Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-05-2008, 23:50   #1
 
mataichi's Avatar
 
Między światami

MIĘDZY ŚWIATAMI



Thimoty Payton

Atlanta 2016, 12.07

Sam nie wiedział, czego w zasadzie tutaj nadal szukał. Ocalałych? Od paru dni nie spotkał choćby jednej żywej duszy. Atlanta była wielkim cmentarzyskiem z wyszczerbionymi niczym kły nielicznymi budynkami przypominającymi przeżarte przez czas krzyże.



Nadzieja. Tak, tylko ona trzymała Thimotiego tutaj, ponoć umiera ostatnia.

Czas jakby zatrzymał się w tym miejscu i nic nie zmąciło odkąd tu przybył cudownego obrazu niewyobrażalnej tragedii, jaka się dokonała. Nic aż do tej chwili…

Gdy miał już zakończyć przeszukiwanie południowej dzielnicy Atlanty wydawało mu się, że dostrzegł ruch w oddali. Nie robił już sobie wielkiej nadziei na odnalezienie kogokolwiek, wmawiając sobie, że zwyczajnie chciał sprawdzić czy nie była to kolejna sukienka łopocząca na wietrze czy zwykły omam. W głębi duszy ciągle jednak wierzył.

Kątem oka Rangers ujrzał po raz kolejny ruch już wyraźnie bliżej, coś się do niego zbliżało. Szybko wyjął lornetkę dla lepszej widoczności i wtedy ujrzał JĄ. Małą osobę przedzierającą się między ruinami. Nim jednak zapałał radością z niespodziewanego odkrycia, usłyszał serie wystrzałów, po których ocalała padła na ziemie.

Co do cholery?

Automatycznie żołnierz sięgnął po broń przywarł do jednego natychmiast betonowych głazów, przeczesując natychmiast nerwowo okolicę swoim M 24. Dopiero w celowniku Thimoty dostrzegł, że osoba, która upadła była małą dziewczynką w czerwonej sukieneczce. W prawej dłoni trzymała coś…

Żyje!

Mała poruszyła się, najpierw rączką, potem nóżką i nagle podniosła się z ziemi w błyskawicznym tempie i zaczęła biec prosto na pozycję snajpera, krzycząc przy tym wniebogłosy. Dopiero po chwili za plecami uciekającej pojawił się napastnik.

To…to przecież niemożliwe?!


Jakieś 300 metrów od Thimotiego żołnierz umundurowany identycznie jak on przykucnął i zaczął celować swoją M4 w plecy uciekające dziewczynki. Twarz Georga w lunecie karabinku snajperskiego, towarzysza z oddziału, który miał udać się w zupełnie innym kierunku, była ogromnym zaskoczeniem dla Rangersa.

Dziewczynka biegła na swoją zgubę w linii prostej, tylko sekundy dzieliły ją od wyroku śmierci….

Czy kolejne martwe ciało zasili zbiorową trumnę, Atlantę?



Niaa

Wielka arena na zamku Ancjusza, samo południe.

Gdy rozległo się dudnienie bębnów, zamilkły wszelkie szemrania wśród gawiedzi. BAM BAM! Tłum gapiów, niewolników i przede wszystkim trójka magów, obserwowała jedno z wejść na scenę. Miała się tam pojawić pierwsza samica, która śmiała rzucić wyzwanie najstraszliwszemu gladiatorowi.

BAM BAM BAM!


Aggamon jeden z magów, patrzył swoimi malutkimi świńskimi oczkami z politowaniem na ten cały spektakl, szczególnie na Ancjusza, który wystawił przeciwko jego championowi samice. Były to dla niego jawne kpiny, lecz postanowił podjąć rękawicę.

BAM BAM BAM BAM!

Wtem pojawiła się ONA, niebiesko-włosa kocica płynnymi ruchami pełnych gracji ruszyła w kierunku centrum areny. Tłum oszalał, wykrzykując co chwile imię zawodniczki: NIAA NIAA NIAA!

Szał zdawał się nie mieć końca, ulubienica tłumów jeszcze tylko podgrzewała atmosferę swoimi gestami. Żadnej inne samicy nie udało się dokonać tego co jej a teraz jeszcze pretendowała to tytułu Wojownika Wszechczasów.

-Mam nadzieję, że nie stracę drogi Ancjuszu, postawiłem na tą małą kocicę niezła sumkę? – po raz kolejny Elissus starał się pytaniem do przyjaciela uspokoić wątpliwości jakie nim targały.
-Bądź o to spokojny przyjacielu. Patrz i podziwiaj. – To powiedziawszy Ancjusz drobnym gestem dał znak, aby wprowadzić przeciwnika.

Znowu bębny zagrzmiały a tłum, choć niechętnie to ponownie ucichł oczekując na największego championa. Na drugim końcu areny pojawił się niepokonany jak dotąd gladiator. Huuf. Mimo to nikt nie ośmielił się krzyczeć. Widok przerażającego potwora zabierał dech w piersiach.


Pochodził on ze specjalne selekcjonowanej hodowli, w której maksymalnie ograniczono cechy ludzkie. Jedyne co miał wpojone to chęć zabijania i bezwzględne posłuszeństwo wobec swego pana.



Huff powolnym krokiem sprawiając wrażenie niezdarnego zbliżył się na parę metrów do Niaa i obrócił się w stronę podwyższenia, z którego obserwowali przedstawienie magowie.

-Zobaczysz drogi Ancjuszu jak mój champion rozerwie Twoją samice na strzępy. Możesz się jeszcze wycofać, szkoda marnować taką kocicę. – Oblizał się przy tym tak paskudnie, że pozostała dwójka zrobiła skwaszone miny.

-Może tak, a może nie.
– Szepnął cicho gospodarz i podniósł wysoko rękę. Dwójka walczących błyskawicznie zwróciła się ku sobie mierząc się wzrokiem. Dłoń opadła i walka na śmierć i życie się rozpoczęła.

Huuf nie był tak mało zwinny jak początkowo można było przypuszczać. Z szaleńczą szybkością w dwóch susach doskoczył do Niaa i tylko niesamowita zwinność tej drugiej uratowała ją od szybkiego zakończenia walki. Szpony samca o centymetr minęły jej krtań. Huuf nie dawał odpocząć przeciwniczce, atakował raz za razem z coraz to większa determinacją…

- Niaa skop mu cztery litery!- Do uszu kocicy dotarł okrzyk małej dziewczynki. Dziwnie wibrował w uszach kobiety przyciągając uwagę. Całą siła woli nie dała się oprzeć potrzebnie spojrzenia w kierunku, z którego dotarł do niej piskliwy głosik.

Na trybunach magów stała mała dziewczynka wymachująca parasolką, a za nią jeden z czarodziejów uciekał? Na miejscach pozostałej dwójki zamiast mężczyzn leżały dwie tłuściutkie świnki.

Tą krótką chwilę wykorzystał przeciwnik, który jednym szybkim ciosem rozciął ramię kocicy. On nie zamierzał najwyraźniej puścić Niaa wolno…



Lorelei Lodowa Róża

Goldrosen, Wielka Rada Lykeonu, środek nocy.

-Naoczni świadkowie twierdzą, że w środku miasta doszło do potężnego rozbłysku jasnego oślepiającego światła. Następnie zmaterializowały się dziwne stworzenia w liczbie około stu, które zaczęły prawdopodobnie nawoływać w nieznanym języku. Następnie zaczęły atakować ludność używając do tego dziwnych promieni. Obdarzony Ivan Matishko próbując ratować niewinnych mieszkańców przystąpił do konfrontacji z przybyszami, nieskutecznie. Gdy próbowano przeprowadzić kontratak na dziwne stworzenia te wyparowały cierpiąc męczarnie i nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Ilość ofiar 237 w tym obdarzony Ivan Matishko. – Przystojny Mag o turkusowych oczach, jeszcze raz przeczytał krótki raport z Kveru jednego z mniejszych północnych księstw, po czym odłożył go na małą kupkę podobnych papierów.

- To trzeci przypadek w tym tygodniu. Te zdarzenia czymkolwiek są nasilają się, więc możemy założyć, że będzie tylko gorzej. – Rzucił oczywistą uwagą kolejny obdarzony, podkreślając jedynie bezradność rady.

Oczy większości skierowane były na Lorelei, żywą legendę Lodowych Pustkowi, jednakże nawet ona była bezradna. Okropne uczucie rozdzierało jej serce, była bezradna tak jak wtedy, gdy umierali za nią jej przyjaciele. Tak duża liczba ofiar przygniotła wszystkich zebranych.

-Żadne nasze bariery nie pomagają, naprawdę nie wiem co możemy jeszcze zrobić. Zostało nas zbyt mało, żeby szybko reagować na te ataki. – Podjął rozmowę już starszy mag z binoklami na nosie. – Najgorsze jest to, że ktoś podburzą ludzi, mówiąc im, że to my jesteśmy wszystkiemu winni. Ciemny motłoch wierzy we wszystko, jeszcze trochę i doprowadzi nas to do kolejnej wojny.

-Przestań zrzędzić stary głupcze! –Ostro skarciła go bardzo zadbana ciemnowłosa kobieta a mężczyzna wydał się nagle niezwykle mały na swoim fotelu. – Jeżeli masz tylko marudzić to najlepiej nic nie mów. Lorelei co Ty o tym sądzisz, czy możliwość teleportacji z innego świata jest możliwa?

Pytanie wyrwało Lodową Róże z zamyślenia. Co jej miała odpowiedzieć? Wiedziała tyle co reszta.

-Ja…- Zająknęła się i nagle poczuła coś na kształt zawirowania energii, coś co wywołało u niej dreszcze na całym ciele. Inni też najwyraźniej to poczuli, gdyż zaczęli obracać się na miejscach wyglądając przyczyny.

- Pani Różowa Łuza? – Wszyscy podskoczyli na dźwięk tego pytania. Niewiadomo skąd przy drzwiach sali nagle znalazła się mała dziewczynka w czerwonym ubranku z parasolką.



Robiąc dziwne minki wpatrywała się w mały notesik. – A nie Lodowa R-ó-ż-a! Phi Ci Pustogłowi też mają pomysły z dobieraniem osób. – Powiedziała do siebie, po czym zaczęła się gapić dużymi oczkami na zebranych.

- Co to ma znaczyć?! Uczniowie mają zabroniony wstęp do tej części budynku! – Krzyknął stary mag z okularami. – Już Cię tu nie wiedzę!

Dziewczynka jedynie spojrzała za siebie i wzruszyła ramionkami. – Proszę dziadziusia, ale tu nie ma żadnych uczniów. Jestem tylko JA! – Na dowód tego skłoniła się ładnie ciesząc się, że była w centrum uwagi.

-To żadna z naszych uczennic Alabastrze, czym Ty…- ciemnowłosa kobieta złapała się za usta bojąc się dokończyć pytania.

Lorelei wyczuwała, że to ktoś „obcy”, na dodatek ktoś, kto jej szukał. Dziewczynka czekała na jej odpowiedź


Dagata

Nhaar wiosna 4270, gdzieś w lesie




Ciałem mężczyzny targały dreszcze, wywołane przez utrzymującą się wysoką gorączkę. Dziewczyna zrobiła wszystko co było w jej mocy aby mu pomóc, lecz jad zwodnicy krążący w żyłach nie dawał za wygraną. Większość spotkań zwykłego człowieka z tymi potworami kończy się bolesną śmiercią. Jedynie Wiedźmy były w stanie oprzeć się działaniu magii zwodnic. Tym razem ten nieszczęśnik kimkolwiek był miał wielkie szczęście, że trafił na Dagatę.

Kim był i skąd się tu wziął?

Wokół tych pytań krążyły myśli Mądrej, szczególnie, że ujrzała w umyśle nieznajomego coś niesamowitego. Zupełnie inny świat, wyniszczony i umierający i to jego wpływ był przyczyną nieznanych zachorowań zwierząt i ludzi.

Ale jak to możliwe?

Czyżby Stara Maa słynąca z wielkiej mądrości i wiedzy zataiła przed nią tak wielką tajemnicę? Niemożliwe. Wiedza Wiedź musiała nie obejmować tego…

Z zamyślenia wyrwał ją jęk nieprzytomnego, lekarstwa zaczynały najwyraźniej działać i wkrótce temperatura powinna ustąpić. Była zbyt daleko od domu, żeby próbować go transportować a przynajmniej na razie nie chciała zostawiać go w takim stanie samego.

Czy może to strach przed odkryciem czegoś strasznego?

-Uuuu kiepsko z nim. – Piskliwy głosik zdawał się dobiegać do uszy Wiedźmy gdzieś z wysoka. Bystry wzrok Dagaty nadaremno, jednak przeczesywał korony drzew.

-Tutaj! – Odezwał się głos z zupełnie innego kierunku. Ktoś postanowił się z nią najwyraźniej pobawić gdyż również tam nie było żywej duszy. Zamiast tego zewsząd doleciał śmiech małej dziewczynki.

- Buu. – Tuż przed nosem Mądrej zmaterializowała się nieznajoma, mała ubrana w czerwone ubranko dziewczynka. Wiedźma zszokowana zaniemówiła i klapnęła na pupą na kamień. – Ty jesteś Dagata tak? Wiesz twojemu przyjacielowi nie zostało wiele czasu, radziłabym go przetransportować w jakieś bezpieczne miejsce i to jak najszybciej. Najlepiej gdzieś poza tym świat, okropnie tu macie…za mokro jak dla mnie i za dużo złych potworów. Oho czuję, że już są na tropie tego pana. O jakie masz fajne ręce!

Mała dopiero teraz przerwała świergotanie i bez skrępowania złapała za zdeformowaną dłoń Dagaty wpatrując się w nią z zaciekawieniem i podziwem.



Acheont

Gdzieś we wszechświecie, godzina z goła nieznana.


-Jadźka on nam wyżera ostatnie resztki zapasów! – Szepnął podenerwowany niewielkiej postury mężczyzna, co rusz zerkając na dziwnego gościa karczmy, wokół którego piętrzyły się stosy brudnych talerzy.
-Przecież widzę stary capie, zamiast marudzić, powinieneś się cieszyć. Raz w życiu trafia się taki gość, wystawimy mu tak wysoki rachunek, że staniemy się bogaci, słyszysz stary capie B-O-G-A-C-I! – Krzyczała wręcz w uniesieniu nie otyła kobieta, jej dwie pary oczu szkliły się od łez. Podekscytowana podskoczyła z małego taboretu i wzięła pod rękę swojego męża a już po chwili oboje tańczyli radośnie śpiewając: będziemy bogaci, będziemy bogaci!

Tymczasem w głównej Sali karczmy o tak późnej godzinie biesiadowało już niewielu gości, głównie niedobitki opróżniające butelkę po butelce. Na tle miejscowych żuli wyróżniała się dziwna zakapturzona postać, która już dobre parę godzin opróżniała kolejne porcje posiłków serwowanych przez właścicieli gospody.

Nikt nie miał ochoty zaczepiać dziwnego przybysza, który zamaskowany nie chciał najwyraźniej ujawniać liczby swoich oczu, czyli tym samym kasty, do której przynależał. Na Zonularisie wraz z większą liczbą gałek ocznych malał twój status społeczny, więc przypadki, kiedy osoby z najwyższej kasty zamaskowane pojawiały się w uboższych dzielnicach nie należały do rzadkości.

-Przepra…przepłaszam panienke, ale nie wiem, o kogo możeeee odzić – wybąknął z trudem jeden z meneli po czym opadł z hukiem na najbliższą ławę, lądując twarzą w misce niedojedzonej kaszy ze skwarkami.

-Panie świetliku! Gdzie pan jest?! – Zawołała poirytowana mała dziewczynka.

-Stój dziób mała, inaczej ściągnę pasek i nauczę Cię dyscypliny. – Powiedział szyderczym tonem sześciooki mężczyzna a jego nietrzeźwi kompani zawtórowali mu śmiechem.

-Głupie buce! – Naburmuszyła się mała i wystawiła opojom język.

-Ty mała zdzi...aaa –przywódca bandy nie zdążył dokończyć zanim zmienił się w ładny biegający stołek o sześciu nóżkach. I tym razem jego kompani byli zgodni i jak jeden mąż zapiali ze śmiechu nie bardzo zdając sobie najwyraźniej sprawę co się właściwie stało.

Dziewczynka zbliżyła się do zakapturzonej postaci na jej buzi rozkwitł uśmiech. Klasnęła w dłonie i podskoczyła z radości. – Pan Świetlik! Znalazłam pana! Tylko niech pan mi nie waży się uciekać. – pokiwała mu jeszcze palcem na ostrzeżenie.



-Ekhm – Przerwał małej karczmarz, który niespodziewanie wyrósł spod ziemi. Wyszczerzył żeby i niezwykle uprzejmie zapytał. – Czy moglibyśmy teraz uregulować rachunek z jaśnie panem?

„Jakie pieniądze, toż to nie był, skromny darmowy posiłek dla legendarnego herosa?”
 

Ostatnio edytowane przez mataichi : 20-05-2008 o 12:38.
mataichi jest offline  
Stary 20-05-2008, 15:49   #2
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Niaa odskoczyła od przeciwnika, robiąc salto w powietrzu. Złapała się za zranione miejsce, jednak nie miała nawet czasu się nad sobą roztkliwiać. Potężny samiec z rykiem wściekłości runął ku niej. Ledwo kątem oka zdążyła spojrzeć na małą dziewczynkę, która dopingowała ją z loży magów.

„Czyżby to...?”


- Niaa się nie da tak łatwo! – krzyknęła, i zamiast uskoczyć przed ogromnym cielskiem, Niaa podskoczyła do góry, by wylądować na barkach przeciwnika czterema łapami.
Ten zdębiał. Nieporadnie zamachnął się łapami, jak przed kąsającym owadem, lecz kocicy już nie było. Odpychając się z całej siły, wyskoczyła do góry, strącając tym samym przeciwnika z nóg.

Jej drobne, sprężyste ciało wygięło się w powietrzu i obróciło o 180 stopni, tak, że spadając, Niaa lądowała na cztery łapy i to prosto na plecach powalonego kotołaka. Szybkie spojrzenie w stronę małej, dziwnej dziewczynki, która z radością wymachiwała parasolką.

„Tak, nadszedł mój czas. Musze być ostrożna.”

Niaa zamiast wykonać piękną akcję finiszującą starcie, potknęła się i runęła jak długa na plecach Huufa. Ten warknął wściekle i wywinął łapy, chwytając w żelazny uścisk ramiona przeciwniczki.

- Niaa, Niaa, Niaa! – kocica szarpała się bezskutecznie.

Samiec wstał ciężko z ziemi, unosząc nad sobą drobne ciałko. Odruchowo oblizał wargi, obserwując wijące się nad swoim łbem jędrne pośladki, jednakże jako szkolony kocur powstrzymał żądze i z całej siły przerzucił nad głowa szamoczącą się kocice. Z ogromną siłą ta wpadła w piasek areny, niemal całkiem się w niego zagrzebując. Nie ruszała się.

- GRAAAAAAAAAAAAAAAAAUUURRR!!! Huuf zaryczał zwycięsko, stając na dwóch łapach i wyciągając w górę ramiona.

„Starczy tego dobrego.”

Wtem chmura pyłu uniosła się nad ciałem Niaa, całkowicie je zasłaniając. Wyglądało to tak, jakby coś z jeszcze większa siłą uderzyło w tamto miejsce. Po chwili z piaskowego obłoku wyskoczyła kocica.
Tłum westchnął z zachwytu.

- Niaaaa! – uśmiechnęła się do zdębiałego Huufa lądując na jego ramionach tak, że obejmowała szyję samca udami, a jej łonowe futerko ocierało się o spłaszczony nos kocura.

- Niaa mówi: ty nie żyjesz!

Zgrabne uda mocniej zacisnęły się na szyi przeciwnika, a ich właścicielka, uśmiechając się drapieżnie, z całej siły zrobiła skręt biodrami. Coś chrupnęło głośno w karku Huufa. Zapadła cisza, a piach opadł.
Wciąż wybałuszając ze zdziwienia oczy, ciało kotołaka osunęło się na ziemię.

- Niaa?!

Nie rozluźniwszy na czas uścisku ud Niaa zachwiała się i runęła wraz z martwym ciałem na ziemię. Czy naprawdę najsilniejszy kotołak mógł być jednocześnie taką niezdarą?
O ile jednak samiec więcej się już nie podniósł. Kocica skoczyła na cztery łapy i z zadowoleniem zaczęła myć zabrudzone futerko, zerkając w stronę publiczności.



- Niaa wygrała, Niaa jest fajna!


Dopiero upoiwszy się swym zwycięstwem, spojrzała niczego nierozumiejącym wzrokiem na dziewczynkę z parasolką.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 21-05-2008, 23:24   #3
 
merill's Avatar
 
Atlanta okazała się ruiną… Leżał na wzgórzu półtora kilometra za miastem, obserwując przez lornetkę osmalone pożarami ruiny… pięknego niegdyś miasta. Po drodze widział już niejedno… Wojna okazała się straszna… droga w głąb kraju coraz mocniej go o tym przekonywała… Nie mógł zapomnieć kolumny uchodźców z północy… obszarpani… wycieńczeni… głodni… rozdał im prawie wszystkie zapasy żywności, sobie zostawiając tylko żelazne racje. Skierował ich do obozu F.E.M.A. na wybrzeżu… do teraz nie mógł wyrzucić z głowy widoku matki niosącej martwego noworodka… dziecko całe było poparzone… widać zbyt długo przebywali w obszarze skażonym radiacją… a młody organizm dziecka nie zniósł takiej próby.

Wykonał podstawowe czynności i … zostawił ich… musiał odejść… ich widok napawał go strasznym żalem… a miał rozkazy do wykonania. W małym miasteczku, ledwo muśniętym radioaktywnym pyłem – przynajmniej tak wskazywał licznik Geigera - nie znalazł żywej duszy… za to znalazł stos ciał na rynku, będącym centrum miasteczka. Odór i smród zwiastowały makabryczny widok… Ci ludzie popełnili zbiorowe samobójstwo!!! Oddalił się pospiesznie z tego tchnącego tragedią miejsca. Znalazł trochę konserw w sklepie spożywczym… obszukał sklep z bronią, ale ten był obszabrowany z amunicji, nieliczne sztuki broni jakie znalazł ukrył w piwnicy i zamaskował, tak by nie wpadła w niepowołane ręce.

*****

Żelbetowe szkielety wysokich niegdyś wieżowców sterczały teraz w niebo osmalonymi kikutami zbrojeń, stropów i filarów. Ogołocone ze swej niegdysiejszej świetności… straszyły swoim widokiem, niczym kły dzikiej bestii chcące odgryźć kawał szarości nieba. Ulice zawalone były różnymi gruzami, sfałdowanym od wybuchu asfaltem… głowica termojądrowa nie uderzyła w ziemię… nie… ona wybuchła w powietrzu jakieś 400 metrów nad miastem… skażenie było mniejsze, ale efekt niszczycielski o niebo większy. Teraz Thimothy oglądał jego skutki.

Po pół-dniowej obserwacji stwierdził brak oznak życia w ruinach. Przepatrywał nawet teren w podczerwieni, ale nie znalazł nic oprócz maleńkich plamek ciepła. „Szczury. Te sukinsyny zawsze przeżyją” – pomyślał z niesmakiem. Skierował quada w kierunku miasta… omijając porzucone na autostradzie wylotowej samochody. Trasa w kierunku Chattanooga była całkowicie zastawiona wrakami aut… widać ludność została zastana przez śmierć w najmniej oczekiwanym momencie. Bomby spadły ponoć popołudniu – „przynajmniej tak mówili uchodźcy z obozu” – przypomniał sobie… „ludzie wracali z pracy, nic dziwnego, że tu leży tyle złomu”. Nie przeszukiwał wraków, bał się tego co mógłby w nich znaleźć.

*****

Miejsce gdzie stał jego rodzinny dom to teraz była wypalona dziura w ziemi. Ich posiadłość znajdowała się raczej w obrębie starówki Atlanty… fala uderzeniowa była nie ubłagalna. Potężny pęd rozgrzanego do temperatury sześciu tysięcy stopni Celsjusza powietrza, niszczył wszystko na swojej drodze. Przechadzał się zrezygnowany, pod jego stopami chrzęścił gruz ze ścian jego domu rodzinnego, po jego policzku spłynęła jedna łza, znacząc na zakurzonej twarzy znak żalu i bólu. Gdzieś wśród śmieci mignęła mu ramka ze zdjęciem… drżącymi rękami podniósł oprawioną fotografię… szkło trochę się nadtopiło w skutek wysokiej temperatury… ale sama fotka była jeszcze wyraźna: rodzice… dziadkowie i on, wtedy był jeszcze małym brzdącem, nigdy nie lubił tej fotografii, ale teraz wydała się mu bezcenną pamiątką. Nie miał tu już czego szukać… ich los był mu znany…miał tylko nadzieję, że nie cierpieli.

*****

Znalazł sobie placówkę obserwacyjną niedaleko ruin jakiegoś centrum handlowego. Obszukał teren czy jest bezpieczny, zamaskował quada między zwałami gruzów, a sam ze snajperką i M4 zasadził się między pozostałościami jakiejś kamienicy. Ghilli, teraz upstrzone szaro-burymi plamami, posypana gruzem i piachem, doskonale pozwalała mu wtopić się w otoczenie. Dobrego snajpera trudno wykryć, a on był najlepszym strzelcem w całej jego kompanii Rangersów. Postanowił zostać tu kilka dni, by ostatecznie przekonać się czy nikogo nie ma w ruinach miasta. Nie dane mu było długo czekać.

*****

Obserwował przedpole gruzów przez lunetę M 24 słońce grzało niemiłosiernie… a pot lał się ze skroni. Nagle mignęła mu jakaś ubrana w czerwień postać…”To nie możliwe, to pewnie jakaś łopocząca na wietrze szmata” – pomyślał. W wizjerze celownika biegła ku niemu mała, ubrana w czerwoną sukieneczką dziewczynka. „Ja chyba śnię do cholery” – spojrzał jeszcze raz. Seria z karabinu otrzeźwiła go…”Co ciężkiej cholery?” Dziewczynka upadła… ale ruszała się na ziemi…”Żyje” – odetchnął z ulgą. Przeczesywał teren skąd padły strzały… kiedy dojrzał strzelca nie mógł wierzyć własnym oczom … „George…?” – kumpel z oddziału, razem z nim i wieloma innymi został wysłany na rekonesans. Tyle, że jego celem były stany północne Kentucky i Wschodnia Wirginia, a nie Georgia.

Przyłożył rękę do spustu… powietrze rozdarł huk strzału… skała metr od drugiego Rangersa rozprysła się na kawałki. Dotknął słuchawki radia w uchu i wywołał go przez radio: - „Hermes” tu „Alfa Beta Bravo”, tu „Alfa Beta Bravo” czy mnie słyszysz? Wstrzymaj ogień!!! To cywil Powtarzam to cywil! – odpowiedziały mu tylko niezrozumiałe pomruki i warczenie.

„Skurwiel ją zastrzeli” – przemknęło mu przez myśl. Mała jak na upartego wstała i zaczęła biec wprost na jego pozycję. Nie miał zielonego pojęcia skąd wiedziała gdzie jest. George za jej plecami wyraźnie przyspieszył kroku, cały czas trzymając swój karabin szturmowy w pozycji strzeleckiej. Nie zastanawiał się długo. Był od niego jakieś trzysta metrów… pestka… Przymierzył… celował w rękę trzymającą karabin… nie chciał go zabijać… strzał w głowę równałby się śmierć… a na klatce piersiowej na pewno miał kamizelkę taktyczną. Znów ciche dotąd ruiny Atlanty rozdarci huk opuszczania przez nabój 7.62 milimetra lufy karabinu snajperskiego. Wrogi Rangers przewrócił się… wypuszczając broń i wyjąc z bólu.

Zerwał się ze swojej pozycji, przerzucił M 24 na plecy, a z ziemi podniósł karabin M4. Odbezpieczył broń i schylony przemykał między ruinami w kierunku dziewczynki.


*****

Dziewczynka nie myśląc wiele wpadła w objęcia Thimotiego, szlochając i pociągając swoim
małym noskiem. Cała trzęsąc się złapała żołnierza za rękę i wychrypiała niewyraźnie. – Musimy stąd uciekać jak najszybciej! To zaraz wstanie! – Tym samy z całej siły pociągnęła
Rangersa w przeciwnym kierunku od zwijającego się towarzysza. Musiał przyznać, że Mała miała krzepę. Nie mógł jednak zostawić tak po prostu Georga.

-Nie idź tam, to pułapka! – Krzyczała Mała, ale na niewiele się to zdało. Thimoty trzymając
na muszce rannego zbliżał się do niego powoli.

- Zostań tu i nie ruszaj się Mała… zaraz po Ciebie wrócę i schyl głowę. Nie chcemy, żeby Ci się coś stało – popatrzył jej głęboko w oczy. Musiał przyznać że takiej dozy rezolucji i zdeterminowania nie widział jeszcze w oczach żadnego innego dziecka.

-Proszę niech pan tam nie idzie. – Usłyszał za sobą jeszcze cichutką, ostatnia próbę zatrzymania go. Nic z tego. Dystans między nim a rannym malał a dziwne uczucie strachu wkradło się do serca żołnierza. Z każdym krokiem stawało się coraz intensywniejsze i tylko opanowanie, jakie zdobył służąc w wojsku uratowało go przed ucieczką. George leżał na ziemi, zaciskając zęby w grymasie bólu, ściskał jednocześnie krwawiącą ranę. Gdy Thimoty był zaledwie kilkadziesiąt metrów od niego, ranny nagle zesztywniał i dziwnymi nie do końca skoordynowanymi ruchami poderwał się na równe nogi. Jego wygląd przywoływał wspomnienia filmów o żywych trupach. Ku swojemu przerażeniu Rangers z takiej odległości zdołał dostrzec, że oczy Georga świeciły się dziwnym zielonkawym światłem.
-Niech pan ucieka! – Krzyknęła z oddali ocalała a na dźwięk jej głosu do niedawna leżący na ziemi ranny zaczął biec prosto na Thimotiego.

*****

- Oż ty w mordę! – patrzył z zaskoczeniem na podnoszącego się z ziemi towarzysza broni. – Coś tu kurwa jest grubo nie tak… nikt nie podnosi się z ziemi po trafieniu 7.62 mm – myślał gorączkowo. To raczej nie był George…

Wycofał się kilkanaście metrów i ukrył do połowy za wyłomem skalnym. Biegnący pokracznie ranny żołnierz zmierzał systematycznie w jego stronę.

Przeładował granatnik podlufowy, pocisk 40 mm z głowicą zapalającą pomknął w kierunku wroga. Przez chwilę wszystko wokół wrogiego Rangersa zapłonęło żywym ogniem w wyniku reakcji białego fosforu. Timothy dla pewności trzymał broń cały czas wycelowaną w obłok płomieni… czekając czy nic więcej się z niego nie wynurzy…
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline  
Stary 30-05-2008, 15:09   #4
 
Lilith's Avatar
 
Kłopoty pojawiają się najczęściej właśnie wtedy, kiedy najmniej się ich spodziewamy. I to z reguły nagle. Kiedy cały plan wydaje się dopracowany i dopięty na ostatni guzik.
Wyruszyła w drogę jeszcze przed świtem, aby dotrzeć do jaru, zrobić, co miała do zrobienia i wrócić o bezpiecznej porze dnia do domu. Wprawdzie ten Krąg wydawał się dobrze zabezpieczony, lecz zawsze coś mogło zakłócić kruchą równowagę. Odwiedzała wiec to Miejsce regularnie i z uwagą sprawdzała stan zarówno samego jeziorka, jak i najbliższej okolicy. Wszystko wyglądało idealnie. Pozostało jedynie dopełnić ceremonii.
Zsunęła szybko ubranie i weszła pod strugę rozpryskującego się na skałach małego wodospadu. Pisnęła i zaśmiała się histerycznie w reakcji na szok termiczny. Stała chwilę, pozwalając się obmywać lodowatej wodzie. Potem wskoczyła do jeziorka i wolno podpłynęła do skały wychylającej nad powierzchnię falującej tafli. Lubiła całą tę, przez większość Sióstr uważaną za całkowicie zbędną, oprawę. Wprowadzała ją w stan metafizycznego uniesienia i poczucia wyjątkowości swojego powołania. Stanęła na skale i rozpoczęła pieśń, uśmiechając się z satysfakcją. Żałowała troszkę, że nikt jej teraz nie może zobaczyć.
Skupiła się przymykając powieki i poważniejąc. Czuła, jak wiszący na jej piersi medalion Czwórjedynej rozgrzewa się i drży lekko. Woda u jej stóp zaczęła bulgotać, tworzyć wiry i uwalniać bąbelki powietrza, jak gdyby ktoś rozpalił pod dnem sadzawki wielki ogień. Omiotła myślą całą okolicę, rozkoszując się świadomością obecności tysięcy krzątających się tam żywych istot. Widziała je, jak poruszające się w szarości świetliki. Jak migoczące na niebie gwiazdy o najrozmaitszych odcieniach srebra i natężeniu blasku.
Zamarła.
Jedno było inne. Wrzenie wody u jej stóp ustało w jednej chwili. TO zbliżało sie od południa. Było obce. Inteligentne i obce. Zsunęła się z powrotem w toń i kilkoma mocnymi ruchami ramion dotarła do brzegu. Ubrała się szybko, wycisnęła włosy i chwyciwszy cały swój dobytek i broń zniknęła w cieniu, po przeciwnym do zbliżającego się intruza brzegu jeziora. Obserwowała, wyczulając zmysły.

Pojawił się na skraju jaru wychodząc z zarośli. Wyglądał na zwykłego człowieka, tylko włosy miał dziwnie jasne, jak starzec. Szedł zataczając się na sztywnych nogach, ale i to też nie było skutkiem starości. Twarz miał młodą. Przez moment zastanawiała się czy to czasem nie jest jeden z owych opętanych. Ta myśl wystarczyła, żeby jedna ze strzał błyskawicznie znalazła się na cięciwie łuku.
Nie. Nie było w nim tej charakterystycznej pustki. Nie zawahał się ani przez chwilę wchodząc w Krąg. Wyszła z ukrycia z napiętą cięciwą gotowego do strzału łuku, kiedy położył się na brzegu i chciwie pił, zanurzywszy twarz w wodzie. Wysłała delikatną sondę myślową. Było tam jednak coś niepokojącego. Jakiś mglisty cień spowijający jego umysł i ciało. Poprawiła chwyt ścierpniętych od zbyt mocnego uścisku palców. Podniósł głowę, wpatrując się w nią. Usiadł powoli, niezdarnie.

-Mów, coś ty za jeden, albo zginiesz demonie -potrząsnęła bronią za dowód, że nie będzie miała skrupułów. Była zdecydowana. Jeśli zrobiłby coś, co zaniepokoiłoby ją, zabiłaby go. Nie spuszczając go z oczu, krok po kroku przesuwała się w jego stronę wzdłuż brzegu jeziorka. Nie ruszył się z miejsca, jakby domyślał się, że chodzi o jego życie. Była coraz bliżej. To był mężczyzna. Ranny mężczyzna o włosach koloru słomy i niesamowitych oczach. Trudno było wytrzymać to spojrzenie jasnych, prawie białych oczu z bardzo małą, błękitną tęczówką.
Wyprostowała się i opuściła łuk. Drgnął i spróbował odsunąć się w tył. Natychmiast jednak zrezygnował z ucieczki, wpijając w nią błędny wzrok z wyrazem niewiary zmieszanej z niepokojem i bezradnością.

-Nie uciekaj nieznajomy -zaczęła cicho, uspokajającym tonem. -Jeśli masz czyste sumienie i jasną duszę nic Ci tu nie grozi. Wkroczyłeś na święte miejsce. Spójrz na mnie -dodała z naciskiem, klęknąwszy tuż przed nim. -Powiesz mi, kim jesteś i co cię tu sprowadza -przesunęła dłonią przed jego twarzą. -Nie próbuj kłamać ani uciekać. Mogę ci pomóc, ale mogę też zgładzić. Odkryj mi swoje myśli -szeptała śpiewnie, dotykając lekko jego włosów i przesuwając palcami po zaroście pokrywającym zapadnięte policzki. -Odkryj zamiary twojego serca. Odkryj przede mną zakątki swojej duszy.



Przyłożyła otwartą dłoń do czoła mężczyzny. Bronił się. Wtargnęła w jego umysł siłą. Złamała rozpaczliwy, ale dość słaby opór. Nie zniósł tego najlepiej. Nie chciała sprawiać mu cierpienia, nie znała po prostu odpowiedniej drogi. Z resztą trwało to tylko chwilę. Różnice były nieznaczne, jednak sprawiły pewien problem. Nie chciała na razie ingerować zbyt mocno i zmuszać go do niczego. Zablokowała częściowo połączenia nerwowe odpowiadające za odczuwanie bólu, by mu nieco ulżyć. Wywołane pierwszym szokiem naprężenie mięśni, minęło całkowicie.

"Nie musisz sie lękać nieznajomy. Nie chcę zrobić ci krzywdy. Jesteś wyczerpany i chory. Pomogę ci, jeśli odkryjesz przede mną prawdę. Muszę wiedzieć, co się stało. Zajrzę w twoją duszę i twoje wspomnienia" -instruowała go, aby zmniejszyć jego obawy. -"Proszę, nie stawiaj oporu. Wtedy będzie to mniej nieprzyjemne. Muszę nauczyć się dróg twojego umysły. Przypomnij sobie, co stało się w przeciągu kilku ostatnich dni. Wiem, że jest ci trudno, ale postaraj się." -Uniosła odrobinę jego ramiona i ułożyła sobie jego głowę na kolanach. Pogładziła po płowych włosach uśmiechając się ciepło i uchwyciła dłońmi jego skronie. -"Oddychaj równo i głęboko. Przejdziemy przez to razem. Teraz!" -Oddech przybysza przyspieszył gwałtownie, aby jednak wkrótce się uspokoić. Obrazy przepływały szybko i płynnie.

* * *

Miejsce, z którego pochodził umierało. Wprawdzie owa agonia mogła trwać jeszcze całe pokolenia, ale z jego punktu widzenia mógł to być proces nieodwracalny. Składało się na to wiele czynników, ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Człowiek z „Innego Świata” szybko tracił siły. Wiedźmę zaskoczył niezmiernie fakt, że ten obcy, w dodatku mężczyzna, zdołał o własnych siłach wyrwać się spod mocy skażonego Kręgu. Jednak nie na wiele to mu się zda, jeśli natychmiast nie otrzyma odpowiedniej pomocy. Nie było czasu na snucie próżnych domysłów. Nie wiedziała wprawdzie jak organizm przybysza zareaguje na leki, którymi dysponowała, ale nie miała zbyt wielkiego wyboru. Jedno było pewne. Pozostawiony w tym stanie człowiek wkrótce umrze. Najpilniejszą sprawą było więc wlanie w niego roztworu antytoksyny, póki jeszcze był przytomny i mógł przełykać, wymagała bowiem rozpuszczenia w sporej ilości wody.

Dotarło chyba wreszcie do niego, że nie zamierza go torturować, pożerać, zabijać ani krzywdzić w żaden inny sposób. Współpracował, kiedy podnosiła go, aby podać mu do wypicia, przyrządzony w pośpiechu lek. Bez sprzeciwu wychylił całą czarkę. Nie protestował, kiedy rozebrała go i opatrzyła. Usunęła kilka kolców jadowych tkwiących ciągle wzdłuż purpurowo sinych pręg po uderzeniach macek zwodnicy, na plecach i udzie mężczyzny. Rana na ramieniu wyglądała paskudnie, jednak w tej chwili nie mogła zrobić nic więcej, poza oczyszczeniem jej i przemyciem wywarem z odkażających ziół. Jeśli lek przeciw jadowi zadziała, to i rana z czasem się zabliźni.

Pozbierała rozrzuconą w nieładzie odzież przybysza. Nigdy czegoś takiego nie widziała. Szczególnie zainteresowały ją spodnie z całą masą kieszeni, zawierających najróżniejsze drobiazgi niewiadomego zastosowania. Przełożyła je do własnej torby, aby sprać z odzienia rannego plamy krwi i czarnego zaschniętego błota. Rozpaliła mały ogień i czuwała przy nieznajomym, który zapadł tymczasem w rodzaj półświadomego odrętwienia. Okryła go własnym płaszczem i co jakiś czas zmieniała zimny kompres na jego czole. Wstrząsany dreszczami człowiek odpływał w nieświadomość. Pozostało jedynie czekać.

Dopiero teraz Wiedźma mogła spokojnie zastanowić się nad tym, co zobaczyła w jego umyśle i próbować powiązać to z ostatnimi wydarzeniami. Wszystkie przypadki tajemniczych zachorowań miały miejsce gdzieś na południu. Nieznajomy także przybywał stamtąd. Cała jednak sprawa nie była aż tak prosta. Jego pochodzenie sięgało znacznie dalej, poza Nhaar. Kim właściwie był? Przyszło jej do głowy, że może rzeczywiście to demon przybyły na ziemię, ale natychmiast odrzuciła tę myśl. Czyżby zaczął jej się udzielać ludzki sposób myślenia? Otrząsnęła się. To absolutnie nie jest żaden demon! Spojrzała na dygoczącego w gorączce jasnowłosego młodzieńca.

Jego krew jest tak samo czerwona, jak nasza. Czuje i myśli takimi samymi kategoriami, jak każdy inny człowiek. Jest teraz bezbronny i zdany na jej łaskę, jak małe dziecko. …Ale co stanie się, kiedy wyzdrowieje? Po co tu przybył? Czego szukał? Czy mógł być dla nich groźny tak, jak groźna była jego ojczyzna? Obcy kraj. Czy Matka mówiła jej wszystko? Czy wiedziała o tym więcej, niż chciała jej wyjawić? A jeśli to jeden z tych, którzy przybyli tu przed wiekami, aby zniewolić Nhaar? Czy ratując go nie ściągnęła nieszczęścia na swój lud?

Przypatrzyła się jeszcze raz nieprzytomnemu mężczyźnie. Może lepiej byłoby go zgładzić? Ale wtedy odpowiedzi na pytania, które ją dręczyły na zawsze mogą pozostać tajemnicą. Powinna zabrać go stąd jak najszybciej do Maa. Może to otworzy jej pamięć …i usta? Jutro. Jeśli przeżyje.

Jęknął. Wydało jej się, że poruszył się lekko.

-Uuu, kiepsko z nim. –Piskliwy dziecięcy głosik sprawił, że cofnęła się na ugiętych nogach i chwyciła za rękojeść noża tkwiącego za pasem. Dobiegał gdzieś z góry. Najgorsze było jednak to, że za dźwiękiem głosu nie dostrzegała niczyjej obecności.

-Tutaj! –tym razem głos dobiegł od strony lasu. Odwróciła się gwałtownie, gotowa do obrony. Miotała się na wszystkie strony, na próżno próbując zlokalizować bawiącą się nią w chowanego istotę.

-Buu –tuż przed nią pojawiła się znikąd mała dziewczynka w czerwieni. Zupełnie jakby wyskoczyła spod ziemi. Widok był tak niespodziewany i zaskakujący, że cofnęła się i potknąwszy się o coś klapnęła na siedzenie. Wpatrywała się zdezorientowana w szczebioczące ze swadą, jak gdyby nigdy nic, dziecko. Dziecko o oczach podobnych do oczu jasnowłosego.

-Ty jesteś Dagata, tak? –Oczy Wiedźmy zwęziły się w czujne szparki, a dłoń zacisnęła się mocniej na broni. Skąd ta mała znała jej imię? Dagata desperacko zatrzaskiwała jedną po drugiej, furtki do własnego umysłu. Stawiała mur przeciw małemu najeźdźcy. „Nie lekceważ wroga”. Przyczaiła się wewnętrznie, próbując wyczuć, z kim lub czym ma do czynienia. Dziewczynka wydawała się nie przejmować niezwykłością sytuacji, ani groźbą bijącą z własnych przepowiedni.

Dagata zmusiła ciało do rozluźnienia się. Na nic się tu zdadzą żadne akty desperacji. Ktoś, kto tak lekko podchodzi do zagrożenia i wie aż tyle, prawdopodobnie ma z zanadrzu coś, dzięki czemu nie musi obawiać się o własne bezpieczeństwo. Z kimś takim nie warto zadzierać nawet, jeśli na pierwszy rzut oka wygląda na niegroźne dziecko.

Dziewczynka znała jej imię, które nadała jej Maa i którego nie zdradziła dotąd jeszcze nikomu. Znajomość imienia Wiedźmy dawała pewną miarę władzy. Dagata nie miała zamiaru oddawać władzy nad sobą nikomu niepowołanemu. Niezmiernie interesowało ją więc, jak poznała je ta mała istota w czerwonym płaszczyku o denerwująco ekstrawertycznym sposobie bycia.

Pogrążona w takich mianowicie rozmyślaniach Wiedźma, porzuciła całkowicie myśl o użyciu przemocy wobec dziewczęcia szczebioczącego jej w dalszym ciągu tuż nad głową. Tym bardziej, iż szczebiot dotyczył istotnych dla ich bezpieczeństwa spraw. Teraz była już pewna, że tajemnicza istotka doskonale wie, o czym mówi. Przybycie bladookiego mężczyzny musiało obudzić drzemiące zło. Dla Wiedźmy stało się oczywiste, że musiał dysponować jakaś nieznaną jej jeszcze mocą, która wabiła i przyciągała puste umysły „opętanych”. Być może ta sama moc pomogła mu wyzwolić się spod działania Kręgu, który próbował go schwytać.

Nie sądziła, że coś zdoła ją dziś jeszcze bardziej zaskoczyć …i pomyliła się.

-O, jakie masz fajne ręce! –Pisnęła mała kobietka capnąwszy ją nagle za dłoń. Z szeroko otwartymi oczkami i z rozdziawioną buzią, z fascynacją badała jej blizny, błądząc po nich małymi ciekawskimi paluszkami. Powstrzymała dłoń przed cofnięciem jej spod dotyku dziecka i natychmiast przejęła inicjatywę, chwytając drobne paluszki dziewczynki w delikatny uścisk.

-To nie jest mój przyjaciel, siostrzyczko –powiedziała patrząc jej prosto w twarz. –Powiedz ile czasu nam zostało? Jak blisko są potwory?

O ile w ciągu dnia byli w miarę bezpieczni, o tyle noc była porą, która sprzyjała potworom. Spojrzała mimowolnie na jeziorko i wynurzającą się ponad jego powierzchnię skałkę. To Miejsce Mocy mogło ich ochronić tej nocy, gdyby dopełniła na czas pełnej ceremonii Kręgu. Jeszcze nigdy tego nie próbowała. Przełknęła nerwowo ślinę. Kiedyś musiał nadejść ten pierwszy raz …
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 05-06-2008 o 10:05.
Lilith jest offline  
Stary 04-06-2008, 17:56   #5
 
g_o_l_d's Avatar
 
W zupełnie innej przestrzeni właśnie zapadł zmrok nad Onirią, najstarszym, największym i najbrudniejszym mieście w Zonularisie. Rzadka mżawka siąpiła z nieba akcentując spowijająca ulicę mgłę znad rzeki. Szczury rozmaitych gatunków zajmowały się swoimi nocnymi sprawami. Pod osłoną wilgotnego płaszcza nocy skrytobójcy mordowali, złodzieje kradli, a dziewki uliczne prezentowały swe atuty.

Pijany kapitan straży nocnej Roger Watts zatoczył się wolno, delikatnie zsuwając się do rynsztoku przed strażnicą i legł nieruchomo, gdy środkiem czmychnęła szczelnie otulona płaszczem postać. Z pomiędzy toczących pianę ust wydobył się gardłowy odgłos:

- Nie tylko nie on-

Strażnik wtopiwszy się w zawartość rynsztoku niczym kameleon, rozbieganymi oczyma bacznie obserwował oddalającą się sylwetkę. Gdy ta znikła w odmętach noc Roger odetchnął z ulgą donośnie przy tym bulgocząc.

Okryta czernią postać przemykała przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie staja się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wyglądały jakby architekt otrzymał specjalne instrukcję. „Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębię”, usłyszał. „Do tego proszę umieścić jakiegoś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego pijany cyklop, by każdemu dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają wesoło „dzyń dzyń” kiedy przyciśnie się dzwonek.”

Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe, zakratowane okienko i wyjrzała para przekrwionych, podejrzliwych oczu. Po chwili tuż pod nimi dało się słyszeć szarpniecie. To kolejna klapka odsunęła się ukazując następną parę wnikliwych ocząt. Gdy poniżej rozwarła się kolejna klapka, postać przed drzwiami wzięła głęboki oddech. Nie minęła chwila, jak otworzyła się najniższa klapka. Cztery pary złowrogich oczu w skupieniu wpatrywał się w przybysza.

Po kilku chwilach niezręcznej ciszy drzwi w końcu stanęły otworem. Smukła sylwetka wślizgnęła się zwinnie do wnętrza karczmy. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich znajdujących się tu istot, a było ich niemało.

Tu trzeba przyznać, że dekorator wnętrz się postarał. Można godzinami zachodzić w głowę czego wymagali zleceniodawcy, jednak przy efekcie jego prac trumna z perspekty leżącego w niej denata prezentowałaby się jak wesoły lunapark. Mrok panował niepodzielnie, jakby celowo nieoświetlone blaty stołów dawały do zrozumienia, że lepiej nie patrzeć na to, co się tu je.

Tajemniczy przybysz wypatrzył swój zarezerwowany stolik w przeciwnym kącie sali. Mdławy blask lejący się spod kaptura miejscami oświecał wnętrze tawerny, wprowadzając w oburzenie wszędobylski mrok. W niemal pełnej po brzegi izbie, nie sposób było się przedostać do wolnego stolika nie wzbudzając niepotrzebnego zamieszania. Postać bez większego namysłu wzleciał ponad stoły, wywołując przy tym, jak zwykle, odwrotny skutek niż miała w zamiarze. W szmerze szeptów i huku spadających w przestrachu z krzeseł bywalców, postać zasiadła na swoim miejscu. Nim zdążyła się na dobrze rozgościć, podszedł do niej jeden z przedstawicieli dominującego gatunku, gospodarz, zapluty człeczyna o twarzy truciciela. Spojrzenie bardziej gorzkie od dobrego tytoniu i złego ryżu wpatrywało się weń wyczekująco. Wtem dobył się glos mocarny, nieco patetyczny:

- Podaj wszystko co masz.

Nie jestem wstanie opisać miny jaka malowała się w tym momencie na twarzy gospodarza, jednak gdy do jego małych, pełnych włosów i kurzajek uszu dotarły ponownie te same słowa, jegomość w radosnych podskokach udał się na zaplecze. Gdzieś zza ściany dało się słyszeć dwa głosy brzmiące jak śmiech wesołych idiotów.

- Raz w życiu trafia się taki gość, wystawimy mu tak wysoki rachunek, że staniemy się bogaci, słyszysz stary capie B-O-G-A-C-I!


Z każdą godziną stos rozmaitych glinianych naczyń sięgał coraz wyżej. Nie bacząc na nic gość pochłaniał, co znalazło się na jego stole i nie smakowało jak glina. Po kilku godzinach postać znikł zza stosami pustych półmisków i talerzy. W izbie siedziały już jedynie osoby, które nie były w stanie o własnych noga dotrzeć do swych domostw. Głośne chrapanie, wtórowało donośnemu mlaskaniu, które skutecznie zagłuszyło wątły głosik dziewczynki.
Nie spostrzeżona przez pochłoniętego jedzeniem przybysza, mała dziewczynka zbliżyła się, zaglądając ciekawsko pod opadający na „twarz” kaptur. Po chwili podskoczyła radośnie klaszcząc przy tym.

– Pan Świetlik! Znalazłam pana! –
i mała pociągnęła gwałtownie kraniec szaty, obnażając przy tym tajemnice przybysza.
– Tylko niech pan mi nie waży się uciekać. – pokiwała mu jeszcze palcem na ostrzeżenie.

Mała świetlista kulka, nie zdawał sobie sprawy z tego, że została obnażona. Acheont jakby nigdy nic brodząc w zupie z bliżej nieokreślonych komponentów, pochłaniał ją łapczywie, soczyście przy tym siorbiąc. Dopiero charakterystyczne odchrząknięcie, wydawane, by osoby ogólnie niedostrzegane stały się dla innych widoczne, wyrwało Acheonta z transu. To nie kto inny jak gospodarz, trzymający zwitek przypominający z grubsza niedokładnie zwinięty papier toaletowy, próbował ściągnąć na siebie uwagę Świetlistego. Nawet nie zbyt bystry umysł wydedukowałby po ilości nakryć na stole, że jest to nic innego jak rachunek. Gdy tylko Acheont zwrócił się w stronę gospodarza, jego twarz przybrała wyraz pięknego w swym okrucieństwie starego sępa.
Mężczyzna już miał otworzyć usta, gdy kulka znów całkowicie go ignorując zaczęła się wiercić w półmisku. Po chwili jakby nigdy nic zwrócił się do małej:

- Straszny się przeciąg tu zrobił. Nie uważasz?-
wtem obok niego dobyło się ponownie jeszcze bardziej donośne chrząknięcie.
- Panie Świetliku...

Nim mała zdążyła skończyć, Acheont przerwał jej szepcząc coś pod nosem, tak jakby rozmawiał ze swoją bardziej inteligentną połową świadomości.

- Hmn Moje nadprzyrodzone, nigdy nie mylące się przeczucie podpowiadam mi, że coś jest nie tak... Wiem co to jest... Mam to na końcu języka... Już wiem...
- wtem dobył z siebie znów tego mosiężnego głosu ociekającego patosem.
- Gospodarzu! O już jesteś!
- wzdrygnął się zaskoczony Acheont-
Potrzebuje soli.
- Tak naturalnie so.. Czego? Nieważne zaraz kogoś po to pośle.


Lekko zakłopotaną minę zastąpił na jego twarzy niezwykle szyderczo uprzejmy uśmiech, składający się z drobnych, szpilkowatych zębów koloru smoły-. – Czy moglibyśmy wprzód uregulować rachunek z jaśnie panem?


- Jakie pieniądze, toż to nie był, skromny darmowy posiłek dla legendarnego herosa? Wzleciał ponad stół zaskoczony Acheont i zaczął nerwowo się oglądać, gdy napotkał strofujący wzrok gospodarza.

- Hehe No jasne, że to nie był darmowy posiłek, dla legendarnego herosa. Hehe żarcik taki, sytuacyjny bym powiedział. Hehe...
W małym rozumku Acheonta zaczął się skomplikowany proces tworzenia wymówki. Gdyby buzia Świetlistego mogła by wyrazić to z jakim trudem przychodzi mu skupienie się na jednej rzeczy, to grymas jaki by się na niej malował przypominał, by minę cyklopa, który próbuje zrobić zeza.
- Drzwi zabarykadowane, okna przesłonię okiennicami... Komin! Komina nie mogli zaślepić. Kominem zawsze mi się udawało! Co ja mówię. Oszukuje sam siebie. Kominy pod oceanem? Jestem w pułapce niczym tucznik w piekarniku! Właśnie! Wieśniacy zawsze tuczą świnię zanim ją usmażą na wolnym ogniu.-
Świetlisty pomału zmierzył wzrokiem gospodarza.
- Ale wy nie możecie mnie zjeść? Prawda?
- Acheont skupił wzrok na ustach gospodarza, pomału licząc „pod nosem”, rzędy jego zębów.

Po kilkukrotnym nerwowym przeliczaniu dobył z siebie pisku w tonacji falsetu.
Zauważywszy, że jego „mrocznista” szata, będąca jeszcze wczoraj wyleniały kocem leży na ziemi, w mgnieniu oka wleciał pod nią, szepcząc:
- Może tutaj mnie nie znajdą. Głos ścichł, z pod koca słychać było pochlipywanie. Jak będę cicho to na pewno zaraz sobie pójdą. Ja chce do mamy...

- Panie Świetliku Proszę wstać musimy już iść.
– powiedziała delikatnie mała dziewczynka, zaglądając pod koc.
- Ej mała nie przyznawaj się, że mnie znasz, bo będziesz zmywać za współudział. Po za tym masz całkowitą rację. Nie powinien się mazać jak mała siksa. –
świetlista kulka wzleciawszy ponownie nad stół, otulony szczelnie kocem, nie miała zamiaru przerywać swojego wywodu. Całkowicie ignorowany gospodarz poczerwieniał na twarzy. Był jednym z tych stworzeń, które wolą nie wchodzić w słowo dziwnej latającej kulce światła. W swoim zamyśle doszedł do wniosku, że kiedyś Świetlisty musi przestać bełkotać od rzeczy. Biedactwo nie wiedział jak bardzo się myli.
- Ostatnio często popadam w taką nostalgię,
- ciągnął dalej Acheont .
- Ta ciągła huśtawka nastrojów mnie wykończy. Czuję w środku taką wewnętrzną pustkę.
– Mała z niedowierzanie spojrzał na stosy glinianych naczyń dokoła stołu i na nim. – Mój psycholog mówił, że mam depresje. A łakomstwo jest objawem tego, że czegoś mi brakuje, czegoś ważnego. Jak zwykle zapisał mi jakieś pigułki, ale na jednym forum czytałem, że lepszy jest gruby sznur z pętlą i drzewo. Połknąłem nie jedną linę, a pętle wiązałem zawsze z dwóch stron profilaktycznie, ale drzewa bez popijanie nie dałem rady połknąć. Myślisz że taka małą sadzonka może wystarczyć?
- Panie Świetlisty chodźmy już!-
przytupnęła lekko nóżką zniecierpliwiona mała, ciągnąc go za obszycie koca.
- No dobrze-
powiedział smutnym głosem, po czym chwycił zwitek papieru, zwany rachunkiem. Wysmarkawszy się w niego siarczyście, zwrócił go gospodarzowi. Skłonił się lekko w stronę gospodyni i zamykając drzwi z drugiej strony, krzyknął na porzegnanie do gospodyni
- Nie możesz tak po prostu wyjść złodzieju! Stój-
karczmarz rzucił się w stronę drzwi, które zamknęły mu się tu przed nosem. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, we wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko, przez które wlała się do pomieszczenia jasna łuna.
- Pomógłbym zmywać, ale żona rodzi. Moje maluszki pchają się jednocześnie na świat. Cała dwudziestka. Musze pomóc je łapać, żeby żadne nie upadło na główkę, bo będzie jak tatuś, w wieku 300 lat ciągle się chować pod kocem jak ktoś zgasi światło.
- Wracaj tu! Bo jak nie !
- Mała chodu, on tu idzie! Czekaj, czekaj, a tak właściwie skąd ja cię znam? Mamy swoim dzieciom często powtarzają żeby nie szli nigdzie z obcymi.
–Acheont zatrzymał się w pewnej odległości nad ziemia i zmierzył małą wzrokiem.
- Wiesz co, daruj, że ci to mówię, ale wolę żebyś uciekała w innym kierunki niż ja czerwony kapturku. No chyba, że masz koszyczek z konfiturami dla babci... Hmn To jak będzie?
 
__________________
Nie wierzę w cuda, ja na nie liczę...

Dreamfall by Markus & g_o_l_d

Ostatnio edytowane przez g_o_l_d : 31-03-2011 o 00:25.
g_o_l_d jest offline  
Stary 04-06-2008, 23:38   #6
 
Milly's Avatar
 
Goldrosen, Wielka Rada Lykeonu - środek nocy.

Lykeon pogrążony był we śnie. Większa część mieszkańców szkoły nie miała pojęcia, że w bocznym skrzydle budynku po raz kolejny w tym tygodniu zebrała się Wielka Rada. Nikt nie wiedział jak bardzo jest źle. Nikt, prócz kilkorga Obdarzonych, którzy codziennie dostawali niepokojące raporty ze wszystkich zakątków Lodowych Pustkowi.

Działo się naprawdę źle i należało szybko coś z tym zrobić. W ciągu kilku miesięcy natężenie dziwnych, niewytłumaczalnych zjawisk wzrosło tak bardzo, że niepokój ludzi i - co gorsza - Obdarzonych, sięgał już zenitu. Lorelei siedziała sztywno na swym krześle, ze wzrokiem wbitym w blat okrągłego stołu. Nie spała już od kilku dni, wciąż siedząc nad woluminami starych roczników, dzienników i pamiętników. Księgi zawierały całą mądrość i doświadczenie wszystkich poprzednich pokoleń Obdarzonych, od czasów założyciela Lykeonu, Waltera Mądrego. Nie było w nich jednak nic, co mogłoby pomóc w poradzeniu sobie z tą sytuacją, która dawno wymknęła się spod kontroli. Toteż Lorelei żywiąc się jedynie Mocą, siedziała kolejne godziny i wertowała wciąż każdą księgę raz po raz, szukając czegokolwiek, choćby między wierszami, czegoś, co mogłoby stanowić punkt zaczepienia. Pracę przerywała jedynie na kolejne zebrania Rady, po czym wpinała kolejne raporty do własnego dziennika, próbując wszystko poukładać. Nic jednak do siebie nie pasowało. Nic prócz tego, że nagle znikąd w różnych miejscach pojawiał się rozbłysk światła, a następnie działy się niewytłumaczalne zjawiska. I tym razem musiała wysłuchać podobnej historii...

-Naoczni świadkowie twierdzą, że w środku miasta doszło do potężnego rozbłysku jasnego oślepiającego światła. Następnie zmaterializowały się dziwne stworzenia w liczbie około stu, które zaczęły prawdopodobnie nawoływać w nieznanym języku. Następnie zaczęły atakować ludność używając do tego dziwnych promieni. Obdarzony Ivan Matishko próbując ratować niewinnych mieszkańców przystąpił do konfrontacji z przybyszami, nieskutecznie. Gdy próbowano przeprowadzić kontratak na dziwne stworzenia te wyparowały cierpiąc męczarnie i nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Ilość ofiar 237 w tym obdarzony Ivan Matishko. – Przystojny Mag o turkusowych oczach, jeszcze raz przeczytał krótki raport z Kveru jednego z mniejszych północnych księstw, po czym odłożył go na małą kupkę podobnych papierów.

- Ivan... - szepnęła Lodowa Róża - Był jeszcze taki młody... Ukończył Lykeon z bardzo dobrymi wynikami, a wcześniej jako dzieciak, w czasie Wielkiej Wojny ryzykował życiem i przenosił wiadomości między miastami. Taki wspaniały Obdarzony... To straszne.

Lorelei znała każdego Maga w całych Lodowych Pustkowiach. Znała ich imiona, śledziła ich postępy, ich kariery, zasługi i potknięcia. Była przy nich w trudnych chwilach zawsze służąc radą. Za punkt honoru postawiła sobie zadanie, że nigdy nie dopuści do tego, aby Obdarzeni zostali pozostawieni samym sobie, co było jedną z przyczyn Wielkiej Wojny. Mimo wszystko jednak Lodowe Pustkowia znowu ogarniał chaos.

- To trzeci przypadek w tym tygodniu. Te zdarzenia czymkolwiek są nasilają się, więc możemy założyć, że będzie tylko gorzej. – Rzucił oczywistą uwagą kolejny obdarzony, podkreślając jedynie bezradność rady.

-Żadne nasze bariery nie pomagają, naprawdę nie wiem co możemy jeszcze zrobić. Zostało nas zbyt mało, żeby szybko reagować na te ataki. – Podjął rozmowę już starszy mag z binoklami na nosie. – Najgorsze jest to, że ktoś podburza ludzi, mówiąc im, że to my jesteśmy wszystkiemu winni. Ciemny motłoch wierzy we wszystko, jeszcze trochę i doprowadzi nas to do kolejnej wojny.

-Przestań zrzędzić stary głupcze! –Ostro skarciła go bardzo zadbana ciemnowłosa kobieta a mężczyzna wydał się nagle niezwykle mały na swoim fotelu. – Jeżeli masz tylko marudzić to najlepiej nic nie mów. Lorelei co Ty o tym sądzisz, czy możliwość teleportacji z innego świata jest możliwa?

Pytanie wyrwało Lodową Róże z zamyślenia. Co jej miała odpowiedzieć? Wiedziała tyle co reszta.

-Ja…- Zająknęła się i nagle poczuła coś na kształt zawirowania energii, coś co wywołało u niej dreszcze na całym ciele. Inni też najwyraźniej to poczuli, gdyż zaczęli obracać się na miejscach wyglądając przyczyny.

- Pani Różowa Łuza? – Wszyscy podskoczyli na dźwięk tego pytania. Nie wiadomo skąd przy drzwiach sali nagle znalazła się mała dziewczynka w czerwonym ubranku z parasolką.

Lorelei wysoko uniosła brwi i ze zdziwienia szeroko otworzyła oczy. Ta energia... Tak silne zagęszczenie magicznej mocy w jednym miejscu o czymś jej przypomniało. Jeden z zapisków w księdze sprzed niemal dwustu lat opisywał podobne zjawisko - ten delikatny zapach ozonu w powietrzu, silny dreszcz, układ energii żywiołów i Mocy w takiej kombinacji, której nie używa żaden Obdarzony. Prócz Rainera, Maga sprzed dwustu lat, który eksperymentował z magią materii. Udało mu się wówczas w taki sposób zmieszać wszystkie elementy, że przedmiot eksperymentu po prostu wyparował. Wydawało mu się, że zdematerializował cząsteczki przedmiotu, lecz jeśli się mylił? Jeśli udało mu się teleportować przedmiot do innego świata? Nigdy później nie udało mu się powtórzyć tego wyczynu, co oznacza, że zrobił to zupełnie przypadkowo, dodał jakiś element, o którym sam nie miał pojęcia!

Myśli Lorelei z szybkością błyskawicy przemierzały jej umysł. Zorientowała się nagle, że oczy wszystkich, w szczególności małej dziewczynki, są skierowane na nią. Czekali na jej słowa, na jej reakcję.

- To jest możliwe - odezwała się trochę nieprzytomnie - Oczywiście, że to jest możliwe! Teleportacja do innego świata!

- Bzdura! - krzyknął Alabaster i poczerwieniał na twarzy - To bzdura i dawno już dowiedliśmy, że nie istnieją żadne inne światy prócz naszego. To jakaś sztuczka i ktoś z pewnością za to odpowie! Gdyby ta mała przybyła tu z innego świata, nie przebiłaby się przez nasze zabezpieczenia i bariery!

- Chyba, że istnieje magia o wiele potężniejsza od naszej Mocy - spokojnie i rzeczowo odparła Lodowa Róża - Magia, której jeszcze nie znamy, która sprowadza do nas te wszystkie okropne rzeczy. Bo jeśli nie jest to obca magia, to jak inaczej wytłumaczyć te wszystkie wydarzenia? Nie jesteśmy wszechmocni, Alabastrze. I nigdy nie powinniśmy tak o sobie myśleć. Jesteśmy jedynie sługami Mocy, która wciąż ma przed nami wiele tajemnic.

W sali zapadła grobowa cisza. Teraz już tylko dziewczynka w czerwonym płaszczyku z ciekawością przyglądała się poważnej kobiecie. W jej żywych, wesołych oczkach skakały figlarne ogniki. Lorelei wskazała jej jedno z krzeseł, po czym przyklękła przy niej tak, by dziewczynka nie musiała zadzierać główki patrząc w jej twarz.

- Nazywam się Lorelei Lodowa Róża - uśmiechnęła się ciepło i szczerze - A Ty?

- Bardzo miło mi Cię poznać. Wybacz nam to niemiłe powitanie. Jak widzisz mamy tu dużo problemów, z którymi nie umiemy sobie na razie poradzić. Ale co Cię do nas sprowadza? Dlaczego pytałaś o mnie? Masz jakieś kłopoty i potrzebujesz pomocy? Zwykle wszyscy zwracają się do mnie gdy nie mogą sobie z czymś poradzić - dodała wyjaśniając swoje przypuszczenia i uśmiechnęła się porozumiewawczo.
 

Ostatnio edytowane przez Milly : 04-06-2008 o 23:41.
Milly jest offline  
Stary 11-06-2008, 19:53   #7
 
mataichi's Avatar
 
Thimoty Payton

Rangers zamarł w oczekiwaniu, przed sekundę posłał swojego towarzysza wprost do ognistego piekła. Był pewien, że nikt, absolutnie nikt nie byłby wstanie tego przeżyć. Uczucie strachu, jakie wkradło się do jego serca żołnierza mimo to nie ustępowało pola. Zupełnie jak w złym śnie, po prostu wiedział, że zaraz za rogu wyjdzie zły potwór chcący go zjeść a on nic nie będzie mógł na to poradzić. Dreszcze niczym stadko małych mrówek, przeszły wzdłuż kręgosłupa Paytona.

Kurz z pogorzeliska opadł całkowicie ukazując zrujnowane miejsce. Oczywiście nikogo tam nie było…nie mogło być. Dopiero teraz Rangers odetchnął z ulgą i odwrócił się w stronę małej dziewczynki, która ukryła się za jednym z betonowych głazów. Ta z niedowierzaniem wpatrywała się na Thimotiego i cała trzęsąc się w końcu postanowiła ostrożnie wyjść ze swojego schronienia. Pomachała nerwowo malutką rączką, w której trzymała kurczowo parasolkę i krzyknęła do swojego wybawcy.

- Udało się panu! Jest pan wspaniały! Teraz chodźmy stąd szyb… - rumowisko za plecami Paytona poruszyły się i Mała zamilkła robiąc przerażoną minę. Rangers z trudem przełknął ślinę i odwrócił się najszybciej jak tylko mógł. Mimo świetnego refleksu chwila ta zdawała się ciągnąć minutami…


W miejscu gdzie trafił pocisk stało COŚ. Iście groteskowa postać otrzepała się z resztek gruzów i spojrzała na Thimotiego. Rangers stał w osłupieniu przyglądając się robotowi i ku własnemu przerażeniu nie był w stanie się poruszyć.

„Czy TO było Gerogem?”

Potwór prosto z koszmarów uderzył. Był szalenie szybki, już po chwili znalazł się tuż przy wciąż oszołomionym żołnierzu mierząc metalową pięścią prosto w głowę człowieka. To już koniec…


Malutka rączka szarpnęła żołnierza w ostatnim momencie do tyłu, ratując go od niechybnej śmierci. Ciepły dotyk dziecka wyrwał Rangers z oszołomienia.

-A masz! – Zapiszczała przez łzy Mała i machnęła parasolką parę razy a dziwne monstrum raz zarazem coraz bardziej zaczęło tracić równowagę. Dziewczynka zrobiła się cała czerwona z wysiłki i zebrawszy siły przyłożyła się do uderzenia. Ostatnie machnięcie posłało robota kilkanaście metrów dalej gdzie z ogromną siłą wbił się we wrak autobusu miejskiego.

Thimoty stał jak ogłuszony patrząc na przedziwny obrazek. Mała dziewczynka, spotkana zaledwie przed kilkoma uderzeniami serca w środku miasta zniszczonego Megatonami Zagłady uratowała mu życie. „Co to kurwa było?” – Myślał gorączkowo, wpatrując się w groteskowy, powykrzywiany niczym palce starego reumatyka kształt zwalony pod resztkami czegoś, co kilka tygodni wcześniej było środkiem komunikacji miejskiej. Nieznana mu istota, która udawała towarzysza z oddziału, niemrawo ruszała się między gruzami.


- Możemy już teraz stąd iść? – Zapytała cała zapłakana i umorusana w kurzu. – On zaraz tu wróci, a ja nie mogę w tym miejscu nas stąd wydostać. Musimy uciekać do środka miasta…


„Mała ma rację trzeba uciekać” – złapał ją na ręce i pobiegł najszybciej jak potrafił w stronę swojego stanowiska snajperskiego. Kluczył między zwałami śmieci, resztkami samochodów i zwalonymi dookoła gruzami, oddalając się od miejsca walki. Gorączkowo odszukał sprzęt, wrzucił niedbale graty na pakę sześciokołowca, - Wskakuj dziecko i trzymaj się mocno.

Solidny, japoński silnik quada zamruczał po załączeniu startera… i zgasł. – Co do ciężkiej kurwy? – Zaklął szpetnie, zapominając, że ma za towarzyszkę małe dziecko. Naciskał raz za razem przycisk startera, by wreszcie za entym razem motor rozbrzmiał warkotem gotowości do pracy. Dla Tima był to w tej chwili, najprzyjemniejszy bodajże dźwięk, jaki w życiu słyszał. Pewnie poprowadził maszynę między majestatyczne ruiny posągów ludzkiej pychy – wieżowców… co rusz spoglądając w lusterko, czy owo monstrum nie podąża za nimi.


- Szybciej, szybciej! – Ponaglała dziewczynka kurczowo trzymając się rangersa. – Jest za nami!

Rzeczywiście, nadciągający potwór rósł w tylnym lusterku z każdą sekundą, sprawnie pokonując kolejne przeszkody. Żołnierz jeździł zygzakiem wśród ruin próbując zgubić napastnika, ten jednak jak wciąż nieprzerwanie siedział im na ogonie.

-Tam, przed nami, szybciej, szybciej! – Mała dziewczynka wrzasnęła, skupiając tym samym uwagę Tima na małym czarnym punkcie na ich drodze. – „Co to?”. Nie było jednak czasu na myślenie. Liczyła się tylko droga, cel i pędząca maszyna.

Długie ramie robota świsnęło w powietrzu, lecz gwałtowny manewr, który o mały włos nie doprowadził do wywrotki, uratował ich przed ciosem. Jeszcze trochę, jeszcze troszeczkę…

Oślepiony pędem, dopiero teraz Rangers zauważył, ze przed nimi stała czarna jak smoła ściana, która jeszcze przed momentem była malutki punkcikiem. Automatycznie Pyton skręcił w ostatnim momencie quadem próbując wyminąć przeszkodę…za późno.


Wszystko przysłoniła lepka i gęsta ciemność…




Dagata


-To nie jest mój przyjaciel, siostrzyczko –powiedziała Dagata patrząc jej prosto w twarz. –Powiedz ile czasu nam zostało? Jak blisko są potwory?

Dziewczynka na to pytanie oswobodziła jedną rączkę z uścisku i zwilżywszy uprzednio paluszek wskazujący podniosła go do góry, po czym rozglądnąwszy się we wszystkich kierunkach stwierdziła poważnie. – Spokojnie, zanim potwory się tu zjawią mamy jeszcze troszkę czasu…siostrzyczko.

Jej ostatnie słowo z powrotem wprawiło ją w dobry nastrój. Uśmiechnięta od ucha do ucha i zaczęła znów swoje trajkotanie– Wiesz zawszę chciałam mieć starszą siostrzyczkę, taką, która będzie mi rozczesywała włoski, opiekowała się mną i…i opowiadała bajki na dobranoc. Ha! Może ty będziesz moją starszą siostrzyczką?! – Mała aż podskoczyła z radości zachwycona własnym pomysłem. O mało co nie rzuciła się na szyję Wiedźmy, lecz nagle znieruchomiała i złapała się na główkę.

- Niebezpieczeństwo, płacz, ucieczka…- Mamrotała pod nosem jak w transie nie zwracając uwagi na otoczenie. Wiedźma zaskoczona nieoczekiwaną zmianą zachowania nieznajomej czułym dotykiem spróbowała uspokoić dziewczynkę i wtedy niespodziewanie spłynęła na nią wizja, brutalnie przełamując wszelkie bariery do jej świadomości.

Okropna prędkość…martwy świat przepływający przed oczami niczym wartki strumień rzeki…bliskość mężczyzny dająca poczucie bezpieczeństwa…zimna ręka oznaczająca tylko jedno. Śmierć absolutną…czarne wrota...brama…świat śmierdzący rybami..

Dagata zachłysnęła się powietrzem, kiedy jej świadomość wróciła na właściwe miejsce. Dziewczynka wpatrywała się w nią już spokojna, po jej policzku spłynęła jedynie pojedyncza łezka. Mała pociągnęła noskiem i szepnęła jednocześnie trzymając kurczowo dłoń kobiety.

- Przepraszam Cię, musiałaś zobaczyć to co ja, ale niczym się nie przejmuj już wszystko jest chyba w porządku. A teraz siostrzyczko musisz iść ze mną. Jestem tu, żeby zabrać Cię do pana Kapelusznika, tak jak pozostałych. Pan K powiedział, że tylko Wy jesteście w stanie posprzątać cały ten bur…bajzel znaczy się. –Skinęła główką na wciąż nieprzytomnego mężczyznę. - Tamto słówko jest brzydkie i nie wolno mi go używać.

Wyjaśniła skrupulatnie i wlepiła swoje oczka w rozmówczynie. Wiedźma była jednak zbyt rozdygotana by dobrze zrozumieć słowa Karolinki. Nie mogła wciąż pojąć jak ta niewinnie wyglądająca istotka mogła dotrzeć do jej świadomości mimo licznych blokad. W środku mieszały się w niej różne uczucia: nieufność, gniew i współczucie na widok spływającej łezki nieznajomej.
- Kim…kim Ty jesteś? O czym Ty mówisz, gdzie mnie chcesz zabrać?

- Ja?Karolinka spojrzała na swoje rączki, nóżki, obróciła się kilka razy dookoła i troszkę zdezorientowana odpowiedziała – Ja to ja, Karolinka. Za to Ty jesteś ważną osobą siostrzyczko, Pan Kapelusznik znaczy się mój przyjaciel chce się z Tobą spotkać i wszystko wyjaśnić. Powie jak naprawić zepsuty świat, ups! Oj miałam chyba tego nie mówić, nic nie słyszałaś!

Teraz Dagata wydawała się zdezorientowana, kimkolwiek była ta głupiutka dziewczynka na pewno posiadała ogromną moc, jednak niekoniecznie wiedziała o czy mówiła.
-Czy mam jakiś wybór?
– Zapytała wprost wiedźma – I co z nim, nie zostawię go samego. Wyglądacie podobnie czyżbyście byli z tego samego…świata?

-Aaaa dużo siostrzyczko zadajesz pytanek. – Mała przeczesała czuprynkę paluszkami starając się coś wymyślić, następnie wyjęła malutki notatnik i stwierdziła zadowolona.– Twojego przyjaciela niema go co prawda na liście wybrańców, ale kto powiedział, że nie można go tam dopisać. Pan Kapelusznik nawet nie zwróci na to uwagi.

Karolinka pogrzebała w kieszonce i wyjęła woskową, różową kredkę, po czym skrupulatnie dziecięcym pismem dopisała nazwisko nieprzytomnego do listy.
- O teraz możemy już wyruszać, ale najpierw musimy przejść kawałeczek o w tamtym kierunku. – Paluszkiem wskazała kierunek, z którego Dagata tu przybyła. Gdzieś tam czekała na nią Maa.

- To jak gotowa?





Lorelei Lodowa Róża

W surowym, zakutym lodem świecie, gdzie magia była czynnikiem niezbędnym do przetrwania, członkowie rady Lykeonu dzierżący najwyższą władze w uniwersum właśnie mieli przekonać się jak jeszcze wiele musieli się nauczyć.


W ciepłej komnacie oczy wszystkich zebranych skupiły się na dwóch postaciach, legendarnej bohaterce Lodowych Pustkowi i małej dziewczynce siedzącej przed nią na krześle i wymachującej radośnie nóżkami.

- Nazywam się Lorelei Lodowa Róża - uśmiechnęła się ciepło i szczerze - A Ty?

Dziewczynka odwzajemniła uśmiech i wyciągnęła przed siebie malutką dłoń w geście powitania. – Ja mam na imię Karolinka. Proszę powiedzieć dziadziusiowi w okularkach żeby się tak nie denerwował, bo nie jest to dobre dla jego serduszka.

Alabaster słysząc te bezczelne słowa zrobił się cały purpurowy ze złości, ale ostatkiem silnej woli trzymał swoje nerwy na wodzy. Nawet on przy swoim wiecznie oportunistycznym nastawieniu zdał sobie sprawę, że nie mają do czynienia ze zwykłą istotą ludzką.


- Bardzo miło mi Cię poznać. Wybacz nam to niemiłe powitanie. Jak widzisz mamy tu dużo problemów, z którymi nie umiemy sobie na razie poradzić. Ale co Cię do nas sprowadza? Dlaczego pytałaś o mnie? Masz jakieś kłopoty i potrzebujesz pomocy? Zwykle wszyscy zwracają się do mnie, gdy nie mogą sobie z czymś poradzić - dodała wyjaśniając swoje przypuszczenia i uśmiechnęła się porozumiewawczo.

Mała pokręciła przecząco główką. – Tym razem to pani potrzebuje pomocy…pani i cały ten świat. A ja przyszłam ją zaoferować. – Karolinka zdecydowanie zadowolona z własnego wystąpienia i uwagi, z jaką wszyscy jej słuchali poprawiła się na krzesełku i kontynuowała wyjaśnienia. – To wszystko co dzieje się obecnie z waszym światem będzie się nasilało coraz bardziej i bardziej, aż dojdzie do, dooo…oj miałam to słówko na końcu języka. Pan Kapelusznik je często ostatnio używał. A! Dojdzie do przesilenia, granice waszego świata pękną i może być nieciekawie.

„Pan K zabronił mi mówić zbyt wiele, ale on ostatnio w ogóle się mnie nie interesuje, więc ja też nie będę go słuchać o!” – Mała usprawiedliwiła się szybko w myślach i już miała coś powiedzieć, kiedy Alabaster zakrzyknął.



-Hahaha chyba nie wierzycie w paplaninę tej smarkuli?! – Nie wytrzymał starszy mag. – Ona nawet nie wie, o czym mówi, bredzi od rzeczy i tyle. Mamy na głowie poważne problemy i nie mamy czasu zajmować się dziecięcym bajdurzeniem. Zje…- czarodziej nie dokończył, złapał się za klatkę piersiową i próbując złapać oddech osunął się na posadzkę.

- A nie mówiłam, żeby uważał na swoje serduszko. – Podkreśliła Karolinka i na chwilę przerwała poruszona tym jak bardzo pozostali magowie starali się ocalić życie zrzędliwego starca. Po kilku minutach ciemnowłosa kobieta z gniewną miną stwierdziła.

-Eh będzie żył stary głupiec. Czy to…czy to twoja sprawka?! – W oczach czarodziejki złowrogo odbijały się płomienie z kominka.

To oskarżenie zdecydowanie oburzyło Małą, która zrobiła obrażoną minkę i zwróciła się wprost do Lodowej Róży nie zwracając uwagi na pytanie drugiej kobiety.
-Jeżeli pójdziesz ze mną będziesz mogła uratować swój świat. Pan Kapelusznik zaprasza Cię na herbatkę. On wszystko pięknie wytłumaczy… - Powiedziała urażona i chcąc to podkreślić zadarła jeszcze buńczucznie główkę do góry.





Niaa

Jeszcze przez krótką chwile na arenie panowała niesamowita niczym niezmącona cisza. Wszyscy z zapartym tchem wpatrywali się w zwyciężczynię a ich niewielkie móżdżki powoli analizowały cały przebieg wydarzeń nie mogąc uwierzyć w to co się przed chwilą stało. Dopiero okrzyk radości, jaki wydobył się z gardła anonimowej osoby przerwał marazm i wszyscy jak jeden mąż zaczęli ponownie skandować:
-Niaa, Niaa, Niaa!

Po raz pierwszy w historii tytuł Wojownika Wszechczasów zdobyła samica, co więcej zrobiła to w porażającym stylu.

Jednak uwaga kocicy skupiona już była wyłącznie na małej osóbce podskakującej z radości. Dziewczynka nie myśląc wiele zeskoczyła z trybun i rozłożywszy w locie parasolkę opadła swobodnie na arenę. Przebierając małymi jak serdelki nóżkami chwile później była już przy Niaa.

-Koteczek! Ja jestem Karolinka!– Dziewczynka była wręcz oczarowana osobą pięknej kocicy, lecz najwyraźniej zbyt nieśmiała żeby pogłaskać nieznajomą, ograniczyła się do wyciągnięcia dłoni oczekując na reakcję drugiej strony.

Samica trąciła delikatnie wyciągniętą dłoń noskiem i zamruczała przyjaźnie, to wystarczyło żeby mała już odważniej podrapała za uszkiem Niaa.

- Koteczku przybyłam tu po ciebie w bardzo ważnej misji. Jesteś potrzebna do uratowania całego świata, wiesz o tym? – Mimo tego ze kocica kiwnęła głową to wyraz twarzy Karolinki nie wskazywał na to, żeby jej uwierzyła. Mała zrobiła zatroskaną minkę pogrążając się we własnych myślach.

- Ech i co ja z tobą Niaa zrobię? Pewnie nie zdajesz sobie sprawy z tego, o czym mówię, ale jeśli ze mną pójdziesz czeka Cię wiele… zabawy, będziesz wolna i…i. – Dziewczynce zdecydowanie brakowało argumentów, przygryzła wargi próbując wymyślić coś, co trafiłoby do świadomości półdzikiej kobiety. Z tarapatów niespodziewanie wybawiła ją jej rozmówczyni.

- Niaa będzie grzeczna, Niaa chce iść! Tu jest już nuuudno.


Karolinka przyklasnęła ze szczęścia zaskoczona takim obrotem sprawy. Poszło jej nadzwyczaj szybko, czym jednak nie zamierzała się specjalnie przejmować. W jej główce już kłębiły się rozmaite sceny, w których bawiła się z nową futrzastą przyjaciółką. – Ha! Załatwione, trzymaj się zaraz nas stąd zabiorę!


Pogrążone w rozmowie dwie postacie nie zauważyły, kiedy wrzawa na trybunach ustała, a niebo zaczęły przykrywać ciemne kłębiące się chmury burzowe. Nieoczekiwanie wszyscy na arenie usłyszeli złowrogi głos ich gospodarza dochodzący zewsząd. Głos Ancjusza pana tego zamku.

-MOGŁAŚ ZAMIENIC DWÓCH MAGÓW W PROSIAKI MAŁA WIEDŹMO, LECZ ZAPOMNIAŁAŚ O NAJWAŻNIEJSZEJ I PODSTAWOWE ZASADZIE! CZARODZIEJ W SWOJEJ TWIERDZY JEST NIEZWYCIĘŻONY. TERAZ ZAPŁACISZ ZA SWOJĄ BEZCZELNOŚĆ! TY RÓWNIEŻ NIAA SŁUŻYŁAŚ MI BARDZO DOBRZE, ALE ZDRADY JA ANCJUSZ WSZECHMOCNY NIE ZAPOMINAM!

- Oj czemu zawsze musi to tak samo wyglądać. – Dziewczynka miała już się zamachnąć parasolką, gdy wszystkie wejścia na arenę otworzył się gwałtownie a z korytarzy zaczęły dobiegać dziwne odgłosy. Zbliżały się bardzo szybko i kiedy przerażające bestie wyskoczyły zebrani na trybunach zawyli z przerażenia.


- POZNAJCIE MOJE ZABAWECZKI NAD, KTÓRYMI PRACOWAŁEM CAŁYMI LATAMI! DZISIAJ PRZETESTUJE ICH MOŻLIWOŚCI!

Dziesięć okropnie poskręcanych potworów szybko otoczyło swoją zwierzynę. Musiały być wynikiem niezwykle okrutnych eksperymentów przeprowadzanych na kotołakach, o jakich chodziły słuchy wśród kociego ludu.


- Niaa trzymaj się blisko mnie! –Zawołała Karolinka wpatrując się w dziwnych przeciwników z wyjątkowo zaciętą minką. - Chodźcie śmierdziele!


To co stało się parę sekund później stanowiło najgorszy nocny koszmar panujących w tym świecie magów. Początek nowego ładu rozpoczął się wraz z rzuconym kamieniem, który trafił w łeb potwora.

- Nie damy skrzywdzić naszej Niaa! – Grupy uzbrojonych kotołaków wtargnęły na scenę rozpoczynając nierówną walkę ze strasznymi bestiami.

- To nasza szansa. – Parasolka rozorała powietrze czyniąc dziwną czarną wyrwę, która powolutku powiększała się. Dziewczynka wyciągnęła rękę w kierunku kocicy – Chodź ze mną!

Czy Wojowniczka Wszechczasów zostawi jednak swoich pobratymców, którzy przelewają za nią krew?




Acheont



Ciągle gdzieś we wszechświecie, parę przekleństw karczmarza później.


- Wiesz co, daruj, że ci to mówię, ale wolę żebyś uciekała w innym kierunki niż ja czerwony kapturku. No chyba, że masz koszyczek z konfiturami dla babci... Hmn To jak będzie?

-Panie Świetliku, to już przegięcie! – Dziewczynka pogroziła świecącej kulce palcem. – Ja tu do pana przybyłam z bardzo ważną misją, której tylko tak wielki heros mógłby się podjąć a pan w taki sposób się zachowuje. Proszę się wstydzić za siebie!

Acheont nie miał czasu odpowiedzieć, co było dla niego istnym ciosem, gdyż w tym momencie drzwi otwarły się z łoskotem i dwójka gospodarzy wyskoczyła szczerząc ostre jak brzytwa zębiska. – Jadźka, to ten świecący oszust, ta mała jest z nim. Bierzemy ich!

Karolinka zamachnęła się parasolką od niechcenia nie zwracając większej uwagi na rozgniewaną parę, jednakże nic się nie wydarzyło nie licząc prawie niezauważalnego ruchu powietrza, który przyjemnie omiótł Acheonta. Mała szeroko otwarła oczy ze zdumienia i w mgnieniu oka minęła w biegu Świetlistego wołając:
-Mam cały koszyczek konfitureeeek babciowych, dziadziusiowych i wujkowych a teraz zmykajmy!


Ucieczka po krętych i ciasnych uliczkach podwodnego świata nie należała do najprostszych o drobnej przeszkodzie jak wiecznie wilgotne i śliskie podłoże nie wspominając. O ile Acheont przez lata dopracowawszy do perfekcji technikę uciekania nie miał z tym większych problemów(również sam sposób poruszania się miał zapewne tu wielkie znaczenie) tak mała potykała się i upadała co chwilę opóźniając ich. Świetlisty czuł się jednak odpowiedzialny za dziwną osóbkę…oczywiście konfiturki i tajemnicza misja też robiły swoje.


-Tutaj Mała, w prawo! – Zawołał Acheont i już po chwili dwójka uciekinierów siedziała cichutko w bocznej uliczce skrywając się za kontenerem ze śmieciami. Po paru sekundach dziewczynka odważyła się odezwać i szepnęła do trzęsącego się towarzysza.

-Panie Świetliku chyba ich zgubiliśmy. To jak będzie z NIEZWYKLE WAŻNĄ misją, którą mam dla pana? Musi Pan iść ze mną, jest pan zaproszony na herbatkę przez pana Kapelusznika…konfiturki też będą. – Dodała zważając ostrożnie na słowa. – Teraz otworze przejście, tylko proszę się nie bać.

Karolinka wstała poprawiając swoją pobrudzoną sukieneczkę i wyszła z ukrycia zbierając się do otwarcia portalu, lecz nagle zamarła usłyszawszy przerażający śmiech za sobą.
-Hahaha tu się nasza ptaszynka schowała. Chodź tu stary capie znalazłam ją! – Zawołała gruba kobieta szczerząc kilka rzędów zębów. Jej mizernej postury mąż zaraz stanął za nią w bezpiecznej odległości. – A teraz moja rybeńko schrupiemy Cię ze smakiem, chyba, że nam powiesz gdzie jest twój wspólnik, ten świecący złodziej i naciągacz.

Stworzenia zbliżyły się na niebezpieczną odległość do Karolinka, ta przestraszona stała jak kołek. Pierwszy raz w życiu spotkała się z istotami odpornymi na jej moce. Już tłuściutkie ręce wyciągały się w stronę szyi dziewczynki, kiedy…

Acheont i Thimoty Pyton

-Aaah – Ni stąd ni zowąd dziewczynka złapała się za głowę i upadła na kolana majacząc coś pod nosem. Odgięła gwałtownie główkę do góry i krzyknęła do rybowatej pary. – Uważajcie!

Za późno. Ściana za dziewczynką pociemniała raptownie tworząc dziwny czarny kwadrat z wnętrza, którego dało się słyszeć okropny warkot. Sekundę później wyleciało z niego warczące nieznane monstrum dosiadane przez dwie postacie. Stalowa maszyna idealnym łukiem opadła tuż za kucającą dziewczynką wpadając idealnie w napastników. Biedacy pofrunęli parę metrów dalej lądując jedno na drugim zaraz przed wylotem z bocznej uliczki.

Rangers jakimś cudem zdołał wyhamować rozpędzoną maszynę. Jeszcze przed chwilą wszystko przysłaniała gęsta ciemność a teraz…teraz w zasadzie nie wiedział gdzie się znalazł. Ogólnie nie czuł się najlepiej, w dodatku mógłby przysiąc, że przed chwilą potrącił dwie dziwacznie wyglądające osoby. Mała przerażona dziewczynka zdawała się być kluczem do wszystkiego.

-Uff uratowani. – Doleciał do Thimotiego znajomy głosik za pleców. Ale…ale on trzymał dziewczynkę tuz przed sobą, jak to możliwe? Odwrócił się i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zaraz za quadem stała identyczna osóbka, różniąca się tylko tym, że zamiast zapłakanej buźki miała pobrudzone czerwone ubranko.

Mała ześlizgnęła się z motocykla i zbliżyła się do swojej bliźniaczki. Timy wraz z Acheontem byli świadkami dziwacznej scenki. Powoli dwie dziewczynki stając się przezroczyste zaczęły nasuwać się na siebie aż stały się jedną osobą.

-Panie Świetliku to pan Pay…Paye…pan Żołnierzyk, poznajcie się, od teraz jak to się mówi płyniecie na jednej łodzi. – Mała powiedziała wciąż lekko pochlipując. Teraz nie tylko była brudna, ale i zapłakana.

Ale co się tu u licha dzieje?
 
mataichi jest offline  
Stary 17-06-2008, 11:17   #8
 
Lilith's Avatar
 
-To jak, gotowa?

Wiedźma przekrzywiając głowę niby zaciekawiony ptak, mierzyła przenikliwym wzrokiem czekającą na jej decyzję, drepczącą w roztargnieniu dziewczynkę. Nie miała odwagi zajrzeć głębiej bez jej wiedzy i pozwolenia. Była prawie pewna, że w starciu z tą małą tajemniczą istotką stanęłaby na z góry przegranej pozycji.

Działanie mocy, jakie Dagata mimo woli odczuła na sobie, wydawało się porażające. Wizja przeniknęła do jej umysłu, jak gdyby zwarty mur, który wokół niego wzniosła, nie istniał wcale. Była tak realna, że niemal namacalna. Czuła pęd wiatru na twarzy, siłę obejmujących ją ramion i zapach spoconej ciepłej skóry obcego mężczyzny. Zimno żyjącego „Nieżycia” i otaczającą nagle wszystko czerń. Wzdrygnęła się na wspomnienie czarnych wrót z wizji. Całą sobą buntowałaby się, gdyby ta mała czarownica próbowała zmusić ją do czegokolwiek. Ale wydawało się, że nie miała takiego zamiaru. Po prostu czekała.

Czy była gotowa? Oczywiście, że nie była. Cokolwiek miało nastąpić, nie była na to przygotowana. Jak i zresztą na wszystko, co spotkało ją dotychczas. Jednak los czy jakkolwiek to nazwać, stawiał przed nią szansę na znalezienie odpowiedzi na pytanie, co właściwie działo się z Nhaar? Może nawet na przerwanie tego i zaprowadzenie porządku. Tylko czy cele te nie były zbyt ambitne? Czy myśl, że ona, Dagata, młoda i niedoświadczona mogłaby podjąć się takiego zadania z nadzieją powodzenia nie była czasem wynikiem zwykłego braku pokory wobec jego ogromu? Poza tym była przecież potrzebna swojemu ludowi. Jednak z drugiej strony dotąd pozostawała bezsilna wobec tego, co się działo. A jeśli odmawiając małemu posłańcowi, zamknie przed sobą szansę „naprawienia świata”? Przed sobą i przed tymi, wszystkimi, którzy szukali pomocy i ochrony u Maa i u niej. Jak spojrzałaby w oczy tym, którzy umierali na jej rękach? Gdyby wiedziała chociaż, jak duże jest ryzyko. A może powinna właściwie zapytać, jak realna jest nadzieja na powodzenie?

Dość! Po to przecież przyszła na świat. Po to istniała, aby kiedy przyjdzie czas, podjąć ryzyko i wypełnić swoje powołanie.
„Oswój strach. Niechaj nie powstrzymuje twej ręki” –słowa Reguły brzmiały w pamięci Wiedźmy szeleszczącym szeptem Maa. –„Oswój strach. Niech nie zamknie ci ust.”
Jeśli miała stąd odejść i pójść tam, gdzie poprowadzi ją dziewczynka, potrzebowała wsparcia Czwórjedynej. Nie przeszła jeszcze próby i nie otrzymała jej błogosławieństwa. Stanie się to dzisiaj zanim zapadnie zmierzch. Dziś zyska pełną moc lub straci duszę. Istniał jedynie drobny problem. Nie miała za sobą żadnego wsparcia. Nikogo odpowiedniego, kto w przypadku niepowodzenia byłby gotów… . Nie, Nie może z góry zakładać, że poniesie porażkę. Maa była dobrą nauczycielką. Szkoda, że jest teraz tak daleko.

- Siostrzyczko –zwróciła się spokojnym, wyważonym tonem do wiercącej piętką dziurę w piasku dziewczynki. –Posłuchaj. Zanim będę mogła pójść z tobą do twojego przyjaciela, muszę zrobić coś bardzo ważnego. Nie jestem gotowa odejść zanim to się nie stanie. Także on nie byłby w stanie wstać i iść z nami –wskazała ruchem głowy leżącego opodal jasnowłosego chłopaka. –Postaram się postawić go na nogi, ale nie wystarczy to na długo. Jeśli uda mi się to, co chcę osiągnąć, będę go mogła uzdrowić, lecz jeśli nie, musicie mnie… musicie mnie zgładzić. Słyszysz mnie siostrzyczko? –Spojrzała głęboko i poważnie w oczy małej istotki. –Musicie, rozumiesz? Dopełnię pewnej ceremonii. Kiedy skończę, przypatrz się uważnie moim oczom. Jeśli się nie zmienią i pozostaną takie, jakimi teraz je widzisz, będzie to oznaczać, że wszystko jest w porządku. Jeśli jednak staną się całkiem białe, będzie to znaczyło, że to ciało –wskazała na siebie –nie jest już mną. Zabijcie wtedy to, co ze mnie powstanie i uciekajcie jak najszybciej. Będziecie mieć niewiele czasu. Początkowo będzie słabe i niemrawe, ale nie czekajcie zbyt długo. Proszę cię, nie pomyl się siostrzyczko.

Sama nie wierzyła, że rzeczywiście zdecydowała się na to. Że zaufała dziecku i obcemu mężczyźnie z innego świata. Jak zareagują? Czy nie zawiodą? Trudno!

Przyklękła przy wciąż nieprzytomnym Jasnookim. Ogarnęła wzrokiem całe jego zmaltretowane ciało i westchnąwszy ciężko przesunęła nad nim dłońmi, zaczynając od głowy ku dołowi. Jeśli miał przebudzić się i spełnić jej prośbę, musiała oddać mu część własnej energii życiowej, wzmocnić jego wyczerpane siły. Czuła, jak strumień czystej energii opuszcza jej ciało. Pokonując sprzeciw własnego instynktu samozachowawczego, oddawała nieznajomemu cząstkę swojego życia.

Jeszcze. Jeszcze tylko odrobinę. Zostawi sobie tylko tyle, ile będzie uważała za niezbędne. Jej coraz chłodniejsze palce dotknęły nagiej piersi mężczyzny. Czuła unoszący je, coraz bardziej regularny oddech i rytm jego serca. Równy, spokojny. Otworzył oczy. Przekazała mu swoją prośbę. Nie było potrzeby powtarzania mu słowami tego samego, o czym rozmawiała z dziewczynką. Doskonale ją zrozumiał, choć wzdragał się przed tym, czego od niego oczekiwała. Wcisnęła mu w dłoń swój nóż i zacisnąwszy na rękojeści jego palce, wstała szybko. Rzuciła mu przeschnięte już ubranie. Zakręciło jej się w głowie. Może jednak za dużo mu oddała?

-Zabierzcie wszystkie rzeczy i zaczekajcie na skraju lasu. Bądźcie ostrożni –dodała odchodząc i nie patrząc w ich stronę.

Zdjęła wierzchnią odzież i pozostawiwszy na sobie jedynie krótką tunikę, weszła do wody. Podpłynęła do skały i podciągnąwszy się na rękach, wspięła się na nią, stając nad lustrem jeziorka podobnie, jak kilka godzin temu. Przymknęła oczy skupiając się całą mocą na tym, co kryła toń. Znów czuła ciepło i lekkie wibracje medalionu. Woda ożyła, bulgocząc i wirując niby w kotle. Wiedźma nie bawiła się tym razem. Kiedy wrzenie jeziora weszło w swoje apogeum, postąpiła krok naprzód. Gejzery wody wystrzeliły w niebo, a głębia zalśniła elektrycznym błękitem, ukazując na chwilę plątaninę zawiłych symboli tuż pod powierzchnią. Dagata nucąc śpiewnie, ruszyła stąpając po lustrze wody. Tam, gdzie tylko dotknęła go stopą, rozbłyskiwały błękitnym światłem dziwne znaki. Pamiętała każdy wyuczony ruch, każdą sekwencję kroków starożytnego tańca. Pląsała po powierzchni wody z płynną gracją, obserwowana przez dwoje niespodziewanych towarzyszy.



Czuła, jak moc Kręgu budzi się, wzywana jej tańcem. Wiedziała, że za chwilę rzuci się na nią. Szukała i badała pajęczą sieć ścieżek, prowadzących w czeluście ziemi, do samego serca mocy, do sarkofagu, w którym spoczywał odwieczny wróg. Dziś zmierzy się z nim i albo zdobędzie jego moc, albo sama stanie się jego zdobyczą. Kolejna seria tanecznych, posuwistych ruchów znaczonych błyskami runicznych symboli i kolejna warstwa muru wznoszonego wokół własnego umysłu. Pozostawiła jedynie kilka mocno strzeżonych przejść. Na przynętę. Niech sądzi, że będzie łatwą zdobyczą. Jeszcze jedna sekwencja błysków pod stopami. Jest!

Delikatne skrobanie, jak odgłos szczurzych pazurów na skale. Poczuła macki obcej mocy ostrożnie badającej wejścia, które pozostawiła na przedpolach. Wzdrygnęła się z odrazą. Chyba poczuł się pewniej. Dała mu odczuć swoje obrzydzenie i wysłała mylący sygnał o rosnącym strachu. Niech poczuje to w biciu jej serca, w rytmie pulsowania krwi. Tańczyła dalej, budując równocześnie i uzbrajając we własnym umyśle pułapkę na wroga. Coraz pewniejszego i bardziej niecierpliwego. Głodnego wroga.

Uderzył! Nagle, jednym błyskawicznym rzutem, jak jadowita żmija. Dagata zachwiała się i omal nie wypadła z rytmu. Zimne macki wdarły się za pierwszą linię obrony, tłukąc o wewnętrzną sferę ochronną. Obejmowały, darły, rwały, próbując zmiażdżyć umocnienia i dostać się do jądra. Ostatnia seria kroków i Wiedźma zatrzymała się wreszcie w centrum okręgu pulsującego niebieskimi znakami. Zatrzasnęła bramy, odcinając napastnikowi drogę odwrotu. Trwała nieruchoma w Kręgu, podczas gdy gdzieś wewnątrz niej trwała walka na śmierć i życie.

Smugi światła otaczały jej drżącą postać, oplatając ją, jak pasma półprzejrzystej mgły, nie mogąc zakryć jej ani opaść wolno. Dwójka ludzi obserwowała widowisko szeroko otwartymi oczyma.

Między dwiema sferami umysłowej bariery, wiło się kłębowisko żmij. Powoli słabły, trawione i wchłaniane przez nią samą. Wtedy zdecydowała się na kontratak. Wykorzystała siłę jego lęku przed upadkiem i całą skierowaną na nią nienawiść, uderzając w jego odsłonięte po frontalnej napaści, czułe miejsca. Pod jej powiekami eksplodowało białe światło, a umysł zalała niepowstrzymana fala najczystszej mocy.

Mgliste pasma zawirowały wokół Wiedźmy. Wodne gejzery strzeliły w niebo, a ziemia zadrżała w spazmach. Snop białego światła z wnętrza jeziora przeniknął nieruchomą sylwetkę dziewczyny, a potem rozlał się w regularną kopułę nad jarem. Wtedy stąpając sztywno, ruszyła ku brzegowi, powoli pogrążając się w wodzie. Wyszła na piaszczysty brzeg. Nogi z wolna ugięły się pod nią. Osunęła się miękko na ziemię. Światła zbladły i rozpłynęły się bez śladu, a tafla jeziora ściemniała i znów jedynie lekko falowała, jak gdyby nigdy nic się tu nie stało.

Jasnowłosy mężczyzna mocniej zacisnął palce na rękojeści i niepewnie ruszył w kierunku leżącej na piasku dziewczyny.
 
__________________
"Niebo wisi na włosku. Kto wie czy nie na ostatnim. Kto ma oczy, niech patrzy. Kto ma uszy, niech słucha. Kto ma rozum, niech ucieka" (..?)

Ostatnio edytowane przez Lilith : 17-06-2008 o 21:49.
Lilith jest offline  
Stary 19-06-2008, 17:44   #9
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
- Koteczku przybyłam tu po ciebie w bardzo ważnej misji. Jesteś potrzebna do uratowania całego świata, wiesz o tym?
Mimo tego, że kocica kiwnęła głową potakująco, to wyraz twarzy Karolinki nie wskazywał na to, żeby jej uwierzyła. Mała zrobiła zatroskaną minkę pogrążając się we własnych myślach.

- Ech, i co ja z tobą Niaa zrobię? Pewnie nie zdajesz sobie sprawy z tego, o czym mówię, ale jeśli ze mną pójdziesz czeka Cię wiele… zabawy, będziesz wolna i…i.

Dziewczynce zdecydowanie brakowało argumentów, przygryzła wargi próbując wymyślić coś, co trafiłoby do świadomości półdzikiej kobiety.

„Co za żenada! I ty chcesz sikso być Jego prawą ręką? No to widzę cienko przedzie, skoro musi polegać na tak niekompetentnych osobach. Już te kotołaki potrafiłyby chyba znaleźć lepsze argumenty...”

- Niaa będzie grzeczna, Niaa chce iść! Tu jest już nuuudno. – kocica uśmiechnęła się przymilnie do Karoliny, która ze szczęścia, że tym razem obyło się bez problemów, aż przyklasnęła radośnie w dłonie.

Jest jednak takie proste przysłowie... Nie mów „hop” zanim nie przeskoczysz. I ta sentencja doskonale sprawdziła się i w tym przypadku, gdy nagle, będąca miejscem rozrywki arena, zamieniła się w krwawy plac boju o niepodległość. Oto bowiem ta głupia - zdawałoby się dotychczas - pozbawiona własnej woli rasa zbuntowała się przeciwko tyranii magów.

Niaa zagryzła zęby. Miała świadomość, że to przez nią i dla niej spolegliwa dotychczas rasa z własnej woli przystąpiła do walki. I to z kim? Ze swymi panami! Nie mieli szans w starci z magią, a jednak... byli wojownikami, nie lękali się śmierci.
Kocica udręczony wzrokiem popatrzyła na dziewczynkę.

- Niaa musi im pomóc!

- Nie, nie możesz!
Karolinka przestraszyła się, że oto jej misja może zakończyć się fiaskiem. – Musimy już lecieć!

- Ale Niaa musi im pomóc!!!


Ogon kocicy zjeżył się, gdy z furią popatrzyła na Karolinkę. Kiedy na dodatek obnażyła zęby, nic już nie zostało uroczego kociaka, którym była przed chwilą. Dziewczynka odruchowo cofnęła się. Teraz rozumiała, dlaczego Kapelusznik wybrał akurat tę istotę.

- Koteczku, nie możesz...

„No myśl debilko! Jak nic nie wymyślisz, to naprawdę cię olejemy... a może nawet rozszarpiemy. Każdy z tych kotołaków jest sto razy od ciebie lepszy durna smarkulo...”

- Proszę, zrozum... – Karolinka łkała, bojąc się, że wszystko zaprzepaściła – Cokolwiek się stanie teraz, twoja rasa przeżyje. Ale... ale jeśli nie pójdziesz ze mną, to wszystko... koty, czarodzieje, lasy, wody... po prostu wszystko przestanie istnieć!

„Wreszcie!”

- I nie będzie takich, jak Niaa?
– kocica przekrzywiła łepek pytająco.

- Nie, nie będzie! Niaa też nie będzie. Musisz mi pomóc..
. – Karolinka wręcz szlochała teraz – Proszę... Niaa.

- Niaa pomoże.
– zdecydowała wreszcie wojowniczka, a dziewczynce ogromny ciężar spadł z serca.

- Och, dziękuję Koteczku! Złap się mnie teraz, szybko.

Kocica posłusznie spełniła polecenie, po czym krzyknęła do swoich pobratymców, którzy wciąż dzielnie bronili swojej bohaterki przed czarami magów.

- NIAA WAS URATUJE! NIAA OBIECUJE!!!

„ Tak, kiedy wszystko to się skończy, wrócę tu... wrócę i wyzwolę was. Zaśpiewam dla was Pieśń Życia... tylko dla Was. Teraz... teraz mogę nucić jedynie w myślach...

To nie tak miał zacząć się dzień
Obiecał trwać lecz zawiódł i wiem
Wiem czym są łzy i wiem czym jest lęk
Że to koniec i szans coraz mniej

To nie tak miał skończyć się czas
Obiecał trwać lecz zadrwił i zgasł
Wiem czym są łzy i wiem czym jest lęk
Bo to koniec i mniej coraz mniej

Znów mam żyć samotnie
Czekając na
To wszystko co Ty dziś mi zechcesz
zechcesz dać

Będę wierzyć, że znów
Przyjdzie taki czas
Będę wierzyć, że znów
Ujrzę lepszy świat*

...Wybaczcie mi.”



*fragment tekstu piosenki „Czekając na...” Kasi Kowalskiej
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 21-06-2008, 22:50   #10
 
merill's Avatar
 
Timothy z całej siły ściskał rączkę gazu przy pojeździe. Konie mechaniczne pod maską zwiadowczego pojazdu terenowego chyba jeszcze nigdy nie były wystawione na taki wysiłek. Mała trzymała się kurczowo jego pleców, kiedy rozpędzeni przechylali się na boki, z trudem mieszcząc się w ciasnych zakrętach między zwałami sczerniałych od ognia gruzów. Rangers kierował pojazd ku epicentrum wybuchu… w Zonę Zero… miejsce gdzie potężne Megatony, zamknięte w tytanowej głowicy rozerwały rzeczywistość miasta. W gąszczu zniszczonych dawnych instalacji i budynków, miał nadzieję zgubić groteskowe monstrum.

Już myślał, że zgubił ścigające ich stworzenie… „Co to tak właściwie jest?” – przez świadomość przemknęło mu pytanie, między omijaniem kolejnej przeszkody. Dziewczynka z tyłu, pisnęła przeraźliwie: - Szybciej, szybciej!!! Jest za nami!!!

Rzeczywiście w tylnim lusterku pojawił się niewyraźny, szybko poruszający się kształt. Silnik quada zawył jeszcze intensywniej w odpowiedzi na dociśnięcie regulatora szybkości. „Sukinsyn, szybki jest” – tylko tyle przyszło na myśl Timowi i jego rozgorączkowanemu ucieczką umysłowi.

Centrum miasta stanowiło istną plątaninę makabrycznych ruin. To co niegdyś był pełnym życia miastem… zostało w nanosekundzie zamienione w żelbetonową pustynię… straszącą powykręcanymi słupami, zwalonymi wieżowcami i poskręcanymi od niesamowitej temperatury asfaltowymi powierzchniami. Szaleńczy pościg ciągnął się nieubłaganie… żołnierz wyciskał z maszyny ostatnie poty, by uciec pościgowi i ocalić siebie i tą małą dziewczynkę, nerwowo chlipiącą mu teraz za plecami i piszczącą ze strachu przy każdym ostrym wirażu.

Przed nim wyłoniły się kolumny estakady kolejowej. Wysoko nad nimi ciągnęła się masywna magistrala kolejowa wspierana na betonowych słupach, które dźwigały ją niczym mityczny Atlas sklepienie niebieskie. Chyba cudem ocalała, mimo, że kolosalne żelbetonowe słupy były już mocno nadwyrężone. „To może być nasza szansa…” – pomyślał wykonując karkołomne akrobacje, próbując w pośpiechu przeładować granatnik jedną ręką… pot spływał mu z pod hełmu, a ryk silnika i pęd wiatru zagłuszał wszystko. Drżącą ręką wycelował w najbardziej uszkodzony słup estakady… biały obłok wybuchu rozpostarł się przed rozpędzonym pojazdem. Kiedy przejeżdżali pod instalacją, potężne zwały betonu i stali zaczynały się już walić… dziewczynka pisnęła ze strachu, kiedy kolos z hukiem uderzył w grunt tuż za nimi. Łoskot był ogromny a podmuch zarzucił ich lekkim pojazdem.

Tim spojrzał w lusterko… zwały betonu zaległy litą ścianą za nimi… żołnierz odetchnął z ulgą i ruszył dalej w stronę centrum. Nagle dziewczynka znów zapiszczała… Rangers nawet nie musiał odwracać głowy… wiedział co wywołało taką reakcję odzianej w czerwoną sukieneczkę Małej. W lusterku widział jak masywna przeszkoda za nimi eksplodowała wskutek uderzenia monstrum. Odłamki gruzów pokryły całą okolicę, a solidny fragment konstrukcji upadł tuż obok ich rozpędzonego pojazdu. Na szczęście dla nich… By uniknąć zderzenia Payton wykonał gwałtowny skręt w przeciwną stronę i tylko dlatego uniknął morderczego ciosu szybkiego jak błyskawica potwora. Potężne mechaniczne ramię przecięło powietrze tuż za nimi…

Stracił na chwilę panowanie nad pojazdem, przez kilka sekund rzucało ich od krawędzi poszczerbionej resztkami domów, alei by w końcu wyrzucić ich wprost na litą, czarną ścianę z jakiejś dziwnej materii. Tim odruchowo skręcił kierownicą… ale było już za późno.

*****

Żołnierz już widział oczami wyobraźni jak roztrzaskują się wraz z pojazdem o wyrosłą spod ziemi przeszkodę. Jednak nic takiego się nie stało… przez chwilę wszystko znikło, jakby nagle nakryła ich jakaś czarna nieprzepuszczalna tkanina. Nastała ciemność i wibrująca bezgłośnością cisza… ale tylko na sekundę.

Uderzenie serca później znów zabłysło światło i powróciły dźwięki. Quad wylądował na brukowanej nawierzchni, wpadając w lekki poślizg. Rangers nie był pewien, ale dał by sobie głowę uciąć, że zdążył potrącić dwie stojące w półmroku wąskiej alejki postacie, póki co nie było po nich śladu. Oddychał ciężko siedząc na odpalonej cały czas maszynie, pot spływał z jego czoła strumieniami… między urywanymi oddechami starał sobie przypomnieć wydarzenia sprzed kilku minut. Wszystko zdawało mu się jakieś nierealne: dziewczynka… George… potwór… pościg i teraz to dziwne zjawisko. Przypomniał sobie o Małej siedzącej jeszcze z nim na quadzie… ale jej już tam nie było. Ze zdziwienia wytrzeszczył oczy… przed nim na ulicy stały dwie małe dziewczynki… podobne do siebie jak dwie krople wody… w takich samych sukienkach… z tą różnicą, że jedna była bardziej ubrudzona i zapłakana. Na jego oczach zmaterializowały się w jedną postać…

Tego było już za wiele nawet jak dla żołnierza elitarnej jednostki U.S.Army… zeskoczył z pojazdu… trzymając w rękach odbezpieczony M4… dopiero teraz zauważył inną postać lśniącą delikatnym światłem…

- Co tu się dzieje? Do ciężkiej cholery? Nikt się nie rusza – wycelował karabin w stronę nieznajomej postaci, gdzieś umysł podpowiadał mu, że to dziewczynka jest kluczem do tego całego surrealizmu jakiego stał się uczestnikiem, ale nie miał serca celować do dziecka – nikt się nie rusza dopóki nie usłyszę jakiegoś sensownego wyjaśnienia!!! Kim jesteś Mała? – powiedział do dziewczynki, nie spuszczając z muszki świetlistej postaci, kropka kolimatora spoczywała dokładnie w celu. – I czym była istota, która nas ścigała?

-Panie Świetliku to pan Pay…Paye…pan Żołnierzyk, poznajcie się, od teraz jak to się mówi płyniecie na jednej łodzi. – mała odpowiedziała pochlipując ale jednak z rezolucją, która zadziwiła by go nawet w bardziej spokojnej sytuacji.


„Mi się to wszystko chyba, kurwa śni. To nie może być prawda… może ta wczorajsza konserwa była nieświeża i teraz mam omamy… albo to zmęczenie? To co się tu dzieje po prostu nie może mieć miejsca…” – próbował sam się oszukać, ale bolesne rozcięcie na barku od uderzenia ostrym kawałkiem betonu, przypomniało mu o groteskowej rzeczywistości.
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 22-06-2008 o 14:52.
merill jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172