Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-05-2013, 00:24   #1
 
Tasselhof's Avatar
 
Reputacja: 186 Tasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie cośTasselhof ma w sobie coś
[WFRP 2ed] To, co ukryte



WSTĘP

Cytat:
Z sobie tylko znanych powodów postanowiliście przyjąć tę niegodziwą pracę. Nikt się was zresztą o to dotychczas nie pytał. Zgłaszając się każdy z was z osobna stawił się na posterunku straży miejskiej i odsyłany był z tą samą informacją. Tego dnia, o tej porze stawić się w głównej świątyni Shallyi w mieście i pytać o ojca Bjorna. Tak też się stało. Jest was ośmioro, w tym dwóch krasnoludów. Reszta wyraźnie się wykruszyła. Znajdujecie się w ogromnym holu świątyni i czekacie na dalszy rozwój wydarzeń.

Główna świątynia Shallyi w mieście Waltersdorf obecnie zwanym Cohen, na wschód od Krugenheim, nie daleko rzeki Stir, gdzieś na Wzgórzach Kölsa, Roku KI 2522





Osiem sylwetek wkroczyło przez główne drzwi holu do ogromnego pomieszczenia, ze stropem umieszczonym niezwykle wysoko. Ogrom wnętrza był wręcz nie do opisania, pomimo tego wnętrze było skromne, ściany przyozdobione zostały malowidłami gołębi i serca matki miłosierdzia, natomiast główny ołtarz skromnie zdobiły świeże bukiety kwiatów i płonące na kandelabrach wonne świece. Okna choć wysokie, były zbyt wąskie by wpuścić do środka dość światła, wewnątrz więc panował stonowany i celowy półmrok, dodający temu miejsce jeszcze większa nutkę mistycyzmu. Naprzeciw nowo przybyłym wyszła smukła kobieta, po szatach poznać można w niej było służkę Shallyi. Podeszła do was i ukłoniła się nisko zachowując wszelkie maniery, po czym uśmiechnęła się szeroko i zapytała.

- Witajcie, jestem Vesper, służę miłosiernej matce w szpitalu. Rozumiem, że państwo przybyli na spotkanie z ojcem Hoge?

Gdy z tłumu padła przytakująca odpowiedź, kapłanka, a być może wciąż jeszcze akolita poprosiła gości o podążanie za nią. Przeszli tak razem prawie przez całe wnętrze monumentalnej świątyni by w jej prawym rogu zejść krętymi schodami na dół. Niektórym z przybyłych (posiadających umiejętność spostrzegawczość) w oczy zdążył się jeszcze rzucić ogromny marmurowy ołtarz na którym spoczywały kwiaty, z bliska widać było wyraźnie iż jest lekko podniszczony zwłaszcza u podstawy, jakby kilkukrotnie zmieniał on swoje miejsce. Dodatkowo nie pasował do reszty wystroju, ani kolorem ani materiałem z jakiego go wykonano.

Kręte schody choć niechlujnie wykute w skale były niezwykle zadbane, i prowadziły co najmniej jedną kondygnację w dół. Vesper szła z przodu trzymając lekko nad głową mały kaganek oświetlający jej drogę. W końcu ich oczom ukazały się solidne ogromne drzwi, wysokie na co najmniej siedem stóp i tak samo prawie szerokie. O dziwo drobna kapłanka bez trudu je otworzyła, były świetnie zachowane i nawet jeden zawias w nich nie zaskrzypiał, choć sprawiały wrażenie skrzeczących przy najmniejszym ruchu. Za drzwiami znajdował się krótki korytarz zakończony kolejnymi drzwiami, tym razem mniej majestatycznymi. Gdy wszyscy je przekroczyli ich oczom ukazała się piękna sala, idealnie okrągła. Po środku stał masywny mahoniowy stół, równie okrągły co pomieszczenie o średnicy minimum trzech rosłych ludzi. Dookoła niego stało ponad dziesięć wysokich i zdobionych drzeworytami krzeseł. Za stołem zaś, po drugiej stronie, naprzeciwko drzwi którymi najemnicy weszli znajdował się szeroki taras, przechodzący w balkon wiszący nad urwiskiem. Pracy jakiej trzeba było włożyć w wykucie tego pomieszczenia wraz z balkonem zwisającym ze ściany urwiska mógł wiedzieć tylko ktoś kto się na tym znał. Khazad z krwi khazada od razu jednak był w stanie wyczuć rękę i kunszt jego rodaków odciśniętą w tym miejscu (umiejętność Wiedza Krasnoludy). Na balkonie też stało dwóch mężczyzn, jeden w podeszłym wieku , jak można było podejrzewać po ubiorze, był to kapłan Hoge. Drugi zaś był dobrze nowoprzybyłym, znanym z widzenia, kapitanem straży, którego zwano w mieście Lobo. Obaj o czymś rozmawiali pieczołowicie. Gdy w końcu was dostrzegli, zamilkli, a kapłan ruszył w kierunku gości szeroko rozpościerając ręce w geście serdecznego powitania.

- Witajcie moje dzieci w skromnych progach naszej matki, proszę usiądźcie przy stole, za chwilkę podamy mały poczęstunek i porozmawiamy na spokojnie.

Ojciec Hoge był wysokim jegomościem o dość bladej, można by powiedzieć, popiołowatej cerze. Wystające kości policzkowe sugerowały, pomimo typowych, luźnych, białych szat iż kapłan jest bardzo chudy, a określenie kościsty wreszcie znalazło kogoś do kogo pasuje idealnie. Haczykowaty nos był pociągły jak zresztą cała głowa, której zwieńczenie stanowiła gęsta choć siwa już czupryna. Całość podsumowywało lewe oko z bardzo dużym i wyraźnym bielmem. Jednak mimo swej starczej szpetności, wyraz twarzy kapłana by pogodny i dobrotliwy, było w nim coś co wzbudzało zaufanie i wewnętrzny spokój. Ojciec Hoge uśmiechnął się w sposób w jaki potrafią tylko starzy i poczciwi ludzie, choć gdzieś spod tego uśmiechu widać było już zmęczenie wywołane prawdopodobnie wydarzeniami ostatnich miesięcy. Kapitan straży założył ręce na piersiach i pozostał na swoim miejscu z grymasem niezadowolenia na twarzy. Był totalnym przeciwieństwem kapłana, kruczoczarne choć rzadkie włosy opadały w nieładzie na jego twarz, niedokładnie ogoloną i pokrytą różnego rodzaju mniejszymi bardziej lub mniej wyraźnymi bliznami. Z jego twarzy biło wrogością do całego otaczającego świata, a spojrzenie jakim obdarzył gości przywodziło na myśl wzrok bandyty napotkanego na trakcie. Z całej postaci Lobo emanowała aura, która podpowiadała każdemu kto miał styczność z kapitanem, że lepiej z nimi nie rozmawiać i nie wchodzić mu w drogę. Gdy służące i uczące się wciąż fachu kapłańskiego dzieci, prawdopodobnie osierocone i przyjęte pod pieczę zakonu, obstawiły stół wszelakiej maści szynkami, serami i kiełbasami, porozstawiały dzbany wina i zniknęły z powrotem za drzwiami prowadzone przez siostrę Vesper, kapłan wreszcie zwrócił się do zgromadzonych.

- Na początek chciałbym powiedzieć iż jest mi niezwykle miło gościć mi tak dzielną i chętną pomóc gromadę pod dachem, nad którym sprawuję pieczę. Zapewne jesteście już doskonale poinformowani co się dzieje i w jakim celu was tutaj razem z kapitanem zebraliśmy. Nie mniej pozwolicie, że jeszcze raz pozwolę sobie przypomnieć. Od ponad dwóch miesięcy w mieście jak i w terenach podmiejskich znajdujących się za okalającą nas odnogą Stiru giną ludzie. Nie są to pojedyncze zaginięcia, w ciągu jednej nocy zdarzało się, że i potrafiła zniknąć cała rodzina, po której zostawało tylko opuszczone domostwo. Sytuacja zaogniła się jeszcze bardziej przed dwoma tygodniami, bowiem zaczęli ginąć również członkowie straży miejskiej, której patrole kapitan Lobo podwoił.

Lobo prychnął i w końcu odezwał się, a głos miał równie nie przyjemny co aparycję.

- Jak na mój chłopski rozum sprawa została załatwiona, od przedsięwziętych przez nas środków ostrożności zniknięcia nie mają już miejsca. Wynajmowanie tej zgrai to istna strata czasu i pieniędzy!

Kapłan uśmiechnął się lekko i jak gdyby nic kontynuował przepraszanym tonem.

- Wybaczcie proszę kapitanowi, to dzielny człowiek, trochę ciężki w obyciu, ale z sercem po właściwej stronie. Ja jednak uważam, że cokolwiek to było należy znaleźć i zlikwidować. Również jako osoba niosąca medyczną pomoc pozwolę sobie zauważyć, że nigdy organizm nie wyzdrowieje do końca jeśli będziemy leczyć objawy a nie przyczynę choroby. Organizmem jest nasze miasto oczywiście, i choć tak jak kapitan mówi nie mamy od pewnego czasu zaginięć, to podejrzewam iż wkrótce szybko sytuacja wróci do stanu sprzed paru dni. A na to nie mogę pozwolić, zbyt wielu ludzi już ucierpiało. Ale dość póki co o nas, proszę przedstawcie się, powiedzcie coś o swoich kwalifikacjach, które mogą pomóc nam rozwiązać problem, oraz oczywiście o waszym wynagrodzeniu.
 
__________________
"Dum pugnas, victor es" - powiedziałaś, a ja zacząłem się zmieniać...

Ostatnio edytowane przez Tasselhof : 29-05-2013 o 00:30. Powód: pare chochlików :P do wybicia w tekście
Tasselhof jest offline  
Stary 28-05-2013, 17:34   #2
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 43205 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Załącznik 1 (dla graczy z umiejętnością Czytanie i pisanie oraz/lub Wiedza Imperium)

Cytat na temat miasta Cohen, zwanego w Starym Świecie Waltersdorfem z Wielkiego Spisu Miast i Osad Talabeklandu pióra maestra Hanza von Yuningena, skryby nadwornego na dworze księcia-elektora Talabheim i tejże prowincji.


Cytat:
(…)Waltersdorf było miastem dość dziwnym bo wydawać by się mogło, że lekko zapomnianym, bowiem teoretycznie nie istniało. Od jakichś trzydziestu lat by być konkretnym, kiedy to położone na jednym ze wzgórz miasto, na skutek trzęsienia i obsypania się ziemi w połowie zawaliło się i jego lwia część legła w gruzach. Tylko dzięki cudowi praktycznie nikt nie stracił życia, choć wielu w katastrofie straciło swój cały dorobek. Tego dnia na głównym rynku, który nie ucierpiał w katastrofie i pozostał na swoim miejscu po dziś dzień, miejscowi ludzie obchodzili własne święto na cześć ich patronki Shallyi. Tejże też patronce przypisano cudowne ocalenie ludzi, choć wielu było zmuszonych do opuszczenia zrujnowanego miasta. Choć miasto znacznie opustoszało, nigdy nie zniknęło z map ani stronic ksiąg, a jego historia jest pisana dalej. Ludzie ciężką pracą i sumiennością, wspierani przez kapłanów matki miłosierdzia w końcu odbudowali swój dom. Choć nie tak wielki i majestatyczny jak przed katastrofą, ale wciąż wyglądający imponująco jak na niecały tysiąc mieszkańców. Jego rozmiar wyolbrzymiała lokalizacja, bowiem miasto obecnie ulokowane było już nie na wzgórzu, a na urwisku jakie pozostało po zarwaniu się jego wschodniej części. Od zachodu natomiast okalała wejście do miasta rwąca odnoga rzeki Stir, przez co taktyczne położenie było niezwykle sprzyjające mieszkańcom i ich bezpieczeństwu.(…) W najbardziej wysuniętym na wschód miejscu postawiono olbrzymią świątynię patronki Shallyi, w podzięce za cudowne ocalenie, a nazwę miasta przeprawiono wkrótce na Cohen, jako znak na odrodzenie. Choć oficjalnie w Imperium wciąż miejsce to mianuje się Waltersdorfem to mieszkańcy już dawno zapomnieli o tej starej nazwie i zarówno wszelkie urzędy jak i instytucje się w nim znajdujące noszą w nazwie Cohen



Załącznik 2 (dla graczy z umiejętnością plotkowanie)

Czy tego chcieliście czy nie kapkę czasu już w tym mieście spędziliście i zdarzyło wam się zasłyszeć parę ploteczek, tudzież pociągnąć kogoś za język nim nadszedł termin umówionego spotkania z kapłanem Bjornem i kapitanem straży Lobo.



Cytat:
• Plotki prostych ludzi, biednych miastowych, ludzi niskiego stanu:
  1. - Ja to żem słyszał, że tych wszystkich ludziów, to kapitan straży porywa co by ich w ciemne wieczory składać plugastwom w ofiarach. Nigdy mu, żem nie ufoł.
  2. - Mój chłop jak wracał z pracy znad młyna to mówioł, że widział kieś pieruństwo czmychające brzegiem smrodki, tej mętnej rzeczki co to przed miastem płynie.
  3. - Panie! Ludzie to tu znikał od dawien dawna, jeno na traktach, a nie w mieście, ale kto by się tam tym wtedy przejmował, pełno to tego gówna po krzakach hasa. Wiem co mówię sam kiedyś, żem w tartaku za miastem robił, to żem widział jednego z baranim łbem, jak na nas spozierał z chaszczy.
  4. - Tato to mówił, że to potwór, przeze złych ludziów przezewany, kruszący ślepiami broń i zamieniający nim w kamień i mówił że przychodzi tylko do chałup niegrzecznych dzieci.

• Plotki przejezdnych kupców, miejscowych handlarzy i rzemieślników, zasłyszane najczęściej w oberżach po paru głębszych:
  1. - Te tereny zawsze były nieciekawe powiem ci jak chcesz wiedzieć, w okolicznych lasach ludzie ginęli już od paru lat. Że co? W mieście giną? A to nic nie wiem daj mi spokój i idź zamęczać kogoś innego.
  2. - Widziałem takich jak ty, też mielili ozorem na lewo i prawo pytając o to co tu się wyprawia. Przychodzili do mojej kuźni po oręż i zbroje i wiesz co? Już ich nie widuję.
  3. - Strasz… eek, straszzz ostatnio zrobiła obławee… eek… przepraszam… i szie dwóch pogubiło im w szczekach… eek… kurwać wino mnie się skończyło… so to ja… aaa… no i oni tego sziem teraz strachajom i wszystkie drogi… eek do studzienków zalepili glinom i białkiem jajecznym… szie wolnomularskich pytaj szie … eek
  4. - A co ja ci kurwa człowiek mam powiedzieć, przyszli, kazali zamurować to żem kurwać zamurował. Nie pytam kurwa po co, chuj mnie to obchodzi. Jestem prostym murarzem, mam już swoje lata, a zawdzięczam je temu, że się nie interesuję tylko każą robić to robię. Jesteś kurewsko uparty jak widzę, ale jak tak bardzo chcesz znać moje zdanie to ci powiem. Jak dla mnie cały ten pierdolnik ma swoje źródło w kanałach, a jak straż kazała zamurować to i lepiej, niech skurwysyństwo zdycha z głodu tam na zawsze. A teraz wypierdalaj bo mam od chuja roboty, a mojego pomocnika mi wcięło od paru dni i sam musze zapierdalać.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 28-05-2013, 18:51   #3
 
Yzurmir's Avatar
 
Reputacja: 201 Yzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie cośYzurmir ma w sobie coś
Na lewo od kapłana siedział dość młody mężczyzna w tanim, podniszczonym ubraniu i czapce o wyblakłym zielonym kolorze, której najwyraźniej nie uznał za stosowne zdjąć nawet w świątyni Pani Miłosierdzia. Jak większość mieszkańców Imperium, był pokryty pyłem i brudem, pachniał nieprzyjemnie — choć po jakimś czasie przywyka się do smrodu — i brakowało mu paru zębów. Nie rzucałby się więc bardzo w oczy, gdyby nie miał czegoś, co potocznie nazywa się zajęczą wargą. Rozszczepiona górna warga była nieczęstym oraz dość nieprzyjemnym widokiem.

Odkąd wniesiono jedzenie mężczyzna nie mógł z niego spuścić wzroku, słuchając ojca Hoge ledwie jednym uchem. Nagle zdał sobie sprawę, że chyba jeszcze nigdy nie widział tyle mięsiwa na jednym stole... a i wino z pewnością było dobre. Spojrzał w dół i choć nie było tego widać przez lnianą koszulę, to jego brzuch był zapadnięty i boleśnie burczał w oczekiwaniu na tę ucztę. Mężczyzna zaczął łapać zatem wszystko, co popadnie, a na każdy kąsęk, który znikał w jego ustach, jeden był dyskretnie chowany w sakiewce przy pasie.

Kapłan Shallyi wskazał na niego ręką i wszyscy zwrócili swoje spojrzenia na jego osobę. Mężczyzna najpierw nie zareagował, pochłonięty właśnie pożeraniem wyjątkowo tłustego kawałka wieprzowiny. Dopiero po chwili zauważył uwagę, jaką inni mu poświęcali, i bardzo się zdziwił.
— Co? Co jest...? Eee... Nie powinienem był tego jeść...?
— Nie, proszę bardzo się częstować — odparł kapłan cierpliwie. — Ale może najpierw nam się przedstawisz?
— O, tak — bąknął mężczyzna, do którego nagle dotarło, co ojciec Hoge mówił wcześniej. — Eee... No winc... Ja żem jest Johann Heinrich, nie? Ze Stahlów, nie? Co ze... Steinhügel... są...? — powiedział niepewnie, jakby spodziewał się podpowiedzi, ale żadnej nie otrzymał. — No winc, eee... moje kwylifi... kancje... Eee... Eee... — Johann Heinrich zaciął się na dłuższą chwilę, drapiąc się nerwowo po brodzie i nosie, podczas gdy zastanawiał się, co powiedzieć. — No, ja to bić się umiem, pewnie, pewnie — zablefował w końcu. — No i tyż... Ja żem słyszał, że jakakolwiek to potwora grasuje, to że ona siedzi gdzieś tam w tych kanałach, nie? A ja żem kiedyś robił trochę w tych tam kanałach. To żem sobie pomyślał, że bym mógł poprowadzić resztę w te tam kanały. No to żem się zgłosił.

Johann Heinrich zaczął znowu się drapać po głowie, tym razem jednak wyraźnie próbując zabić jakiegoś pasożyta.

— A co takiego robiłeś dokładnie w kanałach? — spytał Bjorn, aby się upewnić.
— A, wie ojczulek, śmieci żem zbierał, może cosik wartościowszego się tam zapodzieje, myślałżem sobie, nie? Może cosik spadnie komuś na ulicę, woda zmyje, a ja bym to potym znalazł, nie? Sprzedał potym, nie? No tylko że nie było tak znowu dużo tych rzeczy, głównie tylko gówno, a smród niemiłosierny, chodzić się w tym gnoju nie da... W ogóle to najlepiej, jakbyśmy do kanałów nie schodzili — stwierdził nagle — bo tam na dole to po prostu cholera może człeka wziąć.
 

Ostatnio edytowane przez Yzurmir : 28-05-2013 o 19:16.
Yzurmir jest offline  
Stary 28-05-2013, 21:10   #4
 
Rodryg's Avatar
 
Reputacja: 960 Rodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwuRodryg jest godny podziwu
Ranek wstawał nad miastem Cohen, budząc jego mieszkańców ale nie wszystkich. Niektórzy a w szczególności ci biedniejsi już dawno się zbudzili by pracować lub walczyć o przetrwanie. Młodzieniec mający może góra siedemnaście wiosen na karku też był już na nogach, nie miał dziś pracy za to miał dość ważne spotkanie. Niestety raczej nie prezentował się najlepiej ot smukły mężczyzna średniego wzrostu o krótkich ciemnokasztanowych włosach i brązowych oczach z przeciętną twarzą. Odziany w proste zużyte odzienie wyraźnie połatane w kilku miejscach i coś co można było nazwać prowizorycznym obuwiem raczej nie mógł ukryć w której części miasta mieszkał i jakiego był stanu.

- Lilia... - zawołał i zagwizdał rozglądając się po ulicy z lekkim zdenerwowaniem - ...Lil do nogi !
Nie musiał długo czekać na odpowiedź gdy z pobliskie uliczki wyleciał mały czarny pies a po okolicy rozniósł się irytujący i radosny jazgot suczki który kilku mieszkańców już zaczęło przeklinać za zmącenie resztek snu. Pogłaskał psa na powitanie i ruszył na spotkanie w którym pokładał nadzieję na poprawę swego losu. W końcu szczurołap nie był zawodem który dawał zbyt dużych perspektyw na przyszłość, zwłaszcza teraz gdy zamurowano wszystkie studzienki na polecenie straży ku niezadowoleniu członków cechu. Niektórzy członkowie gildii już narzekali że to utrudni im pracę i zamartwiali się jak zarobią gdy z kolei inni liczyli że z tego powodu szkodniki zdążą się bezpiecznie namnożyć i wkrótce znów otworzą kanały a oni będą mieć więcej roboty i zarobków niż wcześniej. Te sprawy już go nie dotyczyły, przynajmniej jeśli nadzieje pokładane w tym spotkaniu się potwierdzą...

***

Po wejściu do świątyni znów naszły go wątpliwości i co do tego czy nie zostanie wyśmiany oraz co do swojej przydatności w tym zadaniu zwłaszcza patrząc po zebranych w szczególności na czerwonowłosego krasnoluda. Jednak zdecydował że może przynajmniej spróbować podążał za kapłanką wraz z resztą rozglądając się po świątyni można by się spodziewać że miejsce kultu Pani Miłosierdzia będzie mniej zaciemnione ale nie jemu było oceniać preferencji tutejszego zakonu. Jedyne co mu się jeszcze rzuciło w oczy to marmurowy ołtarz zasłany kwiatami który odstawał od reszty wystroju, i tak jakby go często przemieszczano choć przecież to musiało ważyć sporo i nawet kilka tuzinów chłopa by nie ruszyła tego tak łatwo...

Z zamyślenia wyrwało go zrozpaczone skomlenie Lili, no tak schody jest straszliwy nieprzyjaciel co prawda co prawda była to tylko drobna niedogodność ale od czasu gdy podczas jednej roboty zleciała z takich do piwnicy nabawiła się pewnego lęku. Nie chcąc przeszkadzać reszcie szybko uspokoił suczkę i zniósł ją na dół by się nie męczyła zbędnie.
Tam też spotkał szanownego Ojca Hoge i niesławnego kapitana straży Lobo, ten ostatni naprawdę pasował do krążących o nim opowieści no ale skoro szanowny kapłan mu ufał to chyba nie mógł być taki zły. Nawet jeśli nie zgadzali się w kwestii tego zlecenia.

Nie dało się zaprzeczyć że ojciec wiedział jak ugościć swoich rozmówców dla Sigrica była to istna uczta i wiele siły woli go kosztowało by się z tym nie zdradzić, w końcu trzeba było zrobić dobre wrażenie jak na profesjonalistę przystało jak mawiał jego przyjaciel Klaus przed robotą w karczmie lub domu co bogatszego mieszczanina. Jegomość po jego lewej raczej się nie przejmował robieniem wrażenia na gospodarzu no chyba że swoim obżarstwem, choć sam nie mógł go winić jedzenie było przednie i trochę nawet dostało się Lili. Wysłuchał z uwagą tego co powiedział Johann, przynajmniej nie będzie jedynym "nietypowym" członkiem tej grupy, mógł się założyć że kapitan Lobo uśmiechał się z politowaniem gdy go słuchał i zapewne równie rozbawiony będzie teraz słuchając Sigrica no ale za późno na żale.
- Sigric zwą mnie dobry panie, co do mych kwe- kwali-fikacji... - zaczął było dobrze ale stracił rezon na tym słowie, no co mógł powiedzieć że jest wykwalifikowanym szczurobójcą ? Cóż nie było co owijać w bawełnę - ...z procy celnie potrafię miotać, kanały też znam. Szkodniki tępiłem a by takiego podejść tża umiejętności, prawda ? Prawda...

Usiadł wbijając wzrok w jedzenie na talerzu no i tyle z robienia dobrego wrażenia szlag by to.
 

Ostatnio edytowane przez Rodryg : 28-05-2013 o 21:23.
Rodryg jest offline  
Stary 28-05-2013, 23:31   #5
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 13590 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację

-Ten świat jest pełen zła, nienawiści, pogardy i ociekających hańbą ludzi. Strzeż się wszystkiego młodzieńcze i każdego, gdyż oddani siłom chaosu ludzi wbiją Ci sztylet w plecy na śnie byleś tylko nie stanął im na drodze w ich dążeniu do pogłębienia duchowej dewiacji...- Stary rycerz trzymał prawicę na ramieniu młodego mężczyzny, który stał właśnie u bram dorosłego życia i samotnej wędrówki ku nieznanemu.
-Nie szukaj przyjaciół. Z czasem przekonasz się kto stoi za Tobą a kto jest jest Ci wrogiem. Nie lękaj się bronić swych prawd, lecz nie używaj agresji nazbyt często. W każdej krainie, nawet daleko od miast panują prawa Imperium. Jesteś członkiem zakonu, lecz nie barbarzyńcom. Miej to na uwadze. Dziennie módl się do naszego pana, a także dbaj o dogmaty naszej religii, albowiem tylko to może prowadzić Cię z dala od domu.- Chłopak, który z pewnością przeżył ponad dwadzieścia wiosen miał zaniedbaną zarostem twarz, przez co wyglądał na starszego niż w rzeczywistości.

-Pamiętaj by szanować kobiety, czy to szlachcianki na dworze, kapłanki Myrmidy, czy portowe ladacznice. Kobieta nosiła Cię w sobie przez wiele dni. Kobieta Cię urodziła. Każdej należy się szacunek.- kontynuował, zaś słuchający go Clemens nawet nie pomyślał by przerwać starszemu człekowi.
-Chroń dzieci przed złem, gdyż to one są naszą przyszłością. Oddaj cześć wilkom i nie lękaj się ich. Ulryk ochroni Cię przed swymi dziećmi. Strzeż się magii i magów wszelakiej maści. Nawet z ich dokumentami ze stolicy są niebezpiecznymi głupcami, których ambicje przekraczają zdrowy rozsądek..- Clemens przytaknął nieznacznie głową.
-Dbaj o swego rumaka. Niechaj służy Ci długie lata. Dumny będę z Ciebie, gdy wrócisz po ukończeniu swej misji na Hecarimie. Jedź już. Czas najwyższy. Będę co dnia modlić się wraz z ojcem Gwidonem, byś wrócił do nas cały i zdrowy.-

Clemens nie odpowiedział słowem. Skinął porozumiewawczo głową i przytulił w braterskim uścisku starszego człeka. Młodzieniec wsiadł na brunatnego rumaka i ruszył przed siebie, kierując się do miasta, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy. W głowie miał wiele myśli, lecz niczego się nie lękał i nie obawiał. Od małego dziecka ojciec powtarzał mu, jakie jest jego przeznaczenie. Nawet przez krótką chwilę w to nie wątpił. Czy był fanatykiem swej wiary? O tak...


Do Waltersdorfu dotarł na dwa dni przed czasem. Nie trwonił złota w karczmach. Zapłacił za nocleg, a większość dnia spędzał na spacerach, albo modlitwach. Jego bogobojność przerastała każdą inną cechę, przez co Clemens ignorował wszelakiej maści inne potrzeby na rzecz modłów. Nim udał się na umówione spotkanie z kapłanem Shallyi, wypytał w mieście nieco o to, co mówi się na temat problemów Waltersdorfu. Zaginięcia mieszkańców były dziwne, przynajmniej dla niego. Zaginięcia strażników miejskich mogły budzić w sercach lokalnej tłuszczy strach i grozę przed bezpiecznym jutrem. Na szczęście przybył do miasta by pomóc nieszczęśników uspokoić. Być może nie był legendarnym wojownikiem, lecz głęboko wierzył, że jego młot prowadzić będzie rękawica samego Ulryka. Ta misja miała zrobić z niego prawdziwego mężczyznę, dodać sił zarówno tych fizycznych jak i duchowych, oraz sprawić by stał się idealnym materiałem na prawdziwego Rycerza Zakonu Białego Wilka.


Milczał cały czas. Wtedy, gdy kapłanka pytała czy przybyli w sprawie z ogłoszenia o pracę. Uznał iż pytanie, które padło z jej pięknych ust jest retorycznym i odpowiedź była oczywista. Niedługo potem zostali doprowadzeni przed oblicze dobrotliwego, starca, którego zwano tutaj kapłanem. Clemens chylił czoła przed każdym człekiem, który potrafił skorzystać z mocy, zsyłanej przez bogów. Byli to ludzie wielcy i zasługujący na szacunek. Giermek zdjął rękawicę i ścisnął dłoń starca chyląc się przed nim. Pochylił czoło również i przed dowódcą straży, który na pierwszy rzut oka zdawał się być bucem. Nie miłym uosobieniem dotarł na szczyt hierarchii strażników miejskich, a zatem i on w oczach młodego człeka zasługiwał na uznanie, mimo tego, że był chamem i gburem.
-Jestem Clemens Konrad, giermek pana Kordiana Łaskawego z Zakonu Rycerzy Białego Wilka.- nie lękał się mówiąc otwarcie o zakonie, którego był członkiem, mimo iż religia, której był oddany nie cieszyła się w większości Imperium zbyt wielkim szacunkiem.

-Jestem panie biegle wyszkolony w walce bronią lekką, oraz dwuręczną. Nauczono mnie posługiwania się kopią, oraz szkolono mnie w walce z siodła. Mówca ze mnie marny, lecz zwierzęta mnie lubią i potrafię je obłaskawić miłościwy panie. Zrobię co w mej mocy, by przydać się w tej szlachetnej misji... Jakakolwiek by nie była.- dodał na koniec dając do zrozumienia że pomoże jak tylko będzie w stanie.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 29-05-2013, 07:22   #6
 
Aeshadiv's Avatar
 
Reputacja: 959 Aeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwuAeshadiv jest godny podziwu
- No i mówię wam mości krasnoludzie! Przyszedłem do Helmuta, napić się. Pukam jak to zwykle. Trzy razy wpierw, cztery razy później, na znak, że to ja jestem, a nie strażnicy. Jak już mi tam się zdarzyło pewnie wypaplać to on świętym nie był. Męczyli go nieco. Jak co złego to właśnie na Helmuta biednego! Haha! - prosty mieszczanin opowiadał Jorgriemu o tym jak jeden z jego przyjaciół zaginął z dnia na dzień. Krasnoluda interesowała za opowiastka tylko z tego względu, że przy złocie to on nie był, a Herr Albert stawiał co raz to kolejne piwa, w miarę jego upijania się.
Rzemieślnik kontynuował:
- Czekam i czekam, nie słychać kroków. Nawet darcia starej Helmuta. Myślę sobie, coś nie jest tak jak zazwyczaj. Idę więc za dom, patrzę... a tam drzwi otwarte. Normalnie, brak ino znaku wielkiego z zaproszeniem dla złodziei! Wchodzę do środka, a tam no... pustka. Nie ma nikogo. Ani Helmuta, ani jego starej, nawet synowie dwaj gdzieś przepadli. Wczoraj jeszcze z nim piwkowałem sobie... W tej tutaj karczmie. Dziwne i mroczne czasy nastały mości krasnoludzie. Bardzo dziwne.
Jorgri dopił go końca kufelek Ale, a następnie zapytał:
- A miejscy? Przejęli się czy no... w dupie to mieli?
- A podobno coś tam zaczęli działać. Więcej patrolów chodzi, chociaż i nawet strażnicy znikać zaczęli.
- Ehee... nieciekawie. Wiecie może kto się tą sprawą zajmuje?
- Trzeba się wam do świątyni zgłosić. Jutro chyba.
- No... to wybitnie. Jeszcze jeden kufelek i idę coś zjeść i spać. Trzeba jutro jakiś poziom w świątyni pokazywać. Nie wypada tak profanować... swoim zapaszkiem ... - zakończył rozmowę zabójca.

* * *

Rankiem na targu ludzie rozsuwali się aby zrobić przejście krasnoludzkiemu zabójcy. Widok khazada z pomarańczowym grzebieniem włosów na głowie był tutaj rzadkością. Ważący tyle samo kilogramów, ile centymetrów miał wzrostu Jorgri udał się w stronę świątyni. Wspierając się na swoim dwuręcznym toporzysku powoli człapał przez ulicę miasteczka.

Nigdzie się nie spieszył. Podobno krasnoludzcy zabójcy są impulsywni i nieprzewidywalni. Jorgri nieco odbiegał od stereotypu. Szaleństwo zaczynało bić z jego oczu dopiero gdy wchodził w ogień walki. Stanąwszy przed budynkiem, gdzie miał dowiedzieć się szczegółów przyglądnął się mu dokładniej. Całkiem ładna robota. Nawet jak na ludzką.
Chwilę później dołączyła pozostała siódemka czekająca na dalsze informacje.
Przekroczywszy próg świątyni Jorgri uknęlnął. Mimo tego, że nie modlił się do bogini miłosierdzia, to uznał, że należy okazać szacunek temu miejscu i osobom tu przebywającym. Tak to już miał, był przewrażliwiony na punkcie stref sacrum.

Wysłuchał to co obydwaj ludzie mieli do powiedzenia, a następnie przestawił się krótko:
- Jorgri Derenson. Skromny rzemieślnik. Jak widać przedstawiciel rasy krasnoludzkiej. Coś tam potrafię toporem machnąć, nie raz nie dwa orkasowi przez łeb przyrżnąłem. Dodatkowo jestem poliglotą. Trzeba, to potrafię każdemu wytłumaczyć w prosty sposób czego chcę i to w dość krótkim czasie.
 
Aeshadiv jest offline  
Stary 29-05-2013, 14:13   #7
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1585 Eliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłośćEliasz ma wspaniałą przyszłość
Otto ubrany był w długi płaszcz i zakrywający głowę kaptur. Przy boku miał miecz a przez ramie przewieszony łuk z kołczanem. Nie spodziewał się przyjęcia w klasztorze Shaylii, przypuszczał, że od razu poślą ich na walkę z nieznanym. Jak się jednak powoli okazywało, nikt nie potrafił umiejscowić zagrożenia a sam dowódca straży uznał wręcz, że nieznane odeszło ... w nieznane i że już go nie ma.

Jego pobożnym życzeniom przeczyły plotki które krążyły po mieście, jedne mniej inne bardziej interesujące – zwłaszcza te dotyczące kanałów. Otto od razu pomyślał, że gdyby miał zbierać zwłoki z całego miasta to jedynym sposobem aby czynić to niezauważenie to użycie wozu – obarczonego jednak ryzykiem sprawdzenia przez strażników ... lub użycie kanałów.
O tak, Otto dobrze wiedział co jak i gdzie ukrywać i mimo, że trupy nie stanowiły przedmiotu jego poszukiwań, to jednak czy nie były to tylko trochę większe i cięższe przedmioty?

Tak ... przynajmniej dopóki nie zostaną pochowane na poświęconej ziemi...
Wystarczyła mu jedna nauczka, którą dostał niedawno a po której wyglądał jakby napadło go stado kotów. Cały był w małych , wolno gojących się rankach, śladach zadrapań na rękach, twarzy, każdej nieosłoniętej części ciała.

W świątyni zauważył po drodze nie pasujący ołtarz, ale zamierzał o to zagadnąć przy opuszczaniu świątyni. Zastawiony bogato stół był kolejną rzeczą która go w pewien sposób zaskoczyła. Nigdy nie był goszczony tak obficie, zdarzało mu się co prawda uczestniczyć w nie jednej stypie na których mógł objadać się do woli , a przy okazji upewniać się, czy zmarły jest wart ponownych odwiedzin, jednak na tego typu przyjęciach był zawsze nieproszonym gościem. Tu natomiast był wręcz oczekiwany.

Nie zdążył jeszcze porządnie zjeść potraw, które wszak smakowały o niebo lepiej od żołnierskiej prostej kuchni ojca, gdy został nagle zagadnięty i to pytaniem na które przygotowany nie był.

- Proszę przedstawcie się, powiedzcie coś o swoich kwalifikacjach, które mogą pomóc nam rozwiązać problem, oraz oczywiście o waszym wynagrodzeniu. - zagaił ojciec Hoge.

" Na stypie nikt mnie o kwalifikacje nie pytał... zresztą żałobnicy woleli by pewnie ich nie znać" - przemknęło mu przez głowę. Przysłuchiwał się odpowiedzią pozostałych , spośród nich zwłaszcza Johannowi , który ku uldze Otta, miał problem już z przedstawieniem się, nie mówiąc o całej reszcie. Wyglądało na to, iż nie jest tu jedyna osobą zajmującą się odzyskiem. Choć zapewne miejsca odzyskiwania przydatnych rzeczy różniły bardzo obie osoby, nie miej ich zajęcia sprowadzały się praktycznie do tego samego – czyli radzenia sobie z marnotrawstwem i niegospodarnością innych ludzi. Odpowiedź na pierwszą część pytania była nader prosta, przerwał jedzenie, przeżuł ostatnie kęsy, wstał i powiedział, niechcący wypluwając na talerz mały kawałek mięsa który nie zdążył przełknąć.

- Otto Helvgrimsson – odrzekł spokojnie, zerkając kątem oka na krasnoludy i ich reakcje, nazwisko miał bowiem typowo krasnoludzkie, choć na khazalda nie wyglądał.

- No cóż – zamyślił się ponownie, wkurzony sam na siebie, że tyle czasu który dali mu przedmówcy zmitrężył, wciąż nie wiedział co powiedzieć - no ten, tego, w kanałach też się nie pogubię – wypalił nagle prężąc pierś, co było zupełnie niepotrzebnie i groteskowe.
No i właściwie też umiem ciachnąć to i owo... „ Zwłaszcza jak nie będzie się ruszać” – dodał już w myślach, choć na takie szczęście raczej nie liczył.

- Aaaa – dodał po chwili jakby przypomniał sobie o czymś bardzo ważnym - No i w poszukiwaniach to ja raczej dobry jestem, zaraz coś znajdę i przyuważę, ot jak choćby ten ołtarz u góry co to był pewnie z innej świątyni przytargany.

Minęła chwila zanim się zorientował, że cały jego plan na spokojne wywiedzenie się informacji o ołtarzu przepadła. Po prawdzie była to raczej kwestia zaspokojenia jego ciekawości niż jakaś pilna potrzeba, ale jednak nie lubił jak mu się plany psuło. Zwłaszcza jak sam je sobie psuł. Miał też wrażenie , że palnął tym jakąś gafę... a może nie? Czas pokaże. Zamilkł siadając z powrotem na krzesełku i powrócił do konsumpcji.
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 30-05-2013 o 13:05.
Eliasz jest offline  
Stary 29-05-2013, 15:32   #8
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
* Wieczór wcześniej*

Karczma “Koci rzyg” była speluną. Kilka świec ją oświetlało, klientela taka że lepiej omijać ją z daleka ale jedno miała niezłe. Wino. W przystępnej cenie i w dobrym smaku wino lało tu się strumieniami. Gdzie nie gdzie ktoś obijał komuś mordę, szantażował, czy obmacywał kelnerkę bądź chciał ją wziąć "tu i teraz na stole" bo miał taką ochotę. Szczury chodziły swobodnie ale to były tylko lekkie niedogodności zważywszy na dobrą zabawę jak tu miała miejsce.
Jeden z młodzieńców uczestniczący w dziwnej grze, dopijał właśnie drugi dzban, i zabierał się za trzeci. Jakaś całkiem niezłej urody dziewucha siadała mu na kolanach, szepcząc mu coś do ucha. Ten tylko śmiał się, a ręce zaczęły obmacywać co większe wypukłości dziewoi, która z wielką chęcią je przyjmowała.



Nadszedł i trzeci dzban i wtedy już było mu coraz to bardziej obojętne co się dzieje i z kim. Na szczęście młodzieniec rankiem obudził się sam, a w głowie miał luki dotyczące wieczoru. Tylko jedno pytanie go nurtowało, czemu ta słoma w dupie musi go tak kłuć.

*Ranek*

Grupa podróżników zasiadła więc przy stole. Wśród nich znajdował się także Amadeus Fabius Arlon, młodzieniec wyglądający na jakieś dwadzieścia lat. Już pierwszy rzut oka na niego mówił, że młodzieniec miał za sobą ciężką noc a nawet kilka. Podkrążone oczy, kilkudniowy zarost, który dodawał mu, niepotrzebnie lat i powagi, a także to że co jakiś czas sięgał do bukłaka i pił z niego łapczywie. Kac. Najpewniejsze wytłumaczenie jego stanu. Co o nim można więcej powiedzieć? Brunet, średniej budowy ciała nie wyglądał na siłacza, lecz nie można było powiedzieć o nim że był chudy jak patyk. Ciemne, niebieskie oczy rozglądały się po komnacie obserwując otoczenie z nieukrywanym zaciekawieniem. Amadeus był ubrany całkiem nieźle jak na swój stan, co mogło mówić że był lub jest synem jakiegoś szlachcica lub kogoś komu się nieźle powodzi. Przy pasie miał miecz, lecz nie była to broń szczególnie zdobiona a wręcz taka, która już niejedno widziała. Jednak tym co się mogło rzucać w oczy był zestaw do pisania i papier, w którym coś młodzieniec od czasu do czasu notował.

Amadeus słuchał uważnie tego co mówił kapłan, początkowo nie odzywając się, lecz ważąc każde słowo mówcy. Potem do głosu doszedł kapitan, ale ten wyglądał na zbyt dumnego, by przyznać się do porażki. Znał takich i widział jak buta i ego sprowadzała ich na ściężkę ku ich własnej zagładzie i porażce. Na szczęście kapłan wydawał się być rozsądniejszym człowiekiem i wiedział jak zjednać sobie ludzi. Rzeczowym i łagodnym tonem wyjaśnił na czym problem polega. Młodzieniec tylko co jakiś przytakiwał głową, lecz milczał. Najwyraźniej nie należał do zbyt rozmownych, lub po prostu było za wcześnie na wchodzenie w dysputy.

Gdy poszczególni przybysze się przedstawiali, Amadeus spoglądał na nich oceniając ich sobie. Szczególnie Clemens zwrócił jego uwagę. Od razu gołym okiem było widać, że to mężczyzna który swoją postawą a także umiejętnościami, może być cennym elementem drużyny. Drugą postacią, która wyróżniała się był Khazad, który w krótkich słowach potrafił się całkiem dobrze zaprezentować.

No i w końcu przyszła kolej na niego. Zaschło mu w gardle toteż pierw pociągnął łyk z bukłaczka i rzekł;

- Wybaczcie..ale upał dziś straszny. Mówcie mi Amadeus. Mieczem tatko mi kiedyś pokazywał jak to się macha, toteż sobie ani kompanom palców nie utnę. Łuk mi obcy bo to dla wąskodupców prędzej przeznaczone...A poza tym to ciekaw co to za ropucha w kanałach strachu napędziła niejednemu... bo wiecie, jakiś czas wiedzę jakąś tam pobierałem no a że teoria a praktyka to dwie różne sprawy to ...ciekawość mnie tu sprowadziła. - jakoś to było mało składne zapewne, ale cóż...efekty wieczornych zabawa nie znikają tak od razu.

Po tych słowach usiadł marząc by dzień się skończył, ptaki przestały głośno śpiewać i jakaś miła dziewczyna zrobiła mu okład z młodych piersi.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)

Ostatnio edytowane przez valtharys : 29-05-2013 o 20:02.
valtharys jest offline  
Stary 30-05-2013, 01:23   #9
 
Trollka's Avatar
 
Reputacja: 12318 Trollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputacjęTrollka ma wspaniałą reputację


- Ruszże się leniwy darmozjadzie! - wibrujący jazgot starej kobiety doprowadzał do szału wszystko co żywe w promieniu dobrych kilkunastu metrów. Dwa tłuste kocury, zazwyczaj grzejące się przy komiku, teraz przebierając szybko grubymi łapami uciekały przez okno, pozostawiając po sobie tylko smród moczu i kłęby latającej sierści. Nawet wielgachny pająk, tkający sieć w kącie przy suficie, podwinął wszystkie osiem odnóży i w wielkim pośpiechu opuszczał nieprzyjemne poddasze, kołysząc zirytowany napuchniętym odwłokiem. W małym pokoik pozostała jedynie stara, bezzębna prukwa i jej młoda pomocnica, ucierająca w milczeniu kolejne maści, odmierzająca różnorakie proszki i warząca mikstury pod okiem wiekowej wiedźmy.

"Aptekarki" - poprawiła się w myślach. Teraz i ona należała do przedstawicieli tego jakże szlachetnego i ważnego dla społeczeństwa zawodu. Rodzice pękaliby z dumy, gdyby mogli ją teraz ujrzeć.

Aine miała może siedemnaście lat, długie kręcone czarne włosy i wesołe ciemnozielone oczy, otoczone kurtyną długich rzęs. Drobna twarz o wysokich kościach policzkowych, lekko zadartym małym nosie i pełnych wargach wyrażała spokój i opanowanie, jakby harmider czyniony przez drugą kobietę nie robił na niej najmniejszego wrażenia. Poplamione odczynnikami wąskie palce pracowały pewnie i z wprawą mieszały odpowiednie składniki. Czarna koszula i wąskie skórzane spodnie, które dziewczyna miała na sobie, widziały z pewnością lepsze czasy, ale wciąż pozostawały czyste i w dobrym stanie. Sprawnie przełożyła przygotowaną przez siebie breję do kamiennego słoiczka i podsunęła go starej pod nos do oceny. Ta tylko chrząknęła z aprobatą po czym machnęła sękatą dłonią.

- No, nie spieszyła się. Biegnie tera tam gdzie miała biec, na dzisiaj skończyła. Jest wolna - wskazała brodą drzwi, a młodej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Dygnęła lekko i już zbiegała po schodach, pokonując po trzy stopnie naraz.

W drzwiach wejściowych zderzyła się jeszcze z synem pracodawczyni, ale jak zwykle nie zaszczyciła go nawet spojrzeniem. Pryszczaty gnojek o aparycji kija od szczotki zatchnął się przyciśnięty do framugi, nie śmiał jednak skomentować jej obcesowego zachowania. Minęła go i ruszyła szybko przed siebie.

"Czy ja wiecznie muszę się wszędzie spóźniać?" - przemknęło jej przez głowę, gdy na złamanie karku pędziła wąskimi uliczkami miasteczka wprost do świątyni Shayli. Praca u starej wrony nie należała do specjalnie trudnych, jednak dziewczynę nudziło już siedzenie w jednym miejscu i codzienna monotonia wykonywania tych samych czynności. Nie chciała za kilkadziesiąt lat upodobnić się do aptekarki. Siedzenie w fotelu i zrzędzenie cały dzień nie było dla niej, brakowało jej nowości, ruchu, zmian.

Gdy zdyszana dobiegła a plac świątynny zastała tam czekającą grzecznie siódemkę obcych i na chwilę straciła rezon. Sami mężczyźni i do tego jeszcze nie wszyscy byli ludźmi...no ale czego się spodziewała? Żadna normalna kobieta nie podjęłaby się szwendania po kanałach w poszukiwaniu czegoś co porywa ludzi. Wszystkie jej koleżanki, a miała ich aż dwie, pukały się w czoło gdy opowiadała im o swoich planach pomocy straży i duchowieństwu. Głupie gęsi wyzwały Aine od wariatek po czym powróciły do noszenia piwa klientom karczmy, pozwalając się przy tym perfidne macać po pośladkach.

Uśmiechając się nieco nerwowo odgarnęła kosmyk kręconych, kruczoczarnych włosów, który przykleił się do lekko spoconego czoła." Nie dość że jedyna dama w towarzystwie to do tego na pewno najmłodsza" - pomyślała z przekąsem. Nigdy nie należała do osób wysokich. Z nieznajomych przerastała wzrostem tylko krasnoludy i psa. Nie był to jakiś specjalny wyczyn, ale i tak poczuła się odrobinę pewniej. Podeszła do grupki i zerkając ciekawie to na jednego to na drugiego jegomościa, czekała aż zostaną poproszeni do środka.

Nie trwało to długo. W końcu stanęli wszyscy przed przyjaznym obliczem kapłana i mniej przyjazną mordą kapitana straży. Dziewczyna z zainteresowaniem słuchała słów pozostałej siódemki, zapamiętując kto czym się zajmuje i jak ma a imię. Gdy przyszła jej kolej uniosła pewnie głowę, odrywając wzrok od frykasów piętrzących się na stole. Dopiero patrząc na jedzenie zdała sobie sprawę że nie zdążyła dziś nic zjeść i jest głodna jak wilk. Odchrząknęła, ignorując ssanie w żołądku i zaczęła mówić:

- Aine Röhm, praktykuję u szanownej pani Hoss w jej aptece. Na leczeniu się znam, kości potrafię nastawić i wiem co z czym pozszywać żeby pacjent przeżył. Do tego wtykam wszędzie nos, jak to każda baba, jestem wścibska i potrafię zdobywać informację...a ten...jak któryś podskoczy to wiem za którą stronę trzyma się sztylet - skończyła wesoło, wzruszając ramionami - Pomóc chcę, kilku znajomych straciłam ostatnimi czasy i zrobię wszystko by sprawę zaginięć rozwiązać...może nawet jakiś ocalałych znaleźć, kto wie?

Sięgnęła przez stół, porwała z półmiska kawał sera po czym ponownie usiadła na brzegu krzesła. Wetknęła sobie jedzenie do ust i zaczęła intensywnie przeżuwać na znak, że nic więcej do dodania nie ma.
 

Ostatnio edytowane przez Trollka : 30-05-2013 o 01:44.
Trollka jest offline  
Stary 02-06-2013, 15:55   #10
 
wysłannik's Avatar
 
Reputacja: 147 wysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znanywysłannik wkrótce będzie znany
Otworzył lekko jedno oko ale musiał zmrużyć zaraz oba, gdy promienie słoneczne uderzały go w twarz. Odwrócił głowę w drugą stronę i przykrył się kocem.
- Co wieziecie? - zapytał strażnik woźnice
- Towary na sprzedaż. Ziemniaki, kapustę i nieco marchwi. Tydzień planuje się zatrzymać i przy okazji rodzinę odwiedzić. - odrzekł chłop z wozu
- To opłatę uiścić i możecie ruszać dalej.

Dalej już nie mógł spać. Brukowana miejska droga całkowicie to uniemożliwiała, a do tego odgłosy miasta; kupców drących się na całe gardło zachwalając swoje towary na straganach, dzieci biegające między domami, płacz niemowlęcia, którego matka była zajęta rozmową z sąsiadką i tym podobne odgłosy. Miasto w samo południe.

- Wstawajcie, panie. Dojechaliśmy do miasta. Tutaj jest gospoda, o której wam mówiłem, tanie pokoje i dobre żarcie. - powiedział chłop szturchając lekko leżącego na wozie krasnoluda.
Krasnolud wstał i przeciągnął się wydając przy tym dziwny gardłowy dźwięk. - Świetnie. - powiedział zeskakując z wozu. - Wezmę tylko swoje rzeczy. Ile to ja wam miałem dać?
- Daj pokój, panie. Wystarczy żeś mnie historyjką górską uraczył. Downom nie słyszał żem takiej ciekawej opowieści. A przecież i długo was nie wiozłem i na dodatek w tę samą stronę. Gdy będzieta jeszcze kiedy w Tauer to wpadnijcie. Może znajdę dla was jeszcze co do roboty, a może znowu opowiecie jaką opowieść.
- W takim razie jeszcze raz dzięki Hugo. Jak będę w pobliżu to na pewno odwiedzę. - powiedział ściskając dłoń chłopa


Do świątyni wszedł powoli. Spodobał mu się panujący w środku półmrok. Pasował do krasnoludzkich oczu, przynajmniej tutaj Hargin mógł czuć się prawie jak w domu. Przyjemnym było jeszcze czucie na skórze chłód jaki bił z kamiennej posadzki i ścian.
W końcu do grupki, którą Hargin ocenił jako... różną ale nie nieprzyjemną, dołączyła kobieta, najpewniej kapłanka i zaprowadził ich w dół do sali, w której wszystko miało się zacząć.

Hargin Gildorhn ubrany był w ciemnobrązowy płaszcz z kapturem, który teraz jednak nie znajdował się na głowie krasnoluda. Na plecach miał zarzuconą okrągłą tarczę na której widniał krasnoludzki znak. Jego jasnobrązowa broda była bardzo zadbana a przez jej środek przechodził jeden długi warkocz.
Do kapitana straży nic nie miał, mimo że wydawał się nieprzyjemnym gościem. Hargin wiedział że w takiej robocie trzeba mieć silny charakter, a tutejszy kapitan chyba go posiadał.
- Nazywam się Hargin Gildorhn i jestem tarczownikiem z Gór Szarych. Jako członek elitarnej grupy górskich wojsk znam się dobrze na tunelach i tym podobnych. Pod ziemią, w tunelach czy kanałach walczę tak dobrze jak na powierzchni - dumny był z bycia tarczownikiem, co podkreślił w wymowie.
 
__________________
Inkwizycja tylko wykonuje obowiązki, jakie na nią nałożono. Strach przed nią jest zbyteczny; nienawiść do niej, to herezja." - Gabriel Angelos, Kapitan 3 Kompani Krwawych Kruków.

Ostatnio edytowane przez wysłannik : 11-06-2013 o 21:15.
wysłannik jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166