Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-01-2009, 18:25   #1
 
Gettor's Avatar
 
Nim zetrą się światy.



Część Pierwsza - Ucieczka.





Pustka… czerń…

Mięśnie eksplodowały nagle bólem, gdy wszyscy po kolei się budzili, jednak żaden nie otworzył oczu. Był to jak na tamtą chwilę zbyt wielki wysiłek.
Zmysły były zbyt otumanione by cokolwiek rejestrować prócz ogólnego bólu w całym ciele. Stopniowo jednak powracały do normy. Pierwsze co dało się dość wyraźnie zarejestrować to dźwięki.

- …jednak tego nie wiemy – powiedział niski, basowy głos jakiegoś mężczyzny.
- A mamy inny wybór? – zapytał wysoki głos, najprawdopodobniej kobiecy.
- Nie. Masz rację… mimo wszystko to straszne.
- Moja głowa… - wtrącił się inny, pojękujący męski głos. – Ktoś wie co się stało? I gdzie my jesteśmy?
- To pierwsze jest naprawdę dobrym pytaniem. Jednak na to drugie znam odpowiedź – jesteśmy w wieży Giheda.
- Giheda? Tego szaleńca? – spytał z niedowierzaniem trzeci.

- Ciszej, na bogów! – upomniała go kobieta. – Tak, jesteśmy w wieży czarodzieja Giheda. Z jakiegoś powodu osłony w okół wejścia zniknęły po wybuchu i nie mieliśmy zbyt dużego wyboru. Z tego co mi wiadomo to jedyny budynek, który przetrwał w całości. Obawiam się także, że jesteśmy jedynymi ocalonymi z tej katastrofy. To się stało tak nagle…
- Mhm… Jasna cholera, łeb mi zaraz pęknie! – znów jęknięcie, potem dźwięk jakby ktoś upadał.

- Biedny Adarin… jeszcze nie doszedł do siebie – stwierdziła kobieta. – Co z tymi tutaj? Kim oni właściwie są? Z tej siódemki kojarzę tylko tego niesamowicie wyglądającego mężczyznę. Zwie się… Dantlan? Tak, chyba tak… To dopiero była afera… To jest ten sam Dentlan, który niedawno urządził sobie pojedynek z innym czarodziejem na placu przed tą wieżą. Co to było za widowisko… Do ostatniej chwili wszyscy myśleli że do Dentlan zginie. Jednak on zamiast tego zmienił się, jak sami widzicie. Po tamtym wydarzeniu często rozmawiałam z jego matką, biedna kobieta. Mówiła że przedtem Dentlan był radosnym i zdrowym chłopakiem z nieco nadmiernym zainteresowamiem do magii. Cóż… jak widać zainteresowanie przerodziło się w szaleństwo.

- Znam również panienkę Majolin. Pamiętacie tą wielką aferę z obrabowaniem domu szlacheckiego rodziny Liwisphares? Ta tutaj samodzielnie powstrzymała złodzieja. Jedni mówią, że strzeliła do niego z łuku, inni że smarkula miała po prostu szczęście, bo łotrzyk okaleczył się sam wybijając okno. Jak jest naprawdę – nie wiem.

- Ja natomiast – wtrącił niski basowy głos. – Znam doskonale tą dwójkę: Feliksa i Keitha. Ten pierwszy jest stałym bywalcem miejskich dybów i to przez duże es. O patrzcie, nawet teraz ma na nadgarstkach rany po niedawnym zakuciu. Ech, zmarnował sobie życie chłopak, nie ma co. Kiedy biegłem do wieży, spostrzegłem że jeszcze żyje – wyrywał się że ho ho! To i podbiegłem, dyby otworzyłem i wziąłem go ze sobą. Na szczęście nie ma tu żadnej wódki ani innych trunków, to może drogi Feliks choć raz dla odmiany trzeźwy będzie.

- Co zaś się tyczy Keitha… Poznałem go kiedy jeszcze byłem czeladnikiem u starego Dertona. Zdaje się że stary kowal starał się go w jakiś sposób pokierować na ścieżce magii – powiedział mu o podstawach, porozmawiał nawet z Gihedem, sami wiecie. Potem zaś Dertonowi się zmarło, jak to zdarza się z każdym człowiekiem i przejąłem po nim kuźnię. Z magią nie chciałem mieć nic wspólnego, wolałem się skupić na hartowanej stali, toteż Keitha musiałem odesłać. Co się z nim później działo – nie wiem. Jednak nie wygląda mi teraz na czarodzieja.

- Uch… - zaczął trzeci, także męski głos. – Ja… To może ja uzupełnię historię, bo tak się składa, że także znam dwoję osób z tej siódemki. Pierwszy z nich to… Lanred? Nie, jakoś inaczej… Lenard! Właśnie! Z tego co mi wiadomo to jest najemnikiem i to dziwnym. W Sarrin zagościł wraz ze swoją brygadą… uff… jakiś czas temu. I od razu się zakochał w jakiejś kobiecie, nie pamiętam imienia. W każdym razie miał dylemat – ich dowódca ani myślał pozwalać mu tutaj zostać, a Lenard bardzo chciał żyć z ukochaną. Co więc zrobił? Upozorował własną śmierć by móc tutaj zamieszkać. Wiem też że szykowało się huczne wesele, kiedy to owa zdzira w której się zakochał odeszła bez słowa. Zdaje się że wtedy Lenard opuścił miasto żeby kontynuować karierę najemnika, aż tu nagle bum i jest znów tutaj, hehe… jednak nie wiem czemu i kiedy wrócił.

- Co zaś się tyczy ostatniego, to zwie się … eee… Honogurai. Chyba jakieś imię z południa. W każdym razie głośno było o nim kilka lat temu. Pamiętacie Samuela, dawnego karczmarza i tą matkę z dzieckiem które przygarnął? Honogurai był właśnie tym dzieckiem. Zaś jego matka… ech… zginęła w czasie najazdu orków, kiedy to Sarrin nie było jeszcze tak dobrze ufortyfikowane jak dzisiaj. Biedna kobieta… Z tego co wiem, Honogurai do niedawna jeszcze prowadził karczmę po Samuelu, który tajemniczo opuścił miasto. Do niedawna, bo teraz już nie ma czego prowadzić, hehe…

Po wszystkich opisach i opowieściach szóstka ocalonych jakby na komendę – jeden za drugim – wstała i otworzyła oczy.
Istotnie, znajdowali się w wieży czarodzieja Giheda i było ich dziesięciu.


- Och – powiedział mężczyzna, do którego należał niski i basowy głos. – Obudziliście się, nareszcie!
- Leżeliście nieprzytomni przez ponad trzy dni – wyjaśniła pospiesznie drobna kobieta.

Pomieszczenie było ciemne z pojedynczym stołem i kilkoma krzesłami na środku, oraz schodami przy okrągłej ścianie prowadzącymi na górę.
Było także wyjście na zewnątrz, jednak nikt w chwili obecnej nie myślał o opuszczaniu wieży. Było to zresztą niemożliwe, ponieważ drzwi były zapieczętowane smugą jasnoniebieskiej magii. Jednak drzwi miały małe okno, przez które można było zobaczyć całe miasto. Czy raczej to co z niego zostało.


Nie wiedząc jak zacząć, kowal który snuł wcześniej opowieść o Feliksie i Keithu powiedział:
- Ja nazywam się Telak. Jestem… czy raczej byłem miejskim kowalem – człowiek spojrzał na chwilę na Keitha. Był bardzo wysoki, mierzył prawie sześć stóp wzrostu. Towarzyszyły temu szerokie i umięśnione ramiona wyrobione podczas lat pracy w kuźni. Ogólnie wyglądał bardziej na zawodowego zapaśnika niż na kowala.

- Ja natomiast – wtrąciła niska i chuda kobieta o rzadkich siwych włosach. – nazywam się Aneris i pracowałam w mieście jako bibliotekarka.

- Uch… to i mnie wypadałoby się przedstawić – powiedział człowiek odziany w kolczugę, który cały czas pojękiwał. – Nazywam się Adarin byłem szeregowym w koszarach. Szczęśliwym trafem byłem w patrolu, który szedł akurat obok wieży, kiedy nastąpiła eksplozja. Miałem szczęście, hehe…
- Wszyscy mieliśmy szczęście – wtrącił uderzając pięścią w stół Telak. – Jednak to za mało, żeby przeżyć. Stanowczo za mało. Musimy przede wszystkim…

- Ciszej, na bogów! – przerwała mu Aneris. – Daj im chwilę wytchnienia Telak. Jakbyś się czuł, gdybyś się dopiero co obudził po dwóch dniach? I to jeszcze po takim katakliźmie!

Twarz kowala wykrzywił grymas, jednak przytaknął przyznając kobiecie rację. Zadowolona staruszka już miała coś powiedzieć, kiedy to uprzedził ją Adarin:
- A co z tym tutaj?
Wszyscy spojrzeli na ostatnią nieprzytomną osobę, jaka leżała na ziemi. Był nią niski elf o czarnych włosach w płaszczu z kapturem i zarostem na twarzy. Obok niego leżał pas z pochwą w której spoczywał krótki miecz.

- Nie wiem, nie znam go. – przyznał Telak wzruszając ramionami.
- Ja także. – dodała bibliotekarka. – Wygląda na to, że będziemy musieli zaczekać. Przy odrobinie szczęścia sam się obudzi i nam o sobie opowie.

Zapadła wtedy niezręczna cisza. Kowal siedział przy stole i majstrował od niechcenia przy jakimś metalowym przedmiocie, który przypominał mocno zniekształcony świecznik, Aneris pocierała niecierpliwie ręce o siebie nie wiedząc co dalej czynić. Natomiast szeregowiec trzymał się wciąż za głowę jęcząc przy każdym ruchu.

Nagle kobieta klasnęła w dłonie.
- Musicie mieć mnóstwo pytań, moi drodzy – powiedziała. – Pytajcie więc, bo Telak mimo wszystko ma trochę racji i niedługo będziemy musieli coś zrobić. Nie możemy tkwić w tej wieży w nieskończoność.
 
Gettor jest offline  
Stary 04-01-2009, 19:26   #2
Moderator
 
Johan Watherman's Avatar
 
Feliks wyszczerzył się durnowato ukazując światu gamę ubytków w uzębieniu, śladów po złotych i srebrnych zębach gdzieniegdzie poprzeplatanych prawdziwymi acz okrutnie popsutymi zębami. Ostry zapach męskiego potu unosił się od niego. Odgarnął z czoła włosy niczym siano zarówno struktury jak i barwy. Wyłupiaste błękitne oczy lustrowały otoczenie prawie uciekając z objęć bladej, kościstej twarzy. Chcą wyglądać bardziej elegancjo poprawił pas podtrzymujący czarne, poprzedzielane spodnie i spojrzał na swe buty. Niepiękne one były, podeszwa niczym dolna szczęka jakieś paskudy kłapała tu w górę to w dół. Chyba net takie pierwsze wrażenie miał Wróbel blednąc na chwile jeszcze bardziej. Błękitna koszula sprawiała wrażenie nie lada eleganckiej. Ale to kiedyś – łaty, dziury, brud oraz wyblakniecie dopełniało obrazu nędzy i rozpaczy. Jakby trochę z przyzwyczajenia podczas pobytu pod stołem w karczmie w taki sam sposób przeczołgał się na bok w poszukiwaniu swoich rzeczy. Drżące ręce przyprawione w skórzane rękawice które o dziwo opierały się zebu czasu sięgnęły po trzy mieszki. Jeden pusty, kolejny prawie też, tylko w trzecim cos brzękało. Jednakże nie był to dźwięk pieniędzy. Wątpliwości rozwiała głupi wyraz twarzy mierżąc drżącą dłonią w siebie samego z gnomiej broni palnej. Chyba amunicja i resztki prochu. Zatknął pistolet w pas z lewej strony, krótki, zagięty miecz w pochwie powędrował na prawo. Został tylko drugi, dłuższy miecz który to znowu pojawił się na plecach. Durnowato przewrócił oczami i podrapał się po szyi próbując wstać. Oparł się o ścianę, był średniego wzrostu. Wyartykułował słowa.

-Jestem, jestem, jestem Feliks Rauschigift, dla przyjaciół... Wróbel!

Cos było nie tak i bynajmniej nie chodziło o fakt znalezienia się w tym miejscu. Kropla potu spłynęła po czole jakby ostatek umysłowego wysiłku. Nagły poryw dłoni i Feliks chwycił się wprost za serce przy okazji opadając na ścianę. Odetchnął z ulgą, wyjął z kieszonki na sercu metalową manierkę ozdobioną jakimś symbolem. Potrząsnął ją, odkręcił i napił się. Tankował dobre parę chwil. Na koniec tylko schował w to samo miejsce. Cóż, najwidoczniej wzmianki o trzeźwości Feliksa stały się tylko pobożnym życzeniem. Jednakże nie powinien upić się z manierki. Nawet w jego zapachu prócz smrodu i przypominającej zapach ziemi woni brudu nie było czuć nic związanego z libacją.

-Mgecie powisiec cop...

Nerwowy tik przeszedł jego twarz jakby całkiem się obudził. Takie coś potrafił tylko on – być niestety trzeźwym, a mimo to zacząć mówić niczym zalany w trupa. Jeszcze raz puścił promienny uśmiech wszystkim dokoła dodając doń zupełnie za darmo opary z jamy ustnej. Zakasłał.

-Może powiedzieć czemu tutaj jestem i komu dać w ryj?

Strzelił kostkami u dłoni jednakże rany na nadgarstkach i trzęsienie się owych dłoni sprawiało raczej żałosne wrażenie. Kowal Telak odpowiedział Feliksowi:
-Wyciągnąłem Cię z dybów, gdyby nie to byś zginął niechybnie. W ryj to możesz dać temu który to wywołał jeśli go znajdziesz.
 
__________________
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.

Ostatnio edytowane przez Johan Watherman : 05-01-2009 o 14:56.
Johan Watherman jest teraz online  
Stary 04-01-2009, 20:39   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Docierające gdzieś z oddali głosy sprawiły, że Keith otworzył oczy.
W pierwszej chwili nie bardzo wiedział, gdzie jest. Nazwisko Giheda było mu skądś znane...

Usiadł i rozejrzał się dokoła.
Nagle pamięć wróciła gwałtownymi falami. Znał to miejsce. Wieża starego maga... Był tu kiedyś. Raz, bardzo dawno temu i rozmawiał z samym Gihedem. To było Sarrin... Ale co on robił w wieży...
W tym momencie dotarło do niego to, co słyszał przed chwilą.
Kataklizm?

Potrząsnął głową. Bez względu na to, jak bardzo się starał, nie potrafił sobie przypomnieć żadnego kataklizmu. Ani też chwili, gdy wbiegał do wieży maga.
Bo chyba w niej nie był?

Wstał i spojrzał na stojącą przed nim trójkę osób. Znał jednego z nich... Kowala. I nie wiązały się z nim najmilsze wspomnienia. Chociaż, z drugiej strony... Dzięki niemu poznał ładny kawałek świata. Może więc i lepiej.

- Keith - przedstawił się. - Keith Duncan.

Nie miał zamiaru mówić, jak nazywają go przyjaciele i towarzysze ze szlaku. Jak na razie nie sądził, by w tej dziwacznej zbieraninie miał pozostawać na tyle długo, by warto było to zrobić.

Szybkimi, ale racjonalnymi ruchami zaczął, wzorem Feliksa, zbierać swój ekwipunek, który, jak sądził, ściągnięto z niego gdy leżał nieprzytomny. Koszulka kolcza, długi miecz, sztylet... Nic nie zniknęło. Plecak zostawił na ziemi, podobnie jak wielką, prawie czarną wilczą skórę, służącą zwykle za pelerynę i niewielka metalowa tarcza.
Sprawdził, czy działa automatyczna kusza i, niezauważalnym gestem, czy w rękawie stale tkwi nóż do rzucania. Był na swoim miejscu.

"Zamknij się, głupku" - pomyślał, gdy Feliks zaczął się dopytywać o cel najbliższych rękoczynów. - "Mamy ważniejsze sprawy..."

- Co wiecie o kataklizmie? - spytał. - Co się stało tam, na zewnątrz i czemu nikt nie wybiera się na zewnątrz?

W tym dopiero momencie zorientował się, że drzwi są magicznie zablokowane. Ale mimo tego nie cofnął pytania.

Pytania o to, skąd się tu znalazł i co się stało z gospodarzem wieży postanowił zostawić na później.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 04-01-2009 o 20:51.
Kerm jest teraz online  
Stary 05-01-2009, 16:04   #4
 
Kirosana's Avatar
 
Honogurai gdy tylko otworzył oczy spróbował usiąść, tył czaszki przeszył mu jednak okropny ból. Rozglądnął się i zobaczył z kim tu jest.
"Cholera sami nieudacznicy i złodzieje. Co to w ogóle ma być? Armia żebraków?!"
Nagle przypomniał sobie o amulecie. Szybko chwycił za niego.
"Uff dobrze, że tak szybko wstałem."
Wtem zauważył Majolin. Odrzucił włosy, które zasłaniały mu oczy i powoli zaczął wstawać.
"Ona też tu nie pasuje. Dobrze byłoby się poznać...zaprzyjaźnić...a może i coś więcej..."
Pozbierał swój ekwipunek. Sztylety zatknął za pas, katanę przyczepił na plecach, mieszek przywiązał do pasa. Oparł się o ścianę:
-A więc jest tu ktoś kto wie co tu się do cholery stało, gdzie jestem, i jak do stu piorunów mam stąd wyjść?-zapytał raczej oziębłym tonem, co w zestawieniu z tymi słowami dawało dość dziwny efekt.
Chłopak nogą przyciągnął coś co wyglądało dość stabilnie i równo do tego stopnia aby można było na tym usiąść, siadł na prowizoryczny stołek i czekał na odpowiedź.
 
__________________



Kirosana jest offline  
Stary 05-01-2009, 18:41   #5
 
Lavina's Avatar
 
"Smarkula?! Po prostu szczęście?!" - obolałe ciało nie pozwoliło jej na żaden ruch. Gdyby nie to, pewno przestrzeliła by język zuchwalcowi wypowiadającemu te słowa. Ciężkie powieki nie dały jej ujrzeć twarzy szepczącego. Pozostało jej słuchać.
"Feliks? Czy ja gdzieś o nim nie słyszałam? Może w barze?"
"Keith? Adrin? Honogurai?"
"O czym oni mówią? Gdzie ja w ogóle jestem?"
Głosy rozmawiających ucichły, a Majo w końcu udało się otworzyć oczy. Soczyste zielone źrenice rozejrzały się po skąpo oświetlonym pomieszczeniu.
- Co to za rudera? - szepnęła sama do siebie, widząc jak blisko niej leży jeszcze kilka innych osób. Podparła się rękoma i udało jej się wstać. Choć nie było w tym zbytniej gracji, oparła się o ścianę i dłonią odgarnęła z twarzy jasne blond kosmyki włosów. Średniego wzrostu dziewczyna o dość szczupłej talii oblizała pastelowo różowe usta i z przyzwyczajenia otrzepała się. Po chwili jednak poczuła, że czegoś brak. Zaczęła obmacywać kieszenie płaszcza. Wszystko zniknęło. Rozejrzała się po podłodze i ku swojej radości znalazła swój łuk, kołczan, srebrny sztylet, mieszek ze złotem, a nawet to małe lusterko i wytrychy. Odetchnęła z ulgą. Zdziwiło ją, że wszystko co powinno leżeć w jej kieszeniach było tak bezmyślnie rozrzucone po podłodze.

- Och – powiedział mężczyzna, do którego należał niski i basowy głos. – Obudziliście się, nareszcie!
- Leżeliście nieprzytomni przez ponad trzy dni – wyjaśniła pospiesznie drobna kobieta.
- usłyszała nagle.

Ludzie, którzy, jak jej się wydawało, przed chwilą rozmawiali między sobą teraz zaczęli się przedstawiać. Telak, Adarin, Aneris ... O ile nie znała wcześniej bibliotekarki i strażnika to poznała kowala. Nie podobało jej się tutaj, mimo, że wiele razy znajdowała się wśród obcych ludzi i była przyzwyczajona do ciemności. Czuła, że coś się święci. A poza tym spostrzegła jak jeden z tych wszystkich oberwańców wgapia się w nią.
"Co ja tu robię?! Na Boga!"
 

Ostatnio edytowane przez Lavina : 05-01-2009 o 18:44.
Lavina jest offline  
Stary 05-01-2009, 19:30   #6
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Kraina Rozkoszy. Właśnie tam znalazł się Dantlan. Było to dla niego niczym miejsce wiecznej szczęśliwości, gdzie chciał zostać na wieki. Chciał być pogrążonym w ciepłej, otulającej go ciemności, która głaskała go po głowie, niczym troskliwa matka pochylająca się z miłością nad swym dzieckiem. Jej dłonie gładkie jak aksamit wplatały się w jego włosy, jej skóra dotykała jego twarzy, a on trwał w jej objęciach, mocno trzymając się tego uczucia. Nie pozwalał, by go wypuściła.
Inni nazywali Pustkę, gdyż tym właśnie była jego ukochana, Krainą Wiecznego Cierpienia. Prychnął pogardliwie. Co oni wiedzieli o cierpieniu, bólu? Dla nich było to jedynie słowo na pergaminie, obraz, na którym leży osoba, której twarz wykrzywia ból. Niczym więcej. To wszystko. Oni nie rozumieją czym naprawdę jest cierpienie. Mają oni wiele szlachetnych mów, pouczających innych jak mają żyć. Słowa niby pouczające, niby mądre, ale również... potwornie puste. Nie wiedzą jak to jest żyć w bólu, więc Pustkę zowią Krajem Cierpiących.
Ile on by dał, by tylko pozostać w ramionach swej ukochanej. Tutaj, w cieple był tylko on. On i jego magia. Tutaj nie miał ograniczeń narzucanych przez słabe ciało, a jego magia wypełniała go po brzegi. Czuł ekstazę, kiedy płynęła przed niego, formując się na jego rozkaz.
Leżał spokojnie otoczony przez aksamitną ciemność, w której tworzył całkiem nowe rzeczy dla samej radości czucia w sobie magii!
Nagle ciemność zaczęła ustępować! Ryknął wściekle, miotając zaklęcia, by utrzymać się tam, gdzie jego cierpienie nie istniało, gdzie jego magia, największy skarb była do jego dyspozycji. Rozpaczliwie starał się utrzymać tam, gdzie jest, lecz zaczynał czuć.
Coś zaczęło do niego docierać, budząc świadomość. Poruszył ręką, co przyszło mu z wielkim trudem. Każdy ruch powoli zaczynał stawać się coraz cięższy. Zupełnie jakby ruszał kończynami jakiejś innej osoby, jakby to nie jego ręka zaciśnięta była kurczowo na jakimś długim przedmiocie.
Wraz ze świadomością, powracały do niego zmysły, lecz wracało również coś innego. Nieproszony gość, który wdarł się siłą do jego ciała, emanując na całą jego powierzchnię, narządy. Ból.
Wykrzywił twarz w wyrazie bezsilnej irytacji, co przyszło mu z trudem. Nagle przebiegła po nim myśl, która zadziałała jak sole trzeźwiące. Czuł zimno i potworny odór ciał dookoła niego. Nie tylko ciał. Od razu targnęły nim mdłości.
-...jesteśmy w wieży Giheda...-usłyszał, gdy nagle coś kazało mu się zastanowić nad tym, kim jest Gihed.
-...Tak, jesteśmy w wieży czarodzieja Giheda...-z kontekstu rozmowy wynikało, że nie jest to przyjemny osobnik. Tak jakby się go... bano?
Może i obolałe ciało Dantlana nie było w pełni sprawne, może nie było skore do wysiłków, może było słabe, lecz jego umysł, jeżeli tylko był świadomy, zawsze działał poprawnie.
-Z jakiegoś powodu osłony w okół wejścia zniknęły po wybuchu i nie mieliśmy zbyt dużego wyboru-pod wpływem słów, w umyśle Maga zaczęła kształtować się wizja tego, co stało się w ciągu ostatnich dni.
Nastąpił wybuch, przez co osłona Wieży Maga padła. Wybuch ten zniszczył całe miasto i jedynie oni przetrwali.
W obliczu tego należy zadać sobie kilka pytań. Pierwsze mówiło o zasięgu eksplozji. Czy zniszczyło również Sanstilię?
Niezależnie jaka była odpowiedź na to pytanie, zniszczenie Sarrin musiało odbić się na gospodarce krajowej, gdyż było to miasto handlowe, leżące na szlaku. Katastrofa jaka miała miejsce, zmieni ten szlak i jeżeli Sanstilia przetrwała, to zapewne przez nią będzie ów szlak prowadził. Nie mniej jednak strata jednego z miast handlowych, tak młodych i tak silnych, które rozwijają się bardzo szybko, jest bolesne dla gospodarki. Takie miasta mają szansę przerodzić się w metropolie czy centra handlowe. Tej szansy nie ma już Sarrin.
W pomieszczeniu z nim było jeszcze cztery osoby, które wdały się w dialog ze sobą. To byli trzej mężczyźni i jedna kobieta.
Kobieta ponoć znała Celmię, jego matkę, widziała jego walkę. Mówiła, że jest szaleńcem. Mówiła, ze oszalał na punkcie magii. Jak bardzo się myliła! Magia jest jego duszą, charakterem, pragnieniem. To do niej lgnie jego prawdziwy talent! Nie zna smaku magii ten, który nikt go nie spróbował.
Magia to jego matka, siostra, żona, kochanka i córka. Jest dla niego wszystkim i jeszcze więcej! Jest zarówno jego rodziną, jak również kimś nieznajomym. Czy to jest właśnie szaleństwo? Nie, to miłość, pragnienie, ekscytacja, pożądanie!
Mężczyzna mógłby oddać życie za rodzinę. Mógłby oddać nawet duszę. On mógłby zrobić to samo.
Ta sama kobieta twierdziła, że zna dziewczynę o imieniu Majolin, która powstrzymała złodzieja, lecz był to pogląd kontrowersyjny.
Dantlan rejestrował wszystko, leżąc spokojnie.
Feliks to więzień z problemami z alkoholem, zaś Keith kiedyś miał coś wspólnego z magią, lecz teraz podobno ma wspólnego mniej. Pozory mogą mylić. Lenard to najemnik, który uwikłany został w nieszczęśliwą miłość. Hongurai to przybrany syn karczmarza, który przeżył wojnę z Orkami kilkanaście lat temu. Jego matka nie przeżyła, a on prowadził karczmę po właścicielu, który wyjechał bez słowa. Podobno teraz nie ma już karczmy. To właśnie ujawnia rozmiar zniszczeń w Sarrin.
-Och! Obudziliście się, nareszcie!-powiedział jeden z mężczyzn, zaś Dantlan podniósł się z trudem, walcząc z całej siły z mdłościami.
-Leżeliście nieprzytomni przez ponad trzy dni-powiedziała kobieta, zaś Mag wykrzywił swą lisią twarz w wyrazie irytacji.
-Czuję...-wychrypiał przez spierzchnięte, wąskie wargi, po czym szybkim ruchem odgarnął śnieżnobiałe włosy z twarzy. Przeszkadzały mu, co pokazywał grymas złości.
Rozejrzał się po pokoju swymi srebrnymi oczami bez tęczówek i źrenic, po czym stwierdził, że znajdują się w ciemnym pokoju ze stołem, kilkoma krzesłami i schodami. Był tu wielki mężczyzna, który przedstawił się jako kowal Telak, żołnierz Adarin oraz bibliotekarka Aneris.
Oddech rzęził w płucach chudej, mizernej postaci, jaką był Mag, osoba, która rozgorączkowanym wzrokiem błądziła po pokoju.
Wzrok młodzieńca o srebrnej skórze z niebieskim poblaskiem, spoczął na drzwiach zabezpieczoną przez jasnoniebieską smugę magii. Po tym spojrzał na obiekt, który trzymał w rękach, nie wypuszczając przez cały czas. Był to czarny kostur z czarnym kryształem na szczycie, przymocowanym do drzewca przez czarnego Smoka z krwistoczerwonymi oczami. Obok niego leżały jego sakiewki, które zgarnął razem z pasem, zadziwiająco płynnym ruchem, a kiedy zapiął pas, wstał, wspierając się na kosturze.
Już miał uczynić pierwszy krok, gdy nagle doznał zawrotu głowy, a ziemia pospieszyła mu na spotkanie. Zaniósł się spazmatycznym kaszlem, zwijając się w konwulsjach. Podczas każdego kaszlnięcia Mag walczył o oddech, którego czerpał w niewielkich ilościach, zaczynając się dusić.
Przeraźliwy, intensywny kaszel trwał ponad minutę i kiedy pewnym było, że Dantlan udusi się przez samego siebie, kaszel ustał. Lis leżał na podłodze, drżąc i dysząc ciężko.
Chwilę później wyciągnął czarną chusteczkę, w którą wytarł krew ze swoich warg. Tam, gdzie leżał, podłoga usiana była drobnymi kroplami krwi, pochodzącymi z jego ust.
Mag szybko powstrzymał mdłości i krzywiąc się z bólu, wstał, wspierając się na kosturze. Jego czarne szaty obszyte runami ze złotej nici, falowały i łopotały przy ruchach Dantlana, który spojrzał na człowieka, która mieniła się Feliks. Szybko zanotował w pamięci, by w najbliższym czasie nie zbliżać się do niego z powodu zapachu, jaki roztaczał. Nawet ze sporej odległości Lis walczył z ogarniającymi go z każdą chwilą mdłościami.
Kolejny z nich przedstawił się jako Keith, zaś Mag wziął jedno z krzeseł i zaprowadził w wolne miejsce.
-Ja... Dantlan...-reszta słów utonęła w kolejnym spazmatycznym kaszlu, trwającym porównywalny okres czasu. Jego siła była tak duża, że Mag nie zdołał utrzymać się na nogach i zmuszony był usiąść. Kiedy tylko kaszel ustał, wytarł usta, mruczał pod nosem coś jak "jeszcze chwila".
Przyłożył dłoń do oparcia, które nagle strzeliło, łamiąc się na kilka części. Pozbierał je szybko z podłogi, po czym położył drewno na siedzeniu krzesła. Na środku przyszłego ogniska ustawił w miarę równe podłoże z połamanego oparcia, by móc postawić naczynie. Wskazał palcem połamane oparcie, zaś z jego palca wystrzelił ogień, zaczynając tańczyć na drewienkach. Po tym odpiął od pasa metalowy kubek, do którego wrzucił zioła z różnych sakiewek, zaś w kubku pojawiła się woda. Postawił naczynie na ogniu, siadając wygodnie. Teraz mógł się rozejrzeć nieco dokładniej po osobach zgromadzonych tutaj.
Chłopak z kataną i sztyletami, sądząc po uzbrojeniu, był Hohoguraiem, zaś dziewczyna niewątpliwie ową Majolin. Ostatni z nich musiał być, zatem, Lenardem. Zobaczył jednak jeszcze jedną osobę. Niski Elfa o czarnych włosach, zaroście na twarzy i w czarnym płaszczu z kapturem. Aneris wyraziła nadzieję, że Elf sam coś o sobie opowie, jednakże Dantlan, przyglądając się mu, szczerze w to wątpił. Nie wiedział czemu, jednakże miał dziwne przeczucie, że nie jest tu jedynym Magiem i bynajmniej nie chodziło mu o Keitha.
Tymczasem woda zaczęła się gotować, więc Lis chwycił za ucho, które było jedynym chłodnym miejscem, oprócz ustnika. Mag upił trochę naparu, lecz błyskawicznie odstawił kubek, czując potężną gorycz w ustach. Tym razem mdłości okazały się silniejsze od niego, zaś nagły skurcz targnął jego żołądkiem, który wyrzucił z siebie swoją zawartość. Wymiociny chlusnęły na podłogę z całą siłą, a chwilę później dały Dantlanowi chwilę wytchnienia. Ten skorzystał, równie szybko chwytając kubek, co go postawił.
Upił kolejny łyk gorących ziół, podejmując kolejną walkę z mdłościami powodowanymi zapachem naparu, własnych wymiocin, ludzi w wieży oraz smakiem płynu, który pił.
-Przede wszystkim, co dokładnie się stało? Jak każde z nas się tu znalazło i jak wam się to udało? Jaka jest skala zniszczeń i co ich dokonało? Co lub kto?-mówił już lżej, lecz oddech dalej świszczał mu w płucach.
Próbował odtworzyć wydarzenia, jakie miały miejsce. Jechał z Sanstilii do Sarrinu, gdyż usłyszał o księdze. Nagle zobaczył rozprzestrzeniające się, niebieskie... coś? Dalej nic nie pamięta. To niebieskie coś było zaklęciem, jak się domyślał, zaś wywołać to musiał jakiś przedmiot lub Mag. Jeżeli przedmiot, to musiał zostać uruchomiony przez jakąś personę. Ciekawe...
W tym samym czasie dokończył picie naparu, po czym przyczepił sobie kubek do pasa, gasząc ogień.
Wstał o wiele lżej, co było zauważalne, po czym podszedł do drzwi. Wyjrzał na zewnątrz, gdzie zobaczył ruiny miasta. Skrzywił się, kręcąc głową. Oddalił się o kilka kroków, po czym przyjrzał się dokładniej znakowi magii, po czym ponownie podszedł bliżej, starając się wyczuć dokładny charakter magii.
Po tym postanowił zbadać co jest na wyższych piętrach, gdyż Wieża Maga była zagadką, którą zawsze chciał poznać. Postara się również wyczuć tajne przejścia, wejścia lub skrytki oraz magiczne zabezpieczenia i pułapki.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 05-01-2009, 21:42   #7
 
Bebop's Avatar
 
-Czemu znów mi to robisz? Czemu wciąż mnie nawiedzasz?! - wrzeszczał Lenard z wściekłością spoglądając na stojącą niedaleko rudowłosą kobietę - Czego ode mnie chcesz? Nie możesz mnie po prostu zostawić samego? Wynoś się z mojego życia!
Dziewczyna nie zareagowała, wciąż z uśmiechem na twarzy przyglądała się najemnikowi, powoli wyciągnęła do niego rękę, szeptała coś, lecz on jej nie słyszał.
-Odejdź, zostaw mnie w spokoju. - rzekł już z mniejszą determinacją - Odejdź...
Kobieta przyłożyła palec do ust dając mu znak aby zamilkł, po czym odwróciła się z gracją i zniknęła w mroku. Najemnik padł na kolana, zniesienie tego cierpienia przychodziło mu coraz trudniej, jednak aby w końcu dojść do siebie musiał pozbyć się dawnych słabości. Z trudem powstrzymywał się przed zawołaniem jej imienia by znów mógł ujrzeć jej twarz, poczuć zapach jej perfum, usłyszeć jej głos...

Powieki niemiłosiernie mu ciążyły, minęła chwila nim zorientował się, że leży na wznak w jakimś pomieszczeniu, jego zmysły powoli wracały do dawnej kondycji. Po chwili usłyszał kilka głosów, lecz nie potrafił się na nich skupić. Zainteresował się nimi bardziej dopiero, gdy usłyszał swe imię, gdyby nie zmęczenie pewnie już stałby nad trupem osoby, która nazwała jego ukochaną zdzirą.
Powoli otworzył oczy i podniósł się z ziemi, jego wzrok spoczywał przez chwilę na każdym ze zgromadzonych, wydawało mu się, iż kilku z nich znał nawet z widzenia, lecz nie miał pewności. Po krótkiej chwili odnalazł swój ekwipunek, założył na siebie kolczugę, zaś dwa krótkie miecze zarzucił sobie na plecy.
To ty mnie tu przywiodłeś Markusie. O ironio! Chciałeś, abym stawił czoło demonom przeszłości, a teraz sam stałeś się przeszłością. - rozprawiał w duchu Lenard spoglądając na otoczone jasnoniebieskim światłem drzwi, o tym, iż znajdowali się w wieży Giheda nikt nie musiał mu mówić, bowiem budowlę tą trudno byłoby pomylić z jakimkolwiek innym budynkiem w mieście. Najemnik nie miał złudzeń, o ile nie stał się jakiś cud, jego stary przyjaciel właśnie odszedł do innego świata.
Jego rozważania przerwał jeden z mężczyzn, niejaki Feliks, o ile Lenard dobrze usłyszał imię w jego pijackim bełkocie, następnie na scenie pojawił się Duncan.
- Co wiecie o kataklizmie? - spytał - Co się stało tam, na zewnątrz i czemu nikt nie wybiera się na zewnątrz?
Sam chciałbym to wiedzieć. - pomyślał Lenard.
Kolejne dwie osoby nie przykuły już jego uwagi, przynajmniej nie tak jak ostatni jegomość zwący się Dantlan. Już na pierwszy rzut oka można było zorientować się, iż para się magią. Było w nim jednak coś dziwnego, coś co bardzo intrygowało najemnika, bowiem choć ów czarodziej wyglądał na młodzika, jego zachowanie oraz ostre napady kaszlu mówiły o nim coś zgoła innego. Być może to magia wypalała go od środka, zresztą Lenard nie znał się na tych sprawach. Markus często opowiadał mu o potędze magii i ograniczeniach w jej używaniu, jednak wiedza ta często umykała mu drugim uchem.
W końcu jego uwaga spoczęła na nieprzytomnym elfie, wrodzona podejrzliwość nie pozwoliła mu pozostawić leżącego na ziemi miecza to też szybko odsunął ostrze nogą by po przebudzeniu mężczyzna nie mógł po niego zbyt szybko sięgnąć. Przezorny zawsze ubezpieczony.
-Może on coś wie. - rzekł po czym uświadomił sobie, iż jeszcze się nie przedstawił - Nazywam się Lenard Spoon, trzeba przyznać, że znaleźliśmy się w dość ciężkiej sytuacji, czy ktoś wie jak wygląda miasto na zewnątrz?
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 05-01-2009, 21:43   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Keith nie przejął się mało wychowanym osobnikiem, który nie raczył się nawet przedstawić, a na wszystkich zebranych patrzył jak na bandę żebraków czy złoczyńców. Nie wzruszył go również ton jego wypowiedzi. Zlekceważył również złe błyski, jakie pokazały się w oczach dziewczyny, Majolin, bodajże.
Bardziej przejął się magiem. Jego stan był, delikatnie mówiąc, dziwny... Jakby mag ów nieco nadużył swej mocy. Lub chorował dość długo i poważnie...
Uznał co prawda niszczenie wyposażenia i gotowanie ziółek za głupotę, ale nie miał zamiaru się do tego wtrącać. Nie jego wieża, nie jego krzesła... Skoro temu całemu Dantlanowi konieczne to będzie do szczęścia...
W tym momencie Aneris zaczęła odpowiadać na jedno z jego pytań...

- Wiem tylko, że nagle pojawiło się niebieskie światło, które zaczęło się rozprzestrzeniać we wszystkie kierunki, a zaczęło się, tak mi się zdaje, w ratuszu.

- To się zaczęło od fontanny miejskiej - poprawił ją Telak

- A mi się zdaje - powiedział Adarin - iż światło miało swój początek w jednym z domów na północ od fontanny.

- To nich ci się zdaje - machnęła na niego ręką Aneris. - Widać z tego, że nawet nie wiemy, gdzie to się zaczęło. Co tam się stało - też nie wiadomo na pewno. Wie tylko, że ludzie których dosięgło światło wrzeszczeli nagle i znikali w jego odmętach. Najprawdopodobniej nie żyją. A wyjść na zewnątrz nie można - kontynuowała - ponieważ drzwi są zapieczętowane i nie da się ich otworzyć. Poza tym wydawało nam się, że słyszymy od czasu do czasu wycie i potępieńcze jęki zza drzwi, toteż nie spieszno nam nigdzie wychodzić bez przygotowania.

- A jak wygląda sprawa z jedzeniem? Jest tu jakaś kuchnia? - spytał Keith. Jego rozmówcy raczej nie wyglądali na takich, co nie jedli i nie pili od paru dni.

- Nic nie wiem na temat żadnej kuchni. Podobnie jak o całej wieży. Gihed schodzi do nas bardzo rzadko, mniej więcej dwa razy dziennie przynosząc coś do jedzenia - wodę, mleko, chleb, trochę sera i szynki. Poza tym jednak czarodziej nic nie mówił o sytuacji w mieście i raczej nie jest skory do rozmowy, choć można do niego pójść schodami na wyższe piętra.
Między wierszami bardzo łatwo było odczytać, że mówiąca nie ma zamiaru się tam wybierać.

Temu akurat Keith zbytnio się nie dziwił. Pamiętał jeszcze, jaki nieprzyjemny i mało komunikatywny był Gihed gdy widział go ostatni raz i nie sądził, by przez te parę lat czarodziej się zmienił. Na lepsze.
Podszedł do okna. Widać było niemal filetową, jakby spaloną ziemię i ruiny miasta. W kłębiącej się gęstej mgle nie widać było żadnego ruchu. Żadne wrzaski czy jęki również do niego nie docierały.

Keith odwrócił się do bibliotekarki.

- Czy w mieście są może kanały? - spytał.

Kobieta pokręciła głową.

- W takiej małej dziurze kanały nie były nikomu potrzebne.

Co, według Keitha, niezbyt dobrze świadczyło o władzach miasta.

- W takim razie odpada droga podziemna - stwierdził. Nie wyobrażał sobie, by mieli kopać tunel prowadzący poza mury. Chociaż, w ostateczności... - Może w tej mgle kryje się 'coś', co rzuca się na wszystko, co żyje. Stąd zamknięte drzwi.

Dzięki temu to 'coś' z zewnątrz nie mogło wejść do środka. Oczywiście jeśli istniało jakiekolwiek 'coś'...
Było oczywiście wiele różnych, innych powodów zamknięcia tych drzwi, a on nie miał zamiaru ich wszystkich wymieniać.

- Przejdę się na górę - powiedział. - Może nie zrzuci mnie ze schodów...

Nie był tego pewien, ale co innego miał do roboty...



Okazało się, że w tej wieży piętro to pojęcie względne. Schody były tak zawiłe, tak zagmatwane, a pomieszczenia zbudowane tak dziwnie, że nowe piętra występowały praktycznie co pół metra w wieży. Na przykład w taki sposób że pokój będący jednym piętrem jest przy jednej ścianie, a kolejne piętro - przy ścianie przeciwległej. Co nie znaczyło, że na parę stopni dalej będzie tak samo...
Chociaż trudno było zauważyć jakąkolwiek logikę czy prawidłowości w rozmieszczeniu tych pomieszczeń, ale mimo tego nie sposób było się zgubić idąc w górę czy w dół.

Na pierwszym piętrze, czy też może półpiętrze, jak kto woli, Keith trafił na mały pokój z zamkniętymi na kłódki skrzynkami. Ostro pachniało od nich różnymi ziołami m. in. szałwią, miętą, tymiankiem.
I chociaż tego typu zamknięcie nie stanowiłoby dla niego żadnej przeszkody to miał nieodparte wrażenie, że właściciel i główny zarazem lokator wieży nie byłby zadowolony, gdyby Keith włamał się do owych skrzynek.

Keith ruszył do góry zastanawiając się, jak daleko pozwoli mu iść Gihed... I kiedy dołączy do niego Dantlan.
 
Kerm jest teraz online  
Stary 07-01-2009, 16:11   #9
 
Kirosana's Avatar
 
"Hmm... Może jednak nie jest tak źle... Tylko ten pijaczyna i najemnik trochę wadzą. Ja chyba też najlepszego wrażenia nie zrobiłem"
Ból w głowie ciągle dawał się we znaki jednak jak zauważył nie był aż tak bardzo poszkodowany jak reszta. Ten obok na przykład. Wrak człowieka, na chwilę obecną...
Honogurai położył rękę na ramieniu Dantlana:
-Chyba nie czujesz się najlepiej, przyjacielu.-uśmiechnął się-Jednak nie powinniśmy niepotrzebnie denerwować właściciela wieży
Machnięciem ręki odbudował z resztek ogniska oparcie krzesła.
Gdy zauważył Keitha spróbował wstać jednak zastygł zgięty wpół. Ból w głowie się nasilił. Wyciągnął rękę i rozmasował bolące. Gdy to nie skutkowało dodał trochę magii. Gdy w końcu poczuł ulgę dogonił Keitha.
-Też chcę się dowiedzieć czegoś na ten temat. A właściwie to zawsze chciałem poznać Giheda osobiście. Bo zastanawiałem się dlaczego przynosi nam jedzenie i pozwala tu być. Mówią, że jest wredny i w ogóle. Poza tym chciałbym wypytać się go o kilka rzeczy. Mogę więc dołączyć?
Gdy szedł na górę rozmawiając (a właściwie prowadząc monolog) oglądał zbiory maga. Widział wiele ziół, wywarów, zwoi, recept, a nawet trochę zaklętych przedmiotów. Gdy wchodził na górę pełen podziwu coś rzuciło mu się w oczy. Był to amulet. Podobny do tego który miał na szyi.
"Czyżby Gihed miał z tym coś wspólnego? A może to poprostu podobny do mojego amulet bez takiej mocy? Muszę go o to wypytać."
Ruszył dalej po schodach. Gdy dotarł na szczyt ujrzał przed sobą stare drewniane drzwi. Ze środka okropnie cuchnęło mieszaniną różnych ziół. Honogurai odwrócił się do Keitha:
-Wchodzimy.
I pociągnął za klamkę.
 
__________________



Kirosana jest offline  
Stary 11-01-2009, 17:34   #10
 
Gettor's Avatar
 
Feliks, Lenard, Majolin

- Czy ktoś wie jak wygląda miasto na zewnątrz? – zapytał Lenard. W pomieszczeniu zapadła cisza. Trójka ocalałych mieszkańców wbiła wzrok w ziemię zastanawiając się jak odpowiedzieć na to pytanie, oraz kto powinien to powiedzieć.

- Nie wiemy jak wygląda teraz – powiedział w końcu Telak. – Jednak przed wybuchem miasto było otoczone grubym murem w którym było dość sporo wież strażniczych i trzy bramy – północna, południowa i północno-wschodnia. Wieża, w której aktualnie jesteśmy, znajduje się mniej więcej w centrum na wzniesieniu. Na zachodzie były ratusz oraz biblioteka, na wschodzie zaś moja kuźnia i karczma. Koszary z rozległym placem treningowym znajdowały się na południe stąd.

- Oczywiście teraz to wszystko pewnie jest ruiną… Wybuch niszczył wszystko co stanęło mu na drodze…
Przemówienie kowala przerwał donośny dźwięk wydawany przez Feliksa. Szermierz upadł na kolana i obficie zwymiotował na podłogę. Nikt nie wiedział „co” mógł zwrócić, bo przecież był nieprzytomny przez kilka dni, jak zresztą cała reszta.

Kiedy wstał, reszta zauważyła że jego twarz jest… niebieska! Nie czuł się zbyt dobrze, a stwierdzenie tego przez kogoś, kto dzień w dzień pije alkohol to już coś.
Żołądek mu palił intensywniej niż zwykle, w głowie huczało jakby kto młotem w niego walił.

Popatrzył na swoje wymiociny i zachwiał się prawie upadając na ziemię.
- Na bogów, co mu jest?! – krzyknęła Aneris.
- Nie wiem – odparł w międzyczasie Telak. – Jednak wydaje mi się…

Łup.

Feliks upadł na ziemię na wznak, zaś jego twarz przybierała coraz wścieklejszy odcień błękitu.

- Wydaje mi się… - powiedział znów Telak podchodząc do szermierza i wyciągając metalową manierkę z której Feliks kilka minut temu pociągnął kilka zdrowych łyków.
Kowal otworzył ją i powąchał zawartość. Natychmiast odsunął twarz z obrzydzeniem i wylał zawartość na posadzkę.
O dziwo wódka, zazwyczaj bezbarwna, miała taką samą barwę jak twarz szermierza – niebieską.

- Dobrze mi się wydaje – podsumował kowal zamykając manierkę i chowając ją do kieszeni. – Może nie znam się zbyt dobrze na magii, ale picie alkoholu nią nafaszerowanego nie jest zbyt dobrym pomysłem.
Nagle rozległo się donośne i nie dające żadnych złudzeń chrapanie. Feliks uciął sobie drzemkę!

- No tak… - powiedział z uśmiechem na twarzy kowal, podczas gdy bibliotekarka chichotała pod nosem, a żołnierz siedzący na stołku po prostu ryknął śmiechem. – Tu ewidentnie potrzeba Giheda. Jak znam życie to lepiej zanieść go na górę, bo czarodziej może mieć u siebie jakiś sprzęt, który można używać tylko tam.

Następnie Telak podniósł Feliksa i przerzuciwszy go przez ramię zaczął iść na górę. Reszta natomiast, za wyjątkiem Aneris, poszła za nim. Bibliotekarka postanowiła zostać na wypadek gdyby elf się ocknął.

Keith, Dantlan, Honogurai

Doszliście na samą górę. Wbrew pozorom nie było tam drzwi, lecz klapa w suficie.
Honogurai otworzył ją i weszliście do okrągłego pomieszczenia na samym szczycie wieży czarodzieja. Było ono pełne regałów z księgami, fiolkami i słojami o nieznanej zawartości.

Przebiegając wzrokiem spostrzegliście, że średnio co trzeci przedmiot na regałach jest magicznym źródłem o różnej mocy.
Jak na ironię najwięcej energii było skupionej w księdze o nazwie „Magia – źródła i podstawy”.
Na drugim końcu sali siedział łysy i niewysoki gnom. To musiał być czarodziej Gihed.


Zdawał się was nie zauważać, ponieważ cała jego uwaga skupiała się na siedzącym na biurku… króliku?
Biedne zwierzątko było spętane zaklęciem całkowitego posłuszeństwa, co było widać po strumieniu magii łączącym je z Gihedem.

- Wdech… wdech… wdech… - powtarzał ustawicznie czarodziej, a królik pompował się za każdym razem. – No mały… jeszcze raz… wdech!
Zwierzątko, przypominające teraz biały, futrzany balon, po prostu eksplodowało, a jego flaki poszybowały we wszystkie kierunki lądując między innymi na twarzach trójki przybyłych.

- Cholera jasna! – zaklął Gihed odwracając się. – Ach! Nie zauważyłem was.
Zeskoczył ze stołka i podszedł do każdego z przybyłych przyglądając im się dokładnie.
- Hmm… wyglądacie zdrowo… nawet bardzo – nastąpiła chwila milczenia w trakcie której czarodziej utkwił na chwilę wzrok na Dantlanie. – W każdym razie w porównaniu z tymi na mieście. Chcecie czegoś konkretnego, czy przyszliście się przywitać?

Wszystkich trzech przybyłych po prostu zatkało. Czy to był ten sam wredny, aspołeczny Gihed, który tak nienawidził wszystkich i wszystkiego? Czy może po prostu za dużo się nasłuchali o nim od nieprzychylnych czarodziejowi osób?
Pierwszy z oszołomienia otrząsnął się Honogurai, który delikatnie zapytał czarodzieja o widziany na niższym piętrze amulet.

- Naszyjnik powiadasz? – zamyślił się Gihed. – Hmm…
Zauważyliście, że gnom zaczął dość szybko mrugać oczami w nieznanym wam celu, przynajmniej z początku nieznanym. Szybko bowiem wyczuliście przepływ magii z ciała czarodzieja i zrozumieliście, że Gihed mrugając oczami rzuca czary!

Po kilkunastu sekundach skończył i dało się słyszeć świst, a po kolejnej chwili przez klapę w podłodze wleciał pewien przedmiot lądując na dłoni Giheda.
- Ten amulet? – upewnił się, na co Honogurai pokiwał głową. – To nic takiego. Zwykła pamiątka rodzinna.

Gnom włożył naszyjnik do kieszeni i chciał coś powiedzieć, jednak nie zdążył, bo do pokoju weszło kolejne kilka osób: Telak niosący nieprzytomnego Feliksa, Majolin, Lenard i Adarin.

WSZYSCY

Kowal pospiesznie wyjaśnił czarodziejowi co się stało – że Feliks wypił skażony alkohol, zwymiotował na ziemię i padł nieprzytomny.
- Hmm… - powiedział Gihed. – Ciekawe… mówisz, że wódka była niebieska? I że miał później niebieską twarz?

Telak pokiwał głową. Teraz nieprzytomny pijaczyna miał już twarz normalnej barwy, jednak wciąż mogło mu coś dolegać.
- To niedobrze… - rzekł czarodziej szukając czegoś w jednym z regałów. – Chodzi o to, że z alkoholu wychodzą doskonałe destylaty magiczne, a kolor zazwyczaj świadczy o ich działaniu. Chociażby o tym czy jest ono negatywne, czy pozytywne.

Na podłodze wylądował stary i nieco spleśniały tom „Skutków ubocznych używania magii”, który Gihed prawie natychmiast zaczął wertować.
- Mam. – powiedział wreszcie zadowolony. – Kolor niebieski zarezerwowany jest dla… o kurwa.

Wstał pospiesznie i znów zaczął czegoś szukać wśród regałów. Tymczasem Telak podszedł i podniósł książkę wytrzeszczając oczy.
- … dla trucizn. – dokończył za czarodzieja. – Nie rozumiem, przecież pierwsze objawy już minęły.

- Magiczne trucizny są o wiele paskudniejsze niż naturalne. – wytłumaczył Gihed wąchając zawartość jednej z fiolek i wlewając ją do słoika. Chwilę później to samo uczynił z inną fiolką, a także zawartością trzech innych słoików. Na koniec wszystko dokładnie wymieszał.

- To tak jakbyś obserwował roślinę – na początku jest tylko ziarnko, później mała sadzonka, aby w końcu wyrósł piękny kwiat. Obawiam się, że wymioty i omdlenie u tego nieszczęśnika były właśnie ziarnkiem.
Chwilę później czarodziej podszedł do Feliksa ze słoikiem pełnym zielonej mazi i wlał ją całą człowiekowi do gardła.

Ten tylko się zakrztusił i znów zaczął chrapać.
- No dobra, nic mu nie będzie. – zakończył czarodziej wzdychając ciężko.
Nastąpiła chwila ciszy przerywana jedynie chrapaniem Feliksa.

- Cieszę się, że jesteśmy w komplecie bo muszę wam coś pokazać – powiedział w końcu Gihed prowadząc was do okna. – od kilku dni pracowałem nad magicznym usunięciem mgły, kiedy nagle wpadłem na inny pomysł – dostosowanie wzroku do widzenia przez nią. A powinniście wiedzieć co się kryje w tym miasteczku, oj powinniście…

Wszyscy spojrzeli przez spore okno, jednak widać było tylko mgłę, a w oddali resztki murów obronnych i las za miastem.
Trwało to kilka chwil, zanim gnom nie uaktywnił swojego zaklęcia. I rzeczywiście, było na co patrzeć.

Miasto roiło się od stworów! Najprawdopodobniej byli to dawni mieszkańcy miasta, jednak ich sylwetki były tak zdeformowane, iż trudno było stwierdzić czym są naprawdę. Niektóre z kreatur w ogóle nie miały cielesnej powłoki.


Samo miasto było ruiną w której budynki były tak zniszczone że praktycznie żaden nie miał ani jednej ocalonej w całości ściany. Dodatkowo wszystko w mieście - drewno, ziemia, metal przybrały tajemniczy fioletowy kolor.

- Panowie – powiedział po krótkiej przerwie Gihed. – I panie. Myślę, że mamy zdrowo przesrane.

Wtedy wszyscy usłyszeli podejrzane, potępieńcze jęki i wszyscy się wzdrygnęli myśląc że stwory przedarły się do wieży i przyszły po nich.
Jednak, jak się okazało, to jęczał Feliks, który właśnie się obudził.
 
Gettor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:00.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172