Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-12-2017, 18:57   #1
Mag
 
Mag's Avatar
 
Reputacja: 61284 Mag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputacjęMag ma wspaniałą reputację
Jeśli tylko przetrwamy - D&D 3.5ed FR


1 dzień Topnienia 1372 roku rachuby dolin. Calimport

Calimport był niesamowitym miejscem, łączącym dziesiątki kultur, narodowości, ras i przede wszystkim celów. Był jednym z najstarszych stale zamieszkanych miast Faerunu. Jeden z największych w Starym Świecie portów przyciągał gości z całego świata (nie tylko tego morskiego). Każdego dnia w porcie przeładowywano ogromne ilości towarów. A były nimi nie tylko przyprawy, wino klejnoty, drogie płótna czy skóry. Również niewolnicy stanowili sporą część tutejszego handlu. Większość Calishitów opierało swój byt na wymianie dóbr.

-Ruszać dupy i to żwawo wy leniwe ścierwa! Jeśli okręt nie będzie do zachodu słońca załadowany, to nie macie czego szukać na pokładzie! Ej ty! Śmierdzący łachmyto! Masz pracować, a nie opierać się o skrzynie! Jeszcze raz cię zobaczę jak robisz sobie przerwę to dostaniesz piętnaście batów!- ciemnoskóry mężczyzna w jasnej szacie krzyczał w niebogłosy z mostku Ujadania Banshee.
Załoga statku pracowała w pocie czoła. Stawka, którą im obiecano była sowita, a zadanie wydawało się dość proste choć nie do końca bezpieczne...

...Dzień wcześniej

-Po pierwsze!- krzyknął gruby kupiec w przepoconych szatach. -Każdy z was bierze udział w załadunku! Nie ma wyjątków i nie ma miejsca dla słabych! Jeśli bolą cię rączki albo plecki to pakuj dupę w troki i spieprzaj mi sprzed oczu- wskazał przypadkowego osobnika z wielką szramą na twarzy. - Jutro, zanim pierwszy kur zapieje, wyruszamy w kurewsko daleką trasę!- krzyczał głośno i wyraźnie, by każdy dobrze go usłyszał i zrozumiał.
-Za trzy dekadnie docieramy do portu w Mezro, każdy z was bierze udział w rozładunku i ponownym załadunku na miejscu. Następnego dnia wracamy do Calimportu! Żeby była jasność!- podniósł paluch ku przestrodze. -Jak mi się ktoś nie stawi nie będziemy na niego czekać! A to znaczy że będzie w czarnej dupie!- spojrzał uważnie na zebranych.


Silny wiatr z północy oznaczał oficjalnie uznawany w Calimshanie dzień letniego przesilenia. Wiatry miały sprzyjać żaglom ich łajby aż do samego Mezro. Jakby tego było mało, przezorny szlachcic opłacający wyprawę zapłacił ponoć garścią pięknych kamyków kapłankę Talosa, by modliła się każdego dnia żeglugi o bezpieczną podróż.
Na pięknych palmach kwitły kwiaty, a wiecznie wygłodniałe mewy skrzeczały przeraźliwie żebrząc o jakiekolwiek resztki. Pobliskie karczmy wypełnione były tysiącem marynarzy z najróżniejszych rejonów świata.

Można było spotkać handlarzy z dalekiego Cormyru, łowców nagród z Neverwinter. Byli tu nawet uznawani w wielu krainach za złoczyńców Czerwoni magowie z Thay. Do stałej załogi dołączyła grupa piętnastu najemników i śmiałków, którzy mieli zgarnąć sowitą nagrodę za wyznaczone role w wyprawie. Uśmiechnięci i niezrażeni długą przeprawą jeszcze nie podejrzewali co może ich spotkać.
 
__________________
"Just remember, there is a thin line between being a hero and being a memory"

Gram sobie jako: Sybill, Irya, Alice, Marion, Meredith, Venora, Arnika i Sol!
prowadzę: GATE - Paris
Mag jest offline  
Stary 29-12-2017, 11:05   #2
 
Nefarius's Avatar
 
Reputacja: 15188 Nefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputacjęNefarius ma wspaniałą reputację

Jeśli tylko przetrwamy...


Rozdział I: Sztorm dekady


2 dzień Topnienia 1372 roku rachuby dolin. Calimport

-To są jakieś żarty?- kapitan Ujadania Banshee stał spięty tuż przy kładce na doki. Kobieta, z którą rozmawiał była niska i szczupła, a wąskie w biodrach ciało skrywała prześwitująca tunika w błękitnym kolorze.
-Wyglądam jakbym żartowała?- spytała z poważną miną. Nie sprawiała wrażenia jakby rozmowa z kapitanem okrętu robiła na niej jakiekolwiek wrażenie. Ci bardziej ciekawscy i spostrzegawczy mogli dostrzec niewielki wisior ze srebra, przedstawiający trójząb na tle spienionej fali.
-Zapłaciłem sporo złota za to, żeby nasz przyjaciel Kharasis towarzyszył mi w tej wyprawie. Więc pytam...- ściszył nieco ton. -Gdzie... On... Jest?!...-

Kobieta uniosła brew i położyła ręce na jego szyi przybliżając twarz do jego spoconej twarzy.
-Siedzi w domu. Chcesz go odwiedzić i spytać, czemu wysłał tu mnie?- uśmiechnęła się.
Kapitan przełknął ślinę i zmrużył oczy, po czym wyprostował się biorąc lekki dystans od kapłanki Umberlee.
-Zaprowadź ją do kajuty- polecił jednemu z majtków. -I miej na nią oko...- polecił. Niedługo później kogut zapiał gdzieś na dachu jednego z magazynów w dokach a załoga zajęła się odcumowaniem okrętu.

26 dzień Topnienia 1372 roku rachuby dolin. Morze straconych marzeń.



-Zarix! Ty głuchy zasrańcu!- mężczyzna o łysej czaszce darł się wniebogłosy, że go było nawet pod pokładem słychać. -Wołajże kapitana capie leniwy, bo tu sztorm na drodze czeka!- krzyczał, kompletnie ignorując to, jak określenie “sztorm daleko od lądu” działa na wszystkich podróżujących. Kapitan wytoczył się w samych spodniach ze swej kajuty prosto na mostek i spojrzał dociekliwie na południowy zachód, gdzie na całym horyzoncie rozciągały się czarne jak śmierć chmury. Wzburzone fale z każdą sekundą coraz mocniej uderzały w burtę, a silny wiatr sprawiał, że pokład Ujadanie Banshee skrzypiał w duecie z wichurą.
-Młody! Wołaj no mi tu te paniusię, bo chyba jej Umberlee coś nam się tu rozkręca!- krzyknął do młodzieńca mającego mniej niż szesnaście lat. Chłopak zeskoczył z balustrady i chwyciwszy się liny, śmignął nad głowami kilku członków załogi i wylądował tuż przy wejściu pod pokład.
-Na chuj czekacie?! Chowamy żagle!!!- zrugał obserwujących pogodę marynarzy. Mężczyźni od razu zabrali się do roboty, a chwilę później na mostku pojawiła się kapłanka.

Służka bogini sztormów i fal stanęła na lekko ugiętych nogach, by zachować równowagę na kołyszącym się okręcie. Ręce trzymała rozpostarte na boki, modląc się pod nosem o łaskę i błogosławieństwo w czasie tej burzy. Przenikliwą ciszę przerywały tylko krzyki majtków i dźwięk zębatek mechanizmu składanego żagla.
Fale coraz mocniej kołysały okrętem, a załoga zajęła się sprawdzaniem mocowań skrzyń i beczek do pokładu. Kapłanka bez chwili przerwy modliła się prosząc o łaskę, lecz nie zapowiadało się jakby Umberlee miała tego dnia uśmiechnąć się do swej służki. W końcu o drewniany pokład uderzyła pierwsza kropla deszczu, a po niej kolejna i miliony następnych. Niebo przecinały jaskrawe błyskawice, co teraz robiło ogromne wrażenie, kiedy niebo zaszło czarnymi chmurami.
-Wiedziałem, że to zły pomysł! Przeklęci Talosyci i ich zagrywki!!!- krzyczał kapitan, najwyraźniej tracąc cierpliwość. W dziób okrętu uderzyła potężna fala przewracając kilka osób na pokładzie. Sekundę po tym gruby kapitan podszedł do kapłanki i wypchnął ją za burtę grożąc palcem. Kilku majtków pobladło. Kolejna fala, na którą wpłynęli mierzyła już dobre dziesięć metrów.

27 dzień Topnienia 1372 roku rachuby dolin. Nieznana plaża.



-Ej wy tam! Ej wy tam na plaży! Żyje tam kto?!- krzyk niósł się echem, lecz szum fal zabierających ze sobą piach go zagłuszał. Był późny poranek a bezchmurne niebo nad rajem miało kolor prawdziwego błękitu. Biała plaża ciągła się na północ i południe, a dwadzieścia metrów w głąb lądu zaczynała się linia wysokiego lasu. Ponad dziką dżunglą w oddali wypiętrzały się ogromne masywy górskie, których żaden z rozbitków nie był w stanie rozpoznać. Było ich zaledwie dziewięciu spośród ponad trzech tuzinów. Nieszczęsny los chciał, że kapłanka Umberlee jakimś cudem przetrwała sztorm, a morze wyrzuciło ją na tę samą plażę, co pozostałych rozbitków.
Nie wiele pamiętali. Deszcz iskier i pożar po tym jak piorun trafił w pokład. Ludzie skakali do wody uciekając z paszczy jednego żywiołu prosto w objęcia drugiego. Tymora pozwoliła jednak kilku z nich przetrwać.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!

Ostatnio edytowane przez Nefarius : 04-01-2018 o 05:00.
Nefarius jest offline  
Stary 29-12-2017, 13:47   #3
 
Kree's Avatar
 
Reputacja: 0 Kree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetnyKree jest po prostu świetny
Searos ocknął się rozciągnięty na piaszczystym gruncie.
Zdawało mu się że jego uszu dobiegły odgłosy nawoływania. Półprzytomny podniósł się na nogi. Wciąż szumiało mu w uszach i kołysało w głowie. Za pomocą kilku wdechów przywrócił spokój zmysłów i oczyścił umysł z lęku. Rozejrzawszy się dookoła dostrzegł sylwetki pozostałych rozbitków, niektórzy pokryci piachem i leżący twarzami do ziemi sprawiali wrażenie martwych. W oddali widniała znajoma kobieca postać. Searos zaklął w duchu. Kapłanka wody nie była mu sprzymierzeńcem, wszak wyznawała bóstwo będące kompletnym przeciwieństwem Kossutha. Przejrzał pobieżnie swój ekwipunek, wszystko zdawało się być na miejscu, po czym udał się w kierunku najbliższej osoby sprawdzić czy żyje.
 
Kree jest offline  
Stary 29-12-2017, 20:49   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 54989 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Dzień przed wypłynięciem

Góra z górą, powiadają...
- Tajga?! Jaki ten świat jest mały... Jak miło cię widzieć - powiedział Thazar. Może nie do końca na sto procent szczerze, bowiem jego uczucia w stosunku do bardki były mieszane.
Owszem, przeżyli razem kilka pasjonujących i niebezpiecznych zarazem przygód i nieraz wspierali się w potrzebie, ale Tajga bez skazy nie była i to przez nią między innymi Thazar wpadł w delikatne rączki pewnej Harfiarki i cudem jedynie uszedł z tej opresji bez szwanku.
- Cóż cię sprowadza w te rejony świata? - spytał. - Co powiesz na piwo lub dwa?

Dzika plaża

Thazar usiadł i spojrzał na otaczający go świat, po czym natychmiast ponownie zamknął oczy, walcząc z zawrotami głowy i chęcią pozbycia się zawartości żołądka.
Był mokry od stóp do głów, zmęczony, zziębnięty, a jedynym plusem było to, że znajdował się nie w morskich falach, a na jakiejś zapomnianej przez bogów plaży.
Potrząsnął głową, usiłując pozbyć się oszołomienia, po czym raz jeszcze otworzył oczy, tym razem nieco ostrożniej, i raz jeszcze rozejrzał się dokoła.
Sądząc z wrzasku, docierającego do jego uszu, nie tylko on uszedł z życiem z tej katastrofy.
Podniósł się powoli, zastanawiając równocześnie, czy ma pecha, skoro po raz drugi w krótkim jakby nie było życiu został rozbitkiem, czy też raczej powinien mówić o szczęściu, skoro w końcu przeżył i to zniszczenie okrętu.
Jak na razie przeżył, rzecz jasna.

Splunął w piach, chcąc pozbyć się z ust resztek piasku, po czym ruszył sprawdzić, komu jeszcze udało się wydostać w miarę cało z morskich odmętów.
Ciekaw był, czy wśród tych szczęśliwców znalazła się i Tajga.
 
Kerm jest offline  
Stary 29-12-2017, 22:12   #5
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 20272 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
lacz prychnęła z wdzięcznością, zaś po pysku skapywało kilka kropel cennej wody. Napoiwszy, przynajmniej odrobinę, konia samemu pociągnął z bukłaka. Wokół rozciągała się nieprzebyta pustynia, a jedynym schronieniem był im cień rzucany przez kilka głazów znalezionych przy szlaku. Nie natrafiwszy wzrokiem na nic godnego uwagi skierował go ponownie na swą zmordowaną towarzyszkę. O mało co, a zajeździłby ją. Znów zapomniał się w swej gonitwie.

Podróżni, których mijał po drodze, często przypatrywali mu się ze wzrokiem pełnym niedowierzania. Doskonale ich rozumiał. Sam zapewne wyglądałby podobnie, gdyby przyszło mu spotkać kogoś, kto w samym sercu pustyni nie poci się, ani jego skóry nie oblepia wszędobylski piasek. Kierowany tą myślą instynktownie podniósł przed oczy lewą dłoń, a konkretniej mały srebrny pierścień z wygrawerowanym wzorem w kształcie płatków śniegu. Twarz rozjaśnił mu lekki uśmiech. Uśmiech do wspomnienia, wedle którego to stojąc w stajni przygotowywał ostatnie pakunki na daleką podróż. Nie usłyszał jej wówczas. Jak zwykle zresztą. Nim się zorientował w dłoni miał już ten pierścień, zaś pytający wzrok zwrócony na jej ni to smutną, ni to zatroskaną twarz.
Miril… – powtórzył niemal bezgłośnie za wspomnieniem. Zamknął oczy i westchnął. Sięgnął do plecaka po jeszcze jednego suchara. Miał czas, w końcu kasztance należał się przynajmniej taki odpoczynek.


***

o prawdzie to nigdy nie czuł się dobrze na morzu, ani podczas tych kilku krótkich rejsów w latach swej młodości, tym bardziej zaś teraz. Nie chodziło, bowiem tylko o denerwującą już bryzę, ciągłe kołysanie, czy też przesolone zapasy. Nie. Tym co doprowadzało go do furii była niemoc. Fakt, że nie jest w stanie zrobić absolutnie nic! NIC! Byleby przyśpieszyć ten ciągnący się w nieskończoność rejs… W końcu zaczął nawet pomagać przy czyszczeniu okrętu, przy czymkolwiek, byleby tylko zająć czymś ręce i przynajmniej na chwilę odpędzić targające nim emocje. Pomagało, a przynajmniej odrobinę. Ostatecznie było to lepsze od wybicia dziury w pokładzie, czyż nie?


***

ierwszym, co poczuł po przebudzeniu był piasek oblepiający całą twarz i wdzierający się w każdy otwór ciała. Po chwili przyszło coś jeszcze… Podniósł się niemal błyskawicznie, byleby tylko nie zerzygać się na samego siebie. Podrażniony morską wodą, piaskiem i bogowie wiedzą czym jeszcze żołądek zaprotestował wyrzucając ze swego wnętrza wszystko, a być może i jeszcze więcej. Przez dłuższą chwilę wokoło roznosiły się niemal potępieńcze jęki, a za nimi obrzydliwy zapach.

Odzyskawszy jako taką kontrolę nad sobą, zwłaszcza zaś nad niesfornym organem, mógł wreszcie podnieść wzrok trochę wyżej. Był na plaży, ale... jak? Wtem przypomniał sobie cóż się wydarzyło. Straszliwy sztorm uderzył w statek. On zaś wiedziony jedną jedyną myślą rzucił się pod pokład. Przeciskając się przez innych członków załogi i walające się wszędzie skrzynie, beczki, liny i cóż tam jeszcze było, starał się dotrzeć do swojej “kwatery”. Nie mógł pozwolić, by w całym tym zamieszaniu tuba gdzieś przepadła…
Tuba! – zerwał się na równe nogi. W głowie mu się zakręciło, ból zatętnił w potylicy. W myślach niewyraźnie przywołał ostatni obraz ze statku. Siebie chwytającego tubę, a następnie powalonego przez niesamowity ból eksplodujący gdzieś z tyłu głowy. Beczka? Walące się belki? Mniejsza o to!

Uwalniając się z objęć bólu i w największym pośpiechu na jaki było tylko go stać, zaczął przeczesywać okolicę mając nadzieję, że ta nieszczęsna eskapada nie pójdzie na marne.
 
__________________
Szlachetny Gniew: Zbiory. Oczekuję na odpowiedź od: Koime, Asderuki, MrKroffin, MatrixTheGreat, BloodyMarry, Jaracz. [Termin postów: Nieokreślono]

Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak. Gracze: Kerm i Noraku

Ostatnio edytowane przez Zormar : 29-12-2017 o 22:55.
Zormar jest offline  
Stary 31-12-2017, 00:34   #6
 
Avdima's Avatar
 
Reputacja: 11236 Avdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputacjęAvdima ma wspaniałą reputację
Ach, kolejna przystań! Dosłownie i w przenośni, gdyż chodziło bardziej o tę metaforyczną przystań podróży, ale przypadkiem była ona również namacalna. Radować się, czy nie? Anna na statku całe życie nie postawiła nogi ani razu, co było wyczynem niemałym dla podróżniczki i odkrywcy w jednym.

Oszczędzała fundusze, które wolała wydać na dobre jedzenie czy czysty pokój, co mocno kontrastowało z jej niechlujną prezencją - oaz oczywiście alkohol, co już pasowało jak ulał. Dlatego też nawet nie miała skąd wyłuskać opłaty za rejs i zmuszona była tyrać. Nie namęczyła się przy tym, bardziej udając, że pomaga, niż faktycznie pomagając. Tak już miała, że uczciwą robotą się nie parała, bo co to wypocić się i zarobić tę marną garść miedziaków? Pieniądze przelatywały przez jej kiesę raptownie i w dużych ilościach, jednego tygodnia księżniczka, drugiego żebraczka i dobrze jej z tym było.


***


Spokojne fala i śpiew syren. Tak powinna wyglądać każda podróż morska, a zamiast tego dostali wspienioną falę i zawodzenie banshee. Zanim jednak do tego doszło, spędzili okropnie długie i okropnie nudne, dwadzieścia trzy dni na morzu... a może dwadzieścia cztery? Tak jej się dłużyło, że nie zdziwiłaby się, gdyby pominął ją jeden dzień.

Czas spędzony wśród marynarzy był mniej zabawny, niż się spodziewała. Pić dużo nie mogli, kiedy chcieli też nie mogli, więc musiała liczyć na to dzienne, regularne okienko, które wyczekiwała z utęsknieniem każdego wieczora. Witała klub alkoholików grą na gitarce, którą pobrzękiwała w niemal każdej wolnej chwili. Być może „brzdękanie” nie było dobrym określeniem, bo zaskakująco dobrze grała, a instrument - niezwykle dbale wykonany i wyglądający na cenny - traktowała z nieziemską uwagą.
Słuchu za to nie szczędziła zgromadzonym i gdy już się na dobre rozegrała, śpiewała swoim ochrypłym głosem piosenki, od których uszy więdły zarówno przez brak talentu do tej dziedziny jak i obrazoburczy tekst. Była dumną autorką większości z nich, a marynarzom się podobały, do tego miała chociaż poczucie rytmu, więc zupełnie nie zarzynała melodii. Zakrapiane wieczorki zapoznawcze do udanych należały.

Kiedy nie grała na gitarce, siedziała przy ławie czy innym stole i z rozłożoną książką oraz toną zapisków, studiowała i notowała coś namiętnie. Kto podejrzał mógł zobaczyć, chociażby po okładce, że dzieło to było „Przewodnikiem Po Dolinach”, autorstwa Volothampa Geddarma. Co jednak pisała, to już strzegła przed wścibskimi.


No a potem banshee zawodziła, poniewierana spienionymi falami, gdy Anna chowała się pod pokładem, mając w rzyci całe zamieszanie na górze. Nie śniło jej się wyściubiać nosa, jeszcze by spadła do wody, a wtedy to nawet smyranie srebrnikiem Tymory by jej nie pomogło. Do tego trzeba było zaopiekować się zapiskami, Anna miała przy sobie więcej papieru, niż nosił przeciętny czarodziej.

I garnki! Gdzie się podziały cholerne garnki? Zanim zorientowała się, który hałas wydawały jej naczynia, coś walnęło w burtę, a po chwili coś innego z pustym echem obiło ją w łeb.


***


Ocknęła się dopiero gdzieś na lądzie. Obróciła głowę na bok, szurając po piachu. Ktoś szukał, jak to samemu krzyknął, tuby. Podniosła rękę, jak nieumarły wygrzebujący się z mogiły.

- Umieram, pomocy... - wymamrotała, żując piasek.

Nie było na co czekać. Ledwie sama siebie słyszała, co dopiero gość grzebiący w ziemi kilkanaście metrów od niej. Podniosła się ociężale i zaczęła otrzepywać z piasku. Rozpięła kurtę i potrząsnęła błyszczącą jak żywe srebro kolczugą, zdjęła buty i wysypała z nich całą zawartość, a na koniec zmierzwiła włosy.
Kolana bolały ją tak, jakby upadła nimi na te kostki, co podobno Tymora rzuca, gdy komuś uda uciec się Beshabie. Chwyciła buty i boso oraz chwiejnie, podeszła do pierwszej osoby, która jeszcze leżała, by trącić ją stopą. Rozejrzała się również, żeby ustalić, skąd dobiegało zawołanie, które zdawało jej się słyszeć jeszcze chwilę temu.

- Żyjesz? Wołają nas. Jeżeli nie żyjesz, to biorę Twoje rzeczy.
 
Avdima jest offline  
Stary 31-12-2017, 19:22   #7
 
psionik's Avatar
 
Reputacja: 20892 psionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputację
Pustka. Ten dziwny stan umysłu spowodowany brakiem jakichkolwiek bodźców. Mrok ciemniejszy niż bezgwiezdna noc, cisza aż dudniąca w uszach, głucha, złowieszcza, niczym uderzenie obucha... i nagle dźwięk. Szum, ale nie jednostajny, narastający i słabnący niczym fale. Tak, fale. Fale spokojnie bijące o brzeg. Czyjś krzyk mącący powietrze, świergot ptaków, szum drzew. Promienie słoneczne uderzały w zieloną skórę nagich pleców. Zmysły wracały, ale pamięć jeszcze pozostawała w uśpieniu. Mukhrul znał ten stan zbyt dobrze. Wiedział, że wydarzyło się coś tragicznego, choć nie miał pojęcia co. Wiedział też, że wkrótce przypomni sobie, więc delektował się przez chwilę brakiem natrętnych myśli.
Powoli odwrócił się na bok i wypluł piasek zalegający w ustach. Rękę dalej miał zaciśniętą na drzewcu mocno obitym delikatną skórą - jego łuk kompozytowy, najcenniejsza rzecz - zrobiony specjalnie dla niego, dostosowany do postury i rozmiaru ramion półorka.

[media]http://thecage.wdfiles.com/local--files/weapon%3Acomposite-longbow/weapon.jpg[/media]

~ Dobrze ~ zdołał pomyśleć, gdy usłyszał kobiecy głos:
- Żyjesz? Wołają nas. Jeżeli nie żyjesz, to biorę Twoje rzeczy. - Nie był w stanie zidentyfikować skąd dochodzi. Czy jest tuż nad nim? Czy może parę metrów dalej?
- Spróbuj, a stracisz coś więcej niż rękę - wymamrotał przekręcając się na bok. Podniósł się na czworaka pozwalając, by mokre czarne włosy przysłoniły mu twarz, następnie podniósł się na kolana. Był na plaży. Pięknej piaszczystej plaży, a przed nim rozpościerał się widok na szumiące palmy znad których w oddali spoglądały szczyty górskie. Nie poznawał ich, choć spędził w Chult trochę czasu. Być może to perspektywa? Może oszołomienie?
Wokół porozrzucane było w zasadzie wszystko - deski, beczki, liny, worki... Mukhrul wstał górując nad bardką, otrzepując się z piachu. Był wysoki, mierząc ponad dwa metry, smukły, ale bardzo umięśniony. Nie był to typ grubego potężnego wykidajły, ale bardziej gibkiego atlety. Przeczesał wolną ręką kruczo czarne włosy odsłaniając półorczą twarz. O dziwo, próżno było znaleźć tam wystające kły, czy duży kulfoniasty nos. Twarz Mokhrula była bardzo... ludzka pomijając zielonkawy kolor skóry i nieco bardziej kwadratową i wysuniętą szczękę.
Skojarzył kobietę ze statku. Obijała się przez całe dwa dekadni za tą samą stawkę co on. Uśmiechnął się do niej ukazując rząd białych i nawet prostych zębów.
- Cieszę się, że przeżyłaś - powiedział pojednawczo. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie, gdy udając typowego orka droczył się z dziewczyną kalecząc język niczym stereotypowy półork. Wyraz zaskoczenia na jej twarzy, gdy okazało się, że Mokhrul jest niegłupi i dość zabawny przywołał ponownie uśmiech na wąskie wargi mężczyzny.

[media]https://i.pinimg.com/564x/db/e7/a5/dbe7a5273d4e63f95bbe6e0f00668700.jpg[/media]

- Zbierzmy jedzenie i sprzęt, i zobaczmy kto przeżył tę przygodę - powiedział do bardki sprawdzając czy przy boku na szerokim, skórzanym pasie nadal znajduje się zakrzywiona szabla, a z drugiej stronie pół tuzina różnych dziwnych patyków, część rzeźbionych, część "zwyczajnych", zdobionych kamieniami lub runami. Zdecydowanie wyglądały na różdżki, jednak Onaga nie wyglądał na kogoś, kto posługuje się czarami. Głos miał dość orkowy - niski basowy, z typową chrypą i na muzykalne ucho zbyt nosowy. Upewniwszy się, że niczego nie brakuje ruszył przez plażę.

Zdjął całkowicie przemoczone wysokie buty z cholewami i bosymi stopami z podwiniętymi do kolan lnianymi luźnymi spodniami przechadzając się po plaży szybko skompletował ekwipunek nie chwaląc się przy tym, czy dana rzecz należała do niego, czy po prostu szabrował to co znalazł.

Przechodząc obok wyrzuconego na brzeg koca zatrzymał się na chwilę. Zastanawiał się co stało się z kotem, który nie zdążył uciec z pokładu przed odpłynięciem i dziwnym trafem upatrzył sobie Mokhrula na towarzysza podróży. Czy przeżył? Zwykły dachowiec podczas sztormu? Na pełnym morzu? Z drugiej strony, to niesamowite zwierzęta i nie bez powodu mówi się, że mają dziewięć żyć.
~ Jeśli wola życia była w nim silna, jestem pewien że się jeszcze spotkamy. ~ pomyślał ruszając dalej.

 
psionik jest offline  
Stary 02-01-2018, 21:11   #8
 
Buka's Avatar
 
Reputacja: 24703 Buka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputacjęBuka ma wspaniałą reputację
Jasmal ocknęła się, leżąc na plecach. Całe jej ciało było obolałe, lekko kręciło jej się w głowie, do tego i miała nieco rewolucji żołądkowych. Wpatrywała się błękitne niebo, słysząc szum morza, i zastanawiała się przez dłuższą chwilę co i jak. Gdzieś niedaleko ktoś kogoś nawoływał.

No tak… grzmiąca burza, zacinający deszcz, wysokie fale rzucające statkiem, a później huk, ogień, panika. Przeszły ją dreszcze. Odgarnęła pozlepiane pasma włosów z twarzy, po czym dźwignęła się na łokcie i w końcu rozejrzała. Leżała na piasku, na jakimś brzegu wyspy(?), niedaleko niej była masa szczątków “Ujadania Banshee”, porozbijane skrzynie, beczki, deski i trup. Przynajmniej jeden, leżący jeszcze w wodzie twarzą do dołu, niedbale dryfujący tuż przy brzegu. Ale byli i żywi, poruszający się po piasku, była i... dżungla.


W końcu wstała, w mokrej, nieco zimnej i lepiącej się do ciała tunice(ugh!), nie zauważając nawet, iż jeden z jej sandałów zsunął się ze stopy, ale na szczęście pozostał jeszcze na jej nodze poprzez rzemienie, sięgające połowy łydki. Wyglądająca jak 7 nieszczęść zrobiła kilka kroków na dosyć miękkich nogach, w kierunku pierwszej żywej osoby najbliżej niej.

- Ktoś wie… gdzie... - Wychrypiała wyjątkowo cicho, zdając sobie sprawę, iż ma nieco piasku między zębami. Odwróciła się więc szybko tyłem, po czym zaczęła nieudolnie pluć i pluć, by się go pozbyć.

W końcu, gdy Calishytka skończyła tą czynność, miała zamiar ponownie zagadać do kogokolwiek z rozbitków, gdy zauważyła półorka paradującego z jej plecakiem.
- Halo! Rif! To moje! - Zawołała do niego, machając ręką, by zwrócić na siebie uwagę.




***
Język Alzhedo, główny w Calimshan:
Rif - Obcy
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD
Buka jest offline  
Stary 02-01-2018, 23:16   #9
 
psionik's Avatar
 
Reputacja: 20892 psionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputacjępsionik ma wspaniałą reputację
pisany razem z Buką

- Halo! Rif! To moje! - Zawołała do niego, machając ręką, by zwrócić na siebie uwagę.

Półork spojrzał zdziwiony w kierunku dobiegającego głosu. Dostrzegł smukłą kobietę w czerwonych mokrych szatach opinających jej ciało. Wyglądała dość atrakcyjnie, choć podejrzewał że na bezludnej wyspie jej ranking szybko poszybuje w górę. Póki co zdobył się na najgłupszą minę jaką znał zatrzymując wzrok tu i ówdzie, po czym odwrócił się sprawdzając do kogo mogła kierować słowa. Za nim nie było nikogo, spojrzał więc na rozmówczynie jak nakazuje obyczaj konwersacji i powiedział całkowicie poważnie:
- Twój? Nie - pokiwał przecząco głową wpatrując się uważnie w dziewczynę. - Ja być swój - dotknął ręką swojej piersi jakby na migi tłumaczył co przed chwilą powiedział.

Dziewczyna zwolniła kroku na słowa półorka, aż w końcu zatrzymała się o jakieś 2 metry przed nim. Spojrzała w jego twarz, po czym ponownie na plecak.
- Plecak. Jest. Mój - Powiedziała, wskazując palcem przedmiot, a następnie owym palcem na siebie, nieco przy tym odrobinkę ukazując ząbki.

- Aaa. Pleack - pokiwał ze zrozumieniem zdejmując go z pleców. Spojrzał na niego po czym odwrócił do góry nogami wysypując zawartość na piasek.
- Ja dać plecak - powiedział uśmiechając się szelmowsko i wcale nie głupio. W ręku przed sobą trzymał pusty plecak który podał dziewczynie. Całkiem dyskretnie wyciągnął nogę do przodu zagarniając rozsypaną zawartość do siebie. Dobrze, że jego orcza fizjologia pozwalała na durny uśmiech, nie musiał się powstrzymywać przed śmianiem.
- Ahhhh! - Zacisnęła piąstkę w jego stronę, grożąc za to co zrobił - Tamra-mujah, plecak, i to co w plecaku moje! Nie widać?? - I wskazała palcem, wśród rzeczy leżących na piasku… swoją bieliznę. Po wyjątkowo krótkiej chwili oblała się rumieńcem.

Półork przyglądał się jej zakłopotaniu zastanawiając się co dalej? Zachowywał się jak dupek i nie ulega wątpliwości, że oberwie mu się za to. Kobieta może albo się uśmiać, albo chować urazę przez wieki. Postanowił jednak kontynuować jeszcze przez chwilę tę zabawę.
- To moje… chustki - odpowiedział bezczelnie, ale zrobił pół kroku w tył wychodząc poza zasięg małej piąstki. Spojrzał z góry na dziewczynę, na bieliznę, z powrotem na dziewczynę - Dziurawe chustki. Chustki Mokhrula - dodał wskazując na bieliznę, a potem na siebie.

Dziewczyna przejechała obiema swymi dłońmi po twarzy, w geście rezygnacji. Głęboko odetchnęła, znów odgarnęła niesforny kosmyk mokrych włosów z twarzy.
- Oddasz mi proszę mój plecak i moje rzeczy? - Wycedziła przez ząbki, siląc się jednak na uśmiech.
- Hmfp - Mokhrul splótłby ręce na piersi, ale nadal trzymał w ręku pusty plecak. Skrzywił się nieco i po chwili wyciągnął rękę z plecakiem do dziewczyny.
- Mokhrul i tak nie chciał dziurawych chustek - Odsunął się od rzeczy pozwalając je zabrać. Splótł ręce na piersiach udając obrażonego, jednak nie spuszczał jednak wzroku z dziewczyny, dopóki nie pozbiera wszystkiego.
- Dziękuję - Powiedziała nieznajoma, po czym nieco ociężale opadła na kolana i zaczęła zbierać wszystko na powrót do plecaka, coś tam jeszcze po cichutku złorzecząc pod nosem.
- Idziemy, tam wołają - wskazał w kierunku pozostałych gdy już skończyła. - Zwiesz się Mokhrul? Ja Jasmal… tak, tak, no zaraz idę... - Uniosła nieco głowę w górę.
- Ja Mokhrul - powtórzył wyciągając rękę. Tym razem uśmiechał się serdecznie. Pomógł dziewczynie wstać i ruszyli w kierunku reszty. Jasmal puściła jego rękę gdy tylko się podniosła, jakby zielona dłoń parzyła, jednak Onaga uśmiechnął się do siebie wystawiając twarz do słońca.


------
*Tamra-mujah - chciwy intruz
 

Ostatnio edytowane przez psionik : 02-01-2018 o 23:24. Powód: lietrówki, składnia i inne korekty
psionik jest offline  
Stary 03-01-2018, 11:14   #10
 
Sayane's Avatar
 
Reputacja: 9886 Sayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputacjęSayane ma wspaniałą reputację
Doświadczenia Tajgi z morzem były dość sporadyczne i na pewno nie tak przewlekłe jak ta podróż. Gdy przestała już rzygać jak kot zaczęła nudzić się jak mops, co nie wpływało dobrze na jej i tak trudny charakter. Trzeba było jednak przyznać, że bardzo się starała nikogo nie zabić. Zresztą z kontaktami z mężczyznami nie miała problemu; w końcu któż by jej się oparł? W nadętej calishytce wyczuła konkurencję co sprawiło, że była dla niej słodka jak miód. Anna z kolei konkurencji nie stanowiła; może w grze, a może nie, ale śpiew? Śmiech na sali. Tajga miała nawet zamiar dołączyć, ale żołądek przy mocniejszym kontakcie z przeponą zbuntował się ponownie.
- Marsemberska zatoka bardziej mi służyła - mruknęła z niesmakiem, wachlując się chustką by odzyskać zdrowe kolory. Spojrzała na Thazara, który wyraźnie trzymał lekki dystans. Tajga po raz kolejny zrobiła rachunek sumienia i uznała, że w niczym nie podpadła mrukliwemu czarodziejowi. Co prawda na brzegu musiała się chwilkę zastanowić skąd go zna nim z wylewną radością rzuciła mu się na szyje, ale i tam przegląd grzechów i grzeszków wypadł zadowalająco. Może nadal się boczył o podział drużyny i wyprawę do Podmroku, która finalnie nie skończyła się najlepiej? W końcu mieli Bardzo Ważną Misję… A może po prostu był z tych kochających inaczej? Dziewczyna wzruszyła ramionami; nie żeby miała coś przeciwko, choć utrudniało to nawiązywanie bliższych znajomości. Cóż, tutaj stosunki z magiem miała całkiem poprawne, przynajmniej na razie, a to więcej niż mogła powiedzieć o wielu innych osobach.

Kapłankę Umberlee traktowała z ostrożnym szacunkiem. Tajga nie była wybredna i nie żywiła uprzedzeń w stosunku do żadnego bóstwa. Jeśli ktoś silniejszy od ciebie trzyma ci nad głową na prawdę duży młotek to lepiej go do siebie nie zrażać. Zwłaszcza jeśli ma wredny charakter i wybitnie krótki temperament. A tymi cechami charakteryzowali się zwykle źli bogowie.

Nie minęło wiele dni nim okazało się jak bardzo prawdziwe są poglądy Tajgi. Statek się rozbił. Kapłanka ocalała, a kapitan nie. Czy potrzeba było lepszego dowodu z kim należy trzymać?

Tajga z trudem zebrała się z piasku i podeszła do wody by przepłukać twarz i ręce. Rozejrzała się wokoło. Po plaży kręciło się całkiem sporo osób, choć nieporównywalnie mniej niż liczba ludzi i nieludzi, którzy zaokrętowali się w Calimporcie. Wśród nich był również Thazar, co bardka przyjęła z pomrukiem zadowolenia. Lepiej mieć wśród rozbitków kogoś względnie zaufanego niż nie mieć.

Dziewczyna nie miała pojęcia gdzie się znajdowali, czy była to wyspa, czy sztorm zagnał ich w okolice Mezro, od którego nie byli już przecież daleko. Choć tak na dobrą sprawę nie wiedziała czy pięć dni morskiej podróży to daleko czy blisko. Cóż, takie rozważania i tak się teraz na nic nie przydadzą. Ruszyła szukać swoich rzeczy słysząc, że inni robią to samo i ignorując teatralnie umierającą Annę. Rzeczy swoich oraz nieswoich. Co znalazła zrzucała na jedną kupę, chwilowo nie chcąc wchodzić w konflikt z resztą rozbitków o znaleziska - bogowie jedni wiedzieli ile potrwa jeszcze ich wspólna podróż. Zresztą teraz ważniejsze niż łupy była broń i jedzenie - złotem nie napełni brzucha i choć zieleń drzew świadczyła o tym, że jest tutaj słodka woda, to Tajga nie miała zamiaru żywić się korzonkami. Może w paczkach czy beczkach będzie coś, co nie przesiąkło morską wodą.

 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 03-01-2018 o 11:17.
Sayane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167