Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-09-2017, 13:46   #1
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9712 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
Cyberpunk Superstar




- I am iiirooon man! – zawył przesterowanym głosem studwuletni Ozzy Osbourne, stojący na scenie w nowym ciele cyborga. Głos wydobywał się z implantu, zastępującego krtań usuniętą po nowotworze. Barwa i ton nie różniły się niczym od oryginału, zadbał o to cały zespół techników. Publiczność zawyła w ekstazie. Przedostatni koncert trasy „The really last tour of Black Sabbath” oglądało na żywo sto tysięcy widzów a wielu z nich transmitowało swoje doznania poprzez sense-netowe złącza i holokulary do kolejnych milionów w VR. Aplauz trwał a Ozzy zastygł na scenie wpatrując się w wypełniające stadion tłumy z uśmiechem na pomarszczonej twarzy staruszka. W końcu ktoś z obsługi dał znak i jeden z muzyków reaktywowanego Black Sabbath położył wokaliście dłoń na ramieniu i pociągnął go delikatnie na backstage. Kontrakt nie przewidywał więcej bisów.

Uśmiech nie schodził z twarzy Ozziego. Nieobecne spojrzenie przenikało przez członków ekipy medycznej, którzy osaczyli go ze wszystkich stron. Wciąż był tam, na scenie.
- Dajcie stabilizator!
Pielęgniarze z trudem przytrzymywali silne, lecz niesforne, metalowe ciało, kierowane słabym umysłem. Lekarz przytknął iniektor do żyły szyjnej. Krótkie syknięcie i pusta metalowa tubka upadła na ziemię.
Źrenice Ozziego zwężyły się, tętno spadło.
- I am iron man? – zaprotestował słabo, pozwalając osadzić się na wózku.
- To niesamowite, że wciąż pamięta wszystkie teksty.
- Ma je zapisane na dysku. Ale to, że pamięta jak je śpiewać tkwi w nim samym.
- Nie przeżyje następnego koncertu – lekarz spojrzał z wyrzutem na menedżera i rodzinę muzyka.
- W tym już pana głowa, doktorze – odparł sucho menedżer. – Za coś panu płacimy.

______

- Potrzebujemy czegoś świeżego – zawyrokował mężczyzna w srebrnym garniturze i o srebrnych włosach. Na jego policzkach lśnił idealny srebrny zarost.
- Świeższego niż reanimowany trup Ozziego? – uniosła brew zgrabna brunetka w żakiecie. Wyglądała na dwa razy młodszą od niego, lecz naprawdę mogła mieć i sześćdziesiątkę.
Mężczyzna nie zaśmiał się ze zgranego żartu. Patrzył na nocną panoramę San Francisco: czarny ocean w oddali poprzedzany przez ocean świateł.
- Czegoś autentycznego, czegoś z ulicy. Czegoś brudnego… – mówił do swojego odbicia w szybie.
- Czegoś… nowego?
Mężczyzna prychnął.
- Aż takim optymistą nie jestem – pokręcił głową. - Odkąd pracuję w branży, czyli od trzydziestu lat, nie słyszałem nic nowego. Nie licząc muzyki podprogowej, no ale jej nie słychać. Powstają tylko nowe wariacje na temat tego co już było. Ale dla każdego pokolenia coś starego może być nowością. Trzeba to tylko podać w nowej formie.

_____

The music of rebellion
makes you wanna rage
But it's made by millionaires
who are nearly twice your age

_____

- Tu radio SF! Jest czwartek, dwudziestego pierwszego lipca. Upał nie odpuszcza, dzisiaj znów trzydzieści osiem stopni w cieniu. W całym Bay Area racjonowanie słodkiej wody zostało przedłużone do odwołania. Kto może niech nie wychodzi z domu, obłoży się kostkami lodu i oczywiście słucha nas! Klima znowu nam siadła, więc sorry jeśli zemdleję.
W poniedziałek mija trzeci i ostatni termin na wyprowadzenie się wyznaczony przez ratusz mieszkańcom squatu Alamo. Trochę historii, dla tych co nie pamiętają: Oddana do użytku w 2040 roku największa galeria handlowa San Francisco, zbudowana w nowej technologii, jako jedyna w okolicy przetrwała gwałtowną pobudkę naszego kochanego uskoku San Andreas. Niemal od razu stała się schronieniem dla tysięcy ludzi, którzy stracili domy. Ponieważ odbudowa idzie tak jak idzie, większość już tam została. Kto był w Alamo ten wie, że to kultowe miejsce. W zeszłym tygodniu na tamtejszym pchlim targu dostałem oryginalny winyl Hendrixa. A odkąd tamtejsza samoobrona przegnała gang Dzieci Kwiatów jest również dość bezpiecznie.
Ale wygląda na to, że to koniec Alamo jakie znamy. Ratusz nie ustępuje i twierdzi, że wszystkim zapewni domy zastępcze. Czyli namioty. Pod Milagra Ridge, czyli przy samej pierdolonej Wyrwie. Byłem, widziałem. Wcześniej nie wierzyłem, ale to prawda, że wciąż cuchnie tam trupami. Wypowiedzi mieszkańców Alamo na ten temat nie nadają się do cytowania i wcale im się nie dziwię.
Wiadomo już, że przetarg na eksmisję wygrali Pacyfikatorzy, najbardziej znienawidzona z policyjnych korporacji. Wspomagać ich będą oddziały korporacji Amazon, do której należy Alamo. Na dziś tyle w temacie, będziemy o Alamo informować na bieżąco.
Ciąg dalszy krwawych porachunków między Dziećmi Kwiatami a Bezbolesnymi. Minionej nocy w strzelaninie w Noe Valley padły dwa trupy.
Kolejna ofiara Melomana, tym razem kobieta, została znaleziona dziś rano na Sunset Boulevard. Obłąkany nożownik znów wyciął na ciele ofiary tekst piosenki, tym razem ironicznie „Imagine” Johna Lennona, oraz czas trwania utworu. Z niepotwierdzonego jeszcze źródła dowiedzieliśmy się, że podobnie jak dwie poprzednie ofiary, ta również była związana z muzyką i miała śpiewać w klubach bluesowych. Nie wiadomo czemu szaleniec zabija muzyków i co chce przekazać światu.
Z przyjemniejszych wieści: pojawiła się kolejna wskazówka gdzie odbędzie się jutrzejsza impreza Niewidzialnego Klubu. Podpowiedź brzmi: są tam tory.
Szykuje się gorący weekend.
A teraz trochę muzyki! Coś z dedykacją dla samozwańczych trybunów ludowych wożących się po mieście retro-Cadillacami w towarzystwie modelek i rapujących o biedzie.

Nie ma to jak złe dzieciństwo
Nie ma jak rozbity dom
Nie ma jak opowieść z dzielni
Nie ma jak:
Lista wyroków sądowych
Zaburzeń dwubiegunowych
Długa, krwawa droga wzwyż
Im dłużej wspinałeś się na szczyt…
Tym mocniej plujesz w dół!



Wierutnym kłamstwem jest, że prawdziwi artyści nie tworzą dla poklasku. Może i są takie antyspołeczne jednostki, piszące do szuflady, ale to tylko przez świadomość, że to co tworzą jest zwyczajnie kiepskie. Twórca - pisarz, malarz, muzyk – łaknie uznania. Pochlebne recenzje, ilość sprzedanych kopii, komplementy, lajki i komentarze w sieci, a wreszcie to uczucie gdy tłum skanduje ich imiona i domaga się więcej – oto ich narkotyk. A każdy muzyk ma przed sobą wizję siebie na scenie, zaś przed sobą skandującego tłumu, którego końca nie widać.

Globalna sieć okazała się błogosławieństwem i przekleństwem. Nie musisz grać na ulicy, wysyłać demo recenzentom z magazynów muzycznych, którzy odłożą je na stertę podobnych, ani dobijać się do drzwi wytwórni. Nie musisz nawet wychodzić z domu. Nagrywasz piosenkę, wrzucasz na Youtube, rozsiewasz po sieciach społecznościowych i czekasz. Potencjalnie mogą ją odsłuchać i zalajkować tysiące, potem miliony. Prosta, niewyboista droga do pieniędzy i sławy. Niektórym to się udało. Ale podobny pomysł na życie mają setki milionów ludzi.
Na każdy sukces przypada sto tysięcy porażek. W Sieci spoczywają biliony terabajtów niespełnionych marzeń.

Oni byli gdzieś po środku, w połowie drogi na szczyt. Albo na najlepszej drodze, żeby zaprzepaścić wszystko co już osiągnęli. Pozostać na zawsze w archiwach sieci jak tysiące młodych kapel, które nigdy się nie wybiły a w końcu rozpadły i popadły w zapomnienie.
Życie bez kieratu stałej pracy, życie wolnego ptaka jest piękne, lecz niebezpieczne. Wiele wolnych ptaków zapuściło się zbyt daleko nad ocean i nigdy już nie wróciło.

Muzyka ostatnich dekad to nie kończące się bity, sample, i remiksy. Zrzynane bity, sample z sampli i remiksy remiksów. W miarę wygasania praw autorskich unowocześniano kolejne stare hity aż do porzygu. Rap nie mógł już być bardziej chujowy a panienki w teledyskach bardziej roznegliżowane. Wydawało się, że granice zostały osiągnięte aż do pojawienia się PornMuse – grupy tworzącej muzykę wyłącznie z sampli odgłosów kopulacyjnych, autorów takich przebojów jak „Destroy my ass” czy „I wanna suck you all night long”. Ich koncerty były epickimi orgiami w VR.
Oczywiście wciąż istniała tradycyjna muzyka, odrzucająca najnowszą technologię: blues, jazz, soul, folk, rock. Od czasu do czasu pojawiał się nawet wybitny talent, potrafiący nadać wyeksploatowanym gatunkom powiew świeżości.

W opozycji do tego wszystkiego, w burzliwej atmosferze lat czterdziestych narodził się Cyberpunk. Był wzbogacony elektroniką, radykalny przekaz trafiał do wkurwionej na gerontokrację i korpokrację młodzieży a image artystów wykreował modę na obnoszenie się ze wszczepami. Muzycznie, cyberpunk był jednak tak samo wtórny jak wszystko inne. Moda na niego trwała kilka lat i właśnie przemijała.

Mass Æffect wyróżniali się na tym tle, trzeba im to przyznać. Nie odcinali się od elektroniki a oprawa ich koncertów oszałamiała. Technologia i efekciarstwo nie przysłaniały im jednak muzyki.
Wyróżniało ich oryginalne i zróżnicowane instrumentarium. Niektórzy młodsi ludzie prawie zapomnieli czym są skrzypce lub saksofon. Same w sobie byłyby dla nich zbyt archaiczne, wychowani w sieci byli niecierpliwi i żądni szybkich wrażeń. Dzięki rockowej oprawie poznawali je na nowo. Muzyka Mass Æffect była bowiem czymś rzadko dziś spotykanym - żywiołowym pokazem wirtuozerii. Wciąż trochę nieokrzesanej, lecz przez to spontanicznej i świadczącej o niecodziennym zbiorowisku talentów. Na scenie wręcz to eksponowali, pozwalając sobie na długie solowe partie, a czasem przerywając sobie i rywalizując na oczach publiczności.

Mass Æffect byli bowiem zbiorem indywidualności.
Głos Liz Delayne potrafił uwodzić, wprawiać w melancholię jak i porywać do pogo.
Główny kompozytor zespołu, Billy „Rebel Yell”, choć wyglądał jak rasowy rockman, znany był ze swojego zamiłowania do muzyki klasycznej, której motywy wplatał w utwory. Słychać to było zarówno w brzmieniu jego gitary jak i klawiszy, na których grał na przemian. Oraz gdy śpiewał nawet agresywniejsze kawałki.
Howl była doskonałym uzupełnieniem tej dwójki, wspomagając ich wokalnie i grając, na gitarze elektrycznej w utworach, w których Billy zostwał przy klawiszach, w innych na akustycznej lub na przeróżnych innych instrumentach.
Perkusja Chrisa „Sully’ego” O’Sullivana osiągała nieludzkie tempo, zwłaszcza gry grał na neuralnych dopalaczach, w przerwach ustawiając towarzyszące artystom na scenie hologramy.
Skrzypce elektryczne Anastazji Vandelopy de Sade, najbardziej ekscentrycznej i ekspresyjnej członkini zespołu, brzmiały inaczej niż gitary, lecz potrafiły wydobyć równie intensywne dźwięki. Albo przeciwnie, uwodzić słuchaczy nastrojem.
Nuty melancholii dopełniał saksofon „JJ” Gonzalesa przywodzący na myśl wiatr szalejący pośród ruin zburzonego miasta a czasem wybijający się na pierwszy plan w szalonych jazzowych solach.

Mass Æffect mieli jeszcze całe życie przed sobą i być może świetlaną przyszłość.
Niejedna świetna kapela rozpadła się już jednak przez wewnętrzne konflikty. Tak, byli też przyjaciółmi, lecz każdy miał własną wizję przyszłości zespołu i własne ambicje. Zapanowanie nad takim zbiorem indywidualności i zmuszenie ich do współdziałania to niełatwa sprawa. A panować nie było komu, gdyż grupa nie miała formalnego lidera, ani nawet menedżera. W dodatku większość z nich mieszkała razem. Jak wiadomo dzielenie z kimś niemal każdej wspólnej chwili a zwłaszcza prysznica i lodówki niesie ze sobą poważne ryzyko konfliktów.





JJ i Howl


Melina nad Warsaw Pub&Bar była w gruncie rzeczy całkiem porządnym mieszkaniem. Dwie sypialnie, obszerny salon i kuchnia – wystarczająco dla pięciu osób. Bywało zresztą, że nocowało tu i dziesięć.
Mieszkanie wynajmowała Howl, która była z nich najbardziej wypłacalna. Reszta po prostu dokładała się do czynszu. Niewysokiego, nawiasem mówiąc: 900 Eurobaksów miesięcznie. Może dlatego, że właściciel baru i budynku, Bob „Klawy” Klavinsky, po prostu ich lubił. Był też ich jedynym sąsiadem. Prowadzącym nocny tryb życia muzykom nie przeszkadzały hałasy z baru, zaś barowi – tym bardziej – hałasy z ich mieszkania. Albo z sali prób pod nim. To, że nie musieli na każdą próbę wozić instrumentów, zwłaszcza perkusji, było dodatkowym atutem.
Budynek był stary, drewniany i jednopiętrowy. Pomazany muralami i grafitti, co tylko dodawało mu klimatu. Miał też małe podwórko, gdzie mogli bezpiecznie parkować motocykle. O dziwo z niewielkim uszczerbkiem przetrwał trzęsienie ziemi, które zresztą stosunkowo łagodnie obeszło się z Mission District. Liczni w dzielnicy Latynosi dopatrywali się w tym wstawiennictwa Matki Boskiej Bolesnej – Nuestra Señora de los Dolores - drugiej obok świętego Franciszka patronki katolickiej misji, która dała początek miastu. Aktualnie ludzie modlili się głównie o odrobinę chłodu.

Jedną sypialnię zajmowała Howl, drugą Billy.
W kącie salonu, za meblościanką (od środka wypełnioną głównie papierowymi komiksami a od zewnątrz ozdobioną tarczą do rzutek) i kotarą znajdowała się nora JJ-a. Nad wyraz poważny jak na swój wiek pół-Meksykanin rzadko z niej wychodził – o ile w ogóle był w domu. Zza kotary zwykle dobiegały niepokojące dźwięki darkjazzu.
W drugim kącie znajdowało się legowisko Liz, pod żeliwnym baldachimem starego nadwozia Volkswagena Kombi, kultowego hipisowozu. Wokalistka pewnego dnia zobaczyła je w jakiejś alejce, oczy się jej zaświeciły i zmobilizowała cały zespół plus okolicznych żuli do przytargania nadwozia do domu. Operacja holowania, ciągnięcia, rozmontowywania, wnoszenia i zmontowywania trwała cały dzień, ale było warto. Oryginalne, pokrywające wrak barwne malunki, pamiętające być może Lato Miłości 1968 roku, wprawdzie mocno wyblakły, lecz w planach było ich odrestaurowanie.
Na rozkładanej kanapie pod ścianą salonu sypiał Sully i kto jeszcze tam się zmieścił.

Tego poranka w domu zostali tylko Howl i JJ.
Sully wyszedł wcześnie, podobnie jak Liz. Billego zaś poniosła gdzieś noc i dotąd nie wrócił.
JJ nie wynurzył się jeszcze ze swojej nory, więc Howl sama krzątała się w kuchni. Westchnęła, gdy odkryła na liczniku, że zostało im pięć litrów z dziennego przydziału słodkiej wody. Dachowy zbiornik deszczówki był suchy jak Dolina Śmierci. Trzeba będzie myć się kreatywnie, lub zaparzyć kawę w wodzie po kąpieli.
Lodówka też świeciła pustkami. Znowu wszystko zeżarli, przewróciła oczami. Współlokatorzy.
Nie pozostało jej nic innego jak wyjść do sklepu.

Howl wyszła na zewnątrz, minęła swój zaparkowany pod budynkiem samochód i ruszyła pieszo do minimarketu przecznicę dalej. Rano można było tam jeszcze dostać świeże pieczywo, jajka a czasem nawet prawdziwe mięso, nie to wyhodowane z komórek macierzystych.
- Dobry! – Usłyszała męski głos, gdy dziesięć minut później z torbą pełną zakupów otwierała drzwi budynku. Uśmiechnięty facet w średnim wieku i w średnim garniturze właśnie wysiadł z auta średniej klasy i zmierzał ku niej energicznym krokiem. Howl skojarzyła, że samochód ten stał tam już kiedy wychodziła do sklepu.
– Panna Howl? Tak, to Howl z Mass Æffect! To zaszczyt, jestem fanem! Jest może JJ?
Facet wciąż się szczerzył. Krawaciarz nie wyglądał jak ktoś z kręgu ich znajomych, chociaż z drugiej strony saksofonista nigdy nie był zbyt wylewny jeśli chodzi o swoje prywatne życie.



Anastazja i Rosalie


Świt oglądany z dachu Alamo był piękny. Niebo wpierw zaróżowiło się na tle wieżowców a kiedy kula słońca wyłoniła się zza odległych Berkeley Hills, jego promienie odbiły się w spokojnych wodach zatoki, prześlizgując się między pylonami Bay Bridge.
Było przyjemnie chłodno. Temperatura nocna oscylowała wokół dwudziestu stopni. Nic dziwnego, że kto nie musiał rano wstawać do pracy przestawiał się na nocny tryb życia. O piątej nad ranem ulice poniżej były puste a miasto ciemne i ciche. Niemal tak ciche jak zaraz po trzęsieniu ziemi, które pokrętnymi drogami doprowadziło je w to miejsce.

Największa i najnowocześniejsza galeria handlowa San Francisco była obecnie domem dla tysięcy ludzi, którzy nie mieli gdzie się podziać. Anastazja i Rosalie były w Alamo sąsiadkami. Skrzypaczka ze współlokatorem zajmowała przebieralnię dawnego sklepu odzieżowego. Po przestawieniu ścianek działowych powstały tam dwa małe pokoje. Wprawdzie bez toalety i okien, ale zawsze za to z wieloma wieszakami. Okna dało się zastąpić tapetą holograficzną, pokazującą dowolny widok. Toaleta zaś i przerobiony ze zraszacza przeciwpożarowego prysznic znajdował się na terenie sklepu. Była też improwizowana wspólna kuchnia, a w niej kuchenka, czajnik a nawet ekspres do kawy. Czego chcieć więcej?
Resztę sklepu podzielono ściankami ze sklejki na kolejne trzy mieszkania. W jednym z nich, na dziale obuwniczym niedawno zamieszkała Rosalie. Na swoich ośmiu metrach kwadratowych miała dużo półek a gdy odsłoniła zasłony, widok z drugiego poziomu na główny hol galerii.
Pozostałe lokale w sklepie zajmował swoisty przekrój mieszkańców Alamo: chińska rodzina, starsze białe małżeństwo i para Latynosów.

Po sześciu latach Alamo nie było już dzikim squatem. Był prąd, bieżąca ciepła woda a zimą działało ogrzewanie. Za wszystko to trzeba było oczywiście płacić, lecz czynsze był wielokrotnie niższe niż na wolnym rynku. Rosalie płaciła czterdzieści Eurodolców miesięcznie a Ann i Olivier łącznie sześćdziesiąt. Płaciło się też za bezpieczeństwo. Porządku w Alamo pilnowała straż obywatelska, przyłapani na kradzieży lub agresywni byli eksmitowani. Na parterze działała przychodnia, apteka, szkoła i przedszkole a na parkingu funkcjonował największy w mieście bazar. Na dachu wyrysowano boiska i zbudowano place zabaw. W ciepłe noce zaś dach był naturalnym miejscem, gdzie paliło się trawę i piło alkohol.

Nie wiedzieć kiedy babski wieczorek przerodził się w babski poranek. Ok, wieczorek nie był całkiem babski, bo wcześniej towarzyszył im Oliver – współlokator i największy fan Anastazji Vandelopy de Sade, nieszczęśliwie umieszczony przez nią w tak zwanym friendzonie. Wypili po kilka piw i spalili wspólnie dużo dobrej trawy. Anastazja i Rosalie były teraz w tym idealnym spalonym stanie, kontemplując subiektywność rzeczywistości.

To jednak był jeden z ostatnich takich świtów w Alamo. Korporacyjne strefy dotarły już kilka przecznic stąd. Aby posunąć się dalej korporacje musiały oczyścić Alamo. Alamo było kluczem do całej dzielnicy. Żaden porządny obywatel nie zechce mieszkać obok prekariuszy i lumpenproletariatu.
Za cztery dni na Alamo ruszą Pacyfikatorzy – firma policyjna specjalizująca się w tłumieniu zamieszek – z pałkami, taserami, tarczami, rojobotami, miotaczami mikrofal, gumowymi kulami, armatkami wodnymi i gazem łzawiącym, zakuci w pancerze.
Niektórzy mieszkańcy już zwijali manatki, inni szykowali obronę, choć szanse były niewielkie. Jeszcze inni próbowali przebić się do mediów, lub zorganizować wiec poparcia. Olivier uważał, że to dobry kierunek.
- Trzeba nagłośnić sprawę – powiedział, krótko przed tym jak potoczył się do łóżka.

Teraz, patrząc na wschód słońca, dziewczyny na chwilę zapomniały o tym. Ale wtem coś im przypomniało. Najpierw usłyszały bzyczenie. Uniosły głowy i ujrzały małego drona. Leciał wolno wzdłuż dachu a gdy dotarł nad nie, bezczelnie zrobił im zdjęcie! Równocześnie gdzieś z ulicy w dole odezwał się megafon:
- DO OSÓB NIELEGALNIE ZAJMUJĄCYCH GALERIĘ ALAMO! ZOSTAŁY WAM CZTERY DNI I SIEDEM GODZIN NA OPUSZCZENIE BUDYNKU!
Głos dobiegał z opancerzonej policyjnej ciężarówki, która podjechała ulicą i zatrzymała się sto metrów od Alamo. Ktoś z okna sąsiedniego budynku rzucił w nią butelką, co nie zrobiło na niej wrażenia.
- DO OSÓB NIELEGALNIE ZAJMUJĄCYCH…



Sully


Wczesne pobudki nie są tym co tygryski lubią najbardziej, lecz przy panujących upałach mają swoje plusy. Rano dało się jeszcze jakoś funkcjonować, potem już tylko zdychać. Już nie mówiąc o pracy fizycznej. Klimatyzowane biuro było jedyną rzeczą, dla której Sully mógł tęsknić za korpo. Tutaj, w Sunset District, namiastkę klimatyzacji zapewniała bryza oceanu, odległego o zaledwie kilkaset metrów od miejsca gdzie dziś wypadła im robota.
Kiedyś to była dobra dzielnica. Teraz połowa ciasno upakowanych domów wciąż leżała w ruinie lub wyglądała jakby zaraz miała się zawalić. Trzęsienie ziemi powaliło również większość drzew. Między domami sterczały tylko przywrócone do pionu słupy elektryczne. Sunset District przypominał pozbawioną zieleni pustynię. Przez suszę nawet trawa przybrała barwę sraczkowatego brązu.
Powiew od oceanu był słaby i już o dziewiątej rano odczuwalna temperatura przekroczyła trzydzieści stopni. Mimo to Gruzownicy zakasali rękawy i wzięli się do roboty.
Pracowali dziś we czterech: ojciec, Chris, Han i Sean. Młody dał się ściągnąć wyjątkowo, tylko dlatego, że dwóch stałych współpracowników ojca akurat wypadło. Jeden przedwczoraj złamał rękę, drugi poszedł w cug. Wszyscy jednak szybko pożałowali, bo Sean ciągle marudził, że to nie robota dla niego. Chris zauważył, że brat ma na nosie chyba najnowsze e-Raybany. W sklepie warte przynajmniej z tysiaka. Niezły lans jak na piętnastolatka.

Dopiero gdy oczyścili z gruzu, desek i śmiecia parter domu okazało się, że wcale nie są tu sami. Na piętrze, cicho jak myszy pod miotłą, ukrywała się cała azjatycka rodzina. I to wielopokoleniowa, od dziadków po prawnuki. Przypominali trochę Hindusów, tylko bez tych kropek na czołach. Kobiety zaś nosiły chusty.
Ojciec i Han wdali się z nimi w dyskusję, niełatwą, bo wszyscy mówili naraz oraz jednocześnie do nich i do siebie, aż rozpłakało się trzymane przez młodą kobietę niemowlę. Tylko smagły dwudziestoparolatek tłumaczył coś łamanym angielskim.
- Wyjdźcie stąd! To jest nasz dom! Nie mamy innego!
Miał podbite oko. Obok jego wąsaty ojciec lub teść krzyczał, żywo gestykulując.
- Rozpoznaję język Bangla – w słuchawkach Chrisa odezwała się Lamia. – Używany w Bangladeszu i we wschodnich Indiach. Tłumaczyć?
- Ja jebię… - Sean pokręcił głową i zszedł na dół na papierosa.

I wtedy zadzwonił holofon. Sully miał już odrzucić połączenie, kiedy zobaczył, że dzwoni Natasha.
- Hej…
- Hej, Chris, masz chwilkę? Słyszę jakiś hałas.
- Hmm…
- Zajmę tylko chwilę, sama jestem w biegu. Wpadłbyś do “Insomni” dziś lub jutro? Chcielibyśmy poszwędać się po zapleczu, ale ciężko uzyskać nakaz. Mają plecy.
- Insomnia? - Chris drgnął.
- Coś nie tak?
- Nie, skąd…
- Widzę, że trafiło w miękkie. Znajomi?
- Nie.
- Ach, ktoś znajomy tam bywa i nie byłoby dobrze, żebyśmy go przetrzepali podczas interwencji… - Natasha była bystrą policjantką. - Mocno umoczony?
- Nie wasza liga. Nic co by było zbytnio nie w porzą…
- Fixer i nielegale… - Pokiwała głową. - Jego rejon. Zgadłam?
- Natka, weź odpuść…
- Zróbmy tak. Idź zrób tam rozpierdol, daj nam szansę na interwencje. Daj mu cynk, że będzie nalot, nie będzie miał nic to puścimy. Nawet nie będę wiedziała który to. On będzie miał alibi przed ulicą, że wszak był trzepany i nie ma związku z nalotem. Pasi?
- Wiesz jak to działa. Nie robię bez powodu.
- Mamy podejrzenia, że w Insomni robią Sense na dzieciach – oznajmiła po chwili. - Daj mi znać do wieczora, ok?
I rozłączyła się, cała ona.

Gdy Chris wrócił do rzeczywistości, ojciec rozmawiał przez holo ze swoim przełożonym. Przełączył go na ekran i podkręcił głośnik, żeby coś w tym hałasie słyszeć.
- … ale tu są jacyś ludzie, cała rodzina. Twierdzą, że to ich dom.
- Gówno prawda – zabrzęczał pan Chang. Mimo, iż siedział w biurze wyglądał na bardziej spoconego niż oni. – Właściciel sprzedał dom. Przedwczoraj była tam ekipa eksmisyjna. Widocznie ciapate wrócili. Pozbądźcie się ich.
- Panie Chang, my wynosimy gruz, nie ludzi! – zaprotestował Patrick OSullivan.
- Eksmitorzy są zajęci w Oakland. Jutro wchodzi ekipa budowlana, ma być czysto i pusto, rozumiemy się?
- Panie Ch… - ojciec urwał w pół słowa, bo Koreańczyk zakończył połączenie.




Billy

"Młody kojot, który podczas swojej nocnej wyprawy dał się złapać w sidła, długo nie rozumie tego co się stało. Zazwyczaj dopiero nad ranem uświadamia sobie swoje tragiczne położenie. Wtedy bardzo często, w akcie ostatecznej desperacji, młody kojot woli odgryźć sobie uwięzioną łapę niż dać się schwytać wąsatemu Meksykaninowi."

- Susan! – ze snu wyrwał go męski głos. Zaspane oczy poraziła jasność, słońce przesączało się przez żaluzje do pokoju. Nieznajomy męski głos dobiegał zza drzwi. Nie jego drzwi. Imię też nie było do końca znane, chociaż coś kojarzył z poprzedniego wieczora. Musiało należeć do młodej blondynki leżącej w wymiętej pościeli tuż obok.
Ona też się obudziła. W jej oczach dostrzegł przerażenie.
- Osz kurwa – pisnęła cicho – to mój stary! Kurwa, a miał mieć podwójną zmianę.
Zmianę? Może jest lekarzem. Albo strażakiem? Zaraz. Nie. Billy przypomniał sobie wiszący w przedpokoju mieszkania policyjny mundur.
- Susan! Czemu nie jesteś w szkole?!
W tym momencie Billy zaczął się modlić, żeby była po właściwej stronie szesnastki.
- Jestem chora, tatku! – Susan wykazała się jednak zimną krwią. Zaczęła pośpiesznie szukać stanika i majtek. – Billy, musisz uciekać. Albo się schować, nie wiem. Tatko cię zajebie.
Billy namierzył wzrokiem swoje bokserki leżące na podłodze. Obok walały się spodnie i koszulka oraz butelka po winie. Skarpetek nie widział. Może zostały w…
- Susan! Czyje to buty!?

W tym momencie mózg Billego wszedł na najwyższe obroty, choć nie ułatwiało tego łomotanie pod czaszką. Chować się pod łóżkiem? W szafie? Które to piętro? Pamiętał wjeżdżanie windą. Trzecie lub czwarte. Czy za oknem są schody pożarowe? Albo chociaż porządny gzyms?
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 07-10-2017 o 11:26.
Bounty jest offline  
Stary 03-10-2017, 14:32   #2
 
Vivianne's Avatar
 
Reputacja: 4672 Vivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputację
- Tym razem to pewnie tak na serio - westchnęła z żalem Rosalie. W Alamo może i nie było idealnie, ale zdążyła się już przyzwyczaić do swojego kąta. W kierunku latającego nad nimi drona pokazała środkowy palec uwieńczony długim srebrno-czarnym paznokciem i uśmiechnęła się złośliwie.
Oparta o ramię tatuażystki Anastazja podniosła głowę, czując ruch ciała pod sobą i ziewnęła. Mimo imprezowej nocy makijaż na jej twarzy wciąż był perfekcyjny.
- No raczej - rzekła, lecz w jej głosie nie było ani grama zmartwienia - Oliver ma zgryza. Powiedziałam, że jak nas wydupią i niczego nie znajdzie na zastępstwo, to nie zamierzam z nim mieszkać.
Zachichotała szelmowsko, po czym zaczęła się podnosić.
- Dobra, idę pobawić się w śpiącą księżniczkę. Czas na mnie.
- Znajdzie ci coś, nawet gdyby miał za to oddać nerkę - stwierdziła. - Ja tu jeszcze chwilę posiedzę- zwróciła się do wstającej koleżanki.
Anastazja uśmiechnęła się krzywo.
- Zrób mu loda, to i ciebie ujmie w tych planach. - zaśmiała się i ciężko było stwierdzić, czy żartuje, czy mówi serio. Jak to zazwyczaj, gdy chodziło o de Sade. Skrzypaczka zamachała ręką pożegnalnie i skierowała się do swojego grajdołka.

Rosalie ostała sama na dachu Alamo, rozmyślając o czekającym ją dziś ostatnim dniu pracy. Tej drugiej pracy. Za tydzień miała dostać podwyżkę w salonie i ze stażystki zostać pełnoprawną pracownicą. Odłożyła już wystarczająco na kaucję na nowe lokum. Tyle, że wciąż nie miała niczego konkretnego na oku. W San Francisco nawet przed trzęsieniem ziemi brakowało tanich mieszkań na wynajem a teraz było z tym jeszcze gorzej. A coś pewnie będzie musiała znaleźć.
Wciąż nadająca policyjna szczekaczka odbierała cały urok tej chwili samotności o wschodzie słońca. A po chwili okazało się, że również dron wyposażony był w głośnik.
- Hej świnko, zatańcz dla nas! - odezwał się zniekształconym męskim głosem, krążąc dookoła niej.
- Tak, pokręć dupą! - dołączył drugi głos.
- Jak już cię stąd wyjebiemy to możesz spać u mnie! Hehehe.
- Marz dalej, bo tylko tyle możesz - odpowiedziała spokojnie, choć w środku lekko się zagotowała, wciąż nie uodporniła się na takie gadki. Jako, że nie miała już co liczyć na spokojną obserwację budzącego się do życia miasta, zaczęła się leniwie podnosić.
- Dawaj, dawaj! - dopingował ją operator drona.
- Świruj, świnio, tańcz, świruj jak pojebana - jego kumpel zanucił popularny dyskotekowy kawałek.
- Dobry tyłeczek!
- Ej, poznaję ten tyłeczek. Ona się buja w Inso!
- Łooo! Maleńka, kiedy pracujesz? Odwiedzimy cię tam!
- Chyba mnie z kimś pomyliście - odpowiedziała - ale mam wam coś do zaoferowania. Schyliła się powoli eksponując dekolt. Prawą dłonią chwyciła stojącą przy jej bucie pustą butelkę po winie i pionizując się gwałtowanie cisnęła nią z całej siły w kierunku drona.
Odwróciła się zgrabnie na pięcie i ruszyła w kierunku zejścia z dachu.
Nieoczekiwanie trafiła. Flaszka z brzękiem tłuczonego szkła rozbiła się o drona, uszkadzając jedno ze śmigieł. Stracił sterowność, zatoczył się jak wielka pijana mucha i łupnął o dach Alamo.
- Kurwa! - zaklął głośniczek
- Ty pindo! - odezwał się drugi głos. - Wpisujemy cię do bazy za niszczenie policyjnego mienia! Lepiej uważaj na ulicach!
To mogła nie być czcza groźba. Gliniarze ze wszystkich firm nosili e-glasy z systemami rozpoznawania twarzy. Na szczęście Pacyfikatorzy nie mieli kontraktu na ochronę zbyt wielu dzielnic we Frisco a w każdym razie nie tych, gdzie zwykle przebywała.
Dron wyłączył się i zamilkł.
- Ha! - wrzasnęła z dziką radością, zawróciła i podeszła do upolowanej przypadkowo zdobyczy. Skoro już znalazł się w zasięgu jej rąk nie mogła go tak po prostu zostawić. Kto wie, może urządzenie zdążyło nagrać jakieś warte zobaczenia materiały. Chwyciła drona pod pachę i ziewając przeciągle udała się do swojego pokoju. Zmęczenie dawało o sobie znać a kilkanaście godzin miała stawić się w pracy w dobrej formie. Musiała odespać.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"

Ostatnio edytowane przez Vivianne : 03-10-2017 o 20:57.
Vivianne jest offline  
Stary 03-10-2017, 14:37   #3
 
Selyuna's Avatar
 
Reputacja: 4316 Selyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputacjęSelyuna ma wspaniałą reputację
JJ i Howl

- Hę? - Howl wyciągnęła z ucha jedną słuchawkę. Czegokolwiek ten koleś chciał, zmarnował jej rozpoczynające się właśnie "Love Will Tear Us Apart". Słuchała muzyki na tyle głośno, że teraz towarzyszyła ich rozmowie. - Panna? Tak, Howl to ja, chociaż nikt... - zaśmiała się krótko - Nie nazywa mnie panną. Skądżeś się urwał, koleś? Hmm, przepraszam. Panie...?
Póki co przymknęła z powrotem drzwi i cofnęła się z progu.
- Marty Feedman – przedstawił się facet, wciąż z szerokim uśmiechem na gębie, wyciągając na powitanie dłoń. – Wybacz tę pannę, jestem, jak widać starszej daty. Może pomóc z zakupami?
when routine bites hard,
and ambitions are low,
and resentment rides high,
but emotions won't grow,
and we're changing our ways, taking different roads... – śpiewał w tle Ian Curtis.
Druga słuchawka podzieliła los pierwszej. Howl patrzyła na rozmówcę, jakby oczekiwała że nastąpi jakiś ciąg dalszy.
Chwilę jej zajęło przełożenie zakupów do jednej ręki i uporanie się z kablami słuchawek, które upchnęła do kieszeni, zupełnie się nie przejmując tym że pewnie się poplączą.
- No hej. - Uścisnęła dłoń Feedmana, szybko i oszczędnie, tak aby ten kontakt trwał jak najkrócej. - I nie, dzięki, dam sobie radę. Spoko. To hmmm, w czym mogę pomóc? Przekazać coś JJowi, jak go zobaczę?
- Tak, będę wdzięczny - odparł z nieodłącznym uśmiechem. - Pan Gonzales właściwie mnie nie zna, ale tak się składa, że mam dla niego bardzo intratną propozycję. To mój numer. - Wyświetlił na projektorku holozegarka wizytówkę do zeskanowania. - Przekaż mu proszę, że sprawa dotyczy Josha Miltona, ok? Będę jakiś czas w okolicy.
- Jasne, jasne. - Howl uśmiechnęła się najsympatyczniej jak tylko potrafiła. - Przekażę. - Kiedy Feedman pomachał jej na pożegnanie, odmachała. Potem poczekała jeszcze chwilę, aż wsiądzie do auta, ale nie patrzyła na niego. Pogrzebała w kieszeni, znowu przełożyła torbę z ręki do ręki, przez chwilę mocowała się ze słuchawkami, których kable próbowała rozplątać.

W końcu przekroczyła próg budynku, jak gdyby nigdy nic. Przez chwilę stała bez ruchu za drzwiami. Potem szybkim krokiem udała się na górę.
Rzuciła zakupy na stół. Pstryknęła ekspres, odruchowo, dopiero potem przypomniał jej się stan zbiornika. Westchnęła. W głowie już pojawiła się lista osób, którym mogłaby się zwalić na głowę i przy okazji wziąć szybki prysznic.
- JJ? - zawołała niezbyt głośno dopiero po chwili. - Ej, stary, jesteś tam? Ty to masz chyba jakichś podejrzanych znajomych, co? Słuchaj, jaka akcja. Zagadnął mnie przed chwilą jakiś Feedman, kolo w garniturze wygrzebanym chyba ze szmateksu i z uśmiechem sprzedawcy odkurzaczy, c’nie? Podobno ma dla ciebie jakąś “intratną propozycję”, która dotyczy jakiegoś Miltona? - Wyłożyła wszystko od razu, rozpakowując jednocześnie zakupy. Nie musiała się zresztą drzeć, żeby było ją dobrze słychać w całym mieszkaniu, głos miała dobrze ustawiony, lata praktyki. Jej ruchy kiedy wyjmowała dwa kubki i rozlewała do nich kawę też były automatyczne, prawie bez udziału świadomości.
 

Ostatnio edytowane przez Selyuna : 03-10-2017 o 21:32.
Selyuna jest offline  
Stary 03-10-2017, 18:49   #4
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


- Kurwa… - Christopher ścisnął palcami skronie.

Kac, rosnący upał powoli windujący temperaturę do poziomu piekła i jeszcze ten jazgot. Ten dzień nie miał prawa być udany skoro zaczął się od porannej pracy, a nie obudzenia koło południa i sprawdzenia czy w lodówce jest jakieś piwo, które można podpieprzyć Liz, Billemu, JJ'owi lub Howl.
- Han, weź wrzuć na luz - “Sully” stanął pomiędzy rodziną Azjatów, a znajomkiem z wypraw w miasto - i tak musimy zrobić przerwę, ojciec i Sean muszą pojechać do wyrwy opróżnić kontener z gruzu. Jest praktycznie pełen.
Stojąc tak pomiędzy nimi zaczął wywoływać numer Lou.
- Dobra, musimy to przemyśleć – zgodzili się. Cała ekipa zeszła już na dół, zostawiając na razie Bangladeszan… Bangladenian? Banglijczyków? Ten młodszy wszak podążył za nimi, krzycząc:
- Nie wyniesiemy się stąd! Nie mamy dokąd! Zadzwonię do przyjaciół!
- Dobra, uspokój się koleś - odpowiedział mu Han. - Nie będziemy cię bić!
Na dole oparty o mur Sean kurząc fajka grał na holo w Eskimo Frenzy, napierdalając harpunami w wirtualne foki. Wydawał się zachwycony perspektywą wycieczki do Wyrwy.

W słuchawkach Chrisa odezwał się wreszcie Lou. Przyjął tylko połączenie głosowe.
- Chris, kurwa, wiesz która jest godzina? Porządni ludzie śpią o tej porze.
W sumie było trochę po dziewiątej. Sully o tej godzinie też zwykle jeszcze chrapał.
- Dziś będzie nalot na Insomnię, więc weź zamknij twarz Lou. - Ton Chrisa też nie wskazywał jakoby rockman był w skowronkach. - Policja. Albo bądź tam czysty jak chcesz mieć na ulicy legend ‘zgarniętego’, albo nie wpadaj do klubu.
Fixer milczał przez chwilę.
- O w mordę, sorry… znaczy dzięki za cynk! Gliny? Wiesz, które gliny? Insomnia przecież płaci Psom Frisco.
Sprawa z korporacjami policyjnymi we Frisco była naprawdę posrana. Poszczególne dzielnice ogłaszały przetargi na ochronę policyjną i w efekcie zatrudniały różne firmy. Te, generalnie starały się nie wchodzić sobie w drogę, ale czasem próbowały sabotować konkurencję lub skompromitować ją w oczach władz, by przejąć jej teren. Psy Frisco ochraniały Design District, gdzie mieściła się Insomnia. Tymczasem Natasha pracowała dla Dobrych Glin.

- Mogę tam wpaść dziś i ustalić. Nie raz spało się w areszcie. - Chris przetarł oczy z lejącego się z czoła potu. - Nie mamy koncertu wieczorem, a nic na mnie nie mają. - Sully włączył nagrywanie - Przy okazji… masz na oku jakąś pustą ruinę, gdzie zmieściłoby się kilkunastu Pakich? Nawet jedno na drugim, ale choćby dziurawy dach nad głową żeby był.
- Hmm… coś się znajdzie. Dam znać za parę godzin. Wpadnij do Inso, będę wdzięczny. Ja też będę, nie zaszkodzi dać się przetrzepać. Wiesz czy mają nakaz czy będą wbijać na pałę?
- Jakbym był wróżką, otworzyłbym własną firmę. Do zobaczenia w Inso.
Chris rozłączył się.
- W górę mała - dodał odwracając się do hindusa.
Spomiędzy jego obojczyków wystrzelił podłużny kształt niby gruby, krótki, starożytny, XXwieczny długopis. Silniczki uruchamiając niewielkie śmigiełka momentalnie uruchomiły status drona. Emiter holo zadziałał z pół sekundy później. Minidron pokrył się powłoką holo kreującą skrzyżowanie piotruśpanowego Dzwoneczka z mokrym snem średniowiecznych egzorcystów.


- Tłumacz na ten Bangi Lamia…
- A może wolałbyś… hm… Oh wiem! Fiński.
- Lamia, noż do kur…
- Albo… Ruski jest fajny taki gardłowy. - Holoprojekcja ducha z minidrona stanowiącego holophone i komputer Sullego wydawała się radosna.
- Ten. Ich. Język. Ja. Pierdolę…
- Niech będzie… mam dobry humor.
- Puść mu kawałek nagrania po “coś się znajdzie” oryginał z tłumaczeniem. - Chris spojrzał na Azjatę.
- “Dam znać za parę godzin. Wpadnij do Inso, będę wdzięczny. Ja też będę, nie zaszkodzi dać się przetrzepać. Wiesz czy mają nakaz czy będą wbijać na pałę?” - przetłumaczyła Lamia na język Bangla.
- Co? - Banglijczyk zdziwiony zamilkł i zamrugał oczami. Nie był zresztą sam, bo po zdziwionym mrugnięciu Chris schował twarz w dłoniach.
- Nie no kurwa… potrzebuję whiskey… - Chris przesunąwszy palcami po twarzy spojrzał na diablowróżkę. - Nie. Tego nie tłumacz. Puść mu kurwa ten kawałek co kazałem albo zaraz z siebie wyjdę!!! - Wyglądał na wkurwionego. - Z oryginałem dla mnie - warknął.
- Dobra, dobra, wiem, to o chałupie - westchnęła teatralne Lamia. - Nie jestem głupia, mam 2.7 w skali Turinga. Zaczęła tłumaczyć, tym razem właściwy fragment. To znaczy Sully miał nadzieję, że AI tłumaczy to co puszcza mu w słuchawkach a nie robi mu jakiś przedni jej zdaniem dowcip.

- Sean! - z ulicy dobiegło wołanie ojca, siedzącego już w kabinie półciężarówki.
- Pędzę, lecę! - Chłopak niechętnie oderwał się od gry, rzucając tlącego się peta w wyschniętą na wiór trawę.
- To jest kurwa robota poniżej ludzkiej godności - mruknął pod nosem mijając Chrisa.

Zniecierpliwiony Banglijczyk wysłuchał tymczasem diabłowróżki.
- Ja mówię po angielski, ty idiota! - załamał ręce. - Przecież cały czas mówię do was po angielski! - wziął głęboki oddech. - My musimy najpierw obejrzeć nowe miejsce. Nie chcemy ruina z dziurawy dach.
- Nie ma opcji Paki. - Chris zapalił papierosa. - Znaj serce, że wam załatwiam to, a nie od razu out. Jak dziurawy to se załatacie, a tu i tak syf. - Chris spojrzał na Azjatę. - Więc albo po dobroci, albo będzie siłą.
- Nie siła, siła nie - Banglijczyk przydeptał rzuconego przez Seana peta. - Bo wy gadać z nimi! - wskazał ręką na ulicę, niemal równocześnie z Hanem, który klepnął Chrisa w ramię.

Ojciec z Seanem już odjechali, półciężarówka znikała a właśnie za rogiem. Za to z przeciwnej strony nadjeżdżało dwóch motocyklistów na mocno stuningowanych Harleyach. Zatrzymali się przed domem. Jeden był grubym brodaczem z samurajską kitką, w przepoconym i uświnionym podkoszulku. Drugi chudzielcem z długimi, prostymi włosami, w t-shircie The Lords. Na plecach grubasa wisiał przewieszony przez pasek obrzyn a na bagażniku jego maszyny powiewała pomarańczowa flaga z napisem “Flower Power”.
- Co tu się odpierdala? - zapytał gniewnie brodacz.
- Ja pierdolę… - Sully strzelił niedopałkiem i podszedł do drzwi stając w nich. Oparł się rękami o framugę.
- Te jazgotmany z tej chatki to wasi kumple? - spytał przyglądając się chudzielcowi i jego koszulce.
- Zapłacili nam za ochronę - odparł grubas. - A wy zdaje się niepokoicie tych dobrych ludzi. Wypierdalacie stąd grzecznie w podskokach czy połamać wam ręce?
- Spokojnie… - Han uniósł dłoń w pokojowym geście, zerkając niepewnie na Chrisa.
Chudy tymczasem również przyglądał się uważnie Sully’emu, marszcząc czoło i mrużąc oczy.
- Lubię, gdy dochodzi do tematu łamanych rąk. - C’Jay uśmiechnął się szeroko. - Bo zazwyczaj faktycznie są wtedy łamane. - Znów odpalił szluga. - Ale że Twój kumpel lubi ekipę w której robiłem, to postaram się być grzeczny. - Chris wskazał na dom mówiąc dalej: - Kolo sprzedał chawirę, jutro wpadają tu budowlańcy, zarabiamy uprzątując. Paki z rodzinką ma fart, że eksmitorzy są zajęci, ale jak tu zostanie, to go jutro zajebią, my nie dostaniemy kasy, a Wy będziecie mieli po plecach, żeście ich nie uchronili. Załatwiam im nowe lokum, więc może przemów Pakiemu do rozsądku.
- Nie mów nam co mamy robić, chujku - warknął brodacz, zsiadając z motocykla.
- Czekaj - odezwał się po raz pierwszy jego kumpel, zwracając się następnie do Sully’ego: - Ty czasem nie grasz na bębnach w Mass Æffect?
- Tak. Rozumiem, że zaraz będzie zadyma już nie o to, że mamy tu robotę. - Chris zaciągnął się i odrzucił faja. - Ale o to, że odszedłem z Lordsów, tak? - Rockman zacisnął pięści i odsunął się by nie blokować drzwi Hanowi. 2 na 2 było sprawiedliwiej niż 2 na 1.
Chudzielec roześmiał się.
- Koleś gra w kapeli z Billym - powiedział do kolegi.
- Billym?
- Naszym Billym. Billym Howlingwolfem!
- No patrz - gruby odłożył kij baseballowy, który już miał w ręku. - To chyba nie wypada mu łamać rąk, bo nie zagrają koncertu.
- Mam całkiem chwytne stopy. - Chris spojrzał z większą ciekawością na obu harleyowców, którzy zaśmiali się, doceniając żart. - Znacie Billa? Nono. To co robimy? Ten teren ma być do jutra czysty.
- Ma, albo nie ma. - Wzruszył ramionami gruby. - Eksmitorom już nie raz wpierdoliliśmy.
- Tyle, że potem zawsze wracają w obstawie - wtrącił chudy - a jak się jakiegoś zastrzeli to później dzielnię trzepią gliny. Ale jak mówiłeś, że załatwiasz im nowe lokum to się dogadamy.
- On chce nas przenieść do ruina bez dachu! - wtrącił Azjata, zadeptując peta rzuconego wcześniej przez Sully’ego. - My nie możemy do ruina bez dachu, my z małe dziecko!
- Zrobimy tak - rzekł brodacz. - Pojedziemy z nim i z wami do miejsca, w które chcesz ich przenieść i zobaczymy czy się nada.
Dzieci Kwiaty najwyraźniej poczuwały się do jakiejś gangsterskiej odpowiedzialności społecznej.
- I załatwisz nam jeszcze wejściówki na wasz najbliższy koncert - wyszczerzył się chudy.
- Nie ma opcji. - Chris skrzywił się. - To znaczy bilety nie ma problemu, ale znajomy mówił, że w kwestii tego lokum da znać za parę godzin. Da wtedy info gdzie to jest. Zanim dojedziemy... Zanim wrócimy... My tu mamy w cholerę roboty. - Potoczył ręką pokazując ten bajzel. - Sami zobaczcie. A nawet marne lokum lepsze niż żadne, nie? Ten teren jest już sprzedany. Umówiona budowlanka. Nie dziś to jutro, albo pojutrze przyjdą ex-y z takim szwadronem wpierdolu, że w efekcie wszyscy będziemy stratni.
- Co racja to racja - przygryzł wargę grubas.
- Dobra, łap mój numer - chudy wyświetlił z e-glasów holowizytówkę do zeskanowania - i daj znać jak będzie coś wiadomo z chałupą.
Brodacz tymczasem podszedł do Azjaty i zaczął mu wyłuszczać sprawę.
- Ale my zapłacili za ochronę! - protestował Banglijczyk, podczas gdy rodzina dopingowała go z okien i drzwi domu.
- Ochrona będzie obowiązywać też w nowym miejscu. Tam spokojniej. Tu będzie dym. Przegonimy Eksmitorów raz i drugi, ale w końcu się wkurwią, przyjdą w nocy i spalą tą ruderę razem z wami, kumasz?
Wystraszony Azjata spojrzał na rodzinę i pokiwał głową.
- To pakujcie się i bez obaw, będzie ok. - Brodacz wyszczerzył się, poklepał go po ramieniu i wrócił na motocykl. - Dobra, lecimy, bo tu nie daleko znaleźli właśnie trupa. Kolejna ofiara tego świra, co zarzyna muzyków i wycina im teksty piosenek. Tym razem ponoć Imagine, kumacie? Jakim pojebem trzeba być, żeby kogoś zarżnąć i wyciąć mu na skórze: “Imagine all the people living life in peace”? - zapytał, nie dostrzegając przy tym sprzeczności między wytatuowaną pacyfką a obrzynem na plecach.
- Mnie tam martwi, że świr jedzie po muzykach. - Chris skrzywił się i zerknął na Hana, który jakby odetchnął z ulgą.

Hagen lubił spontaniczne bójki i rozpierduchy podczas nocnych wyjść w miasto, ale tak normalnie jak w tej sytuacji nie był aż tak wyrywny. Szczególnie widząc bejsbola i obrzyna. Chris za to przeciwnie, wyglądał może i na usatysfakcjonowanego, że sprawa została jakoś rozwiązana, ale i niepocieszonego, że do mordobicia jednak nie doszło.
- Ej! - zawołał jeszcze za herlejowcami, a Han jęknął tylko. Mylił się jednak co do planów Chrisa, który zaraz dodał: - A może wpadniecie dziś wieczór do Insomni, przypieczętujemy dogadanie się browarem?
Spojrzeli po sobie.
- Czemu nie - odparł gruby. - Zajrzymy tam po dwudziestej.
- Uważaj na siebie! - zawołał na pożegnanie chudy. - I na Billego!
Po czym odjechali ku Sunset Boulevard, puszczając na głośniku “Born to be wild”.

Han odprowadził ich wzrokiem.
- A właśnie - spojrzał na Chrisa. - Słyszałem, że wcześniej mówiłeś coś o Inso. Coś się kroi?
- Taaa... Zadyma - mruknął Sully wchodząc z powrotem do budynku. - Ale nie na spontan jak to my czasem dla zabawy, to nie proponowałem.
- Spontan czy nie, warto mieć kogoś kto osłoni twoje plecy, nie? - Han uśmiechnął się. - Bo na tamtych dwóch niekoniecznie bym liczył. Tylko musisz mnie trochę wtajemniczyć: jak, komu i za co.
- W insomni podobno robią sense na dzieciakach - Chris rzekł niechętnie. - Policja chce mieć interwencję by przetrzepać. Te nie umoczone gliny, nie jakieś syndykaty pseudoochrony.
- Ookey - pokiwał głową kumpel. - Nawet nie będę pytał skąd masz kontakty u glin. Ale ja nie z tych co “jebać psy” zawsze i wszędzie. Pewnie są i nieumoczeni. Te, a twój braciszek nie robi czasem za naganiacza przy burdelu na tyłach Inso?
- Dziś nie, później chciałem z nim pogadać - mruknął Sully. Był człowiekiem prostym, te kombinacje wkurwiały go bardziej niż cały dzień “żarcia gruzu", jak mówili na tą robotę stali współpracownicy ojca. - A z tymi kontaktami… to byłem na dołku, a koncert. Wybłagałem by mnie puścili, jedna tam lubi rocka - dodał wymijająco. - Byłem winny parę biletów i przysługę. Dobra kurwa, nie czas na to. Bierzmy się za robotę. Ojciec z Seanem lada chwila będą. Lamia! - krzyknął na holodrona diablicy - offsession, wracaj do domu. - Zaraz zrozumiał jaką głupotę palnął gdy radośnie zaczęła frunąć mniej więcej w tym kierunku gdzie było "Warsaw". - Stóóój. Do stacji dokującej!

Zawróciła niechętnie.
- A mogę zobaczyć trupa?
- Jakiego znowu trupa?!
- Ofiarę Melomana, co ją znaleźli nieopodal. Zdałabym fotorelację, żebyś mógł się przygotować - mrugnęła okiem.
- Off - rzucił ponuro. - Już ja ci dam przygotować. Han zobacz co z tymi Paki i dajemy.
Han kiwnął głową i poszedł na górę a Lamia, wyłączona komendą wróciła do stacji. “Off” Chrisa przerwało jej w pół słowa.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 03-10-2017 o 18:52.
Leoncoeur jest offline  
Stary 03-10-2017, 22:22   #5
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9622 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Wizytę miała na dziesiątą, ale wyszła z domu dużo wcześniej, żeby nie dojechać cała spocona. I tak było już gorąco. Opony aut zostawiały ślady na asfalcie, tam gdzie ktoś przystanął na dłużej zostawał odcisk podeszwy. Po chwili Liz wyjechała na główną ulicę i włączyła się w rwący potok rowerów, riksz, skuterów, aut i motocykli. W wypchanych do granic możliwości busikach tłoczyli się przyklejeni do szyb ludzie, próbując łapać powietrze jak wyrzucone na brzeg ryby.
Większość miasta leżała na wzgórzach. Na szczęście większość drogi do centrum z Mission District była płaska, a nawet trochę z górki. Dopiero potem musiała podjechać pod Russian Hill. Tu przydawał się napędzany dynamo elektryczny silniczek roweru. Nie wyciągał może oszałamiających prędkości, na płaskim maksimum 30 km/h, ale dawał radę. Jednoślad wykonany z tworzyw sztucznych był w dodatku leciutki i Liz mogła bez trudu podnieść go jedną ręką.
Pokluczyła jeszcze między strefami korporacyjnymi, mijając zamknięte szlabanami i pilnowane przez strażników boczne ulice, i za pięć dziesiąta przypięła rower przez nowoczesnym trzypiętrowym budynkiem. Po wejściu do klimatyzowanego wnętrza Liz odczuła lekki szok termiczny. Otyła recepcjonistka przywitała ją zwyczajowym uśmiechem, doprawionym mieszanką współczucia i zazdrości.

Po chwili Liz mościła się już na kozetce w gabinecie a doktor Cindy Kreidler zasiadła w fotelu, zakładając nogę na nogę. Gabinet wyglądał jak zwyczajny pokój a Kreidler zawsze witała Liz tak jakby wpadła do niej na plotki przyjaciółka i niemal nie było w tym czuć sztuczności. Doktor Kreidler nalegała przy tym, by mówić jej po imieniu. Domowej atmosfery dopełniały kawa i ciasteczka. Kreidler wyjęła notes i długopis. Jak wyjaśniła Liz przy pierwszym spotkaniu, notowanie na komputerze dehumanizuje i uprzedmiotawia pacjentów, sprawiając, że czują się jak w urzędzie. Długopis miał logo Amuse Entertainment - megakorporacji z branży medialnej i rozrywkowej.
Zamieniły kilka słów o pogodzie, po czym Kreidler zapytała swobodnym tonem:
- Więc, Liz, jak ci minął tydzień?

Delayne pomyślała o broni odkrytej u Johna i o mordercy z wiadomości. Oraz o tym, że kariera zespołu utknęła w martwym punkcie. Owszem, po raz pierwszy w życiu była w stanie utrzymać się z muzyki i to było cudowne, ale propozycji koncertów było coraz mniej. W ciągu ostatnich miesięcy grali już niemal w każdym klubie San Francisco i większości miast NoCal oraz sporo koncertów w VR. Jednak zorganizować dużej trasy po całych Stanach póki co się nie udawało. Pracowali nad nowym materiałem, od którego będzie zależeć dalszy los zespołu i Liz wiedziała jedno: że po prostu nie może teraz tego zawalić.

- Tydzień? - umościła się wgodnie w fotelu wpychając do ust maślane ciasteczko. Nie zdążyła zjeść śniadania i zwyczajowo skorzystała z okazji darmowej wyżerki. - Tydzień przeleciał szybko i intensywnie, jak rocker napaloną gruppie.
Przez chwilę szczerzyła białe zęby, ale widząc, że unik w postaci dowcipu nie podziałał na Cindy, spoważniała i wbiła spojrzenie w sufit.
- Myślę dużo o tym nożowniku z wiadomości. Że to może być ktoś kogo znam. Właściwie to jesteśmy związani z tą samą branżą, nie? - Zaśmiała się nerwowo, przygryzła rant wylakierowanego na czerń paznokcia. - Czasem mam wrażenie, że mnie obserwuje. Wiesz, stoi gdzieś w cieniu i się gapi.
- Rozumiem co czujesz - westchnęła Kreidler. - Sama czułabym się nieswojo, gdyby w mieście grasował świr mordujący psychiatrów. Ale obracasz się wśród muzyków i fanów zespołu, prawda? - zapytała retorycznie. - A nawet fanów twojej osoby.
- Tak, pewnie tak - Liz wzruszyła obojętnie ramionami. - Jesteśmy pasożytami. Żerujemy na ludziach. Na ich emocjach. Na ich uwielbieniu. Zależymy od nich.
- Nie określiłabym tego żerowaniem - doktor pokręciła głową. - Dajecie im przecież tyle od siebie. Sama nie wyobrażam sobie życia bez kilku swoich ulubionych muzyków. Tak czy inaczej… z tego co mówiłaś o swoich znajomych, żaden nie wydaje się pasować do profilu seryjnego mordercy. Nie o wszystkich rzecz jasna wiem wystarczająco wiele. Ale ten cały Meloman to chyba ktoś kto nienawidzi muzyków w ogóle, raczej nie znasz takich ludzi. Zostawia dużo śladów, chce coś przekazać światu. Tacy szybko wpadają. Dopóki go nie złapią po prostu staraj się nie przebywać sama z obcymi mężczyznami i nie włóczyć sama po nocy.
- Wiesz co jest zabawnego w seryjnych mordercach? Że koniec końców okazują się uprzejmymi sąsiadami i ugodowymi pracownikami. To kameleony. Nie wypatrzysz takiego dopóki nie zrzuci maski i nie pozwoli ci siebie dostrzec.
- Tak, to prawda. Cichy księgowy. Miły sąsiad. Ale myśląc w ten sposób zaczniesz podejrzewać każdego. W tym mieście mieszka milion ludzi i szansa, że go znasz jest mikroskopijna. Nie kuś losu, tak jak ci mówiłam i nie myśl o tym za dużo, ok?
Liz spróbowała sobie przypomnieć czy John lubi muzykę. Właściwie tego nie wiedziała. Puszczała mu kawałki Mass Æffect i mówił, że mu się podobają, ale może przez grzeczność. W jego mieszkaniu brzęczało czasem radio, lecz wydawał się nie zwracać na nie zbytniej uwagi. Nie podśpiewywał, nie przytupywał, nie gwizdał. Lubił ją, tego była pewna.
Czy mógłby… dla niej… eliminować konkurencję? Ale po co wówczas wycinałby te teksty utworów? Nie, to nie mógł być John. Na pewno nie.
Niemniej ta myśl wydała się Liz tak absurdalna, że aż zabawna. Romantyczne, kurwa, pobudki do zarzynania ludzi nożem. Zaśmiała się w głos. Na krótko, jakby zdała sobie sprawę, że to jednak nie na miejscu.
- Masz rację, nie mogę być takim fatalistą.
Sięgnęła po kawę, zagryzła jeszcze jednym ciasteczkiem.
- Muszę się teraz skupić na zespole zamiast rozdrapywać swój mózg. To jest chyba ten moment, kiedy wszystko się wyjaśni. Wiesz, nasze wielkie być albo nie być. Wszyscy na mnie liczą. To spora presja.
Liz schowała twarz w dłoniach i potarła policzki.
- Mogę… no wiesz, nie podołać.
- Bzdura! - zaprzeczyła kategorycznie Kreidler. - Masz cudowny głos i wyczucie muzyki. I jesteś cholernym scenicznym zwierzęciem, kochanie. Wiem co mówię, widziałam nagranie jednego z waszych koncertów. - mrugnęła do Liz okiem. - Masz szczęście, w przeciwieństwie do większości ludzi żyjesz ze swojej pasji. Po prostu skup się na tym co robisz najlepiej, czyli śpiewaniu. Nie możesz ciągle rozmyślać w kategorii sukcesu - porażki. Nie na wszystko masz wpływ. Nie mniej jednak, sukcesowi można trochę pomóc. Mam wrażenie, że jesteście trochę niedoceniani. Nie znam się na tym za dobrze, ale myślę, że żadnemu zespołowi nie zaszkodziła jeszcze odrobina promocji.
- Muzyka to nie chrupki śniadaniowe a promocja kojarzy mi się z hostessą w przykrótkiej spódniczce próbującej wcisnąć mi bubel - prychnęła Liz i mocniej odchyliła się w fotelu. Wypuściła ze świstem haust powietrza. - Zresztą, chyba nie o tym mamy gadać, ty i ja? Zespół to najmniejszy z moich problemów. Jakoś się kręci.
Pani doktor zapisała parę zdań w notatniku.
- Dobrze to słyszeć, Liz. Zgoda. Więc co teraz nazwałabyś swoim największym problemem?
- No, wiesz… Problemy te same co zwykle. - Liz skubnęła paznokciem skórzane oparcie fotela. - Plus John. Myślę, że on trochę świruje.
- Świruje? - Kreidler się zaniepokoiła. Odkąd Liz opowiedziała jej o relacji z Johnem, psychiatrzyca była wobec tego związku delikatnie sceptyczna. Nie mówiła tego wprost, starała się nie oceniać, ale delikatnie dawała do zrozumienia, że to niekoniecznie najlepszy pomysł.
- Mówię ci to w zaufaniu - podkreśliła. Jeszcze chwile sie wahała czy brnąc w temat. - On ma broń. - I uprzedzając jej dalsze pytania, bo przecież w Stanach posiadanie broni to jeszcze nic nadzwyczajnego, dodała - kureeeewsko dużo broni. Poukrywane w dziwacznych miejscach w całym domu. Jakby chciał się ubezpieczyć, żeby w każdym momencie móc sięgnąć po klamkę. To lekko… pojechane.
Mina pani doktor świadczyła, że się z nią zgadza.
- I bardzo niepokojące - dodała. - Oraz pasujące do jego diagnozy. Liz, wiesz, że obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Johnowi też nie zdradziłabym niczego z twoich zwierzeń. Jeśli nadal chodziłby na terapię, a nie zrezygnował po dwóch obowiązkowych wizytach kontrolnych. Spędził pół roku w szpitalu, brał leki, związał się z tobą. Myślałam, że mu się poprawiło…
Pół roku, pomyślała Liz. Niedofinansowany szpital nie był przyjemnym miejscem. Główny efekt terapeutyczny przebywania w nim był taki, że chorzy po wyjściu starali się panować nad sobą, żeby tylko nie trafić tam z powrotem. Nie miała pojęcia, że John był tam aż tak długo. Przy jej trzech tygodniach to wieczność.
- Czy masz jakiekolwiek pojęcie czym on się zajmuje? - zapytała Kreidler.
Liz wbiła wzrok w okno jak gdyby fakt, że zignoruje pytanie doktor Kreidler sprawi, że się ono rozejdzie po kościach. Czując jednak palący wzrok na swojej twarzy wypaliła nerwowo.
- Nie mam, kurwa, pojęcia. Może jest ochroniarzem? To wyjaśnienie raczej nie mprzekonało doktorki, bo uniosła wątpiąco brwi.
Ale Liz zaraz dorzuciła kolejne pytanie:
- I jak to pasuje do jego diagnozy? Co mu właściwie było, ze przymknęliście go aż na pół roku?
Cindy westchnęła.
- Zaraz złamię swoje zasady, ale zrobię to dla twojego dobra. Musisz mi obiecać, że nie zdradzisz się przed nim, że ci powiedziałam. Po tym co powiedziałaś o tej całej broni… rozumiesz. Trochę się boję. O ciebie. I o siebie, jeśli to by wyszło na jaw.
- Ok, ok, obiecuje - zapewniła błyskawicznie Liz. - A teraz powiedz co jest na rzeczy.
- John trafił do szpitala prosto z Alcatraz - zaczęła Kreidler.
Każdy znał tą nazwę. Jeszcze do niedawna najsłynniejsze na świecie więzienie było tylko atrakcją turystyczną. Ale po trzęsieniu ziemi, gdy wiele więzień w całym stanie legło w gruzach a solidne stare mury Alcatraz przerwały niemal bez szwanku, na wyspie w zatoce znów osadzono skazańców. Ponieważ więziennictwo było już od dawna sprywatyzowane, firma zarządzająca więzieniem postanowiła połączyć obie funkcje - i odtąd turyści mogli zwiedzać więzienie z więźniami.
- John w napadzie szału zabił tam współwięźnia - podjęła doktor. - Osadzonego szefa gangu, faceta który rządził zza krat całym miejscem i próbował go przycisnąć. Do Alcatraz z kolei trafił za pobicie. Miał sporo szczęścia, bo ofiara jest tylko w śpiączce, więc nie zostało to zakwalifikowane jako zabójstwo. Wiem o sprawie tyle, że John nie wyraził skruchy i odmówił zeznań. W szpitalu zdiagnozowano u niego silną paranoję i psychozę, ale terapia i leki wyprowadziły go na prostą. Albo dobrze udawał.
Liz przypomniała sobie jedną z nielicznych chwil, kiedy John coś o sobie mówił. Nawet nie minął się do końca z prawdą. Nie powiedział rzecz jasna o bezpośrednich powodach, przez które znalazł się w szpitalu, ani o psychozie, ale raz wspomniał jej zdawkowo o towarzyszącej mu fobii, o wrażeniu, że ktoś go śledzi i obserwuje.
- Kurwa - skwitowała Liz dosadnie. Przekleństwu zawtórowało gwizdnięcie, mogące być zarazem wyrazem zszokowana jak i dyskretnego uznania. - Musiał mieć powody. W Alcatraz pewnie przeżył piekło. Nic dziwnego, że w oddziale zamkniętym wreszcie odetchnął. Bądźmy szczerzy, świrów tam nie brakuje ale zagrożenie stanowią bardziej dla siebie niż dla innych.
Zaśmiała się krótko, urywanie.
- To nawet zabawne. Pewnie byłam najmilszą osobą w jego życiu od dawien dawna. A ja, umówmy się, nie jestem miła. Jestem wrzodem na dupie.
- Bywasz - uśmiechnęła się lekko Kreidler, lecz zaraz spoważniała. - Dla niego jednak jesteś miła, prawda? Od razu zaczęłaś go usprawiedliwiać, zauważyłaś? Musisz zdać sobie sprawę, że nie jesteś w jego temacie obiektywna. To niebezpieczny człowiek, Liz. Może mieć kontakty z gangami. Wiele kobiet wmawia sobie, że ocalą kogoś takiego, nawet przed nim samym, i w efekcie wplątują się w coś z czego później ciężko się wyplątać.
- Z całym, kurwa, uznaniem dla twoich dobry intencji, Cindy, ale nie odetnę się od niego bo miał przejebaną przeszłość. To by było trochę... niesprawiedliwe.
Liz wbiła się głębiej w fotel. Obuta w wyświechtanego glana stopa podrygiwała w rytmie co najmniej żywiołowym. Zgrzytnął nadgryzany paznokieć.
- Pogadam z nim, Ok? Musi wyluzować. Spróbuje wyciągnąć go do ludzi. Może na nasz najbliższy koncert? Pozna moich znajomych, strzeli parę kolejek. Pośmieje się.
Jakiejś jej sie to jednak wydawało abstrakcyjne. John wpisany w kanwę jej rockandrollowego życia.
- Może - pani doktor wzruszyła ramionami. - Na pewno to da ci szansę, żeby dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Tylko z tymi kolejkami ostrożnie. Nie powinien mieszać alkoholu z lekami… o ile jeszcze je bierze. Bo te z recepty ode mnie skończyły mu się raczej dawno temu - westchnęła. - Może spróbuj dyskretnie się jakoś tego dowiedzieć?
- Tak zrobię - zapewniła Liz zgarniając z podłogi plecak. - Widzimy się za tydzień.
- Do zobaczenia, Liz - Kreidler uśmiechnęła się, wstała i podała jej dłoń na pożegnanie. - Uważaj na siebie.

Doktor została w gabinecie a Liz znalazła się na powrót w recepcji.
Z recepcjonistką wykłócał się właśnie jakiś facet, wyglądający na roztrzęsionego.
- … szę pana, przykro mi, nie świadczymy wizyt na kredyt! - tłumaczyła mu kobieta.
- Ale pani nie rozumie, ja naprawdę potrzebuję pomocy! To wróciło!
- Proszę się uspokoić, bo wezwę ochronę!
Liz najpierw zdębiała. Później rzuciła plecak na kontuar i ignorujac rozgorączkowanego mężczyznę zwróciła się do recepcjonistki.
- Eeee, chyba czegoś nie łapię… Nie działacie pro bono, albo, kurwa, sama nie wiem… nie bierzecie przypadków od korpo-glin?
Recepcjonistka spojrzała na nią i drgnęła, jakby Liz przestraszyła ją bardziej od awanturującego się mężczyzny.
- Od policji? - zacięła się na chwilę. - Nie. Od policji trafiają do szpitala.
- A po szpitalu? - wcięła się Liz. - Nie ciągnie się ich terapii nieodpłatnie?
- To... zależy.
- Sprawdź kto płaci moje rachunki - zażądała ewidentnie już wkurwiona.
- Pani wizyty są refundowane - odpowiedziała szybko recepcjonistka.
- Przez kogo? - Liz zerknęła jej przez ramię na holoekran. Był na nim otwarty pasjans. - Chcę zobaczyć stosowny druk. Wyświetl mi go.
Recepcjonistka zaczęła nerwowo stukać w klawisze. Po chwili drukarka wypluła wydruk. Wykaz regularnych wpłat, co tydzień od wyjścia ze szpitala, 50 Eurodolarów za wizytę. I numer konta, z którego wpływały, nic więcej.
Wydruk zniknął w tylnej kieszeni gaci.
Liz poderwała na ramię swój rower i ruszyła do wyjścia. Miała w głowie jeszcze większy mętlik niż przed wizytą.
Żar uderzył w nią taranem gdy tylko opuściła klimatyzowane pomieszczenie. Od razu pożałowała, że nie wypiła kilku szklanek wody dostępnej dla pacjentów. Wcisnęła w uszy bezprewodowe słuchawki. Miała ochotę na jakiś mocny numer żeby wyładować buzującą gdzieś pod skórą złość.

Wiadro miodku wydawało się w sam raz pod parszywy nastrój. Liz uwielbiała surowe garażowe brzmienie Melvins. Kojarzyło jej się z ich pierwszymi muzycznymi eksperymentami w Dead Whore. Dobre czasy. Choć... właściwie czy kiedykolwiek były dobre? Bywały tylko mniej lub bardziej gówniane.

W holofon, zwyczajowo noszony na nadgarstku, wstukała wiadomość do Johna. Jedno ledwie zdanie.
“Wpaść na noc?”
Wskoczyła na rower i zaczęła pedałować do rytmu ciężkich gitar.
Bezwiednie kierowała się w stronę mieszkania Rasco. Znów naszło ją to niepokojące wrażenie, że ktoś się na nią gapi. Czai się w zaroślach albo za winklem.
- Musisz wyluzować, Liz… - burknęła do siebie i wybrała połączenie aby upewnić się, że kumpel nie jest aby w pracy. Rasco odebrał i oznajmił nawet rześkim głosem, że ma popołudniową zmianę.
Świetnie. Jeśli będzie miała szczęście załapie się na kilka zimnych piw. Poza tym w otoczeniu Rasco kręciła się ostatnio ta fixerka. Może ona dowie się co to za numer konta i kto łoży na dobro zdrowia psychicznego Liz Delaney...
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 03-10-2017 o 22:25.
liliel jest offline  
Stary 03-10-2017, 22:30   #6
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 24891 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Bywają czasy kiedy liczby mają znaczenie. Nie w tym jednak przypadku. Billy próbował sięgnąć pamięcią wstecz i przypomnieć sobie jak zaczął się ten wieczór… i co ze sobą zabrał. Trudno było zliczyć ile razy… takie rzeczy zdarzały się w zespołach. O dziwo, najwięcej takich było w jego pierwszym zespole. Wtedy się brało każdą fankę, nieważne jak brzydką. Bo fanek było wtedy więcej niż kasy za “koncerty”.
- Zajmij… go czymś… zagadaj.- zasugerował cicho uaktywniając e-glasses i włączając REAL-map, by zorientować się gdzie w ogóle przebywa teraz w mieście. Ubrania potrzebował, więc i za tym się rozglądał tak jak i za potencjalnymi kryjówkami. Łóżko i szafa … tylko w ostateczności. Tam ów tatuś będzie szukał jako pierwszy.
Z głębi mieszkania rozległy się głośne, energiczne kroki.
- Co robisz!? Uciekaj! - Dziewczyna rzuciła się do drzwi pokoju, przesuwając zasuwkę na sekundę przed tym jak jej ojciec pociągnął za klamkę. Drzwi drgnęły.
- Susie, otwieraj, bo rozwalę te drzwi! – dobiegł za nich gniewny głos.
- Tato, uspokój się, jestem z koleżanką!
Bystra dziewczyna.
- Macie minutę! I lepiej, żeby to była koleżanka!
Zbawienna minuta! To było wystarczająco, żeby zdążył założyć gacie i spodnie. Przy nich nóż w pochwie i portfel.
Geolokacja wskazywała na róg Jones i Washington street, na Nob Hill. Jednym słowem centrum. Duże mieszkalne bloczysko. Rzut oka za okno upewnił Billego, że za nim znajduje się wąski balkon, biegnący chyba przez całą długość mieszkania.
Szybka śmierć bądź… naprawdę parszywa sytuacja.
- Raz się żyje…- skomentował pod nosem Billy ruszając pospiesznie ku balkonowi i mając nadzieję, że stamtąd uda mu się przejść przynajmniej do następnego mieszkania.
Musiał wygramolić się przez okno, bo drzwi balkonowe były widocznie w innym pokoju. Kiedy się gramolił Susie jeszcze dopadła do niego i obdarzyła pożegnalnym pocałunkiem. Chyba spisał się w nocy.
Na zewnątrz Billego uderzył podmuch wiatru i gorąca. Tak jak kojarzył, czwarte piętro. Balkon wychodził na tyły budynku, w dole wyschnięte krzaki. Na upartego mógł próbować schodzić niżej, ale byłoby to ryzykowne. Dużo łatwiej będzie przejść na któryś z sąsiednich balkonów. Tylko co dalej?
- Minuta minęła! - ze środka usłyszał głos ojca dziewczyny.
- Ubieramy się, tatko!
Balkon, to wybrał Billy...w dół zawsze zdąży zejść. Dlatego przeskoczył na sąsiedni balkon uznając że później pomyśli co dalej.
Omal nie spierdolił się dół, bo wciąż trochę kręciło mu się głowie. Kiedy przechodził w pokoju sąsiadującym z pokojem Susie ujrzał barczystą postać wąsatego gliniarza zmierzającego ku drzwiom balkonowym.
- Ładna mi koleżanka! - ryknął policjant wypadając na balkon. - O ty chujku, ja ci jaja urwę!
Wychylił się przez dzielącą balkony ścianę i sięgnął łapą, ale nie dosięgnął. Nie zdecydował się podążyć za uciekinierem. Warknął tylko wściekle: - Poczekaj, zaraz popieszczę cię prądem! - I zniknął. Pewnie pobiegł po taser.
Okna i drzwi balkonowe mieszkania, przy którym Billy się znalazł były zasłonięte roletami i zamknięte. Muzyk znalazł się na grząskim gruncie. W USA wciąż obowiązywała zasada “mój dom, moja twierdza”. Każdy mógł go w tym momencie zastrzelić. Z drugiej strony alternatywą był soczysty wpierdol i może pobyt w areszcie. W ewentualnej sprawie sądowej zeznania gliny zawsze będą mieć pierwszeństwo przed zeznaniami muzyka.
Billy nie zamierzał na to czekać i ocenił sytuację… poradzi sobie z zejściem w dół? Chyba tak… był w niezłej formie. Nie było więc czasu czekać. I zaczął schodzić po balkonie obiecując sobie w duchu, że już nigdy nie pójdzie z żadną panienką na pięterko. Odtąd “parter only”. Do parteru na razie było daleko. Przesadził barierkę, ale to była ta łatwiejsza część. Trzymając się jej górnej krawędzi spróbował się opuścić, ale tylko zamachał w próżni bosą stopą. Do barierki piętro niżej został dobry metr. Musiał puścić się jedną ręką, złapać za gładką, betonową podstawę balkonu i na chwilę utrzymać na niej cały swój ciężar. Właśnie się do tego przymierzał, gdy na balkonie Susan pojawił się znów jej ociec, tym razem trzymając w dłoni taser. Zabawka miała jakieś pięć metrów zasięgu, mniej więcej tyle ile ich od siebie dzieliło.
- Właź z powrotem, albo cię przysmażę! - zawołał gliniarz.
Blefował? Porażenie prądem równało się w tej sytuacji z szybkim lotem w dół. W najlepszym wypadku połamane kończyny. Czy był takim psycholem, by próbować zabić Billego? Czubków i sadystów w policji nie brakowało…
- Tatko, pojebało cię!? - Obok pojawiła się jego przerażona córka. - To mój chłopak, tylko się całowaliśmy!
- Stul pysk, mała lafiryndo! - ojciec nie przestał celować w Billego, ale odwrócił do niej głowę.
Blefował czy nie, Rebel Yell nie zamierzał czekać, by się o tym przekonać. Więc skoczył by wykonać ów plan i desperacko zwiększyć zasięg między nimi. Bujnął się, by wylądować po właściwej stronie barierki, ale i tak boleśnie dupnął tyłkiem o zawieszone na niej doniczki, nogami z kolei lądując na rozłożonej suszarce z praniem. Złożył ją swoim ciężarem, przy okazji rozwalając doniczki i wylądował na siedząco w stercie połamanego plastiku, czyichś ciuchów, ziemi i pelargonii. Przez hałas przedarł się z góry spanikowany pisk dziewczyny:
- Billy! Billy, nic ci nie jest!?
Jej stary wychylił się przez swój balkon i strzelił z tasera. Muzykowi mignęła w słońcu przewodząca prąd linka z ostrą końcówką mającą wczepić się w jego ciało i poczęstować wysokim napięciem. Na szczęście chybiła, ale dziad wciąż miał zasięg.
Drzwi balkonowe mieszkania przy którym wylądował Billy były otwarte na oścież. To znaczyło, że pewnie ktoś był w domu, chociaż w zagraconym salonie Billy nie widział nikogo.
- Żyję ! Cały! - krzyknął Billy i oceniając swe szanse zaryzykował. Sprintem pognał przez salon w stronę przedpokoju i drzwi za nimi. Nie zamierzał się zatrzymywać dopóki ich nie dopadnie i nie otworzy. Nie zamierzał przeszkadzać mieszkańcom mieszkania czymkolwiek się zajmowali w tej chwili.
Wpadł do przedpokoju jak burza i ocalił go tylko wyćwiczony w barowych i podwórkowych bójkach refleks. Kątem oka dostrzegł rudowłosą babę, w szlafroku i lokówkach, zamierzającą się na niego rurą od odkurzacza. Schylił się i dzięki temu dostał tylko w ramię, wpadając na szafę obok drzwi mieszkania.
Baba, wrzeszcząc nieartykułowanie wniebogłosy zamierzała się do kolejnego ciosu. Pomyślał, że ma całkiem niezły sopran.
- Przepraszam ja tu tylko spadłem z nieba. Ładny głos… i biust.- rzekł wcale nie zatrzymując się. I kłamiąc. Nie miał bowiem czasu zerkać na jej piersi. Bowiem na oku miał nagrodę… drzwi do tego mieszkania. Liczył jednak na skonfundowanie kobiety.
Odruch warunkowy zadziałał. Baba cofnęła się, zerkając czy nie widać jej biustu i poprawiając poły szlafroka. To wystarczyło, żeby Billy zdążył przesunąć zasuwkę, otworzyć drzwi i wypaść na korytarz. Długi, ciągnący się przez cały budynek korytarz. Kawałek po lewej dostrzegł schody a obok nich windę. Klatką schodową poniosło się echo męskiego głosu dobiegającego z piętra wyżej:
- Zostań! - a zaraz po nim głośne trzaśnięcie drzwiami.
Schody… Billy ostatnie czego potrzebował to stanie w miejscu i poleganie na maszynerii. Jednakże wpierw nacisnął przycisk windy. Nie było jej na piętrze, ale usłyszał jak rusza, wezwana przez niego. Usłyszał też całkiem wyraźne kroki biegnącego piętro wyżej ojca jednonocnej kochanki.
Więc pognał w kierunku schodów uaktywniając w e-glasses GPS swego zielonego upiora. A nuż był gdzieś w pobliżu. Nope. Musieli wczoraj przyjechać tu taksą lub na autopilocie wozem dziewczyny. Motocykl stał na podwórku za Warsaw Pub&Bar. Gdyby był bliżej Billy mógłby go przyzwać, ale nie licząc autonomicznych taksówek pojazdy bez kierowcy były we Frisco zabronione ze względów antyterrorystycznych. Dojechałby może do centrum i dezaktywowałyby go gliny, bronią elektromagnetyczną uszkadzając w dodatku elektronikę.
Tymczasem głównym zmartwieniem muzyka był wciąż wkurwiony tatuś. Na szczęście nie biegał po schodach równie szybko co on i został trochę w tyle.
Zbiegając na parter Billy minął starszą panią z pieskiem, która omal nie dostała zawału na jego widok. Przez chwilę mignęło mu jego odbicie w lustrze w lobby i zrozumiał dlaczego: bosy, utytłany ziemią i zdyszany punk bez koszulki.
Podobne wrażenie musiał wywrzeć na ulicy, na którą wypadł z budynku. Ulica była boczna i ruch niewielki. Po lewej, poprzeczną Washington street przejeżdżał podzwaniając charakterystyczny, stylizowany na zabytkowy tramwaj.
Billy nie miał jednak zamiaru się zatrzymywać. Zamiast tego szybko zamówił przez holofon taksówkę na swoją pozycję… która ciągle się zmieniała. To nie był duży problem, taksówka powinna powinna aktualizować pozycję, ale gdzieś będzie musiała się zatrzymać. Skręcając za róg budynku Billy obejrzał się za siebie, by dostrzec wypadającego ze środka gliniarza. Ten dostrzegł go również i twardo podjął pościg. Poruszał ustami, ale tym razem nie groził Billemu kastracją, chyba że pod nosem. Albo wzywał przez holo posiłki.
Billy zaś nie miał za bardzo wyboru… pędził tak szybko jak był w stanie, szukając miejsca w którym to mógł zgubić pościg… i wypatrując taksówki która mogłaby go stąd zabrać.
Zwarta, wielkomiejska zabudowa nie dawała wielu możliwości. Brama lub podwórko mogły się okazać ślepym zaułkiem. Biegł więc po prostu przed siebie. Okazało się jednak, że gliniarz nie zamierza ścigać go przez całe miasto. Gdy dzieliła ich już niemal cała przecznica odpuścił, grożąc tylko muzykowi pięścią. Billy mógł zwolnić i mała, autonomiczna taksówka wreszcie odnalazła go, zatrzymując się na poboczu.


Żywy taksiarz w życiu by go w tym stanie nie wpuścił, na szczęście AI nie były wybredne. Po chwili muzyk zasiadł w jednym z trzech zwróconych do siebie przodem foteli. Czwarte miejsce było zamkniętym kratą siedzeniem nieobecnego kierowcy.
- Witam - odezwał się głośnik. - Dokąd podrzucić?
Billy podał adres pubu w którym mieszkał i dodał.- Śpieszy mi się. Dopłacę jeśli dotrę tam w ciągu godziny.
Przede wszystkim liczył, że odjedzie zanim glina zobaczy numery taksówki.
- Przewidywany czas dojazdu to trzydzieści osiem minut - powiedziała taksówka. - Opłata za kurs wyniesie czternaście Eurodolarów. Czy akceptuje pan carsharing? Władze municypalne San Francisco oraz korporacja AiCab zachęcają do carsharingu, jako sposobu na obniżenie kosztów podróży i zmniejszenie korków.
Billy właśnie położył się w fotelu, bowiem ulicą przejechał radiowóz z logo Dobrych Glin i wypisanym na boku neonowym hasłem reklamowym korporacji: “Dobre Gliny - dobrzy w tym co robimy, źli dla przestępców.” Gliniarze jechali wolno, wystawiając przez otwarte okna zimne łokcie i wyraźnie się za kimś rozglądając.
Billemu zaś zamigał holofon. Dzwoniła Janis.
- Może następnym razem. - odparł wymijająco Rebel Yell i przelał zapłatę. Po czym uruchomił holofon.
- Whazzzup? - zapytał wesoło, podczas gdy taksówka wreszcie ruszyła.
- A ty co taki ucieszony z rana? - zdziwiła się fixerka. - Myślałam, że cię obudzę, ale i tak postanowiłam zadzwonić, bo mam grubego niusa. Załatwiłam wam wstępnie koncert w Niewidzialnym Klubie! Jutro. Hajsy i fejm! Mam nadzieję, że nie macie innych planów a jeśli macie to, cholera no, zmieńcie.
Nius faktycznie był gruby. Niewidzialny Klub był najbardziej kultowym miejscem we Frisco. Chadzała tam zarówno uliczna drobnica jak i grube ryby czy rekiny showbiznesu. Mass Æffect jeszcze tam nie grali, również dlatego, że klub nie był typowo koncertowym miejscem. Tym bardziej propozycja była wyróżnieniem.
- Ktoś cię uprzedził z pobudką. - stwierdził ironicznie Billy. - Gdybyś się tak o pół godziny pospieszyła byłoby jeszcze lepiej.
Uruchomił na holofonie plany jego zespołu. Zadziwiająco wiele pustych miejsc.- Nie mamy żadnych. Jakie masz namiary na ten Niewidzialny Klub?
- Namiary - zaśmiała się. - Prześlę ci zaraz numer do przedstawiciela tego interesu, to obgadacie warunki. A gdzie będzie impreza to nawet ja jeszcze nawet nie wiem. Na pewno dadzą wam znać na tyle wcześnie, żebyście mieli czas na rozstawienie sprzętu.
- Facet chce być anonimowy, czy ma jakieś imię? - zapytał Billy.
- Będzie w wizytówce.
Billy dostał wizytówkę po chwili. Było na niej imię “Dale” i numer.
- Ok… a poza tym, co tam u ciebie? Wszystko w porządku?- zapytał Billy zapisując w holofonie wizytówkę.
- Nawet bardzo - odparła zadowolonym tonem. - Poznałam kogoś. I może wpadnę z nim na wasz koncert jutro?
- Nie ma sprawy… prześlę ci wejściówki, jak jakieś dostaniemy. - odparł Billy uśmiechając się. - Coś o nim powinienem wiedzieć?
- Bo ja wiem - zachichotała - Pewnie go znasz. To przyjaciel waszej wokalistki, Rasco.
Tak, Billy go znał. Rasco bywał na koncertach i imprezach po nich. Co ciekawe, wydawał się być dla Liz kimś w rodzaju kimś w rodzaju przyszywanego brata, podobnie jak Janis dla niego.
- Acha… no tak… a skąd go znasz? - zapytał Billy, który wszak Janis nikomu z zespołu nie przedstawiał. Dla nich dotąd była głosem bez twarzy w jego holofonie.
- Pfff, a odkąd ty musisz wszystko wiedzieć? - był pewien, że gdyby to była wideorozmowa to pokazałaby mu język. - Od wiedzenia to ja jestem, co nie? Pogadamy jutro, teraz lepiej pomyśl nad koncertem.
- Ok… to na razie.- odparł Rebel Yell kończąc rozmowę.
Muzyk ułożył się wygodnie w taksówce i zamyślił. Sytuacja była ciekawa… udział w takiej imprezie miał swoją wagę. Gorzej że nie mieli żadnego nowego kawałka, ale na tym się pomyśli jak już będzie wiadomo gdzie grają i kiedy. I ile czasu zostało.
Na razie Billy zamierzał wrócić do domu, umyć się i przebrać. Po czym zebrać całą ekipę i obwieścić im dobrą nowinę.
A potem alleluja i do przodu. Przyda się zrobić małą próbę przed koncertem, ale to detal.
Mieli występ, a to było najważniejsze.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline  
Stary 05-10-2017, 10:48   #7
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 19291 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Dron przeleciał nad nią raz jeszcze kiedy szła do zejścia z dachu. Klatka schodowa była tradycyjnie zawalona butelkami i petami a na półpiętrze spał jakiś zaćpany koleś.

O tej porze w Alamo panowała cisza a szerokie chodniki galerii - zarówno ten, którym szła, jak i te na innych poziomach, widziane przez barierki - były idealnie puste. Oświetlenia jeszcze nie włączono i trochę światła dostawało się do środka jedynie przez przeszklony fragment dachu. Witryny przerobionych na mieszkania sklepów były szczelnie zasłonięte kocami i zasłonami.

Anastazja skróciła sobie drogę mostkiem nad patio galerii i skierowała ku ruchomym schodom, gdy usłyszała jak te uruchamiają się. Po chwili pojawił się na nich wjeżdżający z drugiego poziomu mężczyzna i ruszył jej naprzeciw. Był starszy od niej, może czterdziestoletni. Szczupły, gładko ogolony i krótko obcięty. Ubrany w rozpiętą dżinsową kurtkę. Pod nią miał koszulkę z podobizną Johna Lennona i napisem “Imagine”. Zbliżając się, całkiem zwyczajnie, tak jak zbliżają się do siebie przechodnie, aby się minąć, patrzył Anastazji w oczy. Ale nie uśmiechał się przy tym, jak czyniła to większość mężczyzn.

Nie zwolniła, nawet nie zgubiła rytmu kroków. Wsadziła dłonie w kieszenie kurtki, którą miała zarzuconą na sceniczny top i szła przed siebie, przyglądając się facetowi. Odruchowo jednak namacała paralizator dłonią, by w każdej chwili być gotową go użyć.

Minął ją zwyczajnie, ale coś w jego spojrzeniu zmroziło Anastazji krew w żyłach i sprawiło, że dreszcz przeszedł jej po plecach… zwłaszcza gdy znalazł się za nimi. Miała wrażenie, że trochę zwolnił kroku. Obejrzeć się? Tak zrobiła. Miała w nosie, co koleś o niej pomyśli.

[MEDIA]https://faustuscrow.files.wordpress.com/2014/08/goetia_girls_emilie_autumn_succubus.gif[/MEDIA]

Mężczyzna jednak nie odwrócił się, i wrócił do normalnego tempa. Niebawem też skręcił w boczną alejkę a ona dotarła do schodów, by zjechać na swój poziom.
Tutaj nikt już jej nie przeszkadzał. Większość współlokatorów spała, kilka osób jednak już się krzątało. Między innymi Kama - miejscowa fryzjerka. W przeciwieństwie do Anastazji i Olivera, ta kobieta miała stracić wszystko wraz z wywaleniem ich na bruk - i dach na głową, i sposób zarobku. Mimo to jednak nie lamentowała, jak sama mówiła, cieszyła się, że syn był już na tyle odchowany by rok temu ruszyć w świat, czyli do centralnej części miasta.

Starszawa fryzjerka musiała więc troszczyć się tylko o siebie. A kiedy ktoś jej proponował, by udała się do syna, ta tylko machała olewczo dłonią. “A co ja mu wstyd będę robić, ani tam pasować nie będę do tych wielkich gmachów, ani czuć się w nich dobrze”.
Toteż trwała samotna i skazana na biedę, a jednak przywitała skrzypaczkę promiennym uśmiechem, w którym brakowało tylko kilku zębów - na których miejscu wyświetlane były kolorowe hologramym, co dodawało uśmiechowi może nie urody, ale na pewno wesołości.
- Powrót z imprezy?
Anastazja lubiła ją, więc zatrzymała się na chwilę, ignorując marudząca Mayę, która dopominała się ładowania baterii.
- Można tak powiedzieć. - korytarzem wciąż niosły się komunikaty, nadawane przez drony - Chujowa sprawa...
- Ano chujowa.
- przyznała Kama, lecz nie przestawała się uśmiechać, pochylona nad prowizoryczną kuchenką - Zjesz tosty? Co prawda ser to nie jest, ale chociaż się ciągnie... - wskazała przygotowane nadzienie, którego istoty lepiej było nie zgłębiać.
- Nie, dzięki, muszę się kimnąć. Wieczorem idę na próbę. - powiedziała Vandelopa.
- Ach, no tak, w takim razie słodkich snów.

Dziewczyna pomachała jej przyjaźnie, po czym udała się do dzielonego z Oliverem mieszkania, które z pozostałą częścią korytarza dzieliła tak naprawdę jedna, gruba zasłona z wyrysowaną na niej czaszką.

Anastazja weszła do środka i od progu zaczęła się rozbierać. Wiedziała, że mimo marudzenia współlokator zatroszczy się o jej rzeczy, toteż rozrzucając je po drodze, przeszła do swego łóżka, by tam nago wtulić się w wielką poduchę z wizerunkiem jakiegoś zapomnianego aktora z przełomu XX i XXI wieku.


Zasnęła w ciągu kilku chwil.
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.
Mira jest offline  
Stary 06-10-2017, 12:41   #8
 
Ganlauken's Avatar
 
Reputacja: 0 Ganlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwuGanlauken jest godny podziwu
Przez dłuższy czas wpatrywał się w wizytówkę, przekazaną mu przez Howl. Jego holozegarek pokazywał zdjęcie i numer telefonu niejakiego Feedmana. Siedział spokojnie na krześle w samych bokserkach, kawa powoli stygła, a on nie mógł zebrać w sobie myśli. Co ten człowiek może mieć na myśli mówiąc o Joshu. Skąd mógł go znać? I jakim cudem odnalazł mnie?
Spojrzał na Howl krzątającą się po kuchni.
- Myślisz, że powinienem się do niego odezwać? Milton był moim dobrym przyjacielem.
Głos mu się załamał. To był pierwszy raz, kiedy Howl mogła zobaczyć w jego oczach smutek.
- Josh... on nie żyje od kilku lat. Nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi.
Howl zatrzymała się na chwilę w takim bezruchu, jaki zdarzał jej się rzadko.
- Czekaj. - Przystawiła sobie krzesło i ustawiła je tyłem naprzód. Usiadła okrakiem, zaplotła ręce na oparciu.
- Po pierwsze. JJ, oszczędzaj wodę. To mówię póki nie zapomnę. Po drugie. Spokojnie. Po kolei. O co może chodzić? Ten Milton, jak zginął i co wspólnego z nim może mieć jakaś intratna oferta? Na razie nic nie myślę, ale może warto tego Feedmana jakoś sprawdzić, podpytać. Jak się uda dziś próbę zorganizować, to może ktoś od nas będzie w stanie cokolwiek ustalić. Nie warto ryzykować, nie? To niebezpieczny świat, wiesz jak jest. Wszyscy ci pomogą jakby coś się działo. - Zazwyczaj Howl była właśnie taka bezpośrednia, mówiła gdy tylko coś pomyślała, ale teraz wyglądała jakby gdzieś zniknął jej luz i beztroska.
Spojrzał jej prosto w oczy i powiedział.
- Josh... on umarł, bo miał słabe serce. - Krótka pauza. - Tym bardziej dziwi mnie jakaś oferta. Masz absolutną rację, lepiej najpierw sprawdzić tego szemranego typa.
Smutek ustąpił miejsca złości. Jego ręce zaczęły powoli drgać.
- Śmierdzi mi to na milę, tak spróbujmy się czegoś więcej dowiedzieć. Zacznijmy od przejrzenia sieci - mówił to już jakby bardziej do siebie aniżeli do Howl.
Odpalił swój holozegarek, w wyszukiwarce wpisał dane Freedmana, a na jego twarzy pojawił się dziwny złowrogi uśmiech.
- Upewnię się - znasz takie powiedzenie, że ciekawość zabiła kota? Zresztą chyba był taki kawałek… - Howl przechyliła głowę i zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. Zanuciła kilka taktów, niepewnie.
- Tak jakoś? Nie, chyba nie. No, nieważne. A czym twój kumpel Milton się zajmował? Ma jakąś rodzinę? Wiesz, to by jeszcze nie było takie dziwne, gdyby nie to że auto tego kolesia stało niedaleko już kiedy wychodziłam z tego kurwidołka. Chyba nie poszedł się odlać, co?

Marty Feedman nie był trudny do odnalezienia w sieci. Wręcz przeciwnie, włożył trochę wysiłku, by odróżnić się od ewentualnych innych Martych Feedmanów. Na jego krzykliwej stronie internetowej bił w oczy krzykliwy baner:
“Marty Feedman. Adwokat - prywatny detektyw.”
Ta druga specjalizacja wyjaśniała poniekąd jak znalazł JJ-a.

Przeglądał stronę Freedmana z zaciekawieniem.
- Hmm nie dość że to papuga, to i prywatny detektyw. Ciekawie się zapowiada. Szczerze powiedziawszy to myślę że już najwyższy czas, by dowiedzieć się, czego ta łachudra chce.
Spojrzał w stronę Howl i przycisnął na holozegarku małą zieloną słuchaweczkę.
- Marty Feedman, słucham? - facet odebrał niemal natychmiast a gdy JJ się przedstawił, przeszedł do rzeczy energicznym tonem: - Pan Gonzales, cieszę się, że pan zadzwonił. Jak wspomniałem pana koleżance, mam dla pana nietypową, ale zyskowną propozycję. Jednak wolałbym ją przedstawić osobiście. Proszę tylko podać czas i miejsce.
- Zyskowną ? Proszę mi tu nie owijać w bawełnę, ma pan dla mnie propozycję to niechże ją pan pokrótce przedstawi, ja natomiast rozważę czy ją przyjąć. Nie mam czasu na gierki, bo jeśli zawraca mi pan saksofon tylko dlatego, że lubi się pan spotykać z młodymi facetami to żeś kurewsko źle pan trafił.
Cała sentencja została wypowiedziana za jednym zamachem, także czekając na odpowiedź papugi, JJ łapał głęboki oddech.

Howl, gdy tylko zorientowała się że JJ dzwoni, strzeliła facepalma.
Potem podniosła się i odeszła kawałek dalej, tak żeby móc przysłuchiwać się rozmowie. Napisała też szybko wiadomość do matki z pytaniem czy kojarzy takiego gościa jak Marty Feedman, podobno prawnik. W końcu to było małe środowisko w którym zawsze należało znać konkurencję. Matka odpisała po chwili:
“Ten nieudacznik? Był tak złym adwokatem, że musiał zacząć dorabiać śledząc ludzi przy sprawach rozwodowych i tym podobne. Krążą plotki, że zdarza mu się fabrykować dowody czy podstawiać do spraw przekupionych świadków. Ale ma swoją klientelę, głównie podobnych cwaniaczków. Czemu o niego pytasz? Lucy, czy ty masz jakieś kłopoty z prawem?”
“Nie nie, to dla kolegi. Się mu narzucił albo próbuje. Dzięki Alicio.” Zwracanie się do matki imieniem było i może życzeniem śmierci, ale Howl nie mogła sobie darować takiej drobnej docinki. Zresztą zaraz udała się do JJa żeby pokazać mu wiadomość, nie musiał wiedzieć z kim pisała.

Feedman roześmiał się na sugestię JJ-a.
- Bez obaw, ja nie z tych. Ale ok, twój czas jest pewnie cenny. Dalej masz saksofon, który wcześniej należał do pana Miltona, prawda? Wielki artysta, choć niedoceniony. Otóż reprezentuję jego córkę, panią Abigail Richards. Pani Richards zbiera pamiątki po ojcu i chciałaby go od ciebie odkupić. Ile kosztuje nowy saksofon, tysiaka? Zapłaci ci dwa. Kupisz sobie instrument z najwyższej półki i jeszcze ci zostanie. To jak?

JJ rzucił okiem na to, co podsunęła mu Howl, poczekał aż Freedman skończy swój monolog i odpowiedział.
- Widzi pan, ten saksofon nie jest na sprzedaż, nawet jakbym miał przymierać głodem, i żreć trawę z kamieniami i popijać słoną wodą z morza to nadal byłby nie na sprzedaż. Także proszę przekazać szanownej pani, ażeby wsadziła sobie te piniędze w dupę, tudzież gdzieś indziej, byle by jej to sprawiło przyjemność. Musi pan wiedzieć, że ten saksofon to był prezent od Josha na moje 18 -letnie urodziny i jest dla mnie cenniejszy niż całe złoto Frisco. Aha jakbyście wpadli na jakiś debilny pomysł zgłoszenia kradzieży, to musicie wiedzieć, że ciągle posiadam kartkę urodzinową z życzeniami, którą dostałem od Josha i w której życzy mi, aby ten saks doprowadził mnie muzycznie tam, gdzie nawet i on nie dotarł. A jakbyście wpadli na jeszcze głupszy pomysł kradzieży owej pocztówki w celu zatarcia śladów, to proszę mi wierzyć, jest ukryta w bezpiecznym miejscu, razem z innymi pamiątkami, które mi po nim zostały.
W tym momencie Marty Feedman próbował coś wtrącić, ale JJ nie dał mu nawet na to szansy.
- Proszę mi nie przerywać, to jeszcze nie koniec. Chciałbym, aby pan wiedział, że córunia Abigail jest ostatnią osobą na świecie, która ma jakiekolwiek prawa do posiadania czegokolwiek, co pozostawił po sobie Josh. Ta suka wyparła się go, gdy ten nie miał już pieniędzy, by finansować jej zachcianki, zostawiła go samotnego na dnie. Nawet, wtedy gdy sama wyszła za mąż za jakiegoś bogatego frajera, miała wywalone na to, co się działo z jej ojcem. Na tyle że nie pojawiła się nawet na jego pogrzebie.
Ton głosu JJ'a stawał się z sekundy na sekundę coraz bardziej agresywny.
- Także, niech mi pan nie składa więcej żadnych propozycji ani teraz, ani w przyszłości. Na ten moment nasza rozmowa dobiegła końca, żegnam, nie pozdrawiam.
JJ, rozłączył się dosłownie chwilę później, spojrzał na Howl i rzekł.
- Pieprzony pendejo, myślę, że to dopiero początek całej tej hecy, ciekawe co te szumowiny wymyślą, by odzyskać ten saksofon.

Howl w trakcie tyrady JJa wykonała kilka gestów i zrobiła kilka min które stanowiły szybki komentarz do tego co słyszała. Deklaracja niesprzedania saksa spotkała się z dwoma kciukami wyciągniętymi w górę, był też gest symbolicznego podrzynania gardła i spiralny ruch dłonią sugerujący że ktoś tu chyba zwariował.
- Myślisz? Że dopiero początek? - Przygryzła palce. - Nie, stary, to jest po prostu złe. Tak się nie robi. Pewnie i tak nie zrozumieją, to nie tacy ludzie… jak my, chociaż to może nie zabrzmiało dobrze. Ale co, myślisz, jest w tym coś więcej? Nostalgia i pamiątka? Czy też co, jakaś mapa prowadząca do góry złota albo dragów? - Howl zamrugała, jakby naprawdę taki scenariusz był dla niej realny.

To było dobre pytanie. JJ nigdy specjalnie nie zastanawiał się nad inną niż sentymentalna wartością swojego saksofonu. Jedynym co wyróżniało instrument było kilka wygrawerowanych na nim obok siebie liter: „JC”, „WS” oraz „JM”. Zapytany kiedyś o grawerunki Joshua jedynie uśmiechnął się i odpowiedział zdawkowo: „To dedykacje od przyjaciół”. Właściwie, jak JJ sobie przypomniał, to „JM” pojawiło się tam później, w okolicy jego osiemnastych urodzin.
 
Ganlauken jest offline  
Stary 06-10-2017, 17:18   #9
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9712 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
Hot town summer in the city
Back of my neck getting dirt and gritty
Been down, isn't it a pity
Doesn't seem to be a shadow in the city



Potwierdzono tożsamość kolejnej ofiary Melomana, znalezionej dziś rano na tyłach strzelnicy na Sunset Boulevard. Z największym smutkiem muszę oznajmić, że jest nią, zapewne znana niektórym z was, Didi z duetu Simon & Didi. Morderca wyciął na jej ciele tekst „Imagine” Johna Lennona oraz czas trwania utworu. U poprzedniej ofiary był to „Ring of Fire” Johnego Casha, zaś u pierwszej, a w każdym razie pierwszej znalezionej, „Nightingale” Angelo Badalamentiego i Julee Cruise.
Simon i Didi grali klimatycznego bluesa w klubach i na ulicach San Francisco a kilka razy gościli u nas na antenie. Trzeba dodać, że oprócz duetu scenicznego Simon i Didi byli również małżeństwem. Trzymaj się Simon, w tej chwili wszyscy jesteśmy z tobą. A wy wszyscy, śpiewający, grający, cholera jasna, uważajcie na siebie!


_________

Filmik na Youtube pojawił się o dziesiątej rano i już w południe miał dziesięć tysięcy wyświetleń. Wrzucony przez użytkownika Fatboy69, był zatytułowany „Billy Rebel Yell z Mass Æffect spiepsza przed policjom XD” i przedstawiał dokładnie to co obiecywał. Na nagraniu holofonem z okna na pierwszym piętrze dość znany w San Francisco rockowy muzyk, boso i bez koszulki pędził godnym podziwu sprintem chodnikiem w centrum miasta. Kamera odprowadziła Billego, który zniknął za rogiem, po czym uchwyciła goniącego go wąsatego gliniarza, w momencie gdy zatrzymał się, poniechawszy pościgu. Czerwony na gębie policjant pogroził muzykowi pięścią, po czym zorientował się, że jest filmowany i kamerzysta schował się pospiesznie w głębi mieszkania.

Poza dostarczaniem wszystkim rozrywki Billy był tego dnia również zwiastunem dobrych wieści. Howl i JJ-owi przekazał je osobiście a reszcie kapeli na grupowym czacie.

Mass Æffect dostali propozycję koncertu i to nie byle gdzie, bo w samym Niewidzialnym Klubie! W najbardziej kultowym miejscu w San Francisco! Właściwie nie do końca miejscu, bo jego legendarne imprezy odbywały się co tydzień w innej – i zawsze nietypowej - lokacji. Ostatnia odbyła się w wyschniętym zbiorniku retencyjnym w Sunset District i przyciągnęła kilka tysięcy ludzi. Do legendy przeszła też wiosenna impreza pod szczytem Twin Peaks, zakończona paleniem ognisk i pożarem traw, który rozprzestrzenił się na sąsiednią plantację marihuany. Jeszcze nigdy w historii tak wiele osób nie zjarało się tak bardzo. Zazwyczaj jednak miejscówki bywały bardziej kameralne. Lokalizacja nigdy nie była podawana do publicznej wiadomości i żeby ją poznać trzeba było znać właściwych ludzi. Niewidzialny Klub był miejscem, w którym po prostu należało bywać. Można było tam dostać każdy narkotyk a po północy kwitła wolna miłość. Był również miejscem spotkań: punków i hipsterów oraz gangów i biznesu. Mimo to było bezpiecznie, nad wszystkim zawsze czuwała silna ochrona, której lepiej było nie podpadać.
W programie imprez rzadko gościły koncerty, większość nocy królowali DJ-e. Tym bardziej zaproszenie było pewnym wyróżnieniem.

I przyszło w samą porę, bo propozycji Mass Æffect mieli ostatnio coraz mniej. Może dlatego, że w ciągu ostatnich miesięcy grali już niemal w każdym klubie San Francisco i w większości miast Północnej Kalifornii (co nie było byle czym, bo NoCal liczyła w końcu 25 milionów mieszkańców) oraz sporo koncertów w VR. Jednak zorganizować dużej trasy po całych Stanach lub choćby Zachodnim Wybrzeżu póki co się nie udało. Płyty na fizycznych nośnikach wydawano w niewielkim nakładzie tylko dla kolekcjonerów a legalne kopie elektroniczne miały wymuszone przez dużą konkurencję śmiesznie niskie ceny. Pół EDolca za utwór, trzy za całą płytę. Tylko dzięki koncertom udawało im się jakoś utrzymywać z muzyki.

Billy dostał od znajomej numer do przedstawiciela Niewidzialnego Klubu, niejakiego Dale’a. Dale chciał wieczorem spotkać się z kimś z zespołu, żeby omówić warunki i szczegóły koncertu. Zaproponował godzinę dwudziestą i znany klub Insomnia w Design Dictrict.

Na grupowym czacie pojawiła się niebawem też inna wiadomość. Howl napisała, że że gdyby ktoś ich pytał o saksofon JJa albo miał jakieś super propozycje to no commento. Pozostali mogli się tylko głowić o co tutaj biega.



Billy, JJ i Howl


Gdy Billy dotarł na melinę zastał JJ-a i Howl zamyślonych nad czymś i w nastroju nieco melancholijnym. O ile w przypadku saksofonisty był to naturalny stan rzeczy to u gitarzystki już nie koniecznie. Przyczyny były dwie: poranne odwiedziny podejrzanego typa, który chciał odkupić saksofon Gonzalesa w imieniu wyrodnej rodziny jego mentora oraz wiadomości o kolejnej ofierze Melomana, którą Howl dość dobrze znała.
Nastrój poprawiła im trochę wieść o jutrzejszym koncercie. Musieli jeszcze ustalić kto wybierze się na wieczorne spotkanie z przedstawicielem Niewidzialnego Klubu, lecz poza tym nie mieli zbyt wiele do roboty. Upał zniechęcał do wychodzenia na zewnątrz, siedzieli więc pod jedynym działającym klimatyzatorem, zawieszonym nad kanapą w salonie. Zastanawiali się właśnie czy zamawiać chińszczyznę czy pizzę czy może ambitnie próbować coś ugotować, kiedy rozległo się pukanie.
JJ zesztywniał, lecz po chwili zza drzwi dobiegł znajomy głos:
- To ja, Bob!
Howl otworzyła i w drzwiach ukazał się właściciel Warsaw Pub&Bar, „Klawy” Bob Klavinsky, ze swoją długą kitą, przyprószoną siwizną brodą i solidnym mięśniem piwnym.
- Siema – przywitał się i zwrócił do Rebel Yella: - Hej Billy, przyprowadziłem ci gościa. Przypałętało się to to do baru i pytało o ciebie…
- Billy! - Zza jego pleców wybiegła blond małolata i z rozpędu wpadła Billy’emu w ramiona, zadzierając zalotnie nóżkę w dziurawych rajstopach. – Nic ci nie jest? Uciekłam z domu! – oznajmiła radośnie. Na plecach miała wypchany plecak. – Stary zabrał mi holo i dał szlaban, wyobrażasz sobie?! Więc jak tylko wyszedł to nawiałam. Teraz już nie przeszkodzi nam być razem!



Anastazja i Rosalie


Anastazja obudziła się po trzynastej, żeby ujrzeć wiadomość od Billy’ego o jutrzejszym koncercie oraz usypaną z płatków róż ścieżkę do wspólnej kuchni. Tam wprawdzie płatki zostały trochę podeptane przez współmieszkańców sklepu, ale dało się odgadnąć, że różany szlak prowadził do lodówki. Na półce jej i Oliviera leżał nakryty folią talerz z karteczką w kształcie serduszka i napisem:
„Dla mojej Bogini. PS. mam na oku mieszkanie w Castro, może wybierzemy się wieczorem obejrzeć?”
Pod folią były zaś niezwykle starannie przygotowane rolsy z organicznych składników. Ser pleśniowy, sałata, papryka, pesto. Chyba nawet prawdziwa szynka, nie wychodowana w laboratorium z komórek macierzystych. Olivier musiał rano wybrać się na bazar na parkingu Alamo i spędzić sporo czasu w kuchni, nim ruszył do swojego korpo. Pracował jako wieczny stażysta w Amuse Entertainment, megakorporacji z branży medialno-rozrywkowej.
Rolsów było stanowczo za dużo, żeby Anastazja podołała sama im wszystkim, mogła więc podzielić się z Rosalie.

Tatuażystka siedziała przy stole i pożyczonymi od sąsiadów narzędziami próbowała rozkręcić uszkodzonego policyjnego drona. Tego samego, który o świcie latał im nad głowami, kiedy siedziały na dachu Alamo.

Usłyszawszy głosy z kuchni, ze swojego pokoju wyszła ich sąsiadka Lily, zażywna osiemdziesięcioletnia hipsterka.
- O, jest i nasza gwiazda! – zagadała wesoło do Anastazji. – Od rana chodzą tu pielgrzymki z samorządu. Olivier zabronił im cię budzić, więc zaglądali od czasu do czasu aż zaczęli mnie wkurzać i powiedziałam, że ich powiadomię jak wstaniesz. To jak, mogę dzwonić? – zapytała, podczas gdy w radiu skończył się kawałek The Nomads i zaczęły wiadomości.

…wyciął na jej ciele tekst „Imagine” Johna Lennona oraz czas trwania utworu. U poprzedniej ofiary był to „Ring of Fire” Johnego Casha, zaś u pierwszej, a w każdym razie pierwszej znalezionej, „Nightingale” Angelo Badalamentiego i Julee Cruise…



Liz


Stare bloczysko na Potrero Hill wciąż stało, wbrew przeciwnościom losu. Liz doskonale pamiętała moment gdy ziemia zadrżała a budynek zaczął się kołysać, jakby był z gumy. Leżały z matką pod stołem, podczas gdy obok przewracały się meble a przedmioty leciały na podłogę. Trwało to kilka minut, jednak zdawało się wiecznością.
Sąsiedni blok nie wytrzymał ośmiu stopni w skali Richtera i runął, grzebiąc pod sobą kilkanaście domów jednorodzinnych. Wciąż straszyło tam wielkie rumowisko. Kawałek dalej na ruinach wznoszono nowoczesne apartamentowce.

Liz wjechała na swoje ósme piętro. Już nie swoje, poprawiła się w myślach. Mieszkanie było wynajmowane i po śmierci matki zrezygnowała z niego. Za to Rasco mieszkał tu nadal, drzwi w drzwi. Jego starzy byli w pracy a on sam miał dziś wieczorną zmianę. Przywitał ją w szortach i t-shircie Sepultury.
- Żółwik, Lizka! – wyszczerzył się. - Wbijaj.
Wkroczyła za nim do ciasnego, zabałaganionego mieszkanka. Kumpel poczęstował ją na wejściu zimnym browarem i wskazał kanapę w salonie, z której odsunął gogle do VR. Opuszczone rolety zasłaniały okna. Kiedyś był stąd widok na zatokę, teraz zasłonięty przez nowe apartamentowce dla ludzi, których było stać na płacenie trzech tysięcy Edolców miesięcznie lub wzięcie pół bańki kredytu.
Na stole leżała bibułka i mała kupka zielska. Marihuana od dawna była w NoCal legalna i starzy Rasco też kończyli każdy dzień jointem.
- Wygląda na to, że jutro będę nagłaśniać wasz koncert – powiedział Rasco.
- Koncert? – Liz nie zajarzyła.
- Ode mnie się dowiadujesz, że grasz koncert? – zaśmiał się. – No nieźle. Niewidzialny Klub, halo?
Sprawdziła holofon i faktycznie, była tam wiadomość od Billy’ego. Oraz od Johna:
„Przyjedź. Koniecznie. Ale po 22, wcześniej będę zajęty.”






Sully

Gorąco, goręcej, skwar nie do wytrzymania. Pot zalewa oczy, ubranie klei się do ciała. Zgrzewka wody mineralnej, po trzy jebane dolce za butelkę, tyle co elektroniczna kopia płyty Mass Æffect, schodzi w ekspresowym tempie. Humor Chrisowi poprawiła trochę tylko wieść o jutrzejszym koncercie.
Na szczęście roboty było mniej niż myśleli, bo Azjaci w miarę uprzątnęli zajmowaną przez siebie część domu. Zostały tylko ślady demolki urządzonej wczoraj przez Eksmitorów. Chris zastanawiał się czy dobrze się stało, że odwalili robotę po łebkach i nie skatowali nikogo do nieprzytomności. Za cynk o nalocie miałby u Lou poważny dług wdzięczności, który właśnie wymienił na mieszkanie dla obcej rodziny imigrantów.
Do ich pomieszczeń i tak nie dało się obecnie wejść, bo miedzianoskóra rodzina jeszcze pakowała klamoty do samochodu tak zardzewiałego od słonego oceanicznego powietrza, że zdawało się cudem, że jeszcze jeździł. Dlatego Chris i Han ogarnęli tylko niezamieszkałą i częściowo zburzoną część domu, rozbierając co się dało rozebrać i ładując do ciężkich worów.
Około południa Lou podał adres, na drugim końcu miasta, gdzieś w dokach Dogpatch. Przyjechały zapoznane wcześniej Dzieci Kwiaty i wraz z awangardą Banglijczyków ruszyli obczaić miejsce.

Chris i Han właśnie urządzili sobie sjestę na wyschniętej trawie, kiedy pod dom zajechała lżejsza o pół tony półciężarówka. Ojciec i Sean, obaj z marsowymi minami, dołączyli do nich w cieniu domu. Dotarli akurat na miskę curry, przyrządzoną w ramach podziękowania przez banglijskie kobiety. Widocznie lokal załatwiony przez Lou nadawał się do zamieszkania.
- Dzięki, żeś to ogarnął, Chris – rzekł ojciec. – Ten skurwiel Chang to nasz główny zleceniodawca.
Sean zeżarł Curry i odpalił szluga.
- Muszę lecieć, dokończycie beze mnie, co? – zapytał, zerkając tęsknie na swój skuterek, obok którego właśnie zaparkował znowu przerdzewiały na wylot samochód Azjatów. Banglijczycy zaczęli ładować do niego kolejną porcję gratów.
Podstarzałe Dzieci Kwiaty zsiadły z motocykli.
- Ktoś tu ma znajomków wśród Bezbolesnych – pokiwał głową gruby, patrząc na Chrisa. – Zakwaterowali ciapatych przy swojej melinie. I chyba od razu dostali robotę na produkcji. Poratujcie wodą.
Hagen rzucił mu butelkę.
- Nie lubimy tych zadrutowanych świrów – chudy ganger otarł pot z czoła - ale nie mamy z nimi wojny, więc luz. Ej, a co ty gadałeś o tym, że odszedłeś z Lordsów? Przecież tam na garach zawsze grał Keith Sanders.
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 06-10-2017 o 18:46.
Bounty jest offline  
Stary 08-10-2017, 15:10   #10
 
Leoncoeur's Avatar
 
Reputacja: 12537 Leoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputacjęLeoncoeur ma wspaniałą reputację


- No i dlatego odszedłem - Sully mruknął niechętnie. - Bakcyla złapałem na garnki, a Keith był nie do ruszenia. Robiłem im za speca od opraw holo, bo nie ogarrniali tego tematu. Póki Howl nie rzuciła pomysłem założenia własnego bandu. - Sully wydawał się być lekko rozkojarzony.
Co prawda w pierwszej chwili się cieszył wieściami od Billego, ale niedługo później nadeszła refleksja. Ciężka i przyjemna niczym kopnięcie prądem. Skoro koncert miał być jutro… Skoro wieczorem miał pójść dym z Insomni… Skoro gliny z firmy Natki potrafiły trzymać i po 24h po zgarnięciu…
Problem tego łańcucha rozkminy męczył gorzej niż upał. Był gorszy niż przedwczorajczy kac połączony z saksofonowym ‘treningiem’ JJ-ya. Nawet na początku wysłał Billowi odruchowo wiadomość:
Cytat:
Kurde, jutro średnio mi pasi… da się to przełożyć?
Sully jak to Sully, dopiero po wysłaniu zajarzył, że mowa o “Niewidzialnym”. No proste przecież, że ten osławiony koncert organizatorzy przełożą o jeden dzień, może dwa, aby Chris mógł ponapierdalać się w klubie.

W efekcie humor Rockmana pozostawiał sporo do życzenia.
- Właściwie to wszelkie holo jakie widziałeś do ich ostatniego koncertu w Sacramento, to im oprawiałem - dodał spoglądając na długowłosego Harleyowca zmęczonym wzrokiem, zaraz też zwrócił się do brata: - Sean, poczekaj muszę z Tobą pogadać.
Młody westchnął teatralnie i zatrzymał się.
- Tylko nie za długo, bo wiesz, czas to pieniądz a ja jestem człowiekiem interesu - odpowiedział poważnie, wywołując rozbawienie u grubego Flower Gangera.
Chudy zaś pokiwał głową.
- No to już wiem czemu oprawa Lordsom siadła. Dobra, spierdalamy. By the way, ja jestem Harry a ten tu to Jeff. Do wieczorka! - rzucił, wsiadając na motocykl.
- Pokój z wami - dodał brodacz pokazując palcami V.
I pojechali, tym razem w akompaniamencie “Total Rampage” Lordsów.
- To co tam? - zapytał Sean.
- Wolne sobie dziś weź. - Sully podszedł do brata. - Wieczorem z dala od Insomni.
- A to masz jak w banku! - zapewnił go braciszek, pstrykając petem. - Teraz jadę tam pomóc, wieczór mam wolny.

Ten młodszy Azjata, który był anglojęzycznym rzecznikiem rodziny podbiegł do peta i przygasił go butem. A że był to trzeci pet rzucony w trawę przez braci O’Sullivanów to w końcu nie wytrzymał:
- Wy nieodpowiedzialni! - Zamachał rękami. - Trawa sucha jak wiór! Wy wreszcie wywołać pożar!
- Straszne… - Rockman przewrócił oczyma. Zapali się gruzowisko i … - Urwał. - Ehm, tu więcej takich rodzin? - Zrozumiał w końcu. - Dobra Paki, niech się wam dobrze mieszka, ja spieprzam. - Na razie ojciec. Sean wieczorem z dala od Insy. Han, jak chcesz jednak wypad zrobić to przedzwonię jeszcze by się zmówić na konkretną godzinę. - Chris wstał szykując się do powrotu do Warsaw.
- Już mówiłeś! Nara! - Sean wskoczył na skuter i odjechał.
- Przydało by się rozerwać - uśmiechnął się Hagen - w Inso zawsze są dobre panienki.
- Ej, gwiazda rocka! - zawołał za Chrisem ojciec. - Kasy nie chcesz? - zamachał chipem gotówkowym, po czym rzucił go synowi. Chip był studolarowy, ale naładowany w połowie, o czym informował na mini wyświetlaczu.
- Tyle forsy… Nie wiem co z tym zrobić - rzekł odbierając ‘dniówkę’. - Może kupię Los Angeles i zjednoczę Kalifornię - ni to rozmarzył się, ni to zarzucił bolesnym sarkazmem. Zarabiali tu nędzne grosze, a Chang pewnie tylko dając im cynk gdzie odgruzować liczył cash w tysiącach eurodolarów. - Jutro mnie nie będzie jakby co. Trzymajcie się.
- No leć, leć. - Pomachał mu ojciec. - Zagoń tą swoją ekipę do grania to może kiedyś kupisz swojemu staremu na urodziny Ferrari. A póki co, my z Hanem kopsniemy się jeszcze do Wyrwy. Jutro też nie robimy, coraz mniej zleceń - westchnął.
- I lepiej nie będzie - mruknął Sully wsiadając na rower.

Przez chwile zastanawiał się czy nie skrócić drogi przejazdem przez Twin Peaks, może trafiłaby się awantura z naziolami.
Był jednak i tak w ciemnej dupie względem planowanej akcji w Insomni i jutrzejszego koncertu.
Odpuścił jadąc naokoło do ‘domu’.

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"
Leoncoeur jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167