Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-04-2016, 17:07   #1
Krucza
 
corax's Avatar
 
[oWod, Vampire:DA] Kronika Denemearca - Początek, 18+

Kettle die, kindred die, every man is mortal. But I know one thing that never dies: the glory of the great deed.
~Hávamál af Odin


Intro


Długi dom był pełen ludzi: mężczyzn porozsiadanych po ławach, krzątających się kobiet, pisków dzieci goniących się wokół rozpalonego na środku paleniska. Panującą wrzawę przecinały poszczekiwania psów gryzących się o resztki rzucane im ze stołów.
Gwar sali przerwało nagłe pojawienie się krępego, niskiego mężczyzny:
- Gdzie Agvindur? - przybyły stanął w drzwiach, rozglądając się z niepokojem. Za nim do domu wtargnął lodowaty wiatr, poruszając gwałtownie zawieszonymi u sufitów pękami ziół i suszonych kwiatów.
- Zajęty... - rechocząca wesoło dwójka najbliżej siedzących brodaczy wskazała mu nieco oddzieloną od reszty część domu.
Przybysz ruszył żwawo we wskazanym mu kierunku. Za rozwieszonymi kotarami wstrzymał jednak kroku widząc półnaga młódkę prężącą się w ramionach rosłego wojownika. Po smagłej szyi dziewczyny spływały pojedyncze, szkarłatne kropelki.
- Agvindurze… posłańcy przybyli.
- Niech zaczekają
- napłynęła leniwa odpowiedź.
- Tych wieści nie warto odkładać...
Wielki wojownik oblizał umorusane usta i zwrócił spojrzenie dzikich oczu na przybyłego, układając sobie dziewczynę na kolanach.
- Mów!
Przybysz zbliżył się z szacunkiem i szeptem przekazał wieści.
Wielkolud na chwilę zamarł, dłonie zwinęły się w pięści, twarz wykrzywił grymas wściekłości.
- Przyprowadź ich tu - ryk poniósł się po sali - i ślij wezwanie na thing!
 
corax jest offline  
Stary 03-05-2016, 23:39   #2
Krucza
 
corax's Avatar
 



Gdzieś na terytorium Danii

Ostatni z obrońców wioski został odrzucony jak kukiełka. Padł tuż obok swego toporu jaki wcześniej wysunął się z jego omdlałej dłoni. Usta otwarte do krzyku, oczy wytrzeszczone w grymasie przerażonego zadowolenia i niedowierzania. Przez chwilę kilka kropel krwi zawirowało w powietrzu i opadło na breję błota i topniejącego śniegu.
Kobieta tuląca do siebie zwłoki podrostka prawie rozłupanego na pół nie mogła przestać wyć. Jej zdarty i ochrypły głos przypominał już teraz bardziej krakanie nocnych ptaków niż ludzki głos.
Ciężkie kroki zatrzymały się tuż przy niej.
Dłoń pieszczotliwie ujęła jej podbródek, unosząc twarz do góry.
Sparaliżowana strachem patrzyła w oczy napastnika, a jej ochrypły skrzek nabrał intensywności.
Dłoń pogładziła czule jej głowę.
Wrzask ustał, ciało kobiety osunęło się na ziemię obok ciała dziecka.

Mężczyzna energicznym krokiem skierował się do największego domu w wiosce, w którym jego ludzie zebrali kobiety, starców i dzieci. Nocne powietrze wypełniał płacz, pochlipywanie i zawodzenie.

- Odpowiecie mi na jedno pytanie, a unikniecie losu jaki spotkał waszych mężczyzn. - potoczył spojrzeniem po przerażonych ludziach.
- Litości, panie! - dobiegło gdzieś z tyłu.
Przez zbity tłum przecisnęła się niewielka siwowłosa kobiecinka o twarzy pokrytej siateczką zmarszczek i bielmem na oku.
- Jeszcze czegoś chcesz od nas skoro zabrałeś tak wiele?
- Wierz mi, stara, to zaledwie początek.
- padło niedbałe stwierdzenie. - Wiem, że mieszka u was kobieta. Młoda, wysoka, blondynka o oczach różnej barwy. Gdzie ona?
- To za nią tyle śmierci i zniszczenia?
- Gdzie ona?
- Odeszła.
- Kiedy?
- W sercu zimy.
- Dokąd?

Staruszka wzruszyła ramionami: - Nie wiemy…
- Dokąd?
- powtórzył z naciskiem.
- To volva. - odpowiedziała stara z ironią - Takie jak ona nie opowiadają się dokąd i po co…
- Tu jakieś wioski w okolicy?
- Jedna trzy dni drogi na północ, druga na wschodzie, będzie tyle samo.

Mężczyzna skinął swym ludziom głową. Wepchnęli staruszkę do środka i drzwi zaryglowali.
Ogień podłożyli do wtóry z przerażonymi wrzaskami dochodzącymi ze środka, łomotania w drewniane okiennice.
Płomienie błyskawicznie zaczęły pożerać stråtag*
Mężczyzna dosiadał konia, trzymając się z dala od rosnącej łuny. Potoczył spojrzeniem po palącej się wiosce, trupach porozrzucanych wokół.
“Spodobałoby Ci się moja miła, spodobało.” - pomyślał niemal z czułością i zaciął konia.

Piątkę jeźdźców niknących w mroku żegnał nieludzko wyjący chór…

~~~

Paryż

Ubrany w białe szaty młody mężczyzna o urodzie cherubina siedział rozparty na wysokim krześle, wysłanym miękkimi skórami


Wsparłszy twarz na dłoni, przysłuchiwał się wiadomościom odczytywanym przez starszego, ciemnowłosego mężczyznę.



Cytat:
... i spieszę donieść, żem w łaski władcy Dunów ponownie popadł. Zdanie me stawia on sobie wysoko i posłuszen poradom moim, jakie w mądrości i łaskawości swej, Bóg Ojciec raczy na mnie zsyłać. Serce me raduje się na widok społeczności naszej rosnącej i wraz z topniejącym północnym śniegiem, pierwsze pączki pokazującej. Ku radości Pańskiej na wiosnę budowla pierwszego kościoła rusza w Hedeby. Jego Łaskawość Król Eryk posłańców także puszcza w głąb państwa swego z wieściami, by słowo Pana naszego po wszystkich zakątkach kraju się niosło. Król łacno ucho również przychylił planom budowy kościoła w Ribe, który to budować pomóc obiecał takoż i król germański Ludwik. Ażeby konstrukcje budowli i tworzenie Kościoła Bożego na ziemiach Dunów przyspieszyć, pokornie proszę miłościwego o pomoc i posłańców a wsparcia lubo wyczekuję.
Sługa uniżon,
Ansgar

Młodzieniec uśmiechnął się szeroko:
- Więc plany do przodu kroczą! - echo plaśnięcia o kolano odbiło się od kamiennych ścian.
- Tak, na to wygląda - zadowolenie wypłynęło na twarz ciemnowłosego. - Słać posłańców?
- Poślij. Poślij. A razem z nimi poślij …


Dalszą rozmowę przerwało wejście młodej brunetki.
Na jej widok młodzian zerwał się z krzesła odprawiając starszego mężczyznę machnięciem dłoni:
- Moja droga! Jesteś piękna, jesteś jak pieśń, która ma setki zwrotek, której końca wciąż nie znam! Stęsknionym ogromnie…


~~~

Noc thingu w Ribe


Hirdmani Agvindura straż pełniący upewniali się, że rozpalone stosy z dala wskazują drogę przybywającym. Zmieniali warty często, patrolując okolicę i wzajem z oka się nie spuszczając.
W długim domu jarla Agvindura panowały jeszcze gorączkowe przygotowania do uczty i zebrania jarlów.
Dzieci zostały przegonione z halli, zaś młodzików do oddzielnej chaty pogonił Eggnir - prawa ręka Agvindura - po drodze uśmiechając się lekko do wysokiej blondynki, spacerującej wśród ciżby.
Kobiety hałaśliwie krzątały się upewniając się, że gościom jarla i ich ludziom niczego nie braknie.


Podniecenie udzielało się i Elin. Rozglądała się po halli, głęboko wciągając powietrze przesycone zapachem piekących się mięsiw, ziół, placków… W środku boskiego chaosu jaki rozgrzewał nieco serce wampirzycy, rządziła się Thora. Doglądając i pokrzykując ostatnie reprymendy na niewolnice, sprawdzała czy gotowe są na posługę gościom.
W końcu Thora dała sygnał, a służba odetchnęła z ulgą: wszystko było gotowe...
Równo z pojawieniem się jarla Agvindura


służba otworzyła wierzeje dla pierwszego gościa...
 

Ostatnio edytowane przez corax : 02-07-2016 o 20:26.
corax jest offline  
Stary 06-05-2016, 20:25   #3
 
Leoncoeur's Avatar
 


Brzeg Nedersø, dzień drogi na wschód od Ribe

Obudził się jak zwykle gdy byli w podróży - w solidnej, okutej, dębowej skrzyni obitej od wewnątrz suknem. Sam zresztą dodatkowo owinięty był szczelnie płóciennym całunem, niby jego podróżne “schronienie” było wytrzymałe, ale nie należało kusić losu. Wprawdzie zwykle na dzień “Bjarki” i “Franka” zakopywali go w ziemi, ale czasem gdy nie byli daleko od celu podróży (jak dziś), kontynuowali wędrówkę wozem ze skrzynią skrywającą ich Pana i z mnogością kufrów zawierających jego dobra.
Nie czuł ruchu i charakterystycznych wstrząsów, a więc zapewne zatrzymali się już, choć Frey wątpił aby było to Ribe… Prędzej jakaś niewielka wioska lub wolno stojący langhús jutlandzkiego karla.

Gdy już wysupłał się z płótna, namacawszy w ciemności trzy solidne kłódki otworzył je i uchylił wieko. To zdecydowanie nie było domostwo żadnego karla… ani nikogo innego. Nie było to żadne domostwo, skrzynia po prostu stała na brzegu niewielkiego jeziora. Wyszedł z niej opatulając sie mocniej płaszczem wyszywanym w nordyckie motywy i rozejrzał się. Grim i Chlotchild siedzieli przy ognisku z dość nietęgimi minami. Nigdzie nie było widać ani wozu, ani pasących się wołów jakie go ciągnęły.
- Co się stało? - Nieumarły skald zmarszczył brwi.
Patrzyli na siebie jakby spychając nawzajem to, kto zacznie. W końcu Bjarki pokręcił głową i wstał rozciągając swa potworną sylwetkę na całą szerokość i wysokość. Ogromne bydle mierzące ciut powyżej siedmiu stóp wzrostu i ważące pewnie trzy i pół setki funtów miało stropioną minę.
- Woły się spłoszyły jakeśmy drogą przy urwisku jechali.
- Spłoszyły?
- Z niczego Panie -
na twarzy mówcy praw odbiło się zaniepokojenie. - Żeby choć giez w dupę dziabnął, żeby Chlo zaczęła śpiewać… - Frankijka posłała mu oburzone spojrzenie. - Znikąd. Tylko tak jakoś chłodniej się zrobiło... i wyrwały z miejsca w bok lecąc przez urwisko. Wóz gdzieś na dnie, bydlęta nawet nie wypłynęły, skrzynię ledwo na brzeg udało się wytaszczyć i…
- O kurwi synu… - Freyvind zacisnął zęby. - Oby jad węża do końca wypalił ci pedalski ryj. Oby Svaðilfari posiadł cię jeszcze sto i sześć razy. Oby Thor jako w Lokasennie stoi, użył Mjolnira, ale miast w łeb walić jako ci groził, w dupę ci go wsadził… Ty na obie strony chędożony kozojebco!! - Frey mig zrozumiał co mogło się wydarzyć.
Był bliski szału.
Grim cofnął się z obawą wypisaną na twarzy, Chlotchild również zerwała się od ogniska… ale z ekscytacją na ślicznym licu. Aż drżała, szeroko otwartymi oczyma chłonęła bliski wybuchu stan wampira.
Skald złorzeczył jeszcze chwilę, po czym zaczął się rozbierać.
- Gdzie spadły - warknął.
- Tam mniej więcej… - ogromny Duńczyk wskazał część jeziora.
Szerokim gestem.
Sporo szukania.
Freyvind całkowicie nagi (by nie moczyć ubrania) wszedł w wodę.
- Odpocznijcie, chyba nas nie okradną - rzucił sarkastycznie.
Zaiste, pusta skrzynia… jakby kto się zakradł do obozowiska podczas ich snu, dużo nakraść by nie mógł.



Na powierzchni był przynajmniej księżyc i gwiazdy… na dnie jeziora nie było nawet tego. Wampir właściwie szedł po omacku zagłębiając nogi w dość głęboki muł. Uparł się. Stracony dobytek był zbyt cenny. Kufry z ubraniami jeszcze odpuścić można, ale spory kuferek z gotowizną, pełen srebrnych monet i innych kosztowności…
To była fortuna.
Natrafił w końcu na drewniane szczątki ale zbyt zbutwiałe. To musiała być jakaś stara łódź jaką jakiś rybak wypłynął na jezioro. Po długich godzinach szukając po dnie, nic nie znalazł, choć mogło być i tak, że ciała wołów i wóz mógł minąć nawet o kilka kroków. To nie miało żadnego sensu, ale uparcie przeczesywał toń jeziora, aż z godzinę przed świtem zdecydował się wrócic do swych ghuli.

Trafiając do obozowiska skierował się ku ubraniu jakie zostawił na ziemi by nie przemokło gdy wszedł w wodę.
Było całe popalone.
Zasadniczo ostały się niedotlone resztki w miejscu w którym rozgorzało samoistnie drugie ognisko. Widocznie wiatr jaki mocniej rozszalał się w nocy przeniósł drobiny żaru.
- Oby Nagelfar zamiast ku Ragnarok powiódł cię do Muspelheim, gdzie płomienie po wsze czasy palić będą twą chudą dupę okurwieńcu - wycedził, złorzecząc.
Utratę nie tylko majątku, ale nawet płaszcza portek, butów i koszuli przypisywał przekleństwu Lokiego.
- Wstawać!
Grim i Chlotchild zerwali sie na ryk wściekłości wampira.
Dziewczyna przewróciła się przy tym obserwując bacznie pana w ekstatycznym oczekiwaniu.
- Zakopiecie mnie i pójdziecie szukać najbliższych domostw gdzie można będzie się schronić zanim nie wymyślę co dalej. Ustalcie gdzie w okolicy kto mieszka i gdzie można się udać.




- Myślisz, że zły będzie? - lekko przytłumiony głos dziewczyny zaczynał przedzierać się przez grubą warstwę ziemi.
- Ty się pytasz czy nadzieję masz, hm? - zabrzmiała basowa odpowiedź.
- Pfff - fuknęła dziewczyna. - Ty mu powiedz - ucieszyła się jakby nieco.
- Tyś zabrała, ty mów.
- Z Tobą to tak zawsze, nigdy zabawy, ciągle przeciw mnie - rozżaliła się, a Freyvind mógł w pełni wyobrazić sobie jej nadętą minkę.
- Lepiej pomóż go wyciągnąć, a wdzięków swoich na mnie nie marnuj.
Chlo mruknęła coś w swej ojczystej mowie i może to i lepiej, bo z tonu wnioskować się dało, że mało przychylny był to komentarz.




- Panie - jednooki olbrzym przywitał wampira, spokojnie popijając ziołowy napar z drewnianego kubka. Śliczna blondynka jakoś nieśmiało chowała się za wielkim ghulem. - Z pół dnia drogi jest niewielka osada. Jeno to w przeciwnym kierunku niźli do Ribe. Tom pomyślał, że zamiast tego, ubranie zdobędę.
Uniósł palec by wskazać kupkę złożoną w sporej odległości od niewielkiego ogniska.
- Pół dnia drogi? - Frey otworzył szeroko oczy. - Toż Ribe jest dzień drogi stąd. Szukaliście choć jakiegoś Langhusu rybaków nad jeziorem? - Zbliżył się do kupki ubrań. Koszula, jakieś portki, kubrak, onuce, łapcie. Wszystko marnej, pośledniej jakości. - Skąd to macie? - zainteresował się.
- Zdobyliśmy - pisnęła dziewczyna zajęta obciąganiem sukni - Do Ribe starczy, a tam lepsze można kupić…
- Jak zdobyliście? - mruknął zerkając to na jedno to na drugie.
Pół dnia do najbliższego osiedla, Dziewczyna zdenerwowana, oboje najwyraźniej coś knuli mijając się z prawdą lub ukrywając coś. - Hm?
- A trafił się taki jeden po drodze - wymamrotała dziewczyna - to pożyczyliśmy. Ale! Panie! - wstała i kuszącym kroczkiem zbliżyła się do nagiego wampira. - Niespodzianka! - dodała z szerokim uśmiechem błyskając bielą wcale równych ząbków i trzepocząc urokliwie rzęsami. Przesunęła paluszkami w powietrzu niemalże dotykając swego pana, obchodząc go w koło z czegoś zadowolona. - Będziesz rad… z pewnością!
- Ubiliście go? - spytał zakładając spodnie i koszule. - I co za niespodzianka?
- Nieeeee, gdzie tam dojdzie do siebie, może nawet już doszedł. A niespodzianka, o tu, niedaleczko. - Chlo pokiwała paluszkiem na wampira z uśmiechem choć spojrzenie rzuciła również na milczącego olbrzyma. Pognała do swojej torby, z której wyciągnęła średniej wielkości zawiniątko. Wróciła z nim do Freyvinda i podała je wampirowi, po to by czmychnąć niczym łania za Grima, na co ten tylko klepnął ją po udzie, oganiając się od dziewczyny jak od natrętnej muchy. Skald przerwał ubieranie się rozwijając płótno i odkrywając broszę ze złota z rubinem otoczonym szafirami. Gdzieś już ją widział…
Paryż.
Z jednej strony wspomnienie upojnych mordów i ogromnych łupów, z drugiej długi czas pożywiania się na wołach, psach i tych rannych wojach Lothbroka, którzy nie mieli szans na wydobrzenie po ranach zadanych im przez Franków. Kraj pełen chrześcijan, na samą myśl Freyvind poczuł w ustach smak dziegciu.
- Podwędziłaś… - zmarszczył brwi prostując się. - Kiedy? - zmrużył oczy obserwując Frankijkę.
Dziewczyna uparcie chowała się za Bjarkim, a ten ostentacyjnie wypychał ją do przodu bez cienia litości na pokarcerowanym obliczu.
- Nieee…. Uratowałam, panie, dla Ciebie. Inaczej by w jeziorze z resztą przepadła. A tak masz chociaż na nowy przyodziewek, broń i jeszcze zostanie na podarunek dla jarla a może i na konia? - Clothild wykładała swe racje kiwając przy tym głową potakująco z urokliwym uśmiechem.
Podziękować za ‘uratowanie’ nie szło, wszak go okradła i gdyby nie przepadek reszty mienia nigdy by to nie wypłynęło. Ukarać… też nie, wszak wyszło na to, iż dzięki niej zostało cokolwiek, a pary z gęby mogła nie puścić choćby z obawy. Milczeniem zamknąć sprawę, to zachęta na przyszłość.
Poza tym ta błyskotka uświadomiła mu ile stracił.
Zaczął zdejmować na powrót koszulinę i spodnie, nie śpieszyło mu się, mógł przeczesywać dno choćby i tydzień, miesiąc, w końcu by znalazł. Ale środek półwyspu to była dzicz, większość osad skupiało się na wybrzeżach. Łatwo było tu spotkać… wzdrygnął się. Już kiedyś zetknął się twarzą w twarz z wilkołakami, ale teraz nie miał nawet miecza.
- Podarunek dla jarla… - rzekł by odgonić złe myśli. Dumał patrząc na dziewczynę. - Myślisz Grim, że piękna branka szlachetnego zachodniego rodu byłaby właściwym darem? Choć on bardzo pochopny w czynach, za uchybienia służbę potrafi do cna wyssać. Nie wiem co za ‘ratowanie’ majątku by uczynił.
- Pewnie rękę odciął albo dwie… -
burknął znad kubka wielkolud, a Chlo ze szlochem przypadła do kolan Freyvinda z rozdzierającym okrzykiem. Twarz przytuliła do łydki wampira i łzami skórę mocząc prosiła:
- Panie, nie odsyłaj mnie, wybacz mi! Ja tylkom dla krotochwili chciała. Jakby inna taką broszę skradła, to już by dawno uciekła z niewoli. Jam została i broszę dla Ciebie zachowała. Nie odsyłaj! - ramionami kurczowo otoczyła nogi Freyvinda i drżąc ni to ze strachu ni to z ekscytacji wtuliła się z całych sił.
- Nie odeślę, ale Clotchi... spiorę jak mi bez pytania w jukach grzebać będziesz. - Podniósł ją z ziemi. Dziewczyna z wdzięcznością ucałowała jego dłonie, kiwała głową posłusznie. - Ja na noc w toń skoczę, może Asowie i Vanowie pobłogosławią i co znajdę. Wy zaś przygotujcie skrzynie. W dzień pociągniecie w stronę Ribe ile dacie radę. Płótno z całunu na skręcenie prostej liny może posłużyć. Na drodze śnieg z błotem, to jakoś powinno dać radę. Zrzucił ubranie dalej od ogniska, na wszelki wypadek.



Ciemna, zimna toń zamknęła nad nim niczym brama do Hel. Wzdrygnął się nie z zimna, lecz na samą myśl pojawiającą się nie w porę. Znowu wędrował złorzecząc Lokiemu w myślach, znowu zapadał się i po kolana w mule. A jednak tym razem nie klątwa lecz błogosławieństwo Ægira spłynęło na Freyvinda. W ciemnościach potknął się boleśnie o coś dużego. Sięgnął po omacku, klnąc po raz kolejny tej nocy. Bluźnierstwa utknęły mu w gardle, gdy wyczuł z niedowierzaniem chrakterystyczne cięcia zamka na skrzyni. Czy może to być? Czy jednak “opieka” Frankijki dobrym omenem była? Podłe poczucie humoru mają bogowie.
Wielkość kuferka i mocowania zatrzasków jakie wymacał świadczyły, że to skrzynia z kosztownościami. Tysiące myśli przebiegały mu przez głowę, między innymi te czemu nie znalazł ich w wozie jaki poszedłby na dno razem z wołami ciągnąć je w dół. Bydlęta zapewne musiały walczyć o dech powietrza ciągnąc go po dnie, aż sie nie utopiły. Kuferek powlókł po dnie za sobą i właściwie reszty szukał już tylko z rozpędu. W końcu jego dłoń natrafiła na drewnianą konstrukcję chyba ich wozu, bo drewno nie było zbutwiałe jak w przypadku łodzi znalezionej wczorajszej nocy. Z jego tyłu znalazł szeroką głęboką bruzdę, a wóz był przewrócony na bok. Widocznie woły walcząc o życie pociągnęły go, a ten przewrócił się wywalając kufry i skrzynie. Bruzda w mule miała chyba kilka metrów. Ileż bydlęta musiały z siebie dać by pociągnąć, gdy dyszel nie pozwalał im wypłynąć przyciskając do dna. Na wozie było jeszcze kilka kufrów między innymi z bronią i prowiantem, jakie musiały robić za dodatkowe obciążenie przekreślając jakiekolwiek szanse zwierząt. Krajobraz jak po bitwie, odkrywany dotykiem. Frey natknął się też na jakiś oręż zagrzebany w muł, lecz ciężko było mu go wyciągnąć. Szarpiąc się z mieczem w nieprzeniknionej ciemności wyobraził sobie rękę wystającą z mułu trzymającą broń od dołu, jakby sama Hel nie chciała wypuścić swej zdobyczy. W końcu wydostał miecz w pochwie i powlókł się w pierwszym lepszym kierunku. Nie pamiętał wszak z której strony nadszedł ale gdzieś jezioro z tej strony ku której się skierował - kończyło się. Przez myśl przeszło mu, że mógłby sięgnąć do mocy krwi danej mu przez Odyna i wyciągnąć jeszcze jeden kufer… a gdyby pogrzebał za lina to może i dwa. Bo drugi raz szanse na to by trafił w to miejsce po omacku na dnie jeziora były mniejsze niż zachowanie dłoni przez Tyra w szczękach Fenrira. Ale ciecz pulsująca w martwym ciele była cenniejsza niż kufry pełne sukni Chlotchild, czy jego ubrań.
Z mieczem w jednym ręku szedł przez mrok głębi ciągnąc kuferek… ale to już nie były jego dobra. Asowie i Vanowie nie przejmowali się ludźmi więcej niźli to było potrzebne, nie skierowali by jego stóp brodzących w mule w to miejsce gdyby nie oczekiwali czegoś w zamian. A Frey miał już osobistego wroga w jednym z bogów. Ciągnął kufer już nie dla siebie, a dla nich.



Wyszedł na brzeg i długo krążył nim zobaczył lekki poblask z ogniska przy którym spali już Duńczyk i Frankijka. Dociągnął kuferek w miejsce więcej niż prowirozycznego obozowiska. Do świtu zostały ze dwie godziny. Obudził “Bjarkiego”, jaki rozespanym wzrokiem, ale czujnie rozejrzał się wokół.
- Przygotowaliście skrzynię? - spytał skald z uśmiechem na licu niczym kot po dobraniu się do szperki.
- Tak, jak chciałeś, panie. - Bjarki skinął koncentrując spojrzenie na skaldzie. Jedyne oko rozszerzyło się w zaskoczeniu - Nie może to być…- sapnął zdumiony - … udało Ci się?!
- Ægir pobłogosławił, jako i Asowie i Vanowie. - Freyvind zaczął się ubierać w rzeczy jakie przynieśli przed zmrokiem. - Ile dacie radę pociągnąć mnie w dzień po tej drodze?
- Winno się udać prawie do Ribe. Płozym z brzozowego drewna wyciął. - Grim wskazał na “udoskonaloną” skrzynię. - Popchniemy miast ciągnąć. Pójść łacniej winno - grzmiał przytłumionym basem ghul. “Franka” przebudzona, oczy zaspane przecierała.
- Chwalisz się swym wymysłem, brzydaku? - podniosła się, o Freyvinda łasząc się niczym kot. Widać, że wciąż przestraszona wizją odprawienia była.
- Kufer weźmie Chlotchild. Ukarana nie będziesz, gdybym nie znalazł na dnie jeziora… to tylko ta broszka naszym całym majątkiem by była, poza drobnymi monetami jakie macie pochowane. Łasaś na dobro, to będziesz ciężki kuferek do Ribe ciągnąć pomagając Grimowi ze skrzynią. A macie do świtu ze dwie godziny, to “brzydaka” wyproś, czy szkatule płóz nie dorobi. - Wampir wyszczerzył sie w uśmiechu.
Fuknęła cichutko pod nosem, który do góry zadarła.
- On wielki i silny, ja przy nim niewielkie pióreczko... - Przypadła poufale do Freya. - Niech on pcha… - rzuciła w powietrze, nie patrząc w stronę Bjarkiego. Chyba podpadł jej sugestią obcięcia rąk.
Po nocy rozległ się śmiech Freyvinda.
Otworzył skrzynię wyciągając z niej (po krótkim grzebaniu w kosztownościach) grubą złotą nordycką obręcz na ramię. Podał ją ghulowi jaki odebrał prezent z kamienną twarzą choć błyskiem wdzięczności w oku. Wampir wygrzebał broszę ze stosu swoich ubrań, trzymając w drugiej dłoni koszulę zbliżył się do Chlotchild i wpiął ozdobę w jej suknie.
- Udowodnisz, że dbać o dobro potrafisz, nie tylko podbierać. - Zimnymi ustami pocałował ja w policzek i wciągnął koszulę przez głowę łapiąc zaraz za portki.
Udobruchana podarkiem i pocałunkiem pana, Chlo pokiwała łepetynką.
- A… - zapytanie na ustach zamarło. Spojrzała bystro na wampira. - Panie, a część może porozkładać, hm? Na wypadek jakby i teraz skrzyni coś się stać miało? Co cenniejsze na sobie nieść możemy…poobwijać kosztowności wokół siebie. Jakże to widzisz?
- Nie. To już nie nasze, a Asgardu. Bogowie zechcą to uchronią. -
Zastanowił się. Dziewczynie ewidentnie chodziło o to, by choć część kosztowności przemycić na Bjarkiego zmniejszając ciężar. - Ale dobrze. Najbardziej kosztowne rzeczy wezmę do skrzyni, na wszelki wypadek, by w razie przepadku kufra ofiarę i tak móc uczynić. Resztę śliczna Chlotchild, będziesz ciągnąć po drodze. Co by wystawało spod sukni czy kubraka u was, to dla podróżnych mogłoby sie jawić zdobyczą. Dziewczyna ciągnąca kufer… już tak się nie jawi. No przynajmniej mniej.
- A w Ribe zaczekać na Twe przebudzenie mamy? - spytał Grim obojętny na fochy dziewczyny. - Czy na dwór brata Twego pociągnąć.
- No gdzie na dwór, w tych łachmanach pan ma stanąć? Czyś ty do cna zgłupiał? - ofuknęła go blond piękność. - Najpierw się z dala zatrzymamy, pan się przebudzi, znajdziemy w między czasie godne ubranie i wtedy na dwór. Skald nie może w trawiastych łapciach na dwór jarla przybyć, Bjarki!
- W tych łachach bym przybył i chciałbym nawet by w jego oczy nie kłuć splendorem, choć taki strój z drugiej strony on mógłby i za obrazę wziąć. Pod Ribe się zatrzymajcie i kupcie mi skórzane buty miast łapci. Płaszcz wykańczany futrem, choc zwykły, bez ozdób i nie wysokiego stanu. Pas ćwiekowany i… kolczugę, bym jawił się dość ubogo, ale jak na bitwę gotowy.
- I łaźnię znajdziemy - zmarszczyła nosek blondynka - i ostrzyżemy boś jak dzikus brodzisko zapuścił - odezwała się w niej elegantka frankijska.
Freyvind uniósl brwi, wszak od dekad o ‘zarastanie’ martwić się nie musiał, figlarny błysk w oku dziewczyny świadczył o przekomarzaniu. Skończył wiązać łapcie rzemieniami i założył kubrak.
- Odpocznijcie jeszcze przed świtem, ciężki dzień przed wami. Ja spocznę już.





Ribe
Foy porter, honneur garder
Et pais querir, oubeir
Doubter, servir, et honnourer
Vous vueil jusques au morir
Homme sans per
Wysoki, choć całkim miły dla ucha głosik Franki był pierwszą rzeczą jaką usłyszał Freyvind wybudzając się ze stuporu.
- No nareszcie! - przerwała śpiew widząc wampira wynurzającego się ze skrzyni. Byli w jakiejś opuszczonej chacie z dziurami w dachu, przez jakie przebijały się jasno świecące gwiazdy.
- Idziemy do Halli Agvindura. Dasz radę pociągnąć jeszcze to cholerstwo? Wiem, żeś zmęczony…. - wampirzy skald odezwał się do Grima (zgadując, że to on głównie pchał jego mobilne schronienie) i obnażył przedramię.
Bjarki naciął szybkim, wprawnym gestem ramię swego pana i ciepłe usta przytknął do krwawiącej rany. Po chwili potrzebę zaspokoiwszy odsunął się z westchnieniem ulgi.
Chlo spojrzała bystro na Freya:
- Ja po thingu - w oczach błysnęła jej ekscytacja - mogę?
- Pij… - wystawił ku niej przedramię z nacięciem. Krew nie płynęła z niego tak jak u śmiertelników. - Pożyw się. Ale w Halli Agvindura wyczul słuch, wyczuj plotki i wieści.
Na rozkaz przypadła posłusznie z czułością ramię wampira ujmując. Chłeptała posapując cichutko.
- Jak każesz - usta ubarwione szkarłatem z rozbawieniem przytknęła do ust Freyvinda. - A ty, panie posilić się nie musisz? - spytała pochylona.
- Na dworze Agvindura myślę, że nie będzie brakło pożywienia… a was osłabiać nie chcę. - Przeciągnął dłonią po jej policzku i szyi z lekkim uśmiechem. Gest ten rozpogodził twarzyczkę Chlo, która już zaczęła się martwić odmową pana. - Przynajmniej póki nie będzie pewne, że syn mego ojca da nam schronienie. - Nieumarły skald nie lubił określenia “brat” na to co przez stworzyciela łączyło go z Agvindurem. To określenie było takie śmiertelne… a biorąc to jak wyglądało jego wchodzenie w świat Einherjar w Ribe dekady temu, mógłby jarla w pojmowaniu śmiertelników zwać nawet i ojcem.
- Zobaczymy… - wymruczał zlizując resztkę swej krwi z warg branki. - Kupiliście co poleciłem?
Dziewczyna z uśmiechem wpatrywała się jeszcze przez chwilę w twarz wampira, po czym skinęła głową.
- Pewnie, co mielibyśmy nie kupić? - Grim podszedł z naręczem zdobyczy, zawiniętych w płaszcz. Franka podała za to buty wysokie.
- Pomóc Ci? - krotochwilnym tonem rzuciła z niewinną minką.
- Dość, dziewczyno, mizdrzenia się. Szykuj się byś wstydu nie przyniosła - Grim mruknął cicho i karcąco.
Chlo zaniemówiła, a potem syknęła jak kotka:
- Ja wstydu? tobie?! - zacięła usteczka i aż tupnęła nogą w klepisko. Otworzyła buzię do tyrady lecz Bjarki jeno spojrzał na nią i dziewczyna umilkła.
Skald zaczął się ubierać. Buty, kolczuga, pas… płaszcz. Przytroczył miecz z lewej strony.
- Czas pokłonić się władcy tej domeny - rzucił. - Bjarki, bierz kuferek.





Halla Agvindura, noc thingu w Ribe

Po otworzeniu się wierzei gdy zaczął walić w nie dłonią, wszedł do środka halli Agvindura nie rozglądając się na boki. Tłoku nie było, to był thing aftergangerów z Ribe i szeroko-pojętych okolic, a nie śmiertelników w jakim uczestniczyłyby setki osób. Thingi nieumarłych przypominały zwykle kilkuosobowe narady. Freyvind teoretycznie nie powinien w nim nawet uczestniczyć względem zabierania głosu gdyby Agvindur nie zechciał, był w okolicy nowy przybywając ledwie co z Aros. Co innego jednak samo przybycie by pokłonić się jarlowi trzymającemu tu władzę.
- Vandræðaskald, który nie żyje w spokoju - mówił Grim niosący kuferek za wampirem robiąc za przedstawiającego gościa, swego pana. - Eyðimörkiarl, pan bez ziemi. Sögurhöfðingjar, cieszący uszy sagami. Óvinurinn eini guð, sprawca mordów na sługach Chrystusa na ziemi Franków. Sigurvegariúlfa, morderca wilkołaków.
Skald szedł bez wynoszenia się, czy pychy. W tym stroju to przeciwnie - nawet w lekkiej pokorze, Jego przydomki i to co się z nimi wiązało znane były od Hedeby po Trondheim i od Ribe po kraje Finów. “Skald wieszczący kłopoty”, “jarl na bezdrożach”, “książę sag”, “nieprzyjaciel jedynego boga”, “zabójca wilkołaków”... na niektóre zasłużył bardziej, na inne mniej, sława bywa kapryśna i przewrotna, pozycję wśród Einherjar sobie już jednak skrupulatnie sam wypracował.



Kasztanowe włosy sięgające ramion utrzymane były w chaotycznym nieporządku, choć okalając jego głowę nie pozbawiały wampira swoistego uroku. Od jego postawy bił autorytet i majestat być może nawet większy niż od jarla Agvindura, mimo że ten był tu władcą Ribe, a Frey przybyszem, ledwie włóczęgą.
- Niech ta halla zwróci uwagę ojca magicznych pieśni, aby pobłogosławił mięsem Sæhrimnira… - przemówił śpiewnym mocnym głosem od którego można było poczuć mrowienie* i uśmiechnął się - tych którzy zechcieliby pożywiać się jego ciałem, podczas gdy najwyżsi z karmiących kruki pana szubienic nasycą się jego płynem życia. Niechaj Freya sprawi, iż nadobne panny tutejszemu rozdawcy pierścieni i jego druhom swe szyje i… pachwiny - gdzieś dało się usłyszeć śmiech - nadstawiać będą z ochotą. Niech Asowie i Vanowie pobłogosławią ten dom, tego jednego wyglądam od nich więcej niż błogosławieństwa własnych czynów.

Wampir stanął przed siedliskiem jarla.
- Ojciec wilka, jotun jaki zawarł braterstwo krwi z dawcą zwycięstw, a mimo to doprowadził do zabójstwa jego najpierwszego z synów… Pozbawił mnie majątku. Kufer z wszystkim co zebrałem przez ostatnie lata, nasiona z Fyrisvellir, srebro i inne kosztowności, w tym łupy z kraju Franków… wylądował na dnie jeziora. Zszedłem w toń i szukałem… któż jednak dałby mi szanse na odnalezienie zguby w mrokach toni? Jednak Asowie i Vanowie zezwolili bym, w ciemnej toni jeziora odnalazł dobra zbierane przez ostatnie lata. Ktokolwiek powie, że są one moje, będzie musiał wyzwać mnie na Einvigi. One należą do tych, którzy żyją za dziełem rąk Thursa. Ja jedynie przynoszę je w darze temu… który ku chwale Asów i Vanów jest godzien i w mocy je wykorzystać.

Grim podszedł i położył kufer na ziemi przed Agvindurem, otworzył go i przewrócił, aż srebrne monety i kosztowności rozsypały się na ziemi. Skald zrobił krok ku podwyższeniu na którym siedział Agvindur.
- Te dobra są twoje, czy zechcesz wykorzystać je ku własnej uciesze, czy by powstrzymać plagę sług syna Marii jaka nachodzi Danię, czy zorganizować rajd na ziemie wyznawców ukrzyżowanego i jego ojca… to zostanie miedzy Tobą i Asgardem. Ja wziąłem z tego jedynie na buty, płaszcz i kolczugę, by być gotowym gdy będziesz mnie potrzebował. Bo oferuje swą służbę, prosząc jedynie o gościnę i opiekę.

*Użycie meritów: Enchanted Voice i Kenning-Wise

 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 06-05-2016 o 20:58.
Leoncoeur jest offline  
Stary 07-05-2016, 22:09   #4
 
Blaithinn's Avatar
 
Pisane z pomocą Corax

Prolog


Przeczucie nie myliło jej i tym razem. Ribe zastała poruszone nadchodzącym thingiem. Wszyscy gadali ale nikt nie potrafił podać konkretnej przyczyny, która stała za tak nagłym zwołaniem zgromadzenia. Nie byłaby jednak volvą, gdyby przybyła przed oblicze jarla wiedząc jedynie to, co pozostali.
Do domu Agvindura zaszła tylko na chwilę, by zostawić część swych rzeczy i zabrać jednego z niewolników. Niedbałe przywitanie i schludnie upięte włosy powiedziały domownikom, że kobietę lepiej teraz ostawić w spokoju. Biarni posłusznie podreptał za nią domyślając się już czego może się spodziewać. Wieszczka wyprowadziła go poza wały i pewnym krokiem poprowadziła do znajomego już zagajnika.
- Rozpal ognisko. - Poleciła, wyciągając ze swej sakwy mały bębenek, kilka kości, woreczek haftowany tak misternym wzorem, że trudno było rozróżnić co na nim się znajduje i parę innych sakiewek.
Mężczyzna polecenie wykonał i stanął przy niej oczekująco. Podniosła się otrzepując ręce i pogładziła niewolnika delikatnie po policzku, by po chwili przysunąć usta do jego szyi. Jęknął cichutko, gdy wbiła kły i zaczęła pić spokojnie. Nie trwało to długo, gdy odsunęła się oblizując.
- Możesz odejść, dziękuję. - Powiedziała rozpuszczając długie włosy.
Niewolnik zniknął niczym cień, które ją teraz otaczały.


Wysypała na dłoń zioła z nieozdobionych woreczków i wsypała je do ognia. Płomień buchnął gwałtowniej, a z ogniska wydobył się dym. Wzięła w ręce bębenek i jedną z kości, by wybijając nią rytm ruszyć tanecznym krokiem dookoło ognia śpiewając cicho.
- Panie ogień, pal. Wypal smutek i żal, wypal myśli natrętne niechciane, wypal to co winno być zapomniane. - Powtarzała te słowa przez dłuższy czas, aż w końcu stanęła w miejscu i niemal z czcią ujęła ostatni woreczek. Uklękła przy ognisku, wyciągnęła zza pasa sztylet, którego ostrze całe pokryte było runami i przecięła sobie dłoń wysypując na nią runy z mieszka. Obiema dłońmi potrząsnęła kamieniami i upuściła je na ziemię szepcząc cicho zaklęcia.

Przez chwilę miała wrażenie, że rytuał nie wyszedł. Nie czuła wypełniających ją wizji, nie czuła przepływu mocy. Czuła się pusta, opuszczona. Pierwsze nitki rozgoryczenia zaczęły powolutku oplatać jej umysł, gdy ten znienacka wypełnił się obrazem. Widok klarował się niezwykle powoli, formując się spomiędzy cieni i zimna jakie przeszyło ciało volvy.
Ciemne opary przesłaniały widok i nie dawały się rozpędzić, nie ustępowały przed siłą woli Elin.
Tron w wypełnionej jasnością halli był pusty. Wokół niego krążyły jakieś sylwetki lecz mimo, że ciągnęła niteczkę wizji, nie zdołała odkryć ich twarzy. Odczuła jedno: przeraźliwy ból.


Odsunęła się gwałtownie od run przerywając wizję i uciekając przed bólem. Klęczała przez chwilę wpatrując się w ziemię i uspokajając powoli. Skuld tym razem była wyjątkowo nieprzychylna, by zaglądać w Jej domenę. Będzie musiała złożyć jakąś ofiarę, by następnym razem ukazała więcej. Odetchnęła jeszcze raz i pozbierała powoli swoje rzeczy zastanawiając się nad wizją. Szykowały się zmiany… Duże zmiany. Tylko skąd ten ból?
Nie była pewna… czy warto wspominać o tym jarlowi? Czy wspominać o tym przy innych? Wizja pozostawiła więcej pytań niż dała odpowiedzi. Intuicja podpowiadała Elin, że cokolwiek zostanie postanowione na thingu, będzie dotyczyło nie tylko jarla ale i jego wszystkich uczestników. A tym czasem, dym wydobywający się z długiego domu kłębił się nad hallą jak mroczne cienie z jej wizji. Wśród porozpalanych ognisk widziała zarysy postaci zbliżających się do domostwa jarla Agvindura.


***


Volva przez kilka następnych nocy obserwowała domowników jarla wczuwając się w atmosferę domu i nastroje mieszkańców. Czuwała wrażliwa na każdą pojawiającą się zmianę i niezwykłość. Jeżeli jarl nie zażyczył sobie rozmowy z nią, nie narzucała się. Wiedziała, że gdy będzie jej potrzebował - wezwie ją.
Jarl większość czasu spędzał ze swymi drużynnikami, rozmowy tocząc przy zamkniętych drzwiach. Thora zaś kręciła się niepocieszona, że z zamkniętego kręgu została wykluczona. Chwilowo. Ale kąśliwa jak giez się zrobiła, ofukiwała i strofowała służbę, aż Lubow uciekała przed nią.
Jedna jedyna Sigrun chodziła po osadzie za nic mając tajemnice jarla i swego brata, ani fochy Thory. Słoneczko jak zwykle znajdowało dobre słowo dla każdego, uprzejmością swoją rozładowując nieco napiętą atmosferę. Zaczepiła raz czy dwa samą straszną volvę, przynosząc Elin ze skrytą minką podarek.

- Patrz co znalazłam! - uśmiechnęła się promieniście wyciągając z rękawa maluśki przebiśnieg. - Masz, na szczęście, byś się rozradowała nieco. - wcisnęła kwiatek w ręce wampirzycy.
Volva nie potrafiła nie uśmiechać się na widok Sigrun, choć jej widok zawsze przynosił mieszaninę ciepła i smutku. Przypominała jej odległe czasy, gdy i dla Elin świeciło słońce. Chciała uchronić tą niewinną istotę przed złem tego świata i była gotowa przeciwstawić się nawet samemu Agvindurowi, jeśli wpadłby na pomysł przemienienia jej.
- Dziękuję Sigrun i ja mam coś dla ciebie. - Odpowiedziała sięgając do sakwy i wyciągając woreczek z delikatnego materiału z wyhaftowanymi na nim kunsztownie drobnym kwiatuszkami.
- To dla mnie? - dziewczyna otworzyła oczy szeroko z niedowierzaniem i… rzuciła się Elin na szyję - Dziękuję! Dziękuję! - radość z podarku była wielka. Natychmiast pochyliła się nad wzorem by uważnie przestudiować go przy mdłym świetle świecy. - A wiesz, Elin, że Lubow obiecała pokazać mi wzór ichniejszy, no z jej rodzinnej strony? Wplotę go w kaftan Eggnira albo może buty mu nim wyszyję - Słoneczko uniosła jasną głowę by spojrzeć na wampirzycę.
Volva zamarła na chwilę z powodu tak niespodziewanego uścisku.
- Chcesz ozdobimy nim twą suknię. - Uśmiechnęła się i poklepała dziewczynę delikatnie po plecach. - Wzór ze stron Lubow? - Zainteresowała się. - Chętnie poznam.
- Oni wiele czerwieni i błękitu i czerni używają - tłumaczyła Sigrun - piękne kwiaty miała wyhafotwanie na rękawach ostatnio.
Zacięła usteczka na chwilkę i spojrzała na Elin uważnie:
- A … - zawahała się - volvo, postawisz mi wróżbę? - leciutko się zarumieniła.
Kobieta spojrzała poważnie na Słoneczko.
- Powiedz pierw co cie męczy, to pomyślimy. Norny lepiej ostawić w spokoju, gdy tylko to możliwe. - Odpowiedziała łagodnie.
- Ponoć za mąż mnie rodzice dać chcą i rozważają za kogo. Wiedzieć bym chciała, czy dobry będzie, czy kochać mnie będzie i czy dzieci mu dam? Eggnir obiecał, że odda mnie jeno najlepszemu. - uśmiech jej twarz rozjaśnił czuły na wspomnienie brata.
- Sam jarl ukrzywdzić Cie nie pozwoli ale rzucę kośćmi dla ciebie. Przyjdź jutro.
Uradowana dziewczyna raz jeszcze wyściskała volvę.
- A Tyś kochała kiedyś, Elin? - spytała, ciekawym spojrzeniem mierząc rozmówczynię - Jako że to jest? Kochać? - Rozmarzone spojrzenie dziewczyny zawisło, gdy Słoneczko wsłuchana była w siebie.
- Nie dane mi to było. - Volva uśmiechnęła się leciutko. - Opowiesz mi, gdy Ty pokochasz.
- Opowiem - pokiwała jasną główką. Przysunęła się nieco bliżej - A volvy i afterganger kochać nie mogą? Nasz jarl piękny, nie widzi Ci się? - pytała mimochodem, oczy jasne zasłaniając firaną rzęs.
- Mogą, jak chcą… ale gdzie ja i jarl… - Machnęła lekko ręką, choć pojawiła się myśl, że wszak córką jarla sama jest. - Musiałabym w miejscu jednym ostać. - Dodała i zerknęła na dziewczynę. - A Tobie kto się widzi?
- A co Cię gna po świecie? Bogów wola jeno czy Twa ciekawość? - Sigrun uśmiechnęła się łagodnie - Boć dom masz u Agvindura. A mnie … Mnie się nocami śni Orm, drużynnik Einara z Aros, ciemnowłosy o oczach jak młoda trawa. Jeno… - zamilkła zarumieniona nagle.

Dom, czy ona rzeczywiście miała prawdziwy dom od czasu opuszczenia Helgoe? Gdzieś tam było jej miejsce… Choć najpewniej dopiero przy ogniu Lokiego. Otrząsnęła się z chwilowego zamyślenia.

- Jeno bez ziemi i sławy. - Dopowiedziała spokojnie. - Ale to Ty wiesz czym miłość, Sigrun. - Uśmiechnęła się do niej.
- To kochanie jak myśli wciąż ku niemu biegną? Jak ciągle być przy nim chcę i sprawiać by się uśmiechał? - spytała nieco po dziecinnemu Sigrun - A jeśli on nie wie, że istnieję to jakoże kochać mnie ma? Może lepiej rodziców posłuchać? Eggnir za biednego też nie puści. Poradź volvo, tyś mądra, widzisz wiele…
- O, z pewnością wie, żeś istniejesz. - Zaśmiała się cicho. - Jeno śmiałości nie ma, by spojrzeć na Ciebie. Pukiel włosów daj i obaczę co zrobić się da.

- Myślisz, volvo, że on wie o mnie? - twarzyczka dziewczyny rozjaśniła się nadzieją - pukiel dam, a za wróżbę spinę. Dość będzie by wieszczbę opłacić? - spytała niepewna.
- Spinę ostaw sobie. O przysługę Cie kiedyś, poproszę. - Odparła spokojnie. - Zgadzasz się?
Słoneczko pokiwała główką na zgodę:
- Jutro włosy doniosę. A kiedy Cię znaleźć, Elin? Nie chcę zgniewać za wczesnym pojawieniem - uśmiechnęła się, sama czary uprawiając. *
- Ja Cie znajdę. Niedługo będziesz czekać, obiecuję.
- Dobrze, Elin. - Sigrun podniosła się i raz jeszcze uściskała wampirzycę, pocałunek ciepły zostawiając na bladym i zimnym policzku. - Pomyśl o jarlu, volvo… - szepnęła i z radosnym śmiechem uciekła by radość szerzyć wśród innych.


Noc thingu


Przed przybyciem gości Agvindur znalazł Elin sam.
- Słowo? - spytał krótko.
- Właściwy czas. - Skinęła głową, a jej postawa uległa nieznacznej zmianie. Wyprostowała się dumnie, a dłonie bezwiednie sięgnęły do rozpuszczonych pukli, by zaraz je spleść.
- Przybędą wkrótce, będzie ich czwórka, ty i ja, w sumie sześcioro. Miej na każdego baczenie, obserwuj. Potem dasz mi swe zdanie. - mówił ze srogo zmarszczonymi brwami i czołem jarl. Górował znacznie nad Elin mimo jej wysokiego wzrostu. - A ostrożna bądź. Nie zdradź się. Potem… potem o wróźbę poproszę - dokończył jakoś miękko, lekko głowę pochylając by szacunek volvie okazać.
- Twa krew potrzebna będzie… Decyzja zbyt wagi wielkiej, by Skuld grymasiła, przed Wami. Od niej losy wielu zależeć będą… - Odpowiedziała cicho.
Agvindur głowę poderwał raptownie wpijając się spojrzeniem w kobietę stojącą przed nim:
- Co wiesz? - krok postąpił ku Elin ze zmarszczonymi brwiami.
Volva nie cofnęła się i wytrzymała spojrzenie jarla, by w końcu pokręcić lekko głową.
- Jeno tyle, że zmiany idą i od Waszej decyzji wiele zależeć będzie. Prządka wielce zazdrosna, stąd o rozwagę upraszam i Waszą pomoc przy wróżbie.
- Pomogę. Ofiarę złożę. - kiwnął gniewny czegoś - Po thingu. Miej baczenie na zdarzenia i znaki od Werdandi. Może bogowie uniosą zasłonę tu i teraz by przyszłość pomóc kształtować zgodnie ze swym życzeniem. - Agvindur szczęki mocno zacisnął, wzrokiem mrocznym potoczył. - Blisko badź.
Skłoniła głowę.
- Będzie jakżeś powiedział.
Gniew swój ścisnął niczym konia ostrogami i lejce mu ściągnął. Raz jeszcze spojrzeniem omiótł wiotką postać Elin i odszedł ostatnie przygotowania poczynić.

Przyglądała się jak odchodził, a hardość z jej rys powoli znikała. “Blisko bądź, nie zdradź się.” Prychnęła cicho. W cieniach się chować nie umiała, trza będzie na widoku stać i dobrze wyglądać… Jeszcze raz spojrzała za jarlem myśląc, że wieści były gorsze niż sądziła. Nie wiedzieć czemu smutek też poczuła, iż więcej nic powiedzieć jej nie zechciał. Wzruszyła jednak ramionami i pognała do swej izdebki, chwytając po drodze Lubow, by się przygotować.
Okrzyki jakie domownicy usłyszeć mogli z kącika volvy jasno mówiły, że kobieta szykowana jest bardziej niźli sama by chciała.



W końcu ukazała się, strojna niczym żona jarla, w błękitną suknię i czerwony kaftan spięty fibulami grawerowanymi w Uroborosa. Jasne włosy, zawsze w nieładzie, teraz w warkocz jeden gruby, splecione z wstążkami były. Odpowiedni ubiór i fryzura ukazały, że Elin niebrzydką wcale była, choć z początku zdawała się pragnąć znów potargać i umknąć gdzieś w kąt. Stanęła jednak w pobliżu siedziska Agvindura i jej dwukolorowe oczy poczęły obserwować* wszystkich zgromadzonych.

Widzenie aury, empatia, percepcja i czujność.

 
Blaithinn jest offline  
Stary 09-05-2016, 18:48   #5
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Na trakcie prowadzącym aż do ostrokołu, otaczającego pogrążone w nocy Ribe, można by dostrzec za dnia pojedynczą postać, idącą bez oznak znużenia. Teraz, gdy na nocnym niebie królował księżyc – nie w pełni, i przesłonięty rzadkimi chmurami – tylko paleniska dawały światło, niewiele ukazujące ze skraju otaczającej, pogrążonej w mroku puszczy.

Czuwający przy barbakanie hirð dopiero z bliska dostrzegli bladą jak mara sylwetkę, skąpaną w zimnym świetle tungl, pozostawiającą ślad bosych stóp w rzednącym śniegu.

Wszelkie pytania były zbędne. Wartownicy otworzyli bramę dla przybywającego na thing aftergangera. Ten, nie zwalniając nawet, z nieobecnym wzrokiem ominął ludzi jarla, zadziwionych po ujrzeniu go w świetle, i niewątpliwie kierowany łuną rozświetlających Ribe stosów skierował się prosto ku halli Agvindura, położonej na łagodnym zboczu, powyżej reszty miasta.

Umarły, jak gdyby lunatykując we śnie, przeszedł przez nie i ponownie przystanął dopiero przed zamkniętymi drzwiami halli, przed którymi straż pełniło dwóch huskarlów, nieruchomych jak statuy. Ich oczy pod nosalowymi hełmami, pomarańczewiejącymi w świetle rozpalonych w bezpiecznej odległości od halli palenisk, skierowane jednak były wprost na niego. Jak gdyby nie mogli oderwać spojrzenia – twarze i brody skryte były pod kolczymi haftanami, których podbicie ze skóry w równej mierze mogło chronić ich przed ciosami jak i zimnem. Tej nocy to drugie miało większe znaczenie.

Szybciej niż zatańczył płomień paleniska, wzrok przybysza zogniskował się przed nim samym. Mimo braku mimiki, poprzez same tylko oczy, wyraz twarzy zmienił się z nieobecnego na srogo skupiony. Zamrugał jak gdyby wyszedł z transu i omiótł spojrzeniem stojących przed nim i po bokach huskarlów. Nie odezwał się jednak. Byli na tyle skonsternowani, że końcu jeden z tych przy wejściu zabrał głos.

- Kogo zapowiedzieć jarlowi, Einherjar?

Na chwilę afterganger opuścił spojrzenie i zmrużył oczy, jak gdyby chciał sobie przypomnieć... swoje imię... lub w ogóle zdolność mówienia.

- Powiedz... jarlowi. - podniósł spojrzenie – Iż Volund przybył na jego wezwanie. – zakończył płynnie.

Nie było to konieczne. Chociaż nigdy go nie widzieli, od razu rozpoznali Pogrobowca. Hirdman skinął tylko głową i rozsunął odrzwia by wejść do środka. Nie minęło wiele czasu, nim drzwi rozwarły się na oścież, wpuszczając do środka zimne powietrze. Huskarl czekał wewnątrz, bez słowa, tak jak kilku pełniących straż wewnątrz, próbujących nie zakłócać thingu.

Volund wyszedł z nocy i wkroczył do halli jarla, ze światła gwiazd i księżyca do tańczącej łuny paleniska, ale jego bladość z nim pozostała. Wtedy objawił się w pełni okazałości przebywającym w głównej sali langhausu.

Pierwszym co było widać, poza jego nienaturalną, acz niezupełnie trupią bladością, była nagość. Afterganger nie zakrywał swojego ciała zupełnie niczym – ciała, które natomiast wydawało się rywalizować z rzeźbami greckich mistrzów sprzed samego Bizancjum; które przekraczało granicę barbarzyńskiego nieokrzesania czy wulgarności i przechodziło w domenę piękna. Jego włosy i broda były nieuczesane i zroszone błyskawicznie topniejącym lodem, jak gdyby ich posiadacz przed samym przybyciem tutaj dokonał kąpieli w przeręblu lub topniejącym jeziorze, ze względu na zwyczajową u Danów czystość. Przykładał do niej z jakichś powodów większe znaczenie niż do odzienia. Twarz jego natomiast była fizjonomią, której nie powstydziłby wojownik, ale bez skaz i blizn i zmarszczek jak lico najdelikatniejszych kobiet, lub bardziej.

A jednak jego skupione i dzikie spojrzenie, gwałtowność kroków, siła widoczna w ciele tak - jak widać w nieujarzmionych zwierzętach siłę nieobecną u tych udomowionych - wszystkie sprawiały wrażenie dzikiego zwierzęcia uwięzionego w niewłaściwej powłoce... lub na odwrót, dostojnego mężczyzny, w którym ktoś wbrew niemu zasiał z trudem kontrolowaną i okiełznaną wysiłkiem woli bestię.

Mogło tak właśnie być, jeżeli wierzyć opowieściom o Volundzie Pogrobowcu. Pierwszy raz można było usłyszeć o jego dokonaniach raptem cztery lata temu, gdy wsławił się w służbie Sigurda, syna Ulfa – okaleczonego jarla Hjordkœr, położonego w głąb kraju i przy granicy z Germanami. Jarl ten mimo relatywnie ubogich ziem toczył zaciekłe boje z ludem tak bliskim w obyczajach i myśleniu wybrańcom Odyna. Wiadomym było, że cieszący się niesamowitym pięknem i ponurym sposobem bycia Pogrobowiec przeszło rok służył jako jego berserker, nigdy naprawdę nie zostając huskarlem, chroniąc nie mogącego uczestniczyć w licznych wymierzonych weń holmgangach jarla i jego dobrego imienia.

Inne opowieści mogły tłumaczyć, dlaczego rozstał się z jarlem. Nie było dla zebranych na thingu niczym niezwykłym by usłyszeć, że berserker rościł sobie prawo do krwi pokonanych, zgadzał się na wszystkie, często bardzo niekorzystne warunki przeciwnej strony byle wymusić pojedynek w nocy i przeżywał niezwykłe rany.

Mniej oczekiwanym było, że w niektórych przypadkach, bez woli jarla, gdy zwyciężał, męczył swoich przeciwników. Korzystając z wielkiej siły, nie od razu widocznej u pięknego vargra, łamał ich, gdy zdołał okaleczyć lub rozbroić. Niektórym odbierał broń nim ich zabił, jak gdyby chcąc odmówić im wstępu do Valhalli. Często też uczestniczył w pochówku zabitego w kopcu, lub paleniu ciała i stawianiu kamienia mającego upamiętnić zabitego wojownika, skąd poza wyglądem wzięło się nadane mu imię – Pogrobowiec, poza oczywiście jego karnacją...

Czasem sprawiał pochówek, jak gdyby chciał przeprawić do Valhalli własnego brata.
Czasem domagał się tej możliwości u towarzyszy pokonanego, ale nie zabitego przeciwnika, grożąc że okaleczy ciało, a to będzie uwięzione w świecie i będzie nawiedzać swych bliskich.
Czasem o nic nie pytał i po prostu tak czynił.

Nie była to kwestia szału – i pod tym kątem Pogrobowiec był odmienny. Niewielu berserkerów naprawdę osiągało kiedykolwiek berserkergang, ale jeżeli wierzyć pogłoskom, przynajmniej raz, gdy był prowokowany przez przeciwnika, wszyscy widzieli iż jest o krok od wpadnięcia w krwawą furię – lecz hartem ducha Volund powstrzymał się i zabił wyzywającego z zimną krwią.

Nie miał ojca i nazwiska, przed walką nie przechwalał się i milczał wobec prowokacji. Milczał większość czasu – ale gdy mówił, wyrażał się kwieciście jak na wojownika...

Nie licząc tego, był absolutnie lojalny względem jarla, któremu służył. Dlatego też wydaje się, że to Sigurd go odprawił w roztropnej obawie przed krwawymi zatargami z rodzinami i mocodawcami pokonanych.

Nic dziwnego, że następnym, który przyodział go w niedźwiedzią skórę był Ogni, zwany Szalonym Jarlem władającym w Toftlund. Szalony Jarl był również aftergangerem – siwobrodym i siwowłosym szaleńcem, nieprzewidywalnym sadystą, który miał wielu wrogów, potrafił za najmniejsze przewinienie złożyć swoich gości w ofierze Odynowi i podobno miał Widzenia i Sny, i tylko przebiegłość jego śmiertelnego wnuka, Aegthora pozwalała utrzymać jego ziemie w ładzie. Wieści dochodzące z jego domeny były często sprzeczne – niektórzy goście lub nawet towarzysze tych, którzy przybyli na holmgang by zostać pokonani przez Volunda opuszczali jego włości oczarowani gościnnością starego władcy z długiej linii nieśmiertelnych potomków Odyna.

Inni jednak podobno nie wracali wcale, i tylko niejasne pogłoski donosiły o Volundzie Pogrobowcu, na życzenie Szalonego Jarla wycinającego ofiarom najpiękniejsze krwawe orły, i o towarzyszach pokonanych, od których Ogni żądał natychmiastowej spłaty główszczyzny, wobec braku której wieszał wszystkich jako ofiary dla bogów.

Na niedługo po zwołaniu thingu w Ribe... Szalony Jarl doznał ostatecznej śmierci, władzę nad jego domeną przejął Aegthor w doradztwie którego znajdował się przybyły z dalekiego południa afterganger, a lojalny poprzedniemu jarlowi Volund utracił niedźwiedzią skórę i musiał opuścić Toftlund.

A teraz przybył przed oblicze Agvindura, jego świty i pozostałych z już obecnych gości.

Znów nieobecnie, znów jak krocząc przez sen lub wspomnienie, Volund przeszedł przez całą salę, epatując urodą, nim jego wzrok wyostrzył się jak z kolejnym przebudzeniem, ogniskując na Agvindurze i tylko Agvindurze. Zatrzymał się przed władcą Ribe w akceptowalnej odległości.

Płomień w ogniu nie zdążył zatańczyć, nim przykląkł na jedno kolano, pochylając się z szacunkiem i opierając opuszki palców o drewniane podłoże.

- Jam jest Volund. – przerwał - Przybywam na Twoje wezwanie, o jarlu Ribe, gnany zaszczytem, jaki mi czynisz. – podniósł głowę i z nią spojrzenie, omiatając po raz pierwszy wszystkich w zasięgu wzroku. Mówił zaś powoli i rozmyślnie, głosem bardziej przystającym minstrelowi czy opowiadającego sagi, aniżeli berserkerowi.

- Jestem do twych usług, Ty, którego słowa zaklęły Viliego by tchnął odwagę w jego hirð, aż zajdzie do Toftlundu i ani Ogniego, ani Hel się nie ulęknie. Proszę, uczyń mi jeden jeszcze zaszczyt: gościny, abym choć i o tej nocy thingu, mógł opowiadać: – objął wzrokiem zebranych gości i uniósł dłoń, gestem wskazując ich wszystkich – z jak godnymi dane mi było uczestniczyć w twej wspaniałomyślności.

Mam propozycję wypisywać w tego typu spoilerach tylko rzeczy, które są ewidentnie widoczne dla innych?

Charyzma bez etykiety, by zrobić dobre pierwsze wrażenie.

 
__________________
Nikt nie traktuje mnie poważnie!

Ostatnio edytowane przez -2- : 11-05-2016 o 18:30.
-2- jest offline  
Stary 12-05-2016, 20:28   #6
Krucza
 
corax's Avatar
 
Viborg - po zmierzchu - dawna halla jarla Ulfa

Niewielki tłumek rozstąpił się, gdy do longhusu wpadła hałaśliwa grupa wielkich mężczyzn wlokąc między sobą jasnowłosego chłopaczka, syczącego i szczerzącego kły resztką sił. Głębokie rany na jego ciele wyglądały na ślady olbrzymich pazurów i ukąszeń.
- Jest twój… - wycharczał niskim głosem jeden z przeraźliwie wyglądających wojów. Pozostali niemalże odsłaniali zębiska w bezgłośnym pokazie siły i ostrzeżenia, gdy przechodzili pomiędzy rozstępującymi się zebranymi.
Przywódca rzucił młodzieńca na ziemię u stóp ozdobnego wysokiego krzesła.
Spojrzał na zasiadającą w nim dumnie kobietę: ciemnowłosą, szarooką i pełną wewnętrznego ognia. Jej zdobione czarną barwą powieki, podkreślały przenikliwe spojrzenie. Wciąż w stroju bojowym i hełmie na głowie wydawała się nieco znurzona wrzawą i tumultem czynionym przez zebranych w halli.

Widząc leżącego na ziemi młodzieńca wstała, prostując dumnie swoją smukłą i wysoką postać.
- Harald Ulfsson… co Ci obiecałam ostatnim razem? - spytała nieco rozbawionym tonem kierując swe kroki ku rannemu. - Miałeś jeden, jedyny rozkaz do spełnienia. Zamiast tego zdecydowałeś się na ucieczkę. Jak tchórz… - wypluła to słowo niemalże - … ale zdaje się, że jaki ojciec, taki syn…
- Wiem, gdzie on…
- wycharczał słabo Harald.
- Gdzie?
- Wyruszał ostatnio ku Ribe…
- Ku Ribe?
- kobieta zmarszczyła brwi - Z iloma ludźmi?
- On ludzi po drodze zbiera.
- mówienie sprawiało ból a ciałem młodzika wstrząsały coraz mocniejsze dreszcze.
Kobieta uczyniła znak i dwójka mężczyzn ustawiła chłopca na nogi by szarpnięciami zerwać z niego ubranie.

Szarooka pochyliła się nieco

- Ilu ludzi? - kobieta uchwyciła mocno genitalia więźnia.
- Dwójka sług jeno - zachłysnął się własnym sykiem Harald.
- Jeśliś skłamał, tchórzem i kłamcą na wieczność pozostaniesz, gdy ja zostawię twe truchło wystawione dla kruków i wron bez stóp i męskości, byś nigdy nie zaznał rozkoszy i nie mógł dojść do Helheim. - wysyczała wojowniczka i jednym ruchem obcięła przyrodzenie młodzika. Z rany trysnęła krew, wrzask wypełnił hallę. Szybko jednak został stłumiony, gdy kobieta wcisnęła obcięty organ w usta Haralda i otrzepała lekko dłoń z pozostałości juchy i tkanek. Stopy młodzika również potoczyły się po ziemi, obcięte toporami wojów. Zebrany tłumek zaczął głośno pokrzykiwać i drwić z nieszczęśnika, którego wywlekano na zewnątrz. Za nimi, śladem krwi szła kobieta wykrzykując polecenia znalezienia odpowiedniego pala.
- Zatknąć go całego, niech zaczeka przed osadą na pierwsze promienie słońca. - dorzuciła bez śladu litości w głosie. - Pełnić straże przy nim, co by wybić głupie pomysły ratowania zdrajcy.


Późnym rankiem, gdy kobieta wraz z 5 piątką przybocznych odjechała z Viborga z pala ściągnięto spalone i zwęglone zwłoki...




Halla jarla Agvindura - noc thingu


Longhus Agvindura rozbrzmiewał echem głosów gości i służby.
Na stołach piętrzyły się stosy jedzenia: suszone mięsa, ryby, świeżo upieczone placki żytnie, słodkie bułki, dzbany z miodem i cienkim piwem. Nad paleniskiem piekły się połacie pachnącej ziołami dziczyzny. Służba kręciła się pomiędzy hirdmanami Agvindura porozsiadanymi wygodnie po ławach pokrytych skórami.



Wejście volvy przybranej godnie i dostatnio, uwagę jarla przyciągnęło. Smukła, wysoka i młodziutka na pozór, uwagi na siebie nie ściągała ni siłą, ni wpływem przemożnym na innych. Zdawać się mogła nieśmiała i wiotka, gdy zasiadła przy boku Agvindura, oczy swe dwukolorowe przesuwając po hirdmanach i Freyvindzie. Jedno jej miejsce zostawiono: po prawicy jarla, któren spojrzenie, co bardziej klan Bestii niźli Brujah na myśl przywodziło, rzucił spod długich włosów. Omiótł nim postać volvy i wzrok jej schwycił we wnyki swych dzikich oczu. Na koniec lekko głową skinął na znak… Czego? Elin pewna nie była.
Volva ze swego miejsca obserwowała przybycie Freyvinda - skalda, brata w krwi jarla Agvindura. Każdemu stąpnięciu i każdemu słowu wampira towarzyszyły lekkie szepty zebranego tłumku. Nosił się on dumnie i uwagę przyciągał niczym Gerda, wyróżniając się spośród tłumu i wzrok wciąż i wciąż przyciągając. Za nim kroczyła dwójka sług jeno: mężczyzna i kobieta, jaka szybko w tłumie gości zniknęła gdy tylko jej pan pierwsze słowa wypowiedział.
Volva ze swego miejsca zobaczyć zdołała lekkie napięcie jarlowe, gdy sługa Freyvinda rzucił pod nogi kufer pełen drogocennych darów. Gniew obmył oblicze jarla jak fala i jak fala szybko odpłynął. Freyvind zaś kontynuował swą mowę powitalną i prośbę; jego postać obmyta pływającą mieszanką żółci, zieleni, różu i jasnej szarości.

- Zawsześ mile widzian w mej dziedzinie - zwrócił się do Freyvinda Agvindur, zaciskając dłonie na rzeźbionych głowniach poręczy swego wysokiego krzesła. - Freyvindzie. - wampir podniósł się i zszedł ku skaldowi, podarków ni ghula Lenartssona póki co nie zaszczycając spojrzeniem. Szerokie i mocarne niczym młode drzewka ramiona rozłożył, idąc ku swemu bratu, by w uścisku go zamknąć. Tam, gdzie skald uwagę przyciągał wdziękiem postawy i wypowiedzi, tam Agvindur był jego przeciwwagą, brutalną siłą fizyczną przyciągając spojrzenia.
- Daninę twą przyjmę. - na słowa te kilku służących zbierać dobra się rzuciło i kufer odciągać w głąb halli - A Ty i Twoi znajdziecie miejsce przy mym stole. Ramię Twe zda się wcale łacno. - dodał nieco ciszej Agvindur i zmarszczeniem brwi zakończył powitanie.

Skinął dłonią do Elin:
- To volva co zwie się Elin i pod mą ochroną przebywa. - zdążył dokonać szybkiej i niezbyt formalnej prezentacji gdy dalszy dyskurs przerwało pojawienie się kolejnego gościa. Stróżnicy z minami niewyraźnymi nieco zapowiedzieli Volunda, z klanu Gangrel.
Gdy ten wszedł, oczy wszystkich zebranych oderwały się od dwójki braci, szepty umilkły.
Ciemnowłosy Gangrel, piękny niczym sam Baldur, wstąpił przez wrota błyskając bladą skórą, nieokrytą męskością i gładkim licem, nosząc się niczym sam żądny zemsty cichy Viðarr. Na ten widok Elin westchnienie wydała głośne, nieświadomie głos zabierając jako pierwsza.
Freyvind zaś wzroku oderwać od przybysza nie mógł, przyglądając się mu z podziwem, rywalizującym z narastającą chmurą na twarzy Agvindura. Eggnir, hirdman jarla, krok postąpił nieco do przodu ku Volundowi, lecz jarl wstrzymał go gestem. Sam zwrócił się do Gangrela:
- Wielem o Tobie słyszał, Volundzie. - mars nie schodził z twarzy Agvindura. - Ogrzej się przy stole i ogniu mym.
Elin zaś feerię barw sprawdzając dostrzegła jak brąz splatał się z purpurą, bursztynem i jasnym błękitem wokół postaci Pogrobowca.
Po słowach tych szepty poczęły powoli narastać, a służba jakby z letargu się ocknęła i na nowo swe obowiązki podjęła.


Kolejno przybył z szcześcioosobową świtą rudowłosy Ødger.
Każdy z jego przybocznych pysznie a bogato odzian i zdobion futrami pięknymi, pierścieniami i spinami. Rudowłosy dumnym spojrzeniem potoczył i zatrzymał je na Volundzie przez dłuższą chwilę. Z zapatrzenia wyrwała go Chlotchild, kielich podając z uśmiechem niewinnym. Ødger z szerokim uśmiechem piękną Frankijkę zaczął bawić rozmową.


Ostatnim gościem okazała się kobieta - Gudrunn z Jelling - okutana w futra, która z sobą falę dzikości wprowadziła do halli. Ruszała się gibko i szybko, spojrzeniami strzelając na boki. Do Agvindura podeszła jak do równego. Przywitała się bez słów pięknych i zawiłych. Freyvindowi znajoma się zdała lecz pewności kim jest skald nie miał. Z Agvindurem nieco zaaferowana krótko pomówiła.

A Elin kątem oka Słoneczko, chowające się zobaczyła. Dziewczyna z wypiekami na policzkach ucztę afterganger podglądała, zapatrzona w pięknego Gangrela jak zahipnotyzowana. Sigrun właśnie dzban miodu porywała by w służbę się wmieszać.


Przez harmider uczty, Eggnir ciszę nakazał:
- Jarl mówić będzie - zagrzmiał donośnie przebijając się przez dźwięki jedzenia i pokrzykiwania podpitych hirdmanów.

Agvindur odczekał chwilę i temat zaczął:
- Prosiłem was tutaj, bo pomoc wasza konieczna. Rzeczy dzieją się, jakie niepokój mój wzbudzają a i bezpośrednio i we mnie i w nas einherjar godzić zaczynają. Eryk - pięść zaciśnięta w impulsie - w Hedeby świątynie syna Maryjnego budować w swym mieście zamyśliwa i pomocy na to żąda. Posłańców słał takoż by wolę swą obwieścić by podobną świątynię i w Ribe budować i Viborgu.

Gdy okrzyki gniewu i protestu wypełniły hallę, na chwilę mowę przerwał, spojrzeniem potoczył, Gudrunn zaś warknięcie ciche wydała.
- Druga sprawa zaś, bardziej niecierpiąca zwłoki. Kilka dni temu, do Ribe przybył przyboczny Einara, oszalały z rozpaczy i bólu. Bredził o śmierci Einara, opowiadał, że on sam jeno żyw z całej kampanii hirdmanów się ostał. Tu waszej pomocy potrzebuję by obie sprawy sprawdzić: odkryć co stało się z Aros i powstrzymać działania Chrystusowych sług. Co rzekniecie?

Jarl zamilkł spojrzeniem tocząc po zebranych.




Wyjaśnienia kolorków, które nie występują w podręczniku:
Jasna szarość - szacunek
Brąz - zgorzkniały
Purpura - dostojny
Bursztyn - zawzięty

 

Ostatnio edytowane przez corax : 13-05-2016 o 13:55. Powód: dodany kawałek o Elin...
corax jest offline  
Stary 15-05-2016, 09:51   #7
-2-
 
-2-'s Avatar
 
Akt 1 - przed przybyciem Ødgera i Gudrunn

Agvindur, Elin, Freyvind, Volund
Może to i lepiej, że Volund wszedł przerywając jarlowi, bo Freyvind mógłby zechcieć odciąć się tłumacząc synowi krwi jego ojca jaka jest różnica między daniną i darem. Z pewnością skończyło by się nieciekawie biorąc pod uwage jak potomkowie Eyjolfa znani byli z podatności na gniew.
Skalda na szczęście zamurowało na widok pięknego wampira, jednak brak było w tym pożądania lub tego co czuł przy nawet najbardziej urodziwych niewiastach. Frey wpatrując się w Volunda odczuwał raczej żal i leciutkie nutki złości, pierwsze myśli na jego widok kierowały się ku Baldurowi i może dlatego widok nieopisanego piękna tak poruszył wampirem jaki nad wyraz ukochał Asów i Vanów. Jego myśli pobiegły wnet ku temu co spotkało najwspanialszego z synów Odyna, żal zwyciężył poruszenie pozwalając odwrócić wzrok jaki skierował ku Elin, którą przedstawił mu jarl. Kiwnął jej głową z lekkim uśmiechem.
- Niech bogowie będą Ci przychylni volvo - odezwał się. Grim tymczasem wmieszał się w tłum gdy tylko służba Agvindura zabrała kosztowności.

Kobieta wstała przywołana gestem jarla, by przywitać gościa ale wtedy do halli wkroczył nowoprzybyły. Widok urodziwego niczym Bogowie Gangrela wywołał u wampirzycy zachwyt pomieszany z ogromną konsternacją, był bowiem jej do tej pory zupełnie nieznany. Ciche westchnięcie jakie z siebie wydawała w kompletnej ciszy panującej przez chwilę w halli, zdawało się rozbrzmiewać niczym krzyk. Nie rozumiejąc co się z nią dzieje przeniosła spojrzenie na jarla, gdyż przypomniały się jej ostatnie słowa Sigrun. Pozwoliło to częściowo otrząsnąć się z wrażenia jakie wywarł na nią Volund. Agvindur stał niedaleczko, wysoki i potężny, spojrzeniem omiatał Volunda. Służbie wydawać polecenia zaczął by przyodziewek przyniosła dla Gangrela.
Niebieskie i zielone oko spojrzało na Freyvinda. Skinęła z szacunkiem głową ciągle lekko oszołomiona.
- A Twymi słowami niech zawsze kieruje Wszechojciec. - Odparła.
- Wystarczy mi aby Bragi czasem pobłogosławił natchnieniem, ciężko oczekiwać by jednooki przykuwał uwagę do swych pośledniejszych enherjar - kącik ust wampira powędrował do góry. - Wierzę, że wielce chwalisz sobie gościnę Agvindura?
Wobec zwięzłej zgody jarla, Pogrobiec powstał, gdy harmider na nowo podjętych rozmów i działań służby, która odzienie mu godne dostarczyła, skrył wpływ jego przybycia na zebranych… za wyjątkiem Agvindura może. Jeżeli Gangrel w ogóle zdawał sobie sprawę, z widniejącego na obliczu władcy Ribe gniewu, nie dawał tego po sobie poznać. Miarowym krokiem ruszył, zdawałoby się do jednej z ław, gdy jego spojrzenie zogniskowało się na volvie.
Jak gdyby zmienił podjętą decyzję i zamiast tego zaszedł do pozostałej dwójki aftergangerów, nie odrywając intensywnego, gorejącego spojrzenia od oczu volvy… aż był podszedł do nich, kiedy to zwrócił bez słowa głowę ku Freyrvindowi. Skinął nią z szacunkiem.
- Nigdym cię nie widział… lecz możesz być tylko Jarlem Bezdroży.
- Zwą mnie i tak. Ja o tobie również słyszałem, imię Volunda słyszane jest od pogranicza ziem Fryzów po Skanię. Witaj.
Nie wiedziała kiedy jej wzrok powędrował ponownie w kierunku Gangrela ale schwytana w siłę jego spojrzenia nie potrafiła już zwrócić się ku Freyvindowi. Stała tak niczym rażona gromem samego Odyna, dopóki Volund jej nie uwolnił kierując swą uwagę na brata Agvindura. Przyglądała się obu mężczyznom z boku a jej postawa niedostrzegalnie zaczynała ulegać zmianie. Z błękitu i zieleni spojrzenia zniknęła niepewność. Ramiona i plecy odchyliły się prostując i ukazując gibką sylwetkę w całej okazałości.
- Powitać Was i ja pragnę. - Odezwała się ze spokojną pewnością siebie w głosie. - Witajcie wybrańcu Asów i Wanów. - Skinęła lekko głową z szacunkiem. - Cieszy, iż stawiłeś się tu tej nocy, jak i Wy Panie. - Zwróciła się ponownie do Freyvinda uśmiechając delikatnie. - Gościnę jarla z pewnością sami doskonale poznacie, ja jeno powiem, iż Bogów jest godna. - Nie wiedzieć czemu przez mgnienie oka zerknęła na Gangrela, by zaraz przenieść wzrok na Agvindura oczekując, że dokona formalności.
- Oj znam dobrze ja tę gościnę - skrzywił się i mrugnął. - Tutaj wszak wprowadzany byłem w tajniki Einherjar. Wierzę, że piękna wieszczka cieszy się przyjemniejszą. Choć i ja narzekać przecie nie mogłem.
Na te słowa Pogrobiec znowu skupił ciemnobrązowe spojrzenie na stojącej tuż obok volvie. Przez chwilę zdał się jak gdyby na intensywną ciszę, wiercąc kobietę wzrokiem. Dla obydwojga z jego rozmówców jasnym było, po tym jak pierwszy raz jej się przypatrywał, że ustalał, czy w ogóle była umarła… tak jak oni sami, i niewątpliwie nie poświęciłby jej ani chwili uwagi, gdyby spostrzegł, że była czymkolwiek innym.
W końcu schylił tylko głowę z szacunkiem… i było to całe powitanie, na jakie się zdobył. Ponownie uwagę zajął mu wspomniany Agvindur, chociaż nie odszedł od dwójki afterganger.
- Jesteście braćmi krwi… czyż nie? - zapytał Freyvinda, ewidentnie wertując własne wspomnienia, nie dostrzegając, nie widząc większości hali dookoła nich.
Uśmiechnęła się lekko na komplement, choć w oczach volvy błysnęło coś na komentarz o gościnie jarla.
- Nie mogłabym oczekiwać lepszej. - Stwierdziła spokojnie.
- Dobrze to słyszeć, prędzej Sköll i Hati połkną Sol i Maniego, niżby Agvindur uchybił w gościnie, wierze w to mocno. Choć drzemiący w nim gniew czasem może byc uciążliwy - uśmiechnął się półgębkiem. - Prawdą jest, że jesteśmy obaj synami w krwi Eyjolfa, potomka Canarla jakiemu Odyn dał niesmiertelność - odpowiedział Volundowi zerkając ledwie dostrzegalnie to na niego to na jarla. - Jeżeli to czyni nas braćmi w krwi, to tak jest, choć innego braterstwa nigdy żeśmy nie zawierali. Zdaje się… że jest w większym gniewie niż zazwyczaj, nie wiecie co mogło go weń wprawić? - spytał z ciekawością, lecz choć pytanie rzucone było do obojga to przekrzywiając lekko głowę z wciąż błądzącym lekkim uśmiechem na twarzy uważniej spojrzał na volvę jaka była tu dłużej.
- Gniew… kto dziś nie nosi go w sobie. - skomentował nieobecnie berserker z Toftlundu, równocześnie też odwracając głowę w pełni ku volvie… z niejasnych powodów, jak gdyby spojrzeniem wyzywając ją, by odpowiedziała na pytanie skalda; biorąc pod uwagę kim była… jak najdłużej cieszyła się gościną ich gospodarza.
Tym razem kobieta bez problemu wytrzymała spojrzenie Volunda, a na jej ustach ciągle błąkał leciutki uśmiech.
- Nie mi mówić o przyczynach gniewu jarla lecz gdy wszyscy przybędą z pewnością je poznacie.
- A więc jest jakaś przyczyna, ważka, że nie Ci o tym mówić piękna Pani. - Freyvind zastanowił się jakby wystarczyło mu potwierdzenie, że coś się wydarzyło. Nie drążył głębiej. Od przechodzącego sługi wziął róg pełen piwa i uniósł go w górę.
- Skál fyrir iarl af Ribe! - zakrzyknął śpiewnym głosem toast. - Niechaj nie na nas gniew swój trzyma - dodał ciszej, gdy zgromadzeni na sali ochoczo podjęli zawołanie. - Wielu z einherjar dziś tu będzie? - spytał przed upiciem długiego łyka piwa, rozanielony smakował napój od jakiego nie odwykł jak widać nawet gdy sensem egzystencji stały się z dawna… inne płyny.
- Jeszcze dwóch ma przybyć. - Odparła przyglądając się jak skald pije. - A Wasza podróż równie niespokojna była? - Pytanie swe wieszczka skierowała ku Volundowi.
- Nim odpowiem… wciąż nie znam twojego imienia, ani pozycji w halii jarla… pani.
- Elin, moja volva - wtrącił sam Agvindur zbliżając się do trójki nieumarłych, odprawiwszy Eggnira, z którym do tej pory ciche słowa wymieniał. - Pod mą ochroną przebywa od czasu dłuższego i zaufaniem mym cieszy się. - Brujah spojrzał dziko na Volunda jakby jedynie czekał na uchybienie. Widać po nim było, że afrontu nijakiego dzisiejszego wieczora nie zniesie. Stanał wysoki i przytłaczający koło kobiety, ramię w ramię.
Pogrobiec oderwał uwagę od kobiety, słuchając, czerpiąc każde słowo Agvindura z uwagą, po czym jak często czynił, skinął głową ze szczerym szacunkiem dla jarla… choć ewidentnie szacunek wobec volvy mógł był tylko spływać na nią z czci dla jarla, oprócz gościny i opieki - przynajmniej tak się zdawało z zachowania Gangrela, który nie czynił nic by prowokować gospodarza.
- Aby odpłacić ciekawości za uprzejmość, podróż ma była jak wszystkie pod księżycem, i o wiele mniej zwichrzona niż opuszczenie domeny Szalonego Jarla.
- Zatem nadzieję mam, że przez czas jakiś spokoju w mej halli doznasz. - Agvindur wtrącił nim Elin zdążyła usta otworzyć do odpowiedzi. - Jeśli czego wam trzeba - spojrzał na Volunda i Freyvinda - Thorze mówcie - wskazał przy tym niewielką, starszą kobietę stojącą z boku i obserwujacą wszystko. - Ona doglądnie potrzeb. Jeśli polować chcesz - spojrzał na Volunda ponownie - to okolice spokojne. Acz tutaj, jak mniemam, znajdziecie dość by się posilić.
- Na kim się pożywiać zabraniasz? - spytał Frey jarla aby wykluczyć ewentualne późniejsze awantury.
- Młódka tutaj, Sigrun ją zwą, ma zostać nietkniętą. - jarl przeniósł swe spojrzenie na skalda. - Poznać ją łatwo, jasna jak Słońce. - lekki grymas mu usta wykrzywił ni to śmiechu ni to ironii.
- By przyziemnością pożywiania nie przerywać ci w niczym, jarlu - zaczął Volund, uprzejmie i miarowo - Zdałbym się k’woli tego na przewodnictwo znającej twą domenę i gościnę volvy… jeżeli rada by była po tej gestii. - dokończył dawny berserker, jak gdyby wobec manifestacji pełnej protekcji jarla nad kobietą załagodzić chciał wcześniejsze napięcie; wzrok jego również zelżał, jak niedźwiedź, który przerwał wypatrywanie intruza w środku zimy i znowu poczuł wezwanie do długiego snu.
Tym razem to jarl swe spojrzenie Elin oddał we władanie, wolno głową skłaniając. Freyvinda na bok nieco odciągnął, Volunda i volvę zostawiając w pokoju.

Elin, Volund
Wieszczka skinęła lekko głową Agvindurowi i zwróciła się ku Gangrelowi.

- Czegóż ciekawi najbardziej jesteście? - Zapytała.
Volund objął wzrokiem olbrzymią gościnną salę halli Agvindura. Długo wpatrywał się w pomiesczenie i wzrok jego leniwie prześlizgiwał się po hird, niewolnikach; trofeach i ozdobach z których wiele było spoza kraju Danów...
- Wielkim jest jarl zdobywcą, prawda? - spytał cicho, w sposób nieco jak gdyby nie usłyszał ostatniego pytania volvy, za to myśli jego skrupulatnie układały obraz o ich gospodarzu.
- Co rok na viking hird rusza. - Odparła. - W kraju Franków jarl nawet bywał. - Potwierdziła jego słowa jakby mniej opanowanym głosem niż wcześniej. Gangrelowi zdawać się mogło, że wychwycił w tonie głosu kobiety głęboką pogardę do Agvindura.
- A ty z nim, zgaduję. - bardziej stwierdził Volund, aniżeli zapytał. Podszedł swoim powolnym, niedźwiedzim krokiem do jednej ze ścian, którą zdobiły futra, dzieła i dobra z sukna szyte i tarcze wojowników różnych ludów, z różnych krain.
- Beze mnie, na miejscu potrzebna byłam.
Na to stwierdzenie Pogrobiec obejrzał się tylko ku volvie, patrząc na nią pytająco, zaintrygowany.
W tym właśnie momencie, gdy oczy Volunda, pozbawione całuna zagorzałości i determinacji napotkały jej wzrok jak po prostu dwojga rozmówców w halli, w noc thingu; jak gdyby przyrodzona im śmierć nie dzieliła ich od reszty zebranych, a dawny berserker nie obdarowywał volvy… niechęcią? Pogardą? To były rzeczy około jego spojrzenia dotychczas, pobliskie, lecz nie dokładnie takie, a teraz i przez nie przejrzała, Widząc w palisanderowych źrenicach skryty kalejdoskop barw, z których jedne skrywały kolejne, które skrywały kolejne… Jak w onirycznej świadomości spod przelewających się purpury i bursztynu, widocznych z zewnątrz nawet dla nie obdarzonych Widzeniem i przezierających aż do rdzenia mężczyzny przezierały widocznie brąz i jasny błękit, ale towarzyszyła im niedostrzeżona ówcześnie lawenda, której nie korzenie sięgały do wnętrza, ale która pięła się zeń, będąc inherentna… podczas gdy dwie towarzyszące jej barwy, jawiące spokój i zgorzknienie jej rozmówcy były… jak ochra nałożona przez garncarza. Z zewnątrz, lub z doświadczeń; jak inny kolor, który zmienił się od promieni goręjącego słońca, rdzy czasu czy sparzenia ogniem.
Ukrywały one sztywny, nieruchomy, prawie niewidoczny pod mieszanką purpury i bursztynu wzór, który się nie zmieniał...
Zawiły wzór z zieleni promieniejącej jak gdyby prosto ku Agvindurowi, i czerni ukrytej przed obecnymi… wstrzymywanej wobec wszystkich obecnych, zarezerwowanej dla kogoś specjalnego, kto był daleko stąd, czerni śniącej zimowym snem… Tak jak zieleń, oszronionej po pewnym czasie jak gdyby głębokim, przepastnym srebrem, jak lustro, w które można było spojrzeć i się w nie zapaść, w bezdenną pustkę innego, zapomnianego świata, które mogłoby łatwo pochłonąć wszystkie inne kolory.
Nie działo się tak, albowiem srebrny pigment mógł stanowić trwały kolor, tylko namalowany na zbliżonej barwie. Pod spodem tego starannie skrywanego kolażu jak portret namalowany na portrecie namalowany na innym portrecie, zawsze tej samej osoby; podłoże dla srebra stanowiła szarość. Nie była bezdenna; nie była pustką - była kamieniem, który istniał od wielu lat, i którego - gdyby ktokolwiek mógł spojrzeć we własne emocje i je rozumieć - widząc wszystko inne, właściciel by i tak nie widział… nie przyznał się doń.
Równym sekretem dla rozmówcy volvy byłoby zapewne również coś co dojrzała, i w co mogła by nie uwierzyć, coś zaszytego równie głęboko jak szarość i niknącego wobec jej solidności, tak jak szarość skrytego pod wszystkimi innymi barwami. Gdzieś głęboko, serce mężczyzny było w ledwie żywej - z trudem przebijającej się jak podarowany volvie przez Słoneczko przebiśnieg - żółci.

Nie widziała tego zrazu, lecz teraz wiedziała, że było to od pierwszego razu jak ujrzała Volunda. Pozostawało jak delikatna równowaga pasji, namiętności i uczuć stanowiąca osobę…
Bardziej rychłe emocje pozostawiały jedynie ślad, spływając ze źrenicy jak krople deszczu spływać mogą z posągu - coraz niżej i mniej widoczne, lecz trzymając się dłużej niż powinny. Były to świeże, rychłe odczucia, związane głównie z rozmową z Freyvindem… i nią samą. Jak jarzenie się i promienie dochodzące zza horyzontu nim słońce wzejdzie, dogasała mieszanka jarzącej jasnej zieleni, mieszającej się ze wspomnieniem czerwieni i teraz patrząc na niego wciąż je widziała, nie mając wątpliwości co je przywołuje w duchu dawnego berserkera w służbie sadystycznego i obdarowanego Widzeniem władcy Toftund, Szalonego Jarla…
A jednak… z jakichś przyczyn z tę parą walczyła równie ulotna, łagodniejsza acz promieniejąca bardziej z głębi jaskrawa zorza kolorów różanego i różowego, jeden ledwie odróżnialny od drugiego…
Elin zamarła wpatrzona w feerię barw dookoła Volunda zapominając o całym świecie wokół. W końcu zamrugała lekko wracając do rzeczywistości, a w spojrzeniu jej zagościł delikatny smutek. Przed Pogrobcem stała teraz młoda dziewczyna, a nie pewna siebie kobieta jeszcze sprzed chwilii.
- Cośli ci dolega… Elin? - ponownie odezwał się dawny berserker, chwilę przypominając sobie słyszane moment temu imię. Jego wzrok był tak samo srogi... jednak w barwach widzialnych tylko dla volvy zamigotały i jaskrawa zieleń, i róż… odżywając na chwilę.
- Wybaczcie, zamyśliłam o odległych wyprawach. - Odparła łagodnym tonem.
- Wieleś widziała, poza tym pięknym krajem? - widząc to, również załagodniał, nie powracając już do zdobyczy Agvindura z wypraw hirdu jarla.
- Z Północy, zza morza przybyłam. Widziałam sporo, choć nie były to łagodne kraje. A Wyście daleko wyruszali?
Jak nagle volva wypowiedziała swoje słowa, Volund uśmiechnął się cierpko… a na przekór temu odcień współczucia zwyciężył z zielenią, delikatnie opływając kalejdoskop.
- Niełatwy jest los podróżnych, z dala od rodzimych ziem. - powiedział tylko, choć dla Widzącej oczywistym było, że lakoniczne stwierdzenie małomównego wojownika o reputacji potwora to najwięcej, na ile mógł się zdobyć z wyrazami… współczucia.
- Sam nigdy nie chciałem opuszczać rodzimej ziemi… ale zawitałem do kraju Germanów… i jeszcze… - zawahał się; oczy jego wskazywały, że myślami był daleko stąd.
Czekała cierpliwie nie chcąc przerywać mężczyźnie.
Ten zmarszczył na chwilę brwi, ale twarz jego znowu była pozbawiona wyrazu, gdy jak gdyby ponownie zdał sobie sprawę, że rozmawia z volvą.
- Powiedzli, do czego potrzebnaś była, gdy jarl w wiking się udawał?
- Jarl podał powody, choć nie musiał. - Skinęła lekko głową. - Uznałam je.
- A powody te pomiędzy was dwoje. - odwdzięczył się tym samym gestem Pogrobiec, szanując prywatność volvy i nie ciągnąc tematu.
- Wybacz moje nieokrzesanie, którym cię powitałem. Minęło wiele czasu, odkąd dane mi było mówić z kimkolwiek, czyje myśli czym innym niż krwawe… - jak gdyby znowu zaczął przejmować kontrolę nad swoimi emocjami, lazurowy błękit przybrał na wyrazie - A na jedynego Widzącego, którego znałem, dar ten sprowadził obłęd…
- Dary Bogów kosztują… - Stwierdziła spokojnie. - Nie wszyscy umieją radzić sobie z tym co niosą. Nie chowam urazy, choć zaskoczonam byłam. - Dodała z nieśmiałym uśmiechem.
- Jestli nie byłoby przedwczesną prośbą… rzekłabyś szczerze. - Pogrobiec wyglądał, jak gdyby już chciał się oddalić… lecz w ostatniej chwili za stosowne coś jeszcze poruszyć - Jarl. Godny jest by służyć mu, w twoich oczach?
- Godny. - Rzekła kiwając głową pewnie. - Nad gniewem zapanować potrafi. - Dodała ciszej jakby wracając do wcześniej wypowiedzianych przez Freyvinda słów.

I znikąd znowu bladoskóry afterganger był jak gdyby w łunie równie bladej zieleni, a choć ani jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął, nagle nie przyglądał jej się z łagodnością, ale jak obserwujące zwierzę; drapieżca.
- Rzecz tak bo w to wierzysz…? - zapytał. Jak gdyby miał ominąć ją i iść dalej, ale zatrzymał się obok kobiety po drodze, niekomfortowo blisko, mówiąc ściszonym głosem - Czy mówisz tak… z innych względów? - zapytał, patrząc intensywnie prosto w oczy.
Może nie tyle nie wierzył w godność Agvindura jako jarla, lecz nie wierzył jej słowom… tyle było oczywiste….
Cofnęła się przestraszona i wyraźnie zaskoczona.
- Wierzę. - Odparła wzrokiem jednak nie uciekając, a podejmując wyzwanie. Jakby liczyła, iż odnajdzie w jej oczach prawdę.
Kątem oka postać jarla zbliżającą się przez tłum zobaczyła. Rękę uniósł w geście przyzwania.
 
__________________
Nikt nie traktuje mnie poważnie!
-2- jest offline  
Stary 16-05-2016, 09:55   #8
 
Leoncoeur's Avatar
 


Choć nie wszyscy goście przybyli na thing, to w halli było już wielu biesiadników. Domownicy, hirdmani jarla i przybysze, śmiertelnicy i aftergangerzy, wszyscy wymieszali się ze sobą prowadząc rozmowy, oraz jedząc i pijac. Co jakis czas słychać było gromkie "Skal", smiechy, okrzyki i zaśpiewy, ktoś zaczął grać na lirze, a ktoś inny dołączył wygrywając na fletni. A aftergangerzy i śmiertelnicy zaczęli wirowac pomiędzy soba jak w tańcu. Wszak jedynie w rozmowach na razie, ale jak przy pląsach zmieniając partnerów i buszując po głównej sali langhusu jarla Ribe

Agvindur, Freyvind, Ødger
Agvindur z kolei brata swego zagadnął obserwując dwójkę oddalającą się nieco:
- Rad jestem, żeś przybył - mówił bez spoglądania na Freyvinda - pomocy mi osobistej trzeba. - W końcu, gdy słowa te wyburczał, wzrok z volvy na skalda przeniósł.
- Ostatnio to w Viborgu mnie o pomoc proszono nie bez powodu Vandræðaskaldem mnie przezwano, jak ci to nie przeszkadza to pomogę, w czym jednak Loki się wmieszał?
Agvindur dłonią machnął:
- Słyszałem. I o Viborgu i o Twej pomocy. Mnie chodzi o pomoc innego rodzaju. - Twarz teraz smutek wyrażała - Ale pomówimy później o szczegółach. Jak sprawy najważniejsze omówione zostaną. Ilu ludzi zebrać możesz? - spojrzeniem wpił się w twarz Freyvinda.
- Tylu co zechce za mną pójść gdy krzyknę by ruszyli gdzie ja sam pójdę. Jednego, dwoje? Tysiące? Zależy od łaski Odyna i Freyi, tego na ilu zbrojnych trafić mi wypadnie, oraz gdzie i po co przyjdzie mi ich powieść.
Agvindur usta otwierał do odpowiedzi, gdy podwoje znowu otwarto i do środka weszła kolorowa kompanija z płomiennorudym mężczyzną na czele.
- Pomówimy po uczcie - mruknął jarl, dłoń wielką i wyżyłowaną na ramieniu skalda kładąc i prowadząc go wraz ze sobą ku przybyłym.
- Agvindur! - wykrzyknął wesoło i gromko rudzielec i nie czekając na oficjalne powitania ruszył ku jarlowi. Ramiona rozłożył połyskując pierścieniami na każdym palcu założonymi i chwycił chwacko jarla w objęcia. - Przybyłem na wezwanie, ale... - głos teatralnie zawiesił - … przybyłbym i bez niego. Interesy mam… - spojrzeniem obmiótł skalda co jak trusia stał obok swego brata w krwi. - A to kto? - przybyły spojrzał z nieukrywaną ciekawością na Lenartssona.
- To Freyvind, potomek mego stwórcy, a mój wychowanek, jarl bezdroży i skald przedni - Agvindur dopełnił zwyczaju. - To zaś mój druh - wskazał na rudowłosego - i doradca, gdy rzeczy mają związek z frankijskimi i bretońskimi zawiłościami, Ødger go zwą.
- Witaj Ødgerze niech Asowie patrzą łaskawie na twe czyny. - Skald przywitał rudowłosego aftergangera. - Żal, że nie dane nam było spotkać się pod Paryżem podczas wikingu w którym Ragnar pognębił sługi ukrzyżowanego.
- A żal! - wykrzyknął dość głośno Ødger. - Chwila, chwila… mówili o Freyvindzie niejakim, co to syna boga ichniego poniżył i zarazę odegnał. Toś Ty? - wampir zmrużył oczy i brew uniósł pytająco. Służba podeszła by miodem polać, lecz gość jeno ręką machnął na odmowę.
Freyvind dopił piwo z rogu i nadstawił by mu polano miodu. Wiedział wszak, że przyjdzie czas gdy trunek zwrócić przyjdzie, ale odmówić sobie smaku nie mógł.
- Różnie mówią - roześmiał się. - Prawdą jest, że nic nie odganiałem, a ukrzyżowany osobiście się poniżać nie dał, pod mieczem nie stanął. Prawdą jest jednak też, że mało w części kraju Franków w odległości kilka dni drogi od Paryża klasztorów zachłannego boga w których bym nie był, a jak to się wyprawie przysłużyło i chwałę Asów i Wanów podniosło, to radować się tylko należy.
- Dopiero przedni widok by to był, gdyby Chrystus z mieczem albo toporem na polu stanął - zaśmiał się głośno, wrzawę panującą swą reakcją przebijając. - A niech mnie… pocieszne wyobrażenie, Freyvindzie. A do chwały - odparł poważniejąc - to prawda, im głośniej i dłużej legenda brzmi Twoja tym i lepiej. A jak to Ragnar skomentować raczył? - rzucił rozbawione spojrzenie na Agvindura by ponownie czekać odpowiedzi skalda.
- Gdym bez jego wiedzy i zgody setki wojów z oblężenia Paryża pociągnął na rzezie, to złość i gniew kierowały jego słowami i ciężko by jednego wieczora wymienić złorzeczenia jakimi podobno szastał. Potem setnie się ubawił, dobrych słów nie żałował, nawet ze swej części łupów osobisty i godny upominek dał.
Agvindur drgnął wyraźnie i zmarszczył brwi:
- Zaraz wracam - i ruszył w kierunku volvy i Pogrobca, jaki blisko kobiety stał przestraszonej.





Freyvind, Ødger, Chlotchild
- A temu co? - spytał wyraźnie zdziwiony rudowłosy odwracając się od Freyvinda i spoglądając za jarlem. - A to? To kto? - zamarł z oczami szeroko otwartymi wpatrzony w pięknego Gangrela z szokiem niemalże i nabożeństwem.
- Ta, śliczna niewiasta? Przecież jest już u Agvindura podobno jakiś czas. To volva, Elin jej miano…
Ødger jednak nie odpowiedział, stojąc jak zamurowany z oczami wbitymi towarzysza volvy. Nawet dowcip skalda nie zmienił jego zmarłej postaci ani niczym maska zastygłej twarzy.
- Mąż obok to Volund zwany Pogrobcem, głośno o nim w całej Danii, dziw żeś nie słyszał.
Ødger nadal uwagi nie zwrócił na słowa Freyvinda stojąc niegrzecznie jak słup soli. Z tłumu świty rudowłosego wywinęła się Franka, uśmiechając się przez hallę do swego pana. Ten odwzajemnił uśmiech. Widząc, że Rudowłosy przestał reagować na cokolwiek wokół, ruszył ku dziewczynie powoli.
- Jak się bawisz? - spytała miodu dolewając do rogu z dzbana co go capnęła z rąk przechodzącej służącej.
- Ciekawe osoby się tu zebrały - mruknął. - Dowiedziałaś się czegoś?
Frankijka pokiwała głową z uśmiechem niewinności wrodzonej i cichym szeptem zaczęła mówić co usłyszała.
- Ødger jako Einherjar odmieniony od niedawna. Z mieszanej rodziny nordyka i frankijki pochodzi, dopiero co z kraju Franków wrócił ze swą drużyną. - strzeliła urokliwym spojrzeniem.
- Mhm...
- I jeszcze usłyszałam, że u jarla wielkie poruszenie odkąd poslańcy przybyli kilka nocy temu.
Ktoś podobnież z Aros przybieżał i zamknieto go w jednej z chat na osobności. Moge wyjść?

- Gdzie?
- Tego rpzybysza wybadać.
- Tak... nie. - Błyskawicznie zmienił zdanie. - Tu kręć się sikorko i słuchaj co mówią, a i za języki pociągaj. Dowiedz się o tej volvie czegoś więcej.
Dziewczyna kiwnęła blond łepetyną i furknęła w tłum z dzbanem. Wyraźnie kierowała się na zastygłego w bezruchu rudowłosego.





Elin, Agvindur, Volund
- Wybaczcie, jarl woła. - Powiedziała do Volunda i skłoniwszy głowę podeszła do Agvindura.
Odprowadzając volvę wzrokiem, który czuła na plecach, napotkał Pogrobiec na wpatrzonego w niego jak w bożyszcza rudowłosego gościa Agvindura, powitanego przez gospodarza jak równy. Przez chwilę mierzył go przenikliwym spojrzeniem, nim i jemu skinął z szacunkiem głową, po czym odwrócił się od zbierających aftergangerów by zasiąść przy jednej z długich ław… w miejscu, które później będzie rozsądnie blisko szczytu stołu, gdyby gospodarz chciał przemówić; i gdzie będzie jednak sam i z dala od hirdu Ribe, których wielu wciąż sprawowało pieczę nad miastem pogrążonym w nocy.

Jarl zaś odczekał aż volva stanie przy nim by spytać cicho:
- Czemuś wystraszona?
- Nie wierzy mym słowom ani memu szacunku ku Wam. - Odpowiedziała z wyraźnym smutkiem.
- Z jakiegoś powodu? Może prowokować chciał?
- Widzącym nie wierzy przez swego dawnego pana.
- To pokaż czynami, że błąd popełnia. Słowa nie przekonają, działania tak.
- Uczynię tak. - Pokiwała głową i nieśmiało spojrzała na jarla świadoma, iż zawołał ją widząc co się dzieje. - Dziękuję. - Dodała.
- Nie dziękuj, pamiętaj, że swe miejsce tu masz. - Spojrzał spokojniejszy na wampirzycę. - Czegoś Ci trzeba jeszcze? - kąciki ust lekko ku górze powędrowały.
Pokręciła delikatnie głową.
- Więcej zabierać czasu Wam nie mogę. Goście czekają. - Odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem.
Skinął głową jeno, włosy zagarniając z twarzy.
Uczta trwała w najlepsze, służba kręciła się roznosząc jedzenie, napitek, rozpoczęły się nawet pijackie podśpiewy i tańce. Volund był w centrum zainteresowań służących, z których każda choć przez chwilę chciała pobyć w jego pobliżu. Freyvind spacerował po halli, której wystrój zmienił się nieco od czasu jego ostatniego pobytu tutaj. Doszły nowe wota i “pamiątki”. W tłumie mignęła mu wesolutka dziewczyna o złocistych włosach, wesołym spojrzeniu ale zaraz znikła i w halli wypatrzeć mu się jej nie udało.
Elin zaś obserwując zebranych dojrzała Słoneczko, planujące służby udawanie. Dziewczyna strategicznie z dala od jarla i Eggnira się zaczaiła i skromniejszą niż zwykle suknię przywdziała. Niewiele to pomogło, bo i tak wśród niewolników się wyróżniała.
Drzwi do halli otwarto po raz kolejny tego wieczora by wpuścić kobietę dziką. Stanęła ona chwilę w wierzejach, oceniająco potoczyła wzrokiem po zgromadzonych by jarla wyłuskać z tłumu. Zaświeciła lodowymi źrenicami, spojrzenia na Volundzie nie zawieszając. Ruszyła ku Agvindurowi. Mężczyźni i służba jej z drogi schodzić chcieli ale kobieta gibko większość z nich omijała.
Volva na widok Sigrun ponownie uległa przemianie. Szepnęła jarlowi, iż na chwilę go opuści i ruszyła prosto w stronę dziewczyny ze zmarszczką na gładkim dotychczas czole.


Elin, Sigrun
Dziewczyna z wypiekami na twarzy i błyszczącymi oczami właśnie dzban chwyciła i pierwsze kroki ku środkowi halli czynić poczęła. Uśmiech piękny na liczku miała, co spojrzenia przyciągał już pierwszych wojów.
Stanęła z gniewnym spojrzeniem przed Słoneczkiem drogę jej zagradzając.
- Nie powinnaś tu być. - Powiedziała cicho tonem kompletnie wypranym z wszelkich uczuć, co mogło dać Sigrun wskazówkę z kim ma do czynienia.
- Och! - dziewczyna wstrzymała kroku w miejscu mało co miodu nie rozchlapując. Zaczerwieniła się mocniej i wargę zagryzła zmieszana: - Volvo… - zaczęła cicho - ...ciekawam. Tylu gości. - próbowała wyjrzeć przez ramię Elin w kierunku Volunda.
- Nie ma tu dziś miejsca dla Ciebie. Musisz stąd wyjść. - Nie dała jej wyjrzeć przemieszczając się odpowiednio i krzyżując ramiona. - Mam brata Twego powiadomić, żeś tu jest?
Sigrun spojrzała przestraszona na wiedzącą:
- Nieeee... już idę… - poddała się. Zrobiła krok w tył i naraz wróciła bliżej:
- A jaki on jest? - spytała ciekawie i gorączkowo - Widziałam, że mówiłaś z nim… powiesz?
- Nieufny i niebezpieczny… - Odparła chłodno. - Odprowadzę Cie.
- Niebezpieczny? - dziewczyna zmarkotniała na ostatnie stwierdzenie Elin. - Czemu? - co i raz próbując zerknąć na Gangrela.
- Jak grzeczna będziesz jutro Ci powiem, a teraz chodź.
Wiedząca skończyła wymawiać tych słów, a czuła na własnych plecach spojrzenie, ciężkie i prawie namacalne. Równocześnie, ciężko byłoby zakryć Sigrun całkowicie dawnego berserkera, gdy ten opuścił swoje dotychczasowe miejsce przez uciążliwość podchmielonych hird i natrętnych służących… lecz w drodze do innego zatrzymał się, przez całą salę wpatrzony, wbrew swojej dotychczasowej nieobecności, prosto w dwie kobiety.
- Och… - szepnęła Sigrun złapana w potrzask intensywnego spojrzenia Volundowego. Krok zgubiła i wstrzymała.



Elin podążyła za jej spojrzeniem, choć domyślała się już co jest przyczyną takiego zachowania i spojrzała prosto w oczy Pogrobca. Z jej ust niemal wydobył się cichy syk. Gangrel okazywał się ponownie kłopotem.
- Sigrun. - Jej głos był jak trzaśnięcie bicza.
Dziewczyna drgnęła spłoszona.
- Tak, Elin?
Gangrel przez chwilę jeszcze więził Słoneczko w miejscu spojrzeniem. Dawno nie widział podobnie niewinnej istoty, której czystość nie jedynie w ubiorze się przejawiała. Znowu skupił się na volvie, próbując jak gdyby zajrzeć przez okiennice do jej intencji…
- Chodźmy stąd… - Powiedziała cicho, a Volund pod płaszczem jej złości mógł dostrzec w postawie i ruchach troskę i chęć ochrony stojącej przy wampirzycy dziewczyny. - Nim Jarl Cie obaczy.
Niczym ułuda, kąciki ust potwornego, wedle opowieści, berserkera się uniosły, w czymś zapewne tak rzadkim, że musiało być przywidzeniem.
Był to jednak uśmiech żyjący krócej niż iskra, ale o takiej samej łunie żółci, i może wręcz równie ciepły.
Zniknął, a może nigdy go nie było. Volund odwrócił się od obydwu kobiet i ruszył ku zebraniu poczynionemu przez jarla, jego brata i nowoprzybyłą afterganger, której nie uczynił jeszcze oficjalnej kurtuazji powitania.
Słoneczko zaś po raz trzeci w ciągu krótkich chwil szepnęła:
- Och… uśmie… - westchnęła z uśmiechem rodzącym się na ustach - uśmiechnął się.
Bez protestów dała pociągnąć się Elin, milcząca i … szczęśliwa.
- Nie wracaj dziś, bo nici z wróżby będą. - Powiedziała odprowadzając Sigrun do wyjścia i pouczając stojących tam wojów, by jej nie wpuszczali. - Dla Twojego dobra to… Wierz mi. - Dodała na pożegnanie łagodniejszym tonem.
- Elin… - zawahała się nieco na progu - ...a szepniesz mu o mnie? - poprosiła.
- Sigrun, Tyś człowiek, on afterganger…. - Odparła miękko. - Nie dla takich jak on jesteś.
- A co jakbym… ja także afterganger była? - nagle hardo podbródek uniosła. - A może i jarl mnie przemieni?
- Nie chcesz takiego losu. - Głos ponownie jej stwardniał zbliżając się do niej. - Chcesz być potworem, który na krwi się żywi? Chcesz ludzi krzywdzić? Chcesz więcej słońca nie obaczyć? - Wyszeptała jej na ucho.
Twarzyczkę Sigrun bojaźń wykrzywiła. Łzy w oczach błyskawicznie zebrały i dłoń do ust przytknęła drżących.
- Nie! - wykrzyknęła by zaraz dodać - Nie wiem… Eggnir… - spojrzała zranionym wzrokiem na volvę i w ciemność uciekła szlochając z cicha.
- Sigrun, czekaj! - Głos Elin ponownie stał się łagodny i wieszczka rzuciła się w pościg za Słoneczkiem.
Nietrudno jej było ułapać dziewczynę. Biegła w kierunku domu rodziców swych.
- Tak? - podniosła zapłakaną buźkę na volvę.
- Wybacz… Nie na darmo Cie zwiemy Słoneczkiem naszym… Stracić Cie nie chcemy. A Dar nasz kosztowny. - Powiedziała łagodnie z troską w oczach.
- Eggnir mówił, że nie zmienia wiele… - zachlipała dziewczyna - … że to prawie jak Odynowi służyć jako wiedząca… więc jeśli to na chwałę Jednookiego, to co w tym złego?
- To trudny dar… - Zaczęła ostrożnie. - Nie można słońca ujrzeć, tchu nie masz i serca bicia. Niewielu z nas też o miłości myśli… - Powiedziała ze smutkiem.
- A co jak za życia się kochają i potem aftergangerami zostają? Albo jak ktoś na nowo pokaże, że kochanie możliwe?
- A co z Ormem? - Zapytała miękko.
Dziewczyna na to jedynie załkała rozdarta między ciekawością a miłością do brata i pierwszym kochaniem.
- Nie wiem… - zakwiliła..
Bardzo ostrożnie pogłaskała Słoneczko po głowie.
- Przemyśl to sobie… Zbyt ważne decyzje chcesz podjąć pod wpływem jednej chwili… - Głos Elin pełen był troski.
- Nie chcę podejmować, nie mogę, nie umiem. - szepnęła dziewczyna po czym nagle jakby siłą woli się opanowała i oczy otarła z łez. - Może wróżba twa pomoże, volvo. Będę czekać na nasze spotkanie. - uśmiechnęła się promiennie mimo łzawego spojrzenia co na troski poważne nad wiek wskazywało.
- Pomogę jak będę umiała. - Uśmiechnęła się do niej ciepło głaszcząc ją delikatnie po policzku. - A teraz biegnij do domu, ja wracać muszę, bo jarl przykazał mi stać u boku swego.





Agvindur, Freyvind, Gudrunn
Po rozmowie z Chlo, Freyvind kręcił się chwilę po halli, lecz widok nowoprzybyłej obudził jakieś wspomnienie. Nie mógł sobie przypomnieć z czym związane, tak jak i niie mógł też oderwać wzroku od oczu ‘nowego gościa’. To chyba one wzbudziły poczucie, że gdzieś ją już widział.
Podszedł powoli do Agvindura witającego się z kobietą okutaną w futra.
- ... sporoś nas sprosił - rzuciła właśnie do jarla niskim głosem.
- Bo sporo się dzieje i sporo trzeba omówić. - odparł brat skalda. - A… Freyvind… poznaj - kobieta odwróciła się unosząc wzrok na Lenartssona i przerwała przemowę Agvindura:
- Znamy się już, Agvindurze. - mówiąc to, głowę lekko przekrzywiła i zmierzyła skalda lekko rozbawionym wzrokiem.
- Ciężko zapomnieć te oczy, pozwólmy jednak panu tej dziedziny uczynić zadość pozycji gospodarza tej halli - odpowiedział uśmiechając się lekko i patrząc w okruchy lodu w źrenicach. Desperacko szukał w myślach tego gdzie mogli się spotkać, jednak bezowocnie.
Na twarzy kobiety wykwitł lekko złośliwy uśmiech:
- Szkoda marnować czas jarla skorośmy się poznali. Miodu, Freyvindzie? - kaptur z wilczej skóry ściągnęła, jasne, niemal białe włosy odsłaniając.
- Dobry miód to coś czego rzadko odmawiam, dziś to się nie stanie. - Uniósł róg jaki wcześniej napełniła Frankijka. Znała go zatem bliżej, wiedziała, że jako afterganger nie gardzi (a wręcz przeciwnie) trunkami śmiertelnych. Coraz bardziej rozumiał jak strasznie się wpieprzył ściągnięty tu przez te ślepia.
- Więc coś porabiał od czasu naszego ostatniego spotkania? - również po róg sięgnęła. Agvindur zaś z ciekawością się przysłuchiwał, nieco zaskoczony zachowaniem brata.
- Przypomnij, kiedy było ostatnie? Tyle się działo ostatnio, przy nieśmiertelności pojęcie czasu potrafi płatać figle…
Kobieta uśmiechnęła się szerzej:
- Tak, ta uczta wielka była i miodu i pieśni wiele było… nic dziwnego zatem, że mgła zapomnienia przysłania Ci, Freyvindzie, naszą biesiadę. - zakręciła jasną grzywą i toast wzniosła blisko pochylając się ku nieumarłemu: - By Asowie pobłogosławili dzisiejszy thing i byś mnie następnym razem pamiętał. - uczernione powieki lekko mrugnęły, z bliska spojrzenie niemalże hipnotyzowało.



Wychylił toast raczej by ukryć głupią minę.
Przełykając trunek zrobił szybki rachunek sumienia. Nie narzekał na zaniki pamięci, a na swej drodze nie spotkał aż tak wielu aftergangerów, aby nie pamiętac spotkania… szczególnie kogoś takiego jak ona. Wyłączając rajd Lothbroka, ale wskazywała na inne okoliczności.
- Teraz jest inaczej. Łaska Odyna - desperacko zaryzykował uznając, że najpewniej była kiedyś śmiertelniczką na której sie pożywiał.
- Inaczej jak, skaldzie? - zamoczyła usta we własnym rogu.
- Teraz wciąż jestem jeszcze na powierzchni walcząc o utrzymanie się. By nie iść na dno pięknej błękitnej toni - rzekł swym śpiewnym głosem z jakimś lekkim pomrukiem. Zmrużył leciutko oczy patrząc prosto w jej ślepia, kąciki ust powędrowały mu ku górze. Stali tak przez chwilę mierząc się spojrzeniami i nie dostrzegając lekko złośliwego uśmiechu jarla skrywanego pod długimi włosami.
Wampirzyca w końcu głową kiwnęła:
- Ostatnio o fjordach i dzikich morza falach mówiłeś - zamruczała z kolei jak duży kot.
- I taki to dziw, że dzikie morza fale porwały rzucając na skały i łbem w nie bijąc? - zażartował.
- Jako, że to nasze drugie spotkanie - uśmiechnęła się - to Ci nie wypomnę… - założyła ramiona na piersi jakby czekając pytania co paść winno.
- Przypomnij mi radość z pierwszego - odpowiedział przewrotnie nie zadając pytania.
- Wielka była - uśmiechnęła się dziko wybornie bawiąc się męką skalda.
- Byłaś już wybranką Najwyższego? - poddał się.
- Gdyśmy się widzieli? Nie… aleś i Ty nie był… - wyszczerzyła ząbki.
Uśmiechnął się szerzej.
- Nie bocz się na mnie tedy pięknooka. Ja jednak nie dziwię się w najmniejszym stopniu, żem po pół wieku poczuł coś, nawet gdy pamięć przez tak długi czas poddała się skrywając szczegóły naszego spotkania pod warstwą czasu.
- Boczyć? Na Ciebie, złotousty? - intensywna dzikość spojrzenia narastała, gdy nieumarła całkiem ignorowała otoczenie - Nigdy w życiu - zachichotała gardłowo.
- Radość to Fallegaug - odpowiedział zwracając się do niej w ten sposób, jako że paradoksalnie wciąż nie znał/pamiętał jej imienia. Ale nie pytał, wiedział, że z pewnością je pozna, a tak było… ciekawiej. - Po raz wtóry wznoszę zatem toast za jarla, Freya poprowadziła mnie do Ribe by na powrót się spotkać, nie może być inaczej.




Agvindur, Volund
- Volund… - jarl skinał lekko głową przyznając, że obecność Gangrela zauważył.
- Rozdartym, jarlu. - jak za przyzwoleniem ozwał się berserker, stojąc nieco z tyłu i z boku względem gospodarza - Czy powitać kolejną z twych gości, czy dysputy ich nie naruszać.
- Jeśli w łaskę brata mego wpaść chcesz, idź i ratuj. - śmiech w głosie pobrzękiwał.
- Leczli widzę, iż wolisz im nie przerywać? - zauważył, może i wesoło, choć bez uśmiechu.
- Z rzadka widzę Freyvinda w takowych tarapatach. Ale znam i ją. Uparta z niej bestia, poddać się łacno nie zdecyduje.
- Cóż… nie przystoi w gościnie iść na przekór przykładowi danemu przez gospodarza, nieprawdaż? - zapytał retorycznie, podchodząc nieco bliżej, ewidentnie nie zamierzając przybyć Freyvindowi na ratunek…
- Kim ona jest?
- To Gudrunn, z Twego rodu, na północ nieco od Ribe rezyduje, w Jelling. Przymierze zadzierzgnęliśmy dawno temu. Może Cię zainteresuje, choć ona samotnicze życie woli i przedkłada.
- Większość z naszego rodu woli samotność. - zauważył nieco nieobecnie Volund, mówiąc o takich jak on sam i wampirzyca.
- Co może słabością się okazać wcale łacno. - Oblicze Agvindura chmura nagle pokryła. - Dlategom posłańca do Ciebie słał. Przyda się Twe ramie. Jeśli się zgodzisz je użyczyć.
- Choćby za okazaną gościnę, muszę. - zwrócił się ku jarlowi - Lecz również… chcę. Zwłaszcza, że moja samotność nie puszczach i górach, lecz krwi i boju.
Jarl na te słowa odwrócił się do Volunda:
- Tedy już wkrótce będę mieć pierwsze zadanie dla Ciebie, Volundzie z halli Agvindura. - władyka stwierdził poważnym i oficjalnym tonem.
Volund na słowe te schylił z szacunkiem i wdzięcznością głowę, choć spojrzenie jego skierowało się w stronę drugiej pary afterganger.
- Kolejny raz onieśmielasz mię zaszczytem, jarlu, lecz jeżeli nie zareagujemy, thing uboższy będzie o brata krwi twego i tę z mojego rodu.
- Idź zatem, dopomóż skaldowi. - Agvindur głową kiwnął sam unosząc wzrok i rozglądając się z volvą.
Pogrobiec bez słowa wyprostował się i postąpił o dwa kroki ku mającym się ku sobie potomkom Odyna przerwać bezwstydne gody, zwracając uwagę swoją postacią i niedźwiedzim, donośnym krokiem.




Freyvind, Gudrunn, Volund
- Mam nadzieję, że przeszkodzę Wam powitaniem. - głos Volunda uniósł blisko, gdy podszedł do Freyvinda i Gudrunn bliżej niż stojący opodal Agvindur.
- Nie Volundzie - odpowiedział skald z lekkim usmiechem nie odrywając wzroku od oczu Gudrunn. - Poznajcie się. Oto Fallegaug ciskająca falami na skały. Oto Volund znany ze swej urody nie mniej niż ze sławy Pogrobca.
- Rad jestem, mogąc od dziś mówić, iż spotkałem Gudrunn. - uzupełnił słowa brata krwi Agvindura, przelotnie tylko zerkając na niego z kamiennym obliczem.
Słowa Volunda wyrwały nieumarła z zapatrzenia lekko złośliwego na skalda. Spojrzenie swych ślepi przypominających szczyty lodowców zwróciła na Gangrela.
- Rad? Skąd wiesz to Volundzie Piękny, skorośmy wcześniej ni słowa nie zamienili? - odwróciła się całym ciałem do Pogrobca.
- Czyny więcej mi znaczą, aniżeli słowa… a choć nie znam twych, jużli fakt, że jarl i gospodarz nasz przymierze z tobą trzyma i na thing cię zaprosił dość znaczy zawczasu. - odparł Volund, jak gdyby była to najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Czyny, słowa, uroda, pozycja, szacunek. Ot z wszystkiego można wziąć radość ze spotkania. Ważne, by szczera była, nie jeno zdawkowym przywitaniem. Mej radości nikt mi nie odbierze, cieszę się że sam w niej nie jestem.
Pogrobiec spojrzał na Freyvinda a i Gudrunn na niego zwróciła źrenice.
- Radość twa i mądrość przydają splendoru tej halli. - skontastował Pogrobiec, ewidentnie nie w pełni rozumiejąc skalda.
- Nikt nie odbierze? - uśmiechnęła się do skalda i na nowo spojrzała na Volunda - Czemuś pana zmienił? - spytała bez pardonu.
- Ogni zasiada już w Valhalli. - odparł równie zdawkowo Pogrobiec. - Aegthor włada teraz w Toftlund… i nie potrzeba mu berserkera.
- Dobrześ trafił zatem. Agvindur godny jarl. - stwierdziła krótko - Co wiecie o thingu? - spoważniała nagle.
- Niewiele. Z daleka jadę, o thingu nawet nie wiedziałem. Ale Agvindur wzburzony i zgaduję z krótkiej rozmowy, że jest w potrzebie. - Skald zerknął ku jarlowi po czym spojrzał na oboje dłużej zatrzymując wzrok na Gudrunn. - Dziwny to thing, gdzie wielu z nas spoza tej dziedziny… - zastanowił się nad czymś.
- Znaczy coś większego… - mruknęła ona i róg służce podstawiła do napełnienia. - A skądeś ciągnął, skaldzie? I przybyliście też obaj dzisiaj?
- Z Aros, ale przestawałem w mniejszych osadach czasem i po tydzień, miesiąc, tedy ciężko jednoznacznie powiedzieć skąd tu zdążam. Dziś przybyłem do Ribe - przytaknął Frey.
- Tej nocy. Wiele omenów splata się na thing ten. - zauważył grobowo Pogrobiec.
- Omenów? - zmarszczyła brwi patrząc to na jednego to na drugiego.
Freyvind też wyglądał na zaciekawionego.
- Śmierć Szalonego, która dała mi swobodę tu przybyć. Twoja obecność, Freyvindzie, chociażś pierwotnie o thingu nie słyszał.
- To omen? Wierz mi po tym co było w Viborgu, to gdyby Agvindur uważał moje przybycie omenem… to podczas thingu do Ribe by mnie nie wpuścił - skald roześmiał się, ale z jakims żalem ukrytym pod śmiechem.
- Kroczymy nocą. Wielu drobnych omenów nie postrzegamy. Lecz te dwa zdarzenia, i… mniejsze inne czynią wrażenie ręki kierującej bieg wydarzeń, nie bez znamion Przeznaczenia. - po oczach widać było zamyślenie Pogrobca, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak był się rozmówił.
- Jakie mniejsze? - dociekała Gangrelka.
- Nie… mi ręczyć słowem. - powrócił do nich - Omeny to mniejsze… z umieraniem powiązane. Powinienem był rozmówić o nich z volvą jarla. - Volund spojrzał na Freyvinda bez słowa.
- Umieraniem? Czyim? Za co? - spojrzała na Freya jakby on miał wiedzieć albo rozumieć więcej z tego co mówi Volund.
- Przeznacznie jest określone dla każdego. Ale znają swe przeznaczenie tylko bogowie jak zapisane jest w sagach. Nawet my, choć przekroczyliśmy linię śmierci swego nie znamy. Volva… może dać mglisty zarys, zazwyczaj i tak zrozumiesz go dopiero w chwili gdy coś nastąpi - powiedział Skald patrząc w resztki miodu chlupoczące w rogu którym kołysał. - Omeny? To to samo - wzruszył ramionami. - Norny mocno strzega swych sekretów.
- Jeżeli Szalony Jarl czegoś nauczył mię poza czynieniem Krwawych Orłów… to iż niektórzy Widzą jaśniej Przeznaczenie, aniżeli świat. - powiedział Volund, choć z pewną obojętnością.
- Może tak, może nie. Jak śmierć szalonego jarla i moje przybycie splata się z tym thingiem i tym co Agvindur zamierza?
Lodowooka przysłuchiwała się wymianie jak czychajacy drapieżnik, pilnie każde słowo ważąc.
- Chowam mych wrogów, Freyvindzie. - zauważył tylko Pogrobiec - Czasem w ciałach ich lub umieraniu widzę znamiona Przeznaczenia, lecz jego oblicza nigdym nie widział.
- Coś zobaczył w ostatnio pochowanym?
- Jarla, który widział Przeznaczenie, więc dlategoż zapewne ktoś skrócił go o głowę, aby nie mógł ujrzeć swego gładziciela. -
Volund zamilkł nagle i zamyślił się głęboko. - Zgaduję, że potwierdza to twoje słowa, skaldzie… może.
- Nie wiem. Mogę się mylić. Wydaje mi się, że Asowie i Wanowie nam zazdroszczą. Ciężko istnieć znając swe przeznaczenie gdy jest złe, co też musi czuć Thor wiedząc, że nie obroni ojca i zemrze od jadu węża...?
- Nic. -
odparł machinalnie Volund, przerywając wywód skalda i wpatrując się w pustkę.
Po czym spojrzał przeciągle na Freyvinda, bez kolejnego słowa, jak gdyby była to kompletna odpowiedź.
Gudrunn za to lekkiego kuksańca skaldowi wypłaciła, Volunda lekko dłonia otwartą w ramie sztuchnęła:
- Gadacie jak stare baby. Przeznaczenie, omeny. Po prawdzie dumacie, że Norny plotą jakiekolwiek dla nas? - westchnęła lekko zadziwiona.
- Plotą - skald roześmiał sie. - I niech plotą, a my odkrywajmy je idąc ściażką krwi i chwały - stuknął mocno swoim rogiem w róg wampirzycy i wychylił swój miód do końca.
- Aż pochowają nas. - Pogrobiec odwrócił się do Gudrunn - Niewiele prawisz, leczli słuchasz każde słowo. Zrazu wiedziałem, że rad będę cię poznać. - skwitował, bez uśmiechu na twarzy.

Rozmowę przerwał Agvindur stając na podwyższeniu i znak dając, że chce mówić. W halli uciszyło się, jak nożem cięte urwały się wszelkie prowadzone rozmowy. Ucichła muzyka, wszyscy skupili swój wzrok na gospodarzu



Post współny syyyskich
 
__________________
"Soft kitty, warm kitty, little ball of fur...
Happy kitty, creepy kitty, pur, pur, pur."

"za (...) działanie na szkodę forum, trzęsienie ziemi, gradobicie i koklusz!"

Ostatnio edytowane przez Leoncoeur : 16-05-2016 o 09:58.
Leoncoeur jest offline  
Stary 18-05-2016, 18:38   #9
 
Blaithinn's Avatar
 
Praca wspólna

Akt 3 - podczas i po przemowie Agvindura


Gdy trwało przemówienie, większość Einherjar patrzyła na jarla, jak gdyby chłonąc każde słowo. Pogrobiec istotnie miał jarla objętego spojrzeniem, lecz to znowu świadczyło, iż myśli jego biegną daleko. Jak gdyby niemo parsknął na słowa o świątyni sług Chrystusa, nie skupiając się znowu na otaczającej go halli, milcząc jak poza wyjątkowymi chwilami przez cały thing, i nawet słowem się nie odezwał, gdy Gudrunn warknęła, a hala wypełniła się niepochlebnymi słowami związanymi z pleniącą się zarazą sług chrystusowych.

Wówczas jarl powiedział o Aros i Einarze i oczy Volunda, gorejąc jak płomienie samego słońca, szeroko otwarte w szoku, wbite były w jarla, gdy czerpał każde słowo jak umierający z pragnienia mógł usta chcieć zwilżyć pojedynczą znalezioną kroplą rosy w środku letniej suszy w południowych krajach. Jak zawsze po samych oczach zczytać można było z niego szok, niedowierzanie i gniew. Pogrobiec wstał, gdy jarl jeszcze kończył ostatnie pytanie do zebranych.

- Niemożliwe! - rzucił, dramatycznie, przez salę - By Aros bez słów i wieści przepaść miało z hird całym!

Zamknął i zacisnął silnie powieki, nim otworzył je znowu zmrużone, jak gdyby lepiej już panując nad sobą, jak gdyby prawie Bestia przez chwilę dychała mu do uszu. Przez chwilę afterganger wyglądał, jak gdyby stał u progu berserkergangu. Lecz to minęło.

- Jeśli ocalały hirdman nic rzecz nie może, jeszcze nocy gotów żem wyruszyć. - zapowiedział już na powrót spokojnie, tyle jarlowi, co wszystkim.

Elin z miejsca swego przy boku Agvindura słuchała słów jego uważnie. Na wieść pierwszą oczy ze złością mrużyła, a z ust cichy syk się wydobywał szczególnie gdy o budowie obcej świątyni w Ribe usłyszała. Kolejne słowa jarla sprawiły jednak, iż ze smutkiem i troską na niego spoglądać poczęła. Einar zabity… nie dziwota, iż złości w nim więcej ostatnio. Gniewem smutek zakrywa. Ona sama pewnikiem nawet wyobrazić sobie nie mogła, co czuć jarl musiał, tak silnie związany ze swym drużynnikiem.

- Wsparcie me takoż macie, jako zawsze zresztą. - Odparła prosto i szczerze, wstając zaraz po Volundzie, choć ubodło ją lekko iż Agvindur wcześniej nie przekazał jej tak ważnej informacji. Widocznie zbyt mało ciągle uczyniła, by większe zaufanie sobie zaskarbić.

Od strony Freyvinda znac było z początku jedynie martwą ciszę jaka przechodziła w narastający pomruk wściekłości. Zaczynał pogrążać się w boju z bestią, bo słowa Agvindura przywiodły go na skraj szału. Gniew rozlał się po jego obliczu, a ręka wampira odruchowo zacisnęła się na głowni miecza.

- Świątynie. Syna. Maryjnego. Budować!? - wycharczał. - Należałoby Eryka jak Haralda Kłaka przepędzić, a jak to robota jego doradców to powywieszać! - wściekłość na twarzy Freya jakby lekko tłumiła się choć nie wygasała do końca. Udało mu się zwyciężyć drzemiącą w nim bestię, lecz ręka kurczowo zaciśnięta na głowni drżała mu jeszcze lekko, a kurczowo zaciśnięte szczęki wskazywały jak ciężki bój toczył.
Swego gniewu jednak nie udało się powściągnąć Chlotchild, która na pierwsze słowa jarla wściekłością się uniosła, ławę z jadłem i napitkiem wywracając, wyjąc przeraźliwie i pianę z ust tocząc. Wywrzaskiwać zaczęła coś w mowie frankijskiej i z krzykiem z halli wybiegła, roztrącając gości i hirdmanów. Z każdym krokiem gniew z niej ulatywać się zdawał, w strach zamieniając się. Bjarki mruknąwszy coś pod nosem basem, ruszył za nią, spojrzeniem wzroku pana swego szukając przez chwilę. Wampir tylko kiwnął głową wielkiemu Duńczykowi. Nie dziwił się wzburzeniu i przerażeniu dziewczyny, gdy usłyszała, że czarne suknie próbują i tutaj…Po tym co jej zrobiono przerażenie jawiło się naturalnym odruchem. Zastanowił go tylko wybuch gniewu, może uczynił błąd pojąc ją krwią przed thingiem. Volva smutnym wzrokiem powiodła za uciekającą dziewczyną ale nic więcej nie uczyniła. Volundowi natomiast albo sama jeszcze krew szumiała w uszach, odcinając od tego wydarzenia, albo jak i ówcześnie był tak nieobecny i tak skupiony na jarlu i zaaferowany wieściami, że nawet nie postrzegł - lub nie zwrócił uwagi na przyboczną Freyvinda.
Kolejno Gudrunn przemówiła:

- Na pomoc mą liczyć możesz, pytać nie musisz - kolory wokół niej czerwień wypełniała zabarwiona lekkim błękitem. Spojrzenie jej tymczasem na Volundzie spoczęło jak drapiężnik szacujący swą ofiarę.
Podobnież odezwał się i Rudowłosy, któren jednak na wieści o światyniach nie wydawał się zbytnio poruszony. Więcej współczucia czy irytacji wywołały w nim słowa o Einarze.

- Z mej strony również pomoc otrzymasz. Rzeknij jeno jak dopomóc mogę i ja i moi ludzie.

Agvindur głową skinął. Spojrzenie stwardniało.

- Słuszności Twym słowom, Freyvindzie odmówić nie sposób. Ale i sprawy w Aros doglądnąć trzeba. Gudrunn i Ødger do Hedeby ruszą, Volundzie jako nowy czempion i Freyvindzie jako potomek naszego wspólnego stwórcy do Aros udacie się by sprawę zbadać.
Na Elin spojrzał z namysłem.

- A volva nam kierunek działań przepowie. Ofiarę złożę zgodnie ze zwyczajem… Jeśli coś rzeknąć masz, to czas po temu, Wiedząca.

Wieszczka zwróciła się spokojnym, dystyngowanym ruchem ku zgromadzonym i dwukolorowymi oczami poważnie spojrzała po nich.

- Upraszam o ostrożność i rozwagę w działaniach. - Głos jej był pewny i głęboki. - Zmiany wielkie przychodzą i od nas wiele zależeć teraz będzie. Ale bym więcej powiedzieć mogła. - Tu zwróciła się do jarla. - Ponownie runami rzucić muszę.
- Kiedy wieszczbę możesz stawić, volvo? - jarl zwracał się do Elin oficjalnym tonem.
- I jakież to zmiany? - mruknęła Gudrunn gardłowo. - Rozjaśnisz mroki naszej niewiedzy jakowymyś wyjaśnieniami czyli w ciemno obawiać się nam trzeba? - lekka ironia pobrzmiewała w głosie Gangrelki.
- Wróżbę i dziś postawić mogę lecz musiałbyś Jarlu gości swych opuścić na czas jej trwania. - Odparła poważnie, po czym zwróciła chłodne spojrzenie na Gudrunn. - Nie zwykłam gadać po próżnicy i siać niepokojów bez potrzeby. Będzie wieszczba, będą wieści. - Odparła spokojnie.

Skald prawie nie mówił, raczej warczał bo ciężko mu było rozwierać zaciśnięte szczęki. Kłykcie dłoni jaka miał na mieczu zbielały mu całkowicie, co w przypadku Aftergangera nie było trudne.

- Einar. Jest. Druchem. W Potrzebie. Trzeba pomóc. Sprawdzić. - wyrzucał z siebie. - Ale. Agvindurze. Gudrunn. Ødgerdowi. Dasz. Radość. Z palenia kościołów. Syna Marii. Im, gdy ja na północ. Do Einara. - Wściekłość odchodziła powoli, choć czaiła sie. Gniew czekał kolejnej szansy by zerwać łańcuchy. - Nie zabieraj mi tego!
- Nie zabieram. Ødger zna się dobrze na zwyczajach i rozumowaniu chrześcijan. Pojedzie by wieści zebrać i dowody. I ludzi swoich obsadzić pomiędzy chrześcijany. Gudrunn zaś za zebranie siły odpowiedzialną będzie. Tobie Freyvindzie i Volundowi powierzam odnalezienie krwi z mej krwi lub dokonanie zemsty na tych co krzywdę uczynić mu się odważyli. Potem w Hedeby dołączycie na grunt przygotowany. - jarl teraz wydawał rozkazy, nie prośby.

Freyvind kiwnął dwa razy głową, choc zerknął ku Gudrunn wzrokiem dając znak, że pomówić chciałby z nią o tym.
Odpowiedziała skinięciem na zgodę.

Wszyscy


Eggnir ponownie ramię uniósł by uciszyć zebranych.
Gdy głosy ponownie uspokoiły się Agvindur wstał:

- Afterganger, ofiarę złożymy tej nocy. Volva wróżbę postawi przed świtaniem. - umilkł na chwilkę lecz zaraz wahanie swe pokrył zdecydowaniem. - Bogom oddamy się w władanie jak tradycja wymaga i umocnimy nasze zjednoczenie.

W halli zerwał się hałas ponownie. Longhus wypełnił się rumorem odsuwanych ław, wstających ludzi, muzyka grać przerwała. Niewolni usunęli się na bok, gdzieś pies uciekł z cichym skomleniem kopnięty przypadkiem.
Hirdmani Agvindura ruszyli by ofiarę przygotować. Sam jarl stał nieco zasępiony, poważnym spojrzeniem mierząc zamieszanie.
Elin podeszła powoli do jarla i cicho rzekła.

- Mogę również spróbować ujrzeć co w Aros się wydarzyło.
Agvindur spojrzał na wieszczkę i dłoń na ramieniu jej położył:
- Spytaj, może objawią Ci bogowie co stało się i co stać się ma. Pytaj jednak głównie o to jak uchronić ich i nas przed najazdem chrześcijan… - zawiesił wzrok na Freyvindzie, brwi marszcząc w niepokoju. Skald skinął głową z ciekawością przyglądając się Elin.
-Tak zrobię. - Skinęła głową.

Po chwili niski hirdman wkroczył do halli by słowo jarli rzec:
- Gotowe. Na zewnątrz czekamy.
Agvindur i Eggnir ruszyli zachęcając pozostałych afterganger do podążania za nimi.


Droga na niewielki plac poza osadą minęła w ciszy. Jarl szedł zamyślony i skupiony, Eggnir i drugi hirdman prowadzili pięknego konia




Volva poznała, że był to ukochany koń Agvindura - Afrdif. Ogier sięgał chrapami ku jarlowi, a ten od czasu do czasu gładził aksamitne nozdrza zwierzęcia. Za nimi z tyłu prowadzone były dwie niewolnice






, które podarki niosły. Bogate srebrne futro, złote naramienniki, miecz misternie zdobiony i pierścień. Ten z kolei poznał Frey jako podarek od stworzyciela dla starszego potomka. Gudrunn kroczyła między Freyem a Ødgerem. Niespokojna i niecierpliwa.

Skald na zwierzę patrzył bez emocji nie wiedząc wszak o tym iż wierzchowiec jest ulubieńcem jarla, ale już poświęcenie miecza zadziwiło go srodze. Spojrzał na Agvindura spod zmarszczonych brwi. Waga podarków waga podarków, bogowiecenili sobie dary ważkie dla darczyncy, jednak i tak bardzo to dziwiło. Jarlowi wyjątkowo mocno musiało zalezeć na wróżbie, Freyvind zaczął coraz bardziej zastanawiać się: czemu. Przy okazji rozglądał się czy gdzieś nie mignie mu charakterystyczna wielka sylwetka Bjarkiego, lub jasna czupryna Frankijki. Przez chwilę zastanawiał się też, czy nie zaczepić błękitnookiej na kilka słów jakie chciał z nią zamienić w sprawie Hedeby, jednak choć trwały dopiero przygotowania, to nie był dobry moment. Stał tedy jeno z trochę zachmurzonym obliczem.

Pogrobiec maszerował pomiędzy aftergangerami zaś z tym samym, nieodgadnionym wyrazem twarzy. Subtelność jego spojrzenia w tym, że - raptem - baczył na rozwój sytuacji i przebieg ceremonii świadczył, jak bardzo musiał być niechętny samej wróżbie, ale nikt kto nie przyglądałby się uważnie nie ujrzałby tego po berserkerze. Teraz, gdy uspokoił się po nieoczekiwanym zewie Bestii milczał tak, jak przez większość thingu.

Elin jeden z niewolnych przyniósł jej sakwę, by wyciągnęła co potrzeba nim ruszy ku ołtarzowi. Wzięła woreczek z runami i sztylet, by przy pasie je uwiesić, a w dłonie ujęła niewielki bębenek.
Kroczyła spokojnie przy boku jarla z powagą w oczach, choć widok ulubieńca Agvindura poruszył ją mocno. Nigdy wcześniej nie składał tak wielkiej ofiary, świadczyć to jeno mogło iż wie dużo więcej niż do tej pory zdradził. Nie tylko od niego tej nocy wiele zależeć będzie, a i od niej samej również i od tego co Norny pozwolą ujrzeć. Chwyt na bębenku wzmocniła i poczęła wybijać powolny, montonny rytm.

W końcu przystanęli przy placu z niewielkim ołtarzem tuż pod rozłorzystym drzewem teraz bez liści będącym. Na miejscu złożone były zioła suszone, orzechy, niewielkie miseczki z miodem i innymi opiatami.
Jarl zatrzymał się obok volvy i po chwili skupienia rozpoczął w nocnej ciszy wciąż przepełnionej zapachem zimy:

- Przyrzekamy w imieniu swoim i swych ludzi, że czcić będziemy bogów nie tylko od święta, ale na co dzień. Że utrzymamy pamięć najszlachetniejszych praw, tych zaś szczególnie co się z poszanowaniem wiary i tradycji łączą. Wszelkie odstępstwa od tradycji będą surowo potępiane i osądzane na warunkach thingu. Nie będzie mieć poważania ten, co goniąc za nowinkami albo własną wygodą - jarl kontynuował tocząc spojrzeniem po zebranych wampirach i hirdmanach - zacznie upraszczać prawo albo nie będzie go wypełniał z należytą powagą. Czasy takie jakie te, pokoju, nie mogą się stać dla nas powodem do gnuśnienia. Odynie, przyjm nasze dary!
Przy tych słowach Agvindur przytrzymał Afdrifa za kark i czystym cięciem otworzył gardło. Eggnir podstawił misę by łapać gorącą, parującą końską juchę przy dźwiękach wizgów i charczenia ogiera. Na twarzy jarla smutek i zaduma nieustannie gościły.

https://www.youtube.com/watch?v=GQA7...OgZL9K2mYpe_c0

Gdy Agvindur poderżnął końskie gardło wieszczka ruszyła tanecznym krokiem dookoło ołtarza coraz głośniej wybijając rytm na bębenku.

- Þá gengu regin öll
á rökstóla,
ginnheilug goð,
ok um þat gættusk;
nátt ok niðjum
nöfn um gáfu,
morgin hétu
ok miðjan dag,
undorn ok aptan,
árum at telja.
* - Mruczała ciche słowa trzykrotnie okrążając złożoną ofiarę. W końcu przystanęła nad martwym już zwierzęciem i ciągle wypowiadając zaklęcia przyklękła. Ułożywszy instrument obok siebie zaczęła gładzić delikatnie zwierzę. Powolne ruchy sięgnęły gardła i dłonie Elin zanurzyły się w posoce, którą wysmarowała sobie twarz. Uniosła się kołysząc i sięgnęła po michę z juchą, z którą podeszła bezpośrednio do ołtarza.

- Przyjmij tę ofiarę Najwyższy Ojcze, byśmy mogli zajrzeć za zasłonę przyszłości i ochronić tych, których chronić przysięgliśmy! - Krzyknęła unosząc naczynie nad głowę i potem wylewając krew na ołtarz. Chwilę kołysała się przed ołtarzem, by ruszyć w kierunku Agvindura wyciągając sztylet, którego ostrze grawerowane było przednimi runami.

- Krew dla kości. Krew dla Norn. - Rzekła głuchym głosem.

Zebrani przyglądali się obrządkowi w spokoju. Jedynie dwie niewolne okrzyków nie wstrzymały i szarpnęły się z obrzydzenia. Hirdmani je jednak pochwycili i przytrzymali na miejscu mimo pisków i potoku obcej mowy.
Agvindur zaś ryknął wpatrując się w ołtarz:
- Cisza!
Krew ołtarz obmyła lecz w ziemię nie wsiąkała. Wąską stróżką toczyła się wpierw ku stopom Elin, potem Agvindura by podzielić się na wiele wąziutkich odnóg i rozpływać się w różnych kierunkach. Dopiero z dala od ołtarza poczęła w ziemi zanikać.
Gudrunn chrapliwie szepnęła:
- Nie przyjął… Odyn nie przyjął…

Pogrobiec, niepomny, przyglądał się ofierze tak samo milcząco jak przybył na miejsce rytuału volvy, a w oczach jego była pustka i znużenie, jak u kogoś kto nigdy nie wierzył, że cokolwiek nieoczekiwanego będzie miało miejsce. Po krótkim czasie miast tego, ignorując wampiry, którym towarzyszył, przeniósł wzrok na jarla… i samą volvę, by ocenić, jak na nich wpłynęło milczenie Najwyższego.

Volva odwróciła się ponownie ku ołtarzowi przyglądając strużkom krwi i… uśmiechnęła się leciutko.
- A więc to tak Wszechojcze?! - Uniosła głowę ku górze. - Odrzucasz ofiarę swego wiernego sługi, gdyż składa ją volva? - Krzyknęła. - Wiedz więc, że volva ta gotowa jest na wiele, byś go wysłuchał! - Wrzasnęła i wbiła sobie sztylet w jedno oko.

Wszyscy zamarli gdy ciało Wiedzącej wygięło się spazmatycznie w łuk. Zdawać by się mogło, że volva pływa w powietrzu balansując jedynie na samych czubkach palców. Zakrwawione ręce opadły w tył, z ust dobył się lekki skowyt, co w śmiech się zamienił. Sztylet wciąż sterczał z jej oka.
Niewolne wrzasku narobiły, ale te szybko wojowie uciszyli i omdlałe ciała na ziemi pokładli. Rudowłosy spoglądał na wydarzenia zahipnotyzowany, głodnym wzrokiem. Gudrunn kły ukazała czując posokę Elin, Frey cofnął się zaskoczony. Jarl kobietę w ramiona złapał, gdy tylko nią pierwsze drgania targać poczęły.
Spośród aftergangerów, Volund obserwował dramatyczną ofiarę, złożoną przez Elin z samej siebie, tak samo nieporuszony jak wcześniej, chociaż brak wyraźnej reakcji berserkera świadczył o tym, jak bardzo skupiony był na obserwowaniu zajścia… niepomny na jego gwałtowny przebieg i skupiony o szczegółach, jak gdyby widział lub raczej wiedział coś o tym, dlaczego tak się wieszczenie potoczyło.

Volva niespodziane otworzyła zdrowe oko i chwytając za poły koszuli jarla zaczęła mówić głębokim, odległym głosem jakby dolatywał z czeluści samego Hellheimu:

- Ptak nad górami leci, ogniste pióra gubi
Gdzie pióro spadnie, tam pożar. Gdzie ziemi dotknie, tam płacz
Gdzie cień ptaka omiecie, tam choroba.
Gdzie krzyk ptaka dosłyszą tam szczęk mieczów i krew,
A krwi tyle, że martwych nie będzie komu palić.
Ci co dzisiaj przy stole razem siedzą, noże przeciw sobie wyciągną.
Ci, co z jednego rogu piją, żyły swoje przegryzać będą.
Węże rodzą się w jaskiniach, kłębią w poszyciu z mchów niebieskich.
Kłębowiska ich ciał długich, giętkich jedna noga nie zdepcze.
Trzeba by znowu w zwartym szeregu ludzie szli, jeden przy drugim,
Każden za każdego.
Ptak jeszcze kołuje, jeszcze szuka krainy, gdzie by gniazdo uwić.
Jeszcze jaj nie złożył. Jeszcze jest nadzieja.
Od ofiar zacząć.
Bogów karmić, światynie budować i odnawiać, paleniska krwią pryskać.
Jeszcze jest nadzieja, że dymy ofiarne zasłonią kraj
I ptak go nie dostrzeże.
Że poleci z powrotem na zachód, dalej i dalej, że poleci stąd
Że gniazda nie uwije, jaj nie złoży,
Piskląt nie upilnuje…
*

Umilkła, a jej ciałem wstrząsnął kolejny spazm. Na chwilę jeszcze ujrzała nieznanego jej potężnego męża o długich blond włosach, który z władczością i zachłannością spoglądał na nią odbierając jej oko.



Wizje zniknęły, zamrugała wracając do rzeczywistości i wieszczka wychrypiała:
- Jeść…
Na gest jarla Gudrunn ucapiła jedną z niewolnych i przyniosła ku volvie i Agvindurowi, ramię dziewczyny podtykając Elin pod nos.
- Sztylet sama wyciągniesz? - lodowe oczy spojrzały w jedyne oko wieszki.
Zdziwiona dotknęła broni, jakby dopiero teraz zorientowała się, że sztylet ciągle tkwi w oku. Wyszarpnęła go jednym ruchem, a cichy jęk wydobył się z jej ust. Zaraz jednak wbiła kły w niewolnicę gasząc pragnienie i ból.

Nie tylko volva po swej ofierze poczuła głód. Freyvind w czasie czynu volvy sięgając do pokładów samokontroli i silnej woli nie zareagował na krew aftergangerki tak jak niebieskooka, choć nawet tak niewielka ilość płynu życia wybranki Odyna nęciła bardziej niż ta ilość wytoczona z rumaka Agvindura. Teraz widząc jak Elin wpina się w szyję niewolnej poczuł jak kły kaleczą dziąsła w kurczowo zaciśniętych szczękach. Nie pił od kilku dni, a karmił swe sługi.
Zbliżył się do volvy, jarla i Gudrunn patrząc łapczywie na cienki strumyk krwi spływającej brance Agvindura przez obojczyk na pierś. Opanował się i tym razem.
- Jak myślisz? Czemu Najwyższy nie przyjął? - rzucił do stojącej obok aftergangerki, wszak to ona pierwsza rzekła to przy wszystkich.
- Może nie każdy tu zgodny z mową i myślami Jarla? - mruknęła wpatrując się we Freya - a może ofiara zbyt mała. A może wszyscy mają przysięgę wymówić, jako Elin wieszczyła, każden
za każdego…

- Albo Jednooki chce byśmy sami wyplenili tę zarazę, sprawdzic nas przed Ragnarok ile jesteśmy warci? - Odwrócił się do niej. - Nie zaczniecie w Hedeby póki nie przybędę z Aros?
- Zaczniemy jeno na słowo Agvindura. - spojrzenia nie odpuszczała - A ty pożyw się. Czuję głód Twój… - uśmiech grymas przypominał gdy kły ukazała.
- Tak zrobię. Czas rozpocząć właściwą część biesiady. - W oczach mu coś błysnęło, strzelił szybkim spojrzeniem na powrót na pożywiającą się volvę. - Przybędę do was z Aros jak najprędzej. Zechcesz mieć mą prośbę na względzie gdy Agvindur rzeknie słowo a ja będę w drodze… dłużnikiem Twoim będę. Sam też z nim się rozmówię.
- Jeśli Agvindurowi to roli grać nie będzie, wezmę pod rozwagę. - skinęła. - W przeciwnym razie, wieści wyślę. Jeno… Swą dziewkę w ryzy weź, boć nam słabych ogniw nie trza w miejscu co samo trudności przechodzić może.
Pokiwał głową czekając aż jarl da znak, że obrzędy skończone i wrócic będzie można do halli.
Powtarzał sobie słowo po słowie to co jak w transie mówiła Elin. Nie znał takiej pieśni, to mogła byc wieszczba. Wspomniał jej różnokolorowe oczy, śmiech gdy wbiła sztylet w ciało.
Podopieczna Agvindura zaczynała być coraz bardziej interesująca.


__________________________________________________ _______
1. Fragment Eddy Voluspa
2. Elżbieta Cherezińska, Ja jestem Haldred. Północna Droga. Tom 2
 

Ostatnio edytowane przez Blaithinn : 18-05-2016 o 20:41. Powód: Dodanie autora wiersza
Blaithinn jest offline  
Stary 20-05-2016, 20:19   #10
Krucza
 
corax's Avatar
 
Zebrani wciąż poruszeni byli słowami przepowiedni volvy, co tak słono przypłaciła swe widzenie.
Ludzie cicho rozprawiali między sobą na temat zdarzeń, gdy Elin pożywiać się kończyła. Gudrunn stojąca opodal Freyvinda okolice od czasu do czasu obrzucała niespokojnym wzrokiem z ustami zaciętymi.
Rudowłosy Ødger tego wieczora niewiele mówił, wzrokiem uciekał od okaleczonej wieszczki. Jarl odczekawszy zaś postawił ją na nogi. Jednooka wsparta na ramieniu Agvindura rozejrzała się po nieco napiętych twarzach zebranych. Niebieskie oko widziało teraźniejszość. Tam gdzie niedawno było zielone oko, zionęła pusta jama oczodołu otoczona czarnymi strugami krwi. Pod poranioną powieką, wciąż widziała stojącego blond mężczyznę. Miała wrażenie, że sztyletem wyrzeźbiła sobie jego obraz, co nie odchodził mimo mrugania.

Agvindur powrót zarządził do halli.
Niepokój ludzi po złożonej ofierze sprawił, że Eggnir spokój zarządzić musiał.
- Jarl mówić będzie, cisza ludzie!
I znowu spokój zapadł z szacunku dla długowłosego pana Ribe.
- Wieszczbę słyszeliście. Ofiarę volvy naszej widzieliście na oczy własne. Czas na pojaśnienie słów Najwyższego. Czas na zrozumienie jego woli!
Odsunął się i miejsce Elin zrobił, która poczuła dziesiątki oczu na sobie, wyczekujących jej słów.



W trakcie mowy volvy do halli wsunął się potężny Bjarki. Chciał zrobić to by nie zostać zauważonym, jednak zwalistej sylwetki godiego nie można było przeoczyć. Wiódł za sobą spokojną i bladą Chlo, co na zmęczoną i wystraszoną wciąż wyglądała.
Gudrunn Freyvinda lekko łokciem trąciła, zwracając jego uwagę:
- Twoi wrócili… - mruknęła.

Volundowi zaś za jedno było tłumaczenie Elin. Rozpamiętywał wciąż wiadomości Agvindura i wydarzenia podczas ofiary, której cena nie zrobiła wrażenia na Gangrelu. W myślach wampira tłukła się jedna myśl. Jedno imię. I wiele, wiele pytań. Dusza rwała mu się do walki, Bestia wzywała do działania. A tymczasem tuż obok niego rozmowa toczyła się między Gudrunn a Ødgerem:
- Czas zmówić Sighvarta z Varde. Z północy ściągnąć ludzi. On ludzi ze słowiańszczyzny ściągnąć może. Nie wiadomo co w Hedeby zastaniemy, lepiej być przygotowanym. - prawiła rudemu lodowooka przyciszonym głosem.
- Masz słuszność. Jeno...
- Jeno co?
- Jeno na thingu go nie ma. Myślisz, że on przeciwko Agvindurowi działa?
- Dowiedz się, upewnij się nim cośkolwiek powsięwziesz.
- A Ty?
- Ja ruszę pierwsza, jeszcze dziś. Spotkamy się w Hedeby.

Ødger skinął głową i ruszył by się pożywić. Wybierał i przebierał w niewolnych by w końcu egzotyczną krwią niewolnej Indyjki się pożywić. Gudrunn zaś ku Agvindurowi ruszyła.

Freyvidna zaś jarl na słowo poprosił i zaczął:
- Jeśli … - zmilczał by potem ręką na ramieniu skalda ułożyć. Spojrzał w oczy Lenartssona: - Jeśli Einar nie znajdzie się...- wzrok jarla stwardniał a rysy zrobiły się dzikie niczym u bestii jakowejś -... sprawcę jego śmierci mi przyprowadź. Całego. W zamian odwdzięczę się. - zamilkł spoglądając na skalda mrocznym spojrzeniem.

Kolejno Agvindur z Volundem pomówić sobie życzył:
- Ślę Cię tam byś w mym imieniu działał i bratu memu dopomagał. Lecz jeśli potrzeba zajdzie, wstrzymaj swój miecz. Sprawcy zadośćuczynię sam, Ty pomóż Freyvindowi, wspieraj go.

Elin Ljubow się zajęła opatrując rany i zioła z nawyku przykładając. Rajdając to do volvy, to do siebie w ruskiej mowie. Zakrzątnęła się koło wiedzącej jak kwoka koło pisklęcia, podzwaniając zdobieniami na skroniach. W końcu widząc nieuwagę Elin spytała:
- Jeśli pomówić chcesz, jestem tu. Wiem, że nie jestem wiedząca jak Ty ale jeśli chcesz… - uśmiechnęła się lekko, nienachalnie.



Thing toczył się dalej a z nim i uczta, długi dom wciąż rozbrzmiewał głosami hirdmanów i sług. Niedawne zdenerwowanie i przygnębienie zaczynało się z wolna ulatniać. Z każdą upływającą chwilą coraz bliżej ku wschodowi słońca było. Zamieszanie, rozmowy i śpiewy w halli stanowiły zbyt wielką pokusę dla Sigrun, która niezauważona przez nikogo przy drzwiach, w kącie stała, soczyste jabłko pogryzając i wielkimi oczami przyglądając się wszystkiemu.
Volunda znowu niewolne obsiadły, jak pszczoły plaster miodu. Mruczały słodkie słówka, drocząc się z pięknolicym, obiecując czas wesołej rozkoszy. Jedna wpakowała się mu na kolana z kuszącym uśmiechem.
Gudrunn stanęła blisko skalda i z drapieżnym uśmiechem poprosiła:
- Zaśpiewaj mi pieśń na pożegnanie, złotousty, na szczęście nim ruszę w drogę.
Na to Chlo z naburmuszoną minką o wampira się otarła, dumnie nosek zadzierając:
- Podać lirę, panie? - wzrokiem rzucając wyzwanie Fallegaug.

Co i raz ktoś z halli wychodził, a to pojedynczo, a to parami by towarzystwem swoim i ucztą do cna się nasycić. Może to i przez to Freyvind w końcu wyczuł niewinne spojrzenie przepełnione zaciekawieniem i uśmiech delikatnie drżący i ulotny





Wtem od drzwi krzyk niewiast się podniósł.


Poruszony tłumek gości rozstąpił się by ukazać ciało jednego z wojów, co dopiero do halli wszedł ze strzałą płonącą między łopatkami.

Chaos wybuchł, gdy drzwi do halli z łoskotem się za nim zatrzasnęły. Hirdmani za broń zaczęli łapać, Eggnir zaczął wydawać rozkazy przybocznym jarla lecz nawet on nie zdołał zapanować nad wybuchem paniki, gdy krzyki i piski zaczęły dochodzić z różnych części halli:
- Dach płonie!
- Wody!!!
 

Ostatnio edytowane przez corax : 20-05-2016 o 20:23.
corax jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168