Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-01-2016, 20:20   #1
 
Dekline's Avatar
 
Reputacja: 1557 Dekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłość
[WARHAMMER 2ed.] Mróz, głód, lament i zgrzytanie zębów II




  Postaci tragedi


Felix z lasu



Przed wyprawą
Doskonały łowca, lecz z powodu niskiego wzrostu i młodzieńczego wyrazu twarzy zazwyczaj traktowany jak dziecko. Przed straszną zimą był mieszkańcem szałasu w lesie, gdzie całkiem sprawnie zajmował się łowiectwem. W czasie zimy mieszkał w rodzinie leśnika, który go przygarnął.

***

Wyprawa
Pomimo protestów, wyruszył na niebezpieczna wyprawę w nieznane. Od początku dał się poznać innym na swoich umiejętnościach, a z racji bardzo trafnie miotanych pocisków został nawet mianowany demonem - choć niesłusznie. Poza umiejętnościami strzeleckimi miał dobre podejście do dzieci i młodzieży, bardzo szybko wchodził z nimi w kontakt przez co grupa miała dobre i pewne informacje. Podobnie było z dorosłymi którzy widzieli w nim młodzieńca który szuka własnej drogi i któremu należy pomóc.

Marwald Kolekcjoner



Przed wyprawą
Marwald zwany ironicznie "Kolekcjonerem" ze względu na to, że zbiera różne śmieci, który wygląda na to aby stanowiły dla niego wielki dobytek. Jest to człowiek około 180 wzrostu o czarnych, długich włosach i zielonych oczach. Ma około 35 lat i jest postacią bardzo otwartą. Chętnie pomaga innym nawet nie chcąc za to zapłaty. Przemierzając wieś niemal zawsze ciągnąc za sobą mały wózek, który upchany jest różnymi rzeczami takimi jak np.: łopata, łom, jakieś drewna, ściery, koc, lina, młot czy worki, a w samym środku jak gdyby w gnieździe siedzi jego przyjaciel gołąb. Co niektórzy widzieli jak gdyby do niego gadał, ale nikt tego nie jest pewny. Każdy jednak wie, że jest z nim coś nie tak. Często obiecuje ludziom, że niedługo będą lepsze dni i że on w tym pomoże aby tak się stało. Jest przekonany, że wyjazd jest jedyną możliwością na ratunek mieszkańcom tej osady.

***

Wyprawa
Marwald wyruszył w podróż pełen nadzieji i przekonany o swojej wyższości i misji jaką ma do spełnienia. Bardzo przejmował się losem innych, nawet mutantów. Niestety, mało było ludzi którzy podzielali jego zdanie i zabijali każdego z jakąkolwiek oznaką mutacji. Marwald postanowił coś z tym zrobić, wiedział że nie jest sam, że jako wybraniec ma za swoimi plecami samego boga który pomoże mu gdy ten będzie czynił dobrze. Początki były bardzo trudne, lecz późniejsze wydarzenia, napotkane osoby i znalezione przedmioty utwierdziłi go w jego przekonaniu. Śmieciarz jest osobą dzięki której możliwym staje się ocalenie wsi od niecybnej śmierci - i tym razem nie jest to tylko jego wybujała wyobraźnia.

Max zwany Bezuchym



Przed wyprawą
Łowca. Niezbyt wysoki, szczupły mężczyzna; ma w miarę jasne i dość długie włosy. Twarz opalona, oczy szare, lekki zarost. Mieszka w chacie nieco poza wioską. Niezbyt często odwiedza wioskę. Samotnik, niezbyt rozmowny, ale bynajmniej nie złośliwy. Przezwisko jest niezbyt uzasadnione, bowiem Max uszy w zasadzie ma, tyle tylko, że zniekształcone (skutek wypadku w dzieciństwie). Na przezwisko się nie obraża, ale nie reaguje.

***

Wyprawa
Max pomimo udziału w tak ważnym przedsięwzięciu i odpowiedzialności jaka leżała na jego barkach starał sie pozostawać w cieniu, co zresztą mu sie udało. Wszelakie petraktacje pozostawiał reszcie druzyny. Nie oznacza to jednak że biernie przyglądał się wydarzeniom, wszakże jest doświadczonym łowcą który dobrze wykorzystawał swoje umiejętności. Jednakże przyparty do muru i zdany tylko na siebie poradził sobie znakomicie, nie dość że uszedł z życiem to jeszcze pozyskał ważną informację dzięki której drużyna dowiedziała się o prawdziwym zagrożeniu dla ich wsi i osobie która mogłaby im pomóc. Bez niej wędrowcy mogłiby wrócić do rodzinnej wsi nieświadomi zagrożenia, które ujawniłoby się gdy byłoby już za późno.

Konrad



Przed wyprawą
Dobrze zbudowany chłopak, średniego wzrostu o zielonych oczach i długich czarnych włosach które przeważnie są w lekkim nieładzie, ubrany przeważnie strój pasujący do otoczenia panującego obecnie w lesie. Wioskowy łowca, przeważnie lubiany przez większość osób, nie szuka zwady, zwykle pogada i wysłucha jak ma akurat czas. Każdy wie, że już od małego marzy mu się wielka przygoda niczym z opowieści o bohaterach jakie to dziadkowie lubią snuć dzieciom na dobranoc.

***

Wyprawa
Konrad podobnie jak i Max raczej nie wychylał się zbytnio, lecz gdy była taka potrzeba, działał równie zdecydowanie co reszta. Napewno nigdy nie można było odmówić mu odwagi, na przykład gdy w pojedynkę walczył z trzema wilkami. A przecież wyjście było proste, mógł zostawić beznogiego Thorstena - to na nim skupiłyby się wilki a Konrad mógłby bez wysiłku uratować swoją skórę. Podobnie gdy wraz z Waighstillem wyruszył na poszukiwanie spłoszonego konia. Jego znalezienie nie było kwestią czasu, zwierze mogłoby uciec bardzo daleko lub zostać pożartym przez wilki. Pomimo tego Konrad podjął trud podczas gdy reszta leczyła swoje rany i odpoczywała, pierwszy raz od kilku dni pod dachem.


Waightstill



Przed wyprawą
Waightstill, 26 lat, rosły chłop, skromny bartnik-gorzelnik. Czas spędza głównie w borze. Włóczy się po lesie od dzikiej barci do dzikiej barci. Szkoli się u starego mistrza Ingwara, u którego znalazł drugi dom, po tym, jak opuścił ku obopólnej uldze rodzinne gospodarstwo, w którym bardziej przeszkadzał niż pomagał. U Ingwara poznał Frydę love at first sight. Z ciężkim sercem rozstał się z nią na czas wyprawy.

***

Wyprawa
Waightstill starał się byc jak najbardziej przydatny grupie ochotników. Za cel obrał sobie opiekę nad Felixem, czuł się za neigo odpowiedzialny. Dzięki tego sam zainteresowany miał obstawę, nie musiał bać się o własne bezpieczeństwo, tylko wykonywać swoją robotę, zbierać informacje. Jego siła pozwałała mu na marsz z większym obciążeniem, dzięki czemu mogli wziąc więcej sprzętu. Jego postura, podparta spokojnymi słowami gasiła zapał potencjalnych agresorów. Jego spokojny charakter pomógł w nawiązaniu kontaktu z mutantami z Hartwarm, który jest bardzo ważny z uwagi na bliskie sąsiedztwo wsi. Niektórzy słyszac historie z wyprawy mogą powiedziec że przyczynił się do agresji tamtejszego kapłana, lecz cóż to za kapłan który reaguje w taki sposób na słowa, które może dosadne i bezpośrednie, lecz jednak niezbyt przesadzone? Tak, Waightstill z pewnością mógłby postapić inaczej, lecz wtedy ochotnicy nie poznaliby prawdziwej natury kapłana, co mogłoby być opłakane w skutkach.
 

Ostatnio edytowane przez Dekline : 15-01-2016 o 20:35.
Dekline jest offline  
Stary 15-01-2016, 20:40   #2
 
Dekline's Avatar
 
Reputacja: 1557 Dekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłość
 Felix



Oczekiwanie na wyruszenie w góry
Felix z lasu - łowca, zawsze skory do pomocy, miły i prostoliniowy. Bardzo przywiązany do swoich przybranych rodziców. Podczas wyprawy napotkał wiele trudności i niesprawiedliwości tego świata, jednakże nie zmieniło to jego dobrego serca. Trzydzieści dni, podczas których siedział w swojej chacie uczył się uczył się nowych rzeczy i przygotowywał do wyprawy, nie zapominając o przybranych rodzicach.

Felix wkraczał do wsi z niepewnością, widział jak postrzegają go mieszkańcy Armutsiedlunga; jako demona i siłę nieczystą której należy się bać. Dlatego też gdy karawana zbliżała się do wsi Felix trzymał się na uboczu. Co prawda starszyzna wioski wiedziała o jego przybyciu ale z dystansem podchodziła do historii jakie słyszała. Jedynie Jonas zachował zimną krew i zaczepił Felixa jeszcze zanim zebrała się cała wieś:

- Młody, przepraszam za to co teraz powiem, ale to dla Twojego dobra. Tu już pomogłeś, zrobiłeś dla nas bardzo dużo, ale teraz idź do rodziców, pewno Ciebie czekają, nie będę wstanie pomóc ci jak ludzie dowiedzą się o Twoim przybyciu. Wiem o Twojej sprawie, jakoś to odkręcimy, póki co siedz w chacie i nie wychylał się zbytnio.

Prawie całą drogę powrotną do rodzinnej wioski z Felixa zadręczały myśli o tym jak ludzie zareagują na jego widok, zwłaszcza, że wiedział, że jest całe szczęście, że nie mutantem, ale jakimś halfingiem… Dlatego na widok Jonasa mało mu nogi się nie załamały. Po krótkim oddechu ulgi na wieść o tym, że Dieter i Bianka żyją i że ma poparcie władz wioski zapytał się:

- Dziękuję za ostrzeżenie! Zanim z niego skorzystam możesz mi powiedzieć jak oni moi rodzice przeżyli całą tą historię?

- Hm… szczerze, to nie znam szczegółów. Jakoś sobie poradzili, jak każdy zresztą, Bianka podobno zachorowała. Wiesz Dieter też młody nie jest, a drwa do ognia trzeba było przynieść - podobno złapała jakieś choróbstwo i ją rozłożyło. Nikt się tym nie przejmował, były ważniejsze rzeczy

Za namową Jonasa, łowca udał się do Dietera i Blanki, szedł bokiem, mijając chaty i ich mieszkańców. Nie było to trudne gdyż większość powoli zaczęła wychodzi z domów i zmierzać w kierunku placu.

Dom był taki jakim go zostawił wyruszając w podróż. Na szczęście dojście do drzwi było odśnieżone a z komina unosił się dymek - znak że ktoś w środku jest. Drzwi otworzyły się skrzypiac niemiłosiernie, zanim jeszcze Felix się do nich zbliżył. Jego oczom ukazała się licho wyglądajaca postać, która okazała się być nikim innym jak przybranym ojcem łowcy - Dieterem. Mężczyzna nie wygladał za dobrze, nawet pomimo grubego zimowego płaszcza widać było iż jest wychudzony. Ubranie wisiało na nim jak na badylu, policzki miał zapadnienięte a oczy jakby nieobecne. Gdy tylko Dieter zobaczył swojego przybranego syna natychmiast ruszył w jego kierunku obejmując go bardzo słabym uściskiem, a jego oczy zeszkliły się i widać było w nich szczęście. Dieter nie powiedział ni słowa, może nie miał siły a może był zbyt zaskoczony tym spotkaniem. Niestety, z chaty za Dieterem nie wyszła Bianka…

Gdy tylko Dieter wyszedł z chaty Felix podbiegł do niego i serdecznie uściskał i w końcu powiedział:

- Witaj ponownie DIetererze! Jak żyjecie? Jonas powiedział, że Bianka zachorowała...

- Jakoś... - odpowiedział zdawkowo, przez zęby, ledwo otwierając usta, a następnie zaprowadził młodego do kobiety; leżała na łóżku przykryta pierzem który co chwilę unosił się i opadał. Bianka odwróciła głowę w kierunku Felixa i uśmiechnęła się delikatnie. Widać było że ruch sprawiał jej ból. Chciała coś powiedzieć, lecz zanim to uczyniła porządnie kilka razy zakaszlała prawie się przy tym dusząc:

- Dobrze ci widzieć mój mały, wiedzieliśmy z ojcem że wrócisz.

Felix smutno się uśmiechnął i powiedział:

- Przecież nie porzuciłbym tak dobrych ludzi na pastwę losu. Wiedziałem, że niecierpliwie na nas czekacie, niestety Erich zginął i na pomoc jaką zdąbędziemy Armstiedunga. Ano się udało… przybędą tu mieszkańcy wioski Grillcunter i przybyła z nami kapłanka Shallyi z Imperium Victoria. Gdyby Dieter sprowadziłby ją tutaj może by coś pomogła?

- Kapłanka? Tutaj? - wtrącił się w rozmowę Dieter, całkowicie nie zwracając uwagi na resztę wypowiedzi Felixa, po czym wychodząc z pomieszczenia rzucił na odchodne:

- O tak, ona nam pomoże..

Po chwili zniknął za drzwiami, a Felix został sam z Bianką.

- Wybacz mu dziecko, on dalej myśli że ja z tego wyjdę, ale nie mówię mu wszystkiego, nie chce go smucić. Widzisz, to nie jest zwykła grypa, tu potrzebny byłby cud, nic więcej nie jest w stanie mnie urat… - wypowiedz została przerwana atakiem kaszlu, Bianka w końcu odkrztusiła to co jej zalegało, a na podłodze wylądował sporej wielkości glut obmyty krwią i jakąś żółta wydzieliną - to nie był dobry znak.

Gdy Dieter wybiegł z chaty Felixowi zostało tylko zaopiekować się Bianką i oczekiwać jego przybycie z pomocą. A w tym czasie miał sporo czasu na ponure rozmyślania o spustoszeniach wioski jakie widział z daleka, o rozmowach jakie być może w tej chwili toczyli pozostali uczestnicy wyprawy z mieszkańcami wioski i jej władzami. Z kolei stan zdrowia Bianki budził poważne obawy. To co wikichała starsza staruszka przypominały Felixowi paskudztwa, które widział u mutantów.... Miał nadzieję, że Victoria powie, że temu jakoś zaradzi i że nie jest to mutacja.

Dieter długo nie wracał, lecz gdy w końcu drzwi się otworzyły, w progu stanęła dwójka osób: Dieter i rzeczona Victoria. Bianka nie zmieniła swojego zachowania, lecz Dieter miał wyraźnie lepszy humor. Babulinka przysiadła na łożku chorej, chwilę porozmawiały o tym co Biankę boli i w którym miejscu. W międzyczasie Dieter próbował zadawać pytania dotyczące stanu chorej, lecz Victoria tylko się do niego uśmiechała i palcem nakazywała ciszę. Następnie przyłożyła rękę w okolice klatki piersiowej i zaczęła szemrać coś pod nosem. Łóżko zaczęło delikatnie drżeć aby wytłumić się chwile później. Babulinka odjęła rękę i poprosiła Biankę aby wstała.W tym momencie wtrącił się Dieter, mówiąc ze chora ledwo się rusza. Ta miała jednak inne zdanie o stanie swojego zdrowia; odrzuciła pierzynę i przekładając nogi przez łożko usiadła na jego krawędzi. Ledwo żywa starowinka w sekundę zaminiła się w pełną sił nie tak znów starą kobietę. Jej oczy otworzyły się szerzej a na twarzy dało się zobaczyć uśmiech. Dieterj już chciał przytulić swoją żonę, lecz stało się coś nieoczekiwanego, Bianka ponownie zaczęła kaszleć, nie mogła przestać, zgięła się w pół i zaczęła jakby wymiotować, a z jej ust wyleciało sporo krwi, płynów i glutów jakie widział wcześniej Felix. Wszyscy byli przerażeni, tylko Victoria nie straciła rezonu, ponownie się uśmiechnęła i wytłumaczyła że to normalne, choroba ustąpiła, lecz to co złe potrzebuje jeszcze kilka dni aby opuścić ciało Bianki - należy nie tłumić kaszlu i nie wychodzić na zimno.. Wykorzystując szok w jaki wprawiła domowników, Babulinka udała sie do wyjścia

Gdy uradowany Felix zuważył, że kapłanka zmierza do wyjścia poprosił:

- Victorio zostań jeszcze trochę!

- Tak? - babulinka stanęła przy drzwiach jeszcze ich nie otwierając.

- Jak było po wejściu do wioski. Ludzie dużo się pytali?

- Nie mówili za dużo. Chyba większość z nich nie uwierzyła że wróciliśmy, albo byli zajęci jedzeniem. W ogóle się im nie dziwie. Tylko starszyzna chciała mniej więcej wiedzieć jak poszło. Jak załatwią sprawę jedzenia to mają zarządzić zebranie, teraz nie ma na to czasu, są ważniejsze sprawy.

Twarz Felixa pobladła:

Jakie ważniejsze sprawy? Coś się stało? - gwałtownie się zapytał i zaczął się nerwowo wpatrywać w Victorię i Dietera.

- Wiesz, prawie miesiąc na głodzie i do tego choroby. Opowieści z podróży zeszły na drugi tor. Teraz trzeba pomóc ludziom, jakoś dzwignąć się na nogi.

Felix smutno spuścił głowę:

- A zatem dużo ludzi choruje, więc jesteś tam bardzo potrzebna.

- Tak, dlatego muszę tam czym prędzej pójść. Przepraszam, porozmawiamy kiedy indziej. Dbaj o mamę, wyzdrowieje, tylko potrzebuje czasu.

Felix wstał podszedł do kapłanki i rzekł:

- Mi to dziękuję za wszystko! - i uściskał staruszkę, po czym odprowadził ją do drzwi.

Gdy Victoria wyszła Felix zapytał się Dietera:

- A tak właściwie co się działo w wiosce w czasie, gdy nas nie było?

Victoria wyszła zamykając za sobą drzwi, a Dieter usiadł przy łóżku Bianki i opowiedział Felixowi tyle ile wiedział. Felix po wydarzeniach tego dnia był tak zmęczony, że mógł się tylko odwdzięczyć tylko zdawkowym opowiedzenie tego co się działo na wyprawie co uczynił z znużonym głosem.


 Marwald Kolekcjoner


Oczekiwanie na wyruszenie w góry
Marwald, śmieciarz, wybraniec boży, zbawca ludu. Chory psychicznie człowiek przeświadczony o swojej wyższości, jednocześnie dbający o swoich towarzyszy i innych ludzi. Podczas wyprawy napotkał wiele trudności i niesprawiedliwości tego świata, jednakże nie zmieniło to jego dobrego serca.

Trzydzieści dni, podczas których siedział w swojej chacie, powoli zauważał zmiany. Wiele razy spostrzegł u napotkanych ludzi trzecie oko, znajdowało się ono na czole, pośrodku nad tymi które znajdowały się tam normalnie. Był to dla niego sygnał iż osoba którą napotkał jest ważna w jego życiu, i tak też zresztą było. Śmieciarz konsekwentnie dążył do swojego celu. Nie miał zamiaru rozgłaszać tego przed każdym, ale postanowił zgłębić nauki magiczne, tym samym pobierał je u Pani Victorii, czekając końca zamieci i wyczekując znaków. Od babulinki nauczył się wiele rzeczy, głównie o magii, jej pochodzeniu, rodzajach i tym podobnych – aby móc lepiej walczyć ze złym czarodziejem.

Bardzo ważna była również chociażby podstawowa znajomość języka tajemnego. Ze zdziwieniem spostrzegł iż język ten był dla niego zadziwiająco prosty do opanowania. A może to sam Bóg obdarzył go kolejną łaską? Pod koniec zamieci mógł już bez problemu przeczytać prawie cały notatnik. Czytanie trwało dość długo, i na pewno nie mógłby deklamować pisma w tak płynny sposób jak Victoria, nie mówiąc już o pisaniu czegokolwiek,ale mając dłuższą chwilę potrafiłby odczytać prawie każdy tekst.
Marwald był tak zapracowany iż nie zauważył jednej ważnej rzeczy, pewnego dnia zajmując się swoją higiena zauważył dziwną krostę na czole. Na początku zlekceważył sprawę, był zbyt zajęty ważnymi sprawami żeby przejmować się jakimś skórnym wykwitem. Śmieciarz był zmęczony nauką, jego wzrok powoli pogarszał się, a widok zdawał się być coraz to bardziej zamglony. Pewnego dnia, po przebudzeniu, zauważył iż jego wzrok powrócił do normy, a uporczywe swędzenie na czole zanikło, a jego miejsce zajął ból, gdyż właśnie wsadził sobie palec do oka...trzeciego oka. Dodatkowe oko, poza tym że było darem od Boga, pozwalało Marwaldowi widzieć więcej aniżeli normalny czlowiek. Niestety, coś za coś, dodatkowy organ zajął część miejsca przeznaczonego na inny. Słuch Marwalda znacznie się pogorszył. Marwald wiedział doskonale, że wraz z darami przychodzą wyrzeczenia, a wraz z zmianą jaką otrzymał na jego barkach pojawił się płaszcz z kapturem, który nie tyle że dodawał kapłańskiego wyglądu, ale gdy zakładał kaptur to ukrywał to za co człowiek mógł pójść prosto na stos. Trzecie oko mogło by się nikomu nie spodobać, a jak to powiada starszyzna im mniej widać, tym mniej świerzbią łapki. Śmieciarz ukrył oko na co dzień za grzywką zdobiącą czoło, ale także miał wspomniany kaptur, w cięższych sytuacjach jak wiatr czy inne czynniki których grzywka mogła by być zdradziecka.
Czas płynął, a mężczyzna wiele osiągał, lecz także wiele się w nim zmieniło. Nie ganiał już za byle jakimi śmieciami, teraz skupiał się na rzeczach wyjątkowych, które mogły mu posłużyć do celów, jakich nikt innych by ich nie użył. Nie wygłaszał nauk bożych wśród tłumu kilku ludzi, robił to teraz przed całą wsią, czasem darł się tak bardzo, że nie było nie możliwości aby go nie usłyszeć. Dawał nadzieję tym co bali się jutro, bo przecież oni wrócili tak jak obiecali. W dalszym ciągu nie zmieniło się jego niesienie pomocy, bowiem zawsze gdy tylko miał czas biegł pośpiesznie do swego przyjaciela Felixa aby mu pomóc, aby jego przyjaciel mógł się posilić i nie zamarzł. Każdy przecież wiedział, że tamten nie posiadał ręki, a jakiekolwiek wsparcie było dla niego ratunkiem. Marwald po całej tej wyprawie strasznie się za nim stęsknił, teraz chciał to nadrobić, tak samo jak pierwszego dnia gdy przyjechali skrzętnie ukrył trochę jedzenia, które dał właśnie mu. To uczucie, że spełniło się daną obietnice, było to coś więcej niż jakiekolwiek pieniądze, było to coś czego nie da się ot tak otrzymać.

Jednakże dni spędzone na naukach były także dniami prób. Marwald poznawał coraz to głębsze zasoby magicznej wiedzy i oczywiście nie miał zamiaru jej nie sprawdzać.Mężczyzna albo miał talent albo niezwykłe szczęście, które czasem mogło wyglądać jak jakiś pech. Pewnego razu będąc na dworze zauważył świecący się przedmiot, jak nic nie potrafił się opanować. Podszedłszy bliżej zauważył, że jest to kamień, ale nie byle jaki bo krzemień. Uniósł go na wysokości twarzy i się na nim skupił przyglądając, gdy nagle z jego ręki wydobył się niebieski płomień. Śmieciarz wywrócił się ze zdumienia, chowając rękę w śniegu. Okazało się, że nie oparzył się, a owy krzemień postanowił zachować i nikomu o tym nie mówić. Jednakże kamień zniknął wraz z płomieniem. To wzbudziło w nim wiele myśli, jedną z nich była potrzeba zbierania tak bardzo użytecznych przedmiotów.

Teraz był jeszcze bardziej pewny tego, że został wybrany przez Boga. Od kiedy ludzie pamiętali Marwalda, ten zbierał rzeczy, które nie jeden raz nie miały żadnego znaczenia dla innych. Ważnym dla niego było zrozumienie księgi i amuletu.Rankami, gdy wszyscy jeszcze spali starał się przeczytać to co było napisane w języku tajemnym. Jak się okazało to co dla innych wydawało się być pustą stroną dla niego było kartami z tekstem, do tego wszystkiego z wiedzą, która mogła przynieść wiele kożyści. Teraz gdy rozumiał język tajemny potrafił co nieco rozczytać.Nie były to tylko dziwne znaki, a powoli nabierały sensu. Księga zawierała opisy kolejnych sztuk magicznych, lecz Śmieciarz nie kojarzył aby Victoria coś o nich mówiła, a przecież uczyła Marwalda dość długo o typach zaklęć i rodzajach magii. Po dłuższej, głównie z powodu niskiego poziomu umiejętności, lekturze księgi Śmieciarz doszedł do wniosku że pismo traktuje o mutacjach, i co ważniejsze, o sposobie ich odwracania! Marwald dostał kolejnej motywacji, bo przecież o tym mówił wysłaniec boga, który mu ją powierzył. Człowiek wiele się zastanawiał nad swym przeznaczeniem i swoją wyjątkowością, ale nie był w stanie dojść do wniosku dlaczego widzi to wszystko. Pewnego dnia przyszedł mu pewien pomysł, postanowił ściągnąć amulet i położyć obok siebie, tak aby nie mieć z nim kontaktu i w tedy spojrzeć na księgę. Być może to amulet był kluczem i on właśnie pozwalał widzieć zagadkowe stronice tekstu. Marwald patrząc na księgę widział coraz mniej, a gdy amulet leżał już poza zasięgiem ręki Śmieciarza, litery całkowicie znikły ze stronic księgi. Teraz był pewny jednego nikt już nigdy nie może się dowiedzieć o amulecie i jego właściwościach.

Marwald zaczynał być człowiekiem skrywających coraz to więcej tajemnic. Brzemię jakie nosił, będąc wybrańcem boga było bardzo wymagające. Ludzie mogli by tego nie zrozumieć, a co gorsza zbezcześcić. Nie miał zamiaru dzielić się informacjami nawet z Victorią, która go uczyła podstaw. Jego głównym celem był rozwój. Czynił to ciągle za pomocą starszuki i czytania księgi, która była czymś bezcennym. Z biegiem czasu opanował sztukę leczenia naturalnego i początkowe informacje z księgi, które to były swego rodzaju także leczeniem, z tym, że takim jakiego nikt do tej pory nie znał.

Marwald miał wielkie obawy co do korzystania z daru jaki posiadł, obawiał się czy oby na pewno takowe rytuały mogą pomóc. Jednakże był pewny jednego, że w razie potrzeby nie zawaha się. W czasie owych trzydziestu dni wiele się działo, Marwald nie tylko zaczął widywać oczy ale odczuwać magię. Tak jak kiedyś przy kamieniu tak teraz tyle, że z siłą taką jak gdyby było to coś rzeczywistego.


 Max zwany Bezuchym



Oczekiwanie na wyruszenie w góry
Max, samotnik, wychowywany przez ludzi, którzy odeszli gdy był on jeszcze młody. Nie stronił od innych mieszkańców wsi, przychodził czasami do wsi, lecz robił to raczej rzadko,gdyż ludzie pół-żartem nazywali go bezuchym z racji jego przyciętych uszu. Pomimo że był członkiem tej małej społeczności, to zawsze czuł się trochę inny niż wszyscy.

Podczas wyprawy napotkał wiele trudności i niesprawiedliwości tego świata, jednakże nie zmieniło to jego dobrego serca. Trzydzieści dni, podczas których siedział w swojej chacie, powoli zauważał zmiany w jego ciele. Jego skóra straciła swoją naturalną barwę, a na domiar złego dostał dziwnej wysypki – na szczęście nie była ona widoczna. Oprócz dziwnych zmian na skórze odczuł również coś, czego nie potrafił nazwać. Miewał zwidy, kilka razy zdawało mu się,że je posiłek, gdzie w rzeczywistości przykładał do ust łyżkę z zawartością zmarznięta na kość. Po kilku takich akcjach zdał sobie sprawę, że z jego umysłem jest wszystko w porządku, tylko jakimś dziwnym sposobem wysypka na jego dłoniach powodowała zamarzanie różnych przedmiotów. Odkrył, że może decydować, czy dany przedmiot ma zamarznąć, czy nie. Zapewne zwariowałby, gdyby nie to, że podczas drogi powrotnej do wsi mimochodem słuchał opowieści Victorii, która tłumaczyła Marwaldowi zawiłości magii. Max dopasował sobie to, co słyszał, do sytuacji w jakiej się znajdował. Oczywiście nikomu nie powiedział o swojej nowej umiejętności. Wysypka miała również swoje złe strony, ciężej było mu wykonywać wszystkie prace związane z precyzją.

Tej nocy Max się obudził pod wpływem przerażającego snu. Nic z niego nie pamiętał, prócz strachu. Koszmarnego strachu. Strachu, jakiego do tej pory nie przeżył.Przez dłuższą chwilę siedział, usiłując sobie przypomnieć, za wszelką cenę, choćby mały fragment tego snu.

I nic.

Położył się, po czym zamknął oczy, próbując ponownie zasnąć. Ponownie jego usiłowania zakończyły się niepowodzeniem. Pod zamkniętymi powiekami stale widział sceny z wyprawy. Oraz tych, którzy zostali na szlaku, którzy oddali swe życie po to, by ocalić życie mieszkańcom wioski. A on? Czy lepiej by było, gdyby zginął, jak tamci? Zanim spadła na niego klątwa nieznanego mu czarnoksiężnika? Zanim został przeklętym mutantem? Może lepiej by zrobił, gdyby pchnął się sztyletem i oszczędził sobie tego, co go miało niedługo czekać? Coraz większe zmiany, coraz gorsze zmiany? Pierwsze podejrzliwe spojrzenia? Pierwszy rzucony kamień? A potem co? Wygnanie, czy stos? Co jednak da mu śmierć? Nic. Ulgę od cierpień najwyżej, ale pewne rachunki pozostaną niewyrównane.

Natomiast idea wyrównania wspomnianych rachunków zdecydowanie przypadła Maxowi do gustu. Gdyby tak udało się dopaść tamtego maga... Max z przyjemnością podałby mu rękę... a następnie tylko by czekał, aż tamten powoli zamieni się w lodowy posąg. A potem złapałby wielki młot i walnął prosto w łeb lodowej statuy. A potem jeszcze kilka razy, by został na koniec tylko lodowy pył. Zemsta, ponoć, była słodka. Jednak by się o tym przekonać, musiał żyć.I znaleźć kilka osób, które by się z nim wybrały na polowanie na czarnoksiężnika. Mrozu co prawda się nie bał, ale magowi mogły towarzyszyć różne paskudne stwory.Wtedy z pewnością zdałaby się pomoc.

Nie mógł dłużej siedzieć w samotności, z dala od ludzi. Musiał się dowiedzieć, co planują inni. A potem przygotować się do wyprawy.


 Konrad



Oczekiwanie na wyruszenie w góry
Konrad od zawsze był samotnikiem. Sam był sobie panem odpowiedzialnym tylko za siebie. Utrzymywał się głównie z polowań, jego łuk był dla niego najlepszym przyjacielem. Jeśli ktoś miałby opisać Konrada jednym słowem to byłoby to słowo: „Łowca”. Pomimo iż mieszkał na uboczu to nie był aspołeczny, nierzadko pomagał innym, nawet w obliczu zagrożenia jego własnej osoby. Podczas wyprawy napotkał wiele trudności i niesprawiedliwości tego świata, jednakże nie zmieniło to jego dobrego serca. Trzydzieści dni, podczas których siedział w swojej chacie, powoli zauważał zmiany w jego ciele. Zmarniał, lecz wewnątrz siebie czuł się dobrze. Bardzo często, wyglądając z chaty zauważał szczegóły których wcześniej nie zdołał dostrzec. Raz zdarzyło mu się nawet uchylić się przed spadającą z drzewa czapą śniegu, nic dziwnego gdyby nie fakt że drzewo stało dobre kilkadziesiąt metrów od Konrada. Szybko udało mu się oswoić ze swoimi nowymi zdolnościami. Jednakże jak na razie nie było mu dane z ich skorzystać, gdyż po wyjściu z chaty nie miał na tyle siły aby przezwyciężyć okropną zamieć.

Konrad po przybyciu i rozdzieleniu żywności poszedł zobaczyć czy jego stara chata nadal stoi czy może została rozebrana na potrzeby wioski, o dziwo miała się dobrze więc zaraz zaczął ją przygotowywać bo wiedział, że przez najbliższe trzydzieści dni raczej nie zobaczy nikogo z mieszkańców bo nikt nie będzie chodził bez potrzeby podczas zamieci. Miał zamiar odpocząć do tego przemyśleć dokładnie wszystkie wydarzenia. Nie da się ukryć, że to co spotkali po powrocie było czymś pomiędzy jego czarnych wizji. Czuł niepokój na samą myśl, że za trzydzieści dni będą wyruszać dalej w nieznane. Dziwne, że ludzie jak są w potrzebie nie pamiętają już o tym, że chcieli spalić ich żywcem …

Przed nadejściem zamieci miał kilka dni na zniesienie do chaty odpowiedniej ilości drewna jak i jedzenia, przygotowania wszystkiego tak aby nie trzeba było wychodzić w zamieć co nie jest ani przyjemne ani bezpieczne. Myślał też co miałby robić przez około miesiąc czasu, przecież nie może bezczynnie siedzieć i nic nie robić bo to tylko szkoda czasu którego nie lubił marnować. Przeglądając dostępny ekwipunek stwierdził, że tego czego może im braknąć to strzały. Mieli łuki ale co im po nich skoro zabraknie im strzał. Jako łowca umiał zrobić dobry promień strzały, umiał je nawet naprawić jakby taka się lekko uszkodziła, ale wykucie grota od podstaw to już coś czego nigdy nie zrobił ale też nie wyglądało jakoś poważnie trudno.

Po wszystkich przygotowaniach nadeszły pierwsze dni śnieżycy, dni długie które spędzało się milej w starej chacie którą około miesiąca temu zostawił wyruszając, chacie którą przygotował na najbliższy miesiąc jak i miesięczny okres intensywnej nauki.

Od pierwszego dnia zaczął żmudne ćwiczenia co do kucia grotów do strzał, same promienie wiedział jak zrobić i co od nich wymagać więc kwestia tylko czasu na struganie, lotki nie raz naprawiał w swoich strzałach więc tu problemem były tylko pióra. Prawdziwym problemem okazało się odpowiednie kucie i hartowanie grotów bo te albo nie chciały się formować albo były na tyle kruche że po jednym testowym strzale się łamały.

Po kilku pierwszych dniach wykuwania nieudanych grotów Konrad zajął się bardziej relaksującym zajęciem jakim było struganie promieni dla strzał, czynność prosta ale czasochłonna, stwierdził, że lepiej przygotować sobie najpierw to co prostsze aby mieć więcej czasu na zajęcia wymagające uczenia się. I tak oto kilka dni to była błoga cisza i spokój lecz następne od poranka do południa to tylko kucie dochodzące z chaty łowcy przerywane soczystym przekleństwem kiedy to coś się nie udało albo kiedy łowca się przypalił lub stuknął młotkiem nie tam gdzie trzeba.

W pewnym momencie Konrad zaczął dostrzegać bardzo niepokojące objawy marnienia, czuł się dobrze lecz jego ciało jakby było przez coś opróżniane. Na początku myślał, że to z przemęczenia i wypacania sporej ilości płynów w gorącym od paleniska do rozgrzewania grotów domu. Zaczął się przejmować kiedy pomimo zwiększenia już i tak sporych porcji jedzenia nie spostrzegł wcale zatrzymania procesu zmian jego organizmu. Do codzienności dnia dorzucił nawet poranne i wieczorne ćwiczenia czy to kondycyjne czy to siłowe lecz i to nie przyniosło żadnych efektów, w głowie zaczęło pojawiać się tylko jedno słowo… MUTACJA…

Na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze, czyżby nawet i ich wioska nie ustrzegła się zgubnego wpływu… a co jeśli tylko on odczuwa takie efekty? Czy czeka go śmierć z rąk kamratów z którymi już trochę przeszedł? A może to wpływ ich spotkań z mutantami… praca od tej pory nie szła już z takim wigorem jak na początku, Konrad popadał w zadumy w których rozmyślał co teraz z nim, ewentualnie z nimi będzie jeśli dotyka to nie tylko jego.

Wraz z niszczycielskimi postępami „choroby” zaczął dostrzegać jakby jej plusy… choć na samą myśl stwierdzenia „plusy mutacji” robiło mu się niedobrze i czuł niepokój.Na pewno stał się dużo bardziej zręczniejszy co spostrzegł podczas prac nad strzałami które wymagały skupienia i zręczności chociażby zakładanie lotek i przytwierdzanie grotu. Nie mógł też nie zauważyć, że jego umiejętności strzeleckie wzrosły, niby walki które odbyli mógłby uznać za jakieś tam ćwiczenia, jak i również samo testowanie wykutych grotów ale to i tak za mało jak na tak wielkie postępy.

Jego wzrok też jakby się poprawił, w ciągu dnia potrafił dostrzec naprawdę odległe obiekty a i celowanie na dalekie dystanse wydawało się jakieś takie proste. Wcześniej nie zauważalne rzeczy nagle były dla niego takie oczywiste.Ilekroć przyglądał się sobie przed snem stwierdzał, że wyglądał jak jakiś strasznie chory i głodujący człowiek mimo, że czuł się bardzo dobrze i jakoś tego nie odczuwał, no może po za tym, że zimno dawało się bardziej we znaki jak i szybciej niż zwykle się męczył.
Kolejne dni mijały na dość znanym schemacie, poranne ćwiczenia, najpierw nauka wykuwania grotów a później już ich kucie i powolne składanie strzał, odpoczynek i znów ćwiczenia wieczorne i sen.Każdego ranka zaznaczał nożem na ścianie upływające dni, tylko w ten sposób siedząc większą część w chacie mógł mieć jakiekolwiek rozeznanie ile dni minęło. Nieubłaganie zbliżał się koniec śnieżycy, dzień w którym będzie musiał wyjść do innych, dzień w którym zobaczą jak bardzo wyniszczało jego ciało, dzień w którym przecież mogli posądzić go o bycie mutantem i spalić na stosie albo po prostu zabić.

Był zarazem ciekaw jak i bał się tego co z innymi, czy też dotknęły ich jakieś zmiany? Łowca nie był głupi, na tą okoliczność miał zamiar wyjść dobrze opatulony ubraniem i nie ściągać go póki nie będzie to konieczne, czapa i szalik dawały na tyle ochronę że ciężko po za oczami było co dostrzec a i jeszcze dochodził kaptur grubej kurty. Miał nadzieje, że najpierw wybada innych zanim pokaże co się z nim stało.Patrząc na ilość nacięć na ścianie dzień ten zbliżał się i to szybciej niż wydawało by się sądzić …


 Waightstill


Oczekiwanie na wyruszenie w góry
Waightstill od zawsze był „tym większym” i „tym silniejszym”. Pomimo tego, że wykonywał zawód nie wymagający od niego wielkiej siły, to i tak wyrósł na sporego chłopa, który jednak przejmował się losem innych. Podczas wyprawy napotkał wiele trudności i niesprawiedliwości tego świata, jednakże nie zmieniło to jego dobrego serca. Przepadła za to gdzieś towarzysząca mu niemal zawsze pogoda ducha.

Podczas podróży trzymał się w ryzach, jednak w miarę zbliżania się do Amundsiedlunga jego niepokój rósł. Po przybyciu na miejsce zrazu ogarnęło go przerażenie - ujrzał obraz zgoła odmienny od tego, który pamiętał, gdy odjeżdżali. Zaraz, popędzany złym przeczuciem, co tchu popędził do chaty Ingwara i nawet nie zwalniając wpadł w biegu do środka - jak taran albo wichura wywalając drzwi z zawiasów. Zaskoczeni domownicy zerwali się na nogi. Waightstill, widząc wszystkich w zdrowiu, nie czekając nawet, aż minie ich osłupienie, z radości rzucił się dusić wszystkich na powitanie.

Kilka pierwszych dni upłynęło jakby w atmosferze święta, a Waightstill nie szczędził języka, by opowiedzieć, co widział i co przydarzyło się ich wyprawie.

Niestety, kolejne dni nie były już tak radosne dla Waightstilla. Powoli zauważał zmiany zachodzące w jego ciele. Pomimo, że nie jadł zbyt wiele, zdecydowanie przybrał na wadze, jego mięśnie stały się twardsze, a ciało tęższe. Siekiera za pomocą której rąbał drewno na opał zdawała się być jakby mniejsza. Waightstill miał trudność w operowaniu nią, jej trzonek był po prostu za mały i nieporęczny! Waightstill, z natury spokojny, coraz częściej ulegał irytacji: pewnego razu przy pracy wkurzył się na własną bezradność i uderzył pięścią w drzewo. Pień o szerokości zbliżonej do uda przeciętnego mężczyzny poszedł w strzępy, a bartnik nie poczuł nawet większego bólu. Co gorsza, jego skóra zaczęła bardziej przypominać powierzchowność smoka niż człowieka. Waightstill wiedział, że to skutek bliskiego spotkania z Lotharem. Wiedział, że zamienia się w potwora. - Wiedziałem! Wiedziałem, że tak będzie! - wyrzucał sobie swoją niewyparzoną gębę, przez którą dostał tęgie lanie. A teraz jeszcze to. No, dobrze chociaż, że zdążyli z Frydą zajrzeć do alkowy, bo teraz wiadomo.

Targany przygnębieniem, znalazł ukojenie w postanowieniu, że - nim chaos ogarnie jego duszę i przyjdzie mu sczeznąć - ubije tego przeklętego czarnoksiężnika, sprawcę tych wszystkich katastrof. Ten cel skutecznie nie pozwalał popaść mu w rozpacz. Na co dzień jednak obawiał się, co będzie, gdy ujrzą go inni. Czy kompani poznają w nim dawnego Waightstilla? A może zmiany wcale nie są nieodwracalne? Zdecydował się zwrócić po poradę do Victorii.

Victoria zamieszkiwała jedną z wolnych chat, domownicy nie mieszkali w niej już jakiś czas i przynajmniej jedno było pewne - nie umarli, ani nie zostali w niej zabici. Ta świadomość pozwalała na względnie spokojną egzystencje babulki we wsi. Victoria otworzyła drzwi i zaprosiła Bartnika do środka. Nie wyczuła zmian w Waightstillu, a może po prostu udawała że nie zauważyła?

Waightstill z ulgą wszedł do chaty, którą zajmowała Victoria, po czym badawczo jej się przyjrzał. Nie dostrzegł jednak żadnej reakcji, która by świadczyła o tym, że Victoria zauważyła zmiany, jakie zaszły w Waightstillu. - Niepodobna! - pomyślał, tym bardziej, że w międzyczasie stał się przecież jak niedźwiedź albo nawet i tur. Wyraźnie przewyższał babkę. Wszedł w głąb izby - chciał usiąść, lecz nagle przestraszył się, że pogruchocze meble - i poniechawszy zamiaru stanął nieopodal paleniska.

- Droga Victorio... - odchrząknął - ...droga Victorio, otóż zdaje mi się, żem i ja padł ofiarą chaosu - Waightstill był zdecydowany szczerze porozmawiać z babką - no i co ja pocznę? Gdzie ja się podzieję? Pewno i zaniedługo Fryda nie będzie mnie chciała! - Padł na kolana przed Victorią, a i tak nad nią górował - Co to będzie? Co wezmę, to za małe - o! - Waightstill sięgnął po pręt stojący przy palenisku i, chcąc zademonstrować swoje nowe możliwości, bez trudu zawiązał na nim supeł - i tak z wszystkim! Czy już na zawsze będę chaośnikiem?

Victoria nie odzywała się przez chwilę, zatem wyobraźnia bartnika ją wyręczyła i podsunęła oczom Waightstilla jej niechybną reakcję:

~ ”Babka jak nie zdzieliła go przez łeb, mało kostura nie połamała - Bałwanie! Stary chłop, a będzie mi tu lamentował jak baba! - huknęła, aż Waightstill wzdrygnął się i skurczył, czy aby na pewno ma do czynienia z Victorią, a nie z tą diablicą Roshwitą, co męża zeżarła. Jak nic w kominie już wisi wędzony Felix“ ~

Może tego właśnie oczekiwał od starowinki? Niechybnie sam się wstydził tego użalania się nad sobą. Nie wiadomo czy to dobrze, czy może źle, ale Waightstill pomylił się co do reakcji babulinki. Już czekał na cios, ale Victoria zdawała się zupełnie spokojnie przyjmować słowa i zachowanie bartnika.

- Wstań chłopcze, nie jestem żadnym bóstwem ani życia mi nie zawdzięczasz, żebyś musiał się przede mną płaszczyć. Chodź tu do mnie dziecko, cokolwiek by się działo, nie możesz się załamywać.

Victoria sięgała Waighstillowi mniej więcej do pasa, więc aby nie wyglądało to dwuznacznie bartnik musiał kucnąć. Babulinka objęła go swoimi delikatnymi dłońmi i pogłaskała po głowie, po czym oddaliła się kawałek aby złapać ostrość widzenia.

- Nikt nie wie co będzie dalej, nikt nie zna przyszłości i nie powie co trzeba zrobić. Najważniejsze to być dobrej myśli i robić wszystko tak jak każe nam serce. Sam przecież pamiętasz co mówił nam Nicholas? Zresztą nie tylko on; ważne to co masz w sercu a nie to jak wyglądasz. Jeśli Fryda naprawdę cie kocha to zrozumie. Fakt, wyglądasz inaczej, ale pomysł o tych nieszczęśnikach, co chaos wypaczył ich wygląd jeszcze bardziej. Niektóry z nich są odpychający, odrażający nawet, wydzielają okropny odór. Nie mówiąc już o tych co i umysły mają spaczone. Także drogi Waightstillu, nie rozpaczaj, mogło być gorzej. Teraz zastanów się co robić dalej, jak przystosować się do życia i jak ….wykorzystać to co dostałeś od losu; bo nie powiesz mi że Twoja siła jest tak do końca zła. A ja postaram się osiągnąć swój cel i znaleźć lekarstwo. Niech każdy z nas zrobi to co potrafi i nie przejmuje się rzeczami na które nie ma wpływu, dobrze?

Waightstill, pokrzepiony słowami Victorii, zwłaszcza tymi o szukaniu lekarstwa dla niego, wrócił do siebie tj. do pierwszej wolnej chaty, która nie była już potrzebna poprzednim lokatorom, a położonej po sąsiedzku nieopodal siedziby Ingwara - naturalnie zrobiło im się ciasno W istocie - myślał, wychylając beczkę przedniego miodu - w tej chwili mieli większe zmartwienia niż jego mutacja, która - jak słusznie zauważyła babka - mogła być atutem, nie brzemieniem. Pokrzepiając się kolejnymi łykami ingwarowego trunku już widział, jak dokonuje bohaterskich czynów, jednym ciosem powala wraże zastępy...

Jednakże wpierw Waightstill musiał przezwyciężyć trudności związane z używaniem ludzkich narzędzi i broni - poprawić zręczność na tyle, na ile to było możliwe. Dobrze, że w mieście zaopatrzył się w halabardę, którą zaczął nosić jak topór. O strzelaniu z kuszy nie mogło być mowy, nad czym ubolewał, ale za to zaczął ćwiczyć się w rzucaniu kamieniami - umiejętność celnego miotania takimi pociskami miała swoje zalety. Powoli zaczął oswajać się ze swoją nową powierzchownością i śmielej pokazywać się publicznie...
 
__________________
ORDNUNG MUSS SEIN
Cenię sobie porządek, czytanie ze zrozumieniem oraz rzetelne podejście do sprawy. Notatki w profilu stawiam ponad reputację. Chcesz pokazać swoje prawdziwe uznanie dla mnie? Wysil się i zostaw notkę.
Dekline jest offline  
Stary 15-01-2016, 20:50   #3
 
Dekline's Avatar
 
Reputacja: 1557 Dekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłość
Zimowa okrutna zawierucha się skończyła, wyjście z chaty już nie wiązało się z walką z napierającą śnieżyca. Dalej było zimno, ale przy odrobinie samozaparcia można było wyjść z chaty. Mieszkańcy nauczeni ostatnim atakiem zimy odpowiednio się do niej przygotowali a dzięki nieocenionej pomocy ochotników nie przymierali z głodu. Kolejny raz mieszkańcy zebrali się na głównym placu. Podobnie jak ostatnio, w okolicy stało kilka palenisk z których parował ciepły napój którym - dla rozgrzania - posiłkowali się ludzie. Znów stali przy nich strażnicy - chociaż miejsce kilku z nich zajęli nowi, to i tak cud że w tak trudnych czasach i w obliczu takiej tragedii Jonasowi udało się zmotywować kogoś do interesowania sie czymś więcej aniżeli ich własnymi tyłkami. Nie trudno było dojrzeć bardzo duże podobieństwo do identycznej sytuacji sprzed dwóch miesięcy. Jednakże tym razem było inaczej.

Wieś otoczona była drewnianym płotem - także nie było możliwości aby jakiekolwiek dzikie zwierzęta dostały się do środka. Na placu stali ludzie, lecz tym razem nie zebrała się nawet połowa tego co ostatnio. Na podwyższeniu również zaszła zmiana - brakowało Philippa. Wśród tłumu nie było jeszcze innych znanych osobistości: Lothara, Gintera i ich uczniów, Chrisa i Ericha. Zamiast tego, na podwyższeniu stał Jonas oraz Ingwar. Zaraz obok nich reszta starszyzny wioski: Vincent, Hubert oraz Timon. Wiele się zmieniło od czasu wyruszenia na wyprawę, uczniowie Gintera i Lothara nie żyli już w cieniu swoich mentorów, teraz gdy nie było mistrzów, to oni przejęli ich miejsce co dodało im odwagi i zdecydowania w działaniu, chociaż starszyzną byli tylko z nazwy. Była również Victoria, która stała bardziej na uboczu wraz z Markusem, Horstem i mieszkańcami Grillcunter: Hansem, Stevenem, Tobiasem, Benjamine oraz Lukasem.

Ludzie będący w tłumie robili niemały hałas, zaczęły się rzewne powitania, głośne rozmowy, wręcz krzyki. Nie ma się czemu dziwić. Podczas zamieci mało komu chciałoby się wyściubiać nos na zewnątrz, a teraz gdy wszyscy zebrali się w jednym miejscu była okazja do pogaduszek. Ochotnicy również byli na placu, lecz nie wszyscy mieli ochotę stać wśród tłumu. Ci którzy zostali zauważeni odbierani byli jak bohaterowie, nikt już nie patrzył na nich jak na zwykłych ludzi, lecz jak na wybawców. Byli zapraszani do dyskutujących grup, wychwalani pod niebiosa za swoje czyny, przy okazji dowiadując się o heroicznych czynach które rzekomo popełnili. Nie było osoby która nie byłaby pozytywnie nastawiona do ochotników. Jedynie Felix miał zgoła inne wrażenie, nikt nie pokazywał ani nie mówił tego głośno, ale ludzie bali się go. Nie był to strach paraliżujący, ani wynikający z niewiedzy czy zagrożenia. Było to coś bardziej w rodzaju szacunku względem silnej osoby posiadającej dużą władzę, której nie należy przeszkadzać bo może się zezłościć. Kilku ludzi zaczęło szybkim krokiem opuszczać najbliższe otoczenie Niziołka. Taki stan z pewnością łechtałby ego niejednego mężczyzny, lecz czy tak było z Felixem? Widoczny sukces odniósł również Marwald, który przez ludzi zawsze uważany za pomyleńca, teraz był coraz bardziej poważany. Chociaż jego słowa dalej bywały zbyt górnolotne i dziwne to odbierany był bardziej jako filozof i myśliciel mówiący metaforami, a nie dziwak. Była też grupa ludzi która zaczęła wierzyć jego słowom, odbierając je dosłownie i chętnie słuchać jego wypowiedzi. Gdy tylko wybraniec rozpoczynał swoją mowę wnet wokół niego zbierała się stała grupka słuchaczy. Jak z taką zmianą poradzi sobie dotyczas wyalienowany Marwald?

Poruszenie zdawało się nie mieć końca, gwar rósł w miarę napływu kolejnych ludzi, napoczętych rozmów i zawiązanych grupek gawędziarzy. W pewnym momencie plac wyglądał bardziej jako miejsce wielkiej biesiady, tylko dość ubogiej, bez jadła, stołów oraz krzeseł. Prawdopodobnie gwar nigdy by nie ucichł, gdyby nie stanowcze słowa Jonasa:

- Ludzie! Cicho sza! Jeszcze się nagadacie!

Gdy początkowy gwar minął głos zabrał Ingwar:

- Kochani, nawet nie wiecie jak sie cieszę że was wszystkich tutaj widzę, całych i zdrowych!

I tutaj kolejna zmiana, dwa miesiące temu ludzie niespecjalnie zareagowaliby na słowa włodarza, uważając iż jest to kolejna dobra mina do złej gry, wszyscy byliby posępni, zmęczeni i nie do życia. Jednakże teraz czuć było od tłumu emanującą wręcz, pozytywną energię. Ludzie zaczęli wiwatować i przekrzykiwać się jeden przez drugiego. Do akcji ponownie musiał wkroczyć Jonas aby Ingwar mógł kontynuować.

- No, ale gdzie są nasi wybawcy? Chodźcie tu do nas, pokażcie się nam, podejdźcie, nie bójcie się, przecież teraz już nic Wam nie straszne, czyż nie?

Tłum zadziałał odruchowo, ochotnicy którzy znajdowali się na placu zostali wręcz wyniesieni na rękach pod piedestał. Jedynie Felix nie został przez nikogo przymuszony, zamiast tego ludzie na drodze pomiędzy nim a podwyższeniem rozsunęli się torując mu prostą drogę. Nikt nie ważył się go nawet dotknąć.

Felix, zgodnie z wcześniej założonym planem, przyjął zaproszenie i podszedł do Ingwara. Chciał oczyścić się z zarzutów o bycie demonem, lecz wolał zeznawać przed starszyzną, ale widać owa starszyzna miała inny plan i "proces" miał odbyć się publicznie. Nie byłoby lepszego momentu niż właśnie ten. Gdy chłopak podszedł, Ingwar objął go ramieniem i przywitał na powitanie, czym wprawił w zdumienie ludzi stojących na placu, którzy na chwilę wstrzymali oddech.

- Ależ czemu się tak wszyscy dziwicie, hm? Przecież to jest nasz chłopak - Felix, znacie go od małego czyż nie? On wraz z tymi dzielnymi mężami udali się na niebezpieczną wyprawę w nieznane, zdobyli dla nas jedzenie i wrócili w chwalę. Czyż bohaterowi należy się takie traktowanie?

Nastąpiła martwa cisza

- No to może niech sam zainteresowany wypowie sie na ten temat, hm? Felixie, opowiedz nam proszę, co się właściwie stało? A może ktoś z naszych bohaterów chciałby zabrać głos?

Ingwar i reszta starszyzny doskonale znała przebieg wydarzeń, zarówno sytuację dzięki której niziołek zyskał miano demona jak i całą resztę historii z wyprawy. A przynajmniej zdawało sie im że wiedzą wszystko, gdyż ochotnicy nie musieli przecież mówić im całej prawdy.
 
__________________
ORDNUNG MUSS SEIN
Cenię sobie porządek, czytanie ze zrozumieniem oraz rzetelne podejście do sprawy. Notatki w profilu stawiam ponad reputację. Chcesz pokazać swoje prawdziwe uznanie dla mnie? Wysil się i zostaw notkę.
Dekline jest offline  
Stary 18-01-2016, 23:34   #4
 
snake.p's Avatar
 
Reputacja: 665 snake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwu
Waightstill czuł się nieco zażenowany od hołdów, chociaż - musiał przyznać - było to także całkiem przyjemne, zwłaszcza, gdy ponownie znalazł się wśród druhów z wyprawy. Ich towarzystwo dodawało mu hartu. Tylko jak zachowują się bohaterowie? Chcąc nie chcąc wystąpił z tłumu na wezwanie Ingwara, starając się wyglądać dostojnie. Cały czas bacznie przyglądał się zgromadzonym, czy aby nie budzi odrazy - mimo zapewnień Victorii nie był pewien, jakie reakcje wywoła jego postać. Zresztą pal licho! I tak nie szło ukryć zmian, jakie w nim zaszły.

Mruknął z aprobatą na to, co działo się na podium, a zarazem ze zdziwieniem powiódł wzrokiem po tłumie. Zupełnie zapomniał, że Felix został uznany za demona. Czekał, co też Felix powie.
 
snake.p jest offline  
Stary 19-01-2016, 14:25   #5
 
Inferian's Avatar
 
Reputacja: 8185 Inferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputację
Marwald zmienił się trochę zarówno w wewnątrz jak i na zewnątrz. W prawdzie każdy był w stanie zauważyć jego grzywkę, która opadała mu niemal na oczy. Była postrzępiona, co mogło oznaczać, że sam ją docinał jakimś nie do końca ostrym narzędziem. On sam tłumaczył, że jest zbyt zajęty modlitwami by zajmować się sobą, lecz prawdy nikt inny nie znał. Jego zmiany wewnętrznej także nikt nie potrafił ustalić, było to coś co zostawił dla samego siebie. Zmiana musiał być wielka, bo jego pewność siebie bardzo wzrosła, a to widział niemal każdy, kto przebywał z nim chociaż chwilę.


Klekcjoner zdał sobie sprawę, że ludzie zaczęli go bardziej poważać. Było to dziwne odczucie, ale oznaczające tak wiele, że przed mowami do tłumu zaczął się bardziej do nich przygotowywać. Układał sobie krótkie teksty, które nawet czasem starał się zapisywać. Mogło to wyglądać podejrzanie, bo jedyny język w jakim potrafił czytać i pisać był językiem tajemnym, który też wyglądem budził tajemnice i domysły. Tym też nie miał zamiaru się dzielić z wiernymi. Jego słowa przez to stały się jeszcze bardziej górnolotne i dziwne. Co prawda pojawiły się pewne problemy, bo Marwald nigdy nie był przyzwyczajony do stałej audiencji, do tego, że ludzie słuchali z takim zainteresowaniem. Czasem miał nawet tego dosyć, gdy go podglądano. Brany był jako myśliciel. Była garstka ludzi, którzy zaczęli propagować niektóre z jego zachowań, jak chociaż by zbieranie niepotrzebnych rzeczy. Było mu czasem ciężej znaleźć jakieś cenne znalezisko, bo zostało najczęściej zostało już znalezione przez kogoś innego. Nie raz bywało jak jakiś chłop szczycił się sporym, ładnym kawałkiem drzazgi czy chociażby, brudną ścierką z wizerunkiem boskiej twarzy. Nastały wielkie zmiany, które wywracały życie Marwada czasem nawet do góry nogami.


Marwald od poranka był bardziej zajęty doczytując wcześniej rozpoczęty kawałek księgi. Gdy przyszedł na plac panował harmider, ludzie gadali między sobą, zaś Marwald w myślach analizował to co niedawno przeczytał. Ciężko było wszystko dobrze zrozumieć, bo pisma traktowały o różnych rzeczach. A rzeczy te z kolei nie był dla każdego, mała informacja o nich mogła by być bezpośrednią drogą na stos. Kolekcjoner miał wielkie nadzieje, że nigdy nie będzie musiał sprawdzić tego na własnym ciele, bądź na towarzyszach, których w myślach od czasu do czasu zwykł nazywać przyjaciółmi.




Z zamysłu wyrywały go słowa Jonasa:
- Ludzie! Cicho sza! Jeszcze się nagadacie!

Otrząsnął się z wizji jaką miał i poprawił swoją grzywkę, tak aby ładnie opadała na czoło, po czym podniósł swój wzrok na Ingwara, który zaczął swoje wywody. Było to lanie wody, pocieszające, ale co miał innego powiedzieć.

Marwald postanowił iść za Feliksem poklepując młodzieńca po ramieniu.

- Widzisz chłopcze, a tak się bałeś jak zareagują, a tutaj proszę. - Uśmiechnął się - Musisz im tylko wytłumaczyć czego nie rozumieją, powołaj się na mnie i moją modlitwę, wiesz, że moje dziecko zawsze się o ciebie modlę. Na pewno zrozumieją, albo i nie. Jak nie zrozumieją to uznają, że nie są godni, ale trzeba cię spali… znaczy się, w spokoju zostawić. - wolał zakończyć swój słowotok.
 

Ostatnio edytowane przez Inferian : 24-01-2016 o 10:19. Powód: Formatowanie
Inferian jest offline  
Stary 22-01-2016, 19:10   #6
 
Dekline's Avatar
 
Reputacja: 1557 Dekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłośćDekline ma wspaniałą przyszłość
Marwald wyruszywszy zaraz za Felixem ciągnął za sobą mała grupkę ludzi która ostatnimi czasy bardzo często z nim przebywała. Jednakże gdy ludzie zobaczyli do kogo przyłączył się Kolekcjoner odsunęli się od niego na dobre kilka metrów. Ingwar uśmiechnął się do Marwalda gdy tylko ten podszedł bliżej i podał mu rękę na powitanie, chociaż w jego oczach widać było coś jakby niepewność, jakby jego gesty nie były odzwierciedleniem tego co myślał. A może po prostu w ten sposób korzył się przed majestatem?

Waighstill również postanowił odpowiedzieć na wezwanie. Droga przed nim się rozstąpiła i ogromny chłop ruszył przed siebie. Cały czas czuł na sobie spojrzenia ludzi, lecz gdy tylko odwracał się za siebie obserwatorzy uśmiechali się niewinnie, raczej nie mieli złych myśli, po prostu podziwiali jego potężne ciało. Gdy podszedł pod podium i stanął na pierwszym stopniu podwyższenia, stało się coś nieoczekiwanego. Decha pękła w pół pod naporem bartnika. Przez tłum przeszła fala usilnie tłamszonego śmiechu, każdy widział co sie przed chwilą stało. Ingwar widząc zażenowanie Bartnika postanowił odwrócić sytuacje:

- No dzieci, jak będziecie dużo jadły i pracowały pomagając rodzicom to też będziecie tacy duży i silni jak Pan Waighstill.

Następnie ciszej do bartnika, żartobliwie:

- Na Sigmara! Nikt ci nie powiedział że możesz już przestać rosnąć, hm?

Max i Konrad postanowili pozostać na swoich miejscach. Konsternacja trwała dobra chwilę podczas której Ingwar i Jonas kilkukrotnie nawoływali pozostałych łowców. Nie było w tym nic aż tak dziwnego, w końcu każdy wiedział że oboje prowadzą życie samotnika. No chyba że mają coś do ukrycia ... - a takie głosy zaczęły powoli pojawiać się w tłumie, w końcu przebyli daleką drogę, nie wiadomo co napotkali.

Felix stał na podium otoczony starszyzną wioski, miał coś powiedzieć, obronić siebie, wytłumaczyć, lecz nie powiedział ... nic. Na placu zapanowała cisza, każdy chciał usłyszeć co niedoszły "demon" ma do powiedzenia, ale zamiast tego słychać było tylko szum wiatru. Ludzie zaczęli się coraz to bardziej niepokoić. Strach przed czymś złym jest całkowicie normalnym, można go okiełznać lub z tym walczyć, lecz od jawnego zła gorsza jest tylko niepewność i plotki ...

Gdzieś z tłumu zaczęły odzywać się kolejne głosy:

- On zabił Olafa i Alafa!

- Tak, prawda, zabił tych rosłych chłopów, jednym ciosem!

- Strzela z palcami i ludzie giną!

- Tak, nawet broni nie ma a ludzi z odległości zabija, to jest jakaś piekielna magia!

- I choroby to pewnie też jego wina, przywlókł ją do nas pewnie od jakiegoś swojego czarnego pana!

- Tak, wykorzystał nas i naszych dzielnych bohaterów!

- Tak, po cóż innego by tu przychodził!?

Ingwar był zdziwiony słowami wypowiadanymi przez ludzi, chociaż bardziej zdumiony był faktem że młody nie próbuje się tłumaczyć:

- Nie no ludzie, dajcie spokój, poczekajcie chwilę, młody się po prostu stresuje, przecież jest jeszcze dzieckiem. Dajcie mu czas aby ochłonął.

Ciszej do Felixa:

- Młody, powiedz żesz coś, pomogę ci ale musisz im coś powiedzieć, cokolwiek.

Atmosfera zgęstniała, do głosu doszedł Jonas który próbując załagodzić sytuację tylko ją pogorszył.

- Ludzie, czego bzdury gadacie? Przecież zaraz nam wszystko powie, dajcie mu chwilę. Może myśli jak to wyjaśnić?

Na co kolejne osoby odpowiedziały dość agresywnie:

- Tak, pewnie, gdyby chciał się tłumaczyć to by co mówił, a nie myślił. Teraz pewnie obmyśla jakby nas zabić!

- Patrzcie na jego oczy, patrzcie, aż zabłyszczały, on się szykuje, on chce nas wszystkich zabić!

Ludzie odruchowo zaczęli się cofać, byle dalej od podwyższenia, było to dość trudne z uwagi na to że dalej również stali ludzie. Ci którzy znajdowali się trochę dalej mieli możliwość oddalenia się i część tak właśnie zrobiła, lecz nie brakowało takich co chwycili co tam mieli pod reką, tak " w razie czego". Napięcie rosło...
 
__________________
ORDNUNG MUSS SEIN
Cenię sobie porządek, czytanie ze zrozumieniem oraz rzetelne podejście do sprawy. Notatki w profilu stawiam ponad reputację. Chcesz pokazać swoje prawdziwe uznanie dla mnie? Wysil się i zostaw notkę.
Dekline jest offline  
Stary 22-01-2016, 22:55   #7
 
Molkar's Avatar
 
Reputacja: 1220 Molkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumny
Konrad stał sobie spokojnie z tyłu, nie miał zamiaru wychodzić i cudować przed mieszkańcami wioski. Wyjaśnienie radzie wioski co się działo mimo wszystko z pominięciem niektórych szczegółów to jedno ale wyjście do ludzi którzy około trzy miesiące temu chcieli ich zabić to już całkiem co innego. Zrobiono z nich bandziorów a biednego dzieciaka oskarżono o bycie demonem...
Stojąc z tyłu widział jak Marwald i Waightstill wychodzą ku podniesieniu a ludzie na ich drodze ustępują miejsca. Na podniesieniu też stał biedny Felix którego było mu żal najbardziej patrząc na to co przeszedł. Nigdzie też nie dostrzegł Maxa ale wiedział, że tu jest, tak jak on wolał stać z tyłu i nie wychylać się.

- Ciekawe czy im wszystkim przeszło przez ten ostatni miesiąc czy jednak będą problemy - pomyślał łowca, w razie czego przyszedł tu w pełnym rynsztunku więc w razie awantury nie zamierzał być miły dla tych co zaczną.

Wydawało się, że się mylił i będzie dobrze, ciepłe słowa starszyzny, do tego dobre przywitanie Felixa. Konrad zaczął lżej oddychać, wszystko wskazywało na to, że będzie dobrze.
Nagle Waightstill wchodząc na podniesienie złamał jedną z desek swym ciężarem, ludzie zaczęli się śmiać, - No no niezłe rozluźnienie atmosfery, trza przyznać, że mu się to udało. - pomyślał Konrad

Niestety chwilę potem ludzie jednak dali o sobie znać, nie dość, że onieśmielili dzieciaka to teraz jeszcze zaczęli wymyślać znów pierdoły o demonie i o tym, że to niby on zabił tego debila co napadł ich w lesie.

Obserwując tłum spostrzegł, że część z ludzi łapie co pod ręką jako prowizoryczną broń, tego było już za wiele, to oni wleką się przez miesiąc czasu męcząc się z wilkami, zimnem i mutantami a do tego z bandziorami po drodze a Ci teraz jak się nażarli tak ich traktują...

- Kurwa mać ! Debile jedni ! - wrzasnął nagle Konrad stojący na uboczu

- To dzieciak rusza z nami w niebezpieczną drogę z własnej woli, w wyprawę na której zginął Erich a reszta otarła się o śmierć ! Przez ponad miesiąc wypluwamy z siebie resztki sił żeby dotrzeć gdzieś gdzie znajdziemy pomoc, walczymy z zimnem ! wygłodniałą zwierzyną ! bandytami którzy zranili większość z nas !

Łowca musiał wziąć głęboki wdech po czym krzyczał dalej

- Do kurwy nędzy, prawie dwa miesiące wleczemy się w mrozie i niebezpieczeństwie, mimo tego jak nas potraktowaliście przed wyruszeniem przywozimy wam to pierdolone jedzenie a Wy teraz, że to demon, że my źli ? Chyba wam się od tego siedzenia na dupie przez miesiąc i żarcia ile chcecie we łbach poprzewracało !

Konrad popatrzał na wszystkich, chyba zareagował zbyt agresywnie i teraz wszyscy patrzeli się na niego...

- Że niby on zabił Olafa? Że niby taki biedny Olaf był? To już do cholery jasnej nikt nie pamięta, że ten debil razem z Ginterem i Alafem wyszli uzbrojeni w pałki aby nas zatrzymać siłą przed wyruszeniem. Jakby młody nie miał takiego refleksu, że zdążył strzelić z procy sam bym tym idiotom wpakował strzałę między oczy ! Bo to Oni NAS zaatakowali! Mieliśmy dać się im skatować pałkami? A może mieliśmy wrócić z nimi grzecznie do wioski i siedzieć na dupie aż wszyscy zdechniemy z głodu?

Łowca uspokoił się trochę, wykrzyczenie co leżało mu na sercu prosto w twarz tych idiotów przyniosło mu niespodziewaną ulgę...
Już spokojniej rzekł dalej

- Jakby nie Felix to prawdopodobnie zdechlibyście z głodu w wiosce bo nie raz wykazał się odwagą i celnością. Może jest mały ale procę to on używa również wspaniale jak ja swojego łuku. Więc zamiast go obrażać powinniście być mu wdzięczni, że zechciał z nami wyruszyć. Dziwnie, że tak chętnie jedliście cały miesiąc jedzenie które wam ten niby "demon" przywiózł razem z nami? Nie widziałem żeby któryś z was który teraz go obraża odmówił jedzenia! Dopiero teraz jak żeście się nażarli to wam głupoty do głowy przychodzą!!

Łowca stał po tym wszystkim, samo wykrzyczenie tylu zdań na tym mrozie sprawiło, że dostał lekkiej zadyszki. Patrzał na ludzi, ciekaw był czy nie posunął się za daleko. Ciekaw był co zechcą zrobić. Ściskając opuszczony łuk w dłoni czekał na rozwój sytuacji...
 
Molkar jest offline  
Stary 23-01-2016, 03:00   #8
 
archiwumX's Avatar
 
Reputacja: 2914 archiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputacjęarchiwumX ma wspaniałą reputację
Gdy wioska się zebrała Felix czuł, że ludzie się go boją. Z kolei bardzo się bał tego strachu... W końcu został wywołany przez Jonasa na publiczny proces. Co go zatkało... podszedł do niego, ale z zaskoczenia nie wiedział. Jednak, gdy nasłuchał się tego co ludzie wykrzykują wyszedł przed radę starszych i zaczął stanowczo mówić do tłumu:
- Ludzie co wygadujecie? Spójrzcie na mnie i pozostałych uczestników wyprawy! - Felix wskazał ręką na pozostałych członków wyprawy -Wyglądają jakby byli pod moją władzą albo demona?Młody człowiek wziął głęboki oddech i mówił dalej:
Czyście zaczęli ulegać podszeptom szaleństwa, które zgubiło Roswithę?! Pamiętajcie, że tak mąż doświadczony w walce z tymi zagrożeniami jak Lothar puścił mnie na tą wyprawę. Zapytajcie się dlaczego to uczynił? Otóż nie znalazł we mnie żadnej oznaki, abym był demonem!
Felix odetchnął jeszcze raz i jął dalej opowiadać:
A teraz przejdźmy do tego jak naprawdę było ze śmiercią Olafa! Otóż oni i inni szaleńcy z jego bandy Gintera postanowili nas siłą tu zatrzymać. Spotkaliśmy ich na początku naszej drogi. Powiedzieli, że mamy się zatrzymać, albo nas zatrzymają siłą. Gdy odmówiliśmy ruszyli na nas, aby nas pobić albo nawet zabić. Wtedy w obawie o życie zaczęliśmy do nich strzelać z łuków, a ja - łowca zdjął z boku i zaprezentował tłumowi procę -z tej o to procy. Los chciał, że trafiłem Olafa szyję tak mocno, że z niej potężnie trysnęła krew, a on po chwili legł martwy. Poruszony tym widokiem poczułem, że bogowie dali znak, że nad nami czuwają i nie opacznie krzyknąłem, żeby ci bandyci na to popatrzyli i że nas nie powstrzymają. Wtedy właśnie to zostałem okrzyknięty demonem. Ale zapewniam, że nie słusznie! A szaleństwo, które zgubiło Roswithę, Olafa i wielu innych czai się, gdzie indziej...Felix obrócił się w stronę, w którym jak się dowiedział jest góra maga i pokazał go ramieniem i dopowiedział:
- Idąc tamtym kierunku można dotrzeć do gór, w których ukrywa się czarnoksiężnik, który ma duszę czarną jak noc. On to sprowadza nas wszystkie te nieszczęścia jakie o nas ostatnio dotykają. To on zsyła na nas te wszystkie śnieżyce, mutacje i te szalone podszepty z tych gór i rozsiewa je przez kamienie z różnymi diabelskimi symbolami. Złożyłem wam moją relację, ale jeśli mi nie wierzycie w moje dobre intencje posłuchajcie Panin Victorii, kapłanki Shallyi, która przybyła z Imperium, aby wesprzeć nas w tej niedoli. Ona wam wyjaśni powody tych wszystkich nieszczęść jakie spadają na te strony.
 
__________________
Szukam tajemnic i sekretów.

Ostatnio edytowane przez archiwumX : 24-01-2016 o 14:15.
archiwumX jest offline  
Stary 25-01-2016, 19:15   #9
 
snake.p's Avatar
 
Reputacja: 665 snake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwusnake.p jest godny podziwu
Idąc poprzez tłum Waightstill z ulgą stwierdził, że nie wywołuje niechęci. Już pewniejszym krokiem ruszył, by wstąpić na podium. Trzask stopnia! Waightstill zatrzymał się w pół kroku i ze wstydu schował głowę między ramiona. Pewno by już myślał, jak by tu zapaść się pod ziemię, gdyby Ingwar nie rozładował sytuacji. Waightstill już ostrożniej wspiął się na podwyższenie, skąd ogarnął wzrokiem zgromadzonych. W tłumie wyłowił Maxa i Konrada.

Spojrzał na Felixa, który stał jak słup. Trema - pomyślał Waightstill - pewnie sam bym tak się czuł. Wtem jego uszu doszły gniewne pomruki tłumu. - No to się zaczyna... - wyszeptał do siebie z rezygnacją i położył dłoń na trzonku halabardy, gotów w każdej chwili wyszarpnąć broń zza pasa. Gdy nad szemranie zgromadzonych wybił się głos Konrada, Waightstill tylko kiwał głową i powtarzał: - Dobrze prawi, dobrze prawi. Tak było. - Wreszcie, gdy Felix wykrzyczał swoje rację, i Waightstill postanowił dorzucić trzy grosze:

- Rodacy, znacie mnie Waightstilla! A ja wam mówię, że Felix to nieustraszony nasz druh! - Waightstill huknął, ile miał pary w płucach. - Toć gdyby to czart był, to by wygubił nas, gdyśmy po jadło dla was szli. Mało to okazji było?! Mało to awantur? Mało żeśmy byli w opałach? A wyście bodaj z głodu szczezli! Ale Felix dzielnie dotrzymywał kroku, chocia taki mikrus! Jakem Waightstill, mówię wam, że Felix to nasz kamrat. Jako rzekł: zło, co się po świecie szerzy, tam ma swe siedlisko - Waightstill wskazał ręką w kierunku gór. - Tam też idziemy, by troski od Amudsiedlunga i świata odjąć! Bo i na świecie całym złe się panoszy! - Waightstill zrobił zamaszysty ruch swoją potężną ręką - A my w bój idziemy! Nie lza wam teraz złu ulegać i zamęt siać! - skończył i tylko patrzył, czy siec trzeba będzie, czy jednak spokój będzie.
 

Ostatnio edytowane przez snake.p : 25-01-2016 o 19:33.
snake.p jest offline  
Stary 26-01-2016, 20:57   #10
 
Inferian's Avatar
 
Reputacja: 8185 Inferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputacjęInferian ma wspaniałą reputację
Marwald stał na podium tuż za Feliksem, widząc zakłopotanie młodego miał już sam przemówić do ludu. Przemawianie, w końcu na tym się już trochę znał, często wygłaszał różne rzeczy, tym razem nie było by gorzej, lecz bartnik przypadkiem zdołał sam zadowolić motłoch samym swym byciem. Myśliciel jak niektórzy zaczęli powiadać na Marwalda, wpatrywał się w ludzi, tych w tłumie i tym stojących obok niego. Z pewnością czegoś szukał, błądził swym wzrokiem, ale po kilku minutach przestał, być może znalazł to czego szukał, a może wcale tego nie było. Poprawił swoją grzywkę i zaczął słuchać tego co powiadał Konrad, w prawdzie była to sama prawda, ale postawiona w bardzo klarowny sposób, być może nawet zbyt klarowny i bezpośredni.

Marwald po chwili nie mógł już znieść tego harmidru i sam wystąpił krok w przód i dodał nieco od siebie.


- Drodzy przyjaciele, bracia - wykrzyknął, chcąc wszystkich uciszyć - Przyszliśmy tutaj aby się spotkać i porozmawiać. W takich rozmowach jakie tutaj panują nie wyczuwam wśród nas boga, a to on pomagał nam w całej wędrówce i z jego pomocą przeżyjemy nadchodzący ciężki czas. Chcecie widzieć boga, a nie patrzycie, chcecie jeść, a nie jecie. Przeto tylko bóg mógł pomóc Feliksowi aby nasze przeznaczenie się wypełniło. Jak słusznie powiada przyjaciel Kondrat gdyby nie on zostalibyśmy zatrzymani i nie dostarczyli byśmy wam jedzenia. Demony pragną waszej zguby, spójrzcie czy taki chłopak może właśnie tego, gdyby tak było to po cóż miał by do was wracać? Czy ktoś z nas, coś przebywali z nim jest chory, albo co mu dolega? - po tych słowach cofnął się do tyłu i spojrzał na Ingwara i już ciszej zaczął:

- Przejdźmy lepiej do konkretów, bom jeszcze modłów porannych wznieść dobrze nie zdążył.
 
Inferian jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166