Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-02-2014, 15:01   #1
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
[WFRP 2ed] Potępieniec

Słońce, i tak słabo widoczne zza grubej zasłony chmur, chyliło się już ku zachodowi barwiąc krwawą czerwienią ciężkie ołowiane chmury, z których nieustannie już od kilku dni leciał ulewny deszcz a ziemia raz po razie rażona była piorunami. Robiło się coraz ciemniej, a barka niespokojnie bujała się na wzburzonej rzecze, fale jedna za drugą przelewały się przez pokład moczą członków załogi oraz pasażerów i ich dobytek. Sternik rozpaczliwie starał się utrzymać barke w głównym nurcie rzeki tak, żeby gwałtowne fale nie zrzuciły jej na mielizne lub nie roztrzaskały o brzeg, Według słów kapitana, już tylko ze dwie mile zostały do zajazdu nazywanego "Człowiek w Kapturze" pasażerowie jednak, przemoknięci i zziębnięci niezabardzo dawali wiarę jego słowom a w ich umysłach już rysował się obraz noclegu na barce przycumowanej na brzegu, bez ciepłej strawy i możliwości ogrzania się i wysuszenia dobytku. Sytuacji nie poprawiało to, że z lasu rosnącego na brzegach co rusz dało się słyszeć nienaturalne wycie, które mogło być odgłosami zarówno dzikich zwierząt, jak i mutantów i zwierzoludzi zamieszkujących okolicę, dzwięki te, przerywane tylko hukiem grzmotów, nie nastrajały do pozytywnego myślenia. Szczególnie ostatni, nienaturalny kwik jakiegoś zwierzęcia, które najprawdopodobniej zostało zaszlachtowane przez źródło wycia.
Po pewnym czasie, kiedy ziąb i przemoczenie osiągnęły już apogeum, a wizja noclegu w terenia na stałe wyrysowała się przed oczami załogi i pasażerów barki, w oddali dało się ujrzeć nikłe światło, starające przebić się przez zasłonę stworzoną przez lejącą się z nieba wodę. Kiedy kolejna błyskawica przecięła niebo i rozświetliła okolice, było już pewne, przed sobą mieli zabudowania, wizja noclegu pod gołym niebem szybko rozwiała się a w umysłach wszystkich obecnych na barce zaczęły się rozmyślania o ciepłej kąpieli i posiłku.

~***~

Sternik używał wszystkich swoich umiejętności żeby utrzymać barke w nurcie rzeki, a następnie doprowadzić ją do przystani. Podróżni mieli dużo szczęścia że przystań znajdowała się na tym samym brzegu co zajazd bo jak się szybko okazało, lina, służąca do prowadzenia promu była przecięta, a sam prom został porwany przez nurt wzburzonej rzeki. Kiedy postawili nogi na przemokniętych deskach zobaczyli budke przewoźnika, w której nie paliła się nawet świeczka w oknie, właściciela budynku w zasięgu wzroku nie było widać. W odległości kilkunastu jardów majaczyły światła zajazdu o wdzięcznej nazwie "Człowiek w Kapturze".

 

Ostatnio edytowane przez piotrek.ghost : 09-02-2014 o 21:44.
piotrek.ghost jest offline  
Stary 09-02-2014, 22:02   #2
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Anzelm, jako szlachcic, podróżował na własnym wałachu, którego nazwał Brutus. Koń może nie był najlepszej maści, ale za to idealnie pasował do swojego pana. Również miewał humory, zdawał się mieć swój własny świat a jego ulubionym przysmakiem były..pieczone jabłka. Na pierwszy rzut oka Anzelm wydawał się być poważnym, nie posiadającym humoru bogatym synem jakiegoś szlachcica, lecz przy bliższym dopiero poznaniu można było z łatwością zauważyć, że to tylko fasada. Chętny do rozmów nawet na najbardziej przyziemne tematy, nie wywyższał się ani nie dawał nikomu odczuć, że teraz jest wyższego stanu od innych.

Anzelm podróżował wraz z Khazadem, który co jakiś czas zwracał się do szlachcica “Wujaszku”, ale zdarzało się to sporadycznie. Ta dwójka rozmawiała ze sobą dość swobodnie i w zachowaniu Anzelma nie było widać, że traktuje Helva jako swojego “służącego” czy “podwładnego”. Raczej ich stosunki były bardziej oparte na wzajemnym zrozumieniu jak i szacunku, co dla nie których mogło wydawać się to dziwne.

Sam szlachcic był mężczyzną dość wysokim, bowiem mierzył lekko ponad sześć stóp a w jego niebieskich oczach, można było dostrzec niekończącą się radość, którą musiał ów człowiek czerpać z życia. Bródka, krótko ostrzyżona i zadbana, tak samo jak i wąsy i włosy, które były zaczesane do tyłu. Przy pasie miał schowany do pochwy sztylet, z którym rzadko się rozstawał. Miecz z reguły natomiast miał przytroczony do siodła, przy koniu. Wujcio nie był potężnej postury, co było gołym okiem widać i wskazywały, że szlachcic mógł poznać co to głód. Strój szlachecki był prosty, i idealnie na niego skrojony, choć było widać że pod nim leży dopasowana na niego zbroja skórzana. Cóż niebezpieczne czasy nastały więc i trzeba było mieć baczenie na swoje bezpieczeństwo. W końcu nie raz nie dwa na trakcie Wujcio powtarzał “lepiej chuchać na zimne dwa razy niż obudzić się zanurzony w gotującym kotle”.

Tak samo, jeśli wśród grupy był baczny obserwator, mógł zauważyć jak Anzelm spogląda na biedne dzieci. W tym spojrzeniu było coś rozczulającego i sentymentalnego, bowiem nie zdarzało się często by jakiegoś pensa nie rzucił biedaczkom. A w oku nie raz pojawiała się delikatna mgiełka i łza, choć nigdy głośno Anzelm nie skomentował niczego. W tych kwestiach, jak i o swojej przeszłości, milczał jak zaklęty.

A i herb szlachecki, który widniał na siodle, był dość dziwny i niespotykany. Widocznie albo Anzelm pochodził z bardzo małego i oddalonego gdzieś szlacheckiego rodu, albo… Tak czy inaczej, oddawał on jego osobowość, charakter i tego kim był. A był czasem dziwny, bowiem zdarzało mu się mówić do siebie, śpiewać radośnie czy też odpływać w czasie rozmowy, jakby nagle za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Anzelm znajdował się gdzieś indziej.



Na koniec został oczywiście wózeczek. Wózeczek, który przytroczony na linie do konia, pomykał za wędrowcami. Kółeczka, co by nawet ślepy rozpoznał, przejechały już wiele mil i widziały nie jedno. Sam wózeczek był obłożony kartonami i szmatami, które chroniły jego zawartość. A co tam było, tego nikt poza szlachcicem nie wiedział. Czasem, przy postojach czy noclegu pod gołym niebem widać było jak Anzelm siadał koło wózeczka i coś szepcze do niego. Te “rozmowy” często trwały godzinami, gdy tylko było to możliwe, ale jeśli już ktoś zaczynał podchodzić to Anzelm, zaczął tylko podgwizdywać.
Dla zwykłego obserwatora wyglądało to tak jakby trzymał tam wielkie skarby, lub coś innego, równie cennego. Wujaszek dbał o swój wózeczek, bowiem nie raz i nie dwa czyścił go, czy sprawdzał kółeczka. Coś w nim było. Jakaś wielka tajemnica, którą Anzelm chronił przed oczami ciekawskich.

***
Anzelm po raz pierwszy w życiu płynął barką. Bujało na lewo i prawo, a fale uderzały z mocą o brzegi burty statku. Szlachcic trzymał się kurczowo uzdy konia i spoglądał ze strachem na Brutusa, choć nie odzywał się ani słowem. Noc na bujającej barce, pod gołym niebem nie była czymś o czym mógł marzyć ów wędrowiec toteż modlił się on w duchu do wszystkich “dobrych” bóstw o to by jeszcze tej nocy przybili do brzegu, gdzieś w pobliże zacnej karczmy. Tak, karczma i ciepła strawa była czymś o czym można było pomarzyć choć nic tego nie zapowiadało. Bogowie chyba sprzyjali jednak Wujaszkowi bowiem po wielu trudach sternik dobił do brzegu a migoczące światła ukazały “Człowieka w Kapturze”. Gdy tylko Anzelm postawił kroki na ziemi, sprawdził czy aby na pewno nie śni więc kilkukrotnie podskakując na jednej noce “tańcząc” przez chwilę dookoła własnej osi. Uśmiech szeroki pojawił się na bladej twarzy i szlachcic zaczerpnął głęboko świeżego powietrza. Wizja ciepłego bigosu z wielką, świeżą pajdą chleba a do tego zimny kufel piwa, sprawiła że Wujaszkowi zrobiło się od razu cieplej na sercu. Podszedł więc radosnym krokiem do konia sprawdzając czy i jemu nic nie jest a potem ruszył do swojego Anzelmowego wózeczka, co by się upewnić że wszystko gra i jest porządnie przytroczony do siodła.

Pusta budka nie wzbudziła w podróżniku żadnych emocji, no bo jakby nie patrzeć noc już była, zimno i w ogóle, więc pewnikiem i wartownik poszedł po jakiś dzban wina i jakieś jadło co by o suchej gębie nie siedzieć. Spojrzał więc na swoich kamratów i rzekł radośnie:
- Trza nam ruszać, co by miejsce jakieś do spania jeszcze u karczmarza dostać a i brzuchy napełnić by warto, bo od tego bujania to mi kiszki marsza grają - mówiąc to spojrzał na swojego “ochroniarza” oczekując potwierdzenia swych słów.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 10-02-2014, 14:43   #3
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 30862 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Max z całkowitym brakiem entuzjazmu spojrzał na kapitana, który z całkowitą pewnością siebie zapewniał, że do gospody pozostały tylko dwie mile. Gdyby dostawał srebrnika za każdym razem, kiedy ktoś mówił "to już za chwilę", nie musiałby chyba już pracować.
Nie mówiąc już o tym, że mila mili nie równa, a na dwóch milach wzburzonej rzeki wszystko mogło sie zdarzyć. Z dwojga jednak złego lepiej było siedzieć na pokładzie i liczyć na łaskę Mannana, niż sprawdzać osobiście, jaki apetyt mają sympatyczne stworzonka, wałęsające się po brzegu rzeki.

Poklepał po karku Achata, kasztanka, który zapewne miał podobne jak większość podejście do podróży barką, a potem rozejrzał się dokoła by się przekonać, jak zachowują się marynarze i pasażerowie.
Kapitan mógł sobie opowiadać przerózne bajeczki, ale to zachowanie załogi świadczyło o tym, czy barka znajduje się w niebezpieczeństwie. Marynarze jednak nie rwali włosów z głowy, nie wzywali na pomoc Mannana. Wyglądało na to, że uda się dotrzeć do brzegu, i to nie wpław.

- Światło! Tam! - wrzasnął jeden z marynarzy, a jego krzyk przebił się przez szum wiatru i wody.

***

Max sprawdził, czy nie zostawł na barce jakiegoś drobiazgu, a potem chwycił za uzdę swego wierzchowca.
- No chodź. - Zachęcił Achata do przekroczenia burty i wkroczenia na zalane wodą deski pomostu. - To głupota siedzieć na barce przez całą noc.
Kasztan spojrzał na swego pana, skinął głową, a potem ruszył za Maxem.

- Pewnie gości i tak niewielu tam mają - skomentował słowa szlachcica, zwanego (nie wiedzieć czemu) Wujaszkiem.
Nie wyglądało na to, by ze zwącym go tak, o wiele starszym krasnoludem, wiązały go jakiekolwiek więzy rodzinne.
- Ale i tak warto się pospieszyć - dokończył. - Im szybciej znajdziemy się pod dachem, tym lepiej.

Obrzucił ciągnący się za szlachcicem wózek, wyglądający niczym wózek śmieciarza. Wyglądało na to, że Anzelm był do wózeczka bardzo przywiązany, a dbał o niego, całkiem jakby przechowywał tam ze dwie dziewice.
A w ogóle ten wózek z czymś się Maxowi kojarzył.
Spotkał kiedyś, jak mu było... Alex? Ten coś o Saltzkalten prawił.
Nie, nie. Takie przypadki się nie zdarzają.

- Chodźmy.
 
Kerm jest offline  
Stary 11-02-2014, 00:52   #4
 
Aro.is's Avatar
 
Reputacja: 148 Aro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znanyAro.is wkrótce będzie znany
Katharina dała się poznać towarzyszom podróży jako dobrze wychowana panna z kupieckiej rodziny. Z uśmiechem na ustach szczebiotała wesolutko z chętnymi na rozmowę (których nie brakowało), trzepotała rzęsami i śmiała się z żartów (nawet tych mało śmiesznych). Pasowała do szaro-burego otoczenia mniej więcej w ten sam sposób, co wół do karety. Albo pięść do nosa.

Panna Bonheur wyglądała jako kwiat niewinny, jak to poeci mieli w zwyczaju mówić czy pisać. Ci artyści porównaliby również jej ciemne włosy do bezgwiezdnej nocy lub kruczych skrzydeł, a oczy do miodowych fontann pełnych życia. Katharina nienawidziła poezji, ale zdawała sobie sprawę z własnej atrakcyjności. Dziewczęce lata miała dawno za sobą i teraz mogła poszczycić się krągłościami w miejscach, w których krągłości być powinny; doskonale wiedziała, że skrupulatne podejście do higieny (graniczące z obsesyjnym, jak twierdzili złośliwi) pozwoliło jej zachować jako tako zdrową cerę i nie wyglądała jak jej co poniektóre rówieśniczki.

Efekt dziewczęcej niewinności burzył trochę długi nóż przytroczony do biodra, jeden z takich które można było zobaczyć u myśliwych. Czy Kat była miłośniczką łowiectwa nie wiedział nikt, podobnie zresztą nie było pewności, czy potrafiłaby coś lub kogoś wypatroszyć. Pewnym było, że żelazo nosi nie od parady - poprzedni dzień spędziła na zabawie nożem właśnie. To balansowała ostrze na czubkach palców, to imponowała marynarzom w tej grze, gdzie trzeba było dziabać miejsca między palcami na coraz szybszych obrotach. Wszystko to z widmem niewinnego uśmiechu na ustach.

* * *


- Psia mać! - wyrwało się Katharinie, kiedy poślizgnęła się na mokrej desce pomostu i chwyciła się Anzelma, żeby utrzymać równowagę.

Lejąca się z nieba ulewa nie działała dobrze na samopoczucie, to było oczywiste. Kat poprawiła torbę i owinęła się szczelniej płaszczem, ale nadaremno. Wszystkie warstwy ubrań miała przemoczone, a skórzana kamizela zaczynała być coraz to mniej wygodna. Poruszyła parę razy ramionami i dyskomfort minimalnie zmalał, ale nadal działał na nerwy.

- Zgadzam się z panami. - zaszczebiotała, chwytając Wujaszka pod ramię - Im szybciej zejdziemy z tej ulewy, tym lepiej.
 
Aro.is jest offline  
Stary 11-02-2014, 01:43   #5
 
Dekline's Avatar
 
Reputacja: 1557 Dekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłość
Rudi wyróżniał się na tle pasażerów i załogi. Był niski, mały wręcz, bo cóż tu ukrywać; no był niziołkiem, takim się urodził i takim został. Nie żeby miał z tego powodu jakieś kompleksy, było wręcz odwrotnie, ten zabawiacz tłumów był dumny ze swojego urodzenia. Rudi nosił się raczej porządnie, z dbałością o swój strój któremu daleko było od szlacheckiego, lecz nie były to też łachmany. No toć w końcu nie wypada na dworach u możnych w byle czym się pokazywać. A jeśli już mowa o dworach, bywał tam dość czesto oferując swoje usługi. Pałał się aktorstwem, często również muzykował.

W podróży, ilekroć pogoda dopasowała, zabawiał obecnych grając na fujarce. Dużo czasu przebywał z Kathariną prowadząc żywe konwersacje oraz rozbawiając ją aktorsko odgrywając co bardziej naburmuszonych członków przeprawy którzy, jak się łatwo domyśleć robili się jeszcze bardziej naburmuszeni.

Rudi sprawiał wrażenie wesołka, lecz wytrawny obserwtor mógł dostrzec w tym wyuczoną umiejętność, pozwalającą na wykonywanie swojej pracy w sposób należyty.

****

Niziołek ruszył zaraz za Kathariną. Niewymazywalny uśmiech na jego twarzy spotęgowany faktem ujrzenia celu podróży, oraz tym że właściwie było mu już wszytko jedno jeszcze bardziej się pogłębil.

EEE... Kat, spojnie, złapie cię jakby co - zażartował Rudi na widok upadającej Kathriny.
 

Ostatnio edytowane przez Dekline : 11-02-2014 o 12:07.
Dekline jest offline  
Stary 14-02-2014, 00:20   #6
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 195 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś
Siedział tam i zapijał w ciszy swe khazadzkie smutki. Rzadka wódka, destylat z morskiej wody pędzony na głogu ociekała mu po długich blond wąsach zaplecionych w skomplikowane kłosy. Spierzchnięte, popękane i pokryte pradawnymi bliznami usta wykrzywiły się w grymasie gdy alkohol przelał się przez nie. Helvgrim otarł gębę wierzchem dłoni i zwyczajem rzeźniczym, wtarł resztę wódki w swą bujną jasną brodę. Rytuał to był znany pośród świniobijców co by resztki które z kielicha skapną zachować dla bogów w zaroście. Ci zaś którzy przy ogniu pracowali rzadko podążali za tym obyczajem bo broda łojem czy destylatem nasączona mogła się w żagiew na wietrze płonącą zamienić. Jednak Helvgrim nigdy się tym nie kłopotał i tak też jego dobierane, sięgające za pas warkocze brody mocno były już przesiąknięte wszelką gorzałką, a przecie syn Svergrima znany był iż za kołnierz nigdy nie wylewał. Poza wąsem i brodą tak też i długie gęste blond włosy zaplecione były na krasnoludzką modłę, choć przepocone, brudne i śmierdzące niedźwiedzim sadłem to prezentowały się okazale, a to dzięki przepasaniu ich przez prastare pierścienie które w linii krwi Torvala Ducha Północy wędrowały z ojca na syna. Starożytne pismo aldhrun grawerem było robione w złocie i srebrze, słowa głosiły wolę walki i oddanie, honor i posługę... kiedyś Helv szanował to wszystko, teraz zaś bywało różnie ale szlachetne kamienie i błyszczące kruszce z których stworzono setki lat temu owe pierścienie do włosów, potrafiły przypomnieć krasnoludowi z Azkahr kim jest i jakie jego przeznaczenie. Chwała przodkom za takie cuda jubilerskiej roboty, chwała dziadowi Ranulfssonowi za wspaniały dar jakim były spinki, chwała Smednirowi za pamięć o poległych braciach... Helvgrim wiedział kim jest, dlatego też w smutku wychylił kolejny kielich wódki.

Sverrisson był bliski utracie przytomności, a przecież hańbą było by krasnolud spił się tak jak człecze świnie, jednak nie tego dnia, tym razem był ku temu powód. Helv wspomniał o wydarzeniach które przyganły go w owe strony i zatraciwszy ducha skrył swą twarz w dłoniach. Dobrze zrobił może bo lico Helva było zryte bliznami niczym pole młodego rolnika pługiem, żadnego składu i ładu, po prostu jedno wielkie bruzdowate pobojowisko. Gdyby tylko chodziło o głębokie zmarszczki co słońce i wiatry północy niosły ze sobą w schedzie, ale to nie tylko to. Parszywa blizna po rytualnym okaleczeniu ciągnęła się od prawej skroni, przez policzek aż do linii żuchwy. Ta straszliwa szrama miała przypominać o obowiązku względem świętego żelaza i tak też było, robiła to doskonale ale przypominała też o tym jak zimne jest Zamarznięte Morze północy, o tym jaka jest cena przyjaźni i jaki strach gości dusza gdy nie wie się gdzie dom a gdzie wróg. To była zatem szrama pamięci i jej opowieść miała być dopiero ujawniona w całości. Poza wspomnianą blizną, na twarzy krasnoluda znalazło się miejsce jeszcze dla skóry spalonej oblężniczą naftą, choć i tak po wielu dekadach włosy odrosły na głowie i zakryły znaczną część obrażeń a na prawym policzku i skroni została tylko zdeformowana skóra. Do tego dodać trza było krzywy nos co to go wiele razy łamano w bójkach karczemnych i klanowych zatargach przy stołach Tanów, a i nie raz Helva w nos tarcza rąbnęła zdrowo w potyczce, przez co nos spłaszczył się odrobinę i ku dołowi zaostrzył wyglądając jak sowi dziób.

Prawego ucha Sverrisson nie miał w ogóle, stracił je w zatargu z uruk'azi podczas eskapady w Granicznych Księstwach. Zauważyć tego ubytku za bardzo nie dawło rady bo dziura po uchu pod warkoczami włosów była, ale i tak Helvgrim gorzej słyszał na prawą stronę, trza to było powiedzieć śmiało. Makabra nie twarz w sumie, o tak, facjata krasnoluda malowała się paskudnie. Wszystko to okraszone dziesiątkami małych blizn co to skalny szrapnel pozostawił po eksplozji prochu w tunelu przemytniczym w Faulgmiere na Przeklętych Bagnach. Wspomnieć warto iż wybuch ten nie tylko na twarzy khazada ślad pozostawił ale całe jego ciało siecią blizn pokrył, po gębie i po dłoniach to widać było jednak najbardziej ale narzekać co nie było, wszak wybuch ów syn Svergrima przeżył i tylko to się liczyło. Pod kreskę biorąc rachunek powiedzieć z ręką na sercu można było że ryj azkahrańczyka wstrętny był, do tego dwoje zimnych, błękitnych jak lód norski oczu które nie znały litości ale śmierć widziały już nie raz i nie dwa. Groźba ziała ze spojrzeń i grymasów Sverrissona, nieprzejednanie i zapomniane współczucie, krasnolud ów odstraszał od siebie całym swym jestestwem, ale to nic bo Helvowi wcale to nie przeszkadzało, lubił mieć spokój a jego nieprzyjazny wygląd zapewniał mu go poniekąd. Wszystko miało sie jednak zmienić już wkrótce.

Helvgrim przetarł oczy i policzki palcami tak by zebrać z nich łzy. ~ Mocna wódka. ~ Pomyślał... i myślą tą skłamał. Czekać na co nie było zatem na dłonie wciągnął skórzane rękawice i poprawił klamry na karwaszach, jego potężne ramiona skrywała solidna skórznia nabijana metalowymi guzami, dlatego i tam krasnolud sprawdził rzemienie i pasy. Wszystko było jak należy. Długa, gruba i ciężka kolczuga opinała się na szerokim torsie i spływała aż do połowy łydek gdzie rolę osłony przejmowały krasnoludzkie, wysokie, podkute buty wojskowe. Ten stalowy pancerz leżał jak ulał na wyściółce z wyprawionej koźlej skóry, lnu i flaneli. Tak, co jak co ale Helvgrim odziany był zacnie, jak na woja z wysokich gór przystało, nie bogato, nie biednie, ale solidnie. Od razu poznać było można jego profesję dlatego też w karczmie nikt niepotrzebnych uwag czy kłopotów innych mu nie robił. Paskudna gęba weterana wielu bitew, kolczy pancerz i kilka sztuk zabójczej broni, to wszystko oprawione na krasnoludzkim wojowniku o mocarnej budowie... miejscowe cwaniaczki widać dbali o życie swe jak trzeba bo nie zakłócili spokoju Helva nawet raz. Sverrisson wstał w ten czas od ławy i ziewnął mocno, przeciągnął się tak że aż mu w karku strzeliło. Na głowę zasadził skórzany pątnik, a na ten wciągnął czepiec kolczy który wcześniej zwisał luźno na plecach. Wojownik z Norski sprawdził czy wszystko ma przy sobie. Sakiewka była na miejscu a w niej sześć srebrnych monet, krasnolud wyjął jedną z nich, zastukał głośno trzy razy o ławę i gdy karczmarz zwrócił na niego uwagę, Helvgrim rzucił mu monetę i kiwnął głową. Karczmarz uśmiechnął się nieszczerze i zrobił dworski ukłon który wzbudził salwę śmiechu na sali. Sverrisson także uśmiechnął się krzywo i kpiąco, chwycił swój gruby, podszyty wełną płaszcz i założył go na siebie, naciągnął kaptur i poprawił niedźwiedzie futro które nosił na plecach i ramionach. Helvgrim zaprawdę pokazywał swym wyglądem że jest dzikim góralem z dalekiej północy, tu nikt oceniający go pomylić się nie mógł.

Cały dobytek Sverrissona mieścił się w małym zawiniątku zrobionym z koca i zabezpieczonym kawałkiem sznurka, a całość khazad nosił na plecach, nie było tego wiele bo w kocu miał jedynie dwa bochenki chleba, kilka połci mięsa, flaszkę mocnej gorzałki oraz hubkę i krzesiwo. Tyle, to był cały majątek Helvgrima który sypiać zwykł pod gołym niebem, okryty jedynie kocem. Czego mu więcej do szczęścia było trzeba? Podróżował szybko i lekko, nie miał poza życiem niczego czego mógłby żałować gdyby to stracił, nic go nie spowalniało i nie utrudniało mu ruchów. Prawda, łatwo nie było bo często okrutnie wiało lub padało z nieba wprost na łeb, zimno potrafiło uprzykrzyć życie, ale gdy rankiem na trakcie przyszło się zbierać, Helvgrim potrafił być w drodze zaraz po przebudzeniu. Mógł pojawiać się i znikać w każdej chwili, nigdy nikt nie wiedział gdzie obozował i nie było go widać z traktu. Taki już Helvgrim był, wojownik z dalekich gór dla którego trudy na szlaku były chlebem powszednim. Wspomniane trudy zaś syn Svergrima Valrikssona rozwiązywał najczęściej żelazem, a tego miał pod dostatkiem przy sobie. Dwa miecze skryte były w pochwach które przypięte były równolegle na plecach. Kolejne dwa ostrza lecz krótsze odrobinę, zdobiły prawe i lewe biodro khazada w czernionych pochwach. Za jeden z pięciu mocujących zbroję i broń szerokich pasów, Helvgrim wciśnięte miał dwa sztylety o prostych ostrzach... to wszystko to i tak było sporo, ale nie dla Sverrissona który w zwyczaju miał podróżowanie jeszcze z dwiema najprostszymi pod słońcem Grungniego, siekierami. Bardziej narzędzia niż broń, tych Helv używał nie tylko w boju ale i do przygotowania ogniska czy schronienia na noc w dziczy. Zazwyczaj siekiery nosił za pasem, tak było w mieście czy we wsi lecz gdy tylko próg osady przekraczał i wchodził na szlak tak oba ostrza od razu odnajdywały swą drogę do dłoni wojownika. Sverrisson miał głęboko w dupie co kto o nim myśli, niósł swą prostą broń z dumą, gardził tymi którzy go oceniali a wzrokiem szukał niebezpieczeństwa i celu dla swych rdzawych sióstr jak zwykł mówić na swe siekiery.


Taki właśnie był Helvgrim Torvaldur Sverrisson, syn Svergrima Kearna Valrikssona kapitana Żelaznej Gwardii pod rządami króla Thangrima Ognistobrodego, syn Sigridr Vigdis, córki Headira, wybranej Rinn którą opiewają w Hervarar, wnuk długobrodego Valrika Irge Ranulfssona poległego w kazamatach twierdzy Azkarh. Potomek krwi Torvaldura Ducha Północy, dziedzic Grongaz, klanu Gromrilowego Kowadła pod flegiem Vulkhrundu. Krew z krwi kapłanów Ejsgardu, panów Skadi. Helvgrim... wojownik, przyjaciel, biedak, tułacz, pijak i morderca.

To właśnie wtedy, tego smutnego jak pizda wieczora, Helv poznał Anzelma w zajeździe Dwanaście Dębów, przy trakcie na Averheim. Szlachcic stał i patrzył w gwieździste niebo, szukał czegoś na nieboskłonie w zamyśleniu. Helvgrim zaciekawił się tym dziwnym jegomościem, bo i on czegoś szukał... celu w życiu, który to właśnie odnalazł w słowach Anzelma. Takie były początki ich znajomości.

***

Krasnolud był przemoknięty na wskroś. Ludzcy bogowie uparli się by naszczać na swój lud za wszelką cenę a przy okazji na kudłaty łeb Helvgrima. Khazad siedział na barce pod głównym prawym wręgiem i rzygał na deski pokładu. Mało go obchodziły nienawistne spojrzenia załogi na to że podłoga pełna jest kawałków nieprzetrawionego jedzenia. To była ta sama załoga która wygrała od Helva w kości dwadziścia trzy miedziaki, zatem na pohybel skurwielom za to. Krasnolud siedział sam. Swoją osobą Helv nie zadręczał szlachcica von Mull'a, wystarczyło że Anzelm płacił i akceptował sposób bycia Sverrissona, to było i tak wiele. Reszta drużyny zaś, bretońska samica o niepospolitej urodzie i aurze pewności, konkretny w słowie człek na którego wołano Max i halfing, dziarski i wesoły jegomość o przenikliwym spojrzeniu, to z nimi przyszło podróżować Helvgrimowi i dziwna to była kompania ale co by nie mówić, od wszystkich wspomnianych wiało dobrą wróżbą. Sverrisson widział bociana lecącego na południe gdy spotkali Katharinę i Rudiego, Maxa zaś poznano w dzień Wielkich Starców wedle kalendarza khazadów, zatem zanosiło się że kompani są godni uwagi i w czynie zaprawieni. Szczęście w nieszczęściu jak to mówią, dobrzy towarzysze w niedoli... a do niedoli dojść miało przecie, innego życia niż pod górę Sverrisson wszak nie znał.

- Co to za cholerstwo po lasach grasuje w taki ziąb? - Marudził pod wąsem Helv gdy złowrogie wycie narastało gdzieś z brzegu rzeki. Zaczął zbierać się do opuszczenia przeklętej barki, bo Helvgrim statków i łodzi wszelkich nie lubował zbytnio. Sprawdził broń i przetarł twarz... nabrzeże było już widać z daleka. Gdy sternik podbił do brzegu i barka uderzyła o pomost Helv myślał że deski puszczą i krypa zatonie w cholerę ale tak się nie stało. Na szczęście.

Krasnolud przeskoczył burtę i stanął na deskach po czym pomógł by sprowadzić wózek Anzelma z pokładu barki. Trochę się posiłował z wagonikiem ale się udało. Sverrisson poprawił swój ciężki od wody płaszcz i przemoczone futro niedźwiedzia które nosił na barkach.

- Racja święta pod księżycem. Jakby noclegu nie było to niech karczmarza bogowie mają w opiece. - Odpowiedział całkiem poważnie na słowa Anzelma Helv i splunął ciężka zieloną flegmą w nurt rzeki. Słowa Kathrin i Maxa krasnolud przyjął przytaknięciem a komentarz Rudiego wywołał u Helva rubaszny uśmiech i myśli o tym niepozornym halfińskim zboczuhu, który lubił ratować damy w potrzebie.

Przecięta cuma nie spodobała się Sverrissonowi bo jak rzeka wylać miała to łodzie leżałyby brzuchami do góry na brzegach, tymczasem nie było nawet jednej łodzi w zasięgu wzroku ale cumy być powinny gdzie trzeba. Do tego budka mytnika też była pusta. Noc nocą, ale mało kto z podatku rezygnuje nawet w tak przeklęty i ulewny czas, bo przecie każdy musiał tu wiedzieć kiedy barka do brzegu przybija. Mytnik zatem albo dał nogę ze strachu przed czymś albo leżał gdzieś pijany, a może poszedł na miskę gorącej kapusty do gospody? Helvgrim nie poświęcił dużo czasu na rozmyślanie o tym wszystkim a swoimi podejrzeniami nie dzielił się z towarzystwem, nie było co robić wideł z igły i siać zamętu. Na wszelki wypadek jednak siekiery wysuneły się z frogów i spoczęły w dłoniach krasnoluda.

- Paskudna noc. - Skomentował jeszcze khazad i rozjerzał się uważnie. Światło w oknach karczmy działało jednak jak złoto na biedaka. Obietnica gorącej zupy i bochenka chleba w ciepłym i suchym pomieszczeniu robiła swoje. Helvgrim nie próżnował, wkroczył na rozmokłą drogę prowadzącą do karczmy i upieprzył się cały błotem. Podparł barkiem tył wózka Anzelma i pchał go, pomagał koniowi by ten przedarł się przez głebokie i podmokłe bruzdy czarnej jak noc ziemi. Smutek uszlachetnia ponoć ale bez pracy nie ma kołaczy, dlatego Helv wziął się właśnie do roboty za którą mu płacono.
 
VIX jest offline  
Stary 16-02-2014, 22:30   #7
 
piotrek.ghost's Avatar
 
Reputacja: 240 piotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie cośpiotrek.ghost ma w sobie coś
Deszcz lał się z nieba jakgdyby wode z cebra ktoś wylewał, nieprzyjemnie wlewał się za kołnierz i przyklejał odzienie do skóry. Droga była tak rozmokła że buty i i koła wózeczka grzęzły jak w błocie jak w gnoju, przynajmniej mieli nadzieje, że było to tylko błoto bez dodatku szczyn i gnoju, jednak zważając na bliskość karczmy mogły to być płonne nadzieje. Z każdym krokiem ich nogi ślizgały się, grożąc upadkiem w kleistą breje pokrywającą drogę, która powoli przypominała bardziej strumień niż drogę. W końcu dotarli do bram zajazdu, niestety żaden chłopak stajenny nie był na tyle uczynny żeby w taką pogodę wyjść im na spotkanie, musieli więc sami odprowadzić konie do stajni a wózeczek Anzelma do wozowni. Deszcz lał się z nieba.

Kiedy otworzyli drzwi do karczmy niemalże wpadli na pijanego mężczyznę wytaczającego się z karczmy.
-Kuhwa!-wybełkotał wytaczając się-Ide do...hic!...roboty bo jeszcze ktoś pszzypłynie i sałe...hic!... sałe myto jak pssssu w dupsko bydzie.-wołał do szynkarza i wyszedł w deszcz. Zdołali tylko usłyszeć jak wyklina wszystkich bogów starego świata za złą pogodę, jednak jego słowa zostały zagłuszone przez rozległy grzmot, który przetoczył się po niebie.


Kiedy drzwi karczmy zamknęły się, przyjemne ciepło zaczęło przebijać się przez przyklejone do ciała ubrania, zapach ciepłego domowego jadła wymieszany z zapachem palącego się drewna przyjemnie wypełniał wnętrze budynku. Za szynkwasem dojrzeli opasłego mężczyznę wycierającego brudny kufel jeszcze brudniejszą szmatą, za jego plecami dało się ujrzeć przejście do kuchni w, której jakaś kobieta mieszała coś w wielkim kotle stojącym na palenisku. Od czasu do czasu kobietę zasłaniała młoda pulchna dziewczyna, o której z podobieństwa można było wywnioskować, że jest córką grubasa za barem. Kilka stołów było zajętych jednak karczma wyglądała na dosyć pustawą. Nie było problemu ze znalezieniem pustego stołu.
 
piotrek.ghost jest offline  
Stary 17-02-2014, 17:25   #8
VIX
 
VIX's Avatar
 
Reputacja: 195 VIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie cośVIX ma w sobie coś


- Wanrag Varr an' urh Zak Zharr. - Helvgrim przemówił do siebie szeptem w khazalidzie. Od dawien dawna nie używał dialektu falg i od dawien dawna nie widział drugiego khazada. ~ Czyżby synowie i córki Grungniego i Valayi opuścili tę krainę ?~ Zastanawiał się azkarhańczyk. Los zdawał się doświadczać Helvgrima na swój okrutny sposób. Zostawił wielu towarzyszy w przydrożnych grobach, innych skrytych na wrzosowiskach pod niewielkimi stosami kamieni, jeszcze innych w zapomnianych kurhanach w lasach których nikt nie nazwał... nie było wielu takich których Sverrisson pożegnałby uściskiem dłoni i by rozstali się na trakcie lub pod dachem oberży... a szkoda. Wielu zacnych kompanów bogowie wezwali do siebie choć ci nie byli na to jeszcze gotowi, a Helvowi jakoś przeżyć się udało. Tyle razy, tyle ran, tyle lat, krasnolud żył i niósł w sercu swą smutną kronikę, obawiał się jednak że być może kolejnym kompanom przyjdzie biesiadować z przodkami już wkrótce. Kto wie, może właśnie szczęśliwa z pozoru passa dobiegła już kresu?

Helv pchał wózek i spoglądał raz po raz, spod swych krzaczastych brwi, na Anzelma. Szlachcic był zaprawdę dobrym człekiem i khazad wiedział że będzie bronił go do śmierci, jego lub własnej. Jednak ten cały wózek to było nielada dziwactwo ze strony Anzelma i jeno sam właściciel wiedział co na ów wózku się znajduje. Sverrissona nie ciekawiło to, wiedział że jeśli szlachetka uzna za konieczne by poinformować swego podkomendnego o zawartości znajdującej się pod płachtą to tak właśnie zrobi. Całość spowalniała pochód co prawda ale szczęściem wszystko to nie było takie cieżkie na jakie wyglądało, dlatego grzęznąc w błocie po kolana, krasnolud pchał wózek tak długo aż ten nie stanął u celu, w wozowni. Helvgrim otrzepał się z co większych grud błocka które przykleiły się do ud i spojrzał na bramę.

- Człeczyny tu bardzo ufne co? Okolica taka sobie a brama po nocy rozwarta stoi. Widać sami głupcy tu lub strachu w sercu nie mają. - Krasnolud skomentował tym sposobem otwartą bramę, brak stajennego lub kogokolwiek kto by strzegł zajazdu nocą przed banitami lub czym gorszym jeszcze co z lasu wyleźć może.




Pijany mytnik w drzwiach w sumie nie zdziwił krasnoluda, a mytnik to był na pewno wnosząc po jego przerywanych czkawką słowach. W pierwszej chwili Helv myślał by odepchnąć nachlanego w trzy dupy poborcę na bok i zrugać w kilku słowach za gówniane sprawowanie obowiązków, wszak u khazadów obowiązek był rzeczą świętą... ale gdy zmęczony podróżą Sverrisson poczuł zapach gorzałki od człeka i wyobraził sobie jej smak, złość odeszła na bok a pojawiło się pragnienie. Khazad przełknął ślinę raz i drugi i jego myśli zboczyły na trudny tor, myślał jak pogodzić swą pracę, ba, obowiązek z kilkoma flaszkami wódki? Czy to w ogóle było możliwe?

Potężna błyskawica rozdarła niebo w ten czas i rozświetliła błękitnym światłem okolicę. Helv ostatni raz rzucił okiem na podwórze i przystań na końcu drogi która sama zamieniała się w błotnistą rzekę. Wszystko zdawało się być w porządku, dlatego krasnolud zsunął kaptur i zdjął z siebie płaszcz, kilka razy trzepnął nim tak by usunąć nadmiar wody... po czym przekroczył próg karczmy.

***

Broń i zbroja musiały być widoczne dla klienteli karczemnej, Helv zawsze dbał o ten wizerunek, zapewniał on możliwie dużo spokoju wśród miejscowych. Na dziesięciu ludzi czterech zawszo miało zwyczaj wszczynać burdy, z tych wspomnianych czterech groźny wygląd Helvgrima potrafił odstraszyć dwóch, zatem to i tak był dobry wynik w rozumowaniu górskiego wojownika. W tej jednak karczmie, Człowieku w Kapturze, takiej potrzeby raczej nie było, gdzie okiem sięgnąć spokojni byli ludzie, okoliczni wieśniacy lub znużeni drwale, może jakiś podróżny który szukał jedynie ciepłego łóżka, nic poza tym. Spokój i cisza, tego właśnie szukał Sverrisson, spokoju.

-... a zatem to głupcy. - Krasnolud półgłosem nawiązał do swego komentarza który rzucił w wozowni pod adresem zarządców zajazdu i faktu otwartej bramy. Kilka zaciekawionych spojrzeń ze strony obecnych w zajeździe, kilka odwzajemnionych, zbyt nachalnych obserwacji i można było szukać miejsca do spoczynku. Wolnych stołów było mnogo ale w taki ziąb i ulewę najlepsze miejsce było zajęte, nie dziwota. Wskazujący palec Helva obrał za cel ławę która stała najbliżej kominka, siedziało przy niej dwóch ludzi, wyglądali na miejscowych, być może rolników. Za wskazaniem khazad ruszył do owego stolika i stanął przed siedzącymi tam. Przemówił.

- Ja i moi towarzysze strudzeni jesteśmy i przy ogniu ogrzać się chcemy. Kufel warzeńca dla każdego z was za to miejsce . Zgoda? - Syn Svergrima nie był znany z umiejętnych pertraktacji ale pewne sprawy w życiu były proste, nie prosił o wiele i nie oferował w zamian wiele, liczył na ugodowość miejscowych... i nie pomylił się.

- Stoi. - Przytaknął jeden z mężczyzn, miał rozbitą wargę i spracowane dłonie, jego usta uniosły kąciki w lekkim uśmiechu po czym otworzyły się ukazując przegniłe zęby. Chłopina cieszył się jakby zrobił interes życia. Chwycił swój kufel i kiwnął towarzyszowi, po czym obaj wstali i zasiedli przy stole pod ścianą.

Helvgrim usiadł przy ławie i dał znak głową Anzelmowi że najlepsze miejsce przy kominku jemu zarezerwował. W ten czas zdjął też buty i zaczął czyścić sztyletem podeszwy z błota. W karczmie śmierdziało gotowaną kapustą, mokrym psem, ludzkim potem, suszącymi się ubraniami i palonym opałem, dlatego zapach śmierdzących stóp Helva nie był właściwie wyczuwalny. Gdzieś w tle krasnoludzki nos rozpoznał też woń świeżego chleba i pieczonego drobiu ale to może jedynie utrudzony rzeczną podróżą umysł płatał figle. Trud było powiedzieć.

Po chwili zjawił się karczmarz i rozpoczął tyradę którą każdy podróżnik słyszał po tysiąckroć, a wszystko to by zarobić choć pół miedziaka więcej.

- Oberżysto, zapach waszej potrawki czuć było już na dwie mile w górę rzeki, wiesz o tym? - Helv ropoczął wymianę nieszczerości karczemnych i puścił ukradkiem oko do Rudiego, który też pewnie lubił podjeść dobrze jak i Helvgrim. Zamówienia zostały złożone i karczmarz robił swoje. Khazad zaś odstawił buty w pobliże paleniska, zdjął też i wyżął skarpety które położył na butach bo jeśli czegoś Helv nie lubił bardzo to były to właśnie mokre buty. Trudy szlaku syn Svergrima znał dobrze i potrafił z nimi żyć ale to nie znaczyło że je wielbił, gdy była okazja by odpocząć czy osuszyć buciory to należało to zrobić, kto wie kiedy znów trafi się pod dach? To wiedzieć mogli jeno bogowie.

Po dłuższej chwili oberżysta wrócił z kuflami i szklanicami, a krasnolud upewnił się że dwaj którzy odstapili wcześniej stół dostaną swą zapłatę w postaci dwóch kufli warzeńca.

- Na mój koszt, mości gospodarzu, weź sobie kufel i dosiądź do nas. Opowiedz co u was, co słychać na szlakach okolicznych? - Helvgrim zaprosił karczmarza do stołu, jednak w tonie wypowiedzi wyraźnie dało się słyszeć że krasnolud nie bierze pod uwagę odmowy właściciela zajazdu. Wiadomo było wszak że im bardziej spasiony człek tym bardziej rozwiązły bajcarz z niego, a teraz każda wiedza na temat bezpieczeństwa na trakcie była istotna... no, a ten karczmarz był spasiony jak mało kto to i wiedzieć musiał pewnikiem wiele.
 
VIX jest offline  
Stary 18-02-2014, 10:32   #9
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Wujaszek szedł spokojnym krokiem koło Khazada spoglądając smutno w deszczowe niebo. Milczał i tylko co jakiś czas głaskał Brutusa po pysku, uspokajając wierzchowca, który niespecjalnie lubił deszcz. W końcu drzwi gospody ukazały się ich oczom, lecz nim szlachcic skierował się ku nim podążył do stajni. Tam też zostawił swojego konika, co by mógł odpocząć a i miał schronienie przed deszczem. Nim wyszedł pogłaskał go jeszcze po pysku i wyjął jabłko z kieszeni dając swojemu pupilowi do schrupania. Cóż, Wujaszek nie umiał odmówić odrobiny luksusu swojemu towarzyszowi.

Poprawił płaszcz i wszedł do karczmy. Spokojnie, obserwując zebranych i szukając wzrokiem Khazada. Miał nadzieję że, tym razem, obędzie się bez burd i nie potrzebnych spięć. Anzelm liczył tym razem na spokojną noc, bowiem pogoda i tak była paskudna więc nie widziało mu się uciekać w taką porę i to jeszcze nocą. Akurat gdy Anzelm przekroczył próg karczmy, Helvgrim już zagaił rozmową oberżystę. Szlachcic jeno uśmiechnął się tylko pod nosem, bo nie znał Khazada od tej strony. Fakt był towarzyski ale … Cóż innego mu pozostało jak tylko podejść do stołu, przy którym już siedzieli jego towarzysze a tłuścioch zaczynał snuć jakieś to opowieści.

Skinięciem głowy przywitał gospodarza tego przybytku a gdy ten skończył Anzelm złożył zamówienie:

- Witajcie dobrodzieju. Gulasz lub bigos bym prosił, dwie duże pajdy chleba z serem i do tego dzban...albo dwa - spojrzał z uśmiechem na Khazada - piwa i do tego pokój. A raczej dwa..w końcu podróż męcząca, noc długa to i warto by odpocząć

Gdy skończył zaczął się Anzelm dyskretnie rozglądać za jakąś dziewoją, którą mógłby uraczyć jakąś opowiastką no i zaszczycić swoją skromną osobą. Córki karczmarza wolał nie ruszać, w końcu jeszcze urazi gospodarza a ten mu dosypie czegoś do posiłku.

Wujaszek spojrzał jeszcze na wózeczek czy jest bezpieczny i czy nikt nim się zbytnio nie interesuje. W końcu mało to ciekawskich oczu i śliskich rączek krąży po takich miejscach, licząc na szybki i łatwy zarobek. Tak, stare dobre czasy, mu się przypominały choć teraz żyje mu się łatwiej i lepiej. Jednak i to ma swoją cenę. Wszystko ją ma. Żadne szczęście nie jest za darmo, trzeba je po prostu okupić pewnymi wyrzeczeniami lub zrezygnować z czegoś na rzec ... czegoś co daje Ci to większe szczęście.

Gdy karczmarz przyniósł posiłek wzniósł kufel do toastu i skierował go ku krasnoludowi:
- Za przyjaźń... - uśmiechnął się i dodał w duchu "za Filipka"
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 18-02-2014, 12:33   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 30862 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
O drogę z przystani do karczmy nikt nie dbał.
Błoto było po kolana. Nie Maxa co prawda, co ten spoglądał na świat z wysokości siodła, ale Achatowi nijak nie odpowiadało grzęźnięcie w błocku i nie omieszkał rzucić swemu właścicielowi pełnego pretensji spojrzenia. Całkiem jakby nie potrafił zrozumieć tego, że niektórzy mają lepiej niż inni.

Być może zaufanie tutejszych do panującej w okolicy ciszy i spokoju było uzasadnione, ale Max jakoś go nie podzielał. I w gruncie rzeczy podzialał opinię Helvgrima, z tym, że bardziej skłaniał się ku głupocie. I nie omieszkał się tym zdaniem podzielić.

- Głupcy i tyle - powiedział, wprowadzając Achata do stajni.

Staranne wytarcie wierzchowca, usunięcie wszystkich śladów błota, podsypanie obroku... Wszystkim tym powinien się zająć stajenny, ale tego akurat nie było. Albo wolał siedzieć w karczmie, albo wcale go nie było...
W każdym razie Max starannie zamknął prowadzącą do stajni bramę.
Wszystko to zajęło dość dużo czasu, tak ze zanim Max zdążył wejść do karczmy okazało się, ze krasnolud zdołał zająć najlepszy stół. Co prawda nie najbliżej kuchni, z której dobiegały w miarę ciekawe zapachy, ale za to blisko ognia.
Miejsca przy stole było dosyć dla wszystkich, więc Max nie musiał dosiadać się do tutejszych, do obcych. Wśród "swoich", nawet gdyby to była luźna znajomość, zawsze jest lepiej.

- Dla mnie to samo - powiedział, gdy de Mull złożył swoje zamówienie. - Ale piwa tylko kufel.

Czekając aż karczmarz wróci Max raz jeszcze rozejrzał się po głównej izbie, chcąc ocenić stan społeczny oraz nastawienie ogólne bywalców karczmy. Co innego biesiadować wśród spokojnych rolników, co innego w towarzystwie bandy pijanych drwali.

- Można się w stajni przespać - powiedział, gdy karczmarz stawiał tacę na stole - bo nikt tam zwierząt nie pilnuje. I powiedzcie jeszcze, co ciekawego dzieje się w okolicy? Jakieś wycia słyszeliśmy mil ze dwie stąd.
 
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166