Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-03-2010, 12:06   #1
 
Sayane's Avatar
 
[D&D] Opowieści z Królestwa Pięciu Miast. Opowieść pierwsza






Zielone trawy, Kythorn
.
Gdzieś na północy Faerunu




Nad Twierdzą Sprawiedliwości zapadał zmierzch. Służba w pośpiechu kończyła swoje obowiązki, szykując się do kolacji i zasłużonego odpoczynku. Kapłani konno i pieszo wracali z okolicznych wsi i miasteczek. Każdemu śpieszno było zdążyć przed zamknięciem ciężkiej bramy zamku. Nie to, że kapłani Tyra nie wpuściliby nocą zbłąkanego wędrowca - po prostu nikt nie miał ochoty podróżować po zmroku. Nieliczne okna mieszkalnych sal powoli rozświetlały się blaskiem świec i lamp oliwnych. Mieszkańcy Twierdzy szykowali się do snu.

Nie wszystkim jednak dany był szybki odpoczynek. Surowe krużganki twierdzy rozbrzmiewały krokami Iulusa Manoriana, jednego ze sług Tyra, który śpieszył właśnie na spotkanie ze swoim przełożonym. Już drugi dekadzień bawił w zamku i czas był najwyższy wyruszyć w drogę. Toteż wezwanie od Astora Nelera, który mimo swego podeszłego wieku żelazną ręką sprawował rządy nad podlegającymi mu kapłanami i paladynami, przyjął z mieszaniną ulgi i oczekiwania. Wiedział, że nie było to godne - kolejna misja oznaczała, że zło ponownie zalęgło się w bliższej lub dalszej okolicy. Mimo to dni spędzone na pracy w Twierdzy dłużyły mu się niemiłosiernie, toteż z radością wyczekiwał chwili, gdy będzie mógł dosiąść konia i wyruszyć na trakt.

- Iulusie - rzekł stary kapłan, gdy Manorian usiadł na przeznaczonej dla niego ławie. - Wezwałem akurat ciebie, gdyż wiem, że Praxor bardzo cię cenił i wychował na posłusznego i prawego młodziana. Sprawa zaś, z którą chcę się do ciebie zwrócić jest... osobliwa i wymaga twojej dyskrecji. - zamilkł na chwile ważąc słowa, choć Iulus nie wątpił, że jego przełożony dobrze wie, co chciałby mu przekazać. - Wiele dekadni temu przez nasze okolice przeszło wielkie zło... Nie, nie był to smok, ni czarny rycerz - zaprotestował widząc, jak zaskoczony młodzian podrywa się z ławy - zdaje mi się jednak, że coś równie groźnego. Wiesz dobrze, że sprawdzamy każdego przyjezdnego i wielu z nich nosi w sobie mrok. Mimo to Tyr nie pozwala karać za czyny niepopełnione, toteż tacy ludzie odchodzą stąd w pokoju. Tak jak i odszedł ten mąż. Mimo to... jego obecność... jego aura pozostawiła niepokój w moim sercu. Możesz uważać to za gadanie starca, który zdziwaczał od ciągłego siedzenia w księgach i rachunkach, jednak i ja kiedyś byłem młody. Podróżowałem po traktach i gościńcach Faerunu, nie raz i nie dwa wyciągając miecz w imię Tyra. W każdym razie - otrząsnął się ze wspomnień widząc, że zbacza z tematu - nie jestem jeszcze tak stary, by być oderwanym od rzeczywistości, co imputują coraz częściej niechętni mi ludzie. A to, co niósł ten mężczyzna było aż nadto rzeczywiste.

Chciałbym, żebyś mnie dobrze zrozumiał. Ten mężczyzna... ten bard był zły, ale gorsze było fatum, jakie nad nim wisiało. To, co chciał zrobić, komu służy... Próbowałem wróżyć, modliłem się długo i żarliwie, jednak Tyr nie dał mi jasnej odpowiedzi; dlatego i moje wyjaśnienia są tak mętne. Wiem tylko, że czyny tego człowieka sprowadzą na świat wielkie zło. Czy będzie to wojna, czy coś bardziej subtelnego - nie umiem powiedzieć. Ale, jak zawsze, będzie to powodowane ludzką pychą i chciwością. -
kapłan westchnął. - Tak ciężko wyrazić to, co wie moja dusza, co czuję dzięki naszej wierze...

W każdym razie proszę, byś podążył za tym człowiekiem. Niestety nawet ja nie mogę wysłać armii tylko na podstawie swoich przeczuć, niemniej jednak wierzę, że sobie poradzisz, a twoja siła i wiara będą wystarczające. Wyśledzenie tego mężczyzny nie powinno być trudne. Mój zaufany służący dowiedział się o nim co nieco w gospodzie, w której nocował. Nazywa się Stick i jest bardem - wygląda na to, że bardzo uzdolnionym. Goście i gospodarz wspominali go z wielką atencją. Z jednej strony tym łatwiej będzie ci go wyśledzić, z drugiej jednak sympatia, jaką darzą go ludzie może obrócić się przeciwko tobie. Podróżował konno kierując się na północ, więc zapewne porusza się szybko - z drugiej strony jednak sporo czasu spędził w naszej bibliotece. Niestety bibliotekarz nie pamiętał czego szukał ów przyjezdny; mówił tylko, że ponoć we wszystkich miastach ów bard odwiedza biblioteki i prywatne zbiory, niby to gromadząc wiedzę i stare podania. Z wyglądu nie wyróżniał się niczym - ot, zwyczajny mężczyzna koło czterdziestki, o długich, ciemnych włosach i oczach.

Wiem, że może ci się to wydawać misją niegodną prawicy Tyra - pogoń za mrzonkami starego człowieka. Jednak właśnie dlatego, że mam już tyle wiosen na karku nauczyłem słuchać swojego wewnętrznego głosu, który jest dla mnie głosem płynącym z mej wiary. Uwierz mi - chciałbym się mylić. Niestety obawiam się, że mam rację i ten bard sprowadzi na dzieci Pana Sprawiedliwości wielkie nieszczęście. Potraktuj to bardziej jak prośbę przyjaciela twojego ojca niż rozkaz przełożonego i proszę, nie wspominaj o niej innym. Wiesz dobrze, że wielu chciałoby objąć już władzę nad Twierdzą Sprawiedliwości, a wysyłanie uzdolnionego kapłana w pogoni za przeczuciem może być dla nich kolejnym argumentem, iż jestem już za stary by piastować swoje stanowisko.
 
Sayane jest offline  
Stary 06-03-2010, 20:45   #2
 
Nightcrawler's Avatar
 
Cytat:
Spisano w podróży drżącą ze zmęczenia dłonią
02/I Kythorn

Z miejsca w którym się znalazłem widzę już mury Twierdzy Sprawiedliwości i, choć wkrótce przekroczę jej progi, nie potrafię się cieszyć. Mimo iż wiem, że wreszcie dane mi będzie wypocząć i zaleczyć fizyczne rany, mój umysł tłucze się w cielesnej klatce niczym uwięziony ptak.
Twierdza, w której spędziłem prawie dwadzieścia lat – mój dom, miejsce oświecenia, wiedzy i wytchnienia - wydaje się być mi obca. Mury, wśród których spłynęła na mnie łaska Tyra, w których pobierałem nauki od świątobliwych mężów i w których było mi dane przekazywać nauki Prawości akolitom, wydają się zimne i puste.
I choć wracam ze wstydem nie odczuwam go tak dotkliwie jak po wydarzeniach w Hustur. Tak jak i wtedy zdradziecka rana - bolesna tym bardziej, że płonąca w duszy znamieniem porażki - uwypukla tylko moją głupotę.
Jednak teraz mniejsze ma to znaczenie – kolczuga zakrywa tors gdy zbroja przeszkadza w podróży, tak jak i hełm zakrył niegdyś bliznę na potylicy. Lecz tę zbroję kupiłem sam. Nie ma już dzielnego Praxora, który by mi ją podarował…
Co gorsza wiem, że w Twierdzy będę widział go w każdej napotkanej osobie; w każdym korytarzu i krużganku ujrzę oczami wyobraźni obrazy: z dzieciństwa, nauk, potyczek i podróży.
Lecz Ciebie już tam nie będzie, Ojcze…
Iulus nie lubił marnotrawić Bożej Łaski, a leczenie własnych ran za pomocą Kapłańskich Darów uważał za zbyteczne. Szczególnie, że najgorsze było już zanim, a powrót do Świątyni Tyra i tak był jego obowiązkiem z racji korespondencji i raportów, jakie miał przekazać Kapitule Sprawiedliwości z odległej domeny Helmitów.

Nocny atak przypuszczony przez kultystów Bane'a na Przybytek Strażnika zaskoczył wszystkich, bo - choć okolica słynęła z nierządu - kapłani i paladyni już jakiś czas temu zaprowadzili tam względny spokój.
Szczególnie srogą nauką dla młodego Sługi Kalekiego Boga był zdradziecki cios zadany wprawną ręką wojownika osłoniętego magiczną mgłą, gdy Manorian, chcąc bronić zaprzyjaźnionych mnichów, wybiegł na dziedziniec z obnażonym mieczem w samej jeno nocnej koszuli.
Nietomnego mężczyznę Helmici uzdrowili modłami, lecz później Iulus już rany sobie do końca zabliźnić nie dał - kazał się jeno opatrzeć i maści leczące sobie na drogę przygotować.
I tak, zmieniając opatrunki w karczmach, czy w gościnie okolicznych osadników, po kilkudniowej podróży dobrze sobie znanym szlakiem dotarł do Twierdzy Tyra.

Nie potrafił jednak usiedzieć spokojnie we własnej celi; od momentu śmierci jego mentora znajome mury wydawały mu się nieprzyjazne i zimne i, choć uwielbiał zajęcia w klasztornej scholi z młodymi akolitami, czuł, że Prawdę Tyra winien głosić poza murami jego świętego przybytku.
Wśród dusz zbłąkanych prawa ogłaszać i ich przestrzegania wspierać – to było obowiązkiem kapłana. Taką służbę wybrał dla siebie Praxor, takiej i dla siebie pragnął Iulus...
Gdy tylko więc oddał korespondencje Helmitów i zdał raporty, robił wszystko by nie być bezczynnym - rzucił się w wir wykładów w scholi, próbując młodzieży uświadomić ułomność ale i potencjał świata poza murami Twierdzy.
To jednak nie dało mu ukojenia, więc za pozwoleniem Kapituły ruszył na oględziny okolicznych kapliczek, zatrzymując się nie raz by wygłaszać sądy i udzielać duchowego wsparcia. Wszystko to jednak było nijako w cieniu Przybytku Tyra – każdego wieczora młody kapłan wracał do swej celi znajomą alejką wewnętrznego dziedzińca, mijając te same drzewa, te same ławki, te same twarze...
Przygnębienie kuło w piersi bardziej, niźli zabliźniona rana.

Gdy trzeciego wieczoru z upływającej drugiej dekady Kythornu akolita dostarczył mu wezwanie do Ojca Nelera, Manorian prędko przywdział na siebie kolczugę, pomny nauki płynącej z niedawnego ataku i ruszył co prędzej do komnat przełożonego.
Po chwili już słuchał w skupieniu słów starego kapłana, frasowały go one wielce, jednak cieszyły jednocześnie zwiastując możliwość wyrwania się z Twierdzy.
Iulus nie śmiał przerywać Astorowi, gdy jednak ten skończył młodzian odezwał się tymi słowy:
- Ojcze nie godnym Twych pochwał. - uniósł się zmieszany, kłaniając głęboko patriarsze - Dyskrecji dochowam, choćby i na torturach Twe słowa mi chciano wyrwać. Zrobię też wszystko co w mej mocy by misję wypełnić i pamięci Paladyna Manoriana swemi czynami nie pokalać. Ruszę jak tylko słońce wzejdzie i bramy Twierdzy staną otworem. Rozumiem, że o tym mężczyźnie nic więcej ponadto nie wiadomo?

- Niestety, mój sługa nie zdołał więcej się wywiedzieć. Z jednej strony bard ten zwracał na siebie dużą uwagę i wiele osób go pamięta, z drugiej jednak nic nie mówił o sobie ponad to, że podróżuje po całym Faerunie, zbierając historyjki do nowych ballad. Nie rzekł skąd przybył, a pytany dokąd zmierza odpowiadał oględnie "Na północ". Sądzę jednak, że podążał z jakąś pilną misją, gdyż jeszcze lód skuwał rzeki gdy przeszedł przez nasze włości.

- Rozumiem, dzięki Ci Ojcze za wskazówki, ruszę śladem barda i nie zawiodę Twego zaufania. Tylko Ojcze wyjaśnij mi proszę, cóż mam czynić kiedy go odszukam? Cóż robić jeśli mąż ten nie złamie praw żadnych, czynem ni mową kłamu Sprawiedliwości nie zadając?
- Znasz dobrze nasze nauki, Iulusie. Bóg zabrania nam karać za czyny niepopełnione - westchnął kapłan. - Jednak śledź pilnie czyny tego mężczyzny i powstrzymaj go gdy tylko będziesz miał ku temu powód. Dam ci listy polecające do świątyń sprzyjających sprawiedliwości bóstw. Nie będzie tam, rzecz jasna, opisanej całej sprawy, jednak ich treść wystarczy, by udzielono ci wszelkiej potrzebnej pomocy. Na północy wiele jest krain, gdzie szerz się bezprawie; wielu jest jednak ludzi niosących słowo Tyra. Jestem pewien, że wspomogą cię oni w potrzebie.

Manorian przez chwilę się zawahał, jednak szybko ukłonił się przełożonemu i dodał:
- Takoż się stanie - bezprawie karać będę wszędzie, gdzie tylko się znajdę. Swoich powinności jestem świadom. Za wszelkie wsparcie wdzięczny będę. - wyprostował się dumnie – Do zadania z pełną powagą podejdę. Tak jak i Ty Ojcze w Bogu swe zaufanie pokładam i przeczuć nie lekceważę. Jeśli to wszystko udam się na spoczynek, by o brzasku w drogę wyruszyć-

Neler spojrzał uważnie na poważną, natchnioną twarz młodzieńca.
Na dziś to wszystko. Rano otrzymasz listy i prowiant na najbliższe kilka dni. Oficjalnie pojedziesz sprawdzić jak miewają się po zimie sioła na dalekiej północy, których żadne zakony nie strzegą. Możesz zatrzymać się w helmickiej Twierdzy Orłów jeśli będzie na twoim szlaku - to chyba ostatnia większa twierdza przed zupełnym pustkowiem. Na prawdę nie wiem po co ów bard się tam wybiera.

- Dobrze Ojcze, Dziękuję jeszcze raz za zaufanie jakim mnie obdarzyłeś.-ukłonił się kolejny raz i nim się odwrócił życzył starcowi dobrej nocy. Następnie ruszył ku swej celi by odpocząć przed czekającą go drogą.

Cytat:
04/II Kythorn

Ruszam wreszcie w kolejną misję. Choć powierzone mi zadanie frasuje mnie straszliwie i napawa trwogą, to jednak cieszę się że mój czas w Twierdzy dobiega końca.
Dumny jestem również, iż mnie właśnie honorem owym obdarzono. Na pamięć Praxora „Dzierżącego Tarczę” przysięgam nie zawieść i co do joty nakazy wykonać.

Brzask już za oknem i modły odprawione. Rynsztunek przygotowany i do drogi gotowy - jeno pakunki do juków przytroczyć. Jeszcze mi tylko Chimerę oporządzić i w drogę ruszać.
Chciałem jednak chwilę poświęcić krótkiej kontemplacji nim zamek opuszczę.
Choć wszystko to wydaje się być niejasnym, nauczyłem się przeczuciom i intuicji ufać. Częstokroć jest ona bowiem przedłożeniem Woli Boga i z Jego Łaski nas przed złem i niegodziwością ostrzegająca.
Również osądu starszych i mądrzejszych nie zwykłem podważać, azaliż komu miałże bym ufać, jak nie własnym nauczycielom, którzy do życia mnie sposobili?

Ruszam już, obowiązek wzywa – jak mawiał Ojciec:Tylko śmierć kładzie kres obowiązku”
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 09-03-2010, 21:38   #3
 
Sayane's Avatar
 
_____________________________________
__________

Gdzieś na północy Faerunu

U
radowany nową misją Manorian wyruszył jeszcze przed świtem. Chimera jak zwykle na początku była oporna - a raczej oporny, gdyż wbrew swemu imieniu była leniwym wałachem - nadymając się przy zakładaniu siodła i podgryzając bagaże. Jednak przyzwyczajony do humorów wierzchowca kapłan ze stoickim spokojem siodłał go dalej, czekając aż wierzchowiec podda się jego twardej ręce. Co zawsze zresztą czynił. Wreszcie koń zrezygnował z nierównej walki i wyjechali na zamglony trakt prowadzący na północ.

Tropienie tajemniczego barda z początku było względnie proste. Choć minęło wiele dekadni we wszystkich karczmach i gospodach nadal pamiętano sympatycznego, rozśpiewanego barda. Na pierwszy ślad Iulus wpadł w Evermoond, by potem pojechać prostą drogą do Silverymoon, gdzie Stick zabawił dobry miesiąc, przemierzając wzdłuż i wszerz tamtejsze biblioteki. Potem na chwilę zgubił trop, by odnaleźć go w Nesme i ruszyć za nim (wraz z przygodną karawaną) wzdłuż rzeki Sorbin. Bard wyraźnie nadłożył drogi omijając Gryfie Gniazdo, a potem udał się do Longsaddle i dalej traktem na północ aż do Mirabaru i w stronę Luskan.

Na wybrzeżu jednak kapłan zgubił trop. Stick nie dotarł do Luskan ani nawet w jego pobliże. Manorian zmarnował dwa dekadni jeżdżąc wte i wewte, sprawdzając nawet trakt w stronę Neverwiner, aż wreszcie jakiś rybak poinformował go, że widział mężczyznę z lutnią u pasa jadącego wzdłuż rzeki w kierunku Grzbietu Świata. Po co jechał tam, gdzie nie było nic? Rybak nie wiedział. Nie wiedział również Iulus, który - choć "dzięki" Stickowi zwiedził spory kawał świata - nie był specjalnie biegły w geografii, a na pewno w regionach dalekiej... bardzo dalekiej północy. Musiał wrócić do Luskan, zakupić mapę na której wiele nie było, zasięgnąć wieści... Kolejne zmarnowane dni coraz bardziej irytowały kapłana, zwłaszcza że już za Nesme pościg zaczął przypominać ganianie za wyjątkowo upierdliwą muchą. Bard nie ukrywał się, ale kluczył jak turysta zwiedzający Waterdeep, jeżdząc to tu, to tam, raz pojawiając się w wielkich miastach, raz zaś jadąc na zupełne pustkowia, na których - według Iulusa - nie było zupełnie nic. Co gorsza jednak Stick w każdym miejscu, jakie opuszczał pozostawiał po sobie dobre wrażenie. Nic nie wskazywało na to, by ponure proroctwa Astora Nelera miały się spełnić i nawet w przyzwyczajonym do ślepego posłuszeństwa sercu Manoriana zaczęło kiełkować ziarno wątpliwości. Mimo to jednak dzielnie parł na północ.

W Luskan zaproponowano mu dołączenie do zmierzającej w góry karawany, odmówił jednak. Handlarze wieźli ciężki ładunek - między innymi wielkiego morskiego kota - i wyprawa poruszałaby się niezwykle wolno, a jemu zależało na czasie. Dowiedział się jednak, że zmierzała ona do Królestwa Pięciu Miast - jakiegoś zapyziałego, otoczonego górami państewka, które jedyny kontakt ze światem miało w czasie dorocznego Srebrnego Jarmarku, na który zjeżdżali sie nawet kupcy z Luskan czy Mirabaru. Dawało to nadzieję, że napotka po drodze innych podróżników zmierzających na północ, choć jego rozmóca ostrzegł go, że niewielu kupców handluje z Królestwem, ze względu na wysokie koszty transportu i ubóstwo mieszkańców.

Manorian zakupił zapasy i ruszył zarośniętym, dziurawym traktem w stronę Królestwa licząc, że na takim zadupiu nie będzie nawet bandytów, którzy mogliby go zaatakować. Niemniej z ulga przyjął widok sporej karawany wiozącej przyprawy, sól, sprowadzane z południa frykasy i Tyr wie co jeszcze. Nawet najwytrwalszym podróżnikom samotność może w końcu obrzydnąć, a Olgar Ferem - właściciel wiezionych dóbr - wydawał się rzeczowym i uczciwym (jak na kupca) człowiekiem. Transport składał się z czterech wozów z towarami i jednego z prowiantem, kocami, namiotami i bronią. Prócz episjera i jego pomocnika jechało z nimi dziewięciu ochroniarzy. Widać na takich ziołach nieźle można było zarobić. Czterech czy pięciu wydawało się tworzyć zgraną ekipę, która znała szlak - najwyraźniej jechali tędy nie pierwszy raz. Ponury, starszawy mag o wyniosłym spojrzeniu trzymał się z boku, rozmawiając jedynie ze swoim chlebodawcą. Brodaty półelf wraz z drugim łowcą dostarczali świeżego mięsa. Dość osobliwie prezentował się w tej kompanii elfi bard, który najwyraźniej - tak jak i Iulus - dołączył się do karawany bardziej przypadkiem niż rozmyślnie. W każdym razie nie wyglądał na przydatnego. Choć... kapłan miał teraz szczególne baczenie na bardów - może i w tym więc kryło się coś niezwykłego?


_____________________________________
__________


Helfdanowi z Althgar dobrze się ostatnio wiodło. Zima była łagodna. Wiele zwierząt nie zapadło w sen zimowy, było więc co jeść, a wiosną dużo osób wcześnie ruszyło na szlak. Było roboty i dla łowcy i dla przewodnika. Tyle że Helfdan się nudził. Cholernie się nudził. Nie żeby nie miał pracy. O, co to to nie. Roboty był huk; no, może żeby mógł przebierać w ofertach to przesada, ale na brak zajęcia nie narzekał. Po prostu jakoś nie mógł sobie miejsca znaleźć. Polował, skórował, siekł orki i bandytów, czasem jakąś karczmarkę czy służebną dziewkę przeruchał... ale wszystko zdawało mu się jałowe jak stoki wznoszących się w pobliżu gór. Które znał jak własną, dziurawą od dwóch dekadni, kieszeń. Jak wszystko wokół zresztą. I wszystkich wokół. W sumie to dość dużo podróżował i nawet w dalszej okolicy wyrobił sobie jaką-taką renomę. Jak na półelfa oczywiście, czego nie omieszkiwano mu nie raz wypomnieć. W końcu na północy za bękartami nie przepadano. Niemniej jednak żył sobie całkiem przyzwoicie. Ale to mu nie starczało. Nosiło go. Im dalej podróżował tym bardziej. No bo jak to tak - spędzić całe życie na smęceniu się z miejsca na miejsce, z rękami ubabranymi albo w krwi zwierząt, albo bandytów? Potem spłodzić z tuzin bachorów i zemrzeć w łóżku we własnych szczynach? I co, tyle? Do wszystkich demonów z takim życiem! W dupę jebany los sieroty, co nawet własnego kawałka domu nie ma... a raczej ma, ale w owym domu siedzieć nie ma zamiaru, bo i po co?

Toteż klnąc, sarkając i marudząc odmawiał podjęcia kolejnych prac, a w końcu zwinął swój majdan i podążył w stronę Mirabaru. Rzadko tam bywał, bo choć miasto było duże to i konkurencja ostra, a i wcale dobrze się nie czuł w śmierdzących zaułkach miasta, w których zawsze jakoś dziwnie kończył. Ale tam - jak nie tu to gdzie indziej. Tym razem jednak szczęście mu dopisało. No, nie tyle szczęście, co nikt inny tej roboty nie chciał brać. Co prawda Olgar Ferem płacił dobrze, ale jego wyprawa miała potrwać aż do późnej jesieni - mało kto chciał się na to pisać. Helfdanowi było to nawet na rękę; co lepsze: kupiec jechał na jakieś zadupie, o którym półelf nawet nie słyszał. Choć ilość ładowanych do transportu wozów wskazywała, że Królestwo do którego jechali jest zamieszkane przez naiwniaków, którzy kupią te dorzucane do potraw śmiecie. Poza tym miejsce docelowe niewiele go obchodziło. Ważne, żeby się ruszyć stąd - a gdzie będzie "tam", to się zobaczy. Tyle że... no, bohaterska wyprawa toto też nie była. Ale jak się nie ma co się lubi...

Podróż była jak każda inna - monotonna i nudna. Raz czy dwa karawanę napadły jakieś głodne poczwary; prócz tego jedyną rozrywką były polowania. Ferem, jak twierdził, jeździł tędy od lat i znał każdą dziurę. A poza tym brał taką liczną obstawę właśnie po to, żeby go nikt nie napadał, więc czuł się bezpieczny jadąc na wypakowanym po brzegi wozie. A Helfdan... podziwiał widoki, bo mimo że kraina była dość podobna do jego rodzinnych stron, to roślinność zmieniała się niemal z dnia na dzień. Choć i do tego się w końcu przyzwyczaił.

Niejaką rozrywkę stanowił elfi bard, który pojawił się u bram kupieckich magazynów w dniu wyjazdu, nalegając by go zabrać do Królestwa. Jako że pokazał kilka magicznych sztuczek Ferem się zgodził i tak oto jechali teraz z chuderlawym brzdąkajłą, którego gruby kuc nadążał za resztą tylko dlatego, że mieli ze sobą wyładowane wozy. Kolejną odmianę stanowił zbrojny młodzieniec o uduchowionym wyrazie pyska, który dogonił ich parę dni po tym jak zjechali na dziurawy, zarośnięty trakt prowadzący do Królestwa Pięciu Miast. Ot i cała wyprawa po szczęście. Póki co jednak zdawało się Helfdanowi, że zamiast szczęścia będzie miał co najwyżej pełną kiesę - i nic poza tym. Znowu.

_____________________________________
__________


Przeżycia w Beregoście na dłuższy czas zniechęciły Aesdila do pakowania się we wszelkie drużyny, misje, przygody i kłopoty. Oczywiście w kłopoty nie wliczały się te o słodkich ustach i ponętnych kształtach. Ale często podróżujący bard nigdzie nie zagrzewał miejsca, zwłaszcza gdy owe kształty zaczynały robić się nieco bardziej wydatne niż powinny. Niemniej jednak każde stworzenie potrzebuje jakiejś bezpiecznej przystani, toteż Aesdil najpierw cichaczem, potem bardziej otwarcie zaczął powracać do świątyni Lathandera w Scornubel. Co prawda nie mijały dwa dekadni jak znów ciągnęło go na szlak (a przynajmniej poza świątynne mury) zawsze jednak przyjemnie było przespać kilka nocy w jedynym miejscu, które mógł nazwać tak jakby domem. Rzecz jasna nic za darmo. Ale wytapianie wisiorków nie wystarczało narwanemu elfowi, toteż szybko stał się posłańcem swoich przybranych matek. Znał jak własną kieszeń wszystkie gospody od Wrót Baldura do Nashkel i od Scornubel do Iriandor. Tam zaś aż za dobrze poznano jego. Świat stawał się dla elfa coraz mniejszy, toteż Aesdil zapuszczał się dalej i dalej na północ, ku radości ale i niepokojowi kapłanek. Widząc jednak jak dobrze sobie radzi zlecały zmyślnemu bardowi coraz to nowe i bardziej odpowiedzialne zadania. I tak pewnego ranka z torbą wypakowaną po brzegi tubami pełnymi listów Laure wyruszył na daleką północ. Wrota Baldura, Daggerfort, olbrzymie Waterdeep, zimne Neverwinther, ponure Luskan i gwarny Mirabar - wszędzie zostawiał listy, zbierał wieści, plotki i informacje. W końcu któż odmówiłby sobie gawędy z tak przemiłym elfem?

Była to pierwsza tak daleka wyprawa Aesdila, z zimowaniem poza rodzinnymi stronami włącznie - a teraz, późną wiosną, wcale nie była zakończona. Ostatni, najgrubszy list leżał na dnie torby, a przeznaczony był dla niewielkiej - jak na faeruńskie standardy - świątyni w Królestwie Pięciu Miast. Gdzie owo Królestwo leży i czemu nie ma króla tylko Radę Pięciu elf wypytywał się długo i wytrwale. Zdawało się jakby pytał o jakąś górską osadę, o której tylko wilcy wyją nocami a ludzie nic nie wiedzą. Szybko jednak zorientował się, że najlepiej pytać kupców; a ponieważ do miejsca docelowego żaden uczęszczany trakt nie prowadził również i podróżować z kupcami. Tyle że nikt na takie zadupie nie jechał. Dopiero po dłuższym czasie Laure usłyszał o jadącym w tamte strony episjerze. A że zabalował nocy poprzedniej omal nie spóźnił się na odjazd. Na szczęście zdążył, a że Olgar Ferem nie miał nic przeciwko towarzystwu kolejnego maga (a potem, jak się okazało, również przygodnego kapłana) to bard jechał sobie teraz dziurawym traktem w licznej kompanii, która zapewniała względne bezpieczeństwo. Aczkolwiek nie było do kogo ust porządnie otworzyć i po dekadniu czy dwóch bard zaczął się śmiertelnie nudzić.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 21-03-2010 o 18:57. Powód: dodatek dla Aesdila
Sayane jest offline  
Stary 13-03-2010, 16:54   #4
 
baltazar's Avatar
 
Dla Helfdana podróż ta była jak każda inna. Trochę dalej, trochę wszystkich więcej, ale cóż… srał to pies jak mawiał kowal w jego rodzinnej wsi. Nawiasem mówiąc burak, jakich mało niech go biegunka nie opuszcza przez najbliższy czas. Tropiciel lubił dzikie ostępy, samotność i spokój ale ileż można. Przecież nie wychędoży sarenki, nie napije się z bobrem czy nie pogada z dębem. O nie, aż takim świrem jeszcze nie był. Wprawdzie nie raz i nie dwa mu imputowano różne elfie, dziwaczne skłonności, ale jeszcze ich w sobie nie odkrył. Ludzie nieżyczliwi, mogliby mu wypominać „poemat” jaki stworzył na cześć swojej zacnej klaczy, ale to było po pijaku więc się nie liczy… poza tym nigdy go nie wcielił w życie. Przynajmniej miał taką nadzieję.

Siwą klacz mam
Nikomu jej nie dam,
Smukły zadek ma
Po wieczerzy mi go da.


Od czasu do czasu lubił poprzebywać z kimś, kto mówił ludzkim głosem. Jednak nie za długo – wszystko w granicach rozsądku. Jego rozsądku. Był zwierzęciem stadnym i chciał odezwać się do kogoś, kto nie miał szczeciny na pysku. Wszystkie te znamiona wyczerpywała propozycja Olgara Ferema, a jakby tego było mało dostawał jeszcze za to pieniądze. Tropiciel, przewodnik czy jak tam go kurna zwali mógł się oddalać od tego burdelu na kółkach jak czuł taką potrzebę i wracać, kiedy chciał. No, bo przecież mu płacili za to, żeby sprawdzał to i owo. Żeby było bezpiecznie i żeby nie było problemów. Więc to robił. A że przy okazji mógł czasem odpocząć od nadmiaru jazgotu to tylko na plus. Oczywiście nie było tak, że znikał na całe dnie i gdzieś smacznie sobie drzemał a potem, sobie tylko znanym skrótem doganiał ślimaczącą się karawanę i opowiadał bajki jak to zmylał bandytów czy zielonoskórych czyhających na wyładowane wozy. Wręcz przeciwnie, nic go tak nie irytowało jak wytykanie tłustymi paluchami, gdy coś spieprzył. Dlatego starał się jak mógłby czegoś nie schrzanić. I trzeba przyznać, że w większości przypadków mu to wychodziło.

Pomimo sugestii jakiś głosów z zaświatów, głosów zupełnie mu obcych mówiących o tym, że nic z tej kabały nie wyniesie oprócz pełnego trzosu. Coś w środku twierdziło inaczej, że właśnie zaczęło się coś wielkiego i ważnego. Coś, co może zmienić całe jego życie i to w dodatku zmienić na lepsze. Dlatego uśmiech nie schodził z jego twarzy. Oczywiście do czasu i to nie tylko dlatego, że nie chciał być brany za jakiegoś leśnego głupka, ale przez jednego złamasa wybitnie działającego mu na nerwy. Wielgachny woźnica Logar – postury niedźwiedzia, zarostem zresztą mu też nie ustępował. Pod kłakami z trudem dostrzegało się tożsama ludzkiej anatomii elementy gęby. Otóż, ów Logar poczuwał się w obowiązku do podkreślania wyższości ludzkiej rasy nad innymi… Zupełnie nie zauważając tego, iż bliżej mu do stada borsuków, które dymały jego matkę niż do człowieka. Solidnie zalazł za skórę Helfdanowi czepliwymi uwagami na temat jego pochodzenia. Fakt, półelf był nieco przewrażliwiony na punkcie niektórych insynuacji. Ale jak zalazł do zalazł. Humor mu wrócił dopiero po pewnej nocy, kiedy to nie wiedząc jak do śpiwora woźnicy wlazło pół tuzina błotnych węży (obślizgłych, ale tak naprawdę niegroźnych) a ten ze strachu zafajdał sobie całe portki. Historia oczywiście nie schodziła z ust członków karawany przez kilka kolejnych dni…

Helfdan z Althgar był dość pogodnym osobnikiem, na ogół. Może nieco z dziwnym poczuciem humoru, może z nutką szaleństwa w oku i buty mogącej zaspokoić kilku krnąbrnych synów. W sposobie bycia jednak dość pogodnym. Lubiącym się napić, pograć w kości czy pośpiewać. Oczywiście pomijając okresy, w których każde dwunożne gadające stworzenie doprowadzało go do irytacji. Jednak póki co odczuwał pewien niedostatek jeżeli chodzi o kontakty międzyludzkie, dlatego nie marudził ponad miarę.

Już na pierwszy rzut oka półelf wyglądał na leśnego ludka. Włosy długie, nie pierwszej świeżości gdzieniegdzie tylko zaplecione w warkocz… a gdzieniegdzie już przemienione w strąki. Twarz ozdobiona niedbałym zarostem. Nieszczególnie uporządkowana broda jednak dodająca mu trochę powagi, a przede wszystkim lat. Do najwyższych nie należy, ale też mu dość daleko do tych najniższych, mierzy wzrostu pod metr i osiemdziesiąt centymetrów. Proporcjonalnej budowy, a właściwie dość aktywny tryb życia i dobra kondycja nadała mu męską sylwetkę.


Halfdan ubiera się raczej w stroje naturalnych kolorów, nic krzykliwego. Brązy, szare i beżowe barwy gubiące się w leśnej gęstwinie. Nieodłącznym elementem jego stroju jest przeszywnica wzmocniona stalowymi obręczami i płaszcz z kapturem.
 
baltazar jest offline  
Stary 17-03-2010, 12:51   #5
 
Sayane's Avatar
 
_____________________________________
__________

Śródlecie, Eleint

.
Królestwo Pięciu Miast




Uparła się, koza. Na prawdę się uparła. Ale że ja się zgodziłem? - już któryś raz z kolei dumał Raydgast, odwracając się w siodle w stronę dużej, otoczonej liczną służbą, kolaski, w której jechała jego żona i potomstwo. Gdy dwa dekadni wcześniej Helena powiedziała mu, że chce jechać na Srebrny Jarmark wraz z nim uznał to za dobry żart. Była dopiero w piątym miesiącu ciąży, a jej brzuch był już wielki jak księżyc w pełni. Ale Helena nie żartowała; co więcej stwierdziła, że na Jarmark pojadą również Jaron i Adelajda - nie będą się, jak ona, chować dłużej w dziczy, pozbawione należnych szlachcie rozrywek. Że dzicz owa należała do jej ojca to już była inna inszość. Raydgast prosił, groził, przekonywał i może by mu się nawet udało, gdyby do sprawy nie wtrącił się teść. "Na złość mi chciał zrobić, stary cap", bez krzty szacunku myślał paladyn, gdyż myślom tym towarzyszyło zmęczone popłakiwanie trzylatki. Jedyne co zdołał wynegocjować z żoną to rezygnacja z odwiedzin u rodziny w Darrow.

- I tak ich spotkasz na Jarmarku - przekonywał - a nawet jeśli nie, do w drodze powrotnej zajedziemy. Czas nagli, gdyż jechać będziemy powoli, więc jeno się obrażą o krótką wizytę.

Po namyśle Helena przyznała mu rację, toteż już dekadzień później, o poranku, stali na stołecznej przystani patrząc jak służba ładuje na statek skórzane kufry i biedzi się z wprowadzeniem na pokład jego rumaka, Persivala. Dzieci z wrzaskiem biegały po nabrzeżu, ku przerażeniu korpulentnej niańki, która nie mogła za nimi nadążyć.
- Jaron, dziesięć wiosen kończysz, zachowuj się! - huknął Raydgast. Chłopak stanął w miejscu jak wryty, a zaskoczona tym siostra zderzyła się z nim, upadając na ziemię i wypełniając powietrze rozdzierającym płaczem. Czas najwyższy oddać go jakiemuś fechmistrzowi pod opiekę, albo na giermka lepiej - mruknął pod nosem, ale na tyle cicho by Helena nie usłyszała; trzęsła się nad swym pierworodnym jak nie przymierzając kwoka nad jajem. Przez pierwsze dni podróży mężczyzna miał pretensje do niańki i żony że nie umieją dzieci opanować, lecz ostatnio stwierdził, że nawet przywiązanie rzemieniami do siodła nie powstrzymałoby znudzonego potomstwa przed psotami - a na pewno nie przez marudzeniem. Ale jeszcze dekadzień i rodzina rozpierzchnie się po Uran, zachwycona zwiezionymi z całego Królestwa (i nie tylko) dobrami, a on zajmie się właściwym celem swojej podróży. Odruchowo pomacał osobistą torbę wypchaną obszernymi raportami z misji jakie przez ostatnie pół roku zlecano Silvercrossbowowi - w większości podobnych do tych, które miał w poprzednich latach; ostatnio jednak coś się zmieniło. Przede wszystkim między Fortem a helmicką Twierdzą zaczęło kursować wielu posłańców - a czasem nawet i samych paladynów wysyłano ze szczególnie ważnymi listami! Wzmocniono patrole nie tylko od strony orczych ziem - to było zupełnie normalne pod koniec Śródlecia - ale i na wschodnich granicach, gdzie dotychczas niepodzielnie królowali Helmici. Wielu zaufanych rycerzy wysłano na południe i wschód, choć oficjalnie nie nadchodziły stamtąd żadne niepokojące wieści. Kiedyś, idąc korytarzem, Raydgast usłyszał urywki rozmowy przełożony na temat szpiegów i... zdrady? Niestety nic więcej nie zdołał podsłuchać. Rozmowa ta pozostawiła jednak w jego sercu nieokreślony niepokój, którym niestety nie miał się z kim podzielić. Miał nadzieję, że to się zmieni gdy w Uran spotka towarzyszy, którzy zgodnie ze zwyczajem zjeżdżali się na Jarmark by zdać raporty i wziąć udział w organizowanych tam turniejach i naradach.

Tymczasem jednak nudził się jak mops w trakcie dziesięciodniowego rejsu do Uran. Nigdy nie zrozumiał dlaczego między Darrow a Uran nie zbudowano porządnego traktu; niemniej jednak podróż statkiem była o wiele mnie męcząca, zwłaszcza dla Heleny, która z przyjemnością wygrzewała się na słońcu. Z powodu błotnistych, zarośniętych tatarakiem brzegów rzeki nie zatrzymywano się na noc na lądzie. Jedyną odmianą był krótki postój w małej wsi Podkosy, gdzie uzupełniono zapasy wody i zjedzono szybki obiad. Raydgast chętnie zostałby tam dłużej - wyglądało na to, że do wsi zawitała grupa najemników przywożąc jakichś przestępców. Z cichych rozmów córek karczmarza wywnioskował, że szykuje się nawet jakiś sąd nad... drowem? Tak daleko od gór? Niemożliwe! Musiał się najwyraźniej przesłyszeć, albo podniecone gąski przesadzały. Całkiem ładne gąski zresztą. Karczma leżała na uboczu, nie mógł więc przyjrzeć się więźniom, a z tłumu gości trudno mu było wyłowić grupę, która konno przybyła do wsi. Zresztą kapitan wyraźnie dał mu do zrozumienia co myśli o spóźnialskich - nawet tych, co za przejazd płacą czystym złotem. Pogoda nie dopisywała wiatrostatkom i byli już spóźnieni - ku rozpaczy Heleny dziś właśnie rozpoczynał się Srebrny Jarmark, ominą ich więc popisy bardów i wieczorne tańce; a także pierwsze pojedynki turnieju. Paladyn musiał więc powstrzymać swą ciekawość i pośpiesznie zagonić rodzinę na statek, który od tej pory płynął bez przerwy, by drugiego dnia jarmarku w południe dotrzeć do Uran.

Przystań Rzeczka Uran położona u ujścia rzeki do jeziora była duża, ale i tak wiatrostatek z trudem manewrował między licznymi promami, łódkami i łodziami, z których każda starała się dobić do pomostu, lub znaleźć miejsce do przycumowania na czas Jarmarku. Na brzegu kłębił się tłum pasażerów, rybaków, flisaków, handlarzy i zwykłych gapiów, przez który rodzina Raydgasta przedzierała się z najwyższym trudem.

Samo miasto nie było może tak imponujące jak Darrow, lecz dzięki położeniu na skrzyżowaniu szlaków wodnych i lądowych było bogate i świetnie się rozwijało. Ulice były względnie czyste, domy pobielone, nawet najbiedniejsze dzielnice leżące pod samym murem wyglądały lepiej niż w innych miastach. A na ulicach - tłum. I to nie byle jaki, a taki, gdzie łokciami rozpychać się trzeba o każdy krok i uważnie pilnować swojej sakiewki. Zewsząd dochodziły pokrzykiwania handlarzy, marudzenie klientów, przekleństwa zdeptanych i okradzionych osób, głośne pohukiwania straży, krzyki woźniców i rżenie koni. Od czasu do czasu tłum próbował się rozstąpić by zrobić przejście jakiejś lektyce czy powozowi, nie rzadko jednak kończyło się na batach rozdawanych nie dość szybko umykającym przechodniom.
Im bliżej zaś było do zachodniej części miasta, tym gorzej. Nie bez powodu mawiano, że na Srebrny Jarmark zjeżdżało się całe Królestwo - w tłumie bliżej centrum migały insygnia rządzących Królestwem rodów i znanych elfich domów.

Jednak w tej chwili palącym problemem był fakt, że wszystkie odwiedzone przez Silvercrossbowów oberże były pełne. Mimo, że sam Jarmark odbywał się poza murami miasta - na łąkach od zachodniej strony Uran - większość osób mieszkała w gospodach. Jedynie wszelkiej maści kupcy (a także rycerze) rozbijali namioty pod murami, by chronić swoje towary i zminimalizować straty. Dopiero w gospodzie "Srebrna strzała", prawie przy samym rynku służącym paladyna udało się nająć zaledwie dwa pokoje dla państwa. Najwyraźniej jakiś szlachcic zachorzał i zwolnił miejsce. Służący wnieśli bagaże do pokojów, a sami rozlokowali się na stryszku stajni wraz z całą rzeszą innych giermków, pokojówek i chłopców na posyłki. Helena stwierdziła, że musi odpocząć i wybierze się na Jarmark dopiero późnym popołudniem. Rycerz miał więc sporo czasu dla siebie.
 
Sayane jest offline  
Stary 18-03-2010, 12:44   #6
 
abishai's Avatar
 
Raydgastowi nie podobały się jego przypuszczenia i konkluzje jakie wyciągał. Nie podobało mu się wciąganie zakonu w wewnętrzną politykę królestwa. Nie miał jednak pozycji, by móc wyrazić swą opinię. Co gorsza, nie wiedział jak ukryć swe obawy przed Heleną. Ona wyciągała z niego wszystko. Na szczęście w tej chwili myśli małżonki krążyły wokół jarmarku i krewnych. A i przy całym zamieszaniu jakie towarzyszyło wyprawie do Uran, on także o tym zapomniał. Wyprawa z ciężarną kobietą i dwoma łobuziakami, była wszak ciężkim testem dla paladyna. I całkowicie zaprzątała jego uwagę.

Najważniejsze jednak, że dotarli... Przez całą tą wyprawę Raydgast bał się, że Helenie coś się może stać. Mimo że medyk uspokajał go mówiąc, że nie tak łatwo o poronienie, jakby się zdawało. Oczywiście brzuszek Helena miała całkiem spory, gdyż się bliźniąt spodziewała. Co jednak nie ujmowało jej uroku. Nadal była piękna.
I delikatna w obecnym stanie...

Dlatego Raydgast cieszył się, że udało im się w karczmie nie w namiocie nocować. Gdy znaleźli w swym pokoiku Helena tupnęła stopą i kręcąc głową rzekła.- Trochę niski standard.
- Wiem, później postaram się znaleźć lepszy pok...-
zanim paladyn zdołał dokończyć swą wypowiedź, Helena zaśmiała się perlistym śmiechem.- Nie jestem ze szkła drogi mężu i nie jest to moja pierwsza ciąża. Już ty się o to postarałeś.
Spojrzała na niego ciepło dodając.- Pokoje mi odpowiadają. Tylko... podróż nieco mnie zmęczyła. Chyba się położę.
Raydgast zaszedł małżonkę od tyłu i objął ją ramionami kładąc swe dłonie na jej brzuchu.- Wiem, że nie jesteś z porcelany. Ale jesteś dla mnie cenna.
- Ja już wiem co ty tam myślisz, tak mnie obłapiając
.-zażartowała i pacnęła dłonią w dłoń męża na swym brzuchu. –Przez takie myśli jestem w obecnym stanie.
- Stanie błogosławionym.
- rzekł cicho Raydgast, a Helena dodała wesoło.- Gdybyś to ty nosił w brzuchu efekty naszych figli, to być nie nazwał tego, stanem błogosławionym...
Raydgast cmoknął policzek, potem szyję szepcząc cicho.- Przepraszam.
-No, no, ty się tak nie przymilaj. Nic z tego nie będzie
- mruknęła cicho Helena, westchnęła po chwili z łobuzerskim uśmiechem.- Może... wieczorem, odrobinkę pofiglujemy. Póki możemy. Jeśli mój brzuch cię nie odstręcza, oczywiście.
- Jest cudowny.-
szepnął Raydgast całując małżonkę w uszko. Helena pogłaskała paladyna po brodzie.- Mężczyźni ponoć powiedzą wszystko, byleby tylko mogli umoczyć kija. Czyż to nie twoje słowa?
- Chodziło mi o... wędkowanie.-
zaczął się mętnie tłumaczyć paladyn, a Helena dodała żartobliwie.- Wędkowanie. Niech ci będzie, że wędkowanie miałeś na myśli.
- Wezmę brzdące na jarmark.-
rzekł Raydgast, głaszcząc żonę po brzuchu.- A ty odpocznij.
-Dobry pomysł.- uśmiechnęła się Helena wyswabadzając się z ramion męża i kładąc ostrożnie na łożu. Po czym dodała żartobliwie.- W końcu musisz sobie czymś zasłużyć na mą przychylność.

Zabranie dzieci na jarmark... To nie był tak udany pomysł, jak mąż Heleny sądził. Przez swe zakonne obowiązki Raydgast bywał w domu stanowczo za rzadko. Inaczej wiedziałby, jak tak pochopna obietnica się skończy.Niemniej przygotował się by odpowiednio wyglądać.


Raydgast był wysokim i szczupłym mężczyzną noszącym się na czarno. Wysokie czoło przecięte niewielką blizną, oraz posiwiała przedwcześnie broda nadawały mu dostojeństwa, ale i lat. Na szczęście pozór był to tylko, bowiem ruchy paladyna były szybkie i energiczne.
Za zbroję służył mu napierśnik jedynie z wymalowanym herbem jego „rodu”. Rodu jakże krótkiego, bo na nim się zaczynającego. Do tego jeszcze kusza i miecz. Bardziej dla prestiżu niż bezpieczeństwa. Z dziećmi był ten problem, że Jarona interesowało co innego, a Adelajdę co innego. I każde próbowało wyprosić u taty poparcie swych decyzji. Adelajda chciała obejrzeć egzotyczne zwierzęta, piękne suknie i biżuterię. A także posłuchać bardów. Jarona ciągnęło do areny i pokazów gladiatorów. Ze zwierząt konie jedynie cenił. A stoiska z bronią wywoływały błysk w jego oczach. Oczywiście i Adelajda i Jaron nie ograniczali się do patrzenia. – Tato kup mi. Tatusiu proszę, kup mi.- rozlegały się co chwilę.
A paladynowi przypominały się słowa jego ojca, gdy mówił, że dzieci to kupa szczęścia... z przewagą kupy, niestety.

- Dość!- zawyrokował dość ostro Raydgast tracąc cierpliwość do swych „aniołków”.- Jedna rzecz na każde z was. Słodycze lub zabawki.
- Ale, ale...-
zaoponował Jaron.- Dziadziuś by nam kupił więcej.
-Wlasnie.-
potwierdziła Adelcia sepleniąc. Oczywiście chodziło o ojca Heleny. Paladyn jęknął w duchu, na „kochanego” teścia i jego metody wychowawcze. Raydgast odetchnął głęboko i rzekł.- Dziadkowie są po to by wnuki rozpieszczać, ojcowie by dzieci wychowywać. Jedna rzecz... a jak będziecie protestować, to nic.
Postawione pod mur dzieci przez chwilę się naradzały między sobą, a potem zgodziły się na warunki ojca. I po chwili Jaron wymachiwał drewniany mieczyka, a Adelajda cieszyła się ze szmacianej lalki.

Po południu zaś Helena przejęła ciężar opieki na ich potomstwem. I Raydgast mógł się udać, by wypełnić zakonne obowiązki. Wyruszył w kierunku namiotów rozstawionych przed zakon Torma. Nie trudno było zauważyć pewnej nerwowości wśród współbraci, gdy się zbliżał. Zaiste czasy były niespokojne, choć nikt poza paladynami zapewne jeszcze o tym nie wiedział. Paladyn rozejrzał się za znajomymi twarzami, szukając przy okazji swego przełożonego.
Dostrzegł go dość szybko - stał w towarzystwie sir Torwalda Thunderdragona i paru innych rycerzy, poklepując ich po plecach i śmiejąc się rubasznie. Najwyraźniej omawiali jakiś zwycięski pojedynek w turnieju na który spóźnił się Raydgast. Wulfgar de Nor był (podobnie jak większość paladynów) postawnym rycerzem i surowych rysach i dłoniach wielkich jak bochny chleba. Do pasa przytroczony miał miecz w pięknie inkrustowanej pochwie - wykonanej bardziej dla podkreślenia statusu właściciela niż względów praktycznych - a na piersiach kołysał mu się srebrny symbol Thorma, zawieszony na grubym łańcuchu. Widać było, że dowódca Fortu na Skale przybył tu jako oficjalny przedstawiciel zakonu - w forcie nosił się skromnie i niczym prócz władczej aury, jaką roztaczał, nie różnił się od swoich podwładnych. Pomijając oczywiście fakt, ze swą sylwetką mógł niedźwiedzi w kompleksy wprawić.
Raydgast więc do sir Torwalda energicznym krokiem i skłonił się mówiąc.- Miło cię widzieć w dobrym zdrowiu panie.
Po czym przekazał listy, spoglądając po twarzach towarzyszących sir Torwaldowi, rycerzy.
Skinął głową w kierunku pana de Nor i spojrzał na jego oblicze, dodając.- Po humorach wnoszę, że turniej rozpoczął się przychylnie dla przedstawicieli naszego zakonu?
- A niezgorzej, niezgorzej
- huknął de Nor. - Co prawda Helmici palmę pierwszeństwa w konnych walkach zebrali, my za to do tej pory prym wśród mieczników wiedziemy. Irvin Eileon może się schować! - wybuchnął głośnym śmiechem. Odwieczna rywalizacja między dwoma zakonami nigdzie nie była tak wyraźna jak w trakcie dorocznych zawodów na Srebrnym Jarmarku.
- Postaram się poprawić ten wynik na naszą korzyść. Żona by mi nie dała spokoju, gdybym nie spróbował swych sił, w choć jednej z konkurencji.-odparł żartobliwie paladyn. Po prawdzie to nie żona, ale teść by nie przebolał. Helena już wyrosła bowiem z fascynacji na temat obijania sobie nawzajem kości przez szlachetnie urodzonych. Co nie znaczyło, że nie cieszył jej widok w męża w płytowe zbroi. Po swym żarcie Raydgast spytał.- Czy ostatnio nie dzieje się coś niepokojącego na granicach? Po drodze słyszałem plotki o złapanym drowie.
- Drow na trasie Twego przejazdu - bo rozumiem, że skoro z żoną to ze swych włości jedziesz? W środku Królestwa? W czasie wzmożonych patroli? Co za bzdury! -
Wulfgar i Torwald zgodnie ryknęli śmiechem, jednak z lekkim napięciem w głosie; a pozostali rycerze zawtórowali im lekko. Po chwili dowódca dał Raydgastowi dyskretny znak - po wielokroć używany w czasie wspólnych walk z orkami: "Milcz i nie wychylaj się".
- Plotki jenom słyszał. Sam drowa nie widział, więc równie dobrze, to wymysł wieśniaczych głów i nadmiaru śliwowicy w nich. Raydgast obrócił swą wypowiedź w żart. Choć cała ta sytuacji do żartu nie nastrajała. Zwłaszcza, że wybuch śmiechu zakonnych braci wydawał się udawany. Raydgast postanowił o tym pomówić z Torwaldem, ale na osobności. Spytał tylko.- Jakież to konkurencje rycerskie na jutro są przewidziane?
- Druga tura na miecze, łucznicy i coś tam jeszcze - tam gdzieś plan jarmarku wisi -
jeden z rycerzy machnął ręką w stronę centrum łąk.
- Choć w tym roku krótkie wszystko, bo bardowie upomnieli się o swoje i ze dwa albo i trzy konkursy mają nawet - nieco lekceważąco rzekł Torwald, ale znów ledwie dostrzegalna nuta napięcia zabarwiła jego słowa.
Raydgast sam nie miał nic przeciw bardom, a i skrócenie konkurencji też mu nie przeszkadzało. Natomiast unosząca się nad tym Jarmarkiem aura niepokoju działała mu nieco na nerwy. Może źle uczynił ulegając w Helenie. Rodowe gniazdo rodu Greyfort miało swoje wady, ale było też warowne. A ojciec Heleny, Reinhard de Greyfort dbał o to, by załoga obsadzająca mury znała się na wojaczce.
- To pójdę zobaczyć, w czym się będę mógł wykazać. A i nie wypada zostawiać małżonki zbyt długo samej.- rzekł paladyn i skłonił się wielmożom.
- Przyjdź jutro po zawodach, zdać sprawę ze swych obowiązków. - krzyknął za nim Torwald.
- Zgodnie z twym życzeniem panie.- odparł paladyn. Raydgast potarł brodę w odruchu zdenerwowania. Coś rzeczywiście było nie tak, jak powinno. Lecz teraz nie miał czasu na rozważania.

Wieczorem, Raydgast i Helena zjedli kolację w pokoju. Zmęczona zwiedzaniem Jarmarku małżonka nie miała ochoty schodzić tam i z powrotem po schodach.
Helena popijając wino, ponownie rozważała całą wizytę na Jarmarku. O tym, że cena jedwabi znów poszła w górę, że Jaron machając mieczykiem rozbił garnek przekupce, i o awanturze jaką tym czynem wywołał i o innych ciekawych wydarzeniach z Jarmarku.
A paladyn tylko potakiwał zamyślony.
- W ogóle mnie nie słuchasz.- westchnęła wreszcie. Raydgast spojrzał na nią dodając.- Oczywiście, że...
Przerwał, popatrzył na nią i objął ją ramionami, tuląc mocno.- Powinienem być przy tobie, gdy się urodzą kolejne dzieci.
- Znowu traktujesz mnie jak porcelanową laleczkę.-
rzekła żartobliwie. Paladyn zaś odrzekł.- Przedtem ci to nie przeszkadzało.
- Przedtem byłam gwiazdką, a teraz jestem panią Silvercrossbow
.- westchnęła smętnie.- Mężatką z dwójką dzieci i w kolejnej ciąży.
-Nadal jesteś moją gwiazdką.-
mruknął paladyn do ucha w swej małżonki. Lecz ta odparła smutno.- Z brzuchem jak bęben.
- Z pięknym brzuszkiem.-
szepnął jej do ucha, głaszcząc ją po owym brzuchu.
Helena spojrzała na swego męża z błyskiem w oku i po chwili ... uwolniwszy się z jego objęć zsunęła z siebie suknię i halkę.


- Udowodnij mi że jestem godna pożądania. Póki jeszcze możemy to robić.- rzekła patrząc wyzywająco na męża. I Raydgast udowodnił, kładąc żonę na łożu i obsypując pocałunkami i pieszczotami, coraz bardziej śmiałymi i intymnymi...Potem noc stawała się coraz „gorętsza”. Nie tak jak zwykle co prawda, z uwagi na ciążę ukochanej. Niemniej paladyn udowadniał, że Helena nadal wzbudza w nim pożądanie. Co jego małżonka przyjmowała z zadowoleniem. Aż wreszcie też usnęli, wtuleni w siebie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 21-03-2010 o 17:06.
abishai jest offline  
Stary 18-03-2010, 13:40   #7
 
Sayane's Avatar
 
_____________________________________
__________


Śródlecie. Eleint. Pierwszy dekadzień

.
Królestwo Pięciu Miast


Monotonna, ponad dwumiesięczna podróż dobiegała końca. Samo Królestwo nie było może tak odległe od cywilizowanych części Faerunu, lecz trudna droga i ciężkie wozy zrobiły swoje. Toteż gdy samotne chaty, wsie i osady - niechybny znak zbliżania się do gęściej zamieszkanych terenów - wywoływały u wszystkich radosne uśmiechy. Iulus z ulgą przyjmował sporadyczne wieści, że Sitck pojawiał się to tu, to tam. Nie wiedział co zrobiłby, gdyby po tak długiej podróży okazało się, że pojechał w złym kierunku. Wieśniacy jednak dobrze pamiętali barda - tym lepiej, że podróżował w środku zimy, co nawet przy tak łagodnej pogodzie jak tego roku było co najmniej niezwykłe.
Kolejny dekadzień podróży przywiódł karawanę do bram Esper - dużego handlowego miasta, które przodowało w handlu z południowymi częściami kontynentu i skąd towary szły na północ kraju. Nieco mniejsze od Mirabaru, prosperujące jednak równie dobrze. Co prawda w sklepach widać było niemal całkowity brak towarów z dalekiego południa czy wschodu Faerunu, jednak tutejsze wyroby nie ustępowały jakością tym, które zakupiliście w czasie swoich podróży. Jedynie sklepy z towarami magicznymi można było policzyć na palcach jednej ręki.

Esper leżało na brzegach Srebrnego Jeziora - potężnego akwenu wodnego do którego wpadały niemal wszystkie rzeki Królestwa, płynąc potem w dół (rzeką wzdłuż której przybyliście), do Mirar i Morza Mieczy. Przy rozbudowanej przystani cumowało wiele łodzi rybackich, promów i wiatrostatków - dużych, szybkich statków do przewozu koni i ludzi, których nie uświadczyliście nigdzie indziej. Olgar Ferem od razu pchnął pachołka na przystań tylko po to, by dowiedzieć się, że najbliższy prom towarowy odpływa za pięć dni. Nie zrażony tym mruknął tylko: Na koniec Srebrnego Jarmarku się zdąży, po czym zakwaterował całą ekipę w tawernie "Pod Złotym Łososiem" i zaraz po posiłku ruszył w miasto negocjować ceny ze swoimi stałymi nabywcami. Wam zaś rzekł:
- Część towarów tu sprzedam, z częścią zaś na Jarmark po drugiej stronie jeziora pojadę. Wielkie to wydarzenie tutaj jest, każdy kto zarobić chce, lub kupić dobra rzadkie to właśnie na Srebrny Jarmark teraz jedzie. W połowie Marphenothu wracać będziemy do Mirabaru - nowe towary w dół rzeki promem się spławimy, bo taniej i szybciej to niż tym wyboistym traktem podróżować. Jak się ze mną będziecie chcieli zabrać, to do piętnastego dnia Obfitych Plonów zjawcie się tu, w "Szczupaku" - inaczej odjadę bez was.

Dopytywany o Jarmark kupiec zdradził, że zjeżdżają się tam na prawdę wszyscy: radcy Królestwa, przełożeni zakonów i świątyń, cała szlachta i rycerstwo, a on sam nie jedynym kupcem jest, co na tą okazję przemierza taki szmat drogi z towarami.
- Kraik ten duży nie jest, ale mały też nie - to jak chcecie co załatwić szybko, znajomości zawrzeć, na turnieju czy w konkursach sławę zyskać, nająć się u kogoś, czy choć wieści posłuchać, to tam najlepsza okazja - perorował.

Gdy chlebodawca zniknął z oczu swym pomocnikom wszyscy rozleźli się po mieście pijąc, handlując i za dziewkami goniąc. Iulus zaś zaczął chodzić po karczmach i o Sticka pytać. I tu barda pamiętano - raz, że w zimie jak głupiec z południa przyjechał; dwa zaś, że nie dalej jak dwa miesiące wcześniej zjawił się w Esper znowu - tym razem w towarzystwie młodej półelfki z blizną - czy też tatuażem - na policzku; także bardki, chyba pomocnicy jakiejś. Na początku Eleasiasu zniknął jednak niespodziewanie mimo że opłacone miał jeszcze ze trzy noclegi. I tyle go widziano.
 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 18-03-2010 o 13:56.
Sayane jest offline  
Stary 18-03-2010, 14:18   #8
 
Nightcrawler's Avatar
 
Cytat:
Notatki z podróży


Na pierwsze konkretne wskazówki prowadzące mnie do celu mej misji natrafiłem dopiero na wyżynach Evermoor, gdzie trafiłem szlakiem obfitującym w przyzwoicie zaopatrzone karczmy i szynkarzy chętnie udzielających pomocy w mej sprawie. Zresztą tutaj o informacje trudno nie było, gdyż wszyscy w okolicach kojarzyli Podejrzanego doskonale.
Jako, że w okolicy nie ma zbyt wielu większych miast, wszystko wskazuje na to, że mój cel zawędrował do stolicy Srebrnych Marchii.
Zeznania świadków z okolic wydają się to potwierdzać.

***
Dotarłem do Silverymoon, które zwą Klejnotem Północy - miasta położonego nad rzeką Rauvin. Rządzone przez wybrankę Mystry - Alustriel Silverhand, jest faktycznie jako klejnot wśród zimnych, opuszczonych północnych pustkowi.
To bardzo tolerancyjna enklawa, gdzie miesza się tu wiele narodów, które łączy wzajemne umiłowanie dobra, choćby nawet na zewnątrz istoty je czczące objawiały się pokrętnymi. Mówi się, że w Silverymoon wizytował nawet, niejaki Drizz’t Do’Urden - Drow, Elf z mrocznych krain bezprawia i chaosu zwanego Podmorkiem. To właśnie tu w stolicy północy przyjęto go w gościnę, gdyż sprzeniewierzył się swem pobratymcom, na powierzchnię, ku dobru uciekając.

Silverymoon to bogate miasto opływające w dostatki głównie dzięki wielkiej mnogości magicznych szkół, bibliotek i uczonych głów, które nim rządzą. Nie dziwota, że Podejrzany wiele czasu spędził w tym miejscu, pochłaniając wiedzę i doświadczenia tutejszego ludu, magią od wieków się parającego.
Ja również zostałem tutaj ciepło przyjęty przez brać Helmitów, z racji mojego oddania Sprawiedliwości.

***
Wypoczęty od końskiego grzbietu, pojedzony ciepłą strawą ruszyłem w dalszą drogę i udałem się do Nesme - małego miasteczka nękanego napadami Lodowych gigantów, Trolli i barbarzyńskich Orków.

Po drodze niewiele było zajazdów i karczem, toteż szlak nieprzyjazny opuściłem z ulga, choć chwilowo bez poszlaki gdzież to ścigany przeze mnie osobnik się podział.
Szczęściem w Nesme znalazła się już gospoda, w której i on odpoczywał w podróży.

Niewiele można było znaleźć w tym niewielkim ufortyfikowanym miasteczku, które żyje głównie z handlu stalą. Jedyna świątynia, którą tutaj spotkałem była poświęcona Waukeen, a szkół i bibliotek w ogóle nie uraczyłem. Prócz księgozbiorów tutejszego ratusza- i tak w większości dotyczących obróbki rudy, najazdów i obronności - Nesme nie przedstawia żadnej wartości pod względem wiedzy naukowej.
Dlatego też zapewne Podejrzany zatrzymał się tu tylko na spoczynek i krótką wymianę handlową. Później ruszył wzdłuż Rzeki Sorbin i jak wywiedziałem się po drodze z niewiadomych przyczyn ominął kolejne większe osiedle jakim było Gryfie Gnaizdo, by trafić wreszcie do Longsaddle.

To miasteczko handlowe, leżące na uczęszczanym szlaku z Srebrnych Marchii do Północnego Wybrzeża Mieczy, jest również rządzone przez rody Magów i ma bogatą tradycję w sztuce Magicznej.
Wyłania się z tego już jasny obraz czego szukać może Podejrzany - wiedzy magicznej, może i zwojów lub ksiąg zapomnianych. To też tłumaczy czemu zatrzymał się w Twierdzy Sprawiedliwości, mimo zagrożenia ze strony Sług Prawości.

***
Jest gorzej.
Ślad podejrzanego zniknął mi na trakcie do Mirabaru - miasta rządzonego przez Krasnoludy Tarczowe, które przy okazji zarządzają tamtejszym przemysłem wydobywczym.
Miasto, jak to bywa z krasno ludzkimi osiedlami słynie z kopalń i twardego prawa. Podejrzany widocznie nie miał tutaj zbytnio czego szukać i prawdopodobnie szybko się stąd wyniósł, nie chcąc ryzykować afektu z tutejszymi rządcami.
Niewiele osób, go też kojarzy, musiał być mało aktyny w okolicy i zapewne uznał to dobrze zorganizowane miasto, jeno za przystanek w swej podróży.
Wszelki ślad, rozmywa się w przypuszczenia, poszlaki i niedopowiedzenia, kierując mnie niepewnie w stronę Luskan

***
Do Miasta Żagli jednak Podejrzany nie dotarł, aż dziw, że miasto piratów i złodziei go nie zainteresowało.
Mgliste pogłoski skierowały mnie na trakt Neverwinter, ale tam również go nie było. Zawróciłem więc…

***
Kręcę się w koło niczym pies, bez celu ganiający własny ogon. Z nikąd pomocy, ni informacji. Noce są zimne, dobrze choć że namiot nie przemaka.
Zaczynam mieć wątpliwości.
Całą ta wyprawa przypomina gonitwę za cieniem. Cieniem hulaki, żartownisia i łotra, który co gorsza może okazać się zwykłym poszukiwaczem przygód.
Zastanawiam się nad powrotem do Longsaddle, albo Mirabaru. Czuje, że coś mi umknęło.

***
Wreszcie jakiś ślad, płochy co prawda - słowa rybaka.
Wracam do Luskan po mapy, trop prowadzi ku Grzbietowi Świata.
Zastanawiam się co prawda czegóż może poszukiwać na krańcu cywilizacji ten łotr, lecz żadna odpowiedź konkretna do głowy mi nie przychodzi, a jednej się wręcz obawiam.
Oto drżę na myśl o tym, że już znalazł to czego szukał i oto wraca do swojej domeny.

***
Chyba jednak nie znalazł. Dowiedziałem się w Luskan (złośliwość -jednak tu był), iż Podejrzany udał się do niewielkiego państewka u podnóża gór zwanego Królestwem Pięciu Miast.
Tam mi droga…




Karawana, która napotkał na niegościnnym trakcie Manorian wydała się dla niego zbawieniem. Nie tak ociężała jak Handlarze Luskańscy, zmierzała odpowiednim tempem, w stronę, która i Kapłanowi przypadła w udziale.
Po krótkiej rozmowie z przewodzącym Taborowi Olgiarem, Iulus postanowił dołączyć do handlarza zmierzającego na jakiś jarmark, a przynajmniej do momentu, gdy staną w pierwszym mieście Królestwa, zwanego Esper.
Ferem zapytany o ściganego przez Kapłana mężczyznę, jeno wzruszył ramionami i wskazał na towarzyszącego karawanie Elfiego Barda. Jegomość mógł wiedzieć więcej.

Dni podróży mijały w spokoju, w nudzie wręcz, jednak Iulus był wdzięczny za tą chwile wytchnienia i prostej wreszcie drogi.Jednak sprawa Poszukiwanego przezeń mężczyzny wciąż go frapowała brakiem kolejnych poszlak.

Młody kapłan bacznie przyglądał się elfowi odkąd dołączył do karawany.

Choć szansa na to, by był poszukiwanym była nijaka - w końcu tamten wyprzedał go o tygodnie podróży i był też człowiekiem, a zbieżność rzemiosła świadczyć o niczym nie mogła.
Jednak Iulus nauczył się w trakcie podróży, że nie można nie doceniać sztuki iluzji i przebieranek jakimi parają się tego typu osoby. Również - bardowie okazywali się przeważnie aroganckimi, wyszczekanymi typkami, które częstokroć wspominały o konkurencji - co prawda obelżywie, ale zawsze to jakiś dodatkowy punkt zaczepienia, dla śledczego daleko od własnego terytorium, który gania za kimś niczym pies próbujący złapać rozpędzony wóz na trakcie...

Iulus z daleka przyglądał się karcianym rozgrywkom Aesdila oraz jego sparringom ze strażnikami. I choć w grach hazardowych elf równych sobie nie miał, to pojedynki częstokroć kończyły się nie po jego myśli - wiadomym wszak było, że jego profesja raczej z zręczności w lutni posługiwaniu się słynie niźli w robieniu mieczem.


Któregoś poranka, tuż po modlitwie i pakowaniu, Iulus zmusił Chimerę by podcwałował bliżej elfa. Koń parskał i boczył się na młodziana, jak to miał w zwyczaju bladym świtem, jednak po kilku kuksańcach w bok udało się wreszcie zrównać z podróżnym.
Manorian jak zwykle w swej kolczudze, z mieczem u pasa, nienawykły i nie przyuczony do szaleńczych manewrów jeździeckich - tym bardziej nie możliwych na marudnym ciężkim wałachu, ściągnął z głowy hełm stalowy i ukłonił się bardowi.
- Jeśli można, bo okazji jeszcze nie było by pogwarzyć spokojnie, jestem Iulus Manorian Kapłan w służbie Tyra Sprawiedliwego, ze wschodu szlakiem wędrujący ku Królestwu Pięciu Miast. - uśmiechnął się szczerze na powitanie - Cóż sprowadza tak znamienitego barda w kompaniję prostej karawany ? Cóż to za cudów w tak odległych ziemiach spodziewasz się znaleźć Mistrzu ?
Elf długą chwilę przyglądał się słudze Bezstronnego Boga. Niewiele miał dotychczas do czynienia z kościołem Tyra i prawdę powiedziawszy nie palił się do poznawania go, znając surową reputację kleru Pana Sprawiedliwości. Niemniej jednak, choć dotychczas kapłan trzymał gębę na kłódkę, to i nie narzucał się reszcie współtowarzyszy nierozważnymi żądaniami, wstrzymywał się z potępieńczymi spojrzeniami na widok uprawiania przez barda hazardu, a i w opinii Aesdila słudzy Tyra zasługiwali na poważanie (no, z drobnymi wyjątkami), nic więc dziwnego że odkłonił się uprzejmie, z szacunkiem i ... ciekawością.
- Me imię, świątobliwy ojcze, to Aesdil zwany też Laure, Złocisty - przetłumaczył od razu na wspólny, odruchowo dotykając złotych warkoczyków i luźnych kosmyków. - Czynisz mi Panie wielki zaszczyt tytułując tak znakomicie, obawiam się jednak że dłuższy czas kunszt swój będę musiał szlifować by dorównać najbardziej poważanym wykonawcom z Zachodnich Ziem... - roześmiał się głosem niczym mosiężne dzwonki, aż rudopióry sokół siedzący na skórzanym naramienniku zakrzyczał gniewnie. Czujne oczy barda nie opuściły jednak twarzy kapłana, przyglądając się z ciekawością.
- Zmierzam do Królestwa Pięciu Miast, by wziąć udział w tamtejszym konkursie bardów - z racji tego że jego ranga nie jest najwyższą mam i ja nadzieję na zdobycie jakichś laurów - trzeba się czasem kontentować mniejszą wygraną w oczekiwaniu na większą - wzruszył ramionami i pogłaskał Kulla po łebku. - Tak się również składa że wiozę listy do tamtejszej świątyni Corelliona Larethiana, łącząc przyjemne z pożytecznym - sięgnął do piersi, gdzie na łańcuszkach pyszniły się srebrne księżyce Lathandera i elfiego boga.
Aesdil odczekał chwilę a widząc że mości Iulus nie pali się do zwierzeń odchrząknął i zapytał od niechcenia:
- A Ciebie, świątobliwy kapłanie, jakaż to potrzeba wysłała w drogę do Królestwa? Zaprawdę, dobrze prawisz że miejsce to jest nadzwyczaj odległe od cywilizowanych stron - wspomniał w tym momencie postać Sida Meiera, gnoma-filozofa ze Scornubel, wielkiego piewcę zalet cywilizacji, od instytucji wygódki poczynając - i ciekawi mnie co sprawia że i Ty poszukujesz tego niemal zapomnianego przez bogów i ludzi kraju? Wieść niesie że Waterdeep wielu kapłanów musiało ostatnio opuścić... - nawiązał w ten sposób do wielkiego skandalu w tej krainie, głośnego i w okolicznych ziemiach, kiedy to okazało się że grupa kapłanów Tyra zboczyła ze ścieżki sprawiedliwości. Sprzeniewierzyli się ideałom swej religii, podatni na przekupstwo wydawali niesprawiedliwe wyroki, niektórzy, o czym mówi się tylko szeptem i ze zgrozą, niewolili dziewczęta gdy już przywiedli ich rodziny do ruiny... Elf cierpliwie czekał na odpowiedź, oczywiście nie zakładał automatycznie że czcigodny Iulus dopuścił się jakichś nieprawości, ale ciekawie nadstawiał ucha wytrenowanego w szukaniu śladów fałszu...

Błękitne źrenice kapłana rozszerzyły się na wieść o konkursie bardów odbywającym się w Królestwie. Szybko jednak zmiarkował swoją pochopną reakcję i powrócił do stosownej, surowej miny. Potakiwał jednak przy tym uprzejmie i uśmiechnął delikatnie na wieść o listach do świątyni. jednak wspomnienie Waterdeep widocznie go zasmuciło.
- Cóż w podobnej sprawię i ja do Królestw zmierzam - uśmiechnął się szerzej - choć nie o konkurs tu chodzi, acz o korespondencyje do odległych świątyń prawości. Jak wspomniałeś Mistrzu,sytuacja ostatnio była napięta w kręgach Sędziów Sprawiedliwości, toteż z instrukcyjami i zapytaniami do Kapituł tamtejszych klasztorów jadę. Ale o przyjemniejszych rzeczach pomówmy, cóż to za konkurs będzie, boć ciekawość mi sprawiasz ? Wielu Twej profesji się zjawi ? - dziwnie ożywił się w tym temacie i spoglądał wyczekująco na elfa... Przy tym Aesdilowi zdawało się, że jeno szczerą prawdę mu wyjawił.

- Nie zazdroszczę więc podróży, świątobliwy kapłanie, bowiem na to zadupie ... eee, to jest, chciałem powiedzieć, w tak odległe krainy - elf stropił się i zawstydził plugawego języka przy duchowej osobie - szlak z trudem szlakiem można nazwać a nie przesieką czy polną dróżką... - zwrócił uwagę na zainteresowanie mości Iulusa koncertem bardów, ale nie potrafiąc znaleźć rozsądnego wytłumaczenia przeszedł nad tym do porządku dziennego.
- Co do Twego pytania... Tak jak mówiłem, odległa jest ta kraina, trudno mi odrzec z jakąkolwiek pewnością czy licznych przedstawicieli mego fachu konkurs zgromadzi. Widzę panie że nie gardzisz dobrą rozrywką, w przeciwieństwie do wielu kapłanów... - zagadnął ciekawie. - Gdybyś zechciał bym hymnem czy psalmem wspomógł Twą posługę, z przyjemnością ofiaruję swe usługi - nie raz świątyni Lathandera swego głosu użyczałem w czasie uroczystości - skłonił się uprzejmie.
- Jakie to klasztory i świątynie zamierzasz odwiedzić, ojcze? Racz wybaczyć ciekawość, wiedza o tym gdzie w razie problemów pomocy szukać parę razy ocaliła mi już skórę - a gdzie jej szukać jeśli nie w świątyniach naszych dobrych i łaskawych bogów...

Kapłan zdawał się nie zwracać uwagę na przekleństwa elfa, ukłonił się za to lekko gdy Aesdil zaproponował posługę:
- Nie planuje, świąt czy nabożeństw odprawiać, lecz Twą propozycję w sercu zachowam i dziękuję. Wszelako na Twoje zaszczytne tytuły nie zasługuję, jestem jeno skromnym sługą mego Boga, wystarczy więc jeśli zwracać się będziesz do mnie po imieniu. Iulus w zupełności wystarczy. - uśmiechnął się wesoło - a w kwestii świątyń, to niestety w tych jak to dobrze ująłeś "odległych krainach", sprawdzić mam co pozostało z starych klasztorów i czy nowe jakoweś powstają. Także obawiam się, że czeka mnie tułaczka po owym "Królestwie" - nazwę wymówił z przesadną emfazą puszczając w dodatku oko do barda.
- a od pieśni dobrej i krzepiącej na duchu owszem nie stronie. Modlitwa i psalmy są moją rozmową, lecz człowiek czasem innych emocji i bajań potrzebuje. Ostatniemi czasy w jednej z gospód usłyszałem, krótki po prawdzie, ale urokliwy występ pewnego ludzkiego barda. Stick go wołano, znasz li może jegomościa ? - Manorian spojrzał ciekawie w stronę elfa

Laure uprzejmym ukłonem skwitował słowa kapłana dotyczące tytułowania, wzruszył ramionami gdy rozmowa zeszła na świątynie Tyra, nieco z rozczarowaniem, ale cóż zrobić...
- Musiał być tenże Stick naprawdę znakomity w swym fachu, skoro mości Iulusie aż taką uwagę na niego zwróciłeś, a nie na jakiegoś elfiego minstrela ... lub minstrelkę - zażartował, zastanawiając się czy zna takową personę. - Obawiam się jednak że nie obiło mi się to imię o uszy, może opiszesz go lepiej, albo znasz jego przydomek ... albo właściwe imię, bo Stick pasuje mi bardziej na pseudonim...

- Jeśli droga wypadnie nam ta sama z miłą chęcią dotrzymam Ci towarzystwa
- zadeklarował zawczasu, mając na uwadze również własny interes bowiem, mimo że młody kapłan w siodle nie trzymał się zbyt pewnie, miecz, zbroja a i twarde dłonie wskazywały że dobrze mieć go niedaleko w razie przykrej niespodzianki na trakcie...

Tropiciel widząc jak elf pierduszy sobie w najlepsze z kapłanem postanowił interweniować. Nie miał złudzeń, iż głównym bodźcem do tak „grubiańskiego” wpieprzania się między wódkę a zakąskę była wczorajsza przegrana. Szpiczasty orżnął go na kilka monet. Niby fortuna sprzyja lepszym, ale niektórzy mają teorię, iż… zwinniejszym również. Bodnął swoją siwą klacz w bok, jak się zdawało znacznie lepiej ułożoną od złośliwych bestii jego rozmówców.

- Oj Frater, nie daj się zwieść jego gładkim słówkom. Znany jest ten jegomość z niezwykłego daru, jaki posiada. Mianowicie umie sprawić, iż zawartość twojej sakiewki trafia do jego sakiewki. A w tym dopomagają mu jakieś czarnoksięskie kości. - Tu puścił oko do elfa. – Sam byłem tego świadkiem…

- Mam nadzieję, iż moje wczorajsze pieśni nie spowodowały żadnego uszczerbku na uszach lub na moralności… ot takie to męskie śpiewanie jak sikoreczek brak. W podróży żeśmy to i na pewne sprawy nie ma sposobu. No chyba, że kto lubi jak Logar włochate zadki. - Uśmiechnął się szczerze przekonany o tym, iż wyszedł mu przedni żart. – Jak dana nam będzie spokojna noc to zapraszam do ogniska, jakiś bukłaczek do przepicia się znajdzie.


Aesdil wyszczerzył zęby gdy tropiciel "oskarżył" go o oszustwo. Rzadko pozostawiał takie ciosy bez kontrataku i teraz również nie zamierzał odpuścić...
- Mości Helfdanie, pobratymcze, jeśli mogę tak się zwracać, racz zwrócić uwagę na to że krew naszego zwinnego, zmyślnego, ale i uczciwego ludu płynie również w Twoich żyłach... Skoro tak, to wiesz zapewne że wszelkim oszustwem brzydzę się niczym zarazą, zaś me kości pod latarnią możesz oglądać w poszukiwaniu manipulacji... Pech, pech to Wasz niezwyczajny a me szczęście że fortuna mi sprzyja i polecam napary z macierzanki byś nadążał wzrokiem za toczącymi się kostkami - uśmiechnął się i machnął ręką dając znak by półelf nie brał jego słów poważnie, zerknął też na kapłana, bowiem mimo wszystko świątynne wychowanie odrobinę poczucia winy w nim wzbudza gdy mowa o uprawianiu przez niego hazardu w obecności duchownej osoby...

- Słyszałem ja o lepszym ziółku niż ten twój rumianek czy inna kocimiętka, piołun się nazywa. Podobno to tak wzrok wyostrza, że się widzi tego, co normalnie nie uwidzisz. Zębiska wyszczerzył w szczery uśmiechu żart kontynuując.

Gdy jednak brodacz wspomniał o swych talentach wokalnych całej elfiej siły woli wymagało by utrzymać uśmiech na twarzy - wczorajszych wrzasków niczym z chlewika żadną miarą "śpiewaniem" nazwać nie mógł, nie po tym jak półelf zaprószył sobie głowę i uraczył współtowarzyszy sprośnym wierszem. Dreszcz nim wstrząsnął na wspomnienie tego, westchnął z żarliwym podziękowaniem do bogów że gładkim licem go obdarzyli i nijakich problemów z przygruchaniem sobie jakowejś sikoreczki zwykle nie ma zamiast korzystać z pociągowych stworów... By tym szybciej o takiej zgrozie zapomnieć z radością przyjął zaproszenie tropiciela.
- Oby w takim razie droga nam szybko zleciała... - zatarł ręce. - A Ciebie, mości Helfdanie, jakież to koleje losu wygnały w drogę do Królestwa Pięciu Miast? - udało mu się nie skrzywić, acz nie do końca, wymawiając tą szumną nazwę...

- A tam od razu coś mnie wygnało. Co to ja jaki niewolnik jestem co to mnie się gna niczym na targ niewolników. Skwitował dziwny dobór słów. Jak zauważył elf gadał tak jakoś dziwacznie, że nie zawsze go można było zrozumieć w pierwszej chwili. - Nie było mnie tam jeszcze, tom ruszył z karawaną do tych Królestw. Słyszałem, że dziewki tam mają gładkie jak mało gdzie, a i skore do swawoli niczym, w jakim zamtuzie. Podobno mężowie tam dość kiepsko przez los obdarzeni. Coś mi się wydaję, że będę miał ręce i nie tylko pełne roboty. Widać było, że w dobrym humorze był. Gęba mu się śmiała co rusz, a i niczego sobie nie robił z obecności duchownego. Zawsze traktował kapłanów jak zwykłych chłopów. Bo przecież jak inni jajca mają więc nie ma co tam ich wykluczać z męskich dyskusji.

Manorian uśmiechał się jeno, wsłuchując się w przekomarzanie konfraterii. Nijak mu one wadziły, wszak nie tylko w murach klasztoru życie spędzać mu się przydarzyło, więc i z karawanami podróżował, i w chłopskich stodołach porody przyjmował - a mus to potem Kapłanowi na krzciny zostać. Jak wiadomo takie uroczystości na podgrodziu i wioskach suto alkoholem są zakrapiane, wesołe pospolicie tą radością prostą nie skrępowaną ani dworskim rytuałem ani obrzędem klasztornym.
Kapłan odwrócił się do tropiciela i z uśmiechem wyrzekł:

- A widzę więc, iż mości Helfdan duch wolny i nie frasobliwy. To i tuszę podróż nam minie szybko i wesoło. Choć od trunków mocniejszych stronie to zaproszenie do ogniska przyjmuję, a co? - baczenie na rozgrywki hazardowe Wasze wiedzę mieć muszę, bo zaliż Logar "włochaty" rządzą zemsty pałać może, a strach mnie ogarnia, iż z księgą Praw Kalekiego Boga nie zaznajomion i nie wiedzieć może, iż "niewinnym jest ten komu winy nie udowodnion". - wycelował palec w niebo po czym mrugnął porozumiewawczo do barda i dodał - a niewinnych kapłanowi Tyra chronić mus !

Poranek zaczął się ciekawie, wieczór za to klarował się jeszcze bardziej zachęcająco. Manorian odetchnął z uśmiechem spoglądając na kompanów.
Pierwszy raz od wyjazdu z Twierdzy Tyra poczuł się zrelaksowany.
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.
Nightcrawler jest offline  
Stary 19-03-2010, 09:07   #9
 
Romulus's Avatar
 
Droga była długa i nudna. Tak długa i nudna że dni zlewały się w niewyraźną plamę rytuału pakowania klamotów, wleczenia się noga za nogą, posiłków, rozpakowywania rzeczy potrzebnych w trakcie postoju i snu umilanego odległym a nieodłącznym wyciem wilków i innymi okolicznościami przyrody. Podobnie poranki, gdzie podróżnych budził świergot ptaków, powiew wiatru i ...
- By cię demony porwały!!! - wrzeszczał rozespany elf, jak zwykle ocierając twarz po "czułym" pocałunku jaki zaślinionymi, ociekającymi wilgocią wargami składał na jego twarzy Indraugnir, tłusty kuc o paskudnym wyrazie pyska i jeszcze gorszym charakterze. - Przerobię cię na klej i koninę!!!



Ogólnie rzecz jednak biorąc elf starał się nie wadzić nikomu, ogrywał tylko w kości strażników i innych uczestników handlowej ekspedycji, korzystając ze zręczności palców i szybkiego niczym błyskawica refleksu. Zwłaszcza niejaki Helfdan, łowca, zdawał się żywić drobną urazę z tak błahego powodu jak to że jego sakiewka ze srebrem kurczy się w zastraszającym tempie. Ponieważ jednak Złocisty nie był w ciemię bity, nie przystępował do gry nie upewniwszy się wpierw że wszyscy naokoło są w dobrych humorach (a wieczorami pilnie trenował swe muzyczno-wokalne zdolności prezentując je przed marną bo marną ale zawsze publicznością), a i o stawki nie walczył zbyt wysokie, by wielkich emocji nie budzić.

W trakcie dnia zaś kłusował na swym Smokom podobnemu rumaku, bestii złośliwej, zawsze chętnej do ugryzienia czy nastąpienia na stopę, plącząc się przed, za, obok i, bardzo rzadko, pomiędzy wozami karawany. Nie wszystkie jednak czynności elfiego barda były owocem beztroski czy znudzenia. Często-gęsto ćwiczył on strzelanie z kunsztownie wykonanego łuku skupiony nad zadaniem naciągnięcia i wycelowania potężnej broni, rdzawy jego jastrząb wzbijał się w niebo i opadał niczym błyskawica kierowany wolą swego pana, długie godziny zastanawiającego się nad wykorzystaniem skrzydlatego wysłannika śmierci, ba, fechtował się ze strażnikami by nie wyjść z wprawy i utrzymać się w formie.
Poranki, ku wielkiemu zdziwieniu reszty towarzyszy wyprawy, spędzał na osobności... Złośliwi dworowali sobie z tego bezlitośnie, ignorując fakt że co prawda bard lubi leśne stworzenia ale preferuje kobiety, nie wiedząc również że jeśli już o to chodzi to nimfie Alariele, dawnej ukochanej Aesdila, ludzkie kobiety urodą do pięt nie dorastają...



Tak to się nieszczęśliwie złożyło że irytujące Helfdana półelfa twierdzenia niedźwiedziowatego Logana również i Aesdila nieco denerwowały. Do jakiejś większej konfrontacji nie doszło, choć parę razy Logan sprowokował ćwiczącego z Sahandrianem w dłoni barda do pojedynku, co zakończyło się bolesnymi siniakami. Laure przełknął to, bowiem w tym samym mniej więcej czasie Logana spotkał przykry wypadek z wężami... Miedzianoskóry nie zapomniał jednak słów którymi silący się na błyskotliwość woźnica wzbudzał salwy śmiechu wśród kompanów... Traf chciał że siłacz generalnie nie przepadał za wszelkiego rodzaju leśnym stworzeniem, co Laure z ciekawością sprawdził... Zwłaszcza opowieść o nadzwyczaj zaciekłych w walce wiewiórkach rojących się od czasu od czasu w okolicznych lasach, mimo tego że głupawa i nie do wiary dla jakiejkolwiek rozsądnie myślącej osoby, zdawała się przykuwać uwagę woźnicy... Gdy któregoś wieczoru taka właśnie ruda złodziejka zakradła się do wozu i Logan narobił wielkiego wrzasku widząc stworzenie, grunt pod drobną zemstę Aesdila był gotowy... Od tego momentu dzień jeden nie minął bez widoku jakiegoś futrzastego stworzenia gdzieś w bezpośredniej bliskości osiłka, który z każdym takim spotkaniem coraz bardziej nerwowo reagował na takie "atrakcje". Co prawda elf raz czy dwa przeholował, gdy wiewiórczy ogon wystawał wręcz z miski z zupą woźnicy, jednak i to odniosło swój skutek bowiem tym większe uczyniło to wrażenie na piewcy wyższości ludzkiej rasy, z wrzaskiem odskakującego od posiłku żywcem pożeranego przez drapieżnego gryzonia. Cóż, może to i brzydka skaza na charakterze elfa, ale od czasu do czasu warto zasmakować odrobiny satysfakcji...



Wspólny natomiast język Aesdil odnalazł z Pavelem z Amn, jednym z młodszych najemników Olgara Ferema. Młodzieniec ten wiózł ze sobą fascynujący wręcz instrument - yarting - "gitarę", jak zwano ją w tym mieście, ośmiostrunowy instrument o głębszym jeszcze brzmieniu od lutni. Choć talenty wokalne Pavela nie mogły się równać z umiejętnościami elfa, ten ostatni chętnie uczył młodzika jak głosu używać, w zamian za możliwość spróbowania swych sił na yartingu. Bard, jak to zwykle z nim było, nie byłby sobą gdyby nie zaczął kombinować czy gitara nie jest aby lepszym wyborem od lutni. Głębokie brzmienie pudła yartingu i większa gama dźwięków bardzo do niego przemawiały...
 
__________________
Why Do We Fall? So We Can Rise
Romulus jest offline  
Stary 21-03-2010, 17:04   #10
 
Romulus's Avatar
 
Drzwi domostwa otworzyły się z trzaskiem. Elf, błyskając gołymi pośladkami, wypadł z nich jak pchnięty ramieniem katapulty. Już miał się rzucić dalej do ucieczki gdy nagła myśl wstrzymała jego kroki, zahamował z piskiem pięt o bruk, spojrzał na zwinięte odzienie i przedmioty w dłoniach.
- Sikoreczko! - wrzasnął całą siłą młodych płuc i wgapił się w okno na piętrze. Ono również otworzyło się z trzaskiem i dziewoja, nieco pulchna ale o uroczej twarzy, pospiesznie wychyliła się niemal wypadając za parapet.





- Tak, ukochany? Co ... - zaczęła tęsknie, ale elf nie dał jej dojść do słowa.

- But! Szybko, już słyszę psy!!! - dziewczę spodziewało się najwidoczniej innych słów, koniec końców jednak zniknęło w głębi pokoju, zaś nagi Aesdil pospiesznie wdziewał przyodziewek, budząc sensację wśród postronnych, kpiny i okrzyki zdumienia, ba, nawet i wrzaski oburzonych niewiast, wdział drugiego buta, miecz ze sztyletem przepasał. "Już nigdy więcej!!! Co mnie podkusiło??!! Dobrać się do wdzięków ukochanej córki przywódcy cechu rzeźników z jakiegoś zad...., eeee, miasteczka na krańcu świata??!! Czy ja zawsze muszę..." But niemalże trafił go w głowę, Laure chwycił go i, podskakując na jednej nodze, w pośpiechu nałożył na stopę. Zanim rzucił się do ucieczki ukłonił się najpierw ostatniej damie swego serca, z zapałem machającej chusteczką mimo matrony w czerni odciągającej ją od okna, dopiero wtedy wystartował do biegu trzymając się za poły. W samą porę - z hukiem drzwi trzaskających o ścianę z budynku wybiegła czwórka psów pędzonych przez klnącego i wymachującego pałą grubasa. Na widok barda-niecnoty rzuciły się z ujadaniem i wyciem, niczym za szczutym zającem. Ten z doświadczenia wiedział że na dłuższą metę cztery łapy dwie biją na głowę, toteż na wyżyny kunsztu biegacza się wspinał by pierwszy dotrzeć w upatrzone już wcześniej miejsce... Niestety - co prawda trzy zajadłe zwierzaki powolnymi były mastyfami, jeden jednak, potężny mimo pozornej chudości długich łap, z każdym skokiem żarłocznie pokonywał przestrzeń. Poprzedzający innych goniących mężczyzna już krzyknął, niezrozumiale ale krwiożerczo, psy zawyły, zaś chwile życia Asedila można już było odliczać na palcach, gdy Laure zmarszczył brwi i przesłał chowańcowi rozkaz. Warkot rozlegał się tuż za nim, jednak nic nie było w stanie powstrzymać złośliwego uśmieszku Złocistego, bowiem w tym momencie zaprocentowały niezliczone godziny spędzone na obmyślaniu taktyki, oraz na przyuczaniu do niej i trenowaniu drapieżnika. Biegnący na czele pies zniknął nagle w burzy piór i drących ciało szponów, zdołał wydać z siebie tylko skowyt nim ostry dziób Kulla wbił mu kawałki kości w mózg, co wywołało zgiełk i krzyk wielki. Mściwie wykrzywiony (mało kto lubi być szczuty psami...), Aesdil wpadł w boczną uliczkę kierując się ku wypatrzonej wcześniej karczmie - "sprawa Beregostu" nauczyła niewinnego wtedy śpiewaka kilku sztuczek podpadających pod kategorie "taktyka", "przezorność" czy "spodziewaj się najgorszego"...

Kull ostro wzbił się ponad dachy, zaś Laure wpadł w drzwi "Krwi na Wodorostach", karczmy o kretyńskiej nazwie i podłej reputacji, jednak idealnej w sytuacji takiej jak ta.

- Gospodarzu! - wrzasnął co sił w płucach, ledwo stanąwszy w progu. - Obrońcy moralności zmierzają tu w wielkiej liczbie, z pałami na podorędziu i z psami by twych gości wygonić, dziewki precz pognać a tobie i służbie grzbiety obić! Nie wierzysz? - zapytał widząc wyraz twarzy właściciela - sami wyjrzyj za drzwi, ujadania psów posłuchaj! - faktycznie, mastyfy na tropie robiły wielki hałas, rozjuszone zapachem krwi i widokiem śmierci współtowarzysza. Karczmarz nie wahał się już ani chwili zmylony zdenerwowaniem w głosie elfa i jego zaaferowanym wyrazem twarzy, wezwał paru swoich osiłków i podszedł do drzwi, uspokajając pijących. Elf zgrabnie przemknął na zaplecze, zgarniając po drodze butelkę miodu pitnego (podłego, jak się później okazało) wymknął się w uliczkę, zostawiając za sobą wrzawę i obelgi gniewnych ludzi...

* * *

Wieczór już nadchodził, zaalarmowane straże u bram coraz bardziej nieprzychylne minstrelom-podrywaczom i Aesdilowi grunt zaczął palić się pod nogami. Ten jeden raz roztropność wzięła górę nad beztroską i godzinę po wypadkach pod "Krwią na Wodorostach" bard z Indraugnirem obładowanym bagażem i z Kullem spokojnie wczepionym w skórzany naramiennik stanął na nabrzeżu.
- Ahoj, panie szyper! - wrzasnął ku mężczyźnie w płóciennym stroju. - Podatek uiściliście że tak spokojnie towar po pokładzie przerzucacie?
Wywołany zmarszczył brew i spojrzał na intruza.
- Ach, to wy, mości brzdąkajło. Wiecie przecież że dopiero jutro wypływamy? O jakim to podatku mówicie?
- Kupców z obcych miast Rada Miejska zamierza obłożyć fiskalnym ciężarem, dwie sztuki złota chce pobrać za stopę długości każdej krypy, jeśli kto nie chce się prawu składu przez miesiąc poddać! Z bukszprytem włącznie! - odkrzyknął elf, zerkając niby przypadkiem za ramię. Od strony miasta rwetes się wielki podnosił i Aesdil czuł jak jego szanse rosną.
- Ooo, słuchajcie no właśnie, chyba i inni się o tym dowiedzieli! - ucieszył się i czym prędzej potruchtał po trapie, ciągnąc na pokład wiatrostatku opornego Indraugnira-złośliwca.
- Ludzie! Ludzie!!! - wrzeszczał bosonogi majtek biegnąc ku statkom - Szaleństwo! Radni Esper podatkiem chcą nas przydusić!
- Nie mówcie że was nie ostrzegałem... - elf zmilczał potem skromnie, woląc obserwować twarz właściciela Letniej Bryzy. Słowom barda wiary raczej by ten nie dał, lecz teraz, gdy całe miasto zdawało się jednym wielkim rojowiskiem gdy gniewne głosy brały je w swoje władanie, wieść powtarzając bez ustanku, rychło lico kapitana stwardniało w zdecydowaniu.
- Niedoczekanie, tych padlinożernych bękartów! Stawiać żagle, odbijamy! Nie tu to na Jarmarku towar wyprzedamy, śmierdzącym Esperczykom sztuki srebra nie oddam!
Dziwnie milczący elf gorliwie głową kiwał, pędząc Smokom Podobnego ku bezpiecznym boksom, przygotowanym do transportu zwierząt. Kto mógł się domyślić że to on pracowicie plotkę rozpowiadał, zmieniając ją tu i ówdzie, głosząc każdemu kto chciał jej słuchać by ten w najgłębszej zachował ją tajemnicy...

* * *

Późno w nocy, humor już odzyskawszy, przysiadł wreszcie elf na burcie, śmiało zaglądając w toń. Kulla pogłaskał po dziobie, splunął za burtę, uderzył w struny lutni. "Kolejny nudny dzień za nami..."
 
__________________
Why Do We Fall? So We Can Rise

Ostatnio edytowane przez Romulus : 21-03-2010 o 19:09.
Romulus jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168