciekawość, inne trwogę, inne zwyczajnie dziwiły swoją niedorzecznością. Obok zwierzoludzi za drugi kłopot pogranicznych fortów uważano bandę banitów kierowaną przez herszta zwanego Maską, od ołowianej maski przedstawiającej chtonicznego demona, pod jaką się ukrywał. Legat fortu Türos Tem wystawił list gończy na tego watażkę, odpowiedzialnego za liczne podpalenia, porwania, morderstwa i wiele innych zbrodni. Czy za żywego, czy za martwego oferowano aż siedemset pięćdziesiąt złotych aureliusów. Zaś w forcie Türos Quell legat śmiałkom wyruszającym na bagna Viamir wypożyczał łodzie, jako że po przerzuceniu wojsk na zachodnią granicę imperium przestano aktywnie patrolować ten niebezpieczny obszar z powodu braków w ludziach. Leżąca niedaleko tej twierdzy wioska Ślimaków stała się popularną destynacją dla poszukiwaczy skarbów, odkąd na bagnach odkryto zapomniane przez czas elfie kurhany. Skoro już mowa była o elfach, nikt z miejscowych wydawał się im nie ufać. Uważano, że na przestrzeni wieków stały się dzikie i nie pożądały już niczego więcej niż kęsa ludzkiego mięsa.

- Zabawne jak los potrafi związać ze sobą ludzi, zwłaszcza gdy śnią o tym samym. Od kilku tygodni miewam wizję, którą wcześniej opisałeś. Czuję w trzewiach, że to przestroga przed zwierzoludźmi.

- Powinniście porozmawiać z kapłanką Genelen ze szpitala fortu Türos Tem... Nasz klasztor prowadzi z nią korespondencję i podobno wielu legionistów dręczą w ostatnich czasach koszmary, choć nie wiem, czy podobne. - Poradziła siostra Aurëlyn.

- Posiadasz wielką wiedzę kaplanko. Pomagałaś nam i naszym poprzednikom w zmaganiach z Dzieciokradem. Byłbym rad gdybyś zdecydowała się z nami wyruszyć, tak jak przeorysza przed laty wyruszyła z innymi śmiałkami.

- Musiałeś mnie źle zrozumieć, ponieważ przeorysza nigdy nie wyruszyła na wyprawę wraz z tymi, którzy pokonali zło zaległe w Jaskiniach Chaosu... ale też nigdy nie odmówiła im pomocy, kiedy wracali do wioski ranni, schorowani czy otruci. W naszym zakonie co roku zaledwie kilka sióstr - można je zliczyć na palcach jednej ręki - zostaje wysłanych przez najwyższe rangą kapłanki z klasztorów we wielki świat... Prawie wszystkie padają łupem tego świata lub jego pokus, a zaledwie nieliczne rosną w siłę na tyle, by poszerzyć zasięg i wpływ Szlachetnej Pani i Matki Litości. Surowa reguła zresztą nie sprzyja takim wyprawom… Moje miejsce jest więc tutaj, w klasztorze. - Wyjaśniła siostra, mając chyba cichą nadzieję, że ten temat nie będzie kontynuowany.

Rozumiem siostro Aurëlyn, nie każdy jest stworzony do takich wypraw. - Andreas napił się lokalnego trunku, którym go poczęstowano. Odkaszlnął i odstawił naczynie do góry dnem. Uścisk małpoluda dawał o sobie znać, a wiśniówka najwidoczniej nie pomagała w gojeniu rany. - A Wy moi towarzysze? Czy zechcielibyście wyruszyć na poszukiwania jaskiń z naszych wizji?

Mimochodem usłyszeliście jak kilku miejscowych omawiało szczegóły planowanych dziś walk kogutów - mimo powszechnie panującej wiary w Siedmiu w niektórych miejscowościach wciąż uznawano, że rozlew koguciej krwi uspokajał złe duchy. Z pogardliwym uśmiechem przyglądał im się ciężkozbrojny babochłop zajmujący róg karczmy. Musiała przybyć do Grzęd Mityary dzisiejszego wieczoru, bo nie mieliście okazji spotkać się wcześniej. Jej grubą szyję obciążał masywny łańcuch zwieńczony skrzydlatym słońcem, symbolem Ammonara - Niosącego Światło, Prawodawcy, Pana Świtu, patrona imperium aurańskiego. Zwróciła waszą uwagę głośną sprzeczką, w jaką wdała się z krótkowłosą służką ewidentnie znudzoną swoją pracą - o mały włos, a doszłoby do rękoczynów, do których manifestująca swą wiarę olbrzymka wyraźnie zmierzała.

- Tak myślę sobie - nie żebym tam mówił co mamy robić - ale z skoro w tym forcie też mają koszmary, i jest tam kapłanka i może ktoś patrolował, to moze dostalibyśmy tam łódź i porady co na tych bagnach unikać.To by się chyba wydawało rozsądne.

Iwo wcześniej wycofał się spod fontanny, nie bardzo brał udział w dyskusjach czy świętowaniu - natomiast w międzyczasie odzyskał z wyniesionych rzeczy medyczne przyrządy i zapasy, na dodatek w kuferku i teraz poczuł się trochę pewniej, więc dorzucił swoje trzy grosze. Nie zamierzał nikomu zdradzać o karczmarzu więcej niż było potrzeba, bo jego oferta wydawała się zyskowna, a kiedy się było tylko niziołkiem to niebezpiecznie było za dużo wiedzieć i mówić o tym. Z braku lepszych zajęć zainteresował się babą. W tym celu skombinował sobie fajkę jakąś najpierw, by móc babsko poczęstować i samemu zapalić - ostatecznie jakby była irytująca, to zawsze mógł po prostu potakiwać i pykać sobie dymem spokojnie. - Witam i uszanowanie grzecznego niziołka, proszę zapalić niezwykła osobo...? To bardzo dobre na nerwy, a w takich karczmach można się zdenerwować. Wiem coś o tym, chociaż tylko niziołek ze mnie.


Zbrojna Oktawia

Ciemnowłosy kobieton przyjął poczęstunek niziołka, skinąwszy płytko głową w milczącym podziękowaniu. Wymieniwszy ze służką nieprzychylne spojrzenia, wkrótce dostała swoje poprawione zamówienie - kaszankę z jajkiem i cebulą, ale bez papryki. Zwykle w "Czerwonym Uśmiechu" serwowano z tymi trzema dodatkami. Zajęła się niespiesznie posiłkiem. - Niby tylko niziołek, a jednak bohater… Oktawia. - Przedstawiła się niskim, mocnym głosem. - Usłyszawszy o Dzieciokradzie przybyłam tu na samotną krucjatę przeciw złu... ale ledwie zdążyłam na świętowanie waszego zwycięstwa. Cóż. Następnym razem będę pierwsza. A dzisiaj chwała bohaterom. Zasłużyliście. - Uniosła trochę kubek i nim kiwnęła, wznosząc cichy toast.

Łowca przytaknął niziołkowi. Fort wydawał się być miejscem, w którym mogliby przygotować się do wyprawy. Widząc, że Iwo zainteresował się nieznajomą, a towarzysze nadal zastanawiali się nad odpowiedzią, położył przed siostrą Aurëlyn elfi naszyjnik. - Wygląda na to, że należał do kogoś z rodu Lirasel. Opiekujecie się ich grobowcem i myślę, że powinien w nim spocząć wraz z prawowitym właścicielem, albo chociaż z jego rodziną. Proszę Cię kapłanko o wstęp na cmentarz, bym mógł złożyć tą pamiątkę na znak zwycięstwa. - Siostra zgodziła się z tobą i zabrała cię na argollański cmentarz.

Łowczyni przysiadła przy karczemnym stole i zamówiła piwo wraz z mięsem. - To dzielimy te fanty?

- Ja jak najbardziej chcę odnaleźć powód tych wizji. Sądzę, że w forcie powiedzą nam więcej, trzeba ustalić czy mają jakiekolwiek pojęcie, w której części lasu mogą kryć się zwierzoludzie. Za tego Maskę też dają nagrodę, w forcie można by i to zapytać. - Ari popił wina i dodał: - Co do przedmiotów które zdobyliśmy i znaleźliśmy sądzę że powinniśmy zabrać liny pochodnie i wszystkie przydatne narzędzia oraz ewentualnie po jednej lub dwóch sztukach broni na zapas, a resztę sprzedać. Może tutejsze kapłanki mogą sprzedać jakieś mikstury lecznicze lub wzmacniające siły.

- W takim razie proponuję jutro z rana sprzedać nadmiar ekwipunku i ruszyć do legata. Tam dowiedzieć się szczegółów o atakach zwierzoludzi. A dziś poświętować za szczęśliwy powrót i odczynione czary. - Arimnestos popił wina, delektując się ile mógł.

Zakładaliście, że w najlepszym razie do pogranicznego miasteczka Siadanos dotrzecie w jeden dzień, a kolejne dwa zejdą na podróż do imperialnego fortu. Łącznie trzy dni podróży. W Siadanos, które służyło za bazę zaopatrzeniową dla pobliskich twierdz, będziecie mieli też więcej okazji do zaopatrzenia się w rynsztunek i ekwipunek czy do handlu niż tutaj, w niewielkiej wiosce.

Andre po niedługim czasie wrócił do karczmy z pielgrzymki do elfiego grobowca. Złożył tam rodowy naszyjnik i odmówił modlitwę. Przy okazji porozmawiał z kapłanką Mityary o tym czy potrafią one wyczuć magię w zaklętych przedmiotach. Gdy wszedł do izby jego uwagę przykuła wojowniczka, z którą rozmawiał Iwo. - Witaj kapłanko Türasa. Jestem Andreas Sol. Czy mógłbym cię spytać, dlaczego podróżujesz sama?

- Zamierzałam udowodnić swą waleczność Türasowi, ale ktoś mnie ubiegł. - Odpowiedziała zbrojna. Mogła się uśmiechać, ale nie była w najlepszym nastroju mając świadomość, że przybyła tu na marne.

- Mi też jest żal z tego powodu. Gdybyś nam pomogła może zdążylibyśmy uratować tą biedną dziewczynkę. Ja i moi towarzysze mamy zamiar kontynuować wspólnie podróż, zaopatrzyć się w Siadanos, zebrać informacje w forcie i wyruszyć na zwierzoludzi. Byłbym rad gdybyś zechciała do nas dołączyć. Zapewnimy Ci wiele możliwości na udowodnienie Twojego męstwa i sprawności w boju.

- Macie na myśli fort Türos Tem? - Zapytała się wojowniczka, zaciekawiona. Zastanawiała się dłużej nad twoją propozycją, kończąc solidny posiłek - zamówiła dwa razy większą porcję niż zwykle serwowano.

- Tak, podobno żołnierze miewają tam pewnego rodzaju wizje. Podobnie jak ja i mój towarzysz. Czujemy, że ma to związek ze zwierzoludźmi i jaskiniami Chaosu.

- Wizje?! Jakie wizje? - Ciężkozbrojna aż odłożyła sztućce. Nigdy nie rozmawiali ze mną bogowie, ani Türas, ani żaden inny, mimo że byłam świadkiem ich cudów. Dlaczego pozostaję niegodna...? Nie powinieneś dlatego nazywać mnie kapłanką. - Zacisnęła pięść zdenerwowana. - Pobierałam nauki w Świątyni Sprawiedliwości, cały czas zmagając się z uprzedzeniami Templariuszy. Mimo bycia najpilniejszą akolitką nigdy nie zasłużyłam na miano pierwszej w historii zakonu Templariuszki. Ale jeszcze o mnie usłyszą... Usłyszą, kiedy wielkie zło zakosztuje mego młota!

- Wybacz mój brak ogłady. Ostatnio spędziłem za dużo czasu w dziczy. Jestem przekonany, że powrócisz do świątyni na skrzydłach chwały. Ja i Arimnestos widzieliśmy w naszych snach bijące serce skąpane we krwi. Podobno wojownicy z fortu cierpią na podobną przypadłość.

Młody Kryseańczyk podszedł do Oktawii. - Tak jak mówi Andreas, obaj mamy wizje, które jak sądzimy ostrzegają przed czymś złym, co działa w okolicach lasu Viaspen. Tak jak mówiła kapłanka, tamtejszy legat też chce rozwiązać sprawę. Ja ze swojej strony bardzo ucieszyłbym się gdybyś podjęła się rozwiązania tej sprawy razem z nami.

- Bijące serce skąpane we krwi... - Powtórzyła do siebie zamyślona. Następnie spojrzała po was. - Zawsze opowiadam się za słuszną sprawą, ale jeśli mam wam być kompanką, a nie konkurentką, będziemy musieli traktować się równo we wszystkich sprawach.

Andreas uśmiechnął się lekko do wojowniczki. Arimnestos zwrócił się do Andreasa. - Zgoda. Wrogów i łupów zapewne starczy dla wszystkich.

- Oczywiście. W takim razie wyruszmy jutro razem o świcie, a dziś zapoznamy Cię z Laugą.

Następny dzień przywitał was pochmurnym, szarym porankiem, nie zachęcającym do długich, pieszych wędrówek. Przehandlowawszy z miejscowymi co się dało ze znalezionych w jaskiniach Dzieciokrada przedmiotów, przygotowaliście zwierzęta juczne - trzy muły i jednego osiołka - do drogi i z samego rana ruszyliście imperialnym traktem, długo i ciepło żegnani przez Mityarianki oraz Grzędzian, którzy wam tak wiele zawdzięczali. Szlak do Siadanos, biegnący wzdłuż rzeki Mirmen, utrzymywany był w dobrym stanie i uchodził jeszcze za w miarę bezpieczny, gdyż patrolowany był z jednej strony przez legionistów legata Carosa Lubbo stacjonujących w forcie Türos Quell, a z drugiej przez wojska garnizonu pogranicznego miasteczka zarządzanego przez palatyna Theremusa Augiliana. Z tego, co słyszeliście, trakt stawał się niebezpieczniejszy dopiero od Siadanos w stronę fortów wyznaczających granicę imperium, ale ten etap podróży był jeszcze daleko przed wami. Sama rzeka, zwana z argollańskiego Czarną Skałą od ciemnych wód i czarnej, żyznej ziemi, płynęła powoli, a jej bagniste brzegi porastała gęsto rogoża i trzcina. Zbrojna Oktawia, wasza nowa towarzyszka, chroniona była tak jak aurański legionista przez złożoną z żelaznych pasków loricę segmentatę, a uzbrojona jak Templariusz w młot bojowy i tarczę z symbolami Türasa - młotem, mieczem i wagami. Cały czas wyglądała zagrożenia. Mimo że podróż do Siadanos przebiegła spokojnie, wasza czujność została obudzona kilka razy. Między innymi przechodziliście przez okolicę zasypaną bełtami wystrzelonymi z kuszy, gdzie zbiegła owca skubała trawę. Czy obok pola, z którego obfitych plonów zostało jedynie spalone ściernisko. Przelatujący nad wypaloną ziemą klucz ptaków formował kształt strzały, z wyraźnie zarysowanymi grotem, drzewcem i lotką. W połowie drogi, podczas przestoju wasze zwierzęta juczne posiliły się na marchewkowym polu, naprzeciw którego, za ciemną rzeką, powiewała postrzępiona flaga przedstawiająca zionącego ogniem czerwonego smoka. Był to symbol, jakim posługiwali się krasnoludowie z górskiej twierdzy Azen Radokh, zmuszeni przez tą straszliwą, starożytną kreaturę zwaną Ormem do regularnego płacenia srogich danin w złocie, na którym smoczysko spało, jeśli wierzyć plotkom, legendom i opowieściom. Największy moment trwogi spotkał was, kiedy trakt przecięła długa na dziesięć metrów wylinka węża, tuż nieopodal powalonego, zgniłego drzewa porośniętego gęsto różnokolorowymi grzybami. Żywego gada nie spotkaliście. Kilka mil dalej, już blisko miasteczka, łoś z wielkim porożem spłoszył na wasz widok i pognał w stronę lasu Lusaun, od którego, trzeba przyznać, całkiem daleko zawędrował.

Wreszcie zmęczonym podróżą oczom ukazały się mury Siadanos. Podobnie do Cyfaraun, to elfie miasteczko zostało zdobyte przez imperium podczas bezlitosnego podboju Pogranicza. Ten krwawy konflikt nazywano Wojną Argollańską. Uczestniczący w niej legioniści ze Siadanos obeszli się akurat nadzwyczaj łagodnie. Wielkie grzyby, w których mieszkali dawniej mędrcy elfiego ludu zachowały się, wciąż intrygując i oszałamiając podróżników. Nowe budowle i fortyfikacje, wznoszone już na cesarską modłę, często wchodziły w pewien rodzaj symbiozy z "żyjącą" architekturą - zjawisko, którego nawet najstarsi z Wiedzących nie potrafili wytłumaczyć. Gospodarczo miasteczko kontrolowało szlak handlowy między krasnoludzką twierdzą, stolicą prowincji oraz fortami wyznaczającymi granicę imperium - tak zwaną Magerum Menotürum, "nieprzerwaną linią". Kiedy legiony zostały wezwane na zachód dwa lata temu do walki z nadciągającymi z dzikich stepów barbarzyńskimi Skysostańczykami - pół ludźmi, a pół końmi - dla Siadanos żyjącego z zaopatrywania garnizonów nadeszły ciężkie czasy, które próbowały wykorzystać na swoją korzyść najróżniejsze odrzyskóry i krwiopijcy. Sytuacji nie polepszały ataki bestioludzi na karawany kupieckie zmierzające do Türos Tem. Ani gobliny, które zalęgły się w podziemiach pobliskiego płaskowyżu - napadały na szlaki i okoliczne wioski, kradły bydło i ponoć porywały młode panny. Powszechnie oskarżano krasnoludów o spędzanie tych stworów z gór na ziemie imperium, relacje między dwoma ludami bywały więc napięte.

- Soar zam aro aurasë. - Gwardzista przywitał was imperialnym pozdrowieniem. "Niech słońce da światło Aurze". Zebrał podstawowe informacje o was, ostrzegł o niebezpieczeństwie podróży w stronę fortów i nakazał zatrzymać się na noc w "Czarnym Smoku", wysokiej na sześć pięter karczmy zbudowanej z czarnego granitu na planie sześciokąta, górującej nad innymi budowlami niczym mroczny pazur wyciągnięty w stronę pochmurnego nieba… - To nie jedyne miejsce, ale tam na pewno znajdziecie wolną izbę. Rzadko która karczma ma aż tyle pięter!

Arimnestos przyglądał się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami, rozglądając się dokoła. Ludzie mieszkający w grzybach, karczma mająca aż sześć pięter wysokości!? Widać było od razu, że chłopak nie podróżował dużo. - Szesciopiętrowa karczma? Jeszcze takiej nie widziałem. Chodźmy tam.

Andreas podziękował strażnikowi za radę i dobre słowo. Przytaknął Arimnestosowi po czym skierował swe kroki w stronę karczmy.

- Z elfich wynalazków wolę już sześciopiętrowe karczmy od makijażu. - Skomentowała Oktawia. Wobec Argollańczyków była nieufna, może nawet zlękniona cechami, jakie imperialni zwykle przypisywali elfom. Zupełnie obcy w myśleniu i działaniu, a magicznie uzdolnieni i dysponujący przekazywaną z pokolenia na pokolenie pradawną wiedzą, według wielu w cieniach miejsc takich jak Siadanos knuli zemstę na rozchwianym cesarstwie, które podbiło ich starożytne ziemie, a w nielicznych, ukrytych wśród drzew enklawach, zwanych pogardliwie rezerwatami, zbierali armię czekającą na odpowiedni moment do ataku.

- Sześć pięter...? To jakaś karczma zrobiona w dawnej wieży? - Dziewczyna zapytała szczerze zaciekawiona, pochodziła z miejsca gdzie najwyższy budynek miał co najwyżej jedno piętro. Zerkała zaciekawiona po ulicach wielkiego miasta, i po ruchu jaki tam się dział. Przezornie schowała sakiewkę z pieniędzmi pod koszulą by nie dać się okraść. W końcu zawsze słyszała ze w miastach mieszkają złodzieje.

- Tak wygląda, a i śmierdzi ostro jakby poprzedni właściciel wiekami warzył tam dekokty, choć o szczegóły historii najlepiej by dopytać właściciela. A do woni idzie się przyzwyczaić. - Odpowiedział Laudze gwardzista.

Uwagę rozglądającej się Laugi zwrócił niecierpliwiący się, chudy chłop z widocznymi brakami w uzębieniu, który zaczepiał niektórych z wjeżdżających do miasteczka, zwykle tych przypominających choć odrobinę was, czyli grupki opancerzonych i uzbrojonych. Chyba potrzebował pomocy i się spieszył z jej pozyskaniem. Mimo tego odzywał się do nieznajomych z szacunkiem i nie był przesadnie nachalny, kiedy znowu mu odmawiano. Musiał być z jednej z okolicznych, nadrzecznych wiosek, jakie otaczały Siadanos, bo miasteczkowi nosili się inaczej.

Dziewczyna trąciłą łokciem bok Andreasa by zwrócić na siebie jego uwagę. Pokazała palcem chłopa zaczepiającego ludzi. - Wygląda jakby szukał pomocy.

Niedaleko od bramy powiewał też przybity do słupa pergamin. Ogłoszenie, dokładnie rekrutacja do licencjonowanej przez imperium gildii najemniczej, prowadzonej przez Balcaldura Brogitariusa, której główna siedziba znajdowała się w stolicy prowincji, w Cyfaraun. Symbolem organizacji była czaszka w hełmie aurańskiego centuriona, wymalowana na tle skrzyżowanych ze sobą gladiusów.

[media][/media]
Symbol imperialnej gildii najemników

Miasto było wielkie, z jeszcze większą karczmą. Iwo miał mieszane uczucia - kto wie jaka w takim molochu zajazdów była piwnica i co się w niej czaiło, ale palić prewencyjnie raczej nie wypadało i groziło stryczkiem, a przecież z takiej belki dalej miał do ziemi niż inni - dla niziołków zawsze było pod górę, stąd wypadało się trzymać razem. Teraz jak miał pieniądze, to może mógłby sobie kupić przyjaciół, więc rozglądał się za kimś odpowiednego wzrostu. Powątpiewał w imperialną gildię z jej czaszkami i gladiusami, na hodowanie traum z młodości pewnie jeszcze przyjdzie czas, więc z trojga złego poszedł spytać chłopa, co mu dolega. - Dzień dobry, jestem tylko skromnym sobą, ale mam bohaterskich przyjaciół na miarę bohaterskiego Cichopija. Może jeszcze nie słyszał tu nikt, ale takiego potwornego Dzieciokrada pokonaliśmy i jego ohydne karły. Bardzo magiczne to było i w sumie ktoś powinien napisać o tym piosenkę jak złapię jakiegoś śpiewaka. Też ma szanowny pan problem z potworami, to może byśmy się w jednej pieśni uwinęli? Nie chcemy przepłacać, a tanio skóry nie sprzedamy też.

Łowca chciał westchnąć i przewracać oczami, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Lauga przyzwyczaiła się do tego, że to on prowadził rozmowy z mieszkańcami lasów podczas misji eskortowych. Można by rzec, że to zadanie nie należało do jego ulubionych. Przytaknął towarzyszce i ruszył wraz z nią, by dołączyć do niziołka, który najwidoczniej był cichy tylko wtedy gdy pił.

- Panie, z krową mam problem, nie z potworami… Z potworami w sumie też, no bo porwały naszą Truskawkę. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby wzięły jakąkolwiek inną, zresztą dla goblinów to chyba bez różnicy, którą zjedzą, nie? Truskawka była wyjątkowa. Zawsze wygrywała coroczny konkurs. Była dumą naszej wsi. Kolejne zawody już niedługo, a próżno u nas szukać godnego zastępstwa. Wszyscy spisali ją już na straty, a tylko ja zamiast pomagać przy gospodarstwie stoję pod bramą jak głupi żebrak i szukam pomocy pośród obojętnych nieznajomych…

Gobliny… Wśród niziołków były i takie, które traktowały je jak pośledniejszych braci, po kryjomu dokarmiały, czy pisały łzawe historie o pojednaniu obu kultur, czy nawet tragiczne romanse między ich przedstawicielami - szlachetnym goblińskim dzikusie i niziołczej niewiaście. Niejednoznaczne relacje wiązały się z okrutną i bolesną historią tych dwóch ludów, a niegdyś jednego. Kiedy Zaharańczycy zajęli siłą niezwykle żyzne ziemie niziołków, niemal wszystkie zostały zniewolone przez królów-czarnoksiężników i wysłane do ciężkich robót w głębokich kopalniach. Stulecia spędzone w nieprzyjaznych podziemiach odcisnęły się nie tylko na wyglądzie, ale i na psychice i duszy niziołków, miłujących wolność, słońce i bliskość natury. Z czasem zaczęto się ich obawiać, a nazwano goblinami. Natomiast dzisiejsze niziołki były potomkami zaledwie garstki tych, którym dzięki niebywałemu sprytowi i odwadze udało się uniknąć niewoli zgotowanej przez chciwego i żądnego władzy człowieka.

- A kto to lub co to ten Dzieciopij i Cichokrad tak w ogóle...? - Zapytał rozgoryczony wieśniak, przekonany, że dzisiejszego dnia wróci z miasteczka do domu co najwyżej z ciekawą historyjką, a nie z pomocą czy chociaż środkami lub pomysłem na rozwiązanie problemu, przed jakim stanęła jego wieś w obliczu zbliżającej się wielkimi krokami wystawy krów.

- Potwory, które gnębiły Grzędy Mityary. - Andreas nie czuł się na siłach by tłumaczyć chłopu tą zawiłą historię. - A co za poczwary Wam krowy kradną?

- Mówiłem przecież... Gobliny! - Powtórzył chłop zmęczony opowiadaniem tej samej historii. - Zalęgły się w podziemiach skały wystającej z pola niby guz jakiś. A że szczyt wzniesienia zupełnie płaski, tam właśnie trzymają krowy, które uda im się uprowadzić. Nawet zagrodę zbudowały! - Zacisnął pięść ze złości i bezradności. - Co czas jakiś zabierają stamtąd jedną krowę pod ziemię… Biedna Truskawka nie zna dnia ani godziny!

- Czymś jeszcze zajmują się te wasze gobliny, czy to klan samych bydłokradów?

Chłop zastanowił się, podrapał. - Słyszał ja, że napadały na karawany i na spichlerze, też panny porywały, ale naszej wiosce się to nie przydarzyło. Tylko bydło nam kradną, a i to niezbyt często. Dla mnie to dobro Truskawki i konkurs najważniejsze… Wiadomo, że lepiej by było nie mieć takich sąsiadów, ale zawsze się coś prędzej czy później przypałęta, czy to lis czy goblin. Grunt, że wszyscy w domu cali i zdrowi.

Zbrojna Oktawia zabrała głos. - Na boski młot Türasa! Krasnoludowie słusznie powiadają, że jedyny dobry goblin to martwy goblin. Ktoś powinien się z nimi rozprawić!

- Nie będziemy zajmować się szukaniem krowy, ale nie możemy pozostawić okolicy na pastwę tych przeklętych bestii. Gdzie dokładnie znajduje się ich leże? W którym kierunku?

- Ale, no ale... Błagam was! Mogę się wystarać przecie o jaką nagrodę. Wspólnie wszyscy się złożymy. Jeśli się tam i tak zamierzacie wybrać, to wystarczy, że przy okazji sprowadzicie Truskawkę ze skały, a ja ją odbiorę! - Złożył chude dłonie w błagalnym geście. - Mogę was tam zaprowadzić. - Spojrzał w kierunku południa i spróbował ocenić odległość. - To jakieś pół dnia pieszej drogi stąd, z czego większość wzdłuż rzeki Czarnej. - Nie pierwszy raz słyszeliście, że cesarscy nazywali rzekę Mirmen potocznie Czarną.

Ari rozglądał się dookoła i dopiero po chwili zwrócił uwagę na wieśniaka. Sam dobrze znał trudy wiejskiego życia. Zwrócił się do towarzyszy. - Sądzę że możemy i powinniśmy mu pomóc, jeśli wszyscy się zgodzimy.

Andreas zmarszczył czoło. - Zgoda, ale najpierw przygotujmy się do wyprawy. Muszę odwiedzić psiarnię i łuczarza, no i trzeba muły gdzieś zostawić. Jak Cię zwą chłopie? Masz nam gdzie zwierzaki przypilnować?

- Zwą mnie Pansa. - Przedstawił się, wyszczerzając niekompletne uzębienie w radosnym uśmiechu. Nareszcie znalazł pomoc. - Mogę przypilnować! Jak tak będzie wygodniej, możecie je nawet u nas w zagrodzie zostawić!

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 20-12-2020 o 10:30.
Clutterbane jest offline  
Stary 02-01-2021, 23:31   #10
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 20919 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Rozmówiwszy się z Pansą, przed odpoczynkiem w “Czarnym Smoku” ruszyliście na targowisko, aby dokonać niezbędnych sprawunków. W niegdyś elfim miasteczku było więcej skorych do handlu niż w Grzędach Mityary, dzięki czemu udało wam się sprzedać nadwyżkę rynsztunku i ekwipunku oraz porcelanową lalkę znalezioną w legowisku Dzieciokrada. Po podziale złotych aureliusów Andreas nabył od trenera psów dwa duże, silnie umięśnione, aurańskie molosy o ciężkiej, zwartej budowie. Oba wyszkolone do zabijania, z najeżonymi kolcami obrożami i w kubrakach z utwardzonej skóry.

- Kolejny magiczny pierścień, naprawdę? - Andreas zatrzymał się, kiedy usłyszał chyba skierowane do niego pytanie. Odruchowo złapałeś za rękojeść miecza, bo nie mogłeś w pierwszej chwili zlokalizować znudzonego, ospałego głosu rozmówcy. - Czemu to zawsze pierścienie miałyby być zaklęte? Jesteście zupełnie bez wyobraźni, ale nie bierzcie tego do siebie. Typowy błąd nowicjuszy.

Psy zaczęły warczeć.

- Może prawdziwa magia tkwi w tej lalce, którą sprzedaliście za, muszę przyznać, niezłą sumkę? Córeczka palatyna pokocha nową zabawkę. Albo w lusterku, w którym przegląda się ta młoda dama? Może dzięki znalezionej szczotce nigdy nie trafisz na siwy włos, a i fryzura będzie bujniejsza. Ponieważ jesteś tego warta. A gdyby w tej figurce, którą usiłowaliście wcisnąć tamtemu chciwemu Shebateańczykowi, tkwił prawdziwy smok, a gobeliny po wymówieniu tajemnego hasła prowadziły do krain, gdzie ucztują elfi bogowie?


Ziewnął, jakby widział już i takie dziwy. Spojrzeliście do góry. Na krawędzi dachu jednego z już zamkniętych kramów leżał szary, futrzasty kocur, poznaczony bliznami, z obgryzionym uchem i z brutalnie ukróconym ogonem. Mrugnęliście oczami ze zdziwienia. Nie pomogło. Tak, miał skrzydła.

[media][/media]
Saremes

- Akurat znam kogoś, kto może wam pomóc z identyfikacją tego i owego. - Oznajmił, jakby w Siadanos znał wszystkich. - Oczywiście, nie za darmo. Przysługa za przysługę...

Arimnestos miał oczy jak spodki. Po chwili jednak otrząsnął się. - Witaj, mości kocie. Jestem Arimnestos, to moi towarzysze, Andreas i Lauga, wyśmienici tropiciele, Iwo... badacz podziemi i templariuszka Oktawia. Jak Cię zwą? I czy naprawdę jesteś kotem? I jakiej przysługi oczekiwałbyś w zamian za pomoc?

- Za kota powinienem się obrazić. Czy wyglądam jakbym ganiał za myszami? Możecie nazywać mnie Saremes. - Psy zawarczały, kiedy wyprostował się i usiadł na tylnich łapach. Saremes tylko ziewnął. - Jak nie koty to psy... Wiedzący mówią na takie jak ja tressymy, ale co oni tam wiedzą. Nie wszystkich da się sklasyfikować i opisać w księgach i zwojach jak jakieś gatunki ssaków. Do rzeczy. Chodzą słuchy, że przybyliście z Grzęd Mityary. Tylko nie zanudzajcie mnie szczegółami. Co mnie tam obchodzi jakaś wioska ludzi czy przygody kogoś, kto przez wygórowane ambicje może być martwy nim minie kolejny tydzień, a mógł spokojnie siedzieć w domu. - Zrobił krótką pauzę. - Niedaleko tamtego miejsca, w lesie Viaspen, znajdują się ruiny elfiej akademii. A w niej mumia Argollańczyka, której moi znajomi chcieliby się przyjrzeć. To właśnie przysługa, której oczekuję. - Andreas wiedział, o którym miejscu mówił Saremes. Już raz tam był, z wyjątkowo pechową wyprawą.

- Pomyliłeś nas z hienami cmentarnymi. Nie zakłócamy spoczynku umarłych, a na pewno nie kradniemy ciał z grobowców. Może rozważysz inną przysługę?

- Nie to nie. - Obrócił się, zadarł to, co zostało mu z ogona i ruszył wzdłuż dachu.

Andreas widząc odchodzącego kota wzruszył ramionami i ruszył dalej w kierunku karczmy.

- Musicie jednak wiedzieć, że nieskremowane ciała mogą powstać ze zmarłych samoistnie. Taki już urok tego świata. - Zanim się oddaliliście, doścignął was głos Saremesa. - Dlatego wasi kapłani palą wszystkich zmarłych. Argollańczycy z tamtych wieków mieli inne tradycje, eufemistycznie rzecz ujmując. Cała Argolla to jeden wielki cmentarz elfów, pełen grobowców, kurhanów i dołów, w których spoczywają bezimienni wojownicy. A wam jeszcze wczoraj chyba zależało na spokojnym śnie Mityarianek i ich owieczek. To kwestia czasu, kiedy zostanie zakłócony… - Rozłożył skrzydła, gotowy do lotu. - Przemyślcie przy kubku wina moją propozycję. Może się jeszcze spotkamy. - Saremes wzbił się w powietrze i zniknął między dachami imperialnych budowli i kapeluszami wielkich grzybów.

Zbrojna Oktawia zamrugała oczami jakby przebudziła się z dziwnego, nielogicznego snu. - Czymkolwiek to coś było, miało niestety rację. Nieskremowane zwłoki spoczywają w spokoju jedynie jeśli pochowano je blisko ołtarza Matki Żałoby. Kiedy pobierałam nauki u Templariuszy, uczył nas o tym inkwizytor Audaryk, niegdyś znany na Pograniczach łowca nieumarłych. Choć mnie też nie uśmiecha się przemycać elfie mumie przez bramy miasteczka. Czarodzieje i ich pomysły... Chodźmy się lepiej napić i porządnie zjeść.

Wszystko, co gwardzista powiedział o "Czarnym Smoku" było prawdą. Sześciopiętrowa, sześciokątna wieża z czarnego granitu odstawała wysokością od pobliskich budowli i śmierdziała kwaśnymi, alchemicznymi wywarami, choć ze starymi smrodami po poprzednim właścicielu czy właścicielach walczył miły aromat pieczonego jedzenia. Salę oświetlały jedynie kosze pełne owadów, jakby os, emitujących ciepłe, pomarańczowe światło. Najbliższy stół zajmował tylko jeden klient, i to sądząc po rozmiarach barów i karku, nie byle jaki. Dalej było kilka surowych twarzy, też paru obcokrajowców - zbyt pewnych siebie lub zbyt głupich, by obawiać się, co ich może spotkać w przybytku takim jak ten, oraz otulony w płaszcz podróżnik pałaszujący polewkę, aż mu się uszy trzęsły. Za okrągłym szynkwasem z lakierowanego na czerwono jesionu stał odziany w czarne szaty, blady elf o głęboko osadzonych, czarnych oczach i grymasie niezadowolenia wymalowanym na trójkątnej, wąskiej twarzy…

[media][/media]
Elfi karczmarz z "Czarnego Smoka"

Gospodarz "Czarnego Smoka" nie należał do najgościnniejszych i aż zatęskniliście za zawsze uśmiechniętym karczmarzem Fullo, ale koniec końców na wikt i opierunek nie mogliście narzekać. Ranek przywitał was ciężką ulewą. A elf, tak jak wczoraj, niezadowoloną miną.

Zabraliście ze stajni psy i zwierzęta juczne. Zmoknięty, ale zdeterminowany chłop Pansa już na was czekał od rana, mając nadzieję, że oto nadchodził długo wyczekiwany ratunek dla krowy Truskawki. Przeszliście przez kręty most - wiekowy korzeń któregoś z przedstawicieli megaflory elfiego Siadanos - na zachodnią stronę Mirmen i ruszyliście w górę rzeki, na południowy zachód, ku górom Meniri. Ślizgając się w błocie mijaliście po drodze coraz rzadziej rozlokowane chałupki, z których ścian bezlitosny deszcz zmywał niby ochronne znaki wymalowane węglem przez bogobojne chłopstwo. Mimo ciężkiej ulewy na samym środku jednego z pól stał brodaty mężczyzna w szatach, błogosławiąc ziemię i głosząc kazanie, którego słuchała garstka zmieszanych, zziębniętych wieśniaków. Zauważyliście na horyzoncie samotną skałę sterczącą pośród równin. Wkrótce minęliście ostatni strach na wróble. Tutaj już nikt nie uprawiał ziemi, mimo że było co. Mniej więcej w połowie wysokości skalicy widoczna była ciemna jama, która musiała prowadzić w podziemia, nie wiadomo jak rozległe i głębokie. Jedyną drogą do tego wejścia dla kogoś niezdolnego zaryzykować wspinaczki była wąska i teraz pewnie śliska półka skalna. Na płaskim szczycie wzniesienia już z daleka widoczna była prymitywna zagroda z kilkunastoma różnymi zwierzętami hodowlanymi, między innymi krowami.

- Widzę ją! Widzę! - Syknął przemoczony, ale podekscytowany Pansa, wychylając się z wysokich traw. - Jeszcze nie zżarły mojej Truskawki! - Pokazał palcem prawie zupełnie białą krowę.

Łowca wyszedł nieco przed grupę przyglądając się okolicy.

Mimo godzin zacinającego deszczu biegły w tropieniu Andreas mógł zauważyć wiele śladów goblinów. Wroga trzeba było liczyć w dziesiątkach. Przynajmniej cztery tuziny tych kreatur kryły się w podziemiach pod skalicą. Mieszkańcy okolicznych ziem mogli być nieświadomi skali zagrożenia, które było w dodatku wyjątkowo blisko. A na goblinach ponure wieści się nie kończyły. Mniej liczne, podwójne ślady świńskich racic zwiastowały bandę orków. A najgłębsze i najdłuższe odciski zostawione w błocie - trolla lub kreaturę podobnych rozmiarów i wagi… Kiedy tak przyglądałeś się pozostawionym tropom, zauważyłeś wystający z błota fragment imperialnej tarczy.

- Uwolnijmy krowy, a potem zwiedzimy jaskinię. Co o tym sądzicie?

- Ja sugerowałbym inaczej. Zbadać czy koło krów nie ma jakiegoś strażnika i ewentualnie go usunąć. Krowy zostawić na miejscu. Jeśli nam się uda oczyścić dziurę to krowy odzyskamy. Jeśli nam się nie uda to może nie będą się mścić na wieśniakach, jeśli krowy będą dalej na miejscu. Poza tym uwolnione krowy mogą zaalarmować gobliny - dodał wojownik zakładając na ramię tarczę.

- Mogę przyprowadzić tu inną krowę na miejsce Truskawki. Chyba nie zauważą różnicy, a dla naszej wioski będzie ogromna! - Zasugerował Pansa.

- Na moje oko mamy do czynienia z kilkoma tuzinami goblinów, tuzinem orków i czymś wielkości trolla na dokładkę. Cokolwiek uczynimy, musimy to zrobić mądrze.

- Tak, bo i Valerian cielę, kiedy wrogów wiele. - Powiedziała po chwili wymownego milczenia zachmurzona zbrojna Oktawia, podając za przykład króla-wojownika Valeriana Bellësareusa, który pokonał Zaharańczyków i został pierwszym tarkaunem (cesarzem) imperium aurańskiego.

- Arimnestos aż przystanął na słowa łowcy. - Jeśli jest ich tak wielu to czemu nie zaatakowali wioski? To poważna sprawa, czy rozważamy sprowadzenie wojska? Sami musielibyśmy eliminować ich po kolei, z zasadzek, kilku tu, kilku tam. Ale w końcu zorientują się i będziemy musieli walczyć z nimi otwarcie - głośno myślał wojownik.

- Nie wiemy, ile mogą mieć takich wejść. Musielibyśmy przeszukać okolicę i zablokować je, żeby nas nie zalały ze wszystkich stron.

Andreas odszedł kawałek dalej, po czym się pochylił i zaczął grzebać w ziemi. Andreas wyciągnął z błota zauważony fragment naprawdę starej tarczy - imperialnego scutum jeszcze z czasów tarkauna Gajusza Tavusa, dzięki którego geniuszowi cesarstwo pozbierało się z wojny domowej, jaka targała Aurą ponad sto lat temu. Całe Pogranicza były jednym wielkim polem bitwy, na którym przez wieki przelano hektolitry krwi najróżniejszych istot i najróżniejszych kultur… Po kilku chwilach przyglądania się antykowi wypuścił go z rąk i wrócił do reszty drużyny otrzepując ręce z błota.

Obchodząc skalisty płaskowyż dookoła, nie zauważyliście z oddali żadnego innego wejścia do podziemi.

- Osłaniajcie mnie strzałami, to wdrapię się tam i wrócę tu z Truskawką! - Zaproponował Pansa, któremu na widok ulubionej krowy udzielała się głupota heroiczna.

- Stój. To nie są żarty. W tej jaskini jest dość samych goblinów żeby w jedną noc zrównać twoją osadę z ziemią. Jeśli chcesz możemy spróbować podmienić krowę, ale musiałbyś przeprowadzić drugą, podobną. - Wojownik spoglądał na wzgórze starając się wypatrzyć ewentualnych strażników.

Gobliny i inne stworzenia ciemności nienawidziły słońca, nawet jego najskąpszego blasku w tak pochmurny i deszczowy dzień jak ten. Dlatego pewnie Arimnestos nie dostrzegł ani jednej wrogiej sylwetki, choć nie mógł być pewien, czy w ciemnej jamie nie błyszczały ślepia jakiego wartownika.

- Pewnie, że chcę! Tak! Zróbmy to! - Odpowiedział chłop z ogniem szaleństwa w oczach.


- No dobra. To pora zobaczyć goblina. Powiedz Pansa najpierw - znasz tą skałę? Albo macie tu kogoś, jakiegoś leśnika, albo kogoś kto przeżył spotkanie z goblinami? Albo uciekł im stamtąd? Zawsze tam mieszkały? - Iwo był skłonny się rozejrzeć, ale preferował nie iść całkiem w ciemno, nawet jeśli było jeszcze jasno.

Pansa ściągnął brwi i zastanowił się szczerze nad pytaniami Iwo. Wyjaśnił przede wszystkim, że w nadrzecznej wiosce zwanej Czarną Wodą, z której pochodził, nie było leśnika. Las leżał albo zbyt daleko, albo po drugiej stronie Mirmen, a ludzie żyli raczej z darów rzeki i uprawianej ziemi. Puszcze Lusaun czy Viaspen uchodziły zresztą wśród bogobojnego chłopstwa za miejsca magiczne i niebezpieczne, wręcz zakazane.

Z dziurawej zagrody zębnej biednego, zdesperowanego chłopa wyleciało jednak kilka ciekawych faktów, o których, wcześniej niepytany, dotąd nie wspominał. Jeszcze kilka lat temu, zanim legiony opuściły Pogranicza na wezwanie imperatora, by stanąć do walki z hordami Skysostańczyków, nie grasowały tu gobliny. Nawet co jakiś czas wędrowni mędrcy przybywali do Czarnej Wody i prosili o nocleg przed planowaną ekspedycją w podziemia skały. Szukali tam rzadkich odmian grzybów i minerałów. Jeden z nich, zniedołężniały Mummiusz, nazywał wzniesienie Smoczą Skalicą, gdyż według dawnych legend, miejsce to zamieszkane było przez czerwonołuskiego przedstawiciela smoczego gatunku. Legendy legendami, ale smoka nikt nigdy nie widział. Nawet pojedynczej, czerwonej łuski, którą mógłby zostawić. Teraz okoliczne ziemie i szlaki nie były już tak bezpieczne jak kiedyś, o co posądzano krasnoludów spędzających potwory z gór, ale z goblinami dało się jako tako żyć. Żarte to były bestie i kradły dużo jedzenia, ale rodzinie i bliskim Pansy żadne okrucieństwo się nie przydarzyło. Póki co. - Pasa zacisnąć trzeba, po zmroku z izby nie wychodzić, a tak to po staremu się żyje. Tylko Truskawki żal.

- A ten Mummiusz to gdzieś tu mieszka? Albo z kimś częściej lubił pogadać? U kogo te noclegi zazwyczaj bywały, jego i innych?

Chłop Pansa usiłował sobie przypomnieć szczegóły, bo było to już kilka lat temu. Mummiusza podobno jego konfraci ze stolicy Cyfaraun wysłali na ekspedycję. Nie mówił o nich za wiele, zresztą miejscowym wystarczyło, że miał czym zapłacić lub się inaczej odwzajemnić i że ciekawie wieczorami opowiadał o szerokim świecie zanim poszedł spać. Podobni Mummiuszowi zatrzymywali się zwykle u Galby, chyba że go akurat w domu nie było, ale z Galbą to akurat nieciekawa sprawa i ponura… Pewnego dnia zjawił się konny patrol imperialnych. Wywleczono go z domu. Gospodarstwo przeszukano i spalono doszczętnie. - Mówiono, że za herezję.

Iwo nie miał więcej pytań do Pansy. Niziołek ruszył w stronę skalicy z zamiarem zdobycia jej szczytu, a chłop z powrotem do wioski po krowę na podmianę z Truskawką. Pozostali tkwili w gotowości i obserwowali, poukrywani w wysokiej trawie, czy za pojedynczymi krzewami i drzewami. Kiedy niziołczy włamywacz kładł niewielkie dłonie na najniżej położonych występach skalnych, śliskich od deszczu, od wspinaczki powstrzymał go nagły hałas. Miał być świadkiem niecodziennej sceny z życia bandy goblińskich wojowników.

- Nie! - Z ciemnej jamy wyleciał drzewiec włóczni. W dwóch kawałkach.

- Snigrok błaga! - Za dzidą wypadła połamana tarcza…

- Tylko nie na palące słońce! - ...oraz prymitywny szyszak, zdarty z czyjegoś łba.

- Snigrok się poprawi! Poprawi…! - Skamlał na kolanach goblin, który wyfrunął za swoim rynsztunkiem. Wznosił łapska ku ciemnej jamie w błagalnym geście.


- Wstawaj, kundlu! - Ryknął z mroku inny głos, nie znoszący sprzeciwu. - Nie leż jak szmata! Wynoś się stąd czym prędzej albo nafaszerujemy cię strzałami!

Szlochający wygnaniec rzucił się do ucieczki w dół półki skalnej, szukając po drodze jakiejś ciemnej niszy, która ochroniłaby go przed deszczem i światłem słońca. Poruszał się bardzo powoli i ostrożnie, cały czas przyklejony plecami do skały, jakby otwarta przestrzeń, w jakiej się znalazł, zupełnie go przerażała. - Snigrok nie zasłużył na tak straszny los!

[media][/media]
Goblin Snigrok

Dziewczyna obserwowała okolicę z łukiem w pogotowiu. Scena jaka się zadziała była strasznie dziwna dla niej i postanowiła zobaczyć co myślą o tym inni. - Hej, co tam się wyprawia?

Iwo przyczaił się jak mógł - ktoś mógł obserwować wygnańca z ciemności, szczególnie że grożono mu strzałami. Nie chciał mordować pokraki, ale wyskakiwanie na Snigroka z ukrycia wydawało mu się nader ryzykowne, postanowił więc ujawnić się dopiero wtedy, kiedy okaże się to konieczne - najlepiej na drodze ucieczki goblina, tak by tamten był raczej skłonny negocjować w zamian za darowanie życia. - Na twoim miejscu bym nie krzyczał, ot tego głowa odpada od karku, kuzynie Snigroku. - Tak by go przywitał, a jakby tamten próbował czegoś innego zamiast rozmowy, no to wtedy by go zarżnął, ostatecznie miał broń. Niemniej jednak jego wsparcie, tak jak Snigroka było daleko, i wolał ten moment opóźnić.

- Snigrok nie będzie krzyczeć! Wyć będą wrogowie Snigroka! - Skrzywdzony goblin łypnął na niziołka podejrzliwym spojrzeniem.

Andreas zdziwił się poważnie, widząc wymianę zdań towarzysza z goblinem. Nie odrywając od nich wzroku, ani strzały od cięciwy, odpowiedział tropicielce szeptem. - Nie mam bladego pojęcia, co tu się... dzieje.

- To by było trudno, jakby naszpikowała cię strzałami grupa poszukiwaczy przygód - tam stoją - albo twoi niedawni kamraci. Natomiast można by napuścić jednych na drugich... Byłoby to tylko o tyle trudne, że przyszli tutaj wyobraź sobie po krowę, a nie walczyć z całym goblińskim klanem, grupą orków i czymś rozmiarów, po śladach sądząc, trolla. Świat jest pełen groźnych gigantów i musimy ich jakoś oszwindlować, żeby to przeżyć. Bo widzisz bracie, jak dla nich to powinniśmy sobie tu gardła wzajemnie poderżnąć i tyle by nas widzieli. Co to w ogóle za smutna historia z tymi orkami, bo z nimi to nigdy nic dobrego, chyba że zniewoliliście kilka jakoś?

Rozbrojony gobliński wygnaniec, którego nienaturalnie bladą skórę drażnił wcześniej prawie nieznany deszcz i słońce co jakiś czas wyglądające zza ciemnych chmur, słuchał i kalkulował, łypiąc wielkimi oczami raz na Iwo, raz na bandę awanturników. - Snigrok wie, że świńskie pyski to sługusy wielkiego, złego smoka z gór! - Goblin wskazał brudnym, długim paznokciem górskie szczyty majaczące w ogromnej oddali. - "Żywy goblin kocha smoczy bat"... - Przedrzeźnił chyba któregoś z orczych okrutników. - Snigrok jeszcze pamięta, jak się skończył podobny układ z hobgoblinami, ale do trolli to Snigrok akurat nic nie ma. Były tu pierwsze. Kto napełni ich wielkie brzuchy, też tu może żyć, jeśli nie wnosi ognia czy kwasu. - Na myśl o jedzeniu, Snigrokowi zaburczało w brzuchu zsiniaczałym od otrzymanych kopniaków. Odruchowo spojrzał na Iwo jak na ciepły posiłek, ale jeszcze ruchomy. - Macie czym poczęstować Snigroka?

Arimnestos ściszonym głosem przekazał pozostałym. - Tam gdzie goblin odezwał się łamanym orkowym, powiedział: “Żywy goblin kocha smoczy bat.” Ciekawe czy to znaczy, że tu gdzieś może być smok, czy to tylko przenośnia?

Jedynym smokiem, o którym mogliście coś wcześniej usłyszeć, był Orm. Znana była tylko jedna sylaba prawdziwego imienia tej straszliwej, starożytnej kreatury. Znana była tylko jedna sylaba prawdziwego imienia tej straszliwej, starożytnej kreatury. Nie wiadomo, która była to sylaba, czy pierwsza, czy środkowa, czy ostatnia imienia niemal niemożliwego do zapamiętania, a po spisaniu trudnego do przeczytania i łatwego do przekręcenia. Orm był przykładem tego, że smoki samotnie wylegujące się w jaskiniach na stertach złupionych monet można było spotkać tylko w bajkach i legendach. Czerwony smok z menirskich gór prowadził własną politykę, władał armią zwierzoludzi, a krasnoludów z twierdzy Azen Radokh zmuszał do płacenia srogich danin w złocie. Smocza chciwość czyniła Orma ambitnym, a ambicja niezwykle niebezpiecznym dla jego sąsiadów, w tym dla prowincji imperium, po której podróżowaliście.

- Przenośniami mogą mówić poeci z wielkich miast, a przez goblinoidów przemawia tylko przemoc i strach. - Zauważyła Oktawia, ściskając opancerzoną dłonią trzonek młota bojowego. Łypnęła groźnym spojrzeniem na niziołka konwersującego z goblinem. - Coś z tego więcej rozumiecie? Nie ufałabym słowom goblina. Już sam ten język brzmi jak obraza bogów. - Zauważyła, wyraźnie obrzydzona. Niskim warczeniem psy prowadzone przez Andreasa zgodziły się z jej opinią.

- Ja nie znam języka goblinów. Ale wygląda na to że jego towarzysze to wygnali. Może Iwo czegoś się dowie. - Odparł Arimnestos. Po czym rozejrzał się dookoła aby sprawdzić ile mniej więcej czasu minęło od odejścia Pansa po krowę i kiedy może wrócić.

- Nie przy sobie, przykro mi, na potencjalne mordercze wspinaczki po których mogę być zmuszony walczyć o przeżycie z nieznanym wrogim zwykłem zabierać li tylko miecz i dobry humor. Nawet fajkę im zostawiłem. - Iwo westchnął smutno, bo pogoda była paskudna i sytuacja też, no ale mogło być gorzej, przynajmniej nikt się jeszcze nie zesrał ani nie zwymiotował. - Mamy kupę żarcia, ale wypadałoby ogarnąć co chcemy im powiedzieć, jeśli chcesz to przeżyć, bo zaraz zacznie się o złośliwych karłach złodziejach mordercach czy co tam. Tam jest taka gruba baba co by nas zjadła jak kebaba. Taką egzotyczną kanapkę, znaczy. To co, cośtam cośtam że nas poprowadzisz, zjemy coś, pomyślimy? Tam nikt chyba po naszemu nie mówi, możemy się zastanowić przy jedzeniu. Chociaż nie wiem ile mamy czasu, wrócą z tą krową to będą chcieli na gwałt zamieniać, uda się albo nie i pójdą sobie, to żadna korzyść wtedy.

Szaroskóry goblin skinął Iwo jajowatą, łysą głową, że zgoda. Łypnął podejrzliwie wielkimi oczami na pozostałych, w szczególności na zbrojną Oktawię i wielkie, warczące psy.

- Co się tak gapisz? - Czarnowłosa wojowniczka syknęła groźnie pod nosem.


- To jest, drodzy towarzysze, Snigrok, którego spotkała wielka niesprawiedliwość ze strony cięmieżących jego pobratymców orków, co to tu przyszli na rozkazach smoka. Pała chęcią zemsty i chętnie nas poprowadzi, ale na razie jest głodny i światło mu dokucza, to może zjedzmy coś i dajcie mi moje rzeczy. - Iwo bardzo się pilnował, żeby nie mieć Snigroka za plecami, na wypadek gdyby tamten zmienił zdanie. - To tego dużego to macie trolla? Też go orkowie męczą? Co w ogóle ogarniasz gdzie tu się jakoś schować, bo to słońce razi w oczy i plecy mnie swędzą jak pomyślę, że te nasze wrogi mogą strzały z ciemnicy w nas celować. Macie tu jakąś wnękę gdzieś, drugie wejście mniej pilnowane?

Snigrok trzymał dystans w obawie przed warczącymi psami i płonącym nienawiścią spojrzeniem zbrojnej Oktawii. - Snigrok wie, że z samego szczytu można się opuścić przez dziurę w dół. - Goblin spojrzał na liny, które ze sobą targaliście. - Mama troll największa… - Rozłożył wątłe ramiona, żeby zademonstrować wielki kształt. - ... ale małe trolle też duże mimo że małe. Orkowie nie męczą trolli. Nikt nie męczy trolli, chyba że życie komu zbrzydło. Trolle rządzą jaskiniami. Musimy napełniać ich brzuchy, jeśli chcemy tu spać. - Mówił Snigrok prymitywnym językiem, często zerkając w niebo i gestykulując, jakby opisywał szczyt jaki czy... wielkie jak szczyt stworzenie.

- Tak? Co te trolle jedzą? Dużo ich tam?

- Stara troll i jej trzy zielone sraluchy. Jak nie żrą krów i prosiaków, to zgredówa ćwiartuje ich kłami i pazurami na członki! Żeby ta, no, renegeracja była szybsza. - Przejęzyczył się. Snigrok nie mógł spać tak darły mordy… Snigrokowi zimno i Snigrok głodny, a od gadania wysuszony. - Spojrzał po waszych bukłakach i plecakach.

Iwo nakarmił i napoił Snigroka. - Snigrok dziękuje!

W ogromnej oddali majaczyły zawalone ruiny jakiejś wiekowej budowli, w której mogliście się schronić przed żywiołami zanim chłop Pansa wróci z krową na podmianę. Może też były inne miejsca w okolicy godne waszej uwagi. Czekanie w dokuczliwym deszczu na środku równiny mogło jeszcze trochę potrwać, bo wioska Czarnej Wody nie leżała aż tak blisko Smoczej Skalicy.

Arimnestos odezwał się do pozostałych, starając się aby nie słyszał go goblin. - Sądzę, że jeśli teraz wrócimy po pomóc najemników lub żołnierzy, ten goblin zaalarmuje swoich towarzyszy. Może dobrym wyjściem byłoby jednak zaatakować ich teraz?

- Nawet jeśli został wygnany, może w każdej chwili spróbować nas zdradzić, żeby wrócić w łaski swoich! - Syknęła zbrojna Oktawia. Szkolona przez Templariuszy do bezlitosnego zwalczania zwierzoludzi wojowniczka chyba nie byłaby w stanie strawić towarzystwa goblina przez dłuższy czas.

Sol milczał przez większość czasu, ograniczając się do zdawkowych odpowiedzi. Tak samo jak towarzysze, nie był zadowolony z dzielenia się jadłem i ogniem z goblinem. Mimo odrazy i nienawiści, którą pałał do tych stworzeń, zaufał niziołkowi na tyle, by tolerować obecność jego krewniaka. By ubezpieczyć swoje zaufanie łowca nakazał Fenrirowi, by pilnował goblina. Jednak paranoja, czy też zdrowy rozsądek, nie pozwalały Andreasowi spuszczać pary pokurczów z oczu. W końcu odezwał się cicho do towarzyszy. - Musimy zdać się na Iwo. Wygląda jak wygląda, ale nie jest w ciemię bity. Wyciągnie z niego co się da i będziemy wiedzieli na czym stoimy. A na razie stoimy na czterech trollach i bandzie orków... Jak tam - odezwał się głośniej, w stronę niziołka - podał już jakieś konkrety poza trollami? Jak głęboko sięga ich nora?

O głębokość czy wielkość legowiska Iwo jeszcze nie miał okazji zapytać. Snigrok wyjaśnił, że podziemia kryją wiele jaskiń, ale orkowie bacznie strzegą dostępu do tych głębiej położonych. - Snigrok czuje, że świńskie pyski coś ukrywają i przed trollami, i przed moimi braćmi… Macie coś jeszcze do żarcia?

Zignorował nienażartego stwora. Wskazał głową ruiny wieży. - Skryjmy się tam, oprócz goblina jeszcze tylko kataru nam potrzeba.

- Oktawia ma rację. W każdej chwili może nas zdradzić. - Szepnął wojownik.

- Hej, właściwie jak się zabija trolle? - Lauga spytała jej towarzyszy, gdyż nigdy wcześniej nie spotkała się z tym stworzeniem a opowieści o nich mieszały się z innymi bajaniami ludzi. I właściwie to dziewczyna nie wiedziała czego się spodziewać ale może jakby wiedziała to dałoby się przygotować do tego.

- Z tego co słyszałem to ich rany goją się bardzo szybko. Przestają się goić gdy poleje się je kwasem lub przypali ogniem. - Wojownik odpowiedział na pytanie łowczyni.

- Czyli powinniśmy mieć coś łatwopalnego. Heh, dobrze że zostawiliśmy sobie sporo oliwy do lamp!

Wciąż rozmawiając, ruszyliście w stronę dostrzeżonych ruin, gdzie zamierzaliście odczekać resztę czasu pozostałego do powrotu chłopa Pansy. Niegdyś musiała stać w tym miejscu strażnica, ale wiekowa budowla legła w gruzach. Ściany zawaliły się, a zarwany sufit roztrzaskał płyty posadzki. Doły między kupkami gruzu zapełniły się kałużami brudnej deszczówki.

Po dotarciu na miejsce łuczniczka mimo deszczu postanowiła zobaczyć górę opuszczonych kamieni. Zeskoczyła do przodu i zawołała wojownika. - Hej, Andreas! Chodź zobaczymy ruiny!

Usłuchał towarzyszki, ale zanim ruszył, zostawił niepotrzebny ekwipunek i nakazał psom pilnować nowego członka drużyny. - Jakby ktoś potrzebował pomocy to krzyczymy "grom". Jeżeli będzie trzeba uciekać to ulewa i kierujmy się w stronę wioski.

- ECHO! - Dziewczyna nie wołała o pomoc, ale sprawdzała akustykę resztki kamiennych ścian.

Laudze odpowiedział tylko deszcz. Przynajmniej dopóki zwiadowcy nie zapuścili się do wnętrza ruin. Niespodziewany szmer dochodzący spod jednego z gruzowisk ostrzegł ich przed niebezpieczeństwem.

- GROM! - Dziewczyna krzyknęła i dobyła łuku i strzał. Celując w stronę ruszającego się gruzowiska.

Lauga spudłowała, niepewna, z której dokładnie strony gruzowiska spodziewać się ataku. Spod sterty kamieni wypełzł błyskawicznie czarny, podłużny kształt. Nienaturalnie przerośnięta skolopendra rzuciła się na Laugę.

Awanturnica odsunęła w porę nogę, unikając jadowitego ugryzienia w kostkę. Mimo deszczu Lauga i Andreas usłyszeli kolejne szmery. Przez chwilę wydawało się, że dobiegają ze wszystkich stron. Kolejne czarne stonogi wypełzały z dziur w zrujnowanych ścianach, spod gruzowisk i z norek wykopanych w wilgotnej ziemi.

[media][/media]
Mapa spotkania

Na okrzyk Laungi, Arimnestos powiedział do goblina w języku orków: - Jeśli spróbujesz ucieczki te psy Cię dopadną. - Po czym chwyciwszy mocniej tarczę, ruszył biegiem w stronę Andreasa i otaczających go robali, w biegu wyciągając miecz.


Zwiadowczyni poczuła bolesne ugryzienie w łydkę. Zamroczyło ją i poczuła silny ból, kiedy jad skolopendry zaczął krążyć w żyłach. Śmiertelna trucizna wystarczała stonogom do polowania na szczury czy węże, ale nie była wystarczająco mocna by zabić człowieka jedną dawką. Za co pozostawało podziękować bogom.

Andreas mieczem pozbawił odnóży zakradającego się za jego plecy stwora. Arimnestos zbiegł ze wzgórza niczym szarżujący byk, z nisko opuszczoną głową i mieczem gotowym do pchnięcia. Przyszpilił skolopendę do ziemi ostrzem spathy, a drugą rozgniótł metalową krawędzią scutum. Zbrojna Oktawia zabiegła z flanki z przygotowanym do boju młotem. Potężne uderzenie z góry zwieńczył wilgotny odgłos miażdżonego wija.

Iwo widział jakieś wije, ale widział też że szybko padły, więc poszukał specjalnego kuferka i ziółek i był gotów na zaraz, jakby ktoś miał umierać - najlepiej nie on. Osłabiona jadem Lauga rzuciła się do chwiejnej ucieczki, podpierając się po drodze o zrujnowane ściany strażnicy, aby nie zemdleć. Ruszyła w stronę Iwo, mając nadzieję, że biegły w leczeniu niziołek będzie w stanie jej pomóc.

Andreas próbował rozpołowić mieczem kolejną skolopendrę, ale obrzydliwy stwór był za szybki. - Jest ich więcej! - Z ciemnych zakamarków ruin wypełzały kolejne stonogi. Najdotkliwiej pokąsały Andreasa i Arimnestosa, ale jedna dawka jadu wija była chyba niewystarczająca, by osłabić wojowników. Arimnestos opuścił spathę, siekąc kolejną skolopendrę. Oktawia nie radziła sobie tak dobrze. Zza zrujnowanej ściany dochodziły tylko postękiwania wojowniczki próbującej dopaść przerośnięte stawonogi.

Oktawia, Andreas i Arimnestos walili, siekli i cięli zawzięcie, ale skolopendr wciąż przybywało. Wypełzały z dziur i pęknięć w ścianach. Spod gruzowisk. Z przegniłych pieńków po ściętych drzewach. Walające się wszędzie rozmiażdżone i pocięte stonogi wydawały się ich nie odstraszać. Zrozumieliście dlaczego, kiedy pod jedną ze stert kamieni zauważyliście garść jasnożółtych, lśniących, okrągłych jaj. Broniły legowiska!

Celne i silne uderzenie młota Oktawii zakończyło ten bój. Wojownicy stali pośród ponad tuzina szczątek zmasakrowanych skolopendr. Nikt poza Laugą nie padł ofiarą ich jadu. Nikt nie został ranny. Zwiadowczyni trzymała się dzielnie. Trucizna dolegała jej silnym bólem w całym ciele, ale nie zanosiło się na to, żeby jej stan miał się pogorszyć. Tam, gdzie stonogi miały swoje ukryte przed słońcem legowiska, znaleźliście z pomocą psów wiele jaj pośród szczątek węży i gryzoni stanowiących pożywienie wijów. Blisko cztery tuziny jaj. Każde wielkości mniej więcej pięści, o lśniącej, bladożółtej skorupie. Nie znaliście się na wartości, ale byliście pewni, że w dużych miastach może znaleźć się ktoś o niecodziennych zainteresowaniach, kogo interesowałby zakup takich jaj. Choć nie mieliście w tym doświadczenia, mogliście sobie wyobrazić obrzydliwy proceder hodowli takich skolopendr w celu pozyskiwania ich jadu. Na widok jaj Snigrokowi aż zaczęła ciec ślina.

- Snigrok może jedno? - Goblin zapytał się nieśmiało, wskazując pazurem na zbierane jaja. Andreas zebrał zdobycz do wora. Widząc, że goblin nie uciekł uległ jego prośbie i rzucił mu od niechcenia jedno z jaj. Zawinął worek i ruszył na dalszy zwiad, choć nie spodziewał się, by wije miały tutaj lokatorów. Goblin jadł zachłannie, a jego zadowolonego mlaskania nie był w stanie zagłuszyć nawet uporczywy deszcz. - Snigrok tak dobre jadł ostatni raz w lesie elfiaków, jeszcze zanim hobgobliny przegnały stamtąd braci Snigroka… Chciały udowodnić smokowi ze świątyni, że są najlepszymi wojownikami. Żeby dostać więcej łupów zrabowanych ludkom takim jak wy. Snigrok nienawidzi hobgoblinów! - Syknął.

Andreas upewnił się, że ruiny były bezpieczne. Mogliście tutaj poczekać na Pansę.

Dziewczyna doczołgała się do niziołka, oddychając ciężko. Wskazała na stonogi i powiedziała. - Jak to jest że jak mamy coś zrobić to znikąd wyskakuje coś takiego i nas cofa w naszych planach? Oj oj oj… - Tropicielka była w bólu i nie widziala powodu by to ukrywać. Iwo przygotował okład z kokornaku, dzięki któremu Lauga poczuła się lepiej.

- Mówiłeś o smoku i świątyni. O jakiego smoka i jaką świątynie chodzi? - Arimnestos skierował pytanie do Snigroka.

Snigrok w kilku zdaniach opowiedział, że wcześniej jego klan żył w elfim lesie, który po paru pytaniach zidentyfikowaliście jako las Viaspen. Tam, w zrujnowanej świątyni znajdującej się pod ogromną kopułą z kamienia, gobliny miały swoje legowisko wraz z kilkoma innymi bandami zwierzoludzi i szajką bandytów. Przewodził nimi wszystkimi czarny smok zwany Idimmu. Na jego rozkaz napadali na karawany i wioski, nieraz ścierając się z wojskami z imperialnych fortów. Mieli za zadanie brać jak najwięcej niewolników dla smoka, a co złupili, mogli sobie zachować. Bracia Snigroka zostali zmasakrowani przez hobgoblinów, kiedy odmówili płacenia daniny w goblińskiej krwi, stanowiącej podstawę serum, w wyniku którego człowiek stawał się silnym i bystrym hobgoblinem. Snigrok uniknął śmierci i uciekł z rozbitym klanem, docierając aż tutaj, do skalicy.

- Mimo to Snigroka wciąż dręczą dziwne koszmary…

Andreas wyglądał chłopa i krowy. Z nudów przysłuchiwał się temu co Iwo tłumaczył na wspólny. - Zapytaj go, czy mieli tam posąg swego boga. Jeżeli tak, to niech go opisze razem z pomieszczeniem.

- Najpierw jajko. Snigrok jeszcze głodny. Snigrokowi też zimno od deszczu, musi w coś się odziać.

- Ale że smok był dowódcą? To to nie są po prostu wielkie jaszczury ziejące ogniem które tylko sieją zniszczenie?! Coś podobnego?! - Lauga za to słuchała z zaciekawieniem tych rewelacji o mądrych smoczych hersztach bandytów i podobnych kiedy goblin poprosił o kolejne jajko dziewczyna spojrzała na towarzyszy proszącym wzrokiem by dali pokurczowi coś do jedzenia by mógł dokończyć historie.

Arimnestos słuchał w milczeniu i podał kolejne jajo goblinowi.

Po wciągnięciu kolejnego jaja skolopendry w iście ekspresowym tempie goblin po głośnym beknięciu zechciał odpowiedzieć na pytanie Andreasa, choć wydawał się zaskoczony, czemu akurat ten a nie inny szczegół zainteresował poszukiwacza przygód. Opisał rzeźbę sześciorękiego demona o wielkich kłach. Znajdowała się w komnacie w kształcie litery P, z kamienną posadzką zupełnie sczerniałą od zaschniętej krwi. Każda pazurzasta dłoń pomnika zaciskała się na starożytnym mieczu o zakrzywionym ostrzu. - Zabranie któregoś z tych mieczy groziłoby Snigrokowi okrutną śmiercią!

- Książę Mordu… - Powiedziała spochmurniała Oktawia. Uczona przez Templariuszy w teologii wojowniczka potrafiła zidentyfikować wizerunki chtonicznych bóstw, jakim oddawano cześć w pokonanym imperium zaharańskim. Służący Zaharańczykom zwierzoludzie przejęli ich wierzenia, choć praktyki religijne uległy degradacji i zostały odpowiednio dopasowane do potrzeb prymitywnych struktur społecznych potworów.

Snigrok znowu spojrzał na worek z jajami i oblizał się chciwie.

- Niech dalej opisuje jak wyglądało to ich siedlisko, a może dostanie jeszcze jedno jajo.

Snigrok spojrzał się tylko nieufnie na Andreasa i błysnął ostrymi ząbkami. - Niech dalej daje jaja, a może dostanie jeszcze jedną ciekawostkę od Snigroka.

Sol wzruszył ramionami. Podszedł do Arimnestosa i zabrał worek. Przywołał gestem psy i dał każdemu po jajku. Gdy zaczęły jeść położył worek obok nich i zwrócił się w stronę goblina. - Lepiej opowiadaj, bo nic dla Ciebie nie zostanie. - Poczochrał głowy psom. - A jak dalej będziesz pyskować, to zostaniesz kolacją. - Wstał, odwrócił się i wrócił do wyglądania tubylca.

Arimnestos czekał, ciekawy reakcji goblina.

Goblin Snigrok może i mógł czasami oprzeć się swojemu łakomstwu, ale łakomstwu w parze z tchórzliwością już nie bardzo - trudno było określić, która z tych cech naprawdę dominowała. Dawne legowisko jego klanu - znajdujące się, jak wcześniej się wygadał, w lesie Viaspen, w zrujnowanej świątyni przykrytej ogromną kopułą z kamienia - było zaledwie kilkoma, może nawet nie dziesięcioma komnatami otoczonymi biegnącym dookoła korytarzem, który prowadził nie tylko do wyjścia z ruin, ale również do kryjówek sprzymierzonych band: wspomnianych wcześniej hobgoblinów, piramidalnej świątyni zajętej przez czarnego smoka zwanego Idimmu i służących mu koboldów, "świńskich pysków" (czyli orków), psiogłowych oraz bandytów, którymi dowodził mężczyzna w straszliwej masce. - Coś chyba jeszcze zostało dla Snigroka… - Skończywszy opowiadać o dawnych dziejach zmasakrowanego przez hobgobliny klanu, spojrzał na worek z jajami skolopendr leżący niedaleko molosów Andreasa w skórzanych kubrakach i obrożach najeżonych kolcami.

Andreas ponownie przywołał psy, głaszcząc je gdy do niego podeszły. - Jedno może wziąć - odezwał się po chwili poświęconej pieszczotom - ale więcej nie dostanie. - Wstał i ponownie wyjrzał przez dziurę w ścianie. - Gdzie ten chłop się podział?

Zniecierpliwiony goblin Snigrok zajął się kolejnym jajem z wielkim zapałem. Czekając na chłopa Pansę obliczyliście, że chłop do Czarnej Wody i z powrotem miał jakieś sześć mil drogi. Musieliście poczekać tu jeszcze niecałe dwie godziny.

- Snigrok, zdaje się że wspomniałeś coś o koszmarach, złych snach? Co Ci się śniło? I jeszcze jedno, mówiłeś że hobgobliny powstają z... ludzi? To po co porywacie kobiety z wiosek?

- Czy Snigrok wygląda na hobgoblina?! - Oburzył się goblin. Kiedy się uspokoił, powiedział coś więcej o swoich koszmarach. Śniło mu się krwawe serce pulsujące w ciemnościach. - Ten koszmar gnębił nie tylko Snigroka, ale i innych wojowników strzegących tej świątyni.

Wojownicy wymienili się spojrzeniami. Andreas myślał w ciszy, która zapadła. Odezwał się po chwili milczenia. - Wszyscy zbrojni mężczyźni miewają te sny, a nawet gobliny! To nie może być wskazówka od dobrego boga. - zwrócił się do niziołka. - Niech powie czy zrobili coś w związku z tymi koszmarami. - Po czym odezwał się do Oktawii - Czy to możliwe, by bóg krwi wzywał tymi wizjami wojowników w jakąś pułapkę?

Goblin Snigrok wzruszył bezradnie ramionami, bo co mógł zrobić. Wspomniał, że ich szaman potrafi przygotować środki nasenne, dzięki którym śpi się jak zabity, a złe sny znikają.

- Wszystko jest możliwe… - Odpowiedziała Andreasowi Oktawia. Nie podobało jej się to, co usłyszała.

Przestawało padać. Zza chmur coraz częściej wyglądało słońce, choć pogoda pozostawała szara i nijaka. Jakiś czas później zauważyliście zmierzającego w stronę skalicy samotnego mężczyznę prowadzącego krowę. Wyszliście mu na spotkanie. Chłop Pansa spojrzał na was poddenerwowany. - To co, robimy to? Jaki plan?


 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 04-01-2021 o 19:28.
Clutterbane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170