Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-01-2010, 16:49   #1
 
Lady's Avatar
 
Być jak Robin Hood

Anglia
20 sierpień, Anno Domini 1200




Wyobraźmy sobie jastrzębia.
Tak, właśnie takiego zwyczajnego, niezwykle pięknego drapieżnego ptaka. Co mógłby nam powiedzieć o Anglii tego dnia? Och, nie, oczywiście, że jastrzębie nie mówią, to byłoby sprzeczne z naturą, gdyby ludzie rozumieli ich mowę. Mogą mówić jego oczy, jego uszy i wiatr, owiewający smukłe ciało, szybujące wysoko nad ziemią.
Skupmy się na oczach, które widzą zupełnie inaczej niż nasze, potrafiąc wypatrzeć małą polną myszkę, skaczącą pośród łanów dojrzałej pszenicy. Będziemy patrzeć bardziej ludzko, na to, co bardziej interesuje nas, a nie wygłodniałego ptaka. Niech on się zajmie swoją myszką.

Wciąż było ciepło i niemal słonecznie, ale wilgoć unosząca się w powietrzu twierdziła, że jeszcze niedawno było całkiem mokro. Padający letni deszczyk nie przeszkadzał poruszającym się jak małe mróweczki ludzi, którzy ze względu na ilość pracy, nie wyrobili się jeszcze ze żniwami. Niektóre pola złociły się i falowały, a zmęczone konie ciągnęły swe pługi. Jastrząb nie zachwycałby się pięknem przyrody i pracującymi ludźmi, nie zwróciłby uwagi nawet na tęczę, która dała niebu swoje kolory.


Bardziej był zainteresowany tę małą myszką i innymi zwierzątkami i insektami, o tej porze tak bardzo interesującymi się uprawnymi polami. Jedzenia tam miały pod dostatkiem, a stojące co i raz strachy na wróble nie straszyły nawet wróbli. Jastrząb również o tym wiedział, dlatego wypatrywał takich miejsc, a wzrok miał przecież świetny. To był dla niego najlepszy okres, gdy dojrzewały plony, gdy tak jak teraz mógł nurkować, chwytając swoją ofiarę. Nie wgłębiajmy się w to, co było dalej i dajmy mu skończyć posiłek. Dzięki temu możemy na chwilę oderwać się od obrazów z jego oczu, spoglądając na Anglię nieco szerzej, może nawet znacznie szerzej.

Jan bez Ziemii panował już od ponad roku, nie mogąc tego czasu nazwać spokojnym. Dopiero niedawno zapanował wszędzie względny pokój, a nieistotne dla zwykłych mieszkańców połacie ziemii przeszły od jednego do drugiego władcy. Chociaż plotka głosiła, że pojął właśnie za żonę kobietę o obcym, szeptano że francuskim nazwisku, czyniąc tym obrazę komuś, komu już była obiecana. Nie wgłębiajmy się w zawiłości, ale starczyło dodać, że kolejna wojna znów mogła wybuchnąć, a wielu z tego powodu niezadowolonych było, oj wielu. Król nie panował nad podwładnymi, a gdy tak się dzieje, nastaje samowola. A samowola przeradzała się w chęć wspięcia się wyżej, skoro na własnym poletku szło tak dobrze. A to prowadziło do kolejnych waśni, i tak dalej, i tak dalej... Wróćmy lepiej do naszego jastrzębia, który właśnie zakończył swój posiłek. Sprawy wysokich rodów to strasznie nudny i zawiły temat przecież.

Nasz ptak znów wzbił się w powietre, zataczając jeszcze jeden krąg nad polem i pracującymi ludźmi i machnął potężnie skrzydłami, kierując się na południe, ku zielonej połaci ogromnego lasu, którego początek był bardzo niedaleko, zwłaszcza dla szybującego po nieboskłonie drapieżnika. Tam miał swój dom, bezpieczniejszy i przyjemniejszy od sąsiedztwa dwunogich istot, mogących mu zrobić krzywdę. A las był piękny, szeroki i długi tak daleko, jak tylko można było sięgnąć wzrokiem, nawet tak dobrym, jak ten jastrzębia. Nie było wątpliwości, że tu musiała rządzić natura, a tylko wąziutkie pasemko na jego środku przecinała ludzka ubita droga, wijąc się i klucząc w ciemnych borach, których bardzo stare drzewa pnęły się wysoko, pięknymi koronami nierzadko zakrywając cały wykarczowany obszar. A ptak płynął w powietrzu tak długo, aż znów pojawiły się pola, a jeszcze dalej, mury miasta i górującego nad nim zamkczyska.

Osiedle nie było duże, przynajmniej nie to otoczone bezpośrednio grubym kamiennym murem. Wszędzie wokół rozpościerały się mniejsze osady, rozsiane po całej równinie, osiadłe pomiędzy mniejszymi zagajnikami i polami, lub rozrzucone gdzieś jeszcze dalej. Najwięcej tych nienaturalnych, stworzonych ludzką ręką budowli, z oczu jastrzębia, widziało się tuż obok miasta, które to nazywano w ludzkiej mowie Nottingham. A największą był zamek, ustawiony nieco obok, na łagodnym i sporym wzgórzu, tuż obok rzeki, zasilającej głęboką fosę. Wysokie wieże i baszty pięły się w górę, lecz nie wszystkie były dokończone, gdyż zdawało się, że trwają tam jakieś gorączkowe prace, a ludzie poruszali się we wszystkie strony. Tak, budowla była czymś szkaradnym i nieprzystępnym w oczach ptaka, który zawrócił i poszybował do domu w ogromnym lesie Sherwood.

My niestety musimy wrócić do zamku Nottingham, gdzie w czeluściach starego lochu skrywają się nasi bohaterowie.



Licha, stara furta, zamykana na niewielką kłódkę, lata swojej świetności i nie ukrywajmy - również przeznaczenie - miała dawno za sobą. To ona strzegła zejścia do starego, niewielkiego lochu, zbudowanego razem z zamkiem ponad sto trzydzieści lat temu. Samą warownię rozbudowywano, loch wciąż pozostawiając bez zmian, jako coś niewartego uwagi. Prawo wymierzano tu szybko i sprawnie, nikogo nie przetrzymując w zamknięciu długo. Tak było lepiej dla władców, jak się wydaje. Trwały kolejne budowy i wśród nich wspominano także o nowych lochach, solidniejszych i jeszcze mniej wygodnych niż obecnie. Nowy Szeryf Nottingam, sir William Ward, chwalił się, że zaprowadzi nowy porządek i nowe prawo. Wielkie słowa, słyszane przez najstarszych ludzi już wiele razy. Tak czy inaczej, licha furteczka otwierała się ze zgrzytem, wpuszczając dalej, na małe, strome schody do ciemnego lochu.


W środku było ciemno. Oknem na świat była tylko wpuszczająca promienie słońca furta, znajdująca się wysoko w górze. Było duszno, gdyż niewiele otworów wpuszczało powietrze i śmierdziało, bo i niewiele je odprowadzało - a załatwiać można się było tylko do umieszczonych w kątach cel rowów, wykopanych wieki temu. Nie było tu strażników, nie w środku, gdzie mieliby takie same niekomfortowe warunki, co zamkięci w celach więźniowie. Tu kraty były już odpowiedniej długości, a solidne zamki uniemożliwiały swobodne oswobodzenie się zamkniętym w środku ludziom. A tych była obecnie ósemka, umieszona w dwóch celach i ku przyzwoitości rozdzielona na żeńską i męską część. Niektórzy byli tu już całkiem długo, większość trafiła do środka nie dalej niż poprzedniego dnia, a to, że wciąż czekali na nieprzychylny dla nich wyrok, było tylko kwestią gorączkowych prac na górze. Na zamku wrzało, ale powód nie był znany, nie tym zamkniętym pod ziemią biedakom, dla których najlżejszy z wyroków to obcięcie dłoni. Powody nie były ważne, gdyż ważniejsze było prawo.

Karmiono ich i pojono dwa razy na dzień i każdy z nich potrafił już rozpoznać charakterystyczny zgrzyt zawiasów otwieranej na górze furty i następujące po nim kroki, nawet, gdy był tutaj dopiero od niecałej doby. Tym razem strażnik nie szedł sam, zgrzyt i pobrzękiwanie wielu części pancerza, a także pochwy miecza zahaczającego o ściany, był zwielokrotniony. Ze strażą zawsze też szło światło zakrytej lampy i tak było też teraz. A wraz z jej jasnością zobaczyli sylwetki aż czterech zbrojnych, piątego mężczyzny ubranego w dobrze skrojone, czarne odzienie, przywodzące na myśl urzędnika, oraz dziewczynkę, na którą zapatrzyłby się każdy, gdyby pojawiła się w takim miejscu. Miała na sobie suknię z falbankami i białe rękawiczki, a jej blond włosy spięte były w fantazyjną fryzurę. Nie mogła mieć więcej niż trzynaście - czternaście lat. Ale to ona tu dowodziła, piskliwym głosikiem zwracając się do mężczyzny w czerni.
- To oni, tak? Ale tu śmierdzi!
Jej sługa, czy kimkolwiek był, starał się opanowywać grymasy na twarzy i wychodziło mu to znacznie lepiej, niż żołnierzom. Tylko zbrojni stali dalej, a na głowach mieli hełmy, nieco zasłaniające im twarze.
- Sama panienka chciała tu przyjść.
-Zamknij się! Każ im podejść i się przedstawić. Niech każdy klęknie, oddając mi zasłużony pokłon! A jak nie zrobią tego od razu to zostaną wybatożeni na dziedzińcu! I niech każdy powie, za tu siedzi, a może będę łaskawa!
- Ależ...
- Natychmiast!

Tupnęła nóżką i nawet w świetle słabego światła widać było rumieńce na bladej twarzyczce. Nonszalancko odgarnęła niesforny kosmyk, a mężczyzna podszedł bliżej krat i odchrząknął.
- To jest Lady Elizabeth i na mocy prawa, wasza przyszła władczyni i żona sir Williama Warda, Szeryfa Nottingham. Postąpcie według jej słów.
Niezauważalnie prawie skinął głową. Czyżby to był znak, że lepiej zrobić co mówi? Lady zaplotła dłonie na niewielkiej piersi, a jej mina miała oznaczać srogość.
 
Lady jest offline  
Stary 22-01-2010, 17:46   #2
Patronaty i PR
 
Redone's Avatar
 
Dziewczyna siedziała na dole schodów, chłonąc choć tę odrobinę światła wydobywającego się spomiędzy krat. Z obrzydzeniem spojrzała na brudne, pokryte ziemią ręce. Nie lubiła mieć brudnych rąk, denerwowało ją, że pod brudem nie czuła swojej miękkiej skóry. A skórę tę lubiła bo już od paru miesięcy nie pracowała na roli więc jej ręce były jej za to wdzięczne.

Pomyślała o rodzicach, chyba już setny raz w tej celi. Nie mieli teraz łatwo, musieli zrezygnować z części upraw ale za to mama pewnie brała więcej zamówień. Powinni byli tam zostać, a zamiast tego Lady Robin wymarzyła sobie pobyt w mieście i na dodatek pociągnęła za sobą brata. Bała się, że teraz pociągnie ją coś innego - ciało w dół gdy będzie wisieć na sznurze. Dziewczynę przeszły ciarki.

W blasku tego nikłego światła było widać jej włosy o ciemnej barwie, trochę jaśniejsze na czubku, pewnie od słońca. Była normalnej postury, około 170cm wzrostu. Z twarzy również nie wyróżniała się niczym szczególnym choć często słyszała, że ma czarujący uśmiech i magiczne oczy. Oczy koloru srebra z przeplataną zielenią i złotem. Tak w każdym razie powiedział jej kiedyś jeden z zalotników, inni mówili po prostu że są szare lub zielonkawe.

Od czasu kiedy tu siedzą, dziewczyna nie wiele się odzywała, raczej odpowiadała na zadawane pytania. Widać było, że się tu męczy i jest bardzo przygnębiona. Mimo tego jadła zawsze z apatytem, pomimo że jedzenie było średnio smaczne. Czasem nawet zdarzało jej się uśmiechnąć, ale potem znowu przygasała. Widać było także, że bardzo brakuje jej świeżego powietrza, z utęsknieniem wpatrywała się w każdy promyk słońca i przysłuchiwała się każdemu ptakowi przypadkiem przelatującemu obok.

Lady Robin w zamyśleniu tarła dłonie próbując pozbyć się brudu kiedy usłyszała, że ktoś się zbliża. Szybko wstała i odsunęła się trochę od schodów, bo ci brutale jeszcze gotów ją zdeptać. Wzrok pozostałych współwięźniów powędrował w stronę światła, a hałas upewnił wszystkich, że wchodzą tu jacyś zbrojni. Dziewczynki jednak się nikt nie spodziewał.

Wyglądała dostojnie i na pierwszy rzut oka budziła respekt. Do czasu aż się odezwała. Robin prawie parsknęła śmiechem, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Gdyby ten dzieciak kiedykolwiek zaznał trudów życia byłaby już dorosłą kobietą, może nawet już miałaby pierwsze dziecko. Tymczasem wygląda jak małą dziewczynka, która przyszła pobawić się lalkami. Niezależnie od tego jak wyglądała i się zachowywała, lepiej było okazać tej małej szacunek, na który pewnie i tak nie zasługiwała. Ale trzeba było przyznać, że jej suknia robiła wrażenie. Piękny odcień bieli, rozszerzona klinami, miała chyba na dole obwód około 5 m! Nikogo biednego nie byłoby stać na taką suknię.

- To jest Lady Elizabeth i na mocy prawa, wasza przyszła władczyni i żona sir Williama Warda, Szeryfa Nottingham. Postąpcie według jej słów - usłyszeli.

Dopiero ten twardy, męski głos skłonił ludzi do reakcji, wszyscy odruchowo się wyprostowali. I wszyscy, łącznie ze strażnikami i Lady Elizabeth spojrzeli na Robin w oczekiwaniu. "Że też musiałam stać najbliżej" pomyślała.

- Jestem La... ekhm Robin z Czerwonego Grodu, pani. Zostałam tu zamknięta za... no cóż, za wywołanie bójki na targu.

Lady Robin szybko zreflektowała się, że lepiej nie przedstawiać się zwyczajowym Lady Robin, i lepiej nie wdawać się w szczegóły bójki. Mogło się przecież okazać, że cały ten urzędas był jakimś jej znajomym.

Robin dygnęła lekko mając nadzieję, że tyle wystarczy i przeniosła wzrok na towarzyszy niedoli.
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 22-01-2010 o 17:56.
Redone jest offline  
Stary 22-01-2010, 20:52   #3
 
Bronthion's Avatar
 
Zimny loch… przeszywający chłód kamienia, kropla wody spadająca gdzieś w mroku. Promienie światła ostatkiem sił przedzierające się do wewnątrz, jakby chciały dać choć malutką iskierkę nadziei. Nadziei? Nie wiedział czy istnieje coś takiego.

Początkowo nawet przywitał ciemność z ulgą. Ciemność i chłód koiły wspomnienia ognia, ognia w jego żyłach jak i tego, który czuł głęboko w sobie, pomagało mu to zapomnieć… na chwilę. Ilekroć starał się usnąć śniło mu się to samo. Widział siebie stojącego we własnym domu, widział siostrę, matkę oraz ojca zajmujących się codziennymi obowiązkami. Byli uśmiechnięci. Sielanka trwała długo, jakby specjalnie, by jak najdłużej cieszyć jego serce złudną nadzieją, wiedział co się zaraz stanie, śnił o tym już wcześniej.

Dźwięk pukania do drzwi rozległ się w głowie Bjorna „Nie otwieraj… nie otwieraj !!” ojciec otworzył. Czuł narastającą panikę, słyszał swoje serce uderzające niczym młot, spojrzał na swe ręce, były całe we krwi. Krzyki, stal uderzała o stal, dźwięk łamanej kości, kolejne okrzyki, śpiew wystrzelonych przed sekundą bełtów – cisza.

Obraz robił się co raz ciemniejszy… co raz więcej kolorów zastępowała czerwień. Seria obrazów: wyłamane drzwi, pokój w nieładzie, ślady krwi na podłodze prowadzące do salonu. Podążył tam mimowolnie, chciał zawrócić, iść gdziekolwiek byle nie tam… bardzo chciał. Niemal potknął się o coś… miękkiego, nie chciał patrzeć w dół, nie spojrzał. Jakaś niewidzialna siła pchała go do przodu… dlaczego znów o tym śni? Czy uwolni się od tego kiedyś?

Wszedł do pokoju, mnóstwo czerwieni… postacie krzątające się wewnątrz były wrogie, były także martwe, skoro nie żyły dlaczego go nawiedzały? Nie chciał patrzeć kto leży na środku salonu, nie chciał tego oglądać… ostatnią rzeczą jaką zobaczył był ogień.


Chłopak poderwał się szybko z niespokojnego snu. Otarł spocone czoło i rozejrzał się półprzytomnie, odetchnął z ulgą gdy upewnił się, że nadal jest w celi – co za ironia.
Przebywał tu już blisko dobę, nie był sam, w lochu towarzyszyli mu inni. Odpowiadał gdy pytali, dlaczego miałby tego nie robić? Odpowiadał głosem bezbarwnym niczym rtęć, nie ukazywał żadnych emocji, jakby coś odcisnęło na nim zbyt duże piętno. Sam o nic nie pytał, zapewne wszyscy i tak trafią na szafot, a łatwiej będzie odejść gdy nie będzie się wiedziało kogo wieszają obok.
Bjorn swoje miejsce znalazł w rogu celi. Nie wiedział co się stało z jego ubraniem, był jednak pewien, że te podarte spodnie i mokra od potu koszula nie należą do niego.

Na tyle ile udało się zauważyć w ogólnym mroku chłopak był całkiem wysoki – około 192 cm. Postawna sylwetka i wyraźnie ukształtowane mięśnie wskazywały na kogoś kto nie bał się ciężkiej pracy. Z kolei dosyć długie jak na mężczyznę włosy wskazywały na… dosyć długie jak na mężczyznę włosy. Były na tyle sprytnie przycięte, że nie było szans by drażniły oczy ich posiadacza, lecz teraz były w nieładzie.

Na jedzenie jakie im dostarczano nie narzekał, ich smak nie miał znaczenia. Jadł bo mu dano, gdyby odmówił nie przeżyłby, a mimo wszystko nie chciał umierać. Gdzieś w środku nadal tkwił w nim bunt i wola przeżycia, lecz rezygnacja i otępienie bardzo starały się zniszczyć te pozytywne emocje i odczucia.

Usłyszał znajomy zgrzyt zawiasów, ten dźwięk zawsze towarzyszył „odwiedzinom” strażnika. Tym razem jednak zbliżało się więcej osób, chłopak podniósł głowę z zainteresowaniem. „Czyżby nadeszła już pora?

Do celi zbliżyły się sylwetki ludzi, jedna z postaci zdecydowanie się wyróżniała. Była to dziewczynka, nie miała więcej niż czternaście lat, ubrana w fantazyjną suknię kompletnie nie pasowała do tego miejsca. Po chwili piskliwym głosikiem zaczęła wygłaszać swe „życzenia” co zakończyło się słowami:

- To jest Lady Elizabeth i na mocy prawa, wasza przyszła władczyni i żona sir Williama Warda, Szeryfa Nottingham. Postąpcie według jej słów.

Kiedyś nazwałby to żartem, teraz nazwał kpiną i obrazą. Obudził się w nim bunt, bunt poparty słusznym gniewem, który trudno było mu opanować. Wstał powoli i podszedł do kraty:

- Chcesz wiedzieć dlaczego tu jestem ? –zwrócił się bezpośrednio do „Lady”, potem przeniósł wzrok na jej sługę- Jestem tutaj ponieważ broniłem swojej rodziny, broniłem jej przed takimi jak oni –wskazał na zbrojnych- Mieli godła na piersi, przybyli palić, mordować i gwałcić w ramach „podatku” na rzecz jakiegoś lorda, który zapewne wpłaca część swych łupów do skarbca Nottingham. Jestem tu ponieważ bez litości zabito mi ojca, matkę i siostrę, jestem tu bo nie mogłem patrzeć bezczynnie. Mam uklęknąć i oddać pokłony ? Lada dzień zapewne zawisnę na szafocie, jestem tego świadom. Pozbawiliście mnie wszystkiego co miałem, ale godności mi nie odbierzecie! To jedyne co mi pozostało, klnę się na swych przodków, że nigdy nie pokłonię się przed kimś kogo ręce skąpane są we krwi.
 
__________________
"Kiedy nie masz wroga wewnątrz,
Żaden zewnętrzny przeciwnik nie może uczynić Ci krzywdy."

Afrykańskie przysłowie

Ostatnio edytowane przez Bronthion : 22-01-2010 o 21:00.
Bronthion jest offline  
Stary 22-01-2010, 22:24   #4
 
Phil v. Roden's Avatar
 
Ciemno. Mokro. Nieprzyjemnie. Zamiast tych słów, można użyć dwóch, które będą miały podobne znaczenie. W lochu. Mało kto pragnie trafić do tego miejsca. Tym dziwniejsze więc, że mentalność ludzka pozwala dopuszczać się zbrodni. Każdy człowiek ma, najczęściej zupełnie bezpodstawną nadzieję, że może tym razem się uda. Nie złapią go. Nikt sie nie dowie, nikt nie zauważy. Ofiara nie doniesie, będzie się bała. A jednak, ludzie zbrodnie popełniają i trafiają do lochu z innymi, sobie podobnymi, naiwnymi ludźmi. Sytuacja ma się trochę inaczej, gdy do celi trafia osoba niewinna, lub nieświadoma swoich złych czynów. Młodzieniec opierający się o ścianę miał lekko zgięte nogi, oparte na nich ramiona wyprostowane w łokciach i mimo, że może nie do końca rozumiał dlaczego tutaj siedzi, to wiedział, że jest w porządku z samym sobą. Upewnił się tylko, że postąpił słusznie tego dnia, w którym wybierał się na kolację do szaryfa. Starał się jednak skupić na obecnej sytuacji i znalezieniu wyjścia z tego szamba. W dłoniach skubał źdźbło jakiegoś siana podniesione z podłoża. Mimo tego, że był wyraźnie zniechęcony i zrezygnowany sprawiał wrażenie przede wszystkim znudzonego. Oglądał nieustannie ściany i sufit wodząc oczami powoli po celi. Raz na jakiś czas przełożył słomkę do ust i żuł przez chwilę. Jego oczy wydawały się jakby odłączone od reszty ciała. Podczas gdy siedział on nieruchomo na podłodze, lekko zgarbiony, one zdawały się dokonywać ciągłej analizy otoczenia. Intensywnie ciemnoniebieskie źrenice wodziły dookoła. Była w nich energia, która nie mogła znaleźć ujścia. Lekko pociągał stosunkowo małym nosem. Pot spływał po jego szczupłym, aczkolwiek dość wyraźnie umięśnionym torsie. Widać było, że jest chudy ale też nie męczy się zbyt szybko. Spoglądał czasami dość wyraziście na współwięźniów. Starał się uśmiechać do nich ciepło i dodać im otuchy spojrzeniem mówiącym "będzie dobrze". Widać było, że miał ochotę zagadać, ale coś mu w tym przeszkadzało. Zachowywał się tak jak zupa przenoszona w szczelnym garnku. Gdyby mogła wylałaby się na wszystkie strony. Zamiast mówienia, nałogowo przygryzał wargi i policzki. Wyglądało na to, że robi to już od dłuższego czasu. Czasami jakby zauważał, że siedzi zgarbiony i prostował się na chwilę. Zdarzało mu się przeczesać dłońmi brązowe włosy, sterczące mu we wszystkie strony.

- To jest Lady Elizabeth i na mocy prawa, wasza przyszła władczyni i żona sir Williama Warda, Szeryfa Nottingham. Postąpcie według jej słów.

Dziewczynka nie zrobiła na chłopaku dobrego wrażenia. Każdy jej gest, każde drgnienie najmniejszego mięśnia jej twarzy mówiło jasno, że liczy się dla niej tylko to co jest nie dalej niż czubek jej własnego nosa. Ze wszystkich ludzkich przypadłości, chłopak w egzotycznych szerokich spodniach nie lubił egoizmu. Zawsze kojarzył mu się on ze wszystkimi najgorszymi zachowaniami ludzi. Dlatego też, obrzucił ją tylko przelotnym spojrzeniem. Nie wyglądało na to, że mogłaby ona jakoś znacząco poprawić jego sytuację. Mimo to, z natury będąc bezkonfliktowym człowiekiem, wolał zastosować się do rozkazów. Wysłuchał wypowiedzi dziewczyny siedzącej najczęściej przy schodach i barczystego chłopaka. Zapamiętał imię Robin. Imienia chłopaka, albo nie dosłyszał, albo nie przedstawił się on. Przynajmniej tak przypuszczał, nie był jeszcze do końca pewien swojej znajomości angielskiego. Kiedy zauważył, że nikt nie kwapi się jeszcze do przejęcia pałeczki podniósł się powoli i kiwnął głową w stronę Lady Elizabeth, wychodząc do światła. Uwydatniła się wtedy jeszcze bardziej jego szczupłość, a wzrost można było ocenić na około sześć stóp. Podszedł nieśpiesznie nieco do przodu i przyklęknął posłusznie na jedno kolano.

- Ahalan... - z jego ust popłynęła wyraźna arabszczyzna. Dziewczynka zmierzwiła brwi, wyraźnie skonsternowana. Chłopak wolał od razu naprawić swój błąd. - Witaj... - dodał i ponownie kiwnął głową. - Na imię mi Rafel Sahim Al-Hamed i pochodzę z bardzo odległego kraju. Ana laa afham, nie do końca rozumiem dlaczego tutaj jestem, aczkolwiek zapewne można moją zbrodnię zaliczyć do kradzieży. - Stwierdził, że jemu czynowi najbliżej jest właśnie do kradzieży. Po tych słowach zamilkł, uniósł jedną brew i zastygł w oczekiwaniu, rozglądając się po współwięźniach.
 
Phil v. Roden jest offline  
Stary 23-01-2010, 13:41   #5
 
Kelly's Avatar
 
Niewątpliwie należał do weteranów siedząc tu już niemal pół roku. Zresztą, może nawet trochę więcej. Dni upływały jednostajnie, monotonnie, zlewając się ze sobą. Czasem jedynie odwiedzał go Predator, ale rzadko. Zdecydowanie nie lubił wielkich miast, jak Nottingham. Nawet na ich rodzinny zamek przybywał rzadko przyłączając się tylko, gdy rodzina wybrała się do lasu na łowy. Wtedy przybywał radośnie przyłączając się do polowania. Tutaj jednak nie było na co polować. Smród niemytych ciał łączył się z totalną obojętnością wszystkich wobec wszystkich. Niezaprzeczalnie, tutaj mogli jedynie siedzieć licząc na to, ze może jakie szczęśliwe wydarzenie wydobędzie ich na wolność. Na ucieczkę ciężko było liczyć, ale zdarzało się, ze jaki taki wielmoża z okazji wielkich świąt wypuszczał więźniów darując surowszą karę lub zmieniając ją na dyby czy wybatożenie. Loch bowiem nie był miejscem kary, lecz raczej oczekiwania na wyrok. Kamieniołomy czy insze rzeczy to było to łatwiejsze do zniesienia. Ponadto czasem zwyczajne dyby, albo baty, które, jeżeli było ich niewiele, dawało się jakoś wytrzymać oraz zaleczyć okaleczone plecy. Oczywiście, niewielkie sprawki, typu bójka w karczmie, opicie się na służbie, czy tego typu inne podlegały łagodniejszemu traktowaniu. Znacznie gorzej mieli ci, których schwytano na kradzieży, czy też postrzeleniu królewskiego jelenia. Wreszcie była kolejna kategoria, czyli tacy jak on, siedzący na wszelki wypadek, żeby przypadkiem kłopotów nie sprawiali.

Król Ryszard dawno już odszedł do swych rycerskich przodków, trafiony ową nieszczęsną strzałą pod zamkiem Chalus-Chabrol. Teraz panował Jan, młodszy brat jego, który cnotami ni odwagą nie dorównywał swojemu poprzednikowi na tronie angielskim. Raczej kupczyka przypominał żydowskiego, co to wykrętami oraz oszustwem chce kupić majątek nieświadomej chrześcijańskiej duszy. Przedstawicielami korony mianował zaś sobie podobnych, jak sir William Ward. Urząd szeryfa szanował, ale takiego człowieka, co to zamiast sprowadzać sprawiedliwie władzę, króla swego szczodrobliwie reprezentować, jako pana łaskami możnego, grabieżą raczej się zajmował. Tylko szukając wszelkich wykrętów, by cudze ziemie zagarniać.

- Tfu – cnotliwy mąż gardziłby takimi sposobami. Łup zdobyty na wrogu, chociaż krwią cudzą skropiony, swoją także obmyty jest, ale to co wyprawiał król oraz jego urzędnicy, nie daleko wychodziło poza kanony, którymi powinien kierować się chrześcijański władca. Czy król Artur, albo Karol Wielki, albo paladyni ich postępowali tak małodusznie? Na pewno nie. Żadna księga, ani historia, którą słyszał, nie wspominały nic na ten temat, wiele za to mówiły, jak mężni byli oraz odważni Przebywając kilka lat na wojnie nauczył się wprawdzie, ze męstwo nie kierowane dobrocią oraz właściwym rozsądkiem, nie prowadzi do dobrych rzeczy. Jan wydawał się wszakże nie mieć ani jednej spośród tych cech. Ale póki co, to właśnie Jan był królem, William Ward szeryfem, natomiast on więźniem na wszelki wypadek.

Tak jak upływały dni, tak zmieniali się ludzie, którzy siedzieli obok niego. Kobiety, mężczyźni, dzieci ... Szczęściarze czasem wychodzili, jak jakiś kupiec, który oszukiwał przy przewozie zboża, ale rodzina zdołała zebrać odpowiednie pieniądze przekupując kogo trzeba. Pewnie nawet samego szeryfa. Większość jednak zabierano zupełnie inaczej niż kupca, który wychodził przestraszony jeszcze, lecz naprawdę radosny. Pozostałych wywlekano siłą. Wrzeszczeli, płakali, próbowali się bronić, ale nie mili szans przeciwko uzbrojonym strażnikom. Potem usłyszeć można było jedynie ich nieludzkie wycia, którym wtórowały okrzyki gawiedzi.

Ogólnie panowały tu dwie zasady:
- jeść co dają,
- nie wychylać się.
Złamanie każdej groziło szybką zmianą sytuacji ze złej na jeszcze gorszą. Kiedy ktokolwiek przychodził nowy pozostając jakiś czas, chłopak przekazywał mu owe reguły. Niektórzy przyjmowali je wdzięcznie, ciesząc się, ze nawet będąc uwięzionym, można znaleźć jakąś jako tako życzliwą osobą. Inni usiłowali się rzucać, jeszcze inni reagowali obojętnością ... może pozorną, może prawdziwą, może ... któż naprawdę wie?

Wśród siedzących w celi niewątpliwie uwagę zwracało kilka osób, czy to swoim wyglądem, czy naturą nieokiełznaną, wydawałoby się, czy jakąś aurą siły, która wypływała od nich. Urodą niewątpliwą wyróżniały się trzy młode kobiety, którym czas jeszcze nie pobruździł twarzy zmarszczkami, ani nie zabił giętkości ładnej sylwetki. Tam gdzie trzeba: szczupłej, tam gdzie trzeba: obfitej. Jakoś potrafiły dać sobie radę, choć byli tacy, co mieli ochotę na ich cnotę ... jeżeli jeszcze ją posiadały. Spośród innych było kilku mężczyzn, których wzrok jeszcze nie przygasł pod wpływem niesprzyjających okoliczności. Szczególnie dziwacznym wydał mu się osobnik ciemną karnację mający, jak ci, którzy Palestynę zamieszkują od niedawna, po tym gdy ogniem oraz mieczem wydarli ją chrześcijańskim władcom Cesarstwa Wschodu. Wyznawcy wrogiego islamu mieli jednak daleko swoje siedziby ... skąd się zatem znalazłby który w dobrej Anglii?
- Może który rycerz, czy baron przywiózł go wziąwszy do niewoli podczas wyprawy Ryszarda, teraz zaś, nie mając co robić, oddał to dziwowisko szeryfowi? Rzecz jasna, Ward od razu wrzucił go do lochu.
To było możliwe, ale czy prawdziwe ... nie miał zielonego pojęcia.

Dniem niezwykłym była niedziela, kiedy to nawet do więźniów na krótką chwilę przychodził zakonnik nieść słowo zacnego pocieszenia. Ale wyjątkowo tym razem nawiedził ich kto inny. Dziewczyna zacnego rodu oraz słusznej dumy w towarzystwie kilku strażników. Płci jasnej, twarzy kapryśnej, przyzwyczajonej do spełniania zachcianek. Ot, typowa córka zamożnej szlachty lub arystokracji normandzkiej czy francuskiej. Nie lepsza pewnie, jednakże również nie gorsza niżeli inne panienki pochodzące z dobrych domów. Nudziło im się, więc wymyślały rozmaite zabawy, tym razem zachciało jej się poznać uwięzione bractwo.

Pierwsza odezwała się do niej rosła pannica, ładna ... gdyby ściągnąć z niej solidne pokłady brudu, które oblepiały wszystkich. Grzecznie naprawdę oraz krótko, dokładnie tak, jak powinna, ażeby tylko nie wzbudzić jakiejś agresji u osoby, która mogła jednym skinięciem posłać ich gdzieś, gdzie zdecydowanie woleliby się nie znajdować. Niestety, następny nieszczęsny idiota, albo desperat, nie pamiętał, lub nie chciał pamiętać, gdzie się znajduje. Zapewne był szlachetnie urodzony lub przynajmniej wolny, bowiem chłop prosty nawet nie potrafiłby chyba tak zachować się wobec szlachetnie urodzonej niewiasty. Przy jednakże całym swoim zapiekłym wywodzie gadał jednak nieprawdę. Przynajmniej tak się chłopakowi wydawało. Pewnie, że tamten zachowywał się odważnie, ale szafot, to mogło spotkać nieszczęśnika, jeżeli miał szczęście po takiej odzywce. Jeżeli natomiast szczęścia nie miał, pannica zaś średnio wydawała się skłonna do litościwych odruchów, to można było już za niego zmawiać modlitwę. Przy czym bynajmniej, dumnie odżywający się człowiek nie zostałby łaskawie potraktowany szafotem.

Słuchając jego hardej wypowiedzi chłopak na chwilę zapomniał jeżyka w gębie, toteż przedstawiając się wyprzedził go tajemniczy, smagłoskóry mężczyzna. Chwilę trwało, zanim wreszcie on także zdołał się wypowiedzieć.
- Cecil of Oakhill, do usług jaśnie panience – cóż, zasady dobrego wychowania nieszczególnie często przydawały się tutaj, ale jak widać ... od czasu do czasu, jakimś niespodziewanym przypadkiem. – Czekam na decyzję sir Williama, który polecił uwięzić mnie po śmierci mojego ojca, któren służył pod królem Ryszardem.
Przecież nie będzie tłumaczył dziewczynie szczegółów. Pewnie jednak sama wiedziała, co to oznacza, gdyż niejedna osoba odwiedziła lochy rozmaitych grodów z dokładnie identycznych powodów.

- Wybacz też łaskawie, owemu młodzieńcowi – postanowił spróbować uratować desperata, który lekceważąco potraktował młodą szlachciankę. – Niedawno on przyszedł oraz powiadał nam wszystkim, jak to dom się palił. Musi wtedy jakaś gruba belka na głowę mogła mu upaść rozum przetrącając. Toteż kiedy śpi rzuca się oraz mamrocze coś do siebie. Tudzież czasem jakieś dziwactwa opowiada, jakby był jakim wojownikiem wielkiej familii. Widywałem wszakże takich, co po uderzeniu musieli ileś tygodni odczekać, zanim rozum im się nie poukładał. Toteż pewnie jest dla niego jakaś nadzieja, jeżeli w niepamięć łaskawie puścisz te słowa przez szalonego dziwaka powiedziane, który ani swoim językiem, ani pomyślunkiem nie władnie dobrze.
 
Kelly jest offline  
Stary 23-01-2010, 16:50   #6
 
Nadiana's Avatar
 
Dzień, noc, noc i dzień. Trudno stwierdzić ile tu siedziała. Tydzień? Dwa? Raczej dwa, już dwukrotnie słyszała bicie dzwonów. Nie widziała za to dostojnika kościelnego, który w tamtą noc z taką rozkoszą patrzył jak jej chatę trawi czerwony kur.

Jej samej też nie raz, nie dwa, świętym ogniem groził, który miał wyplenić całego plugastwo. Póki co nie pojawił się by słowa dotrzymać, nie było tortur mających na celu zbadanie czy naprawdę jest czarownicą, nie wyrywali jej paznokci, nie wkładali pod nie szpil, a także nie nakłuwali znamion.

Zapomnieli o niej?
Wątpliwie; raczej brakowało im dobrego kata, a miejscowi strażnicy tchórzyli widząc w niej groźną wiedźmę. Chyba tylko to sprawiło, że nie stała się przedmiotem ich innych zabaw, tych w której mogli by zaspokoić swą chuć.

Spędzała dni zwinięta w kącie starając się zwracać na siebie jak na mniej uwagi. Już dawno przestała walczyć z wszami i pchłami, które nieubłaganie zalęgły się w jej włosach i odzieniu; tak naprawdę oczekiwała już tylko na jedzenie. Nie spoufalała się z nikim, ani z tymi lepiej ubranymi, którzy żywili jeszcze nadzieję na wyjście stąd, ani z chłopstwem podobnym do niej. Czekała, w końcu Rose mówiła jej, że ten dzień nadejdzie, że nie będzie w Anglii miejsca dla takich jak one.

***

Tego dnia również zjadła kawałek czerstwego chleba, w którym na szczęście nie zdążyło zalęgnąć się robactwo i czekała. Już od jakiegoś czasu przebywała tu z grupką tych samych osób, z których każda była zajęta swoimi myślami. Tym razem jednak nie mogli pozostać obojętni, kiedy wkroczyła młoda jaśnie panna. Szlachcianka, wielce wielmożna pani z wielce wielmożnymi życzeniami. Przedstawiali się po kolei: jedni rozsądniej, inni mniej, a niektórzy jak kompletni idioci. Gdy przyszła jej kolej dziewczyna powoli powstała ze swojej zwykłej pozycji, by zaraz uklęknąć.

- Ann… – małe zawahanie nie mogło ujść niczyjej uwadze - Ann córka bartnika, zwana też Ann wiedźmą. Zostałam oskarżona o czczenie pogańskich bożków, uprawianie czarnej magii, cudzołóstwo, rozpustę i występowanie przeciwko świętej instytucji Kościoła.

Odrzuciła długie, zmierzwione włosy i błękitnymi oczami wpiła się w twarz panienki. Czekała na odrazę i przerażenie. I na szybkie skazanie, które mogłoby ją uchronić przed nieludzkimi torturami.
 
Nadiana jest offline  
Stary 24-01-2010, 21:36   #7
 
Discordia's Avatar
 
Dopiero co ją zamknęli. Jeszcze nie tak dawno, przed świtem, siedziała z rodzina przy skromnym śniadaniu a teraz stoi zamknięta pośrodku kamiennego lochu. Właśnie tak, kamiennego, chociaż mogłaby się założyć, że za tymi nieciosanymi kamieniami jest gruba warstwa ziemi otaczająca zamek. Potwierdzała to wysokość schodów, po których ją tu wprowadzono. A Rowena nie lubiła ciemnych, zamkniętych na cztery spusty pomieszczeń. Irytowały ją, nie pozwalały się skoncentrować, odprężyć. Odkryła to po kilku godzinach siedzenia w kucki pod ścianą. Rozbolały ją mięśnie i zesztywniał kark. Nie była przyzwyczajona do duchoty i ciasnoty, pomimo, że mieszkała w skromnej chacie. "To dlatego" pomyślała "że tu nie ma lasu".
Wiedziała, że jedna maleńka myśl, jedno wspomnienie drzew oderwie ją od rzeczywistości na dobre. Jej umysł nie mógł oderwać się od wysokich koron, chropawych pni, chrzęszczącego pod nogami poszycia i tego delikatnego, zielonkawego blasku, jaki rozpraszał mrok pod drzewami. Gdy zabłądziła myślami do lasu natychmiast przestawała widzieć loch, jego kamienne ściany, współwięźniów. Za to oczami duszy spoglądała na znajomą okolicę, przechadzała się znajomymi ścieżkami, odkrywając na nowo znane sobie miejsca. Opierała głowę o ścianę i wtedy sen na jawie się kończył.
Rowena znów widziała tylko półmrok, przegniłą słomę na klepisku i cienie współwięźniów w lochu. Wtedy wstawała z zajmowanego miejsca i zaczynała chodzić. W kółko lub kreśląc ósemki, po nerwowych, niecierpliwych łukach z głową skierowaną w dół nie patrząc na nikogo, zagłębiona w swoich myślach i sprawach. Czasem potrącała kogoś, odruchowo przepraszała, ale nie widziała ludzi tylko las. Czasem podchodziła do schodów, stając nad ciemnowłosą dziewczyną, która zazwyczaj zajmowała to miejsce. Patrzyła wtedy na światło wpadające przez kratę w furcie, starając się przypomnieć sobie wszystkie dobre chwile, jakie miała w życiu.
I właśnie wtedy, jakby było jej nie dość ciężko, wracała myślami do chaty. Do rodziców i rodzeństwa, którzy zostali sami. Już wcześniej byli na skraju nędzy. A teraz? Bez niej? Co zrobią? Jak przetrwają? Jak znała Derrika, to zapewne pójdzie w jej ślady. Modliła się tylko, żeby nie był taki głupi i miękki jak ona, bo chłopak skończy tak samo. Wpadła w bezsilną złość na samą myśl, że nic nie może zrobić żeby im pomóc. Chociaż oni tak wiele zrobili dla niej. Gwałtownie obróciła się na piecie i odeszła, zaczynając znowu chodzić po celi w kółko.

W lochu było ciemno i niewiele dawało się zauważyć, ale nawet w dziennym świetle Rowena nie imponowała wzrostem. Marne pięć stóp i dwa cale. Twarzy oczywiście nie było widać. Czasem, w świetle padającym ze szczytu schodów, dało się zauważyć duże, jasnoniebieskie oczy. No i włosy. Lekko falujące, ciemne, z jasnobrązowym odcieniem. Pomijając fakt wiecznego półmroku panującego pod zamkiem, dziewczyna ciągle miała głowę spuszczoną.
Nie to, żeby Rowena była zamkniętą w sobie, izolującą się od świata i ludzi dziewczyną, ale po prostu sytuacja była stresująca i nie skłaniała do zawierania przyjaźni. Przynajmniej dla niej. Oczywiście nie była nieuprzejma, jeśliby tylko ktoś ją o coś zapytał, zapewne odpowiedziałaby. Mniej lub bardziej na temat, ale raczej myślami będąc gdzieś daleko.

Drgnęła, słysząc odgłos otwieranej furty u szczytu schodów. Ten dźwięk bezsprzecznie przywracał do rzeczywistości każdego. Ciężkie kroki kilku ludzi sprawiły, że
żołądek jej się skurczył. "To już?" pomyślała, nagle przerażona. Szeryf chciał zmienić prawo na szybsze i skuteczniejsze, ale myślała, że zajmie mu to nieco więcej czasu. Stryczek był sprawiedliwą karą, gdy patrzyło się na innego osadzonego, ale nie, gdy dotyczyło to właśnie ciebie. Nerwowo przełknęła ślinę i podeszła do kraty oddzielającej celę kobiet od mężczyzn i wpatrzyła się w światło u góry.
Schodami zeszło kilku zbrojnych i urzędnik. I odziana w piękne szaty dziewczyna. Mogła mieć kilkanaście lat najwyżej, ale to nie przeszkadzało jej być wielką panią. A jak każda taka wielka pani i ta mała miała swoje zachcianki. A biednemu chłopstwu przyszło je spełniać, niestety.
Rowena nie była zbyt wyrywna do odpowiedzi, bowiem nigdy nie wiadomo, co rozkapryszona lady może zrobić. W takich sytuacja każde nieodpowiednie słowo może zaprowadzić na stryczek. "Jakby to miało jakieś znaczenie w mojej sytuacji" pomyślała uśmiechając się gorzko.
Jak przed chwilą usłyszała, nie tylko ona miała sytuację nie do pozazdroszczenia. Wysoki, barczysty chłopak miał nieco gorzej. Nieco, bo przyszłość odebrali jemu a nie jego rodzinie. Natomiast jego własna wisi obecnie na włosku cienkim jak u niemowlęcia. W końcu jaśnie pani szeryfowej Nottingham nie odpowiada się w ten sposób. Również ciemnowłosa kobieta. Ann? Jej przyszłość malowała się jeszcze gorzej. Oprócz stosu czekały ją tortury, długie i bolesne. Współczuła jej nawet nieco. Nieco, bo jednak co wiedźma to wiedźma. Z nimi nigdy nie wiadomo. Mogą cię uleczyć albo przekląć. Mieszaninę ciekawości i niepokoju wzbudził w Rowenie ciemnoskóry mężczyzna. Na pewno nie był Anglikiem. Co to, to nie. Zresztą jego mowa i odzienie to zdradzały. Pomijając już kwestię koloru skóry. Tak wiec spośród tych kilkorga osób, z którymi przyszło jej dzielić loch, trójka na pewno wzbudzała niezdrową, niespokojną ciekawość. Natomiast reszta była już zwyczajna. Piękna kobieta, która swoją urodą zwaśniła mężczyzn na pewno nie dostanie wysokiego wyroku. Szlachetnie urodzony zamknięty ze względów politycznych, który posiedzi w lochu zapewne do późnej starości lub zmiany władzy. I jeszcze dwóch mężczyzn, o których na razie nie wiedziała nic.
Rowena postanowiła nie czekać na ostatnią pozycję w ogonku. Lepiej prześlizgnąć się między uczestnikami tej zwariowanej wycieczki młodej lady po jej włościach i poddanych. Zawsze zauważa się tych, co są na końcu, jak i tych z początku szeregu.
Dziewczyna podeszła do kraty oddzielającej cele od przejścia i objęła zimny metal szczupłymi palcami.
- Milady - Jej głos był nadspodziewanie mocny. Nawet ją samą to zaskoczyło.- Rowena, córka Andrew Niedźwiedzia, leśnika szlachetnego sir Richarda Boyle.
Na usta cisnęły jej się komentarze do tego "szlachetnego", który był takim samym złodziejem, oprawcą i mordercą jak każdy możny Norman.
- Zamknięta dzisiaj za zabicie normańskiego jelenia. - Dodała szybko, zaciskając dłonie na kracie.
Zwlekała chwilę zanim zdecydowała się jednak ukłonić. Sztywno, jakby z wielkim trudem, ugięła jedno kolano, mając nadzieję, że mała dama nie poczyta tego za obrazę. Wtedy, do kary szubienicy, doszłoby jeszcze batożenie.
Moment nie minął, gdy się podniosła i cofnęła w cień. Chyba niepotrzebnie określiła jelenia mianem "normański'.
 
__________________
Discordia (łac. niezgoda) - bogini zamętu, niezgody i chaosu.

P.S. Ja tylko wykonuję swój zawód. Di.

Ostatnio edytowane przez Discordia : 11-02-2010 o 20:52.
Discordia jest offline  
Stary 26-01-2010, 12:16   #8
Banned
 
Na dzwiek otwieranych drzwi mężczyzna siedzący pod ścianą uniósł głowę.
Zarówno wyglądem i strojem wyróżniał się od reszty. Ciemna karnacja skóry, takież włosy niedbale związane tasiemką garbaty nos przywodziły skojarzenie raczej z zamorskimi krainami, niż łąkami Anglii.
Dotychczas odzywał się mało do swych współtowarzyszy i to raczej półgębkiem , częściej szepcząc coś do siebie lub nucąc pod nosem w obcym języku.
Jego ubiór składał się z poplamionej tu i ówdzie krwią koszuli, ciemnego kaftana, szerokich, fioletowych spodni i skórzanych butów, jakże innych od powszechnie noszonych ciżem.
Również miedziany kolczyk noszony w uchu był czymś rzadko widzianym wśród Sasów, czy Normanów.
Zapewne był Cyganem - o tym świadczył jego strój, nacja pogardzana, której nieco pobożni chrześcijanie się obawiali i od niej stronili, przynajmniej oficjalnie.

Gdy wzrok młodej lady padł na niego uniósł się ze zgniłej słomy i składajac wcale zgrabny ukłon przemówił :

- Jestem Roger szlachetna lady zwany również Corvo - słowa wypowiadał spiewnie rozciągając je - opiekuję się zwierzętami w naszym taborze, jesteśmy komediantami. A w tym lochu znalazłem się z powodu fałszywego oskarżenia. Miałem jakoby oszukiwać w kości, co jest nieprawdą klnę się na imię pana naszego Jezusa Chrystusa...

Pochylił głowę jakby czekając odpowiedzi po czym rzucił cicho do klęczącego obok :

- AsA Allahu an jadżala bajnakum wa bajnak al lazina adawajtum minhum nawaddataan wa- allahu Kadirun wa-Allahu. Ghafurun-wa Rahimun- słowa fragmentu sury Al Mumtahana gładko spłynęły z jego ust, na które wypełzł blady uśmiech, jeszcze bardziej uwydatniając rozbite wargi.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 26-01-2010 o 12:42.
Arango jest offline  
Stary 27-01-2010, 21:00   #9
 
Sekal's Avatar
 
Mieli mu uciąć stopę.
Stopę!
To praktycznie nie do wyobrażenia! Jak można robić innym ludziom takie niegodziwości?! I co on bez stopy zrobi? Fakt, więcej niż zrobiłby bez dłoni, ale nie tak należało na to patrzeć. Był bardzo przywiązany do swoich członków i nie miał ochoty rozstawać się z żadnym z nich. Straci swój przydomek, albo gorzej, będą go wypowiadali z kpiną! O nie, do tego nie mogło dojść. I to za takie głupstwa! Przecież to mógł być przypadek, że moneta nie była w pełni prawdziwa a karty troszkę pogięte! Oszustwa, takie duże słowa na leciuteńkie pomaganie szczęściu!

Trafił tu zeszłego wieczora, gdy jego brawurowa i niezwykle szybka ucieczka została udaremniona przez pech. Bo tylko tak można było nazwać przewrócony wózek z warzywami i owocami, głównie okrągłymi i na tyle małymi, że jego stopa musiała natrafić na jeden z nich, a głowa uderzyć o coś twardego. A potem jeszcze ta okropna brutalność! Nigdy jej nie popierał, zwłaszcza w chwilach, gdy była skierowana dokładnie ku niemu. Tak czy inaczej, wylądował w cuchnącym lochu, pobity i ledwo przytomny, z obietnicą, że obetną mu stopę. Na szczęście coś tam się działo i trochę wyrok opóźniano, co dawało mu szansę na wymyślenie planu ucieczki. Bo nie mogło być tak, żeby tu został! Nigdy w życiu!

Przedstawił się jako Noah, ale nie mówił wiele. W zasadzie nie mówił prawie wcale, nie licząc mruczenia do siebie czegoś o ucieczce. Przecież nie wiadomo, co za łotrów wsadzono tu razem z nim! Ten brudny trochę go przerażał, chociaż i tak mniej od tego, który chyba też nie był Anglikiem, bo wyrósł jak na drożdżach. I trochę zbyt często gadał o tym, że mu wymordowali rodzinę. Szaleniec, jak nic, lepiej było siedzieć cicho. Inni nie byli tacy źli, ale kto wie? Może to tylko przykrywka, by zaatakować znienacka? Niezbyt ufał ludziom z lochu, wiedząc też, że nie zaufają jemu. Ucieczkę musiał zaplanować sam. I nawet towarzystwo kobiet, zaskakujące, a jakże, nie mogło zmienić tej determinacji.

Nie wyglądał jakoś szczególnie, jak chociażby olbrzym czy cudzoziemiec. Twarz pokiereszowana, ale przystojna, wskazywała, że Noah miał już trochę lat, ale i nie więcej niż dwadzieścia pięć, co i tak było szacunkową tylko oceną. Ciemne oczy, krótkie włosy i proste zęby, szczupła, chyba wysportowana sylwetka. Nie wyglądał jak chłop również z ubrania - wygodnych skórzanych butów, prostych spodni i całkiem dobrej, przed nieszczęśliwym wydarzeniem, białej, lnianej koszuli. Nie wyglądał też jak wysoko urodzony, a sam siebie mianował rzemieślnikiem i mieszczaninem, cokolwiek to rodzące się dopiero pojęcie miało znaczyć.

Ucieczkę zaplanował na tę noc. Przemycił niewielką spinkę, wystarczającą jednak, by spróbować swoich manualnych zdolności, przeciwko tym starym i rdzą przeżartym zamkom. Nie strzegli ich zbyt pilnie i on to wykorzysta. Może nawet kogoś ze sobą zabierze? Tak, ucieczka to najlepsze co mógł zrobić.
Niestety kroki, które rozległy się na schodach wiodących do wolności, wcale nie należały do strażnika z jedzeniem. Nie należały też do kata, chociaż ten mógłby być lepszym wyborem od tego, co wyłoniło się zza pleców wojów. Cholerny świat. Musiał to przemyśleć!
Tak, strategia, to było to. Mógłby wygrywać bitwy!
Przeczekał wszystkich, bojąc się gniewu dziewczynki. Ona czekała, doskonale, doskonale. Jako ostatni zostanie najlepiej zapamiętany!
Podpełzł do krat, wykonując pełen, regulaminowy ukłon i klękając przed potęgą władzy. Tak, doskonale! I głos, odpowiedni ton, język wypluwający z gardła kolejne kłamstewka, tylko drobne kłamstewka zmieniające ogólną prawdę, którą przecież każdy mógł widzieć inaczej!
-Och pani, moje serce raduje się widząc twą urodę i gratulując szeryfowi wspaniałego wyboru! Jam jest nic nie znaczący Noah, zamknięty tutaj z zupełnie błahej pomyłki! Tak, moja pani, drobnej pomyłeczki! Rzemieślnikiem jestem i źle resztę wydałem, tylu klientów a liczyć trudno, gdy ja nie naumiał się jeszcze za dobrze! A przestraszony uciekać zacząłem i pochwycili mnie! Uwolnij mnie pani, a moja żona i dziatki martwić się przestaną, a na ślub przyślę najlepszy swój wyrób!
Miał nadzieję, że strażnicy byli inni od tych, którzy go złapali. Trzeba było się chwytać wszelkich metod, a jeśli dziewczynka i tak już miała pomysł, co zrobić z nowymi zabawkami, to nic jego słowa nie zmienią. Jeśli jednak nie, to kto wie? Rozpuszczona panienka mogła mieć dowolną zachciankę.
 
Sekal jest offline  
Stary 30-01-2010, 15:21   #10
 
Lady's Avatar
 
Księżniczka, taka z opowieści o ziarnku grochu, stała i słuchała. Niebieski, delikatny pantofelek stukał o kamienną posadzkę, zasłaną brudnym i śmierdzącym sianem. Jej oczy pałały, widać je było nawet w półmroku, jaki otaczał wszystkich zgromadzonych w lochach zamku Nottingham. Nie wyglądała na złą, nawet po słowach wielkoluda - z drugiej strony spójrzmy na nią z bliska, w jej niewinną twarzyczkę, na której zawisł zupełnie nie pasujący do niej grymas. I oczy, trzeba znów wrócić do jej oczu - bo one nie widziały, nie patrzyły. Dziewczyna myślała, marzyła i wyobrażała sobie coś, czego inni dojrzeć oczywiście nie mogli. I gdy cisza zapanowała w piwnicznym lochu, gdy przebrzmiały ostatnie słowa Noah, Lady Elizabeth uśmiechnęła się, a był to uśmiech diablicy! Takie uśmiechy nigdy nie wróżyły nic dobrego, a gdy się odezwała, jej głosik przybrał piskliwą barwę, zabarwioną podekscytowaniem.
- Śmieszni są, najbardziej ten duży i ten co tak dziwnie mówi. On chyba siedział tu najdłużej? Ma taką brudną skórę, fuj!
Nie mówiła do stłamszonych w celach więźniów, a tylko do swojego doradcy czy opiekuna, kimkolwiek był mężczyzna w czerni. Teatralnie zasłoniła sobie nos i pomachała dłonią przed twarzą, odganiając potencjalny nieprzyjemny zapach.
- Mam pomysł, sprawimy, by byli ciekawsi! Na zamku mojego Pana Ojca słyszałam, jak mówiono o polowaniach. Zapolujmy na nich!
Była wyraźnie uszczęśliwiona swoim pomysłem. Towarzyszący jej mężczyzna miał za to bardzo zbolałą, a może nawet trochę przerażoną minę.
- Panienko, tak nie można...
- Nie waż mi się sprzeciać bo każę cię wybatożyć i posłać razem z nimi!
- piskliwy wrzask odbił się od ścian, a tupnięcie pantofelkiem podkreśliło jeszcze ten dziecięcy niemalże bunt - Mój przyszły mąż dzięki mojemu posagowi bardzo się wzbogaci, a pozwolił mi z nimi zrobić co będę chciała! Wypuścimy ich do lasu, a potem będziemy gonić! To świetna zabawa, wszyscy tu jesteście tacy drętwi! Weźcie ich i przygotujcie konie.
Odwróciła się, gwałtownie i podkreślając swoje niezłomne przekonanie o słuszności swojej decyzji. Mężczyzna zrobił gest w stylu "ja tu tylko wykonuję polecenia" i wcale nie zamierzał dalej się temu sprzeciwiać. Za to żołdacy wydawali się całkiem zainteresowani nową rozrywką i zupełnie nieprzejęci nieszczęściem naszych bohaterów, na których krzyki i protesty nikt przecież nie zwracał uwagi.

Gdy księżniczka wraz ze swoim sługą i doradcą opuściła loszek, żołdacy wzięli się do pracy. Sprowadzono posiłki i otworzono cele, wiedząc, że osłabieni i bezbronni więźniowie nie są żadną przeszkodą. A razem z dodatkowymi strażnikami, przyniesiono także ciężkie kajdany na krótkim łańcuchu, które teraz zapinano na nogi każdemu, niezależenie od płci i winy. Zimny metal obcierał kostki, kroczki mogli stawiać tylko malutkie, obciążeni i ograniczeni, z uniemożliwioną ucieczką. A jakby mało tego było, związano z przodu ręce i wyprowadzono pod strażą, jak najgroźniejszych przestępców, jak skazańców idących pod szafot.
A przecież nikt z nich nie zasłużył, prawda?
Kradzieże, domniemane wiedźmiarstwo, nazwisko i pochodzenie, kłusownictwo, same śmiertelne grzechy, mówiąc z prawdziwą ironią. A teraz szli przez zamkowy dziedziniec, w otoczeniu straży, ściągając na siebie spojrzenia głównie robotników, pracujących nad jakimiś modernizacjami budowli. Pobrzękując kajdanami przekroczyli bramę, gdzie czekała już Lady Elizabeth, w damskim siodle, na pięknej, białej klaczy. Musiała istotnie ze znamienitego rodu pochodzić, co nie obchodziło nikogo ze związanych, upokorzonych ludzi. Bo to musiało być dla nich upokorzenie, nawet jeśli któreśz nich optymistą pozostawało i wierzyło w możliwość swojej ucieczki.

Słońce wisiało wysoko na niebie, grzejąc wciąż mocno, ostatkami lata. Ci, którzy długie dni spędzili w lochu, teraz na pewno długo mrużyli oczy, rozkoszując się jednocześnie ciepłem słonecznych promieni, które tylko co jakiś czas zasłaniały małe białe chmurki - angielska pogoda zaskakiwała tego roku, pozwalając cieszyć się wciąż jeszcze ciepłem i brakiem deszczu.
Normalnym krokiem, do granicy lasu Sherwood, pierwszych jego drzew, była tylko godzina marszu. Tylko, to nie był normalny krok, a małe kroczki, jakkolwiek szybko by je stawiać, znacznie wydłużały pochód i męczyły skazanych. I tylko ich, bowiem towarzyszyło im tylko dwudziestu kilku jeźdźców, wybranych z załogi zamku Nottingham. Była też oczywiście księżniczka i najwyraźniej nie odstępujący jej na krok mężczyzna w czerni. I prócz tej dwójki, wszyscy byli uzbrojeni, w miecze, włócznie i nawet kilka kusz. Nie było dobrze, zwłaszcza, że po drodze zabrano także kilku psiarczyków wraz z ćwiczonymi przez nich ogarami, nie było dobrze dla naszych bohaterów. Ale przecież nie możemy stracić wiary, prawda? To oni są postaciami z naszej opowieści!


Las zaczynał się nagle, stawiając przed każdym wędrowcem solidną ścianę drzew i krzaków. Wszyscy, którzy znali okolice wiedzieli, że ciągnął się on bardzo daleko, wszerz i wzdłuż, kryjąc w sobie paskudne tajemnice, których bali się wszyscy i niewielu zagłębiało się daleko pomiędzy drzewa, a gdy nadchodził zmrok, uciekali nawet okoliczni leśnicy i myśliwi zatrudniani przez tutejszych władców. Była tylko jedna droga, utwardzona, wykarczowana i wykorzystywana często przez wszystkich, którzy musieli się przedostać na drugą stronę, a nie mieli czasu by bory Sherwood objeżdżać, nadkładając wiele drogi. Ale duchy ponoć omijały tę drogę, poświęconą przez duchownych chrześcijańskiego Kościoła. Zło czaiło się dalej, w nieodwiedzanych ostępach.

Księżniczka zatrzymała pochód. Nie była najszczęśliwsza w czasie przedłużającej się drogi, marudząc prawie bez przerwy i prawie na wszystko, głównie na wlokących się więźniów. Teraz ożywiła się znowu, patrząc pomiędzy drzewa i chichocząc dziecięco. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, co nie przeszkadzało dziewczynie, ale zdecydowanie orzeźwiło wszystkich gwardzistów, rozglądających się po sobie troszkę niepewnie. Dyskretne sygnały, zignorowane przez Lady Elizabeth.
- Tu będzie dobrze. Zdejmijcie im kajdany i rozetnijcie więzy na dłoniach. Albo nie, rozetnijcie je tylko kobietom.
Zachichotała ponownie, radośnie i wesoło, jakby właśnie robiła najlepszy żart w życiu. Raczej nie dbała o życie innych, a niedługo miała się przecież stać tutejszą władczynią. A to na Szeryfa narzekano!
- Damy wam pięć minut na ucieczkę, a potem zaczniemy gonić! Złapany nie będzie musiał czekać na proces i wyrok w tym nudnym lochu! - znów ten śmiech, pogłebiający czającą się w umyśle nienawiść - A komu się uda, na tego będzie list gończy z nagrodą z czystego złota! Nie będziecie się nudzić, nikt nie lubi nudy!
Śmiała się radośnie, a śmiech podwyciło kilku jej ludzi, chociaż niepewnie, to na pewno po to, by przypodobać się przyszłej żonie sir Williama. Zdjęto kajdany, rozcięto więzy.
- Macie mało czasu! No już już, uciekajcie myszki! Inaczej czeka was szybki wyrok!
Tylko ci, którym już na życiu zupełnie nie zależało, mogliby zostać. Wszyscy pozostali natychmiast wbiegli w las...

 
Lady jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172