Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-05-2021, 22:11   #1
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Wszyscy jesteśmy potworami: Tajemnica Ceres

[MEDIA]https://images.fineartamerica.com/images/artworkimages/mediumlarge/1/post-apocalyptic-meggi-andrew.jpg[/MEDIA]
Faza 1: Popiół

Stało się. Tej nocy Eden miał upaść ostatecznie. Dwie potężne armie krwiożerczych potworów wdarły się do ostatniego bastionu ludzkości z łatwością niszcząc go i odbierając życie setkom tysięcy mieszkańców, którzy byli teraz niczym myszy w potrzasku. W dodatku zleciały się też sępy – dzieci Feniksa obserwowały sytuację uważnie wyprowadzając szybkie, skuteczne uderzenia, dzięki którym zyskiwali zasoby umierającego miasta.

Odchodząca szóstka nie mogła zrobić niczego by pomóc Edeńczykom, a właściwie jedyne co zrobić mogli – to iść dalej. Iść wciąż i wciąż przed siebie, nawet jeśli niewidzialny ciężar przygniatał ich barki a żal zaciskał szponiastą łapę na gardle. Wszystko przez to dziecko, które eskortowali do bazy Space X w Brukseli i które mieli ochraniać za wszelką cenę.

[MEDIA]https://i.ibb.co/555XXdW/Angel-Kathleen.jpg[/MEDIA]

Na ostatniej odprawie powiedziano im, że to właśnie ta mała, chuderlawa 7/8-latka miała stanowić nadzieję na ocalenie ludzkości przed kataklizmami, które toczyły Ziemię niby robaki truchło. Podjęli się tej misji jednak, każdy z własnych powodów, na swój sposób tłumacząc sobie coś, co łączyło ich wszystkich – instynkt przetrwania.

Choć ich misja miała ogromne znaczenie, odprawa została urządzona w pośpiechu i trwała zaledwie kwadrans, po czym pozwolono im wziąć ze zbrojowni co tylko chcieli. Dostali też mapę, zalecając przy okazji ograniczenie elektroniki z uwagi na energożerne mutanty. Wyjaśniono im którędy powinni iść i przejmować się zawałem, który nie tyle zamknie im drogę powrotu, ale przede wszystkim odetnie ewentualny pościg. Mieli iść tunelem tak długo, jak to tylko będzie możliwe, ponieważ pod ziemia było bezpieczniej niż ponad nią. Mutanci, zombiaki, radioaktywne opady i cholerni psionicy – wszystko to zostało teraz na górze. Tutaj zaś panował tylko spokój. Spokój w ciemnej i zimnej przestrzeni, która mimowolnie przywodziła na myśl trumnę.

[MEDIA]https://i.ibb.co/wcChWvT/a286ce0508e9836b5b5ed8161d53071d.jpg[/MEDIA]

Żaden jednak grób nie mógł być tak rozległy. Ciemny korytarz dawnej linii metra zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Ile już tak szli? Godzinę, dwie, a może pół dnia? Trudno powiedzieć, wiadomo jednak, że od czasu zawału za nimi, minęli chyba 2 stacje metra. Żadna z nich jednak nie umożliwiała wyjścia na powierzchnie, toteż parli wciąż przed siebie.
Szli w parach. Na przedzie człapali Ziggi z latarką i Maruda – jak Goliat i Olbrzym. Jeden wypatrując pułapek technicznych, drugi… organicznych. Za nimi podążała siostra Isabelle wraz z dziewczynką, którą mieli ochraniać. Zakonnica najwyraźniej od początku przyjęła rolę opiekuna małej, cichej istoty imieniem Ceres. W zasadzie dziecko wciąż stanowiło dla nich tajemnicę. Nie wydawało się ani psionicznie uzdolnione, ani wyjątkowe… pod żadnym względem. Na odprawie nikt też nie kwapił się zdradzić im więcej o niej, a oni też nie pytali, zbyt pochłonięci innymi rewolucyjnymi informacjami, jak umierające miasto czy odkrycie, że na Księżycu funkcjonowała ludzka baza kosmiczna. To tam uciekli magnaci starego świata, których fortuny pozwalały na zorganizowanie kilkunastu załogowych lotów kosmicznych. SpaceX miało specjalistów i technologię, zaś zdesperowani bogacze mieli zasoby, by w krótkim czasie urzeczywistnić wszelkie wizje Elona Muska odnośnie eksploracji kosmosu. To właśnie z tymi uciekinierami miał skontaktować się ostatni edeński oddział i przekazać im dzieciaka. Jak miało się to dokładnie odbyć? Tego chyba nie wiedziała sama Rada, jednak przydzielono do misji aż dwóch mózgowców – Ziggiego i Xavrasa, przy czym o ile ten pierwszy faktycznie był młodym geniuszem szeroko rozumianej inżynierii, drugi zdawał się płynąć trochę na fali podziwu dla osiągnięć jego ojca – Gino Rubbia. Jakby mając tego świadomość Xavras wykazywał się skupieniem i stale rozglądał w poszukiwaniu zagrożenia, machając swoją latarką. Obok niego w ostatniej parze szła Jessica Wright – babka tak twarda, że można by sobie na niej połamać zęby… o ile w ogóle ktokolwiek odważyłby się pod jej spojrzeniem rozdziawić paszczę.

Choć szli w milczeniu od czasu zawału korytarza za plecami, po oddechu można było poznać, że Ceres dociera powoli do granic swojej wytrzymałości. Dziewczynka nie skarżyła się, lecz pozwoliła sobie raz czy dwa obejrzeć na Jess, jakby u niej szukając wsparcia i wysyłając niemą prośbę o postój. Spojrzenie to od razu złowiła zresztą Isabelle. Siostra w habicie zdecydowanie miała odruchy daleko wykraczające poza praktyki modlitewne.

Oto ostatni bastion ludzkości upadał, a jedyną nadzieją homo sapiens był dzieciak, którego zaraz złapie kolka.
Czy mogło być gorzej? Zapewne niedługo przekonają się, że tak.
 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 06-05-2021, 21:57   #2
 
Buka's Avatar
 
“Niezbadane są wyroki boskie.”


Krok za krokiem, metr za metrem. Przed siebie tunelami, coraz dalej i dalej. Wśród ciszy, wśród pustki, pogrążona we własnych myślach, co pewien czas spoglądająca na towarzyszącą im dziewczynkę…

Zostawili za sobą Eden, zostawili za sobą ostatnią kolebkę ludzkości. Zostawili tysiące ludzi, dziesiątki, setki tysięcy, mężczyzn, kobiet i dzieci… które ginęły teraz z rąk potwornych oprawców. Ludzkość, która upadła na kolana, próbowała się wkrótce z nich podnieść. Nie było jej to jednak dane, cios ostateczny nadszedł prędzej czy później. To chyba naprawdę był koniec wszystkiego.

Po policzku siostry Isabelle spłynęła łza.

Spojrzała na Ceres. Uśmiechnęła się ciepło, jakby pocieszająco do małej, chcąc jej dodać otuchy. A może i sobie? Ostatnia nadzieja ludzkości, w postaci chudziutkiej, małej dziewczynki, o której nie mieli najmniejszego pojęcia…


***

Krok za krokiem, metr za metrem. Przed siebie tunelami, coraz dalej i dalej. Wśród ciszy, wśród pustki. Dwójka żołnierzy, dwóch jajogłowych, zakonnica i dziewczynka(...wchodzą do baru...). Siostra Isabelle minimalnie pokręciła głową, chcąc się pozbyć niestosownych myśli.

Dziecko zaczynały opuszczać siły.

- Zaczekajcie chwilkę - Powiedziała do wszystkich cichym, spokojnym tonem, wpatrując się w twarz Ceres, i tylko w nią. Uśmiechnęła się sympatycznie.


- Jeszcze chwilę, i nam się tu przewróci. A skoro nie robimy postoju, to… mogłabym ją wziąć na plecy, tylko wtedy ktoś musiałby nieść mój plecak. Potem możemy się zmienić. No chyba, że macie inne pomysły? - Siostra Isabelle spojrzała w końcu w kierunku duo Rubbia-Wright, a po chwili i na Kamratova i Petersona.





.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 07-05-2021, 12:34   #3
 
Aiko's Avatar
 
Jess nie oglądała się za siebie. Gdzieś tam zostali jej ludzie, jej rodzina. Wiedziała jednak, że jeśli oni sobie nie poradzą to nikt nie poradzi. Musiała w to wierzyć. Miała misje i nie mogła skupiać się na innych rzeczach.

Żałowała że spokój Edenu trwał tak krótko, nie odetchnęła jeszcze dość po pustkowiach. Teraz z ekwipunkiem na plecach, w pełnym rynsztunku czuła jakby znów była po tamtym zrzucie w Europie. Tyle, że było ich mniej. Nie wszyscy byli żołnierzami. Niewyszkoleni… łatwi do złamania. Do tego z tym specyficznym ładunkiem jakim była mała dziewczynka. Nie to, że nie lubiła Ceres. Nie łączyło ich wiele, bo jedynie te uśmiechy, wymieniane spojrzenia, a jeszcze gdzieś tam w odmętach pamięci majaczyło jej, że jej dzieciństwo było inne i na pewno składało się z większej ilości ciepła niż to, którego mała doświadczyła. A teraz okazało się, że była bronią. Jej wzrok prześlizgiwał się po plecach zakonnicy zakonnicy i Ceres gdy spotkała jej spojrzenie.

Wsłuchała się w słowa zakonnicy. Tyle zachodu… już lepsza byłaby jakaś taczka, czy wózek, na którym można by ciągnąć mała i ekwipunek. To jednak bardzo by ograniczało ich mobilność.

- Dobra… poniosę Ceres. Chodź tutaj. - Jess przyklęknęła i wyciągnęła ręce do. Zobaczyła jak dziecko odrywa się od zakonnicy i podbiega do niej. Wright wzięła Ceres na ręce przyciskając do swojej piersi. Gdy dziewczynka owinęła się dłońmi wokół jej szyi. Jess ułożyła dłonie wygodnie na pasku z ekwipunkiem, robiąc coś w rodzaju siodełka. - Chodźmy.

Wzrok Jess powędrował do małej.
- A ty odpocznij nieco, niebawem będziesz musiała znów sama iść.
 
Aiko jest offline  
Stary 07-05-2021, 19:13   #4
 
Junior's Avatar
 

Krew, ból, chaos. Trudno opisać czym jest umieranie miasta. Śmierć wylewa się z każdej ulicy, okna, podwórza. Z każdej komórki, uderzenia serca. Śmierć. Rzeź. Pożoga. Agonia. Krzyki o pomstę do nieba…

Xavras mógł li tylko to sobie wyobrazić. Prawdę powiedziawszy żaden odgłos do nich nie docierał. Także charakterystyczne zapachy rozwleczonych ludzkich wnętrzności - tak dobrze mu znane – nie korespondowały z zapachem starego metra. Trwał w swoistym zawieszeniu groteskowo ignorując to co działo się ledwie nad ich głowami. Los Edenu było jedynie obrazem jego wyobraźni. Problem w tym, że Xavras miał wyjątkowo bujną wyobraźnie. Brakowało mu tchu.

Starał się kontrolować oddech i szalejące myśli. Ostatnie wydarzenia podkopały jego wiarę w samoopanowanie oraz niesioną boską opatrznością (w którą zresztą nie wierzył) przeznaczenie. Jakiś ślepy los, który miał mu coś do zaoferowania. Gdzie na końcu coś jest. Cokolwiek. A teraz? Niemal czuł agonię Edenu. Bo czy kiedy umiera ludzkość można nadal żyć i pozostać człowiekiem? Może lepiej umrzeć w akcie solidarności z rodzajem ludzki? Lub uzurpując sobie pewność, że do tego rodzaju się należy. A jednak był tutaj. Cały. Zdrów. Może nawet bezpieczny. Tak więc kim był? Czym był?

Szli we względnym szyku. Nie analizował tego szerzej. Kiedy umysł głośno każe spierdalać nie zastanawiasz się nad tym jakie buty zakładać. Albo czy wyłączyłeś żelazko. Po prostu uciekasz.

Ostatnie dni miały wręcz szaleńcze tempo. Wyrwany z rutyny. Postawiony przed pytaniami czy na pewno jest synem profesora. I czy to oznacza, że jest się jego młodszym klonem? Geniuszem, bo wie pan - W takich chwilach warto mieć ze sobą geniusza. Groteska. Jakieś spotkanie, aby upewnić się, że potrafi strzelać, biegać. Testy, idiotyzmy. I na co to wszystko? W końcu Schultz.

Xavras poklepał karabin. Osobiste narzędzie do zatrzymywania szarżującego Tyranozaura – Xavras uśmiechnął się na wspomnienie słów Schultza. Znał go ledwo z widzenia. Odwiedzał Gino w laboratorium, kiedy ten prowadził pracę nad amunicją przeznaczoną do walki z mutantami. Pieśń miniona. Schultz wyposażył Xavrasa w karabin Sajga 12. Jak dobry wujek poklepał po ramieniu mówiąc „z nią będzie tobie dobrze synu”. Błogosławieństwo na dalszą drogę. Istotne perspektywa podobała się Xavrasowi. Strzelba więc przeznaczona do walki w bliskiej odległości. Wszystko co będzie dalej wyeliminują specjaliści. Do tego samopowtarzalna. Czyli po ludzku automatyczna.

Prócz tego dźwigał pokaźną apteczkę. W duchu dziwił się temu. Każda rana uniemożliwiająca dalszą szybką podróż eliminowała z misji. Czy inni o tym wiedzieli? Ich największym zagrożeniem nie był wielki mutant kryjący się za rogiem, ale czas.

Spojrzał w prawo. Jessica poruszała się jak robot. Niemal biegła w miejscu. Jej ciało, mięśnie, kondycja. Była szalenie seksowna w swej utopijnej niekobiecości. Intrygowała i imponowała. Musiał przerwać potok szalonych myśli. Wrócić do pieczołowicie chowanego w głębi okruru człowieczeństwa który wciąż mu pozostał.
- Pewnie nie mieli wielu problemów z rekrutacją, hm? Byłbym skłonny nawet podrobić CV - na jego twarzy wymalował się szeroki, zawadiacki uśmiech. Ten szybko zmazał maska przerażenia i niedowierzania jaka ostatnio mu towarzyszyła.
- Było jakieś Cv? - Jess odpowiedziała z typowym dla siebie spokojem, rozglądając się przy tym po okolicy.
- Naturalmente - Xavier przytaknął bez cienia wątpliwości.
- Mi po prostu wydano rozkaz. - Wright szła spokojnym krokiem jedynie na sekundę spoglądając na idącego obok mężczyznę. – Polecam nieco oswoić się z sytuacją. Nasza sytuacja nie jest łatwa, ale i tak lepsza niż tych co zostali w Edenie.
- Zdajesz sobie sprawę z tego że ci którzy wydali tobie rozkaz pewnie już są martwi? - w pytaniu wyraźnie czuć było troskę. Spojrzeli po sobie. Ułamek sekundy wystarczył. Znów zapadło milczenie.
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.

Ostatnio edytowane przez Junior : 07-05-2021 o 19:15.
Junior jest offline  
Stary 07-05-2021, 21:31   #5
 
Bachal's Avatar
 
Odprawa nieco różniła się od standardowych, do których przywykł. W dawnych czasach darto na nich mordę, oczekując, że zginą ku chwale ojczyzny, w nieco mniej odległych, tłumaczono, że to skurwysyny mają zginąć za swoją. A tutaj? Ani po wojska, ani skurwysynów... Ale rozkaz jest rozkaz, i dumał nie dumał, carem nei budziesz, trzeba robić swoje. Po swojemu wiec zapytał w mowie Kartezjusza.

- Kto jest dowódcą wyprawy?
- To chyba oczywiste. Ceres. - odpowidzią dostał, jak mokrą szmatą w szatni. Co? To będzie gorsze, niż kapitan Nihczok na Kamczatce... - Natomiast najwyżsi stopniem wojskowym jesteście wy... towarzyszu i Wright, co czyni z Was bezpośrednich zastępców w kwestii decyzyjności. - odparł sucho Adam, poprawiając kościstym palcem okulary na nosie. No tego było za wiele... Nie po to szedł do wojska, żeby o czymś decydować!
- Sir, jestem tylko prostym Kapralem, i mi wykonywać rozkazy, nie wydawać - dodał, wstając na baczność. Głupio salutować cywilowi, więc ukłonił się niezręcznie i usiadł.
Wright przestała na chwilę bujać się na krześle i spojrzała na rosjanina. Kojarzyła go nieco ze stróżowania na murach. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że ma jakieś rangi, ale też nie spodziewała się, że jej będą tu w jakimś stopniu istotne. W głowie miała nadal widok małej dziewczynki. Czyli jednak… była ważna.

W momencie gdy Ceres została wskazana jako dowódca wyprawy, młody Peterson spojrzał wybałuszonymi oczami najpierw na dowódcę, potem, powiódł wzrokiem po zebranych, jakby szukając sojuszników. Przez chwilę zbierał się na odwagę, żeby podnieść rękę i się odezwać.
- P..panie pułkowniku? Ja przepraszam, ale ktoś musi to powiedzieć na głos. To przecież.. - miał chyba powiedzieć coś innego, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. - To ośmioletnie dziecko, jak ona ma dowodzić kimkolwiek? W jakim sensie dowodzić?
- To naprawdę nietypowe… - Szepnęła do tej pory cicho siedząca wśród nich zakonnica.
- Nasza sytuacja jest nietypowa, delikatnie ujmując. Ceres jest z nami od początku. Uczyli ją nasi najlepsi naukowcy i trenerzy. Może nie wygląda, ale to bardzo inteligentna dziewczynka. Wie, co dla niej najlepsze. Ona jest najważniejsza.
Najważniejsza? Dla kogo i dlaczego? - zastanawiał się, mrucząc pod nosem w jakimś afrykańskim narzeczu.

Następny podpunkt był jego ulubionym. On, kilku nieznajomych i cały magazyn Edenu. Mieli pierwszeństwo przed obrońcami i zamierzał z tego skorzystać. Munduru nie brał - miał nienaruszony sort legii w malowaniu leśnym, do tego jedynie dobrał najlżejszą kamizelkę z włóknami aramidowymi, wielki plecak, szelki taktyczne i zaopatrzenie socjalno-żywieniowe, kiedy dotarł do perełki. Całe szafy broni. Strzelby, dwururki, nowoczesne karabiny, maszynówki i wiele innych. Godzinę wybierał! Wyszedł o dziwo zadowolony, z pięcioma granatami, niewielkim bojowym nożem, karabinem snajperskim marki Typhoon, karabinkiem lekkim typu G36 oraz podręcznym pistoletem. Uradowany wyborem poszedł to wszystko na siebie pozakładać, przed ostatnią (zapewne) misją za liniami wroga.

Marsz, marsz, marsz. Nieodzowna część żołnierki. Co prawda dawniej głównie jeździł, ale Afrykę złaził w te i spowrotem, więc w sumie nie miał nic przeciwko. Sucho, żar z nieba się nie leje i przeciwnika nie widac. Można wyciągnąć skręta z machorką i wędrować z ich dziwnym oddziałem. I ten oddział był jedynym powodem jego zgryzoty - Obezjajcy chędożeni, kaprawa łajza i kokot złamany. Dać taką smarkulę na dowódzcę, ona nawet nie wie zapewne, jak się wykonuje szarżę z flanki... Do tego zaraz nóżki będa bolały, potwory ją straszyły, a i siku się zachce... Ech, kaprawy los. - mruczał do siebie po rosyjsku starym nawykiem, nawijając w międzyczasie kilometry i rozglądając się z pozoru leniwym wzrokiem.
I znowu ta drużyna. Cały batalion, patrząc po specjalizacjach! Pani Kapelan, pion inżynieryjny, drużyna snajperska i cywile. Stu metrów nie ujdziemy! - zastanawiał się w drodze, kiedy za nim nastąpiło zamieszanie. Odwrócił się czujnie, kontrolując sytuację... No tak, młoda już odpada. Na szczęście ta cała dowódca Wright, jak ją już w myslach nazywał, uniosła się honorem i zabrała dziewczynkę. Inaczej zaraz trzeba by nieść i kapelana, i ładunek, a tego jego biedne spracowane plecy mogłyby nie znieść!
 
Bachal jest offline  
Stary 08-05-2021, 17:44   #6
 
Gryf's Avatar
 
- Nasza sytuacja jest nietypowa, delikatnie ujmując. Ceres jest z nami od początku. Uczyli ją nasi najlepsi naukowcy i trenerzy. Może nie wygląda, ale to bardzo inteligentna dziewczynka. Wie, co dla niej najlepsze. Ona jest najważniejsza.

- Czyli pozostaje nam doradzać Ceres i tyle. - Wright była ciekawa na ile strategicznie przeszkolono dziewczynkę jednak te przemyślenia zachowała dla siebie. - Jeśli nie będzie chciała iść w kierunku wyznaczonego celu mamy jej słuchać, czy mamy też rozkaz nadrzędny?

To było świetne pytanie, choć Zack obawiał się, że zna na nie odpowiedź. Przez resztę odprawy przełączył się na zwyczajowy tryb słuchania. Wyprawić dziewczynkę na księżyc. Kim by ona nie była, misja była tak inna od wszystkiego z czym miał do czynienia do tej pory że przez chwilę niemal zapomniał o potwornych okolicznościach i poczuł się jak mały hobbit ruszający z norki ku przygodzie. Bardzo prawdopodobnie śmiertelnej, pozostawiając za plecami gruzy norki i wszystkich przyjaciół.

***

Jakiś czas później podążali przez ciemność tunelu pozostawiając za sobą umierający Eden. Ziggi systematycznie przepatrywał kolejne kłębowiska kabli, podejrzane załomy, klapy serwisowe, wyloty wentylacji. Korytarz był bezpieczny, póki na tyle bezpieczny, że Zack idąc przodem i wypatrując niebezpieczeństw, nadal miał o kilka szarych komórek więcej na myślenie, niż by chciał.

Sytuacja rzeczywiście była "nietypowa". Konkretnie to przegrali. Totalny i całkowity game over. Cała inicjatywa zwana Edenem poległa. Być może cała inicjatywa zwana ludzkością padła wraz z nią. Z perspektywy Ziggiego na jedno wychodziło. Planeta Ziemia została oddana potworom.
Ziggi celowo utrzymywał swoje myśli w skali globu, żeby wywalić z głowy myśl o bracie, którego prawdopodobnie zmiotła fala wampirów na murze. Przed oczy wyobraźni cisnął mu się raz za razem niedorzecznie epicki filmowy kadr na którym Dusty Peterson, dwumetrowy, umięśniony jak niedźwiedź facet śmiejąc się pruje do zombiaków z obrotowego sześciolufowego działka. Gdy dopadają jego stanowisku chlasta ich jeszcze nożem i tłucze po ryjach pięściami, aż do momentu gdy obłażą go niczym stado mrówek.
Zack nie miał pojęcia, jak tego dnia zginął jego starszy brat. Mógł mieć tylko nadzieję, że była to szybka śmierć i nie został przemieniony...

- Ogarnij się, chłopie. Co by ojciec powiedział?

- Ojciec powinien był zbudować wyższy mur.

- Ojca to ty, smarku, szanuj.


Zack przetarł łzę i mocno zacisnął powieki, na tak długo na ile na to pozwalała pozycja zwiadowcy. Gdy je otworzył był już tylko ciemny korytarz i ich szóstka. Głos Dustiego w głowie umilkł. Dziewczynka właśnie gramoliła się na ręce Jessiki Wright. Na dłuższą chwilę zawiesił wzrok na dziecku.

- Wpiszcie mnie do kolejki. Myślę, że zanim się zatrzymamy, trzeba mieć pewność, że wyszliśmy poza zasięg psioników. - rzucił i spojrzał w stonę Marudy, wypatrując jakiegoś burknięcia i skinięcia głową, które nadałoby jego przemyśleniom rangę decyzji dowództwa oddziału.
 
__________________
Show must go on!
Gryf jest offline  
Stary 11-05-2021, 16:19   #7
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
Wspomnienie: Sala odpraw

Podczas odprawy milczący Rosjanin zadał tylko jedno pytanie - wyartykuowane czystym francuskim - Kto jest dowódcą wyprawy?
- To chyba oczywiste. Ceres. Natomiast najwyżsi stopniem wojskowym jesteście wy... towarzyszu i Wright, co czyni z Was bezpośrednich zastępców w kwestii decyzyjności. - odparł sucho Adam, poprawiając kościstym palcem okulary na nosie.
Wright przestała na chwilę bujać się na krześle i spojrzała na rosjanina. Kojarzyła go nieco ze stróżowania na murach. Jakoś nigdy nie przyszło jej do głowy, że ma jakieś rangi, ale też nie spodziewała się, że jej będą tu w jakimś stopniu istotne.
- Strien… jak się czujesz dobrze z dowodzeniem to możesz to wziąć na siebie. - Wzruszyła ramionami. W głowie miała nadal widok małej dziewczynki. Czyli jednak… była ważna.
W momencie gdy Ceres została wskazana jako dowódca wyprawy, młody Peterson spojrzał wybałuszonymi oczami najpierw na dowódcę, potem, powiódł wzrokiem po zebranych, jakby szukając sojuszników. Przez chwilę zbierał się na odwagę, żeby podnieść rękę i się odezwać.
- P..panie pułkowniku? Ja przepraszam, ale ktoś musi to powiedzieć na głos. To przecież.. - miał chyba powiedzieć coś innego, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. - To ośmioletnie dziecko, jak ona ma dowodzić kimkolwiek? W jakim sensie dowodzić?
- To naprawdę nietypowe… - Szepnęła do tej pory cicho siedząca wśród nich zakonnica.
- Nasza sytuacja jest nietypowa, delikatnie ujmując. Ceres jest z nami od początku. Uczyli ją nasi najlepsi naukowcy i trenerzy. Może nie wygląda, ale to bardzo inteligentna dziewczynka. Wie, co dla niej najlepsze. Ona jest najważniejsza.
- Czyli pozostaje nam doradzać Ceres i tyle. - Wright była ciekawa na ile strategicznie przeszkolono dziewczynkę jednak te przemyślenia zachowała dla siebie. - Jeśli nie będzie chciała iść w kierunku wyznaczonego celu mamy jej słuchać, czy mamy też rozkaz nadrzędny?
- Nie będzie takiej sytuacji. - oparł krótko Adam, ucinając tym samym wszelkie dyskusje.


Nigdzie pod ziemią, czyli tu i teraz

5 kilometr, 15, a może 50? Zaledwie tyle wystarczyło, by wspomnienie sali odpraw wydawało się nie chwilą, lecz wiekiem minionym. Czasy się zmieniły dla nich – garstki ocaleńców, mających ochronić dziecko – chudą dziewczynkę, za którą setki tysiące innych mieszkańców Edenu oddało życie. Mała z jakiegoś powodu preferowała towarzystwo Jess, choć twarda pani komandos na pierwszy rzut oka nie wydawała się dysponować zbyt rozwiniętym instynktem macierzyńskim. Jednak w swoim ograniczonym repertuarze okazywanych emocji zdawała się jakoś pasować Ceres – dużo bardziej niż bojowa zakonnica.

Dziecko dało się nieść Wright bez oporów, a gdy siostra Isabelle zaproponowała zmianę, mała powiedziała, że teraz już może iść sama. Co też uczyniła – w końcu to ona była szefem wyprawy.
Cyrk na kółkach… można by rzec, gdyby tylko mieli jakiś pojazd.

Wtem Maruda, który maszerował na przedzie, stanął w miejscu i uniósł do góry pięść. Wszyscy zatrzymali się. Ziggie, który stał obok Rosjanina zmrużył oczy, by przeniknąć ciemność i zobaczyć to, co zaalarmowało wysokiego mężczyznę. Niestety, niczego dziwnego nie zauważył.
- Co się dzieje? – nienawykły do wojskowych obyczajów Xavras zapytał szeptem. Już ktoś miał go zganić wzrokiem, gdy Kamratov po prostu upuścił dłoń i ruszył przed siebie.
- Nic. – powiedział krótko.

Szli więc dalej, by dojść do rozgałęzienia tuneli.

Musieli wybrać drogę, a nie dostali żadnej wskazówki. Na mapie nie było w tym miejscu żadnego rozwidlenia. Czyżby zabłądzili?
Mieli wybór: wracać, iść lewą odnogą, która schodziła w dół i gdzie słyszeli chlupanie wody i czuli lekki podmuch powietrza, lub iść prawym tunelem, którego powietrze wydawało się wyjątkowo zatęchłe i stojące.




 
__________________
Konto zawieszone.
Mira jest offline  
Stary 13-05-2021, 19:33   #8
 
Gryf's Avatar
 
post zbiorowy

Xavras potarł nos w zamyśleniu. I począł rozglądać się uważnie. Przeszedł kilka kroków w bok i odezwał się nie patrząc na resztę:
- Chyba lewo?
- Też mi się bardziej podoba. Ktoś mądry kiedyś powiedział, żeby w razie braku innych opcji iść za nosem, ale poczekaj chwilę. - Zack przyglądał się mapie przekręcając ją na wszystkie strony. Im dłużej się przyglądał tym bardziej rozwidlenia na niej nie było. Spojrzał przed siebie. Znów na mapę.
- Zack… wcześniej wspomniałeś że musimy się wydostać poza zasięg psioników. Co miałeś na myśli? - Xavras pytał beznamiętnym głosem lustrując otoczenie.
-Dowódco, którędy? - zapytał Maruda, sprawnie nabijając skręta. Oczy jednak miał utkwione w Ceres.
- Wesołą gromadkę z Miasta Feniksa, kogo innego? Wybryki natury czytają w myślach. Mogłyby nas jakoś, nie wiem, wypatrzyć? Wywęszyć? Wy...myślić? - odparł Ziggi z rezygnacją chowając mapę. Podążył wzrokiem za Rosjaninem. Chryste, naprawdę to robili? - Nic tu się nie zgadza z mapą, Pani Generał, tu powinno być prosto jak w mordę strzelił. Rekomenduję lewo, bo mniej śmierdzi, najgorszą opcją wydaje mi się powrót.
Dziewczynka wyraźnie speszyła się i cofnęła w stronę Jess, jakby u niej szukając wsparcia.
Strien pykał skręta w zamyśleniu. Jak to do licha ciężkiego możliwe, żeby mapy były nieaktualne?! Przecież tego nikt po wojnie nie przebudowywał… - Jobana Twoju… - dodał, mieląc kolejne przekleństwa w ustach. - Jesteśmy za blisko, mi również pójście w lewo wydaje się lepszym pomysłem. Na pewno lepszym, niż tkwienie tutaj i czekanie. - Dodał beznamiętnym głosem, odwracając wzrok od Ceres i kierując go w tunel za nimi. Czyżby?
- Zwiad może być nieco zbyt ryzykowny, prawda? - Jess położyła dłoń na ramieniu małej spoglądając to na jeden to na drugi tunel. - jakim kierunku mamy się kierować? Jakiś kompas na pokładzie?
- Mogę iść - wzruszył ramionami. - Jak daleko?
- Liczymy do dwudziestu i sprawdzamy czy tunel zakręca, idzie góra dół. Tylko niech ktoś pójdzie z tobą. - Wright rozejrzała się po pozostałych.
- Yebat’s Etim, nie zostawiajcie dowódcy samej… - Powiedział, przypatrując się Wright.- Biorę dół, liczę do trzydziestu pięciu i wracam, khorosho?
- Pójdę z Tobą - rzucił Xavras.
Zakonnica przysłuchiwała się w milczeniu całemu towarzystwu już od paru dobrych chwil. Kilka razy zmarszczyła brewki… wodząc wzrokiem od jednej osoby do drugiej.
- Proszę nie bluzgać - Zwróciła się do Rosjanina spokojnym, miłym głosem. Ba, nawet się lekko uśmiechnęła. Spojrzenie jednak miała twarde.
- Dylemat stary jak świat. Iść w lewo, czy w prawo… tam pachnie przestrzenią i wolnością, tam stęchlizną - Wskazała dłonią oczywiste oczywistości, owe dwa wybory, jakie mieli. Zawracanie bowiem nie wchodziło absolutnie w grę.
- Czy jednak na pewno chcemy już wychodzić na powierzchnię? - Siostra Isabelle spojrzała prosto na Ceres - Powiesz coś aniołku?

Dziewczynka speszyła się znów, ale po chwili nieśmiało wyciągnęła rękę w kierunku, który wszyscy odrzucali - z powrotem.
 
__________________
Show must go on!
Gryf jest offline  
Stary 16-05-2021, 20:30   #9
 
Aiko's Avatar
 
post drużynowy

- Myślisz, że zabłądziliśmy, czy chciałabyś wrócić do Edenu? - Jess spojrzała na małą z zaciekawieniem. Nadal nie miała pojęcia na czym polegało przeszkolenie tej dziewczynki i na ile pomocne mogło być przy błądzeniu po kanałach.
- Przepraszam - skłonił głowę na znak pokoju zakonnicy prosząc o wybaczenie. Pod nosem nie omieszkał dodać jednak kilku słów, co sądzi o kapelanach w wojsku… A właściwie skąd ona zna rosyjski!? - Dowódco, czemu mamy wracać? - zwrócił się do dziewczynki.
- Słuchajcie. Za nami jest armagedon. Pewnie tunel się zawalił, ale kto wie jak długo to potrwa? A może oni potrafią przenikać przez kamienie? Cholera ich wie. To co wiemy że nasz cel jest przed nami. Był jeden tunel, a są dwa? Ok. Zakładałbym wariant pesymistyczny czyli że mamy halucynacje lub jakiś psionik nami manipuluje. - Xavras wzruszył ramionami. Wyraźnie dobrze się czuł w podobnych dywagacjach. - Możliwe nawet że droga powrotna jest w rzeczywistości drogą przed siebie. Musimy wyeliminować część wątpliwości. Więc sugeruje skupienie i pośpiech. Chodźmy to sprawdzić.
- A może po prostu coś przegapiliśmy po drodze, co nam teraz Ceres sugeruje? - Powiedziała zakonnica.
Xavras uniósł brew zdziwiony, po czym uśmiechnął się i łagodnym iście akademickim tonem odparł:
- Myślę że to także nie wyczerpuje spektrum możliwości, które to jest zdecydowanie poza naszą percepcją. I o tę się rozchodzi. Musimy zawęzić pulę możliwości, a nie generować kolejne hipotezy. Bo jedyne co jest pewnie to to że jeśli tu pozostaniemy dłużej to to się źle skończy.
- Jeśli chcecie iść dalej, musicie zamknąć oczy. I nie otwierać ich. Wtedy on was nie zobaczy. I nie powie temu drugiemu. - Odezwała się Ceres. - Albo poszukajcie innej drogi.
Ziggie drgnął. Od jakiegoś czasu sprawiał wrażenie jakby zaczynał się niecierpliwić. Zwyczajnie jak nastolatek. Na początku dyskusji zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę, bawił się celownikiem karabinu, w końcu, gdy się na tym przyłapał, skupił się na wartowaniu na zmianę przy wylotach obu odnóg tunelu na wypadek, jakby coś stamtąd chciało wykorzystać chwilę ich nieuwagi i przypuścić niespodziewany atak. Słowa dziewczynki, chyba pierwsze, które usłyszał w ogóle, natychmiast wyrwały go z tego stanu. I absolutnie przeraziły.
- N..nie pamiętam innej drogi, Ceres. Były tylko te stacje.. Kogo masz na myśli? - głos zadrżał mu mimo, że próbował to ukryć.
- Kto? Kto powie komu? Ilu widzisz? Gdzie się chowają? - zapytał prostolinijnie dryblas, siadając po turecku przy dziewczynce. - Możemy ich wyeliminować? - drążył Strien, a napięcie jego rozrośniętych pleców zdradzało stan jego ducha. Był zirytowany, a to dziecko usilnie chciało doprowadzić do jednego z niesamowicie rzadkich wybuchów tego idealnie spokojnego człowieka.
Co jak co ale Rosjanin nie miał podejścia do dzieci. Dziewczynka wycofała się i schowała tym razem za Siostrą Isabelle… przez twarz której przemknął cień. Zrozumiała. W końcu zrozumiała.
- Wracamy. Natychmiast. Znajdziemy inne wyjście - Szepnęła, bacznie spoglądając w kierunku obu odnóg przed nimi - Wstawaj Strien, musimy stąd wiać.
- Ech, i znowu biec… - zaczął narzekać żołnierz. Wstając, otrzepał się z kurzu zalegającego na spodniach i zarzucając odłożone karabiny na plecy, wysunął się na “tyły” eskapady. - To co, idziemy? - zapytał, teraz już rzucając te słowa w przestrzeń. Co za rozpieprzona drabinka dowodzenia, to karygodne…
- Wracamy? I co? Będziemy ryli w zawale aż dokopiemy się do tych którzy pożerają trupa Edenu? To może już lepiej tu popełnić samobójstwo!? - Xavras był zirytowany i wściekły. Wypluwał z siebie słowa nie przestając gestykulować w charakterystyczny sposób- Umieramy! Rozumiecie? Nasza cywilizacja dobiega końca! Dosyć mazgajów i płaczu. Ta misja to nie opryski wiosenne. Tu będzie pot, łzy i cierpienie. Może część z nas nie przeżyje. Ceres mówi że możemy przejść. Wystarczy zamknąć oczy. A jak się nie uda? To mam nadzieję że poza pierdoleniem i robieniem głupich min część z was może do czegoś się jednak przydać i potrafi szybciej zabijać niż oni zabiją nas. Kimkolwiek oni są!
Jess w milczeniu przyglądała się rozwidleniu drogi znajdującym się tuż przed nimi. Próbowała sobie przypomnieć czy widziała po drodze jakieś wyłazy. Jeśli rzeczywiście coś czaiło się w tunelu… może daliby radę obejść to górą.
- Niektórzy z nas potrafią zabijać.. inni nie. Tak długo jak możemy uniknąć bezpośredniej konfrontacji wolałabym z tego skorzystać. - WRight rozejrzała się po okolicy. - Ceres.. myślisz, że damy radę obejść to coś górą?
- Dołem. Możecie zamknąć oczy, albo iść dołem... - powiedziała cicho dziewczynka, wciąż tuląc się do zakonnicy.
Ziggie teraz już praktycznie nie odrywał wzroku od tuneli przed nimi, lufa wędrowała od jednego do drugiego w równym, automatycznym tempie.
- Słuchajcie, sam nie wierzę, że to mówię ale.. chodźmy w to gówno. Zamkniemy oczy, przejdziemy. - chłopak sprawiał wrażenie, jakby przerażała go treść słów które wypowiadał. - Cała ta sytuacja jest popieprzona, ale skoro dowództwo powierzyło jej dowodzenie…mimo że jest...w sensie na pewno zna się na stworach i psiniczym gównie.. to co próbuję powiedzieć, to.. - przełknął ślinę. - Chyba musimy jej zaufać. Jeśli ta wycieczka w ogóle ma mieć jakiś sens. Taka próba, spacer w legowisku potwora z zamkniętymi oczami. Wiecie, “skok wiary”, jak na filmach.
Na słowa o skoku wiary, Zakonnica uniosła jedną brew. Spokojnie, i czule pogładziła Ceres dłonią po głowie.
- To nie jest wcale takie łatwe. Pokusa jest zbyt duża… niczym żona Lota, uciekając z Gomory, ulegniesz pokusie, otwierając na moment oko… co prawda ona się odwróciła, ale mniejsza z tym… zerkniesz, i co dalej? Śmierć. Ja tu widzę tylko śmierć. I wcale nie taką natychmiastową, i wcale nie taką szybką. Zasłonić czymś oczy, jakąś przepaską? Przecież się nie zgodzicie… - Siostra Isabelle smutno się uśmiechnęła, wciąż spokojnie gładząc głowę Ceres - To zbyt… nielogiczne? Pozbawione sensu? To… brak wiary. Brak wiary w małą. Oddać życie w jej ręce. W jej… słowa?
- Wybaczy siostra, ale zgubiłem się na żonie i soli. Zdaje się siostra wiedzieć coś więcej niż reszta klasy... - Ziggi spojrzał na zakonnicę ze szczerą konfuzją na twarzy. - Opaski na oczy to myślę jest spoko pomysł, przydałby się też jakiś kawałek linki, której wszyscy będą się trzymali.
- I broń w pogotowiu… - Jess spojrzała niepewnie na małą. - A co miałaś na myśli dołem? Zejść jeszcze niżej?
Ceres potwierdziła skinieniem głowy.
- Spróbujmy przejść dołem. - Wright rozejrzała się po pozostałych. - Widzicie jakiś wyłaz?
 
Aiko jest offline  
Stary 20-05-2021, 21:17   #10
Konto usunięte
 
Mira's Avatar
 
[MEDIA]https://media.giphy.com/media/l0MYuneqBUC5kiLUA/source.gif[/MEDIA]

Szli jedno za drugim, trzymając mocną linę, którą ktoś na wszelki wypadek schował w plecaku. Szli powoli, niezgrabnie brodząc po kolana w zatęchłej brei. Nie to jednak było najdziwniejsze, lecz fakt, że wszyscy mieli zasłonięte oczy, a prowadziło ich… niespełna dziesięcioletnie dziecko. Czy świat oszalał? Czy to oni?

A jednak z jakiegoś powodu wszyscy uwierzyli Ceres i zgodzili się pozbawić jednego z głównych zmysłów ludzkich, by uchronić się przed… nieznanym.

- Nie odsłaniajcie oczu, nie próbujcie nawet podglądać. Oni już tu są. – Szepnęła dziewczynka, a po chwili jeszcze raz powtórzyła. – Proszę, cokolwiek usłyszycie… nie patrzcie, dopóki was nie wyprowadzę.

Skoro powiedzieli A, trzeba było powiedzieć B i zaufać 'dowódcy'. Zresztą oprócz zatęchłego powietrza i nieprzyjemnej wilgoci, wsiąkającej w spodnie nic niepokojącego się nie działo. Nic, poza tym, co działo się w ich głowach...


Isabelle
Zakonnica uparła się, żeby trzymać linę jak najbliżej dziecka, toteż szła z przodu. Trudno jej było powiedzieć, kiedy z każdym kolejnym krokiem i delikatnym pluskiem, zaczęła słyszeć coś jeszcze... Początkowo myślała, że to potwory, przed którymi ostrzegało ich dziecko, ale głosy, które formowały się z plusków były coraz bardziej znajome…
„Czemu mnie zostawiłaś?”
„Zostawiłaś nas…”
„Siostro, boję się…”
„Siostro, a ostatnie namaszczenie?”
„Dlaczego moja córka nie żyje?”
„Siostro, ratunku…”
„Siostro, siostro, sioooostroooo….”
Słowa były wyraźniejsze z każdym stąpnięciem, aż w pewnym momencie Isabelle usłyszała coś jeszcze pod stopą, co przywodziło na myśl chrupnięcie kości. Ludzkich kości. Zatrzymała się gwałtownie.


Ziggie
Ziggie szedł dziarsko… na ile było to możliwe. Grunt to przejść ten kawałek, o którym mówiła Ceres. Nie zastanawiać się, tylko iść do przodu. Dziewczynka wydawała się bardzo pewna swego i ani razu nie złapał jej na uśmiechu. Czyli jaj sobie z nich nie robiła… chyba.
Wtem zatrzymali się. Uderzenie serca, potem drugie – nic się nie działo jednak. Lina łącząca młodego mężczyznę z członkami oddziału zawisła luźno.
- Nie dam rady… - usłyszał Zack za sobą męski, zachrypnięty głos. Myślał początkowo, że to Rusek – Maruda, ale głos brzmiał inaczej. Choć wciąż był znany.
- Nie dam rady… bracie. – Usłyszał znów młody technik i rozpoznał głos Dusty’ego – brata, który został w Edenie. I który wraz z Edenem prawdopodobnie zginął. A może jednak nie?
Kiedy się obejrzał, zamiast Striena, zobaczył umęczonego brata, który chyba nie jadł od tygodnia i był poważnie ranny w bark, ale… przecież był tutaj!
- Bracie, pomóż mi… - wychrypiał Dusty, chwiejąc się na nogach.


Maruda
Kamratov szedł czujny i skupiony. Rozkaz padł, więc go wykonywał. Nie było sensu tracić czasu na czcze gadanie. Jedno, co mu nie pasowało, to że dziecko, które powinien chronić, idzie z przodu bez osłony. Ale przecież ceres była dowódcą, musiała wiedzieć co robić. A dowódcy trzeba słuchać.
- Przy nas też to tak sobie tłumaczyłeś? – czy to był wiatr, czy naprawdę usłyszał te słowa przy lewym uchu?
- Da, słowo kapitana ważniejsze dla niego niż życie kumpli – po chwili usłyszał z drugiej strony głowy. Tym razem rozpoznał głos Anderja.
- Mówili że jesteś cyborg, ale ty jest tchórz nie tvardy chlap! – znów z lewej strony odezwał się męski głos z czeskim akcentem. Czyżby to Zdenek? Ale przecież on nie żył!
- Sabaka bez godności…
- Bratem nigdy nie będziesz naszym…
- Nigdy! – poczuł popchnięcie z tyłu, jakby ktoś chciał go przewrócić.


Xavras
Ta drużyna to naprawdę byli najlepsi z najlepszych? Włoch coraz mocniej w to wątpił. A może w obliczu zagłady, która ich spotkała, wszyscy byli błądzącymi w ciemności dzieciakami? Może do tego, co ich spotkało, nie dało się po prostu przygotować?
„Nie odzywasz się… taki jesteś twardy?” – usłyszał znajomy głos w głowie i poczuł jak krew odpływa z jego policzków. Jak to możliwe?
„Taki jesteś sprytny? Myślałeś, że się nam wymknąłeś? Jesteś mój, Włochu. Tylko dzięki mnie jeszcze jesteś na świecie. A może jesteś taki twardy, że twoi kumple mogą poznać prawdę o tobie? Jak myślisz? Jak zareagują? Na pewno z wyrozumiałością, w końcu to twoi kumple. Możesz na nich liczyć. Prawda? PRAWDAAAA?!”
Rubbia był tak wsłuchany w głos w swojej głowie, że nawet nie zauważył, jak wszedł na plecy Marudy i niechcący popchnął żołnierza, aż ten się chyba lekko zatoczył.

Jess
Choć Ceres wyraźnie faworyzowała Wrigth, z jakiegoś powodu Jessice przypadła rola ogona tego radosnego łańcucha ślepców. Czyżby zazdrosna zakonnica maczała w tym palce? Kiedy towarzysze nagle zatrzymali się, Jess próbowała innymi niż wzrok zmysłami łowić szczegóły otoczenia. Nic jednak się nie działo.
- Co jest? – zapytała szeptem, lecz nikt jej nie odpowiedział, jakby nagle została zupełnie sama ze swoim kawałkiem liny. Jakby wszyscy ją porzucili…
- Hej, słyszycie mnie? – znów nikt nie odpowiedział, lecz nagle Jess poczuła jak coś ociera się o jej łydkę – jakby wielka ryba właśnie przepłynęła obok i zahaczyła o jej nogę. Po chwili wrażenie zniknęło.
W jednej chwili coś szarpnęło za linę do przodu. Mocno, ale nie na tyle, by wywrócić doświadczonego komandosa. Po chwili lina znów zwisała luźno w dłoniach.
Co się działo? Ostatnie, co Jess pamiętała to słowa Ceres, by nie otwierać oczu pod żadnym pozorem, ale… czy właśnie nie została sama? Czy jej drużyna wciąż tam była? Nikt wszak nie ciągnął przed nią już liny, nikt jej nie prowadził… Musiała sama zdecydować co dalej.


 
__________________
Konto zawieszone.

Ostatnio edytowane przez Mira : 20-05-2021 o 21:27.
Mira jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:54.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168