Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 27-11-2010, 16:27   #1
 
Bothari's Avatar
 
Reputacja: 1 Bothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumnyBothari ma z czego być dumny
[7th Sea, 18+] W służbie Jej Królewskiej Mości

George Ward

Pech ciągnął się za tobą przez długi czas. W porcie Carbai dostałeś się na statek w ostatniej chwili i chyba tylko dzięki temu w jednym kawałku opuściłeś Avalon. Tyle, że statek płynął na wyspę Reilan, o czym początkowo nie widziałeś. Strasznie daleko od jakichkolwiek cywilizowanych terenów. Gdy tam dotarłeś, wszystko wyglądało normalnie. Tyle, że następnego dnia król Reilanu abdykował na rzecz tiurskiego hana Azbura i chciał wydać mu swoją córkę - Leilę. O tym wszystkim słyszałeś rzecz jasna w gospodach. Tiurcy kręcili się wszędzie i wyglądało, że lada moment przejmą całą wyspę siłą. Nie zamierzałeś na to czekać. W porcie, przy kei stał tylko jeden okręt. Ogromny, trójmasztowiec z trzema pokładami. O dziwo - strzegło go tylko dwóch tiureckich wojaków. Nie wyglądali na zachwyconych twoim wtargnięciem, ale ... odpowiednia wymowa, parę zdziwionych min i ... twoje pierwsze pchnięcie powaliło jednego a potem, po kilku złożeniach zabiłeś i drugiego.

Niespodziewanie stanąłeś przed problemem - jak odpłynąć? Przecież praktycznie nie znałeś się na statkach. Słyszałeś o stawianiu żagli ale nie potrafiłeś nic takiego wykonać. I wtedy na trapie zadudniły końskie kopyta. Na pokład wpadła amazonka w skórzanych nogawicach i ... koronkowym, białym gorsecie i ślubnym welonie ...

Leila Wornsmith

Wpadłaś na statek solidnym susem. Koń zatańczył na deskach pokładu. Na pokładzie leżały dwa ciała tiureckich strażników. Świerza kałuża krwi wsiąkała w deski pokładu. Jakiś mężczyzna powoli wstał za grupą beczek. Broń spokojnie schował do pochwy. Lekki ukłon ...

Leila Wornsmith i George Ward

- Kim jesteś, kawalerze i co robisz na moim okręcie?
- Jestem George Ward i ... miałem nadzieję wydostać się z tej wyspy ...
- Leila Wornsmirth. Żeglujesz, kawalerze?
- Ee ... nie, wasza wysokość -
zdziwienie zagościło tak w głosie jak i na twarzy szlachcica. Nazwisko królewny wyspy było jednak doskonale znane. Ta jednak natychmiast przejęła dowodzenie.
- Cumy rzuć i szpringi, zostaw tylko rufową..
Musiała jeszcze wytłumaczyć, czym są szpringi ... Sama zaś zniknęła pod pokładem. George przez moment mocował się, próbując zdjąć grubą linę z nagielbanku. Wreszcie sięgnął do pasa i jął ciąć ją sztyletem. Nim skończył, spod pokładu wyszła Leila z naręczem bloków. Sprawnie zaczęła przywiązywać bloki w kilku miejscach pomiędzy dziobem, a wielkim kabestanem windy kotwicznej na śródokręciu. Potem pociągnęła przez nie linę. I zabrała się do przecinania ostatniego szpringu. Dokończyli go razem.
- Chodź, musimy postawić ze dwa sztaksle.
Poszli oboje do kabestanu. Tym razem walce nie wyglądał jak jeż. Wetknęła tylko dwa handszpaki. Naparli na nie i zaczęły chodzić jak konie w kieracie. Wielokroć mniej siły potrzeba do wciągnięcia kawału płótna na maszt niż do wyrwania ciężkiej kotwicy. Tylko się nachodzić musieli. Fok piął się w górę niezmiernie powoli. Wiatr od lądu tymczasem obracał, trzymany za rufę ostatnią cumą state, dziobem na morze. Biały trójkąt żagla w końcu stanął jak należy. I wybrzuszył się napięty szotem.
Za nim, równie powoli, wspiął się na sąsiedni sztag kliwer. I też zapracował napinając jedyną, więżącą ich jeszcze, cumę. Strasznie już były umęczone gdy Leila zakomenderowała
- Tnij rufową.
Stanęła przy kole sterowym. Ostatnia cuma opadła. I kasztel zaczął się odsuwać od kei. Pół obrotu kołem zmieniło odrobinę kurs. Nie było to potrzebne. Chyba chciała sobie udowodnić, że rzeczywiście to ona kieruje wielkim liniowcem. Szli prosto na morze, wspomagane lekkimi podmuchami od lądu i odpływem. Elizabeth po raz drugi wypływała w rej. Lecz tym razem z tylko dwuosobową załogą.

Kurt Bachmaier

Siedziałeś na pokładzie wpatrując się w portrecik. Tyle zostało. Jest w połowie spalony. Xaver ma wypaloną dziurę w miejscu gdzie była ręka, Dianie nie widać sukienki. Ale są twarze. To najważniejsze. Tak jak i Evy. Evy, której nigdy już nie zobaczysz.

Trudno było reagować na marynarskie okrzyki, nie będąc nigdy na morzu. Na dodatek - zaczynały się jakieś nudności, dlatego siedziałeś przy burcie, nie wadząc nikomu. To, że zaczyna się morska bitwa zrozumiałeś dopiero gdy huknęły odległe działa. Od tego jednak momentu czułeś się jak w domu. Jak w Eisen. Jak na wojnie. Gdyby jeszcze pokład nie kołysał się tak bardzo.

Ingrid Oliver Eiche

Następny przystanek - Avalon. Tam miałaś dalej o niego wypytywać. Czy odnajdziesz jednego człowieka w śród tysięcy innych? Zamyślona wpatrywałaś się w morze. Dostrzeżenie nadpływającego okrętu nie było problemem, jednak zrozumienie, że jest on kłopotem - już tak. Dopiero okrzyki kapitana dały Ci do zrozumienia, że jesteście atakowani przez piracki bryg. Spokojnie poszłaś do kajuty po zweihander.

Felicjan de Bourchevaux

Interesy w Avalonie czekały. Straszny był tylko okręt, którym tam płynąłeś. Okręt wojenny Monegineskiej floty. Nawet ty nie mogłeś spać w osobnej kajucie. Siedziałeś więc w mesie oficerskiej i czytałeś książkę. To wtedy huknęły armaty a wroga kula przebiła burtę metr od ciebie. Drzazgi poleciały. Złapałeś swój podręczny pakunek i wypadłeś na pokład.

Beatriz Alvarez

Avalon. Ciekawe jak tam będzie. Lusita stała spokojnie na pokładzie z pyskiem w worku owsa. Byłaś oczywiście przy niej. Ty już parę razy znajdowałaś się na pokładzie. Ona jeszcze nigdy.

Zamieszanie na pokładzie nie umknęło twojej uwagi. Szybko narastało przerażenie. Co zrobić z koniem podczas walki na okręcie? Huknęły armaty. Kula zdmuchnęła marynarza stojącego tuż obok ciebie ...

Rosalinda de Villon

Królowa czasem pisała listy. Czasem były to listy sekretne, których nie można było powierzyć byle posłańcowi. Tym razem posłaniec był specjalny co się zowie. Ty. Z prywatną, nienapisana nawet wiadomością do królowej Elaine I z Avalonu. Posłanie od królowej do królowej. Apolityczne, czysto babskie i ... niezmiernie ważne dla obu pań. I tylko ty o nim wiedziałaś. To dla ciebie "Pirania", montegineski okręt wojenny wypływał z portu.

Co za klątwa mogła sprawić, że akurat wtedy zaatakowali piraci? Oczywiście nie było siły, by ktokolwiek z załogi zatrzymał cię wtedy w kajucie. Co prawda kiepsko się walczy na chwiejnym pokładzie, w podróżnej sukni, zdobionym rapierem ...

Rosalinda de Villon, Beatriz Alvarez, Felicjan de Bourchevaux, Ingrid Oliver Eiche i Kurt Bachmaier

Bitwa była przerażająca. Piraci najpierw ostrzelali wasz okręt, który praktycznie nie radził sobie ze zwrotami. Maszty i żagle waliły się w dół. W waszą stronę szła salwa za salwą. Wróg robił z wami co chciał i jasnym stało się, że zaraz pójdziecie na dno. Wszyscy chowaliście się po kątach. I wtedy stało się coś dziwnego. Piracki okręt zbliżył się nagle, przyjął potężną salwę z waszej burty (No dobrze, przed ostrzałem to była by potężna salwa, teraz raczej ratowanie honoru) i ... rozpoczął abordaż. Do tej pory nie za bardzo mogliście zrobić cokolwiek. Teraz jednak - wyciągnęliście swój oręż i zwarliście się z wskakującym na pokład piratami. Jednookie czy jednorękie karykatury ludzi za to niezwykle sprawne w walce. Jakie szanse z takim przeciwnikiem miała nawet świetnie wyszkolona, ale zmasakrowana ostrzałem załoga?

Beatriz Alvarez walczyła konno. Pomimo chwiejącego się pokładu, walających się rzeczy - koń stał a ona cięła nacierających piratów. Było to tak dziwne ... że aż budujące. Wprawni obserwatorzy szybko ocenili, że jakąś wyjątkową szermierka, to ona nie jest, ale animuszu jej nie brakowało. Tylko na proroków - czemu nie zsiadła z tego przerażonego zwierzęcia?!

Rosalinda de Villon zrzuciła spódnicę i nie przejmując się sytuacją ruszyła do walki w pantalonach. Jej rapier był niczym żmija. Uderzał natychmiast i bardzo, bardzo celnie. Wydawało się, że nie przeszkadza jej chwiejący się pokład, że walające się rzeczy tylko jej pomagają. A piraci nadal nie bali się jej. Błąd. Z jej reki padł Orlando Brater, najwyraźniej kapitan wrogiej załogi, gdyż zaraz po tym rzuciło się na nią trzech jego pomagierów. Oni także zginęli.

Bali się za to jak ognia olbrzymiego Kurta Bachmaiera. Po nim od razu było widać kunszt w posługiwaniu się panzerhandem oraz ciężkim mieczem. Czyżby szermierz Eisenfaust? Wszystko na to wskazywało. Wrogowie padali pokotem a on odnajdował się jakoś w tym ciągle zmieniającym się polu bitwy. To on zabił jeszcze większego od siebie usuryjskiego bosmana wrogiego okrętu. To on uratował zapewne życie waszego kapitana. Szkoda, że ten stracił je minutę później oddaliwszy się.

Ingrid Oliver Eiche miała natomiast sporo kłopotów ze swoim zweihanderem. Flamberg co i rusz zawadzał o liny czy połamane reje. A jednak ... nie dała się. uderzenia rękojeścią, chwyty za ostrze miecza, walka niczym włócznią ... wszystkie tak niestandardowe zagrania pokazały, że radzi sobie z tą bronią dość dobrze a oburęczny miecz nadaje się do fechtunku. Specyficznego niczym Legestra - ale jednak. Cóż, przeżyła a to już potężna rekomendacja.

Felicjan de Bourchevaux także nie próżnował i choć sposobu jego działania nie zobaczył nikt ... to jednak potem usłyszeli je wszyscy. Huk eksplozji z pokładu pirackiego statku zaskoczył wszystkich. Najbardziej oczywiście piratów. Co może zdziałać jedna celnie rzucona bomba, gdy wie się, gdzie ją cisnąć?

Od momentu eksplozji i panicznego cięcia lin abordażowych, piraci byli w defensywie. Próbowali zdobyć nadbudówkę - odparto ich. Ruszyli pod pokład - wyrżnięto bez litości.

Carlota Rivera

Siła eksplozji wyrzuciła Cię za burtę. Cud jakiś sprawił, że wylądowałaś koło dziobu "Piranii". Paniczne myśli przemykały przez głowę ale wreszcie wrzasnęłaś wściekle:
- Ratunku! Człowiek za burtą! Na pomoc!
Ktoś wyjrzał z pokładu i ... o dziwo rzucił linę. Długie minuty trwało jednak nim wyciągnięto cię na pokład. Wszak najpierw musiano wymordować piratów.

Rosalinda de Villon, Beatriz Alvarez, Felicjan de Bourchevaux, Ingrid Oliver Eiche, Kurt Bachmaier i Carlota Rivera

Statek ledwie unosił się na wodzie. Rannych było przynajmniej ze trzydzieści osób. Zginął kapitan i obaj oficerowie. Brak było masztów czy żagli. Z piratami nie ceregielono się - od razu lądowali w wodzie.

Kobietę wyciągnięta z wody przepytano naprędce. Odpowiedź wstępnie zadowoliła wszystkich, choć nie rozwiało wątpliwości.
- Jestem Carlota Rivera. Zostałam porwana z "Lusitty", karaweli Castylijskiej tydzień temu. Zapewne dla okupu. Bardzo dziękuję za ratunek. - strój kobiety i jej stan potwierdzał historię. Potrafiła też zachować się po szlachecku. Na dodatek - nie widziano jej podczas walki. Uwierzono więc. Tylko co dalej?

* * *

Dryfowaliście godzinę. Ranni odchodzili lawinowo z tego świata. Tylko wasza szóstka zaliczała się do "lżej rannych". Ingrid zawadzono kordelasem, Beatriz otrzymała niegroźny postrzał w biodro, Felicjan miał poszarpaną od wybuchu koszulę a setka małych drzazg powbijała się w lewy bok, Kurt miał kłopoty z mówieniem, od niedawnego uścisku usuryjskiej łapy, Carlotta zdawała się znacznie podtopiona a Rosalindzie zabłąkane ostrze rozcięło kubrak na plecach.

Wtedy na horyzoncie pojawił się okręt. Panna Rivera ujęła lekko uszkodzona lunetę kapitana i spojrzawszy obwieściła.
- Ogromny statek. Pod Avalońską banderą. Płynie prosto ku nam. Tylko nie wiem czemu płyną z rozwiniętymi tylko przednim i tylnym żaglem. Uszkodzeń nie widzę.
- Dobrze się pani zna na okrętach. -
nie wiedziała kto zapytał
- Na Lusitcie byłam nawigatorem. Pływam od pięciu lat.

Liniowiec Elizabeth zbliżał się powoli. Bardzo powoli. Całą godzinę trwało, nim zaczął przepływać tuż obok. Tak blisko, że można było zobaczyć stojącą przy kole kobietę w ... ślubnym gorsecie i ... śpiącą przy kole. Chyba nawet przywiązała się do niego, by nie paść. Co przydarzyło się tej jednostce? Zaraza?

Wszyscy

Felicjan jednak wystrzelił z pistoletu "na wiwat" i kobieta ocknęła się. Szybko zorientowała się w sytuacji. Odplatała się z lin i nim statek zdołał przepłynąć obok do końca - zakręciła wprawnie kołem.
- Prawy sztak ... cholera. George! Przetnij tamtą linę po prawej. Szybko.

Statek stanął w dryf.

Kwadrans później staliście razem na pokładzie ogromnej Elizabeth.

- Jestem Leila Wornsmith z Królestwa Reilan. Witam na pokładzie Elizabeth.

Oprócz niej na pokładzie był tylko jeden, nieco zaspany mężczyzna i ... nikogo więcej. Prawie że statek widmo. A przecież największy, jaki kiedykolwiek widzieliście w życiu! Tak ogromny kawał drewna nie ma prawa pływać! Nawet Castylijskie, czy Montegineskie galeony nie są tak wysokie! Pokład pasażerski, trzy artyleryjskie główny ... dwa dwupiętrowe kasztele a przecież jeszcze zapewne ładownia. Trzy ogromne maszty ... na których teraz wisi tylko po jednym najmniejszym żaglu na samej górze. I cała masa malutkich żagli ukośnych postawionych gdzie tylko było to możliwe.
 

Ostatnio edytowane przez Bothari : 28-11-2010 o 21:49.
Bothari jest offline  
Stary 29-11-2010, 00:50   #2
Eli
 
Eli's Avatar
 
Reputacja: 1 Eli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znany
Kilka lat wcześniej....

Palce niewolnicy Bettiny umiejętnie przekładały kosmyki włosów zaplatając długi i gęsty królewski warkocz. Owijały go dookoła głowy i upinały by żaden z niesfornych kosmyków nie przeszkodził w szermierczych zmaganiach. Niewolnica Sandrina nacierała olejkiem jej stopy, a sama królewna przeglądała się w ogromnym kryształowym lustrze i mrugała niepocieszona czasochłonnością porannej toalety. W głowie huczały jej słowa matki - Pamiętaj, że przyszła królowa musi być nią zawsze inaczej nie będzie nią nigdy. Proste plecy i nienaganna sylwetka... - królewna na samą myśl ziewnęła i ożywiła się dopiero w momencie, gdy niewolnice od niej odstąpiły i pozwoliły jej chwycić za pałasz i wybiec. W dzikich podskokach niczym młody, nieoswojony ogier wymachiwała swą bronią kreśląc w powietrzu pokaźne zygzaki, ale gdy już znalazła się przy wyjściu w mgnieniu oka przybyło jej około 5 - 7 lat. Z odpowiednią gracją i dystynkcją przywitała swojego avalońskiego nauczyciela, a następnie skinęła głową przyjacielowi, nad którym pastwiła się dzień w dzień zadając mu wciąż ciężkie szermiercze porażki. A może to on po prostu dawał jej zwyciężyć?


****

Gdy tylko udało się wyruszyć i wszelkie tiurskie niebezpieczeństwo zostało zażegnane, odetchnęła głęboko luzując gorset jednym, zwinnym ruchem ręki. Ściągnęła welon i z całej siły cisnęła nim za burtę. Wciąż jeszcze czuła jak krew niespokojnie pulsuje. Przygryzła wargę i oparła się o reling. Spojrzała swymi zielonymi oczami w dal i zamyśliła się ponuro. Plan był właściwie kompletnie nieprzemyślany. Liczyła, że poddani pójdą za nią, że po tych wszystkich tajnych spotkaniach, nawoływaniach zjednoczą się. Gdyby matka wtedy pozwoliła jej wziąć sprawy w swoje ręce. Gdyby wtedy przejęła koronę... - Ten skurwiel...- wydostało się z jej piersi, powtórzyła jeszcze raz - Skurwiel - Uwielbiała przekleństwa. Tak rzadko mogła wypowiadać je na głos. Tylko w swoich pamiętnikach używała sobie do woli i układała literackie wyliczanki. Siła tych słów oraz pasja, jaką w sobie niosły były jak pałasz, jak rapier, który tnie do żywego wszystko, co napotka na swej drodze. Teraz była na pełnym morzu i mogła wszystko. Absolutnie wszystko....gdyby nie...nieznajomy... Rozejrzała się dookoła, ale jakoś nie napotkała go wzrokiem. Przypomniała sobie natomiast, że to ona kieruje okrętem.. Podbiegła do mesy oficerskiej i ustaliła kurs wbijając sobie do głowy, że kursu trzeba również precyzyjnie pilnować.
Teraz pozostało tylko postawienie żagli... Rozejrzała się po raz kolejny, a kiedy udało jej się dojrzeć zamyślonego George’a uśmiechnęła się do niego kurtuazyjnie:
- Już tylko rejowe pozostały.... - chrząknęła i spojrzała na ogromne płótna poprzywiązywane do reji - Zapraszam Waszmościa na kolejną naukę - powiedziała to już całkiem pewnie z charyzmą iście kapitańską. Podkasała rękawy i zabrała się do dzieła. Wspólna praca i męskie towarzystwo przypomniały jej Keitha. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień i zamrugała szybciej powiekami hamując łzy. Chyba zbyt wiele emocji, zbyt wiele wrażeń...To już był na szczęście ostatni żagiel. Spojrzała z dumą na towarzysza:
- No! Niech Waszmość spojrzy, jacy dzielni z nas marynarze! - wskazała na trzy postawione żagle. Następnie podążyła do koła sterowego, do którego szybko się przywiązała i zdyszana usiadła, tak by nawet w czasie drzemki być na stanowisku... - Myślę, że możemy już teraz odpocząć -zerknęła na George’a przyjaźnie.

****

Obrzuciła ciepłym spojrzeniem wszystkich przybyszy:

- Nie spodziewałam się, że morze tak szybko podeśle mi tylu gości. - ścisnęła amulet na piersi i uniosła lekko lewy kącik ust - Jako że nasze losy splotły się w jeden liczę na państwa lojalność i współpracę. Byłabym wdzięczna, aby każdy przedstawił się byśmy mogli uznać, że choć trochę się znamy.
 
Eli jest offline  
Stary 30-11-2010, 00:11   #3
 
szarotka's Avatar
 
Reputacja: 1 szarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skałszarotka jest jak klejnot wśród skał
A zaczynała już wierzyć, że pechowi znudziło się ciągłe podkładanie jej nogi i wziął sobie wolne. Wszystko jednak wskazywało na to, iż udał się co najwyżej na krótką siestę i szybko obwieścił swój powrót.

Zaczęło się całkiem zachęcająco, od niespodziewanego uzyskania informacji, o którą zabiegała od wielu tygodni. Przypadkowo jakiś hidalgo, któremu pomagała strzyc owce, skojarzył opis poszukiwanego przez nią mężczyzny z odpowiednią twarzą i stwierdził, że widział go na drodze do Montaigne. Trzymając się tego tropu i przepytując coraz to nowych świadków, Beatriz wylądowała koniec końców w montegińskim porcie, na monteginskim statku. Dopiero teraz, gdy wiatr wywiewał emocje z głowy, zastanawiała się, po jaką właściwie cholerę płynie do tego Avalonu? Przecież miała wracać do ojca Felipe; nie doczekała się od niego listu ani żadnego innego znaku życia, a to rodziło w jej wyobraźni najgorsze wizje.
- Naprawdę coś mnie opętało - odezwała się do siwej klaczy, która chrupała owies w worku zawieszonym na łbie - Biegać za jakimś łajdakiem przez dzikie knieje i morza. Poza tym nie sądzisz, że to wszystko nagle zbyt pięknie się składa? Przy tylu niepowodzeniach nagle wpadam na tak wyraźny ślad, że ślepy pies z kulawą nogą byłby w stanie go tropić.
Chrup, chrup.
- Ale podejrzewam, że w Avalonie nasza dobra passa się skończy; tam nie będziemy lokalnymi sławami, a bezdomnym plebsem. Trzeba będzie pracować, by zarobić na ten twój owies. Czy możesz go tyle nie pochłaniać? Miał zostać na później.
Chrup.
- Lusita, czy ty mnie słuchasz?
Prawdę mówiąc, klacz słuchała jednym uchem. Patrzyła bowiem na marynarza, który przyglądał im się z cokolwiek dziwnym wyrazem twarzy. Beatriz zerknęła na niego i z miejsca się zirytowała. Może dlatego, że ludzie często patrzyli na nią w ten sposób, gdy dyskutowała z koniem.
- To prywatna rozmowa - prychnęła ostro. Mężczyzna drgnął i oddalił się pospiesznie. Dziewczyna westchnęła i zdjęła worek z końskiego łba, pakując resztę obiadu zwierzęcia do marynarskiego wora, przewieszonego zazwyczaj na sznurze przez pierś i plecy. Sądząc po gabarytach pakunku, niewiele się w nim znajdowało, ale też nie można było spodziewać się pokaźnych bagaży po czarnulce wyglądającej jak wieśniaczka - w dodatku trochę już wychudzona - w lnianej bluzce i spódnicy, z dwoma długimi warkoczami i chustce przepasanej na włosach.
Brzuch, rozmaitymi rozpaczliwymi dźwiękami, wciąż sygnalizował, że skromne śniadanko - które zaserwowano na statku - nie mieściło się w żołądkowych kryteriach słowa "posiłek", ale był ostentacyjnie ignorowany. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz była głodna, a kupiony za resztę pieniędzy bochenek chleba miał starczyć na dłużej.
- Będziemy martwić się później, Lusita - zapewniała konia i siebie - Jak już nic innego nam nie zostanie, niż zmartwienia.

***
Statek rozpadał się i zdążał do samego piekła, a przynajmniej takie wrażenie miała Beatriz, dopóki nie zobaczyła, co jest przyczyną wrzeszczących ludzi, walących się masztów i paniki na pokładzie. Pierwszym zadaniem było uspokojenie konia, a właściwie siebie, bowiem Lusita żywo reagowała na nastroje swojej pani. Lawirując między lecącymi deskami oraz ludźmi ciskanymi o pokład, jakimś cudem dobrnęła z klaczą za nadbudówkę, by tam modlić się o przeżycie i przyrzekać sobie, że więcej nie postawi nogi na żadnym statku. Dopiero zamieszanie, odgłosy walki na pokładzie oraz łysy mężczyzna z kordelasem w ręku, który wyszedł zza rogu, nakazały jej podjąć odpowiednie kroki zaradcze. Szła tyłem powoli przed uśmiechającym się półgębkiem piratem, czekając aż napastnik minie stojącego obok, na pozór ospale spokojnego konia i stanie do niego plecami. Uniesienie ramion do góry, przypominające gest dźwigania czegoś ponad głowę, należało do sygnałów, po których Lusita demonstrowała popisową pozę konia gniewnego. Mężczyzna zdążył obejrzeć się za siebie i zobaczyć młócące przed nim kopyta. Uderzony w ramię, wypuścił broń; uderzony w szczękę - przestał być ładny. Beatriz przeskoczyła nad ciałem, zabierając kordelas z ziemi i wdrapała się na siodło. Statkiem bujało na wszystkie strony, toteż trochę trudności nastręczało utrzymanie równowagi na zagraconym pokładzie, ale nie przeszkadzało to w czynnym braniu udziału w walce. Oręż był co prawda trochę nieporęczny i ciężki, walczyło się nim inaczej niż rapierem, do którego przywykła castillianka, ale główną jej bronią nie było przecież ostrze, lecz wierzchowiec, trenowany niegdyś jako zwierzę bojowe. Podstawą takiego treningu było zastąpienie strachu i instynktu zwierzęcia - zaufaniem do jeźdźca. Wtedy mógł skakać na jego dyktando nawet przez płomienie. Albo... jak dowiadywali się szybko piraci, rozdawać kopniaki, obracać się z nagła, roztrącając napastników i wierzgać na ruchomym pokładzie. Koncentrację bojową zaburzył dopiero wybuch na sąsiednim statku - zresztą chyba wszyscy znieruchomieli na sekundę - co dało szansę jakiemuś jednookiemu drabowi na oddanie czystego strzału. Biodro zapiekło ogniście, ale szczęściem kula tylko przeorała je lekko, nie czyniąc większych szkód. Dziewczyna uznała jakowoż, że już wystarczająco się nawalczyła i wycofała konia prędko z tłumu w stronę nadburcia. Tam też, gdzieś z dołu usłyszała wołanie o człowieku za burtą. Szybko znalazła jakąś linę, obwiązała jeden koniec na kuli przedniego łęku siodła i rzuciła topielcowi zwój. Wyciągała nieszczęśnika w paru podejściach, ponieważ co rusz musiała odpierać atak jakiegoś nadgorliwego agresora, przez co klacz kręciła się, cofała i stawała dęba. Osoba uczepiona na drugim końcu liny przejechała więc ze trzy razy w górę i w dół, póki siła końskich mięśni nie wciągnęła jej na pokład.

***
Tętniącą kakofonią dźwięków bitwę zastąpił marazm tak zwanego zwycięstwa. Bo co to za triumf, skoro wszędzie jęczą ranni, a statek zastanawia się czy już iść na dno, czy może jeszcze trochę poczekać. Beatriz bez skrupułów ograbiła parę pirackich trupów z pierścieni i łańcuchów, oraz przywłaszczyła sobie dwa pistolety, które zatknęła za skórzany pas (także zdobyczny i wcale nie pasujący do stroju). Jeśli coś czyniło jej widok groźniejszym, to nie nowa broń, ale rozdrażniona mina, którą odstraszała wszelkich potencjalnych rozmówców.

Cisza z którą przychodziła po zmarłych śmierć, była odrętwiająca i przytłaczająca. Coraz mniej osób głośno okazywało ból, jakby w obawie, że kostucha usłyszy i wyciągnie po nich swoje palce. Castillianka obwiązywała swoje draśnięcie bardzo starannie, kawałkiem materiału wydobytym z wora i czynność pochłonęła ją do tego stopnia, że jej uwagę zwróciło dopiero poruszenie na pokładzie. Ponoć jakaś nawigatorka wypatrzyła statek.

Nazwa ta nie przystawała do kolosa, który przesuwał się w ich stronę po fali. Pasowało bardziej określenie “okręt widmo” bo nie było na nim ani śladu załogi, prócz upiornej panny młodej przy sterze, która początkowo sprawiała wrażenie, jakby zamordowano ją właśnie w tej pozie. Dopiero po zbliżeniu się liniowca Beatriz dostrzegła więcej szczegółów.
- Żadnych więcej statków, Lusita, pamiętasz? - mruknęła cicho do klaczy.

***
Stała na pokładzie Elizabeth. Czuła się tu jeszcze niższa niż zwykle, ale obiecywała sobie (ponownie), że to ostatnia łajba jaką płynie, i to prosto na ląd. Pani kapitan sprawiała wrażenie bardzo ważnej persony nie tylko na statku, ale w ogóle. Tyle przynajmniej dostrzegło oko czarnulki, odzwyczajone już nieco od widoku szlachetnie urodzonych, ale wciąż wprawne.
- Jestem Beatriz Alvarez - oznajmiła szybko - A tam na tamtym pokładzie stoi Lusita. Prosiłabym o pomoc w ustawieniu trapu, mamy kilku rannych.

Udało namówić się paru mężczyzn do pomocy z ciężką kładką i dziewczyna dość szybko znalazła się z powrotem na pływającym wraku. Nie zajęła się jednak ocalałymi poszkodowanymi; kopyta końskie zadudniły o drewno i siwy andalański rumak wspiął się, korzystając z poprzecznych żeberek przybitych do trapu, na wyższy pokład.
- Dziękujemy, Señorita, za niewątpliwy ratunek. Mam jednak nadzieję, że nasze losy będą się splatać tylko do momentu zejścia na ląd, bo w tamtą stronę chyba płynie ta jednostka?

Zapytana o zajęcie się owymi rannymi, którym tak paliła się pomóc, wzruszyła tylko ramionami.
- Właśnie zmarli.
 
__________________
Wszechświat stworzony jest z opowieści. Nie z atomów.

Ostatnio edytowane przez szarotka : 30-11-2010 o 20:38. Powód: poprawione kilka wypowiedzi
szarotka jest offline  
Stary 30-11-2010, 12:22   #4
 
Witch Elf's Avatar
 
Reputacja: 1 Witch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znanyWitch Elf wkrótce będzie znany
Na statku bunt, nad nami mew zawieja
Od wczoraj za dublonów złotych garść
Dwóch niegodziwców ciężko zwisa z rei
Za mało - wieszać czterech to w sam raz

Wiatr, wiatr, wiatr łapcie w żagle
Choć sztorm i wróg na statek nasz czyha
Szczęście to mit - stworzyliśmy go sami
.................. bandera nad nami

Wtem fali cios zdruzgotał statek strasznie
Pamięta dobrze kto przeżył ten dzień
Za burtę rzućcie, co wam krwią zapachnie
I wiedzcie, że to nie najwyższa z cen...


Spojrzała na banderę odchyloną w stronę rufy i pociagnęła głęboki łyk z butelki. Najdalej jutro osiagną wyznaczony kurs dla statków handlowych. Wszystko szło zgodnie z planem. Cisnęła pustą butelką za burtę wsłuchując się w szantę i uśmiechnęła szeroko.
Obróciła się w stronę pokładu obserwując dobrze bawiących się żeglarzy. Statkiem zakołysało gwałtownie co przyjęła ze szczerym śmiechem. Odzyskała równowagę i zdjęła podkute buty ciskając nimi w najbliższego towarzysza. Najwyraźniej zadowolony z faktu oberwania solidnym obcasem objął je przyciskając do piersi. Nie padało. Bezchmurne niebo wrózyło nadzwyczaj dobrze. Zresztą teraz stykało się z linią morskiego bezmiaru. Gwiazdy były wszędzie. W takich chwilach czuła się absolutnie wolna i nie brakowało jej niczego... prawie.
Zapiła szybko niewygodną myśl dziękując tym słodkim niebiosom za resztki rozsądku w marynarskich łbach. Po chwili podkasała piękną suknię i stając na jednej ze skrzyń błyskała zgrabnymi łydkami w tańcu. Kolorowa materia obracała się wokół osi bioder gdy cały świat wirował wraz z nią. Niedbale związany koński ogon rozplótł się uwalniając miękką czerń długich włosów. Stuknęła mocniej piętą w deski i zaczeła wirować szybciej ukazując uda. Tańczyła do muzyki wydobywającej się z gardeł, oklasków, do dźwięków rozpruwanej pędem wody, do głebokiego westchnięcia żagli...

- No i na co się gapicie obesrańce!- warknął pierwszy oficer rozchylając ramiona, w które po chwili wpadła kobieta utraciwszy równowagę.
Przycisnął mocno wsuwając przedramię pod jej kolana. Znał scenariusz. Ruszył pod pokład kopiąc po drodze zabłąkany kufel. Na tym etapie naczynie nie było juz potrzebne. Ci, którym wolno było teraz pić pokładali się przy wytoczonych beczkach pijąc wprost z rozszczelnionych otworów nadstawiając jedynie gęby. Co wrażliwszy splatał dłonie pijąc z nich w bardziej cywilizowany sposób. Wiedział, że im się należy. Zresztą był ostatnim, który podważyłby decyzję Kapitana. Umknęli wrogiej jednostce ...
Oficer otworzył drzwi do jej kajuty mocniejszym kopnięciem. Ułożył na łóżku i kiedy miał odejśc poczuł szarpnięcie od strony pasa. Kobiece palce zaciskały się na nim. Powiedziała coś niewyraźnie ale musiało to brzmieć zachęcająco na tyle, że mężczyzna po chwili zrzucił koszulę i zawisł nad nią rozwiązując gorset...

****************************
Kiedy rum zaszumi w głowie,
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści.

Kto chce, ten niechaj słucha,
Kto nie chce, niech nie słucha,
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści.

Hej, ha! Kolejkę nalej!
Hej, ha! Kielichy wznieśmy!
To zrobi doskonale
Morskim opowieściom.

Łajba to jest morski statek,
Sztorm to wiatr co dmucha z gestem,
Cierpi kraj na niedostatek
Morskich opowieści...


Woda zdecydowanie zakrzywia percepcję. Jeśli jesteś pod jej powierzchnią robi to w szczególny sposób. Większość rzeczy traci na znaczeniu. Pragnie się jedynie wynieść własne życie. Choćby w cholernych zębach, czołgając.

- Kur.....a - nabierała łapczywie powietrza- Ch..o..l..rny, Człowiek za burtą! - wrzasnęła z nadzieją, że ktokolwiek usłyszy choćby to ostatnie.
Rzucona lina skłaniała to refleksji, że jednak jacys bogowie istnieją. Uczepiła sie jej kurczowo, choć po chwili znów była pod wodą. Ktokolwiek umyślił sobie jej ratunek musiał sie rozmyślać conajmniej trzy razy. Stanęła na pokładzie, na którym panował zupełny chaos. Wykasłała wodę i chyba znaczną część wnętrzności. Ogarnęła sytuację, wyburczała jakąs odpowiedź i jękneła cicho w duchu...

******************************
Wprawne oko szybko dostrzegło zbliżający sie okręt a wkrótce i jego osobliwą Kapitanę. Zdecydowanie można było uznać go za godziwy środek transportu biorąc pod uwagę, że "tratwa " na której właśnie stała nie odpłynie za daleko. Jeśli, to w stronę dna.
Przedstawiła się szybko, zlustrowała właścicielkę Elizabeth i "kawalerzystkę" przyglądając się z zaciekawieniem jak wygląda "koń morski". Przystanęła nieopodal trapu wyżymając suknię oglądając wchodzących na pokład.
 

Ostatnio edytowane przez Witch Elf : 30-11-2010 o 18:35.
Witch Elf jest offline  
Stary 30-11-2010, 19:09   #5
 
Sinka's Avatar
 
Reputacja: 1 Sinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znanySinka wkrótce będzie znany
Fuier, ostatni przystanek na kontynencie. Niewielkie miasto, położone na wybrzeżu. Na spokojnych uliczkach z rzadka dostrzec można zaprzężoną w cztery konie, bogato zdobioną kolasę, częściej leniwie toczącą swe koła elegancką bryczkę - zwykle wiozącą dwójkę, czy trójkę szlachetnie urodzonych podlotków na poranny spacer po parku. Niekiedy trzeba zejść z drogi jeźdźcowi w galopie; trudno jednak wpaść na kogoś, trudno zniknąć w tłumie. Choć ulice nie wyludniają się z nadejściem nocy - w Montaigne nigdy się nie wyludniają - panujący tu spokój niezauważalnie wpływa na wszystko, co dzieje się po zmroku.
Przy tym krajobrazie prowincjonalnego miasta port jawił się Ingrid niczym zupełnie inny świat. Tętniący życiem, barwny, wielojęzyczny... i najeżony masztami, jak najeżone świerkami są zachodnie stoki Drachenbergen. Ludzie ze wszystkich stron świata, zmierzający we wszystkich możliwych kierunkach; płachty potężnych żagli, łopoczące na horyzoncie, gdy kolejne okręty odpływają lub właśnie zawijają do nabrzeża. Choć miała świadomość, że istnieją dużo większe porty, ten był największym, jaki dotychczas widziała. A mimo to - znalezienie statku, który płynąłby do Avalonu, nie należało do łatwych zadań.

***

Ingrid z oddali mogłaby uchodzić za młodzieńca; wysokiego, ubranego w podróżny kaftan Eisenczyka. Dopiero z bliska było widać, że jej jasne włosy nie są krótkie, lecz upięte z tyłu głowy; z bliska było też widać, co nosi na plecach - a co najpewniej jest powodem, że przynajmniej niektórzy ustępują z jej drogi. Owinięty porządnym, mocnym materiałem dwuręczny miecz był niemal tak wysoki, jak ona - wystająca zza pleców rękojeść sięgała czubka jasnowłosej głowy.
Mało kto chyba zdawał sobie sprawę z tego, jak trudno byłoby go dobyć w niespodziewanym starciu. Ingrid doskonale wiedziała - dlatego od czasu do czasu poprawiała zatknięty za skórzanym pasem pistolet. Już kilka razy musiała wyjąć go na postrach; na straszeniu się, na szczęście, kończyło. Nie bała się - tak przynajmniej mogło się wydawać łachudrom, w których celowała. A naprawdę?
“To nieprawda, że my, Eisenczycy, niczego się nie boimy. Znamy strach tak dobrze, jak wszyscy inni. Trudno go nie znać, jeśli choć raz w życiu widziało się Schwartzen Walden, jeśli chociaż przez jeden dzień mieszkało się w pobliżu Südlache. Trudno go nie znać, gdy pochodzi się ze zrujnowanego wojną Eisen” - myślała poprzedniego wieczoru, trzymając pistolet w wyciągniętej przed siebie ręce. Pijany marynarz, który próbował ograbić wędrującą portowymi uliczkami samotną sylwetkę, właśnie brał nogi za pas. “Strach po prostu nie ma nad nami władzy”.

***

Już kilku różnych kapitanów odprawiło ją z niczym. Nie, żaden okręt nie odpływa w stronę Avalonu. Ale niech mademoiselle popyta przy ostatnich nabrzeżach. Tam czasem... Pardon? Nie, nikogo takiego nie przewoziłem ostatnimi czasy. Oui, jestem pewien. Te same słowa, te same odpowiedzi u każdego, kogo z dumie uniesioną głową i poważnym spojrzeniem zagadywała. Łajby rybackie, kupieckie statki, ogromne liniowce - nic. Dopiero przy ostatnim nabrzeżu szczęście uśmiechnęło się do Ingrid, choć nie w taki sposób, jak sobie wyobrażała. Tak, czy inaczej, znalazła statek. Nawet jeśli budził wątpliwości.
Na maszcie powiewała bandera Montaigne, a wielkość okrętu, potężne baterie dział i groźnie brzmiąca nazwa - “Pirania” - budziły nieprzyjemne skojarzenia z okrętem wojennym. Czy miała jednak inne wyjście? Zapłaciła za miejsce na pokładzie ostatnimi pieniędzmi, jakie jej zostały; wciąż schowane w małej sakiewce trzymała dwa pierścienie i broszę, które matka wcisnęła w jej dłonie, gdy już odjeżdżała. Należały jeszcze do prababki rodu Eiche i Ingrid musiałaby bardzo nisko upaść, by je sprzedać.

***

Eisenka opierała się o nadburcie. Wzrok utkwiony miała w morzu. Przejrzyste niebo trochę tylko ciemniejsze było od jej oczu; pojedyncze chmury płynęły spokojnie niczym powolne, załadowane po brzegi okręty kupieckie, a na ich tle niekiedy pojawiały się i znikały czarne punkty krążących nad wodą ptaków. Czasem zdawało jej się, że na horyzoncie pojawił się jakiś statek, który szybko znikał, odpływając w swoją stronę - lub może był jedynie przywidzeniem. Zastanawiała się, jak ślepa może być szansa, że tego, kogo szuka, odnajdzie właśnie w Avalonie. Jak bardzo zdaje się na przypadek? Czy większą może mieć nadzieję w Avalonie niż... chociażby pytając współpasażerów.
“Co właściwie mam do stracenia?” - przemknęło jej przez myśli. Już ruszała w stronę młodej, ubranej po chłopsku castillianki i jej siwego rumaka, gdy na horyzoncie pojawił się okręt. Eisenka zatrzymała się, podziwiając przez chwilę smukłą sylwetkę przecinającą fale; co się dzieje, zrozumiała dopiero, gdy w powietrze wzniósł się gwałtowny okrzyk kapitana. Zapadłą po nim sekundę ciszy rozdarł huk armat; trzask pękającego drewna i bolesne okrzyki ranionych marynarzy jakby przywróciły bieg czasu.
Dudnienie dział wyrwało Ingrid z osłupienia; znała ten dźwięk aż za dobrze. Często słyszała go w pobliżu rodzinnego domu. Niekiedy nawet tuż nad głową. Starając się uniknąć fruwających w powietrzu kawałków drewna, ruszyła ostrożnie do kajuty po zweihander. Gdy wyszła, dzierżąc broń w dłoniach, piraci wdarli się już na pokład. To nie były przeciętne rzezimieszki. Wielki, wykuty z dracheneisen flamberg nie robił na nich wrażenia.
Ingrid szybko się przekonała, jak trudno walczyć oburękiem na statku. Ostrze co chwilę o coś zawadzało; raz nawet szarpnęła, a ono przecięło jakąś linę. Kobieta z obawą zerknęła do góry, by upewnić się, że żaden maszt czy żagiel nie spadnie jej na głowę. Od razu jednak dotarło do niej, że we wszechobecnym chaosie pojedyncza lina nie ma większego znaczenia; co miało zostać zniszczone - już zostało.
Z trudem broniła się przed nadciągającymi piratami. Sposób, w jaki walczyła daleki był od udzielanych jej niegdyś lekcji. “Stary Johann zapewne nazwałby to techniką rozpaczliwą”, przemknęło jej przez myśl. Jakoś, może trochę przypadkiem, udawało się odeprzeć kolejne ciosy, aż utworzył się wokół niej krąg wolnej przestrzeni. Wykorzystała moment - poprawiła chwyt na rękojeści, przenosząc lewą rękę na podkrzyże i zamachnęła się z całej siły na nabiegającego przeciwnika.
Poczuła, jak ostrze w coś uderza; ku jej zdziwieniu wróg osunął się bez życia na pokład. Osłupiałe spojrzenie Ingrid utkwiło w połyskującej klindze, teraz przyozdobionej szkarłatem. Spoglądała na miecz, niczym zahipnotyzowana, nie zauważając niczego, co dzieje się wokół. Otrzeźwił ją dopiero piekący ból w ramieniu. Odwróciła się do dzierżącego kordelas napastnika i bez wahania natarła, tym razem trzymając zweihander niczym włócznię.

***

Ingrid była jedną z pierwszych osób, które weszły na pokład ogromnego liniowca. Nie poszła odłożyć miecza - wniosła go ze sobą i oparła o deski pokładu tuż obok miejsca, w którym przystanęła. Wielkość okrętu ją przytłaczała; maszty przypominały najstarsze drzewa, jakie widywała w lasach Eisen, a żagle... dobrze, że te największe były zwinięte. W porównaniu z majestatem statku, jego kapitan, choć na pewno szlachetnie urodzona, wydała się Eisence drobna; niemal nierzeczywista w swoim ślubnym stroju. Niczym zjawa.
Wreszcie przyszła pora przedstawiania się.
- Nazywam się Ingrid Oliver Eiche - krótko skinęła głową w stronę Leili. Jej monteński był brzydki; kaleczyła skądinąd przyjemny dla ucha język twardą, Eisenską wymową. - Dziękuję, Herrin Wornsmith, za miejsce na pokładzie i mam szczerą nadzieję, że płyniemy w stronę Avalonu.
 

Ostatnio edytowane przez Sinka : 30-11-2010 o 19:22. Powód: Literówki.
Sinka jest offline  
Stary 30-11-2010, 21:02   #6
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 1 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Kajuta była największa na Piranii, właściwie jedyna i Kapitan był nieco niezadowolony, że musiał ją Rosalindzie odstąpić. Jednak to nie niezadowolenie Kapitana, a dziwny rozkaz Królowej był tym, co spędzało Rosalindzie sen z powiek i nie pozwalało relaksować się miłą podróżą morską. Dziewczyna wyciągneła przed siebie długie nogi, odziane w wysokie buty rozsiadła się wygodnie – na ile to było możliwe w takiej klitce – i zamyśliła się.

Zdarzało się jej już służyć za posłańca. Było oczywiste, że sekretne rozkazy bezpieczniejsze były w zakamarkach jej pamięci niż na pergaminowej karcie. Ta jednak wiadomość.. Rosalinda przepowiedziała sobie ją jeszcze raz w myśli, szukając ukrytych znaczeń … nie zawierała niczego. Niczego istotnego, zwykłe plotki. Oczywiście, mógł to być szyfr, ale mimo wszystko.. poczuła się, w jakiś sposób niedoceniona.

Poza tym… nie był to dobry czas na opuszczanie dworu. Pozycja powiernicy Królowej, którą sobie wywalczyła, nie została jej dana raz na zawsze. Wymagała stałego zachodu, troski, czasem eliminacji przeciwniczek z użyciem różnych dostępnych środków. Oczywiście, grono protektorów które otaczało Rosalindę było w stanie pomóc w utrzymaniu jej pozycji ( w podzięce za jej przychylność, pomoc w różnych sprawach, a czasem po prostu oszołomione jej urodą i względami, które okazywała), nawet w czasie jej nieobecności. Ale - nie wiecznie, na Boga! Kobieta z jej pozycją – tak wysoką, a jednocześnie tak chwiejną – musiała stale trzymać rękę na pulsie aby dbać o interesy swoje.. i swoich przyjaciół.

Silny wstrząs wyrwał ją z zadumy. Kilka sekund zajęło jej dostanie się na pokład, wpadła jak burza, uchyliła się przed nacierającym piratem, lekkie pchnięcie jego rozpędzonego ciało spowodowało, że rozciągnął się na wznak na pokładzie. Przyskoczyła do niego zanim zdążył wstać i wbiła obcas wysokiego buta w miejsce, które przysparzać może mężczyźnie równie wiele rozkoszy, co bólu. Pirat zawył i zwinął się na deskach, Rosalinda wytraciła mu rapier, podniosła go i sieknęła mu przez twarz. Jej ładne, pełne usta rozchyliły się nieco i wykrzywił je okrutny grymas, dziwnie nie pasujący do łagodności w olbrzymich oczach. Odrzuciła na bok spódnicę – żałując nieco, tak dobra wełnę trudno było zdobyć, nawet na królewskim dworze – i skoczyła w stronę pozostałych piratów.

Ktoś zadziwił by się może jej zaciętością, wyglądało nawet na, że to Rosalinda prowadzi abordaż, a nie odpiera atak. Element zaskoczenia – w połączeniu z wrodzonym talentem i gruntownym wyszkoleniem – szybko zapewnił jej przewagę. Ostatni z piratów nie próbował już nawet wałczyć, ale i tak go dopadła. Uważny obserwator mógłby nawet dostrzec w jej twarzy coś na kształt ekscytacji. Ale nikt nie miał czasu na przyglądanie się dziewczynie.

Kolejni piraci wyrzucani byli za burtę, a ranni dogorywali po kątach. Rosalinda odnalazła swoja spódnicę wciśniętą miedzy zwój lin. Otrzepała ją pośpiesznie stwierdzając z radością, że jest w znakomitym stanie. Nie kłopocząc się wracaniem do kajuty na powrót ja włożyła. Poprawiła przypiętą wysoko na udzie kaburę ze sztyletem i zakryła ją spódnicą. Kubrak wydał się jej nieco za luźny, ściągnęła go zobaczyła równe cięcie przez plecy. Koszula pod nim również był przecięta, ale ostrze wytraciło impet przy skórze, zostawiając tylko ledwie wyczuwalna palcami cienką, płytką rysę na plecach.

I wtedy go dostrzegła. Był olbrzymi, większy niż Rosalinda – pływająca przecież sporo z gustującą w morskich podróżach Królową – kiedykolwiek widziała. Zbliżał się powoli, w końcu zobaczyli stojącą przy sterze kobietę.

- Prawy sztak ... cholera. George! Przetnij tamtą linę po prawej. Szybko.

- Bóg... ktoś jednak nad nami czuwa – pomyślała Rosalinda i coś zalśniło w jej oczach. Uważny obserwator dostrzegłby, że jedna źrenica była szara, a druga niebieska. Wróciła do swojej kajuty, a raczej tego, co z niej zostało. Spakowała kilka ocalałych rzeczy do podróżnej sakwy i chwile potem znalazła się na pokładzie okrętu.

- Jestem Leila Wornsmith z Królestwa Reilan. Witam na pokładzie Elizabeth.

Leila Wornsmith! – jej nazwisko było znane na dworze - Czy ona nie powinna właśnie obdarzać swoimi wdziękami hana Azbura?- zastanowiła się Rosalinda – Cóż, może to tylko plotki… - popatrzyła na koronkowy gorset, przypominający górę od ślubnej sukni – a może i nie.

Rosalinda pochyliła się w ukłonie, medalion na jej piersiach zalśnił w rozcięciu opiętej, jedwabnej koszuli – Rosalina de Vilon, z dworu Królowej Teresy.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline  
Stary 01-12-2010, 00:56   #7
 
Bracchus's Avatar
 
Reputacja: 1 Bracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znanyBracchus wkrótce będzie znany
Podróż była prawdziwą męką. Nigdy jeszcze nie przebywał na pokładzie okrętu bujającego się na falach morskich.
Szkuty rzeczne w jego rodzinnych stronach miały się do Piranii jak szprotka do rekina. Nie żeby widział kiedykolwiek króla wodnych otchłani, ale...
Zaraz po wypłynięciu z portu znalazł odpowiednie miejsce. Usiadł tuż przy burcie układając obok swoje bagaże. Miecz położył na kolanach, głaskał go delikatnie dłonią w pancernej rękawicy. Zmrużył lekko błękitne oczy spoglądając na pracujących marynarzy, na przechadzających się pasażerów. Wiatr raz za razem rozwiewał długie, siwe włosy. Tylko te ruchome pasma i nieśpieszny dotyk palców na ostrzu odróżniały go od posągu. Dopiero po dłuższej chwili wyciągnął z sakwy niewielki, naznaczony ogniem portret. Kobieta i dwójka dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Przymknął oczy, zapadając w płytki sen.

Spytałaś czy już wiem
jak cierpki zapach ma
Twej obietnicy ton
i łzy w talerzu na stole

Szepnąłem, że od dnia
kiedy znalazłaś mnie
żal mi tych wszystkich dróg
wiodących tylko spowrotem

Kolejny raz jak pierwszy raz

A nad miastami ciepły mrok
opuszczał ze zmęczenia wzrok
A nad dachami miękki cień
do powiek cicho kleił się


Nieświadomie układał wargi w niemą piosenkę. Tą, która tak podobała się Evie...
Kiedy stanął przed nim jeden z marynarzy, spojrzał prosto w matowe oczy potężnego wojownika. Żeglarz przełknął ślinę, odezwał się w końcu.
- Piękna pogoda, nie sądzisz panie?
- Piękna pogoda była tylko zimą na wzgórzach Tannen. - pierwsze słowa, jakie usłyszał z ust Eisenczyka były zarazem ostatnimi, jakie usłyszał w ogóle. Chwilę później kula armatnia urwała mu głowę.



Myślenie jest ostatnią rzeczą jaka pomaga podczas bitwy. Czekaj, reaguj, zabijaj.
Proste zasady, wpajane mu jeszcze przez ojca stały się solidnym fundamentem dla nauk, które przyjął w akademii a później szlifował w ogniu walki.
Wrzeszczący ludzie, huk wystrzałów, szczęk oręża. Widział już to wszystko, przyzwyczaił się. Nie przerażał go widok krwi i wnętrzności wylewających się na pokład. Wykorzystywał każdą możliwą przewagę. Beczki, podesty i powalone maszty świetnie służyły jako osłona przed większą ilością przeciwników. Wciągał piratów na śliskie od posoki i jelit deski. Byli łatwą zwierzyną dla eiseńskiej stali. Rozejrzał się szybko dookoła wyciągając klingę z trzewi kolejnego przeciwnika. Który to już był? Trzeci? Może czwarty? Nie miało to najmniejszego znaczenia. Chaos pola bitwy nie zmienił go w ogóle. Zaciśnięte mocno wargi, zmrużone powieki, kamienna maska zamiast twarzy. Przestępując nad poległymi ruszył w stronę ryczącego wściekle giganta, rozłupującego właśnie czaszkę jednemu z marynarzy Piranii.



Czas pomiędzy końcem bitwy a pojawieniem się Elisabeth spędził na doglądaniu rannych. Zabawnym zdało mu się, że lekkie rany odnieśli tylko pasażerowie. Załoga nie miała tego szczęścia. Nie odzywał się w ogóle. Bo i po co? Po walce z bosmanem czuł się jak niedoszły szubienicznik. Nie było sensu straszyć charczącym głosem tych, którzy przeżyli.
Obserwował jednak uważnie ich wszystkich. Kobieta, która na statku walczy konno musiała być szalona. Nic poza szaleństwem jej nie tłumaczyło. Z drugiej strony - żyła. A to usprawiedliwiało wszystko. Młoda Eisenka sprawiała wrażenie największej szczęściary, jaką widział w życiu. Z resztą... Fakt, że istnym łutem fortuny nie nadział się na jej rożen świadczył, że Eisen jest krajem oblubieńców losu. Mężczyznę wziął zrazu za fircyka, ale musiał przyznać (oczywiście nie na głos), że gdyby nie on wszyscy staliby się pożywieniem dla ryb. Od wybuchu prawie ogłuchł, ale był w stanie mu to wybaczyć. Natomiast pasażerka na gapę budziła w nim mieszane odczucia. Na pewno była szlachcianką. A co innego mogła robić szlachcianka na statku pirackim poza waleniem w zamknięte drzwi kajuty i wysłuchiwaniem niewybrednych komentarzy morskich zbójów? Nie podobały mu się jednak uważne spojrzenia, którymi obdarzała wszystkich prawie-rozbitków. Po chwili jednak zaśmiał się w duchu. Czyż on nie patrzył na nich w ten sam sposób?

Pojawienie się liniowca nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Jeszcze większy, pływający powód do chorowania. Raz już to dziś przechodził i starczy.

- Jestem Leila Wornsmith z Królestwa Reilan. Witam na pokładzie Elizabeth.

Jej imię nic mu nie mówiło. Ale ktoś, kto dowodzi jednym majtkiem na tak ogromnym okręcie i dodatkowo robi to w resztkach czegoś, co przy dobrych wiatrach (jak mówili marynarze na Piranii) można było nazwać suknią ślubną, musi być równie szalony jak kobieta z koniem.

- Kurt Bachmaier, z Eisen. Mam nadzieję pani, że to będzie ostatni okręt prowadzący nas na ląd. - żart chyba nie wyszedł mu zbyt dobrze. Szczególnie, że wypowiedziany został głosem wypranym z emocji, zachrypniętym. A przecież opuchlizna po duszeniu zeszła już na dobre...
 
Bracchus jest offline  
Stary 01-12-2010, 02:14   #8
 
Orian's Avatar
 
Reputacja: 1 Orian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znanyOrian wkrótce będzie znany
Z długim, cienkim cygarem w ustach kreślił w notesie. Mesa oficerska miała okazję sporo dowiedzieć się o nowym pomyśle na sztuczne ognie.
- Do wewnętrznego ładunku nieco ilinium. To da białe światło pierwszego wybuchu. Na obrzeżach metalowe kostki nurzane w wimerycie. Czerwone komety. Tylko jak je utrzymać w jednej płaszczyźnie. Hmmm, drobny żwirek? I dopełnienie błotem. Może lepiej żelatyną.
Rysunek został podpisany tytułem "Krąg komet". Rysownik wyprostował się i oparł o ścianę. Z ubioru szlachcic. Z dobrego rodu. Z twarzy monteńczyk o brązowych oczach. Jednak związane w koński ogon jasne włosy przywodziły na myśl północ. I to daleką. Podobnie zarost, równo przystrzyżony i okalający sympatycznie wykrojone usta. Nader skore do uśmiechu i rozmowy. Solidnie zbudowany. Gdy się poruszał przypominał zwolnioną z zaczepów sprężynę. Jakby za chwilę miał ruszyć w tan. Lub gdzieś pobiec. Niewielka blizna nad prawą brwią to były wszystkie znaki szczególne. Za to na dłoniach trudno byłoby zliczyć drobne blizny i ślady zgojonych poparzeń.
Słońce wpadające przez bulaje wyrysowało na stole literę "V". Z ust siedzącego popłynął potok finezyjnych złorzeczeń. Zakończony westchnieniem i imieniem. Veronique. Tak niewiele było kobiet, które trudniej mu było opuścić niż uwieść. Od kilku dobrych lat ona była pierwsza. To oczywiste, że szlachcianka nie wybiera sobie męża. Wybiera go ród. Wszak koligacje są siłą rodu największa. Ale żeby takiego capa? W dzień przygotowywał jej wesele, a nocami... dotrzymywał jej towarzystwa. Urzekające było, ze znając swoje przeznaczenie miała w sobie tyle radości życia. I tak chętnie się nią dzieliła. Odwdzięczył się jak umiał. Pod orszakiem starszawego pana młodego zawalił się most. I ślub się nie odbył. Odebrał od jej ojca połowę umówionej zapłaty i ruszył w swoją drogę. Powinien ją zapomnieć jak poprzednie, a ona wciąż uparcie i niespodzianie pojawiała się w niesfornych myślach.
Metr od niego ściana mesy wpadła do środka. Drgnął nerwowo. Nie lubił gdy coś wybuchało niespodzianie. Wrzucił notes za pazuchę, porwał podręczny pakunek i pobiegł w kierunku schodni. Stanął tylko by zapalić cygaro. Póki wstrząsy targały statkiem stał w wyjściu na pokład. Tu od wrogich kul ochraniało go najwięcej solidnych elementów okrętu. Niespodziewanie profitowały godziny nad planami konstrukcyjnymi avalońskiego "Zdobywcy mórz". Zakończone zmienieniem go w "Zdobywcę morskiego dna". Po licznych salwach napastników wystrzeliły działa ich okrętu, dość rachitycznie. I armaty ustąpiły mniejszemu kalibrowi. Oraz krzykom i szczękowi oręża. Ledwie wychylił się z zejściówki i już musiał zanurkować pod poziomo tnący kordelas. Przedłużył ruch waląc pirata głową w dołek. Poprawił tyłem swojej, unoszącej się, głowy w szczękę. Kolejnego poczęstował kulą z pistoletu. Odrzucił broń i przywłaszczył sobie pistolet powalonego. Na pokładzie szalał chaos. W postaci eiseńskiego szermierza z charakterystyczną rękawicą. Kobiety zaczepiającej dwurecznym mieczem o wszystko czego tylko zdołała dosięgnąć. Wariatki na pokładzie okrętu walczącej z konia, czy raczej koniem. Oraz poznanej na królewskim dworze, przy okazji którejś z rocznic uświetnianej jego pokazem ogni sztucznych, Rosalindy de Villon. Krążyły plotki, że dwakroć więcej siebie wkłada w zabijanie niż w uprawianie miłości. Z tego co widział, nawet jeśli było to prawdą, to warto byłoby jej spróbować w łożu. Albo gdziekolwiek. Niestety, mimo całej ich sprawności byli tylko detalistami. A to mogło nie wystarczyć, bo załoga "Piranii" nie miała szans dotrzymać pola piratom. Sięgnął do torby, wyjął drewniany cylinder i ruszył biegiem. Przewinął się pod kordem tnącym z tercji. Piruetem po plecach jednego z napastników uniknął pchnięcia. Potoczył przy nogach wymachującej zweihanderem dziewoi. I już był przy burcie. Strzelił w brzuch jednemu obdartusowi. Chwycił pistolet za lufę i drugiego poczęstował okutą rękojeścią w niekompletny, drapieżny uśmiech.
Tam. Dolny pokład działowy. Jeśli gdzieś składano przed bitwą obszyte płótnem ładunki armat, to tam. Stanął na relingu. I skoczył. Wylądował stopami na pokrywie ambrazury jednego z dolnych dział. Wolną ręką chwycił krawędź wyższej furty działowej. Zaciągnął się cygarem i przytknął jego koniec do lontu wystającego z drewnianego cylindra. Rzucił w dziurę wybitą przez kulę "Piranii". W takich chwilach czas zawsze dla niego zwalniał. Z fascynacją obserwował więc jak ładunek koziołkując niknie w w czerni. Sześć sekund to nie jest dużo. Zwłaszcza na ucieczkę. Jeden skok na sąsiednią klapę. I drugi. No proszę, znowu był w mesie. Trzy prędkie kroki i na ziemię z szeroko otwartymi ustami. Światem targnęło porządnie. Najwyraźniej napastnicy byli gotowi na dłuższy ostrzał. I ładunków na pokładzie działowym nie brakowało. Fatalnie zapobiegliwi piraci. Sześć sekund to jednak za mało. Przynajmniej na takie okoliczności. To mu uświadomiły dobitnie, najeżone kawałkami drewna, plecy. Podniósł się, upewnił, że potrafi trzymać pion i wyjrzał. Nadzieje, że zdążył część napastników zatrzymać na ich własnym statku, teraz już w połowie podwodnym, nie były płonne. Trzeba było sprawdzić co się dzieje na górze. Sięgnął do swojego bagażu. Jeden pistolet za pas. Po jednym w dłonie. Na górę. Niepotrzebnie. Niemal niepotrzebnie. Strzał z pistoletu uderzył w biodro i obalił napastnika, który właśnie ciął przez plecy Rosalindę. Tak zapamiętałą w walce, ze nie darowała nawet uciekającym. Szczęk oręża z dogasających walk nie zdążył się przebić przez dzwonienie w uszach, nim ucichło.

Ten nadpływający okręt był większy niż wszystkie dotąd oglądane. Czyli jakiś półtora tuzina. Gdyby miał pójść na dno, to gdzie by należało rozmieścić ładunki. I jakie. Obróciwszy w głowie ten interesujący problem dostrzegł w końcu dziwnie ubogą załogę. Śpiącą. Wyciągnął zza pasa pistolet i wypalił w morze. Niedługo potem przenosił swoje bagaże na pokład "Elizabeth" i witał dwornym ukłonem obudzoną przez się kobietę. Dziwacznie ubraną jak na marynarza nawet według jego skromnej wiedzy.
- Felicjan de Bourchevaux miła pani kapitan. Gdyby to pani było po drodze rad bym się zabrał, w tak miłym towarzystwie, do Avalonu. Ładny okręt, chętnie przyznam. Na pokładzie można by wydać niezgorszy bal. Ma pani pod ręką orkiestrę i dobrego kucharza?
 

Ostatnio edytowane przez Orian : 01-12-2010 o 11:18.
Orian jest offline  
Stary 01-12-2010, 14:34   #9
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 1 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Uparcie wpatrywał się w morskie fale, próbując za wszelką cenę wmówić sobie, że nie robi mu się od tego niedobrze. Był cholernym wyspiarzem! Co z tego, że na statku był po raz drugi w życiu?

To nie był dobry stan, nie dobre miejsce i takiż czas. Kątem oka widział, jak nieznajoma księżniczka przywiązuje się do koła sterowego. Księżniczka! Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach, na które ponownie zarzucił gruby, długi płaszcz z kapturem. Strach zajrzał mu w oczy. Nawet nie chodziło o tych, których zabił, dziwnych cudzoziemców o dość niezdrowym, jak na jego gust, wyglądzie. Nikt tego nie widział. A zabijanie? To nie było nic przerażającego, już nie. Dwa krótkie pchnięcia wykorzystujące niezdecydowanie. Ciała wyrzucił dopiero na pełnym morzu, pakując je do worków i obciążając kulami armatnimi, które przytargał z pokładu z armatami. Tego najbliższego, bo zdawało się, że ten olbrzym miał ich trzy. Już rozwijanie żagli go zmęczyło, a co mówić o reszcie. Spojrzał w niebo. Jakakolwiek zła pogoda ich zabije, nie było innej możliwości.

A wszystko przez pecha. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć inaczej niż właśnie w ten sposób. Wydawało się, że droga do celu jest już krótka i niezwykle prosta, a tu nagle, cóż, wszystko się posypało.
Zastanawiał się, czy to był jego błąd. Czy zrobił się nieostrożny, a może nagle życie stało się zbyt wygodne i przestawał myśleć nad tym, nad czym powinien? Przypominały mu się jedwabne pończochy Jenice... ah, Janice... Lekko przegniły kwiat lilii na mętnej tafli jeziora...
Parsknął na własne myśli, tłumiąc je i kierując na nieco inne tory. Nie, Jenice nie miała nic do tego. Oczywiście, że wiedziała, ale najwyraźniej nawet to by jej nie powstrzymało, gdyby zaproponował, że uciekną razem. Jeszcze czego! Był jednakże wdzięczny za to, co dla niego zrobiła. To dlatego szybko odganiał wyjątkowo złośliwe myśli.

Zmienił się od tamtego dnia. Och nie, nie stał się kimś natchnionym duchowo, lepszym i szlachetniejszym, choć nieco zmieniły mu się cele i priorytety. Wciąż pozostawał Georgem Wardem, tyle, że nagle się postarzał. Z młodzika, którym najlepiej było mu być wcześniej, stał się mężczyzną znacznie poważniejszym. Zapuścił niewielką, ale równo przyciętą brodę. Znacznie skrócił włosy, nadając sobie odpowiedni wygląd. Zaczął ubierać kolory ciemniejsze od błękitów i bieli, w jakich widywano go na dworach, choć wciąż podobnie dobrze wykonane i skrojone.
To straszne uczucie, oglądać się za siebie co chwilę z uczuciem bycia śledzonym. Dlatego musiał opuścić wyspę, dlatego zaczęło się to wszystko inne.
Ale Reilan?
Wielki galeon z banderą Avalonu?
Uciekająca ze ślubu księżniczka?!
Spojrzał w górę i skrzywił się. Nie był zbyt religijny, ba, w ogóle nie był, ale uważał, że takie pytanie ma sens.
- Nie uważasz, że to trochę za dużo?

Odepchnął się od relingu, nieco chwiejnym krokiem przemierzając pokład. Już kilka razy chciał zadać to proste, konkretne i wydawałoby się: niezbędne pytanie. Czy się obawiał? Skoro kobieta uciekała, to chyba nie była obecnie groźna poprzez swoje koneksje. Odchrząknął, zatrzymując się przy niej, ale wciąż patrząc na horyzont.
- Marynarze może z nas dzielni... - zawahał się raz jeszcze, nie do końca wiedząc, który tytuł obecnie do niej pasował bardziej -...wasza wysokość. Wybaczcie jednakże moją wścibskość, ale czy powinniśmy obawiać się rychłego i zawziętego pościgu?
Teraz dopiero na nią spojrzał, łagodząc wypowiedź szczerym uśmiechem, ujawniającym jego równe, białe zęby.
- Pragnę także podkreślić czystość swojego sumienia, jeśli o Reilan chodzi. Tiurków nie wypada mi liczyć, obawiałem się, że mogę nie mieć innej szansy na wydostania się. Śmiem bezczelnie podejrzewać, że niekoniecznie w tych paskudnych myślach byłem osamotniony.
Chciał wyraźnie powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymał się z trudem. Sugerowanie czegoś księżniczce mogłoby być bardzo niefortunne. Miał nadzieję, że jeszcze będzie okazja, by się przekonać, gdzie płyną. Najbliższy ląd byłby bardzo rozsądny. Gorzej, jeśli Avalon był lądem najbliższym.

***

Musiał przysnąć, gdzieś w kapitańskiej kajucie, w przerwie w grzebaniu w różnych szpargałach. Chyba nawet sobie czegoś łyknął na lepszy humor, ale niewiele. Pokład kiwał się swoim własnym rytmem. Co go obudziło? Brzmiało jak huk wystrzału. Wybiegł na pokład, rozglądając się wokół z nieco zdezorientowaną miną. Zapomniał, że powinien patrzeć także w dół. Rozbitkowie? Oczywiście, potrzebowali załogi, ale był znacznie mniej optymistyczny od swojej obecnej pani kapitan.
Ależ oczywiście, że pomagał.
Och, pewnie, że się uśmiechał.
Ciesząc się, że nie odpiął pięknej szpady od swojego boku. Pozwolił wygadać się innym, choć wiele do powiedzenia nie mieli. Sześć osób i koń. Ocalali z pogromu, pewnie piratów, choć pierwszy raz widział skutek morskiej bitwy. I przecież nie wiedzieli, czy grupa ta była przeciw, czy razem z napastnikami.
Aparycja niektórych była co najmniej dziwna. Zwłaszcza konia. Z ochotą za to pomógł jego właścicielce przetransportować go na wielki galeon.

Potem dopiero skłonił się przepisowo.
- Zdaje się, że pod nieobecność innych stałem się nagle pierwszym oficerem na tym okręcie.
Uśmiech miał przyjazny, niemal radosny. Nie bał się tego, żadne z nowo poznanych nie wydawało się stracić cokolwiek istotnego podczas ataku piratów. Nie było łez, rozpaczy czy innych dziwactw, aż dziwne biorąc pod uwagę ilość kobiet. No i musiał odpowiednio postawić sprawę. Nikt tu nie będzie go traktował jak pospolitego majtka. Potarł sygnet, odruchowym ruchem.
- Jestem George Ward. Mi także miło was widzieć. Wszelka pomoc będzie niezwykle przydatna, zwłaszcza, gdy zerwie się jakiś większy wiatr.
Musiał oszczędnie dobierać swe słowa. Ze swoją niewiedzą na temat statków, żeglowania i wszelkich takich innych nie zamierzał się obnosić. Pokręcił głową w kierunku tej, która przedstawiła się jako Ingrid i wydawała się zdecydowanie najmniej atrakcyjna ze wszystkich zebranych na tym pokładzie kobiet.
- Ja mam szczerą nadzieję, że jednak nie do Avalonu. Nie... jesteśmy pewni do kogo należy statek, na którym obecnie się znajdujemy. Na pewno jest za to bardzo rozpoznawalny i w Avalonie wcale mogliby się nie ucieszyć z naszego widoku na jego pokładzie...
Tak, to było przekonujące. Wszędzie byle nie znów do ojczyzny.
 
Sekal jest offline  
Stary 05-12-2010, 21:02   #10
Eli
 
Eli's Avatar
 
Reputacja: 1 Eli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znanyEli wkrótce będzie znany
Przyglądała się wszystkim i każdemu z osobna z szacunkiem i nieudawaną ciekawością.
- Pani Eiche...to zadziwiające.. ale proszę sobie wyobrazić, że na mojej wyspie przebywa pewien jegomość o tym samym nazwisku. O ile mnie pamięć nie myli został jakiś czas temu wtrącony do lochu...bodajże za kradzież? - pomasowała podbródek - tak, dokładnie...za kradzież.. Doprawdy nie wiem, skąd u naukowca taka potrzeba chciwości i bogactwa..Nie wiem też, co w takim razie stało się z tą dwójką dzieci, którą przywiózł do Reilanu ze sobą. Wiesz pani, coś na ten temat?
Próbowała wziąć czynny udział w rozmowie, ale gonitwa myśli i sztandarowe pytanie „Co dalej?” nie dawały jej spokoju. Lekcje Francessy o tym, jak wysłuchiwać podwładnych, wtedy tak bezużyteczne, teraz okazały się bardzo pomocne. Potakiwała powoli i wpatrywała się ze zrozumieniem prosto w oczy mówiącego zachowując odpowiedni dystans, ale i zawiązując nić przyjaźni. Przed oczami na ułamek sekundy stanął jej ojciec przytulający zapłakanych, cuchnących biedaków, którzy kilka pór deszczowych temu stracili cały swój dobytek. Pomógł im, oddał swoich niewolników i przygarnął gromadkę dzieci pod jedną ze swoich willi. Z drugiej strony pomyślała nagle o sobie...i musiała przyznać, że jej sytuacja niewiele różni się od tamtej. Na pytanie jegomościa, uśmiechnęła się lekko próbując ukryć smutek w swoich zielonych oczach:
- Panie Felicjanie, muszę niestety Waszmościa rozczarować. Nie ma tutaj nikogo poza nami, a więc na bal i sowitą ucztę niestety nie ma szans, chyba że kryje Pan przed nami, jakieś kulinarne lub muzyczne talenty? - popatrzyła na mężczyznę ciepło, a następnie zwróciła się już do wszystkich zatrzymując wzrok na George’u Wardzie - Panie, to mój statek. - powiedziała dobitnie z dziwną zapalczywością w głosie - Przeciwnie do pańskich słów żywię głęboką nadzieję, że reilański, królewski statek zostanie prędko rozpoznany w Avalonie, a siostrzenica królowej Elaine zostanie godnie przyjęta - uniosła dumnie podbródek i dodała - Zapraszam państwa do mesy. - zerknęła jeszcze przelotnie na konia - Pani Beatriz proszę swego przyjaciela zaprowadzić do stajni - wskazała miejsce pod pokładem - a potem wrócić do nas. - Podeszła do Rosalindy i przyjrzała się z ciekawością jej wisiorkowi - Czyżby była pani szermierką Szkoły Donovan? Mój nauczyciel miał identyczny amulet. - towarzysząc kobiecie podążała w stronę wyznaczonego pomieszczenia.

Gdy zasiedli przy stole, królewna uraczyła wszystkich czerwonym winem.Usiadła wygodnie na krześle, spojrzała zamyślona przed siebie i zaczęła opowiadać....

******
Wzgórza wciąż pokryte były mgłą, a wielkie, zielone połacie ziemi nie zdążyły jeszcze odpocząć po obfitych ulewach i chłodach tej deszczowej pory. Zdawało się, że natura ciągle jeszcze opłakiwała dawnego pana i władcę tego lądu - Króla Pedrosa Wspaniałego.

Na jednej z dzikich plaż niewielki oddział tiurków zatrzymał swój statek i powoli wysiadł rozkoszując się morską bryzą. Jakaś małpa zawisła na gałęzi, a pewien człowiek o śniadej skórze ukrył się w krzakach by po chwili wystrzelić z łuku. Strzała świsnęła i przeleciała tuż obok jednego z cudzoziemców, za nią poleciał rój innych, co najmniej podejrzanych pocisków... Owoc granatu spadł i roztrzaskał się tuż przed stąpającym tiurskim oddziałem, strzała z trucizną trafiła w nadgarstek, a kamień rozciął delikatnie policzek kapitana okrętu...
Dzikie plemienne okrzyki opanowały już całą wyspę. Królewna Leila wyglądała przez okno nerwowo masując rękojeść swojego pałasza. Odgłos tykającego castiliańskiego zegara wymierzał jej kroki w swej komnacie - raz, dwa, trzy, raz dwa, trzy, raz, dwa, trzy - Powstanie rozpoczęte...Ten sam śniady młodzieniec wybiegł z krzaków, odrzucił łuk i sięgnął po wystrugany kij dzielnie zadając kilka ostrych cięć wschodniemu przeciwnikowi, tamten rzucił się na niego z impetem, już prawie przygniatając go swoim cielskiem do ziemi, gdy tubylec w ostatniej chwili odepchnął go stając na równe nogi. Zwycięstwo wciąż było nieprzesądzone, a królewna Leila oczekiwała odwiedzin, odwiedzin tiurskiego wodza Azbur Hana. Gdy usłyszała tupot żołnierskich butów, zbiegła na dziedziniec pałacu i wyciągnęła ostrze. Gorączkowo rozejrzała się dookoła szukając wojskowego wsparcia, ale zamiast niego zobaczyła, jak jej ojczym podaje rękę wielkiemu, tiurskiemu wodzowi, wszyscy pałacowi generałowie kłaniają mu się w pas, a ona wraz z Keithem - swym bliskim przyjacielem - zostają związani i pojmani do pałacowych lochów. Śniady młodzieniec dzielnie bronił się aż do ostatniego tchnienia. Tiurskie ostrze w najbardziej niespodziewanym momencie przebiło niewinne gardło biedaka z reilańskiej zatoki - słynnego łotrzyka „Tamtama”.
Gdy wzeszło słońce zapłakane reilańskie rodziny szukały po lasach i wąwozach swych nieżyjących ojców, mężów i synów. Wtedy to rozeszły się wieści o „Tamtamie”, który swym sprytem i fortelami pokonał aż kilkunastu tiurskich żołnierzy. Zaś na pałacowym dziedzińcu znowu siedziała królowa Leila, ale już nie z pieczołowicie zaplecionym warkoczem i nie w ognistej sukni, a w rozchełstanej koszuli, w podartych nogawicach i z rozrzuconymi, niedbale włosami w kolorze gorzkiej czekolady. Kiedy jej wierny przyjaciel, jej bratnia dusza - Keith Brandley - właśnie kończył swe życie na stryczku, ona rozpoczynała je u boku samego Azbur Hana jako jego pierwsza nałożnica.

Położyli ją tym razem na bogato wyściełanym łożu w sypialni jej matki, pełnej egzotycznych kosmetyków i muszli, muszli z wód całego świata. Leżała niewinnie i spokojnie. Oddychała powoli i śniła o swojej wyspie, wyspie wyzwolonej, wolnej i niepodległej.. Wielki Azbur Han przyglądał się jej podkręcając wąsa z pospolitym uśmiechem...

Przeglądała się w lustrze. Nie było w nim niewinnej kobiety, nie było w nim królewskiego podlotka. Welon spływał jej na ramiona bezwiednie, a wzrok krążył od okna do drzwi, od drzwi do okna...Majaczył w oddali okręt, jej „Elizabeth”, a morze wołało „wolności!”. Stanęła przed ołtarzem w zupełnym skupieniu powtarzając słowa przysięgi.
- I nie opuszczę Cię aż do śmierci - z tymi słowami wyjęła sztylet spod peleryny i wsadziła go w brzuch swego niedoszłego małżonka - Tak mi dopomóżcie Bogowie! - zdarła z siebie dół ślubnej sukni ukazując skórzane nogawice i wyciągając dwa pistolety. Wyskoczyła przez okno wprost na swego wiernego wierzchowca i pognała w stronę przygotowanej już do miodowego rejsu „Elizabeth”. O dziwo, nie było tam ani jednego azburhanowego żołnierza, a jedynie ukrywający się mężczyzna...niejaki George Ward...

******

Leila odetchnęła w zamyśleniu i upiła kolejny łyk wina wpatrując się zapamiętale w portret, na którym widniał młody, czarnowłosy mężczyzna w kapitańskiej czapce.
- Tak, moi drodzy, wygląda współczesna historia Reilanu. Rozważcie w swoim sercu, to co wam opowiedziałam, jeżeli uznacie, że możecie lub chcecie mu pomóc będę bardzo rada, jeśli nie, nasze drogi w Avalonie rozejdą się. Dobro wyspy i mojego ludu jest dla mnie najważniejsze. - po raz kolejny ścisnęła medalion na swej piersi i obrzuciła wzrokiem zebranych czekając na reakcję.
 

Ostatnio edytowane przez Eli : 05-12-2010 o 22:23.
Eli jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172